- Opowiadanie: Radek - Rejs życia

Rejs życia

46. Ce­za­ry w ra­mach pre­zen­tu z oka­zji dwu­dzie­stej rocz­ni­cy ślubu re­zer­wu­je bi­le­ty na rejs stat­kiem wy­ciecz­ko­wym, który po­le­cił mu jeden z klien­tów jego kan­ce­la­rii.

Imię jest zmie­nio­ne na Se­ba-Se­ba­stian, zgod­nie z za­ak­cep­to­wa­ną proś­bą w wątku kon­kur­so­wym. Miłej za­ba­wy.

Ogromne podziękowania dla betujących. Wasz wkład w to, że da się cokolwiek zrozumieć i w ogóle czytac jest nieoceniony.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Rejs życia

– Po­le­cam, było cu­dow­nie – po­wie­dział mi na od­chod­ne stary klient.

Znowu opo­wia­dał o swoim „rej­sie życia” na stat­ku wy­ciecz­ko­wym po Ka­ra­ibach. Z mie­sięcz­nych wa­ka­cji umiał opo­wie­dzieć tylko tyle, że „było cu­dow­nie” i piać z za­chwy­tu.

– Nie wy­obra­żam sobie sie­dze­nia w za­mknię­tej pusz­ce przez mie­siąc – tłu­ma­czy­łem mu ko­lej­ny raz. – Karen się znu­dzi i mnie za­mę­czy.

– A masz inny po­mysł? – Klient tra­fił w sedno. – Zaraz wasza dwu­dzie­sta rocz­ni­ca. Do wi­dze­nia, panie me­ce­na­sie.

Czasy, kiedy byłem bar­dziej ko­ja­rzo­ny jako Seba, mia­łem kło­po­ty z pra­wem, na­le­ża­ły do prze­szło­ści. Kiedy Karen prze­sta­ła być moją dziew­czy­ną, a zo­sta­ła żoną, nie to­le­ro­wała już na­zy­wa­nia „dupą”. Oka­za­ło się, że ma nie­po­ha­mo­wa­ne am­bi­cje. Mu­sia­łem skoń­czyć stu­dia i teraz prawo miało kło­po­ty ze mną. Już nazywany wy­łącz­nie Se­ba­stianem ciągle zna­łem ludzi, apli­ka­cja ad­wo­kac­ka nie za­ję­ła mi wiele czasu, a klien­ci sami się gar­nę­li. Moja kan­ce­la­ria mu­sia­ła szu­kać pra­cow­ni­ków. Prze­mę­czać się nie lubię.

„Co do jed­ne­go miał rację”, zgo­dzi­łem się z klien­tem w my­ślach. „Nie mam po­my­słu na pre­zent, a Karen lubi nie­spo­dzian­ki. Nie wy­kpię się wi­sior­kiem, pier­ścion­kiem czy per­fu­ma­mi”.

– Ka­ro­la! – krzyk­ną­łem do se­kre­tar­ki przez za­mknię­te drzwi. – Jak się na­zy­wa­ły te cu­dow­ne wy­ciecz­ki?

– My­sti­cal Cru­ises, panie me­ce­na­sie. – Wbie­gła do ga­bi­ne­tu. – Może kawy?

– Nie, idź. – Wpi­sa­łem nazwę do in­ter­ne­to­wej prze­glą­dar­ki.

Było drogo, niby za mie­siąc, ale i tak dużo. Na­pi­sa­li, że za­pew­nia­ją roz­ryw­ki i pro­fe­sjo­nal­ną opie­kę, jeśli ktoś prze­sa­dzi. A wy­ciecz­ko­wiec jest ob­sza­rem mię­dzy­na­ro­do­wym.

Bałem się, że na­sto­let­nie dzie­ci roz­nio­są nam miesz­ka­nie, ale w życiu ra­dzi­li­śmy sobie z trud­niej­szy­mi pro­ble­ma­mi. Weź­mie­my opie­kun­kę, a żeby jej nie zba­ła­mu­ci­li, to jesz­cze ochro­nia­rza.

***

Na rocz­ni­cę ślubu Karen do­sta­ła wi­sio­rek i ko­per­tę z bi­le­ta­mi. Za­pew­ni­łem, że bę­dzie­my mieli praw­dzi­wy urlop i nie spę­dzę go na roz­mo­wach z kan­ce­la­rią przez te­le­fon ko­mór­ko­wy. Żonie per­spek­ty­wa wy­ciecz­ki po­do­ba­ła się bar­dziej niż bi­żu­te­ria. Jed­nak i tak po­sta­no­wi­ła ten fakt ukryć.

– Dzię­ku­ję! – Obej­rza­ła ko­lo­ro­we bi­le­ty. – Ale je­steś prze­wi­dy­wal­ny!

***

Lot był długi. Bu­si­kiem do­je­cha­li­śmy do portu, tam cze­ka­ło nas pierw­sze za­sko­cze­nie – wod­no­sa­mo­lot. Nie wie­rzy­łem, że jesz­cze takie wiel­kie bu­du­ją. Po­dzie­li­łem się tą myślą z żoną.

– Ty na­praw­dę je­steś głupi – skwi­to­wa­ła Karen. – Niby stu­dia skoń­czył, a ro­zu­mu nie przy­by­ło.

– A ty nawet ma­tu­ry nie masz! – od­po­wie­dzia­łem jak zwy­kle.

– Nic nie czy­tasz, nawet fol­de­ru…

Za­ło­ga po­ma­ga­ła z ba­ga­ża­mi. Nie kon­ty­nu­owa­li­śmy kłót­ni, bo skoro za­czy­na­ła się jak zwy­kle, nie mogła za­koń­czyć się ina­czej. Mia­łem jej po­wie­dzieć, że prze­cież czy­tam dzien­ni­ki ustaw i ga­ze­tę, no tę, ale po co. Prze­cież to wie.

Wod­no­sa­mo­lot wy­ko­nał efek­tow­ny prze­lot nad wy­ciecz­kow­cem, wy­lą­do­wał na fa­lach i pod­pły­nął od rufy do ka­dłu­ba stat­ku. Po za­cu­mo­wa­niu dało się wleźć na po­kład po scho­dach spe­cjal­nym przej­ściem na grzbie­cie ka­dłu­ba sa­mo­lo­tu. Za­ło­ga po­ma­ga­ła z ba­ga­ża­mi i do­brze, bo nie lubię nosić. Cze­kał na nas ste­ward w cha­rak­te­ry­stycz­nym uni­for­mie.

– Witam pań­stwa! Chciał­bym po­ka­zać nasz pięk­ny sta­tek, który nigdy nie za­wi­ja do żad­ne­go portu. Wszyst­kie atrak­cje są do pań­stwa dys­po­zy­cji. Może za­cznie­my od naj­wyż­szych po­kła­dów. – Wsie­dli­śmy do windy. – Zaraz za most­kiem mamy bi­blio­te­kę i po­kła­dy sło­necz­ne.

