- Opowiadanie: ANDO - Niebo na Marsie

Niebo na Marsie

Podziękowania za betę dla:

Adory, Krzkota1988, Oidrin, Radka.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Niebo na Marsie

 

Niebo przy­po­mi­na­ło wiel­ką, okrą­głą ga­le­rię han­dlo­wą. Ru­cho­me scho­dy pro­wa­dzi­ły do wy­god­nych sy­pial­ni na pię­trze. Na in­te­rak­tyw­nych ścia­nach mi­ga­ły ob­ra­zy gór­skich ście­żek, sufit po­kry­wa­ło kłę­bo­wi­sko sztucz­nych chmur.

Par­ter sta­no­wił otwar­tą prze­strzeń z po­dłuż­nym sta­wem po­środ­ku, kar­ło­wa­te drze­wa o mię­si­stych li­ściach i wy­bla­kła trawa się­ga­ły ko­rze­nia­mi wody, w któ­rej pły­wa­ły rybki.

Gro­ma­da ludzi w bia­łych stro­jach, podobnych do su­kien­ek, wy­po­czy­wa­ła na le­ża­kach oraz ław­kach. Z bło­gi­mi uśmie­cha­mi wsłu­chi­wa­li się w pta­sie śpie­wy i szum trój­wy­mia­ro­we­go ho­lo­gra­mu wo­do­spa­du. 

W prze­ci­wień­stwie do nich Glo­ria wie­dzia­ła, że z ze­wnątrz niebo przy­po­mi­na spłasz­czo­ną pur­chaw­kę, wgry­za­ją­cą się w skały czer­wo­nej pla­ne­ty i po­kry­tą sys­te­mem ste­ro­wa­nych lu­ster, re­gu­lu­ją­cych ilość świa­tła do­star­cza­ne­go do po­miesz­czeń. Znała ta­jem­ni­ce wszyst­kich za­mknię­tych drzwi, łącz­nie z salą ge­ne­ra­to­rów oraz zauto­ma­ty­zo­wa­ną farmą ro­ślin ho­do­wa­nych w wo­dzie.

Kobieta usia­dła nie­da­le­ko stawu, dys­kret­nie przy­ci­szy­ła pi­lo­tem na­gra­nie z od­gło­sa­mi pta­ków. Sta­ra­ła się wto­pić w tłum, za­da­nia nie uła­twia­ły jej gra­na­to­wa bluza, spodnie oraz pu­cho­wa kurt­ka tego sa­me­go ko­lo­ru, kon­tra­stu­ją­ce z ota­cza­ją­cą bielą.

Krzep­ka sta­rusz­ka nagle ze­rwa­ła się z ławki, za­czę­ła walić pię­ścia­mi i kopać w ścia­ny z te­le­bi­mów.

– Do dia­bła z nie­bem! Wy­puść­cie mnie! – za­wy­ła.

Po­zo­sta­li pa­trzy­li na to ze zdzi­wie­niem.

Ko­bie­ta zła­pa­ła leżak. Ci­snę­ła go do stawu, ochla­pu­jąc sie­dzą­cych naj­bli­żej. Nie ru­szy­li się z miej­sca, z otwar­ty­mi usta­mi wo­dzi­li za nią wzro­kiem.

Dwóch męż­czyzn w gra­na­to­wych stro­jach bie­gło w jej stro­nę. Młod­szy, o ciem­nej kar­na­cji, wy­prze­dził si­wo­wło­se­go to­wa­rzy­sza.

Glo­ria za­trzy­ma­ła ich ru­chem dłoni. Uśmiech­nę­ła się ła­god­nie, po­de­szła do spraw­czy­ni za­mie­sza­nia.

– Ste­niu, przej­dzie­my się? – Wzię­ła ją pod rękę, pro­wa­dząc w spo­koj­niej­szą część nieba. – Po­wiedz mi, co się stało?

– Ach, Matko! Już nie daję rady! Strasz­nie bra­ku­je mi mo­je­go synka. Zo­stał na Ziemi, a ja tutaj… Jezu, jak okrop­nie tę­sk­nię! Jakby serce mi ktoś wy­pru­wał!

– Taki los. On już po­go­dził się ze stra­tą – tłu­ma­czy­ła Glo­ria spo­koj­nym tonem.

Dys­kret­nie wy­cią­gnę­ła z kie­sze­ni ma­lut­ką strzy­kaw­kę, do­tknę­ła ra­mie­nia Steni, zwal­nia­jąc przy­cisk. Ko­bie­ta nawet nie po­czu­ła za­strzy­ku, krzy­cza­ła dalej:

– Nie chcę, nie po­tra­fię! Nigdy nie za­po­mnę! Po co mi ta nie­śmier­tel­ność, to całe niebo, skoro jego tu nie ma?!

– Twój syn też tu przyj­dzie – wy­ja­śnia­ła Glo­ria, od­li­cza­jąc w my­ślach se­kun­dy, kiedy lek za­cznie dzia­łać. – Nie po­win­naś chcieć tego przy­spie­szyć. Trze­ba być dziel­nym, jakoś to prze­trwać. Prze­cież w nie­bie mamy tyle świet­nych rze­czy, praw­da? – Po­ka­za­ła na małe ro­bo­ty, przy­po­mi­na­ją­ce półki na kół­kach. Elek­tro­nicz­ni po­moc­ni­cy wła­śnie roz­wo­zi­li zie­lo­ne na­po­je.

Ko­bie­ta uspo­ko­iła się, ale wy­glą­da­ła na za­ła­ma­ną.

Glo­ria od­pro­wa­dzi­ła ją na ławkę, po czym po­de­szła do dwój­ki męż­czyzn w gra­na­to­wych stro­jach, sto­ją­cych przy ru­cho­mych scho­dach.

– W po­rząd­ku już? – za­py­tał szep­tem si­wo­wło­sy Oskar, znany w nie­bie jako Oj­ciec. Po­sta­wił koł­nierz kurt­ki.

Glo­ria ro­zej­rza­ła się, żad­ne­go z pod­opiecz­nych nie za­uwa­ży­ła w po­bli­żu.

– Mamy nowy pro­blem. Wraca im pa­mięć – po­wie­dzia­ła.

Męż­czyź­ni po­pa­trzy­li na nią z nie­po­ko­jem.

Oskar zmarsz­czył brwi i od­parł ostrym tonem:

– Mu­si­my to udo­sko­na­lić, w końcu je­ste­śmy bo­ga­mi. Mu­si­my dać z sie­bie wszyst­ko. Dio­ni­gi, przy­go­tu­jesz nowe testy.

– Oczy­wi­ście – zgo­dził się młod­szy z męż­czyzn, chu­cha­jąc w zmar­z­nię­te dło­nie.

Glo­ria tylko po­ki­wa­ła głową.

 

Prze­szła do czę­ści bazy, która dla więk­szo­ści miesz­kań­ców sta­no­wi­ła nie­do­stęp­ną stre­fę tech­nicz­ną. Wy­stu­ka­ła kody ko­lej­no w trzech pa­rach drzwi, do­tar­ła do wą­skie­go ko­ry­ta­rza, stam­tąd do wła­sne­go po­ko­ju. Po­wi­ta­ła ją ste­ryl­nie czy­sta prze­strzeń z sze­ro­kim łóż­kiem, biur­kiem na­szpi­ko­wa­nym elek­tro­ni­ką i re­ga­łem wy­peł­nio­nym książ­ka­mi sto­ją­cy­mi w ide­al­nie rów­nych rzę­dach.

Uruchomiła ogrze­wa­nie, od­wie­si­ła kurt­kę. Wy­ję­ła z szu­fla­dy biur­ka pla­sti­ko­we opa­ko­wa­nie. Roz­cię­ła je no­życz­ka­mi do­kład­nie wzdłuż prze­ry­wa­nej linii. Wy­cią­gnę­ła jed­no­ra­zo­wą szmat­kę, star­ła nie­wi­dzial­ne dro­bin­ki kurzu z mebli. Kiedy śmieci po­wę­dro­wa­ły do kosza, z ulgą opa­dła na ob­ro­to­we krze­sło.

Włą­czy­ła lap­to­pa, wy­bra­ła apli­ka­cję na pul­pi­cie. Mu­sia­ła po­cze­kać, aż po­ja­wi się obraz z Ziemi: cia­sny pokój w bloku, w nim ru­do­wło­sa dziew­czy­na o ry­sach twa­rzy przy­po­mi­na­ją­cych jej wła­sne i ta­kiej samej, smu­kłej syl­wet­ce.

Le­piej, że dla niej umar­łam – po­my­śla­ła Glo­ria po­pra­wia­jąc oku­la­ry. Przy­naj­mniej nie zna praw­dy.

Ob­ser­wo­wa­ła córkę, która sie­dzia­ła nie­ru­cho­mo przy oknie i wpa­try­wa­ła się w puste niebo, czar­ne ni­czym ża­łob­na suk­nia.

Dziewczyna przy­ci­ska­ła do pier­si szalik Glorii.

– Gdzie je­steś, mamo? – szep­nę­ła. – Nie jest ci tam zimno? – Utkwi­ła wzrok w ciem­no­ściach, łzy spły­wa­ły po­wo­li, od­ci­ska­jąc kro­ple bólu na jej po­licz­kach.

– Julka, prze­stań, pro­szę – jęknęła Glo­ria. Do­tknę­ła ekra­nu lap­to­pa, jakby chcia­ła po­gła­skać jej włosy.

Dzi­wi­ła się, że kie­dyś uwa­ża­ła apli­ka­cję za cu­dow­ny po­mysł, bo mogła oglą­dać córkę czę­ściej niż za ziem­skich cza­sów, kiedy spę­dza­ła więk­szość dnia w la­bo­ra­to­rium. Teraz po­my­śla­ła, że sam obraz to ża­ło­śnie mało.

– Tu jest tak pusto bez cie­bie, mamo – szep­nę­ła Julka, po­cią­ga­jąc nosem.

„Trze­ba być dziel­nym, jakoś to prze­trwać.”, Glo­ria przy­po­mnia­ła sobie nie­daw­ną roz­mo­wę. Te słowa nagle wy­da­ły się płyt­kie i fał­szy­we. Nie chcia­ła być dziel­na ani twar­da. Chcia­ła przy­tu­lić córkę, jak wtedy, gdy w pierw­szej kla­sie Julka po­ka­le­czy­ła oba ko­la­na.

Pro­ste, a jed­no­cze­śnie sza­le­nie skom­pli­ko­wa­ne – po­my­śla­ła Glo­ria. Nic już nie da się zro­bić…

Bolało ni­czym otwar­ta, za­ognio­na rana. Drę­czą­ce uczucie pust­ki prze­sła­nia­ło nie­biań­skie wy­na­laz­ki. 

Glo­ria wie­dzia­ła, że nie za­mknie lap­to­pa, do­pó­ki Julka nie po­ło­ży się spać. Była pewna, że jak zwy­kle nie uroni ani jed­nej łzy.

Znów po­wę­dro­wa­ła my­śla­mi do roz­mo­wy ze Ste­nią. Dla tej ko­bie­ty niebo sta­no­wi­ło nie tylko cu­dow­ną wizję, znaną z ko­ścio­ła. Ozna­cza­ło spo­tka­nie z duszą syna po jego śmier­ci. Pro­blem tkwił w tym, że niebo na Mar­sie nie miało nic wspól­ne­go z żad­ny­mi wie­rze­nia­mi ani ze świa­tem ducha. Było do bólu ma­te­rial­ne.

A jed­nak w bazie wy­drą­żo­nej w zbo­czu nie­czyn­ne­go kra­te­ru Je­ze­ro ist­nia­ła wiecz­ność.

 

*

 

Nagie, nie­ru­cho­me ciało mło­de­go czło­wie­ka le­ża­ło na me­ta­lo­wym stole, prze­sło­nię­te tylko ka­wał­kiem li­gni­ny na bio­drach. Za­pad­nię­te po­licz­ki, sine usta i biała jak pa­pier skóra zdra­dza­ły, że śmierć objęła nad nim władzę. Jego pół­przy­mknię­te oczy za­sty­gły na wiecz­ność, a po bo­kach ciała wy­kwi­tły ciem­no­czer­wo­ne plamy opa­do­we.

Wo­ko­ło uno­si­ła się ostra woń środ­ków de­zyn­fe­ku­ją­cych. Po­miesz­cze­nie, szum­nie zwane salą ope­ra­cyj­ną, wyglądało jak pro­sek­to­rium ze ścia­ną lo­dó­wek na zwło­ki. Wnę­trze wy­łożo­ne bia­ły­mi ka­fel­ka­mi od­bi­ja­ło echem od­gło­sy na­rzę­dzi od­kła­da­nych na me­ta­lo­wy wózek.

Glo­ria, Oska­r i Dio­ni­gi stali z boku, z chi­rur­gicz­ny­mi ma­secz­ka­mi na twa­rzach, w jed­no­ra­zo­wych far­tu­chach na­rzu­co­nych na kurt­ki. Pa­trzy­li, jak ciem­no­wło­sy męż­czy­zna wbija grubą igłę w szyję zmar­łe­go. Pod­łą­czył rurkę koń­czą­cą się w ma­szy­nie przy­po­mi­na­ją­cej eks­pres do kawy. Wsta­wił do urzą­dze­nia szkla­ny po­jem­nik z cie­czą o bar­wie płyn­ne­go złota.

Zro­bił ko­lej­ne wkłu­cie na szyi de­na­ta, po­pro­wa­dził drugą rurkę do innej, bliź­nia­czo po­dob­nej ma­szy­ny. Pod­piął pusty worek z moc­ne­go pla­sti­ku.

Glo­ria ob­ser­wo­wa­ła go w na­pię­ciu. Pierw­szy raz do­pusz­cza­li kogoś no­we­go do tej czę­ści ta­jem­ni­cy. Ruchy męż­czy­zny wy­da­wa­ły się za­ska­ku­ją­co spo­koj­ne, choć pre­cy­zyj­ne. Wy­glą­dał, jakby przy­rzą­dzał mięso na gril­la podczas urlopu.

Od­wró­cił się w jej stro­nę. Ma­secz­ka za­kry­wa­ła gęstą brodę i część twa­rzy, spod zmierz­wio­nej czu­pry­ny pa­trzy­ły oczy lśnią­ce nie­po­ko­ją­cym bla­skiem.

– Za­czy­na­my – po­wie­dział.

Włą­czył oba urzą­dze­nia. Roz­legł się war­kot przy­po­mi­na­ją­cy pracę sil­ni­ka sku­te­ra. Jedna rurka wpom­po­wy­wa­ła złotą ciecz do ciała zmar­łe­go, pod­czas gdy druga po­bie­ra­ła z niego krew.

– Po­dob­no to naj­zdol­niej­szy bal­sa­mi­sta. Prze­sta­nie­my mar­no­wać ciała – szep­nął Oskar do ucha Glo­rii. – Wściekł się, kiedy go wta­jem­ni­czy­łem, ale już zro­zu­miał, że musi współ­pra­co­wać.

Ko­bie­ta była wdzięcz­na nie­zna­jo­me­mu: prze­jął obo­wiąz­ki, które wcze­śniej spo­czy­wa­ły na bar­kach ich trój­ki. Nie­na­wi­dzi­ła tego, nawet oglą­da­nie mar­twe­go ciała wzbu­dza­ło w niej dresz­cze. Wy­obra­ża­ła sobie mi­lio­ny bak­te­rii ko­czu­ją­cych na zwło­kach.

Apa­ra­tu­ra pra­co­wa­ła pełną parą. Plamy opa­do­we na ciele wchła­nia­ły się ni­czym ście­ra­ne gumką, znik­nę­ła tru­pia bla­dość, skóra od­zy­ski­wa­ła dawną barwę i jędr­ność.

Bal­sa­mi­sta wy­glą­dał na za­do­wo­lo­ne­go, Glo­ria mo­gła­by się za­ło­żyć, że uśmie­chał się pod ma­secz­ką. Było w nim coś fa­scy­nu­ją­ce­go. Jesz­cze nie­daw­no ten czło­wiek miesz­kał na Ziemi, cho­dził po uli­cach, czuł cie­pło praw­dzi­we­go słoń­ca.

Na twarz męż­czy­zny le­żą­ce­go na stole wy­stą­pi­ły ru­mień­ce. Klat­ka pier­sio­wa za­czę­ła uno­sić się w płyt­kim jesz­cze od­de­chu, palce dłoni po­wo­li za­ci­snę­ły się w pięść. Otwo­rzył oczy, spoj­rzał na ze­bra­nych nie­przy­tom­nym wzro­kiem.

Bal­sa­mi­sta odłą­czył rurki, wy­cią­gnął igły, za­kle­ił rany pla­stra­mi. Ze­bra­ni zdję­li ma­secz­ki. Glo­rię roz­pie­ra­ła duma, wy­na­la­zek ko­lej­ny raz za­dzia­łał.

Oskar i Dio­ni­gi ru­szy­li do ciała, ba­da­li puls, tem­pe­ra­tu­rę, ana­li­zo­wa­li od­ru­chy. Kobieta zdzi­wi­ła się, że bal­sa­mi­sta le­d­wie zer­k­nął na oży­wio­ne zwło­ki. Wpa­try­wał się w nią.

– Po­móż­cie go ubrać – za­żą­dał Oskar, który wci­skał niedawnemu denatowi białą szatę przez głowę.

Bal­sa­mi­sta ode­rwał wzrok od Glo­rii, spraw­nym ru­chem usta­wił ra­mio­na oży­wio­ne­go pod od­po­wied­nim kątem, wło­żył ubra­nie na jego ręce, opu­ścił szatę na tors i niżej.

– Je­stem pod wra­że­niem tech­ni­ki – po­wie­dział Oskar.

– Kilka przy­dat­nych tri­ków. Moi pa­cjen­ci nigdy nie współ­pra­cu­ją.

Dio­ni­gi przy­pro­wa­dził wózek, po­sa­dzi­li na nim męż­czy­znę, który roz­glą­dał się wokół prze­ra­żo­nym wzro­kiem.

– Już do­brze, Pio­trze. Mia­łeś wy­pa­dek, jak rów­nież nie­sa­mo­wi­te szczę­ście. Tra­fi­łeś we wspa­nia­łe miej­sce, do nieba – po­wie­dział Oskar z cza­ru­ją­cym uśmie­chem. – Opro­wa­dzi­my cię teraz. Nie przed­sta­wi­łem się jesz­cze, na­zy­waj mnie Ojcem. A ten tutaj – wska­zał na Dio­ni­gie­go – to Syn.

Oskar pchał przed sobą wózek z oży­wio­nym męż­czy­zną, razem z Synem wy­szli z sali ope­ra­cyj­nej.

Glo­ria nie za­mie­rza­ła się wtrą­cać, wprowadzanie no­wych obiek­tów na­le­ża­ło do ich zadań. Wrzu­ci­ła ma­secz­kę i rę­ka­wicz­ki do po­jem­ni­ka na od­pa­dy.

– Miło po­znać panią pro­fe­sor od spraw bo­skich – po­wie­dział bal­sa­mi­sta.

– Bo­skich? – zdzi­wi­ła się.

Sta­nął na wprost niej, zdecydowanie za blisko.

– Czy to nie pani jest au­tor­ką płynu nie­śmier­tel­no­ści i bo­giem na­uko­we­go pro­jek­tu „Niebo na Mar­sie”?

– Po pro­stu Glo­ria. 

– Mak­sy­mi­lian Stein. Maks. – Uśmie­chnął się sze­ro­ko. Pierwszy podał rękę i przytrzymał jej dłoń w swojej.

