- Opowiadanie: Adora - Pies drapał autora

Pies drapał autora

Zacznę może od usprawiedliwień, ostrzeżeń i próśb:

Poniższe opowiadanie jest moim pierwszym opowiadaniem na tym portalu i jednocześnie trzecim (serio, nie ściemniam), jakie w życiu napisałam. Cudów się nie spodziewajcie i nie bijcie, nie gryźcie, nie kopcie. Wybaczcie potknięcia i fakt, że fabułę może znosić na zakrętach (w grę wchodzi nadsterowność jak i podsterowność) ;)

Wszelka zbieżność imion, czy też nicków, jest czysto przypadkowa.

krzkot1988Outta SewerANDOKoala75 i kronos.maximus mocno się napracowali, za co serdecznie dziękuję. :)

A co w tekście? Powinno być lekko, czasami zabawnie, ale pojawia się też trochę krwi, jakieś żywe trupy, martwe trupy...

Jest długo, to prawda, ale może mimo to ktoś się skusi :)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Pies drapał autora

Pokój był niewielki i zastawiony książkami. Spośród hałd wszelkiej wielkości tomów wyłaniało się biurko, przy którym siedział zgarbiony mężczyzna. Niewielka lampa oświetlała skrawek blatu, na którym ustawiono metalową misę. Mężczyzna z pełnym skupieniem przyglądał się niepozornemu naczyniu, klnąc od czasu do czasu pod nosem lub mamrocząc trudne do zrozumienia słowa.

– Pozostawali w pełni skoncentrowani i ostrożni, choć bitwa, w której brali udział, dobiegła końca. Wcale nie! I powinni być tego doskonale świadomi! Przecież wiedzą, z kim mają do czynienia! Do jasnej cholery! To się kupy nie trzyma! – krzyknął, uniósł zwiniętą w pięść dłoń i opuścił gwałtownie, by uderzeniem w blat rozładować nagromadzone podczas lektury emocje. – Nie zostawiajcie jej samej!

Czarne tu i ówdzie przyprószone siwizną włosy opadały na zroszone potem czoło. Wąskie usta poruszały się nieustanie, prowadząc na ogół cichy i spokojny monolog. Co rusz jednak wykrzywiały się i wybuchały, głośno wyrażając niezadowolenie z przebiegu akcji.

Mężczyzna zamilkł niespodziewanie, zacisnął usta w jeszcze węższą kreskę, po czym uniósł głowę i spojrzał na mnie, a krzaczasta brew powędrowała ku górze. W piwnych oczach dało się dostrzec pomieszanie irytacji z rozbawieniem.

– Serio? – spytał z przekąsem, po czym wrócił do przerwanego zajęcia.

Niedługo cieszył się spokojem. Chwilę później drzwi otworzyły się z impetem, a w wejściu stanęła dziewczyna o długich, fioletowych włosach. Szeroki uśmiech pojawiał się i znikał w rytm żucia gumy. Wzrokiem przemknęła po całym pomieszczeniu i zatrzymała się na mnie, a zielone oczy zalśniły podejrzanie.

– Cześć, Tomaszu – rzuciła, mrugając konspiracyjnie.

– To cham i prostak. Nie odpowie – wtrącił się, wciąż siedzący za biurkiem, mężczyzna.

– Cześć, Henryczku, miło cię widzieć.

– Cześć, cześć. Ciebie również miło widzieć, Majeczko – odparł Henryk, posyłając młodszej koleżance szeroki uśmiech.

– Jak leci?

– A szkoda gadać – powiedział, podbródkiem wskazując na leżącą przed nim misę. – Banda debili.

– Fantastyka – odpowiedziała Maja, kiwając głową.

– Fantastyka, nie fantastyka, autor uparł się, że bohaterowie mają być głupi, a mnie już ręce opadają.

– Ciesz się tym, co masz. Ja zostałam narratorem erotyku – prychnęła i przewróciła oczami. – Chociaż, jakby się bardzo uprzeć, to można by to podciągnąć pod jakieś urban fantasy. Mamy parę wilkołaków, wampir, potwory, ale i tak wsio kręci się wokół seksu. Wszystko bym oddała za prawdziwą fantastykę, nawet wyjątkowo głupią.

– Możemy się zamienić – zaproponował Henryk, z niechęcią spoglądając na misę.

 – Nie możemy – odparła smętnie, nie kryjąc niezadowolenia.

Dziewczyna ruszyła przez pokój, zwinnie przeskakując nad stertami woluminów, i z łatwością dotarła do biurka. Znalezienie krzesła i wygrzebanie go spod góry opasłych książek wymagało jednak sporego zachodu. Maja westchnęła z ulgą, gdy w końcu jej się udało, i otarła zroszone potem czoło…

– Co ty masz z tym zraszaniem czoła potem? – spytał Henryk.

Odpowiedział mu jedynie śmiech Mai, która zdążyła dotargać stołek na miejsce i opaść na siedzisko.

– Kontynuuj, chcę posłuchać – poprosiła, po czym dodała, aby go zachęcić: – Lubię fantastykę.

Wzrok obojga padł na obraz, unoszący się na powierzchni wypełniającego naczynie płynu. Henryk wziął głęboki wdech i spróbował uspokoić zszargane nerwy. Zamknął oczy, odczekał chwilę, po czym uniósł powieki, by spojrzeć na bohaterów tak, jakby zobaczył ich pierwszy raz.

– Nad królestwem Merithu z wolna zapadała noc. Na bezchmurnym niebie widać było miriady gwiazd. Niewielkie punkciki mrugały radośnie do Adory, która siedziała przy rozpalonym pośród trupów ognisku. Dziewczyna odpoczywała po całym dniu mniejszych i większych starć, ciesząc się, że w końcu może złapać oddech i odłożyć broń.

– Nie była sama – wtrąciła Maja, wskazując na pozostałych bohaterów.

Nie przepadała za opisami, zdecydowanie bardziej ciekawili ją ludzie i ich tajemnice, a Henryk doskonale o tym wiedział.

– Nie, nie była sama – kontynuował, uśmiechając się pod nosem. – Tak naprawdę to nigdy, nawet na chwilę, nie zostawała sama. Poza nią przy trzaskających wesoło płomieniach znajdowało się dwóch mężczyzn. Czarnowłosy i barczysty Draks był człowiekiem, a fioletowobrody i niski Grimfort krasnoludem. Jednak, poza widzialnymi towarzyszami, mieli jeszcze takich, których nie dało się zobaczyć.

– Ooo, fajnie – sapnęła Maja.

Dziewczyna uniosła się, opierając łokcie o blat, i klęknęła na krześle, po czym pochyliła się, by lepiej widzieć to, o czym opowiadał Henryk.

– Dhartsher i Dorn utracili własne ciała, więc Adora dzieliła się swoim z ich starymi duszami.

– Kim oni byli?

– Dhartsher była wielką magiczną wilczycą o srebrnym futrze, silnych łapach i odważnym sercu. Dorn zaś złotym smokiem, mądrym i władającym niezwykle potężnymi mocami. Trzyosobowa drużyna w rzeczywistości stanowiła pięcioosobową kompanię, ale istnienie Dhartsher i Dorna skrzętnie ukrywano. Zaledwie kilka osób znało ich tajemnicę, w tym dowódca oddziału, do którego przyszło im należeć.

