- Opowiadanie: fmsduval - Mglistowie

Mglistowie

Po półtoramiesięcznej abstynencji od publikowania tym razem pojawiam się z opowiadaniem długim, lecz – mam nadzieję – proporcjonalnie interesującym, zaskakującym i dającym radość z lektury.

 

Bo i czegóż tu nie lubić w kryminale z elementami steampunka? ;)

 

Ogromne podziękowania dla Gekikary i Zanaisa za naprawdę wyśmienitą betę.

 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Mglistowie

„Wtedy to leżała w nim na czatach cząstka człowiecza, śledziła wilka, nazywała go bydlęciem i bestią, psuła i zatruwała mu każdą radość czerpaną z prostej, wilczej, dzikiej natury.”

Hermann Hesse, „Wilk Stepowy”

 

***

Bolało.

Bolało, ilekroć odrywał wzrok od pożółkłych liści drzew i wracał nim do tak dobrze znanych mu drogich rysów twarzy.

Petra siedziała naprzeciw niego. Wiklinowy, bujany fotel skrzypiał z cicha, gdy kołysała się w rytm podmuchów wiatru ciągnących znad jeziora. Patrzyła tępo przed siebie, zawiesiwszy spojrzenie na nieokreślonym punkcie za plecami Ottona. Nie walczył o jej uwagę. Mówił rzadko, bo do rozmowy trzeba dwojga. Monologi nie były jego mocną stroną.

Mimo to odwiedzał Petrę, kiedy tylko mógł. Ponoć stanowił wyjątek. Wizyty u obłąkanych żon szybko przykrzyły się innym mężom. Lecz nie jemu. Niczego nie wyglądał tęskniej niż spokoju w ogrodzie Szpitala Psychiatrycznego im. Hermanna Rorschacha. Zwykle zastawał Petrę taką, jak dziś – siedzącą na werandzie w czarnej, zapinanej pod szyją sukni, z siwymi włosami upiętymi w kok, martwym spojrzeniem piwnych oczu i spokojem zastygłym w głębszych z roku na rok zmarszczkach.

Cmoknąwszy żonę w czoło, zwykle siadał naprzeciw, zapalał fajkę i nieruchomiał w skrzypiącej wiklinie, grzęznąc w ciszy, wspomnieniach i ułudzie bezpieczeństwa, które dawały mu te wizyty. Nigdzie bowiem nie czuł się bardziej na miejscu niż w tym ogrodzie, na tej werandzie, a zwłaszcza – przy tej kobiecie.

– Czemu tak wcześnie? – zapytała Petra po kwadransie milczącego tête-à-tête.

– Później mam robotę. Wiesz, służba nie drużba.

– Nie lubię rano. Mgła jeszcze. Od jeziora i lasu ciągnie.

Istotnie, o tej porze mgła dość gęsto zasnuwała jeszcze ogród, nadając mu tajemniczą aurę.

– Wiem, Petro. Siostra Ursula wspominała. Postaram się przychodzić później.

Nie odpowiedziała, znów utkwiwszy wzrok w dali.

Chwilę później drzwi werandy otworzyły się, a w progu stanął młokos w granatowym uniformie. Mnąc czapkę w dłoniach, ruszył nieśmiało naprzód. Wnosząc po jego minie, sprawa nie cierpiała zwłoki.

Westchnąwszy, Otto wstał z fotela, obciągnął marynarkę i zerwał z oparcia płaszcz, zaś sfatygowany melonik wsunął sobie pod pachę. Niby świętą relikwię, ujął z namaszczeniem bezwładną dłoń Petry i złożył na niej wilgotny pocałunek.

– Muszę iść. Zajrzę w przyszłym tygodniu – szepnął.

– Później. Gdy minie mgła – odparła sennie.

Młody policjant wyprężył się przed Ottonem jak struna i zasalutował. Jako zwykły krawężnik był mu winien szacunek, wszak polityczni stali w hierarchii dobre cztery szczeble wyżej.

– Czego? – burknął, wymijając chłopaka.

– Morderstwo, komisarzu Steinberg! Okropne, krwawe morderstwo!

– Ciszej, durniu, i bez epitetów. Gdzie?

– W operze, panie komisarzu. Na Rosengasse.

– Rosengasse, powiadasz – cmoknął. – Ofiara?

– Freiherr von Petz – odrzekł młodzian, zniżając głos. – Ponoć spadł z dachu, lecz…

– W końcu coś ciekawego – przerwał mu Steinberg. – Ale wystarczyło zadzwonić.

 

***

Mżyło, gdy wysiadał z automobilu przed imponującym gmachem Opery Cesarskiej. Bywali tu z Petrą. Nieczęsto, bo bilety nie leżały na ulicy, ale bywali. Petra kochała operę.

Rozchlapując kałuże, ruszył żwawo przed siebie, bez trudu odszukawszy krwawe lądowisko von Petza. Wszak tłum gapiów obok szczerzącej się kolumnami fasady nie stał tam, by podziwiać front budowli.

Sterowiec patrolowy płynął spokojnie nad miastem. Otto powiódł wzrokiem od operowego, pokrytego patyną dachu aż po bruk, zawieszając spojrzenie na każdej z czterech kondygnacji budynku. Wszystko zdawało się na miejscu, choć przecież gdzieś stamtąd arystokrata skoczył w objęcia śmierci. Bądź go w nie pchnięto.

Warcząc rozkazy i nie żałując łokci, Otto przedarł się przez ciżbę. Nad rozsmarowanym po chodniku ciałem kucali już chłopcy z wydziału zabójstw. Ich obecność zapewne dziwiłaby Steinberga, gdyby nie uprzednia pogadanka z młodym policjantem. Pozornie bowiem Freiherr von Petz był klasyczną ofiarą samobójstwa. Leżał na brzuchu w kałuży krwi z połamanymi, nienaturalnie wygiętymi kończynami. Jego twarz pozostawała wprasowana w bruk, a elegancki frak mienił się szkarłatem.

Nadzorujący oględziny sierżant zbliżył się do Ottona. Skinął mu uniżenie głową i zdjął melonik, obnażając łysinę. Steinberg znał go. I nie lubił.

– Czemu go ruszaliście, Fuchs? Palce was świerzbiły? – warknął.

– My nie…

– To jak go rozpoznaliście? Po butach?

– To Bauer taki ciekawski. – Sierżant wskazał stojącego na uboczu blondyna o nietęgiej minie. – Zrzygał się, ledwie odwrócił ciało.

– Na cholerę go z powrotem odwracał? Żebym się nie połapał?

Sierżant spuścił wzrok, w nerwach szarpiąc kozią bródkę.

– Bauer! – krzyknął Otto. – Do ciebie mówię, chłopcze! Pokaż nam facjatkę denata. Niech no zażyje słoneczka. Mało go dziś, ale zawsze coś.

Blondyn spojrzał z lękiem na sierżanta, a gdy pojął, że nie otrzyma odeń wsparcia, ruszył niechętnie ku ciału. Otto parsknął na widok rozdygotanych, pałąkowatych nóg policjanta. Zwrócił się do Fuchsa:

– Zabierz mi stąd tych ludzi. Rozumiem, że już po rozpytaniu?

– N-nie… Czekaliśmy na komisarza…

– Zdecyduj się, Fuchs. Albo macie politycznych w dupie, albo respektujecie wytyczne – syknął. – Rusz się. I wyślij część chłopców do opery, za godzinę chcę mieć całą obsługę na Schwarzgasse. Zanim kulturalni zwalą mi się na łeb.

Sierżant skinął głową i ruszył spełnić rozkazy. W międzyczasie pod operę dotarło wsparcie, z którym policjanci łatwo opanowali tłum i mogli zabrać się za poszukiwanie świadków. Otto zaś przystąpił do oględzin ciała, odwróconego na wznak drżącymi dłońmi Bauera.

– Byliśmy pewni, że skurwysyn sam skoczył – mruknął młodzieniec. – Że to kolejny cholerny samobójca.

– A cóż ci, chłopcze, szkodzą samobójcy? – zapytał, kucając przy zmasakrowanym truchle.

Także od frontu von Petz wyglądał na klasyczną ofiarę grawitacji. Zmiażdżony nos i usta, połamane zęby, pęknięta czaszka wyraźnie odkształcona w miejscu kontaktu z brukiem. Tezie tej przeczył jednak pewien szczegół – rozległa rana piersi, wyzierająca spod porwanego fraka i koszuli.

– Jak to, co mi szkodzą? – zdziwił się Bauer. – To ohydni, parszywi tchórze. Wrzód na zdrowej tkance społeczeństwa.

Otto parsknął w głos, nie przerywając badań. Rana miała poszarpane krawędzie, jakby od pazurów. Nie to było jednak najciekawsze. Steinberg wsunął dłoń między frędzle zakrwawionej skóry, w głąb obnażonego wnętrza. Kątem oka dostrzegł, jak Bauer zielenieje.

– Wrzód, powiadasz? A ja sądziłem, że lwia część tego twojego społeczeństwa może się od samobójców uczyć – mruknął.

Jego dłoń prześlizgnęła się między ostrymi krawędziami połamanych żeber i… trafiła na pustkę.

– Uczyć, panie komisarzu? Wybaczcie, ale niby czego?

Von Petzowi wyrwano serce. Przed czy po upadku – tego Steinberg na razie nie wiedział. Wyjął dłoń z trzewi arystokraty i podniósł się z kucek. Jeszcze raz obejrzał truchło. Liczba niewiadomych przytłaczała. Stolica rojna była od wszelkiej maści zorganizowanych bądź niezrzeszonych sabotażystów, konspiratorów i buntowników. W większości znał metodykę ich działań, rozumiał dawane władzy bądź ludowi sygnały i pojmował sens stosowanej symboliki. Tym razem był w kropce. Wiedział, że to jedna z tych spraw, w której morderca nie zechce przedstawić mu się z imienia i nazwiska.

Otto nie zaszczycił Bauera odpowiedzią, dziwił się zresztą, że w ogóle wszedł z nim w polemikę. Mijając go, wytarł skrwawioną dłoń o klapę jego munduru. Dołączył do chłopców Fuchsa, krzykiem i pałką egzekwujących od gapiów dyscyplinę.

– Jak tam? Mamy jakichś świadków? Ktoś coś widział, ktoś coś słyszał? – Przemknął wzrokiem po twarzach cywili.

– Jak zwykle – bąknął Fuchs. – Chętnych do spowiedzi brak.

Steinberg przespacerował się przed stadkiem mieszkańców, którzy stopniowo zaczęli orientować się w swym położeniu. Początkowe zaaferowanie prysło.

– Nie ma rady! Trzeba dać im konfesjonał – rzekł z uśmiechem Otto. – Proszę państwa pod ścianę. Żywiej, żywiej! – Klasnął w dłonie, a policjanci zepchnęli gapiów pod fasadę kamienicy. – Co piątą osóbkę zapraszam na Schwarzgasse. Departament Policji Politycznej ugości was po królewsku. Reszta pokryje koszty wiktu, opierunku i… lekarza. Jak pewnie wiecie, spowiedź bywa bolesna. A pokuta… oj, nawet bardziej – rzucił w stronę lamentującego tłumu, z którego ludzie Fuchsa konsekwentnie odławiali co piątego pechowca.

 

***

Stał przy krawędzi operowego dachu, a wiatr wzdymał poły rozpiętego płaszcza. Otto szukał tu odpowiedzi na pytania o tożsamość sprawcy, jego motywy, powiązania, bliższe i dalsze konsekwencje zbrodni. Sam dobór ofiary był mocno zagadkowy. Von Petz wszak, choć szlachetnej proweniencji i względnie majętny, nie wydawał się Steinbergowi szczególnie łakomym kąskiem. Nie bywał na balach, nie spiskował po klubach, nie zadawał się z damami powszechnie znanej konduity, umiarkowanie sprzyjał cesarzowi, lecz w politykę mieszać się nie zwykł, podobnie jak angażować w sprawy i sprawki stołecznej socjety. Do miasta przyciągały go jedynie teatr i opera. Na co dzień wolał wiejską sielankę.

Dlaczego więc on? I czemu w taki sposób? Otto daremnie szukał poszlak. Owszem, przy granitowym gargulcu znalazł kałużę krwi, a jej rozbryzgi dostrzegł także na zielononiebieskiej płaszczyźnie dachu i powykrzywianych gębach rzygaczy. Lecz nic poza tym. Żadnych odpowiedzi.

Poza jedną, tą przemilczaną, nieudzieloną Bauerowi na jego młodzieńcze, głupie pytanie.

Czego może nauczyć samobójca?

Steinberg spojrzał w dół, na mrówczą pracę policjantów i rozpacz pędzonych do automobili świadków. Podniósł wzrok na szarzyznę ulic, kamienicznych pierzej i stołecznego nieba.

„Konsekwencji” – odrzekł Bauerowi w myślach, po czym zszedł z dachu.

Miał ludzi do przesłuchania.

 

***

W katowni cuchnęło tytoniem i krwią. Szare obłoki dymu kłębiły się pod sufitem, jakby spaść miał z nich zaraz ciężki, smolisty deszcz. Dwóch policjantów siedziało naprzeciw skutego kajdankami starca. Łysa żarówka migotała nad wąskim, kulawym stołem.

Steinberg odpoczywał w ciemnym kącie pokoju i pykał fajkę. Był znużony godzinami bezowocnych indagacji. Przesłuchiwanych albo szkolono, jak wytrzymać przypalanie papierosami, wyrywanie zębów i miażdżenie palców, albo po prostu nic nie widzieli. Ottona frustrowało, że śledztwo nie posuwa się naprzód. Może gdyby kulturalni nie zwędzili mu najbardziej obiecujących świadków…

Departament Policji Kulturalnej, w skrócie DPK, lubił bruździć politycznym. Obie formacje zajmowały ten sam szczebel w hierarchii, a ich kompetencje się przenikały. Kulturalni wyłazili ze skóry, by napsuć konkurentom krwi, choćby poprzez pretensje do świadków, którzy nagle okazywali się tajnymi współpracownikami DPK. Rzecz jasna polityczni w odwecie czynili tak samo.

– Co widziałeś?! – ryknął na przesłuchiwanego Strobl, tępe bydlę o sadystycznym zacięciu. – Pracujesz tam, do cholery, czy nie?!

– Pracuję, tak, pracuję… – wymamrotał tamten, kuląc się na rozklekotanym zydlu. – Ale n-nie widziałem…p-pana von P-Petza…

Strobl nagle chwycił stolik i zwalił go na bok, torując sobie drogę do świadka. 

Otto cmoknął z niesmakiem.

– Wystarczy. Wyprowadzić – mruknął spod ściany. – I posprzątać, nie będę siedział w tym chlewie. Z następnym świadkiem rozmówię się osobiście.

Ani Strobl, ani jego kompan nie oponowali. Wynieśli starca, przetarli śmierdzącą szmatą podłogę i ustawili meble na pierwotnych miejscach. Gdy skończyli, do pokoju wprowadzono niejakiego Hahna, operowego stróża, który spóźnił się na poranną zmianę i został odłowiony z kręgu gapiów.

Skryty w mroku, Steinberg z uwagą przyglądał się wchodzącemu. Patrzył, jak strażnicy sadzają go na zydlu, jak częstują serią kuksańców i kopnięć. Krępy mężczyzna przyjmował to niewzruszenie, wręcz butnie.

Otto odczekał dłuższą chwilę po wyjściu strażników. Chciał, by ofiara dojrzała. Zniecierpliwienie i strach przed nieznanym kiełkowały z różną prędkością – u jednych rychło, u innych zaś dopiero po kilku dniach aresztu. Mimo wszystko warto było podsycić je tuż przed przesłuchaniem.

Nie minął kwadrans, gdy Hahn począł się rozglądać, wiercić i chrząkać. Urządzenie pokoju, panujący w nim zaduch i jęki dochodzące zza ściany zaczynały przynosić efekt. Trzeba jednak było drugiego kwadransa, by operowemu stróżowi zupełnie puściły nerwy.

– Długo mnie tu będziecie trzymać?! Mam robotę, dzieci do wykarmienia! Kto mi dniówkę wypłaci?! Wy?!

Nikt nie odpowiedział.

– Uczciwych ludzi ściągacie z ulicy, wywozicie diabli wiedzą gdzie, a teraz co?! Rozmyślili się, wielcy panowie polityczni?!

– Bynajmniej – rzekł w końcu Steinberg.

Hahn wzdrygnął się na dźwięk jego głosu. Otto ruszył powoli naprzód, dbając by każdy krok wybrzmiewał głośno i wyraźnie. Obszedł Hahna od tyłu, minął stolik i usiadł naprzeciw stróża. Zajrzał mu głęboko w oczy. Patrzył długo, wzrokiem szarym i zamglonym jak szpitalny ogród, weranda i przeszłe dni.

Podziałało. Stróż skurczył się, zgarbił, zaklął i westchnął.

– Dobrze, już, dobrze. Co chcecie wiedzieć?

Otto wciąż uporczywie milczał.

– Widziałem go. O to wam chodzi, tak? Tak?

Steinberg walnął lewą pięścią w stół. Kawał dębiny odpadł od blatu i zastukotał na podłodze. Strumień gorącej pary buchnął z wywietrzników w rękawie Ottonowego płaszcza, gdy trybiki mechanizmu dostosowywały się do nowej pozycji ramienia.

– Chcemy prawdy, Hahn. Nagiej prawdy – syknął.

– Wyznam wszystko – zadeklarował Hahn, mimo lęku w oczach.

– Zamieniam się w słuch.

– Wiecie, że zmianę o ósmej zaczynam. Wiecie, że o ósmej mnie w operze nie było. Zapiłem wczoraj, kum wpadł z okowitką, na wspominki się zebrało…

– Do rzeczy.

– Wpół do dziewiątej byłem dopiero na Rosengasse. Gazetkę jeszcze u Karla na rogu kupowałem, kiedy coś mnie podkusiło i rzuciłem okiem na operę. Zastygłem, jak słup soli jakiś, Karl mi gazetkę podaje, a ja nic.

– Bo?

– Coś się działo na dachu. Ruch jakiś, a widzieliście, by ktoś po dachach dla zabawy skakał? Mrużę oczy, wzrok wytężam, a tam człek jakiś na gargulca się wspina. Myślę sobie, no zleci, kark skręci, tyle będzie.

– I zleciał – mruknął Otto znużony.

– Ano nie.

– Nie?

– Nie. – Hahn pochylił się nad stołem i zniżył głos. – Podchodzę bliżej, patrzę, a na dachu nie jedna, a dwie postaci siedzą! Tyle że ta druga dziwna jakaś, wielka i cała czarna. Ale nie czarna, jak to ludzie zwykli, w płaszczu czy we fraku ciemnym, ale cała w mrok odziana.

– Konfabulujecie, Hahn – warknął Steinberg, a para znów buchnęła spomiędzy szwów płaszcza.

Hahn skulił się, pochylił łysawą głowę.

– Nie, przysięgam! To ta postać dopadła von Petza!

Steinberg milczał chwilę, układając w głowie rewelacje stróża. Żaden świadek ich nie potwierdził. Mimo wszystko Otto odnosił wrażenie, że to Hahn jako jedyny nie łże.

– To… monstrum. Jak wyglądało?

– Z daleka patrzyłem, jakieś kontury, gmatwaninę widziałem, ale nic konkretnego. Że to Freiherr von Petz, ba, że to szlachetka w ogóle, dowiedziałem się, jak mnie tu już wieźliście.

– Gardzicie szlachtą, Hahn? – zapytał Steinberg. – Cieszy was ta śmierć? Może żałujecie, że to nie wy sprzątnęliście błękitnokrwistego?

– Co? – Stróż wybałuszył oczy. – Ja? Nie… nigdy w życiu!

– Strobl! – zawołał Steinberg. Śledczy w mig zmaterializował się w progu. – Zostawiam panów, mam coś do załatwienia – rzucił na odchodne.

 

***

Morderczy prawy prosty wstrząsnął światem Steinberga. W ostatniej chwili uniknął lewego sierpa, który jak nic zwaliłby go z nóg. Zreplikował serią ciosów na korpus przeciwnika – barczystego zawalidrogi o żółtych ślepiach gada. Obita wątroba ucierpiała, zbombardowany splot słoneczny nie pozwalał złapać tchu, a w oczy bestii zajrzało widmo porażki.

Publika, ciasnym kręgiem otaczająca walczących, ryczała nieludzko, bluźniąc i chlapiąc piwem. Pod nogami Steinberga wylądował kufel. Szkło rozprysło się w drobny mak. Otto rzucił tłumowi wściekłe spojrzenie, co przypłacił mocnym hakiem na podbródek. Zatoczył się, ale ustał. Wiedział, że musi szybko skończyć walkę. Napięcie w piwnicy rosło.

Unikiem wywinął się spod wściekłej kombinacji krótkich prostych. Trybiki lewej ręki zarzęziły z cicha, zębatki pokąsały stal, a para buchnęła, furkocząc pasami porwanej koszuli. Metalowa pięść łupnęła draba w szczękę z szybkością gromu. Kość pękła, a przeciwnik Steinberga padł mu do stóp z wywalonym na wierzch, rozwidlonym językiem.

To nie przypadło do gustu klienteli „Alptraumbeisla”. Krąg począł się ścieśniać, pięści widzów zaciskać i wznosić ku sufitowi, nogi krzeseł i stołów tracić swe pierwotne przeznaczenie. Fala gniewu wezbrała wokół komisarza, szalonego na tyle, by zapuścić się do miejsca schadzek wywrotowców, szpiegów, morderców i terrorystów, połączonych jedną ideą – nienawiścią do cesarza i jego sług, w tym zaś przede wszystkim do politycznych.

Czy zatem Otto szukał w „Alptraumie” guza? Być może. Ale nie taki był główny motyw jego działań. Liczył bowiem na małą bójkę, w której zostanie zaatakowany jako pierwszy. Wówczas polityczni zyskaliby błogosławieństwo „góry”, by przyskrzynić każdego, kto podniósł rękę na policjanta. Innymi słowy – Steinberg miałby pełne prawo wywrócić „Alptraumbeisla” do góry nogami. Czy mógł uczynić to bez całej tej szopki? Oczywiście. Lecz szczęśliwie minione dwie wojny domowe skutecznie hamowały podobne zapędy, zaś „góra” bała się zamieszek. Nawet jeśli nie chciała tego przyznać.

Zastanawiać mogło, dlaczego Steinberg nie przysłał do lokalu podwładnych, jak uczynił w apartamencie von Petza w hotelu „Höckerschwan”. Otto tego nie roztrząsał. Cieszył się walką w perwersyjny, zwierzęcy sposób. Z pasją tłukł trupioblade oblicza, wybijał nawykłe do ludziny zęby, łamał szczęki, łuki brwiowe i haczykowate nosy. Czerwona i czarna krew zachlapywała mu oczy, szponiaste łapska targały odzienie, a obcobrzmiące szepty rzucały nań klątwy. Miał to za nic. Znów był na froncie, znów walczył o życie i je odbierał. Przeciwnik się nie zmienił, nienawiść została tożsama. Jakże szybko owionął go smród okopów, potu, fekaliów i gnijących ciał. Jakże tamten ból przypominał Ottonowi ten, gdy cios holdy rzucił go na kolana, a kopniak fafnira wgniótł w posadzkę niby robaka. Wyrwał się spod gradu uderzeń i dobył rewolweru. Metalowe, połyskujące platyną ramię drżało, gorące od pary i cuchnące smarem.

Zbity w kupę wróg wyczekiwał jego ruchu. Szkarłatne, srebrne i czarne jak noc, hipnotyczne ślepia wwiercały mu się w mózg. Czyżby dziś postęp ulec miał starej, ciemnej magii?

– Mało ci, hyclu? – zapytał, wychodząc na czoło grupy, brodaty niks o spuchniętej twarzy i wodnistych oczach. Z jego zgrzebnej, przepasanej liną szaty obficie ściekała woda. – Z bronią w ręku toś odważny, co? Reszta hycli pewnie czeka za ścianą. Sprytnieście to sobie ułożyli.

Niks kroczył zuchwale, a oczy nabiegły mu krwią. Steinberg nie cofał się, był gotów do dalszej jatki. W bębenku rewolweru tkwiło sześć kul. W pochewce na udzie czekał krótki nóż. Sztuczne ramię ostygło, pokłady pary kłębiły się w miedzianych rurach.

– Wołaj ich, wołaj śmiało – syknęła zza pleców niksa zakapturzona, smukła holda. – Chętnie was pokosztuję.

Atmosfera gęstniała, a staromagiczni wciąż napierali. Otto czuł, że traci kontrolę, że nad bójką zawisło duszące widmo kaźni.

Ulgę przyniósł Steinbergowi nagły powiew chłodu ciągnącego od drzwi. Ze zdziwieniem patrzył, jak żelazna, zdawałoby się, determinacja przeciwników, kruszeje z każdym krokiem. Zmory, alpdrücki, holdy i golemy chyłkiem wracały na pierwotnie zajmowane miejsca. Przewaga topniała, choć Otto nie pojmował czemu. Po chwili stał przed nim już tylko brodaty niks.

I ktoś, kto krył się za jego plecami.

Chłód zastąpił trzaskający, wprawiający w dygot mróz. Przyobleczona w czerń postać wyrosła zza brodacza. Śnieżnobiała twarz zawisła mu nad głową jak uliczna latarnia, lecz z pustych, zasinionych oczodołów nie padł choćby promień światła. Jasne, łyskające złotem pukle spłynęły na lico Ingi von Strigg, muskając ostrą linię żuchwy. Bordowe, rozciągnięte w szerokim uśmiechu wargi obnażyły cztery rzędy ostrych zębów.

W „Alptraumie” zapadła grobowa cisza. Niks zatrzymał się i rozejrzał na boki, odkrywszy widać nagły brak wsparcia. Jego jedyną, niewykorzystaną szansą była ucieczka. Zamiast tego odwrócił się na pięcie i spotkał twarzą w twarz z podkomisarz DPK.

Von Strigg zaatakowała od razu. Wpiła się w szyję niksa, unosząc go znad posadzki. Brodacz nawet nie jęknął. Jego ciałem wstrząsnęły konwulsje, nogi wierzgały w spóźnionej próbie ucieczki. Po chwili obwisł w ramionach Ingi. Wypuszczone z uścisku ciało zwinęło się na podłodze jak brudna, mokra szmata.

Podniósłszy wzrok znad pozbawionego duszy ciała, Otto miał przed sobą już nie przerażającą, żywcem z koszmaru wyciągniętą postać, lecz zwyczajną blondynkę o niebieskich oczach i figlarnym uśmiechu, ubraną niecodziennie, bo po męsku. Von Strigg kciukiem otarła wilgotne kąciki ust i, podchodząc do Steinberga, wyjęła zza pazuchy papierośnicę. Po drodze nachyliła się nad świecznikiem, zaciągnęła odpalonym odeń skrętem, i stanęła przed komisarzem osnuta szarą mgiełką dymu.

– Komuś tu się przykrzy za biurkiem, co? – zapytała chropawym głosem. Chwilę patrzyła mu w oczy, jakby szukała w nich dawnej iskry. – Chodźmy, trzeba cię opatrzyć – dodała, po czym obróciła się na pięcie i ruszyła ku wyjściu z piwnic „Alptraumbeisla”.

Otto z wahaniem podążył jej śladem.

 

***

Opory nie minęły, gdy stanął u stóp kamienicy, w której mieszkała von Strigg. Inga znikła już w środku, z wnętrza echem niosły się jej kroki. Po chwili znużona twarz wychynęła przez szparę między framugą a drzwiami.

– Co ty, zgubiłeś się? Nie udawaj, że zapomniałeś piętra. No chodź! – rozkazała szeptem, by nie pobudzić śpiących sąsiadów.

Steinberg usłuchał. Coraz bardziej doskwierało mu zmęczenie i ból po walce w „Alptraumie”. Z rozciętego łuku brwiowego sączyła się krew, a stłuczone kolano co rusz odmawiało posłuszeństwa, nie wspominając o pomniejszych obrażeniach.

Z ulgą zamknął za sobą drzwi do mieszkania Ingi i rozsiadł się w miękkim, przyjemnie chłodnym fotelu w kącie salonu. Panował w nim mrok, z którym ledwo radziła sobie świeczka w kandelabrze na okrągłym stoliku. Steinberg zsunął się po oparciu fotela, przymykając oczy. W zakamarkach pomiętego płaszcza odszukał fajkę. Niestety była złamana, ktoś musiał nastąpić na płaszcz podczas awantury. Zrezygnowany, Otto sięgnął ku papierośnicy von Strigg. Bez pytania, jakby echo dawnych uniesień dawało mu prawo do bezczelności. Zapalił.