– Jak to? – zdzi­wi­łem się.

– Prze­cież, kiedy ktoś się opala, to chciał­by po­czy­tać – wy­ja­śni­ła mi żona.

– Może ra­czej po­słu­chać? – za­opo­no­wa­łem.

– Wer­sje audio ksią­żek też mamy i pra­wie całą mu­zy­kę – dodał ste­ward.

Zej­ścia pro­wa­dzi­ły na niż­sze po­kła­dy. Ba­se­ny dla par, dla dzie­ci, dla sa­mot­nych i gdzie grano w piłkę wodną. Nawet zna­lazł się taki, do któ­re­go dało się ska­kać z wieży. Uwagę przy­ku­wa­ły wy­jąt­ko­wo zgrab­ne ciała płci oboj­ga w ści­śle przy­le­ga­ją­cych ciem­no­ró­żo­wych ko­stiu­mach ką­pie­lo­wych.

– To też człon­ko­wie za­ło­gi? – do­my­śli­łem się.

– Tak. – Ste­ward po­wiódł wzro­kiem tam, gdzie pa­trzy­łem. – My je­ste­śmy ra­czej prze­wod­ni­ka­mi pa­sa­że­rów, ta­ki­mi bar­dziej con­cier­ge. – Po­ka­zał na swój uni­form. – Oni umie­ją być part­ne­ra­mi w każ­dej grze, w ja­kiej gość sobie życzy.

Taka jedna z tej za­ło­gi, na którą pa­trzy­łem zbyt długo, przy­bie­gła, po­ja­wi­ła się na wy­cią­gnię­cie ręki.

– A te ko­stiu­my ką­pie­lo­we są bar­dzo, bar­dzo cia­sne. – po­wie­dzia­ła. – Jeśli tylko gość sobie za­ży­czy, od razu zdej­mu­ję.

„Rze­czy­wi­ście, skoro widać każdy detal…”, po­my­śla­łem i za­czą­łem sobie wy­obra­żać różne gry i za­ba­wy.

Po­czu­łem strasz­ny ból w pra­wym boku. Karen po­tra­fi­ła mnie tra­fić łok­ciem w wą­tro­bę. Nic nie po­wie­dzia­łem.

Szli­śmy dalej, zła­pa­łem po­wie­trze. Na niż­szym po­kła­dzie zbu­do­wa­no kluby, ka­wiar­nie, krę­giel­nie i inne miej­sca, gdzie można było grać.

– Szcze­gól­nie nie­bez­piecz­ne są lotki, takie tar­czo­we. Po al­ko­ho­lu zda­rza­ją się wy­pad­ki – za­zna­czył ste­ward.

– Darty? – Do­my­śli­łem się.

– A wyżej są rzut­ki pla­żo­we, jesz­cze groź­niej­sze, a przez to ku­szą­ce. – Ta ko­bie­ta w stro­ju ką­pie­lo­wym szła za nami.

Lekko zsu­nę­ła ra­miącz­ka i od­wró­ci­ła się na pię­cie. Pa­trzy­łem za nią, jak idzie schod­nią na górę. Tym razem zdo­ła­łem uchy­lić się przed łok­ciem Karen. Byłem przy­go­to­wa­ny.

Niżej były re­stau­ra­cje, w środ­ku stat­ku zbu­do­wa­no salę wi­do­wi­sko­wą. Ka­bi­ny miesz­kal­ne zaj­mo­wa­ły wiele po­kła­dów. Coś się jed­nak nie zga­dza­ło.

– Co jest niżej?

– Ma­szy­now­nia… – od­parł ste­ward.

– A wyżej? – prze­rwa­łem mu, mia­łem po­dej­rze­nie, że cze­goś mi nie mówi.

– Po­kład szpi­tal­ny – mruk­nął nie­chęt­nie. – Go­ście cza­sa­mi przedaw­ko­wu­ją, za­tru­wa­ją się, zda­rza­ją się wy­pad­ki…

– Darty po al­ko­ho­lu? – do­my­śli­łem się.

– Na przy­kład – zgo­dził się ste­ward.

***

Z po­cząt­ku wcale nie było tak cu­dow­nie. Wpraw­dzie wy­star­czy­ło, że po­szli­śmy kilka po­kła­dów wyżej, a już krę­ci­ła się koło mnie ta ko­bie­ta w za cia­snym ko­stiu­mie ką­pie­lo­wym.

– Tam są takie mięk­kie ka­na­py i po­du­chy. – Po­ka­za­ła na lokal z Lampą Ala­dy­na nad wej­ściem. – Tro­chę go­rą­co, ale do fajek dają taki towar…

Cóż z tego, skoro Karen nie od­stę­po­wa­ła mnie na krok. Z nudów już my­śla­łem, że będę re­gu­lar­nie na siłkę cho­dził, jak kie­dyś pod celą. Jed­nak też się nie dało. Wokół Karen też cią­gle się krę­cił taki chło­pa­czek-mię­śnia­czek i miał wy­raź­nie za cia­sne ką­pie­lów­ki. Zanim Karen zo­sta­ła moją żoną, ina­czej z ta­ki­mi za­ła­twia­łem spra­wy.

Wie­czo­ra­mi ona wy­bie­ra­ła teatr, a ja wal­czy­łem ze sobą, żeby nie przy­sy­piać w cza­sie spek­ta­klu. Nie prze­szka­dza­ło­by mi, że chra­pię, ale ło­kieć żony po­tra­fił obu­dzić. Wo­la­łem krę­gle albo te strzał­ki, czyli darty, ale naj­bar­dziej lu­bi­łem drink-bar i po­świ­ro­wać z ob­cy­mi. My­śle­nia i za­sta­na­wia­nia się, o co au­to­ro­wi cho­dzi­ło, mam dosyć w pracy. Wy­star­czy po­czy­tać ze­zna­nia.

Z nudów dałem się na­mó­wić na te­ra­pię mał­żeń­ską. Nie to, że mie­li­śmy ja­kieś kło­po­ty, ale to mogła być lep­sza za­ba­wa: na­wrzu­cać sobie przy panu psy­cho­lo­gu, a on bę­dzie mu­siał mą­drze kiwać głową.

W ga­bi­ne­cie grała upior­na mu­zycz­ka. Pani psy­cho­log, a nie pan, mó­wi­ła, że re­lak­su­ją­ca. Li­czy­łem na ja­kieś mocne otwar­cie, ale naj­pierw było: „opo­wiedz­cie mi o sobie”, „jak wam się po­do­ba rejs” i czy ko­rzy­sta­li­ście z…?”.

