- Opowiadanie: ninedin - Życie na Marsie?

Życie na Marsie?

Tekst nie jest, zdecydowanie, SF, kręci się gdzieś między science / space fantasy a czymś w rodzaju fantasy w bardzo dalekim postapo. Nauki to tu nie ma, niestety. Są też na pewno błędy i niekonsekwencje, bo fatalnie, przyznam, mi się to pisało. No ale skończyłam (to ostatnio rzadkość), to wrzucam, acz bez wielkiego entuzjazmu.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Życie na Marsie?

Dawno, dawno temu, stopy boga kroczyły po szkarłatnych wzgórzach Marsa. A psek bieżał jego za nim.

 

I. A GOD–AWFUL SMALL AFAIR

 

Rozmowa o każdą inną pracę odbyłaby się przez komunikator. Ale by starać się o tę jedną, Scarlett musiała stawić się osobiście na dwudziestym piętrze zamku Kościoła Pierwszego Człowieka i przejść przez całą serię wywiadów twarzą w twarz z organizatorami misji. Oznaczało to konieczność zdobycia paszportu i pozwoleń granicznych, opłacenia zastępcy za kilka dni pracy, cały dzień podróży do Centrum– Metropolis, a w końcu – odsiedzenie kilku godzin na korytarzu, w oczekiwaniu na swoją kolej.

Krzesełka są stylowe – nawiązują do znanych z Odbitki z Heathrow siedzisk sprzed tysięcy lat – i piekielnie niewygodne. Wcześniej, w lifcie, łypnęło na nią czujne oko kamery. Scarlett zastanawia się, czy zauważyło coś więcej niż kapelusz, pod którego ronda wymykają się jej mysie włosy, związane w cienki kucyk.

Kamery, wszędzie kamery: w windzie, przy wejściu do biur, w środku. Nie ma wątpliwości, że jeśli nawet zdołała ukryć twarz przed wszystkimi, same jej starania wróciły na nią uwagę paranoicznej ochrony budynku.

Jedna godzina. Druga. Trzecia. Z nudów odtwarzała w pamięci koronki z czasów swojego dzieciństwa. Święta Madonno, módl się za nami. Święty Mercedesie, wspomagaj nas. Święci Piotrze, Zuzanno, Łucjo i Edmundzie, módlcie się za nami. Święci Donaldzie i Miki, wspomagajcie nas.

Dobrze, że wcześniej zdążyła wysłać wiadomość. Hilde musi być na bieżąco z projektem, za wiele może zależeć od szybkich decyzji i działań.

–  Gerda Carter? – zza drzwi opatrzonych logiem Pielgrzymki wychyla się kobieta w imponującym blond afro.

–  To ja – mówi Scarlett, wstając i wchodząc za nią do gabinetu.

 

***

Pierwsza rozmowa: Tak, jestem członkinią Kościoła. Od osiemnastu lat. Naturalnie, płacę, od kiedy wstąpiłam. Oczywiście, że w pełni identyfikuję się z nauczaniem Kościoła i z obiektem jego misji. Czy mogę spytać, ilu mam kontrkandydatów? Hmmm, w sumie faktycznie nie powinnam czuć się zaskoczona, że aż tylu. Tak, naturalnie, że mogę odpowiedzieć na pytania doktrynalne. Poproszę o kwestionariusz.

Po tej rozmowie, według przecieków, z kandydatów zostały dwie trzecie.

Druga rozmowa, trzy dni późnej, w biurze pełnym bezcennych artefaktów poprzedniej cywilizacji: Tak, odbyłam studia, kościelna Szkoła Jonesa–Croft. Potem szkolenie pod okiem mistrza. Mam certyfikat, proszę. Specjalność? Archeologia kulturowa. Wyszukiwanie i rozpoznawanie artefaktów z późnej epoki Pierwszego Człowieka. Sześć misji na ziemiach niczyich. Nie, nie znaleźliśmy nic szczególnie znaczącego. Tak, udział w Pielgrzymce byłby dla mnie ważny. Z osobistych i religijnych powodów.

Mija deka… Wróć, mija tydzień i trzy dni: Kościół nadal używa archaicznego podziału na cztery siedmiodniowe jednostki w miesiącu. Podobno z listy odpadli kolejni kandydaci. Kamery co jakiś czas łapią obraz Scarlett– Gerdy, z twarzą ukrywaną pod kolejnymi kapeluszami o szerokich rondach.

Trzecią rozmowę, w gabinecie lekarza (Stan zdrowia? Wyniki z testów wysiłkowych wyglądają naprawdę nieźle…) przerywa wejście wysokiej osoby z doskonałą repliką antycznej broni w ręku.

Złapali mnie, myśli Scarlett; jej serce tłucze się jak oszalałe. Zadziałało.

 

***

 

–  Nie rozumiem, co tu w ogóle robisz. Naprawdę myślałaś, że zdołasz ukryć się przed kamerami? Wiesz przecież doskonale, że w końcu i tak musielibyśmy się spotkać twarzą w twarz: rozmawiam ze wszystkimi kandydatami. No chyba, że cała ta farsa była tylko po to, żebyśmy cię złapali. Tylko że to ciągle nie wyjaśnia, o co ci chodzi. 

Człowiek, który się do niej zwraca, siedzi plecami do okna w stylizowanym na zabytkowy fotelu komputerowym. Biuro jest przestrzenne, jasne, na wysokim piętrze najwyższego w mieście Wieżowca. Ponoć wzniesiono go według cudem zachowanych planów legendarnego Zamku Disneya w Nowym Jorku. Tak twierdzi matka, ale nikt tego nie wie na pewno, dawny Nowy Jork zniknął wraz z cywilizacją Pierwszego Człowieka.

Scarlett opuszcza głowę, nerwowym ruchem kręci włosy na palcach.

–  Chciałam wrócić – mówi, nie podnosząc oczu na mężczyznę, siedzącego za z wartym majątek historycznym biurkiem z plastiku. – Uznałam, że poddanie się testom, te wszystkie wymagania, rygory… Że jeśli je przejdę, poświęcę tyle czasu, wysiłku… Może uda mi się coś udowodnić.

–  Spójrz na mnie, dziecko – mówi mężczyzna.

Scarlett musi w końcu podnieść spojrzenie. Skupia się na tęczowo połyskujących kolczykach rozmówcy, wykonanych z fragmentów pierwszocywilizacyjnego kompaktu.

–  Co chciałaś udowodnić? – pyta tamten. Scarlett wie, nawet nie patrząc, że ma ciemne oczy, oliwkową cerę i rysy mimo różnicy wieku tak bardzo podobne do jej własnych, że nie wyparłaby się pokrewieństwa z nim, choćby chciała.

Bierze głęboki oddech, spoglądając w końcu w śledzące każdy jej ruch oczy mężczyzny.

–  Że jestem godna, wuju – mówi w końcu. – Że odkupiłam winy.  

Mężczyzna – Lucas Rabbit Oskar Leibowitz, brat jej matki, szef grupy rekrutującej załogę ostatecznej misji Kościoła na świętą planetę, po której niegdyś kroczyły stopy błękitnego boga – patrzy na Scarlett badawczo.

–  Mam ci uwierzyć? – pyta. – Po tym, co zrobiłaś Kościołowi? Mnie? Matce Przełożonej? Odcięłaś się demonstracyjnie od naszego nauczania. W kluczowym momencie konfliktu z Kościołem Jedynego Boga ty, potomkini świętego rodu założycieli, odeszłaś ze wspólnoty. I to przed samą wielką debatą, kiedy twoja matka nie sypiała po nocach, przygotowując się do walki o wszystko… wiedziałaś doskonale, chodziło o miejsca w Radzie, o szansę na przywództwo w państwie!  A ty właśnie wtedy ją zdradziłaś. Co więcej, ściągnęłaś nieszczęście na rodzinę. Wiesz, gdybyś wtedy dokonała apostazji, stanęła po stronie Kościoła Jedynego Boga, ta zdrada byłaby chyba mniejsza niż twoje odejście z… tamtymi ludźmi.

Tamci ludzie. Scarlett zalewa nagle fala wspomnień. Sześć lat, już tak dawno. Była przed ostatnim stopniem wtajemniczenia –  najmłodsza w historii, przyszła Matka Przełożona, może nawet odrodzona Prorokini Kościoła. Ukończona edukacja, pierwsza debata. Pierwszy formalny triumf na agorze nad przedstawicielką Wspólnoty Postępu. Poszła świętować z przyjaciółmi z Kościoła – zwycięstwo dało im dodatkowe miejsce w Radzie Miasta, bardzo potrzebne – i na małym rynku, wśród pijących po debacie, spotkała tamtych ludzi.  

Poznała ich przypadkiem: podeszła do grupy ciemno ubranych dyskutantów, siedzących przy fontannie. Widziała ich wcześniej, towarzyszyli przeciwniczce. Sama nie wiedziała, co ją napadło, by teraz podejść do nich, gdy świętowała swój triumf nad ich kandydatką.

–  Mogę wam osłodzić przegraną? – zapytała, wskazując na dzban z aguamielem, trzymany w dłoni. W powietrze uniósł się słodkawy aromat fermentowanego napoju.

Przysiedli skupieni wokół niewysokiego, na oko dwudziestoparoletniego chłopaka o ciemnej skórze i czarnych oczach. To on jej odpowiedział:

–  Dlaczego nie? Siadaj. I tak nie do końca po drodze nam ze Wspólnotą Postępu, są stanowczo za mało… postępowi. Hilde, zrobisz miejsce dla gościa?

Tęga piegowata dziewczyna posunęła się, pozwalając jej usiąść obok mężczyzny.

–  Nazywam się Scarlett – powiedziała, uśmiechając się do niego.

–  Gillan – odrzekł i uderzył dłonią o jej dłoń na przywitanie. – Hilde, nasza matematyczka i specjalistka od tradycyjnych systemów. Yun, lingwista. Reszta ci się sama przedstawi. Ostrzegam, jesteśmy Sceptykami.

–  Czy mam się bać? – spytała, i tak się zaczęło.

 

Każdy krok, każde słowo powiedziane wtedy doprowadziło ją do tu i teraz. Scarlett bierze głęboki oddech, zaciska dłonie w pięści, spogląda prosto w oczy przełożonego marsjańskiej misji.

–  Wiem, gdzie oni są – mówi cicho. – Wiem. I powiem.

Widzi nagłą zmianę na twarzy wuja, nieufność zmieszaną z ekscytacją i nadzieją.

–  Podam ci lokalizację – dodaje. – Tam są wszystkie ich dane. Może nawet oni sami. Poślij ludzi. Niech sprawdzą.

Kiedy Lucas Leibowitz rozmawia przez komunikator z szefem ochrony, Scarlett szybko pisze na tabliczce kilka słów, wciska mu przedmiot w ręce.

NIE MÓW MAMIE, DAJ MI SZANSĘ, PROSZĘ.

Mężczyzna odkłada komunikator, kiwa głową.

–  Na Marsa – mówi – to ty polecisz po moim trupie. Na to nie zasłużyłaś. Ale powiem szczerze: nie sądziłem, że przejrzysz na oczy, że się ich wyprzesz. Jeżeli ten trop się sprawdzi, znajdziemy coś cennego… dam ci szansę. Będziesz trenować z załogą. Szykować się do świętej misji, przygotowywać ciało i ducha, wiedząc, że nie dostąpisz ostatecznego błogosławieństwa. Nie powiem Przełożonej – ale też nie będę cię krył, gdyby sama postanowiła sprawdzić. Cierp, męcz się, pracuj, a może matka uzna, że odkupiłaś swoje winy.

–  Dziękuję – mówi Scarlett cicho. Wstaje i na drżących nogach wychodzi z pomieszczenia.

