- Opowiadanie: Zanais - Ich zabawy (18+)

Ich zabawy (18+)

Tagi mówią wszyst­ko o tym opo­wia­da­niu.

Nie wiem, czy 18+ po­trzeb­ne, choć mo­men­ta­mi może dla kogoś być... nie­smacz­nie ;)

 

Po­dzię­ko­wa­nia dla None i Ge­ki­ka­ry za ostrą betę :)

 

Igna­cy pra­cu­je w za­kła­dzie po­grze­bo­wym. Zaj­mu­je się przy­go­to­wa­niem zwłok do po­chów­ku. Znu­dzo­ny pracą i zo­bo­jęt­nia­ły po wielu la­tach oglą­da­nia ludz­kich tra­ge­dii, po­sta­na­wia uroz­ma­icić sobie pracę w dość nie­ty­po­wy spo­sób.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Ich zabawy (18+)

Pra­co­wać przy zwło­kach za­czą­łem w po­ło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Z tru­dem skoń­czy­łem za­wo­dów­kę, nie pa­li­łem się do fachu mu­ra­rza i szu­ka­jąc pracy, by udo­bru­chać za­wie­dzio­nych ro­dzi­ców, tra­fi­łem przez ko­le­gę do domu po­grze­bo­we­go na przed­mie­ściach Łodzi.

Byłem chło­pa­kiem od wszyst­kie­go: na­pra­wia­łem drob­ne uster­ki, które zda­wa­ły się nigdy nie koń­czyć, no­si­łem trum­ny, za­mia­ta­łem, sprzą­ta­łem zwię­dłe kwia­ty po ce­re­mo­niach. Po kilku ty­go­dniach szef chwy­cił mnie za ramię i spy­tał, czy po­mógł­bym przy ubie­ra­niu nie­bosz­czy­ka. Zgo­dzi­łem się. Byłem za młody, aby tchó­rzyć przed śmier­cią. Wtedy pierw­szy raz zo­ba­czy­łem nagą ko­bie­tę, jeśli nie li­czyć ob­sce­nicz­nych ma­ga­zy­nów, które oglą­da­łem z kum­pla­mi po szko­le. Mogła mieć koło czter­dziest­ki; wtedy wy­da­wa­ła mi się bar­dzo stara. Przy­nie­sio­no ją z chłod­ni i u­ło­żo­no na błysz­czą­cym, me­ta­lo­wym stole. Uda­jąc, że bar­dziej in­te­re­su­ją mnie po­dłuż­ne na­cię­cia na chu­dych przed­ra­mio­nach, zer­ka­łem na jej pier­si, pła­skie i szare, jakże od­mien­ne od wiel­kich po­ma­rań­czo­wych cudów na­tu­ry z ko­lo­ro­wych pi­se­mek. Umy­li­śmy ciało, ubra­li­śmy w czar­ną gar­son­kę, raj­sto­py i nieco odarte­ buty na wy­so­kim ob­ca­sie.

Asy­sto­wa­łem coraz czę­ściej. Mia­łem grube pa­lu­chy, nie­zbyt zręcz­ne, za to nie od­stra­sza­ły mnie roz­ma­ite wy­dzie­li­ny ani za­pa­chy. Wy­trzy­my­wa­łem ostrą woń che­micz­nych pre­pa­ra­tów, a także prze­gni­ły odór to­piel­ców, cięż­ki i kle­ją­cy się do ubra­nia. Szef na­rze­kał na moją nie­zręcz­ność, ale nie miał wy­bo­ru. Nie­wie­lu gar­nę­ło się do ta­kiej pracy.

Wkrót­ce po­zna­łem dziew­czy­nę – pra­co­wa­ła w osie­dlo­wym spo­żyw­cza­ku, na okrą­gło słu­cha­ła Bon Jovi i miała bladą, wręcz mlecz­ną skórę. Uwiel­bia­ła mocny ma­ki­jaż; na­kła­da­ła sobie czerń na po­wie­ki, wargi i pa­znok­cie. Bez prze­rwy kłó­ci­ła się o to z ro­dzi­ca­mi. Prze­ży­li­śmy ze sobą nasz pierw­szy raz, potem wy­da­li­śmy masę pie­nię­dzy – głów­nie moich – na ho­te­le, gdzie przy dźwię­kach Slip­pe­ry When Wet pie­przy­li­śmy się do upa­dłe­go, aż osta­tecz­nie zro­zu­mie­li­śmy, że nic z tego nie bę­dzie i jed­nak do sie­bie nie pa­su­je­my. Ona po­zna­ła ja­kie­goś go­ścia z dłu­gi­mi wło­sa­mi, który grał w ama­tor­skiej ka­pe­li roc­ko­wej, a ja uzna­łem, że tak bę­dzie le­piej. Jej wy­jąt­ko­wo blada skóra, mokra i lepka po sek­sie, za­czę­ła przy­po­mi­nać mi ciała z domu po­grze­bo­we­go. By­wa­ło, że mdli­ło mnie po sto­sun­ku.

Roz­sta­nie znio­słem go­rzej, niż my­śla­łem. Pew­ne­go dnia w moje ręce wpadł ka­ta­log biura po­dró­ży. Otu­ma­nio­ny sa­mot­no­ścią, oglą­da­łem go na ławce pod sza­rym zi­mo­wym nie­bem. Stro­ny pełne błę­ki­tu i słoń­ca zda­wa­ły się ka­ry­ka­tu­ral­nie nie­rze­czy­wi­ste. Jedno zdję­cie szcze­gól­nie mnie do­tknę­ło. Młoda Tajka stała na plaży, uśmie­cha­jąc się i za­pra­sza­jąc ge­stem do sie­bie. We włosy miała wpię­ty fio­le­to­wy kwiat. Nie mo­głem na­pa­trzeć się na jej skórę. Nie smo­li­ście czar­ną, jak u ludzi, któ­rzy nie ucie­kli z po­ża­ru, ale w ko­lo­rze po­ran­nej kawy. Ciem­ny brąz po­bu­dza­ją­cy wy­obraź­nię. Twarz dziew­czy­ny prze­śla­do­wa­ła mnie odtąd w my­ślach. Dla­cze­go? Nie po­tra­fi­łem od­po­wie­dzieć.

Dzień po osiem­na­stych uro­dzi­nach ro­dzi­ce dali mi do zro­zu­mie­nia, że skoro mam pracę i za­ra­biam, naj­wyż­szy czas, abym wy­niósł się z domu. Moje dwie młod­sze sio­stry ocho­czo im przy­ta­ki­wa­ły. Bra­ci­szek nic nie mówił. Jest opóź­nio­ny w roz­wo­ju, a ro­dzi­ce ko­cha­li go moc­niej niż po­zo­sta­łą trój­kę, choć mama czę­sto przez niego pła­ka­ła.

Wy­na­ją­łem miesz­ka­nie, wciąż zde­cy­do­wa­ny, aby od­wie­dzić Taj­lan­dię i zo­ba­czyć na wła­sne oczy brą­zo­wo­skó­re dziew­czy­ny z kwia­ta­mi we wło­sach. Od tej pory od­kła­da­łem każdą wolną sumę.

Przy­by­wa­ło zle­ceń. Ża­łob­ni­cy chcie­li że­gnać zmar­łych przy otwar­tych trum­nach, więc cze­sa­li­śmy, my­li­śmy, ma­sko­wa­li­śmy kre­ma­mi ciem­ne wy­kwi­ty i wcią­ga­li­śmy ubra­nia na ze­sztyw­nia­łe koń­czy­ny. Pra­co­wa­łem, ile mo­głem. Szef czę­sto mnie kry­ty­ko­wał, ja zaś przyj­mo­wa­łem re­pry­men­dy w mil­cze­niu. Bałem się stra­cić je­dy­ne źró­dło za­rob­ku. Kosz­ty sa­mo­dziel­ne­go życia mnie przy­tła­cza­ły; ro­dzi­na wy­cią­ga­ła ręce po pie­nią­dze, gra­jąc na po­czu­ciu winy. Fru­stra­cję wy­ła­do­wy­wa­łem na zmar­łych. Oni nie mogli się bro­nić. Zno­si­li wszyst­ko, a ja wy­obra­ża­łem sobie, że mają twa­rze szefa, mojej byłej, ojca lub matki. Nawet głu­pie­go bra­cisz­ka. Gdy zo­sta­wa­łem sam w pro­sek­to­rium, blu­zga­łem na nich przy wtó­rze wen­ty­la­to­rów, pod­śmie­wa­łem się z ob­wi­słych pier­si oraz skur­czo­nych pe­ni­sów – i przez pe­wien czas było mi le­piej; czu­łem, że nie je­stem naj­słab­szy, naj­gor­szy. Po­tra­fi­łem ude­rzyć nie­bosz­czy­ka pię­ścią w szczę­kę, by chwi­lę póź­niej ukry­wać ślady. Za­czą­łem palić, nawet w pracy, a nie­je­den pa­pie­ros koń­czył zga­szo­ny na zim­nej skó­rze.

Pew­ne­go dnia mie­li­śmy pra­co­wać nad to­piel­cem. Facet na­puchł od dłu­gie­go prze­by­wa­nia pod wodą, jego rysy twa­rzy pra­wie ule­gły za­tar­ciu.

– Przy­po­mi­na zbi­tek roz­go­to­wa­nych pie­ro­gów – za­żar­to­wa­łem.

– Co z tobą, chłop­cze? – Szef miał ponad sześć­dzie­siąt­kę na karku. – To też czło­wiek. Bierz się do pracy.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach sta­ru­szek nie wy­trzy­mał.

– Idę się prze­wie­trzyć.

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi i dalej ro­bi­łem swoje. Kiedy pró­bo­wa­łem we­pchnąć na­pęcz­nia­ły język do si­nych ust, coś bia­łe­go mi­gnę­ło mię­dzy zę­ba­mi. Od­ru­cho­wo za­bra­łem rękę i wzdry­gną­łem się, my­śląc, że lada chwi­la ja­kieś wodne stwo­rze­nie wy­peł­znie z tej nie­co­dzien­nej kry­jów­ki. Za­miast tego usły­sza­łem cichy bul­got, po czym stru­mień spie­nio­nej mazi wy­try­snął z ust i opadł na ma­syw­ną pierś.

Plwo­ci­na uło­ży­ła się w równo wy­ka­li­gra­fo­wa­ne li­te­ry:

drogi Igna­cy

Sta­łem nie­ru­cho­mo. Jęk­ną­łem cicho, jak­bym nie po­tra­fił się zde­cy­do­wać czy śmiać się, czy krzy­czeć. Więc nie zro­bi­łem nic, a kiedy po mi­nu­cie wró­cił szef, wciąż tkwi­łem bez ruchu, wbi­ja­jąc spoj­rze­nie w miej­sce, gdzie li­te­ry wsią­kły w skórę, nie zo­sta­wia­jąc naj­mniej­sze­go śladu.

– Czego się guz­drzesz? – usły­sza­łem.

Do­koń­czy­li­śmy to­piel­ca. Potem zwol­ni­łem się z resz­ty dnia na­pręd­ce skle­co­ną wy­mów­ką i ru­szy­łem w mia­sto. Byłem prze­pra­co­wa­ny, zmę­czo­ny wy­ma­ga­nia­mi ro­dzi­ny i re­pry­men­da­mi szefa. Stąd przy­wi­dze­nia. Mu­sia­łem od­po­cząć. Przy­po­mniaw­szy sobie, że dziś pią­tek, ru­szy­łem o zmierz­chu do klubu noc­ne­go. Od­wie­dza­łem któ­ryś przy­naj­mniej raz w ty­go­dniu. Mu­zy­ka – gło­śna aż do prze­sa­dy – po­zwa­la­ła za­po­mnieć o szumie wen­ty­la­to­rów i brzę­cze­niu komór chłod­ni­czych, gwał­tow­ne ruchy tań­czą­cych syl­we­tek były zaś miłą od­mia­ną od bez­ru­chu umar­łych. Gdzie in­dziej tak wiel­bio­no życie i mło­dość?

Tego wie­czo­ru do­pi­sa­ło mi szczę­ście.

Iza. Iza­bel­la. Za­czę­ło się od jed­ne­go tańca, prze­szło do po­ca­łun­ku i ob­ma­cy­wa­niu twar­dych pier­si w cia­snej ka­bi­nie mę­skiej to­a­le­ty, skoń­czy­ło na wy­mia­nie nu­me­rów te­le­fo­nu. Na­za­jutrz po­sze­dłem do pracy, tylko lekko za­nie­po­ko­jo­ny wy­da­rze­nia­mi z po­przed­nie­go dnia, za to otu­ma­nio­ny nowo po­zna­ną bo­gi­nią. Nasz zwią­zek roz­kwitł gwał­tow­nie, za szyb­ko. Ko­cha­ła so­la­rium, a ja wiel­bi­łem jej skórę – tak cu­dow­nie gład­ką i brą­zo­wą. Skoń­czy­ły się żarty z umar­łych, po­że­gna­łem fru­stra­cję. W za­kła­dzie po­grze­bo­wym ro­bi­łem, co trze­ba – pro­fe­sjo­nal­nie, szyb­ko, do­kład­nie – ma­rząc tylko o po­now­nym spo­tka­niu z Izą. Obraz Tajki z kwia­tem we wło­sach znik­nął z moich myśli jak po­ran­na mgła.

Mi­ja­ły mie­sią­ce. U progu świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia szef za­snął przed te­le­wi­zo­rem i już się nie obu­dził. Dom po­grze­bo­wy prze­ję­ła jego córka.

Za na­mo­wą Izy wy­pią­łem się na ro­dzi­nę. Fi­nan­se się po­pra­wi­ły, więc ko­rzy­sta­li­śmy z życia. Pa­li­li­śmy traw­kę, cho­dzi­li­śmy do re­stau­ra­cji, ko­cha­li­śmy się bez opa­mię­ta­nia i rów­nie mocno kłó­ci­li­śmy. Istna burza uczuć. Było wspa­nia­le.

Któ­re­goś dnia przy­sze­dłem do pracy na haju. Po­przed­nia noc za­czę­ła się sek­sem, skoń­czy­ła ster­tą wy­zwisk oraz pła­czem, więc zna­la­złem uko­je­nie w ma­ri­hu­anie. Byłem wy­koń­czo­ny. W ko­ry­ta­rzu mi­ną­łem gru­be­go ko­le­sia – który też tu pra­co­wał – i za cho­le­rę nie mo­głem sobie przy­po­mnieć, jak się na­zy­wa. 

– Wy­ją­łem dla cie­bie sztyw­nia­ka – po­wie­dział.

Sta­ru­szek w sali wy­glą­dał jak worek na kości. Bar­dzo szczu­pły, wręcz wy­chu­dzo­ny. Za­mkną­łem drzwi i opar­łem się o nie, zbie­ra­jąc siły do pracy. We­dług karty ży­cze­niem ro­dzi­ny było do­kład­ne ogo­le­nie krót­kie­go za­ro­stu. Wal­cząc z wła­sną ręką o kon­tro­lę nad pal­ca­mi, na­ło­ży­łem pian­kę. Teraz brzy­twa. Unio­słem ostrze nad mar­twą twa­rzą.

– Damy radę, praw­da, ko­le­go? – uspo­ko­iłem de­na­ta. – Ciach, ciach i bę­dziesz gła­dziut­ki.

Za­ma­cha­łem brzy­twą kilka razy jak na fil­mach akcji.

Od­cię­ty czu­bek nosa sta­rusz­ka prze­tur­lał się po po­licz­ku i spadł na pod­ło­gę.

Skry­łem twarz w ra­mie­niu, pła­cząc ze śmie­chu. Uspo­ko­iłem się do­pie­ro po paru mi­nu­tach, ale wy­star­czył rzut oka na oka­le­czo­ne­go nie­bosz­czy­ka, bym znów par­sk­nął.

– Wy­bacz, Qu­asi­mo­do. Nie po­zna­łem cię od razu – zdą­ży­łem wy­stę­kać, nim po­now­nie za­kry­łem usta rę­ka­wem.

Cze­ka­ło mnie zszy­wa­nie. Pod­nio­słem od­cię­ty nos i przy­ło­ży­łem do rany. Świa­tło ja­rze­niów­ki od­bi­ja­ło się od łysej czasz­ki.

Wtedy zo­ba­czy­łem. Plamy wą­tro­bo­we na skó­rze czoła miały kształt liter:

qu­asi­mo­do wy­bor­ne

Nie bałem się. Prze­cież to nie mogło być praw­dzi­we. Takie rze­czy się nie zda­rza­ją. W przy­pły­wie ma­nia­kal­nej, nar­ko­tycz­nej wście­kło­ści przy­su­ną­łem brzy­twę do liter i od­cią­łem płat skóry. Od­szedł gład­ko. Za­do­wo­lo­ny ski­ną­łem głową. Teraz wy­star­czy­ło wy­ciąć iden­tycz­ny ka­wa­łek z uda, na­ło­żyć na czasz­kę, przy­szyć i za­ma­sko­wać. Nikt nie pozna róż­ni­cy.

Do­strze­głem coś kątem oka, gdzieś na za­pad­nię­tej pier­si trupa. Na­chy­li­łem się i uj­rza­łem inny napis z plam wą­tro­bo­wych:

wiemy co my­ślisz

Po chwi­li trzy­ma­łem już dwa płaty skóry i go­rącz­ko­wo szu­ka­łem ko­lej­nych oznak mo­je­go sza­leń­stwa. Po­sta­no­wi­łem je wy­ciąć. Wy­ciąć wszyst­kie! Nad­gar­stek? Ciach! Udo? Ciach! Słowa na kredowobiałej skó­rze drwi­ły ze mnie:

cu­dow­nie

ba­wisz nas

dalej dalej

Pasma ukła­da­łem na brzu­chu sta­rusz­ka, bo nie mie­ści­ły się już w dłoni.

Brzy­twa – moja naj­wier­niej­sza przy­ja­ciół­ka, moja osto­ja roz­sąd­ku – bez li­to­ści wy­ci­na­ła chorą tkan­kę sza­leń­stwa, bez­czel­ną skórę, która…

– Boże!

Pod­nio­słem wzrok.

W drzwiach stał gruby facet z wy­ra­zem osłu­pie­nia na twa­rzy.

– Marek! – Pstryk­ną­łem pal­ca­mi. – Przy­po­mnia­łem sobie, jak się na­zy­wasz!

Zwol­nio­no mnie za po­ro­zu­mie­niem stron. Nowa sze­fo­wa uzna­ła, że źle prze­ży­łem śmierć jej ojca, wy­pa­li­łem się, czy tym po­dob­ne bzdu­ry. Nie przy­zna­łem się Izie. Wy­star­czy­ły dwa ty­go­dnie, abym zna­lazł taką samą po­sa­dę w domu po­grze­bo­wym „Chry­zan­te­ma”. Mia­łem do­świad­cze­nie i chęć do pracy. Za­le­ża­ło mi na niej. To wy­star­czy­ło.

Odtąd w ro­bo­cie zja­wia­łem się wy­spa­ny, czy­sty jak krysz­tał. Żad­nych drin­ków wie­czo­ra­mi, żad­nej traw­ki. Iza stwier­dzi­ła, że zro­bi­łem się tro­chę nudny, a ja po pro­stu nie chcia­łem, aby po­wtó­rzy­ła się sy­tu­acja z ha­lu­cy­na­cja­mi – bo prze­cież całe zaj­ście mu­sia­ło być wy­ni­kiem oma­mów po ma­ri­hu­anie.

Mi­ja­ły lata. Moda przy­cho­dzi­ła i od­cho­dzi­ła, ko­lej­ne par­tie zmie­nia­ły to, co dobre i psuły to, co wy­ma­ga­ło na­pra­wy. Oże­ni­łem się z Izą. Że­gna­łem sio­stry, kiedy wy­jeż­dża­ły na stu­dia. Trzy­ma­łem matkę za rękę, gdy umie­ra­ła. Po­go­dzi­łem się z ojcem i wy­słu­chi­wa­łem jego obaw co do przy­szło­ści mo­je­go opóź­nio­ne­go brata.

Póź­niej na świat przy­szła Ame­lia.

Bio­rąc ją po raz pierw­szy na ręce, nie po­czu­łem się naj­szczę­śliw­szym czło­wie­kiem na świe­cie i zro­zu­mia­łem, że nie zo­sta­nie moim oczkiem w gło­wie.

Nie nada­wa­łem się na ojca. 

Iza-im­pre­zo­wicz­ka ustą­pi­ła miej­sca Izie-mat­ce: prze­sta­ła cho­dzić na so­la­rium, seks ją mę­czył, a roz­mo­wy ze mną uzna­ła za stra­tę czasu, który mo­gła­by po­świę­cić có­recz­ce. Cał­ko­wi­cie od­da­ła się Ame­lii, ja zaś zo­sta­łem uwię­zio­ny w roli do­star­czy­cie­la pie­nię­dzy. Kłó­ci­li­śmy się coraz czę­ściej, a przy córce – ob­da­rzo­nej nie­zwy­kłe gło­śnym pi­skli­wym głosem – tę­sk­ni­łem za spo­koj­ny­mi ścia­na­mi pro­sek­to­rium. Pró­bo­wa­łem wy­grze­bać z serca ja­kieś uczu­cia dla Ame­lii, ale zna­la­złem tam je­dy­nie po­piół i ciszę. Nie ob­wi­nia­łem ro­dzi­ny. Pro­blem leżał we mnie. Wie­lo­kroć pa­trzy­łem na córkę i Izę, wy­obra­ża­jąc sobie jak leżą na me­ta­lo­wym stole, obie nagie, zwię­dłe i nie­ru­cho­me. Dla­cze­go nie byłem już tym mło­dzień­cem, który szu­kał krzy­ku, mu­zy­ki i ruchu w noc­nych klu­bach? Każ­de­go dnia przed lu­strem za­pew­nia­łem sie­bie, że wciąż je­stem młody, choć wi­dzia­łem, jak moja twarz na­bie­ra ostrych, twar­dych rysów ka­mien­nej rzeź­by. I czu­łem się zmę­czo­ny, tak po­twor­nie zmę­czo­ny.

Ob­wi­nia­łem zmar­łych. Puste ob­li­cza śniły mi się po no­cach. Śmierć. Lu­dzie na uli­cach, w te­le­wi­zo­rze, w ga­ze­tach. Mar­twi. Wszy­scy mar­twi, po­dry­gu­ją­cy bez sensu, zanim tra­fią do ziemi. Ka­wał­ki mięsa. Tyle z nich zo­sta­wa­ło.

Szu­ka­łem in­nych ofert pracy, ale żadna nie mogła się rów­nać z obec­ną pod kątem za­rob­ków lub wy­ma­gań.

Utkną­łem.

Wy­trzy­ma­łem w tym sta­nie apa­tii parę lat, przed­kła­da­jąc to­wa­rzy­stwo kom­pu­te­ra nad wła­sną ro­dzi­nę. Mę­czy­li­śmy się w trój­kę, więc roz­wód przy­ją­łem nie­mal z ulgą. Nie mia­łem nic na swoją obro­nę. Stra­ci­łem miesz­ka­nie i wle­pio­no mi ali­men­ty, które za­mie­ni­ły moje życie w po­nu­rą we­ge­ta­cję.

Wy­na­ją­łem kawalerkę w za­nie­dba­nej ka­mie­ni­cy. Kłó­tli­wi są­sie­dzi i zbyt cien­kie ścia­ny, roz­krzy­cza­ni pi­ja­cy na po­dwór­ku i nie­szczel­ne okna. Kosz­mar.  

Na pozór żyłem.