Inga weszła do salonu z naręczem bandaży, gaz i buteleczką spirytusu. Rozłożyła apteczny arsenał na stoliku, a sama przycupnęła na podłokietniku fotela, zakasawszy rękawy luźnej koszuli. Krawat miała obluzowany, błyszczące guziczki przy kołnierzu były odpięte. Otto spuścił wzrok.

– Jak mnie znalazłaś? – spytał, by przełamać ciszę i kłopotliwą bliskość Ingi.

– Pomyślmy… Gdzie polityczny szukałby winnych zabójstwa arystokraty? W kościele? Może na cesarskim dworze? Nie… czekaj…

– Czyli też dostałaś von Petza? Czemu?

– Och, Otto… – Inga parsknęła cicho. – Ty dostałeś go, bo to szlachetka, a ja, bo nie spadł z chlewu, tylko z dachu cholernej opery. Nie szukałabym w tym drugiego dna.

– Czyżbyś krytykowała cesarskie służby? Ocierasz się o konspirację.

– Dziś już chyba każdy jest podejrzanym, każdy ma swój ogon, swój cień, setkę uszu przylepioną do drzwi. Nic się nie stanie, jak czasem wymsknie mi się nieopaczne słówko – rzuciła cierpko. – A teraz zaciśnij ząbki. Będzie szczypało.

Zwilżyła gazę alkoholem i przyłożyła ją do brwi Steinberga, delikatnie ścierając zakrzepłą krew. Ottona przeszedł dreszcz, gdy zimne palce Ingi musnęły skórę. Choć umysł chciał zapomnieć, ciało pamiętało wszystko.

– Już nie udawaj, że boli – napomniała go. – Nie będę cię żałować. Nie te czasy, mój drogi.

 

***

– Co u ciebie słychać?

Inga spoczywała na szezlongu, ćmiąc papierosa. Otto siedział naprzeciwko, w tym samym fotelu co wcześniej.

„Już mi się nie śnisz” – chciał powiedzieć, lecz zmilczał.

– Po staremu – wydukał w końcu.

– A z Petrą?

– Bez zmian.

– Przykro mi.

Szukał w jej głosie nieszczerości, łgarstwa skrytego pod woalem współczucia. Rozstali się w dniu, gdy po powrocie do domu zastał Petrę siwą, milczącą i ślepą. Coś, w czym Inga widziała nowy początek, dla Ottona było końcem. Nie wyobrażał sobie ciągnąć romansu w takich okolicznościach. Inga ponoć rozumiała. Ale czego naprawdę życzyła Petrze, mógł się tylko domyślać.

– Von Petz… Macie jakieś tropy? – zmienił temat.

– Kulturalna ma pomagać politycznemu? – zadrwiła. – Nie. Nie mamy absolutnie nic. Informatorzy z opery ledwo go kojarzyli. Sam von Petz dla nas nie działał, nie mamy go w żadnych rejestrach. Tuszę, że i u was pusto.

– Zwykły, szary człowiek.

– A za wojny? Bo że był zeń cesarczyk, to wiem.

– Jakaś nędzna robota w zaopatrzeniu. Oficerski stopień miał, ale kariery to nie zrobił.

– Nie to co ty – rzekła Inga ni to z wyrzutem, ni to w żartach.

Nie zareagował na zaczepkę. Cisza spowiła pokój, z każdą chwilą zyskując na intensywności. Siedzieli tak w milczeniu, on – oficer jazdy, któremu za pierwszej wojny zaklęcie alpmanna oderwało rękę, i ona – więźniarka numer 8418 obozu dla staromagicznych w Regenbogen, gdzie za drugiej wojny funkcję raportowego pełnił nie kto inny, jak Otto. Tam się poznali. Dwie ofiary dwóch wojen, z których każda toczyła się o to samo. O magię, której staromagiczni strzegli przed złaknioną postępu tłuszczą, chcącą wykorzystać ją do rozwoju tego, co doczesne i materialne. O magię i pieniądze, które rzekomo mogli wyczarować znikąd, a którymi nie chcieli dzielić się z ludem głodującym na ulicy.

Otto nie wiedział, czemu to Ingę chciał akurat chronić. Zajedno było mu, co dzieje się z resztą osadzonych. Zwykle łatwo odwracał wzrok od okrucieństw blokowych, kierownika, czy komendanta. Ale nie, gdy dotyczyły Ingi. Wprawdzie nie mógł powstrzymać badań, jakie prowadzili na niej obozowi lekarze, ale gdzie tylko się dało, tam pilnował, by nie spotkała jej krzywda. Tylko dzięki temu przeżyła niewolę, a gdy czasy stały się sprzyjające, Otto wyjednał jej zwolnienie z obozu. Warunki były dwa – wydanie wszystkich obozowych spiskowców i bezwarunkowa służba cesarzowi. Inga zgodziła się bez namysłu. Czasem wypominała Ottonowi, że ją do tego zmusił. On twierdził, że dławią ją spóźnione wyrzuty sumienia.

– Co tak tyka? – spytał, nagle zirytowany natarczywym dźwiękiem.

– Ach, miałam ci pokazać! – zawołała, wstając z szezlonga.

Otto ruszył niepewnie jej śladem. Przeszła do sypialni i pochyliła się nad stojącym na komodzie, przypominającym maszynę do pisania urządzeniem ze szklaną, elipsoidalną bańką i miedzianym ustnikiem. Tykanie dobiegało spod bańki, gdzie malutka igła skakała po rozpiętej kartce papieru, dziurkując ją ze zmienną częstością. W środku elipsoidy unosiła się ciemna chmura, przywodząca na myśl znajomą Ottonowi twarz niksa.

– Co to, u licha?!

– Seelensauger. Wielki sukces cesarskich naukowców. Owoc eksperymentu numer 8418 – odparła zagadkowo. – Skradziony z obozu, po latach odnaleziony przez bohaterską sierżant DPK, awansowaną na podkomisarza mimo jej wątpliwych powiązań. Później znów zniknął, tym razem z magazynu Departamentu. – Posłała Steinbergowi szelmowski uśmiech.

– Ty to ukradłaś? Cholera, Inga, jak się dowiedzą…

– To siedź cicho i nie zgrywaj służbisty – warknęła. – Potrzebuję go, Otto. Po wyjściu z obozu nie trawię już staromagicznych dusz. Odsysam je i skubię po kawałku. Inaczej choruję. Bardzo – dodała szeptem, a oczy miała zaszklone od łez.

Otto westchnął przeciągle i, nie mówiąc nic więcej, wziął Ingę w ramiona. Trwali tak, w geście pełnym wsparcia, zrozumienia i troski, które współdzielić można tylko z kimś, z kim przeżyło się piekło.

Później rozmawiali jeszcze długo, na przemian smucąc się, weseląc, spierając i złoszcząc. Potem zaś oboje zasnęli, każde w obranych przez siebie, strategicznych miejscach: Otto w fotelu, a Inga na szezlongu.

 

***

Fale porywistego wiatru przetaczały się przez skromny kwadracik Friedenplatzu, szarpiąc gałęziami brzóz, rwąc parasolki z dłoni eleganckich dam i strącając meloniki z głów mężczyzn.

Petra lubiła tu spacerować.

Wymięty i obolały po nocy spędzonej na fotelu, Otto regenerował siły przy filiżance czarnej kawy i dwóch bajglach z szynką. Po drugiej stronie kawiarnianego stolika siedziała Inga, także z kawą i papierosem. Nie jadła, przed wyjściem do dna opróżniwszy bańkę Seelensaugera. Niks miał ponoć małą duszyczkę, którą mogła podzielić na dwoje bez ryzyka choroby.

– Co planujesz dalej? – zapytała, strząsając popiół na bruk.

Otto wzruszył ramionami.

– Będę liczył, że kogoś najdzie ochota do zwierzeń. Na Schwarzgasse mam kilku kandydatów.

– Żaden nie powiedział dotąd nic ciekawego?

– Swoimi się zajmij – burknął.

Inga błysnęła wszystkimi czterema rzędami zębów, a błękit jej oczu przygasł. Już szykowała cierpką replikę, jednak nim uraczyła nią Ottona, z głębi Friedenplatzu doszedł ich głośny, rozpaczliwy wrzask. Jak na rozkaz poderwali się z krzeseł i ruszyli w kierunku, z którego dochodził krzyk.

Z każdym krokiem makabryczna scena nabierała kształtów. Usmarowane krwią ciało leżało rozciągnięte na bruku między ławką a brzozą. Steinberg rozpędził gęstniejącą wokół grupkę spacerowiczów, a Inga pochyliła się nad trupem.

– I co? – zapytał.

Von Strigg posłała mu drwiący uśmieszek, mówiący: „Badaj go sobie sam”.

– Bez serca, jak von Petz – rzekła w końcu. – Nie znam go. A ty?

Otto przyjrzał się uważnie zaniedbanej, brudnej twarzy.

– Nie – mruknął. – Czy ktoś z państwa widział, co zaszło? – zagadnął trzymających się na uboczu ludzi. – Spacerujecie w tę i we w tę po pięć razy, trup na środku placu by wam raczej nie umknął.

– Oczywiście, że nie. – Przed szereg wystąpił otyły dżentelmen w przyciasnym surducie. Monokl w prawym oku mężczyzny samoistnie wysuwał się i chował na wzór teleskopu.

– Więc?

– Gdy przyszliśmy tu z Margarete, trupa nie było. Na pewno, panie władzo. Spacerowaliśmy właśnie środkiem.

– To prawda – wtrąciła partnerka grubasa, ujmując go pod ramię. – Żadnego ciała, a tu nagle, po którymś kółeczku bach! Jakiś pan cały we krwi leży pod brzózką.

– Bach, mówi pani… Zabójcę ktoś widział? Denat nie spadł przecież z nieba.

– A wiadomo to, panie władzo? – włączył się do rozmowy jakiś mikrus z muszkieterskim wąsem. – Na Rosengasse ponoć tak właśnie stary von Petz skończył.

– Czyli jak zwykle, tak? Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał? Ofiary też nie kojarzycie? – zapytał Otto z rezygnacją. Wizja kolejnych, daremnych przesłuchań wyjątkowo źle go nastrajała.

– Widać przecież, że to wagabunda jakiś. Brudny, śmierdzi jak stodoła, przyodziewek chyba drugą wojnę domową pamięta – znów odezwał się ten z monoklem. – Jak nie pierwszą.

– A ty pamiętasz? – Z boku odezwał się ktoś, kogo Steinberg wcześniej nie widział.

Oczy wszystkich zwróciły się ku śniademu mężczyźnie z siwymi warkoczami, który – wyprężony jak struna – siedział na ławce tuż obok zwłok. Choć pytanie mogło być skierowane tak do grubasa z monoklem, jak i do Steinberga, mężczyzna patrzył prosto w oczy komisarza, rozwiewając wszelkie wątpliwości.

Otto ruszył w jego stronę, podobnie jak Inga. Poorana zmarszczkami twarz mężczyzny nie zdradzała cienia emocji.

– Mówiliście coś, czekoladowy przyjacielu? – spytał ze wzgardą.

Indian było w cesarstwie niewielu, a ci, którzy już się w nim znaleźli, przywiezieni zza oceanu na pokładach statków, pełnili zwykle niewolną posługę na rzecz możnych.

– Pytałem, czy pamiętacie wojnę, komisarzu Steinberg – wycedził tamten.

– Wyglądam ci na oseska? – Otto oparł but o siedzisko ławki i nachylił się nad Indianinem, kładąc łokcie na kolanie.

– Nie. Choć zdajesz się równie zagubiony. – Uśmiech rozjaśnił ponure oblicze mężczyzny.

– Co to ma znaczyć? – warknęła Inga. – Mówisz do przedstawiciela prawa!

– Czego? – spytał Indianin, przekrzywiając głowę.

Uderzenie stalowej pięści wypchnęło go z ławki, gruchocząc drewniane oparcie. Indianin upadł na plecy, zasypany drzazgami. Otto przesadził siedzisko i już, już miał chwycić mężczyznę za klapę płaszcza, gdy ten… rozpłynął się w powietrzu. Oniemiały komisarz powiódł dookoła wzrokiem.

Indianin stał trzy sążnie dalej, wsparty ramieniem o latarnię. Steinberg warknął wściekle, dobywając broni. Inga tymczasem gnała już ku mężczyźnie, wzywając go do poddania. Choć stłuczone kolano utrudniało sprawę, Otto starał się dotrzymać kulturalnej kroku.

Z Friedenplatzu dali nura w wąską gardziel zaniedbanej uliczki. Przewaga Indianina topniała z każdym sążniem. Miał jednak w zanadrzu swe kuglarskie sztuczki. Skorzystał z nich, gdy von Strigg wyciągała już ku niemu rozcapierzone palce. Skłębiony obłok buchnął jej w twarz, alejkę spowiła mgła, a Indianin zniknął.

Więcej już się nie pokazał.

 

***

– To tutaj – wyszeptał fafnir, kuląc się za załomem podmiejskiego kanału.

Wręczył Steinbergowi klucz.

– Na pewno to ten właz? Nie chciałbym dostać pogrzebaczem w łeb, ledwo się wychylę.

– Tak, komisarzu, tak. – Informator kiwał zapamiętale głową. – Drabinkę dostawicie i będziecie w spiżarce „Alptrauma”. Właz zostawiłem otwarty, jak kazaliście.

– A ten śniady kuglarz? Widziałeś go tam?

Fafnir uciekł na bok gadzim wzrokiem, zjeżył srebrzystą łuskę. Nie chciał mówić.

– Co z moją Klarą? Wypuścicie ją? Ciągle tylko obiecujecie, za nos wodzicie…

– Wypuścimy, wypuścimy. Nic się nie bój – zapewnił Otto. – Więc?

– Bywa tam, chyba kwaterę najmuje na piętrze. Dziwny typ.

– A teraz? Jest u siebie?

– Ch-chyba tak – zająknął się fafnir, przestępując z nogi na nogę.

– Świetnie. Panowie, wchodzimy – rozkazał Otto.

Grupa uderzeniowa, składająca się z najgorszych zakapiorów, jakich DPP i DPK miały pod ręką, ruszyła naprzód. Jako że von Petza znaleźli polityczni, a brodacza z Friedenplatzu zgarnęła Inga, łączone śledztwo wydało się „górze” zasadne. Przełożeni Steinberga kręcili nosem, ale jemu było wszystko jedno.

Chciał tylko złapać mordercę.

 

***

Zgodnie z obietnicą fafnira, właz był otwarty. Funkcjonariusze cichcem wtłoczyli się do spiżarni „Alptrauma”. Otto wszedł tuż za nimi.

Wkrótce piwnicą wstrząsnęły grzmoty wystrzałów, kakofonia krzyków, bluzgów, tłuczonego szkła i trzasku pękających kości. Otto nie brał udziału w walce, zresztą klientela znacznie zubożała względem poprzedniej nocy. Widać spodziewano się odwiedzin.

Przemknął chyłkiem przez piwnicę i parter, który opanowała już druga grupa uderzeniowa. Gdzieś w tym chaosie mignęły mu jasne włosy Ingi, lecz nie zależało mu na spotkaniu. Przeciwnie, chciał dopaść Indianina sam. Były bowiem szczegóły śledztwa, którymi Otto nie podzielił się z dawną kochanką. Zataił, że zarządzany przez von Petza pion dostarczał sprzęt badawczy do obozu Regenbogen. Przemilczał też tożsamość drugiej ofiary, w której rozpoznał niegdyś podległego mu blokowego. A może i tak wiedziała? Może to ona taiła fakty przed nim, dając złudne poczucie przewagi?

Z bronią w ręku, pospiesznie wszedł schodami na piętro. Lokatorom udzielić zdążyła się już zbiorowa histeria. Klękali, padali Steinbergowi do stóp, błagali i zawodzili, byleby dał im spokój. Większość nie należała nawet do staromagicznych. Tylko piwnice „Alptraumbeisla” nosiły piętno konspiracji. Na powierzchni lokal przedstawiał się legalną gospódką dla uczciwych mieszkańców i przyjezdnych.

Steinberg roztrącał spanikowane kobiety i mężczyzn, wymierzał kopniaki i ciosy rękojeścią rewolweru. Na motłoch szkoda mu było metalowej pięści. Przetrząsał pokój za pokojem, w pogardzie mając baśniową prywatność i znany klechdom domowy mir. Nigdzie nie znalazł Indianina, a pytani o niego histerycy bełkotali tylko i grzęźli w wykrętach.

Wreszcie wyważył kopniakiem drzwi ostatniego pokoju i wparował do środka z wyciągniętym przed siebie rewolwerem. Tym razem dopisało mu szczęście. Na widok Indianina usta komisarza rozciągnęły się w triumfalnym uśmiechu.

Mężczyzna siedział nagi na podłodze ze skrzyżowanymi nogami, jego rdzawobrązowa skóra lśniła w nikłym blasku świec. Miał zamknięte oczy, zawodził i szeptał coś pod nosem. Otto zbliżył się, uśmieszek spełzł mu z twarzy. Dostrzegł zagadkowe, wpisane w okrąg znaki, które otaczały Indianina niczym fosa zamku. Otto nie poznawał żadnego z nabazgranych kredą symboli, ale domyślał się, że to stara magia. Nie dał dokończyć czaru.

– Wyłaź z kręgu! Wyłaź albo odstrzelę ci łeb!

Indianin otworzył oczy. Widok Ottona wyraźnie go ucieszył. Szepnął jeszcze słówko, po czym niespiesznie wstał i wystąpił poza magiczną barierę. Rozpostarł ramiona w poddańczym geście i kiwnął Steinbergowi głową.

– Chodźmy – rzekł, a wówczas pokój zajął się ogniem.

 

***

Duma Indianina skapywała ze złamanego nosa na podłogę katowni. Surowe spojrzenie znikło pod fioletem opuchlizny. Ostre rysy twarzy rozmyły się, wybełtane z krwią, sińcami i sczerniałą, przypaloną papierosami skórą.

Mimo to wciąż nie wyrzekł słowa.

– Zacznijmy od nowa – zaproponował Otto, krążąc wokół starca jak krogulec nad szczurem. – Kawy? Dymka? Może po bajgla skoczyć?

Indianin ani nie stęknął. Siedział nagi na zydlu i patrzył prosto w oczy komisarza. Strobl łupnął głową więźnia o blat stołu. Nie pomogło.

Steinberg tracił cierpliwość. Cudem wyszarpnęli go z łap kulturalnych, którzy rościli sobie do niego prawa. Doszło nawet do szarpaniny, którą załagodziła dopiero von Strigg. Finalnie mieli przekazać Indianina kulturalnym po dwudziestu czterech godzinach od zatrzymania. Była piąta nad ranem. Ćwierć wyznaczonego czasu spełzła na niczym.

– Wyjdź – warknął do Strobla.

Dryblas westchnął i opuścił pokój przesłuchań. Gdy zaskrzypiał rygiel, Steinberg ponownie odezwał się do Indianina:

– Dałeś się złapać. Dlaczego, skoro wcześniej tego samego dnia uciekałeś?

– Zląkłem się. Później byłem gotów. – Indianin wzruszył ramionami.

– Czemu zabiłeś tych ludzi?

– Nikogo nie zabiłem.

– To co tu robisz?

– Napawam się – rzekł z chłodnym triumfem.

– Czym, jeśli wolno spytać?

– Twoją niewiedzą. Niezrozumieniem, co się wokół ciebie dzieje.

– Nie pogrywaj ze mną. Ode mnie zależy, czy wyżyjesz.

– Nic się nie zmieniło, co?

– Rzucasz zagadkami. Co chcesz osiągnąć? Zanudzić mnie na śmierć? Świadkowie zeznali: ciała nie było na Friedenplatzu, pojawiło się znikąd, zupełnie jak ty. Mamy to na piśmie.

– Świadkowie? Mówisz o tej garstce przerażonych ludzi, którym groziłeś Schwarzgasse? Mieli się przyznać, że ignorowali trupa, że przechodzili nad nim i nie podnieśli larum?

 – Czyli wszyscy to kłamcy. Poza tobą.

– Widzieli, co trzeba było widzieć. Nie widzieli, czego lepiej nie widzieć. Do tego ich przyzwyczailiście.

– A ty postanowiłeś zwrócić na siebie uwagę i oderwać mnie od świadków, z których mógłbym wycisnąć prawdę. Innymi słowy: celowo utrudniłeś śledztwo.

– Przeciwnie. Ja ci je ułatwiam.

Otto usiadł za stołem i westchnął. Choć Indianin ewidentnie z niego kpił,  Steinberg nie mógł uciec wrażeniu, że stary kuglarz to trop, który istotnie zbliża go do rozwiązania zagadki.

– Zaopatrzeniowiec, blokowy i ja, raportowy. Powiązania są oczywiste. Co łączy z nami ciebie?

– Nie pamiętasz – stwierdził Indianin po chwili. – Naprawdę nie pamiętasz. W sumie nie powinienem się dziwić. Może… może to ci nieco rozjaśni – rzekł, unosząc prawe ramię.

Otto od razu poznał wypalone tuż przy łokciu gwiazdki i numer pod nimi. Takie samo piętno nosiła Inga. Skąd pomysł na oznaczanie więźniów w ten sposób? Teorii było wiele. Ponoć pomysłodawcy gwiazdki kojarzyły się z iskrami, które wzniecały niektóre z czarów. Na przykład ten, który pozbawił Ottona ręki.

– Kolejne igraszki. – Steinberg cmoknął z niesmakiem. – Wcześniej nie miałeś piętna.

– Widziałeś, co trzeba było widzieć.

Otto nie wytrzymał. Szarpnął się nad stołem, stalowa dłoń sięgnęła siwego warkocza i pociągnęła zań, aż Indianin grzmotnął całym korpusem o blat. Otto owinął sobie włosy więźnia wokół pięści i tak trzymając, zwrócił się do kuglarza:

– Dałem ci szansę. Marnujesz ją.

– Ty również – wyrzęził Indianin.

Otto zasypał go gradem wściekłych, pełnych frustracji ciosów. Potem zostawił broczącego, połamanego więźnia na stole, wezwał Strobla i wybył z katowni. Potrzebował świeżego powietrza, dobrego trunku i snu. Czuł, że inaczej zwariuje.

Złośliwy chichot losu objawił się przed nim w osobie posterunkowego Weinbergera, ściskającego w dłoniach jakiś kanciasty przedmiot.

– Czego? Wychodzę – warknął.

– Komisarzu, kazaliście przynieść wszystko, cokolwiek ostało się z pożaru w „Alptraumie”.

– No. – Otto zatrzymał się w pół kroku. – Co tam macie?

– Jedyna ocalała książka. Nienaruszona, mimo że ukryta pod poduszką, która spłonęła do szczętu wraz z łóżkiem.

Steinberg zmarszczył brew. Wyrwał inkunabuł z rąk Weinbergera. Księga była stara i zakurzona, a wytłoczony na twardej oprawie napis niemal się wytarł. Otto z trudem odczytał tytuł: „Serce z lodu albo gusła i zabobony plemion niewolnych do cesarstwa sprowadzone”. Na okładce nie podano autora.

– Dzięki, Weinberger. Dobrześ się spisał – mruknął, wsadziwszy książkę pod pachę. – A, ważna sprawa. Przejrzyjcie z łaski swej rejestr więźniów obozu Regenbogen. Szukajcie więźnia numer 1879. Jak się czegoś dowiecie, od razu dzwońcie. Będę w domu.

 

***

Sen nie nadchodził. Z fajką w zębach i szklanką brandy w dłoni, Steinberg siedział rozciągnięty w fotelu, a zamknięta księga spoczywała mu na kolanach. Wzdragał się przed jej otwarciem. Odwlekał ten ruch, jakby nie chciał poznać rozwiązania zagadki, jakby nie dość zmęczył się i napocił podczas ostatnich trzech dni.

W salonie paliły się wszystkie światła. Przeciwnie do Ingi, której sztuczne, elektryczne światło przywodziło na myśl sale obozowego szpitala, Otto robił wszystko, by w żadnym kącie pokoju nie czaił się cień. Ot, pokłosie chwil grozy, gdy z urwaną ręką leżał całą noc na dnie okopu, przytulony do stygnącego truchła wierzchowca. Wróg wysiekł cały oddział Ottona. Aż po wschód słońca, gdy z jutrzenką przybyły spóźnione, cesarskie odwody, towarzyszył mu tylko mrok i pogruchotany zewłok siwka.

Steinberg pociągnął potężny łyk trunku i na chybił trafił otworzył księgę. Pożółkłe, lepkie od kurzu kartki sprawiały wrażenie, jakby miały zaraz obrócić się w popiół. Były pełne symboli, opisów i niezrozumiałych inkantacji. Zawierały instrukcje dotyczące odprawiania rytuałów, rzucania klątw i przyzywania istot, o których Otto nawet nie słyszał. Różniły się od wszystkich znanych mu, zamieszkujących stolicę bytów.

Wzrok komisarza padł na osobliwą ilustrację, przedstawiającą dość prymitywną podobiznę człekokształtnego stwora o wilczym pysku i długich szponach. Choć cała postać ukazana była jako czarna, pośrodku korpusu ziała żółta – niegdyś zapewne biała – plama. Otto z trudem odczytał nazwę istoty: „wendigo”. Serce Steinberga zabiło mocniej. Nachylił się nad lekturą, nerwowo pocierając wąs.

Zrodzon ze wzgardzonej miłości, sam lodowate mając serce, ludzkiego wciąż pożąda. Z piersi, nieważne – niewieściej czy męskiej – wyrywa je krwawe, afektami wciąż tętniące i zabiera z sobą, ciało nieszczęsne ostawiając wronom. Ofiary swe podług klucza dobiera, zadając śmierć li tylko tym, co z utraconym kochankiem wspólne dzielą cechy. Za dnia człek jakoby zwykły, nocą skórę bestii przyobleka, wilczą gębą straszy i zębami kłapie, a kto podle jego szponów wejdzie, żyw się nie uchowa. Salwacji szukać jeno w kręgu Anaszarów, tudzież w ogniu warto. Śmiercią ucieczka trwożliwa, jako i orężny opór. Li dwie tylko wspomniane solucje życie uratować mogą. I modlitwa, jeśli kto wierzący. Silny duch to mus, jeśli kto się na wendigo zasadza, wszak opętać potrafi i człeka słabego na swe podobieństwo uczynić. Kto wątłe ma wnętrze i serce kruche, niechaj łowów na wendigo poniecha i pola ustąpi tym, co nie lękają się mroku” – przeczytał z bijącym sercem. Poniżej zaś rozrysowano wspomniany krąg Anaszarów, kimkolwiek byli, z objaśnieniami do każdego znaku, który się na rzeczony krąg składał. Podobieństwo do symboli nabazgranych kredą przez Indianina było oczywiste.

Wstrząśnięty odkryciem, Otto dolał sobie brandy. Zasłużył. Policjant z jego stażem wiedział, kiedy trafia na przełom. Musiał jeszcze tylko poskładać do kupy wszystkie porozrzucane elementy. No i dowiedzieć się, kim jest tajemniczy więzień numer 1879.

Najpierw jednak postanowił wypić. Za siebie, za Petrę, za sprawę, za… Ingę.

I za światło.

 

***

Pałki wodne szeleściły, muskane chłodnymi wargami wiatru. Tafla jeziora była spokojna, cicha, spowita gęstą, białą mgłą. Podobnie jak przybrzeżny lasek, intensywnie pachnący wilgocią i butwiejącym listowiem. Świt powoli wypierał mrok nocy.

Wsparty szponiastą łapą o pień sosny, wendigo patrzył na ciemne kontury szpitala. Zbliżył się, węsząc i strzygąc uszami. Nie przekroczywszy bariery lasu, sięgnął wzrokiem ponad ogrodem i werandą. W jednym z okien szpitala paliło się światło. Padało na plecy wątłej, kobiecej postaci, wyglądającej przez okratowaną szybę. Wiedział, że mimo ciemności patrzą sobie prosto w oczy.

Trwało to tylko chwilę, światło zaraz zgasło, a kobieta znikła w głębi szpitalnego pokoiku. Wendigo stał jeszcze w bezruchu, jakby liczył na jej powrót, lecz wkrótce dał za wygraną. Skute lodem serce raziło chłodem, wprawiając całe ciało w drżenie. By to wytrzymać, musiał biec. Znał cel gonitwy, odkąd wynurzył się z dna jeziora.

