- Opowiadanie: maciekzolnowski - Krótka historia małej wycieczki

Krótka historia małej wycieczki

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Krótka historia małej wycieczki

Upał oddychał nagrzaną do białości piersią. Ruch powietrza cedzony był i przepuszczany przez sito żaru. Ten żar, te kąsania promyków przywodziły na myśl żmije napastliwe, wijące się tu i ówdzie w krzakach i zaroślach. Nawet blade cienie chowały się już od rana przed słońcem do całkowitej swej nicości i obracały w niebyt.

Wtedy spojrzałem w niebo. I czarodziejskim ołówkiem splecionych palców zakreśliłem w powietrzu bałwana, ale się rozpuścił. I pogoniłem do ogrodu, bo byłem wolny, bo meandry dziecięcego czasu – czasu bez ograniczeń, drutów kolczastych i żywopłotów – mi na to pozwalały. Pognałem więc, a tam co najmniej od paru chwil mrówczy rozbójnicy zabierali się do biwakowania i ognisk palenia, a nieopodal miał miejsce taniec wokół miodu – piękny, uroczysty taniec robotnic. I wtenczas zrozumiałem, że świat, ten świat zalany gwałtowną nawałnicą lata, z wolna dostraja się, dorasta do tych kilku najgorętszych godzin.

Oto jest historia pewnej ekskursji, która miała miejsce owego dnia, w późnym, choć wciąż jeszcze niedoumarłym okresie mego dzieciństwa, w okresie, gdy lipy stały już rzędami, alejami, kolejkami za mięsem na kartki. Był to czas ostatecznego upadku Racławii, bankructwa tej dzikiej i rozpustnej sielanki na rzecz egzystowania w wielkim mieście.

Jednym z bohaterów słodkiego dzieciństwa jest Jacek, nazwisko nieistotne, który mieszkał w starym domu z nagiej cegły jako najmłodszy spośród wujkowej czeredy, gdzie proste kolejarskie życie skupiało się i rozgałęziało w wielkie arterie torowisk i pomniejsze żyłki starczych bocznic. Jako kuzyn matki, tak samo jak ona przystojny i pełen wigoru, bardzo mi imponował zarówno słusznym wiekiem, wojskowym drylem, jak i „Marchewkowym Polem”, „Polem”, które nuta po nucie stale miał na ustach niczym się ma najświetniejszą pieśń żołnierską. Za wszelką cenę chciałem podołać jego wygórowanym oczekiwaniom i stać się dzielnym jak on włodarzem przeznaczenia.

By tym zawyżonym popod chmury ambicjom sprostać, dałem się raz namówić na niezwykłą wyprawę, o której po latach wiem jeno tyle, ile sam zdołałem zachować jako osobnik niepamiętliwy, abderyta zwyczajnej chronologii błahostek, ignorant czynów-niewidek i lipa-aktów. I ta historia rozpoczyna się właśnie tutaj nieopodal Jackowego domu, gdzie zaraz za gęstwą trakcyj i sitowiem peronów, rozciąga się nieskrępowanie, rozwarstwia na dwoje, troje, a nawet czworo pole – pszenica, żyto i len, no i cały ten topoli sznur. A zaraz potem znajduje się niepozorna dróżka i zapomniana przez racławickiego Demiurga cegielnia, co po latach wciąż śni mi się i roi w skrzydlatej jak anioł wyobraźni.

Naprzód – pamiętam dokładnie – były ogrody, potem tory, a jeszcze potem pola. O jakże urokliwy był to krajobraz pod niebem wielkim szalenie, którego anatomicznej specyfiki niepodobna zrozumieć. Płomienie jasnego popołudnia i zapalone od tego płomienia złotozielone hektary, które znajdowały się kawałek od Racławii, wyznaczały obszar dziecięcej autarkii i śmiały mi się w twarz.

Rozmarzone zagajniki śniły swoje sny najgłębsze o dzielnych rycerzach i zaklętych księżniczkach – zagajniki-eremici na pustkowiu zapomnienia. A na jednym z okolicznych szczytów odbywał się właśnie solowy koncert prastarego dębu Bartka. Pagórki spływały jeden po drugim kaskadami cichych wodogrzmotów, w tle zaś migotały dalekie gradacje i wniebowstąpienia chmur, wciąż wyższych, dalszych, ciekawszych, piękniejszych. Gdzieniegdzie na zboczach znajdowało się jeszcze ostatnie piernaty wilgotnego mchu, lekkie jak drzemka.