– Dlatego nie siedzą ze wszystkimi? O tam?

– Między innymi. Hmm… Jakby to ująć? – Henryk zamilkł i podrapał się po brodzie. – W odróżnieniu ode mnie, nie wszyscy darzą Adorę sympatią. To jeden z tych bohaterów, co to się go kocha albo nienawidzi. Ten akurat ma zdecydowanie więcej wrogów niż przyjaciół. Tych drugich można policzyć na palcach dwóch rąk.

– Dlaczego?

– Bo ma głupiego autora! Ot co!

Maja zakrztusiła się, chwyciła za brzuch i roześmiała głośno. Chwilę trwało, nim odzyskała powagę i zdołała zadać kolejne pytanie:

– Jest ciepło?

– Adorze, Draksowi i Grimfortowi? Tak. W końcu ogrzewał ich żar bijący od płomieni. Jednak im dalej od ognia, tym robiło się zimniej. Lato ustępowało pola jesieni, a noce stawały się coraz chłodniejsze. Liście wciąż były zielone, ale powoli zaczynały ciemnieć. Wyczuwały, że zbliża się czas zmiany koloru.

– O czym rozmawiają?

– No i tu zaczynają się schody – mruknął Henryk, uniósł dłoń i potarł poprzecinane bruzdami czoło.

– Ponieważ?

– Za dużo istotnych bohaterów. Tak naprawdę, na tym, końcowym etapie opowieści, głównego bohatera nie ma wcale. Ostatnie rozdziały mogłyby składać się z samych dialogów, a i tak miałyby z tysiąc stron. Cały czas o czymś gadają, nawet jeśli nie otwierają ust.

– Myślałam, że Adora jest główną bohaterką. Chyba powinieneś skupić się na rozmowach, które ona prowadzi.

– Ma duże znaczenie, to prawda, ale pozostali są równie istotni, a czasem nawet ważniejsi.

– To może powinniśmy do nich dołączyć – spytała nieśmiało z nadzieją w głosie.

– W jakim sensie?

– Szafa? Nie będziesz musiał opisywać, co kto: pomyślał, poczuł, powiedział, zrobił, czy kiedy pierdnął, a wyłącznie to, co sam zobaczysz lub usłyszysz.

Maja uniosła dłoń i wskazała stojący w kącie pokoju mebel. Używano go, gdy narrator pełnił jednocześnie funkcję bohatera i musiał znaleźć się we wnętrzu historii.

Stare drzwi drżały, jakby nie mogły doczekać się momentu, gdy zostaną otwarte.

– Bohater może pełnić funkcję narratora. – Henryk, chcąc przemówić do rozsądku młodszej koleżanki, mówił bardzo powoli i wyraźnie, a pod koniec sylabizował, literował i praktycznie krzyczał: – O! Ile! Ta-ki! Bo-ha-ter! Jest! W-Y-M-Y-Ś-L-O-N-Y!

– Sami się wymyślimy – zaproponowała Maja, nie zrażając się ani trochę.

– Mogę iść z wami? – spytałem i poczułem się dziwnie nieswojo, słysząc własny głos.

– Nie! – zawołał Henryk.

– Tak! – wtrąciła Maja.

– Szlag – mruknął Henryk i zaklął pod nosem. – To będzie czyste szaleństwo.

– Oj! Nie psuj zabawy – powiedziała Maja, czując, że już wygrała, i poklepała starszego kolegę po ramieniu. – Będzie dobrze. Co trzech narratorów to nie jeden. Ja wprowadzę trochę romantyzmu, a Tomasz…

– Kilka zroszonych potem czół.

– Nie bądź złośliwy – wykrztusiła, z trudem tłumiąc chichot.

– Mogę być czarodziejem? – spytałem, próbując na szybko wymyślić bohatera, w którego chciałbym się wcielić.

– Możesz, ale takim nie za dobrym. I koniecznie zgodnym z rządzącymi tym światem zasadami – powiedział Henryk i szybko dodał: – Pamiętajcie, że nie wolno nam zbyt mocno ingerować w historię.

– Bo co?! – prychnęła Maja, zadzierając nos. – Zwolnią nas?

Wszyscy troje roześmialiśmy się głośno, gdyż nikt nie mógł nas zwolnić. Autorzy, wydawcy, redaktorzy, korektorzy i czytelnicy, w sumie nikt, kto miał styczność z jakąkolwiek książką, nie wiedział, że jesteśmy prawdziwymi i samodzielnie myślącymi istotami. Przypominaliśmy trochę usłużne krasnoludki, które pojawiały się w niezliczonych bajkach dla dzieci. Działają cicho i skrycie, ale są osoby, które podświadomie wyczuwają ich obecność, a także widzą rezultat ciężkiej pracy. Dokładnie tak samo było z nami, narratorami.

– Nie – burknął Henryk, gdy zdołał nad sobą zapanować. – Ale historia może się rozjechać.

– Z tego, co mówiłeś, wynika, że autor już dostatecznie ją rozjechał. Gorzej nie będzie.

Stary narrator nic już nie odpowiedział, najwyraźniej godząc się z poniesioną porażką, przymknął oczy i zamyślił się głęboko.

– Zobaczysz, będzie dobrze – szepnęła dziewczyna, spojrzała na mnie i spytała: – A więc czarodziej?

– Taak, ale taki bez przesady. Kula ognia, lodowy pocisk, może jakaś magiczna tarcza – powiedziałem i umilkłem na chwilę, po czym, czując ciepło wypływającego na twarz rumieńca, dodałem: – Myślisz, że mogę być blondynem?

– Jasne, ja będę ruda… – zaczęła i urwała, a jej oczy otworzyły się szeroko. – Nie! Wróć! Mam serdecznie dość rudych. Obecnie zajmuję się narracją pierwszoosobową w powieści, gdzie główną bohaterką jest pewna ruda idiotka. Skutecznie obrzydziła mi ten kolor. Nie wiem, czy właśnie taki efekt autor chciał uzyskać, ale ona nie ma mózgu i myśli pipą! Wampir, wilkołak, znów wampir, znów wilkołak, prawnik, przestępca, psychiatra… W dodatku, za każdym razem jest święcie przekonana, że to miłość do grobowej deski! Chyba jeszcze nigdy nie musiałam robić tylu przerw.

Maja złożyła dłonie jak do modlitwy, wypuściła ze świstem powietrze i zawyła z bezsilności.

– A więc stąd ta nagła zmiana? W takim razie dobrze, że nie możemy wymieniać się projektami. Wpuściłabyś mnie w pokrzywy dziewczyno – zaśmiał się Henryk, który najwidoczniej podjął już decyzję co do swojego bohatera. – To może fiolet?

– Co? – sapnęła Maja, jeszcze szerzej otwierając i tak już wielkie ze zdziwienia oczy. – W tym świecie nie ma istot o takim kolorze włosów.

– Demony… – podsunął usłużnie starszy kolega.

– To nie są nijakie i niewiele znaczące… Czyli jednak możemy mieszać?

– Pies drapał autora – warknął Henryk, wzruszył ramionami i dodał: – Szkoda mi tylko tej dziewczyny.

Zmrużyłem oczy i uważniej przypatrzyłem się Henrykowi. Coś z nim było nie tak. Sprawiał wrażenie starszego i bardziej ponurego niż przed rozpoczęciem tego projektu.