W umywalni opiera się o ścianę i na dłuższą chwilę ukrywa twarz w dłoniach. Uwierzył mi, myśli. Zadziałało.

 

 ***

 

I tak się zaczęło. Pięć dekad – nie, siedem tygodni, upominała samą siebie – przygotowań. Pobudki, ćwiczenia, pot. Później wielogodzinne wykłady o cywilizacji Pierwszego Człowieka, tym błogosławionym czasie, kiedy święci i bogowie chodzili wśród śmiertelnych po ziemi. Na ścianach, na czytnikach, w materiałach do studiów –  obrazy błękitnego boga. Bóg– Kreator tworzy Marsa z kropli swej krwi. Bóg– Pogromca spogląda trzecim okiem na pokonane demony i zastępy Vietkongu. Bóg–  Niszczyciel ze swej samotni w odwiecznej Mangali unosi dłoń, by wbrew swej woli zakończyć święte dzieło stworzenia i zamknąć erę Pierwszego Człowieka. Za jego plecami wskazówki zegara zagłady tworzą równą linię na godzinie dwunastej. Nad jego głową napis: Ziemia do Marsa: mamy mało energii i zaraz zapadnie zmrok. Ostatnie przekazane słowa wyznawców do bóstwa, powtarzane od tamtych czasów przez kolejne pokolenia wiernych w Kościele Pierwszego Człowieka.

–  Wielka cywilizacja upadła, ale człowiek przetrwał. Od pierwszych chwili upadku, przez millenia aż do dziś to my, ród Leibowitzów, nasi towarzysze i nasz Kościół nieśliśmy święte przesłanie pamięci – mówi wuj do grupy uczniów któregoś wieczora.

Została ich trzydziestka. Na Marsa, szukać śladów, które zostawił bóg, poleci sześcioro najlepszych.

Że Scarlett wśród nich nie będzie, nie wie nikt poza nią i Lucasem. Scarlett jest tego pewna: inaczej koledzy nie okazywaliby pełnego niechęci szacunku, z jakim ją codziennie witają. Jest z nich najlepsza: i ona, i oni, i przygotowujący ekspedycję wiedzą o tym doskonale.

Oczywiście, to nie tylko zasługa faktu, że ciężko pracuje. Oni, wybrani spośród wiernych gotowych na ryzyko, od miesięcy poświęcają wszystkie swoje siły, by przygotować się do tego zadania. Ją od dzieciństwa szkolono na przyszłego dowódcę takiej właśnie misji. Edukacja, treningi, szybkie przechodzenie wtajemniczeń – Scarlett wyprzedza rywali o długie lata ćwiczeń. Naturalnie, jest najlepsza.

Po tych siedmiu tygodniach – to przecież dopiero początek przygotowań do wyprawy! – przychodzi wezwanie. Scarlett jest w trakcie symulacji nieważkości, kiedy nauczyciel przerywa jej ćwiczenie.

–  Pan Leibowitz do ciebie – mówi. Nauczyciel nie używa religijnych tytułów. Nie jest członkiem Kościoła, za to dwanaście lat wcześniej uczestniczył w locie na Księżyc, opłacanym przez faraona Mahdiego III. Druga Era Kosmiczna może i zaczęła się dawno temu, ale Astronautów jest ciągle tak niewielu, że nawet matka i wuj przymknęli oko na zatrudnienie w świętym projekcie zwolennika wrogiej filozofii.

Wuj stoi w drzwiach, w otoczeniu dwóch osobistych strażników. Obaj wyglądają na niepewnych i nerwowych.

–  Gerda Carter? Pójdziesz ze mną – mówi spokojnie Lucas.

Scarlett, półprzytomna, ledwie trzymająca się na nogach po przerwanym zadaniu, kiwa głową mistrzowi i bez słowa wychodzi z sali treningowej. Kiedy już są na zewnątrz, szef misji odwraca się do dziewczyny i mówi z satysfakcją w głosie:

–  Mają ich. W tej kryjówce, której adres podałaś, nasi znaleźli dość danych, by ich wytropić. Wiedzieliśmy od dłuższej chwili, że ukrywają się na spornym terenie. Teraz udało się ich złapać nad Tijuaną, gdzie nic im nie pomoże fakt, że po drugiej stronie uchodzą za legalną sektę.  

Scarlett zatrzymuje się, opiera o ścianę, przyciska dłoń do ust, by powstrzymać mdłości.

–  Przepraszam – macha ręką wuj. – Wiem, te treningi… ale musiałem ci przerwać. Za chwilę poczujesz się lepiej. Nie masz zresztą wyjścia, za pół godziny ruszamy.

Scarlett nie musi pytać, dokąd i po co.

–  Mam zeznawać, prawda? – pyta cicho. Wuj Lucas bez słów kiwa głową.

Pół godziny później, czekając, aż samolot wystartuje, Scarlett nadal czuje mdłości: już nie po fizycznym wysiłku w symulatorze, raczej na myśl o zdradzie, której się dopuściła i którą ma następnego dnia potwierdzić, pieczętując los ludzi, dla których kiedyś porzuciła wszystko. Ale gdzieś głęboko, tak skryte, że sama przed sobą nie bardzo chce się do niego przyznać, rodzi się w niej inne poczucie.

Triumf.

Oni wszyscy tam będą. Zobaczą mnie. Zobaczą moje poświęcenie, moją pokutę, moją chęć zadośćuczynienia. Teraz tylko muszę rozegrać to tak, żeby nikt nie miał co do mnie wątpliwości. Córka marnotrawna. Hej ho, szykuj tuczne ciele, mamo.

***

W sali zgromadzeń Kościoła stoją oskarżeni, cała trójka: Manu, Lydia i Yun. Gdyby spojrzenia mogły zabijać, Scarlett już dawno leżałaby trupem z czterdziestoma sztyletami w plecach.

Wszystko idzie zgodnie z planem. Scarlett zmusza się, by spojrzeć na pozostałych oskarżonych. Nie spodziewali się jej, to pewne. Serce pęka jej na samą myśl o nich, o wspomnieniach czasu, który razem spędzili. Yun godzinami grał z nią z Wojnę o monopol; ona i Manu przegadali kiedyś pół dnia o tym, jak właściwie klasyfikować marki samochodów z czasów cywilizacji Pierwszego Człowieka.

Ale pamiętała też, co się stało później. I dlaczego z oryginalnej piątki przywódców Sceptyków jest tu tylko troje.

Teraz, ubrana w pokutny strój, ze skromnie spiętymi włosami, Scarlett czeka, by przed sądem, złożonych z dostojników Kościoła i lokalnych notabli, przypieczętować wyrok na dawnych przyjaciół.

–  Niech wystąpi świadek! – mówi sędzia. Wuj lekko popycha ją do przodu i nagle Scarlett jest na środku wielkiej sali. Bogowie, święci i herosi dawnej ery patrzą na nią ze ścian.

–  Jak się nazywasz? – pyta sędzia.

–  Scarlett Medea Magdalena Leibowitz – odpowiada. Kładzie dłoń na świętej księdze, bierze głęboki oddech i dodaje: – Pierworodna córka Madonny Wonderwoman Belli Leibowitz, Matki Przełożonej Kościoła Pierwszego Człowieka. Sześć lat temu pod wpływem heretyckich nauk porzuciłam Kościół i uciekłam z oskarżonymi. Byłam świadkiem, jak zabili mojego brata.  

I tak to się toczy, powoli, jak widowisko w Święto Masek. Scarlett mówi długo, barwnie, wykorzystując umiejętności, których nabyła podczas długich lat edukacji. Byłam młoda, mówi. Zakochałam się. Nie powinnam była porzucać rodziny.

Scarlett wie doskonale, że sędzia, ławnicy i publiczność nie zauważą, kiedy kłamie – a nawet jeżeli zauważą, nie zaprotestują. Mówi przecież dokładnie to, co chcą usłyszeć.

Historia, którą im podaje, jest przewidywalna i oczywista. Jest w niej naiwne dziewczę, charyzmatyczny przywódca sekty, buntownicze idee, perfidia i zdrada. Jest chęć zwycięstwa za wszelką cenę i pragnienie, by upokorzyć przeciwnika. Córka przywódczyni jednej grupy, zmanipulowana i uwiedziona przez lidera rywali, przekabacona na stronę wrogów matki – to oczywiste, prawda? Tak się niszczyło przeciwnika od wieków, zarówno w powstałej na gruzach dorobku poprzedników cywilizacji Drugiego Człowieka, jak i dawniej.

–  Na prośbę matki brat wyruszył mnie szukać. Zapłacił za to życiem – kontynuuje Scarlett. Oskarżeni milczą. Dziewczyna dokładnie wie, dlaczego: dobrze zna działanie środków, po których traci się głos. Na niej samej też je stosowano.

Ciąg dalszy historii jest równie przewidywalny. Szlachetny brat, pragnący wyrwać siostrę z rąk oszustów. Debata. Pojedynek. Triumf.

–  Jako zwycięzca pojedynku na śmierć i życie – mówi Scarlett, starannie dobierając słowa – brat miał prawo zabrać mnie do domu. Ja… nie wiedziałam jeszcze, czy chcę wracać. Idee Sceptyków miały dla mnie wtedy wielki urok. Wizja, w której cywilizacja Pierwszego Człowieka nie była w żaden sposób niezwykła, ani dobra, ani zła, nie była wiekiem bogów i herosów – ta wizja, według której tamte czasy zasadniczo, pod względem etyki i natury nie różniły się od naszych – wydawała mi się fascynująca. Ja… ja się nawet trochę spodziewałam, że oni nie podporządkują się prawu pojedynku, zwłaszcza po tym, jak mój brat pokonał i zabił ich przywódcę. Ale nie spodziewałam się… –  urywa, podnosi wzrok, rozgląda się po sali i kończy dźwięcznym, niosącym się po całym pomieszczeniu głosem:

–  Nie spodziewałam się skrytobójstwa. Tego, że po przegranym pojedynku zamordują zwycięzcę, by mnie nie oddać.

Wrzawa, dyskusje, uparty głos wzywający do porządku, wymuszone milczenie oskarżonych – to wszystko rozgrywa się gdzieś nad głową Scarlett. Ona sama stoi spokojna, nieporuszona, cicha. Przez cały czas ani razu nie spogląda ku podniesieniu, gdzie w białych szatach, haftowanych w święte znaki Pierwszego Człowieka, siedzi matka.

 

II. SHE LIVED IT TEN TIMES OR MORE

 

Mars jest gorący, pylisty i cichy, tak, jak jej powiedziano. Przynajmniej pod tym względem przekaz Kościoła okazał się prawdziwy.

Zobaczyła boską planetę na własne oczy. Oczywiście, że poleciała. Po scenie, którą odegrała w sądzie, nie mogło być inaczej.

***

Matka kazała wezwać ją natychmiast po zeznaniach. Scarlett nie spodziewała się niczego innego. Nie spodziewała się też, że to spotkanie wprawi ją w aż taką panikę.

Przełożona czekała w formalnej sali audiencyjnej. Normalnie miałaby u swego boku mera Kalifornii i kilkoro doradców. W końcu była nie tylko przywódczynią religijną, ale i polityczną: Kościół Pierwszego Człowieka od kilku lat regularnie triumfował w debatach i na zgromadzeniach, zapewniając sobie stałe poparcie ludu i coraz większe polityczne wpływy zarówno w poszczególnych okręgach, jak i w całym państwie kalifornijskim. Teraz jednak była sama. Skinęła na Scarlett, czekającą w przepisanej etykietą odległości.

–  Podejdź, dziecko – rozkazała.