Cho­dzi­łem, roz­ma­wia­łem, pra­co­wa­łem, ja­dłem i wy­da­la­łem, jed­nak wie­dzia­łem, że to tylko fa­sa­da, pod którą nie ma już mnie, lecz tylko zle­pek or­ga­nów, który ja­kimś cudem wciąż dzia­łał. Od­ry­wa­łem kart­ki z ka­len­da­rza – jedna za drugą, jedna za drugą – i pa­trzy­łem, jak mie­sią­ce od­cho­dzą na za­wsze, a ja wraz z nimi. Zja­da­łem byle co i sia­da­łem przed ekran, szu­ka­jąc tam cze­goś nie­okre­ślo­ne­go, cze­go­kol­wiek zdol­ne­go na nowo wy­peł­nić mnie pasją. Na po­do­bień­stwo gór­ni­ka scho­dzi­łem głę­biej i głę­biej, od­kry­wa­jąc stro­ny i miej­sca nie­prze­zna­czo­ne dla cie­szą­cych się ru­ty­ną co­dzien­ne­go życia. Oglą­da­łem po­zo­sta­ło­ści ofiar wy­pad­ków, na­gra­nia eg­ze­ku­cji do­ko­na­nych przez kar­te­le nar­ko­ty­ko­we oraz wszyst­kie bru­tal­ne, od­ra­ża­ją­ce rze­czy, które można zro­bić dzie­ciom. Week­en­da­mi moje ciało za­ra­sta­ło bru­dem, ale ów mo­głem zmyć pod prysz­ni­cem. Nie po­tra­fi­łem za to po­zbyć się brudu z wła­snej duszy. Cza­sa­mi włó­czy­łem się po mie­ście, szu­ka­jąc w bur­de­lach dziew­czyn o brą­zo­wej skó­rze, lecz nawet seks prze­stał być czymś wię­cej niż zwie­rzę­cą ko­pu­la­cją i czu­łem się po nim jesz­cze więk­szą pust­kę niż za­zwy­czaj.

Iza cza­sem dzwo­ni­ła, na­gry­wa­ła wia­do­mo­ści. Jak sobie ra­dzisz? Ode­zwij się. Ame­lia o cie­bie py­ta­ła. Ode­zwij się. Mu­si­my po­roz­ma­wiać. Je­steś tam? Igna­cy!

To zda­rzy­ło się zimą. Z każ­dym dniem świat tra­cił je­sien­ne barwy na rzecz sza­ro­ści. Ciem­ność, gdy przy­cho­dzi­łem do roboty, ciem­ność, gdy wy­cho­dzi­łem. Tego wie­czo­ru na stole leżał Igna­cy. Zda­rza się. Przy­pa­dek, zbież­ność imion. Dzie­sięć lat star­szy ode mnie, po­dob­nie pod­puch­nię­te oczy i twarz, na któ­rej nawet po śmier­ci nie widać było spo­ko­ju, tylko bez­brzeż­ną pust­kę. A może tylko mi się wy­da­wa­ło. Może pod­świa­do­mie łą­czy­łem się z tym ły­sie­ją­cym Igna­cym, in­for­ma­ty­kiem zmar­łym z po­wo­du pęk­nię­te­go tęt­nia­ka.

Pa­trzy­łem na jego ciało i za­sta­na­wia­łem się, czy żył z dnia na dzień, czy może miał plany, ma­rze­nia od­su­nię­te w cza­sie na póź­niej. I wtedy po­my­śla­łem o sobie. Co mi zo­sta­ło? Ob­ser­wo­wa­nie ga­sną­cej mło­do­ści, co­dzien­ność z ekra­nem kom­pu­te­ra i przy­go­to­wy­wa­nie zwłok, aż któ­re­goś dnia sam zajmę miej­sce Igna­ce­go-in­for­ma­ty­ka na srebr­nym stole. Nagi, za­nie­dba­ny kawał mięsa.

Usia­dłem. Przypomniałem sobie twarz Tajki z katalogu sprzed wielu lat. W jed­nej chwi­li zro­zu­mia­łem, że jesz­cze tylko tam, w da­le­kim kraju peł­nym słoń­ca i barów ka­ra­oke, mógł­bym zna­leźć odro­bi­nę szczę­ścia. Nie mia­łem po­ję­cia, skąd wziąć pie­nią­dze. Wie­dzia­łem, że nie chcę tylko od­wie­dzić Taj­lan­dii, lecz tam za­miesz­kać. Do domu wró­ci­łem wciąż bez po­my­słu.

Iza nie da­wa­ła mi spo­ko­ju. Ode­zwij się! Ame­lia była chora. In­te­re­su­je cię to? Od­dzwoń! To twoja córka. Igna­cy!

Za­dzwo­ni­łem.

– Igna­cy… – za­czę­ła, ale jej prze­rwa­łem.

– Nie chcę wi­dzieć ani cie­bie, ani two­jej córki. Znajdź sobie kogoś. Do­sta­jesz pie­nią­dze, więc od­pieprz się ode mnie raz na za­wsze.

Nie ode­zwa­ła się wię­cej. 

Parę dni póź­niej na­de­szła śnie­ży­ca. Mróz wci­skał się przez szpa­ry w oknach, przez ścia­ny sły­sza­łem echa wie­czor­nych „Wia­do­mo­ści”. Któ­ryś z są­sia­dów wy­zy­wał żonę od dzi­wek. Z kub­kiem go­rą­cej her­ba­ty spraw­dza­łem kurs kryp­to­wa­lut – chcia­łem za­ro­bić coś na boku, gdy za ple­ca­mi usły­sza­łem ka­pa­nie.

Ob­ró­ci­łem się.

W pierw­szej chwi­li uzna­łem, że są­siad miał awa­rię w ła­zien­ce. Na su­fi­cie po­więk­sza­ła się czar­na plama, z któ­rej lało coś czar­ne­go, śmier­dzą­ce­go jak ze­psu­te mięso. Ze­rwa­łem się z krze­sła w po­szu­ki­wa­niu miski, zer­k­ną­łem na pod­ło­gę i za­mar­łem.

Li­te­ry.

Ża­rów­ka przy­ga­sła, szu­miąc, jakby miała zaraz pęk­nąć, więc ścia­ny po­ko­ju znik­nę­ły w cie­niu. Po­wo­do­wa­ny głu­pią fa­scy­na­cją, ostroż­nie zro­bi­łem kilka kro­ków i na­chy­li­łem się nad sło­wa­mi.

ba­wisz nas

– O, Boże! – mruk­ną­łem i wtedy ciecz po­ru­szy­ła się, two­rząc nowe wy­ra­zy:

wy­ko­rzy­staj zmar­łych zabaw nas wy­ko­rzy­staj zmar­łych nie po­ża­łu­jesz.

Wy­bie­głem z miesz­ka­nia. Po­trze­bo­wa­łem ode­tchnąć świe­żym po­wie­trzem – nie z po­wo­du odoru, który uno­sił się już na całej klat­ce – lecz ze wzglę­du na wspo­mnie­nia wy­dzie­li­ny z to­piel­ca i plam opa­do­wych sta­rusz­ka. Więc to była praw­da? Nie prze­mę­cze­nie i sku­tek ma­ri­hu­any? Zanim zdą­ży­łem po­zbie­rać myśli, ze scho­dów zbie­gła pani Ła­pac­ka, są­siad­ka.

– Panie Igna­cy, pan może wie, co tak śmier­dzi? Zdaje się, że to z miesz­ka­nia Ko­wal­skie­go. No coś okrop­ne­go!

– On nie żyje – od­par­łem cicho.

– Nie­moż­li­we! Roz­ma­wia­łam z nim dziś rano.

Ale nie żył. Po otwar­ciu drzwi, stra­ża­cy zna­leź­li w kącie po­ko­ju wy­stra­szo­ne­go bul­do­ga, a w kuch­ni, przy stole ze świe­żo uszy­ko­wa­ną ja­jecz­ni­cą, pana Ko­wal­skie­go – oty­łe­go ka­wa­le­ra – w sta­nie za­awan­so­wa­ne­go roz­kła­du, jakby gnił w miesz­ka­niu już od mie­się­cy. Płyny, które wy­cie­kły z ciała prze­są­czy­ły się przez mój sufit. Po­li­cjan­ci krę­ci­li gło­wa­mi i za­da­wa­li wiele pytań, które nie przy­bli­ży­ły ich do od­po­wie­dzi.

– Skąd pan wie­dział, że ofia­ra nie żyje?

– Pra­cu­ję w za­kła­dzie po­grze­bo­wym.

Nie­wy­ja­śnio­na spra­wa. Wkrót­ce miesz­ka­nie Ko­wal­skie­go od­wie­dził ksiądz, we­zwa­ny przez są­sia­dów.

Nie wstrzą­snę­ły mną ostat­nie wy­da­rze­nia. Spa­łem le­piej niż wcze­śniej, uspo­ko­jo­ny ob­ra­nym celem – Taj­lan­dią. Co­kol­wiek mó­wi­ło przez wy­dzie­li­ny z pana Ko­wal­skie­go, nie ży­czy­ło mi źle, zatem po­słu­chaw­szy rady o wy­ko­rzy­sta­niu zmar­łych, wpa­dłem na po­mysł, jak zdo­być pie­nią­dze.

Nie­na­wi­dzi­łem tych ka­wał­ków mięsa, które na­uczy­li­śmy się sza­no­wać je­dy­nie przez wzgląd na ży­wych.

Wzią­łem wie­czor­ne zmia­ny. Kilka dni upew­nia­łem się, że nikt mi nie bę­dzie prze­szka­dzał, wresz­cie byłem gotów. Pa­trząc na ciało ły­se­go osił­ka z wiel­kim ta­tu­ażem hu­sa­rii na pier­si, uzna­łem, że za­cznę od cze­goś pro­ste­go, by uspo­ko­ić nerwy i su­mie­nie, choć po­dej­rze­wa­łem, iż to dru­gie już dawno umar­ło. Po go­dzi­nie mia­łem przed sobą nie­bosz­czy­ka wy­ma­lo­wa­ne­go ni­czym drag queen. Zro­bi­łem kilka zdjęć, zmy­łem ma­ki­jaż i przy­go­to­wa­łem ciało we­dług stan­dar­do­wych pro­ce­dur.

Ist­nie­ją miej­sca w sieci, gdzie można za­spo­ko­ić każdy ro­dzaj cie­ka­wo­ści. Po­chwa­li­łem się tam zdję­cia­mi uma­lo­wa­ne­go mię­śnia­ka, zbie­ra­jąc kil­ka­na­ście umiar­ko­wa­nie en­tu­zja­stycz­nych ko­men­ta­rzy i su­ge­stie na­de­sła­nia cze­goś ostrzej­sze­go.

Z mar­twym cia­łem można uczy­nić zdu­mie­wa­ją­ce rze­czy. Skrom­ne oszczęd­no­ści wy­da­łem na do­dat­ko­we ko­sme­ty­ki, nici do szwów i na­rzę­dzia, aż w ukrad­kiem przy­no­szo­nej do pracy tor­bie ze­bra­ła się ko­lek­cja ni­czym z ta­nie­go hor­ro­ru. Oglą­da­łem dzie­ła sztu­ki: rzeź­by i ob­ra­zy, a potem od­wzo­ro­wy­wa­łem ich wy­na­tu­rzo­ną wer­sję za po­mo­cą zwłok. Nic wiel­kie­go, tro­chę roz­cię­tej skóry, nieco or­ga­nów na wierz­chu, prze­bie­ran­ki, takie czy inne pozy. Po kilku ty­go­dniach mia­łem już grono od­da­nych wiel­bi­cie­li. Od­cze­ka­łem jesz­cze tro­chę i prze­sta­łem nad­sy­łać nowe zdję­cia, ar­gu­men­tu­jąc, że za bar­dzo ry­zy­ku­ję, a nie stać mnie na utra­tę pracy.

Za­czą­łem otrzy­my­wać datki w kryp­to­wa­lu­tach. Chcie­li, abym nie prze­sta­wał, abym ich za­cie­ka­wił, roz­śmie­szył, zde­gu­sto­wał. Byli skłon­ni za to pła­cić.

O to mi cho­dzi­ło.

Za­mie­ni­łem głowy parze wi­siel­ców, a także upo­zo­wa­łem na ich twa­rzach ogrom­ne zdzi­wie­nie. Pstryk, kilka fotek, pod­pis „Em­pa­tia”. Póź­niej przy­szy­cie głów do od­po­wied­nich ciał, za­kry­cie szwów i wi­siel­czej bruz­dy dużą war­stwą kremu. Nikt się nie zo­rien­to­wał.

Przed Wi­gi­lią tra­fi­ły do mnie ofia­ry wy­pad­ku sa­mo­cho­do­we­go: ko­bie­ta z małym dziec­kiem. Roz­cią­łem jej brzuch i wsa­dzi­łem do środ­ka dziec­ko, usta­wia­jąc je za po­mo­cą dru­ci­ków i nici, aby wy­glą­da­ło, jakby wy­cho­dzi­ło przez ranę. Na­zwa­łem tę sesję: „Ce­sarz”.

Za­chwy­co­ne głosy bła­ga­ły o wię­cej.

Z ulgą pa­trzy­łem, jak saldo w moim port­fe­lu z kryp­to­wa­lu­ta­mi ro­śnie z dnia na dzień. 

Czu­łem, że znów żyję. Ści­ska­łem rękę za­pła­ka­ne­go ojca, któ­re­go pię­cio­let­nie­go syna przy­go­to­wy­wa­łem dzień wcze­śniej, ki­wa­łem głową z sza­cun­kiem, skła­da­łem kon­do­len­cje, a w my­ślach chi­cho­ta­łem, wy­obra­ża­jąc sobie szok ro­dzi­ny, gdyby zo­ba­czy­li, co kryje się w spodniach le­żą­ce­go w trum­nie dziec­ka.

Taj­lan­dia zbli­żała się z każ­dym zdję­ciem i fil­mi­kiem; te dru­gie za­ma­wia­li naj­więk­si nie­do­wiar­ko­wie lub naj­więk­si fani.

By­wa­ło, że wie­czo­ra­mi zer­ka­łem w stro­nę nie­dba­le za­ma­lo­wa­nej plamy na su­fi­cie mo­je­go miesz­ka­nia i za­sta­na­wia­łem się, czy jesz­cze kie­dyś ujrzę dziw­ne słowa. Nie ob­cho­dzi­ło mnie to. Byłem tak bli­sko celu. Uświa­do­mi­łem sobie, że po roz­po­czę­ciu no­we­go życia nie chcę mieć już do czy­nie­nia ze zwło­ka­mi. Nigdy. W żaden spo­sób. Od­po­wia­da­ła mi ka­rie­ra ochro­nia­rza, bar­ma­na lub cho­ciaż­by sprzą­ta­cza w któ­rymś z setek noc­nych klu­bów. Byle móc pa­trzeć na brą­zo­wo­skó­re dziew­czy­ny.

Po kilku mie­sią­cach czu­łem się wy­czer­pa­ny. Ape­tyt wiel­bi­cie­li mojej twór­czo­ści wciąż rósł. Wię­cej, ostrzej, bru­tal­niej. Rze­czy, które wcze­śniej ich szo­ko­wa­ły, teraz na­zwa­li nud­ny­mi. Nad­sy­ła­li wła­sne po­my­sły, naj­czę­ściej zbyt ry­zy­kow­ne lub nie do zre­ali­zo­wa­nia z po­wo­du ogra­ni­czeń ludz­kie­go ciała.

Wy­zna­czy­łem sobie ter­min wy­jaz­du, spraw­dzi­łem loty. Za­mie­rza­łem do­koń­czyć obie­ca­ne zdję­cia, przy­jąć wpła­ty i znik­nąć z sieci bez słowa.

Zima, dwu­dzie­sta trze­cia. Moja ostat­nia ro­bo­ta. Młoda dziew­czy­na, blon­dyn­ka. Przedaw­ko­wa­ła leki; plot­ki gło­si­ły, że za­ko­cha­ła się nie­szczę­śli­wie w ko­le­żan­ce z klasy. Była pięk­na. Takie cie­szy­ły się naj­więk­szą po­pu­lar­no­ścią, zu­peł­nie jak za życia.

Pod­cią­gną­łem jej nogi na kra­wędź stołu i roz­chy­li­łem. Wizję „Perły” no­si­łem już od kilku ty­go­dni, cze­ka­jąc na od­po­wied­nie ciało. Wpierw sta­ran­nie wy­de­pi­lo­wa­łem de­nat­ce kro­cze, na­stęp­nie wzią­łem łyżkę, wy­bra­łem oko, w któ­rym wi­dzia­łem mniej­sze ozna­ki zmęt­nie­nia ro­gów­ki i wy­ją­łem je ostroż­nie z oczo­do­łu. Mu­sia­łem uwa­żać, aby nie roz­pa­dło mi się w dłoni; po śmier­ci oczy tracą sprę­ży­stość. Od­cią­łem no­życz­ka­mi nerw wzro­ko­wy.

Top­nie­ją­ce reszt­ki błę­ki­tu w tę­czów­ce ustę­po­wa­ły przed brud­ną bielą. Uklą­kłem mię­dzy no­ga­mi dziew­czy­ny; kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym roz­chy­li­łem jej wargi – gład­kie, lo­do­wa­te – po czym umie­ści­łem mię­dzy nimi oko. Za­mknę­ły się na nim jak kra­wę­dzie małża.

„Perła”.

Się­gną­łem po te­le­fon. Jedno zdję­cie, dru­gie, trze­cie… Teraz kilka ujęć z boku.

Gałka oczna po­ru­szy­ła się, spo­glą­da­jąc na mnie mar­twą źre­ni­cą.

Wy­da­łem zdu­szo­ny jęk i za­to­czy­łem się do tyłu, opie­ra­jąc ple­ca­mi o szaf­kę z przy­bo­ra­mi. Oko śle­dzi­ło mój każdy ruch. Żyły na udach dziew­czy­ny na­pęcz­nia­ły czymś czar­nym, nogi za­drża­ły jak pod­łą­czo­ne do prądu, a ja mo­głem tylko pa­trzeć ska­mie­nia­ły, nie­zdol­ny nawet do za­czerp­nię­cia od­de­chu, by krzyk­nąć. Z dźwię­kiem wody pusz­czo­nej z kranu cuch­ną­ca, ciem­na maź try­snę­ła z po­chwy na ka­fel­ki przede mną i za­czę­ła kształ­to­wać się w li­te­ry.

wi­dzi­my cię

nie mo­żesz odejść

Wzdry­gną­łem się, ze­rwa­łem z twa­rzy ma­secz­kę. Z tru­dem od­dy­cha­łem. Nie prze­ra­ża­ły mnie li­te­ry ani smród, sil­niej­szy niż kie­dy­kol­wiek, ale ruch bia­łe­go, wy­schnię­te­go oka i na­brzmia­łych ud.

– Mam dość – szep­ną­łem w kie­run­ku liter, a one uło­ży­ły się w od­po­wie­dzi:

nie mo­żesz odejść

nu­dzi­my się

– Kto… – Prze­łkną­łem ślinę. – Kim je­ste­ście?

tacy jak ty

nie żywi nie umar­li

po­mię­dzy­po­mię­dzy­po­mię­dzy

Zga­sło świa­tło. Szum wen­ty­la­cji za­czął słab­nąć.

Drżą­cą ręką się­gną­łem do kie­sze­ni, wy­ma­ca­łem ko­mór­kę. Nie dzia­ła­ła. Zna­la­złem się w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści, wci­ska­jąc przy­ci­ski te­le­fo­nu jak osza­la­ły i od­dy­cha­jąc jak naj­ci­szej.

Wtedy usły­sza­łem.

Trzask sta­wów, tar­cie skóry o metal i po chwi­li mięk­kie kroki bo­sych stóp. Jeden, drugi, trze­ci. Po­wol­ne, wręcz ocię­ża­łe.

Zbli­ża­ły się. W gło­wie uj­rza­łem, jak blon­dyn­ka roz­szar­pu­je mi gar­dło zę­ba­mi, ale trwa­łem w miej­scu, spa­ra­li­żo­wa­ny obez­wład­nia­ją­cym stra­chem.

To coś za­trzy­ma­ło się i w tym samym mo­men­cie świa­tło wró­ci­ło.

Krzyk­ną­łem.

Stała ple­ca­mi do mnie, bli­sko – na wy­cią­gnię­cie ręki. Roz­pusz­czo­ne włosy się­ga­ły jej do ło­pa­tek. Niżej, pod białą skórą uj­rza­łem napis z plam po­śmiert­nych, czer­wo­nych i ró­żo­wych.

nie mo­żesz odejść

– Panie Igna­cy! – Zza drzwi, jak z in­ne­go świa­ta, do­biegł głos sta­re­go do­zor­cy. – Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Niech tu nie wcho­dzi. Boże, niech tu nie wcho­dzi. Otwo­rzy­łem parę razy usta, pró­bu­jąc zmu­sić gar­dło do wy­sił­ku, w końcu od­krzyk­ną­łem:

– Tak! Ok. Tylko się… prze­stra­szy­łem.

Do­zor­ca za­śmiał się.

– No ja myślę! Korki w po­rząd­ku. Po­spraw­dzam, czy nie było zwar­cia.

I na­ci­snął klam­kę.

Świa­tło znów zga­sło.

– Niech to cho­le­ra! – krzyk­nął. Był w po­miesz­cze­niu; za­mknął za sobą drzwi.

Mil­cza­łem. Roz­sza­la­łe serce ledwo trzy­ma­ło się w pier­si.

– Ależ tu śmier­dzi! – krzyk­nął do­zor­ca. – Jak pan tu może pra­co­wać? Prze­klę­ta la­tar­ka też nie dzia­ła. Czemu pan teraz łazi? Panie Igna­cy, pro­szę stać, na­praw­dę.

To nie ja cho­dzi­łem.

Wtem mokry od­głos, jakby ktoś za­ci­snął w pięść dłoń pełną błota, spra­wił, że za­drża­łem. Ża­rów­ki roz­bły­sły na nowo.

– Cho­ler­na ru­de­ra – wes­tchnął sta­ru­szek. Za­czął krą­żyć po sali, oglą­da­jąc gniazd­ka i urzą­dze­nia.

Nie zwra­ca­łem na niego uwagi. Plama na pod­ło­dze znik­nę­ła. Blon­dyn­ka le­ża­ła na stole w nor­mal­nej po­zy­cji.

Do­zor­ca zer­k­nął na nią.

– Szko­da mło­dej, nie? No, wszyst­ko tu gra. Już panu nie prze­szka­dzam. Idę szu­kać dalej. Do­bra­noc. – Za­mknął za sobą drzwi.

Kilka minut zbie­ra­łem się, by po­dejść do dziew­czy­ny. Po­wo­do­wa­ny prze­czu­ciem, unio­słem jej po­wie­ki. Obie gałki oczne były na swo­ich miej­scach, choć jedna wy­da­wa­ła się bar­dziej za­pad­nię­ta.

Nie byłem w sta­nie do­koń­czyć pracy. Wy­sze­dłem, za­dzwo­ni­łem do szefa, po­wie­dzia­łem, że od­cho­dzę i niech mnie nie szuka, mam dość. Roz­łą­czy­łem się, zanim od­po­wie­dział.

Nie opu­bli­ko­wa­łem „Perły”. Ska­so­wa­łem ją z pa­mię­ci te­le­fo­nu tego sa­me­go wie­czo­ru. W lu­strze uj­rza­łem na skro­niach pierw­sze ślady si­wi­zny. Czy były tam wczo­raj?

Kilka dni póź­niej sie­dzia­łem już na po­kła­dzie sa­mo­lo­tu. W mię­dzy­cza­sie nie ode­bra­łem żad­ne­go po­łą­cze­nia, nie prze­czy­ta­łem żad­ne­go SMS-a.

Zrzu­ci­łem po­przed­nie życie jak starą skórę. Dwie prze­siad­ki, uśmiech­nię­te ste­war­des­sy, Bon Jovi w słu­chaw­kach dla wspo­mnie­nia sta­rych do­brych cza­sów. Nad Za­to­ką Ben­gal­ską, wpa­trzo­ny w nie­skoń­czo­ny błę­kit nieba i oce­anu, po­sta­no­wi­łem zo­stać lep­szym czło­wie­kiem. Na­iw­ne, sta­ro­świec­kie przy­rze­cze­nie, ale tylko ono mi po­zo­sta­ło.