– Ja na razie pozostanę przy moim niezbyt potężnym, słomianowłosym czarodzieju – powiedziałem.

Nigdy dotąd nie brałem udziału w narracji pierwszoosobowej i byłem świadom, że doświadczenie mam żadne.

– Skoro mamy wyglądać, jak chcemy, i być, kim chcemy, to ja wybieram leśnego elfa.

– O! – wyrwało mi się, nim zdążyłem nad sobą zapanować.

– O! – powtórzył po mnie Henryk, po czym roześmiał się odrobinę zbyt głośno i sztucznie.

– A ty? – spytała Maja, rzucając starszemu koledze ciekawskie spojrzenie.

– Tajemnica – odpowiedział, puszczając oczko.

Zmilczałem, ale nie podobało mi się, że tak nagle zmienił zdanie. Jeszcze chwilę wcześniej niechętnie i z wielkimi oporami zgadzał się na pomysł Mai, a teraz zdawał się nim wprost zachwycony. Ja natomiast zaczynałem mieć coraz większe wątpliwości, czy dobrze robię, dołączając do ich wyprawy.

– Wszyscy gotowi?

Pokiwałem energicznie głową, na powrót czując podekscytowanie. Na samą myśl o czekającej nas przygodzie, przeszedł mnie przyjemny dreszcz.

– Tylko mi się w narrację nie wcinajcie – mruknął Henryk, bez cienia nadziei w głosie, po czym uniósł palec i dodał: – I uważajcie, żebyście Adorze krzywdy nie zrobili.

Maja i Henryk wstali, a ja niezwłocznie poszedłem w ich ślady. Fotel, na którym dotychczas siedziałem, zniknął, gdy tylko zdążyłem się podnieść. W gabinecie Henryka nie mogło zostać nic, co pochodziło z innej scenerii. To była jedna z zasad prowadzenia narracji. Narrator mógł wprowadzić do otoczenia swoich bohaterów coś, co udogodniło mu pracę, ale nie mógł tego opisać ani tam pozostawić. Więc siedzisko, które sobie wymyśliłem, by nie stać jak kołek przez kilka godzin, musiało opuścić pracownię Henryka.

– Tomek?

Henryk zerknął na mnie z ciekawością. A może podejrzliwością? Nie byłem pewny.

– Tak?

– To… – powiedział i wykonał trudny do opisania ruch ręką. – Są jakieś ćwiczenia?

– Hmm… – mruknąłem, wzruszając ramionami. – Nie trafił mi się żaden projekt, więc postanowiłem potrenować.

– Jest wiele wdzięczniejszych obiektów do nauki.

Starszy mężczyzna skinieniem głowy wskazał na Maję.

– Chciałem poćwiczyć smęcenie i nudne opisy – wyjaśniłem.

Henryk otwierał i zamykał usta, a ja domyślałem się, że miota przekleństwa. Nic jednak nie słyszałem, bo wszystko zagłuszał śmiech Mai.

– Dobra, zaczynamy. Przechodzimy przez szafę.

Henryk podszedł do podniszczonego, dygoczącego jak w febrze mebla i otworzył podwójne drzwi. Za nimi znajdowały się rzędy migających literek, które sunęły w dół z olbrzymią prędkością.

– Zbiórka na skraju lasu, przy tym wielkim kamieniu na zachód od pola bitwy. Tomek? Robiłeś to kiedyś?

– Nie.

O wcielaniu się w bohatera wiedziałem jedynie tyle, ile wspomniał instruktor na wstępnym szkoleniu. Czyli niewiele.

– Wiesz, gdzie jest skała?

Zaprzeczyłem ruchem głowy i pośpiesznie ruszyłem w stronę stojącej na blacie misy. Obraz unoszący się na powierzchni płynu był trójwymiarową mapą usianą punkcikami w różnych kolorach, które przedstawiały lokalizację poszczególnych bohaterów. Wystarczyło pomyśleć o którymś z nich, by widok przybliżył się, w myślach zabrzmiał dźwięk wypowiadanych słów, a przed oczami pojawiły rysunki przedstawiające chaotyczne myśli i barwy emocji. Pochyliłem się nad naczyniem i skupiłem na głównej bohaterce opowieści, by zlokalizować pole bitwy, a także rosnący obok las. Uśmiechnąłem się, wypatrzenie potężnego głazu, o którym mówił Henryk, nie nastręczało najmniejszych trudności.

Czując na sobie zniecierpliwione spojrzenia, czym prędzej wróciłem do dwojga czekających na mnie narratorów. Ponaglony machnięciem ręki zagłębiłem się we wnętrze szafy. Gdy tylko to uczyniłem, otoczyła mnie ciemność i chłód, a żołądek podjechał do gardła, jak w trakcie gwałtownego opadania.

Cały czas było ciemno, w związku z tym długą chwilę zajęło mi zrozumienie, że dotarłem na miejsce. Pogoda zdążyła się zmienić, odkąd Henryk ostatni raz o niej wspomniał. Dotąd czyste i obsypane gwiezdnym pyłem niebo spowiły ciemne, ciężkie od deszczu chmury. Pierwsze, rzadkie jeszcze krople rozbijały się z cichym plaśnięciem o skałę i wsiąkały w moje nieosłonięte niczym, bo nie pomyślałem o kapturze, włosy.

Westchnąłem, spojrzałem w dół i mimo wszystko uśmiechnąłem się na widok szkarłatnych, zdobionych złotą nicią szat. Strój, który miałem na sobie, w każdym szczególe odzwierciedlał to, co sobie wyobraziłem.

Czekałem, coraz bardziej zdenerwowany, mokry i przerażony, a nikt, jak na złość, nie chciał się pojawić. W końcu, gdy zacząłem nabierać pewności, że robią sobie ze mnie żarty, na miejscu zbiórki stawił się Henryk. Taką w każdym razie miałem nadzieję, bo nijak siebie nie przypominał. Wrzasnąłem i odskoczyłem, chcąc znaleźć się jak najdalej od wielkiego, dzierżącego topór barbarzyńcy. Na widok malowideł na twarzy i ludzkich główek nanizanych na sznurek miałem ochotę zemdleć.

– Czyli prezentuję się tak, jak trzeba – podsumował moją reakcję, szczerząc spiłowane zębiska. – W odróżnieniu od ciebie. Wyglądasz, jakbyś się z jakiejś bajki urwał.

– Gdzie jest Maja? – spytałem i rozejrzałem się wkoło, licząc na to, że zaraz wyjdzie zza krzaka, śmiejąc się z nas głośno.

– Dawno powinna tu być, przeszła przede mną – odparł Henryk, marszcząc brwi.

– Myślisz, że coś się mogło stać?

– Nie no skąd, szafa jest w stu procentach bezpieczna, nikt jeszcze nigdy nie zginął.

Niepokój malujący się wyraźnie na twarzy Henryka, nie pozwolił mi uwierzyć w wypowiedziane słowa.

– Czujesz? – spytałem i mocniej wciągnąłem powietrze w nozdrza.

Zakrztusiłem się, zakaszlałem i mało nie zwymiotowałem, gdy straszliwy smród wdarł się aż do płuc. Henryk również zzieleniał, uniósł rękę i ścisnął skrzydełka nosa, próbując choć trochę osłonić się przed dolatującym z krzaków odorem.