Wyszarpnęła się z uścisku, po­pra­wi­ła oku­la­ry.

Nie miała czasu na bzdu­ry. Prio­ry­te­tem było udo­sko­na­le­nie płynu da­ją­ce­go dru­gie życie. Zaczęła ściągać jednorazowy fartuch.

– Pomogę. – Balsamista stanął z tyłu, dotknął jej ramion, przesunął po nich palcami. Dopiero wtedy wziął okrycie i wrzucił do kosza. – Masz teraz wolne? – zapytał.

– Muszę zba­dać na­szych pod­opiecz­nych, potem wpro­wa­dzę cię do pro­jek­tu.

– Nie mogę się do­cze­kać – od­parł, pa­trząc na nią tak in­ten­syw­nie, że zro­bi­ło jej się go­rą­co.

Kiedy wy­cho­dzi­ła z sali ope­ra­cyj­nej, czuła na sobie jego wzrok. Pierw­szy raz od dłu­gie­go czasu ktoś do­strzegł w niej nie tylko mózg.

Wró­ci­ła my­śla­mi do prze­szło­ści. Gdy spo­tka­li się z Oska­rem, po­łą­czy­ły ich wspól­ne ba­da­nia, ro­mans umy­słów. Nic wię­cej od wielu lat, prze­cież nie mogli się roz­pra­szać, skoro za­mie­rza­li się­gnąć po tro­feum, które za­pew­ni im wiecz­ną chwa­łę i praw­dzi­wą nie­śmier­tel­ność. Oskar za­de­cy­do­wał za nich oboje.

Glo­ria pró­bo­wa­ła za­po­mnieć o zdarzeniu z Mak­sem, ale myśli na­tręt­nie wra­ca­ły w za­ka­za­ne re­jo­ny, zmy­sły szar­pa­ły się na uwię­zi. Jakby to jej ciało obu­dzi­ło się pod spraw­ny­mi dłoń­mi bal­sa­mi­sty.

 

*

 

– Do dupy to niebo – stwier­dził Maks, gdy usie­dli z Glo­rią na ławce nie­da­le­ko si­łow­ni. – Zimno jak w psiar­ni, wszyst­ko sztucz­ne i dzi­wacz­ne. Serio, cią­gle wsu­wa­cie zie­le­ni­nę na­mo­czo­ną w wo­dzie, na­wo­żo­ną rybim łaj­nem?

Ko­bie­ta ro­zej­rza­ła się nie­spo­koj­nie. Jesz­cze tego im bra­ko­wa­ło, żeby pod­opiecz­ni usłyszeli zbyt dużo. Na szczę­ście nikt nie prze­cho­dził w po­bli­żu. 

– To sys­tem akwa­po­ni­ki – wy­ja­śni­ła z po­waż­ną miną. – Za­stę­pu­je żyzną zie­mię. Tlenu też nie ma na Mar­sie, dla­te­go ko­rzy­sta­my z mo­du­łów Moxie, dzia­ła­ją­cych po­dob­nie do ży­wych drzew.

– Fa­scy­nu­ją­ce – mruk­nął, kła­dąc rękę na opar­ciu ławki. – Po ja­kie­go grzy­ba wy­nie­śli­ście się aż tutaj?!

– Wy­obra­żasz sobie coś ta­kie­go na Ziemi? – szep­nę­ła. – Dzien­ni­ka­rze od razu zwę­szy­li­by trop. Księ­życ już jest ko­lo­ni­zo­wa­ny, na Wenus po­wsta­ło pierw­sze mia­sto w chmu­rach, więc oba te ad­re­sy od­pa­dły. Jeśli na Mar­sie zbu­du­ją bazę, pew­nie wy­bio­rą Do­li­ny Ma­ri­ne­ra, tam, gdzie zna­leź­li wodę. A naj­waż­niej­sze, że w tu­tej­szych wa­run­kach płyn nie­śmier­tel­no­ści le­piej dzia­ła. Kli­mat sprzy­ja kon­ser­wa­cji ciał i eli­mi­no­wa­niu drob­no­ustro­jów.

Maks wy­da­wał się ra­do­sny, nie­świa­do­my po­wa­gi sy­tu­acji. Mu­sia­ła po­zba­wić go złu­dzeń.

– Wiesz, że nie wró­cisz na Zie­mię? Bę­dziesz mu­siał tutaj zo­stać do końca badań, to może po­trwać całe życie.

Jego we­so­ła twarz spo­waż­nia­ła w jed­nej chwi­li. Na­cią­gnął czap­kę na uszy.

– Nie mam do czego ani do kogo wra­cać. Facet od tru­pów, który prze­siąkł pro­sek­to­rium, to nie naj­lep­szy ma­te­riał na zna­jo­mość. A ro­dzi­ce i brat już nie żyją – dodał.

– Nie wie­dzia­łam…

– Stare dzie­je. Za­wsze chcia­łem po­le­cieć w ko­smos, nie mo­głem prze­pu­ścić ta­kiej oka­zji. – Bły­ska­wicz­nie od­zy­skał humor i sze­ro­ki uśmiech. 

– Tutaj można prze­żyć, jeśli nie wy­pu­ścisz się na zwie­dza­nie w cza­sie burzy py­ło­wej. Przy­wyk­niesz do Marsa.

– O, tak. Na pewno. – Spoj­rzał jej w oczy. – Tylko, kurka, to niebo mocno fe­ler­ne. Trze­ba w kółko do­strzy­ki­wać płynu, żeby dzia­łał.

– Na razie. Pra­cu­ję nad ulep­sze­niem wy­na­laz­ku – od­par­ła, ucie­ka­jąc wzro­kiem. – W przy­szło­ści nie­śmier­tel­ność za­gwa­ran­tu­je jedna dawka.

– Ko­lej­ne cuda dla bo­ga­czy – mruk­nął, przy­su­wa­jąc się bli­żej. – Nie wie­rzę, żeby ro­bi­li to każ­de­mu w ra­mach ubez­pie­cze­nia.

– Po­wie­dzie­li ci na Ziemi, po co le­cisz? – Usi­ło­wa­ła za wszel­ką cenę sku­pić się na roz­mo­wie.

– Mia­łem bal­sa­mo­wać zwło­ki na Mar­sie. Do­pie­ro po dro­dze coś mi za­czę­ło śmier­dzieć, bo dali do pod­pi­sa­nia lo­jal­ki i za­da­wa­li dziw­ne py­ta­nia. Kiedy poznałem prawdę od Oskara, nie mo­głem już zrezygnować, kon­trakt za­bra­niał. Spo­dzie­wa­łem się dzi­kiej ko­lo­nii, ale nie ta­kiej. Po­słu­chaj, mu­si­my prze­dys­ku­to­wać tech­ni­ki prze­ta­cza­nia płynu. W ja­kimś cie­plej­szym miej­scu, gdzie nikt nam nie bę­dzie prze­szka­dzał. U mnie, czy u cie­bie?

Glo­ria była pewna, że wcale nie my­ślał o projekcie. Roz­pra­szał ją. Zde­cy­do­wa­nie. Mu­sia­ła wziąć się w garść. Zbyt wiele po­świę­ci­ła, żeby to po­psuć.

– Spo­tka­my się w la­bo­ra­to­rium – za­pro­po­no­wa­ła. – Za­wia­do­mię Oska­ra i Dio­ni­gie­go.

– Naj­pierw sami prze­ga­daj­my pro­blem. – Znów ten uśmiech.

Miała ocho­tę za­po­mnieć o wszyst­kich „trze­ba” i „nie po­win­nam”. Oprócz cie­pła roz­cho­dzą­ce­go się po całym ciele, mimo chło­du wo­ko­ło, nie opusz­czał jej strach.

– Jed­nak za­wo­łam chło­pa­ków – zde­cy­do­wa­ła.

 

*

 

Glo­ria prze­glą­da­ła w la­bo­ra­to­rium wy­ni­ki naj­now­szych badań oży­wień­ców. Prze­stron­ne po­miesz­cze­nie lśni­ło czy­sto­ścią. Na sze­ro­kich sto­łach każda rzecz miała ści­śle wy­zna­czo­ne miej­sce, od mi­kro­sko­pów, po cie­plar­ki, de­sty­la­to­ry i elek­tro­nicz­ne wagi. Rzędy po­jem­nicz­ków w prze­szklo­nych szaf­kach two­rzy­ły ide­al­nie równe sze­re­gi. Obok stały se­gre­ga­to­ry z wy­ni­ka­mi badań, z da­ta­mi sta­ran­nie wy­ka­li­gra­fo­wa­ny­mi na grzbie­tach. Każda prób­ka była za­opa­trzo­na w ety­kie­tę ze szcze­gó­ło­wym opi­sem.

Ko­bie­ta wy­cią­gnę­ła na biur­ko kilka kar­tek. Prze­krę­ci­ła klu­czyk, otwo­rzy­ła szu­fla­dę ze swoim naj­więk­szym skar­bem: no­tat­ka­mi, któ­rych nie za­mie­ści­ła w ofi­cjal­nych ra­por­tach. Tylko tutaj za­pi­sa­ła re­cep­tu­rę zło­te­go płynu.

– Hej. – Bal­sa­mi­sta po­wi­tał ją, wcho­dząc. – Co sły­chać w wiel­kim nie­bie?

Zdzi­wi­ła się, że wciąż nie stra­cił hu­mo­ru ani za­pa­łu po tym, jak go zmro­zi­ła swoim za­cho­wa­niem.

– To samo, co zwy­kle. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, za­my­ka­jąc ze­szyt. – Muszę szyb­ko udo­sko­na­lić złoty płyn. Sprawić, żeby podopieczni nie odzyskiwali pamięci. Ale naj­waż­niej­sze, żeby dłu­żej dzia­łał, bo ich żyły i tęt­ni­ce są w coraz gor­szym sta­nie. Mogą nie wy­trzy­mać cią­głe­go kłu­cia i do­le­wa­nia, a leki na wzmoc­nie­nie na­czyń nie po­ma­ga­ją.

Maks wziął skła­da­ne krze­sło, usiadł obok niej.

– Je­steś pewna, że cho­dzi o żyły i tęt­ni­ce?

– Nie ro­zu­miem.

Po­pa­trzył na szaf­kę z men­zur­ka­mi, ale widać było, że błą­dzi my­śla­mi da­le­ko.

– Kiedy bal­sa­mo­wa­łem zwło­ki na Ziemi, ro­dzi­ny się za­chwy­ca­ły, bo zmar­li wy­glą­da­li jak żywi. Jakby tylko za­snę­li. Jed­nak cią­gle byli mar­twi, śmierć przy­nio­sła im spo­kój, na który za­słu­ży­li po la­tach co­dzien­nej szar­pa­ni­ny. Ty im ten spo­kój od­bie­rasz. Je­dy­ną rzecz, którą mieli za­pew­nio­ną od uro­dze­nia.

– Daję im nie­śmier­tel­ność, speł­niam naj­więk­sze ma­rze­nie każ­de­go czło­wie­ka! – obu­rzy­ła się.

– Czyż­by? – za­py­tał. – My­ślisz, że oży­wień­cy są szczę­śli­wi?

– Mój płyn za­wie­ra śro­dek pod­no­szą­cy po­ziom en­dor­fin, więc na pewno.

– Sztucz­na krew w ży­łach, sztucz­ne szczę­ście, sztucz­ne niebo… – mruk­nął. – Ogól­nie, syf. Do tego GOD, ini­cja­ły imion wa­szej trój­ki. Oj­ciec, Syn i Matka. Oskar, który nawet cię nie do­tknie, tak bar­dzo jest za­ję­ty pracą na­uko­wą. Nie mó­wiąc o spa­niu w jed­nym po­ko­ju. Syn, tylko jego syn. Dlaczego go adoptował? Obstawiam, że chodziło o zabójcze IQ albo o ciało południowca. Plus Matka, a ra­czej Duch pro­jek­tu. Wasza trój­ca to bluź­nier­stwo. Nie dla­te­go, że uda­je­cie bogów, ale przez to, co ro­bi­cie tym lu­dziom – za­koń­czył ostrym tonem.

– Nic nie ro­zu­miesz – wark­nę­ła, za­ci­ska­jąc pię­ści.

Przy­su­nął krze­sło jesz­cze bli­żej i spoj­rzał jej w oczy.

– Skoro ten płyn jest taki wspa­nia­ły, dla­cze­go sobie go nie wstrzy­ku­je­cie? Nie drże­li­by­ście z zimna jak ba­ra­nie ogony.

Mie­rzy­ła go wzro­kiem, który mógł­by zabić.

Jak on śmiał! Nie miał prawa mówić gło­śno tego, nad czym sama cza­sem się za­sta­na­wia­ła! Wy­jąt­ko­we pro­jek­ty za­wsze wy­ma­ga­ją po­świę­ce­nia! 

– Je­ste­śmy żywi – wy­ce­dzi­ła. – Po śmier­ci każdy z nas do­sta­nie płyn, ty też.

Uśmiech­nął się kpią­co.

– Mnie z tego wy­pisz­cie. Znam lep­szy spo­sób na pod­nie­sie­nie en­dor­fin. Taki zde­cy­do­wa­nie bar­dziej ludz­ki.

Zanim zdą­ży­ła za­pro­te­sto­wać, objął ją i wsu­nął język w jej usta. Jego ręce wkra­dły się pod roz­pię­ty far­tuch Glo­rii, za granatową bluzkę, bu­dzi­ły ogień na jej ciele.

Naj­chęt­niej ucie­kła­by od kłę­bo­wi­ska emo­cji, które ją oplotły. Bu­rzy­ły cały po­rzą­dek. Sta­ra­ły się roz­ło­żyć na ło­pat­ki rozum i na­uko­wą ana­li­zę.

Ode­pchnę­ła Maksa i szyb­ko wsta­ła.

– Wyjdź stąd – wark­nę­ła.

– Mam dla cie­bie pre­zent, prze­my­ci­łem z Ziemi. – Po­ło­żył na biur­ku wiel­kie czer­wo­ne jabł­ko. – To do­pie­ro po­czą­tek.

Uśmiech­nął się, po czym znik­nął za drzwia­mi, zo­sta­wia­jąc w la­bo­ra­to­rium za­pach mę­skich per­fum.

Glo­ria wzię­ła do ręki owoc. Na sam widok usta na­tych­miast wy­peł­ni­ły się śliną. Po mie­sią­cach ży­wie­nia ta­blet­ka­mi i kok­taj­la­mi z ro­ślin przy­po­mi­na­ją­cych sa­ła­tę bała się, że jej za­szko­dzi. Za­czę­ła ob­li­czać ry­zy­ko, lecz nie do­koń­czy­ła kal­ku­la­cji. Wbiła zęby w chru­pią­cą skór­kę.

 

*

 

Glo­ria nie­stru­dze­nie ślę­cza­ła w la­bo­ra­to­rium. Spraw­dza­ła wzory, pro­por­cje w re­cep­tu­rze płynu. Sztucz­ne re­spi­ro­cy­ty, imi­tu­ją­ce czer­wo­ne krwin­ki, zda­wa­ły się ide­al­nie prze­no­sić tlen. Skład­nik, który na­zwa­ła kro­plą życia, po­tra­fił po­bu­dzić do pracy mar­twe na­rzą­dy. Utrzy­my­wał je na gra­ni­cy wydolności, lecz Gloria stwier­dzi­ła, że to lep­sze niż cmen­tarz.

Syn­te­tycz­ne prze­ciw­cia­ła dzia­ła­ły bar­dzo słabo, ale o tym wie­dzia­ła od po­cząt­ku.

Czy dla­te­go na­czy­nia pę­ka­ją po wkłu­ciach? Wcze­śniej to się nie zda­rza­ło. – Ana­li­zo­wa­ła w my­ślach. Bez nich płyn nie do­trze do ca­łe­go or­ga­ni­zmu, gni­cie wy­prze­dzi pro­ces oży­wia­nia.

Spoj­rza­ła na mo­ni­tor lap­to­pa, Oskar prze­słał jej swoje no­tat­ki, jak zwy­kle, bez oso­bi­ste­go kon­tak­tu. Dio­ni­gi do­rzu­cił ana­li­zę wy­so­ko­ści tem­pe­ra­tu­ry u pod­opiecz­nych, lecz na nie­wie­le się to zdało. Rolą Glo­rii było do­pra­co­wa­nie płynu, tylko ona miała po­trzeb­ną wie­dzę.

„My­ślisz, że oży­wień­cy są szczę­śli­wi?”, po­brzmie­wa­ły jej w uszach słowa bal­sa­mi­sty. Przy­po­mnia­ła sobie dotyk jego dłoni, wy­jąt­ko­wy, jak pre­zent od niego.

Nie czas na przy­jem­no­ści. Skup się na zło­tym pły­nie. Może po­trze­ba ko­lej­ne­go skład­ni­ka? Albo cze­goś do­da­ję za dużo?

Za­sta­na­wia­ła się go­rącz­ko­wo, kre­śli­ła no­tat­ki. Czuła, że roz­wią­za­nie znaj­du­je się o krok, a jed­nak wciąż umy­ka­ło. Bra­ko­wa­ło tak nie­wie­le, potem tylko seria te­stów, ra­port i za­twier­dze­nie pro­jek­tu, od­taj­nie­nie. Wiecz­na sława dla wy­bit­nej trój­ki, która po­da­ro­wa­ła lu­dziom nie­skoń­czo­ność.

Wybie­gła my­śla­mi w przy­szło­ść, kiedy w ko­smo­sie za­czną po­wsta­wać ko­lo­nie oży­wień­ców. Ty­sią­ce ludzi do­sta­nie nowe życie. Może kie­dyś uda się zmo­dy­fi­ko­wać złoty płyn na tyle, by nie mu­sie­li miesz­kać w ste­ryl­nych wa­run­kach, w obcym miej­scu, od­izo­lo­wa­ni od ro­dzin. Może po­zwo­lą im uży­wać ko­mu­ni­ka­to­rów do roz­mów z Zie­mią. Wszy­scy po­zna­ją na­zwi­ska trój­ki na­ukow­ców, któ­rzy po­ko­na­li śmierć, ofia­ro­wa­li lu­dziom wię­cej niż ich po­przed­ni­cy razem wzię­ci.

Czy lu­dzie tego po­trze­bu­ją?

Zie­lo­ne kółko przy apli­ka­cji wska­zy­wa­ło, że córka znaj­du­je się w za­się­gu ka­me­ry. Glo­ria przy­su­nę­ła lap­to­pa, wy­świe­tli­ła obraz na pul­pi­cie. Zo­ba­czy­ła Julkę, która sie­dzia­ła na ka­na­pie i prze­glą­da­ła album ze zdję­cia­mi. Dziewczyna za­trzy­ma­ła się przy fo­to­gra­fii zro­bio­nej w ZOO. Była wtedy kilkulatką z dwoma ru­dy­mi war­ko­czy­ka­mi. Sie­dzia­ła na wielkim, pla­sti­ko­wym sło­niu, a obok stała Glo­ria w zie­lo­nej su­kien­ce. Apa­rat uwiecz­nił szczę­ście za­pi­sa­ne na ich twa­rzach.

W po­ko­ju córki grała mu­zy­ka. Słowa bal­la­dy pły­nę­ły wprost na Marsa:

 

„(…)Nawet jeśli uda ko­chać się,

Zima zrzu­ci skórę swą,

Spo­wiedź ra­mion za­wsze bę­dzie smut­na bo,

Już nie bę­dzie cie­bie przy mnie, wiem.(…)” [1]

 

Julka wy­cią­gnę­ła zdję­cie z al­bu­mu, przy­ło­ży­ła do ust.