 

***

 

Wen­ty­la­tor na su­fi­cie ob­ra­ca się cicho. Gdzieś z dołu do­bie­ga­ją roz­mo­wy ob­słu­gi ho­te­lo­wej i pierw­szych gości, scho­dzą­cych na śnia­da­nie. Pełne kawy fi­li­żan­ki z bia­łej por­ce­la­ny stu­ka­ją cicho.

Leżę w łóżku, czu­ję na twa­rzy pierw­sze pro­mie­nie wscho­dzą­ce­go słoń­ca. Ning – młoda, pięk­na Ning – leży tuż obok; usnę­ła, za­rzu­ciw­szy rękę na moją pierś i teraz, ran­kiem, wciąż mnie obej­mu­je. Spo­tka­łem ją kilka dni temu w barze. Nad uchem miała wpię­ty kwiat. 

Chcia­łem tego. Pra­gną­łem przez dłu­gie lata.

Dła­wię się po­czu­ciem stra­ty.

Twarz Ning jest skry­ta w po­dusz­kach, za­sło­nię­ta czar­ną plą­ta­ni­ną wło­sów.

W po­ko­ju cuch­nie, a ręka mej słod­kiej ko­chan­ki jest lo­do­wa­ta. Nie mam od­wa­gi się po­ru­szyć.

Pa­trzę na żyły na przed­ra­mie­niu Ning. Są wy­pu­kłe – nie­mal prze­bi­ja­ją brą­zo­wą skórę – czar­ne i skrę­co­ne w kształt liter:

zabaw nas

Koniec

Komentarze

No i wygrałeś. Nagrodę wysyłam jutro (tzn 5 lipca). Jednak Clint był mężczyzną ;) Z komentarzem jurorskim wrócę niebawem. Jesteś najlepszym rewolwerowcem, gratulację :) 

 

xD dzięki ;)

No, no.

Było dobre. Groteskowe, upiorne, obrzydliwe i naprawdę znakomite. Tymi klimatami operujesz biegle, groteskę z prawdziwą porażającą grozą mieszasz w znakomitych proporcjach, masz takie momenty (jak z robieniem zdjęcia “Perła”), kiedy czytając, wstrzymuje się oddech. Narracja pierwszoosobowa pozwala ci wykreować antypatycznego, ale przekonującego bohatera i zbudować nastrój. No, kawał roboty odwaliłeś.

Hej, Ninedin

Jak Ty już to przeczytałaś?! :O

Szacuneczek.

Miło mi, że wyszło groteskowo i obrzydliwie. Jakoś ten rodzaj horroru jest mi najbliższy. “Perła” była głównym powodem, dla którego nie wiedziałem, czy opublikować opowiadanie, bo może przesadziłem :P

Bohaterowi przede wszystkim chciałem dać motyw, by uczynił to, co uczynił. Obyczajówki tu dużo, ale bez tego niebyłoby widać, co popchnęło Ignacego do takich czynów.

Dzięki za wizytę!

Miałam tylko zerknąć, ale wciągnęło :)

:)

Obawiałem się, że początek nie zachęci.

Czytałam to, ale czułam się jakbym oglądała film. Nie widziałam liter a kolejne klatki. Czekałam na reklamy, ale takich nie było. Wszystko do siebie pasowało, nic nie nużyło, kreacja i zblazowanie bohatera przekonały mnie. Oczywiście to wszystko było obrzydliwie, ale w tym kontekście to komplement. Nie przeczytałam jeszcze wszystkich konkursowych opowiadań (a staram się jak najwięcej, żeby poznać was i wasze style i też się czegoś nauczyć), ale obecnie wygrywasz w moim, osobistym zestawieniu.

 

(Nie wiem, czy to faktycznie będzie istotne, ale nie masz cyfry przy temacie w przedmowie.)

Cześć,

 

wyjątkowo dobrze się to czytało, bo operujesz obrazowym językiem, a nie miałam jeszcze chyba okazji czytać Twoich innych tekstów. Na twarzy kilka razy pojawił grymas obrzydzenia, no ale to taki temat :O Motyw z pojawiającymi się napisami interesujący, skądś go kojarzę, ale w tej formie nabrał innego charakteru.

 

Postać Ignacego dobrze napisana – okropny gość, a jednak poczułam ukłucie żalu, że całość nie skończyła się dla niego happy endem.

 

Dłużyły mi się trochę fragmenty pomiędzy, zwłaszcza po pojawieniu się dziecka, rozpad małżeństwa i przeprowadzka do nowego blokowiska. Tutaj kilka lat jest ujęte w kilka zdań i robi się streszczeniowo, ale to pewnie ograniczenia związane z limitem.

 

Pozdrawiam i zgłaszam, gdzie trzeba ;) 

Może za bardzo nasłuchałem się podkastów o seryjnych mordercach i naczytałem dziwnych past, ale po tym 18+ liczyłem na coś bardziej szokującego.

Streszczasz większość tekstu. Pomysł z dziwnymi napisami wydaje się oryginalny, stanowi najlepszy element tego opowiadania. Bohater wyszedł sztampowy, schematyczny, momentami bardzo prosty i przewidywalny w reakcjach. Mam wątpliwości, czy autor zapoznał się z realiami pracy w prosektorium.

M.G.Zanadra

Dzięki za miłe słowa :) Szczególnie cieszy mnie, że bohater wyszedł przekonujący. Obrzydliwie trochę jest (dlatego tag 18+, tak na wszelki wypadek), ale taki już był pomysł przy wybieraniu numeru z Ignacym ;)

Pozdrawiam

 

Oldguard

Fragmenty mogą się dłużyć, ale chciałem, by motywy bohatery były widoczne. Zgodnie z tematem konkursowym Ignacy nie dopuszcza się od razu okropnych czynów, coś musiało go do tego skłonić, a ponieważ jego brak szacunku do zmarłych i bezczeszczenie zwłok są dość poważne, musiałem pokazać drogę do jego upadku na przestrzeni lat. Limit nie był zły, miałem jeszcze kilka tysięcy znaków w zapasie, natomiast to taka przyjęta forma, którą już nie raz widziałem. Nie zrobię show, dont tell całych lat, poza tym tell ma swoje miejsce i często sprawdza się lepiej niż show.

Mam nadzieję, że Ignacego przede wszystkim da radę zrozumieć ;)

Obrazowy język i grymas obrzydzenia to duża pochwała – dzięki :P

Pozdrawiam serdecznie

 

EvilMorty

Co poradzić, ja również, ale każdy ma inną wrażliwość. 18+ nie musi oznaczać przekleństw, zresztą w przedmowie zaznaczam, że ta kategoria wiekowa może jest dodana niepotrzebnie.

Przykro mi, że nie zszokowałem Cię wystarczająco :P

Pozdrawiam

 

BlackSnow

To nie streszczenie, musisz odróżnić taką formę od walki z limitem.

Pomysł z dziwnymi napisami wydaje się oryginalny, stanowi najlepszy element tego opowiadania.

Dzięki, dobrze, że coś się spodobało ;)

Bohater wyszedł sztampowy, schematyczny, momentami bardzo prosty i przewidywalny w reakcjach.

Hm, cóż, przyjmuję Twoją opinię i tyle mogę powiedzieć.

Mam wątpliwości, czy autor zapoznał się z realiami pracy w prosektorium.

Autor zapoznał się, ile potrafił.

Pozdrawiam i dzięki za lekturę

Mnie taka forma narracji nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie – nadawała całości charakter takiej trochę upiornej gawędy z piekła rodem, opowiadanej przez gawędziarza może nie z najgorszych koszmarów, ale zdecydowanie z nieprzyjemnych snów. Ta fabułą zresztą IMHO wyszła bardzo dobrze w narracji pierwszoosobowej, która mocno podkręciła subiektywność i wybiórczość tego, co nam bohater pokazuje i mówi o sobie.

Dżem dobry.

Sam chciałem przejąć to hasło, ale mię ubiegłeś… zobaczmy, jak Ci poszło.

 

Jej wyjątkowo blada skóra, mokra i lepka po seksie, zaczęła przypominać mi ciała z domu pogrzebowego.

tag „obrzydzenie” byłby całkiem przydatny

 

Iza-imprezowiczka ustąpiła miejsca Izie-matce: przestała chodzić na solarium, seks ją męczył, a rozmowy ze mną uznała za stratę czasu, który mogłaby poświęcić córeczce.

To też trochę horror: horror codzienności.

 

Na pozór żyłem.

Horror codzienności pogłębił się i stał się bardziej przerażający niż trupy…

 

Istnieją miejsca w sieci, gdzie można zaspokoić każdy rodzaj ciekawości.

No i dupa: na czymś podobnym opierał się mój pomysł do tego hasła, więc chyba jednak nie wrzucę pozakonkursowo, bo bym został posądzony o plagiat.

 

Perła”.

Masz, kurwa, wyobraźnię.

Daruj przekleństwo… ale no… ja pierdolę!

 

Zakończenie też potężne.

 

Napisałeś to lepiej niż ja kiedykolwiek mógłbym marzyć – więc nie żałuję, że nie przejąłem hasła. Technicznie też nie znalazłem nic poważnego, ale tak symbolicznie się przyczepię, że to „gdy” wygląda mi nieco dziwnie: Zerwałem się z krzesła w poszukiwaniu miski, gdy zerknąłem na podłogę i zamarłem.

 

Nie było to bardzo przerażające: raczej szokujące i obrzydliwe, ale niewątpliwie mocne. Wyrazy uznania.

Precz z sygnaturkami.

Ninedin

Dzięki :) Ta forma wydawała mi się jedyną opcją przy fabule trwającej przez lata. Nie wszystko trzeba opisywać, czasem wystarczy przecież jedno, dwa zdania, a czytelnik sobie resztę dopowie. Na becie nawet były narzekania, że mam za duży wątek obyczajowy, ale skoro to Wcielenie, to historia upadku moralnego bohatera wymaga nakreślenia okoliczności.

 

Niebieski_kosmita

Sam chciałem przejąć to hasło, ale mię ubiegłeś… zobaczmy, jak Ci poszło.

Sam straciłem inny numerek, więc rozumiem Twój ból ;)

tag „obrzydzenie” byłby całkiem przydatny

Zgadzam się :P

 

Codzienność. Cieszę się, że zwróciłeś na nią uwagę. Ignacy z początku zdobył wiele – dobrą pracę, piękną kobietę – a później stracił i nie potrafił się z tym pogodzić. Wciąż szukał ideału, co doprowadziło go do fatalnego końca.

No i dupa: na czymś podobnym opierał się mój pomysł do tego hasła, więc chyba jednak nie wrzucę pozakonkursowo, bo bym został posądzony o plagiat.

Jak napisałeś, to dawaj, nie ma co tracić tekstu. Można przecież wpaść na podobne pomysły :)

Perła”.

Masz, kurwa, wyobraźnię.

Daruj przekleństwo… ale no… ja pierdolę!

Moja perełka to główny powód 18+. Przyznam, że nie wiedziałem, jak zostanie odebrane, ale “Perła” była pierwszą sceną, którą miałem w głowie po przeczytaniu hasła. Fabuła nadeszła później.

 

Do feralnego “gdy” przysiądę w wolnej chwili. Dzięki :)

Myślę, że Twój tekst byłby odmienny, ale czy gorszy? Może bardziej horrorowaty :) Dzięki za odwiedziny i komentarz.

Pozdrawiam serdecznie

W becie pogadaliśmy o technikaliach, to teraz czas na ogólną ocenę tekstu.

 

Bez dwóch zdań to bardzo porządne opowiadanie, szczególnie po poprawkach. Mocno skoncentrowane na kreacji postaci – a ta zrobiona jest bez pudła. Na każdym kroku rozumiałem motywację Ignacego, wykreowałeś mu spójną, a do tego wiarygodnie ewoluującą osobowość. Niemałe osiągniecie w tekście tej objętości.

Oczywiście tak mocne skupienie na postaci bohatera musiało się odbyć kosztem dynamizmu fabuły. Faktycznie są w tym tekście chwile, gdy które mogą się nieco dłużyć. Niemniej jest to cena, którą w tym przypadku warto było zapłacić, przynajmniej w mojej opinii.

Językowo, jak zawsze u ciebie, czyli bardzo sprawnie. Co ma obrzydzać – obrzydza.

Jak napisałeś, to dawaj, nie ma co tracić tekstu.

 

Nie, tego nie napisałem (jeszcze), wziąłem inne hasło i napisałem coś innego… i to coś innego wrzuciłem w terminie. A nad hasłem #83 jeszcze pomyślę.

Precz z sygnaturkami.

Hej, None

Jeszcze raz dzięki za betę. Poprawki na pewno pomogły tekstowi, wydaje się teraz spójniejszy. Wiedziałem, że fabuła nie ma za wiele dynamizmu, ale jeśli postać wyszła, to warto.

Językowo, jak zawsze u ciebie, czyli bardzo sprawnie. Co ma obrzydzać – obrzydza.

Kiedyś puszczę bez bety i zobaczymy, że nie “zawsze” ;)

Pozdrawiam!

 

Niebieski_kosmito

Przegapiłem jakoś. Zajrzę na pewno.

Mój komentarz betowy znasz. :)

Poprawki zdecydowanie podniosły jakość tekstu i w ogóle jestem pełen podziwu jako pogodziłeś ogień z wodą, bo dostawałeś od None i ode mnie sprzeczne sugestie co do fabuły i zakończenia.

Nadal uważam, ze opowiadanie ma zaburzone proporcje między wątkiem obyczajowym (szczególnie dotyczącym rodziny, która jest tu taką strzelbą, która nie wypaliła – aż by się chciało zobaczyć te córki na stole i załamanie psychiczne bohatera, albo przeciwnie, totalną obojętność) a elementami grozy, jednak w dużej części zakończenie to rekompensuje, jest bardzo klimatyczne i trzyma w napięciu.

Opowiadanie jest dobrze napisane, umiejętnie użyłeś pierwszoosobowej narracji, ale czego innego można by się po tobie spodziewać. ;)

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Geki, o której godzinie Ty komentarze piszesz? xD

Tak, znam komentarz betowy ;) Nie powiem, abym się zgadzał z nim do końca, ale nie o to chodzi na becie. Więcej grozy i inne zakończenie wyszło tekstowi zdecydowanie na dobre.

Przez pewien czas był pomysł, aby matka skończyła na stole, ale za bardzo fabuła by szła w stronę dramatu obyczajowego, no i nie łączyło się z obmyślonym wątkiem nadnaturalnym.

Dzięki za betę i pozdrawiam!

 

Czołem!

 

No, przyznam, naprawdę dobry tekst.

Bardzo wiarygodna kreacja głównego bohatera. Jest brudnym, przegnitym, odpychającym człowiekiem od początku do końca – zrobiłeś to niezwykle przekonująco. Jednocześnie ma jednak swoje marzenia, nie jest to przerysowany psychol, z którym zupełnie nie da się utożsamić.

Klimat jest oczywiście paskudny i obrzydliwy (Twój – chciany bądź nie – znak firmowy :P), ale też nie przekroczyłeś granicy pastiszu czy kiczu. Przynajmniej ja tego nie czułem. Widać też, że poszperałeś, bo research odnośnie zmian ciała po śmierci jest ewidentny. No chyba że Cię takie rzeczy pasjonują i wiedziałeś wszystko bez poszukiwań :)

Fabularnie bardzo zajmująco, sprawnie dozujesz czytelnikowi coraz to większe ohydztwa, spychając bohatera w tym głębszy obłęd. Pomysł na sprzedawanie ucharakteryzowanych zdjęć w darknecie – świetny.

Chyba można się czepiać, czy jest tu fantastyka, ale ja nie jestem w tym zakresie purystą i mnie zadowoliłeś na tej płaszczyźnie w pełni.

Końcówka także bardzo dobra, w sumie oczekiwałem, kiedy od zabaw z trupami Ignacy przejdzie do zabaw z żywymi.

O języku i stylu nie będę się rozpisywał, bo swoje wiesz i nie ma sensu się w kółko powtarzać :P Jedyne, co wyłapałem, to:

lecz nawet seks przestał być czymś więcej niż zwierzęcą kopulacją i czułem się po nim jeszcze większą pustkę niż zazwyczaj.

 

Tajlandia zbliżał(+a) się z każdym zdjęciem i filmikiem; te drugie zamawiali najwięksi niedowiarkowie lub najwięksi fani.

 

Tyle ode mnie, wysoce satysfakcjonująca lektura.

 

Pozdrawiam,

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Chyba można się czepiać, czy jest tu fantastyka, ale ja nie jestem w tym zakresie purystą i mnie zadowoliłeś na tej płaszczyźnie w pełni.

Jest jest, przecież gasną światła i dozorca słyszy, że ktos chodzi po pomieszczeniu, a to nie główny bohater. ;)

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Niech no przypomnę Ci pewną niefantastyczną dziewczynkę niefantastycznie sprowadzaną schodami przez pewną niefantastyczną panią :)

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Zupełnie co innego, u ciebie wszystko się działo w postrzeganiu bohatera, nie było interakcji ze światem zewnętrznym, która tu występuje. 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Podobało się: Wciągnęło, narrator nie odrzuca na starcie, potem samemu chciałem go ukatrupić, na koniec miałem nadzieję że się zmieni. Końcówka trochę mnie zdziwiła ale wytłumaczyłem sobie to w ten sposób że dwie interwencje i ich skutki się tu wyrównują.

Nie podobało się: Czepić to mogę się przede wszystkim wątku rodzinnego. Odniosłem wrażenie że ciało do “perły” należy do córki narratora.

 

Gratuluję i pozdrawiam!

Zupełnie co innego, u ciebie wszystko się działo w postrzeganiu bohatera, nie było interakcji ze światem zewnętrznym, która tu występuje. 

A kłóciłbym się, ale już się nagadaliśmy o tym w słuszniejszym do tego celu miejscu i szkoda męczyć temat :P

Zresztą ja u Zana przecież fantastyki nie kwestionuję, co wyraźnie napisałem. Dla mnie wszystko jest jak trzeba.

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Hej, Fmsduval

Bardzo wiarygodna kreacja głównego bohatera. Jest brudnym, przegnitym, odpychającym człowiekiem od początku do końca – zrobiłeś to niezwykle przekonująco. Jednocześnie ma jednak swoje marzenia, nie jest to przerysowany psychol, z którym zupełnie nie da się utożsamić.

Ja go miejscami nawet rozumiem ;)

Klimat jest oczywiście paskudny i obrzydliwy (Twój – chciany bądź nie – znak firmowy :P)

Nie chciałem tego znaku firmowego :P To przez ostatnie konkursy na horrory. Obiecuję poprawę… ;)

Widać też, że poszperałeś, bo research odnośnie zmian ciała po śmierci jest ewidentny. No chyba że Cię takie rzeczy pasjonują i wiedziałeś wszystko bez poszukiwań :)

Przy tekście na Baźnie oglądałem autopsje ofiar pożarów, tutaj tylko lektura o płynach gnilnych i rozkładzie ciała. Nie pasjonuje mnie to ;)

Pomysł na sprzedawanie ucharakteryzowanych zdjęć w darknecie – świetny.

Niestety, samo życie. Widziałem zdjęcia z prosektorium, gdzie ktoś się “zabawiał” ze zwłokami w taki sposób. Domyślam się, że wielu gorszych rzeczy nie widziałem i nie chcę widzieć.

Chyba można się czepiać, czy jest tu fantastyka, ale ja nie jestem w tym zakresie purystą i mnie zadowoliłeś na tej płaszczyźnie w pełni.

Hm, no tak jak powiedział Geki, jest scena z dozorcą i chodzącym trupem, ale również przyspieszone gnicie pana Kowalskiego. O ile napisy można interpretować, że są wynikiem choroby psychicznej, to tamte dwie sprawy zostają niewytłumaczalne.

Końcówka także bardzo dobra, w sumie oczekiwałem, kiedy od zabaw z trupami Ignacy przejdzie do zabaw z żywymi.

Jest wielu takich, którzy już się z żywymi bawią. Ignacy chciał tylko swoje wymarzone, idealne życie, ale nie ma tak łatwo ;)

Dzięki za lekturę i pozdrawiam :)

 

Hej, Olgierdzie

Podobało się: Wciągnęło, narrator nie odrzuca na starcie, potem samemu chciałem go ukatrupić, na koniec miałem nadzieję że się zmieni. Końcówka trochę mnie zdziwiła ale wytłumaczyłem sobie to w ten sposób że dwie interwencje i ich skutki się tu wyrównują.

Czyli bohater zadziałał jak trzeba :) Nie bardzo rozumiem, o co Ci chodzi z końcówką.

Nie podobało się: Czepić to mogę się przede wszystkim wątku rodzinnego. Odniosłem wrażenie że ciało do “perły” należy do córki narratora.

Hm, no wątek rodziny miał dać trochę motywacji bohaterowi, poza tym mam alergię na bohaterów bez rodziny (naczytałem się za dużo fantasy z sierotami). Nie, nie ten wiek i nie ukrywałbym takiej informacji.

Dzięki za odwiedziny :)

Perła to nawiązanie do utworu Grzegorza Ciechowskiego? Uwielbiam takie muzyczne konotacje w opowiadaniach. Uważam, że najlepszy fragment tego opowiadania to:

 

Przypomniawszy sobie, że dziś piątek, ruszyłem o zmierzchu do klubu nocnego. Odwiedzałem któryś przynajmniej raz w tygodniu. Muzyka – głośna aż do przesady – pozwalała zapomnieć szum wentylatorów i brzęczenie komór chłodniczych, gwałtowne ruchy tańczących sylwetek były zaś miłą odmianą od bezruchu umarłych. Gdzie indziej tak wielbiono życie i młodość?

 Obrazuje on monotonnie tygodnia i zapomnienie o tym, że tydzień pracy jest też częścią życia. Zostało jeszcze to podkreślone pracą grabarza. Jak dla mnie ekstra. 

 

Też kojarzę już skądś motyw napisów wyłaniających się znikąd, lecz nie uważam tego za jakąś wielką wadę.

Czyta się dobrze, lecz zabrakło głębszego przesłania. Opowieść spójna, konsekwentnie zbudowana. Umiesz zawalczyć o uwagę czytelnika. Zabrakło zaskoczenia, mniej więcej od połowy tekstu łatwo przewidzieć zakończenie. Najsłabszy punkt stanowi kreacja bohatera. Zabrakło przełamania schematów. Pokazujesz przeciętnego złego człowieka, kolejny raz zabrakło zaskoczenia. Zabrakło też stylizacji językowej w narracji. Chłopak po zawodówce nie mówi zdaniami złożonymi.

Chłopak po zawodówce nie mówi zdaniami złożonymi.

Chyba zbyt śmiało wysunięta teza.

Zarządzam ludźmi po zawodówce, wierz mi, mówią zupełnie inaczej niż bohater tego opowiadania.

I wszystko jasne… Słowa świadczą o nas samych. Tutaj, bardziej niż gdziekolwiek indziej, trzeba zdawać sobie z tego sprawę.

Co dokładnie masz na myśli?

Hej, Amyblack

Niestety, to nie nawiązanie do utworu Ciechowskiego, lecz do podobieństwa w wyglądzie ;)

Dzięki za odwiedziny, mam nadzieję, że się spodobało :)

Pozdrawiam

 

Hej, Tom_11

Czyta się dobrze, lecz zabrakło głębszego przesłania.

Nie, nie zabrakło. Opowiadanie nie musi mieć przesłania, ba, zdecydowana większość ich nie ma.

Opowieść spójna, konsekwentnie zbudowana. Umiesz zawalczyć o uwagę czytelnika.

Dzięki :)

Zabrakło zaskoczenia, mniej więcej od połowy tekstu łatwo przewidzieć zakończenie.