– Co by­ście zmie­ni­li w wa­szym ży­cio­wym part­ne­rze? – spy­ta­ła w końcu pani psy­cho­log. – Jeśli by­ła­by to jedna rzecz.

Setki myśli ci­snę­ło mi się do głowy, bo przez ponad dwa­dzie­ścia lat po­zna­łem Karen bar­dziej, niż bym chciał. Ona za­wsze była wy­ga­da­na.

– Żeby Seba nie oglą­dał się tyle za in­ny­mi ba­ba­mi – po­wie­dzia­ła, chyba się nie za­sta­no­wi­ła.

– Ży­czy­ła­by sobie pani, żeby pan Se­ba­stian nie prze­ja­wiał ta­kie­go za­in­te­re­so­wa­nia in­ny­mi ko­bie­ta­mi? – po­wtó­rzy­ła pani psy­cho­log, jakby to było warte uwagi i nawet za­pi­sa­ła. – Czy sądzi pani, że łączą go bliż­sze re­la­cje…

– Niech Karen nie bę­dzie taka za­zdro­sna! – prze­rwa­łem, bo chyba na­de­szła moja kolej.

Nie po­kłó­ci­li­śmy się. Może to była za­słu­ga tej upior­nej mu­zy­ki re­lak­sa­cyj­nej, a może dzwo­nka. Pani psy­cho­log uży­wa­ła go, jeśli nasze kłót­nie w ga­bi­ne­cie szły za da­le­ko.

– Uwa­żam, że pań­stwa mał­żeń­stwo jest pra­wie ide­al­ne – po­wie­dzia­ła na ko­niec, gdy go­dzi­na mi­nę­ła. – A bę­dzie cu­dow­ne.

– Uma­wia­my się na na­stęp­ną sesję? – spy­ta­ła Karen.

– To na­praw­dę nie jest w pań­stwa przy­pad­ku ko­niecz­ne – od­rze­kła psy­cho­log. – Pew­nie się nie zo­ba­czy­my.

Nie no­si­ła uni­for­mu jak ste­ward, ale miała przy­pię­tą małą złotą li­ter­kę H.

– Pani psy­cho­log, co ta przy­pin­ka zna­czy? – spy­ta­łem przy po­że­gna­niu.

– To logo kor­po­ra­cji, nasz ar­ma­tor – wy­ja­śni­ła, lekko za­kło­po­ta­na.

***

Mia­łem wra­że­nie, że są­siad z ka­ju­ty obok znik­nął. Jego żona go szu­ka­ła po całym statku i wszyst­kich wy­py­ty­wa­ła. Na szczę­ście po kilku go­dzi­nach się zna­lazł. Tro­chę blady i zmę­czo­ny, wi­docz­nie zapił i po­trze­bo­wał czasu, żeby dojść do sie­bie.

Nie za­pa­mię­tał­bym tego, ale jed­ne­go wie­czo­ra Karen po­szła do te­atru, a ja do drink-ba­ru. Zna­la­złem nie­złe to­wa­rzy­stwo, żeby razem po­świ­ro­wać. Było we­so­ło, nawet we­zwa­li ochro­nę, że­by­śmy bar­ma­na za burtę nie wy­rzu­ci­li.

Mu­sia­łem trzy­mać się ścia­ny, zanim do­czła­pa­łem się do ka­ju­ty, Karen nie było w środ­ku. Szu­ka­łem jej po całym stat­ku, ale nikt nic nie wie­dział. Dłu­żej na no­gach nie zdo­ła­łem ustać.

Rano zja­wił się ste­ward i po­wie­dział, żebym się nie mar­twił.

– Pań­ska żona miała za­tru­cie al­ko­ho­lo­we i lekki wy­pa­dek, więc jest na po­kła­dzie szpi­tal­nym.

Karen kie­dyś po­tra­fi­ła dać w pal­nik i po­świ­ro­wać, tak się po­zna­li­śmy, więc nie wzbu­dzi­ło to we mnie po­dej­rzeń. Po­sze­dłem na basen, bo pły­wa­nie zmniej­sza nieco cier­pie­nia dnia na­stęp­ne­go. Sam mia­łem cięż­ką i obo­la­łą głowę, ale nie tak, żeby od razu do le­ka­rza iść.

Ta w za cia­snym ko­stiu­mie ką­pie­lo­wym po­wie­dzia­ła, że na­zy­wa się Psi i zna pie­lę­gniar­kę.

„Ileż to trze­ba ćwi­czyć, żeby mieć takie ciało”, po­my­śla­łem. „Karen też kie­dyś tak wy­glą­da­ła”.

Psi uśmiech­nę­ła się, za­uwa­ży­ła, że stu­diu­ję jej ana­to­mię, może nieco zbyt na­chal­nie, ale kiedy się tak ubie­ra, to czego się spo­dzie­wa.

– Karen ma się do­brze – po­wie­dzia­ła.

– A mogę pójść ją zo­ba­czyć?

– Ni­ko­go nie wpusz­cza­ją na po­kład szpi­tal­ny, tylko per­so­nel me­dycz­ny. – Psi zro­bi­ła minę, jakby się zmar­twi­ła. – Mogę już to zdjąć? – Wło­ży­ła palce pod ra­miącz­ka ko­stiu­mu. – Wszyst­ko ci po­ka­żę.

I po­ka­za­ła, naj­pierw ten lokal z Lampą Ala­dy­na. Mieli na­praw­dę srogi towar, nawet nie pa­mię­tam, kiedy prze­sta­ła mnie głowa boleć.

– Może w coś za­gra­my – za­pro­po­no­wa­łem w końcu. – W po­ke­ra?

– Mam tylko szpil­ki i za­pin­kę do wło­sów, więc roz­bie­ra­ny od­pa­da. – Psi uda­wa­ła, że się za­sta­na­wia. – Lokal obok są strzał­ki. Kto prze­gra rundę, wali lufkę.

– Darty? – spy­ta­łem.

– Darty!

Psi miała dys­kret­nie wy­ta­tu­owa­ną li­ter­kę H, ale wie­dzia­łem, co to zna­czy, więc się nie py­ta­łem.

***

Znowu bo­la­ła mnie głowa. Nic dziw­ne­go, bo Psi była dobra w strzał­ki. Jed­nak nie byłem w swo­jej ka­ju­cie, ale w szpi­tal­nym łóżku. Obok le­że­li lu­dzie, któ­rzy wy­glą­da­li jak mar­twi, mieli coś na twa­rzach i oban­da­żo­wa­ne głowy. Wsta­łem, zdją­łem maskę z rurą, tro­chę mi się go­rzej od­dy­cha­ło, ale sze­dłem.