– Mamo…

Z oczu Glo­rii po­cie­kły łzy, pierw­szy raz od wielu lat. Nie ha­mo­wa­ła ich, po­zwo­li­ła, żeby pły­nę­ły w ciszy, roz­ta­pia­ły lód na­gro­ma­dzo­ny przez długi czas. Czuła się tak prze­raź­li­wie sa­mot­na, jakby wszy­scy o niej za­po­mnie­li. Jakby to Julka ode­szła na za­wsze.

Drgnę­ła, sły­sząc od­głos kro­ków. Prze­stra­szy­ła się, że to Oskar albo Dio­ni­gi. Nie lu­bi­li, gdy uży­wa­ła apli­ka­cji do kon­tak­tu z Zie­mią, we­dług nich tylko nie­po­trzeb­nie tra­ci­ła spo­kój, a roz­chwia­ne emo­cje prze­szka­dza­ły w ba­da­niach.

Do la­bo­ra­to­rium wszedł Maks. Po­pa­trzył na ekran, potem na Glo­rię.

– To Julka, moja córka z pierw­sze­go związ­ku. Przy­naj­mniej miesz­ka z ojcem, tyle do­bre­go. Ka­za­li mi ją zo­sta­wić, kiedy tu wy­jeż­dża­łam. Upo­zo­ro­wać swoją śmierć – wy­ja­śni­ła ła­mią­cym się gło­sem. – Tak, wiem, dziw­ny wa­ru­nek, ktoś na górze po­pa­da w pa­ra­no­ję. A ja nawet nie za­pro­te­sto­wa­łam. Wy­rze­kłam się wła­sne­go dziec­ka dla tego pro­jek­tu! Je­stem bar­dziej obrzy­dli­wa niż trupy w pro­sek­to­rium…

Usiadł przy niej, podał chu­s­tecz­kę. Objął ją, szep­cząc do ucha:

– Do­brze, że jed­nak je­steś czło­wie­kiem, nie bo­giem.

 

*

 

 Glo­ria po­czu­ła cie­płą skórę pod pal­ca­mi. Nie otwie­ra­jąc oczu przy­tu­li­ła się do sze­ro­kiej pier­si, przy­lgnę­ła nagim cia­łem do żywej isto­ty, chło­nę­ła jej obec­ność, za­pach, spo­koj­ny od­dech. Dawno nie czuła się tak do­brze i bez­piecz­nie. Co za wspa­nia­ły sen… Chwi­la!

Otwo­rzy­ła oczy. Klat­ka pier­sio­wa Maksa uno­si­ła się mia­ro­wo. W jej po­ko­ju! W jej łóżku!

Bły­ska­wicz­nie wy­sko­czy­ła z po­ście­li. Od­szu­ka­ła oku­la­ry. Mio­ta­ła się po po­miesz­cze­niu, zbie­ra­ła roz­rzu­co­ne ubra­nia, za­kła­da­ła je w po­śpie­chu.

To nie miało prawa się zda­rzyć! Nie miało prawa! – po­wta­rza­ła w my­ślach, które zdra­dziec­ko pod­su­wa­ły jej ob­ra­zy ze spotkania z balsamistą. Poddała się jego dłoniom, najpierw ją pocieszał, coraz odważniej, później wiła się pod jego dotykiem, rozpalającym do białości. Za­po­mnia­ła o wszyst­kich za­sa­dach, pla­nach, obo­wiąz­kach. Rzucili się na siebie jak wygłodniałe wilki na świeże mięso. 

Nie mogła uwie­rzyć, że do­pu­ści­ła dru­gie­go czło­wie­ka tak bli­sko, ta myśl uwie­ra­ła naj­bar­dziej.

Boso po­de­szła do biur­ka, odło­ży­ła na re­ga­ł le­żą­ce na bla­cie książ­ki, dłu­go­pi­sy wrzu­ci­ła do kubka, wszyst­kie koń­ców­ka­mi w górę.

Wy­cią­gnę­ła pla­sti­ko­we opa­ko­wa­nie z szu­fla­dy, roz­cię­ła no­życz­ka­mi równo wzdłuż prze­ry­wa­nej linii. Za­czę­ła pu­co­wać stół jed­no­ra­zo­wą ście­recz­ką, me­to­dycz­nie, cen­ty­metr po cen­ty­me­trze, jakby chcia­ła w ten spo­sób ze­trzeć po­czu­cie winy. Miała się sku­pić na pro­jek­cie! Nie potrafiła żałować tej nocy. A Oskar?! Za­ufał jej prze­cież! Ale od dawna wy­brał życie bez niej.

Przy­ci­snę­ła moc­niej ścier­kę do blatu, szo­ro­wa­ła z coraz więk­szym za­cię­ciem.

– Roz­la­ło się coś? – Maks stał obok niej w sa­mych bokserkach.

Spu­ści­ła głowę i mil­cza­ła, miała na­dzie­ję, że nikt nie zo­ba­czy…

Bal­sa­mi­sta po­pa­trzył na stół, regał, na ścier­kę w jej rę­kach. Zro­zu­mia­ła, że się do­my­ślił. Na pewno weź­mie ją za wa­riat­kę. Oskar prze­cież po­wta­rzał, że te na­tręc­twa są nie­nor­mal­ne.

Maks wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go.

– Teraz uciek­niesz, praw­da? – za­py­ta­ła.

Białe zęby bły­snę­ły w uśmie­chu. Objął ją i za­czął gła­skać po ple­cach.

– Nie licz, że tak szyb­ko się mnie po­zbę­dziesz. Gdybym był kotem i miał dzie­więć żyć, chciał­bym wszyst­kie spę­dzić z tobą.

Tym razem to ona się zdzi­wi­ła, ale pa­nicz­ne wizje pełne krwio­żer­czych bak­te­rii nagle od­pły­nę­ły.

– Dla­cze­go kotem? – za­py­ta­ła roz­ba­wio­na.

– Żebyś prze­sta­ła się przej­mo­wać. – Wziął ścier­kę z jej rąk i wy­rzu­cił do kosza. – Chodź, usią­dzie­my, za­mó­wi­my po­żyw­ne kok­taj­le z ziel­ska. Ty opo­wiesz mi o swo­ich pro­ble­mach, ja pew­nie nie znaj­dę cu­dow­ne­go roz­wią­za­nia, ale wy­słu­cham do końca.

Spoj­rza­ła na jego nagi tors. Za­wa­ha­ła się.

– Mam lep­szy po­mysł. – Uśmiech­nę­ła się ku­szą­co.

 

*

 

 Druga strefa relaksu składała się z niewielkiego boiska na sztucznej murawie oraz trampolin wmontowanych w podłoże. Cykanie świerszczy z głośników i syntetyczny zapach skoszonej trawy przypominały ziemskie czasy.

Gloria siedziała na ławce obok Maksa, obserwowała podopiecznych, którzy tego dnia wydawali się wyjątkowo aktywni. Stenia podskakiwała na trampolinie piszcząc radośnie, a Piotr sędziował mecz siatkówki. Wielu ożywieńców spacerowało, oglądali interaktywne obrazy letniej łąki.

Badaczka starała się skupić na pracy, ale zadania nie ułatwiał balsamista. Nie dość, że siedział blisko, to jeszcze trzymał ją za rękę. Na dobre wdarł się w jej zimny świat, przyniósł ciepło, przed którym już przestała uciekać. Ścisnęła mocniej jego dłoń i uśmiechnęła się.

Zdała sobie sprawę, ku własnemu zdziwieniu, że ktoś potrzebuje jej obecności. Nie tylko balsamista, ale podopieczni wokoło, którzy wciąż pozostali ludźmi.

Maks puścił ją, wsunął rękę pod jej kurtkę, dotknął pleców i przejechał palcami po kręgosłupie, budząc miły dreszcz.

– Zrobimy sobie przerwę? – zapytał z nadzieją w głosie.

– Chętnie, ale później – odparła. – Muszę jeszcze tu zostać, potem przygotować Stenię, Eryka i Frankę do przetaczania płynu. Zmierzyć temperaturę u Konrada, rano miał podwyższoną.

– Znasz imiona wszystkich? – zdziwił się balsamista.

– Oczywiście, jestem za nich odpowiedzialna. Teraz muszę się skupić na pracy. Maks, nie ułatwiasz! – zawołała, bo balsamista coraz odważniej głaskał jej plecy.

Zabrał rękę dopiero wtedy, gdy podeszła do nich Stenia.

– Matko, przypomniałam sobie! W nocy śnił mi się mój synek – powiedziała staruszka. – Mówił, że niedługo się spotkamy. Ucieszyłam się, ale i zmartwiłam, bo czy to znaczy, że on umrze?

Miała smutną minę.

– To tylko sen – odparła Gloria. Dziwne, zdała sobie sprawę, że naprawdę zależy jej, żeby Stenia była szczęśliwa. Ta kobieta znaczyła dla niej więcej niż tylko przypadek medyczny.

 Z nosa Steni spłynęła złota kropla. Kolejna. Jeszcze jedna, za nią następne. Płyn zaczął kapać też z uszu staruszki, sączył się na ubranie. Gloria patrzyła na to jak sparaliżowana, zupełnie nie wiedziała, co robić. Stenia chciała coś powiedzieć, otworzyła usta, z których chlusnęła kolejna porcja cieczy. Złote strugi płynęły wartkim strumieniem.

Gloria oprzytomniała, rzuciła się do tamowania dziwnego krwotoku własnym szalikiem.

Maks pomógł jej podtrzymać mdlejącą staruszkę, posadzić na ławce.

– Przynieś mi strzykawki i zapasowy płyn! – zawołała badaczka.

Pobiegł, a Gloria siedziała przy Steni, przemoczona, z sercem podchodzącym do gardła. Gorączkowo zastanawiała się, co poszło źle, przecież nigdy wcześniej nie zdarzył się podobny wypadek. Ścierała złote strugi jak mogła najszybciej, a one i tak płynęły niczym woda z kranu.

Kątem oka Gloria zobaczyła, że Oskar i Dionigi wyprowadzają innych podopiecznych ze strefy relaksu.

Płyn przestał ciec równie nagle, jak się pojawił, ale staruszka była bardzo osłabiona. Jej skóra stała się blada, miała półprzymknięte oczy i ciężko oddychała.

– Już dobrze, musisz odpocząć. – Gloria głaskała siwe, miękkie w dotyku włosy.

– Jesteś dla mnie taka dobra – szepnęła Stenia i oparła głowę o jej ramię. – Zmęczyłam się, bardzo…

Gloria ją przytuliła. Czuła, jak życie ucieka ze staruszki, kropla po kropli. Rozglądała się niespokojnie, potrzebowała pomocy.

 Maks przybiegł ze strzykawkami i płynem. Błyskawicznie zrobił wkłucie na ręce Steni, która uśmiechała się lekko. Gloria czuła, że ciało kobiety staje się coraz bardziej bezwładne.

Balsamista przetaczał płyn wielką strzykawką, ale stan kobiety wcale się nie poprawił.

– Przestań – szepnęła Gloria do niego. Spojrzał jej w oczy i zrozumiał od razu.

Kobieta kołysała Stenię jak dziecko, powstrzymując łzy. Nikt nigdy nie umarł w niebie, ale czuła, że właśnie nadchodzi ta chwila. Bezsilność dobijała. I smutek, jakby ktoś nagle odebrał jej całą nadzieję. Nie potrafiła pomóc staruszce, cała wiedza zbierana przez lata okazała się niewystarczająca.

– Śpij, kochana – szepnęła Gloria.

Tuliła w ramionach stygnące ciało, jakby mogła je ożywić własnym ciepłem.

 

Nie wiedziała, ile czasu minęło, kiedy Maks dotknął jej ramienia.

– Ona już umarła. Trzeba ją przenieść – powiedział.

– Jeszcze chwila – szepnęła Gloria, zamykając powieki Steni.

Maks pomógł badaczce ułożyć staruszkę na ławce.

– Zrobiłaś wszystko, co mogłaś – powiedział. – Byłaś przy niej do końca.

– Dlaczego czuję się tak podle? – jęknęła Gloria.

 – To znak, że żyjesz.

 

*

 

Zimno sali ope­ra­cyj­nej prze­ni­ka­ło do szpi­ku kości. We czwo­ro po­chy­la­li się nad mar­twym cia­łem Steni.

– Śmierć w nie­bie! To nie po­win­no było się zda­rzyć! – grzmiał Oskar, pa­trząc oskar­ży­ciel­sko na Glo­rię. Jego pierś fa­lo­wa­ła w szyb­kim od­de­chu.

– Wi­docz­nie z bie­giem czasu złoty płyn traci moc. Nie mo­że­my prze­to­czyć go ko­lej­ny raz, bo wszyst­kie na­czy­nia krwio­no­śne po­pę­ka­ły jak spar­cia­ła guma. Nie mam po­ję­cia dla­cze­go – od­par­ła.

– Za­miast przy­ło­żyć się do pracy, tra­cisz czas! – za­wo­łał. – My­ślisz, że nie widzę, jak pan bal­sa­mi­sta wy­my­ka się z two­je­go po­ko­ju?! Wszy­scy już wie­dzą. Od­gło­sy wa­szych spo­tkań sły­chać aż na parterze. Po­grą­żasz pro­jekt! Żaden z cie­bie na­uko­wiec!

Glo­ria skrzy­wi­ła się. W gar­dle rosła dła­wią­ca kula.

Maks pod­szedł do Oska­ra, spoj­rzał mu wy­zy­wa­ją­co w oczy i chwycił za fartuch na piersiach.

– Nie szpry­cu­jesz się zło­tym pły­nem, a kom­plet­nie wy­pra­ło ci cza­chę – warknął. – Nawet nie po­tra­fisz być o nią za­zdro­sny. Liczy się tylko pro­jekt. Cho­ler­ne wy­ni­ki. Przecież to Glo­ria wy­na­la­zła płyn, bez niej nie ru­szy­cie na krok. Dla­te­go usza­nuj, że cza­sem robi sobie prze­rwę.

Oskar pio­ru­no­wał go wzro­kiem, ale mil­czał.

Glo­ria wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, po czym wy­szła na ko­ry­tarz. Maks po­spie­szył za nią.

– Przej­mu­jesz się nim? – za­py­tał.

– Nim aku­rat nie – wes­tchnę­ła.

Prze­czu­wa­ła, że to nie ko­niec kło­po­tów. Nie my­li­ła się, przed wie­czo­rem mieli ko­lej­ne trzy ciała.

 

*

 

Krę­go­słup Glo­rii bun­to­wał się tępym bólem po dniu spę­dzo­nym na la­bo­ra­to­ryj­nym krze­śle.

Ana­li­zo­wa­ła no­tat­ki i wy­ni­ki te­stów. W bazie zo­sta­ło za­le­d­wie pięć oży­wio­nych osób, mimo czę­stych trans­fu­zji. Nie po­tra­fi­ła za­ra­dzić pę­ka­niu na­czyń krwio­no­śnych. Razem z nimi niebo trzęsło się w po­sa­dach.

Spoj­rza­ła w oku­lar mi­kro­sko­pu, na szkieł­ku mi­go­ta­ła prób­ka zło­te­go płynu. Nagle badaczkę olśni­ło. Można w pro­sty spo­sób wzmoc­nić na­czy­nia. Wy­star­czy­ło zmie­nić pro­por­cje jed­ne­go skład­ni­ka! Kro­pli życia. Pół mi­li­gra­ma? Albo dwie trze­cie? Tak, zde­cy­do­wa­nie. Jak to moż­li­we, że wcze­śniej tego nie do­strze­gła? Za­czę­ła szyb­ko no­to­wać.

Jesz­cze dziś po­da­my nowy, ulep­szo­ny płyn, a jutro po­pro­si­my o nowe ciała. Jeśli wszyst­ko się po­wie­dzie, za rok skoń­czy­my pro­jekt – pla­no­wa­ła w my­ślach.

Wy­cią­gnę­ła ko­mu­ni­ka­tor, wy­bra­ła numer Oska­ra.

Palec za­wisł nad kla­wi­szem po­łą­cze­nia.

Czy lu­dzie tego po­trze­bu­ją? Spo­kój czy nie­śmier­tel­ność?

Wes­tchnę­ła cięż­ko i za­ci­snę­ła szczę­ki. Odło­ży­ła urzą­dze­nie. Znów chwy­ci­ła. Scho­wa­ła do kie­sze­ni.

 

*

 

 Stenia wyglądała w trumnie jakby spała. Spokojna, z rękami złożonymi na piersiach i rozluźnioną twarzą. Ubrana w czystą, białą szatę, bez śladu po niedawnych krwotokach.

– Już czas. – Słowa Maksa odbijały się echem od pustych ścian krematorium.

Trumna stała na metalowej szynie, prowadzącej do pieca. Tego samego, do którego trafiały ciała, jeśli nie udało się przywrócić ich do życia.

– Jeszcze chwila – szepnęła Gloria.

Pogłaskała siwe włosy Steni, położyła rękę na dłoniach zmarłej.

– Niedługo zobaczysz się z synem – powiedziała do niej.

Maks zamknął trumnę, a Gloria umieściła na szynie karton z notatkami.

– Jesteś pewna? – zapytał.

– Całkowicie.

Balsamista nacisnął guzik, karton i trumna wjechały do pieca. Przez przezroczyste drzwiczki Gloria patrzyła, jak płomienie obejmują dziesięć lat jej pracy. Pogratulowała sobie, że nie robiła elektronicznych kopii notatek. Potrzeba było kilku godzin do całkowitej kremacji zwłok, ale badaczka poczuła ulgę. Karton spłonął, wynalazek stał się kupką popiołu.

 

*

 

Gloria z Mak­sem po­szli nad staw, Oskar i Dio­ni­gi sie­dzie­li na ławce obok zwłok ostat­nich pod­opiecz­nych. Mar­twe ciała, przykryte prześcieradłami, czekały na kremację.

– Mam wiadomość z Ziemi. Cofnęli finansowanie. To ko­niec pro­jek­tu, wraca­my – po­wie­dzia­ła Glo­ria.

– Wszyst­ko wró­ci­ło do po­cząt­ku. Z pro­chu po­wsta­łeś, w proch się ob­ró­cisz – mruk­nął bal­sa­mi­sta.

– Co ty tam wiesz! – krzyk­nął Oskar. – Ja tu zo­sta­nę! Do­pra­cu­ję wy­na­la­zek! Przekonam ich, przy­ślą mi nowe ciała!

– We dwóch i tak nie dacie rady – za­uwa­ży­ła Glo­ria.

Oskar jej nie słu­chał, z sza­leń­stwem w oczach wbiegł na ru­cho­me scho­dy.

– Leć­cie sami. Na­mó­wię go i zutylizuję zwłoki, wró­ci­my póź­niej – po­wie­dział Dio­ni­gi.

Maks i Glo­ria prze­szli pod­ziem­nym tu­ne­lem do pół­ko­li­ste­go han­ga­ru, gdzie na sta­no­wi­skach star­to­wych cze­ka­ły dwa nie­wiel­kie wa­ha­dłow­ce. Wy­bra­li jeden z nich, spraw­dzi­li po­ziom pa­li­wa, na szczę­ście zbior­ni­ki były pełne.

Za­pię­li pasy, Maks usta­wił kurs na or­bi­tę oko­ło­mar­sjań­ską.

– Wo­la­ła­bym od razu po­le­cieć na Zie­mię – wes­tchnę­ła Glo­ria.