Gnał bez opamiętania, najpierw wzdłuż brzegu akwenu, później lasem, aż wreszcie wpadł między stołeczne kamienice i mknął dalej ciasnymi uliczkami miasta. O tej porze było jeszcze puste, ciche, jakby umarłe. Tylko sterowce patrolowały niebo, wiązkami sztucznego światła przeczesując teren.

Tropił. Od dobrych kilku mil czuł w nozdrzach zapach kolejnej ofiary. Mocna woń ambry wiodła go alejami, placami, mostami i zaułkami, kazała mu wspinać się na dachy i schodzić do kanałów. W końcu dopiął swego. Nadrzeczną promenadą szła smukła kobieta w meloniku i męskim, watowanym płaszczu. Stukot obcasów odbijał się od fasad czynszówek. Paliła papierosa.

Kilka sążni przed nią kroczył śpiesznie jakiś mężczyzna, także odziany w czerń. Patrzył co chwila przez ramię, a jego ciepłe, ludzkie serce biło coraz szybciej. W końcu rzucił się do ucieczki. Kobieta parsknęła cicho, cisnęła niedopałek do rzeki, po czym ruszyła tropem lękliwego jegomościa.

Pognał za dziwaczną parą. Usłyszał syk, a tuż po nim stłumiony jęk. W nozdrza wendigo uderzyła woń siarki, zmieszana z nutą krwi i jakimś ulotnym, nieznanym zapachem. Gdy stanął u wlotu uliczki, mężczyzna dogorywał. Wysoka, nad wyraz chuda postać trzymała go w garści, wpijając w miękką szyję zęby. Ofiara zapadała się w sobie niczym dziurawy balon.

Wendigo skoczył naprzód. Kobieta cisnęła weń pozbawionym duszy ciałem. Unik przyszedł bestii łatwo, podobnie jak atak. Ofiara mogła być szybka, silna i zwinna, lecz to on miał serce z lodu. Mogłaby oberżnąć mu członki, rozłupać czaszkę i wyjeść oczy, a on wciąż dychałby i szukał okazji, by ją złowić. Była bez szans.

Tańczyli krótką chwilę w takt kłapnięć szczęk, gwizdu szponów, sapnięć i powarkiwań. W końcu, po wściekłej kanonadzie ciosów przeciwniczki, wendigo zdołał wrazić pazury w jej trzewia. Z odrazą wyszarpnął łapę z plątaniny jelit. Nie tam celował. Kobieta ze zdziwieniem dotknęła plamy wykwitłej pod mostkiem. Dotknęła rany i spojrzała, wyraźnie przerażona, na prześladowcę. Sięgnął ku jej sercu.

– Jak nie żona, to kochanka, co? – zapytał ktoś z boku.

Zaskoczony wendigo podskoczył, chybiwszy celu. Warknął, taksując intruza wściekłymi, wilczymi ślepiami. Śniady mężczyzna o siwych warkoczach uśmiechał się doń spod ciemnej latarni. Stał pośrodku nabazgranego kredą okręgu, a po dłoni – niby pająk – skakała mu samotna, złota iskierka.

Wendigo uciekł, byle dalej od ognia. W tej samej chwili ranna kobieta upadła twarzą w błocko, a wiekowy Indianin roześmiał się w głos.

Umilkł, zaskoczony, ujrzawszy za sobą Steinberga.

 

***

Natarczywy dźwięk dzwoniącego telefonu wyrwał komisarza ze snu. Chwiejnym krokiem pospieszył do aparatu.

– Halo – wybełkotał.

– To pan, komisarzu? – W słuchawce zaterkotał głos Weinbergera.

– Nie, cesarz.

– Udało mi się dostać do archiwów z aktami obozu Regenbogen.

– I?

– Znalazłem więźnia numerr 1879. Nazywał się Algon Quin.

Otto potarł wąs. Nieuchwytne skojarzenie zamajaczyło na skraju pamięci. Nagle zmarszczył brew.

– Nazywał?

– Tak. Według akt nie przeżył drugiej serii badań.

– Niemożliwe! – Uderzył pięścią w tarczę telefonu. – Ile miał lat?

– Dziewiętnaście.

– Co? Nie… To się kupy nie trzyma. Dziś miałby trzydzieści pięć. W celi mamy starca. Łże jak pies!

– Chyba… chyba tak. Tylko…

– Co „tylko”?

– Panie komisarzu, bo ja się trochę nie wyznaję na tych rejestrach. Tu jest, zaraz po nazwisku, jakby taka… dwójka w nawias wzięta.

– Dwójka? To znaczy… – Steinberg wziął w płuca potężny haust powietrza. – W obozie był drugi Algon Quin. Umarł syn, a ojciec żyje – stwierdził, gdy kawałki układanki złożyły mu się w całość. – Szukaj drugiego Quina. A więźnia dawaj do katowni. Zaraz będę.

– Tylko że… tu jest taki mały problem.

– Problem? Jaki problem?!

– Więźnia nie ma w celi.

Na te słowa krew odpłynęła Steinbergowi z twarzy. Zacisnął palce na słuchawce, aż pobielały.

– To go, do ciężkiej cholery, znajdźcie! – wrzasnął. – Gdy przyjdę, ma czekać w katowni! – rozkazał i rzucił słuchawką.

Otarł spoconą twarz. Alkohol wciąż szumiał mu w głowie, a rewelacje Weinbergera mieszały się z realistycznym snem sprzed kilku minut. Przysiadł na komódce, wzdychając ciężko. Pytania kąsały go jak wściekły rój pszczół. Śnił już nieraz o Indze, śnił o tym, co robili i co będą robić. Ale to było dawno temu i sądził, że minęło bezpowrotnie. A teraz coś takiego. Nie wiedział, czy to zwykły majak, czy coś, czym winien się zmartwić. Jej rana… upadek… strach. Wydawały się takie realne. A Indianin? Może to on sprowadził sen? I co znaczyć miało to cholerne pytanie?

“Jak nie żona, to kochanka, co?” – zupełnie jakby to on stał za szaleństwem Petry, co przecież nie było możliwe. Nie, na pewno nie. 

Chodził w tę i we w tę po salonie, mamrocząc jak wariat. Głowił się, czemu najpierw był we śnie potworem, a potem nagle stał w zupełnie innym miejscu. Przed oczyma wciąż miał zdziwione oblicze Indianina.

Sprawa zataczała coraz węższe kręgi, ze zwykłego zabójstwa przepoczwarzywszy się w coś osobistego, prywatnie dotykającego komisarza. Nie wiedział tylko, dlaczego.

Nagle zląkł się, że bestia wciąż obserwuje Petrę. Wykręcił numer do szpitala.

– Siostro, wszystko u was dobrze? – zapytał, gdy w telefonie rozbrzmiał głos opiekunki Petry.

– Ano, bez zmian, panie Steinberg. A stało się co?

– Nie kręcą się koło szpitala jakieś dziwne typki? Staromagiczni?

– Panie Ottonie, ja pana proszę! To porządny szpital – odparła rubasznie siostra Ursula.

– To dobrze. W razie czego od razu dzwońcie na Schwarzgasse.

– Coś się dzieje? Brzmi pan niespokojnie.

– Na razie nic, czym powinna się siostra martwić – rzekł kojąco. – A, jeszcze jedno. Przypomnijcie mi, z łaski swej, w czym to upatrujecie przyczyn katatonii Petry? Wieki temu o tym gadaliśmy, zatarło się to i owo.

– Panie Ottonie, myśmy przecież o tym nigdy nie rozmawiali. Nie chcieliście, nie mogliście słuchać – przypomniała siostra. – Zdaliście się w pełni na nas.

– Nieważne, siostro. Odpowiedzcie – polecił ostrzejszym tonem. Starej widać coś pomieszało się w głowie.

– Szok, panie Steinberg. Małżonka zobaczyła coś, co zachwiało jej światem, okaleczyło wiarę i zabrało chęć do życia. Petra wolała schować się głęboko w siebie, niż istnieć na zewnątrz. Przyrównałabym to do trzęsienia ziemi.

 – Mówiła kiedykolwiek, co zaszło? Macie jakieś hipotezy? Metafory mnie nie obchodzą.

– Nie. Odkąd przyprowadził ją pan do nas dwa lata temu, milczy jak zaklęta. Czasem tylko rzuca pojedyncze słowa, bez ładu i składu.

– Jakie?

– Cóż… to była chyba „mgła”, „krew”, „śniadanie” i… „potwór” – wyliczyła.

Otto bez słowa odłożył słuchawkę.

 

***

W amoku wybiegł z domu i pognał boso na Schwarzgasse. Przechodnie oglądali się za nim, szepcząc „wariat”, lecz nawet tego nie słyszał. Władało nim olśnienie, które rozbłysło w steranym umyśle niby pierwsza, jarząca się dzięki starej magii żarówka.

Spisek. Wszystko było spiskiem Algona Quina, Ingi i… Weinbergera. Wieloletni, tkany po niteczce plan zniszczenia Ottona jawił mu się wyraźnie, jakby sam go układał. Cynizm konspiratorów, ich wyrachowanie i zegarmistrzowska precyzja zasługiwały na uznanie. Lecz Steinberg ani myślał honorować zdrajców.

Z hukiem wpadł przez wrota Schwarzgasse, do dyżurnego wrzasnął tylko: „Gdzie posterunkowy Weinberger?!”, a gdy ten wskazał podziemne archiwa, komisarz rzucił się biegiem w tamtym kierunku. Nieważny był już ból kolana, nieważna chwiejność kroków, cuchnący alkoholem oddech czy lecąca na łeb, na szyję reputacja.

W kilka susów pokonał wiodące ku piwnicom schody, a pasek szlafroka powiewał za nim niby wilczy ogon. Otto kopniakiem otworzył drzwi archiwum. Ujrzawszy pochylonego nad księgami Weinbergera, rzucił się nań z obłędem w oczach.

– Panie komisarzu, co… – nie zdołał dokończyć, uderzony stalową pięścią w twarz.

Otto chwycił go za mundur, uniósł znad biurka i cisnął o ścianę, wpijając palce w krtań.

– Ja ci dam, skurwysynu, pana komisarza! – wrzasnął i wymierzył Weinbergerowi kilka ciosów w brzuch.

– K-komisarzu… ja nie…

– Milcz! – krzyknął znów, zdzieliwszy policjanta otwartą dłonią w twarz. – Miałeś dyżur, gdy przyszła tu moja żona, tak czy nie?!

– C-co… j-ja n-nie wiem…

– Dwa lata temu! Dzień, gdy oszalała! Wiem, że pamiętasz!

– T-tak – wyrzęził posterunkowy.

– Po co przylazła? Hę? Gadaj!

– N-nie… wziął p-pan… kanap-pek… p-przyniosła…

Rzucił Weinbergera na podłogę i kopniakiem wcisnął go w kąt pomieszczenia.

– Co jej nagadałeś?! Co powiedziałeś, że zwariowała?!

– J-ja… po-pomyliłem się… po-powiedziałem do n-niej… I-Inga…

Stalowa pięść spadła na bark młodzieńca, łamiąc go z trzaskiem. Kość przebiła mundur i wyszła na wierzch.

– Durniu! Skończony durniu! – krzyczał raz po raz Otto. Nastąpił piętą na dłoń Weinbergera. – Gdzie ją wysłałeś? Do domu, jak każdy dyżurny? Co?! Co tu zobaczyła, że oszalała, podły śmieciu?! Kibel?! Szatnię?!

– Nic! Nic nie widziała! Z-zaklinam się!

– Nie łżyj! – Wgniótł dłoń Weinbergera w podłogę. – Gdzie polazła?! Gdzie, kurwa, polazła?!

– Pod katownię! Byliście tam, pracowaliście nad więźniem! Musiała… musiała… was w-widzieć…

– Tak lepiej – warknął Otto i kopniakiem pozbawił Weinbergera przytomności.

 

***

Przybycie Steinberga na Schwarzgasse wzbudziło spore zainteresowanie. Pobicie posterunkowego atencji tej bynajmniej nie rozwiało. Dlatego też, przydybany przez kolegów in flagranti, Otto musiał przebić się przez nich siłą.

Rewolwer Weinbergera odstraszył co bardziej tchórzliwych, resztę załatwiła stalowa pięść komisarza. Nie miał czasu na wyjaśnienia, którym i tak zapewne nikt nie dałby wiary. Poza tym podejrzewał, że lwia część politycznych była zamieszana w spisek przeciw niemu.

Pognał do katowni. Miejsce wyznań, konfesjonał zbity z krwi, potu i łez był tym, czego Otto potrzebował. Wiedział, że to tam czekają nań wszystkie odpowiedzi. Bo o ile rozumiał motywacje Weinbergera, chcącego pchnąć naprzód karierę po trupie Ottona, a także pojmował rolę Ingi – pałającej żądzą zemsty kochanki – o tyle postać Algona Quina wciąż pozostawała dla niego zagadką. Czuł jednak, że w pokoju przesłuchań wszystko się wyjaśni.

Gdy dotarł do żelaznych drzwi katowni, po piętach deptało mu czterech czy pięciu funkcjonariuszy. Wpadł do pokoju przesłuchań i zamknął wrota od środka. Dla pewności zablokował klamkę krzesłem.

Odetchnął, mimo nawoływań policjantów. Poczuł się bezpieczny. Przymknął powieki. Mętlik w głowie nie ustawał.

– Zmęczony? – zapytał Algon Quin.

Stał w ciemnym kącie pomieszczenia, gdzie podczas zeznań zwykł przesiadywać Otto.

– Wiedziałem, wiedziałem, że tu będziesz! Nie uciekłbyś ot tak, dla zabawy.

– Jak i nie uciekłem od mojego syna, gdy wierciliście mu w głowie.

– No tak, dwóch Quinów. Jedyni Indianie w obozie, a ja nie skojarzyłem – przyznał Otto z niesmakiem.

 – Mogłem się przedstawić wcześniej, ale nie chciałem ci ułatwiać pracy. Dość ci pomogłem.

– Ale czemu ja? – Otto wystąpił naprzód. – Byłem tylko raportowym. Ani nie tłukłem was, jak blokowi, ani nie badałem, jak lekarze, ani nie głodziłem, jak kierownik.

– Tylko ty zostałeś. I tylko ciebie przeklął mój syn.

– Przeklął?! Za co, do cholery?

– Nie pamiętasz, jak do ciebie przyszedł? Jak błagał, byś zwolnił chorego ojca od pracy?

– Nie – zełgał Otto.

– Za to, jak zareagował na odmowę, wytypowałeś go do badań.

– Nie, Quin.

– Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa. Chleb i sól naszych czasów.

Indianin wychynął z cienia i stanął twarzą w twarz z komisarzem. Oblicze starca nie miało choćby śladu tortur.

– I za to… za to zrobił ze mnie wendigo? – zapytał niepewnie Steinberg.

– Wendigo? – zdziwił się Quin.

– Czytałem twoją księgę. Magiczne monstrum o sercu z lodu.

Indianin spojrzał badawczo na komisarza. Po chwili jego twarz rozjaśnił lekki, mglisty uśmieszek.

– Cóż… tę prawdę chyba musisz odkryć sam – rzekł. – A to ci pomoże. – Podał Steinbergowi kawałek kredy.

Otto zważył ją w dłoni, oglądnął z każdej strony. “Co więcej mi zostało?” – spytał sam siebie.

Dla Steinberga sprawa przedstawiała się jasno: Inga znała Quinów jeszcze z obozu i razem z nimi uknuła plan zemsty na załodze Regenbogen. Młodszy z Indian przeklął Steinberga, a von Strigg uwiodła komisarza, by w przyszłości zniszczyć mu życie. W międzyczasie skorumpowała Weinbergera, który na dany znak wyjawił Petrze brutalną prawdę o jej małżonku. Stary Indianin pełnił zaś rolę nadzorcy, zwłaszcza po śmierci syna. To w jego zgonie komisarz upatrywał spóźnionego działania klątwy. Quin senior zapewne ujawnił się, by sprawdzić, czy wreszcie odniosła skutek. Wnosząc po ostatnich wydarzeniach, miał wszelkie powody do satysfakcji. Wspominał wszak, że z załogi obozu przy życiu ostał się tylko Steinberg.

Ukuta teoria zakotwiczyła w umyśle komisarza, niby obcy okręt pod cesarską banderą, i zyskiwała na wiarygodności z każdą chwilą, im dłużej Algon Quin wiercił wzrokiem w obliczu Steinberga.

Misternej układance brakowało tylko jednego elementu, tylko on – Otto – jaśniał białą plamą na szkarłatnej mapie zbrodni. Musiał mieć pewność, że to on jest mordercą, zrodzoną z klątwy bestią bez krzty sumienia. Nie myślał już o spisku. Był tylko on i prawda, którą musiał z siebie wydostać.

Zaczął od kilku prostych, kierowanych do wnętrza pytań, które szybko przerodziły się w żądania. “Wyjdź!” – rozkazywał bestii. “Wyłaź, mówię!” – warczał, wbijając palce w trzewia.

Nie pomagało, od słów przeszedł więc do ciosów – najpierw otwartą dłonią, potem pięścią. Również bez powodzenia.

Nie zostało mu nic innego, jak usłuchać sugestii Indianina, który przyglądał mu się z uwagą. Ignorując wrzaski dochodzące zza żelaznych drzwi, komisarz minął Quina i zdjął ze ściany pas z narzędziami. Usiadł na rozchwianym zydlu, a narzędzia wraz z rewolwerem Weinbergera złożył na kolanach. Schylił się i zaczął rysować wokół zydla symbole. O dziwo, pamiętał je doskonale.

Gdy skończył, przemknął stalowymi opuszkami po narzędziach. Na Schwarzgasse lubili prostotę. Ufali staremu dobremu młotkowi, obcęgom, metalowym rurkom i rozgrzanym prętom. By zacząć subtelnie i nie robić przesłuchiwanemu wody z mózgu, Otto wybrał młotek. Zamachnął się i z całej siły huknął w stłuczone kolano.

Noga wygięła się pod dziwnym kątem, a oczy zaszły Steinbergowi łzami, lecz prawda nie wyszła na jaw.

Opór przesłuchiwanego nie zniechęcił, lecz tylko zagrzał Ottona do dalszej pracy. Zacisnął palce na obcęgach, swoim ulubionym narzędziu. Zważył je w stalowej dłoni i już miał przystąpić do dzieła, gdy opadło go nagłe zwątpienie. Jednocześnie pożądał i lękał się bólu. Nie wiedział, której części mózgu posłucha zbudowana na starej magii ręka. Dotąd działała bez zarzutu, lecz teraz to zbliżała się, to oddalała od rozpostartych palców prawej dłoni.

Otto trwał tak, tocząc trzecią wojnę domową. W końcu pokonał opór, wszak nad wszystko cenił konsekwentność. Obcęgi zacisnęły się na paznokciu serdecznego palca i na raz, dwa, trzy wyrwały go z tkanki. Trysnęła krew, a Steinbergowi zrobiło się słabo. Zadrżał na zydlu, lecz nie ważył się spaść poza krąg. Chciał prawdy, nie śmierci.

Po krótkich zmaganiach zabrał się za kolejny paznokieć. I następny. I jeszcze jeden, aż wszystkie pięć palców wieńczyły krwawe, tryskające krwią kikuty. Świadomość opuszczała go coraz częściej, ból trawił ciało, organizm opuszczały soki, a cholerna prawda wciąż nie wychodziła na jaw. Dla profesjonała pokroju Steinberga był to policzek.

Otworzył więc usta. Brudne, lepkie od krwi szczypce objęły górny siekacz. Komisarz rwał zęby w amoku, jęcząc i plując szkarłatem na lewo i prawo. Ciałem targały spazmy, kikuty palców płonęły ogniem, gdy z bólu zaciskał je na udzie. Płakał, gdy małe, zżółkłe perełki sypały mu się z ust wraz z poszarpanymi kawałkami dziąsła.

Prawda nie przychodziła.

Wówczas zdecydował się na krok ostateczny. Zważając na surową granicę kręgu, sięgnął po rewolwer, który wcześniej spadł na podłogę. Ucapił go stalową dłonią i, płacząc, przytknął do krocza.

– Zrobić z policjanta mordercę… – wyrzęził i pociągnął za spust.

Katownią poniósł się rozdzierający bębenki grzmot, który zagłuszył wrzaski Steinberga. Sparaliżowany bólem, komisarz zwalił się z zydla poza kredowy okrąg. Wówczas rozległ się inny krzyk, a raczej ryk, który jakimś cudem wyszedł z gardła Ottona. Silne konwulsje raz po raz wstrząsały jego ciałem. Nagle poczuł, jak coś w jego trzewiach pęka, jak wnętrze kruszy się i rozdziera na dwoje. Krzycząc, obserwował jak z piersi wyłaniają się kończyste szpony, owłosione łapy, a wreszcie wilczy łeb i reszta potwornego cielska.

W tej samej chwili drzwi katowni otworzyły się, a za nimi, pośród tłumu policjantów, stała Inga. Skoczyła w stronę Steinberga i uklękła nad nim, nic nie robiąc sobie ani z wendigo, ani z podpierającego ścianę Quina. Indianin parsknął śmiechem.

– Nie ta strona, komisarzu, nie ta strona – rzekł z pogardą i opuścił katownię, mijając tłoczących się przy Steinbergu policjantów. – Jednak prawdę mówią, że pobieżna lektura nie uczy – dodał, gdzieś z odmętów Schwarzgasse. 

Nikt nie zareagował. Nikt nie skoczył na Quina, nikt nie otworzył ognia do wyłażącej z trzewi Ottona bestii.

Inga gładziła go po twarzy, w kółko powtarzając tylko: „Mój biedny, mój kochany”. Zaczęła zmieniać postać. Zawisła nad gasnącym ciałem komisarza i spojrzała nań pustymi oczodołami. Przez blade oblicze przemknął cień smutnego uśmiechu.

Otto rozejrzał się po raz ostatni. Nigdzie nie znalazł potwora, podobnie jak śladów zranienia na swojej piersi. Westchnął, przerażony. 

“Bodajby cię sumienie zżarło!” – przypomniał sobie słowa prawdziwej klątwy młodego Algona Quina.

A potem osunął się w mrok.

 

***

Przeglądając się w sypialnianym zwierciadle, Inga otarła krwawą łzę chustką. Nie pierwszą wylaną przez niego i nie ostatnią wylaną za nim.

Ciaśniej zawiązała krawat, a na ramiona zarzuciła czarną, watowaną marynarkę. Syknęła cicho, gdy rana brzucha dała o sobie znać. Goiła się szybko, wszak niełatwo zabić strzygę.

Włożyła na głowę melonik i przekrzywiła go, by rondo przesłaniało oczy. Już miała wyjść, gdy nabrała ochoty na jeszcze jedno, przelotne spojrzenie. Podeszła do Seelensaugera i położyła dłoń na elipsoidzie. W środku szamotała się gęsta jak mleko, choć raczej szara niż biała, wykrzywiona twarzyczka. Czule pogłaskała bańkę, a przeczytawszy słowa, wydziurkowane igłą na kartce papieru, rozpromieniła się.

Dobrze było go mieć z powrotem.

Posłała urządzeniu całusa i opuściła mieszkanie.

Dobry humor opuścił ją, ledwie stanęła na bruku. Cel jej spaceru bynajmniej nie nastrajał do śmiechu. Zmierzała bowiem do Szpitala Psychiatrycznego im. Hermanna Rorschacha, którego pacjentką i stałą lokatorką była małżonka Ottona.

Nie chciała odwiedzać Petry, niosła jej wszak przykrą wiadomość o śmierci męża. Wciąż nie rozumiała, dlaczego Steinberg to wszystko zrobił. Dlaczego skatował jakiegoś szczeniaka, dlaczego stłukł politycznych i czemu… czemu torturował sam siebie. Czego chciał się dowiedzieć? Co odkryć? Inga nie pojmowała. Z trudem przyjęła też fakt, że podczas tortur prawdopodobnie chybił krocza i zamiast tego przestrzelił sobie tętnicę. To sugerował ostateczny raport. Polityczni mogli mieć w swych szeregach wariata, ale nie samobójcę. Tak czy owak, Otto umierałby kilka, może kilkanaście minut w niewyobrażalnym bólu. Wyssanie jego duszy było łaską. Tak przynajmniej zeznała podczas śledztwa.

Do szpitala mieli posłać któregoś z politycznych, ale nie znaleźli zbyt wielu chętnych. Poza tym, mimo oczywistej niechęci, czuła się w obowiązku, by właściwie przekazać Petrze smutne wieści. Byle chłystek ze Schwarzgasse tylko spartaczyłby sprawę, rzuciwszy parę suchych zdań bez troski o stan obłąkanej. Inga chciała zrobić to, jak trzeba. Tyle była tej kobiecie winna. Więc się zgłosiła.

 

***

Dotarłszy pod szpital, przystanęła u stóp schodów. To tutaj, w czasie gdy Otto zakatowywał się na Schwarzgasse, zastrzelono Algona Quina, tajemniczego Indianina, który zdołał jakimś cudem uciec z aresztu. Żałowała, że nie zdążyła go przesłuchać. Była ciekawa, czy to on zabił von Petza i tego blokowego z Regenbogen.

Co jednak interesowało ją bardziej, to słowa, które Indianin wrzeszczał, wtargnąwszy do szpitala. Z ustaleń policji wynikało, że indagował personel o „prawdziwego wendigo” i żądał, by go doń zaprowadzono. Próby ujęcia Indianina spełzły na niczym. Pojawiał się w przypadkowych miejscach, znikał i materializował za każdym razem bliżej szpitalnych ogrodów. Gdy wpadł na werandę, śmiertelnie postrzelił go stróż. “Śmiertelnie” – tak stanowił raport, choć ciała nie odnaleziono.

Nie marudząc już dłużej przy wejściu, Inga zdecydowała się przekroczyć progi szpitala. Pokierowano ją na tyły budynku, do ogrodu, gdzie pani Steinberg miała zażywać popołudniowego, chylącego się już ku zachodowi słońca.

Tam też ją zastała. Odpoczywała na werandzie, bujając się lekko w fotelu. Promienie padały na jej zmęczoną twarz i siwe włosy. Czarną suknią wzruszał słaby powiew wiatru. Patrzyła przed siebie na wyłysiały, jesienny las.

Inga przycupnęła w progu, nagle zawstydzona i dziwnie skrępowana. Idylliczna scena zdała jej się świętością, której nie warto psuć. Z oków niepewności oswobodziła ją sama Petra.

– No chodź, chodź. Przecież słyszę, żeś przyszedł! – zawołała. – Widzisz, mówiłam, że im później, tym lepiej. Żadnej mgły, żadnej mgły! – mówiła radośnie, szczebiocząc jak podlotek.

Inga postąpiła naprzód i stanęła obok zmizerniałej, a mimo to wyraźnie szczęśliwej kobiety. Wiedziała, że powinna wyprowadzić ją z błędu co do swej tożsamości, lecz jakoś nie mogła się na to zdobyć.

Nagle kobieta chwyciła Ingę za rękę, palcami zimniejszymi nawet od dłoni von Strigg. Uśmiechnęła się do byłej kochanki męża.

– Słyszysz, jak pięknie szumi las? – zapytała.

W odległej gęstwinie Inga dostrzegła ruch.

– Piękny dziś dzień… zaiste, piękny. Poszłabym do opery… O, albo na przechadzkę Friedenplatzem! To jest myśl, czyż nie? – zapytała Petra.

Między drzewami zamajaczyło wielkie, włochate cielsko. Inga szarpnęła się, chcąc wyrwać dłoń z uścisku obłąkanej.

Na próżno. Petra trzymała zbyt mocno.

 

Koniec

Komentarze

Z trudem dobrnąłem do końca opowiadania. Pierwsze wrażenie: przegadane, bez napięcia charakterystycznego dla kryminałów. Pomysł rozumiem i doceniam. Wykonanie mniej. Dialogi są nienaturalne, potykałem się na niezgrabnościach językowych. Główny bohater to typowy glina, niczym nie zaskoczył, lecz jego reakcje były prawdopodobne.

No cóż, Tomie, nie każdemu da się przypodobać. Trudno mi polemizować z Twoimi wrażeniami, bo to subiektywna sprawa.

Względem nienaturalności dialogów i niezgrabności językowych – jesteś w stanie podać jakieś przykłady? Chętnie poprawię wszelkie uchybienia :)

Dzięki za lekturę i komentarz.