Brzmia­ła ta sama upior­na mu­zy­ka, co u psy­cho­lo­ga. Ścia­ny były po­ma­lo­wa­ne na ja­sno­zie­lo­ny kolor, świa­tło mi­go­ta­ło nie­re­gu­lar­nie. Drogę za­stą­pił mi facet w okrwa­wio­nym far­tu­chu.

– Sio­stro, daj­cie mu coś, bo wstał. Silne bydlę!

Chcia­łem zgło­sić sprze­ciw, ale za­czą­łem ucie­kać, wy­da­wa­ło mi się, że bie­gnę coraz wol­niej, jakby nogi mi wię­zły w ki­sie­lu. Drzwi, dałem radę otwo­rzyć. Scho­dy, bie­głem w dół do ma­szy­now­ni. Dwóch go­ry­li z ochro­ny przede mną, po­tkną­łem się i czu­łem, że lecę. Zła­pa­li mnie.

„Nie będę wię­cej tego palił”, po­sta­no­wi­łem. „Mam po tym kosz­ma­ry”.

– Tylko nie da­waj­cie mu tyle tego, mózg musi tro­chę pra­co­wać, żeby wsz­czep się przy­jął. – Usły­sza­łem tego go­ścia w okrwa­wio­nym far­tu­chu.

To było coś na gra­ni­cy jawy, bo pew­nie cho­dzi­ło o prze­szczep, nie ma ta­kie­go słowa jak wsz­czep. Do dziś je­stem tego pewny.

***

Teraz obu­dzi­łem się na­praw­dę. Ka­bi­na na po­kła­dzie szpi­tal­nym miała okno, ina­czej niż w moim kosz­ma­rze. Ścia­ny były białe i czy­ściut­kie. Pa­no­wa­ła cisza. Pie­lę­gniar­ka przy­szła zdjąć mi opa­tru­nek z głowy.

– Miał pan wy­pa­dek, panie Se­ba­stia­nie. – Od razu mi się wy­da­wa­ło, że to ko­le­żan­ka tej Psi, ale nie umia­łem oce­nić urody. – Prze­wró­cił się pan po pi­ja­ne­mu i wbił sobie strzał­kę w głowę, ale pan dok­tor za­ce­ro­wał pana. Tutaj ubez­pie­cze­nie po­kry­wa takie rze­czy.

Do­tkną­łem do miej­sca, gdzie był opa­tru­nek, tro­chę bo­la­ło i wy­czu­łem me­ta­lo­wą płyt­kę, mniej­szą niż cen­ty­metr kwa­dra­to­wy.

– To nie bę­dzie panu prze­szka­dza­ło – za­pew­ni­ła pie­lę­gniar­ka.

***

Karen była tro­chę blada, nie chcia­ła mówić o swoim wy­pad­ku. War­tość związ­ku do­ce­nia się naj­le­piej, kiedy można stra­cić bli­ską osobę. Przez ty­dzień do­cho­dzi­li­śmy jesz­cze do sie­bie, ale teraz ro­zu­miem, co to zna­czy, że było cu­dow­nie. Od co naj­mniej dwu­dzie­stu lat nie mie­li­śmy ta­kie­go po­ro­zu­mie­nia.

– Dzi­siaj je­stem jakaś śpią­ca – po­wie­dzia­ła Karen. – Mo­żesz się spo­tkać z tą…

– Psi? Nie je­stem za­in­te­re­so­wa­ny.

– Ona się na­zy­wa Psi? – spy­ta­ła żona z cie­ka­wo­ścią, ale bez cie­nia za­zdro­ści.

Po­czu­łem się dziw­nie, jakby to była obca osoba, ale tylko przez chwi­lę.

– Tak, to zna­jo­ma pie­lę­gniar­ki. – Wy­brną­łem.

Karen ski­nę­ła głową ze zro­zu­mie­niem.

***

Wszyst­kim zna­jo­mym opo­wie­dzia­łem, jak było cu­dow­nie na na­szym rej­sie życia z oka­zji dwu­dzie­sto­le­cia ślubu.

Sta­łem się innym czło­wie­kiem. Wpraw­dzie do kan­ce­la­rii dalej klien­ci wa­li­li drzwia­mi i okna­mi, ale nie­któ­rych ob­słu­gi­wa­łem zu­peł­nie za darmo. Wy­star­czy­ło, że spoj­rza­łem na czło­wie­ka i już wie­dzia­łem, że po­wi­nie­nem zro­bić dobry uczy­nek.

***

Nigdy o tym nie my­śla­łem, ale po­li­ty­ka jest nor­mal­ną ścież­ką ka­rie­ry praw­ni­ka. Wcze­śniej o tej par­tii też nie sły­sza­łem, ale kiedy zo­ba­czy­łem nazwę, wie­dzia­łem, że muszę prze­czy­tać pro­gram.

Aż Karen była zdzi­wio­na, kiedy mnie wi­dzia­ła trzy wie­czo­ry z rzędu, czy­ta­ją­ce­go grubą bro­szu­rę. Zo­sta­łem za­ak­cep­to­wa­ny, zna­la­złem się na li­ście wy­bor­czej.

***

Nasz naj­star­szy syn się śmiał, że naj­strasz­liw­sza po­stać Gwiezd­nych Wojen to Jar-jar Binks – po­li­tyk. Jego dziew­czy­na też pa­trzy­ła po­dejrz­li­wie na nasze nowe, cu­dow­ne i lep­sze życie. Za­zdro­ści­ła nam szczę­ścia?

– Jar-jar to fan­ta­sty­ka, za to stary Seba – po­li­tyk, po­twór świa­ta rze­czy­wi­ste­go – do­ku­czał mi syn.

Razem z Karen za­fun­do­wa­li­śmy mu rejs życia. Wziął ze sobą dziew­czy­nę, ale zgi­nę­ła. Oboje z Karen wiemy, jak srogo można się bawić na „My­sti­cal Cru­ises”, dla­te­go nie bar­dzo nas to zdzi­wi­ło. Z wa­ka­cji nasz syn przy­je­chał, trzy­ma­jąc pod rękę Psi, za­rę­czy­li się jesz­cze na stat­ku. Ledwo mnie po­zna­ła, i do­brze.

Teraz oboje mnie wspie­ra­ją w cza­sie kam­pa­nii wy­bor­czych. Po­pro­si­łem tylko syna, żeby nosił tro­chę dłuż­sze włosy, bo jego płyt­ka się błysz­czy w świe­tle re­flek­to­rów.

***

Pan H., cią­gle nie umiem za­pa­mię­tać na­zwi­ska, za­słu­gu­je na to, żeby zo­stać pre­zy­den­tem świa­ta, bo Eu­ro­py to za mało dla kogoś tak wy­bit­ne­go. Za­czął od wa­ka­cyj­ne­go wy­ciecz­kow­ca, a teraz po­pie­ra go coraz wię­cej ludzi.