– Kiszone gówno, czy co za cholera? – wychrypiał zmienionym głosem.

Choć trudno było w to uwierzyć, zapach nasilał się coraz bardziej. Czułem go prawie na języku, a oczy łzawiły tak mocno, że przestałem widzieć cokolwiek, poza rozmazaną brązowozieloną plamą.

– Za mnie – syknął Henryk, gdy coś zaszeleściło pomiędzy drzewami.

Chętnie skorzystałem z propozycji, zadowolony, że wielkie cielsko znajduje się pomiędzy mną a smrodem i niebezpieczeństwem.

– Kanały, kurwa! – dobiegający z krzaków głos był obcy, ale sposób wypowiadania dziwnie znajomy. – Sami, by się wytaplali w fekaliach, jak mają takie fantazje! Wybiłoby to im z głowy kretyńskie pomysły.

Liście poruszyły się, gałązki trzasnęły, po czym na polanę wyszła człekokształtna istota. To wszystko, co mogłem na jej temat powiedzieć. Cała reszta znajdowała się pod grubą warstwą: odchodów, zgniłych roślin, padliny i bogowie raczą wiedzieć, co jeszcze się w tej brei znajdowało.

– Poznajcie Tessę, najbardziej wkurwiającą bohaterkę wszech czasów, wymyśloną przez największego złamasa! – warknęła, rozkładając szeroko ramiona i obracając się wkoło, byśmy mogli dokładniej ją obejrzeć. – Jestem pewna! W stu procentach! Że oni, wielcy państwo autorzy, siedzą sobie w ogródku, oddychają świeżym powietrzem i kontemplują, popijając sherry z kryształowych kieliszków, a jednocześnie kombinują, jakby tu jeszcze temu bohaterowi dowalić! Może łeb urwać? Sprzedać na targu niewolników? Rozerwać końmi? Na śmierć wybatożyć? Ha ha! W końcu to takie zabawne! Tyle dobrego, że spod tego całego gówna, które mam na sobie, nie widać rudych włosów.

– Miałaś być elfem – mruknął Henryk, przez zaciśnięte usta.

– Wychodzi na to, że nie można mieć dwóch pierwszoosobowych postaci, wygenerowanych jednocześnie – odpowiedziała dziewczyna.

– Możesz mieć słuszność.

– Co robiłaś w ściekach? – spytałem, z trudem panując nad śmiechem.

– Trochę uciekałam przed… a trochę walczyłam z… potworem. – Maja poklepała przerzuconą przez ramię broń i dodała: – To działko świetlne, tylko ono działa na te mendy. Trzeba bardzo uważać. Raz mi jeden rękę odgryzł i cały rozdział musiałam zaczynać od nowa.

– Ciekawa z nas drużyna – mruknąłem.

Przesuwałem wzrokiem od oblepionej fekaliami dziewczyny, przez olbrzymiego barbarzyńcę, skończywszy na sobie i odświętnych szatach.

– Taka niezbyt dopasowana – dodałem.

– I w sumie dobrze – mruknął Henryk, ignorując wiązankę, która opuściła usta Mai. – Jesteśmy nieprzewidywalni i zaskakujący. Niech no się tylko napatoczy ten pierdzielony, podły, mały skurwiel… Damski bokser… Wredny szczur… Diabli pomiot…

Z szeroko otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczami wpatrywaliśmy się w Henryka, który kontynuował swoją wyliczankę. Olbrzym w końcu zamilkł, odetchnął głęboko i zacisnął dłonie tak, że drzewce broni zatrzeszczało w proteście.

– Wybaczcie, chyba mnie trochę poniosło – powiedział, widząc nasze miny. – Ale sami się przekonacie, jakie to wszystko jest wkurzające.

– Nie wiem o kim mowa – mruknęła Maja, po czym uśmiechnęła się krzywo i dodała: – Ale przy odrobinie szczęścia zabiję go smrodem.

– Tomasz, jesteś czarodziejem – zaczął Henryk, po czym wskazał Maję i dodał: – Może pomóż jej się umyć?

– A robił to kiedyś? – spytała podejrzliwie dziewczyna.

– Nie – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

– To ja podziękuję – prychnęła, biorąc się pod boki. – Poczekam, aż poćwiczy na kimś innym. Jeszcze mi łeb urwie albo zamiast w wodzie wykąpie w ogniu…

– Niech będzie, może masz rację – powiedział Henryk i podrapał się po brodzie. – Dobra, co jeszcze? A właśnie, imiona. Eee, niedoszła elfka?

– Mia – warknęła, zadzierając wciąż utytłany nos tak, że prawie celował w niebo. – Przynajmniej się nie pomylicie, a nawet jeśli, to wystarczy odchrząknąć i powtórzyć. U was nie będzie tak łatwo.

– Tim – rzuciłem, nie mając pojęcia, gdzie podziać oczy.

Wolałem nie patrzeć ani na przerażającego olbrzyma, ani na śmierdzącą i brudną dziewczynę.

– H… e… – Henryk zmarszczył brwi i wykrzywił wargi, ale żadna z tych rzeczy nie pomagała w wymyśleniu sensownego miana. – He… n…

– Henryk! – zaproponowała Mia, która, w odróżnieniu ode mnie, szybko przywykła do przerażającego wyglądu mężczyzny.

– Hen… g…

– Hengryk!

– Hengryd – wyjęczał barbarzyńca i odetchnął z ulgą. – Tim, chciałeś ćwiczyć? To proszę cię bardzo.

– Skąd ta nagła zmiana? – spytałem, wyczuwając podstęp.

– Coś czuję, że spacerek po parku to nie będzie.

Musiałem się z nim zgodzić. Wystarczyło na nas spojrzeć i było wiadomo, że coś jest nie tak. Gdyby nie odstraszająca fizjonomia Hengryda i wywołujący mdłości odór bijący od Mii, ledwo rozpoczęta podróż mogłaby się bardzo szybko skończyć.

Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak niebezpieczna była praca narratora i w jak niegościnnym świecie się znaleźliśmy. Autor, za którym tak bardzo nie przepadał Hengryd, lubił dręczyć swoich bohaterów. Za każdym zakrętem, krzakiem, czy wykrotem mogło czaić się jakieś straszydło, czyhające na nieświadomego zagrożenia biedaka.

Na szczęście, ewentualna śmierć jedynie odesłałaby nas z powrotem, ale bolałoby tak, jak powinno. Na samą myśl zrobiło mi się słabo.

Bez dalszego ociągania ruszyliśmy w głąb lasu, kierując się na zachód, w stronę jego skraju.

– Mia – jęknąłem. – Robisz więcej rabanu niż Hengryd.

Idąca przodem dziewczyna potykała się o wszystko, o co można się było potknąć, i klęła głośno, nic sobie nie robiąc z przerażającej ciszy, jaka nas otaczała.

– Ooo – sapnęła, zatrzymała się i poczęła nasłuchiwać. – Gdzie się podziały ptaszki?

– Przepłoszyłaś wszystkie w promieniu pięćdziesięciu mil – prychnął olbrzym.

– Tu nie ma mil – wtrąciłem i umilkłem, gdy gniewne spojrzenie barbarzyńcy spoczęło na mnie.