O tej zamroczonej od piwa pijanej godzinie szczytem marzeń człowieczych było obmyć się z blasku dnia w katedralnych chłodach cegielni, gdzie tłusta jak oleum glina reklamowała się jako ciasto na pizzę – margheritę ceglaną. Ech, stara poczciwa pizza! Lity kloc słonecznego ognia musiał – jak się zdaje – uciec z tych gorących pieców jeszcze u zarania dziejów i wzbić się ku niebu, by prażyć, prażyć i jeszcze raz prażyć.

Jako dzieciak wiedziałem, że na samym dole wielkiego dnia zwanego przez Jacka Dniem Cegielni, w mroku cienistym i gęstym jak smoła, znajduje się wir wielki, co ludzi porywa i ciągnie ich na dno. To tu znajdować się miały drogocenne klejnoty i granatowo-bombowe arsenały, których strzegły duchy poległych dawno temu nazistów. A tymczasem piruetem pląsów błysnęła jeno szara, aczkolwiek aż dziesięciokrotnie ode mnie większa ważka (Megaloprepus caerulatus) o wielu omatidiach. Błysnęła, bzyknęła i odleciała na rubieże uwagi, w echa niedoskonałej świadomości ludzkiej.

Ruda i przez tę rudość aż fałszywa ziemia naszpikowana tu została jeszcze za Niemca łuskami, które wodziły teraz łuska za łuską za mną wzrokiem, łypały milionem martwych metalicznych spojrzeń. Rdzawa gleba pełna ohydnych kości, wijów i dżdżownic puszczała soki kropelka po kropelce, kap, kap, jak w kroplówce, a soki trafiały do studni przycmentarnej o wodzie wyciszonej, zadumanej i pełnej utajonych wibracyj. Dziwnie było tak stać i lustrować, co kryła umęczona, udręczona do żywego, zapłakana nad swym losem ziemia; dziwnie i niesmacznie. W podtopionej części wyrobiska lilie (Lilium candidum) hodowały baśniowe historyje – grzyby-baśniówki, choć mi ich na razie nie zdradzały.

Tak oto poznawałem anatomię obcego, schodząc ku najczarniejszym odmętom telluru, cofając się w czasie wraz z każdym pojedynczym krokiem i każdym pojedynczym oddechem, drążąc tunele, wiercąc labirynty, kopiąc odkrywki glebowe, a krewniak Placuś w niczym to a niczym mi nie pomagał, ale to nic.

Tymczasem po wielu godzinach zmęczony sobą dzień przechylił się już na drugą stronę, na boczek-podwieczorek. I należało wracać na kolację, albowiem uroki wędrowania to głównie reminiscencje i come backi.

Mój Boże, co z gliny ludzi lepisz! Nigdy nie pozwoliłeś na mapie odnaleźć swej cegielni i myślę, że legendarna peregrynacja przynależy dziś bardziej do tamtej obcej i nie w pełni poznanej dziedziny, której już nie ma, do sfery imaginacji i rojeń malca straconego na rzecz starca. Doprawdy nie wiem, jak bardzo musiałbym nad nią z lupą ślęczeć, ile metrów kwadratowych wspomnień byłbym zobligowany na klęczkach pokonać, by mi się w głowie rozwidniło i przyszło oświecenie?

Koniec

Komentarze

Hej

Przyznam, że chętnie poczytałbym odpowiedź na Twój ostatni tekst, czyli “Idą baby-…”. Nie komentujesz opowiadań innych, Twoja wola, ale na komentarze do swojego tekstu, który wzburzył całkiem sporą grupę czytelników, wypadałoby jednak odpowiedzieć, jakoś się ustosunkować. Oczywiście, zrobisz, jak chcesz…

Mam podobne odczucia, co do “stoją baby…” jak Zanais – czy nie lepszą taktyką jest odpowiedzieć, a potem publikować nowy tekst? A może odpowiada się tylko na zachwyty?

 

ale tutaj:

 

Nie komentujesz opowiadań innych, Twoja wola

 

nie umiem zrozumieć, forum działa na zasadzie wzajemności <chyba>

Oldguard, chodzi o to, że nie zmusisz nikogo, by komentował opowiadania innych. Skoro ich nie komentuje, a sam zbiera komentarze, to wiesz… ;)

Mam jednak nadzieję, że do “Stoją…” się odniesie, bo został duży niesmak.

Zanais, 

 

tak, tak – wypowiedź rozumiem (za duże skróty myślowe w moim komentarzu ^^).

 

Nie rozumiem tylko tego braku aktywności, ale jest tak jak mówisz, do tego się nikogo nie zmusi. Na komentarz pod poprzednim szortem też czekam. 

Co do “Stoją babki”, to nie ma o czym mówić, usunąłem i już. Staram się komentować w miarę możliwości teksty innych autorów plus swoje własne. Nie zawsze to wychodzi. Dzięki za wizytę! 