Znaczy łatwo, że źle skończy (zgodzę się), czy że wyląduje w Tajlandii w łóżku z trupem (nie zgodzę się)? ;)

 Najsłabszy punkt stanowi kreacja bohatera. Zabrakło przełamania schematów. Pokazujesz przeciętnego złego człowieka, kolejny raz zabrakło zaskoczenia.

No tutaj opinie są diametralnie różne. Po pierwsze schemat nie oznacza niczego złego, zależy, jak się go poda. Po drugie przeciętny człowiek to właśnie ktoś, w kogo celowałem przy tworzeniu Ignacego, więc… ;) Bohater nie musi zaskakiwać. Nie wiem, skąd ten pomysł. Przeciętni ludzie są bardzo ciekawi, kiedy dokonują nieprzeciętnych czynów.

Zabrakło też stylizacji językowej w narracji. Chłopak po zawodówce nie mówi zdaniami złożonymi.

Zdania złożone mówi już dziecko, a osoba w zawodówce to nie jakieś niepełnosprawni intelektualnie 

odrzutki, tylko normalni ludzie. Całkowicie się nie zgadzam z tym punktem.

Dzięki za lekturę i komentarz.

Pozdrawiam

Chłopak od połowy opowiadania marzy o Tajce z kwiatem we włosach. Nie trzeba być jasnowidzem, żeby przewidzieć zakończenie. Zdania złożone bywają różne. Język narracji nie pasuje do charakterystyki bohatera.

Chłopak od połowy opowiadania marzy o Tajce z kwiatem we włosach. Nie trzeba być jasnowidzem, żeby przewidzieć zakończenie.

Jakby wylądował na plaży z Tajką i osiągnął swe poszukiwane szczęśliwe życie, to byłoby też przewidywalne? Mimo że zupełnie inne w wydźwięku?

 Zdania złożone bywają różne. Język narracji nie pasuje do charakterystyki bohatera.

Dobrze, przyjmuję do wiadomości Twoją opinię, ale nie zgadzam się z nią :)

Charakter bohatera w połączeniu z dokonaniami z pracy jasno wskazują, do jakiego finału zmierza opowieść. Opowiadanie z przesłaniem daje czytelnikowi więcej niż kilka chwil zabawy.

Tomie, jeśli dla Ciebie było jasne – w porządku. Tak samo można powiedzieć o niektórych kryminałach, gdzie szybko wiadomo, kto jest winny, czy o romansach i komediach romantycznych, gdzie wiadomo, co się stanie na końcu.

Opowiadanie z przesłaniem daje czytelnikowi więcej niż kilka chwil zabawy.

W ilu książkach fantasy znajdziesz przesłanie? W ilu horrorach? Czy przesłanie trafia do każdego? Co z tymi, którzy mają inne podejście do życia? Szukasz przesłania w każdym przeczytanym tu opowiadaniu? Ja nie. I nie zamierzam takich pisać, choć moje “Konie na dalekim brzegu” przesłanie chyba miały. Jak to powiedziała Drakaina ”rozrywka jest wartością samą w sobie”. 

No zawsze można poszukać głębszego przesłania niewidocznego na pierwszy rzut oka.

Zanaisie!

 

Rozwaliłeś mnie. Rozwaliłeś mnie, ale w pozytywnym tych słów znaczeniu. Czytało się bardzo dobrze, a i zaskoczyłeś mnie kilka razy nawet pomimo pozornej przewidywalności niektórych elementów. Sposoby, w jakie bohater modyfikował ciała były bardzo pokrętne, nietuzinkowe, toteż pochwały dla Twojej wyobraźni. Niesmaczne, paskudne, oślizgłe, ale to dobrze. :3

 

Powodzenia i pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Fajny tekst. Zabawy z trupami chore. I ta perła… Cholera, masz wyobraźnię. Może i zwyrodniałą, ale masz.

Mnie fantastyki nie brakowało, więc chyba spokojnie można przyjąć, że tu była. Nawet nie zauważyłam, kiedy łyknęłam sporą dawkę obyczajówki. I chyba zgodziłabym się, że ta obyczajówka jest potrzebna do wyjaśnienia motywacji bohatera.

Ciekawe, kim właściwie są ci oni, tak spragnieni zabawy. Bo ich odpowiedzi nic nie mówią.

Babska logika rządzi!

Hej, Barbarzyńco

Miało wyjść paskudnie i niesmacznie, więc cieszę się, że wyszło ;) Kilka pomysłów na kolejne modyfikacje miałem w zanadrzu, ale uznałem, że wystarczy to, co jest. Opowiadanie nie jest za bardzo “twistowe”, ale nie uważam tego za wielką wadę :)

Dzięki za lekturę i pozdrawiam!

 

Hej, Finklo

Cholera, masz wyobraźnię. Może i zwyrodniałą, ale masz.

Cudowny komplement xD

O, skoro sprzedałem Ci sporą dawkę obyczajówki, znaczy, że nie jest źle. Lubię, gdy bohater ma motywację, a czyny, których się dopuścił, nie wyniknęłyby z czegoś błahego.

Ciekawe, kim właściwie są ci oni, tak spragnieni zabawy. Bo ich odpowiedzi nic nie mówią.

Nie muszą się tłumaczyć, więc tego nie robią. Ale na pewno są znudzeni ;)

Dzięki za komentarz :)

Dobry!

Tekst chyba najbardziej rozrywkowy, który do tej pory przeczytałem na portalu. Krótko tu jestem stażem, ale położę go sobie na razie na podium i popodziwiam parę dni. Ohydne opowiadanie, w dobrym tego słowa znaczeniu. Beznadzieja trupów, beznadzieja życia. Dodatkowo bardzo dobrze wykonana pierwszoosobwa narracja, płynęło się przez bagno myśli Ignacego wyjątkowo łatwo, mimo że bagno to jakby ze skrzepów.

Mimo upiorności charakteru Ignacego, bardzo go polubiłem. Ciężko mieć wielkie perspektywy będąc wypchniętym do pracy z trupami w tak młodym wieku. Wsparcie psychiczne w rodzinie 10/10.

Odjechane te trupie skryby. Ich motywacja prosta jak budowa cepa, a jednak pasowała idealnie. Bez żadnych wielkich, tajemnych spisków, wybuchów, straszenia siłą.

Scena z łażącą nieboszczką była przyjemnie nieprzyjemna. Brr. Motyw z perłą – kreatywny. Stanowczo kreatywny. I nie mogę przestać zastanawiać się nad tym jaki wyraz twarzy miał autor, pisząc ten fragment. Ale niektóre pytania powinny pozostać bez odpowiedzi.

Opowiadanie świetne :D Bardzo rozrywkowe. Ktoś na górze wspominał o przesłaniu. Według mnie przesłanie dosyć życiowe – jeżeli jest kiepsko, może być jeszcze gorzej. Spoczywaj w pokoju Tajko.

Pozdrawiam cieplutko!

Angel is my name.

Hej, Cherubinieba

Tekst chyba najbardziej rozrywkowy, który do tej pory przeczytałem na portalu

No tego określenia tutaj się nie spodziewałem, ale miło mi ;)

Mimo upiorności charakteru Ignacego, bardzo go polubiłem. Ciężko mieć wielkie perspektywy będąc wypchniętym do pracy z trupami w tak młodym wieku. Wsparcie psychiczne w rodzinie 10/10.

Sam polubiłem Ignacego, mam nadzieję, że da się go trochę zrozumieć i przejąć jego losem.

Odjechane te trupie skryby. Ich motywacja prosta jak budowa cepa, a jednak pasowała idealnie. Bez żadnych wielkich, tajemnych spisków, wybuchów, straszenia siłą.

Każde dziecko powie, że nuda to wielka motywacja. Ale, racja, to kameralna opowieść :)

Brr. Motyw z perłą – kreatywny. Stanowczo kreatywny. I nie mogę przestać zastanawiać się nad tym jaki wyraz twarzy miał autor, pisząc ten fragment. Ale niektóre pytania powinny pozostać bez odpowiedzi.

Mimo wszystko odpowiem. Z jednej strony trochę obawa, jak zostanie przyjęte i czy nie przekraczam jakiejś granicy, z drugiej pomysł na opowiadanie zaczął się od obrazu “Perły” w głowie. Nie mogło jej zabraknąć. A pisząc, miałem na twarzy wyraz skupienia, bo z trudem sklejałem zdania.

Opowiadanie świetne :D Bardzo rozrywkowe. Ktoś na górze wspominał o przesłaniu. Według mnie przesłanie dosyć życiowe – jeżeli jest kiepsko, może być jeszcze gorzej.

To przesłanie pasuje idealnie :P

Cieszę się, że zapewniłem rozrywkę.

Pozdrawiam również!

 

Nie mogłem napatrzeć się na jej skórę. Nie smoliście czarną, jak u ludzi, którzy nie uciekli z pożaru, ale w kolorze porannej kawy. Ciemny brąz pobudzający wyobraźnię.

 

Tajowie są dosyć jaśni. Tzn. proponowałbym "jasny brąz, w kolorze porannej kawy z mlekiem". To nie jest lud drawidyjski.

 

– Marek! – Pstryknąłem palcami. – Przypomniałem sobie, jak się nazywasz!

 

*** <– moim zdaniem tu jakiś separator, bo za duży przeskok

 

Zwolniono mnie za porozumieniem stron. Nowa szefowa uznała, że źle przeżyłem

 

Co to znaczy "nie opublikowałem Perły"? Zdjęcia?

 

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Tajowie są dosyć jaśni. Tzn. proponowałbym "jasny brąz, w kolorze porannej kawy z mlekiem". To nie jest lud drawidyjski.

Mój risercz wykazał, że Tajowie mają bardzo zróżnicowany kolor skóry, od brązu do beżu, więc ta brązowa Tajka jest prawdopodobna :)

– Marek! – Pstryknąłem palcami. – Przypomniałem sobie, jak się nazywasz!

 

*** <– moim zdaniem tu jakiś separator, bo za duży przeskok

W wielu miejscach można by dać separator, ale specjalnie dałem tylko pod koniec. Taki strumień narracji, zabieg celowy.

 

Tak, nie opublikował zdjęć Perły.

Dzięki za komentarz i pozdrawiam :)

1. Początek dłużył się strasznie – w dobrym stylu, ale jednak dłużył. 2. Powiedz mi Zanais, czy kiedykolwiek dotykaleś piersi, żywej kobiety, bo ja kilka razy tak i nigdy nie były twarde. 3. Jakie wydzieliny wypływają, z człowieka po kilku godzinach, tak by przesiąknąć podłogę? 4. Zakończenie trochę bez duszy. Szkoda że ta tajka, nie pracowała w prosektorium, a Ignacy nie wylądował na stole w prosektorium, w którym ona pracowała. Szkoda, że nie chciał jej napisać jakiejś wiadomości. Byłaby to fajna klamra, a tak…5. Wiem, że moje narzekanie wygląda na strasznie poważnie, ale wiedz, że tak nie jest. Bo bawiłem się świetnie, a w niektórych momentach, aż mrurzylem oczy. Bawiłem się świetnie, zasłużyłeś na pięć:)

Hej, Vrchamps

1. Początek dłużył się strasznie – w dobrym stylu, ale jednak dłużył

Przyjmuję do wiadomości :)

2. Powiedz mi Zanais, czy kiedykolwiek dotykaleś piersi, żywej kobiety, bo ja kilka razy tak i nigdy nie były twarde.

Tak, zdarzyło mi się xD Bywały twardsze i bardziej miękkie.

3. Jakie wydzieliny wypływają, z człowieka po kilku godzinach, tak by przesiąknąć podłogę

Żadne. Może dlatego, że nie wypłynęły z powodów naturalnych? Przyspieszony rozkład, na co ewidentnie wskazuje tekst.

4. Zakończenie trochę bez duszy. Szkoda że ta tajka, nie pracowała w prosektorium, a Ignacy nie wylądował na stole w prosektorium, w którym ona pracowała. Szkoda, że nie chciał jej napisać jakiejś wiadomości. Byłaby to fajna klamra, a tak

To już hmmm, Twoja historia ;) Zawsze możesz taką napisać :)

Wiem, że moje narzekanie wygląda na strasznie poważnie, ale wiedz, że tak nie jest. Bo bawiłem się świetnie, a w niektórych momentach, aż mrurzylem oczy. Bawiłem się świetnie, zasłużyłeś na pięć:)

Dobra zabawa zawsze w cenie :) Cieszę się, że przypadło Ci do gustu. Dzięki za wizytę i komentarz :)

Pozdrawiam

A może poprostu jędrne albo ciepłe, bo twardsze to raczej żelazo?:)

Żona miała zapalenie piersi, to miała twarde jak kamień xD

 

Radku, też się dziwiłem tej różnorodności ;)

Niezwykle obrazowo opisałeś wiele lat życia Ignacego, a choć skupiłeś się na jego pracy w zakładach pogrzebowych, to nie omieszkałeś wspomnieć o wczesnej młodości, doświadczeniach z dziewczynami, małżeństwie, rozwodzie i ostatecznie samotności.

Czyny Ignacego nie są budujące, ale też nie mogę powiedzieć, że czytając o jego „dokonaniach” czułam odrazę. To było raczej uczucie niechęci i zadziwienia, co też w pewnych okolicznościach przychodzi ludziom do głowy i co są gotowi zrobić, aby zatrzeć uczucie frustracji czy zdobyć pieniądze.

Fantastykę zaprezentowałeś dość oszczędnie, ale w stopniu wystarczającym, co przy bardzo porządnym wykonaniu sprawiło, że była to bardzo satysfakcjonująca lektura. A ponieważ opowiadanie jest już w Bibliotece, udam się do nominowalni.

 

Gdy zo­sta­wa­łem sam w pro­sek­to­rium… → Obawiam się, że w zakładach pogrzebowych nie ma prosektoriów.

Za SJP PWN: prosektorium «pomieszczenie, w którym wykonuje się sekcje zwłok i przygotowuje preparaty anatomiczne»

 

Wy­ciąć wszyst­kie! Nad­gar­stek? Ciach! Udo? Ciach? → Chyba miało być: Wy­ciąć wszyst­kie! Nad­gar­stek? Ciach! Udo? Ciach!

 

Wy­star­czy­ły dwa ty­go­dnie, abym zna­lazł samą po­sa­dę… → Wy­star­czy­ły dwa ty­go­dnie, abym zna­lazł taką samą po­sa­dę

Skoro to była nowa posada, nie mogła być tą samą posadą.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Regulatorzy

 

Krótko mówiąc: :O

Warstwę obyczajową rozbudowałem, ponieważ horror kojarzy mi się właśnie z takim wprowadzeniem normalności, uciętej później przez coś niepokojącego. No i Ignacy nie mógł przecież tak bez powodu dopuścić się opisanych czynów.

Cieszę się, że nie było zbyt obrzydliwie :P Owszem, ludzie dokonają przeróżnych rzeczy, aby zdobyć pieniądze lub uznanie.

A ponieważ opowiadanie jest już w Bibliotece, udam się do nominowalni.

Dziękuję, nie spodziewałem się. To będzie wyglądać tak:

Zanais przyjmuje głosy na NIE:

 

Ale i tak fajnie :D

 

Dziękuję za łapankę :) Tylko wyjaśnię, dlaczego prosektorium. Sugerowałem się opisami z domów pogrzebowych, np:

Dom Pogrzebowy Szadkowski posiada własne prosektorium wyposażone

Nasz zakład pogrzebowy posiada własne prosektorium. To jedno z niewielu takich miejsc o charakterze prywatnym, na terenie województwa lubelskiego.

Dom Pogrzebowy Szadkowski posiada własne prosektorium wyposażone

 

Nie mogłem znaleźć informacji, jak nazywa się taka sala (bo prosektorium też kojarzyło mi się z czymś innym), więc wziąłem nazwę używaną przez same zakłady. Właściwie teraz przy balsamowaniu zwłok lub przy pracy nad ofiarami wypadków, gdy ciała są często w bardzo złym stanie, konieczne jest przeprowadzenie głębokich zabiegów.

Pozdrawiam :)

 

 

Hej, Anet

 

Miło mi :)

Zanaisie, przyszło mi do głowy, że pracownicy zakładów pogrzebowych moga tak nazywać salę, w której przygotowują nieboszczyków do pochówku, więc jak się tak zastanowić i dodać to, co napisałeś wyżej, prosektorium może być. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Hej, Alicello

Pa, Alicello ;)

No, wyszło Ci praktycznie bizarro i to niezłe bizarro. Czytało się bardzo dobrze, historia jest wciągająca, na jedno posiedzenie, pomysł może i dość obrzydliwy, ale ciekawy na takich energetycznych zombiaków ;)

Nieco mniej mnie przekonuje bohater. Mam wrażenie, że trochę szkicujesz go grubymi kreskami, są momenty, kiedy ta charakterystyka wychodzi nieźle, a i takie, gdzie mi mniej podchodziła. Chyba najlepiej wyszły relacje: nieudane, chore, natomiast mam wrażenie, że za mało wiem o samym bohaterze.

Najgorzej w kreacji bohatera wypadło imho to, że nie za bardzo go czuję od strony narracji, że tak powiem. I nie chodzi nawet o te zdania złożone, bo gdzieś w tym wszystkim czuć, że to jest ktoś ze sporym potencjałem, kto trochę na własne życzenie tego potencjału nie realizuje, ale zarazem jest to wszystko niedopowiedziane.

Piszesz z jednej strony “nie paliłem się do fachu murarza i szukając pracy, by udobruchać zawiedzionych rodziców” – no i już tu czuję zgrzyt. Przy całym szacunku do budowlańców (chłopak, który mi robi remont jest inteligentny, czyta książki i tak dalej), “zawiedzionych rodziców” widziałabym, gdyby syn po maturze zrezygnował ze studiów i nie chciał być lekarzem czy prawnikiem. I to zarówno rodziców, którzy marzą o awansie dziecka, jak i takich, dla których wybór takiego zawodu jest rodzinną oczywistością. Zawód z powodu niechęci do zostania murarzem wydaje mi się wymagać więcej dopowiedzenia w rodzaju rodzinna firma budowlana czy coś takiego, bo w ogóle “murarz” brzmi już dziś dość staroświecko, no i ogólnie mi coś tu zgrzyta w prezentacji bohatera, choć nie potrafię tego dobrze ubrać w słowa. A potem ten bohater odwołuje się do Quasimoda, nawet jeśli przez Disneya, to znowu mamy pewien zgrzyt prezentacyjny: nigdzie nie zasugerowałeś, że on zadowala się taką pracą, bo jest cynikiem (w filozoficznym greckim rozumieniu tego słowa) i chce mieć święty spokój za minimum wysiłku, a w głębi duszy jest wyrafinowanym intelektualistą. On używa także dość wyrafinowanego języka (słownictwo) i ten dysonans byłby w kreacji bohatera fajny, gdyby było widać, że jest celowy.

Druga sprawa: wiek bohatera. Skończył zawodówkę, a potem piszesz, że już po jakimś czasie pracy w domu pogrzebowym kończy osiemnaście lat. Poguglałam i obecnie zawodówkę kończy się ponoć w wieku minimum osiemnastu lat… Inaczej było ćwierć czy pół wieku temu, ale wtedy z kolei nie było kryptowalut. Plus nieletniego nikt by do takiej pracy nie przyjął, bo miałby na głowie inspekcję pracy. A ta nieletniość nie jest Ci do niczego potrzebna fabularnie.

Tyle poważniejszego marudzenia, a teraz drobiazgi:

 

rozłożono na błyszczącym, metalowym stole

Ułożono

 

odmienne od wielkich[-,] pomarańczowych cudów natury

 

nieco przetarte buty

Coś mi tu nie do końca zagrało z tymi przetartymi, bo przetarty to raczej materiał

 

Był opóźniony w rozwoju

W porąbanym polskim braku następstwa czasów raczej jest, bo żyje i to się nie zmieniło

 

Gdy zostawałem sam w prosektorium

W kostnicy albo w chłodni, prosektorium to miejsce w placówce naukowej albo medycznej, gdzie robi się sekcje i badania

 

pozwalała zapomnieć szum wentylatorów i brzęczenie komór chłodniczych

o szumie…

 

Podniosłem odcięty nos i przyłożyłem do rany.

Rana kojarzy mi się z czymś, co krwawi, a nieboszczyk już nie krwawi na tym etapie

 

Światło jarzeniówki odbijało się na łysej czaszce.

Od łysek czaszki?

 

Słowa na alabastrowej skórze drwiły ze mnie:

Alabastrowa skóra jest piękna, gładka itd., trochę nie pasuje do tego konkretnego nieboszczyka

 

obdarzonej niezwykłe głośnym piskliwym wrzaskiem

Obdarzony głosem, tak, ale wrzaskiem?

 

Straciłem mieszkanie i wlepiono mi alimenty, które zamieniły moje życie w ponurą wegetację.

Wynająłem mieszkanie

 

w zaniedbanej kamienicy, prawdziwym ludzkim ulu

Ludzki ul kojarzy mi się z wielkim bloczyskiem, kamienice nie miewają mnóstwa mieszkań

 

To zdarzyło się zimą.

Przed tym akapitem przydałaby się przerwa, bo przechodzisz do innego czasu narracji.

 

Ciemność, gdy przychodziłem do pracy, ciemność, gdy wychodziłem. Tego wieczoru na stole leżał Ignacy.

 

Brzydki rym. Roboty?

 

informatykiem martwym z powodu pękniętego tętniaka

zmarłym

 

Twarz Tajki z katalogu sprzed wielu lat napłynęła jak dawno zagubiony rozbitek.

Napłynęła?

 

Jestem w łóżku, czując na twarzy pierwsze promienie wschodzącego słońca.

Imiesłów niedobry. “Leżę w łóżku, czuję na twarzy…”

http://altronapoleone.home.blog

Hej, Drakaino

Bizarro mówisz? ;) Nie wiem, czy każdy tekst z obrzydliwością to bizarro, chyba trochę za mało tu dziwności :)

Co do uwag, zacznę od wieku. Wtedy zawodówkę kończyło się wcześniej, przed osiemnastką, a kryptowaluty miały swój szczyt w 2016 r. Akcja dzieje się na przestrzeni lat.

Zawiedzeni rodzice odnosiło się do skończenia z trudem zawodówki i odmowie podjęcia pracy nawet w ledwie wyuczonym zawodzie. Potem, gdy już bohater dobrze zarabia, nie ma nic o zawiedzionych rodzicach, są tylko prośby o pieniądze.

Tak samo z Quasimodo – to mimo wszystko krótkie opowiadanie i wytłumaczenie każdego elementu byłoby trochę trudne. Quasimodo to nie wiedza tajemna, szczególnie po upowszechnieniu przez Disney’a; rozumiem, gdyby zaczął gadać coś z wiedzy specjalistycznej, ale człowiek żyjący 20+ lat, choćby skończył tylko zawodówkę, nie musi być wyobcowany z każdego przejawu kultury (a Quasimodo to już w pejoratywnym znaczeniu tym bardziej jest w obiegu).

Wyrafinowany język? Możliwe, że tak. Nie stylizowałem wypowiedzi, więc tu się nie będę bronił.

Dzięki za łapankę, zaraz poprawię:

Gdy zostawałem sam w prosektorium

W kostnicy albo w chłodni, prosektorium to miejsce w placówce naukowej albo medycznej, gdzie robi się sekcje i badania

Tu już odpowiedziałem Regulatorce, że zostawię prosektorium, bo tak nazywają to nawet pracownicy zakładów pogrzebowych.

Podniosłem odcięty nos i przyłożyłem do rany.

Rana kojarzy mi się z czymś, co krwawi, a nieboszczyk już nie krwawi na tym etapie

A masz jakąś propozycję? :P Bo mi nic nie przychodzi do głowy jak nazwać takie obrażenia niekrwawiące.

Słowa na alabastrowej skórze drwiły ze mnie:

Alabastrowa skóra jest piękna, gładka itd., trochę nie pasuje do tego konkretnego nieboszczyka

Alabastrowa w znaczeniu biała, jasna.