Białe szaty matki, haftowane w litery, loga i emoji. Jej twarz, gładka i okrągła, okolona lekko siwiejącymi lokami; jej oczy, ciemne jak noc na pustyni. Spokój, za którym tylko ktoś, kto znałby ją naprawdę dobrze, mógłby zauważyć targające nią emocje. Scarlett dostrzegła to wszystko, schylona w pół– ukłonie przed matką, Przełożoną, przywódczynią.

Starała się, by jej twarz była równie spokojna i pozbawiona emocji, choć wiedziała, że tak jak ona widzi uczucia szarpiące matką, tak i matka dostrzega, co się dzieje z nią.

–  Co ty knujesz, Scarlett? – spytała matka cicho. – Skąd ta nagła zmiana? Czy ty w ogóle rozumiesz, co przez te wszystkie lata narobiłaś?

Prawie przerwałam sukcesję Leibowitzów trwającą od tysiąca lat. Podważyłam twój autorytet. Zaszkodziłam Kościołowi.

Zabiłam brata, ale tego się ode mnie nie dowiesz.

–  Mamo… –  szepnęła Scarlett.

Tylko tego nie popsuć, pomyślała. Pozwoliła, żeby w jej głosie zabrzmiał ślad z trudem powstrzymanych łez.

–  To nie było nagłe – powiedziała. – Nie byłam z nimi już od lat.

–  Wiem – skinęła głową matka. – Ale nie było cię również tu.

Scarlett schyliła głowę. Pokora i wstyd, podszyte strachem – to właśnie matka miała zobaczyć w jej geście. Co więcej, to nawet nie będzie całkowita nieprawda.

–  Nie wiedziałaś, że będę zeznawać, prawda, mamo? – zapytała.

–  Nie byłam pewna – odpowiedziała matka. – Owszem, zauważyłam, że twój wuj coś przede mną ukrywa. Od kiedy mi przekazał tamte dane od tajnego informatora, po cichu miałam nadzieję, że to może ty. Kto inny, w końcu, wiedziałby tyle o tej konkretnej grupie Sceptyków? Łudziłam… nie, to niedobre słowo. Miałam nadzieję. Miałam wiarę.

 

***

 

Szukanie śladów boga na Marsie było wymarzonym projektem matki.

Dla Scarlett było oczywiste, czemu to robiła. Kościół Pierwszego Człowieka od dawna zawzięcie rywalizował o pozycję i rolę w kalifornijskim społeczeństwie, a skuteczne przeprowadzenie tak ogromnej operacji niewątpliwie tę pozycję by wzmocniło. Obrotność, siła i dyplomatyczne zdolności Madonny Leibowitz sprawiły, że dawny szalony plan wyprawy kosmicznej zaczął nabierać kształtów. Rosnące wpływy Kościoła w sąsiednich wspólnotach, ekspansja w kierunku zarówno północy, jak i południa, związki z kartelami handlowymi, współpraca z uniwersytetami i grupami naukowców na całym kontynencie – każda z decyzji matki przybliżała realizację marzenia.

Scarlett nigdy nie była do końca pewna, czy matka na pewno osobiście wierzy, że znajdą na Marsie fizyczne ślady obecności boga. Na pewno wielu, na czele z wujem, nie miało żadnych wątpliwości: na Czerwonej Planecie czekają na nich zarówno pozostałości eksploracji z czasów Pierwszego Człowieka, jak i dowody pobytu jednego z głównych bóstw panteonu. Shiva Brahman Adiyogi Doktor Manhattan, kreator, triumfator, niszczyciel, chodził przecież po powierzchni Marsa ze swym orszakiem tharków i aniołów i stamtąd, ze łzami w boskich oczach, oglądał agonię umiłowanej Ziemi.

Nie miała żadnej wątpliwości, że nawet jeśli na Marsie nie ma śladów boga, oni i tak je znajdą. Coś znajdą. Cokolwiek. A to „cokolwiek” może wystarczyć do uwiarygodnienia nauczania ich kościoła, zdobycia kolejnych wiernych, kolejnych głosów w debatach, kolejnych miejsc w radach miast i miasteczek Kalifornii.

Matka świetnie zdawała sobie sprawę ze znaczenia misji dla kościoła, a to znaczy – dla rodziny. Scarlett przyszła na świat w pierwszym roku nowej ery kosmicznej. Gdy miała dwa lata, cywilizacja Drugiego Człowieka postawiła pierwszy raz stopę na księżycu. Gdy miała cztery, matka zaczęła budować swoje marsjańskie konsorcjum. Od początku było oczywiste, że i Scarlett, i jej brat Leo wezmą w tej misji udział.

Oczywiste. Aż do dnia, kiedy Scarlett uciekła z tamtymi ludźmi, a Leo na rozkaz matki wyruszył, by siłą sprowadzić ją do domu.

 –  Jedyna słabość mojej matki – powiedziała wtedy Scarlett – to rodowa duma.

Na tym oparła swój plan.

 

***

 

Scarlett miała nadzieję, że mogąc pokazać światu, że skruszona córka wyrzekła się buntowniczych poglądów, wróciła pod skrzydła matki i postanowiła godnie reprezentować rodzinę i kościół, Madonna Leibowitz nie zawaha się ani przez chwilę. 

Wuj podobno nie miał nic do powiedzenia, kiedy matka wezwała go i zażądała, by Gerda Carter – teraz już oficjalnie Scarlett Leibowitz – została włączona do listy kandydatów podlegających ostatecznej ocenie.

Przełożona ponoć nie naciskała ani nie nalegała – tak powiedzieli Scarlett doradcy wuja. Zażądała jedynie, by jej córkę dopuszczono do ostatecznych testów, a jeśli dzięki temu trafi do szóstki wybrańców… cóż, widocznie Błękitny Bóg tak chciał.

Dopuścili, oczywiście, i oczywiście trafiła. Jako specjalistka od poszukiwania i identyfikacji artefaktów weszła w skład zespołu poszukiwawczego Pielgrzymkiy marsjańskiej.

Nawet nie wiedziała, że dzień startu nadejdzie tak szybko. Błogosławieństwa, modły, wuj w ceremonialnych szatach, matka obiecująca wieczne życie w orszaku boga dla tych, którzy będą teraz kroczyć jego śladami. Triumfalne okrzyki wiernych przetaczające się nad polem za każdym razem, gdy wywoływało imię jednego z Wielkiej Szóstki:

– Maxwell Demon Oppenheimer, nasz kapitan!

– Tesla Kusanagi Kennedy, pierwsza oficer!

– Lourdes Maria Rolling Stone, członek załogi!

– Paris Green Gables, członek załogi!

– Skywalker Morris Mercedes, członek załogi, medyk!

Chwila ciszy, a potem w końcu:

– Scarlett Medea Magdalena Leibowitz, oficer naukowy!

Moment pełnej niedowierzania ciszy – najwyraźniej przywódcy kościoła nie ujawnili wszystkim wiernym faktu, że córka marnotrawna wróciła i będzie teraz stąpała w ślady boga – a potem ryk triumfu. Cieszą się, bo sukcesja trwa, pomyślała wtedy Scarlett. Zmienia się świat, mijają pokolenia, ale kościół trwa i trwa święty ród prorokini na jego czele.

Matka podeszła do nich i podała Scarlett białą flagę z czerwonym kręgiem i haftowaną literą M w środku: sztandar Marsa, znany z pradawnych przekazów, osobiście odtworzony, uszyty i wyhaftowany przez przywódczynię.

– Lećcie z bogiem – powiedziała głośno, a potem dodała, już szeptem, do córki:

– I niech was bóg prowadzi z powrotem.

Każde z nich założyło hełm – symbolicznie, nie potrzeba ich nosić na pokładzie – i jedno za drugim weszli do środka statku.

Potem nastąpiło dwieście dni pokładowej rutyny w szóstkę. Gry. Rozmowy. Modlitwy.

Widziała, że kapitan Oppenheimer patrzy na nią podejrzliwie, że nie spuszcza z niej wzroku podczas codziennych modlitw. Godziła się z tym, tak jak z faktem, że koledzy z załogi cichli, kiedy się zbliżała, albo że spoglądali w jej stronę niepewnie, gdy rozmowy schodziły na tematy, które można było uznać za doktrynalne.

I dobrze. Niech się trzymają na dystans, niech kiwają głową, pozdrawiając mnie tak, jakbym była moją matką, myślała. Wiedziałam, że to, co robię, będzie miało swoją cenę.

 

***

 

Mars, oglądany przez wizjer skafandra, jest czerwony i żółty, cichy, pełen pyłu.

–  Proponuję zacząć od tego tu skraju krateru Endeavour – mówi Scarlett na dobę przed lądowaniem, wskazując na mapę. Wszyscy kiwają głowami, nawet kapitan, choć ten ostatni niechętnie. Scarlett jest pierwszym archeologiem Pielgrzymki, co czyni ją trzecią osobą po dowódcy i pierwszym oficerze. Wszyscy jednak wiedzą, jak się nazywa i czyją jest córką: cokolwiek powie, i wszyscy należą do kościoła. Dla tych ludzi jest znacznie bardziej święte niż słowa bezpośrednich przełożonych.

Formalnie podlegasz Oppenheimerowi, powtarza sobie Scarlett, a on ci nie ufa. Zachowaj ostrożność.

Ale to nie jest takie proste, zachować umiar i ostrożność, kiedy z dnia na dzień załoga kłania się jej głębiej i traktuje ją z większą rewerencją.

Na skraju krateru stawiają habitat i zaczynają. Moduł mieszkalny okazuje się ciasny i niewielki. Nieważne. Scarlett i tak nie sypia najlepiej. Jeżeli śni, to tylko o dwóch scenach.

Po pierwsze, Leo. Leo pada na ziemię, na jego koszuli rozkwita upiorna, czerwona plama, która idiotycznie i bezsensownie kojarzy się jej z zarysem sylwetki Marsa na starożytnej fladze. Zanim umrze, szuka wzrokiem jej oczu.

Po drugie, dzień, który wszystko zmienił i ostatecznie doprowadził ją tam, do śmierci brata, i tutaj, na czerwone piaski Marsa, w roli, której nigdy nie byłaby w stanie dla siebie przewidzieć. Zdrajczyni.

 

INTERLUDIUM: SHE WALKS THROUGH HER SUNKEN DREAM

 

Nie uciekła do Sceptyków tamtego pierwszego dnia, kiedy ich spotkała. Milczała i obracała w myślach wszystko to, co jej wtedy powiedzieli. Wróciła na ostatni etap studiów, a potem, ku lekkiemu zdumieniu matki, poprosiła o zgodę na wyjazd na odległy uniwersytet w Quintan.

– Będę krzewić wiarę i czytać pisma z czasów Pierwszego Człowieka – powiedziała z przekonaniem. – Wiemy, że oni mają w swojej bibliotece całkiem sporo artefaktów…

Wuj się zgodził, matka, zajęta wyborami, nie oponowała. Leo jednak zaczepił ją na dzień przed wyjazdem.

– Co ty knujesz? – spytał ostro. Jego ciemne oczy, tak podobne do jej własnych, patrzyły na Scarlett podejrzliwie.

–  Knuję? – Scarlett przywołała na twarz niewinny uśmiech, choć wiedziała, że ze wszystkich osób to brata będzie najtrudniej oszukać. Szkolono ich w tych samych sztukach panowania nad tłumem i ukrywania emocji, znali się od zawsze i nauczyli rozumieć bez słów.