– Wiesz, że się nie da – od­parł bal­sa­mi­sta. – Jedna or­bi­ta, potem na oko­ło­ziem­ską, ko­lej­ny wa­ha­dło­wiec i je­ste­śmy w domu. Już bli­żej niż dalej.

Glo­ria pa­trzy­ła jak ko­pu­ła nad nimi otwie­ra się ni­czym szka­tuł­ka od­kry­wa­ją­ca skarb: bez­kre­sne niebo, które wy­da­wa­ło się nie­skoń­czo­no­ścią. 

Prze­mknę­li ponad po­wierzch­nią pla­ne­ty otu­lo­nej czer­wo­nym pyłem.

– Nie po­wie­dzia­łam im, że znisz­czy­łam cały zapas zło­te­go płynu. Nie po­tra­fi­łam – ode­zwa­ła się nagle.

– To już i tak bez zna­cze­nia – od­parł bal­sa­mi­sta. – Mu­sie­li­by ze­brać ekipę, za­cząć od nowa, zdo­być kasę.

– Miej­my na­dzie­ję, że nie zdo­ła­ją – wes­tchnę­ła. – To nie przy­nio­sło­by nic do­bre­go. Dla ni­ko­go.

Dotknęła torby, w której schowała pudełko z prochami Steni. Czuła, że musi zabrać ją na Ziemię.

Au­to­ma­tycz­ny pilot pro­wa­dził wa­ha­dło­wiec w stro­nę or­bi­ty. Glo­ria wie­dzia­ła, że czeka ją trud­ny czas. Ty­sią­ce pytań prze­ło­żo­nych i prze­ko­na­nie no­we­go rządu, że jed­nak nie jest mar­twa. Tego ostat­nie­go była pewna. Wresz­cie żyła, od­dy­cha­ła jesz­cze nie­pew­nie, str­wo­żo­na, co przy­nie­sie przy­szłość. Jed­nak chcia­ła wyjść jej na­prze­ciw.

Maks wciąż był obok, wydawało się, że na długo. Gloria już snuła w głowie plany ko­lej­nych eks­pe­ry­men­tów, tym razem bez wskrze­sza­nia zmar­łych i sza­leń­czych po­świę­ceń. Tak będzie później. Kiedy naprawi to, co zniszczyła. Z nie­cier­pli­wo­ścią od­li­cza­ła czas do spo­tka­nia z córką.

 

Przypisy:

1. Patrycja Markowska, Pożegnanie (fragment).

Koniec

Komentarze

Jak wspominałem w becie, pomysł na opowiadanie bardzo mi się podobał. Wykonaniu technicznemu też nic nie można zarzucić. Właściwie jedyny konkret, jaki podsuwaliśmy Autorce w trakcie betowania, to rozszerzenie/dodanie pewnych scen, by ich przekaz był bardziej zrozumiały dla czytelnika, a motywacje bohaterów bardziej klarowne. W ostatecznej wersji wszystko zostało dopracowane i dopięte na ostatni guzik. Jedno z ciekawszych opowiadań s-f, jakie ostatnio czytałem :-) Dlatego udaję się do nominowalni domagać się klika!

Kurde, często czytam, albo tylko przelatuje przez komentarze. Tak było też teraz, krzkot1988 rozniecił nim we mnie pożar. Potem szukałem tego ognia w tekście, ale nie znalazłem:( Znalazłem w tekście fi, ale nie znalazłem sci. Całe sci można zamknąć w dolaniu odrobinę tego i tamtego, oraz zamieszaniu łyżeczką. Był jakiś pomysł, ale nie wzruszył, końcówka też mnie nie szarpnęła za ubranie. Może to moja wina, że byłem gdzieś obok. Sorki :(

Krzkocie, dziękuję za komentarz i klika. 

 

vrchamps, nie umieściłam tagu s-f w opowiadaniu. Chociaż z medycznego punktu widzenia dzieje się trochę więcej niż zamieszanie łyżeczką. Jako ciekawostkę dodam, że badania nad sztuczną krwią już są prowadzone. Psycholog też by to i owo znalazł w tym tekście do studium przypadku. Proces przetaczania płynu został opisany na podstawie balsamacji zwłok (nie chodzi o starożytny Egopt, ale o współczesną konserwację ciał zmarłych).

Szczegóły techniczne dotyczące bazy zaczerpnęłam z realnie istniejącego projektu kolonii na Marsie.

Niestety, ognia w postaci pędzących statków i broni laserowej nie ma w opowiadaniu. To bardziej tekst do zastanowienia się nad pewnymi kwestiami jak śmierć czy etyka i granice eksperymentu. 

końcówka też mnie nie szarpnęła za ubranie

Nie miała szarpnąć. Miała być dopełnieniem przebudzenia Glorii, która na początku jest bardziej martwa niż jej obiekty. 

Hej Ando nie chodzi mi o ogień w postaci broni laserowej. Krzkot nakalibrowal moje oczekiwania, które potem tylko gasły. Lubię sci-fi, w którym trzeba się zastanowić, pomyśleć, które spowija jakaś tajemnica, ale tu gdzieś to mi uciekło. Tag tagiem, ale konkurs, konkursem:) A skoro badania są prowadzone, to przydałoby się odnieść trochę co do cząstek co do składu płynu, ale to tylko moja wizja, choć widzę w jakiej tonacji jest prowadzone opowiadanie. To tylko moja opinia, masz dwie skrajne. Tacy jesteśmy, różnimy się. Mam nadzieję, że będziesz miała jeszcze powody do radości pod tym opowiadaniem.

Cząstki płynu zostały opisane w opowiadaniu, np. respirocyty. Pytałam Jurków, nie było wymogu s-f w konkursie.

Gdzieś mi umknęło:) widzisz to moja wina:) powodzenia.

Zastanawiam się, czy trafiłam do jakiegoś piekła, w którym czytam kolejne teksty z bardzo mi się podobającymi pomysłami i wykonaniem, które psuje mi efekt?

Nie żeby tu było bardzo źle, nie, aczkolwiek łapanka, mimo że wybiórcza, jest dość obszerna. Jest… nijako, momentami niezgrabnie.

Ale przede wszyskim tym, co mi popsuło wrażenie, jest kompozycja całości. Początek ma rytm, nie ma też konkretów, powoli dowiadujemy się, o co chodzi, a pierwotne poczucie, że to mogłoby mieć miejsce gdziekolwiek, a Mars jest pretekstowy, ostatecznie się tłumaczy. Sporo rzeczy się sensownie tłumaczy tak mniej więcej do połowy. Niemniej ponieważ z pojawieniem się Maksa, wypadki przyspieszają, autorka zdaje się przestawać panować nad stworzoną sytuacją. Druga połowa jest więc z jednej strony streszczeniem tego, co się dzieje, a z drugiej sypie się prawdopodobieństwo.

Miałaś duży zapas znaków, więc zastanawia mnie, dlaczego tak przyspieszyłaś dochodzenie Glorii do decyzji o porzuceniu projektu? Tu w zasadzie do wyboru były dwie psychologicznie prawdopodobne drogi: albo ona na zasadzie jednego impulsu natychmiast rzuca wszystko i rozwala eksperyment, albo długo tłumi w sobie wątpliwości, bo zainwestowała w to ta ogromnie dużo, zwłaszcza emocjonalnie, że raczej będzie wypierać wszelką krytykę i wątpliwości.

Dobre jest na początku pójście w jej opór wobec bliskości, wobec tego, że Maks może ją wytrącić z równowagi. To powinno być lepiej wygrane, żeby dało się poczuć emocje. Potem jednak wszystko idzie za szybko, jakbyś znudziła się opowiadaniem tej historii i chciała ją skończyć, a przecież nie gonił Cię ani dedlajn, ani limit. W efekcie o ile pierwsza część mierzy się z psychologią postaci, z jej rozterkami, o tyle druga je wyłącznie streszcza, robi się taki fast forward.

Kolejna sprawa: w pierwszej części nie ujawniasz żadnych szczegółów “naukowych”. I to jest dobre, zwłaszcza że nie dałaś tagu “science fiction”, tylko “inne”. Potem jednak nie opierasz się pokusie opowiedzenia o szczegółach, a to nie tylko zabija nastrój, ale też prowokuje pytania (zupełnie niepotrzebne) o “realizm” wynalazku. Nagle czytelnik zamiast śledzić duchowe rozterki Glorii zaczyna się zastanawiać, że przecież cały ten wynalazek nie ma sensu, a umieszczenie laboratorium na Marsie, dokąd trzeba długo lecieć, jeszcze bardziej, bo przecież jeśli cały numer z ożywianiem miałby mieć jakikolwiek sens, to zanim nastąpi całkowita śmierć mózgu, i właściwie o co chodzi z tym niepożądanym powrotem pamięci na początku (to sugerowało zupełnie inny kierunek, a ostatecznie w ogóle zostało porzucone). Tu wpadłaś w pułapkę autorów horrorów: im więcej powiesz o potworze, tym on jest mniej straszny. Tu jest trochę co innego: im więcej powiesz o szczegółach projektu naukowego, który naukowo sensu nie ma, tym mniej wiarygodny staje się cały Twój pomysł. Gdybyś to zostawiła na etapie domysłów, zasugerowała, że są w tym też inne elementy, związane np. z sieciami neuronowymi czy odwracaniem procesów śmierci komórkowej (zasugerowała, nie wchodziła w szczegóły), to byłoby znacznie lepiej. Złoty płyn też się sprawdza, dopóki jest de facto metaforą, a nie jak zaczyna mieć elementy w rodzaju “kropli życia”, nie mówiąc już o respirocytach. Oddychanie to bardzo złożony proces i komórki płynu go za nas nie załatwią, nawet poprawnie nazwane słowotwórczo ;)

Dalej: budujesz atmosferę, że oni są na to “niebo” skazani, bo projekt jest tajny i w ogóle, i że powrotu na Ziemię nie ma, nie ma i nie będzie, bo oni upozorowali własną śmierć, a tu buch – jak pani naukowczyni dochodzi do wniosku, że ma w rzyci projekt, bo prawdziwe życie jest gdzie indziej, to wsiada na statek i leci na Ziemię z kochankiem… I nawet nie pomyśli, jak się z tego wytłumaczy córce…

Po prawdzie ten nagły problem z eksperymentem, te śmierci pacjentów, to jest z kolei narrative device, bo chcesz dodatkowo dołożyć emocjonalnie bohaterce, ale jednocześnie trochę zdjąć jej ciężar z barków, więc usuwasz osoby, do których się jakoś tam przywiązała. Znacznie dramatyczniej by było, gdyby ona ich zostawiła, bo mogłaby następnie na Ziemi mieć problem, że wszystko, co robi, jest tak naprawdę egoistyczne i okrutne.

Wykonanie jest przyzwoite, aczkolwiek dość rażą niepoprawne frazeologizmy i pewne nieporadności stylistyczne.

Podsumowując: poruszasz ciekawy, może nie jakoś wściekle oryginalny, ale ważny problem etyczny, zaczynasz dobrze, ale potem to się rozłazi w obyczajówkę i zbyt łatwe rozwiązania.

 

 

Starała się wtopić w tłum, zadania nie ułatwiały jej granatowa bluza, spodnie oraz puchowa kurtka tego samego koloru, kontrastujące z otaczającą bielą.

Po pierwsze tu się prosi “ale zadania nie ułatwiały”, poza tym to eufemizm, bo w granatowym ubraniu nie ma szans się wtopić w tłum ubrany na biało, plus wszyscy ją znają, więc tak naprawdę całe to zdanie jest trochę bez sensu.

 

Rozkręciła ogrzewanie, odwiesiła kurtkę. Wyjęła z szuflady biurka plastikowe opakowanie.

Po pierwsze “rozkręciła ogrzewanie” sugeruje, że rozebrała na części grzejnik, po drugie niefajny rym.

 

Kiedy odpady powędrowały do kosza, z ulgą opadła na obrotowe krzesło.

Lepiej unikać takich zestawień.

 

Musiała poczekać, zanim pojawił się

Raczej: aż pojawi się

 

Szarpało ostrym bólem niczym otwarta, zaogniona rana.

Nie, tu frazeologicznie coś okropnie nie gra.

 

Gloria wiedziała, że nie zamknie laptopa, dopóki Julka nie położy się spać, ale jak zwykle nie uroni ani jednej łzy

Tu trochę nie wiadomo, która z nich tej łzy nie uroni

 

niebo na Marsie nie miało nic wspólnego z żadnymi wierzeniami[+,] ani ze światem ducha

Przecinek przed “ani”, tylko gdybyś wyliczała “ani… ani”

 

A jednak w bazie wydrążonej w zboczu nieczynnego krateru Jezero istniała nieskończoność.

Raczej wieczność. Nieskończoność dotyczy przestrzeni.

 

Wnętrze wyklejone białymi kafelkami

wyłożone

 

owinięci w jednorazowe fartuchy narzucone na kurtki

Albo owinięci, albo narzucone

 

Maseczka zakrywała jego gęstą brodę

oczy błyszczące niepokojącym blaskiem

 

Nienawidziła tego, nawet oglądanie martwego ciała wzbudzało w niej dreszcze. Wyobraziła sobie miliony bakterii koczujących na zwłokach.

Raczej: wyobrażała, bo to chyba dotyczy przeszłych sytuacji, a nie obecnej. To skądinąd mógłby być fajny motyw nie tylko dla jej nerwicy natręctw, ale ogólnie dla jej osobowości. Osoba tak opętana ideą odkrycia formuły nieśmiertelności, że jest w stanie pokonać obrzydzenie do trupów.

 

Kobieta zdziwiła się, balsamista ledwie zerknął na ożywione zwłoki.

troszkę to non sequitur. Domyślam się, że chodzi o to, że ona się zdziwiła jego reakcją, ale tak naprawdę to nie wynika z konstrukcii zdania

 

Jakby to jej ciało obudziło się pod sprawnymi dłońmi balsamisty.

To jeden z najfajniejszych kawałków opowiadania. Szkoda, że też tego nie pociągnęłaś bardziej świadomie w warstwie języka opowiadania, tego, jak opisujesz późniejsze doznania Glorii. To mógłby być ładny leitmotiv, który punktowałby jej kolejne kroki w kierunku decyzji.

 

A najważniejsze, w tutejszych warunkach płyn nieśmiertelności lepiej działa.

→ że w tutejszych…

 

Jego półprzymknięte oczy zastygły na wieczność

Kolejny nietrafiony frazeologizm.

 

Gloria przeglądała w swoim laboratorium

Obstawiam, że chodziło o zabójcze IQ[-,] albo o ciało południowca.

Nie dlatego, że udajecie bogów, ale przez to, co robicie tym ludziom[-.] – Zzakończył ostrym tonem.

To się kwalifikuje do paszczowych

 

kłębowiska emocji, które ją oplotły

Chyba najbardziej nietrafiony frazeologizm z nietrafionych frazeologizmów. Skończ na “emocji”, to już jest metafora, nie warto jej ciągnąć w groteskę ;)

 

wielkie[-,] czerwone jabłko

Czerwone jabłko jest wielkie, nie wyliczasz cech

 

Wieczna sława dla wybitnej trójki, która podarowała ludziom nieskończoność.

Wieczność. “Wieczna” można zastąpić przez “Nieśmiertelna”. Albo na odwrót: wieczna i nieśmiertelność.

 

ofiarowali ludziom więcej[-,] niż ich poprzednicy razem wzięci.

 

„(…)Nawet jeśli uda kochać się,

Zima zrzuci skórę swą,

Spowiedź ramion zawsze będzie smutna bo,

Już nie będzie ciebie przy mnie, wiem.(…)” [1]

Cytat w obrębie tekstu literackiego umieszczamy bez znaczników (…). Przypis imho totalnie zbędny, nie w sensie, że każdy wie, co to (ja nie miałam pojęcia), ale wystarczy umieścić informację pod tekstem, że cytat z takiej czy innej piosenki, bez wyrywającego z immersji znacznika. Oczywiście można też przemycić subtelnie informację w tekście, np. przez powiedzenie, że Julka puściła swój ulubiony utwór kogoś tam (to co najwyżej wywoła czytelnicze zdziwienie, że piosenka przetrwała dziesięciolecia ;) ). A jeśli

 

Kazali mi ją zostawić, kiedy tu wyjeżdżałam. Upozorować swoją śmierć

Gdybym był kotem i miał dziewięć żyć,

→ żywotów

 

paniczne wizje pełne krwiożerczych bakterii

“pełne” zbędne

 

Badaczka starała się skupić na pracy, ale zadania nie ułatwiał balsamista.

To jest zjawisko związane z problemem powtórzeń podmiotów, które w literaturze prowadzi czasem do niezamierzenie komicznych efektów. Jeśli bohaterowie mają imiona, to lepiej jednak używać imion. A konkretnie tu wchodzi w grę takie coś, jak to jak siebie i innych postrzegają punkty widzenia. Nie ma tu reguł, sprawa jest skomplikowana, ale to zdanie brzmi źle.

 

najszybciej, a one i tak płynęły niczym woda z kranu

Ucięłabym na “płynęły”, bo przyziemne porównanie wybija z nastroju.

 

W gardle narastała dławiąca kula.

Tworzyła się, rosła. Nie narastała

 

niebo kruszyło się w posadach

W posadach można się trząść albo drżeć, nie kruszyć

 

Nagle badaczkę olśniło. Można w prosty sposób wzmocnić naczynia. Wystarczyło zmienić proporcje jednego składnika! Kropli życia. Pół miligrama? Albo dwie trzecie? Tak, zdecydowanie. Jak to możliwe, że wcześniej tego nie dostrzegła? Zaczęła szybko notować.

Jeszcze dziś podamy nowy, ulepszony płyn, a jutro poprosimy o nowe ciała.

To jest przykład tego niepotrzebnego pseudo-konkretu, o którym wspominałam wcześniej. No i “poprosimy o nowe ciała”… Przecież tacy ziemscy nieboszczycy musieliby jakoś zostać zabezpieczeni, żeby nie zaczęły się procesy pośmiertne, o śmierci mózgu nie wspominając. Taka refleksja zabija zawieszenie niewiary.

 

Westchnęła ciężko i zacisnęła szczęki.

Raczej usta.

 

Pogratulowała sobie, że nie robiła elektronicznych kopii.

Tu nie jest do końca jasne, kopii czego, trochę wychodzi, że pacjentów ;) Oraz, zakładając, że dokumentacji: nie wierzę. Nie w tych realiach.

http://altronapoleone.home.blog

Cóż, tak się kończy krytykowanie naukowców…

W sumie dobrze, że opowiadanie porusza jakieś emocje, o to chodziło.

 

Drakaino, chyba jeszcze nigdy nie zostawiłaś pod moim opowiadaniem takiego długiego komentarza.;) Przynajmniej pomysł się podobał, to już coś.

Część tej łapanki to hiperpoprawność, inne przykłady być może słownikowo są bliższe ideałowi, ale czasem warto stylistycznie napisać coś ciekawszego niż sztywno trzymać się reguł. Z niektórymi poprawkami się nie zgadzam, np. człowiek zaciska szczęki, kiedy się zdenerwuje. 

Pogratulowała sobie, że nie robiła elektronicznych kopii.

Tu akurat jasno wynika z kontekstu, że chodzi o notatki.

 

No i “poprosimy o nowe ciała”… Przecież tacy ziemscy nieboszczycy musieliby jakoś zostać zabezpieczeni, żeby nie zaczęły się procesy pośmiertne, o śmierci mózgu nie wspominając.