 

Dzięki za komentarz i pozdrawiam!

Że zbiorkomu i komórki tylko na szybko: alabastrowy w odniesieniu do skóry nie jest po prostu synonimem białego. Jest wskazaniem na to, że skóra jest jasna, gładka i piękna, wręcz idealna, bo prawdziwy alabaster to cenny kamień o naturalnym połysku i barwie bliskiej kości słoniowej, a nie zwykłej bieli. Kredowo biała mogłoby być bliżej tego, czego potrzebujesz.

http://altronapoleone.home.blog

Przyjmuję i zmieniam :)

Zacznę od czepialstwa :)

Po pierwsze, piszesz, że bohater z trudem skończył zawodówkę, nie miał ochoty ciężko pracować, przedstawiasz go zatem jako kogoś niezbyt rozgarniętego. A tacy ludzie najczęściej nie potrafią powiedzieć, co w ich życiu jest nie tak, są nieszczęśliwi, sfrustrowani, ale nie wiedzą czemu. Nie wspomnę już o tym, że Ignacy miał dość rozumu, żeby inspiracji szukać w muzeach, a i jego własne pomysły świadczą o inteligencji. IMO lepiej byłoby go przedstawić jako – jak się to w moich szkolnych czasach mówiło – zdolnego lenia. Człowieka, któremu się nie chce, myśli, że skoro jest mądry, to wykształcenie mu niepotrzebne, że sobie w życiu radę da.

Po drugie, mam wrażenie, że masz tu niewykorzystany wątek, który aż się prosi, by się nad nim pochylić. A mianowicie Ignacy i obserwatorzy są do siebie zaskakująco podobni. Nie żywi, nie martwi, pomiędzy – w zasadzie to można też powiedzieć o bohaterze. I fajnie byłoby to jakoś wykorzystać. I nie pisz mi proszę, że wykorzystałeś, bo wtedy będę musiała zadać pytanie o obecność fantastyki w tekście ;) Póki co zakładam, że to jednak odrębne byty :)

<koniec czepialstwa>

 

I właściwie jakoś strasznie dużo już nie napiszę, bo opko mi się cholernie podobało, a trudniej chwalić, niż się czepiać ;)

Poza powyższym czepem, uważam, że świetnie skonstruowałeś bohatera. Z jednej strony to, co robi budzi odrazę, a przynajmniej niechętne zdumienie, z drugiej… żal mi go jako człowieka. Sam się wpakował w tę sytuację, ale potrafię zrozumieć jego frustrację, lęk, a nawet złość. Niespecjalne szczęśliwe dzieciństwo, poczucie utknięcia tłumaczą jego zachowanie w stosunku do żony i córki. Przekonanie, że Tajlandia mu pomoże, też wpisuje się w osobowość (swoją drogą i tak by nie pomogła).

Fajnie poradziłeś sobie z tematem obcowania ze śmiercią i jego wpływu na psychikę. Wszystko tutaj jest spójne, od złości i wyżywania się na zwłokach, poprzez myśli o tym, że któregoś dnia się znajdzie na tym stole, po decyzję o świadomym wykorzystaniu zwłok. A przy tym sporo to mówi o społeczeństwie, w którym żyjemy. Gdzieś się nam granice poprzesuwały, skoro jest całe mnóstwo ludzi, których rajcuje to, co robił. Nie wiem, czy to opko jest groteską, czy raczej trzeźwym spojrzeniem na współczesne społeczeństwo. I to jest równie smutne, jak los bohatera.

Poza tym gratuluję odwagi. Opłaciła się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Czy tylko mi przeszkadzają twarde cycki u żywej kobiety?;)

Vrchampsie

Czy tylko mi przeszkadzają twarde cycki u żywej kobiety?;)

Mnie przeszkadzają, też wolę miękkie! ;)

 

Hej, Irko

Przyznaję, że teraz bym pochodzenie społeczne bohatera nieco zmienił, może nie zrobił z niego inteligentnego lenia, ale raczej zmienił tę zawodówkę :P

Co do drugiego, to przecież wykorzy…. to znaczy tak, są bardzo podobni, dlatego właśnie kontaktują się z (między innymi) Ignacym, a nie z każdym zwichrowanym człowiekiem na Ziemi. Tak, to odrębne byty – to nie jakieś alter ego Ignacego, czy jego choroba psychiczna. Już było wcześniej to poruszane w komentarzach, ale przyspieszony rozkład sąsiada czy chodzące zwłoki dziewczyny z perłą, wyraźnie pokazują, że fantastyka tu jest ;)

I właściwie jakoś strasznie dużo już nie napiszę, bo opko mi się cholernie podobało, a trudniej chwalić, niż się czepiać ;)

Cieszę się i dziwię, bo akurat przy tym opku spodziewałem się gromów i błyskawic ;) (szczególnie scena z perłą – prawie jej nie umieściłem w opowiadaniu).

Z jednej strony to, co robi budzi odrazę, a przynajmniej niechętne zdumienie, z drugiej… żal mi go jako człowieka.

Chciałem, aby można było rozumieć jego postępowanie, czynniki, które doprowadziły go do takich zachowań, powolny upadek wartości (a wiele ich nie było od początku). Ignacy nie jest zły, ale też nie każdy doświadczony przez życie człowiek zaczyna przekraczać takie granice. Tu powszechnie rozumiane zło wynika i z wewnątrz i z zewnątrz.

Fajnie poradziłeś sobie z tematem obcowania ze śmiercią i jego wpływu na psychikę. Wszystko tutaj jest spójne, od złości i wyżywania się na zwłokach, poprzez myśli o tym, że któregoś dnia się znajdzie na tym stole, po decyzję o świadomym wykorzystaniu zwłok.

To musiał być powolny proces. Takie bezczeszczenie zwłok jest mimo wszystko łamaniem jednego z największych tabu w społeczeństwie, obdzieraniem z godności nie tylko zwłok, ale też zdradą zaufania rodzin. Dlatego tak dużo tu obyczajówki (według niektórych za dużo :P ).

A przy tym sporo to mówi o społeczeństwie, w którym żyjemy. Gdzieś się nam granice poprzesuwały, skoro jest całe mnóstwo ludzi, których rajcuje to, co robił. Nie wiem, czy to opko jest groteską, czy raczej trzeźwym spojrzeniem na współczesne społeczeństwo. I to jest równie smutne, jak los bohatera.

Oj, bardzo wielu ludzi szuka takich sensacji. Stąd strony ze zdjęciami ofiar wypadków czy porachunków gangów. Kurczę, sam kiedyś oglądałem “ostre” zdjęcia, ale przypuszczam, że widziałem tylki wierzchołek góry lodowej i takich miejsc w internecie – ukrytych przed zwyczajnym użytkownikiem – jest znacznie więcej. Może to wynika z bezpieczeństwa – drastyczne sceny widzimy najczęściej tylko w filmach, a może ludzie nie zmienili się od czasu widowisk w starożytnym Rzymie i wciąż fascynuje ich prawdziwa śmierć.

Poza tym gratuluję odwagi. Opłaciła się :)

Żonie nie dałem tego opka do czytania ;)

Dziękuję za komentarz i pozdrawiam.

 

No to chłopie:)

Co do drugiego, to przecież wykorzy…. to znaczy tak, są bardzo podobni, dlatego właśnie kontaktują się z (między innymi) Ignacym, a nie z każdym zwichrowanym człowiekiem na Ziemi.

No, niech Ci będzie ;)

 

Cieszę się i dziwię, bo akurat przy tym opku spodziewałem się gromów i błyskawic ;) (szczególnie scena z perłą – prawie jej nie umieściłem w opowiadaniu).

Gdyby ktoś mi podstawił pod nos takie zdjęcie, pewnie bym się wzdrygnęła, poczuła zniesmaczona, oburzona, a może nawet obrażona. Ale tu opisujesz degrengoladę Ignacego i scena z perłą jest jej uwieńczeniem. To jednak co innego.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzień doberek, Zanais!

Po bandzie ;) 

Językowo wiadoma sprawa, więc skupię się na fabularnej kwestii. Było obrzydliwie, dość mrocznie, nie przerażająco, ale jednak pierwsze dwie rzeczy misję wykonały. Bardzo wciągające i tu aż się dziwię, bo nie jestem targetem tego typu jeśli chodzi o obrzydliwość. A jednak tekst przypadł mi do gustu.

Postać z opisu odwzorowałeś naprawdę solidnie. Nadałeś naszemu psycholowi też trochę "kolorów" w postaci fetyszu wręcz co do Tajki z kwiatkiem z katalogu biura podrózy ;) Gdy kończyłem czytać Twoje opowiadanie, myślałem że skończy się ponowną sceną w miejscu pracy, a tu ciach (ekhm, ciach)… Bohater spełnia swoje marzenie na hotelowym łóżku z Panią z kwiatkiem. Początek tekstu może trochę powolny, ale dalej to już kompletna sieczka. Sceny ze zdjęciami, zwłaszcza z noworodkami czy tym nieszczęsnym okiem – brrr! Ale tego nawymyślałeś. No nic, Zan, mocny tekst. Ja zapunktowałem go dość wysoko.

Wielkie dzięki za udział w konkursie :) 

Cześć!

 

Przytłoczyła mnie ilość pospiesznie podawanych faktów z życia bohatera. Czytanie tego streszczenia było po prostu nużące. Mimo dużej liczby informacji praktycznie nie powstała żadna głębsza kreacja. Nie poznajemy Ignacego, dostajemy jego opis, jakby definicję. Mnie coś takiego nie przekonuje. Koleje elementy kreacji zdają się złożone z oklepanych elementów. Bohater miał trudne dzieciństwo, potem trochę poszalał, następnie zdawkowa informacja o nieudanym małżeństwie i w tym wszystkim marzenie o Tajce. Z jednej strony Ignacy jest niewykształcony i mało inteligentny, ale z drugiej znajduje sposób na zarabianie na makabrycznych zdjęciach. Rodzina go wyrzuca, ale on dalej im pomaga, ale porzuca żonę i córkę. Na samym początku pada informacja, że jest niezdarny, a potem radzi sobie z precyzyjną charakteryzacją. Jakiemu elementowi tej kreacji by się nie przyjrzeć, to pojawia się sprzeczność. Nawet styl narracji nie pasuje do bohatera.

Dzień po osiemnastych urodzinach rodzice dali mi do zrozumienia, że skoro mam pracę i zarabiam, najwyższy czas, abym wyniósł się z domu. Moje dwie młodsze siostry ochoczo im przytakiwały. Braciszek nic nie mówił. Jest opóźniony w rozwoju, a rodzice kochali go mocniej niż pozostałą trójkę, choć mama często przez niego płakała.

Przykro mi to pisać, ale zraziło mnie takie zdawkowe wykorzystanie w opowiadaniu bardzo emocjonalnych motywów jak niepełnosprawne dziecko czy porzucenie rodziny. Nic w opowiadaniu nie zmienił fakt posiadania przez Ignacego niepełnosprawnego brata, nie zostało to fabularnie umotywowane czy wykorzystane. Są o tym dosłownie dwie wzmianki.

Wątek robienia zdjęć nieboszczykom miał potencjał na naprawdę dobre opowiadanie grozy i ten motyw sam w sobie jest świetny, ale został zepchnięty przez gonitwę myśli bohatera i mnogość postaci wymienianych tylko z imienia. Jedna obrzydliwa scena, niemal zahaczająca o groteskę, to zdecydowanie za mało na horror. I największy minus, moim zdaniem, czyli fakt, że wszystkie nienaturalne wydarzenia można uznać za zwidy bohatera.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Jakkolwiek sama miałam uwagi do kreacji bohatera, tak czuję się zobowiązana do jej (kreacji) obrony pod jednym względem.

 

zraziło mnie takie zdawkowe wykorzystanie w opowiadaniu bardzo emocjonalnych motywów jak niepełnosprawne dziecko czy porzucenie rodziny. Nic w opowiadaniu nie zmienił fakt posiadania przez Ignacego niepełnosprawnego brata, nie zostało to fabularnie umotywowane czy wykorzystane. Są o tym dosłownie dwie wzmianki.

To przecież jest bardzo sprawnie zrobiona charakterystyka pośrednia bohatera, a nie wprowadzenie pobocznych wątków. Nie potrzebujemy wiedzieć więcej o tych ludziach – dla założeń narracji wymaganej przez konkurs istotne jest to, że bohaterowi to wszystko jest w zasadzie obojętne. Zanais nie pisze obyczajówki o rodzinie z niepełnosprawnym dzieckiem, ale poprzez wspomnienie sytuacji rodzinnej bohatera – skomplikowanej, nieoczywistej emocjonalnie, bo ta rodzina z jednej strony jest mocno toksyczna, a z drugiej ewidentnie boryka się z poważnym problemem w postaci niepełnosprawnego dziecka – tego bohatera charakteryzuje. Nawet troszkę usprawiedliwia jego nieporadność życiową, bo możemy sobie wyobrazić, że był, jak to niestety nader często bywa w rodzinach z niepełnosprawnością, zaniedbywany i nie czuje wielkiej więzi z rodzicami czy rodzeństwem. Jak dla mnie to wszystko, czego niemalże mimochodem dowiadujemy się o sytuacji rodzinnej bohatera, buduje jego osobowość: człowieka zagubionego, emocjonalnie zaniedbanego, z poczuciem, że coś mu się należy, a nic nie dostaje.

Wręcz uznałabym, że to doskonały temat na warsztaty z charakterystyki pośredniej. Nie każdy element tekstu literackiego służy wyłącznie fabule i tu mamy świetny przykład tego, że wprowadzenie pozornie pobocznego wątku służy innym celom.

http://altronapoleone.home.blog

Hej, ND

Po bandzie ;) 

Tak planowałem ;) Wybrana postać zobowiązuje.

Miło mi, że obrzydliwość, nawet jeśli nie jest w Twoim guście, jakoś się spodobała. Jakoś tak przypuszczałem, że przypadnie Ci do gustu. Nagrodę za rewolwerowca zdobyłem, potrenowałem miły rodzaj narracji i w sumie opko zostało odebrane lepiej ,niż myślałem, więc jestem zadowolony :P

Dzięki za konkurs!

 

Hej, Alicello

Mam wrażenie, że czytałaś inne opowiadanie, ale po kolei…

Przytłoczyła mnie ilość pospiesznie podawanych faktów z życia bohatera. Czytanie tego streszczenia było po prostu nużące. Mimo dużej liczby informacji praktycznie nie powstała żadna głębsza kreacja.

Subiektywne. Nie pokażesz w 30k znaków wieloletniego życia bez pewnych streszczeń. Tell, not show się kłania. Polecam Gaimana i Joe Hilla, bardzo dobrze stosują tą zasadą w niektórych opowiadaniach.

Mimo dużej liczby informacji praktycznie nie powstała żadna głębsza kreacja. Nie poznajemy Ignacego, dostajemy jego opis, jakby definicję. Mnie coś takiego nie przekonuje

I znów mamy inne wzorce. Dla mnie bohater nie musi być określony dialogiem ani sceną. Nie wiem o co chodzi z brakiem poznawania Ignacego. Co dokładnie chciałabyś wiedzieć?

Z jednej strony Ignacy jest niewykształcony i mało inteligentny, ale z drugiej znajduje sposób na zarabianie na makabrycznych zdjęciach.

Nie widzę związku między jednym a drugim. Akurat w Polsce są tysiące przykładów, że brak wykształcenia nie jest przeszkodą w robieniu interesów i robieniu kariery.

Rodzina go wyrzuca, ale on dalej im pomaga, ale porzuca żonę i córkę

Żon można mieć kilka, dzieci też. Rodziców masz jednych. Nie widzę problemu.

Na samym początku pada informacja, że jest niezdarny, a potem radzi sobie z precyzyjną charakteryzacją.

Zgadza się. Po ponad dziesięciu latach pracy. Praktyka.

Jakiemu elementowi tej kreacji by się nie przyjrzeć, to pojawia się sprzeczność. Nawet styl narracji nie pasuje do bohatera.

Ja tam sprzeczności nie dostrzegam, ale masz pełne prawo do własnej opinii :) Styl narracji, owszem, nie jest trafiony najlepiej. Tu przyznam rację.

Przykro mi to pisać, ale zraziło mnie takie zdawkowe wykorzystanie w opowiadaniu bardzo emocjonalnych motywów jak niepełnosprawne dziecko czy porzucenie rodziny. Nic w opowiadaniu nie zmienił fakt posiadania przez Ignacego niepełnosprawnego brata, nie zostało to fabularnie umotywowane czy wykorzystane. Są o tym dosłownie dwie wzmianki.

Tak, fakt posiadania niepełnosprawnego brata nic nie zmienił w fabule. U Stephena Kinga nie zmienia też fakt, że wiem jakiej muzyki słuchał bohater w samochodzie, a u Gaimana dowiadujemy się, że bohater lubi zabawiać się z małymi dziewczynkami, choć to nie ma związku z opowiadaną historią. Tak się tworzy bohatera. Nikt nie jest w pustce, każdy skądś pochodzi i przez jakiś czas mieszkał z kimś innym, do kogo ma dany stosunek. A skoro jest narracja pierwszoosobowa to opowiada bohater – jego stosunek do rodziny nie musi pozytywny. Obawiam się, że szukasz na siłę argumentu. Jeśli Cię zraża takie traktowanie bohaterów – ok. Na subiektywne odczucia nie poradzę.

Koleje elementy kreacji zdają się złożone z oklepanych elementów. Bohater miał trudne dzieciństwo, potem trochę poszalał, następnie zdawkowa informacja o nieudanym małżeństwie i w tym wszystkim marzenie o Tajce

Czy przypadkiem konkurs nie miał w opisie, że horror może być w konwencji dramatu? Proszę, oto dramat pewnego zwykłego, sfrustrowanego faceta.

Jedna obrzydliwa scena, niemal zahaczająca o groteskę, to zdecydowanie za mało na horror.

Czytamy różne horrory, jeśli widzisz tu tylko jedną scenę z tej konwencji ;)

I największy minus, moim zdaniem, czyli fakt, że wszystkie nienaturalne wydarzenia można uznać za zwidy bohatera.

Czyli sąsiad zamieniony w plamę zgniłej materii w ciągu jednego popołudnia oraz chodzący trup (co potwierdza dozorca) to za mało na udowodnienie, że to nie zwidy? Następnym razem zrobię eksplozję zwłok, aby przykryły organami co najmniej dziesięć osób ;)

Pisałem to opowiadanie, wiedząc, że Ci się nie spodoba, ale i tak cieszę się jak wyszło :P

Dzięki za konkurs i pozdrawiam

Drakaino

To przecież jest bardzo sprawnie zrobiona charakterystyka pośrednia bohatera, a nie wprowadzenie pobocznych wątków. Nie potrzebujemy wiedzieć więcej o tych ludziach – dla założeń narracji wymaganej przez konkurs istotne jest to, że bohaterowi to wszystko jest w zasadzie obojętne.

Ten tekst to raczej przeciwieństwo charakterystyki pośredniej bohatera. Tak jak napisałam w komentarzu jurorskim poszczególne elementy tej kreacji są sprzeczne. A jeśli usuniesz dowolny element, czy to niepełnosprawnego brata, czy fakt wyrzucenia z domu, czy małżeństwo nic to nie zmieni w kreacji bohatera. Jest tu po prostu napchane jak najwięcej bez ładu i składu.

Nawet troszkę usprawiedliwia jego nieporadność życiową, bo możemy sobie wyobrazić, że był, jak to niestety nader często bywa w rodzinach z niepełnosprawnością, zaniedbywany i nie czuje wielkiej więzi z rodzicami czy rodzeństwem.

Zawsze sobie można wyobrazić, tutaj właściwie nawet nie ma innego wyjścia, bo ta kreacja jest tak zła, że pozostaje tylko sklejanie na siłę z tych sztampowych motywów choć minimalnego obrazu. Mnie to nie przekonuje.

 

Zanais

Subiektywne. Nie pokażesz w 30k znaków wieloletniego życia bez pewnych streszczeń. Tell, not show się kłania. Polecam Gaimana i Joe Hilla, bardzo dobrze stosują tą zasadą w niektórych opowiadaniach.

Każda ocena jest subiektywna, pochwały też są subiektywne, może nawet bardziej niż krytyka. A streszczanie całego życia bohatera wcale nie było wymagane, taką podjąłeś decyzję jako autor i w mojej ocenie wyszło fatalnie. I wcale nie wymagam bezwzględnego pokazywania, o ile jest to dobrze zrobione. Tutaj nie jest.

I znów mamy inne wzorce. Dla mnie bohater nie musi być określony dialogiem ani sceną. Nie wiem o co chodzi z brakiem poznawania Ignacego. Co dokładnie chciałabyś wiedzieć?

Chodzi o to, że jego zachowanie i sposób wypowiedzi są sprzeczne z kreacją. Podałam Ci konkretne przykłady, dlaczego tak uważam, ale z niczym się nie zgadzasz, więc szkoda moje czasu.

U Stephena Kinga nie zmienia też fakt, że wiem jakiej muzyki słuchał bohater w samochodzie, a u Gaimana dowiadujemy się, że bohater lubi zabawiać się z małymi dziewczynkami, choć to nie ma związku z opowiadaną historią.

Nie stawiaj w jednym rzędzie upodobań (jakie by one nie były) z wrzucaniem wzmianek, które nic w kreacji bohatera nie zmieniają. I mylisz szczegóły dotyczące fabuły z tymi dotyczącymi bohatera. 

Czy przypadkiem konkurs nie miał w opisie, że horror może być w konwencji dramatu? Proszę, oto dramat pewnego zwykłego, sfrustrowanego faceta.

Dramat zbudowany na niespójnej, pozbawionej sensu kreacji? No nie sądzę.

Czyli sąsiad zamieniony w plamę zgniłej materii w ciągu jednego popołudnia oraz chodzący trup (co potwierdza dozorca) to za mało na udowodnienie, że to nie zwidy?

Sąsiad potwierdza, że rozmawiał ze zmarłym rano, to jeszcze nie oznacza chodzącego trupa. Ale nich Ci będzie, że nie wszystko można tu zakwalifikować jako zwidy.

Pisałem to opowiadanie, wiedząc, że Ci się nie spodoba, ale i tak cieszę się jak wyszło :P

No to gratulacje, nie spodobało mi się. Nie lubię podszytych fałszem wydmuszek, nastawionych jedynie na efekciarstwo. 

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

A streszczanie całego życia bohatera wcale nie było wymagane, taką podjąłeś decyzję jako autor i w mojej ocenie wyszło fatalnie.

Oczywiście, że nie było wymagane. Gdzie ja tak twierdzę? Masz prawo uważać, że wyszło fatalnie. Na pewno niektóre rzeczy można było zrobić lepiej, ale cóż… kto nie popełnia błędów?

I znów mamy inne wzorce. Dla mnie bohater nie musi być określony dialogiem ani sceną. Nie wiem o co chodzi z brakiem poznawania Ignacego. Co dokładnie chciałabyś wiedzieć?

Chodzi o to, że jego zachowanie i sposób wypowiedzi są sprzeczne z kreacją. Podałam Ci konkretne przykłady, dlaczego tak uważam, ale z niczym się nie zgadzasz, więc szkoda moje czasu.

Zgodziłem się już z poprzednikami, że niepotrzebnie dawałem jego szkołę jako zawodówkę i nie, nie stylizowałem wypowiedzi. To na pewno można by poprawić. Cała reszta kreacji bohatera dla mnie trzyma się kupy. Dla ciebie nie. W porządku. Najwyraźniej za bardzo wcieliłem się w bohatera w konkursie na wcielenie. ¯\_(ツ)_/¯

Nie stawiaj w jednym rzędzie upodobań (jakie by one nie były) z wrzucaniem wzmianek, które nic w kreacji bohatera nie zmieniają. I mylisz szczegóły dotyczące fabuły z tymi dotyczącymi bohatera. 