– Nie podoba mi się to wszystko – powiedział. – Coś się z tobą stało. Matka jest tak zajęta… i zaślepiona… że tego nie widzi. Ale ja widzę, ja widzę wszystko, Scarlett. Wiem, że sukcesja należy się, według prawa, tobie, bo w naszym kościele przewodzą kobiety, ale ty… Czy ty na pewno na to zasługujesz? Widziałem, że czytałaś pisma heretyków i że wysyłałaś listy do jakiegoś Brunhild, prywatnie, poza systemem kościelnym. Teraz nagle ten wyjazd, poza nasze granice, między pogan…

Podniosła wzrok i spojrzała bratu w oczy.

– Wierz mi – odpowiedziała, starając się brzmieć niewinnie i przekonująco. – Nic nie knuję. Mam tylko… mam ambicje, zresztą wiem, że ty też. A co do Quintan… Masz rację, to są poganie, technokracja, dla nich historia Pierwszego Człowieka nie jest aż tak ważna, jak dla nas. Ale posiadają zbiory, i to wielkie. Zakładam, że skoro ich to niespecjalnie obchodzi, mogą sami nie być pewni, co tam jest. Do tej pory niechętnie z nami współpracowali, wiesz, jakie tam jest zdanie na nasz temat, ale teraz, kiedy pojawiła się szansa na udział kolejnych etapach Pielgrzymki, zgodzili się mnie przyjąć. Gdybym odkryła tam jakiś nowy fragment świętej historii, coś, czego nie wiemy do tej pory… Sam rozumiesz.

Nie była pewna, czy jej uwierzył – umiał grać równie dobrze, jak ona. Wtedy łudziła się, że tak. O tym, że się myliła i że to Leo wtedy oszukał ją, a nie ona jego, przekonała się później, tamtego strasznego dnia.

Byli już od roku nielegalni jako heretycy i decyzja o powrocie na tereny Kalifornii nie została bynajmniej podjęta jednogłośnie.

– Jestem przeciw – Hilde nawet nie próbowała ukrywać swojego zdania. – Rozumiem, że mamy tam wielu sympatyków, że chcecie legalizacji, ja to wszystko wiem, ale nie rozumiem, czemu akurat teraz. W Mejico jesteśmy bezpieczni, możemy działać oficjalnie, biblioteki stoją dla nas otworem…

– Skończyłaś? – spytał Gillan.  – Bo ja nie, to powinnaś. Powtarzasz w kółko to samo i marnujesz czas. Wypowiedziałaś się w dyskusji, znamy twoje zdanie. Kto następny?

Manu podniósł rękę, wstał z miejsca.

– Jestem za powrotem – powiedział. Scarlett nagle przypomniał się gest, jakim odgarniał z czoła długie włosy splecione w mnóstwo warkoczyków. – Mamy misję i naszym obowiązkiem jest ją kontynuować.

– Dobrze nam to pójdzie z karceru albo jak będziemy martwi – prychnęła Hilde.

– Hilde, ostatnie ostrzeżenie – Gillan popatrzył na nią wzrokiem pełnym potępienia. – Przestań wreszcie łamać zasady debaty.

– No to proszę o ponowny głos! – Hilde zerwała się z miejsca.

– Odmawiam – Gillan gestem kazał jej usiąść. – Manu, kontynuuj.

– Ale ja chętnie odpowiem – Manu skinął głową, popatrzył na Hildę. – Rozumiem, że się boisz. Ja też. Ale wiem, że moim powołaniem jest nauka, moją misją głoszenie jej prawd i próba obalania przesądów… a gdzie ich znajdziesz więcej, niż w Kalifornii, rządzonej przez fanatyków i fantastów z Kościoła Pierwszego Człowieka? Bez obrazy, Scarlett – spojrzał na nią z lekkim uśmiechem – ale twoja rodzina to największa zaraza tego świata. Tę ciemnotę trzeba jakoś rozświetlić, i jeśli to światło poniosą płomienie stosu, na którym spalą moje ciało…

Hilde ukryła twarz w dłoniach, westchnęła ciężko.

– Idiota – syknęła na tyle głośno, że by wszyscy słyszeli. – Natchniony, patetyczny, szkodliwy bałwan.

Chwilę potem, wyrzucona ze zgromadzenia rady Sceptyków za łamanie zasad, wyszła. W drzwiach złapała jeszcze wzrok Scarlett, pokręciła głową i cicho zamknęła za sobą drzwi. Później tego dnia zorientowali się, że odeszła. Została w Mejico, ze spokojem znosząc obelgi sympatyków sceptycyzmu i oskarżenie o tchórzostwo.

Tylko dzięki temu Scarlett może dziś robić to, co robi.

Powrót został przegłosowany. Scarlett wstrzymała się od głosu, za radą Gillana.

–  Jako Sceptyczka, masz święte prawo wątpić – powiedział jej poprzedniego wieczora. Pili w łóżku aguamiel i rozmawiali, aż niebo na wschodzie pojaśniało. – Dla ciebie nie jest dobry ani powrót tam, ani pozostawanie z dala od ojczyzny. Ja wiem, że to boli, być córką takich ludzi, rozumiem cię… i wiem, że Manu czasem przesadza z gorliwością. Ale my faktycznie mamy sporo zwolenników, choć ukrytych, w Kalifornii. Jeśli się stawimy na Wielką Debatę, weźmiemy w niej udział nawet jako nielegalni… może zyskamy jakieś głosy, ktoś z naszych wejdzie do rady, znajdzie się blisko decyzji… Dla ludzi to będzie ważne. Mamy misję wobec nauki. Rozumiesz mnie, kochana? Nie idziemy tam, żeby zginąć, wiesz, że nie jestem, jak Manu. Zaczniemy od lokalnej debaty, w Mino, tuż przy granicy. Jakby co, łatwo będzie uciec. A jak pójdzie dobrze…

Rozumiała. Ale czaiły się w niej wątpliwości i głębokie poczucie, że coś pójdzie fatalnie.

Poszło.

–  Wygrałeś! – Manu miał już zdarte gardło od wykrzykiwania. – Wygrałeś, Gillan, wygraliśmy! To wielki krok dla ludzkości…

Właśnie wtedy to się stało.

Zobaczyła w tłumie Leo i nagle miała przeczucie, co się musi stać.

Rano miała chłopaka, którego kochała, a gdzieś daleko – brata, którego kochała kiedyś, gdy byli dziećmi. Wieczorem jej chłopak był skazańcem, a brat nie żył.

Nie było żadnego pojedynku, to akurat zmyśliła. Leo po debacie kazał aresztować Gillana. Bluźnierstwo, obraza bóstwa – nieważne, ważne, że oskarżył go syn Leibowitzów. Manu i reszta jakoś nagle wcale nie chcieli na stos: uciekli przy pierwszej okazji, nie przyznając się do współpracy z Gillanem.

Przyszła do brata wieczorem, owinięta w ciemny płaszcz.

–  Błagam – powiedziała – uwolnij go. Daj mu żyć. Zrobię wszystko, czegokolwiek zażądasz.

Odmówił, a wtedy ona wyjęła broń i strzeliła. Potem ona też uciekła.

Pół roku później dostała pierwszy list od Hilde. Tak zaczął się plan.

 

 III. THE GOD AND HIS DOG

 

– Słu… słucham? – pyta Scarlett z niedowierzaniem. Nawet lata treningu nie pozwalają jej zachować w tym momencie niewzruszonego spokoju.

– Dobrze, wobec tego powtórzę – mówi kapitan Oppenheimer. – Zgodnie z tym, jak wczoraj zaproponowała oficer Leibowitz, zaczniemy od krateru Endeavour. Zespół Alfa, z pierwszą oficer, sektory jeden do trzy. Zespół Beta, ze mną, sektory pięć do siedem. Zespół Gamma, z komandor kapitan Leibowitz, sektor czwarty.

– Sektor czwarty? – powtarza niepewnie Paris Green Gables, jedyny poza nią członek Gammy. – Czy to nie jest przypadkiem…

– Teren bazy – mówi kapitan. – Dokładnie tak.

– Ale przecież właśnie tu…

– Jesteśmy. Tak. Sektor Czwarty obejmuje nasz habitat. Komandor kapitan Leibowitz może ją przeszukać dowolnie dokładnie.  

Scarlett nie protestuje, bo wie, że to nic nie da. Wolałaby sama coś znaleźć i ogłosić, że bóg poprowadził ją do tego odkrycia, ale zdaje sobie sprawę, że każde znalezisko i tak trafi w jej ręce. Lepiej być odkrywczynią, ale jako interpretatorka też będzie miała wiele do powiedzenia. Nie na takich rzeczach budowano kariery proroków i nowe religie.

To jest, oczywiście, plan B. Plan A zakłada, że to, co znajdzie, będzie na dodatek rzeczywiście ważne i znaczące.

Oppenheimer uparł się trzymać ją w bazie – nie wiedziała, czy to z niechęci, czy ze strachu, że bezcennej córce Leibowitzów coś się stanie, a on poniesie konsekwencje. Zmuszała się do cierpliwości, wykonywała wszystkie zadania poza eksploracją, co wieczór przewodniczyła modłom o objawienie Błękitnego Boga albo o dar świętych relikwii. Kolejne dwie wyprawy, już gotowe, będą prowadziły naukową eksplorację i miały w składzie uczonych współpracowników spoza Kościoła. Ta jest przede wszystkim Pielgrzymką, a jej uczestnicy – wyznawcami.

I właśnie dlatego Kusanagi Kennedy przychodzi do Scarlett pewnego dnia tuż przed wyjazdem na eksplorację kolejnego sektora.

– Święta… znaczy, pani komandor kapitan? – pyta. – Muszę coś wyznać. Mamy sygnał, w piaskach, to chyba coś większego… Kapitan nie wie, nikt nie wie, to się zdarzyło podczas mojego dyżuru obserwacyjnego, byliśmy we dwoje, ja przy ekranach, Morris jechał… Bóg mnie natchnął, by powiedzieć tylko pani…

Decyzja o złamaniu rozkazu i opuszczeniu habitatu nie sprawia Scarlett specjalnej trudności. Zawsze może zrzucić winę na bezpośrednią boską inspirację. Wsiadają do łazika i kierują się w stronę odkrycia.

W piaskach, na tyle płytko, że odkopanie zajmuje im raptem parę godzin, czeka na nich odkrycie, którego Scarlett się nie spodziewała.

Na widok odsłoniętego kształtu Kusanagi osuwa się na kolana.

–  Pies – mówi cicho. – Święty towarzysz boga. Powiedziano przecież, że trzy z tych istot, Sprit, Curio i Oppy, chodziły po Marsie w ślad za nim. Pani, bóg nas tu zaprowadził, byśmy odnaleźli ten najcenniejszy ze skarbów.

Scarlett, wstrząśnięta, stara się odpędzić niemal religijną trwogę, która ją ogarnęła.

Zmusza się, by spojrzeć na znalezisko jeszcze raz. Sześć okrągłych nóżek– kół. Ciemny korpus pokryty słonecznymi panelami, długa szyja z jasnego metalu. To nie pies, nie boska istota. To coś cenniejszego: artefakt Pierwszego Człowieka, starszy niż cała cywilizacja, w której Scarlett wyrastała.

–  Bóg mnie tu zaprowadził – mówi Scarlett – za twoim pośrednictwem. Błogosławieństwo na nas i na nasz kościół.

Błogosławieństwo, zaiste, myśli. Hilde na pewno zdoła wydobyć z tego cuda wiedzę dawnych, coś, co pozwoli zrobić kolejny krok na drodze zrozumienia przodków. I wbić kolejny nóż – myśli Scarlett mściwie – w wizję matki i w jej wersję kościoła. Może, być może, odsłonić cywilizację Pierwszego Człowieka i zastąpić mit o niej – faktem.