 

Pozdrawiam,

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Gdybym nie wszedł w poczekalnie, to bym nie zobaczył tego opowiadania, boś jako jeden z wielu wybrał wrzucanie opowiadania od nowa, zamiast wrzucić to betowe. Wiem, że liczba komentarzy może odstraszyć komentujących, ale beta temu tekstowi wyszła naprawę na dobre.

A – odmiennie od komentarza Toma – o każdej z wersji tego opowiadania mam baj najlepsze zdanie. 

Już pierwsza wersja wydawała mi się bardzo dobra. Nie uważam opowiadania za przegadane, dostrzegam tu za to pewną manierę narracyjną, która do tego tekstu pasuje jak ulał. Możliwe, że nie mam wyrobionego gustu, ale nie dostrzegam w finalnej wersji niezgrabności językowych w dialogach. Co prawda te nie są wymuskane, może stylizacja zbyt współczesna, jednak nie jest to opowiadanie z rodzaju historii alternatywnej. Myślę, że w takim opowiadaniu jak najbardziej pasuje i w ogóle na to bym nie marudził, tym bardziej, że nic mnie bardziej nie męczy niż przestylizowany sposób wypowiedzi.

Opowiadanie mnie wciągnęło i oczarowało steampunkowym klimatem. Od razu skojarzyła mi się gra Arcanum – na zawsze w moim sercu – i pewna misja niby kryminalna z bodaj wilkołakiem, którego trzeba było wytropić. Wybacz za tak nieliterackie porównanie, ale steampunk jest gatunkiem, z którym literacko się prawie nie zetknąłem.

Wydaje mi się, że klimat właśnie, a obok niego świat z pomysłową kreacją historycznego konfliktu i niemagicznych jest tu największą zaletą, a nie bohaterowie (policjant jak wycięty z szablonu, ale bronisz się tym, że na sam koniec dokonujesz dekonstrukcji postaci i to całkiem dosłownie) czy intryga. Ta była może nieprzesadnie skomplikowana, ale też sam wiesz, że z początku źle odczytałem twoje intencje, więc jednak poziom zawiłości uważam za optymalny dla tekstu fantasy. Bo to właśnie tekst fantasy z wątkiem kryminalnym, a nie kryminał – dlatego zarzuty odnośnie napięcia uważam za nietrafione.

Chciałbym poświęcić też akapit postaci Indianina (swoją drogą nie wiem, czy jest to fortunna nazwa, bo sugeruje, że tekst rozgrywa się w jakiejś wersji naszego świata; wiem, nie pomyślałem o tym, by ci to wytknąć na becie, ale teraz myślę, że “czerwonoskóry” byłby bardziej adekwatny), która mnie zaintrygowała i cieszę się, że uwzględniłeś moje sugestie. ;)

Podsumowując: styl i warsztat masz (przynajmniej ja tak uważam). Więcej: sądzę, że jesteś jedną z najładniej piszących osób, które aktywnie publikują na portalu. Jeżeli zdarzają się jakieś niezgrabności (ja ich nie dostrzegam na obecnym etapie), to dlatego, że nie trzymasz się banalnych i prostych konstrukcji i porównań, a wypracowujesz swój styl wypowiedzi, który mnie bardzo odpowiada. Jednak czegoś brakowało w twoich poprzednich tekstach. Posługując się przenośnią, którą napisał mi kiedyś ktoś utalentowany (;)) pod jednym z tekstów – miałeś mnóstwo piór, ale nie miałeś ptaka. Tu masz tego ptaka… jakkolwiek by to nie brzmiało. :P

Gratulacje!

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Miś przeczytał i nie potrafi zdecydować, czy podobało mu się, czy nie. Jednego jest pewny, to nie jego klimaty.

Dialogi ogólnie brzmią nienaturalnie. Opiszę jedno z potknięć stylistycznych. W narracji miejscami widać nagromadzenie dawnego słownictwa, a w innych fragmentach styl zmienia się na współczesny.

Geki,

 

Gdybym nie wszedł w poczekalnie, to bym nie zobaczył tego opowiadania, boś jako jeden z wielu wybrał wrzucanie opowiadania od nowa, zamiast wrzucić to betowe. Wiem, że liczba komentarzy może odstraszyć komentujących, ale beta temu tekstowi wyszła naprawę na dobre.

Proszę winić Alicellę, bo tak mi poradziła robić i ja się jej słucham :P

A co do bety – o Panie, przecież to jest 3 razy lepsze opko niż pierwotnie! Jeszcze raz wielkie dzięki za pomoc, myślę że dałeś mi kilka naprawdę cennych porad, które będę stosował do każdego następnego tekstu.

Możliwe, że nie mam wyrobionego gustu, ale nie dostrzegam w finalnej wersji niezgrabności językowych w dialogach. Co prawda te nie są wymuskane, może stylizacja zbyt współczesna, jednak nie jest to opowiadanie z rodzaju historii alternatywnej. Myślę, że w takim opowiadaniu jak najbardziej pasuje i w ogóle na to bym nie marudził, tym bardziej, że nic mnie bardziej nie męczy niż przestylizowany sposób wypowiedzi.

Może głupio wypowiadać się o swoim własnym tekście, ale ja również nie dostrzegam wad na poziomie dialogów. Co do współczesności – potencjalnie razić może “kibel” i “przylazła”, ale sprawdzałem ich pochodzenie i nie jest to bynajmniej nowomowa, jak można by sądzić. Oczywiście może umykać mi “bigger picture”, ale akurat dialogi wydają mi się mocno znaturalizowane i subtelnie stylizowane. Ale wiadomo, rzecz gustu.

Opowiadanie mnie wciągnęło i oczarowało steampunkowym klimatem. Od razu skojarzyła mi się gra Arcanum – na zawsze w moim sercu – i pewna misja niby kryminalna z bodaj wilkołakiem, którego trzeba było wytropić. Wybacz za tak nieliterackie porównanie, ale steampunk jest gatunkiem, z którym literacko się prawie nie zetknąłem.

Wybaczam, bo i ja miałem kilka nieliterackich inspiracji, którymi się chętnie podzielę. Przede wszystkim serial “The Knick” – stamtąd zaczerpnąłem ogólny, ponury feeling, ale też pomysł na Petrę. Muzyka Cliffa Martineza z tego serialu towarzyszyła mi podczas pisania aż do samego końca. Do tego dochodzi jeszcze serial “Penny Dreadful” – tu głównie odwaga w łączeniu mrowia postaci fantastycznych, ale i kryminalna otoczka, do tego też gry z serii “Dishonored” – bo steampunk. Literackich odniesień jest kilka, ale na uwagę zasługuje zwłaszcza cytowany tuż pod tytułem “Wilk stepowy” H. Hesse’a i parafrazowany w tekście “Proszę państwa do gazu” T. Borowskiego. A – pierwowzorem Ingi von Strigg jest moja partnerka (oczywiście tylko w tej ładnej wersji :D).

Wydaje mi się, że klimat właśnie, a obok niego świat z pomysłową kreacją historycznego konfliktu i niemagicznych jest tu największą zaletą, a nie bohaterowie (policjant jak wycięty z szablonu, ale bronisz się tym, że na sam koniec dokonujesz dekonstrukcji postaci i to całkiem dosłownie) czy intryga. Ta była może nieprzesadnie skomplikowana, ale też sam wiesz, że z początku źle odczytałem twoje intencje, więc jednak poziom zawiłości uważam za optymalny dla tekstu fantasy. Bo to właśnie tekst fantasy z wątkiem kryminalnym, a nie kryminał – dlatego zarzuty odnośnie napięcia uważam za nietrafione.

Tak, zdecydowanie chciałem opowiedzieć historię nie tyle zbrodni jako takiej, lecz – poprzez stopniowe odkrywanie losów Ottona – historię społecznych utarczek i ludzkich/nieludzkich dramatów. Sam Otto jest, owszem, dość typowy, ale też chyba nie do końca. Przebłyski dobroci w natłoku jego złych postępków wydają mi się nadawać mu pewnego specyficznego kolorytu.

 

Chciałbym poświęcić też akapit postaci Indianina (swoją drogą nie wiem, czy jest to fortunna nazwa, bo sugeruje, że tekst rozgrywa się w jakiejś wersji naszego świata; wiem, nie pomyślałem o tym, by ci to wytknąć na becie, ale teraz myślę, że “czerwonoskóry” byłby bardziej adekwatny), która mnie zaintrygowała i cieszę się, że uwzględniłeś moje sugestie. ;)

Zauważ, że ja w ogóle bardzo mało pyskowałem podczas bety, a przecież lubię :P Sugestie były po prostu tak trafne, że nie miałem kontrargumentów. Cieszę się, że udało się odwoalować (czy w ogóle jest takie słowo?) intrygę, czyniąc ją wreszcie zrozumiałą i w miarę przystępną.

Co do Indianina – lubię tę postać, uważam że całkiem niezły wyszedł mi z niego trickster. Jeśli chodzi zaś o nazywanie go właśnie “Indianinem” – też miałem wątpliwości. Uznałem jednak, że a) Świat opisuję na tyle lakonicznie, że nie musimy wykluczać analogicznego do Kolumba błędu, który zdarzył się u mnie, b) Chyba w żadnym dialogu nie pada to sformułowanie, a jedynie w narracji (kulawy argument, ale jakoś tam się broni, c) “Indianin” przywołuje łatwe skojarzenia, do tego jest krótszy od “czerwonoskórego”, co było na wagę złota przy tej rozpiętości tekstu :P No ale niech lud mnie osądzi :D

 

Więcej: sądzę, że jesteś jedną z najładniej piszących osób, które aktywnie publikują na portalu.

Kurde, Geki, śmiałe stwierdzenie. Nie wiem, czy nie na wyrost, ale nie wybrzydzam i szczerze dziękuję! Bardzo mi miło.

 

Posługując się przenośnią, którą napisał mi kiedyś ktoś utalentowany (;)) pod jednym z tekstów – miałeś mnóstwo piór, ale nie miałeś ptaka. Tu masz tego ptaka… jakkolwiek by to nie brzmiało. :P

Ładna metafora, czyja? :)

 

Jeszcze raz wielkie dzięki za wsparcie na becie, powtórną lekturę, obszerny komentarz i klika!

 

Pozdrawiam,

fmsduval

 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Koalo75,

 

Miś przeczytał i nie potrafi zdecydować, czy podobało mu się, czy nie.

 

W takim wypadku koniecznie (!) musimy zastosować zasadę in dubio pro reo. Innej opcji nie ma!

 

Jednego jest pewny, to nie jego klimaty.

A jakie są klimaty misia? Poza oczywiście Uluru, bumerangami i morzem eukaliptusu :)

 

Tak czy owak dzięki za lekturę i komentarz, zawsze miło Cię u mnie gościć, chociaż chyba rzadko trafiam w Twoje gusta.

 

Tom_11,

 

No cóż. W takim razie powiem, że dla mnie dialogi ogólnie brzmią całkiem naturalnie. Na tym poprzestańmy.

 

W narracji miejscami widać nagromadzenie dawnego słownictwa, a w innych fragmentach styl zmienia się na współczesny.

Masz rację, zwłaszcza w wycinku z księgi starego słownictwa jest całe mnóstwo :)

 

 

Pozdrawiam,

 

fmsduval

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Cześć, fmsduval.

Całą opinię wrzucę później, ale teraz muszę ci powiedzieć jedną rzecz. Zrobiłeś jeden z najlepszych opisów jakie kiedykolwiek widziałem. To pewnie subiektywne odczucie, ale zobaczyłem tę werandę i to jezioro wyraźniej niż w filmie. Czytając to poczułem coś pięknego, coś niesamowitego. Ciężko to opisać. 

Rzadko czuję coś takiego, ostatnio prawie nigdy. Nie wiem czy ten opis odwołał się do jakieś sytuacji z mojego życia i dlatego wybrzmiał tak dobrze, ale po prostu kocham to. 

 Dziękuję ci!

Oczywiście pamiętał o tym - o czym pamięta każdy rozsądny człowiek - że nie powinno się nigdy zatrzaskiwać za sobą drzwi, gdy się wchodzi do szafy.

Czołem, Młody pisarzu!

 

Bardzo mi miło, że aż tak spodobała Ci się scena otwierająca opowiadanie. Nie ukrywam, że długo miałem ją w głowie i po prostu bardzo chciałem ją napisać w taki, a nie inny sposób. Sam pomysł zaś wziął się z pamiętnego wyjazdu na Podlasie, gdzie mieszkałem w starym dworku z werandą wychodzącą właśnie na jezioro, ogród i las :)

Czekam na resztę opinii!

 

Pozdrawiam,

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Cześć, fmsduval

O ile styl masz naprawdę przyjemny, to jednak opowiadanie mnie zmęczyło i nie dotarłem do końca, choć naprawdę chciałem. Po świetnym początku, spodziewałem się czegoś lepszego. Połowa tekstu była dla mnie niezrozumiała. Nie wiedziałem kiedy jest wizja, a kiedy coś się dzieje naprawdę. Dużo rzeczy mnie interesowało, ale i męczyło. Stworzyłeś bardzo wyraźne postacie, świetny klimat i sporo tajemnic, lecz po prostu się gubiłem. Nie lubię czytać pewnych fragmentów kilkukrotnie, żeby coś zrozumieć. Tu musiałem robić to dość często. 

Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe. To moja subiektywna opinia. Dla mnie to opowiadanie okazało się za trudne. Jednak z pewnością przeczytam twoje inne teksty, które może bardziej mi się spodobają. 

Pozdrawiam! 

Oczywiście pamiętał o tym - o czym pamięta każdy rozsądny człowiek - że nie powinno się nigdy zatrzaskiwać za sobą drzwi, gdy się wchodzi do szafy.

Młody pisarzu,

 

O ile styl masz naprawdę przyjemny, to jednak opowiadanie mnie zmęczyło i nie dotarłem do końca, choć naprawdę chciałem.

Dzięki za docenienie stylu. Natomiast nie uważam za dobry pomysł porzucania opowiadania (zwłaszcza kryminału) w połowie, chyba że jest naprawdę do bani. Mówię to oczywiście ogólnie, nie konkretnie w odniesieniu do mojego tekstu (bo może właśnie jest do bani, czego jako autor stwierdzić nie mogę).

 

Nie wiedziałem kiedy jest wizja, a kiedy coś się dzieje naprawdę.

Ale w tekście nie ma praktycznie żadnych wizji. Dopiero daleko po połowie opowiadania jest jeden sen, wyraźnie wyodrębniony jako osobny podrozdział, a w jednej z ostatnich scen na Schwarzgasse pojawia się coś na kształt majaku. Dotarłeś tam? Jeśli nie, to nie do końca jestem w stanie zrozumieć Twoje zagubienie. Jeśli zaś tak – zrób mi tą przyjemność i dokończ opowiadanie, bo zostało Ci go bardzo mało :) Oczywiście to nie gwarantuje, że zrozumiesz, co się wydarzyło, ale warto spróbować.

 

Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe. To moja subiektywna opinia. Dla mnie to opowiadanie okazało się za trudne. Jednak z pewnością przeczytam twoje inne teksty, które może bardziej mi się spodobają. 

Oczywiście, że nie mam Ci tego za złe. Co człowiek, to gust. Możesz po prostu nie przepadać za typem literatury, jaki tworzę. Co do innych moich tekstów – naturalnie zapraszam. Chociaż łatwiej to tam nie będzie :)

 

Pozdrawiam,

fmsduval

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Cześć, fmsduval

Chyba wcześniej miałem zmęczony umysł. Teraz wszystko stało się jasne. Dzięki za zachęcenie do dokończenia czytania. Nie żałuję, że to zrobiłem.

Styl: Bardzo dobry, nie mam nic do zarzucenia. 

Fabuła: Trzymała się kupy, dość skomplikowana, ale ciekawa. 

Wstęp: Dobry, wciąga w historię, choć mało mówi o kolejnych wydarzeniach. 

Rozwinięcie: Na początku super, później przeciętne, ale pod koniec znów nabiera rumieńców. 

Zakończenie: Bardzo mocne, oceniam na plus. Zostanie w mojej pamięci na dłużej. 

Bohaterowie: Najmocniejsza część tego opowiadania. Bardzo wyraziści. 

Żona głównego bohatera: Skrywa w sobie jakąś tajemnicę, nie spodziewałem się, że aż tak dużą. 

Inga: Dobra, ale jakieś niesamowitego wrażenia na mnie nie zrobiła. 

Posterunkowy: Na początku dość nudny, dopiero pod koniec nabrał rumieńców. 

Otto: Główny bohater, bardzo wyrazisty, miał swoje cele i charakter. Rozumiałem go. Scena w której nie opuścił żony, gdy miała problemy, zdecydowanie wyszła mu na plus. Dzięki niej stał się znacznie ciekawszy. 

Indianin: Tutaj poszalałeś, najlepsza postać w tym opowiadaniu i najlepsza z pośród tych, o których niedawno czytałem w innych tekstach. Bardzo tajemniczy i ciekawy. Umilił czytanie. 

Pomysły: Raczej typowe, szału nie ma.

Główna Tajemnica: Dobra. Chciałem ją poznać. 

Tempo akcji: Bardzo dobre, jest czas na chwilę wytchnienia i na jazdę bez trzymanki. 

Klimat: Świetny, wybór Cesarstwa jako miejsca wydarzeń, dodał dużo do historii. 

Dialogi: Dobre, nie ma w nich niczego niesamowitego, ale brzmią naturalnie. 

Podsumowując: Spodobało mi się. Gdybym miał taką możliwość, zgłosiłbym do biblioteki. 

Niedługo przeczytam inne twoje teksty, mam nadzieję, że moja opinia choć trochę ci pomogła. 

Pozdrawiam! 

 

 

Oczywiście pamiętał o tym - o czym pamięta każdy rozsądny człowiek - że nie powinno się nigdy zatrzaskiwać za sobą drzwi, gdy się wchodzi do szafy.

Chyba wcześniej miałem zmęczony umysł. Teraz wszystko stało się jasne. Dzięki za zachęcenie do dokończenia czytania. Nie żałuję, że to zrobiłem.

Ano widzisz :) Sam czasem jak przeczytam coś na szybko, nie mając wiele czasu, albo późno, gdy umysł zmęczony, dochodzę do pochopnych wniosków. Cieszę się, że finalnie moje opowiadanie okazało się nie tak mgliste i miałeś satysfakcję z tej nie tak krótkiej przecież lektury.

Wielkie dzięki, że chciało Ci się doczytać do końca, a także za skrupulatne wypunktowanie mniejszych bądź większych plusów opowiadania, samą lekturę, wszystkie komentarze i po prostu – za rozmowę :)

 

Do miłego zobaczenia!

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Interesująca historia z nieoczekiwanym zakończeniem.

Stworzyłeś bardzo brutalny świat. Początkowo wydawało mi bez sensu, że torturują świadków, którzy naprawdę mogli nic nie widzieć. Ale w końcu okazuje się, że tak było trzeba. No, bardzo nieprzyjemny świat, jakby zbudowany przez pruskiego oficera. Trochę mi przeszkadzało, że nie rozumiem określeń różnych dziwacznych istot. Golemy czy wendigo jeszcze jako tako, ale fafniry? To jakieś egzotyczne stworki czy Twój wynalazek?

Styl faktycznie dziewiętnastowieczny, pasuje do historii.

Dobry, niejednoznaczny moralnie bohater, też dziecko swojego świata.

Leżał na wznak w kałuży krwi z połamanymi, nienaturalnie wygiętymi kończynami. Jego twarz pozostawała wprasowana w bruk,

Na wznak to na plecach, a nic nie wspominasz, że miał skręcony kark.

Chłód zastąpił trzaskający, wprawiający w dygot mróz.

Czyli co zastąpiło, a co zostało zastąpione?

Babska logika rządzi!

Cześć, Finklo!

 

Interesująca historia z nieoczekiwanym zakończeniem.

Bardzo się cieszę. Nie wiem z czego bardziej, ale chyba z tego drugiego. Nie ma nic gorszego niż przewidywalny kryminał.

 

Stworzyłeś bardzo brutalny świat. Początkowo wydawało mi bez sensu, że torturują świadków, którzy naprawdę mogli nic nie widzieć. Ale w końcu okazuje się, że tak było trzeba. No, bardzo nieprzyjemny świat, jakby zbudowany przez pruskiego oficera.

Rzeczywiście grałem ostro i bezpardonowo, ale po lekturze zapewne domyślasz się, jakimi realia były inspiracją. Nawiasem mówiąc – było brutalniej, ale przyszedł Geki, pomarudził, i trochę utemperowałem :)

 

Trochę mi przeszkadzało, że nie rozumiem określeń różnych dziwacznych istot. Golemy czy wendigo jeszcze jako tako, ale fafniry? To jakieś egzotyczne stworki czy Twój wynalazek?

Wszystkie wywodzą się z germańskich wierzeń. Szukałem takich postaci, które pochodzą z kręgu kulturowego właściwego terenom, jakie posłużyły mi za “podkładkę” dla świata. Jedyną egzotyką jest tu właśnie wendigo, jako kontrast do reszty.

A że Ci ta niezrozumiałość przeszkadzała – rozumiem. Bronię się tym, że postaci te nie mają zasadniczego znaczenia dla fabuły, poza ukazaniem pewnego tła. Co nieco je opisuję, co nieco konkretyzuję, ale zbytnia szczegółowość nie wydawała mi się tutaj uzasadniona. 

 

Dobry, niejednoznaczny moralnie bohater, też dziecko swojego świata.

Bardzo trafnie go podsumowałaś. O taki odbiór mi chodziło.

 

Na wznak to na plecach, a nic nie wspominasz, że miał skręcony kark.

Miało być na brzuchu :D Zaraz poprawię.

 

Czyli co zastąpiło, a co zostało zastąpione?

Mróz, jako intensyfikacja chłodu. Źle to ująłem? Bo niby rozumiem, o co Ci chodzi, ale nie potrafię przestawić szyku na lepszy.

 

Dzięki za lekturę, komentarz i klika!

 

Pozdrawiam,

fmsduval

 

 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Nie da się poprawić szykiem, bo to dwuznaczna konstrukcja. Jak “motocykl wyprzedził samochód” – i co teraz jedzie z przodu? Albo strona bierna – chłód/mróz został zastąpiony… albo jakieś głębsze zmiany w zdaniu – chłód/mróz zajął miejsce… czy zmiana rodzaju któregoś z problematycznych słów.

Babska logika rządzi!

Coś wymyślę :)

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Ciekawe. Niesamowita plastyczność opisów, popieram wyrazy szczególnego uznania dla werandy. Prawie do końca myślałem, że poszukiwanym demonem jest Inga. Jeżeli niczego istotnego nie przeoczyłem, wydaje mi się, że i komisarz nie miał wiarygodnych podstaw, aby w zamian podejrzewać siebie: jak się zdaje, obejrzenie go przy pracy byłoby zupełnie wystarczającą przyczyną smutnego stanu psychicznego żony.

Mam pewne wątpliwości co do tego, w jaki sposób odzwierciedlasz zbrodnie nazistowskie, aż do najdrobniejszych szczegółów, tatuaży obozowych z gwiazdą, aby nikt nie mógł mieć wątpliwości – a przecież podobieństwo jest rażąco powierzchowne, dopóki Żydzi lub Cyganie (Romowie, Sinti…?) nie żywili się odsysanymi po kawałku duszami. Jest wielka różnica moralna pomiędzy mordowaniem pobratymców a niszczeniem zagrożenia egzystencjalnego – zadrżałaby Ci ręka przy podpisie pod rozkazem eksterminacji kosmitów podobnych do wirusa ospy prawdziwej, choćbyś wiedział na pewno, że są świadomi i tworzą cywilizację? Ogólniej, strach podchodzić do tematu Holocaustu, każde ujęcie takiej tragedii wydaje się trywialne i nieadekwatne – absolutnie nie twierdzę, że poradziłbym sobie lepiej.

Przepraszam za zwięzłość, próbuję przezwyciężyć zupełny brak weny nawet do komentowania. Punkcik do Biblioteki, jak najbardziej. W bonusie cytat, chyba adekwatny:

Kto się tej wody chociaż raz napije,

tego oplotą jadowite żmije,

nie zazna serca normalnego bicia

ni chwili myśli spokojnej za życia.

 

Będzie w szaleństwie szarpał własne ciało,

rył pazurami pod lodową skałą,

i póki życia, każdą chwilę strawi,

żeby zatrute źródło bólu zdławić.

Cześć, Ślimaku!

Ciekawe. Niesamowita plastyczność opisów, popieram wyrazy szczególnego uznania dla werandy.

Dziękuję serdecznie :)

 

Prawie do końca myślałem, że poszukiwanym demonem jest Inga.

Czyli wpadłeś swą ślimaczą nogą w moje sidła. Dobrze, dobrze. Będzie co do garnka włożyć :)

 

Mam pewne wątpliwości co do tego, w jaki sposób odzwierciedlasz zbrodnie nazistowskie, aż do najdrobniejszych szczegółów, tatuaży obozowych z gwiazdą, aby nikt nie mógł mieć wątpliwości – a przecież podobieństwo jest rażąco powierzchowne, dopóki Żydzi lub Cyganie (Romowie, Sinti…?) nie żywili się odsysanymi po kawałku duszami. Jest wielka różnica moralna pomiędzy mordowaniem pobratymców a niszczeniem zagrożenia egzystencjalnego – zadrżałaby Ci ręka przy podpisie pod rozkazem eksterminacji kosmitów podobnych do wirusa ospy prawdziwej, choćbyś wiedział na pewno, że są świadomi i tworzą cywilizację? Ogólniej, strach podchodzić do tematu Holocaustu, każde ujęcie takiej tragedii wydaje się trywialne i nieadekwatne – absolutnie nie twierdzę, że poradziłbym sobie lepiej.

Masz naturalnie bardzo słuszne wątpliwości, bo i ja się z nimi mierzyłem podczas pisania. Powiem Ci najpierw, czego zrobić nie chciałem. Na pewno nie zamierzałem obśmiać tragedii, wykrzywić jej, czy uczynić podstawą dla przygłupiej powiastki fantasy. Stanowczo się odżegnuję. 

Jeśli chodzi o subtelność odniesień – to rzecz gustu. Czytałeś niektóre moje teksty i wiesz, że bywają problemy z klarownością przekazu. A że nie potrafię jeszcze dobrze przewidywać, na ile jestem zrozumiały na zewnątrz (ba, sam siebie też nie zawsze pojmuję), muszę iść po omacku. Czy oznaczenie gwiazdkami ramion więźniów jest nadwyżkowe? Być może, nie neguję. Ale i stawia sprawę jasno, już nie ma wątpliwości, jaka nuta pobrzmiewa w tle.

Jeśli zaś chodzi o rażącą powierzchowność/trywializację – oczywiście masz wolną rękę, by w moim tekście się tego dopatrzeć. Mnie jednak wydaje się, że opowiadanie jest na tyle poważne i dotykające kwestii trudnych, by tym – być może zbyt grubą kreską zarysowanym – odniesieniom nie urągać. Opowiedziana przeze mnie historia nie usprawiedliwia nikogo, nie feruje wyroków, nie epatuje dydaktyzmem ani nie wrzeszczy sloganami. Tak przynajmniej chciałem ją przedstawić.

Na marginesie zwróć też uwagę, że staromagiczni mogą mieć również hiperboliczny wydźwięk względem cech przypisywanych Żydom nie tylko przez nazistów, lecz przez różne nacje/grupy przez bieg historii.

Nie wiem, na ile te wyjaśnienia do Ciebie przemawiają, ale liczę, że chociaż odrobinę.

Dziękuję za cytat, rzeczywiście bardzo adekwatny.

Dzięki też za klika, samą lekturę i komentarz (nie znać w nim śladu braku weny – bardzo merytoryczny jak zawsze).

 

Pozdrawiam,

fmsduval

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Na pewno nie zamierzałem obśmiać tragedii, wykrzywić jej, czy uczynić podstawą dla przygłupiej powiastki fantasy. Stanowczo się odżegnuję.

Nie miałem zamiaru sugerować podobnego zarzutu.

Jeśli zaś chodzi o rażącą powierzchowność/trywializację – oczywiście masz wolną rękę, by w moim tekście się tego dopatrzeć.

Nie przejmuj się, nie tylko w Twoim. Widzę to w każdym tekście o obozie koncentracyjnym. Wliczając ten, który już trzeci rok odłoguję w szufladzie.