Jeśli człowiek nie ma rodziny lub nikt go nie chce pochować, koszt grzebania, czasem do wspólnego dołu, ponosi gmina. Niektórzy ludzie dobrowolnie oddają swoje ciała na eksperymenty, podpisują dokumenty za życia.

O przywracaniu narządów do życia było w opowiadaniu.

 

Tu w zasadzie do wyboru były dwie psychologicznie prawdopodobne drogi: albo ona na zasadzie jednego impulsu natychmiast rzuca wszystko i rozwala eksperyment, albo długo tłumi w sobie wątpliwości, bo zainwestowała w to ta ogromnie dużo, zwłaszcza emocjonalnie, że raczej będzie wypierać wszelką krytykę i wątpliwości.

Jest jeszcze trzecia droga, którą wybrałam. Gloria powoli budzi się do życia, odzyskuje empatię, pozostałe ludzkie uczucia, buduje więzi z innymi ludźmi, przewartościowuje swoje życie. 

Pewnie zauważyłaś, że Gloria cierpi na nerwicę natręctw. Ma osobowość anankastyczną, co widać w jej zachowaniu. Jest osobą zimną i spiętą, bez spontaniczności. W niebie stopniowo budzi się do normalnego życia. Taka osobowość nie rzuca wszystkiego w przypływie impulsu, ale skrupulatnie planuje. Musiała się przekonać, przekalkulować, poczuć, co powinna zrobić.

Wypierać można do pewnego momentu, w którym sztuczna wizja się załamuje i nie da się już utrzymać iluzji. 

 

Badaczka starała się skupić na pracy, ale zadania nie ułatwiał balsamista.

To jest zjawisko związane z problemem powtórzeń podmiotów, które w literaturze prowadzi czasem do niezamierzenie komicznych efektów. Jeśli bohaterowie mają imiona, to lepiej jednak używać imion.

Tu wyszłoby powtórzenie przy podaniu imion. Nie widzę żadnego komizmu w tym zdaniu.

 

Potem jednak wszystko idzie za szybko, jakbyś znudziła się opowiadaniem tej historii i chciała ją skończyć, a przecież nie gonił Cię ani dedlajn, ani limit.

Wszystkie kluczowe sceny zostały pokazane, emocje też, a tempo opowieści jest dosyć spokojne. Czytelnicy by usnęli, gdyby wydarzenia zostały jeszcze rozwleczone.

W efekcie o ile pierwsza część mierzy się z psychologią postaci, z jej rozterkami, o tyle druga je wyłącznie streszcza, robi się taki fast forward.

Wszystkie rozterki zostały pokazane na przykładach, w kolejnych scenach. Więcej problemów nie ma, prosta baba z tej mojej bohaterki…

 

Potem jednak nie opierasz się pokusie opowiedzenia o szczegółach, a to nie tylko zabija nastrój, ale też prowokuje pytania (zupełnie niepotrzebne) o “realizm” wynalazku.

Doktor Frankenstein by się obraził.;)

W poprzednim komentarzu pojawiły się narzekania, że za mało konkretów, że nie ma składników złotego płynu. 

Czy to dalej fantastyka, czy coś przeoczyłam? 

Gdybyś to zostawiła na etapie domysłów, zasugerowała, że są w tym też inne elementy, związane np. z sieciami neuronowymi czy odwracaniem procesów śmierci komórkowej

Cała scena dotyczy odwracania procesu śmierci komórkowej. Później w tekście jest mowa również o odwracaniu śmierci narządów.

 

Złoty płyn też się sprawdza, dopóki jest de facto metaforą, a nie jak zaczyna mieć elementy w rodzaju “kropli życia”, nie mówiąc już o respirocytach. Oddychanie to bardzo złożony proces i komórki płynu go za nas nie załatwią, nawet poprawnie nazwane słowotwórczo ;)

Nic nie pisałam o oddychaniu. Respirocyty to krwinki. To nie jest moje słowotwórstwo, ale część realnie istniejących badań nad sztuczną krwią.

 

Dalej: budujesz atmosferę, że oni są na to “niebo” skazani, bo projekt jest tajny i w ogóle, i że powrotu na Ziemię nie ma, nie ma i nie będzie, bo oni upozorowali własną śmierć, a tu buch – jak pani naukowczyni dochodzi do wniosku, że ma w rzyci projekt, bo prawdziwe życie jest gdzie indziej, to wsiada na statek i leci na Ziemię z kochankiem…

To też wyjaśniłam w tekście. Nie można wrócić, dopóki trwają badania, ale projekt został zamknięty.

Nie spłaszczałabym wszystkich relacji damsko-męskich do seksu.

 

I nawet nie pomyśli, jak się z tego wytłumaczy córce…

Zakończenie sugeruje, że łatwo nie będzie, ale to jedyny sposób, żeby naprawić błąd. Nie ma gorszej rzeczy niż zostawić własne dziecko.

 

i właściwie o co chodzi z tym niepożądanym powrotem pamięci na początku (to sugerowało zupełnie inny kierunek, a ostatecznie w ogóle zostało porzucone).

To też wyjaśniłam w treści. Musiałabym napisać drugi tekst długości opowiadania, żeby odpowiedzieć szczegółowo na wszystkie zarzuty.

 

Kiedyś napisałam opowiadanie o kocie i programie “Jak oni umierają”. Naskoczyłaś wtedy na mnie, odbierając ten tekst bardzo personalnie. Myślę, że w tym przypadku również poruszyłam czułą strunę, a może kilka.

Niedawno kliknęłaś bibliotekę dla tekstu składającego się z jednej scenki, a nagle znajdujesz milion błędów w opowiadaniu betowanym przez cztery osoby. Moim zdaniem, lekka przesada. Doktor Freud powiedziałby więcej, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia.;)

 

Dobre, ociera się o pytanie, czy wieczne życie pozagrobowe samo w sobie, z definicji, nie jest karą. Szkoda, że porzuciłaś wątek z odzyskiwaniem pamięci, ale nie będę się czepiać.

Psychika postaci bardzo prawdopodobnie skonstruowana.

BTW, czy poza odwołaniem do nieba i Trójcy Świętej nie dorzuciłaś kolorem płynu nawiązania do mitologii greckiej? Ichor, złota krew bogów, Pola Elizejskie? Czyżby po wskrzeszeniu ludzie tak jakby awansowali?

Dobra, pewnie znowu buduję głupie skojarzenia, przepraszam. Wrażenia pozytywne.

Życie to bajka braci Grimm w oryginale.

Jeremia, cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało i doceniasz konstrukcję psychologiczną postaci.

 

BTW, czy poza odwołaniem do nieba i Trójcy Świętej nie dorzuciłaś kolorem płynu nawiązania do mitologii greckiej?

Trafnie zauważyłaś, że tekst odwołuje się do symboliki chrześcijańskiej. Do mitologii nie nawiązywałam, ale przecież złoty to boskość, słońce, czyli jednak pogańskie korzenie są. 

 

Szkoda, że porzuciłaś wątek z odzyskiwaniem pamięci, ale nie będę się czepiać.

Wątek był mi potrzebny w pierwszej scenie, kiedy Stenia wspomina syna. Później pojawił się pilniejszy do rozwiązania problem z wynalazkiem, czyli pękające naczynia. 

 

Dobre, ociera się o pytanie, czy wieczne życie pozagrobowe samo w sobie, z definicji, nie jest karą. Czyżby po wskrzeszeniu ludzie tak jakby awansowali?

Zostawiam do rozstrzygnięcia przez każdego czytelnika, czy lepszy jest spokój w grobie, czy nieśmiertelność, ale na specyficznych warunkach. Czy warto za wszelką cenę dążyć do sukcesu i wieść egoistyczne, samotne życie, czy lepiej otworzyć się na innych ludzi.

Wynalazek Glorii mógł się udać, miała wszystkie atuty w ręku, ale nie zdecydowała się upowszechnić odkrycia. 

 

Wrażenia pozytywne.

To najważniejsze.:)

Wracam, ale raczej bez dalszego odbioru, ponieważ ten typ odpowiedzi, jaki mi zaserwowałaś (sprowadzający się do “przecież wszystko jest w tekście i wszystko miało tak być, marudzisz” czyli de facto focha), skutecznie zniechęca nie tylko do dalszych dyskusji, ale i do komentowania kolejnych tekstów. Co do zarzutu zaś, że dałam klika scence, a tu marudzę – po prostu świeżynki traktuję z minimalną taryfą ulgową (ale nie szastam klikami dla świeżynek), bo chodzi np. o zwrócenie uwagi innych na opowiadanie kogoś nie znanego. No i poza tym nawet po becie w wykonaniu pięćdziesięciorga betujących tekst może mieć babole, to naprawdę nie jest żaden argument. Pozwolisz, że na uwagę o Freudzie spuszczę zasłonę miłosierdzia.

Pozostaję nieprzekonana Twoimi argumentami, zwłaszcza w kwestii tego, czy oni mogą bez przeszkód wrócić, czy nie, uważam, że w całej końcówce poszłaś na skróty. Mam do tego prawo jako czytelniczka, która wskazała Ci te elementy opowiadania, które wydały jej się niejasne, utrudniały lekturę itd. Owszem, czasem coś wynika z kontekstu, ale dla tekstu jest lepiej, jeśli to jest jasne. Kontekst kontekstem, ale sformułowania nieoczywiste potrafią wybić z płynności lektury i immersji. Oczywiście, można brać pod uwagę wyłącznie komentarze i opinie pozytywne, to też jest Twój wybór. Niemniej to negatywne bardziej pomagają się rozwijać, a co najmniej podejmować świadome decyzje twórcze.

Dopowiem tylko trochę o konstrukcji opowiadania. Po prostu: zabrakło mi w drugiej części rytmu, płynności, miałam wrażenie, że gnasz przez kolejne sceny, nie dajesz czytelnikowi zastanowić się razem z bohaterką, pozbawiasz ją głębi, bo jedynie deklarujesz, jakie są jej uczucia, zamiast je pokazać, a zarazem to nie jest pełna dynamiki opowieść akcji, więc nie chodzi o to, żeby z wydarzeniami pędzić.

 

Aha, co do czułych strun – tak, temat śmierci ludzi starszych, tej tęsknoty matki za synem itd. jest dla mnie ciągle bolesny, ale już nie na tyle, żebym nie była w stanie czytać. Skądinąd paralelizm tych tęsknot za dzieckiem też można było lepiej ograć.

 

PS. Po namyśle jednak ustosunkuję się do jednego szczegółu, ponieważ nie tylko ja, ale i kolejny komentator zwrócił na to uwagę. Chodzi o kwestię powracających wspomnień na początku opowiadania. Odpowiedziałaś, nie mnie, następująco:

 

Wątek był mi potrzebny w pierwszej scenie, kiedy Stenia wspomina syna. Później pojawił się pilniejszy do rozwiązania problem z wynalazkiem, czyli pękające naczynia. 

Problem polega na tym, że taka logika zdarzeń, owszem, jest logiką życia. Zapominamy o jednych problemach, kiedy pojawiają się inne, poważniejsze. Niemniej literatura rządzi się innymi prawami. Już Arystoteles zauważył, że “prawda” o wydarzeniach jest domeną historii, podczas gdy literatura rządzi się tym, co on nazwał “prawdopodobieństwem”, ale nie rozumiał przez to statystycznego prawdopodobieństwa, że coś się wydarzy, ale coś, co ludzie uznają za prawdopodobne w ciągu fabuły. Domeną literatury jest pewne uogólnienie, ale jej nadrzędną cechą ma być spójność fabularna i wydarzenia mają się w jej obrębie tłumaczyć. Twórczym rozwinięciem tego zagadnienia jest problem tzw. “strzelb Czechowa”, który rzecz ujmuje prosto i praktycznie: jeśli wprowadzasz jakiś element w sposób taki, że on przyciąga uwagę czytelnika (czy widza teatralnego), to go potem wykorzystaj. (Jeśli na ścianie w pierwszym akcie wisi strzelba, to ona powinna w akcie ostatnim wystrzelić). Twój problem pamięci jest klinicznym przykładem takiej niewystrzelającej strzelby – bardzo mocno zwraca uwagę, a potem znika i nie odgrywa żadnej roli. I niestety czytelnik nie będzie się doszukiwał wyższych powodów, dla których tego potem nie ma.

Oczywiście, w życiu ten problem mógłby zniknąć. Co więcej, był nawet taki nurt literacki (i filmowy) mniej więcej pół wieku temu, który nazywał się nową falą, nową powieścią, i który za zadanie postawił sobie odtwarzanie zwykłego życia z jego chaotycznym układem zdarzeń, wątkami wypieranymi przez inne i brakiem ciągłości fabularnej. Problem w tym, że tego nie bardzo da się czytać, oglądać nieco lepiej, ale też po paru filmach najzwyczajniej nuży. Bo zasadniczo Arystoteles miał rację.

http://altronapoleone.home.blog

Wracam, ale raczej bez dalszego odbioru, ponieważ ten typ odpowiedzi, jaki mi zaserwowałaś (sprowadzający się do “przecież wszystko jest w tekście i wszystko miało tak być, marudzisz” czyli de facto focha), skutecznie zniechęca nie tylko do dalszych dyskusji.

Podałam odpowiedzi na większość Twoich argumentów, to nie jest foch. Dlaczego miałabym obrażać się z tak błahego powodu?

Po prostu uważam, że przy większości przykładów z łapanki nie miałaś racji. Przykładowo, zamieniłaś w wypowiedzi Maksa “dziewięć żyć” na “dziewięć żywotów”. Wiadomo, rzeczownik życie nie ma liczby mnogiej, ale to były słowa prostego mężczyzny. 

Nie zgodziłam się również z tym, że sprowadzasz relacje damsko-męskie do płaszczyzny seksu. Gdyby Maks był tylko kochankiem, odrzuciłby Glorię w momencie, kiedy dowiedział się o jej nerwicy natręctw.

 

Mam do tego prawo jako czytelniczka, która wskazała Ci te elementy opowiadania, które wydały jej się niejasne, utrudniały lekturę itd.

Oczywiście, nikt Ci tego prawa nie odbiera. Zauważyłam, że ostro krytykujesz teksty zawierające pewne tematy, dotyczy to nie tylko moich opowiadań. Po prostu uważam, że nie należy traktować fikcji literackiej personalnie, bo nikt nie ma zamiaru tu nikogo obrażać.

 

Dopowiem tylko trochę o konstrukcji opowiadania. Po prostu: zabrakło mi w drugiej części rytmu, płynności, miałam wrażenie, że gnasz przez kolejne sceny, nie dajesz czytelnikowi zastanowić się razem z bohaterką, pozbawiasz ją głębi, bo jedynie deklarujesz, jakie są jej uczucia, zamiast je pokazać, a zarazem to nie jest pełna dynamiki opowieść akcji, więc nie chodzi o to, żeby z wydarzeniami pędzić.

Każda emocja bohaterki została pokazana w oddzielnej scenie. Opowiadanie i tak jest bardzo długie, nie chciałam go bardziej rozwlekać. Jestem ciekawa, w których konkretnie momentach deklaruję uczucia Glorii zamiast je pokazać.

 

Twój problem pamięci jest klinicznym przykładem takiej niewystrzelającej strzelby.

W pierwotnej wersji w rozmowie Glorii z Maksem problem pamięci też wytłumaczyłam, ale uznałam, że nikt nie będzie dociekał tak głęboko i skasowałam tę część wypowiedzi. Poprzednia komentatorka napisała, że nie będzie się czepiać. Ta informacja jest potrzebna w pierwszej scenie, potem wątek Steni, jej syna i całej rozmowy jest kontynuowany. Gdyby pamięć nie wróciła, Stenia wcale nie wspomniałaby o synu. Jednak w obliczu pękających naczyń ten problem schodzi na dalszy plan.

W każdym amatorskim opowiadaniu, zwłaszcza liczącym ponad 35 tysięcy znaków, można znaleźć niedociągnięcia. Dziwię się, że te rozbudowane komentarze nie dotyczą głównych problemów poruszanych w moim tekście. 

Jeśli wnikliwie czepiamy się frazeologii, kliniczny może być przypadek, ale nie przykład. (Oczywiście, traktuj to jako żart, nie mogłam się powstrzymać).

 

po prostu świeżynki traktuję z minimalną taryfą ulgową

Dziewięć miesięcy na portalu tu już nie świeżynka. Zresztą, pamiętam z własnego doświadczenia, że różnie bywa z tą taryfą ulgową.

 

Już Arystoteles zauważył, że “prawda” o wydarzeniach jest domeną historii, podczas gdy literatura rządzi się tym, co on nazwał “prawdopodobieństwem”.

Złamałam również zasadę jedności miejsca, czasu i akcji, o której mówił Sofokles. Ale to dotyczyło dramatu, więc może mi się upiecze… 

 

Podsumowując, można przyjemniej spędzić najbliższy weekend niż przerzucając się argumentami z różnych dziedzin.

Rozkręciła ogrzewanie,

Miś przypuszcza, że chciała mieć cieplej, ale nie jest przekonany, że rozkręcanie urządzenia, to najlepszy sposób. :)

Kiedy odpady(?) powędrowały do kosza, z ulgą opadła na obrotowe krzesło.

Koniec łapania za słowa, bo treść interesująca. Ciekawy problem etyczny. Dobrze się czytało.

Miś podejrzewa, że lot na Ziemię może się nie skończyć dobrze, że nie jest możliwy powrót dla nikogo. Co o tym myślisz Autorko?

Bardzo ładnie napisany tekst, a historia poruszająca, tak jak zawsze, ciągle opka wydają mi się za krótkie, ale to raczej zaleta niż wada. Gratulacje.

 

P.S. W tekście najbardziej przeszkadzało mi imię : Dionigi, bo ciężko wymówić je w myślach, ja zamieniłbym sylaby : Diogini (czyt Diodżini).  :)

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Misiu, muszę zapytać Jury, czy można cokolwiek zmienić w tekście po publikacji. 

Cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało.

Słowa “odpady” i kilku innych użyłam, żeby podkreślić pokręconą osobowość Glorii. 

Miś podejrzewa, że lot na Ziemię może się nie skończyć dobrze, że nie jest możliwy powrót dla nikogo.

Tego nie wiemy, chciałabym, żeby jej się udało, ale podróż z Marsa na Ziemię to skomplikowana sprawa. Radziłam się specjalisty w kwestiach technicznych (orbity, wahadłowce). Może w przyszłości będzie łatwiej odbyć taką podróż niż teraz.

Cieszę się również, że problem etyczny w opowiadaniu uważasz za ciekawy. Dla mnie osobiście najciekawsza jest postać głównej bohaterki, która z egoistycznego monstrum przekształca się w normalnego człowieka, empatycznego i otwartego na innych ludzi. 

 

Iluvatharze, miło, że tekst Ci się spodobał. Imię Dionigi umieściłam po to, żeby podkreślić jego włoskie pochodzenie. Takie imię faktycznie istnieje. Pasowało mi do chrześcijańskiej symboliki. Musiało zaczynać się na D, żeby wyszło GOD z pierwszych liter imion naukowców.

 

Ok, rozumiem, po prostu fonetycznie troszeczkę mi nie gra, ale ok.

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

ANDO, miś miał na myśli nie trudności techniczne, lecz działania ludzkie, Oskara lub korporacji ziemskich

W sumie … tak mnie teraz naszło … skrót GOD powinien chyba wywodzić się od nazwisk, nie ? W dzisiejszym świecie imiona nie mają zbyt wielkiego znaczenia, chyba że są to tylko przezwiska / nick’i / pseudonimy. No mogę się oczywiście mylić, ale takie mam teraz wrażenie.