Umie roz­wią­zy­wać wszyst­kie pro­ble­my. Więk­szość z nich za­czy­na się w gło­wie i tam je można za­koń­czyć.

Koniec

Komentarze

Niezła wycieczka…

Zastanawiam się, jak rozszyfrować literkę H. Hell czy Heaven? Obie opcje zostają otwarte. A co z wolną wolą?

Czytało się przyjemnie, chętnie by się człowiek przeniósł na pokład do opalania tuż obok biblioteki. Tylko te strzałki…

Babska logika rządzi!

Zgrabna, prosta, zwarta historia. Podobało się, choć niby co tu się może podobać. ;-). Czytało się dobrze. 

Na płytkę przymknęłam oko, byłoby raczej trudno o rozwiązanie, ktore miałałeś na myśli, a tak załatwiłeś sprawę szybko i zwięźle. Już widzę w zatłoczonych miejscach modę na grzywki 

Przyznam się bez pośpiechu (<:3), że wolę inne Twoje teksty, te problematyczne, czasami wikłające się są dla mnie ciekawsze. ;-)

 

Skarżypytuję, czyli klikam. :-)

Mnie z kolei, literka H skojarzyła się z Higeją lub Hygieią (grecką boginią higieny i zdrowia). ;-)

Hygeia w wersj Rubensa:

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

@Finkla:

Strzałki musiały być :-)

A biblioteka, cóż – trzeba testować aktywność mózgu po implementacji. Dziękuję!

Wolna wola u człowieka z elektrodami w mózgu? Ja nie wiem.

Hell i heaven są na H, ale na etapie pisania myślałem tylko o symetriach samego znaku graficznego.

 

@Asylum:

Dziękuję bardzo za przeczytanie. Pomysł na “płytkę” wziął się oczywiście z artykułu o neuralinku:

 

Proponowane metody implementacji na człowieku:

 

 

Z tekstu (dla mnie, dla laika) wynikło, że mogłoby być bardziej z tyłu głowy, a nie tuż za uchem.

 

Litera H została wymyślona, bo ma sporo symetrii, więc jest (formalnie) ładna.

 

Też wolę swoje inne teksty i dziękuję za klik :-)

 

 

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

To litero O dopiero jest piękna. A kropka wymiata. ;-)

Babska logika rządzi!

OMG, niepotrzebnie wspomniałam o tej płytce. :-( Nie było czepialstwem, ani nawet zastanowieniem. ;-) Dla porządku wspomniałam, chcąc niejako zaznaczyć, że zauważyłam. Sprawa była rodzajem ingerencji społecznej, a środki, przy pomocy których tajemnicza korporacja H je realizuje, stanowiły dla mnie sprawę drugorzędną wobec odpowiedzi na pytanie po co, jak ma działać i co H z tego ma, czym się kieruje.

Musk ma obsesję na punkcie neurolinka, a ja określony stosunek do Muska, podejmowanych przez niego prób, marnowania talentu wielu osób, świni tej i również głowy wziętej z rzeźni (Chiny, sorry za wstawkę nie na temat), która „ożyła” oraz całego środowska wszczepiającego sobie różne rzeczy (M.Gacyk, „Zabawy w boga. Ludzie o magnetycznych palcach”, sama książka nic nadzwyczajnego, opisuje konkretne środowisko, dotarła do osób, ciekawych powodów, interesują mnie dziwne środowiska, teorie spiskowe i podobne rzeczy). Aha, z oceny wyłączamy wspomaganie osób cierpiących na określone dolegliwości, bo takim próbom gorąco kibicuję.

Widzisz, cóżeś narobił.;-) Opko jest ok, a znaków masz do dyspozycji tyle, ile Ci dano. Moim zdaniem wyjścia nie było.

Popatrz jak się morduję pływając n-ty kilometr. ;-)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Niezłe :) Czyli najpierw sprawdzali, czy komuś puszczają hamulce, jeśli nie – lądował za burtą, a jeśli tak – dostawał implant i tym samym był zwolniony z myślenia. W sumie to nie dziwię się, że się niektórym podobało ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

@Finkla:

Litera O jest owalem, a nie kółkiem, więc ma tyle samo symetrii, co I czy właśnie H. Natomiast ta ostatnia ma szerokość, trochę kątów, lepsza jest :-)

Poza tym pan O., ani pan I. mi nie brzmią.

 

@Asylum:

co H z tego ma, czym się kieruje.

Oczywiście przy jakiejś okazji napiszę (pewnie w tym miesiącu), ale można na tym etapie roboczo przyjąć, że zdobycie władzy nad światem stanowi pewien szczyt piramidy Maslowa.

Tzn. łączy i wypełnia wszystkie potrzeby “rozwoju”.

Neurolinka wziąłem, bo mi trudno było wymyślić wszczep od zera. Ten, który był w “Błędzie degeneracji” implementowało się przez ciemię, czyli miałem niezłą intuicję :-)

btw: zawsze wiedziałem, że ktoś większy tymi gondolami w Wenecji musi ruszać.

@Irka_Luz:

Założyłem, że wszczep potrafi wywoływać dosyć proste emocje, więc musieli wybierać ludzi z jednej strony bezrefleksyjnych, a z drugiej dających się łatwo sterować “nomen omen” impulsami. Ktoś podejrzliwy: “skąd się wzięło to, co teraz czuję?” by się nie nadał.

Dziękuję za klik.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Z pociągu pod nazwą „piramida Maslowa” wysiadam czym prędzej. wink

 

J.Jerka (właściwie J. Kowalski), Atak o świcie (1989r.)

 

Widzisz, Maslow nie myślał o żadnej piramidzie, a jego dociekanie, zastanawianie się „o, nad i dlaczego” zostało dawno temu przycięte przez biznes do kompaktowej piramidy, aby łatwiej było ją sprzedać w koncepcjach dotyczących zarządzania ludźmi i nie tylko. Od tamtej pory upowszechniła się, krąży po świecie, stanowiąc „dowód słuszności”, choć dowódów empirycznych na nią zupełnie brak.

<wycofuje się rakiem>

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Rozumiem, ale dla mnie to tylko kwestia języka. Czy człowiek zaspokojony fizycznie (cieleśnie) mógłby chcieć władzy? Zazwyczaj chce, ale głodny głównie myśli o jedzeniu.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Litera O jest owalem,

Zależy od czcionki. ;-) Ale nie ma o co kopii kruszyć.

Babska logika rządzi!

Zależy od czcionki. ;-)

Zgodnie z moją najlepszą wiedzą, jedynymi fontami, w których o jest “idealnym” kołem to: Avant Garde, Futura, Century Gothic i, za przeproszeniem oczywiście, Bauhaus. Łączy je to, że są raczej groteskowe niż “chlebowe” czyli dziwne.

 

Ale nie ma o co kopii kruszyć.