Na marginesie zwróć też uwagę, że staromagiczni mogą mieć również hiperboliczny wydźwięk względem cech przypisywanych Żydom nie tylko przez nazistów, lecz przez różne nacje/grupy przez bieg historii.

Znam to tłumaczenie, staram się tylko pokazać, że taka hiperbola zarazem zaciera odpowiedzialność sprawców.

I jeszcze spostrzegłem…

Aż po wschód słońca, gdy z jutrzenką przybyły spóźnione, cesarskie odwody, towarzyszył mu tylko mrok i pogruchotany zewłok siwka.

Przecinek zbędny, “spóźnione” i “cesarskie” to określenia wyraźnie nierównorzędne.

I jeszcze… piękna klamra – na początku Otto zauważa, że samobójca może nauczyć konsekwencji, a na końcu może sumienie go zżera w ataku psychozy, ale konsekwencję przecież prezentuje imponującą.

Nie miałem zamiaru sugerować podobnego zarzutu.

I ja wcale tak nie postrzegam Twojej wypowiedzi. Chciałem tylko podkreślić swoje stanowisko, żeby rozwiać ewentualne wątpliwości.

 

Nie przejmuj się, nie tylko w Twoim. Widzę to w każdym tekście o obozie koncentracyjnym. Wliczając ten, który już trzeci rok odłoguję w szufladzie.

Może warto go wrzucić na betę? Mam chyba nieco inną wrażliwość od Ciebie, może wspólnie wypracujemy rozwiązanie “w punkt” :)

 

Znam to tłumaczenie, staram się tylko pokazać, że taka hiperbola zarazem zaciera odpowiedzialność sprawców.

Wszystko zależy od tego, kto interpretuje. Sam widzisz, że ja – będąc autorem – widzę sprawę całkiem odmiennie od Ciebie. Ale nieodmiennie zgadzam się, że należy być więcej niż ostrożnym.

 

I jeszcze… piękna klamra – na początku Otto zauważa, że samobójca może nauczyć konsekwencji, a na końcu może sumienie go zżera w ataku psychozy, ale konsekwencję przecież prezentuje imponującą.

O, jak się cieszę, że zauważyłeś! Początkowo miałem to wyraźniej zaznaczyć, ale porzuciłem pomysł. Świetnie, że mimo wszystko klamra wybrzmiewa.

 

Dzięki za rozmowę, Ślimaku. 

 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Intrygujące, wciągające opowiadanie.

Nie mogę powiedzieć, że do końca odnalazłam się we wszystkich opisanych sytuacjach, bo chyba jeszcze nie nauczyłam się, że policja może wierzyć w czary, a nawet je uprawiać, ale skoro tak to sobie wymyśliłeś, przyjmuję Twój świat z całym dobrodziejstwem inwentarza i bogactwem wydarzeń, a zwłaszcza gronem szalenie interesujących postaci.

Mam nadzieję, Fmsduvalu, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić Mglistowie do Biblioteki.

 

– Ro­sen­gas­se, po­wia­dasz.Cmok­nął.– Ro­sen­gas­se, po­wia­dasz – cmok­nął.

Cmoknięcie jest słyszalnym odgłosem.

 

nie za­da­wał się z da­mami­ po­wszech­nie zna­nej kon­du­ity… → A może: …nie za­da­wał się z da­mami­ po­dejrza­nej kon­du­ity… Lub: …nie za­da­wał się z da­mami­ po­wszech­nie zna­nej proweniencji

 

Pod­niósł wzrok na sza­ru­gę ulic, ka­mie­nicz­nych pie­rzej… → Pewnie miało być: Pod­niósł wzrok na sza­rość ulic, ka­mie­nicz­nych pie­rzei

Za SJP PWN: szaruga «długotrwała deszczowa pogoda»

 

po czym rap­tow­nie zszedł z dachu. → Zeskoczył? ;)

A może: …po czym szybko zszedł z dachu.

 

– Wy­star­czy. Wy­pro­wa­dzić. – mruk­nął spod ścia­ny. → Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

jak czę­stu­ją serią kuk­sań­cow i kop­nięć. → Literówka.

 

Rosły, krępy męż­czy­zna… → Nie bardzo umiem wyobrazić sobie kogoś rosłego, czyli słusznego wzrostu i takiejż budowy, a jednocześnie krępego, czyli owszem, mocno zbudowanego, ale niewysokiego.

 

pię­ści wi­dzów za­ci­skać i wzno­sić ku górze… → Masło maślane – czy pięści mogły wznosić się ku dołowi?

 

dla­cze­go Ste­in­berg nie przy­słał do lo­ka­lu pod­wład­nych, jak uczy­nił wobec apar­ta­men­tu von Petza… → Obawiam się, że wobec apartamentu nie można uczynić nic.

Proponuję: …dla­cze­go Ste­in­berg nie przy­słał do lo­ka­lu pod­wład­nych, jak uczy­nił to w apartamencie von Petza

 

Niks za­trzy­mał się w miej­scu… → Masło maślane – czy można zatrzymać się inaczej, nie w miejscu?

 

świecz­ka w kan­de­la­brze na ka­wo­wym sto­li­ku. → Czy rzeczony kawowy stolik miał smak kawy, czy raczej kolor kawy?

Kandelabr to duży wieloramienny świecznik; czy paliła się w nim tylko jedna świeczka?

A może miało być: …świecz­ka w lichtarzu na stoliku do ka­wy.

 

W me­an­drach po­mię­te­go płasz­cza od­szu­kał fajkę. Meandrować mogą rzeki, płaszcze nie tworzą meandrów.

Proponuję: W zakamarkach po­mię­te­go płasz­cza od­szu­kał fajkę.

 

– Czy ktoś z pań­stwa wi­dział, co za­szło? – za­ga­ił trzy­ma­ją­cych się na ubo­czu ludzi. → – Czy ktoś z pań­stwa wi­dział, co za­szło? – zagadnął/ zapytał trzy­ma­ją­cych się na ubo­czu ludzi.

Zagaić można zebranie/ obrady, ale nie ludzi.

 

i już, już miał chwy­cić męż­czy­znę za połę płasz­cza… → Pewnie miało być: …i już, już miał chwy­cić męż­czy­znę za klapę płasz­cza

Za SJP PWN: poła «dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu»

 

gdy von Strigg wy­cią­ga­ła już ku niemu swe roz­ca­pie­rzo­ne palce. → Zbędny zaimek – czy mogła wyciągać cudze palce?

 

Co? Nie… To się nie kal­ku­lu­je. Dziś miał­by trzy­dzie­ści pięć.Co? Nie… To się kupy nie trzyma. Dziś miał­by trzy­dzie­ści pięć.

Za SJP PWN: kalkulować się 1. «opłacać się» 2. «być wynikiem kalkulowania»

 

– C-co…. j-ja n-nie wiem… → Zbędna kropka po pierwszym wielokropku.

 

– Cóż…. tę praw­dę chyba mu­sisz od­kryć sam – rzekł. → Jak wyżej.

 

Cia­śniej uwią­za­ła kra­wat… → Cia­śniej zawią­za­ła kra­wat

 

Co jed­nak in­te­re­so­wa­ło ją bar­dziej, to rze­czy, które In­dia­nin wrzesz­czał, wtar­gnąw­szy do szpi­ta­la. → Można wrzeszczeć słowa czy zdania, ale jak można wrzeszczeć rzeczy?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Reg!

 

Nieodmiennie miło Cię widzieć, tym bardziej z wreszcie pozytywną opinią dotyczącą tekstu :)

 

Intrygujące, wciągające opowiadanie.

To najważniejsze. Bardzo się cieszę, bo były głosy, że tekst nuży.

 

Nie mogę powiedzieć, że do końca odnalazłam się we wszystkich opisanych sytuacjach, bo chyba jeszcze nie nauczyłam się, że policja może wierzyć w czary, a nawet je uprawiać

Dopiero dziwnie byłoby, gdyby w podanych realiach policja w nie nie wierzyła :D

 

przyjmuję Twój świat z całym dobrodziejstwem inwentarza i bogactwem wydarzeń, a zwłaszcza gronem szalenie interesujących postaci.

Bardzo się cieszę, że udało mi się Cię przekonać pomimo wyżej przytoczonych trudności :) Postrzegam to jako pochwałę z plusem. Nie wspominając o owych “szalenie interesujących postaciach” – miód na moje oczy. Nie wiem, czy Ci kiedykolwiek mówiłem, ale o ten aspekt tekstu zawsze bardzo zabiegam.

Mam nadzieję, Fmsduvalu, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić Mglistowie do Biblioteki.

Pewnie, że poprawię. Już się za to biorę. Mam tylko jedną wątpliwość, konkretnie co do konduity. Słownikowo bowiem “konduita” już jest nacechowana negatywnie, wobec czego pleonazmem byłoby stwierdzenie “podejrzana konduita”. Co Ty na to, przy założeniu, że chcę to słowo zachować w tekście?

 

Wielkie dzięki za lekturę i komentarz!

 

Pozdrawiam,

fmsduval

 

EDIT: Poprawione – zostawiłem konduitę i kandelabr – tam miała być jedna świeczka mimo kilku ramion świecznika. Rozróżniam kandelabr i lichtarz :)

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Fmsduvalu, rozumiem, że chcesz zachować własne sformułowania – masz do tego prawo, to przecież Twoje opowiadanie. A ponieważ poprawiłeś usterki, mogę udać się do klikarni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wielkie dzięki! :)

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Hejo

Komentarz po becie.

Napisałeś całkiem długie opowiadanie, jak na tutejsze standardy, i na dodatek wziąłeś się za opowieść z wątkiem kryminalnym. Dla mnie wyszedłeś z tej próby zwycięsko.

Poprawki znacznie podniosły klarowność tekstu uczyniły też go bardziej wiarygodnym, a motywacje bohaterów są lepiej widoczne. Pewnie, wciąż są momenty, gdzie trochę rozwlekłeś opis czy akcję, ale dzięki bardzo dobremu stylowi, nie nużą.

Właśnie, styl. Bogaty, pasujący do konwencji, i, tak jak pisałem na becie, książkowy, bo całe opowiadanie równie dobrze sprzedałoby się jako jeszcze dłuższa forma.

Świat – mieszanina steampunka i mrocznej wersji Europy ma w sobie wiele uroku i zdecydowanie duży potencjał na rozwijanie. Może z Ingą w roli głównej?

Zgadzam się z Gekim, że piórko jest kwestią czasu.

Cześć!

 

Dla mnie wyszedłeś z tej próby zwycięsko.

Bardzo się cieszę. Zwłaszcza że tekst właśnie tak niepoprawnie wręcz długi :P

Poprawki znacznie podniosły klarowność tekstu uczyniły też go bardziej wiarygodnym, a motywacje bohaterów są lepiej widoczne.

Też tak sądzę. Mam nadzieję, że uda mi się zachować tą klarowność w przyszłych opowiadaniach.

Pewnie, wciąż są momenty, gdzie trochę rozwlekłeś opis czy akcję, ale dzięki bardzo dobremu stylowi, nie nużą.

Najważniejsze, że to tylko momenty :) 

Właśnie, styl. Bogaty, pasujący do konwencji, i, tak jak pisałem na becie, książkowy, bo całe opowiadanie równie dobrze sprzedałoby się jako jeszcze dłuższa forma.

Mówisz, że następne opko na 100k zzs? :D

Świat – mieszanina steampunka i mrocznej wersji Europy ma w sobie wiele uroku i zdecydowanie duży potencjał na rozwijanie. Może z Ingą w roli głównej?

Pomysł na Ingę narodził się sporo przed “Mglistowiem”. Może rzeczywiście szkoda porzucać ją po jednym tekście? Do rozważenia.

Zgadzam się z Gekim, że piórko jest kwestią czasu.

Zobaczymy, czy uda mi się przeskoczyć to opowiadanie. Na pewno będę próbował :)

 

Jeszcze raz wielkie dzięki za świetną betę, powtórną lekturę i komentarz! 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Proszę winić Alicellę, bo tak mi poradziła robić i ja się jej słucham :P

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Alicello, proszę nie płakać! To dobra rada była i nadal zamierzam się stosować :P

 

(A już myślałem, że to komentarz po przeczytaniu *odwetowy szloch rozczarowania*)

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Witaj fmsduval!

 

Trudno było mi umieścić akcję w konkretnym czasie. To znaczy, wiem, że to przyszłość, albo historia alternatywna, ale mam na myśli epokę, którą wziąłeś za punkt wyjścia. Z początku pomyślałem, że to międzywojnie, albo czas tuż przed pierwszą wojną, Niemcy, albo Austro-Węgry. Bohater i akcja przywodziły na myśl przygody detektywa Mocka w Breslau. Potem sprawa zaczęła się komplikować, pojawiła się dziwna postać na dachu, wątek staromagicznych, pani von Strigg (strzyga?), indianin-kuglarz, fafnir, wendigo… Otto z dorobioną ręką? Sterowiec patrolowy? Steampunk? Wow, ależ eklektyzm!

Fale porywistego wiatru przetaczały się przez skromny kwadracik Friedenplatzu, szarpiąc gałęziami brzóz, rwąc parasolki z dłoni eleganckich dam i strącając meloniki z głów mężczyzn.

Ten fragment z kolei przywodzi na myśl przełom XIX i XX wieku, obrazy impresjonistów.

Nie jadła, przed wyjściem do dna opróżniwszy bańkę Seelensaugera.

Jakby szprycowała się opium.

Morderczy prawy prosty wstrząsnął światem Steinberga. W ostatniej chwili uniknął lewego sierpa, który jak nic zwaliłby go z nóg. Zreplikował serią ciosów na korpus przeciwnika – barczystego zawalidrogi o żółtych ślepiach gada. Obita wątroba ucierpiała, zbombardowany splot słoneczny nie pozwalał złapać tchu, a w oczy bestii zajrzało widmo porażki.

Z kolei scena z boksowaniem skojarzyła mi się z “Królem” Twardocha.

Szukajcie więźnia numer 1879

Wskazówka w którym roku dzieje się akcja? Chyba co innego.

Ot, pokłosie chwil grozy, gdy z urwaną ręką leżał całą noc na dnie okopu, przytulony do stygnącego truchła wierzchowca. Wróg wysiekł cały oddział Ottona

Czyli była wojna domowa między czarodziejami, albo stworami używającymi magii oraz ludźmi? I ludzie ją wygrali i stworzyli obozy dla staromagicznych?

Fabuła zakręcona, wiele wątków, trochę się napociłem, żeby poskładać to wszystko do kupy. :)

Zważając na surową granicę kręgu, sięgnął po rewolwer, który wcześniej spadł na podłogę. Ucapił go stalową dłonią i, płacząc, przytknął do krocza.

surprise

Ale zakręciłeś! Za każdym razem, kiedy myślałem, że łapię o co chodzi, obracałeś historię tak, że wszystko nabierało innego znaczenia. Myślę, że ostatecznie załapałem co i jak, chociaż jak dla mnie akcja w niektórych miejscach mogłaby bardziej zwalniać. Wiele fragmentów czytałem z zapartym tchem, na przykład: opisy walk (chyba lubię takie rzeczy, no i dobrze Ci to wychodzi), albo też moment, w którym Otto zaczął łapać, że historia zabójstw ma coś wspólnego z nim samym.

Umieszczając fantastyczne stwory z różnych kultur w realiach Europy początków XX wieku, i podmalowując to lekko steampunkiem, stworzyłeś eklektyczny świat, który mimo różnorodności jest spójny. Wciągnęła mnie historia detektywa rozwiązującego zagadkę wspólnie z byłą kochanką Ingą. Bohater skrywa tajemnicę, która powoli wychodzi na światło dzienne. Tak jak pisałem wyżej, historia wydaje się uciekać w różnych kierunkach, ale za każdym razem “łapiesz” fabułę “żelazną ręką Ottona” i wszystko nabiera sensu.

Napisane w stylu, który znam z poprzednich opowiadań. Nie jest to styl łatwy i przyjemny w odbiorze, ale wprowadza jedyny w swoim rodzaju klimat (ponury, krwisty, niejednoznaczny).

 

Podsumowanie: dobra robota, podobało mi się!

Cześć, kronosie!

 

Trudno było mi umieścić akcję w konkretnym czasie. To znaczy, wiem, że to przyszłość, albo historia alternatywna, ale mam na myśli epokę, którą wziąłeś za punkt wyjścia. Z początku pomyślałem, że to międzywojnie, albo czas tuż przed pierwszą wojną, Niemcy, albo Austro-Węgry.

Odpowiem w ten sposób – poszedłem w coś pomiędzy. To znaczy czerpałem jednocześnie z krańca XIX-wieku, jak i z początków XX wieku. Miałem kilka inspiracji orbitujących wokół tych epok i chciałem to z sobą jakoś ładnie pożenić. A że to świat autorski, to pewne przesunięcia w jedną bądź w drugą stronę wydały mi się płynne i niezbyt rażące. Mam nadzieję, że nie jestem w tym zdaniu osamotniony.

Trafnie z Austro-Węgrami, to był punkt wyjścia. Natomiast obozy, cała ta eugeniczna otoczka to już wiadomo z czym się kojarzy i z czym, no cóż, kojarzyć się właśnie miała.

 

Wow, ależ eklektyzm!

Cieszę się, że Ci się podobało. Nie ukrywam, że chciałem, aby – mówiąc obrazowo – na talerzu było sporo do jedzenia. Oczywiście zależało mi, żeby było przy tym smacznie. Po Twoim “wow” wnioskuję, że danie wyszło nienajgorsze :)

 

Ten fragment z kolei przywodzi na myśl przełom XIX i XX wieku, obrazy impresjonistów.

I bardzo słusznie :)

 

Jakby szprycowała się opium.

A na to nie wpadłem! Podoba mi się to skojarzenie.

 

Z kolei scena z boksowaniem skojarzyła mi się z “Królem” Twardocha.

Ja miałem akurat w głowie sceny z serialu “Ripper Street” i “The Knick”, ale pewnie – i w “Królu” jest podobnie.

 

Wskazówka w którym roku dzieje się akcja? Chyba co innego.

To akurat małe mrugnięcie okiem (trochę do samego siebie wprawdzie, ale jednak). Już tłumaczę i podaję za wikipedią: “Jeden z przypadków rzekomego opętania przez wendigo miał miejsce w Kanadzie zimą 1879 roku w dzisiejszej prowincji Alberta. Wtedy to Indianin Cree znany jako Swift Runner (Katist Chen) zamordował i zjadł swoją matkę, żonę, brata i sześcioro dzieci. Podczas rozprawy sądowej utrzymywał on, że wszyscy zmarli z głodu, jednak sąd nie dał temu wiary i skazał go na szubienicę. Tuż przed wykonaniem wyroku powiedział księdzu, iż podczas łowieckiej wyprawy spotkał wendigo, który go opętał i za jego sprawą zamordował i zjadł swoją rodzinę. Ponadto twierdził, iż przyznał się tak późno, ponieważ wendigo odwiedzał go w więzieniu i zmuszał go do składania fałszywych zeznań. Został stracony w Forcie Saskatchewan”.

 

Czyli była wojna domowa między czarodziejami, albo stworami używającymi magii oraz ludźmi? I ludzie ją wygrali i stworzyli obozy dla staromagicznych?

Tak, a konkretnie dwie wojny domowe. Staromagiczni to też nawiązanie do starozakonnych – jednego z określeń, którymi nazywano Żydów.

 

Ale zakręciłeś! Za każdym razem, kiedy myślałem, że łapię o co chodzi, obracałeś historię tak, że wszystko nabierało innego znaczenia.

Ha! No taka rola kryminału! :) Przyznam, że to było trudne – napisać opowiadanie zrozumiałe bez przedwczesnego odkrywania wszystkich kart.

 

Myślę, że ostatecznie załapałem co i jak, chociaż jak dla mnie akcja w niektórych miejscach mogłaby bardziej zwalniać.

Nie wykluczam, chociaż niektórzy z czytelników się ponoć nudzili. W pierwotnej wersji tekstu na pewno było nieco wolniej, ale cóż – opko musiało pójść pod nóż. Tekst na 75k znaków mógłby zebrać dość małe grono chętnych lekturze. Nie chciałem ryzykować.

 

Wiele fragmentów czytałem z zapartym tchem, na przykład: opisy walk (chyba lubię takie rzeczy, no i dobrze Ci to wychodzi), albo też moment, w którym Otto zaczął łapać, że historia zabójstw ma coś wspólnego z nim samym.

Bardzo się cieszę! Serio, to dla mnie olbrzymia pochwała. Przyznam też, że przykładam się do opisów walk, starając się, by spełniały swoją naczelną rolę – były emocjonujące :)

 

Umieszczając fantastyczne stwory z różnych kultur w realiach Europy początków XX wieku, i podmalowując to lekko steampunkiem, stworzyłeś eklektyczny świat, który mimo różnorodności jest spójny. Wciągnęła mnie historia detektywa rozwiązującego zagadkę wspólnie z byłą kochanką Ingą. Bohater skrywa tajemnicę, która powoli wychodzi na światło dzienne. Tak jak pisałem wyżej, historia wydaje się uciekać w różnych kierunkach, ale za każdym razem “łapiesz” fabułę “żelazną ręką Ottona” i wszystko nabiera sensu.

Cieszę się, że dostrzegłeś tu eklektyzm, a nie kicz. Granica bywa cienka, starałem się jej nie przekroczyć. Podobnie z fabułą – w trakcie pisania obawiałem się, że wymknie mi się spod kontroli, rozlezie i wyjdzie z tego totalny bełkot. Z ulgą przyjmuję, że do tego nie doszło :)

 

Nie jest to styl łatwy i przyjemny w odbiorze, ale wprowadza jedyny w swoim rodzaju klimat (ponury, krwisty, niejednoznaczny).

Chyba już go nie zmienię (ale też wcale nie chcę). Lubię pisać w ten sposób. Bez zbędnych uproszczeń, z naciskiem na nastrojowość i raczej tę szarawą gamę uczuć i wrażeń :)

 

Wielkie dzięki za lekturę i obszerny komentarz!

 

Z pozdrowieniami,

 

fmsduval

 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Podobało się: Przełamało moje początkowe opory pt “o niee, znowu industrialny germański gothyzm/gotyzm/gotycyzm", wkręciłem się i zaakceptowałem klimat. Scena ostatniego przesłuchania, ideą i wykonaniem zrobiła na mnie duże wrażenie.

Nie podobało się: Trochę się zgubiłem na koniec i nie wiem kto się wtedy pojawia.

 

Gratuluję i pozdrawiam!

Olgierdzie!

 

Bardzo się cieszę, że udało mi się pokonać początkową niechęć i że scena ostatniego zrobiła na Tobie wrażenie :)

A co do Twojego zagubienia… Hmm, powiem chyba tylko tyle, że robiłem, co mogłem :) Wydawało mi się, że wszystko jest wyjaśnione.

 

Pozdrawiam,

 

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Musiałam przeczytać dwa razy, bo za pierwszym tak się skupiłam na świecie, który stworzyłeś, że umknęła mi intryga ;)

Bardzo brutalny to świat. Początkowo z niedowierzaniem patrzyłam na wybieranie świadków do przesłuchania i sam jego styl. Wydawało mi się to bez sensu. Potem doszłam do wniosku, że oni są jak inkwizytorzy, którzy autentycznie wierzyli, że tortury wydobywają prawdę, a Bóg nie pozwoli niewinnemu przyznać się do winy. I właściwie ostatnie przesłuchanie potwierdza tę tezę, co ciekawe pokazuje też, jak błędne jest to mniemanie.

Mam nieco wątpliwości związanych z wprowadzeniem do opka rozwiązań fabularnych dość jednoznacznie kojarzących się z Holocaustem. Co właściwie chciałeś przez to powiedzieć? Naziści wierzyli w teorie, które głosili? No, dobra, ale czy to coś zmienia? Czy to jest próba zrozumienia, jak do tego doszło? To właściwie nie jest czep, a autentyczne zainteresowanie ;)

Fabuła obfituje w zaskakujące zwroty akcji. Już mi się wydawało, że łapię, a tu nagle okazuje się, że jednak nie. Zakończenie zaskoczyło, choć później pomyślałam, że powinnam się była domyślić, ale tak się dzieje po lekturze wielu kryminałów i możesz to potraktować jako komplement ;)

Językowo jest ok, a przynajmniej nic mnie nie zatrzymywało, czytało się dobrze. Klikłabym, ale nie potrzebujesz.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Chyba się zgubiłam w tym opowiadaniu :/

Przynoszę radość :)

Irko,

 

Musiałam przeczytać dwa razy, bo za pierwszym tak się skupiłam na świecie, który stworzyłeś, że umknęła mi intryga

To cieszę się podwójnie – raz, że świat był aż tak wciągający, dwa – że nie zanudziłem na tyle, by ponowna lektura była wysiłkiem nie do przeżycia :P

 

Bardzo brutalny to świat. Początkowo z niedowierzaniem patrzyłam na wybieranie świadków do przesłuchania i sam jego styl. Wydawało mi się to bez sensu. Potem doszłam do wniosku, że oni są jak inkwizytorzy, którzy autentycznie wierzyli, że tortury wydobywają prawdę, a Bóg nie pozwoli niewinnemu przyznać się do winy. I właściwie ostatnie przesłuchanie potwierdza tę tezę, co ciekawe pokazuje też, jak błędne jest to mniemanie.

Celnie to zinterpretowałaś, a nie ukrywam, że miałem pewne obawy, czy niektórzy nie będą szukać na tym polu zgrzytu z logiką. Rzeczywiście metody śledcze miały być bezsensowne, częściowo nacelowane raczej na samą przemoc niż realną skuteczność. Były też tak upowszechnione, że mało kto kontestował ich zasadność. Tak napisali w “podręczniku politycznego”, więc tak przesłuchiwali.

 

Mam nieco wątpliwości związanych z wprowadzeniem do opka rozwiązań fabularnych dość jednoznacznie kojarzących się z Holocaustem. Co właściwie chciałeś przez to powiedzieć? Naziści wierzyli w teorie, które głosili? No, dobra, ale czy to coś zmienia? Czy to jest próba zrozumienia, jak do tego doszło? To właściwie nie jest czep, a autentyczne zainteresowanie ;)

Odpowiem tak: Zwykle punktem wyjścia moich opowiadań są bohaterowie. Ot, pojawia mi się w głowie pomysł na postać z określonym bagażem doświadczeń, stopniowo rozwijanym, pogłębianym i przekształcanym. A że lubię eksplorować zło (niekiedy, acz nie zawsze je humanizując), to odpowiednik byłego gestapowca/SS-mana wydał mi się szalenie interesujący. Zwłaszcza że zazwyczaj ukazuje się tego typu ludzi w czasie, gdy czynią niejako “flagowe“ zło znamienne dla swoich czasów. Mnie ciekawiły dalsze losy tego typu postaci, już po wojnie. I tu pojawia się Otto.

Drugą postacią jest “ekranowa” partnerka Ottona, czyli Inga. Tu z kolei chciałem osiągnąć nieoczywistą ofiarę okrutnego reżimu, która – jak zakładałem, bardziej niż Otto – będzie postacią umykającą zaszufladkowaniu jako dobra/zła. Tu chodzi zwłaszcza o fakt zdrady współwięźniów za cenę własnej wolności. I o to, jak Inga się w swym haniebnym, bądź co bądź, wyborze zatraciła.

W kreacji tych dwóch postaci (anegdotka – pierwotnie widziałem ich jako żyjących w alt-PRL) upatruję konsekwentnego pojawiania się kolejnych elementów przypominających Ci coraz mocniej holokaust.

Co chciałem tym wszystkim osiągnąć? Cóż, “Mglistowie” to zasadniczo opowieść o wyrzutach sumienia głównego bohatera, które zaczynają nań napierać z każdej możliwej strony. Jest też motyw kary za uczynione zło, którą w zasadzie wymierza sobie sam Otto. Tego chciałem przede wszystkim.

Pobocznie, tu być może celniej odpowiem na Twoje pytanie, chciałem także wyśmiać propagandę przypisywania określonym grupom społecznym winy za wszelkie zło (jak czyniono wobec staromagicznych w okresie wojen domowych, a także jak uczynił Otto podczas swojego śledztwa), w tle miga również krytyka dążenia do postępu za wszelką cenę (konflikt stara magia vs rozwój technologiczny).