Ja też mam misję, myśli, wspominając kolejny raz słowa Manu. Wobec nauki, jak Sceptycy. Ale i wobec przodków, jak matka. I jeżeli mam ją realizować jako głowa Kościoła, mieszając kolejne kropelki faktów do legend i mitów, które tworzą doktrynę – niech i tak będzie. A jeśli mogę przy okazji zniszczyć dzieło matki, zniszczyć jej szczęście tak, jak ona zniszczyła moje…

Uważaj, mamo. Zobaczymy, jak długo jeszcze ty będziesz Przywódczynią, po tym, jak wrócę do domu z psem boga. Na mniejszych podstawach budowano kariery proroków i nowe religie.

Koniec

Komentarze

Bo ja(+k) nie, to powinnaś.

 Ciekawe światotwórstwo. Motywacja działania bohaterki. Całość interesująca Dobrze się czyta. Pożądany dalszy ciąg.

Dziękuję ci, zacny misiu, serdecznie. Wiem, że poza ewentualnym dalszym ciągiem przydałby się i szlif temu, co już napisane :)

Zdecydowanie zgadzam się z misiem, że pożądany dalszy ciąg :) Mam niemal wrażenie, że przeczytałam fragment, wstęp do czegoś dłuższego. Ale ciekawy i wciągający wstęp, klimat mi podszedł. Ta religijna eksploracja kosmosu przywiodła mi na myśl “Mroczne materie”.

Co wyłapałam:

I. A GOD– AWFUL SMALL AFAIR

Niepotrzebna spacja po łączniku. Potem w kilku miejscach się ten sam błąd powtarza.

 

same jej starania zwróciły na nią uwagę paranoicznej ochrony budynku.

Święci Piotrze, Zuzanno, Łucjo i Edmundzie, módlcie się za nami.

Plus za Narnię, bo mam ogromny sentyment ;)

 

Wyniki z testów

za z wartym majątek

to nie tylko zasługa faktu, że ciężko pracuje

Zasługa faktu? Może lepiej po prostu “zasługa tego, że ciężko pracuje”?

 

Wszyscy jednak wiedzą, jak się nazywa i czyją jest córką: cokolwiek powie, i wszyscy należą do kościoła.

Coś tu jest nie tak z tym zdaniem. Nawet nie do końca rozumiem o co chodzi.

 

 

 

mindenamifaj: dzięki za miłe słowa i za łapankę. A z ostatnim zdaniem nawet wiem, co jest nie tak: zjadłam jego środkową część przy poprawkach i nie ma sensu :D :D

 

Czy to jest opko, które miało być na mój konkurs? Jeśli tak, to żałuję, że nie zdażyłaś ;)

Podobało mi się. Pomysł może i nie nowy, ale takie błędne odczytanie znalezisk z przeszłości zawsze mnie bawiło. Intryga jest jak się patrzy, ociupinka miłości i zemsty dodaje smaczku. Wszyscy święci sprawili, że mi się uśmiechnęło. Doskonale wykorzystany ostatni przekaz Oppy. No, wyszło bardzo smacznie :)

 

Matka podeszła do nich i podała Scarlett białą flagę z czerwonym kręgiem i haftowaną literą M w środku: sztandar Marsa, znany z pradawnych przekazów, osobiście odtworzony, uszyty i wyhaftowany przez przywódczynię.

McDonald? Nic innego mi do głowy nie przychodzi ;)

 

Z technikaliów – czytałam na tolino, więc nawet jak mi tam coś mignęło, to nie potrafię teraz znaleźć. Pozostało mi tylko wrażenie nadmiaru dwukropków.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Tak, to było opko oryginalnie na Twój konkurs i po różnicy dat między początkiem a końcem widać, jak mi się je pisało :( Cieszę się, że ci się podobało. Nadmiar dwukropków wystąpił na sto procent, jestem od dwukropka niezdrowo uzależniona.

Ostatnio znowu sporo siedzę w marsjańskich klimatach, więc tematyka i miejsce akcji idealnie jak dla mnie. :)

Opowiadanie mocno kantyczkowe, z akcentem na wątki kosmiczne z trzeciej części powieści. Czuje się duży rozmach świata przedstawionego, nie tylko dlatego, że akcja rozgrywa się na dwóch planetach, ale też dzięki osnuciu jej wokół konfliktów i intryg między różnymi stronnictwami. Zdecydowanie pozytywną wartością dodaną jest też większy udział postaci kobiecych w rolach przywódczyń religijnych.

Co do samej religii, to z początku spodziewałam się monoteizmu, więc odkąd zaczęły się pojawiać wzmianki, że mamy też do czynienia z politeizmem, to trochę się nastawiłam na bliższe poznanie panteonu bóstw. Myślę, że ten element uniwersum warto by bardziej rozwinąć, w przyjętej konwencji postapo na pewno ma spory potencjał. Edit: Chyba że chodziło tutaj po prostu o różne aspekty tego samego bóstwa, o których była mowa w tekście, ale nie jestem pewna, czy dobrze to interpretuję.

Ciekawie wyszedł zabieg z nawiązaniami popkulturowymi – przełamuje potencjalny patos, dzięki czemu całość można odebrać z przymrużeniem oka.

Najbardziej podobało mi się z kolei wykorzystanie łazików marsjańskich i z jednej strony umiejscowienie ich w obrębie nowego systemu religijnego, z drugiej uczynienie z nich przedmiotu badań archeologicznych. Tutaj zgodzę się z przedpiścami, że ciekawie byłoby przeczytać ciąg dalszy rozwijający ten wątek. Ale już w obecnej formie pobudza wyobraźnię i daje do myślenia, więc jestem usatysfakcjonowana. :)

Bardzo ci dziękuję. Wiesz, że cię wyjątkowo cenię jako autorkę, tym milej mi, że zajrzałaś i że ci się podobało.

 

Ten tekst, żeby sprawdzał się jako to coś, co sobie sama zaplanowałam w głowie, powinien był dostać jeszcze więcej czasu ode mnie jako od autorki. Fajnie byłoby jaśniej dookreślić wątek polityczny – w mojej głowie, czego czytelnik nie widzi, jest mapa państwa Kalifornii (nie całkiem tożsama z mapą stanu) i pewne detale ich ustroju, opartego na demokracji bezpośredniej i systemie debat publicznych między jednostkami albo przedstawicielami grup, na przykład religijnych, których jest wiele, i poli-, i monoteistycznych. Jest – i tego, że to z tekstu wypadło, bo nie było czasu, żałuję najbardziej – pokazanie życia zupełnie poza wspólnotą kościelną, z której Scarlett się wywodzi, gdzie są nowe słowa i nowe idee, nie ma obsesji przeszłości i nikt nie nazywa dzieci Scarlett Medea ani Marylin Volkswagen (stąd ta obsesja anglosaska i brak hiszpańskich skojarzeń – ludzie kościoła mają obsesję dawnej kultury, a to, co z niej zostało, to najpopularniejsza popkultura, w większości anglosaska językowo). Przez moment w tekście były elementy zmiany językowej, pewne słowa, które oni źle rozumieją i przypisują im mylne desygnaty – np. Scarlett miała jechać “dźwigiem” zamiast windą, miały być “trony” w znaczeniu “krzesła”, słowo “wieżowiec” użyte było w znaczeniu “zamek, pałac” – ale z tego też zrezygnowałam, bo w opowiadaniu – nie w powieści, gdzie jest miejsce na rozwinięcie – to się nie tłumaczyło i robiło zbędny chaos, a ja już nie miałam czasu, żeby wymyślić, jak to rozwinąć.

Sam fakt, że to piszę, jest dowodem pewnej, hmm, klęski tego opowiadania. Wiem, że to wybitnie niezachęcające dla czytających komentarze potencjalnych czytelników, ale mam poczucie, że muszę to powiedzieć.

Co prawda nie mnie odpowiadasz, ale mogę Cię zapewnić, że widać i debaty, które mnie się skojarzyły ze starożytnym Rzymem i mowami Cycerona (wpływ cyklu Roma sub Rosa), i to, że poza Kalifornią istnieje inny, normalniejszy świat, gdzie przeszłość nie staje się składową religii, ale jest badana w sposób bardziej nazwijmy to – naukowy.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Jeśli o mnie chodzi, to odebrałam świat jako bardzo żywy, pełen stronnictw reprezentujących różne wizje rzeczywistości – jest Kościół Jedynego Boga, Kościół Pierwszego Człowieka, są Sceptycy… Myślę, że gdyby przedstawić w krótkiej formie pełny obraz uniwersum, to mógłby się pojawić pewien przesyt światotwórstwem, a tak można sobie spokojnie dopowiedzieć, że tych ugrupowań jest więcej. A takie wrażenie, że w opisywanym świecie dzieje się więcej, niż zostaje przedstawione czytelnikowi, też wypada na plus. :)

Z kolei fragmentaryczność wiedzy bohaterów na temat poprzednich cywilizacji dobrze oddają właśnie te nawiązania popkulturowe czy ich postrzeganie łazików marsjańskich – też można sobie tu sporo dopowiedzieć, bo dla czytelnika nazwy będą mieć zupełnie inny wydźwięk niż dla bohaterów.

@Irka_Luz, @balck_cape, dziękuję Wam bardzo za miłe słowa. Cieszę się, że jednak pewne rzeczy wyszły :)

Hej!

 

Skojarzyło się z “Canticle for Leibowitz”, ale to chyba oczywiste. Trochę też z “Diuną”. Fajny klimat, stworzony świat wydawał się obszerny, intryga interesująca. Bardzo przyjemnie się czytało. Spodziewałem się, że dziewczyna prowadzi podwójną, jak nie potrójną grę. Zakończenie wygląda na nieco pospieszne.

Muszę posłuchać pana Bowie. (affair)

 

Pozdrawiam!

O, pierwszy komentator, który Bowiego wyłapał, chapeau bas!

 

Skojarzenia z “Kantyczką” jak najbardziej na miejscu, widać zresztą inspirację w nazwisku bohaterki, tyle że tam kościół (konkretnie katolicki) jest siłą pozytywną, a u mnie ten mój zmyślony, hmmm, nie całkiem.

Dziękuję za pochwały. Z zarzutem o pospieszne zakończenie się jak najbardziej zgadzam, przyspieszona jest też scena retrospekcji, ale przyznam, że skończyłam je obie pisać o godzinie 11. 54 w dniu deadline’u o 12.00. Nie jestem z tego dumna, bo czas był, tylko mi nie szło, ale przyznaję się szczerze. Kiedy konkurs się skończy, będę miała ten tekst i jeden ze starszych do solidnej poprawy.

Faktycznie, światotwórstwo imponujące. Całe społeczeństwo zbudowałaś i pokazałaś jego kawałki w opowiadaniu. Fabularnie jest słabiej – mam wrażenie, że to dopiero początek starcia matki i córki. To nadaje tekstowi posmak fragmentu, chociaż jakaś bitwa w tej walce właśnie się skończyła.

Chętnie dowiedziałabym się, w imię czego dziewczyna poświęca tak wiele. Znaczy, oprócz mglistych planów spaskudzenia projektu matce.

Bóg– Kreator tworzy Marsa z kropli swej krwi. Bóg– Pogromca

IMO, w tych przypadkach (i wielu innych) bez spacji po myślniku, który raczej powinien być dywizem (acz tu już nawet paznokci bym nie ryzykowała).

Babska logika rządzi!

Dziękuję za miłe słowa o światotwórstwie. Z fabułą – zgadzam się, ten tekst mnie przerósł, wydawał się materiałem na krótkie opowiadanko, a siedzi w nim raczej niedokończona mikropowieść. Zgadzam się też, że na moim pisaniu tego tekstu ns akord i ostatnią chwilę (w jednym) ucierpiały m. in. motywacje postaci.