To może się chociaż (dla porządku) obrzućmy dzirytami :-)

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Skoro nalegasz… To łap.

----->

Babska logika rządzi!

Niestety, nie dałem rady, trafiony ---> ♡

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Radek, oddychaj! Jestem za stara, żeby psuć męskie serca.

Babska logika rządzi!

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Ledwo poległem, a już mnie nawiedził juror, co za dzień (był).

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Witam i o opko pytam! 

 

Kiedy Karen przestała być moją dziewczyną, a została żoną, nie tylko przestała tolerować

Mały zgrzycik. 

 

Już znany wyłącznie jako Sebastian znałem ludzi

Dwa małe zgrzyciki to razem średni zgrzycik :P

 

– Ale jesteś przewidywalny!

– Ty naprawdę jesteś głupi

Słodzi mu, słodzi… 

 

i gazetę, no tę, ale po co

Jaką gazetę? No tę? Nie rozumiem.

 

Może to była zasługa tej upiornej muzyki relaksacyjnej, a może dzwonek. – a może dzwonka?

 

No, potem robi się dość upiornie… Oryginalny pomysł z tymi wszczepami. Elementy fantastyczne i horrorowe były. Aczkolwiek odczuwam lekki głód wiedzy, bo w sumie niewiele dowiedzieliśmy się o korporacji pana H… Niemniej przyjemnie się czytało.

 

Pozdróweczka!

Precz z sygnaturkami.

Obrzydliwe powtórzenia poprawiłem, tak samo dzwonek – dziękuję.

i gazetę, no tę, ale po co

Nie chciałem się odnosić do konkretnego tytułu. W Polsce byłaby to pewnie “Gazeta Prawna”, ale wydało mi się to niepotrzebne. Dlatego napisałem, jakby to miało być oczywiste.

Aczkolwiek odczuwam lekki głód wiedzy, bo w sumie niewiele dowiedzieliśmy się o korporacji pana H…

Wiemy tylko, że pan (już polityk) Sebastian ufał panu H. na tyle, żeby go zrobić władcą świata. Czy potrzebujemy wiedzieć cokolwiek więcej?

Dziękuję za przeczytanie, klik i przede wszystkim cieszę się, że przyjemnie się czytało.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Przeczytałam jednym tchem, już w czasie bety, a teraz po raz drugi. Podajesz prosty przepis, w jaki sposób można uzyskać władzę nad światem. ;-) Opowiadanie zaskakujące, z szybkimi zwrotami akcji, a jednocześnie bliskie realnemu światowi, zwłaszcza zakończenie. 

Podobał mi się styl oraz postać głównego bohatera, który został zbudowany jako ciekawsza postać niż typowy prawnik. Widz też wnikliwą analizę długoletniego związku.

Zgłaszam opowiadanie do wątku bibliotecznego.

Podajesz prosty przepis, w jaki sposób można uzyskać władzę nad światem. ;-)

Tylko dla zachęty. Pewne technikalia – na priv ;-)

został zbudowany jako ciekawsza postać niż typowy prawnik.

Mam nadzieję, że typowy prawnik nie dałby się złapać i usidlić przez tak prosty zestaw sztuczek.

Poza tym nie dysponowałby zestawem niezbędnych umiejętności, żeby wyjść poza schemat narzucony przez “przepisy”.

 

Dziękuję za przeczytanie i klik, a jeszcze bardziej za pomoc przy becie.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Przerażająca historia. Czyta się wyśmienicie, tylko biorąc pod uwagę przeszłość i osobowość trochę zgrzyta mi ten prawnik. Natomiast przepis na zwładnięcie światem super. 

zgrzyta mi ten prawnik

Była na ten temat bogata dyskusja na becie. Wprawdzie w Polsce mamy (wyrok NSA):

“Organy samorządu zawodowego i Minister Sprawiedliwości badając, czy kandydat daje rękojmię prawidłowego wykonywania zawodu adwokata powinni brać pod uwagę wszystkie okoliczności składające się na wizerunek kandydata, a więc także znane im zdarzenia, które legły u podstaw wydania wyroku skazującego, mimo iż skazanie uległo zatarciu.” (przecinki, a właściwie ich brak, jak w wyroku)

Jednak jednocześnie:

“jest to przepis ocenny dający Ministrowi swobodę co do oceny, czy owa rękojmia i nieskazitelność ma miejsce wobec konkretnego kandydata. “

https://www.prawo-karne.info/skazanie-na-prace-spoleczne-a-studia-prawnicze-646-p.html

A Sebastian zna ludzi :-)

Czyli wciąż “nawet jak nie wolno, to można, jeśli się bardzo chce” :-(

 

Zresztą Polska jest tam jedynie w domyśle, ale rzeczywiście pisałem “pod tu i teraz”.

 

Natomiast przepis na zwładnięcie światem super. 

A dziękuję :-)

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Urzekła mnie przemiana głównego bohatera oraz umieszczenie akcji na statku wycieczkowym <3

Cześć Radek!

 

– Dziękuję! – Obejrzała kolorowe bilety. – Ale jesteś przewidywalny!

– Ty naprawdę jesteś głupi – skwitowała Karen. – Niby studia skończył, a rozumu nie przybyło.

laugh Już ją lubię.

Załoga pomagała z bagażami i dobrze, bo nie lubię nosić.

– Darty? – Domyśliłem się.

poświrować z obcym

Idealnie pokazałeś Sebę. :D

Nie nosiła uniformu jak steward, ale miała przypiętą małą złotą literkę H.

– Pani psycholog, co ta przypinka znaczy? – spytałem przy pożegnaniu.

Powiało tajemnicą, zanosi się na jakiś mocny przechył okrętu… smiley

 

Teraz poczepiam się:

kadłuba statku. Po zacumowaniu dało się wleźć na pokład po schodach specjalnym przejściem na grzbiecie kadłuba samolotu.

Powtórzenie.

– A te kostiumy kąpielowe są bardzo, bardzo ciasne. – powiedziała. – Jeśli tylko gość sobie zażyczy, od razu zdejmuję.

Tu trochę akcja nadmiernie przyspieszyła, imho. Jeżeli facet stoi z żoną, to raczej pani by tak szybko nie przybiegła, próbowałaby zachować jakieś pozory dyskrecji. Chyba, że to adeptka sztuki, albo to świat, w którym panuje inna moralność.

Musiałem trzymać się ściany, zanim doczłapałem się do kajuty, Karen nie było w środku. Szukałem jej po całym statku, ale nikt nic nie wiedział.