– W promieniu dwóch staj – poprawił się Hengryd.

Dziwnie wyglądał, przewracając oczami i uśmiechając się półgębkiem. Żadna z tych czynności nie pasowała do przybranej przez niego postaci.

– To jest najgorszy bohater, z jakim miałam do czynienia – jęknęła Mia, załamując ręce. – Ma dwie lewe nogi i nic na to nie poradzę!

Widząc, że dziewczyna tylko czeka na okazję, by wyładować złość, postanowiliśmy zachować milczenie.

Tak po prawdzie to skradanie nie miało najmniejszego sensu, bo wystarczyło posiadać nos, by nas zlokalizować. Mimo to kontynuowaliśmy marsz, starając się omijać gałązki, nie sapać zbyt głośno i licząc na to, że wszyscy w pobliżu mają katar. Zaledwie parę kroków od nas stacjonowała zmęczona długą walką armia, której uwagi nie chcieliśmy przedwcześnie przykuć.

Szedłem na końcu pochodu, nie widząc nic poza szerokimi plecami Hengryda i jego wielkim tyłkiem, który znajdował się na wysokości moich oczu. Deszcz z każdą chwilą przybierał na sile, jakby cały świat postanowił zwrócić się przeciwko nam. W duchu wyzywałem się od kretynów za idiotyczny dobór stroju. Wszystko bym oddał za gruby płaszcz, porządne spodnie i wysokie buty. Westchnąłem, gdy obuta w płócienny pantofel stopa zanurzyła się w błotnistej kałuży.

– Szlag…

Wiązankę, która opuściła moje usta, zagłuszył potworny huk. Zatrzymałem się i zadarłem głowę, próbując dostrzec błysk pioruna pomiędzy zwartymi koronami drzew.

– Co to było? – Głos Mii drżał wyraźnie, choć starała się nad nim panować.

– To tylko burza – mruknąłem, mając nadzieję, że faktycznie tak jest.

– Albo i nie – wtrącił Hengryd.

Przełknąłem ślinę i wysyczałem przez zaciśnięte zęby:

– Cóż innego?

– Wielki troll, smok, olbrzymi zębacz, skalny gigant – Barbarzyńca stał spokojnie i jak gdyby nigdy nic wyliczał, odginając jeden palec po drugim: – Podziemny skrobacz, leśny jaszczur i cholera wie, co jeszcze wymyśli zdziczała moc.

– Zdziczała moc? – spytałem, starając się nie zwracać uwagi na ucisk w żołądku i wspomnienie dawno strawionego posiłku, które powoli podjeżdżało do gardła.

– Siła magiczna – wyjaśnił Hengryd. – Pozostająca poza czyjąkolwiek kontrolą. Szwenda się to, gdzie chce, i zabija wszystko, co chce. Nawet bogowie się jej boją.

Ledwo skończył mówić, a nad lasem przetoczył się kolejny grzmot, łudząco przypominający ryk bestii. Spojrzałem szybko w dół, bo zaczęło mi się wydawać, że ziemia pod stopami drży i jęczy, jakby miała za chwilę pęknąć i uwolnić krwiożerczą poczwarę. Nerwowo przestąpiłem z nogi na nogę, czując miękkość w kolanach.

Odetchnąłem, próbując się uspokoić i przekonać samego siebie, że w krzakach obok nic się nie czai.

– Co teraz? – spytałem, gdy zapanowałem nad głosem na tyle, by nie piszczeć jak mała dziewczynka.

– Idziemy dalej – odparł barbarzyńca, wyżej podnosząc broń. – Mamy misję ratunkową.

Miał rację, musieliśmy uratować główną bohaterkę powieści, przed niecnymi zakusami jej własnego autora. Nie pozostawało nam nic innego, jak kontynuować to, co zaczęliśmy. Zacisnąłem więc zęby, zwinąłem dłonie w pięści i ruszyłem za nimi, z trudem tłumiąc chęć, by pognać przed siebie, wrzeszcząc, jakby mnie stado demonów goniło. Na szczęście Mia, pod wpływem obezwładniającego przerażenia, zdołała zapanować nad swoją niesforną bohaterką, Tessą i prawie nie robiła hałasu.

Za to do nas docierały coraz bardziej niepokojące dźwięki. Spojrzeliśmy po sobie, Hengryd zmarszczył czoło, jakby próbował sobie coś przypomnieć, po czym spojrzał na mnie z przerażeniem w oczach.

– Miało być – zaczął cicho, po czym wrzasnął: – Po! BITWIE!

– Ha! – parsknęła Mia i dodała nie szczędząc sarkazmu: – Przecież on nigdy wcześniej tego nie robił. Co mogło pójść nie tak?! Poza wszystkim?!

– W sumie racja, to moja wina, mogłem przenieść się pierwszy – mruknął Hengryd i podrapał się po głowie.

– Mogę prosić o jakieś wyjaśnienie?

– Nie wystarczy myśleć o miejscu, trzeba pamiętać o czasie.

Olbrzym westchnął, zważył topór w dłoni i wyszedł z lasu.

– Muszę znaleźć jakiegoś trupa – mruknęła Mia, idąc w ślady barbarzyńcy, po czym dodała: – Potrzebna mi normalna broń, przecież nie będę walić do nich z działka. Nie przejmuj się Tim, dla ciebie też coś znajdę.

Mia uśmiechnęła się szeroko i poklepała mnie po ramieniu. Niby widziałem ją, słyszałem i czułem dotyk, ale tak jakoś niewyraźnie. Wpatrywałem się w kompletny chaos, jakim była bitwa i na samą myśl o walce, miałem ochotę zemdleć. Odetchnąłem, czując pierwsze zawroty głowy, zamknąłem oczy i skupiłem się na magii.

– Musimy odnaleźć Adorę! – zakomenderował olbrzym.

– Jesteś czarodziejem – syknąłem do siebie, gdy Hengryd i Mia pognali w stronę walczących.

Zrobiłem krok do przodu, uniosłem dłonie, zamknąłem oczy i skupiłem na znajdującym się w zewnętrznym wymiarze źródle mocy. To był cholernie dziwaczny i niewygodny, w każdym razie dla mnie, system. Jedynie niewielka część mocy maga znajdowała się w jego ciele, sprawiając, że się nie starzało i było praktycznie nieśmiertelne. Po resztę energii trzeba było sięgnąć poza fizyczny świat.

– Kurwa! – mruknąłem, oglądając się na stojącego niczym widły w gnoju Tima.

Potrzebowałem, jako Hengryd, choć na czas bitwy, przejąć od niego narrację. Nie chciałem, by pół rozdziału książki zajmowały: ciemność, szczęk mieczy i inne wyrazy bliskoznaczne, odmienione przez wszystkie przypadki.

Musiałem jednak przyznać, że dzieciak trzymał się całkiem nieźle. Doskonale pamiętałem swoją pierwszoosobową bitwę, choć minęło dobre trzydzieści lat. Zesrałem się, zemdlałem i zginąłem, dokładnie w tej kolejności.

– Aliteracja, Hengrydzie? – wtrąciła Mia.

Tak, aliteracja.