Do baboli się przyznaję i postanawiam się /je poprawić :)

Też miałem skojarzenia z Diuną. Podoba mi się ten rodzaj światotwórstwa, budowanie świata na mitach i niedopowiedzeniach, gdzie z jednej strony jest jakaś tajemnica, z drugiej siedząc i czytając możemy domyślać się mniej więcej co się działo. Za to więc plus.

Nie wiem czy to kwestia czytania opo po pracy, ale długimi momentami czytało mi się ciężko. Nie leży mi czas teraźniejszy (nie wiem czy właściwie nazywam zastosowaną formę), ale to czysto subiektywna sprawa. Momentami traciłem rytm tekstu (trudne do przyswojenia zdania, czasem poczucie jakiejś sprzeczności), końcówka mnie rozczarowała zostawiając z poczuciem, że zatrzymałem się w połowie większej historii. Czuję, że albo mocno brakuje ci miejsca, albo warto by coś przyciąć i pokazać na czym polega ten master plan głównej bohaterki.

Wykorzystanie popkulturowych symboli jako elementów kultu szczególnie pogłaskało moje serduszko, wszystko przez antropologię oraz socjologię kultury, które wypaczyły mnie na zawsze ;)

Żeby podsumować ten niekoherentny komentarz: pomysł super, otoczka fajna, językowo i fabularnie czegoś mi brakuje. Cieszę się, że przeczytałem, mam poczucie że mogło być o wiele lepiej.

Dzięki za wizytę. Ja się zgadzam, że temu tekstowi brakło – nie tyle nawet limitu (bo mogłam bez problemu mieć większy, jako że skomentowałam sporo tekstów z konkursu), co czasu, bo pisany był zrywami, a kończony na ostatnią chwilę.

To nie jest śmieszne opowiadanie, niemniej lekturę zaczęłam od parsknięcia z powodu pska (pseka?)*.

Podoba mi się pomysł na ten rozwój religii w jakimś postantropocenie, natomiast niestety – o czym chyba sama wiesz – troszkę krzyczą tu luki wynikające zapewne z pośpiechu (bo nie limitu, znaków miałaś dość, żeby je zapełnić). Dla mnie na przykład nie jest do końca jasne, kim jest “błękitny Bóg”, a mam poczucie, że w tekście tak bardzo mocno osadzonym w popkulturze plus minus naszych czasów to musi być konkretna postać. Być może jak mi to powiesz, to klepnę się w czoło pt. “jak mogłam na to nie wpaść”, ale nie wpadłam i taka gapa jak ja nie miałaby nic przeciwko bardziej konkretnej podpowiedzi.

Przyznam też, że jakkolwiek usiłowałam długo rozkminić, co takiego naprawdę zrobił brat bohaterki (zwłaszcza żeby być bardziej winnym), nie ułożyło mi się to w jasną historię.

Szkoda też, że nie napisałaś tego na Raczkowanie na Marsie, bo Oppy tu gra naprawdę fajną rolę.

Ale biblioteczne to jest z całą pewnością, więc doklikuję. A w tym futurystycznym uniwersum powinnaś coś więcej napisać, zdecydowanie.

 

* Dla nieznających kontekstu: zdanie z pskiem to był mój najbardziej ryzykowny krok na studiach, których nie powinnam była skończyć, czyli polonistyce, i na egzaminie, który powinnam była oblać po to, żeby się przekonać, że nie nadaję się na te studia. Był to egzamin z gramatyki historycznej, o której nie miałam bladego pojęcia, więc nauczyłam się tylko jednego zdania, tego o Tobiaszu z pskiem, bo założyłam, że jeśli przyjdę jedna sztuka w czasie dyżuru, a nie na termin egzaminu, to pani profesor na pewno da mi to zdanie jako cholernie ważne dla polskiej gramatyki historycznej z powodu pska. Obstawiłam słusznie i dostałam piątkę z przedmiotu, z którego byłam epicko nieprzygotowana…

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję, Drakaino, podejrzewałam, że na pska możesz tak własne zareagować :D No i tak, oczywiście, że tekst był wymyślony na “Raczkowanie na Marsie”

 

Re: Błękitny Bóg. Tak, to całkiem konkretna postać z popkultury, nawet jego imię pada w pewnym momencie, ale to chyba nie jest twój kawałek popkultury – to jest kultowy bohater z kultowego komiksu :), Doktor Manhattan ze “Strażników” Alana Moore’a.

 

 

 

Co do brata bohaterki – taaa, to jest jedna z większych dziur, tam brakuje co najmniej akapitu, który miałam w głowie, a tu zostały z niego strzępy. Idea była taka:

– państwo z sekty Sceptyków, w tym bohaterka, zostają aresztowani za bluźnierstwo, po tym, jak przegięli w debacie

– brat przyjeżdża odebrać bohaterkę i przemocą ją zabrać do domu; orientuje się, że szef i jego sister mają romans

– postanawia podkręcić oskarżenie, dołożyć porwanie, gwałt i “duchowe zabójstwo” swojej siostry;

– oferuje reszcie z towarzystwa ułaskawienie, jak złożą zeznania przeciw szefowi, w innym przypadku przekonuje ich, że grozi im śmierć;

– oni dają się przekonać, lokalny sąd natomiast jest tak pod wrażeniem faktu, że jest u nich syn przywódczyni wiodącego lokalnego kościoła, że podkręcają wyrok i skazują go na śmierć / dożywocie

– bohaterka, którą trzymano w izolacji, dowiaduje się o wszystkim; brat odmawia ułaskawienia skazańca, do czego jako członek swojej rodziny teoretycznie ma prawo.

No tak, w tym streszczeniu to jest jaśniejsze, bo ja się potknęłam na tym stwierdzeniu bohaterki, że tak naprawdę brat zrobił “coś gorszego” (jest to inaczej sformułowane, ale nie mogę w tej chwili znaleźć dokładnego miejsca). Szkoda, że tego wyjaśnienia zabrakło.

Z Błękitnym Bogiem słusznie podejrzewałam własną ignorancję, ale miałam dobre intuicje, jak się okazuje. Imię zapewne pominęłam, jeśli mi nic nie mówiło ;)

Czytałabym więcej z tego świata ze względu na kreacje religii. To zatrąca trochę o to ze świętą czwórką (od kiedy już jakiś czas temu przeczytałam to opowiadanie, mam to skojarzenie i za Chiny Ludowe albo i co innego znacznie gorszego nie jestem sobie w stanie przypomnieć w czym to jest?), ale idzie w zupełnie inną stronę. To bym czytała nawet w wydaniu opowieści o sporach doktrynalnych, jakiegoś takiego poplątanego clerical fiction. Nie wiem, czy to jest materiał na długi cykl, ale na pewno opowiadanie pozostawia z poczuciem niedosytu, że o świecie chciałoby się wiedzieć więcej.

http://altronapoleone.home.blog

Święta Czwórka (John, Paul, John i Ringo jako postacie otoczone kultem) jest w “Einstein Intersection” Samuela R. Delany’ego. I tak sobie myślę: jesteś którąś z kolei osobą chwalącą ten świat, może faktycznie go warto poeksplorować?

Chyba wszystko już o tym tekście zostało powiedziane. Ciekawy świat i pomysł, na który ja na bank bym nigdy nie wpadła. Kościół, i podróże na Marsa, i piesek… bardzo fajne, ale też sam styl pisania jest ciekawy.

Dziękuję, miło mi, że ci się podobało :)

Podobało się: Nomen omen, kupuję przedstawioną religię. 

Nie podobało się: Zastanawiam się czy zatomizowany świat byłby w stanie wyruszyć w kosmos. Ale czepiam się w tym przypadku trochę na siłę. 

 

Gratuluję i pozdrawiam!

Dzięki za uwagi i cieszę się, że wizja religii wydała ci się przekonująca.

Z tym kosmosem trafiłeś w jedną z moich większych wątpliwości: ile czasu musi upłynąć, zanim ludzkość odzyska zdolność lotu w kosmos po nie całkowitej zagładzie, ale jednak solidnym upadku cywilizacji? Myślałam, myślałam, w tekście to jest w końcu niedookreślone, ale będę musiała solidnie do przemyśleć i przedyskutować w trakcie poprawiania tekstu po konkursie.

W planach było, żeby w tym świecie istniały niejednorodne formy organizacji, powiedzmy, społecznej: gdzieniegdzie państwa, państewka i ich federacje, mniej więcej takie, jakie znamy – ale także duże wędrowno-plemienne grupy żyjące np. na wodzie na jakichś statkach wolno, ale swobodnie się przemieszczających, ligi i kompanie, mające ludzi i know-how, ale niekoniecznie ziemię, funkcjonujące jako eksterytorialne przedstawicielstwa (np. uniwersytety), powiązane więzami z państwami i innymi takimi, mające posiadłości, ale rozrzucone po różnych obszarach kościoły, armie do wynajęcia itd. Akurat Kalifornię zrobiłam państwem, idąc, nie oszukujmy się, po linii najmniejszego oporu, ale przy przeróbkach spróbuję zasugerować szerszy obraz świata.

Fakt. Rzeczywiście trudno nie mieć pewnych skojarzeń z „Kantyczką dla Leibowitza”, co zresztą zdajesz się jawnie sygnalizować tymi Leibowitzami w opowiadaniu. Pomyślałem również o innym tekście Millera, „Wielki Joe i n-te pokolenie” ze starej Fantastyki, w którym jest może mniej nawiązań religijnych, za to więcej głupoty, naiwności i niewiedzy bohaterów w obliczu pamiątek z zamierzchłej przeszłości. 

Oczywiście o ludzkości powstałej gdzieś w bardzo odległej przyszłości na zgliszczach naszej cywilizacji pisali też inni. I wiem, że znasz ich wszystkich. Czy to Vance w klimatach zakamuflowanej fantasy w „Pieśni Umierającej Ziemi”, czy Ellison z bliższym czasowo i postapokaliptycznym „Chłopcem i jego psem” (widzę tutaj wyraźne mrugnięcie okiem w tytule rozdziału, a nawet w samej koncepcji popkulturowego Boga z psem/Oppym), czy wreszcie Burroughs ze swoją upadłą cywilizacją Marsjan w cyklu marsjańskim, do którego zdajesz się nawiązywać przybranym nazwiskiem bohaterki. No i oczywiście najwspanialszy z nich Gene Wolfe, który swój świat w cyklu słonecznym, również odległy i upadły, tworzy w bliskiej Ci zapewne konotacji z upadłym, antycznym Rzymem. U Wolfe’a artefakty upadłej cywilizacji otacza szczególna aura, tajemnica i niesamowitość, a chyba najlepszym przykładem jest spotkanie bohatera z zaawansowanym skafandrem kosmicznym… 

Przyznam się, że miałem jeszcze inne skojarzenie, odleglejsze, ale doprowadziło mnie ono na manowce, bo sugerowało zupełnie inne rozwiązanie w finale. Takie z ostrym twistem. Ale może zdradzę je na koniec komentarza.

Tak więc szczerze doceniam Twoją próbę stworzenia czegoś zakręconego w karykaturalnej wręcz wizji ludzkości oraz religii przyszłości, opartej na zniekształconych przez czas i przekaz skrawkach wymarłej cywilizacji. Troszkę to przypomina również ostatniego Mad Maxa, gdzie mamy Imperatorkę, Cytadele, Wiecznego Joe, chłopców wojny wierzących, że po śmierci trafią do Walhalli itd. A także odjechane imiona powstałe z różnych szalonych zbitek, podobnie jak u Ciebie (widzę tu również pewne nawiązania do „Igrzysk Śmierci”, ale nie będę się rozpisywał, bo fanem nie jestem).