Rozbawiasz mnie. One nie mają zmienić kreację bohatera, one ją tworzą. Wpływ rodziny i wychowania, wpływ pracy czy sposobów spędzania wolnego czasu podkreślają dane cechy bohatera i sprawiają, że jest bardziej ludzki. Jeśli nie widzisz powiązania między cechami bohatera a ich wpływem na fabułę, nie widzisz znaczenia motywacji dla popełnienia takich, a nie innych czynów, to, niestety, na to już nie poradzę. Można się przyczepić do wielu rzeczy w opowiadaniu (w każdym można), ale pozostanę przy stanowisku, że jeśli większość użytkowników nie ma problemu z przełknięciem kreacji (a czasem ją, o dziwo, nawet chwali) to znaczy, że nie wyszła “tak zła, że…”.

Czyli sąsiad zamieniony w plamę zgniłej materii w ciągu jednego popołudnia oraz chodzący trup (co potwierdza dozorca) to za mało na udowodnienie, że to nie zwidy?

Sąsiad potwierdza, że rozmawiał ze zmarłym rano, to jeszcze nie oznacza chodzącego trupa. Ale nich Ci będzie, że nie wszystko można tu zakwalifikować jako zwidy.

Sąsiadka, nie sąsiad, ale rozumiem, że tak złe opowiadanie szybko ucieka z pamięci ;) Tak, rozmawiała z nim rano, a wieczorem jest trupem w mocno zaawansowanym stanie rozkładu. Nie, nie oznacza to chodzącego trupa (skąd ten pomysł?). Oznacza, że coś dziwnego zdarzyło się w ciągu jednego dnia.

Pisałem to opowiadanie, wiedząc, że Ci się nie spodoba, ale i tak cieszę się jak wyszło :P

No to gratulacje, nie spodobało mi się. Nie lubię podszytych fałszem wydmuszek, nastawionych jedynie na efekciarstwo. 

Uuu, ostro :P Podszyta fałszem wydmuszka, nastawiona na efekciarstwo – ciekawe, czy trafię kiedyś na jakiekolwiek opowiadanie, które aż tak mi się nie spodoba, bym użył podobnych słów…?

Nie, nie trafię.

Po przeczytaniu Twoich komentarzy jurorskich z dumą przyznaję temu tekstowi medal “Najgorszego opowiadania w konkursie” i “Nieziemskiej chały” (nie mylić z chwałą lub chałwą).

Żegnam się, żałując, że (aliteracja) nie zgłosiłem tego tekstu na Grafomanię. Zapas chałwy miałbym murowany! (I próchnicę) xD

Do zobaczyska!

 

Żegnam się, żałując, że (aliteracja) nie zgłosiłem tego tekstu na Grafomanię. Zapas chałwy miałbym murowany! (I próchnicę) xD

→ Phi, gdzie tam grafomania – bon Rewolwerowca droższy od chałwy i próchnicy leczyć nie trzeba xD A tak by nie było! 

 

 

 

Ten tekst to raczej przeciwieństwo charakterystyki pośredniej bohatera.

Napisz, proszę, w takim razie, co rozumiesz przez charakterystykę pośrednią ;) Bo cała moja polonistyczna przeszłość, jakkolwiek odkreślona grubą kreską, widzi w niej wszelkie sposoby, za pomocą których przedstawiamy bohatera, nie robiąc tego wprost, opisowo. A tu mamy dokładnie coś takiego: kilkoma kreskami zarysowana sytuacja rodzinna, która bardzo dużo nam mówi o bohaterze.

 

wzmianek, które nic w kreacji bohatera nie zmieniają

??? Tego to w ogóle nie rozumiem. Przecież właśnie relacje rodzinne bohatera i jego stosunek do rodziny bardzo dużo nam o nim mówią.

 

jeśli usuniesz dowolny element, czy to niepełnosprawnego brata, czy fakt wyrzucenia z domu, czy małżeństwo nic to nie zmieni w kreacji bohatera.

Oczywiście, że zmieni. Nie będziemy znali jego historii, jego obciążeń, tych elementów, które go stworzyły, sprawiły, że jest tym, kim jest.

Znowu: napisz, jakie, Twoim zdaniem, elementy są potrzebne w kreacji bohatera, bo zaczynam się zastanawiać, czy to nie znów jakieś przepisy z poradnika, jak pisać…

http://altronapoleone.home.blog

Napisz, proszę, w takim razie, co rozumiesz przez charakterystykę pośrednią ;) Bo cała moja polonistyczna przeszłość, jakkolwiek odkreślona grubą kreską, widzi w niej wszelkie sposoby, za pomocą których przedstawiamy bohatera, nie robiąc tego wprost, opisowo. A tu mamy dokładnie coś takiego: kilkoma kreskami zarysowana sytuacja rodzinna, która bardzo dużo nam mówi o bohaterze.

Drakaino, ten tekst zawiera wyliczankę zdarzeń życia, a bohater mówi wprost jaki jest. Naginasz na siłę definicję, żeby pasowała do Twojego odbioru tekstu.

Biorąc ją po raz pierwszy na ręce, nie poczułem się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i zrozumiałem, że nie zostanie moim oczkiem w głowie.

Nie nadawałem się na ojca. 

To na przykład jest stwierdzenie wprost, czytelnik nie wyciąga wniosku z sytuacji, opisu, czy wypowiedzi, ale dostaje fakt. Bronisz charakterystyki pośredniej, bo jest tu narracja pierwszoosobowa, więc wszystko chcesz zaklasyfikować jako poglądy bohatera. Zamień ten fragment na narrację trzecioosobową, a zobaczysz, że nie jest to pośrednie. 

Poza tym to, do jakiej definicji zaklasyfikujesz sposób prezentacji bohatera nie zmieni faktu, że ta kreacja jest sztampowa i niespójna. Zarówno członkowie rodziny jak i sam bohater zachowują się bez sensu. 

Tego to w ogóle nie rozumiem. Przecież właśnie relacje rodzinne bohatera i jego stosunek do rodziny bardzo dużo nam o nim mówią.

Nie ukształtowały, bo bohater zachowuje się losowo, tutaj nie ma spójnej kreacji, jednolitego modelu psychologicznego. Bohater jest jednocześnie zniechęcony, buntowniczy, pomysłowy, żywiołowy, odpowiedzialny, lekkomyślny, romantyczny (jeśli tak można nazwać marzenie o Tajce) itd. To samo z informacjami o rodzinie. Dlatego uważam tekst za fałszywy, bo wykorzystanie stereotypu stało się podstawą do oszukania czytelnika.

Oczywiście, że zmieni. Nie będziemy znali jego historii, jego obciążeń, tych elementów, które go stworzyły, sprawiły, że jest tym, kim jest.

Znowu: napisz, jakie, Twoim zdaniem, elementy są potrzebne w kreacji bohatera, bo zaczynam się zastanawiać, czy to nie znów jakieś przepisy z poradnika, jak pisać…

Częściowo odpowiedziałam powyżej. Można zamiast niepełnosprawnego brata wstawić ojca alkoholika i nic to nie zmieni, bo kreacja jest pod względem psychologicznym niespójna. Żeby bohater mnie przekonał to potrzebuję go zobaczyć w działaniu, chcę wiedzieć, co o danej sytuacji sądzi, jeśli nawiązuje do swojej przeszłości, to powinien mieć na ten temat jakieś zdanie. Nie przekonuje mnie wyliczanka wydarzeń z perspektywy kukły bez osobowości. 

Znowu: napisz, jakie, Twoim zdaniem, elementy są potrzebne w kreacji bohatera, bo zaczynam się zastanawiać, czy to nie znów jakieś przepisy z poradnika, jak pisać…

No tak, zło największe – poradniki pisania na pewno są winne. W komentarzu napisałam szczerze, jak ten tekst odbieram, nie pisze więc żadnej regułki i uważam, że nie istnieje żaden uniwersalny przepis. Ale wiesz co Ci powiem, poradniki piszą zwykle pisarze, którzy osiągnęli światowy sukces, więc może nie bardzo masz prawo do wyrażania się o nich z taką wyższością.

I żeby nie marnować więcej czasu na bezsensowną dyskusję, to uprzedzę fakty i napiszę Twoim zwyczajem: bez odbioru.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

To ja tylko tyle: to, że pisarz osiągnął międzynarodowy sukces, nie znaczy, że jest dobrym pisarzem i powinien radzić innym. Przykładem Blanka Lipińska. Proszę bardzo, niech radzi jak osiągnąć sukces, ale z literaturą nie ma to nic wspólnego. W Polsce poradniki pisania pisze autorka niewątpliwie poczytna, ale ocierająca się o grafomanię, pisząca fatalnie – Katarzyna Bonda. A kilku użytkowników tego portalu jako poradnik pisania, którego należy słuchać, podsuwało mi produkt pani, Amerykanki, której nazwiska nie pomnę, scenarzystki procedurali. Nie Stephens Kinga.

http://altronapoleone.home.blog

GENERALNIE: OFFTOP

 

No to ja się wtrącę i na początek zrobię coś, za czym nie do końca przepadam – a mianowicie użyję argumentu z autorytetu. Absolutnie nie mówię tego, żeby komuś czegoś zakazać albo zniechęcać albo pokazywać, kto jest lepszy, ale – popatrzcie. Drakaina otóż ma doktorat z literaturoznawstwa (polonistycznego), ja mam z tego samego literaturoznawstwa habilitację (w specjalności filologia klasyczna). Kiedy któraś z nas (albo dowolne inne z forumowych specjalistów-humanistów) mówi, że coś W ZAKRESIE SPECJALNOŚCI jest czymś (np. jaka jest definicja charakterystyki bezpośredniej i gdzie ją w tekście widzi), to my naprawdę wiemy, o czym mówimy, dokładnie tak, jak kiedy podobnego typu opinie – w swojej specjalności – wygłasza na forum osoba, której naukową / zawodową specjalnością jest geologia, medycyna, matematyka, fizyka, chemia, IT, you name it. Serio-serio.

Różnica jest taka, że czytać każdy może i mieć opinię o czytanych tekstach też, i bardzo dobrze, o to chodzi (a trudniej mieć własną opinię np. na temat właściwości fizycznych molibdenu, że już nie wspomnę o własnej opinii o kształcie Ziemi) – ale to nie zmienia faktu, że tak, jak np. forumowy lekarz (jest ich sporo!) zauważy w tekście specjalistyczne (dobrze lub źle zrobione) wątki i idee oparte na medycynie, niekoniecznie widoczne dla niespecjalisty (1), tak zawodowiec-literaturoznawca widzi w tekście struktury, idee i koncepcje, które nauczono go/ją wykrywać w toku studiów i pracy. Umie je zauważyć, umie je nazwać.

To nie unieważnia w żaden sposób opinii osób czytających / recenzujących o tym, czy dane zjawisko działa, czy nie – że się odezwę lekko wulgarnie, opinia jest jak d***, każdy ma własną, i, że powtórzę, to dobrze, o to chodzi. Absolutnie nie próbuję Ci, Alicello, odmówić prawa do oceniania tego tekstu w sposób zgodny z Twoimi odczuciami jako czytelniczki. Ale to, co autor tu zrobił, to jest charakterystyka bezpośrednia, jak najbardziej – tylko Twoim zdaniem nieudana i nie działająca tak, jak powinna. Fair enough, Ty czytasz, Ty masz odczucia jako czytelniczka. Tak jak ja mam odczucia, jako czytelniczka, że mnie psychologicznie te postacie przekonują, ale że żaden ze mnie psycholog, są to moje odczucia jako czytelniczki i tyle. Do mnie trafia, do Ciebie nie.

*

A co do poradników pisania pisanych przez pisarzy, pozwolę sobie na jedną uwagę. IMHO tu wchodzi jedna ważna rzecz. Wielki sportowiec niekoniecznie zostanie po zakończeniu kariery wybitnym trenerem, świetny uczony to nie zawsze dobry nauczyciel. Nie każde też z cenionych pisarzy potrafi świadomie zanalizować składowe swojego sukcesu i podpowiedzieć czytelnikom poradnika, co zadecydowało, że z wielu, bo ja wiem, thrillerów spiskowych czy romansów o wampirach to właśnie jego/jej książka odniosła sukces.

Plus, na sukces pisarski – zwłaszcza sukces ogromny, na skalę Kinga czy Dana Browna (świat) albo Remigiusza Mroza (Polska) zwykle składa się więcej niż składowa literacka. Rozmawialiśmy o tym długo w wątku w HydeParku niedawno i wniosek był jeden: są składowe inne niż “To jest cholernie udana książka” i nie wszystkie z nich są powtarzalne, nie wszystkie da się odtworzyć. Z kolei pewien rodzaj formularności, powtarzalności (np. ścisłe trzymanie się podziałów na części konstrukcyjne) lepiej chyba sprawdza się w formach seryjnych, takich jak scenariusz, przydaje się też, jako guideline, do konstruowania powieści dla początkujących, bo struktura to częsty problem debiutów powieściowych.

 

Zrobię w HydeParku wątek na dyskusję o podręcznikach pisania, o tym, czy mamy ulubione i z czego z nich korzystamy (chyba że już jest, jak ktoś wie, podpowiedzcie proszę, to go ożywię!), co Wy na to?

 

(1) Przykład: dosłownie parę dni temu słuchałam podcastu polskiej pisarki, która jest specjalistką w zakresie fizyki atomowej. Czytała pierwszy rozdział powieści innej polskiej autorki i wskazywała, punkt po punkcie, gdzie SF w powieści niewiele ma wspólnego z S :). Mnie ten rozdział się podobał i w życiu bym nie wyłapała tych detali (bo to były, z punktu widzenia laika, detale), dla niej były oczywiste.

 

Absolutnie nie mówię tego, żeby komuś czegoś zakazać albo zniechęcać albo pokazywać, kto jest lepszy, ale – popatrzcie. Drakaina otóż ma doktorat z literaturoznawstwa (polonistycznego), ja mam z tego samego literaturoznawstwa habilitację (w specjalności filologia klasyczna). Kiedy któraś z nas (albo dowolne inne z forumowych specjalistów-humanistów) mówi, że coś W ZAKRESIE SPECJALNOŚCI jest czymś (np. jaka jest definicja charakterystyki bezpośredniej i gdzie ją w tekście widzi), to my naprawdę wiemy, o czym mówimy, dokładnie tak, jak kiedy podobnego typu opinie – w swojej specjalności – wygłasza na forum osoba, której naukową / zawodową specjalnością jest geologia, medycyna, matematyka, fizyka, chemia, IT, you name it. Serio-serio.

Ninedin, jest ogromna różnica między naukami ścisłymi a humanistycznymi. Nauki ścisłe mają to do siebie, że niewiele miejsca pozostawiają domysłom i interpretacji, z literaturą jest zupełnie inaczej. I wybacz, ale ujmę to dosadnie, wiem, jak piszecie i ani Ty, ani drakaina nie jesteście dla mnie żadnymi autorytetami. Finalnie o sukcesie literackim zawsze zdecyduje ten czytelnik bez doktoratów i możecie się na to oburzać, ale takie są fakty. Możecie świetnie znać historię literatury, na pewno macie dużą wiedzę, ale to nie zmienia faktu, że teksty drakainy przewijam w trakcie czytania, żeby sprawdzić, czy dużo jeszcze zostało. I uprzedzając złośliwości, nie jestem fanką Blanki Lipińskiej. Gratuluję posiadania “kółeczka wzajemnej adoracji” i grupowego napadania na każdego, kto ośmieli się mieć inne zdanie i nie zachwycać się tym, czym Wy się zachwycacie. Jestem za wolnością słowa i wolnością opinii, zwłaszcza w kontekście odbioru literatury, ale najwyraźniej tutaj panują inne zasady.

 

Absolutnie nie próbuję Ci, Alicello, odmówić prawa do oceniania tego tekstu w sposób zgodny z Twoimi odczuciami jako czytelniczki. Ale to, co autor tu zrobił, to jest charakterystyka bezpośrednia, jak najbardziej – tylko Twoim zdaniem nieudana i nie działająca tak, jak powinna.

Ale ja przecież cały czas twierdzę, że jest to charakterystyka bezpośrednia, to drakaina twierdzi inaczej. 

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Mam wrażenie, że obie strony tej pasjonującej dyskusji nie do końca mówią o tym samym. Według Alicelli źle wyszło opowiadanie bohatera o sobie w stylu gawędy skierowanej wprost do czytelnika. 

Natomiast Drakaina twierdzi, że Alicella nie zna definicji charakterystyki pośredniej. Jednak w tym opowiadaniu ta definicja została potraktowana bardzo, hmmm, szkolnie. Rasowa charakterystyka pośrednia to pokazanie cech charakteru bohatera przez jego działanie i słowa wypowiadane w konkretnych scenach, a nie wprost do odbiorcy. Myślę, że właśnie o to chodziło Alicelli. Popieram jej stanowisko.

Niepokoi mnie również, że każda próba krytykowania autorów “modnych” na portalu spotyka się ze zmasowanym odzewem i za każdym razem sprowadza się on do schematu: mylisz się, nie znasz się, podaj definicję, bo źle myślisz. Coś tu się dzieje niedobrego. Dlatego nie dziwi mnie, że Alicella się zdenerwowała. To ona była Jurorką.

 

No to ja się wtrącę i na początek zrobię coś, za czym nie do końca przepadam – a mianowicie użyję argumentu z autorytetu.

Ninedin, nie podnosiłabym takich argumentów. Nikt nie odmawia Wam wykształcenia, ale stawianie się na pozycji autorytetu w jakiejkolwiek dziedzinie odstrasza, bo dorośli ludzie nie lubią być pouczani. Uciekną z forum.

Też skończyłam jako pierwsze studia filologię polską i byłam o krok od obrony doktoratu, z którego zrezygnowałam na rzecz pracy w gazecie. Jednak absolutnie nie uważam się za eksperta i myślę, że każdy użytkownik ma równe prawa w komentowaniu, co sama podkreślałaś niedawno. 

Dla mnie ekspertem mającym ważniejszą opinię niż reszta byłby autor kilku samodzielnie wydanych powieści, albo ktoś pracujący w wydawnictwie. Są takie osoby na forum, ale od żadnej nie usłyszałam “ja wiem lepiej”.

 

Cholera, wydawało mi się, że bardziej koncyliacyjnie już nie umiem tego napisać, mocniej podkreślić, że nie mówię o opiniach i interpretacjach, tylko o tym, że wszyscy tu na forum wykorzystujemy swoją wiedzę przy recenzowaniu tekstów i liczymy na to, że będzie przydatna i że inni ją zauważą. Poniekąd jesteśmy przecież społecznością, w której każdy się na czymś zna, każde z nas na czymś troszkę innym, i możemy z tego czerpać nawzajem. I uczyć się od siebie nawzajem.

 

ANDO, zauważ, że akurat tu i ja, i Ty pod jednym względem wiemy lepiej – Ty jako polonistka, ja jako też literaturoznawczyni. Konkretnie: wiemy lepiej np. jak pewne rzeczy nazwać i opisać w tekście, tak jak Chro (geolog) wie lepiej ode mnie, jak się zachowują poszczególne skały, cobold (lekarz) – co się dzieje w ludzkim ciele itd. To nie znaczy – i o tym pisałam otwartym tekstem – że nasze INTERPRETACJE są lepsze, ani że ktokolwiek ma podporządkować się tymże. To znaczy jedynie, że pewne rzeczy w tekście widzimy, bo tego nas uczono, tak jak astronoma uczono, jak działają ciała niebieskie, a mnie – nie. Jako czytelniczka mogę wysłuchać opinii, że w danym opowiadaniu nie zgadzają się fakty – ale, jak absolutnie każda osoba czytająca, potem oceniam, czy mi ta niezgoda na fakty przeszkadza w ocenie tekstu, czy nie. Tak samo – osoba czytająca np. wiersz na forum może dostać ode mnie informacje “w tym sonecie rytm się nie zgadza”, ale co zrobi z tą informacją, czy będzie ona miała dla niej znaczenie, to jej własna sprawa. To jest niezbywalne prawo każdego czytelnika: do lektury wnosi się siebie i sobą – sumą swoich gustów, doświadczeń, wcześniejszych lektur, fobii, zamiłowań, upodobań, wiedzy, tego wszystkiego, co czyni każde z nas wyjątkowym – się odbiera i ocenia tekst.

ANDO, Alicello, przecież nigdzie nie mówiłam, że moje interpretacje, jak specjalistki, są w czymkolwiek lepsze – macie to otwartym tekstem w mojej wypowiedzi:

Różnica jest taka, że czytać każdy może i mieć opinię o czytanych tekstach też, i bardzo dobrze, o to chodzi

To nie unieważnia w żaden sposób opinii osób czytających / recenzujących o tym, czy dane zjawisko działa, czy nie – że się odezwę lekko wulgarnie, opinia jest jak d***, każdy ma własną, i, że powtórzę, to dobrze, o to chodzi.

Absolutnie nie próbuję Ci, Alicello, odmówić prawa do oceniania tego tekstu w sposób zgodny z Twoimi odczuciami jako czytelniczki.

 

Nie chodzi o interpretację, ta jest własna, powtórzyłam to kilka razy, własna, osobista, wszystkie równe. Chodzi jedynie o to, że jeśli ufacie lekarzowi, który wam przyjdzie pod tekst i powie np. “Hej, pigułki nasenne nie do końca tak działają”, to może warto by zaufać i literaturoznawcy, kiedy mówi “wiesz co, ale to jednak jest to czy”. I tyle. Patrz wyżej w kwestii interpretowania tych zjawisk.

ANDO, naprawdę w tym, co powyżej, widzisz pouczanie i zagrożenie, że czytelnicy uciekną z forum? Alicello, naprawdę widzisz w tym “grupowe napadanie”?

Oraz:

Alicello, nie aspiruję do bycia autorytetem, no, może trochę dla mojego siedmioletniego siostrzeńca, z okazji faktu, że mam pewne pojęcie o interesujących go komiksach. A twoja opinia o humanistach nie jest odosobniona, nie jesteś też pierwszą osobą, która mi odmówiła bycia prawdziwym naukowcem i nazwała “humanistą”. To jest, przyznam, zawsze przykre i zasmucające, niezależnie od tego, że nie jest do końca prawdziwe (wobec humanistyki, nie wobec mnie, w tej ostatniej kwestii nie mam żadnych zewnętrznych narzędzi do oceny).

Ando

Jednak w tym opowiadaniu ta definicja została potraktowana bardzo, hmmm, szkolnie.

Odpowiem Twoim stylem: Według Ciebie.

Rasowa charakterystyka pośrednia to pokazanie cech charakteru bohatera przez jego działanie i słowa wypowiadane w konkretnych scenach, a nie wprost do odbiorcy.

Według Ciebie. Następnym razem opiszę środowisko bohatera i kilkanaście lat jego życia za pomocą scenek i dialogów. Aha, oczywiście zmieszczę się w 30k znaków… Bo przecież da się, prawda?

 

Niepokoi mnie również, że każda próba krytykowania autorów “modnych” na portalu spotyka się ze zmasowanym odzewem i za każdym razem sprowadza się on do schematu: mylisz się, nie znasz się, podaj definicję, bo źle myślisz. 

Teraz mnie obrażasz. Czyli jedyny powód, dla którego dostaję jakikolwiek pozytywny komentarz to według Ciebie fakt bycia “modnym” (cokolwiek by to miało znaczyć…)? Owszem, piszę mało – opieka nad dzieckiem zajmuje mi większość czasu. Owszem, piszę czasem nielogicznie, robię błędy i mam trudności z przenoszeniem myśli na papier, ale, no wybacz, przyszedłem tu jak każdy inny i na początek dostałem dużą porcję krytyki, a moje opowiadania nie wchodziły nawet do Biblioteki. Mam opka, które nie dostawały nominacji, mam nominowane opka, które nie dostawały Piórek. O jaką “modę” Ci chodzi?