Pijany doczłapał ledwo do kajuty, a potem jej szukał po całym (gigantycznym) statku? Hmm…

 

Humor w Twoim wydaniu jakoś wyjątkowo do mnie przemawia. Uśmiechnąłem się wielokrotnie (do momentu kiedy zaczął się horror). Tym razem zaprezentowałeś nieco inny styl niż w poprzednich opowiadaniach (tych, które miałem okazję czytać). Powiedziałbym, że tempo narracji lepiej dostosowałeś do tempa opisywanych wydarzeń, a i mniej jest zwrotów akcji, co sprawia, że przekaz jest klarowniejszy i czyta się łatwiej. Jednym z mocniejszych punktów są bohaterowie, szczególnie Seba, który skojarzył mi się z moim Damianem w wersji light (opko “Człowiek z blizną”).

Ładne zamknięcie z tymi wszczepami. “Większość z nich zaczyna się w głowie i tam je można zakończyć.” – dobrze spuentowane, w kontekście fabuły nabiera dodatkowego, złowrogiego znaczenia. Nie potrafiłem rozszyfrować znaczenia litery H, ale po przeczytaniu komentarzy widzę, że nie kryła się za nim symbolika, lecz estetyka. “Heaven/ Hell”, które zaproponowała Finka pasuje mi najbardziej. Bardzo przyjemna lektura!

 

Pozdrawiam!

Cześć,

 

Mam trochę problemu z tym tekstem. Z jednej strony napisany jest dość sprawnie i się przez niego płynie, z drugiej jednak zawiera on sporo elementów, które wydają mi się zbędne – mowa tutaj przede wszystkim o scenie z psycholożką. Nie bardzo wiem czemu miała ona służyć, poza ukazaniem symbolu H, który przewija się później. Inna sprawa, że pakowanie się na sesję dla par na statku, który nie zawija do portu przez miesiąc to naprawdę kiepski pomysł na spędzenie rocznicy ślubu – w ogóle go nie kupuję. Również zachowanie Psi wydaje mi się dość absurdalne i dziwię się, że bohaterowie na wstępie nie pomyśleli, że trafili na jakiś bardzo dziwny statek.

Drugim elementem, który wydawał mi się trochę niepotrzebny jest dogłębne wnikanie w pracę i przeszłość Seby. Dla fabuły nie ma to żadnego znaczenia, że facet jest prawnikiem z kryminalną przeszłością, szczególnie, że sam koncept na taką postać jest dość zgrzytliwy.

 

Pozdrawiam :)

 

“Heaven/ Hell”, które zaproponowała Finka pasuje mi najbardziej.

This could be heaven, this could be hell. ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo dziękuję za przeczytanie tekstu i uwagi.

@AmyBlack:

Statek wycieczkowy wydaje mi się dobrym miejscem na horror: izolacja, tłum ludzi, którzy się nie znają i jeszcze małe pomieszczenia :-)

@kronos.maximus:

Słowo “poświrować” jest jak najbardziej oryginalne i pochodzi z ust jednego z pierwowzorów bohatera :-)

Obrzydliwe powtórzenie = fuj, ale poprawię pokonkursowo.

Chyba, że to adeptka sztuki, albo to świat, w którym panuje inna moralność.

Albo jej trochę wszystko jedno tzn. wypełnia skrupulatnie obowiązki służbowe np.: zauważyła spojrzenie, ma się zaoferować.

Pijany doczłapał ledwo do kajuty, a potem jej szukał po całym (gigantycznym) statku? Hmm…

To oczywiście zależy, co komu poraża jako pierwsze. Wyobrażam sobie, że adrenalina (”Gdzie Karen? Co jej się stało?”) daje człowiekowi kopa. Poza tym jeśli mógł iść, przytrzymując się ściany, to na czworakach dałby radę i cały statek spatrolować.

Z drugiej strony narracja pierwszoosobowa i wspomnienia dają pewien luz: mógł przejść jeden korytarz, a we wspomnieniach zostało mu, że prawie w maszynowni był.

Jednym z mocniejszych punktów są bohaterowie, szczególnie Seba, który skojarzył mi się z moim Damianem w wersji light (opko “Człowiek z blizną”).

Cieszę się, wrzuciłem sobie do kolejki i mam nadzieję dzisiaj przeczytać. Nawiązując do tytułu, bałem się, że “Rejs życia” jest na tyle banalny, że będzie kilka opowiadań tak nazwanych, a nie ma.

 

@michalovic:

Bardzo dziękuję za uwagi i strasznie się cieszę, że przez tekst się płynie. W końcu wycieczkowiec Mystical Cruises :-)

pakowanie się na sesję dla par na statku, który nie zawija do portu przez miesiąc to naprawdę kiepski pomysł na spędzenie rocznicy ślubu – w ogóle go nie kupuję.

Podejrzewam, że na statkach wycieczkowych jest psycholog tak samo, jak jest lekarz. Ze swoich zawodowych doświadczeń mogę potwierdzić, że jeśli mamy ludzi (np. pary) zamkniętych w jakiejś przestrzeni i jakoś odizolowanych, to jest to niezbędne.

Sesja z psychologiem (w opowiadaniu) była mi niezbędna fabularnie dla pokazania zmiany tzn. czego Karen oczekuje od Sebastiana i odwrotnie.

Również zachowanie Psi wydaje mi się dość absurdalne

Dlaczego? Pytam, bo wydawało mi się, że pokazałem jej zadanie dosyć klarownie: ofiarę odizolować, odurzyć i doprowadzić (z pomocą ochrony) na pokład szpitalny.

 

Dla fabuły nie ma to żadnego znaczenia, że facet jest prawnikiem z kryminalną przeszłością, szczególnie, że sam koncept na taką postać jest dość zgrzytliwy.

Jest kluczowy, bo potrzebujesz ludzi, którzy żyją w społeczeństwie (znają ludzi), ale nie cofną się przed niczym, ulegając impulsom.

 

@Finkla:

Od razu Hell, jeden impuls i wszyscy będą szczęśliwi. Cudownie ;-)

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Podejrzewam, że na statkach wycieczkowych jest psycholog tak samo, jak jest lekarz. Ze swoich zawodowych doświadczeń mogę potwierdzić, że jeśli mamy ludzi (np. pary) zamkniętych w jakiejś przestrzeni i jakoś odizolowanych, to jest to niezbędne.

Rozumiem ideę obecności na statku wycieczkowym psychologa, jednak nie kupuję pomysłu, że bohaterowie poszli do niego dla zabawy, szczególnie że to miał być ich rocznicowy urlop. 

 

Dlaczego? Pytam, bo wydawało mi się, że pokazałem jej zadanie dosyć klarownie: ofiarę odizolować, odurzyć i doprowadzić (z pomocą ochrony) na pokład szpitalny.