Oczywiście to nic złego. To całe zaplecze popkulturowe i ogólnie kulturowe na pewno siedzi w każdym nas i wypływa z podświadomości lub świadomości podczas pisania i tworzenia własnych wizji. U Ciebie mamy głównie świadome, sygnalizowane w tekście inspiracje i nawiązania. A wyłapywanie ich to dodatkowa frajda dla czytelnika.

Ale z drugiej strony mam wrażenie, że albo pojechałaś ciut za daleko i w niektórych miejscach ta zabawa w tworzenie nazw przyszłości opartych na pozbawionych właściwego kontekstu postaciach, obiektach czy zjawiskach z przeszłości, prowadzi do niekoniecznie zamierzonego efektu komicznego, albo byłaś zbyt ostrożna i w tej nazwo-światotwórczej zabawie stanęłaś w półkroku. 

Ale to tylko wrażenie a jeszcze nie zarzut. Zarzuty mam inne. 

Po pierwsze, widzę tutaj jakby zaburzoną kompozycję tekstu, a może dziwnie postawione akcenty. Na przykład sporo czasu poświęcasz wprowadzeniu, szczegółowo opisujesz pierwszą i drugą scenę, nawet trzecią. Tam się coś dzieje na oczach czytelnika, towarzyszymy bohaterce, pokazujesz, nie opowiadasz. Potem już różnie z tym bywa. I to jest moim zdaniem pewne zachwianie – sporo czytamy o tym, jak ona wchodzi do budynku, rozmawia z wujkiem itp. ale inne, znacznie ważniejsze i ciekawsze wydarzenia streszczasz nam w kilku zdaniach lub nawet jednym jak np. sam lot na Marsa. Ja tu nie widzę świadomego operatora kamery. Robisz nam zoom na akcje w dziwnych miejscach, a tam, gdzie warto wjechać z kamerą, odjeżdżasz na dalszy plan opisowej, streszczającej wydarzenia narracji. 

Doprecyzuję jeszcze: sporo naprawdę istotnych wydarzeń dzieje się w wypowiedziach postaci. Spora część historii toczy się w kwestiach dialogowych, wspomnieniach (nawet nie retrospekcjach), a reszta dzieje się w opisach (jak np. udział Scarlett w treningach, o których tylko czytamy, a nie uczestniczymy w nich, podobnie jak w wielu ważkich scenach, ledwo wspomnianych). I ok, niby po części można to tłumaczyć staraniem Autorki o zachowanie tajemnicy, ukrycie intrygi bohaterki, ale szczerze mówiąc, ani tajemnica, ani intryga nie okazują się aż tak istotne i zaskakujące, a po drodze dostajemy streszczenie wydarzeń, nieco pogmatwane, trochę więcej obiecujące niż dające w finale. Właściwie intryga dzieje się poza naszymi oczami, jest jakąś tam ukrytą motywacją bohaterki, wiemy, że ona coś tam planuje, cały czas nam opowiada z niedopowiedzeniami, co się działo wcześniej, gdzieś tam, z kimś tam (kilka postaci pojawia się w tle, ale żadna nie działa, nie wpływa bezpośrednio na akcję, nawet ruchy i posunięcia matki czy wuja poznajemy z relacji narratora towarzyszącego myślom Scarlett, a Sceptycy to już zupełne tło). O działaniach brata nie wspominając, bo on wypływa zupełnie pod koniec tekstu.

A przy tym nie jestem pewien, czy nie ma tu pewnej niekonsekwencji gramatycznej, i czy trzymasz przez cały tekst dyscyplinę czasową. Skoro Scarlett zastanawia się, nie ma, mówi to, czy na pewno odtwarzała, zdążyła itd.?

Kolejna sprawa to bohaterowie. W większości młodzi, jak główna bohaterka, z dwiema dorosłymi postaciami w tle (matka, wuj). I powiem szczerze, że pewne opisy (kitka spod kapelusza, opis spotkania przy fontannie), rozmowy, banda młodocianych Sceptyków, pewne zachowania, przekonały mnie jako czytelnika, że mam do czynienia z jakimś prawie Young Adult, a nie ponurą przyszłością Ziemi (o tych wszystkich postapokaliptycznych czy dystopijnych cyklach YA na temat przyszłości ludzkości, nawet nie będę wspominał). I tutaj nasuwa mi się pytanie. Czy te naleciałości młodzieżowe były świadome, czy przypadkowe? Bo jeśli świadome, to do kogo kierowane? Ilu mamy nastoletnich portalowiczów? Ilu miłośników YA? Czy nie lepiej było jednak pójść w powagę, mrok i ponurą wizję przyszłej, wypaczonej cywilizacji? Bez tych kitek mysich, młodocianej bohaterki z misją, młodzieży zachowującej się jak banda studenciaków pierwszego roku, romansów i rewolucjonistów rodem z Hogwartu? A wiem, że potrafisz na poważnie, dla dorosłych, wręcz mroczno i ponuro, co udowodniłaś w tekście na Ciężki dyżur. Oczywiście nie mówię, że tylko w mrocznej estetyce ten temat by się sprawdził, ale przyznam, że powracające klimaty YA zupełnie mnie tutaj zbijały z pantałyku.

Podsumowując, zbudowałaś dosyć złożony świat (państwo) odległej przyszłości, z wypaczonymi wierzeniami, wymyślonym systemem władzy, ciekawymi nazwami nawiązującymi do naszych czasów itp. Wymyśliłaś intrygę sięgającą wstecz w przeszłość tego świata, aż do naszych czasów, ale głównie w przeszłość bohaterki. Dałaś tej bohaterce jakieś super szkolenia i cechy, z których zupełnie nie korzysta (np. panowanie nad tłumem), chociaż podobno pomagają jej dostać się do załogi misji (piszę podobno, bo nas o tym zapewniasz, ale niczego nie pokazujesz).

Ale w teraźniejszości fabuły, w czasie akcji, do którego zaprosiłaś czytelnika, niewiele się dzieje. Samego świata też nie poznajemy za bardzo oczami bohaterki, bo większość jego elementów trafiło do infodumowych opisów, infodumpowych dialogów, wstecznej narracji, niby toczącej się czasem w jakimś stopniu w głowie bohaterki, czasem poza, ale zawsze z boku, nie bezpośrednio w akcji.

Poza tym za często podkreślasz, kim była Scarlett i jak bardzo jest wyjątkowa. To też takie dość charakterystyczne dla YA (chyba). O jej wyjątkowości wiemy od chwili, gdy nam to powiedziałaś raz, drugi, trzeci. Gdy powiedziałaś nam, kim była ona, jej matka i wuj oraz co się wydarzyło wcześniej. Tymczasem powtarzasz to nadal i nawet pod koniec znów nam serwujesz: Wszyscy jednak wiedzą, jak się nazywa i czyją jest córką: cokolwiek powie, i wszyscy należą do kościoła […]. Itd.

 

Technicznie czepiałbym się głównie konstrukcji i kompozycji. No i mam pewne wątpliwości co do tych czasów narracji. Zdania budujesz czasem nieco barkowe i gdzieniegdzie ich szyk czy długość albo napakowanie informacjami i nazwami mnie zatrzymywały.

 

Trafia się czasem zaimkoza (ok, czasem w wypowiedziach postaci, ale to też się rzuca w oczy):

Poznała ich przypadkiem: podeszła do grupy ciemno ubranych dyskutantów, siedzących przy fontannie. Widziała ich wcześniej, towarzyszyli przeciwniczce. Sama nie wiedziała, co napadło, by teraz podejść do nich, gdy świętowała swój triumf nad ich kandydatką.

Nie byłam pewna – odpowiedziała matka. – Owszem, zauważyłam, że twój wuj coś przede mną ukrywa. Od kiedy mi przekazał tamte dane od tajnego informatora, po cichu miałam nadzieję, że to może ty. Kto inny, w końcu, wiedziałby tyle o tej konkretnej grupie Sceptyków?

 

Zdarzają się wybitni sztuczne i nienaturalne wypowiedzi:

Czy mogę spytać, ilu mam kontrkandydatów? Hmmm, w sumie faktycznie nie powinnam czuć się zaskoczona, że aż tylu.

Jest sporo fragmentów infodumpu, ale to chyba konsekwencja obranej narracji, która streszcza nam wydarzenia przeszłe i teraźniejsze, zamiast pokazywać:

– Mam ci uwierzyć? – pyta. – Po tym, co zrobiłaś Kościołowi? Mnie? Matce Przełożonej? Odcięłaś się demonstracyjnie od naszego nauczania. W kluczowym momencie konfliktu z Kościołem Jedynego Boga ty, potomkini świętego rodu założycieli, odeszłaś ze wspólnoty. I to przed samą wielką debatą, kiedy twoja matka nie sypiała po nocach, przygotowując się do walki o wszystko… wiedziałaś doskonale, chodziło o miejsca w Radzie, o szansę na przywództwo w państwie! A ty właśnie wtedy ją zdradziłaś. Co więcej, ściągnęłaś nieszczęście na rodzinę. Wiesz, gdybyś wtedy dokonała apostazji, stanęła po stronie Kościoła Jedynego Boga, ta zdrada byłaby chyba mniejsza niż twoje odejście z… tamtymi ludźmi.

Tamci ludzie. Scarlett zalewa nagle fala wspomnień. Sześć lat, już tak dawno. Była przed ostatnim stopniem wtajemniczenia – najmłodsza w historii, przyszła Matka Przełożona, może nawet odrodzona Prorokini Kościoła. Ukończona edukacja, pierwsza debata. Pierwszy formalny triumf na agorze nad przedstawicielką Wspólnoty Postępu. Poszła świętować z przyjaciółmi z Kościoła – zwycięstwo dało im dodatkowe miejsce w Radzie Miasta, bardzo potrzebne – i na małym rynku, wśród pijących po debacie, spotkała tamtych ludzi.

 

Ps.1. Mając podczas lektury z tyłu głowy te wszystkie wspomniane fundamenty popkulturowe i literackie, do których nawiązujesz, naszła mnie myśl, że to Ziemia będzie dla mieszkańców Marsem i że oni tak naprawdę są cały czas na Marsie, gdzie przetrwała ludzkość, a lot na Marsa okaże się lotem na Ziemię. No i tam finałowy twist otwierający oczy itd. Jak łatwo się domyślić, to echo „Planety małp” włączyło mi się na fali tychże katastroficznych skojarzeń z upadłymi cywilizacjami.

Pewnie gdyby tak ta opowieść się skończyła, wtedy bym rzeczywiście dostał obuchem w łeb. Zamiast tego dostałem łazika, jako psa-towarzysza wymyślonego boga i też jest ok. Sednem story okazał się zatem dalekosiężny plan bohaterki przejęcia władzy w nowym Kościele i doprowadzenia do powolnego procesu nakierowania jego nauk na prawdę (moim zdaniem niestety ten szczytny plan, motywujący bohaterkę do działania przez cały właściwie tekst, wybrzmiewa w finale zbyt słabo i się nieco rozmywa).

Dostajemy więc niejako odniesienie i do współczesnego sporu religii z nauką, kreacjonistów z ewolucjonistami, nowych ruchów religijno-kościelnych w USA (Państwo Kalifornijskie, tak?), ale też do historii kościoła katolickiego, który krok po kroku ustępuje przed światłem nauki i wycofuje w obszary, gdzie nauka jeszcze nie dotarła, lub nigdy nie dotrze ze swoimi odpowiedziami. 

Czyli też dobre, choć może bardziej „letnie” jako finałowy quasi-twist, ale nadające opowiadaniu i jego przesłaniu spory rozmach na zupełnie innej płaszczyźnie. Na pewno była to ciekawa i odważna w zamyśle lektura, która warta jest dopracowania i rozwinięcia.