Coś tu się dzieje niedobrego. Dlatego nie dziwi mnie, że Alicella się zdenerwowała. To ona była Jurorką.

I co z tego, że była Jurorką? Czy ja mam jakieś obiekcje do wyniku? To jej i Near-Deatha konkurs i mają święte prawo wybrać sobie takich zwycięzców, jakich chcą. Ale “prawdy objawione” Alicelli dotyczą opowiadania i mam prawo się bronić jak każdy autor.

Ninedin, wszystkiego, co wiem o pisaniu, nauczyłam się już po studiach, od praktyków. Do reszty nie odniosę się w tym miejscu, powstałby za długi offtop. 

 

Zanais

Jednak w tym opowiadaniu ta definicja została potraktowana bardzo, hmmm, szkolnie.

Odpowiem Twoim stylem: Według Ciebie.

Według reguł pisania. 

Zwykle nie komentuję opowiadań, o których nie mogę powiedzieć wiele dobrego. Tym razem zrobię wyjątek.

O sposobie prowadzenia narracji już wiesz, że nie wypadł najlepiej. 

 

Następnym razem opiszę środowisko bohatera i kilkanaście lat jego życia za pomocą scenek i dialogów. Aha, oczywiście zmieszczę się w 30k znaków… Bo przecież da się, prawda?

Oczywiście, że się da.

Kolejny element układanki: bohater. Tutaj zgodzę się Alicellą. Poza tym Ignacy został zbudowany w taki sposób, jakby ktoś wziął książkę z zaburzeniami i odhaczał punkt po punkcie. 

Opisałeś bardzo prostą historię, ale skoro znalazłeś odbiorców, nie będę się czepiać.

Ostatnia rzecz, która najbardziej mnie raziła w tekście: zakład pogrzebowy wypadł bajkowo. Podejrzewam, że nigdy nie widziałeś zwłok, ale można było zrobić risercz, np. co się dzieje z żyłami po śmierci, jak zmienia się nawodnienie ciała, kiedy ustępuje stężenie pośmiertne itp. O plamach opadowych też wspominasz tylko mimochodem, a to kluczowy objaw. Szczegóły budują klimat.

Większość scen z tego opowiadania nie miała prawa się wydarzyć, bo zwłoki są szykowane przed samym wystawieniem. Ciała bardzo szybko gniją, nie mogą leżeć całą noc. Wiem, bo ktoś z moich bliskich ma taki zakład.

Scena z dzieckiem wycinanym z brzucha też nierealna, w czasie sekcji płody są wyjmowane z ciała matki, potem układa się je w nogach trumny. Wygląd topielca również nie był realistyczny, ale to akurat dobrze.

Obecnie większość rodzin chce pożegnania w otwartej trumnie, gdyby Ignacy okaleczył zwłoki, od razu by to zauważono. Poszedłby siedzieć, a na pewno nikt inny by go nie zatrudnił w mieście. Ostatnio była sprawa pracownika zakładu pogrzebowego, który tylko robił zdjęcia ze zmarłymi. Dostał wyrok. Osoby do pracy w zakładzie pogrzebowym łatwo znaleźć, bo jest dobrze płatna, więc przy wpadce wyleciałby od razu.

O ile drobiazgi można pominąć bez szkody dla fabuły, podstawowe informacje warto sprawdzić, bo to podnosi jakość tekstu. 

Czepnę się też logiki. Skoro “oni” byli siłą nadprzyrodzoną (jedyny element fantastyczny w opowiadaniu), w jakim celu Ignacy umieszczał nagrania w internecie? Poza tym policja szybko by go namierzyła za takie akcje. 

Odpowiem Twoim stylem: Według Ciebie.

Według reguł pisania. 

Najwyraźniej czytaliśmy inne poradniki.

Zwykle nie komentuję opowiadań, o których nie mogę powiedzieć wiele dobrego. Tym razem zrobię wyjątek.

Dobra metoda.

O sposobie prowadzenia narracji już wiesz, że nie wypadł najlepiej. 

Że nie jest stylizowany? Bo ogólnie nie wypadł źle, moim zdaniem.

Następnym razem opiszę środowisko bohatera i kilkanaście lat jego życia za pomocą scenek i dialogów. Aha, oczywiście zmieszczę się w 30k znaków… Bo przecież da się, prawda?

Oczywiście, że się da.

Jakoś Ci nie wierzę?

Kolejny element układanki: bohater. Tutaj zgodzę się Alicellą. Poza tym Ignacy został zbudowany w taki sposób, jakby ktoś wziął książkę z zaburzeniami i odhaczał punkt po punkcie. 

Rozumiem, że jesteś w kółku wzajemnej adoracji Alicelli, więc nie spodziewałbym się niczego innego ;) To Twoja opinia, ja tam zespołu każdych zaburzeń nie widzę, ale co ja tam wiem…

Opisałeś bardzo prostą historię, ale skoro znalazłeś odbiorców, nie będę się czepiać.

Zacytuję Ci Alicellę:

Finalnie o sukcesie literackim zawsze zdecyduje ten czytelnik bez doktoratów

Skoro się spodobało, to znaczy, że coś się spodobało. Proste historie też mają swój urok, a mówisz o nich jakby to było coś złego. Czy Twój tekst na Wcielenie nie był prosty? Był. Psychologia postaci była świetna? No, nie wiem, dużo osób kręciło nosem. Tak, pisze proste historie. Co z tego?

Ostatnia rzecz, która najbardziej mnie raziła w tekście: zakład pogrzebowy wypadł bajkowo. Podejrzewam, że nigdy nie widziałeś zwłok, ale można było zrobić risercz, np. co się dzieje z żyłami po śmierci, jak zmienia się nawodnienie ciała, kiedy ustępuje stężenie pośmiertne itp. O plamach opadowych też wspominasz tylko mimochodem, a to kluczowy objaw. Szczegóły budują klimat.

Źle podejrzewasz. Szczegóły budują klimat, dopóki nie jest ich za wiele. To nie opowieść o prowadzeniu zakładu pogrzebowego ani o autopsji zwłok. Skupianie się na wiedzy specjalistycznej kosztem prowadzenia fabuły i bohatera to błąd – radzę zajrzeć do reguł pisania ;)

Większość scen z tego opowiadania nie miała prawa się wydarzyć, bo zwłoki są szykowane przed samym wystawieniem. Ciała bardzo szybko gniją, nie mogą leżeć całą noc. Wiem, bo ktoś z moich bliskich ma taki zakład.

Czekaj, które ciało tutaj leży całą noc? Po to są chłodnie w zakładach pogrzebowych. Ciało gnije w zależności od warunków otoczenia – głównie temperatury czy wilgotności.

Scena z dzieckiem wycinanym z brzucha też nierealna, w czasie sekcji płody są wyjmowane z ciała matki, potem układa się je w nogach trumny. Wygląd topielca również nie był realistyczny, ale to akurat dobrze.

Wygląd topielca jest bardzo zróżnicowany. Scena z dzieckiem – nie będę się kłócił.

Obecnie większość rodzin chce pożegnania w otwartej trumnie, gdyby Ignacy okaleczył zwłoki, od razu by to zauważono.

Nie. Część zwłok nie nadaje się do pożegnania w trumnie. Sama piszesz “większość”, więc nie wszystkie rodziny chcą takiego pożegnania. Okaleczenia pod ubraniem nie sądzę, by zauważono. Ignacy wspomina, że po zdjęciach maskuje okaleczenia.

Poszedłby siedzieć, a na pewno nikt inny by go nie zatrudnił w mieście. Ostatnio była sprawa pracownika zakładu pogrzebowego, który tylko robił zdjęcia ze zmarłymi.

Błąd. Przyłapany pracownik nie jest wyznacznikiem. W sieci naprawdę możesz znaleźć zdjęcia zbezczeszczonych zwłok. Ludzie są ludźmi.

Osoby do pracy w zakładzie pogrzebowym łatwo znaleźć, bo jest dobrze płatna, więc przy wpadce wyleciałby od razu.

Błąd. Uogólniasz i zakładasz określone zachowanie zróżnicowanej, wielkiej grupy ludzi.

Czepnę się też logiki. Skoro “oni” byli siłą nadprzyrodzoną (jedyny element fantastyczny w opowiadaniu), w jakim celu Ignacy umieszczał nagrania w internecie?

Nie rozumiem pytania. Umieszczał, żeby zarobić pieniądze. Jeden element fantastyczny w tekście to nie wada, a piszesz jakby była.

Poza tym policja szybko by go namierzyła za takie akcje. 

Teraz to chyba żartujesz.

 

I wciąż nie doczekałem się odpowiedzi o “modzie”…

 

Czekaj, które ciało tutaj leży całą noc? Po to są chłodnie w zakładach pogrzebowych.

Napisałeś, że brał wieczorne zmiany i wyciągał ciała na stół, czyli nie były w chłodni. Podałeś godzinę dwudziestą trzecią przy opisie dziewczyny. 

Proste historie też mają swój urok, a mówisz o nich jakby to było coś złego.

Fabularnie bardzo mało się dzieje w tym opowiadaniu. 

Okaleczenia pod ubraniem nie sądzę, by zauważono.

Odciął mu czubek nosa. 

Skupianie się na wiedzy specjalistycznej kosztem prowadzenia fabuły i bohatera to błąd.

Pisałam o rzeczach podstawowych. Szczegóły budują wiarygodność i klimat tekstu.

 

Zaprzeczasz faktom, więc nie ma sensu, żebym traciła czas na dalsze wyjaśnienia.

 

I wciąż nie doczekałem się odpowiedzi o “modzie”…

Zdanie wyrwane z kontekstu, z offtopu. Skoro poczuwasz się do bycia takim autorem, nic na to nie poradzę.

Na koniec Twoja opinia, którą znalazłam w komentarzach:

Zdania złożone mówi już dziecko, a osoba w zawodówce to nie jakieś niepełnosprawni intelektualnie 

odrzutki, tylko normalni ludzie.

Każdy może stać się osobą niepełnosprawną w ciągu kilku minut, np. w wyniku udaru czy wypadku. Ludzie chorzy psychicznie też dostają stopień niepełnosprawności, a wielu z nich funkcjonuje jako osoby niezdiagnozowane, niby zdrowe. Niepełnosprawni nie są w niczym gorsi od tzw. normalnych ludzi, a pod względem moralności bywają lepsi.

 

Napisałeś, że brał wieczorne zmiany i wyciągał ciała na stół, czyli nie były w chłodni. Podałeś godzinę dwudziestą trzecią przy opisie dziewczyny.

Widziałem inne wnętrza zakładów pogrzebowych niż Ty.

Fabularnie bardzo mało się dzieje w tym opowiadaniu. 

To już zostawiam czytelnikom do oceny. Nawet jeśli dzieje się mało, nie uważam tego za wadę. Może czytamy inne opowiadania.

Okaleczenia pod ubraniem nie sądzę, by zauważono.

Odciął mu czubek nosa. 

Nic, czego nie można zamaskować.

Pisałam o rzeczach podstawowych. Szczegóły budują wiarygodność i klimat tekstu.

Też lubię szczegóły, żeby nie było. Czy robię błędy w opowiadaniach? Na pewno.

Zaprzeczasz faktom, więc nie ma sensu, żebym traciła czas na dalsze wyjaśnienia.

To raczej Ty i Ali nie przyjmujecie pewnych faktów do wiadomości. Piszę, jak piszę. Nie podoba się? Ok. Wasze prawo. Krytykę trzeba jednak potrafić uzasadnić, Ali nie potrafi. Nie miałem problemu, aby przyznać None, że w “Jerzy i kobiety” zrobiłem masę błędów.

Zdanie wyrwane z kontekstu, z offtopu. Skoro poczuwasz się do bycia takim autorem, nic na to nie poradzę.

Znów piszesz ogólnikami, które można interpretować na różny sposób. Jakim autorem? Szczegóły są ważne, pamiętasz?

Każdy może stać się osobą niepełnosprawną w ciągu kilku minut, np. w wyniku udaru czy wypadku. Ludzie chorzy psychicznie też dostają stopień niepełnosprawności, a wielu z nich funkcjonuje jako osoby niezdiagnozowane, niby zdrowe. Niepełnosprawni nie są w niczym gorsi od tzw. normalnych ludzi, a pod względem moralności bywają lepsi.

Chyba przeczytałaś tam coś innego, niż napisałem. A jeśli uważasz, że nie wiem, o czym mowa, to źle trafiłaś.

Korzystając z okazji, chciałbym Ci pogratulować publikacji w NFie i mam nadzieję, że już wkrótce twój profil przyozdobi się złotym piórkiem. Można mieć swoją opinię, można mówić o czyimś pisaniu różne rzeczy, ale koniec końców jest to największe wyróżnienie do zdobycia na tym portalu i – przynajmniej moim zdaniem – świadczy o umiejętnościach autora. :)

A teraz przejdę do tekstu. Wiem, betowałem – mogłem się w tej becie bardziej postarać xD – więc pewnie moja opinia cie nie zaskoczy, bo już ją wyrażałem w trakcie bety. O ile tekst w finalnej wersji jest wyraźnie lepszy od tego, czym był na początku, o tyle nadal uważam, że potencjał nie został do końca zrealizowany. Przede wszystkich – to oczywiście moje subiektywne odczucia – proporcje zawartych w nim treści rozłożone są w sposób specyficzny.

Dostajemy obszerne opisy sytuacji rodzinnej, rozbudowany wątek obyczajowy, który zdaje się do niczego w zasadzie nie prowadzić, a przynajmniej mi zabrakło tutaj jakiejś większej puenty, albo połączenia z drugą – tą fantastyczną – częścią tekstu. Aż się prosiło, aby w którymś momencie chociażby żona albo córka bohatera wylądowały na stole w kostnicy i wokół tego był obudowany kulminacyjny moment opowiadania.

Po drugie – jak na grozę, to trochę mało odczułem tej grozy. To znaczy ona była, zwłaszcza w przedostatniej scenie, jednak (patrz wyżej) we wcześniejszych fragmentach była mocno rozwodniona. Za dużo wody a za mało wódki w tym drinku. :P No i może dlatego trochę mnie to zakończenie rozczarowało, bo kiedy wreszcie atmosfera zgęstniała i zaczęło robić się ciekawie… tekst dobiegł końca. I nawet nie będę marudził, że ostatecznie nie dowiedzieliśmy się, kogo bohater zabawia, ale troszkę mi zabrakło mocniejszej prezentacji owych “Onych”.

I wreszcie ostatnie – wiem, tu należą mi się baty, bo w końcu byłem betującym, a wtedy nie zwróciłem na to uwagi – można było mocniej wykorzystać wątek ciał i tego, co może się z nimi dziać w trakcie naturalnego procesu rozkładu. Już po becie natknąłem się na ten artykuł i mnóstwo treści dałoby się wprowadzić do opowiadania. Nie wiem, na ile robiłeś riserdż, ale z pewnością byłoby to korzystne dla tekstu. Chociażby te jęki zmarłych… a jakby zaczęły układać się w słowa? Albo naraz kilka trupów wydawałoby z siebie dźwięki? Możnaby tym nieźle pograć.

Tak więc w głosowaniu będę na NIE, ale chyba tego się spodziewałeś już po becie. :)

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Według reguł pisania. 

Na litość wszystkich bogów, nie ma czegoś takiego jak “reguły pisania”. Nie w pisaniu, które chce być literaturą. Do tych fetyszyzowanych reguł nie stosuje się żadne prawdziwe arcydzieło literatury, a to, jak koszmarnie czytelnicy zostali zepsuci przez wmawianie im istnienia jakichś reguł, świadczą komentarze dotyczące tych arcydzieł na LC.

Jak już napisała ninedin, rady dotyczące konstrukcji fabuły mogą być przydatne dla początkującego pisarza, bo pomagają uporządkować pomysły. Ale naprawdę nie każda powieść i każde opowiadanie musi mieć określony podział na części fabularne, działającego bohatera (punkt widzenia) i inne poradnikowe fetysze. To jest sprowadzanie literatury do produktu, konfekcji, a nie kreatywności.

Normy literackie istniały w dawnych epokach, nie zawsze i nie wszędzie, no i dotyczyły wyłącznie gatunków mocno sformalizowanych, głównie poetyckich, gdzie forma jest wyznacznikiem gatunku. Np. sonet musi mieć określoną liczbę wersów i jeden z przyjętych układów rymów, żeby pozostać sonetem, bo definicja sonetu jest taka, że ma czternaście wersów, które tworzą wyróżniane graficznie lub nie strofy, z układem rymów rozłożonych między dwie cząstki cztero– i dwie trzywersowe. I nic innego sonetem nie jest. Natomiast powieść prozą (epika prozatorska) od samych swoich początków cieszy się sporą dowolnością w układzie fabuły, formie podawczej i tak dalej. Nie ma reguł. Nie ma. To, co się ludziom wmawia jako reguły powieściowe czy opowiadaniowe, to są zasady rządzące scenariuszami seriali telewizyjnych, przeniesione na pisaninę, której głównym zadaniem jest przyniesienie autorowi i wydawnictwu zysków, bo są to “piosenki, które już znamy”, schematy, które ludzie łatwo łykają. To nijak nie przekłada się na wartość literacką tekstu, choć oczywiście da się w tej formule napisać zarówno gniota (który i tak się sprzeda) jak i rzecz naprawdę dobrą. Podobnie jak zarówno gniota jak i rzecz dobrą można napisać nie stosując się do tych przepisów.

 

Uwagi o towarzystwach wzajemnej adoracji są natomiast w zasadzie obraźliwe. Napisałam o tym długo, ale wywaliłam. Bo na tym poziomie, zważywszy że grupek wzajemnie się czytających i lubiących swoją twórczość jest tu kilka, nie ma co dyskutować.

http://altronapoleone.home.blog

Hej, Geki

Korzystając z okazji, chciałbym Ci pogratulować publikacji w NFie i mam nadzieję, że już wkrótce twój profil przyozdobi się złotym piórkiem. Można mieć swoją opinię, można mówić o czyimś pisaniu różne rzeczy, ale koniec końców jest to największe wyróżnienie do zdobycia na tym portalu i – przynajmniej moim zdaniem – świadczy o umiejętnościach autora. :)

Dziękuję, w sprawie umiejętności możesz zmienić zdanie po przeczytaniu :P

Dostajemy obszerne opisy sytuacji rodzinnej, rozbudowany wątek obyczajowy, który zdaje się do niczego w zasadzie nie prowadzić, a przynajmniej mi zabrakło tutaj jakiejś większej puenty, albo połączenia z drugą – tą fantastyczną – częścią tekstu. Aż się prosiło, aby w którymś momencie chociażby żona albo córka bohatera wylądowały na stole w kostnicy i wokół tego był obudowany kulminacyjny moment opowiadania.

Rozumiem. Dla mnie wątek obyczajowy miał głównie stanowić wyjaśnienie motywacji. Skupiłem się na procesie upadku bohatera. Ignacy od początku ma zaburzoną moralność, a potem jest tylko gorzej. To właśnie wynika z tła obyczajowego. Ale widzę, do czego zmierzasz i motyw z córką oraz żoną byłby niezły, tylko to już materiał na inne opowiadanie ;) 

Po drugie – jak na grozę, to trochę mało odczułem tej grozy. To znaczy ona była, zwłaszcza w przedostatniej scenie, jednak (patrz wyżej) we wcześniejszych fragmentach była mocno rozwodniona. Za dużo wody a za mało wódki w tym drinku. :P

Zgoda. Nigdy nie czytałem tekstu, przy którym był się bał, więc też nie wiem, jak taki napisać. Tutaj jest horror, który sam lubię, a ponieważ horror ma wiele podgatunków, niekoniecznie musi się podobać czytelnikom, szukającym grozy.

 No i może dlatego trochę mnie to zakończenie rozczarowało, bo kiedy wreszcie atmosfera zgęstniała i zaczęło robić się ciekawie… tekst dobiegł końca. I nawet nie będę marudził, że ostatecznie nie dowiedzieliśmy się, kogo bohater zabawia, ale troszkę mi zabrakło mocniejszej prezentacji owych “Onych”.

Zwalę na limit ;) Kiedyś czytałem opowiadanie Kinga o palcu wyłażącym z umywalki i dręczącym biednego faceta. W przedmowie King napisał, że nie lubi wszystkiego tłumaczyć i podobają mu się również teksty, gdzie coś się dzieje, bo się dzieje. No i tyle z tłumaczeń ;P

I wreszcie ostatnie – wiem, tu należą mi się baty, bo w końcu byłem betującym, a wtedy nie zwróciłem na to uwagi – można było mocniej wykorzystać wątek ciał i tego, co może się z nimi dziać w trakcie naturalnego procesu rozkładu. Już po becie natknąłem się na ten artykuł i mnóstwo treści dałoby się wprowadzić do opowiadania. Nie wiem, na ile robiłeś riserdż, ale z pewnością byłoby to korzystne dla tekstu. Chociażby te jęki zmarłych… a jakby zaczęły układać się w słowa? Albo naraz kilka trupów wydawałoby z siebie dźwięki? Możnaby tym nieźle pograć.

Dzięki za artykuł. Poczytam, lubię te klimaty. Odgłosów specjalnie nie chciałem, wolałem opcję “niemą”, ale wiadomo – gusta są różne. Jęczące zwłoki jeszcze kiedyś wykorzystam ;)

Tak więc w głosowaniu będę na NIE, ale chyba tego się spodziewałeś już po becie. :)

Ja się nawet nie spodziewałem nominacji, więc NIE teraz będę brał na klatę xD

Dzięki jeszcze raz za betę i pozdrawiam

 

Na litość wszystkich bogów, nie ma czegoś takiego jak “reguły pisania”.

Drakaino, Ty napisałaś o charakterystyce pośredniej, a pod innym tekstem o strzelbie Czechowa i narrative device. Co to jest Twoim zdaniem, jeśli nie reguły pisania? Podaj określenie, którego wolno używać.

Dziwne, w tym opowiadaniu nie przeszkadzają Ci nawet wątki romansowe, które mają wpływ na akcję.

 

ANDO, przyznałaś się, że skończyłaś polonistykę, więc naprawdę powinnaś wiedzieć, że istnieje różnica między regułami (poetyką normatywną) a zdroworozsądkowymi nieformalnymi zaleceniami, które pomagają 1) w krytyce tekstu (jego recenezowaniu czy komentowaniu), 2) w jego dopracowaniu przez autora.

 

O charakterystyce pośredniej pisałam z punktu widzenia poetyki opisowej, bo charakterystyka pośrednia jest jednym ze sposobów przedstawienia bohatera i obejmuje wszelkie niebezpośrednie (czyli nieopisowe) środki. Nie jest żadną regułą, tylko zjawiskiem, które można zaobserwować, opisać, zdefiniować. Definicja jest dla autora nie regułą (normą), tylko podpowiedzią, jak osiągnąć konkretny cel. Narzędziem, nie nakazem. Charakterystyka pośrednia jest dziś, tak co najmniej od przełomu modernistycznego, wyżej ceniona od bezpośredniej, więc krytycy wytykają bezpośrednią jako narzędzie łatwiejsze i nieciekawe, banalne. Niemniej to jeszcze nie czyni z charakterystyki pośredniej normy pisania, a z bezpośredniej zabiegu zabronionego i karalnego. Jeśli sprawny autor z wyobraźnią wymyśli sobie jako zamysł artystyczny, intencjonalny zabieg literacki operowanie wyłącznie charakterystyką bezpośrednią i opisami, może z tego wyjść perełka. Niemniej w wykonaniu przeciętniaka takie coś będzie irytowało i wskazywało na braki warsztatowe.