Tak, jej zamiary były jasne raczej od początku. Natomiast kiedy na wstępie zadeklarowała, że jak ją gośc poprosi to się natychmiast rozbierze, było to maksymalnie dziwne, a jeszcze dziwniejsze było to, że para bohaterów właściwie nie zwróciła na to uwagi. Jakiś czas temu oglądałem chyba na netflixie ze dwa odcinki reality show o życiu załogi luksusowego jachtu, tych ludzi obowiązywała ścisła etykieta i za zbytnie spoufalanie się z gości mieli spore kłopoty :)

 

“Jest kluczowy, bo potrzebujesz ludzi, którzy żyją w społeczeństwie (znają ludzi), ale nie cofną się przed niczym, ulegając impulsom.”

 

Tak, i myślę że wystarczyło po prostu wspomnieć, że facet jest jakąś prawniczą szychą, nie trzeba wnikać w to głębiej. Ale to tylko moje odczucia, sam jestem zwolennikiem maksymalnego upraszczania :)

 

 

 

 

Gratuluję raz jeszcze pomysłu i to ja (niezmiennie) dziękuję za zaproszenie do bety oraz wyrozumiałość, bo ostatnio zawalenie sprawami osobistymi zdecydowanie mnie przerasta. :)

Pozdrawiam serdecznie, Radku. :)

Pecunia non olet

@michalovic:

Rozumiem ideę obecności na statku wycieczkowym psychologa, jednak nie kupuję pomysłu, że bohaterowie poszli do niego dla zabawy, szczególnie że to miał być ich rocznicowy urlop. 

Szanuję, ale niektórzy ludzie lubią mówić (nie mylić z rozmawianiem). Być może Karen miała nadzieję, że Sebastian “się poprawi” (co się stało), a on chciał w spokoju ducha ponarzekać na żonę (tak legitnie – bym dodał).

Znam takich, którym by się to podobało na poziomie rozrywkowym. Sam nie jestem przekonany, ale w sumie – dlaczego nie.

Natomiast kiedy na wstępie zadeklarowała, że jak ją gośc poprosi to się natychmiast rozbierze, było to maksymalnie dziwne, a jeszcze dziwniejsze było to, że para bohaterów właściwie nie zwróciła na to uwagi.

Mnie by zatkało, więc pewnie też sprawiałbym wrażenie, że “nie zwróciłem na to uwagi”. Z drugiej strony wystarczyłoby, żeby w folderze znalazł się zapis:

  • w strefach plażowo-basenowych od naszych gości nie jest wymagany kostium kąpielowy,
  • obsługa/załoga nosi służbowe stroje kąpielowe, chyba że gość zezwoli/zażyczy sobie swobodniejszej atmosfery.

tych ludzi obowiązywała ścisła etykieta i za zbytnie spoufalanie się z gości mieli spore kłopoty :)

Zakaz fraternizacji :-)

Tu było odwrotnie.

wystarczyło po prostu wspomnieć, że facet jest jakąś prawniczą szychą, nie trzeba wnikać w to głębiej.

Tu bardziej chodziło o to, żeby facet był wszechstronny, nie musiał być koniecznie szychą.

sam jestem zwolennikiem maksymalnego upraszczania

Ja też :-)

Tylko mamy gdzie indziej maksimum.

 

@bruce:

Dziękuję za przeczytanie, betę i bardzo się cieszę, że się podobało.

Pozdrawiam i mam nadzieję, że sprawy osobiste się będą prostować.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Dziękuję i wzajemnie. Pozdro! heartsmiley

Pecunia non olet

Podobało się: Nieoczywiste zakończenie, prowokuje do zadawania pytań w dobry sposób – nie przez niedopowiedzenia a przez wielorakość interpretacji. 

Nie podobało się: Psi zdawała się trochę nachalna, co mogło wywołać skutek odwrotny od zamierzonego.

 

Gratuluję i pozdrawiam!

 Cześć!

 

Jak dla mnie bohater wyszedł trochę przerysowany, były kryminalista zostający prawnikiem, bo żona tak chce, jakoś mnie nie przekonuje. Chociaż jest w tym trochę absurdu, który może się podobać, ale niezbyt pasuje do horroru. Dość wcześnie sygnalizujesz, że szpital na statku na pewno nie jest tym czym się wydaje, ale całą tajemnicę zdradzasz stopniowo, było tu więc wyczuwalne napięcie, ale to troszkę za mało na horror. Cała koncepcja mi się podobała, a zakończenie było zaskakująca. Narracja oczywiście w Twoim niepowtarzalnym stylu, więc to zawsze na plus.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Pewne elementy tego tekstu trudno brać na poważnie, poprzedni komentujący zwrócili uwagę na choćby gotowych do roznegliżowania się członków załogi, ale do mnie ten klimat trafił. Ta doza dziwności dodaje opowiadaniu uroku, ale też buduje pewien specyficzny typ niepokoju. Bardzo interesująca lektura, sam pomysł ciekawy, ale to atmosfera właśnie najbardziej przypadła mi do gustu.

Zakończenie zaskoczyło, przerażająca wizja, a do tego intersująca puenta.

Bardzo dziękuję za komentarze jurorskie (również):

@Olgierd Glista:

Dziękuję za opinię.

Psi zdawała się trochę nachalna, co mogło wywołać skutek odwrotny od zamierzonego.

Powiedziałbym, że bardzo nachalna. Czasami to działa, czasami do zadania należy wyznaczyć innego wykonawcę.

Skomentuję, że często ludzie nie doceniają działania wprost. A tekst jest (w skrócie) o tym. Jeśli chcesz kontrolować ludzkie myśli, wszczep im w mózg chipa.

@Alicella:

Jak dla mnie bohater wyszedł trochę przerysowany, były kryminalista zostający prawnikiem, bo żona tak chce, jakoś mnie nie przekonuje.

Bo ludzie nie lubią zadawalać żon, każdy kryminalista jest za głupi, czy prawnicy nigdy nie mają “przeszłości”?

Oczywiście punkt widzenia przyjmuję, choć pracownik pralni, który zostaje pisarzem – wydaje mi się bardziej przerysowanym schematem, a to życiorys Stephena Kinga.

Dość wcześnie sygnalizujesz, że szpital na statku na pewno nie jest tym czym się wydaje

Raczej jedynie zaznaczam jego istnienie. Chodziło mi o to, żeby potem nie wyskoczył “pokład szpitalny” jak pajacyk z pudełka. Na statku wycieczkowym z pewnością jest mnóstwo rzeczy, które załoga chce ukryć przed pasażerami. Np. nikt nie powie: “za tą kosztowną draperią jest cienka blacha i zbiornik na 120 ton szamba”.

@Reinee:

Ciekawi mnie Twoje wrażenie, których fragmentów tekstu nie da się brać na poważnie.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Radku, chciałem napisać coś Sebie, ale uciekła mi myśl, a potem zapomniałem poprawić, zaraz edytuję. Chyba za późno pisałem ten komentarz :)

Jakbym zobaczył ten obrazek wcześniej…

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Nowa Fantastyka