Pisarzom się w dupach poprzewracało, co do tego zgadzałem się w całej rozciągłości. Nie zgiń, nieważne, że nasłałam, bądź też nasłałem, na ciebie przeważające siły wroga. Walcz, jakbyś był natchniony i czytał przeciwnikom w myślach. Wygospodaruj czas, między parowaniem, unikaniem i zabijaniem, na opisanie tego, co się wkoło dzieje. I dobieraj słowa tak, żeby wszystko ładnie brzmiało, dobrze się czytało i aliteracji nie było… Po prostu koncert życzeń.

Przedzierałem się między szeregami walczących, próbując dopchać się do centrum bitwy, znaleźć Łowców i, jak miałem nadzieję, również główną bohaterkę. Tuż za mną podążała Mia, ciągnąć za sobą wyszczerbionego półtoraka, którego, tak jak zapowiadała, ukradła trupowi.

– Jak leziesz?!

– Co tak wali?!

Zachichotałem mimowolnie, słysząc przekleństwa i prawdopodobnie wymioty. Wkoło trochę się działo i było dość głośno, więc tego ostatniego nie mogłem być pewien.

W końcu, tak jak zamierzałem, znalazłem się w centrum akcji. Przede mną tłoczyły się szeregi, niechętnych przeciwników, których jedynie czar zmuszał do kontynuowania walki. Jednak nawet magia nie była dość potężna, by powstrzymać szok na widok Mii i spowodowane smrodem mdłości. Oddział Łowców, do którego się wprosiliśmy, też nie był naszą obecnością zachwycony, ale przegonić nas nie mieli siły.

Odetchnąłem z ulgą, gdy udało mi się zlokalizować ciemną czuprynę Draksa i krótko ostrzyżone włosy Adory, a do uszu doleciały krasnoludzkie przekleństwa. Skupiłem się na walce, bo kolejny ruch należał do autora.

Uniosłem broń i zamachnąłem się na pierwszego z brzegu przeciwnika. Ostrze przeszło przez ramię, klatkę piersiową i zatrzymało na miednicy. Drugiego rąbnąłem pięścią w szyję, w międzyczasie próbując wyrwać topór, który, jak na złość, ugrzązł w kości. Cienka blacha, osłaniająca gardło nieszczęśnika, więcej narobiła szkód niż pożytku. Zabrzęczała, zgięła pod ciosem jak kartka papieru, i wbiła w ciało, prawie odrywając głowę.

Zakląłem, gdy kula ognia przeleciała mi tuż nad głową, prawie parząc skórę. Nie miałem jednak czasu, by szukać miotającego na oślep czarodzieja. Mimo doświadczenia, nabytego podczas przedzierania się przez dziesiątki tysięcy historii na przestrzeni lat, wciąż cholernie łatwo było zginąć. Wystarczył jeden spryciarz, który spróbuje zakraść się na czworaka, między nogami kolegów i dźgnąć w udo…

Spojrzałem w dół, po czym wymierzyłem kopniaka i uśmiechnąłem się, słysząc trzask łamanej kości. Nos delikwenta przemieścił się w głąb czaszki, a oczy wypłynęły na wierzch. Uznałem to jednak za zbyt łagodną karę jak za tak podstępną próbę. Chwyciłem drzewce oburącz, uniosłem je nad głowę i wymierzyłem cios, wkładając w niego całą siłę drzemiącą w zmodyfikowanym ciele, jakie dla siebie wymyśliłem.

Ostrze przeszło przez głowę, pierś, brzuch, a także genitalia żołnierza, który dopiero co zdążył się do mnie dopchać, albo stał grzecznie i czekał, bo autor postanowił roztoczyć nade mną plot armor, ale w to ostatnie szczerze wątpiłem, po czym zaryło się w leżącym u moich stóp trupie, przybijając go do ziemi. Najchętniej poszedłbym z tematem dalej i porąbał go na plasterki, ale czas był wredną mendą i nie chciał się zatrzymać, chociaż na chwilę.

– Uważaj! – krzyknęła Mia i nie czekając na moją reakcję, wbiła sztych miecza w brzuch żołnierza, który próbował zajść mnie od boku.

– Dobrze, mała!

Dziewczyna wyszczerzyła się do mnie, a ja uznałem, że częściej musimy współpracować. Zawsze to trochę łatwiej, jak się ma za plecami kogoś zaufanego, a jak szanowny autor ma odmienne na ten temat zdanie, to niech się buja.

Bitwa trwała w najlepsze i nie wyglądało, by zmierzała ku końcowi. Odciąłem kolejną głowę, nogę, albo rękę, w sumie nie wiedziałem, bo przestałem zwracać uwagę, już jakiś czas temu. Pieruńsko się nudziłem, a posiłki, wychodzące z Drhifast, zdawały się nie mieć końca.

– Kę? – spytałem sam siebie, odrąbując pozbawioną oczu głowę, z której wystawał zsiniały język.

Na moje oko, ten… Eee… Żołnierz… Dawno przestał być żywy. Prawdopodobnie gdzieś, w zeszłym miesiącu.

– Co tu się odpier… – zacząłem, ale Mia weszła mi w słowo:

– Trzeba mieć nasrane we łbie!

Cóż, moja młodsza koleżanka wyczerpała temat.

Mogłem się więc zająć zabijaniem żywych, mniej żywych, całkiem nieżywych, jeszcze bardziej nieżywych i naj najbardziej nieżywych. Jeden to się musiał nawet czołgać, bo zostały mu jedynie ręce, w których trzymał noże.

– Hmm, powtórzenia?

– Autor jest zjarany, bogowie wiedzą czym, a ja mam się jeszcze starać?!

Wyglądało na to, że utkniemy tu na dłużej. Otaczający mnie Łowcy, zaczynali powoli wymiękać, a cały oddział począł się wycofywać.

– Szlag! Hengryd! Hengryd!

Jęknąłem, słysząc znajome nawoływanie. Tim, nie wiedzieć czemu, pchał się do oka cyklonu. Jeden z wijących się w błocie truposzy chwycił czarodzieja za kostkę i pociągnął na ziemię. Czym prędzej ruszyliśmy mu na pomoc, choć nie miałem wielkich nadziei, co do powodzenia tej akcji.

Świst, chrzęst i mlask. Głowa przeciwnika odpadła i zniknęła w plątaninie odrąbanych kończyn. Mimo to Tim wciąż pozostawał uwięziony w stalowym uścisku martwych łap. Zakląłem, odrąbałem truposzowi ręce, ale i to nie pomogło. Palce potwora wciąż zaciskały się na szyi czarodzieja. Przewróciłem oczami i padłem na kolana, a Mia bez pytania poszła w moje ślady.

Rzuciłem broń, chwyciłem zesztywniałe paluchy, próbujące uśmiercić młodego narratora, i zacząłem ciągnąć. Dziewczyna chwyciła drugie łapsko, zaparła się nogami, o coś znajdującego się głęboko pod warstwą błota, i…

W końcu się udało. Poleciałem do tyłu i wyrżnąłem łbem o wystający kamień. Zakląłem i wstałem powoli, czując nasilające się pulsowanie w skroniach. Tylko tego jeszcze brakowało, żeby mnie łeb rozbolał.

– Weźmiesz się w garść Tim, czy dalej mam odwalać za ciebie robotę? – warknąłem, chcąc się jak najszybciej pozbyć niechcianego obowiązku.