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Misiu, możliwe, że Oskar coś wymyśli. Na pewno się zdenerwuje, kiedy zobaczy, że złoty płyn został zniszczony.

 

Iluvatharze, “bogowie” nie mają nazwisk w moim opowiadaniu, wynika to z użytej symboliki. W Biblii też są tylko imiona. Maks ma nazwisko, ale on należy do innej płaszczyzny, ziemskiej. Można go też odczytać jako kusiciela dającego impuls do pozytywnych zmian. U mnie to bogowie są tymi złymi, Gloria też, dopóki nie następuje przemiana.

Spokojnie, rozumiem to wszystko, ale hipotetycznie … ci naukowcy tylko udają bogów i wśród ludzkiej społeczności są znani są raczej ich nazwiska niż imiona, a przynajmniej powinni, ale oczywiście w miejscu akcji podopieczni nazywają ich po imieniu :) Ten drobiazg mi jakoś nie gra, fajnie by było skontrastować to tak, że pacjenci mówią do nich po imieniu, a naukowcy między sobą per pan + nazwisko, no ale jak już mówiłem, tekst bardzo mi się podoba, po prostu ja osobiście troszkę inaczej bym to rozwiązał :>

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Masz rację, tylko uważają się za bogów, za mądrzejszych od zwykłych ludzi. Można ich też porównywać do bogów z powodu wynalazku. Nazwiska mają, ale wymyśliłam skrót od imion. Gloria i Oskar dodatkowo kojarzą się z sukcesem. 

W porządku, jak najbardziej, po prostu ja osobiście wymyśliłbym nazwiska pasujące do tego skrótu, można by też pójść śladem Harrego Pottera gdzie założyciele szkoły mieli Imię i nazwisko zaczynające się od tej samej litery :) Ale tak, jak pisałem, jest ok.

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Bardzo fajna koncepcja, ciekawie napisana główna bohaterka, technicznie też jak najbardziej na plus – czyta się przyjemnie, bez żadnych trudności wywołanych słabo wyglądającymi zdaniami.

Mam jednak dwa zastrzeżenia – po pierwsze trochę mi się gryzły imiona, bo obok “swojskich” mamy też “wymyślne”, a nie zostało nigdzie wyjaśnione skąd pochodzą poszczególne postacie, wobec czego coś mi się tam cały czas nie zgadzało, ale to może być tylko moje subiektywne marudzenie i nikt inny może nie zwrócić na to uwagi.

Trochę też nie chwycił w moim odczuciu początek relacji Glorii z Maksem. Później już wszystko było ok, ale pierwsze dwie/trzy wspólne interakcje wydawały mi się nieco zbyt na szybko, przez co miałem wrażenie, że zaczyna się to wszystko nieco sztucznie. Rozumiem oczywiście limity i tym podobne, ale myślę, że dałoby się to zrobić mimo wszystko trochę bardziej autentycznie.

Mimo wszystko te dwa zgrzyty nie wpłynęły na pozytywny odbiór całości tekstu. Powodzenia w konkursie!

bjkpsrz, miło Cię widzieć. 

 

Bardzo fajna koncepcja, ciekawie napisana główna bohaterka, technicznie też jak najbardziej na plus – czyta się przyjemnie, bez żadnych trudności wywołanych słabo wyglądającymi zdaniami.

Cieszę się.

 

po pierwsze trochę mi się gryzły imiona, bo obok “swojskich” mamy też “wymyślne”.

Dionigi jest Włochem, dlatego takie imię. Pozostałe imiona mogą być polskie. Opisuję przyszłość, więc pewnie Europa bardziej się zjednoczy, ale nie chciałam mącić z kolejnym wątkiem.

 

Trochę też nie chwycił w moim odczuciu początek relacji Glorii z Maksem. Później już wszystko było ok, ale pierwsze dwie/trzy wspólne interakcje wydawały mi się nieco zbyt na szybko, przez co miałem wrażenie, że zaczyna się to wszystko nieco sztucznie.

Początki mieli trudne, zgadzam się. Nie dość, że pierwsze spotkanie w prosektorium, to jeszcze pokręcony charakter Glorii. Ona go nie chciała, odpychała i szybko kończyła interakcje. Maks musiał nieźle się nakombinować, żeby bohaterka stała się bardziej otwarta na ludzi.

Witaj Ando!

 

Dołączam do grona czytelników usatysfakcjonowanych opowiadaniem. Prowadzisz fabułę niespiesznie, skrupulatnie opisując sceny, z których wyłania się interesująca historia trójki naukowców pracujących nad ożywaniem zwłok ludzkich. Zdecydowanie na pierwszym planie jest Gloria, autorka formuły, która daje szansę na nieskończone przedłużanie życia. Bohaterka przeżywa dylemat dwojakiego rodzaju, z jednej strony zamyka się na uczucie, całkowicie oddając sie pracy naukowej. Z drugiej, nie jest przekonana co do jej efektów – czy takie sztuczne przedłużanie egzystencji, ingerencja w prawa natury, nie niesie ze sobą wiecej szkód niż pożytku?

Ośrodek, w którym mają miejsce wydarzenia i który jednocześnie jest miejscem rezydencji “ożywieńców",przenika atmosfera sztuczności, aseptyczności i braku ludzkich uczuć. Do tej wyjałowionej z emocji przestrzeni pewnego dnia dołącza nowa osoba, “balsamista”. Żywy i spontaniczny, można powiedzieć, przeciwnieństwo Glorii, dokonuje “wyłomu” w jej podporządkowanym rutynom życiu…

Dobre, przemyślane opowiadanie, które skłania do refleksji nad tym, jakie konsekwencje mogłoby ze sobą nieść przełużanie w nieskończoność tego, co być może powinno naturalnie sie skończyć.

Jedna rzecz, która mnie zastanowiła w pewnym momencie, to zbyt duża pewność grupy badawczej co do tego, że “złocisty płyn” rzeczywiście może przedłużać życie w nieskończoność (mówią nawet wprost o nieskończoności). Nie jest to trochę na wyrost? Zakładam, że od momentu, kiedy Gloria wynalazła ten środek minęło może kilka, może kilkanaście lat. To trochę za mało, żeby wyciągnąć tak daleko idące wnioski. Zwłaszcza, że szybko okazało się (po śmierci staruszki), że jednak to nie działa aż tak perfekcyjnie.

Zgłaszam do biblioteki.

 

Pozdrawiam!

 

EDIT: Po przeczytaniu komentarzy, przyznaję, że o ile nawiązanie do Trójcy Świętej było dość jasne, to nie wpadłem na skrót GOD. ;) Jednak nawiązanie nie jest całkiem adekwatne, bo Trójca to nie jest ojciec, matka i syn. To mi lekko zazgrzytało i czytając zastanawiałem się czy będzie ten “duch”. Z drugiej strony, to przecież nie musiało być dokładne odwzorowanie, ale luźna inspiracja.

Kronosie, dziękuję za klika i rozbudowany komentarz. Doskonale opisałeś treść, cieszę się, że moje intencje wybrzmiały w treści.

Odnośnie Trójcy, masz rację. Maks mówi w rozmowie z Glorią, że ona nie jest matką, ale duchem projektu. Chciałam, żeby zachowanie naukowców naśladujących Trójcę było zaprzeczeniem ich ról.

Masz też rację ze złotym płynem: naukowcy nie wiedzieli, bo nie mogli, czy ta substancja ożywia na wieczność. Bardzo chcieli w to wierzyć i początkowo nie mieli powodu, żeby myśleć inaczej. Chyba z każdym obecnie wynajdywanym lekiem tak jest, że nie wiadomo, jakie będą rezultaty w długim okresie czasu.

Dobre opowiadanie. Nawet szkoda, że tylko opowiadanie. Temat prosi o większą przestrzeń. Końcówka wydaje się nieco zbyt pospieszna. Jakoś za szybko Gloria decyduje się wszystko zniszczyć. Za łatwo udaje im się wydostać, co już samo z siebie jest trochę dziwne w przypadku sekretnego projektu. Można też rozwinąć wersję projektu dla “biednych” – piekło z krótkotrwałym wykorzystaniem ożywieńców pozbawionych pamięci i uważanych za zmarłych dla jakichś morderczo szkodliwych prac. Przepraszam, zawsze chce mi się improwizować na marginesie cudzych opowiadań. Rozumiem ograniczenia terminowe. Zacząłem coś marsjańskiego w nawiązaniu do Kabestanu na ten konkurs, ale zrozumiałem, że nie wyrobię. Będzie P.S.

Bohaterka żywa i przekonująca. Klik ode mnie.

Nikolzollernie, miło Cię znów widzieć. Dzięki za klika.

Można rozwijać temat poruszony w opowiadaniu, ale tekst i tak jest bardzo długi. Obawiałam się, że przy dalszym rozwlekaniu treści nikt nie zajrzy. Poza tym przy tak rozwiniętej koncepcji, zamkniętej w opowiadaniu, musiałam wybierać sceny do pokazania. 

Skupiłam się na bohaterce, śmierci i na kwestiach etycznych.

Końcówka wydaje się nieco zbyt pospieszna. Jakoś za szybko Gloria decyduje się wszystko zniszczyć.

Dla mnie kluczowa była scena, kiedy umarła Stenia. Wtedy Glorii ostatecznie wszystko się poukładało w głowie i w emocjach. Potem było już tylko zamykanie wątków. Poza tym nie chciałam szczegółowo opisywać kolejnych zgonów i ciał po śmierci. 

 

Jakoś za szybko Gloria decyduje się wszystko zniszczyć.

Ona miała wątpliwości od dawna, Maks pomógł je ocenić i dał jej odwagę do zmian. Masz rację, w powieści można to bardziej rozpisać.

 

Za łatwo udaje im się wydostać, co już samo z siebie jest trochę dziwne w przypadku sekretnego projektu.

To pominęłam, wydawało mi się to oczywiste, że Gloria musiała zawiadomić przełożonych o końcu projektu i dostać pozwolenie na powrót. Inaczej nie wzięliby jej na kolejne statki. Projekt przestał być tajny, okazał się klapą. Tak to zapewne przedstawiła Gloria przełożonym. Może dopiszę kilka zdań na ten temat po zakończeniu konkursu.

 

Można też rozwinąć wersję projektu dla “biednych” – piekło z krótkotrwałym wykorzystaniem ożywieńców pozbawionych pamięci i uważanych za zmarłych dla jakichś morderczo szkodliwych prac.

Jeśli masz pomysł – pisz. Brzmi ciekawie. Może uda Ci się napisać chociaż szorta na Planety.

Ja walczę z tekstem na Wcielenia, ale wychodzi bardzo niecenzuralnie, więc nie wiem, czy opublikuję.

Odnośnie sekretności, miałem na myśli, że Gloria i Maks powinni raczej zginąć w katastrofie, lub znaleźć się w niewoli drapieżnej korporacji lub służb specjalnych, stojących za projektem..

Odnośnie sekretności, miałem na myśli, że Gloria i Maks powinni raczej zginąć w katastrofie, lub znaleźć się w niewoli drapieżnej korporacji lub służb specjalnych, stojących za projektem.

Takie zakończenie jest możliwe. Pewnie ktoś będzie starał się dotrzeć do Glorii po jej przyjeździe na Ziemię. Ona była bardzo pewna powrotu, ktoś z jej rodziny musi mieć duże wpływy. Inaczej nie zostałaby szefową projektu, raczej wybraliby Oskara.

Katastrofa też może się wydarzyć po drodze. Kibicowałam bohaterom, wolałam zostawić im szansę na powrót.

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony podoba mi się pomysł, dobrze się czytało, zainteresowałaś mnie. Z drugiej jednak – zawieszenie niewiary momentami po prostu nie działało.

 

Sprawić, żeby podopieczni nie odzyskiwali pamięci.

Może kiedyś uda się zmodyfikować złoty płyn na tyle, by nie musieli mieszkać w sterylnych warunkach, w obcym miejscu, odizolowani od rodzin. Może pozwolą im używać komunikatorów do rozmów z Ziemią.

Z jednej strony Gloria zastanawia się, co zrobić, żeby odebrać ludziom pamięć, z drugiej roi o tym, że kiedyś będą się mogli kontaktować z bliskimi. To się wzajemnie wyklucza.

W ogóle Gloria wydaje się kobietą może nieco zagubioną i skupioną na pracy, ale w gruncie rzeczy uczuciową i przyzwoitą. Jednocześnie to, co robi przeczy temu wizerunkowi. Czy naprawdę ktoś przy zdrowych zmysłach może sądzić, że jest coś dobrego w ożywianiu ludzi, którzy nie wrazili na to zgody, czy w odbieraniu im pamięci. Przecież to pamięć czyni nas tym, kim jesteśmy. Nie potrafię pojąć, jak ona to godzi. Inna rzecz – kocha córkę, a jednocześnie myśli o tym, że wróci na Ziemię i wróci do córki. Czy nie zdaje sobie sprawy z tego, jaki ból jej tym powrotem sprawi? Zostawiła ją, upozorowała własną śmierć, skazując ją tym samym na cierpienie i sądzi, że można to ot tak odwrócić? Nie rozumiem jej, nie trzyma mi się kupy, składa się ze zbyt wielu sprzeczności.

Rozumiem, że to nie jest projekt Glorii, że gdzieś tam wyżej jest jakaś korporacja, która nad tym wszystkim czuwa, bo gdzieś tam między wierszami dajesz to do zrozumienia. Gdyby udało Ci się mocniej uwypuklić rolę tej korporacji, przedstawić Glorię jako idealistkę, która dała się zmanipulować, wyszłoby to lepiej.

To, co jeszcze budzi moje wątpliwości to sama procedura. Bo, o ile jeszcze kupię regeneracje tkanek, organów, tak nie wyobrażam sobie restartu mózgu. To znaczy może by i zaczął funkcjonować, ale już bez zawartości, byłby po prostu czystą kartą – bez umiejętności choćby mówienia.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, miło, że pomysł Ci się spodobał.

Z jednej strony Gloria zastanawia się, co zrobić, żeby odebrać ludziom pamięć, z drugiej roi o tym, że kiedyś będą się mogli kontaktować z bliskimi.

Gloria chce odebrać ludziom pamięć po trudnościach ze Stenią. Dalsze rozmyślania dotyczą dalekiej przyszłości, takiego bujania w obłokach, że jej następcom uda się udoskonalić wynalazek.

Czy naprawdę ktoś przy zdrowych zmysłach może sądzić, że jest coś dobrego w ożywianiu ludzi, którzy nie wrazili na to zgody, czy w odbieraniu im pamięci.

Gloria mówi o tym w rozmowie z Maksem i później dowiadujemy się z jej myśli. Ona sądzi, że ożywienie będzie lepsze niż śmierć. Próbuje zagłuszyć wątpliwości wyobrażaniem sobie, że jej następcy udoskonalą wynalazek. Te wątpliwości ciągle są, ona się miota, jest zagubiona, jak zauważyłaś. Dopiero wydarzenia z opowiadania powodują, że Gloria podejmuje decyzję.

 

Inna rzecz – kocha córkę, a jednocześnie myśli o tym, że wróci na Ziemię i wróci do córki. Czy nie zdaje sobie sprawy z tego, jaki ból jej tym powrotem sprawi?

Gloria miała dylemat: wrócić do córki, powiedzieć jej prawdę, czy pozwolić, żeby dziewczyna po niej płakała. Pewnie Gloria wytłumaczy się, że musiała wyjechać. Tu nie ma jednoznacznie dobrego rozwiązania, uznałam, że lepszy byłby powrót.

 

Gdyby udało Ci się mocniej uwypuklić rolę tej korporacji

To by oznaczało dalsze rozbudowanie opowiadania. Ciekawe rozwiązanie, bo zawsze jakaś korporacja jest… Myślałam raczej o władzach państwowych niż o firmie.

 

Bo, o ile jeszcze kupię regeneracje tkanek, organów, tak nie wyobrażam sobie restartu mózgu.

Opowiadanie dzieje się w przyszłości, powstało miasto na Wenus, mimo wysokiej temperatury. Frankenstein ożywił ciało za pomocą prądu, u mnie miał taką moc złoty płyn. Wyszłoby za dużo s-f, gdybym zaczęła to drobiazgowo tłumaczyć.

Założyłam, że po śmierci ciało byłoby od razu zamrażane, żeby spowolnić procesy umierania komórek. Hibernacja ludzi też dzisiaj nie jest odwracalna, ale pojawia się w s-f. Mamy tylko kriokonserwację, ale tam też mózg umiera, a ludzie wierzą, że kiedyś uda się wybudzić te osoby. Właśnie w oparciu o tę technikę + balsamacja zwłok i badania nad sztuczną krwią, powstało moje opowiadanie. 

Wyszukałam też artykuł o badaniach nad przywracaniem do życia neuronów w mózgach martwych świń. Fantastyka, ale w dalekiej przyszłości, kto wie… Na razie podobno udało się opóźnić umieranie neuronów. 

Ona sądzi, że ożywienie będzie lepsze niż śmierć.

Hmm, przekonanie o tym, że wie się lepiej od zainteresowanego, co jest dla niego dobre, nie świadczy dobrze o zdrowiu psychicznym. Gdyby ci ludzie wyrazili zgodę – ok, ale zabrano i ożywiono ich bez ich wiedzy i zgody. Faceci przynajmniej nie udają, któryś tam mówi: w końcu jesteśmy bogami. Natomiast ona się nie wpisuje w ten team, a jednocześnie robi to, co robi, z pełnym przekonaniem. I tego nie potrafię pojąć. To są jakieś podstawowe zasady etyczne.

 

Gloria miała dylemat: wrócić do córki, powiedzieć jej prawdę, czy pozwolić, żeby dziewczyna po niej płakała.

Ale tego nie widać, widać, że żałuje takiego, a nie innego rozwiązania, ale w momencie decyzji o powrocie na Ziemię, nie ma wątpliwości, żee chce się spotkać z córką i nawet nie myśli o bólu, który jej zada.

 

Założyłam, że po śmierci ciało byłoby od razu zamrażane, żeby spowolnić procesy umierania komórek.

Ale tego założenia nie widać.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Ale tego nie widać, widać, że żałuje takiego, a nie innego rozwiązania, ale w momencie decyzji o powrocie na Ziemię, nie ma wątpliwości, żee chce się spotkać z córką i nawet nie myśli o bólu, który jej zada

Zgadzam się, w momencie powrotu Gloria już wybrała. Tu można dyskutować, co by było gorsze dla córki Glorii. Jeśli matka powie, że ją zmusili do upozorowania śmierci, córka pewnie jakoś to przyjmie.

Nie będzie łatwo, Gloria o tym wie. Widziała, że córka cierpi przez jej decyzję. Zada jej ból w momencie powrotu, ale jeśli córka jej wybaczy, mają przed sobą dużo wspólnych lat. 

Odnośnie zamrażania ciał: w “sali operacyjnej” są lodówki, pośrednio wskazuje to na zamrażanie i sposób przechowywania. To nie jest tekst s-f, przy szczegółach by się rozrósł. Poza tym, wydało mi się oczywiste, że zwłoki się zamraża, teraz też tak się robi.

Natomiast ona się nie wpisuje w ten team, a jednocześnie robi to, co robi, z pełnym przekonaniem. I tego nie potrafię pojąć. To są jakieś podstawowe zasady etyczne.

Gloria ma dobrą cechę: przywiązanie do córki, ale na początku jest czarnym charakterem. Później przechodzi przemianę pod wpływem doświadczeń i Maksa. Zagubienie i wątpliwości nie przeszkadzają jej na początku w nieetycznym postępowaniu. Nie była aż tak zła jak koledzy, dlatego mogła się zmienić. Musiała mieć w sobie coś dobrego, żeby przemiana ruszyła. Postać jednoznacznie zła, bez dobrych cech, byłaby mniej wiarygodna.