Maćku, lubię kiedy sięgasz pamięcią do lat minionych i opisujesz zachowane w pamięci wydarzenia z dzieciństwa. Często Twoje opowiadania sprawiały, że otwierały się wieczka kuferków z moimi wspomnieniami i fajne zdarzenia z przeszłości stawały przed oczami jak żywe.  

Tym razem opowiastka okazała się dość hermetyczna i na tyle osobista, że przeczytałam ją, nie bardzo wiedząc, o co tu chodzi.

 

I po­go­ni­łem do cio­tecz­ne­go ogro­du… → Z kim ogród był spokrewniony przez ciotkę?

A może miało być: I po­go­ni­łem do ciotczynego ogro­du

Sprawdź znaczenie słowa cioteczny.

 

w skrzy­dla­tej jak Anioł wy­obraź­ni. → Dlaczego wielka litera?

 

za­pa­lo­ne od tego pło­mie­nia zło­to­zie­lo­ne akry… → Co to jest akra?

 

by mi się we łbie roz­wi­dli­ło i przy­szło oświe­ce­nie? → Czy tu aby nie miało być: …by mi się we łbie roz­wi­dni­ło i przy­szło oświe­ce­nie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Akr (akry w l. mnogiej) to w krajach anglosaskich jednostka powierzchni gruntów równa 4047 m².

Dzięki, Droga Reg, pozostałe rzeczy poprawiam natychmiast. :)

Bardzo proszę, Maćku. ;)

 

Akr (akry w l. mnogiej) to w krajach anglosaskich jednostka powierzchni gruntów równa 4047 m².

Nie domyśliłabym się, że miałeś na myśli miarę gruntu. I jakoś trudno mi sobie wyobrazić, byś wracając do wspomnień z dzieciństwa, opisywał tamte tereny używając miary anglosaskiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przez czas jakiś mieszkałem w Anglii. Niby nic takiego, a jednak… I czasem łapię się na tym, że mylę euro z funtami, a grosze z pensami. Przechodzę na drugą stronę jezdni i spoglądam najpierw na prawo, a potem na lewno. I jest to normalnie cyrk! ;) 

Tytuł był słaby. Zmieniłem. Nie wiem, czy na lepsze? 

Maćku, domyśliłam się, że to angielskie naleciałości i wiem, że czasem trudno się ich wyzbyć. Jednakowoż zobowiązuję Cię, abyś przy przechodzeniu przez jezdnię zachowywał szczególną ostrożność. ;)

 

edycja

Poprzedni tytuł, moim zdaniem, był lepszy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A ten jest lepszy: “Propedeutyka do metod analizy morfologii z uwagi na eidos, estetykę i poetykę w kontekście techniki tempery na przykładzie <<Cegielni Racławice>>”. Oczywiście żartuję!

Maćku, lubię Twoje poczucie humoru. Żartuj częściej. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Co do “Stoją babki”, to nie ma o czym mówić, usunąłem i już.

a ja sądzę, że jest o czym mówić. skoro coś takiego opublikowałeś i było dostępne przez jakiś czas, to może jednak wypadałoby przeprosić ludzi, których obraziłeś, a nie udawać, że nic się nie stało i wrzucać kolejny tekst?

Co do “Stoją babki”, to nie ma o czym mówić, usunąłem i już.

 

a ja sądzę, że jest o czym mówić. skoro coś takiego opublikowałeś i było dostępne przez jakiś czas, to może jednak wypadałoby przeprosić ludzi, których obraziłeś, a nie udawać, że nic się nie stało i wrzucać kolejny tekst?

Zdecydowanie. Zresztą usuwanie tekstów to słaba praktyka, zwłaszcza gdy pojawiają się pod nimi naprawdę dobre komentarze, a komentarz ślimaka z pewnością taki był.

 

 

Miś przeczytał.

W takim razie przepraszam, zwłaszcza Ślimaka Zagłady. 

No, tradycyjnie – cienko z fantastyką i fabułą.

Babska logika rządzi!

Nie, nie chciałem, żeby ta rzecz była fabularna. A z fantastyką jak to z fantastyką: jedni ją widzą wszędzie, inni nigdzie. Dzięki, doceniam, że zostawiłaś swój komentarz, jak zawsze zresztą, pozdrawiam, Finkla, serdecznie. :)

Opowiadanie plastyczne tak bardzo, że aż lepkie;) Mam wrażenie, że nie odczepi się ode mnie przez jakiś czas. To taka opowieść, która sprawia że inni też chcieliby przeżyć te chwile, że człowiek tęskni za dzieciństwem.

Pewnie sporo jeszcze poprawię, pozmieniam, ale dziękuję już teraz za dobre słowo, Ambush. :)

Nowa Fantastyka