Pokiwałem niechętnie głową, zdziwiony, że jeszcze żyję. Hengryd i Mia pochylali się nade mną, on wściekły, a ona rozbawiona. W każdym razie do czasu.

Wstałem, macając spuchnięte gardło, i rozejrzałem, próbując zorientować w sytuacji. Nie wyglądało to różowo. Niebo pokrywały ciężkie od deszczu, grantowe chmury. Hektolitry wody zalewały wszystko, zmieniając pole bitwy w piekielne bagno. Jakby tego było mało, na horyzoncie pojawiło się coś jeszcze.

Zagrzmiało, zadudniło, huknęło…

– Gruchnęło, rozbrzmiało, łupnęło, zaryczało, łomotnęło, zawyło, zaterkotało…

– Słucham? – spytałem, kompletnie nie rozumiejąc, o co Hengrydowi chodzi.

– Podpowiadam – mruknął olbrzym, szczerząc kły w złośliwym uśmiechu. – Tak na wszelki wypadek, jakby ci synonimów zabrakło.

– Teraz!? – wrzasnęła Mia, wskazując monstrum przedzierające się przez pole bitwy. – Zamierzacie się kłócić o pierdoły?!

– To on chciał się szkolić – odparł Hengryd, rozkładając ręce.

– No dobra – jęknąłem, przewracając oczami.

Zagrzmiało, po czym ziemia zajęczała w proteście, a z lasu wypełzła cienista masa.

– Lepiej?

– Ujdzie.

Potwór do złudzenia przypominał pagórek, z najeżoną kolcami przyssawkę zamiast pyska.

– Może to ten olbrzymi zębacz? – spytałem, zerkając z nadzieją na Hengryda. – Ewentualnie, jakby się bardzo uprzeć, to skalny gigant, albo podziemny skrobacz? Chyba że to jakiś nowy eksperyment?

– Chyba to ostatnie – mruknął olbrzym, ale nie wydawał się jakoś szczególnie pewny.

Mia, która ewidentnie miała dość: nas, swojej pracy i świata, jęknęła, przewróciła oczami, ściągnęła przewieszone przez ramię działko, po czym przymierzyła i wypaliła. Kula światła pomknęła w stronę potwora i rąbnęła go prosto w rozdziawiony pysk, co wszyscy, włącznie z nami, skwitowali okrzykiem radości.

Jednak bezczelna bestia, zamiast paść martwa, albo chociaż zostać ciężko ranna, potrząsnęła głową i jakby nigdy nic kontynuowała spacer.

– Tak, jak myślałam – mruknęła. – Równie dobrze mogłabym ziemniakami rzucać.

Potwór zatrzymał się, nachylił nad wychodzącym z miasta oddziałem i wciągnął napędzane magią trupy jak makaron. Coś zagulgotało, potwór zadygotał, po czym rozszerzył się raptownie i ruszył dalej.

– Co to, kurwa, jest?!

Nawet nie zauważyłem kiedy, tuż obok nas, pojawiła się Adora, wraz ze swoimi kompanami.

– Mrokulec – powiedziała Mia. – Na ogół są dużo mniejsze, ale…

– Ale? – spytałem, czując, że odpowiedź mi się nie spodoba.

– Żywią się magią. To pewnie ten, za którym uganiałam się po kanałach – wyjaśniła niechętnie Mia. – Musiało go przenieść razem ze mną.

– I uznał, że trafił do pieprzonego raju – jęknął Hengryd. – Tu wszystko jest z magii!

– Takiego zwrotu akcji, to nawet wyjątkowo głupi autor by nie wymyślił – mruknąłem, zastanawiając się, co dalej, i przyglądając biegającym w panice żołnierzom.

Z każdą chwilą potwór znajdował się coraz bliżej. Wciąż jednak żerował na wrogich jednostkach, więc nikt nie palił się do walki.

Zmarszczyłem czoło i spojrzałem w prawo, czując, że coś ciągnie mnie za rękę. Wrzasnąłem i odskoczyłem, widząc pozbawionego głowy trupa. Obawiałem się, że ten obraz będzie mi się śnił po nocach. Nawet gdy zamknąłem oczy, wciąż widziałem strzaskany kręgosłup, wystający ze szkarłatnej brei, która jeszcze niedawno była szyją.

– Nie pokonacie go sami – głos, który rozbrzmiał w mojej głowie, był zimny, pozbawiony jakichkolwiek emocji i pełen okrucieństwa.

– Był zimny albo pozbawiony emocji lub pełen okrucieństwa – warknął Hengryd. – Zdecyduj się!

– Czytelnik może sobie wybrać – mruknąłem, czując narastającą irytację.

– Nie! Nie może!

– Co to za dziwolągi? – Głos powrócił i nie miałem wątpliwości, że pyta o nas. – Macie takie niedobory, że przyjmujecie każdego popaprańca, jaki się zgłosi?

– Co proponujesz Nowah? – spytała Adora, ignorując pozostałą część wypowiedzi.

Młoda, szarowłosa kobieta zerknęła na nas i uniosła brew. Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć jej twarz z bliska i zrozumiałem, dlaczego Henryk, który lubował się w długich opisach, tym razem był taki oszczędny. Draksowi i Grimfortowi poświęcił zaledwie parę słów, a towarzyszącej im dziewczynie praktycznie żadnego.

Adora wyglądała niewiele lepiej od zwłok, zaścielających pobojowisko. Jedynie stalowoszare oczy błyszczały żywo w zsiniałej twarzy. Nie potrafiłem oderwać wzroku od starych blizn, tworzących wzór na policzku. Ktoś, kogo wolałbym nigdy nie spotkać, poprowadził ostrze z pietyzmem i starannością, tak, by każde spojrzenie w lustro przypominało przeżyty koszmar.

– Mogę go odciągnąć od źródła pożywienia. I przyślę wam pomoc.

– Co on nagle taki pomocny? – mruknął Draks, a jego czoło przecięła głęboka zmarszczka.

– Wie, że jeśli nie zabijemy tego stwora teraz, to wkrótce będzie dość silny, by zniszczyć nawet jego – odpowiedziała Adora, uśmiechając się lekko. – Nowah nie robi tego dla nas, tylko dla siebie.

– A więc rozejm?

– W sumie nie mnie powinieneś pytać… ale, że nie ma czasu na narady… Tak, chwilowy rozejm. Rób swoje. – Widać było, że Adora niechętnie przystaje na propozycję wroga, jednak miała rację, nie było czasu na zastanawianie, gdyż monstrum uparcie parło do przodu. Bohaterka wskazała na trzymaną przez Mię broń i spytała: – Można go tym zabić?

– Obawiam się, że jest już zbyt silny – odpowiedziała Mia, krzywiąc się i rozkładając ręce.

– Co tam się dzieje? – spytał Hengryd, wskazując kręcącego się w kółko potwora.

Zdążyło zrobić się cholernie ciemno, niełatwo więc było wypatrzyć niewielką postać, za którą w pogoń rzucił się stwór.

– Dużo, baaardzo dużo magii – odpowiedziała Adora, uśmiechając się szeroko. – Przynęta zadziałała, teraz kolej na nas.

– Oby go tylko nie dogonił, bo będziemy mieli…

Draks nie dokończył, potwór nagle skoczył i…

– Zapomniałam wspomnieć, że ma teleportowanie na krótki dystans w standardzie – wymruczała Mia pod nosem, gdy monstrum zniknęło i pojawiło się przed przynętą, która nie zdążyła wyhamować i wpadła prosto do pyska.