Gdyby coś budziło jeszcze Twoje wątpliwości – pytaj śmiało :)

Fabuła obfituje w zaskakujące zwroty akcji. Już mi się wydawało, że łapię, a tu nagle okazuje się, że jednak nie. Zakończenie zaskoczyło, choć później pomyślałam, że powinnam się była domyślić, ale tak się dzieje po lekturze wielu kryminałów i możesz to potraktować jako komplement ;)

Rzekłbym wręcz, że w kryminałach właśnie dążymy do takiego polekturowego “trzaśnięcia się w czoło”, że przecież wszystko było oczywiste i od początku było wiadomo, a jednak daliśmy się złapać :P

Cieszę się, że udało mi się Cię zwieść :)

 

Dzięki za podwójną lekturę i komentarz! 

 

Anet,

 

To bardzo niedobrze. Liczyłem, że fajne albo że chociaż przyjemnie się czytało :(

 

 

Pozdrawiam,

fmsduval

 

 

 

 

 

 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Wrócę (jak będę mieć więcej czasu, niż w tej chwili) z dłuższym i solidniejszym komentarzem, na razie powiem tylko, że mi się zdecydowanie podobało – umiejętnie grasz kilkoma konwencjami, mieszasz je i budujesz może nie olśniewająco nowatorski, ale spójny i ciekawy świat. CDN

Cześć, ninedin!

 

Wrócę

Będę Cię wyglądał :)

 

mi się zdecydowanie podobało

Bardzo się cieszę!

 

umiejętnie grasz kilkoma konwencjami, mieszasz je i budujesz może nie olśniewająco nowatorski, ale spójny i ciekawy świat.

Starałem się, żeby “Mglistowie” nie było li tylko kryminalikiem, ale opowieścią ciągnącą kilka (acz znowu nie za wiele) srok za ogon. Cieszę się, że to dostrzegłaś i uznałaś za przeprowadzone umiejętnie. Co do nowatorstwa świata – rzeczywiście, przewijają się tu elementy znane. Na oryginalność stawiałem bardziej w sferze bohaterów i opowiadanej historii, chociaż i świat – choć może nie wybitnie odkrywczy – starałem się odmalować po swojemu (tu na przykład nacisk na germańskie potwory).

 

Dzięki za komentarz i czekam na jego rozbudowaną wersję!

 

Z pozdrowieniami,

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Fmsduvalu!

 

Na wstępie chciałbym tylko wspomnieć, że niektóre porównania i fragmenty przypominają mi pisanie Michała Gołkowskiego. Ale to dobrze (dla mnie), bo lubię jego twory. Narracja, w której autor bawi się opisami, podkreślając wybrzmienie scen jest czymś, co zdecydowanie mi się podoba.

No, a światotwórczo to żeś fest pojechał. Ale nie mówię, że to źle. Dużo motywów w jednym miejscu, przez co na początku człowiek się nieco gubił. Jednak nie można powiedzieć, że z czasem wszystko schodziło się do kupy i ładnie ustawiało się w dwuszeregu, gdzie poszczególne elementy świata przedstawionego widać jak na dłoni.

Ciekawe połączenie steampunku, magii i obcej mitologii. Masz propsy ode mnie za wykorzystanie wendigo – dotychczas widziałem tylko moje opko z tym monstrum, a tutaj pojawiasz się Ty i stajesz obok mnie w grupie osób zafascynowanych tym tematem. :3

Dlatego też miałem nieco zagwozdkę skąd się wziął Indianin w środkowej Europie na przełomie XIX i XX wieku (przez chwilę myślałem, że może to jednak jakieś zgermanizowane Stany Zjednoczone?), ale z pewnością dodało to tekstowi więcej uroku. Na pewno opowiadanie ma dużo warstw, które nie sposób złapać za pierwszym razem, jednak po krótszej czy dłuższej analizie można dopasować elementy układanki.

Dzięki i pozdrawiam!

 

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Cześć, Barb!

 

Na wstępie chciałbym tylko wspomnieć, że niektóre porównania i fragmenty przypominają mi pisanie Michała Gołkowskiego. Ale to dobrze (dla mnie), bo lubię jego twory.

Nie znam tego pana, ale może pora się zapoznać :)

 

Ciekawe połączenie steampunku, magii i obcej mitologii.

Bardzo się cieszę!

 

Jednak nie można powiedzieć, że z czasem wszystko schodziło się do kupy i ładnie ustawiało się w dwuszeregu, gdzie poszczególne elementy świata przedstawionego widać jak na dłoni.

Mam nadzieję, że to “nie” jest przypadkowe, Bo nie wiem – cieszyć się, czy nie :D

 

Masz propsy ode mnie za wykorzystanie wendigo

Tak właśnie myślałem, że Ci się to spodoba. Wprawdzie Twojego tekstu nie czytałem, ale pamiętałem z przedmowy, że było to coś z wątkami właśnie indiańskimi.

 

Dlatego też miałem nieco zagwozdkę skąd się wziął Indianin w środkowej Europie na przełomie XIX i XX wieku (przez chwilę myślałem, że może to jednak jakieś zgermanizowane Stany Zjednoczone?), ale z pewnością dodało to tekstowi więcej uroku.

Potrzebowałem postaci z naszej perspektywy całkowicie obcej kulturowo. Stwierdziłem, że taka alt-historyczna podmianka z czarnoskórych na czerwonoskórych niewolników wyjdzie interesująco. No i dzięki temu mogłem wprowadzić wendigo. Inaczej byłoby trudno.

 

Na pewno opowiadanie ma dużo warstw, które nie sposób złapać za pierwszym razem, jednak po krótszej czy dłuższej analizie można dopasować elementy układanki.

Już pisałem ninedin, że zależało mi na tym, aby to nie był wyłącznie czysty kryminał, a raczej opowieść skupiona na kilku przenikających się tematach. 

Bardzo się cieszę, że udało Ci się poskładać elementy układanki do kupy. Obawiałem się, czy historia – obszerna i dość skomplikowana – finalnie nie okaże się rozczarowująco niezrozumiała.

 

Wielkie dzięki za lekturę i komentarz!

 

 

 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Aj, aj, faktycznie, przypadkowo xD Już poprawiam

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

To jeszcze raz :D

 

Jednak nie można powiedzieć, że z czasem wszystko schodziło się do kupy i ładnie ustawiało się w dwuszeregu, gdzie poszczególne elementy świata przedstawionego widać jak na dłoni.

Bardzo się cieszę, że w końcu można bez nadmiernego wysiłku odkodować, co autor miał na myśli :p

 

Ponownie dzięki!

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Fantasy. Uprzedzę, że niewiele czytałam z tego gatunku – prócz klasyków. Znaków do dyspozycji miałeś dużo, aby się rozpisać, a Hessego lubię, kiedyś się nim zaczytywałam. Zachwyciła mnie „Gra szklanych paciorków”. Pamiętam do dzisiaj. :-)

 

Opowiadanie jest z tych dłuższych, więc na wstępie pojawia się pytanie o sposób wykorzystania liczby znaków. Moja odpowiedź po przeczytaniu – brzmi: „Przesadziłeś z nimi”, jednak po kolei.

Post będzie okropnie długi. ;-)

 

Zaczęłam czytać kryminalną historię, wzbudziłeś we mnie nadzieję na kawałek dobrego detektywistycznego świata z minionych dziejów, którego akcja rozgrywa się w rzeczywistości ze starych fotografii w odcieniach sepii, z pozaginanymi rogach, lekko sfatygowanych upływem czasu. Tymczasem po dwóch scenach musiałam wejść w zupełnie inną opowieść: o świecie politycznych i kulturalnych, staromagicznych i tych chyba nowo– (nie bardzo wiem?). Czytelnik, którym jestem poczuł się ciut wystrychnięty na dudka.No, bo jak to, co się dzieje? Czy pierwsza werandowa scena była iluzją, albo ta druga, ktora pięknie uzupełniła pierwszą? Jasne, na końcu wszystko się wyjaśnia, choć moim zdaniem bardziej wprost, niż dając możliwość czytelnikowi dokonania samodzielnych odkryć. Nie mam nic do mieszania gatunków. Lubię, a już skandynawskie kryminaly postawiły na mocne społeczne tło i środowiskowe relacje, więc przeniesienie na grunt fantastyki wydaje mi się naturalne i nie dziwi.

Jednakże wątek detektywistyczny pełni rolę zupełnie pretekstową, chciałeś pokazać co innego. Okrutny świat, stosunkowo ograny przez zastosowanie dosłownych szczegółów z kliszy nazistowskiej i nakładkę społeczną, której nie zrozumiałam, tzn. na czym polega i dlaczego właśnie taki jest ten świat. Pomógłby Ci właśnie w tym wątek kryminalny, lecz odszedłeś od niego na dobre 3/4 opowiadania, aby eksponować kolejne – nie do końca uzasadnione, bo mało celowe tortury (nazizm cechował się ciągłą optymalizacją i biurokracją prócz ideologii) i wątek z Ingą (obecny niezbyt pogłębiony) plus bardzo ciekawy motyw z wendigo i Indianinem (zawieszony na dwóch hakach domysłów: wprost – obóz; nie wprost – teorie dotyczące okoliczności i powiązań powstania bestii).

 

Na plus:

*Ładny język, niektóre frazy bardzo mi się spodobały, lecz kłopot polega na tym, że czasami służyły opowieści, a czasami zaburzały jej tok przez nadmiarowość i wielosłowie. Naprawdę nie każde zdanie musi być rozbudowane przymiotnikami, określeniami czasu, przysłowkami, dopowiedzeniem, szczególnie gdy informacja została podana wcześniej albo rzecz jest oczywista.

*Sama stylizacja (IMHO) udana, dotyczy bardziej zapisu niż słów, jest klimatyczna, choć znowu – nie powielałabym informacji tak często innymi słowami, czytelnik nie jest kiepem, poza tym piszesz – chyba tutaj - raczej przygodę, nie traktat moralny i nie skupiasz się na przeżyciach wewnętrznych bohatera, rozkminkach oraz uważałabym na stosowanie współczesne zwroty (jasne mogą występować, jeśli współgrają z postacią/światem).

*Dwie pierwsze sceny fajne i plastyczne.

 

Minusy:

*Mglisty świat, trudno dociec jak funkcjonuje, za wyjątkiem tego, że bohater lubi osobiście torurować, lecz z jakich powodów tak postępuje – trudno odgadnąć, mam przyjąć na wiarę, że musi. Muszę założyć kostium, który mi podajesz, choć pruje się w szwach, a niektórych części już brakuje.

*Relacja z Ingą bądź sama jej postać wymagałaby chyba silniejszego zarysowania, co wzmocniłoby kreację świata i bohatera, a może i ją uwiarygodniło. Jak doszło do tego, że jest ważną Kulturalną?

*Bohater nie ma adwersarza, bo nie jest nim linia śledztwa ani staromagiczni – w tym Indianin, który pojawia się zbyt późno, a bestia jeszcze później (nie chcę spojlerować). Powiązań trudno się doszukać, więc choć pomysł jest, warstwy luźno łączą się ze sobą – ubieramy się na cebulkę.

*Przeciągnięte sceny np. walka w piwnicy/klubie, Inga opatrująca rany podzielona na dwie części, sceny z torturowaniem Indianina, a wcześniej świadka, rozdzielenie również na dwie sceny – spotkania z fanfirem. Wnoszą pewne informacje – zgoda, ale nie przekonuje mnie ich długość w stosunku do tego, co z nich wynika.

 

Drobiazgi, podrzucę kilkanaście przykładowych z różnych parafii, ponieważ napracowałeś się nad tym tekstem, jest złożony i bogaty. Podkreślenia – słowa, zwroty, ktore mnie zatrzymywały, do rozważenia.

skrzypiał z cicha

Dlaczego „z”?

Nad rozsmarowanym po chodniku ciałem kucali już chłopcy z wydziału zabójstw

Podmienilabym słowo, podobnie jak przy drugim zabójstwie – „ usmarowane krwią ciało”.

Ich obecność zapewne dziwiłaby Steinberga, gdyby nie uprzednia pogadanka z młodym policjantem.

Niepotrzebne zdanie.

Jego twarz pozostawała wprasowana w bruk, a elegancki frak mienił się szkarłatem.

?

Kulturalni wyłazili ze skóry, by napsuć konkurentom krwi, choćby poprzez pretensje do świadków, którzy nagle okazywali się tajnymi współpracownikami DPK

Niejasne. DPK to Departament Policji Kulturalnej (z niej jest Inga), a polityczni to DPP. Kulturalni wyłazili ze skóry… przez pretensje do świadków, którzy okazywali się ich własnymi współpracownikami? Może czegoś nie rozumiem, ale politycznym jest Otto.

Kawał dębiny odpadł od blatu i zastukotał na podłodze.

Czy to była okleina, jak zbudowany jest stół – rozumiem, że go zniszczył i wybił potężną dziurę, że też mu pięść nie ugrzęzła we wiórach? :-)

- Wyznam wszystko – zadeklarował Hahn, mimo lęku w oczach.

? Czemu mimo a nie „z”?

Konfabulujecie, Hahn – warknął Steinberg, a para znów buchnęła spomiędzy szwów płaszcza.

Szwy, czy wywietrzniki, o których wcześniej wspominałeś? ;-)

Otto rzucił tłumowi wściekłe spojrzenie, co przypłacił mocnym hakiem na podbródek.

w?

Czy zatem Otto szukał w „Alptraumie” guza? […] Metalowe, połyskujące platyną ramię drżało, gorące od pary i cuchnące smarem.

Nie znam się na infodumpach, ale w tym miejscu zmieniasz sposób prowadzenia narracji. Wychodzisz z prowadzonej bezpośrednio i niejako serwujesz dygresję. Przeformułowalabym, aby wpasować go w istniejącą narrację.

Druga, dość podobna interwencja pojawia się pod koniec tekstu.

Wołaj ich, wołaj śmiało – syknęła zza pleców niksa zakapturzona, smukła holda. – Chętnie was pokosztuję.

Może bez „ich” albo „was”?

Ulgę przyniósł Steinbergowi nagły powiew chłodu ciągnącego od drzwi. Ze zdziwieniem patrzył, jak żelazna, zdawałoby się, determinacja przeciwników, kruszeje z każdym krokiem. Zmory, alpdrücki, holdy i golemy chyłkiem wracały na pierwotnie zajmowane miejsca. Przewaga topniała, choć Otto nie pojmował czemu. Po chwili stał przed nim już tylko brodaty niks.

I ktoś, kto krył się za jego plecami.

Zerknij, posługujesz się chwytem i, nie chcąc za wszelką cenę używać zaimków, przechodzisz na zamienniki – raz Otto, raz Steinberg. Dla mnie bohater jest jeden i ma jedno miano, a w tym fragmencie i ciut wcześniej akurat stosunkowo łatwo tego dokonać.

W pierwszym przypadku mógłbyś dodać „mu” lub zostawić bez; w drugim dodać „ich”, a trzecie skasować. Czwarte – dlaczego od nowej linijki, jeśli jest niejako zakończeniem tego akapitu?

Chłód zastąpił trzaskający, wprawiający w dygot mróz.

Zatrzymało mnie. Chwilkę dumałam, coś nie gra ze słowem „zastapił”. Zazwyczaj, potocznie, nacisk kładziemy na coś nowego, ktore zastąpiło stare, chyba że idziemy inną drogą, np chłód wypierał trzaskający mróz; chłód został podmieniony/zastąpiony, przemienił się w mróz, lub zacząć od najważniejszego, czyli mrozu.

Śnieżnobiała twarz zawisła mu nad głową jak uliczna latarnia, lecz z pustych, zasinionych oczodołów nie padł choćby promień światła. Jasne, łyskające złotem pukle spłynęły na lico Ingi von Strigg, muskając ostrą linię żuchwy. Bordowe, rozciągnięte w szerokim uśmiechu wargi obnażyły cztery rzędy ostrych zębów.

Pierwsze – „wydobywał się” (?) lub inaczej. Zgubiłeś mnie w powodzi określników: czy śnieżnobiała twarzą należy do Ingi, lecz skąd te oczodoły? :-) Jasne, za dwa zdania dalej się domyśliłam, lecz powodów zmiany (czy do niej dochodzi?) nie znam, a opis bardziej mnie rozśmieszył niż przeraził, co chyba nie było celem. xd

W „Alptraumie” zapadła grobowa cisza. Niks zatrzymał się i rozejrzał na boki, odkrywszy widać nagły brak wsparcia. Jego jedyną, niewykorzystaną szansą była ucieczka. Zamiast tego odwrócił się na pięcie i spotkał twarzą w twarz z podkomisarz DPK.

Chwila, „zamiast czego” – ucieczki, przecież logiczne, że wycofywał się do tyłu, dlaczego więc „zamiast tego”?

Von Strigg zaatakowała od razu. Wpiła się w szyję niksa, unosząc go znad posadzki. Brodacz nawet nie jęknął. Jego ciałem wstrząsnęły konwulsje, nogi wierzgały w spóźnionej próbie ucieczki. Po chwili obwisł w ramionach Ingi. Wypuszczone z uścisku ciało zwinęło się na podłodze jak brudna, mokra szmata.

Tu podobnie zamienniki i trochę śmiesznie. Dlaczego „brodacz”, wystarczyłoby bez niczego, czyli „nawet nie jęknął” (naturalnie lekko przeformułowanie); o ucieczce już wiemy, że spóźniona (powtórzenie); skąd ramiona – przecież wpiła się w szyję i go uniosła – dziwne, że na zębach/kłach, ale fantastyka; ostatniego podkreślenia nie rozumiem, bo jak ciało wypuszczone z zębów/kłów może się zwinąć jak mokra szmata, musiałaby je wyżąć i cisnąć na podłogę. Sorry, za dosadność. 

Po chwili znużona twarz wychynęła przez szparę między framugą a drzwiami.

Dlaczego, u boha ojca, „znużona” i „wychynęła”? Nabijasz słowa, chodzi o Ingę, ktora wróciła.

Zrezygnowany, Otto sięgnął ku papierośnicy von Strigg. Bez pytania, jakby echo dawnych uniesień dawało mu prawo do bezczelności. Zapalił.

„Po”?

Próbuj łączyć.

„Oto sięgnął bez pytania do/po papierośnicy von Strigg, jakby echo dawnych uniesień dawało mu prawo do bezczelności. Zrezygnowany, zapalił”.

Inga weszła do salonu z naręczem bandaży

Dlaczego z naręczem, co ona chciała bandażować?

Rozłożyła apteczny arsenał na stoliku, a sama przycupnęła na podłokietniku fotela, zakasawszy rękawy luźnej koszuli. Krawat miała obluzowany, błyszczące guziczki przy kołnierzu były odpięte. Otto spuścił wzrok.

No, tak, zrezygnowany, obolały Otto reaguje „romantycznie, eh. :p Nie pasuje do sytuacji i tyle.

Przycupnięcie – licha pozycja do opatrywania ran, o bandażowaniu nie miauknę. :p

Dziś już chyba każdy jest podejrzanym, każdy ma swój ogon, swój cień, setkę uszu przylepioną do drzwi. Nic się nie stanie, jak czasem wymsknie mi się nieopaczne słówko – rzuciła cierpko. – A teraz zaciśnij ząbki. Będzie szczypało.

Skreślenia można byłoby usunąć bez szkody, a może i „swój” nie powtarzać.

Zwilżyła gazę alkoholem i przyłożyła do brwi Steinberga, delikatnie ścierając zakrzepłą krew. Ottona przeszedł dreszcz, gdy zimne palce Ingi musnęły skórę. Choć umysł chciał zapomnieć, ciało pamiętało wszystko.

Już nie udawaj, że boli – napomniała go. – Nie będę cię żałować. Nie te czasy, mój drogi.

No i dalej romantycznie, a przemywali Ci kiedyś ranę alkoholem, zapewne tak. xd W każdym razie sytuacja jest dwuznaczna.

Szukał w jej głosie nieszczerości, łgarstwa skrytego pod woalem współczucia

szykowała cierpką replikę, jednak nim uraczyła nią Ottona, z głębi Friedenplatzu doszedł ich głośny, rozpaczliwy wrzask. Jak na rozkaz poderwali się z krzeseł i ruszyli w kierunku, z którego dochodził krzyk.

Z każdym krokiem makabryczna scena nabierała kształtów. Usmarowane krwią ciało leżało rozciągnięte na bruku między ławką a brzozą. Steinberg rozpędził gęstniejącą wokół grupkę spacerowiczów, a Inga pochyliła się nad trupem.

Przekreślenia do łatwego usunięcia, podkreślenia do rozważenia.

Von Strigg posłała mu drwiący uśmieszek, mówiący: „Badaj go sobie sam”.

Lepsza byłaby chyba czynność skończona „zbadaj”? Drwiący jest jakby powieleniem uśmieszku i wypowiedzi, może tak nie podkreślać?

Otto przyjrzał się uważnie zaniedbanej, brudnej twarzy.

– Nie – mruknął. – Czy ktoś z państwa widział, co zaszło? – zagadnął trzymających się na uboczu ludzi. – Spacerujecie w tę i we w tę po pięć razy, trup na środku placu by wam raczej nie umknął.

– Oczywiście, że nie. – Przed szereg wystąpił otyły dżentelmen w przyciasnym surducie. Monokl w prawym oku mężczyzny samoistnie wysuwał się i chował na wzór teleskopu.

Dlaczego twarz musi być brudna i zaniedbana (prawdę powiedziawszy, zaniedbanej twarzy zupełnie nie rozumiem, czy chodzi o zmarszczki, brak liftingu, trzydniowy zarost czy o coś innego?).

Podkreślenia: zastanawia mnie grzeczność – „państwo” w kontekście pierwszego morderstwa, realiów opisywanego świata, zgarniania gapiów i poddawania ich torturom; czemu niby mieliby spacerować tam i z powrotem, zamiast natychmiast po rozgonieniu (przed chwilą) nie oddalić się szybko, znając zwyczaje kryminalnych i politycznych?

Czyli jak zwykle, tak? Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał? Ofiary też nie kojarzycie? – zapytał Otto z rezygnacją. Wizja kolejnych, daremnych przesłuchań wyjątkowo źle go nastrajała.

Jak to – „zwykle” i „daremne”? Przecież poprzednim razem ściągnęli stróża, torturowali i on zeznał to, co widział.

śmierdzi jak stodoła

Hejże, stodoła śmierdzi? :p

Oczy wszystkich zwróciły się ku śniademu mężczyźnie z siwymi warkoczami, który – wyprężony jak struna – siedział na ławce tuż obok zwłok

Chwilę. Ciało było rozciągnięte pomiędzy brzozą a ławką, gapie, rozgonieni przez Ottona stali na uboczu, on do nich podszedł i z nimi rozmawiał i wtedy odezwał się Indianin z ławki. Jak wygląda miejsce zbrodni? Mamy ławkę, brzoza jest za nią, obok, czy przed nią, bo pomiędzy nimi jest ciało. Przyjmuję, że brzoza za ławką, a przed ławką plac, ale może wyobrażasz to sobie inaczej?

Mówiliście coś, czekoladowy przyjacielu? – spytał ze wzgardą.

Czekoladowy? No weź. :p Później określasz go innymi barwami.

Wyglądam ci na oseska? – Otto oparł but o siedzisko ławki i nachylił się nad Indianinem, kładąc łokcie na kolanie.

Ciekawe jak Otto to zrobił? Bokiem, czy jak? 

„Pochylił się?

Inga tymczasem gnała już ku mężczyźnie, wzywając go do poddania.

No, gnać nie musiała, trzy sążnie (rozpiętość ramion mężczyzny i odnosząc się do angielskiego – 1,8m) mamy niecałe 6 m (5,4, czyli niezbyt dużo), poszukałabym innego słowa.

Może to ona taiła fakty przed nim, dając złudne poczucie przewagi?

Gdzieś w tym chaosie mignęły mu jasne włosy Ingi, lecz nie zależało mu na spotkaniu

Pierwsze „mu” może usunąć?

Steinberg roztrącał spanikowane kobiety i mężczyzn, wymierzał kopniaki i ciosy rękojeścią rewolweru.

Hmm, jeśli się go bali, czemu stawali mu na drodze, ponadto skąd ich tak dużo, przecież napisałeś, że „klientela znacznie zubożała względem poprzedniej nocy”?

Ostre rysy twarzy rozmyły się, wybełtane z krwią, sińcami i sczerniałą, przypaloną papierosami skórą.

Wybełtane? Sprawdź.

Cudem wyszarpnęli go z łap kulturalnych

Cudem(?), przecież Otto (polityczny) go „dorwał” i aresztował?

Mówisz o tej garstce przerażonych ludzi, którym groziłeś (+ na) Schwarzgasse?

Ponoć pomysłodawcy gwiazdki kojarzyły się z iskrami, które wzniecały niektóre z czarów. Na przykład ten, który pozbawił Ottona ręki.

Coś chyba tu nie gra, kim jest „ten”? Pomysłodawca czy osobą, która pozbawiła Ottona ręki, a może to jedna i ta sama osoba?

Przybycie Steinberga na Schwarzgasse wzbudziło spore zainteresowanie. Pobicie posterunkowego atencji tej bynajmniej nie rozwiało

Atencja, sprawdź czy tożsama ze sporym zainteresowaniem, chodzi mi o „tej”.

Dla Steinberga sprawa przedstawiała się jasno […] Ukuta teoria zakotwiczyła w umyśle komisarza, niby obcy okręt pod cesarską banderą […] Był tylko on i prawda, którą musiał z siebie wydostać.

Drugi, obszerny fragment wyjaśnień, nie wiem, czy jest rodzajem infodumpu, ale przynajmniej spróbowałabym skrócić wyjaśnianie wszystkiego w powyższy sposób.

Nie pojmuję metafory: teoria zakotwiczyła –> obcy okręt pod cesarską banderą

 

Podsumowując: rozbudowane opowiadanie z wieloma ciekawymi pomysłami, lecz spróbowałabym wzmocnić połączenia wątków/warstw i popracować nad słowami, powtórzeniami.

 

pzd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

 Cześć!

 

Przygody mundurowych w stolicy steampankowego imperium. Klimat i atmosfera innej, umagicznionej epoki to imho jeden z najmocniejszych elementów tego tekstu. Po lekturze mogę bez problemu zamknąć oczy i wyobrazić sobie plac, na którego bruk runęły zwłoki. Mechaniczna ręka, sterowce ze szperaczami, strzygi, staromagiczni oraz Indianie, wszystko to czai się gdzieś w mroku lub mgle, a jedyną tarczą, która chroni zwykłych obywateli jest miecz obosieczny zwany policją. Te elementy zdecydowanie wyszły.

Bohater ciekawy, z początku trudny do rozgryzienia i niejednoznaczny, ale taki chyba właśnie miał być. Spotkanie z żoną, łapanka w miejscu zbrodni, katownia. Obozowa przeszłość podsyca ciekawość, cóż tam wymyśliłeś. Trochę zgrzytały wstawki w narracji, w których opisywałeś coś lub stwierdzałeś, zwłaszcza, jeżeli stało to w pewnej sprzeczności z obrazem bohatera, który do tej pory pokazałeś.

Chciał tylko złapać mordercę.

Stwierdzasz to, a do końca tego nie widać (albo inaczej, widać – mam wrażenie – że nie tylko to jest jego celem, powstaje wątpliwość). Ogólnie cała scena interwencji jest bardzo opisowa, dostajemy wprost informacje, które miejscami różnią się od tego, co wcześniej pokazałeś. Ale tekst i tak jest długi, a pokazanie zawsze zajmie więcej miejsca niż opis i ta scena – poza końcówką – nie jest sednem sprawy.

Intryga zacna, choć zgubiłem się nieco od momentu snu Ottona. Czy on jest Wendigo, czy jego żona, czy też syn Indianina. Niejednoznaczne – albo coś mi umknęło – ale pasuje to do położenia bohatera, który mędrkuje i pije (by w końcu ruszyć do boju). I przy okazji stanowi dobry wstęp do rozruby na posterunku, trzeba szukać puzzli ;-)

Napisane sprawnie, miejscami ilość słownictwa „z epoki” jest większa, ale jakoś szczególnie to nie przeszkadza. Raz czy dwa coś zazgrzytało, ale delikatnie (poniżej), więc jak na tak długi tekst jest dobrze. Nie jestem fanem kryminałów ale ani przez chwilę się nie nudziłem, choć detaliczność sceny w katowni trochę nużyła. Jak dla mnie samo stwierdzenie, że bohater poczuł się tam bezpieczny, zrobiło robotę, samo to już wiele o nim mówi ;-)

W całej historii mocniej zgrzyta mi tylko jedna rzecz: zachowanie gapiów. Skoro komisariaty są katowniami, to dlaczego ludzi gromadzą się dookoła zwłok? W krajach z taką brutalną policją – czy inną służbą – jak coś się dzieje, to większość “przechodniów” pryska, nauczona doświadczeniem. Każdy ma (albo miał) kumpla czy krewnego, który nie wrócił albo wrócił bez oka.