 

Strzelba Czechowa to obserwacja dotycząca konstrukcji fabuły, a nie norma. Nie ma obowiązku niepozostawiania takich niewybuchów, po prawdzie nouveau roman (a i równolegle nowofalowe kino) opiera się na operowaniu niewybuchami: wątkami i motywami donikąd nieprowadzącymi, niemniej to był literacki eksperyment, który miał krótkie życie; potem powieść postmodernistyczna podejmuje podobne zabiegi, niemniej, powiedzmy sobie, jest to literatura dla hardkorowców głównego nurtu. Niemniej wyobrażam sobie również napisanie ciekawej powieści czy opowiadania, które by taki zabieg wykorzystywało, ale to znów, jak w przypadku charakterystyki musi być zabieg celowy, przemyślany, mający artystyczny, a i fabularny zamysł i cel.

 

Narrative device wreszcie to wygodny termin na wskazanie tych elementów fabuły czy nawet po prawdzie czasem tylko narracji, które służą wyłącznie ułatwianiu sobie życia przez autora, a nie wynikają z logiki wydarzeń czy też świata przedstawionego. Unikanie narrative devices nie jest normą/regułą, ale dobrą radą.

 

Natomiast to, co nader często jest wskazywane w kometarzach jako reguły: podział fabuły na “akty”, bohater, który bezpośrednio działa, punkty zwrotne i tak dalej, jest podawane przez zwolenników takich rozwiązań jako reguły, normy, którymi żadna z tych cech nie jest. Tacy komentatorzy bardzo chętnie wypowiadają się uogólniająco i nakazowo: “powinieneś pisać tak i tak” czy wręcz “powinno się pisać tak i tak”, “fabuła powinna być skonstruowana wg schematu”, “bohater powinien być zaangażowany w działanie”, albo też krytykują świadome nieschematyczne rozwiązania jako niemieszczące się w tych wyczytanych z poradników zasadach, a zatem “niepoprawne”.

Bo te poradniki, w każdym razie część z nich, miewają właśnie charakter poetyk normatywnych. Tyle że oryginalnie, co już kilkakrotnie wspominałam, wychodzą od gatunku posiadającego sztywne reguły i tworzonego według z góry ustalonego schematu (formatu): serialu “proceduralowego” czyli takiego, w którym każdy odcinek jest zamkniętą całością, mimo że mamy zawsze tych samych bohaterów i czasem nawet jakiś śladowy wątek wspólny. Tam w max 50 minut musisz upchnąć akcję z zawiązaniem, rozwinięciem, twistem i zakończeniem i utrzymać uwagę widza przy telewizorze przez ten czas, w który w dodatku wchodzą reklamy i chodzi m.in. o to, żeby on te reklamy obejrzał. Dlatego w USA powstały sztywne reguły pisania takich scenariuszy, ale zauważ, że znacznie ciekawsze są te seriale, które choćby trochę łamią schemat, np. przez wprowadzenie ważnego wątku spajającego całość. Amerykańskie procedurale to po prawdzie nuda, bo możesz wszystko przewidzieć.

 

I właśnie przeciwko nakazowości protestuję, bo ona w literaturze nie działa. Działała w poetykach klasycystycznych (głównie XVI i XVIII w.), ale też wbrew temu, co uczy się w szkole np. o takim Boileau, nie były to nakazy absolutne – najciekawsze dzieła tych okresów powstają, owszem, z poszanowaniem jakiegoś tam szkieletu reguł, zwłaszcza genologicznych, ale większość tych arcydzieł normy co najmniej nagina.

To samo zresztą dotyczy sztuki neoklasycyzmu: przy całym poszanowaniu dla zasad akademickich największe dzieła malarskie i rzeźbiarskie tego wysoce sformalizowanego okresu wyróżniają się indywidualnością i dostosowaniem zasad do wyobraźni i kunsztu artysty, a nie naginaniem jego artystycznej wizji do zasad.

Tymczasem paru komentatorów na portalu widzi proces twórczy jako naginanie się do zasad, a to jest zabójcze dla wszelkiej sztuki, w tym literatury.

http://altronapoleone.home.blog

Miałam duży kłopot z oceną, co więcej dyskomfort utrzymał się, nawet po napisaniu postu, podjęciu decyzji, odczekaniu. A brzmi ona – nie tym razem. :-(

 

Chcąc zniwelować dyskomfort, ponieważ marny ze mnie czytacz horrorów (niewiele), sięgnęłam do komentarzy pod opowiadaniem, myśląc o jakimś rodzaju podpowiedzi, kierunku możliwego odbioru, w sumie czegoś, co pozwoliłoby mi zmienić zdanie. Przecież mogę nie czuć, rozumieć o co kaman w tym gatunku. Jedne rzeczy ludzi przerażają, inne nie. Szukałam jakiejś średniej czytelniczej. Niestety, nic mnie nie przekonało, co więcej zauważyłam że nikt nie poruszył kwestii, która mnie  gniecie.

 

Niewątpliwie opowiadanie jest dobre – to widziałam i czułam podczas czytania, lecz jednocześnie treść mnie zniechęciła, „wróć”/„delete”, chodzi bardziej o wnioski, horror/bizzaro? Pozostałam z wrażeniem sprzeciwu wymieszanego z żalem, jakby nie tak miało być, jakby… napiszę o tym za chwilę.

 

Na pierwszy ogień, zalety:

*narrację prowadzisz nad wyraz konsekwentnie i adekwatnym językiem.

Mamy do czynienia z rodzajem spowiedzi bohatera przed czytelnikiem. Nie wiemy, w jakiej sytuacji podsumowanie się odbywa, dlaczego mówi do nas (a może do samego siebie?), w jakim punkcie linii czasu opowiada nam o swoim życiu. Dla mnie bardzo umiejętnie prześlizgujesz się nad pewnymi latami życia, zwalniając we właściwych miejscach. 

Zawodówka nie stanowiła dla mnie wielkiego zgrzytu, co najwyżej podmieniłabym na technikum. Może dlatego, że przyjaciółka (polonistka) od wielu lat opowiada mi prowadzonych lekcjach w kombinacie szkół zawodowych (kilka zawodówek i technika – kilka klas o zróżnicowanych profilach), co więcej nigdy nie chciała pracować w liceum i odkąd pamiętam tak miała. Wiem, z czym się zmaga, jak prowadzi zajęcia, co robi poza tym (teatr, performance, nawet od kilku lat uruchomiła lekcje filozofii i co roku kilaknaście osób wybiera na maturze filozofię). Wiem też jak reagują uczniowie.

 

*klarowna motywacja bohatera, od rzemyczka do kamyczka, w pełni zrozumiała, rozwijająca się na przestrzeni czasu życia z leit motivem Tajki, jest zdecydowanie mocną stroną tekstu.

 

*plastyczne szczegóły, opisywane z przerażająca skrulatnością.

 

No, i przyszła pora, aby przejść do rozczarowania czy wspomnianej na wstępie wewnętrznej niezgody. 

Opowieść jest szalenie smutna i realistyczna przez rodzaj zastosowanej narracji i fakty z życia bohatera. Nietrudno się wielu rzeczy domyśleć i zrozumieć prowadzony monolog, ani na chwilę „nie wychodzisz” z bohatera, nic nie wybija, żaden wtręt. W pełni panujesz nad tekstem. Konfrontujesz nas z nagą rzeczywistością, odartą z kolorów i marzeń, choć pojawiają się i one, z rzadka, niczym rajskie ptaki. Jako czytelnik wiem, że nic nie może pójść dobrze, że będzie tylko gorzej, niezależnie od podjętych przez bohatera wysiłków czy starań. Przypomniały mi się opowiadania polskiego M. Nowakowskiego, te szare, surowe, a z amerykańskich D.F. Wallace.

Napisałeś świetny kawałek prozy, lecz nie grozę ani horror. Tu, boimy się jako czytelnik czegoś zgoła innego (przynajmniej ja tak miałam, nie będę uogólniała): życia, konsekwencji, fatum lub zwyczajnie losu, tego, co możemy zrobić, a co nie. Dostępności pewnych rozwiązań i ich pozbawienia.

Czego mi brakuje – dobrego zakończenia i nie wekslowania na siłę w kierunku horroru. Wszystkie sceny mogłyby wyglądać identycznie, nawet element nadprzyrodzony. Napis na ramieniu nie stanowi zakończenia, a przynajmniej istnieje spore ryzyko, że nim nie będzie. Zwolennicy horroru będą sarkać, że sceny owszem plastyczne, przerażający proceder, lecz się nie bali, bo co ich obchodzi chłopak po skończeniu zawodówki, pewnie zwyrodnialec (celowo wyostrzam), a poza tym statyczna opowieść, więc nie generuje lęku o powodzenie bohatera, a tym samym mogą go nie odczuwać. Nie podskakiwać, gdy nagle pojawi się „potwór”; nie zaciskajć kciuków, wiedząc, co czai się za rogiem, czekając na nieświadomego bohatera. Z kolei inni, np. podobni do mnie może będą marudzić, a gdzie puenta? O czym mam pomyśleć, jakie przesłanie. Ci pierwsi skwitują zakończenie: „Ano, ok. Widomo było, że dopadną go”; drudzy: „Dobrze, ale co z tego wynika, kim są widzący i właściwie dlaczego Ignacy wpadł w ich sidła, każdy tak może?”. Obie grupy niejako wylądują w próżni z innego powodu.

 

Drobiazgi:

odarte buty na wysokim obcasie.

Podmieniłabym. Czy chodzi ci o zdarty obcas, przetarta podeszwę, czy zniszczene, poprzebierane w niektórych miejscach buty?

Nie smoliście czarną, jak u ludzi, którzy nie uciekli z pożaru, ale w kolorze porannej kawy

Zatrzymało mnie podkreślenie, dopiero po chwili zrozumiałam, że chodzi o ludzi ktorzy zginęli w pożarze.

Na suficie powiększała się czarna plama, z której lało coś czarnego, śmierdzącego jak zepsute mięso.

Brakuje „się”?

 

pzd

a

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej, Asylum

A brzmi ona – nie tym razem. :-(

No ja żalu nie mam. To było wiadome ^^

Dla mnie bardzo umiejętnie prześlizgujesz się nad pewnymi latami życia, zwalniając we właściwych miejscach. 

Dzięki, więc nie takie streszczenie ;)

Zawodówka nie stanowiła dla mnie wielkiego zgrzytu, co najwyżej podmieniłabym na technikum

Też tak myślę. Zanim prawdopodobnie wyślę opowiadanie do Histerii, pozmieniam zgodnie z zaleceniami.

klarowna motywacja bohatera, od rzemyczka do kamyczka, w pełni zrozumiała, rozwijająca się na przestrzeni czasu życia z leit motivem Tajki, jest zdecydowanie mocną stroną tekstu.

O, no i z tego mogę się cieszyć. Motywacja to główna siła napędowa opowiadania i jej poświęciłem najwięcej miejsca.

Napisałeś świetny kawałek prozy, lecz nie grozę ani horror.

Nie przeczę. W ogóle ostatnio pożyczyłem parę antologii horrorów i przyznam, że to nie moja bajka. Najczęściej horrory wyglądają jak obyczajówki z jakimś motywem przełamującym normalność. Ale niepokój, strach? Nie czuję.

 Czego mi brakuje – dobrego zakończenia i nie wekslowania na siłę w kierunku horroru. Wszystkie sceny mogłyby wyglądać identycznie, nawet element nadprzyrodzony. Napis na ramieniu nie stanowi zakończenia, a przynajmniej istnieje spore ryzyko, że nim nie będzie

O ile z horrorem mogę się zgodzić, to zakończenia będę bronił. Horror znany jest z otwartych zakończeń. Ba, to prawie jego znak rozpoznawczy. Zobacz, ile filmowych horrorów kończy się tak, że zło przetrwało (logika tego przetrwania to inna sprawa). Tak samo w książce – czytam teraz opowiadania Joe Hilla i wiele opowiadań kończy się tam, gdzie inny horror dopiero by się zaczął. Tu nie ma miejsca na puentę i przesłanie, nigdy nie miało być, nie ten typ opowiadania. Morał – nie rób tego czy tamtego, nie zachowuj się jak Ignacy – byłby miałki w wydźwięku i nie pasowałby do tekstu.

Zakończenie nie stanowi tutaj końca losów Ignacego, ale raczej zamknięcie pewnego rozdziału – nazwijmy go podróżą do piekła, a piekło to już inna historia. Marzenie o lepszym życiu legło w gruzach, nie zostało już nic, na czym Ignacy może się oprzeć, żaden cel i ambicja.

Dzięki za lekturę – mimo głosu na NIE, znalazłem tu więcej pochwał niż wad, czego się nie spodziewałem :)

 

To było wiadome ^^

E, tam, wcale nie. Nie, nie! :-)

Dzięki, więc nie takie streszczenie ;)

Absolutnie, ciągle mam tego chłopaka przed oczami!

O ile z horrorem mogę się zgodzić, to zakończenia będę bronił. Horror znany jest z otwartych zakończeń. Ba, to prawie jego znak rozpoznawczy. Zobacz, ile filmowych horrorów kończy się tak, że zło przetrwało (logika tego przetrwania to inna sprawa)

To prawda z horrorami, próbowałam wymyślić inne zakończenie albo coś, co przekonałoby mnie – nie potrafiłam tego zrobić, pozostawałam w kręgu odmian Twojego zakończenia. Spróbuję przewertować opowiadania wspomnianych już autorów, aby zobaczyć jakie rozwiązania stosowali. Pamiętam też jedno krótkie, ale przerażające opowiadanie z królikiem, niestety wypadło mi z głowy nazwisko autora, też było chłodne i realistyczne, a wystraszyło w zasadzie wszystkich, bo on (autor) coś zrobił właśnie w końcówce. W tej chwili tylko idea mi pozostała w pamięci, więc nie będę spojlerowala, najpierw je odszukam. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Pewnego dnia mieliśmy pracować nad topielcem. Facet napuchł od długiego przebywania pod wodą, jego rysy twarzy prawie uległy zatarciu.

Jeśli napuchł przez fakt bycia topielcem, to zaznaczony fragment uważam za zbędny.

 

Kiedy próbowałem wepchnąć napęczniały język do sinych ust, coś białego mignęło między zębami. Odruchowo zabrałem rękę i wzdrygnąłem się, myśląc, że lada chwila jakieś wodne stworzenie wypełznie z tej niecodziennej kryjówki. Zamiast tego usłyszałem cichy bulgot, po czym strumień spienionej mazi wytrysnął z ust i opadł na masywną pierś.

W opku o czarownicy tłumaczyłeś się konwencją. A teraz? ;)

 

Przypomniawszy sobie, że dziś piątek, ruszyłem o zmierzchu do klubu nocnego. Odwiedzałem któryś przynajmniej raz w tygodniu. Muzyka – głośna aż do przesady – pozwalała zapomnieć o szumie wentylatorów i brzęczeniu komór chłodniczych, gwałtowne ruchy tańczących sylwetek były zaś miłą odmianą od bezruchu umarłych.

Hm. Zaskakujący fragment, zważywszy, że bohater jak dotąd kilkukrotnie podkreśla, że zatrudnił się w prosektorium bo jest taki gruboskóry i nic go nie rusza (a dosłownie chwilę wcześniej szef nie wytrzymuje i wychodzi się przewietrzyć, a typ po prostu pracuje dalej).

 

Ok, pomijając drobnostki powyżej – ależ to jest dobre opowiadanie.

Metraż jest tutaj nie za długi, a mimo to odebrałem Ignacego jako osobę z krwi i kości. Nie jest prostym plot device; nie wzbudza sympatii, bo jest wręcz antypatyczny. Targa nim spektrum emocji, bo raz analizuje na chłodno, a zaraz oddaje się obłędowi. W jego charakterystyce pojawia się też kilka białych plam – lub raczej takich kokardek dowieszonych na siłę, które odpadły, bo ozdób już było za dużo – są to na przykład ledwie wspomniane/porzucone/niedokończone wątki rodzinne o chorym bracie czy żonie i dziecku. (Btw. w jednym miejscu szefowa tłumaczy paranoję Ignacego śmiercią ojca, a parę akapitów później Ignacy rozmawia z tym ojcem).

Zawód dobierasz mu bardzo rozsądnie. Jest w tym trochę szpanerstwa z Twojej strony jako autora, zrobić postać taką edgy, która pracuje ze zwłokami i nic sobie z tego nie robi. Czytelnik oczekuje czegoś takiego, jednocześnie nie przejmuje się tym za bardzo, ale jesteś tego świadom i zupełnie nagle ujawniasz proceder, w który postać się wplątuje, niczym z odmętów darkwebu – i to daje ten efekt “wow”. Bo poziom odrazy płynący z tego opowiadania ewoluuje, rozwija się stopniowo, ale pogłębia się nieubłaganie i jest w tym coś absolutnie wciągającego.

Fantastyka jest tutaj gdzieś z boku, ale jest to taki rodzaj fantastyki, której nie chce się zgłębiać, wręcz dobrze, że trzyma się ją na dystans. W sumie nie wiadomo, co przyplątało się do Ignacego, co z jednej strony daje pole do rozwinięcia tematu np. w kolejnym opowiadaniu, ale sądzę, że jest to raczej świadomym zagraniem, by straszyć tu samym niedopowiedzeniem.

Do czego się doczepię – uważam, że to “(+18)” w tytule wygląda bardzo tandetnie. Taki disclaimer dałoby się z powodzeniem umieścić w przedmowie.

Zabawny Zanais to marka sama w sobie, ale kurde, poważny Zanais też potrafi konkretnie przywalić.

Zanais,

kopę lat, bo dawno nie portal nie zaglądałam :)

 

Choć drama rozgrywająca się w komentarzach jest bardzo absorbująca, skupię się na własnej opinii :).

 

Mi się podobało, nawet bardzo. Przyszłam, szukając inspiracji i to był zdecydowanie dobry wybór – czytałam z zapartym tchem i napięciem. Bohater wzbudził we mnie skrajne emocje, od obrzydzenia po pewnego rodzaju współczucie (czułam tą jego pustkę, pewnego rodzaju wypalenie i poczucie beznadziei). Jest klimat, jest horror, który był umiejętnie wkomponowany i nie trącił z daleka sztampą (co uważam za trudne zadanie w takim limicie i takim gatunku). Temat trudny i obrzydliwy, ale ująłeś to w taki sposób, że nie sposób było się oderwać. Ba, to jedno z opowiadań, które pewnie zostanie mi w głowie na dłużej (a moim skromnym zdaniem to świetny wyznacznik – jeżeli zapominam tekst zaraz po przeczytaniu, to jak może być dobre?). 

Nie będę krytykować – pewnie coś by się znalazło, ale kluczowa zawsze była dla mnie fabuła, klimat i bohaterowie. Tutaj to dostałam na naprawdę dobrym poziomie :) a mam wrażenie, że na portalu zbyt wiele czytaczy skupia się na drobnostkach i czepia się dla samej zasady.

Hej, MrB

Zacznę od łapanki. Ten fragment z topielcem zostawię, jakoś mi nie gra bez niego no i nie każdy wie, jak to jest z topielcami ;)

W opku o czarownicy tłumaczyłeś się konwencją. A teraz? ;)

Teraz tłumaczę się tylko stylem :P

Hm. Zaskakujący fragment, zważywszy, że bohater jak dotąd kilkukrotnie podkreśla, że zatrudnił się w prosektorium bo jest taki gruboskóry i nic go nie rusza (a dosłownie chwilę wcześniej szef nie wytrzymuje i wychodzi się przewietrzyć, a typ po prostu pracuje dalej).

Hm, właściwie racja, ale myślę, że nawet od pracy, która staje się rutynowa, czasem trzeba odpocząć. Na pewno warto byłoby rozbudować tę motywację.

Ok, pomijając drobnostki powyżej – ależ to jest dobre opowiadanie.

Ha, dzięki! Na pewno wzbudziło wiele emocji ;)

Metraż jest tutaj nie za długi, a mimo to odebrałem Ignacego jako osobę z krwi i kości.

To mnie bardzo cieszy. Większość tekstu to opis Ignacego i nie wiedziałem, czy uda się wykreować dojrzałą postać przy okazji wsadzając jakąś fabułę ;)

Czytelnik oczekuje czegoś takiego, jednocześnie nie przejmuje się tym za bardzo, ale jesteś tego świadom i zupełnie nagle ujawniasz proceder, w który postać się wplątuje, niczym z odmętów darkwebu – i to daje ten efekt “wow”. Bo poziom odrazy płynący z tego opowiadania ewoluuje, rozwija się stopniowo, ale pogłębia się nieubłaganie i jest w tym coś absolutnie wciągającego.

Wybrany temat wskazywał na wieloletniego pracownika zakładu pogrzebowego, wypranego z emocji albo tracącego je z czasem. Rutyna oraz nieudane życie prywatne tworzą wybuchową mieszankę. Obrzydlistwo miało narastać aż do sceny z Perłą – mam nadzieję, że nie przesadziłem ;P

Fantastyka jest tutaj gdzieś z boku, ale jest to taki rodzaj fantastyki, której nie chce się zgłębiać, wręcz dobrze, że trzyma się ją na dystans. W sumie nie wiadomo, co przyplątało się do Ignacego, co z jednej strony daje pole do rozwinięcia tematu np. w kolejnym opowiadaniu, ale sądzę, że jest to raczej świadomym zagraniem, by straszyć tu samym niedopowiedzeniem.

Powtórzę się z innego komentarza. Lubię, gdy te “złe” rzeczy są gdzieś tam, poza zrozumieniem i rozsądkiem. Są, bo są, a skoro bohater nie może się nic więcej o nich dowiedzieć, czemu mam je tłumaczyć?

Do czego się doczepię – uważam, że to “(+18)” w tytule wygląda bardzo tandetnie. Taki disclaimer dałoby się z powodzeniem umieścić w przedmowie.

Nie przeczę, ale wolałem nie ryzykować. Chyba spytam redakcję ;)

Zabawny Zanais to marka sama w sobie, ale kurde, poważny Zanais też potrafi konkretnie przywalić.

Napisać znów coś zabawnego…

Dziękuję za lekturę i komentarz!

Pozdrawiam

 

Hej, Shanti

 

Witaj z powrotem :)

Choć drama rozgrywająca się w komentarzach jest bardzo absorbująca, skupię się na własnej opinii

Tak będzie najlepiej, ale drama poszła ogólnoportalowa. Mam nadzieję, że już nie wróci.

Bohater wzbudził we mnie skrajne emocje, od obrzydzenia po pewnego rodzaju współczucie (czułam tą jego pustkę, pewnego rodzaju wypalenie i poczucie beznadziei)

Cieszę się bardzo, bo właśnie w takie odczucia celowałem. Trudno Ignacego lubić, ale choć częściowo można go zrozumieć. To człowiek odrzucający empatię, dążący po trupach (dosłownie) do celu i nawet czerpiący z tego jakiś rodzaj satysfakcji. Jednocześnie dopiero pewne okoliczności sprowadziły go na tę najmroczniejszą drogę. Jego upadek jest stopniowy, pogoń za marzeniem pcha Ignacego coraz głębiej i głębiej w zło. A raczej wydobywa to zło, które siedziało w nim ukryte.

Ba, to jedno z opowiadań, które pewnie zostanie mi w głowie na dłużej (a moim skromnym zdaniem to świetny wyznacznik – jeżeli zapominam tekst zaraz po przeczytaniu, to jak może być dobre?). 

:) Bardzo mi miło.

Dziękuję pięknie za komentarz i do zobaczenia!

 

 

No no :) Bardzo paskudny a jednocześnie budzący jakieśtam ślady współczucia bohater Ci wyszedł. Mocny tekst, ładnie łamiesz tabu, tak na granicy linii zniesmaczenia, której jednak nie przekraczasz. Doceniam :) Głupio zabrzmi, ale czytało się świetnie :P. Wciągnęło od pierwszych zdań i trzymało do końca.

Hej, Bellatrix

Zaskoczyłaś mnie pozytywną opinią :P

Nie wiem, czy granicy zniesmaczenia nie przekroczyłem – zależy, kto czyta, ale starałem się przedstawić wszystko w miarę delikatnie ;)

Bardzo się cieszę, że wciągnęło :)

Pozdrawiam!

lubię zaskakiwać ;) pozdrawiam również

Nowa Fantastyka