ANDO!

 

Ładny tekst. Jak pewnie wiesz, lubię nawiązania biblijne i inne takie pierdółki, więc kupiłaś mnie właśnie tym aspektem tekstu. Wszystko ładnie się spina, jest kwestia etyczna wskrzeszania ludzi, jest kompleks boga, jedyne co zgrzyta, to pewna łatwość porzucenia projektu, ale nie zaburza to całego odbioru.

Czytało się dobrze, płynnie, a i wszystko opisane ładnie i obrazowo. ^^

Klika Ci nie dam, bo już nie potrzebujesz, ale pewnie bym dał. :P

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Barbarzyńco, cieszę się, że tekst Ci się spodobał.

 

Jak pewnie wiesz, lubię nawiązania biblijne

Ja też. Mnóstwo ciekawych motywów i symboli.

 

Czytało się dobrze, płynnie, a i wszystko opisane ładnie i obrazowo.

Tym bardziej się cieszę.

 

Klika Ci nie dam, bo już nie potrzebujesz, ale pewnie bym dał. :P

Dzięki za chęć kliknięcia.

Interesująca wizja piekielnego nieba. Siedzą sobie i słuchają szmeru wody. Pozbawieni wspomnień. Jakaś masakra, podejrzewam, że ześwirowałabym najdalej po tygodniu takiego raju (bez książek?! Nie, dziękuję, poleżę w grobie). Zgodzę się z Irką, że bez pamięci człowiek nie jest sobą. Ale z drugiej strony, jeśli pamięta się własną śmierć, to musi strasznie walić po psyche.

Bardzo podkreślasz nerwicę Glorii, spodziewałam się, że będzie ważna fabularnie (na przykład marsjańskie szambo im wybije i pojawi się ciekawy dylemat), a tu niewypał Czechowa. No, ale moje oczekiwania nie mają znaczenia.

Dlaczego wszystko zaczyna się sypać mniej więcej w tym samym czasie? Znaczy, niedługo po ostatecznej śmierci Steni już mało kto trzyma się na nogach. Miałoby pewien sens, gdyby wszyscy byli zoperowani w jednym czasie, a potem gwarancja się skończyła, ale na to nie wygląda. Maksio sabotuje projekt? Nie widać tego.

Fajne nawiązania religijne.

Jego półprzymknięte oczy zastygły na wieczność, a po bokach ciała wykwitły ciemnoczerwone plamy opadowe.

A to nie jest tak, że plamy opadowe pojawiają się na dole ciała? Jeśli tak, to ten zmarły musiałby leżeć na obydwu bokach.

na Wenus powstało pierwsze miasto w chmurach,

Hmmm. Zaskoczyło mnie, że na Wenus już miasto, a na Marsie raptem jedna tajna baza. Wydawałoby się, że Mars jest łatwiejszy do skolonizowania, więc pójdzie na pierwszy ogień.

Babska logika rządzi!

Finklo, dziękuję za odwiedziny. Cieszę się, że nawiązania religijne Ci się spodobały. Zgadzam się, to nie jest sielankowa wizja nieba. 

Bardzo podkreślasz nerwicę Glorii, spodziewałam się, że będzie ważna fabularnie.

Pokazałam nerwicę Glorii jako część jej osobowości, charakterystykę bohaterki, sposób reagowania na problemy. Później ta nerwica tłumaczy sposób reagowania Glorii, np. porządek w pomieszczeniach czy skrupulatność w opisywaniu próbek. 

Dlaczego wszystko zaczyna się sypać mniej więcej w tym samym czasie?

Cóż, to opowiadanie, więc pewne uproszczenia są konieczne. W dodatku nie s-f. Nie zawsze przy wynalazku od razu wiadomo, dlaczego coś się dzieje. Pewnie jakaś zmutowana bakteria się wdarła. Może przyjechała razem z Maksem z Ziemi, bo czegoś nie dopilnowano.

Mogłabym rozwinąć ten temat, ale przy wyjaśnianiu szczegółowo wszystkich kwestii technicznych opowiadanie stałoby się nudne i dużo dłuższe. Starałam się tak je skonstruować, żeby nie było infodumpów. 

 

Maksio sabotuje projekt? Nie widać tego.

Maks mówi wprost, co myśli. 

 

A to nie jest tak, że plamy opadowe pojawiają się na dole ciała? Jeśli tak, to ten zmarły musiałby leżeć na obydwu bokach.

Zgadza się, pojawiają się na dole, ale też po bokach na dole ciała i np. za uszami. Opisywałam tylko to, co widziała Gloria w tamtej chwili. Chyba gdybym opisała, co trup miał na plecach, wydałoby się to dziwne.

 

Zaskoczyło mnie, że na Wenus już miasto, a na Marsie raptem jedna tajna baza. Wydawałoby się, że Mars jest łatwiejszy do skolonizowania, więc pójdzie na pierwszy ogień.

Skoro projekt był rządowy, mogli celowo wybierać inne lokalizacje, a Marsa zostawić na swój użytek. Kiedy Gloria marzy o przyszłości, pojawiają się słowa o innych koloniach ożywieńców. Mogłyby powstać właśnie na Marsie, skoro warunki sprzyjają.

Opowiadanie zasługuje na komentarz i mam nadzieję niedługo go napisać, ale pozwólcie proszę na mały OFFTOP do Finkli:

 

Poniekąd tak, jak niebo w niniejszym opowiadaniu, wyglądała pierwotna wizja greckich zaświatów: przed nadejściem idei orfickich, które przyniosły wiarę w karę i nagrodę po śmierci. u Homera dusze się plączą po zaświatach w postaci pozbawionych pamięci i świadomości, ale trwających wiecznie cieni, które przypominają sobie cokolwiek dopiero wtedy, kiedy napiją się świeżej krwi ofiarnego zwierzęcia. “Wolałbym być sługą u biednego chłopa, który nawet własnej ziemi nie ma, niż królem wśród zmarłych” mówi duch Achillesa do Odysa w XI księdze Odysei. Troszkę mu się trudno dziwić, podobnie jak trudno dziwić się obsesji sławy u homeryckich herosów – to, że będą o tobie mówić po śmierci, było najtrwalszą formą życia pozagrobowego :)

 

Już kończę i obiecuję wrócić z właściwym komentarzem do opowiadania.

Przereklamowane te Pola Elizejskie…

Babska logika rządzi!

Zgodnie z zapowiedzią w tym wątku: Krytyka: jak jej nie kochać? wracam, bo tamta dyskusja uświadomiła mi, co najbardziej uwiera mnie w tym opowiadaniu. Od razu w ramach marchewki powiem, że dzięki tej dyskusji dostrzegłam w Twoim tekście potencjał opowiadania ocierającego się o nominację piórkową, ale do tego dojdę na końcu; na razie o wątku, na którego różne aspekty otworzyła mi oczy dyskusja o krytyce.

 

Jest to mianowicie wątek Maksa. Wspomniana dyskusja uświadomiła mi, że ten wątek jest narrative device rozmiarów planetarnych. Dlaczego? Bo tak naprawdę jest niepotrzebny, służy głównie pójściu na skróty w skonstruowaniu przemiany bohaterki. Disclaimer: miłość, a tym bardziej zakochanie, istnieje, jest ważna i bywa prawdziwa, potrafi też ludzi zmieniać, na lepsze i na gorsze, jak każde inne uczucie czy zdarzenie życiowe. Niemniej w literaturze jest to temat tak niemiłosiernie wyeksploatowany, tak rozpaczliwie zbanalizowany, że bardzo trudno jest coś ciekawego powiedzieć za pomocą tego konkretnego motywu. To jest wytrych: człowiek się zakochuje i to jest motorem zmian w jego/jej życiu. Nie trzeba nic dodawać, niczego wokół tego schematu budować, bo czytelnik go sobie sam uzupełnia. Nie trzeba się literacko wysilać, żeby zostać zrozumianym. I to widać w wielu komentarzach: napisałaś historyjkę, którą każdy rozumie, więc nie zagłębia się w nią, tylko przyjmuje jako wariację czegoś, co już zna, więc mu się ogólnie podoba. Nie burzysz w żaden sposób oczekiwań czytelnika, nie proponujesz mu realnej refleksji nad postępowaniem ani motywacją Glorii. Opowiadasz o naukowczyni, która dostrzegła, że naukowe marzenia przesłoniły jej prawdziwe życie, więc łapie okazję i ucieka, trochę na łeb na szyję, od projektu do tego “prawdziwego życia”. Na dodatek, kolejna narrative device, projekt właśnie zaczyna spektakularnie szwankować, co dokłada się do frustracji pani uczonej i decyzji o zakończeniu badań, ale też ułatwia życie autorce. (Tu zresztą zauważ, że nawet kilka osób, którym się podobało, zwracało Ci uwagę na to, że to zbyt prosto poszło: ot, zamknęła sobie projekt, a tymczasem takie projekty to ogromna machina finansowa, rozliczeniowa i tak dalej, kierownik projektu nie może bez konsekwencji strzelić focha, że mu się znudziło i porzucić wszystkiego. Na to mógłby sobie pozwolić na obecnym świecie jedynie Elon Musk we własnym, prywatnym laboratorium, a sto pięćdziesiąt lat temu chyba tylko Alfred Krupp, co wykorzystałam skądinąd we własnym opku).

Motorem przemiany pani uczonej jest pojawienie się Maksa, który jest balsamistą. Niby umiejętność potrzebna w projekcie (czy ja wiem, czy na pewno? dobry transplantolog albo po prostu specjalista od transfuzji byłby tak naprawdę chyba sensowniejszy, bo balsamista jest od konserwowania śmierci), ale tak naprawdę Maks wraz z jego profesją służy czemuś zupełnie innemu i dlatego jest narrative device. Maks jest motorem przemiany bohaterki. Okej, coś musi. Niemniej poszłaś na totalne skróty z tym, że jest to zakochanie, bo trudno tu nawet mówić o prawdziwej miłości – za krótko, zbyt intensywnie w sensie namiętności, brak próby czasu dla uczucia. Owszem, próbujesz pogrywać tym, że ciało Glorii jest “pozbawione życia” i erotyka to budzi. To miało jakiś potencjał, ale tu naprawdę trzeba by mistrza pisania o emocjach i o erotyce (nie widzę takiego na horyzoncie nie tylko portalowym), żeby zbudować na tym ciekawą przemianę. Trzeba by prawdopodobnie (bardzo nie moja działka, więc gdybam) bardzo dużego skupienia na detalu i bardzo dużej introwersji, pokazania subtelnie intymności nie tylko między dwójką ludzi, ale też między bohaterką a jej własnymi uczuciami i doznaniami, żeby to naprawdę zagrało. I to raczej nadawałoby się albo do powieści z tym samym nadrzędnym wątkiem, jaki tu masz, albo do opowiadania bez potężnego nadrzędnego wątku.

(Tu jeszcze wkleję z wątku krytycznego przykłady innych motywacji, które mogą wpływać na przemianę bohatera, pozostają w sferze “obyczajowej”, a są choćby minimalnie mniej banalne – literacko – od zakochania. Niech zaopiekuje się zwierzęciem, co go zmieni, niech odbędzie podróż, niech adoptuje dziecko, niech rozmowa ze starym ojcem na niego wpłynie, wypadek, którego był świadkiem – naprawdę, motywów jest nieskończenie dużo do wyboru do koloru).

Drugi fundamentalny problem z Maksem zostawiam sobie na koniec wywodu. Cliffhanger.

 

Miałaś natomiast bardzo mocno i dobrze wprowadzony wątek, który przemianę bohaterki by pociągnął i gdybyś zdecydowała się go eksploatować, kto wie, może napisałabyś opowiadanie, które w mojej osobistej ocenie zasłużyłoby nawet na nominację, mimo babolków technicznych, które da się przecież usunąć w redakcji.

Jest to wątek Steni i rodzącej się więzi między Glorią a tą konkretną pacjentką (czy jakkolwiek to nazwać). Na samym początku wprowadzasz niepokojący motyw tego, że Stenia odzyskuje pamięć. Puszczasz następnie ten wątek kompletnie i zasłaniasz się w komentarzach tłumaczeniem, że pojawiły się poważniejsze problemy. Sęk w tym, że fabuła oraz psychologia postaci zyskałyby na niepojawieniu się tych “poważniejszych problemów” (oraz niepojawieniu się Maksa). Spróbuj sobie wyobrazić fabułę (bo nie zamierzam napisać jej tu za Ciebie, to nie moja historia), w której nie ma Maksa, zakochania ani problemu ze złotym płynem (który niepotrzebnie wprowadza wątki pseudo-naukowe, do których kolejna grupa czytelników może się łatwo przyczepić). Jest za to rosnący “problem” pamięci tej jednej kobiety (a może i innych pacjentów), co staje się motorem przemiany Glorii z zimnej męczennicy nauki i szczęścia ludzkości w empatycznego człowieka, który dostrzega, że w swojej pogoni za mrzonkami i uszczęśliwianiem ludzi na siłę nie tylko popełnił błąd Frankensteina (chciał być bogiem), ale także spieprzył własne życie. To jest historia jak nie wiem co, mocna, skłaniająca do refleksji, pozwalająca rozwinąć skrzydła samej bohaterce. To dodałoby też “życia” (literackiego) najciekawszej kreacji w tym opowiadaniu, czyli właśnie Steni. Ona niestety jest teraz tylko rekwizytem, a mogłaby być – pomimo swoich radykalnych ograniczeń – bohaterką. Co więcej, ostateczna śmierć Stenii z powodu kłopotów z eliksirem nieśmiertelności, też jest pójściem na skróty – wyobraź sobie konflikt etyczny, gdyby ona żyła, odzyskiwała coraz więcej pamięci i pojawiło się pytanie, czy ona chce żyć? I dlaczego tylko ona? Czy to moc miłości do dziecka ją ożywia, czy to przypadek, bo coś biologicznie, genetycznie ją do tego predysponuje? Usunięcie jej jest kolejnym wygodnictwem autora i w zasadzie temu służą “poważniejsze problemy”.

 

I tu dochodzimy co punktu kolejnego z Maksem. Piszesz, że to zakochanie zmienia Glorię. Cztery litery, a nie zakochanie. Maks jest dla Glorii obiektem erotycznej fascynacji i może nawet rodzącego się uczucia, bo tak to napisałaś. Ale napisałaś, zapewne bezwiednie, jeszcze coś. I to coś uderzyło mnie dopiero teraz, po części dlatego, że przywołałaś w dyskusji o krytyce “teorię literatury”, którą uznałam za nieistotną dla tamtego wątku. Natomiast tu, w kwestii Maksa, pojadę Ci teorią literatury. Konkretnie feminizmem.

Jaką bowiem z tego punktu widzenia rolę gra w tym tekście Maks? On przede wszystkim bohaterkę poucza. W sensie: zwraca jej uwagę na niezauważane dylematy moralne. Kieruje na właściwą drogę, wszystko pod literackim płaszczykiem wykorzystania motywu zakochania jako motoru przemiany. A tymczasem ten facet jest mistrzem dla kobiety. Najbardziej stereotypowy i krzywdzący układ ról. Z punktu widzenia feministycznej teorii literatury (której, dodajmy, wcale nie jestem fetyszystką, choć uważam, że pewne rzeczy zauważa słusznie) napisałaś postać kobiety, która mimo pozycji władzy jest tak naprawdę całkowicie bezsilna i zdana na to, że pojawi się wybawca płci męskiej, który pokaże jej dobrą drogę.

I tu znów wracamy do kwestii Stenii. Gdybyś zlikwidowała wątek Maksa i pozostawiła Stenię jako motor przemiany, to oddajesz decyzje w ręce Glorii, robisz z niej samodzielną, pełnokrwistą bohaterkę, która sama na podstawie obserwacji własnych błędów potrafi się zmienić (oczywiście postacie poboczne mogą jej w tym pomóc albo przeszkadzać, od tego są, ale za główny motor wystarczyłaby relacja Glorii ze Stenią). Nie potrzebuje do tego faceta-mistrza. (Nawiasem mówiąc, może uprzedzę, że zmiana na układ homo niewiele by tu zmieniła, ponieważ nadal motywacja zakochania jest pójściem na skróty, tyle tylko, że z układ nie byłby aż tak sztampowy). Na dodatek w wątku Stenii masz piękną paralelę z tym, co Gloria poświęciła, czyli córką. Pamięć Stenii wraca w związku z synem – to mogłoby dać Glorii do myślenia i stać się tą pierwszą iskrą, która uruchomi empatię, a za empatią pójdzie przemiana. Kłopoty “techniczne” z płynem naprawdę też nie są potrzebne, bo one znów spłycają decyzję Glorii: projekt nie wychodzi, więc go zamkniemy. Gdyby ta decyzja wypływała ze zrozumienia, że bohaterka popełniła hybris, miałaby znacznie większą moc. [Hybris przypomniała mi o Arystotelesie, ale wątek trzech jedności jako wymysłu renesansowych komentatorów poruszyłam w dyskusji o krytyce, wiec dam mu już spokój].

Masz też na początku ładne zestawienie prawdziwego i sztucznego nieba (w sensie nieboskłonu) – czemu nie ograłaś tych wieloznaczności i wielopostaciowości marsjańskiego nieba? Takie drobiazgi są tym, co buduje literackość. A na dodatek to jest udana, czytelna metafora tego, o czym jest opko: tworzenia sztucznego “nieba” w sensie zaświatów. Mogłaś to ograć kompozycyjnie tak, że zrobiłoby Ci świetny literacko tekst.

 

Oczywiście to tylko jedna z możliwości, niemniej taka, której ziarno masz w tym tekście, ale nie pozwoliłaś mu wzrosnąć. Był zalążek naprawdę świetnej historii, powstała historia przeciętna.

Tę historię można by też napisać ciekawiej w sensie kompozycyjnym, choćby wykorzystując retrospekcję, ale możliwości jest mnóstwo (jeden czysto formalny pomysł na punkt widzenia i perspektywę, który mi przyszedł w tym względzie do głowy, chyba nawet wykorzystam w jakimś opowiadaniu, niemającym poza tym absolutnie nic wspólnego z Twoim tekstem, więc go nie zdradzę).

 

A tak swoją drogą, ponieważ uznałaś mnie za czepialskiego wroga numer jeden, wróć sobie może do moich opinii pod Twoimi opowiadaniami z “Wiewiórek” czy “Serca kapsuły czasu”. Może to jednak nie ja stałam się wredną babą przez te dwa lata, ale tamte teksty były po prostu lepiej napisane?

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino, dziękuję, że poświęciłaś czas na tak długi komentarz. 

 

A tak swoją drogą, ponieważ uznałaś mnie za czepialskiego wroga numer jeden, wróć sobie może do moich opinii pod Twoimi opowiadaniami z “Wiewiórek” czy “Serca kapsuły czasu”. Może to jednak nie ja stałam się wredną babą przez te dwa lata, ale tamte teksty były po prostu lepiej napisane?

Myślę, że Twoja wizja idealnego opowiadania po prostu jest inna niż moja, być może stąd wynika część nieporozumień. Nie uważam Cię za wroga i nie oceniam Twojego charakteru. 

Nie zgadzam się, że kiedyś pisałam lepiej. W wiewiórkach też pojawił się motyw zakochania. Tamte historie były bardzo proste. Widzę w nich dużo niedostatków np. w opisie scen czy w charakterystyce bohaterów. Fabuły są zbyt banalne.