 

Z konkretów, które jakoś mi się rzuciły:

Sierżant skinął głową i ruszył spełnić rozkazy. → Sierżant skinął głową i ruszył wypełnić rozkazy.

Także od frontu von Petz wyglądał na klasyczną ofiarę grawitacji.

Brzmi dziwnie, zwłaszcza, że bez grawitacji ludzki organizm nie działa normalnie. Ofiarą upadku może.

Trybiki lewej ręki zarzęziły z cicha, zębatki pokąsały stal, a para buchnęła, furkocząc pasami porwanej koszuli.

?

Coś, w czym Inga widziała nowy początek, dla Ottona było końcem. Nie wyobrażał sobie ciągnąć romansu w takich okolicznościach. Inga ponoć rozumiała.

?

w pogardzie mając baśniową prywatność i znany klechdom domowy mir.

?

przeczytał z bijącym sercem.

A jak miał przeczytać? Chyba rozumiem, co chciałeś napisać, ale wyszło nieco niezręcznie. Może w walącym sercem albo coś w tym stylu.

Sprawa zataczała coraz węższe kręgi, ze zwykłego zabójstwa przepoczwarzywszy się w coś osobistego, prywatnie dotykającego komisarza. Nie wiedział tylko, dlaczego.

Już to pokazałeś, nie ma potrzeby – imho – powtarzać i tłumaczyć w narracji.

W amoku wybiegł z domu i pognał boso na Schwarzgasse.

Dramatyczne i ekspresywne, ale człowiek przyzwyczajony do chodzenia w butach daleko bez nich nie dobiegnie.

Rewolwer Weinbergera odstraszył co bardziej tchórzliwych, resztę załatwiła stalowa pięść komisarza.

Steampunk, wiem, ale… Ludzie dużo bardziej boją się broni palnej niż białej imho.

 

Tyle ode mnie. Bardzo dobry tekst, zdecydowanie biblioteczny, pomyślę tez nad nominacją do piórka.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Trudny tekst, trudne pisanie komentarza, ale w końcu muszę się z tym zmierzyć.

 

Trudny tekst, bo i fabuła skomplikowana (chwilami chyba nawet nieco za bardzo – miałam chwilami wrażenie, że pewne rozwiązania i wyjaśnienia pozostały głównie w Twojej głowie, a czytelnik troszkę błądzi w tym lesie czy też tej mgle), i pewne drobiazgi z jednej strony dają do myślenia, z drugiej – lekko uwierają.

Stworzyłeś ciekawy świat, w którym mogłabym przeczytać coś więcej, ale zaledwie pokazałeś ułamek tego świata. Ma on wiele z naszego i po prawdzie myślałam, że to będzie historia alternatywna, którą da się jakoś zakotwiczyć, ale to jednak alternatywny świat, bardziej jak u mojego skądinąd ulubionego Kaya. Tyle tylko, że o ile Kay tworzy sobie te odbicia bazując na epokach odległych, do których mamy już jako czytelnicy spory dystans, a zazwyczaj też, za wyjątkiem specjalistów, niewielką wiedzę, o tyle tu sięgnąłeś do realiów wciąż budzących bardzo duże emocje. I nie owijając w bawełnę powiem od razu, że to mi najbardziej zazgrzytało.

Oczywiście daleka jestem od tego, żeby zabraniać pisania o obozach, ale jest to nadal kontrowersyjne i chyba jednak poszłabym w realia mniej jeden do jednego. W podobną rzeczywistość, ale nie numery, niekoniecznie eksperymenty medyczne – to wszystko da się zastąpić czymś innym, żeby przełożenie było mniej dosłowne. Plus “staromagiczni” – świetny neologizm, ale jak dla mnie znów za bliski “starozakonnych”. Na dodatek gdyby w tekście wystąpiło tylko jedno, zwłaszcza określenie “staromagiczni”, nie miałabym z tym problemu. Ale wszystko razem tak bardzo mocno odwołuje się do II wojny i Holokaustu, że wręcz robi się trochę “zbyt łatwe”, bo czytelnik bardzo prosto dopisuje sobie resztę realiów i związanej z nimi grozy. Raz jeszcze podkreślę: nie uważam, żeby dla tego wszystkiego nie było miejsca w tekście fantastycznym, w świecie autorskim, ale podałabym to jednak właśnie trochę bardziej “autorsko”.

Zresztą ogólnie w przeciwieństwie do Kaya zatrzymujesz się w tym alternatywnym światotwórstwie trochę w pół drogi, bo jednak masz Indian, którzy też kierują do realnej rzeczywistości, wybacz masło maślane. Z drugiej strony oczywiście wendigo jest tak mocno związany z ich kulturą, że i tak by kierował, ale może bez nazwania Indian Indianami byłoby nieco lepiej, świat byłby pełniej alternatywny?

Jeśli chodzi o samo światotwórstwo: bardzo podoba mi się połączenie steampunku z mitologiami i “starą magią”, sama troszkę w tym kierunku idę ze swoim uniwersum, ale zupełnie inaczej, u mnie zdecydowanie jest historia alternatywna. I, jak już napisałam, chętnie bym w tym świecie poczytała więcej – mam nadzieję, że nie będzie to jednostrzałowiec.

Dalej: bohaterowie. Tu, prawdę mówiąc, odbiłam się chyba najbardziej, ale nawet nie na samych postaciach, choć Otto mocno trąci Eberhardem Mockiem Krajewskiego i jemu podobnymi (to w sumie nie zarzut, bo to postacie oparte na pewnym archetypie), ale na ich powiązaniach. I tu powiem brutalnie: uważam, że intryga, którą wymyśliłeś, jest zbyt skomplikowana na nawet dość długie opowiadanie. To jest intryga na powieść, a co najmniej mikropowieść (120k na przykład). Bo te relacje ujawniasz najpierw w “podsumowaniu” zrobionym przez Ottona (o ile rozumiem, niesłusznym we wnioskach, ale oddającym plus minus, co się działo), a potem je odwracasz w bardzo skrótowo, pospiesznie napisanym finale z Ingą. To wszystko, to rozwiązanie intrygi, a także rola “prawdziwej klątwy” młodego Quina w tym wszystkim, nie wybrzmiało, sprawia wrażenie, jakbyś miał limit nad sobą i przedstawił to skrótowo. Jest to tym bardziej “rażące”, że następuje po bardzo drobiazgowo potraktowanych innych scenach, w tym takich “obyczajowych”, niewiele wnoszących do fabuły.

I, brońcie wszystkie panteony świata, nie uważam, żeby ta powolność narracji w mniej więcej 2/3 albo i ¾ opowiadania była zła. Jest okej, człowiek powoli wsiąka w ten świat i przekonuje się, że to jednak świat a nie historia jest alternatywny. To jest dobre, tu jest potrzebny oddech i nie miałabym nic przeciwko temu, żeby w dłuższej formie ten świat przedstawić lepiej, dokładniej. Niemniej proporcje tego, jak to się powoli rozwija, ze śledztwem prowadzącym do nikąd, jak potem przyspiesza od schwytania Indianina, a następnie pędzi w ostatnich akapitach, są trochę zachwiane. Jasne, działania wtedy przyspieszają, ale jednak pewne wątki i rozwiązania zasługują na więcej uwagi. Zwłaszcza kluczowy wątek wyrzutów sumienia Ottona, bo bez jego ekspozycji nagła decyzja o skatowaniu samego siebie jak dla mnie była troszkę niezrozumiała. Tzn. tłumaczyła się w związku z wendigo, ale brakło tu szerszej perspektywy na psychikę bohatera.

Kwestia kolejna: niedopowiedzenia. Ogólnie fajny jest ten twist z tym, że Otto pada ofiarą klątwy dotyczącej sumienia. Niemniej po pierwsze przydałoby się troszkę więcej foreshadowingu wcześniej, bo to trochę spada na czytelnika z nieba, a po drugie to właśnie jest najbardziej przyspieszone i skrótowo podane. Chciałabym wcześniej mieć lepsze pojęcie o przeszłości Ottona i o tym, że on ma z tym jakiś problem, bo później ten zarzut, że de facto okłamuje sam siebie spada troszkę deusexmachinowo. Jednocześnie przyznam, że jak przeczytałam tekst dwa razy, tak naprawdę paru szczegółów nadal nie zrozumiałam do końca. Kto jest wendigo? Może nikt, może wendigo jest zewnętrzny wobec wszystkich? Przeskakuje od osoby do osoby? Co w końcu tak naprawdę spowodowało katatonię Petry? Co ma na myśli Indianin, kiedy mówi “Nie ta strona, komisarzu, nie ta strona”? Zakładam, że chodzi o stronę w księdze, ale jeśli tak, to fajnie byłoby coś więcej zdradzić czytelnikowi.

Podsumowując: to bardzo dobry, ciekawy tekst, niestety nie mogę już kliknąć zasłużonej Biblioteki ;) 

 

PS. Tytuł rewelacyjny, choć też usiłuję go rozkminić.

 

Technicznie jest dobrze, a nawet bardzo dobrze, poniższe uwagi potraktuj w większości jako sugestie.

 

Westchnąwszy, Otto wstał z fotela,

Tu się prosi prosta konstrukcja “Otto westchnął i wstał z fotela”, bo ta jest nieco sztuczna, a imiesłowową uprzednią masz bardzo niedaleko wcześniej.

 

Niby świętą relikwię[-,] ujął z namaszczeniem bezwładną dłoń Petry

Jak odwrócisz szyk, zobaczysz, że przecinek niepotrzebny

 

Czy zatem Otto szukał w „Alptraumie” guza? Być może. (…) Zastanawiać mogło, dlaczego Steinberg nie przysłał do lokalu podwładnych, jak uczynił w apartamencie von Petza w hotelu „Höckerschwan”. Otto tego nie roztrząsał.

Miałam nadzieję, że będziesz się przez cały tekst bawił takim pomieszaniem perspektyw narracyjnych, które całkiem fajnie wychodzą, ale niestety to porzuciłeś, więc tu jest trochę ni przypiął ni przyłatał. A szkoda.

 

Przyobleczona w czerń postać wyrosła zza brodacza

Wyrosła? Te lekko purpurowiejące momentami sformułowania też lepiej by pasowały do takiej lekko ironicznej narracji jak w zacytowanym powyżej kawałku. Nie przeginasz z nimi, ale lepsze by były w narracji bardziej konsekwentnie samoświadomej.

 

Ocierasz się o konspirację.

Ta konspiracja mi w całym tekście lekko zgrzyta, bo mam wrażenie, że to jest po polsku wartościowane zdecydowanie pozytywnie, więc nie pasuje do myślenia stróża porządku.

 

Z bronią w ręku[-,] pospiesznie wszedł schodami na piętro.

 

pytani o niego histerycy bełkotali

To nie są ludzie ogólnie cierpiący na histerię, ale tylko chwilowo w nią wpadli, więc mi ci histerycy nie bardzo pasują.

 

– Chodźmy – rzekł, a wówczas pokój zajął się ogniem.

Wówczas wydaje mi się zbyt “powolne”.

 

Duma Indianina skapywała ze złamanego nosa na podłogę katowni.

No, tu chyba jednak trochę przegiąłeś ;)

 

Ode mnie zależy, czy wyżyjesz.

Chyba jednak: czy przeżyjesz, tu pojechałeś za bardzo z chęcią stylizacji. Wyżywa się z niskiej pensji itd., a tu chodzi o przeżycie

 

uciec wrażeniu

Coś mi w tym frazeologizmie nie gra,

 

Wyrwał inkunabuł z rąk Weinbergera.

Inkunabuł to zasadniczo książka z pierwszej fazy druku, on tego nie ma jak stwierdzić, nie wiem nawet, czy ma taką wiedzę. Tomiszcze, tom, wolumin…

 

Lecz Steinberg ani myślał honorować zdrajców.

Mam wrażenie, że “honorować” w tym kontekście nie jest poprawne.

 

Oblicze starca nie miało choćby śladu tortur.

Nie nosiło.

 

Ignorując wrzaski dochodzące zza żelaznych drzwi, komisarz minął Quina

Czyje wrzaski? Tu się pogubiłam na poważnie po raz pierwszy.

 

Otto trwał tak, tocząc trzecią wojnę domową.

To imho wyszło zbyt humorystycznie jak na cały tekst, a zwłaszcza tę sytuację.

 

konsekwentność

Konsekwencję

 

Syknęła cicho, gdy rana brzucha dała o sobie znać. Goiła się szybko, wszak niełatwo zabić strzygę.

Tu też się pogubiłam – dlaczego ona jest ranna?

 

Czule pogłaskała bańkę, a przeczytawszy słowa, wydziurkowane igłą na kartce papieru, rozpromieniła się.

O tym wysysaczu dusz przydałoby się więcej, zwłaszcza tu. Kto coś pisze? Dusza? 

 

Tam też ją zastała. Odpoczywała na werandzie

W drugim zdaniu musisz dać podmiot, bo inaczej wychodzi na to, że Inga odpoczywała.

http://altronapoleone.home.blog

No to tak.

Tekst bardzo dobry, tak pod kątem posuwania akcji naprzód, jak i obecności wyrażeń, które sprawnie budują klimat, chociażby:

"W katowni cuchnęło tytoniem i krwią"

"Morderczy prawy prosty wstrząsnął światem Steinberga"

– no to jest ten rodzaj zdań, który w dobrym pisaniu zjawiać się powinien.

Całość niby na standardowym schemacie sensacji okołokryminalnej, a jednak dobrze wykonane.

 

Natomiast coś się kompletnie skopało w momencie, w którym gówna postać nagle “odkrywa spisek”. Czytając to, od razu pomyślałem, ze więcej sensu by miało, gdyby się okazało, ze mag go omamił i wprowadził do szaleństwa. No i tak się właśnie okazało. Co prawda nie ma tu rozwiązania “z pudełka”, ale gdzieś w tym momencie “odkrycia” coś nie zagrało na poziomie opisu. Może trzeba było trochę inaczej opisać złość i zasugerować czytelnikowi wniosek pod wpływem impulsu, a po nim nakręcenie się? Nie wiem. Nie wiem, bo masz na tyle sprawne pisanie, a ten konkretny fragment jest tak mocno zagnieżdżony w całym opowiadaniu, ze “pomysły z zewnątrz” byłyby pomysłami ludzi piszących inaczej.

W każdym razie czytając tekst, zastanawiałem się nad nominacją, a na tym etapie się poślizgnąłem.

 

Swoją drogą bohater niesympatyczny (jego rola, charakter) i w niesympatycznym świecie. Nijak człowiek nie chce się z nim identyfikować, ani po jego stronie stawać. Odważnie wybrać akurat taką postać. Ale wyszło. W końcu ludzie są różni, też źli, a opowieści są opowieściami.

 

"Ale n-nie widziałem…p-pana"

Brakło jednej spacji.

 

" – Czyli wszyscy to kłamcy"

" – Mówiła kiedykolwiek, co zaszło?"

" – Mogłem się przedstawić wcześniej"

– a tu się znalazły nadmiarowe.

 

"ewidentnie z niego kpił, Steinberg nie mógł"

– tu też jest nadmiarowa.

 

 

Asylum,

 

miło Cię widzieć po przerwie od moich opek. Mam nadzieję, że dostrzegasz choć mały progres względem “Tęsknicy” :)

 

a Hessego lubię, kiedyś się nim zaczytywałam. Zachwyciła mnie „Gra szklanych paciorków”. Pamiętam do dzisiaj. :-)

“Grę” muszę właśnie w końcu przeczytać. W ogóle ciągle sobie obiecuję, że się nad Hessem mocniej pochylę, ale czasu nie starcza.

 

Moja odpowiedź po przeczytaniu – brzmi: „Przesadziłeś z nimi”, jednak po kolei.

Starałem się ciąć jak mogłem, ale podczas bety znów nastąpił niespodziewany przyrost, bo trzeba było parę drogowskazów postawić :P

 

Jasne, na końcu wszystko się wyjaśnia, choć moim zdaniem bardziej wprost, niż dając możliwość czytelnikowi dokonania samodzielnych odkryć.

O, widzisz, i to jest rzecz, z którą walczę i nie potrafię wypracować jakiegoś solidnego remedium. Bo albo przesadzam w jedną stronę i opko finalnie rozumiem tylko ja, albo przesadzam w drugą i – tak jak Ty tutaj wskazałaś – łopatologia zawłaszcza zbyt wiele terenu. Z drugiej strony niektórzy z czytelników w przeciwieństwie do Ciebie podnoszą niezrozumiałość także i tego tekstu. God, help me!

 

Jednakże wątek detektywistyczny pełni rolę zupełnie pretekstową, chciałeś pokazać co innego.

Wiesz, może to jest kwestia tego, że ja nie myślę “kategoriami”. Nie stwierdzam pewnego dnia, że o – czas napisać klasyczny kryminał. Po prostu pojawia się w głowie, rozwijana oczywiście przez jakiś czas, historia. I tę historię opisuję bez potrzeby jakiegoś jej katalogowania.

Ale czy wątek detektywistyczny jest pretekstowy? Nie jestem pewien, czy mogę się do końca zgodzić. Jeśli założeniem wątku detektywistycznego, czy też kryminału per se, jest zagadka i stopniowe tej zagadki rozwiązywanie drogą poszukiwań, przesłuchań, rozmyślań, itd., to tutaj to występuje. Owszem, mój Otto to nie Sherlock Holmes, a finalne rozwiązanie zagadki jest inne, niż w stylu klasycznego kryminału (”O, to ta gosposia, która była tu przez cały czas, ale nikt jej nie podejrzewał!”), ale mam poczucie, że jednak ów wątek detektywistyczny stanowi nieco więcej niż tylko pretekst.

 

nakładkę społeczną, której nie zrozumiałam, tzn. na czym polega i dlaczego właśnie taki jest ten świat.

Wydaje mi się, że wyjaśnień – chociaż nie było wiele – to jednak trochę się w tekście znalazło.

 

nie do końca uzasadnione, bo mało celowe tortury

Tortury nigdy nie są celowe ani uzasadnione. Ich wartość dowodowa, co do zasady, jest żadna. Tak jak ordaliów i wszelakich innych, pogrzebanych przez historię środków dowodowych. Ta niecelowość była pokazana przeze mnie intencjonalnie. Policja kręci się w kółko, wierząc-nie wierząc w skuteczność przesłuchań, ale że było tak “od zawsze” i taki typ postępowania został narzucony odgórnie, to każdy się tej utartej ścieżki trzyma. Kreatywne myślenie w podanych realiach byłoby raczej ryzykownym posunięciem, stąd stagnacja na polu metodyki prowadzenia śledztwa. Zresztą bezsens przesłuchań najjaskrawiej wybrzmiewa w scenie autoprzesłuchania. A przynajmniej chciałem, żeby wybrzmiewał :)

 

plus bardzo ciekawy motyw z wendigo i Indianinem

Ucieszyłem się bardzo! 

 

Ładny język, niektóre frazy bardzo mi się spodobały, lecz kłopot polega na tym, że czasami służyły opowieści, a czasami zaburzały jej tok przez nadmiarowość i wielosłowie. Naprawdę nie każde zdanie musi być rozbudowane przymiotnikami, określeniami czasu, przysłowkami, dopowiedzeniem, szczególnie gdy informacja została podana wcześniej albo rzecz jest oczywista.

Bardzo się cieszę i oczywiście pochylę się nad Twoimi uwagami.

 

Sama stylizacja (IMHO) udana, dotyczy bardziej zapisu niż słów, jest klimatyczna, choć znowu – nie powielałabym informacji tak często innymi słowami, czytelnik nie jest kiepem, poza tym piszesz – chyba tutaj - raczej przygodę, nie traktat moralny i nie skupiasz się na przeżyciach wewnętrznych bohatera, rozkminkach oraz uważałabym na stosowanie współczesne zwroty (jasne mogą występować, jeśli współgrają z postacią/światem).

Dla mnie akurat przeżycia wewnętrzne są równorzędne z wydarzeniami zewnętrznymi i z tego niełatwo byłoby mi zrezygnować, bo po prostu potrzebuję tego w tekście choćby dla samego siebie. Co do powielania informacji – na pewno będę uważał :)

 

Dwie pierwsze sceny fajne i plastyczne.

Super!

 

Mglisty świat

To chyba zgodnie z narzuconą tytułem konwencją, nie? :P

 

bohater lubi osobiście torurować

Ja wiem, czy on tak lubi znowu? W tekście mamy raczej sceny, gdy siedzi w kącie sali, tortury starszego pana przerywa i każe go wyprowadzić, gdy przesłuchujący zbytnio się nakręcił, a operowego stróża nie tyka nawet palcem. Osobiście torturuje Algona Quina, ale ten go ewidentnie prowokuje, więc też nie przypisywałbym tymże torturom cech hobby. 

Muszę założyć kostium, który mi podajesz, choć pruje się w szwach, a niektórych części już brakuje.

Nieprawda, bardzo Ci w nim do twarzy! A na poważnie, to się chyba trochę nie zgadzam. Już wspominałem wyżej – owszem, nie wykładam przez pół tekstu prawideł rządzących światem przedstawionym, ale jednak są o tym wzmianki. Czy to o wojnach domowych, czy to o niechęci staromagicznych do podzielenia się swoją wiedzą i umiejętnościami na rzecz dobrobytu i postępu, czy to o strukturach policyjnych i wewnętrznych przepychankach. Jest tego trochę i wydaje mi się, że to się trzyma kupy. Ale też nie będę polemizował z Twoimi odczuciami, bo przecież ich nie zmienię :)

 

Relacja z Ingą bądź sama jej postać wymagałaby chyba silniejszego zarysowania, co wzmocniłoby kreację świata i bohatera, a może i ją uwiarygodniło.

Tu też odeprę zarzut, bo historia Ingi i Ottona jest opowiedziana od A do Z. Wiemy, jak się poznali, wiemy, co razem przeżyli, wiemy, dlaczego się rozstali. Wiemy, jak Inga wyszła z obozu, wiemy, że Otto jej pomagał. Wiemy, że przysięgła wierność cesarzowi i służbę na jego rzecz. Znamy też sekret jej awansu na co najmniej jedno stanowisko – odnalezienie zaginionego Seelensaugera. Także tekst wady niewątpliwie ma, ale tu będę walczył jak lew :)

 

Bohater nie ma adwersarza, bo nie jest nim linia śledztwa ani staromagiczni – w tym Indianin, który pojawia się zbyt późno, a bestia jeszcze później (nie chcę spojlerować). Powiązań trudno się doszukać, więc choć pomysł jest, warstwy luźno łączą się ze sobą – ubieramy się na cebulkę.

Ja powiedziałbym, że bohater ma wokół siebie samych adwersarzy, w tym – jak wiesz – część wyimaginowanych. Pierwszy adwersarz to niezidentyfikowany zabójca. Drugi to sam Otto. Trzeci to Inga. Czwarty Indianin. Po drodze kilku innych i na końcu… sama wiesz kto :)

 

Przeciągnięte sceny np. walka w piwnicy/klubie, Inga opatrująca rany podzielona na dwie części, sceny z torturowaniem Indianina, a wcześniej świadka, rozdzielenie również na dwie sceny – spotkania z fanfirem. Wnoszą pewne informacje – zgoda, ale nie przekonuje mnie ich długość w stosunku do tego, co z nich wynika.

A tu można by się zastanowić i nie będę oponował :) Póki co pewnie jestem zbyt mocno związany z obecną treścią opowiadania, żeby robić cięcia, ale przyszłościowo patrząc – na pewno coś by się udało poprzycinać.

 

Drobiazgi, podrzucę kilkanaście przykładowych z różnych parafii, ponieważ napracowałeś się nad tym tekstem, jest złożony i bogaty.

Za ostatnią część tego zdania dziękuję. Pewnie nie odniosę się do wszystkich drobiazgów, bo nie ma sensu. Umówmy się tak – co przemilczane, to objęte moją milczącą zgodą :)

 

Niejasne. DPK to Departament Policji Kulturalnej (z niej jest Inga), a polityczni to DPP. Kulturalni wyłazili ze skóry… przez pretensje do świadków, którzy okazywali się ich własnymi współpracownikami? Może czegoś nie rozumiem, ale politycznym jest Otto.

Chodziło o to, że jak polityczni kogoś zgarnęli np. z miejsca zbrodni, to kulturalni od razu wysuwali wobec nich roszczenia, żeby albo danego jegomościa zwolnili, bo to ich (kulturalnych) współpracownik, albo przekazali do DPK. Mogłem dopowiedzieć, że to przez to, że kulturalni mieli w DPP swoich ludzi, którzy im donosili, co tam w trawie u politycznych piszczy :) Ale znów – to byłaby nadmiarowa łopata (chyba).

 

Jak to – „zwykle” i „daremne”? Przecież poprzednim razem ściągnęli stróża, torturowali i on zeznał to, co widział.

Ale przez wiele godzin nic z nich nie wynikało. I nie, nie torturowali stróża :)

 

Chwilę. Ciało było rozciągnięte pomiędzy brzozą a ławką, gapie, rozgonieni przez Ottona stali na uboczu, on do nich podszedł i z nimi rozmawiał i wtedy odezwał się Indianin z ławki. Jak wygląda miejsce zbrodni? Mamy ławkę, brzoza jest za nią, obok, czy przed nią, bo pomiędzy nimi jest ciało. Przyjmuję, że brzoza za ławką, a przed ławką plac, ale może wyobrażasz to sobie inaczej?

Raczej brzoza w równej linii z ławką. Może zabrakło opisu, ale widziałem to tak – brzoza, ławka, brzoza, ławka wzdłuż boków Friedenplatzu.

 

Czekoladowy? No weź. :p Później określasz go innymi barwami.

Z czasem też mnie zaczęło drażnić to określenie :D

 

Ciekawe jak Otto to zrobił? Bokiem, czy jak? 

Oparł się butem, zgiął kolano, przedramiona oparte na udzie i nachylenie. Właśnie to sobie odegrałem – da się :D

 

Hmm, jeśli się go bali, czemu stawali mu na drodze, ponadto skąd ich tak dużo, przecież napisałeś, że „klientela znacznie zubożała względem poprzedniej nocy”?

Zubożała w piwnicach, w tej scenie jesteśmy na wyższej kondygnacji (niejako dwa różne przybytki – Alptraum w piwnicy dla staromagicznych, Alptraum na górze dla regularnych obywateli). Stawali mu na drodze, bo było ich wielu + zaskoczenie + paniczny strach może skłonić albo do ucieczki, albo właśnie do gorączkowej próby przekonania, że się nic złego nie zrobiło. Tu wchodzi opcja 2.

 

Cudem(?), przecież Otto (polityczny) go „dorwał” i aresztował?

Pokłosie zarysowanych już wewnętrznych utarczek.

 

Coś chyba tu nie gra, kim jest „ten”? Pomysłodawca czy osobą, która pozbawiła Ottona ręki, a może to jedna i ta sama osoba?

Czar, Asylum, czar :-) Chyba wszystko jest okej, a jak nie, to proszę o wyjaśnienie “jak głupiemu”.

 

Nie pojmuję metafory: teoria zakotwiczyła –> obcy okręt pod cesarską banderą

Sugestia, że to Indianin mu wtłoczył ten pomysł do głowy, a prościej – Otto nie był samodzielnym autorem tej teorii.

 

Podsumowując: rozbudowane opowiadanie z wieloma ciekawymi pomysłami, lecz spróbowałabym wzmocnić połączenia wątków/warstw i popracować nad słowami, powtórzeniami.

Cieszę się, że znalazłaś tu wiele ciekawych pomysłów :) Na pewno będę dalej pracował i nad tym tekstem, i nad pozostałymi.

 

Wielkie dzięki za lekturę oraz bardzo obszerny i wnikliwy komentarz!

 

Pozdrawiam,

fmsduval

 

 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

krar,

 

Klimat i atmosfera innej, umagicznionej epoki to imho jeden z najmocniejszych elementów tego tekstu. Po lekturze mogę bez problemu zamknąć oczy i wyobrazić sobie plac, na którego bruk runęły zwłoki. Mechaniczna ręka, sterowce ze szperaczami, strzygi, staromagiczni oraz Indianie, wszystko to czai się gdzieś w mroku lub mgle, a jedyną tarczą, która chroni zwykłych obywateli jest miecz obosieczny zwany policją. Te elementy zdecydowanie wyszły.