 

Ps.2. Gwiazdki to bym wszystkie wypośrodkował.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mr.Marasie,

Bardzo, bardzo dziękuję za ten rozbudowany komentarz, pełen skojarzeń i odniesień – w większości jak najbardziej właściwych, w sensie – obecnych w mojej głowie podczas pisania (ale aż pisnęłam z radości, jak skojarzył ci się Gene Wolfe, bo w sumie niewiele osób go czyta :). Absolutnie przyjmuję na klatę wszelkie uwagi dotyczące infodumpu, niekonsekwencji, niedopracowania wielu sen – ten tekst wymaga jeszcze wiele pracy i każda uwaga wskazująca, co nie działa, będzie dla mnie bardzo cenna przy tych przeróbkach.

Co do “Igrzysk śmierci” i generalnego klimatu YA oraz wieku bohaterów. Powiem tak: celowałam w dwudziestoparolatków, czyli ludzi młodych, ale jednak dorosłych. Jeśli wyszli bardziej naiwni, młodzieńczy – to to też będzie coś, co będę chciała stonować i skorygować.

Skądinąd, to zakończenie z zamianą Marsa i Ziemi, jakie wymyśliłeś, jest wybitne i aż mnie skręca, że na to nie wpadłam – ale tekst oryginalnie wymyślony był na Irki konkurs spod znaku łazików marsjańskich i zafiksowałam się na nim.

Jeszcze raz dziękuję za komentarz, rozbudowany i rzeczowy!

Слава Україні!

Witam szanowne grono jurorskie!

Cześć!

 

czy zauważyło coś więcej niż kapelusz, (+s)pod którego ronda wymykają się jej mysie włosy, związane w cienki kucyk.

A nie lepiej: “spod ronda którego wymykają…”?

 

Hilde musi być na bieżąco z projektem, za wiele może zależeć od szybkich decyzji i działań.

Plusik za imię – Hilde to bohaterka mojej “Oblakinii” i “Tęsknicy” :P

 

No chyba, że cała ta farsa była tylko po to, żebyśmy cię złapali.

Bez przecinka po chyba, o ile się nie mylę.

 

siedzącego za z wartym majątek historycznym biurkiem z plastiku.

Nadwyżkowe “z”

 

Yun godzinami grał z nią z Wojnę o monopol

w wojnę

 

Scarlett czeka, by przed sądem, złożonych z dostojników Kościoła i lokalnych notabli

złożonym

 

Madonny Wonderwoman Belli Leibowitz

Szczerze parsknąłem :D

 

Shiva Brahman Adiyogi Doktor Manhattan

Parsknąłem po raz drugi.

 

Bo ja(+k) nie, to powinnaś. Powtarzasz w kółko to samo i marnujesz czas.

 

Zawsze może zrzucić winę na bezpośrednią boską inspirację. Wsiadają do łazika i kierują się w stronę odkrycia.

W piaskach, na tyle płytko, że odkopanie zajmuje im raptem parę godzin, czeka na nich odkrycie, którego Scarlett się nie spodziewała.

Trochę za blisko.

 

Fajne to było. Rzeczywiście na pierwszy plan wysuwa się interesujące światotwórstwo z wykolejonym nazewnictwem i obiektami kultu jak z ponurej komedii. Jako że znasz się, widzę, na komiksach, to powiem Ci, że motyw dziwacznych bóstw skojarzył mi się z serią Transmetropolitan. Tam były chyba nawet targi religijne – każdy mógł sobie wybrać własne, bzdurne wierzenie.

Jak przedpiścy, skojarzeniowo – delikatnie wprawdzie – ale czułem też powiew piasku Arrakis :) Głównie przez tę potężną dawkę religii, jej instytucjonalność i wpływ na politykę. Oczywiście pod względem nastroju jest tutaj inaczej, lżej, bez Herbertowej pompatyczności i ultrapowagi.

Intryga całkiem ciekawa, podobał mi się też ruch Sceptyków. Ktoś u góry zarzucał Ci, że byli naiwni i dziecinni. Zgodzę się, ale nie czyniłbym z tego zarzutu. W podanych przez Ciebie realiach ten sekciarski fanatyzm, zaślepienie i gorączkowe poszukiwanie czegoś innego niż utrwalony kanon wydały mi się wiarygodne.

Podobały mi się również relacje między postaciami, zwłaszcza na linii Scarlett – matka.

Najsłabiej, że tak powiem bez “kopa” wypadł w moim odczuciu finał. To znaczy był w porządku, twist z “pieskiem” jak najbardziej udany, ale nie byłem jakoś wyjątkowo zachwycony czy zaskoczony. Brakło mi chyba jakichś dalszych losów Scarlett. Ale może to materiał na kolejne opko? :)

 

Z pozdrowieniami,

fmsduval 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Cześć, Ninedin!

 

Pielgrzymkiy marsjańskiej.

pojawiła się szansa na udział (+w) kolejnych etapach Pielgrzymki

Bo ja nie, to powinnaś.

Bo jak nie

Sześć okrągłych nóżek– kół. Ciemny korpus pokryty słonecznymi panelami, długa szyja z jasnego metalu.

O, Irka! Przez cały tekst zjada Ci spację w podobnych rzeczach, jak zaznaczyłem powyżej.

Czytałem sporo na telefonie, więc nie wypisałem więcej potknięć, ale trochę ich było.

 

Pragmatycznie o religiach i ich genezie. Zakończenie na tyle otwarte, że aż zdziwiłbym się, jakbyś nie miała przynajmniej wizji na ciąg dalszy :)

Zacząłem googlać, kim może być Leibowitz i widzę, że inspirowane “Kantyczką dla Leibowitza”. Niestety nie znam, więc myślę, że sporo mi umknęło. Tym bardziej że jest tu sporo rzeczy, które miały być zapewne smaczkami, albo nawet istotnymi faktami, jak np. imiona i nazwiska różnych postaci.

Od początku wyraźnie zaznaczyłaś konflikt i zbudowałaś niepewność, jak to się skończy – to popychało mnie do przodu i względnie szybko przeczytałem całość, szczególnie jak na niemal 40k znaków :)

 

Pozdrawiam i powodzenia w krokusie!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Dziękuję, krokusie, za życzenia powodzenia w krokusie!! :)

 

Cieszę się, że nieźle ci się czytało – moim własnym prywatnym zdaniem jako autorki ten tekst będzie po poprawkach miał potencjał, podobnie jak wymyślony tu świat – bo to świat się chyba podobał czytelnikom najbardziej. Co do nazwiska Leibowitz – tak, pograłam skojarzeniem z powieścią Millera, ale na dość podstawowym poziomie: “Kantyczka dla Leibowitza” jest o (pozytywnie traktowanej) religii i katolickim Kościele w postapo świecie, a że przy okazji jest to nie-całkiem-niepopularne nazwisko, użyłam go jako mrugnięcia okiem do czytelnika.

Ninedin czuję się pominięty :(

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Och, i słusznie się czujesz! Za taki obfity komentarz! Który przegapiłam! No to na razie podziękuję, a jutro, jak będę mniej padnięta, się ustosunkuję :)

Skojarzenie z “Kantyczką” jest oczywistością. Nie z powodu nazwiska bohaterki, ale na zasadzie pewnego rodzaju kontrastu między strategicznymi decyzjami i celami Kościoła z “Kantyczki” i Kościoła Pierwszego Człowieka. Pierwszy zadbał, jak mógł, o przetrwanie, drugi chce umocnić swoją pozycję, swoje znaczenie.

Protagonistka ma wszelkie zadatki na wielką karierę w polityce. Niekiepska w gruncie rzeczy zołzunia. 

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

 

Known some call is air am

ni­ne­din – Coś żyje w Ma­ra­sie, czyli Car­pen­ter stra­to­wa­ny

 

 

Cześć, ninedin!

Zaczęłaś świetnie, wessało od razu, kiedy tylko pojawiła się wzmianka o koronkach odmawianych przez bohaterkę. Święci Donald i Miki świetni, ale to przy św. Mercedesie przed oczami stanęła mi scena modlitwy alf do Świętego Forda z “Nowego wspaniałego świata” i od razu zachciało mi się więcej. I dostałem więcej, nie tylko w formie smaczków jak “Odbitka z Heathrow” albo Uniwersytet Croft-Jonesa, czy imion w stylu Tesla Kusanagi Kennedy. Wzięłaś mnóstwo popkulturowych motywów, zblendowałaś je i zrobiłaś z nich całą kulturę, z religią i bogiem Doktorem Manhattanem, z fikuśnymi ubiorami, jak ten wuja Scarlett, z całym społeczeństwem zafiksowanym na odtworzeniu naszej rzeczywistości, obrosłej w mity o tym jaki to był wspaniały świat. Z perspektywy czytelnika te ich próby zmiany świata na nasz, kierując się mocno zafałszowanym obrazem posklejanym ze strzępków informacji, są zabawnie nieudolne, ale jednocześnie skłoniły mnie do rozważań, czy nasza wiedza na temat starożytnych cywilizacji, tego jakie panowały tam obyczaje i jak w rzeczywistości wyglądała codzienność, nie są równie fałszywe, poprzetykane jedynie nićmi faktów.

Piszesz w komentarzach, że Kalifornia to państwo, w którym Kościół ma wielką władzę, ale to nie jest reguła i istnieją państwa mniej ortodoksyjne religijnie. Stworzyłaś taki dystopijny taliban, w którym wszystko podporządkowane jest wierze w mrzonki, pielęgnowane przez głowę Kościoła. Tutaj miałem skojarzenie z żyjącym w utopii społeczeństwem San Angeles z “Demolition Mana” ;) No a te motywy matriarchalne na myśl przywiodły mi społeczeństwo drowów z D&D, oraz religię przyszłości z “Ciała, wiele ciał” Farmera. Rzucasz tu i ówdzie te fragmenty popkulturowe, więc mam frajdę z ich odnajdywania, a czasem się gdzieś nawet zapędzę dalej, znajdując zapewne nieintencjonalne pokrewieństwa z tym czy tamtym, i to jest świetne. W jakimś sensie ten tekst jest dla mnie interaktywny :D

Trochę za bardzo gonisz miejscami, nie pokazując bohaterki i jej działań, tylko je opowiadając, ale wiem, że limit i tak dalej. Te przeskoki (ale nie retrospekcje, bo te były w porządku) wybijały mnie z rytmu – działały jak progi zwalniające, a przecież w założeniu chyba miały pchać akcję do przodu w czasie – i pozostawiły lekki niedosyt szczegółów, ale nie zepsuły mi frajdy z lektury.

Zakończenie jest dla mnie OK, bez fajerwerków, ale całkiem spoko. Wykorzystanie marsjańskich łazików, odkrycie celu działań Scarlett, nieco wcześniejsze podanie w retrospekcji motywacji, wszystko to się zamyka w jasny i dla mnie logiczny sposób. Maras pisał w komentarzu, że liczył na grubszy twist – ja też. Ale twistu nie było, bo już bardzo wcześnie odkryłaś karty: że Scarlett to podwójna agentka; że to co robi, to nie chęć powrotu na łono rodziny, tylko coś innego. Gdybyś tego nie pokazała już na samym początku, to tutaj upatrywałbym twistu, ostatecznego odkrycia kart. Tyle, że wtedy nie mogłabyś podać wcześniej motywacji Scarlett. Zamiast twistu jest cliffhanger… Będzie kontynuacja? Bo ja chętnie przeczytam :)

Known some call is air am

będzie krótko: fajnie się czytało, niektóre babole do teraz nie poprawione, mam nadzieję, że po retuszu kolejni czytelnicy nie będą się już potykać. Na szczęście nie było ich wiele. Trzymam kciuki za misję Scarlett.

Nowa Fantastyka