Na pewno teraz piszę inaczej, bardziej z nastawieniem na powieść i wielowątkowość. Przy takiej koncepcji nie da się w krótkim opowiadaniu pokazać wszystkiego w scenach, a nie chcę stosować infodumpów. Jeśli napisałabym tekst długości 50 tys. znaków, nikt by do niego nie zajrzał. Dlatego wybrałam metodę pokazywania znaczących scen. 

Twój komentarz uświadomił mi, że czytelnicy oczekują od opowiadania prostoty, najlepiej jednego wyraźnego wątku. W kolejnym opowiadaniu planuję mniej skomplikowaną fabułę, ale nie chcę cofać się do prostych historyjek, które pisałam kiedyś. 

Odnośnie wątku Maksa. Przemiana Glorii zaczęła się od tęsknoty za córką. Później mamy zdarzenie z odzyskiwaniem pamięci przez Stenię i jej tęsknotę za synem. Dodatkowo Oskar niby jest partnerem Glorii, ale unika bliskości, a jednocześnie ma podejrzanie zażyłą relację z Dionigim.

Maks to ostatni element. Iskra zapalająca lont, ale gdyby nie było tych poprzednich zdarzeń i emocji, sam Maks nic by nie zdziałał. To wszystko dojrzewało w Glorii przez długi czas, Maks tylko wypowiada na głos jej wątpliwości. Chciałam pokazać, że bohaterka całkowicie wróciła do relacji z ludźmi, do różnych odmian bliskości. Gloria musiała zmienić wszystko, co było w jej życiu sztuczne, dziwaczne, prowadzące do samotności. Ona po prostu była nieszczęśliwa mimo osiągnięć naukowych.

Poza tym naturalne wydaje się, że jeśli facet trafia do miejsca, gdzie mieszka tylko jedna żywa kobieta, będzie się starał nawiązać z nią jakąś relację. To ona miała wybór.

Nie odebrałam Maksa jako mistrza. Bardziej jako pomocnika, prostego faceta, który mówi co myśli, ale nie rozumie do końca naukowych rzeczy. Zauważ, że on jest na każde zawołanie Glorii i to właściwie on inicjuje i podtrzymuje całą znajomość, ona tylko pozwala się łaskawie wielbić.

Z punktu widzenia feministycznej teorii literatury (której, dodajmy, wcale nie jestem fetyszystką, choć uważam, że pewne rzeczy zauważa słusznie) napisałaś postać kobiety, która mimo pozycji władzy jest tak naprawdę całkowicie bezsilna i zdana na to, że pojawi się wybawca płci męskiej, który pokaże jej dobrą drogę.

Gloria kieruje projektem, ona wynalazła złoty płyn, ma dużo większą wiedzę od Maksa (on jest odpowiednikiem pracownika technicznego w projekcie). Gloria nie jest bezsilna, ale zagubiona, jednak przez cały czas to ona rządzi. Zauważ, że w scenie, w której umiera Stenia, Gloria wydaje polecenia Maksowi. Ona podejmuje decyzje aż do końca, on tylko pomaga. Nawet powiedziałabym, że Gloria to trochę taka “baba w spodniach”. 

W opowiadaniu musiał pojawić się balsamista, bo cały pomysł zaczął się od balsamowania zwłok, które daje niesamowite efekty. Wydaje się, jakby człowiek w trumnie ożył, tylko spał. Gdyby zamienić płyn do balsamowania zwłok na eliksir życia, wyszłoby mniej więcej to, co opisałam.

W opowiadaniu pojawia się również problem etyczny wynalazku i całego nieba. Fakt, skupiłam się bardziej na pokazaniu emocji Glorii podczas spotkań ze Stenią czy w czasie badań, a pewne drobiazgi zostawiłam niedopowiedziane. Pokazałam to, co uznałam za najważniejsze, kluczowe dla tej historii. Reszta to tylko tło. 

Dla mnie ta historia jest napisana ciekawie i tu pewnie też różnimy się w kwestii postrzegania tego, co to znaczy “ciekawy tekst”. Wątki mało interesujące pozostawiłam niedopowiedziane.

 

Jest to mianowicie wątek Maksa. Wspomniana dyskusja uświadomiła mi, że ten wątek jest narrative device rozmiarów planetarnych. Dlaczego? Bo tak naprawdę jest niepotrzebny, służy głównie pójściu na skróty w skonstruowaniu przemiany bohaterki.

Tak jak napisałam, zależało mi na tym, żeby Gloria przestała egzystować w próżni. Patrząc na otoczenie i nas samych, relacje to jednak bardzo ważna część życia, zwłaszcza te bliskie więzi. Tak uważam i dlatego akurat takie rozwiązanie wybrałam.

 

Masz też na początku ładne zestawienie prawdziwego i sztucznego nieba (w sensie nieboskłonu) – czemu nie ograłaś tych wieloznaczności i wielopostaciowości marsjańskiego nieba?

Tu znów kwestia wyboru rozwiązań fabularnych. Skupiam się na ludziach, relacjach, emocjach, psychologii. Fascynuje mnie człowiek, co widać w moich opowiadaniach. Przepraszam, ale kwestia wieloznaczności nieba dla mnie jest po prostu nudna. Mogę z niej zrobić ozdobnik na jedno lub dwa zdania, nic więcej.

 

Niemniej poszłaś na totalne skróty z tym, że jest to zakochanie, bo trudno tu nawet mówić o prawdziwej miłości – za krótko, zbyt intensywnie w sensie namiętności, brak próby czasu dla uczucia.

Erotyka w opowiadaniu to raptem kilka zdań. Jak wcześniej pisałam, przemianę Glorii zapoczątkował splot czynników. Erotyka jest o tyle ważna, że osoby takie jak Gloria niechętnie przyjmują bliskość i dotyk. Zauważ, że w scenie niby erotycznej z Maksem nie ma seksu. Pokazuję emocje Glorii po przebudzeniu, np. odczuwanie ciepła skóry drugiej osoby.

 

To jest wytrych: człowiek się zakochuje i to jest motorem zmian w jego/jej życiu. Nie trzeba nic dodawać, niczego wokół tego schematu budować, bo czytelnik go sobie sam uzupełnia.

Czytelnik lubi ten motyw, bo jest mu bliski. W tekście mówiącym o bliskiej relacji czytelnik zastępczo realizuje swoje niespełnione marzenia. Nawet osoby żyjące w związkach są niekiedy samotne, albo coś nie gra. 

 

Miałaś natomiast bardzo mocno i dobrze wprowadzony wątek, który przemianę bohaterki by pociągnął i gdybyś zdecydowała się go eksploatować, kto wie, może napisałabyś opowiadanie, które w mojej osobistej ocenie zasłużyłoby nawet na nominację, mimo babolków technicznych, które da się przecież usunąć w redakcji.

Jest to wątek Steni i rodzącej się więzi między Glorią a tą konkretną pacjentką

Według mnie to za mało na wiarygodną motywację, postawy u dorosłych ludzi rzadko się zmieniają. Musiało naprawdę “łupnąć”. 

Tu zresztą zauważ, że nawet kilka osób, którym się podobało, zwracało Ci uwagę na to, że to zbyt prosto poszło: ot, zamknęła sobie projekt, a tymczasem takie projekty to ogromna machina finansowa, rozliczeniowa i tak dalej, kierownik projektu nie może bez konsekwencji strzelić focha, że mu się znudziło i porzucić wszystkiego.

To można “naprawić” w kilku zdaniach. Dla mnie wydawało się oczywiste, że projekt padł, skoro wynalazek okazał się nietrafiony. Oczywiście, musiał zadecydować ktoś z kierownictwa. Gloria jedynie zniszczyła notatki i nie ujawniła swoich ostatnich osiągnięć. Jeśli badania nie rokują, muszą zostać zamknięte. Tu mogłabym pokazać całą scenę jak Gloria rozmawia z kierownictwem, ale to by wydłużyło opowiadanie.

 

Od razu w ramach marchewki powiem, że dzięki tej dyskusji dostrzegłam w Twoim tekście potencjał opowiadania ocierającego się o nominację piórkową, ale do tego dojdę na końcu; na razie o wątku, na którego różne aspekty otworzyła mi oczy dyskusja o krytyce.

Obawiam się, że pozostanie to tylko marchewką, zbyt wiele różnic. Piszę kolejny tekst, pojawia się w nim wątek nieudanego związku i kochanki oraz miłości plus trochę horroru i psychologii w otoczce trillera. Stworzyłam bohatera, który poświęca dużo, żeby uratować kobietę. 

Nie ma sensu walczyć o coś, co na starcie jest skazane na porażkę przez sam dobór tematyki i bohaterów. 

Nie mogę i nie będę pisać opowiadań pod oczekiwania, bo wtedy byłyby fałszem. Mogę w nich zawrzeć tylko to, co uważam za prawdę. Własne widzenie świata, nie cudze.

Twój komentarz uświadomił mi, że czytelnicy oczekują od opowiadania prostoty, najlepiej jednego wyraźnego wątku

No, teraz to powinnam pójść i popełnić seppuku, ponieważ jest to ostatnia rzecz, którą komukolwiek bym doradziła pisarsko (czytałaś kiedyś parę moich tekstów, choć raczej tych prostszych, więc chyba wiesz, że to nie jest moja metoda, a gdybyś poczytała komentarze, wiedziałabyś, że wierzgam przeciwko tej zasadzie jak szalona).

Nie sądziłam, że piszę komentarze aż tak niezrozumiale, że kompletnie w odpowiedzi rozminęłaś się z wszystkimi możliwymi intencjami tego, co napisałam i na napisanie tego jasno i wyczerpująco poświęciłam sporo czasu, żeby było bez niedomówień i żebyś zrozumiała, o czym w parę osób mówimy w wątku o krytyce, który skręcił nieco w stronę tejże krytyki oczekiwań. Na czym polega ten krok, który mógłby wynieść opowiadaną historię na poziom literatury piórkowej, jakiego pazura jej brakuje. Szczegóły mogłyby być inne, bardziej Ci pasujące, ale naprawdę szczegóły są najmniej istotne i odnoszę wrażenie, że to Ty kurczowo trzymasz się szczegółów i nie chcesz dostrzec szerszego obrazu.

Nie będę odpowiadać na kolejne zarzuty, bo musiałabym się powtarzać, a po prostu to, co mam do przekazania, nie trafia, totalnie nie trafia. I obawiam się, że szybko nie skomentuję Twojego kolejnego tekstu, bo jestem najwyraźniej tym rodzajem krytyka, którego bardzo nie chcesz pod swoją twórczością widzieć. Ale nie obiecuję, bo jestem ciekawska.

 

PS. Może podaj, co rozumiesz przez “wielowątkowość”, bo zaczynam mieć podejrzenie, że co innego niż się rozumie w poetyce opisowej.

http://altronapoleone.home.blog

No, teraz to powinnam pójść i popełnić seppuku, ponieważ jest to ostatnia rzecz, którą komukolwiek bym doradziła pisarsko

To był ogólny wniosek dotyczący historii wielowątkowych i jednowątkowych. W komentarzu pisałaś nie tylko o sobie, ale też o innych odbiorcach.

Poza tym stwierdziłaś, że:

wróć sobie może do moich opinii pod Twoimi opowiadaniami z “Wiewiórek” czy “Serca kapsuły czasu”. Może to jednak nie ja stałam się wredną babą przez te dwa lata, ale tamte teksty były po prostu lepiej napisane?

To były bardzo proste historie: banalne fabuły, ledwo zarysowani bohaterowie. Stąd mój wniosek, że lubisz takie opowiadania. Naprawdę doradzasz mi pisanie tak, jak wtedy? Jaki to ma sens?

czytałaś kiedyś parę moich tekstów, choć raczej tych prostszych

Czytałam więcej Twoich tekstów niż skomentowałam. 

 

Na czym polega ten krok, który mógłby wynieść opowiadaną historię na poziom literatury piórkowej, jakiego pazura jej brakuje.

Doceniam Twoje dobre intencje. Napisałam odpowiedzi na Twoje argumenty. Proponujesz mi powrót do starego pisania, wyrzucenie głównego wątku obyczajowego i kilka innych rzeczy. Odpowiedziałam, dlaczego tego nie zrobię i co sądzę o tych rozwiązaniach.

Zastanawiam się, czy opisałaś oczekiwania całej Loży, czy tylko swoje. O ile pamiętam, kilka osób dostało piórka za opowiadania z wątkami obyczajowymi. 

Szczerze mówiąc, męczy mnie ta dyskusja. Tak się składa, że jako pierwsze studia wybrałam filologię na jednej z najlepszych uczelni, więc przerabiałam “Poetykę” i wielowątkowość, a kilka moich rzeczy ukazało się w druku. Nie wspominając o artykułach w gazetach. Dlatego dziwnie się czuję w tej sytuacji.

Podobno we wspólnocie portalowej miała być współpraca na zasadzie równości… 

 

Nie będę odpowiadać na kolejne zarzuty, bo musiałabym się powtarzać, a po prostu to, co mam do przekazania, nie trafia, totalnie nie trafia.

Brakuje konkretów. Poza tym to nie są zarzuty. 

Szczegóły mogłyby być inne, bardziej Ci pasujące, ale naprawdę szczegóły są najmniej istotne i odnoszę wrażenie, że to Ty kurczowo trzymasz się szczegółów i nie chcesz dostrzec szerszego obrazu.

Jaki ma być ten szerszy obraz? Jeśli dobrze Cię zrozumiałam, powinnam pisać w określony sposób, według Twoich zaleceń. Odpowiedziałam Ci, dlaczego to się nie uda. Wyjaśniłam szczegółowo, z jakiego powodu wybieram określone tematy, a inne uważam za nudne.

Wyobraź sobie, że ja mam podobne odczucia jak Ty: żaden z moich argumentów do Ciebie nie trafia. Nie chce mi się powtarzać ich bez końca i udowadniać, że niczego złego ani obraźliwego nie miałam na myśli. 

 

 

 

Слава Україні!

Witam Jurora.

Obiecałam komentarz na temat (bo poprzedni był offtopem), więc przychodzę. Choć po dyskusji, jaka się wokół tego opowiadania, tu i gdzie indziej, przetoczyła, trudno już wymyślić coś nowego.

Może więc tak. Masz bardzo dobry pomysł, i najwyraźniej wiesz, jak chcesz go zrealizować – tego dowodzi choćby Twoja dyskusja wokół motywu romansowego i postaci Maksa, a także drogi przemiany bohaterki. Przyznam, że mnie jako czytelniczki, podobnie jak części dyskutantów, też nie do końca przekonują wszystkie twoje wybory autorskie, ale rozumiem, że rozmijamy się nieco w gustach czytelniczych, co przekłada się na praktykę pisarską (ja bym pewnie wolała twój temat opracowany w formie bardziej rozbudowanej, psychologizującej mikropowieści XD).

Ninedin, dziękuję za odwiedziny. Argumenty dyskutantów przemyślałam, dużo się nauczyłam, również z wątku o krytyce. Na pewno więcej uwagi poświęcam frazeologii. 

 

ja bym pewnie wolała twój temat opracowany w formie bardziej rozbudowanej, psychologizującej mikropowieści

Podoba mi się ten pomysł.

W kolejnym opowiadaniu starałam się przemycić trochę psychologii.

 

Przyznam, że mnie jako czytelniczki, podobnie jak części dyskutantów, też nie do końca przekonują wszystkie twoje wybory autorskie

Rozumiem. Części tych wyborów nie da się zmienić, zwłaszcza, że przygotowuję się do pisania określonego rodzaju literatury. 

Zauważyłam, że opowiadania pisze się trochę inaczej niż powieści, nie chodzi tylko o długość tekstu. Dlatego np. w kolejnym opowiadaniu zrezygnowałam z wielu motywacji czarnego charakteru, zostawiłam, jedno, wyraźne dążenie. 

 

 

 

Podobało się: To jest wiarygodne. Jestem dość przekonany, że kiedyś ktoś coś takiego zrobi. 

Nie podobało się: Zastanawia mnie, skąd pomysł by gościa z potencjałem do mocnej aktywności seksualnej wysyłać do izolowanej grupy. Ale nie mówię że efekt w opowiadaniu jest zły. 

 

Gratuluję i pozdrawiam!

Olgierdzie, dzięki za odwiedziny. Cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało. 

 

Jestem dość przekonany, że kiedyś ktoś coś takiego zrobi. 

Oby nie, ale pewnie masz rację.

Zastanawia mnie, skąd pomysł by gościa z potencjałem do mocnej aktywności seksualnej wysyłać do izolowanej grupy.

Oskar wybierał, głównie pod względem umiejętności technicznych. Czytałam, że w izolowanych społecznościach ludziom zmienia się psychika. A może po prostu Maks ukrywał swoje skłonności.

 

Pomysł ciekawy, inspiruje do rozmyślań o etyce w nauce, nieśmiertelności itd.

Zanim mnie tu przywiało widziałam, w komentarzach tu i gdzie indziej, że wątek miłosny wzbudził ogromną dyskusję, ale starałam się nie wczytywać, żeby sobie nie “spoilerować” i wyrobić własną opinię. Uważniej przeczytałam komentarze po przeczytaniu opowiadania.

Sam fakt istnienia wątku miłosnego we mnie nie budzi obiekcji. Natomiast postać Maksa jak najbardziej. Mierzi mnie wręcz. Od razu zaznaczę, że z Twoich wypowiedzi, ANDO, rozumiem chyba, jaka była Twoja koncepcja. Natomiast mój odbiór tej postaci i relacji między Maksem a Glorią był bardzo odmienny. Facet jest nachalny i upierdliwy, wręcz toksyczny macho. Gloria nie tylko nie daje mu żadnych sygnałów, że jest zainteresowana, ale wręcz z premedytacją traktuje go chłodno i na dystans! A co na to Maks? Oczywiście uznaje, że należy ją pocałować. Co gorsza, Gloria takie zachowanie przyjmuje z entuzjazmem. Brrr.

 

Gdybym był kotem i miał dziewięć żyć, chciałbym wszystkie spędzić z tobą.

Abstrahując od reszty wrażeń, to zdanie jest przeurocze :)

Cześć. Dzięki za podzielenie się wrażeniami po lekturze. Gloria jest chłodna w relacjach z powodu jej zaburzeń.

Edyta.

W treści opowiadania znajdują się myśli i emocje Glorii. Dokładnie został opisany sposób jej odbioru Maksa. Po pierwszym spotkaniu Gloria się cieszy, że ktoś dostrzegł w niej więcej niż tylko mózg. Kiedy Maks przekroczył granice Glorii pocałunkiem, ona go pogoniła. To silna kobieta, Maks musiał się namęczyć, żeby ją zdobyć. W tym układzie to Gloria jest macho i ma dość tej roli. Dlatego Maksowi się udaje.

Mocne opowiadanie. Poruszające. Marsjańska baza ukazana ze szczegółami, w tle ziemskie dylematy moralne. Pięknie pokazałaś zabawę ludzi w bogów, która musiała skończyć się tragicznie. Postać Maksa odebrałem jako przerywnik dla istotniejszych wydarzeń. Dla mnie główny temat opowieści stanowi przekraczanie granic przez człowieka. Pokazany brawurowo oraz zajmująco.

Tomie, dziękuję za miłe słowa.

Podoba mi się pomysł :)

Przynoszę radość :)

Anet, cieszę się. Szkoda, że opowiadanie nie zostało zauważone.

Known some call is air am

Witam Jurora.

Nowa Fantastyka