Wielcem rad! Dzięki!

 

Bohater ciekawy, z początku trudny do rozgryzienia i niejednoznaczny, ale taki chyba właśnie miał być. Spotkanie z żoną, łapanka w miejscu zbrodni, katownia. Obozowa przeszłość podsyca ciekawość, cóż tam wymyśliłeś.

Tak, Otto zdecydowanie miał być specyficzny :P 

 

Stwierdzasz to, a do końca tego nie widać (albo inaczej, widać – mam wrażenie – że nie tylko to jest jego celem, powstaje wątpliwość).

Rozumiem, o co Ci chodzi. Rzeczywiście, mogły zdarzyć się momenty, w których narracyjnie coś uprościłem lub skategoryzowałem względem tego, co Otto naprawdę robi. Ale chyba nie było tego aż tak dużo?

 

Intryga zacna, choć zgubiłem się nieco od momentu snu Ottona. Czy on jest Wendigo, czy jego żona, czy też syn Indianina. Niejednoznaczne – albo coś mi umknęło – ale pasuje to do położenia bohatera, który mędrkuje i pije (by w końcu ruszyć do boju). I przy okazji stanowi dobry wstęp do rozruby na posterunku, trzeba szukać puzzli ;-)

Nie ukrywam, że w kulminacji chciałem takiego zderzenia motywów różnych postaci, kilku opcji rozwiązania zagadki. Funkcję “odzieracza” z tajemnicy miały w moim zamyśle pełnić końcowe sceny z Ingą. Dalej się nie zapędzę, bo nie chcę spolierować tym, co to najpierw czytają komentarze, a potem tekst :D

 

Nie jestem fanem kryminałów ale ani przez chwilę się nie nudziłem, choć detaliczność sceny w katowni trochę nużyła. Jak dla mnie samo stwierdzenie, że bohater poczuł się tam bezpieczny, zrobiło robotę, samo to już wiele o nim mówi ;-)

Też nie jestem fanem kryminałów, bo zazwyczaj są na jedno kopyto i mnie drażnią :) Mówisz o ostatniej scenie w katowni? Cóż, może rzeczywiście trochę zanadto się rozsmakowałem w tej swoistej karze? Mimo wszystko mnie się ta scena całkiem podoba i chyba bym jej nie zmienił.

 

W całej historii mocniej zgrzyta mi tylko jedna rzecz: zachowanie gapiów. Skoro komisariaty są katowniami, to dlaczego ludzi gromadzą się dookoła zwłok? W krajach z taką brutalną policją – czy inną służbą – jak coś się dzieje, to większość “przechodniów” pryska, nauczona doświadczeniem. Każdy ma (albo miał) kumpla czy krewnego, który nie wrócił albo wrócił bez oka.

Celna uwaga. W scenie pod operą broniłbym się szybką reakcją policji (choć to nie stoi w tekście wprost), w scenie na Friedenplatzu podobnie – Otto i Inga zjawiają się na miejscu biegiem i od razu zabierają się do rozmowy z ludźmi. Oryginalnie w tekście miało być wspomniane, że tam bardziej majętni ludzie się przechadzają (bo taka dzielnica) i że się nie boją rozmawiać z policją (arystokracji nie bierze się do katowni), ale finalnie zrezygnowałem z uwagi na liczbę znaków.

 

Tyle ode mnie. Bardzo dobry tekst, zdecydowanie biblioteczny, pomyślę tez nad nominacją do piórka.

Bardzo dziękuję, także za nominację do piórka! 

 

Pozdrawiam,

fmsduval

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

drakaino,

 

Trudny tekst, trudne pisanie komentarza, ale w końcu muszę się z tym zmierzyć.

Trzeba brać byka za rogi!

 

miałam chwilami wrażenie, że pewne rozwiązania i wyjaśnienia pozostały głównie w Twojej głowie, a czytelnik troszkę błądzi w tym lesie czy też tej mgle

Niedobrze! Owszem, chciałem skłębienia motywów poszczególnych postaci, ale równie mocno zależało mi, żeby finalne sceny z Ingą naprowadzały na właściwy tor.

 

Stworzyłeś ciekawy świat, w którym mogłabym przeczytać coś więcej, ale zaledwie pokazałeś ułamek tego świata.

Miło mi to czytać i postaram się rozwinąć uniwersum “Mglistowia” :)

 

Oczywiście daleka jestem od tego, żeby zabraniać pisania o obozach, ale jest to nadal kontrowersyjne i chyba jednak poszłabym w realia mniej jeden do jednego. W podobną rzeczywistość, ale nie numery, niekoniecznie eksperymenty medyczne – to wszystko da się zastąpić czymś innym, żeby przełożenie było mniej dosłowne. Plus “staromagiczni” – świetny neologizm, ale jak dla mnie znów za bliski “starozakonnych”. Na dodatek gdyby w tekście wystąpiło tylko jedno, zwłaszcza określenie “staromagiczni”, nie miałabym z tym problemu. Ale wszystko razem tak bardzo mocno odwołuje się do II wojny i Holokaustu, że wręcz robi się trochę “zbyt łatwe”, bo czytelnik bardzo prosto dopisuje sobie resztę realiów i związanej z nimi grozy. Raz jeszcze podkreślę: nie uważam, żeby dla tego wszystkiego nie było miejsca w tekście fantastycznym, w świecie autorskim, ale podałabym to jednak właśnie trochę bardziej “autorsko”.

Oczywiście rozumiem Twoje obiekcje, zresztą wyrażane już także przez Irkę i Ślimaka, toteż zdążyłem się z nimi oswoić. Może wstyd się przyznać, może coś ze mną nie tak, ale powiem to – bardzo łatwo przyszło mi czerpać z tej tematyki. Przyczyn tej swobody upatruję w 2 kwestiach. Subiektywnie, oczywiście to nic wyjątkowego, ale wywodzę się z rodziny, której przodkowie w znacznym stopniu zostali dotknięci wydarzeniami IIWŚ. Był Katyń, było więzienie Gestapo na Montelupich, była zsyłka na Sybir i parę innych historii. Być może przez to jestem dość oswojony z tematem, nie wzbudza już u mnie wielkich, skrajnych emocji, a przez to łatwiej mi się nim posługiwać w dowolnym kierunku. Druga kwestia to moje intencje, jakie legły u fundamentów tekstu, który w zamyśle nie miał być byle historyjką fantasy o panu, co bije ludzi. To w gruncie rzeczy opowieść o sumieniu i karze, o człowieku, który świetnie odnalazł się w trybikach opresyjnego państwa (do czasu), ale nie odnalazła się w nich najbliższa mu osoba. To też opowieść o człowieku, który choć w większości zły, miał w sobie pierwiastek dobra, który pozwolił mu przyjąć na swoje barki winę i za nią zapłacić. To też opowieść o stereotypach, o poszukiwaniu winnego tam, gdzie najłatwiej (staromagiczni), podczas gdy prawda okazuje się rażąco odległa od pierwotnych założeń. Mając więc takie – raczej szlachetne założenia – nie poczułem zupełnie potencjalnego nietaktu tkwiącego w treści opowiadania. I chociaż rozumiem Wasze obiekcje, to mimo wszystko ich nie podzielam (nie z niechęci czy buty, po prostu ich nie czuję). Mam nadzieję, że udało mi się chociaż szczątkowo nakreślić, dlaczego.

Co do reszty – cieszy, że podobał Ci się neologizm, bo i mnie bardzo przypadł do gustu, właśnie jako pewne odniesienie do “starozakonnych”. Aha – w kwestii podania tekstu “bardziej autorsko”, to zdradzę jeszcze jedną przyczynę, dla której tekst stoi tak blisko rzeczywistych zdarzeń – pierwotnie celowałem w realia historyczne wczesnego PRL-u z drugowojennym tłem. Porzuciłem je jednak na rzecz “sztucznego” świata z przełomu XIX i XX wieku.

Zresztą ogólnie w przeciwieństwie do Kaya zatrzymujesz się w tym alternatywnym światotwórstwie trochę w pół drogi, bo jednak masz Indian, którzy też kierują do realnej rzeczywistości, wybacz masło maślane. Z drugiej strony oczywiście wendigo jest tak mocno związany z ich kulturą, że i tak by kierował, ale może bez nazwania Indian Indianami byłoby nieco lepiej, świat byłby pełniej alternatywny?

Tu się zgodzę, można było pójść w “czerwonoskórego” i się nad tym zastanawiałem. Finalnie poszedłem w prostotę, bo i tak idę blisko granicy z prawdziwym światem, a więc i dopuszczalna przenikalność wydała mi się większa.

 

Jeśli chodzi o samo światotwórstwo: bardzo podoba mi się połączenie steampunku z mitologiami i “starą magią”, sama troszkę w tym kierunku idę ze swoim uniwersum, ale zupełnie inaczej, u mnie zdecydowanie jest historia alternatywna. I, jak już napisałam, chętnie bym w tym świecie poczytała więcej – mam nadzieję, że nie będzie to jednostrzałowiec.

Wiem, planuję się zaprzyjaźnić z poprzednikami “Marsjańskiego gambitu” :) Co do mojego tekstu, to myślę, że spróbuję napisać coś jeszcze. Historia Ingi pozostała otwarta i jakiś tam szkielecik w głowie się już pojawił :)

 

Dalej: bohaterowie. Tu, prawdę mówiąc, odbiłam się chyba najbardziej, ale nawet nie na samych postaciach, choć Otto mocno trąci Eberhardem Mockiem Krajewskiego i jemu podobnymi (to w sumie nie zarzut, bo to postacie oparte na pewnym archetypie)

Tu mogę jedynie zapewnić, że Ottona tworzyłem bez zewnętrznych (świadomych) inspiracji :)

 

uważam, że intryga, którą wymyśliłeś, jest zbyt skomplikowana na nawet dość długie opowiadanie. To jest intryga na powieść, a co najmniej mikropowieść

Niewykluczone, drakaino, że w mikropowieści wyszłoby to przejrzyściej. Ale też, jak wskazywałem, efekt skłębienia motywacji w jednym punkcie, a następnie odsiew rozwiązań błędnych z jednym rozwiązaniem wskazanym wprost w finałowych scenach było moim celowym zamierzeniem. Może dałbym radę rozciągnąć to do 80k znaków, ale czy na więcej? Nie sądzę. Ale też przyznam, że pod koniec obawiałem się o przekroczenie limitu, więc może podświadomość zrobiła swoje. Nie odrzucam tego :)

 

Jasne, działania wtedy przyspieszają, ale jednak pewne wątki i rozwiązania zasługują na więcej uwagi. Zwłaszcza kluczowy wątek wyrzutów sumienia Ottona, bo bez jego ekspozycji nagła decyzja o skatowaniu samego siebie jak dla mnie była troszkę niezrozumiała. Tzn. tłumaczyła się w związku z wendigo, ale brakło tu szerszej perspektywy na psychikę bohatera.

Hmmm, przejrzę opowiadanie pod tym kątem. W ogóle pod kątem każdej Twojej uwagi – nawet jeśli się opieram w tym komentarzu :)

 

Otto pada ofiarą klątwy dotyczącej sumienia. Niemniej po pierwsze przydałoby się troszkę więcej foreshadowingu wcześniej, bo to trochę spada na czytelnika z nieba, a po drugie to właśnie jest najbardziej przyspieszone i skrótowo podane.

Bo dopisałem to o wiele później względem trzonu opowiadania :) Co do foreshadowingu – zgodzę się, można było go wprowadzić. Z drugiej strony Otto “leci” na wyparciu – nie chciał znać szczegółów stanu zdrowia Petry (można się domyślać, czemu), w rozmowie z Quinem mówi, że on był tylko raportowym, że inni bili, inni głodzili, a on nic złego nie robił. Taki foreshadowing trochę by to rujnował.

 

Chciałabym wcześniej mieć lepsze pojęcie o przeszłości Ottona i o tym, że on ma z tym jakiś problem

O przeszłości Ottona jest w sumie sporo np. w scenie z Ingą. O tym, że ma problem – racja – nie do końca. Chociaż samo wyciągnięcie Ingi z obozu można rozważać różnorako, też jako przejaw wyrzutów sumienia i świadomości, że obozy to zło.

 

Kto jest wendigo? Może nikt, może wendigo jest zewnętrzny wobec wszystkich? Przeskakuje od osoby do osoby? Co w końcu tak naprawdę spowodowało katatonię Petry?

To wydaje mi się akurat w miarę klarownie wyjaśnione w końcowych scenach z Ingą i Petrą:

  1. Inga nic nie wie o żadnym spisku i nie zna Quina;
  2. Quin szuka w szpitalu “prawdziwego wendigo”;
  3. Katatonia Petry wyjaśniona jest przy rozmowie z Weinbergerem.

Zakładam, że chodzi o stronę w księdze, ale jeśli tak, to fajnie byłoby coś więcej zdradzić czytelnikowi.

Trafnie zakładasz :)

 

Podsumowując: to bardzo dobry, ciekawy tekst, niestety nie mogę już kliknąć zasłużonej Biblioteki ;) 

Mimo wszystko? To bardzo się cieszę i fajnie, że byś klikała!

 

PS. Tytuł rewelacyjny, choć też usiłuję go rozkminić.

No wreszcie ktoś docenił! Zbudowałem go ze słów “mglisty” i “listowie” (tłumaczę tak o, bo wiem, że wiesz :D), pasował mi do jesieni (w tekście mamy listopad), atmosfery niewiedzy i zagubienia, a także trochę kojarzył mi się ze sformułowaniem “licho wie”, co też tu na swój sposób pasuje (bo nikt nie wie, o co chodzi w tekście :DDDD).

 

Technicznie jest dobrze, a nawet bardzo dobrze

Super, bardzo mi miło, bo się starałem.

 

Miałam nadzieję, że będziesz się przez cały tekst bawił takim pomieszaniem perspektyw narracyjnych, które całkiem fajnie wychodzą, ale niestety to porzuciłeś, więc tu jest trochę ni przypiął ni przyłatał. A szkoda.

Dobra uwaga, pomyślę nad wprowadzaniem takiej narracji w trybie regularnym.

 

Czyje wrzaski? Tu się pogubiłam na poważnie po raz pierwszy.

Policjantów, dobijali się do drzwi. Chyba jest o tym wzmianka wcześniej.

 

Tu też się pogubiłam – dlaczego ona jest ranna?

Bo sen Ottona był nie do końca snem :)

 

O tym wysysaczu dusz przydałoby się więcej, zwłaszcza tu. Kto coś pisze? Dusza? 

Dusza Ottona :)

 

Nie odniosłem się do wszystkich łapanek-czepianek, bo się raczej z nimi zgadzam.

 

Dzięki, drakaino, za podwójną lekturę oraz obszerny, analityczny komentarz. Na pewno skorzystam z Twoich uwag!

 

Pozdrawiam,

fmsduval

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

wilku,

 

Tekst bardzo dobry

Cieszę się bardzo!

 

– no to jest ten rodzaj zdań, który w dobrym pisaniu zjawiać się powinien.

W takim razie obym więcej takich zdań pisał!

 

Całość niby na standardowym schemacie sensacji okołokryminalnej, a jednak dobrze wykonane.

Fajnie, że doceniłeś wykonanie.

 

Co prawda nie ma tu rozwiązania “z pudełka”, ale gdzieś w tym momencie “odkrycia” coś nie zagrało na poziomie opisu. Może trzeba było trochę inaczej opisać złość i zasugerować czytelnikowi wniosek pod wpływem impulsu, a po nim nakręcenie się? Nie wiem. Nie wiem, bo masz na tyle sprawne pisanie, a ten konkretny fragment jest tak mocno zagnieżdżony w całym opowiadaniu, ze “pomysły z zewnątrz” byłyby pomysłami ludzi piszących inaczej.

Na pewno poddam ten fragment tekstu powtórnej analizie. Może coś wymyślę, kto wie :) Mimo wszystko cieszy mnie bardzo wytłuszczone stwierdzenie :)

 

W każdym razie czytając tekst, zastanawiałem się nad nominacją, a na tym etapie się poślizgnąłem.

To, że się w ogóle zastanawiałeś, to już wyróżnienie samo w sobie. Zwłaszcza że zrezygnowałeś dopiero w ścisłej końcówce, więc opko musiało trzymać dobry poziom przez dobre kilkadziesiąt tysięcy znaków :)

 

Swoją drogą bohater niesympatyczny (jego rola, charakter) i w niesympatycznym świecie. Nijak człowiek nie chce się z nim identyfikować, ani po jego stronie stawać. 

Przyznam szczerze, że ja właśnie takich bohaterów najbardziej lubię kreować. Niuansować zło szczyptą dobra, ukazywać różne perspektywy haniebnych w powszechnym rozumieniu decyzji, zwracać uwagę na przyczyny takiego, a nie innego ukształtowania bohatera. A jednocześnie nie usprawiedliwiać, kiedy nie ma ku temu powodów.

 

Odważnie wybrać akurat taką postać. Ale wyszło. 

Do odważnych świat należy :)

 

Dzięki, wilku, za lekturę i komentarz. Zauważone babole oczywiście poprawię.

 

Pozdrawiam,

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Witaj, fmsduval!

 

Przybywam, ściągnięty nominacją… i nie wiem. Od razu przyznam, że czytało mi się ciężko. Z jednej strony masz tutaj równy, konsekwentny język, który utrzymuje się przez cały ten dość spory metraż, ale z drugiej historia jest ciężka, realia są ciężkie, nawet stylizacja na dłuższą metę robi się ciężka.

Historia, z jednoznacznymi nawiązaniami do obozów, wojen światowych, holocaustu, a przez postać Otto i struktur w których służy – służb/wywiadu radzieckiej strefy wpływów, stanowi dla mnie bardzo dziwny zabieg. Trudno to nawet nazwać inspiracją, bo to po prostu odtworzenie historii z pozmienianiem niektórych nazw. Przy tak wielu podobieństwach czemu nie nazywać rzeczy po imieniu, nadpisując zimnowojenne realia staromagicznymi stworami i całą resztą inwentarza, która się tu pojawia? Tymczasem zabieg, na który się zdecydowałeś, pozostawia mnie z niedosytem, bo bardzo czytelnie czerpiesz ze źródła, a jednocześnie cały czas puszczamy sobie oczko, że jest to autorskie światotwórstwo.

Postaci… Postać głównego bohatera jest tak okrutnie antypatyczna, tak czarna, że trudno mi znaleźć jakiekolwiek pozytywne cechy, by go opisać. Złapałem się na tym, że w trakcie śledztwa kibicowałem, by… nie udało mu się spełnić swoich celów (wypuścił tę biedną Klarę, czy nie?!). Obłęd, którego w końcu doznaje, zaskoczył mnie. Niektóre wnioski, które zaczął wyciągać, nigdy by mi się do takiej kupy nie złożyły. Pozostali bohaterowie z kolei są albo mocno przezroczyści i nie zapadają w pamięć, albo cierpią na syndrom plot device, choć mają wszystko, czego potrzeba, by wybrzmieć w pełni. Taki Indianin gada półsłówkami przez większość swojego czasu antenowego, wręcz wypluwa z siebie utarte frazesy – no nie jest to intrygujące. Inga? Jej zdolności to absolutnie jeden z jaśniejszych punktów opowiadania, lecz jednocześnie “jedzie” na historii maltretowanej Żydówkistaromagicznej.

Szybko można się zorientować, że świat tego opowiadania jest brutalny. Toteż liczbę znaków poświęconą na elementy gore uznaję za przesadzoną. Coś, co wizualnie sprawdziłoby się fenomenalnie, w tekście może okazać się dłużyzną i tak też odbierałem te fragmenty. Jeśli gdzieś ciąć, to w pierwszej kolejności tam.

I wreszcie historia. Kryminały uznaję za nużący gatunek, a w “Mglistowiu” sprawie nie pomaga sam główny bohater. Tak więc z początku, gdy Otto pastwił się nad kolejnymi osobami, czytałem bez większej ekscytacji. Rzecz się zmienia za połową, gdy klocki zaczynają się układać w całość, a wątek wendigo wychodzi na pierwszy plan. Plot-twist pogania plot-twist, jest to satysfakcjonujące i czytało mi się to jednym tchem.

Podsumowując – uważam, że jest tutaj kawał solidnego materiału, w którym z powodzeniem można by rzeźbić. To co powstało, ma swoje wady, ale ma też szereg zalet. Nie jestem rozczarowany. Nie jestem oczarowany. Ech, muszę się zastanowić…

Witam, witam, Panie Jasnostronny!

 

Miło mi Cię u siebie po raz pierwszy widzieć.

 

historia jest ciężka, realia są ciężkie, nawet stylizacja na dłuższą metę robi się ciężka.

To bardzo trafne podsumowanie. Przynajmniej nie możesz zarzucić mi, że nie byłem konsekwentny :P

 

Historia, z jednoznacznymi nawiązaniami do obozów, wojen światowych, holocaustu, a przez postać Otto i struktur w których służy – służb/wywiadu radzieckiej strefy wpływów, stanowi dla mnie bardzo dziwny zabieg. Trudno to nawet nazwać inspiracją, bo to po prostu odtworzenie historii z pozmienianiem niektórych nazw. Przy tak wielu podobieństwach czemu nie nazywać rzeczy po imieniu, nadpisując zimnowojenne realia staromagicznymi stworami i całą resztą inwentarza, która się tu pojawia? Tymczasem zabieg, na który się zdecydowałeś, pozostawia mnie z niedosytem, bo bardzo czytelnie czerpiesz ze źródła, a jednocześnie cały czas puszczamy sobie oczko, że jest to autorskie światotwórstwo.

Nie będę Cię maltretował truizmami, że każdy element fikcji ma swój pierwowzór w rzeczywistości, bo jesteś tego na pewno doskonale świadom. Podejrzewam, że na Twoim niedosycie zaważyły w większej części elementy poboczne, na które niektórzy przedpiścy też zwracali uwagę (np. numery na rękach). Pewnie dałoby się kilku uniknąć, przechylić szalę na korzyść domysłu zamiast dosłowności, ale też podczas pisania składało mi się to tak konsekwentnie w całość, że zwyczajnie nie chciałem się tych elementów pozbywać. Nawiązań w skali makro również jest sporo, ale taki był plan od początku. Widziałem Ingę jako ex-więźniarkę, widziałem Ottona jako człowieka z militarną przeszłością, wessanego w powojenne trybiki aparatu przemocy. Mamy jednak też w tekście nieco odmienności, poczynając od przesunięcia historycznej otoczki bliżej początków XX wieku, przechodząc w steampunkowy “setting”, kończąc na specjalnie dobranych postaciach z wierzeń germańskich oraz na – myślę niewątpliwie – ubogacającego historię wendigo. Jest też różnica między fabułą a rzeczywistością na poziomie zarzewia przedstawionego konfliktu wojennego, jego przebiegu i końca. Więc, oczywiście, jest tu mnóstwo odniesień. Ale to też nie tak, że poszedłem na łatwiznę i zrobiłem tylko szybciutkie “ctrl + c, ctrl + v”. Rzecz jasna nie jestem tu obiektywny, bo i jak mógłbym? :)

Postać głównego bohatera jest tak okrutnie antypatyczna, tak czarna, że trudno mi znaleźć jakiekolwiek pozytywne cechy, by go opisać. Złapałem się na tym, że w trakcie śledztwa kibicowałem, by… nie udało mu się spełnić swoich celów

To też było zamierzone. Abstrahując od tego, że takich bohaterów tworzyć lubię, spodobało mi się rozwiązanie fabularne poprowadzone w filmie “Samuraj” z Alainem Delonem, gdzie śledzimy losy płatnego zabójcy. Czeka człowiek i czeka, żeby w końcu fabuła ukazała go jako człowieka z choćby pierwiastkiem dobra, jednak ten moment nigdy nie nadchodzi. Ciekawa rzecz. Ja niestety nie do końca wytrzymałem w postanowieniu i w paru miejscach zło Ottona przełamałem, choćby historią z wyratowaniem Ingi.

Niektóre wnioski, które zaczął wyciągać, nigdy by mi się do takiej kupy nie złożyły.

I bardzo słusznie, bo one miały sens tylko dla niego. To pokłosie tego, o czym m.in. wspomina w swoim mieszkaniu Inga: “Dziś już chyba każdy jest podejrzanym, każdy ma swój ogon, swój cień, setkę uszu przylepioną do drzwi”.

 

Inga? Jej zdolności to absolutnie jeden z jaśniejszych punktów opowiadania, lecz jednocześnie “jedzie” na historii maltretowanej Żydówkistaromagicznej.

Ale jednak z odmiennościami. Przełamania upatruję choćby w Seelensaugerze. Dla mnie, na etapie tworzenia historii, bardzo interesujący był sam romans reprezentanta “złej strony” i staromagicznej. Oczywiście, znów podkreślę, dla mnie.

 

Szybko można się zorientować, że świat tego opowiadania jest brutalny. Toteż liczbę znaków poświęconą na elementy gore uznaję za przesadzoną. Coś, co wizualnie sprawdziłoby się fenomenalnie, w tekście może okazać się dłużyzną i tak też odbierałem te fragmenty. Jeśli gdzieś ciąć, to w pierwszej kolejności tam.

Rzecz na pewno do rozważenia. Tekst i tak stracił sporo “wagi” w tych miejscach zarówno po mojej korekcie, jak i na etapie bety, ale to nie znaczy, że nie można by jeszcze tu i tam poprzycinać :)

 

Kryminały uznaję za nużący gatunek

Też nie przepadam! Hipokryta ze mnie, co? :D

 

Rzecz się zmienia za połową, gdy klocki zaczynają się układać w całość, a wątek wendigo wychodzi na pierwszy plan. Plot-twist pogania plot-twist, jest to satysfakcjonujące i czytało mi się to jednym tchem.

A widzisz! Bardzo mnie cieszy, że właśnie taka była kolejność Twoich odczuć. Bo gdybym najpierw Cię zaciekawił, a potem zanużył na śmierć, to – no cóż – klapa po całości.

 

Podsumowując – uważam, że jest tutaj kawał solidnego materiału, w którym z powodzeniem można by rzeźbić. To co powstało, ma swoje wady, ale ma też szereg zalet. Nie jestem rozczarowany. Nie jestem oczarowany.

Na pewno można tu parę rzeczy usprawnić, nie mam co do tego wątpliwości. Cieszę się, że mimo elementów, które Ci się nie spodobały, dostrzegłeś też szereg zalet. Bardzo mi miło, zwłaszcza że to pierwsze Twoje zetknięcie z moją pisaniną.

 

Ech, muszę się zastanowić…

 

Zastanawiaj się do woli! Już samo to, że nie masz jednoznacznej odpowiedzi, jest dla mnie dużym wyróżnieniem :)

 

Dzięki za odwiedziny, lekturę i obszerny komentarz!

 

Pozdrawiam,

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Hej

Komentarz piórkowy. Krótki, bo krótki, ale musi się pojawić.

Jedno z dwóch opowiadań w tym miesiącu, nad którym musiałem się długo zastanawiać w kategorii głosu.

Pamiętam, jak trudno śledziło mi się intrygę i jak miałem wrażenie, że to tekst nie na 66k, a raczej na minimum 100k znaków. Nie jestem też wielkim fanem kryminałów, choć dobra historia zawsze w cenie.

Masz swój styl, można go lubić albo nie, ale już w “Tęsknicy” pokazałeś, że pasuje do dłuższych opowieści. Czasem nadmiernie “motasz”, gubisz uwagę czytelnika, jednak kto nie ma problemów? ;)

Świat zbudowałeś okrutny i bazowany na równie okrutnym czasie z naszego świata, jednak dla mnie zrobiłeś to w sposób przemyślany i udany.

To nie była łatwa decyzja, ale ode mnie masz TAKa.

Pozdrawiam

Wielkie dzięki, Zan! Nie spodziewałem się TAKa. Wierzę, że nie była to łatwa decyzja, ale cieszę się, że ostateczny werdykt zapadł na moją korzyść :)

 

ale już w “Tęsknicy” pokazałeś, że pasuje do dłuższych opowieści.

W ogóle fajna klamra się nam tu zrobiła – pierwsza portalowa beta od Ciebie, a teraz pierwszy TAK również spod Twojej ręki :) No i zgodzę się, że służy mi raczej dłuższy “metraż” opowiadań. To w tych krótkich gubię się znacznie bardziej.

 

Jeszcze raz bardzo dziękuję i pozdrawiam,

 

fmsduval

 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Nowa Fantastyka