– Kurwa! – krzyknął Hengryd. – Wygrałaś. Twój autor jest gorszy od mojego!

– To był jakiś konkurs? – spytałem, unosząc brew.

– Co to jest? – Grimfort wskazał plamę światła, która pojawiła się znikąd i otoczyła potwora, zamykając go jak w klatce.

Wokół niej kręciły się wysokie postacie, od których falami promieniowała magia. A konkretnie to bardzo dużo magii.

– Nie, tylko nie to – jęknął Draks.

– Niby bogowie a mądrością nie grzeszą… – mruknęła Adora, przewracając oczami.

– Catering – parsknął Hengryd, z ponurą miną wpatrując się w bogów, zjadanych jeden po drugim.

Wydawało mi się, że minęła ledwo chwila, a w tym czasie potwór urósł do rozmiarów sporego miasta. Jego cieniste cielsko rozlało się, zajmując większość pola pomiędzy lasem za nami a odległym horyzontem. Jedyne, co mogliśmy robić, to wycofywać się krok po kroku i przyglądać mu się z coraz większym przerażeniem. Koniec zdawał się nieuchronny.

Nagle zrobiło się kompletnie ciemno, a ja nabrałem pewności, że właśnie, zamiast go poprawić, zniszczyliśmy świat. Pomimo strachu odetchnąłem z ulgą, czując dotyk chłodnych palców, i słysząc obce głosy. To oznaczało, że jacyś ludzie naszą pomoc przeżyli.

Ktoś szarpnął mnie za ramię, obce dłonie dotknęły twarzy. Zakrztusiłem się i próbowałem splunąć, ale coś przylgnęło do ust i nosa utrudniając oddychanie. Jęknąłem, przez chwilę leciałem w powietrzu, po czym zderzyłem się z czymś twardym i lodowatym. Dotyk powrócił, a ściskająca twarz maska zniknęła.

– I co ja mam z wami zrobić?

Zamrugałem, rozejrzałem się i westchnąłem, dostrzegając Mię i Hengryda, żywych i całych, klęczących obok mnie.

Pomieszczenie, w którym się znaleźliśmy, było niewielkie, oświetlone brzęczącymi świetlówkami…

– Po prostu świetlówkami – wyszeptał Hengryd.

Wyglądało na to, że nawet w kryzysowym momencie, nie zamierzał przestać mnie pouczać. Dla świętego spokoju, westchnąłem, przewróciłem oczami i zacząłem jeszcze raz:

Pomieszczenie, w którym się znaleźliśmy, było niewielkie, oświetlone świetlówkami i zastawione elektronicznym sprzętem. Całą ścianę, znajdującą się za plecami dziwnej, ciemnoskórej…

– Po cholerę ta dziwna?

Czułem się jak na jakimś nienormalnym dyktandzie. Z trudem przełknąłem przekleństwo i zacząłem jeszcze raz, w duchu modląc się o to, by już mi nie przerywano:

Całą ścianę, znajdującą się za plecami ciemnoskórej kobiety, pokrywały monitory. Widoczne na nich obrazy nie były zachęcające. Przedstawiały ludzi, w szarych uniformach, uzbrojonych w działka przypominające to przerzucone przez ramię Mii, którzy uganiali się za większymi i mniejszymi Mrokulcami. Wyglądało na to, że namieszaliśmy i to dużo bardziej, niż ktokolwiek mógł zakładać.

Z trudem oderwałem wzrok od ekranów i powędrowałem nim w stronę spoczywającego na konsoli pistoletu. Znajdował się niepokojąco blisko palców kobiety, która postanowiła nas uprowadzić.

Nie miałem pojęcia, o co tu chodzi ani nie mogłem sobie przypomnieć, żebym ją już kiedyś widział. Ciemna, hebanowa…

– Albo ciemna, albo hebanowa…

– Aaaaaaaaa! – wrzasnąłem i uniosłem ręce.

Odetchnąłem głęboko kilka razy i kontynuowałem dopiero, gdy poczułem się trochę lepiej:

Hebanowa skóra, czarne, zaplecione w warkocz włosy i, niepokojąco znajome, stalowoszare oczy.

– Adora? – spytałem, sam sobie nie dowierzając, po czym pochyliłem się w stronę Hengryda i szepnąłem: – Kontynuacja?

– Dawno mnie tak nie nazywano – odpowiedziała Adora, marszcząc brwi.

– Widać autor jeszcze nie ma dość… – mruknął pod nosem Hengryd. – Mógłby się łaskawie zachlać na śmierć, wpaść pod samochód, czy coś w tym guście.

– Galu? Mam ich zabić?

Mało nie podskoczyłem, gdy zimny, kobiecy głos rozległ się nad moją głową. Skrzywiłem się i wygiąłem, próbując dostrzec czające się za plecami niebezpieczeństwo. Zakląłem i krzyknąłem, zanim zdążyłem nad sobą zapanować, na widok wysokiej istoty, o długich rogach, pokrywających całe ciało łuskach i błoniastych skrzydłach.

– Eee – mruknęła Mia, ruchem głowy wskazując jeden z ekranów. – Czy to nie ja? Tfu, znaczy Tessa?

Faktycznie. Na monitorze pojawiła się rudowłosa dziewczyna, wyjątkowo nieutytłana w gównie.

– Hmm – mruknął Hengryd i dodał, ledwo poruszając ustami: – To pewne rzeczy wyjaśnia.

Spojrzałem na niego, znów kompletnie nie rozumiejąc, o czym mówi.

– Większość książek, które ostatnio dostajemy, to dzieła całkowitych odszczepieńców, ale teraz na tapecie mamy dwa, naprawdę skrajnie nienormalne projekty. Ten sam autor… i wszystko staje się jasne.

– Jeszcze nie, Wijhra – Gala, czy też Adora, obdarzyła nas zmęczonym spojrzeniem. – Obcięłaś im języki?

– Nie.

– Kto was nasłał?

Nie krzyczała, a mimo to ciarki przebiegły mi po plecach.

– Nikt nas nie nasłał – odpowiedział pośpiesznie Hengryd. – To był mój pomysł.

– To po jaką, kurwa, cholerę się wtrącacie?! – wrzasnęła, a ja odetchnąłem z ulgą. – Spałam sobie spokojnie, aż tu nagle, w mój umysł, wbijają się dziesiątki płonących ostrzy! Nigdy takiej migreny nie miałam! A o bólu co nieco wiem! I te obrazy! Ludzie, których jeszcze chwilę wcześniej nie znałam. Wydarzenia, które nie miały miejsca. I potwory, jakie w tym świecie nie istniały! Czy wy w ogóle myśleliście?!

– Ja – zaczął Hengryd i szybko skończył, widząc, że rozwścieczona kobieta się zbliża: – Ja nie myślałem.

– Zauważyłam – prychnęła, pochylając się nad nim. – Każda, najdrobniejsza nawet zmiana w przeszłości, ma wpływ na przyszłość. A to, co swoim pojawieniem się zrobiliście, małą zmianą nie było!

– Nie chciałem, żeby cię zabili. Miałem zabić Samotnika, ty miałaś pokonać Nowah i żyć…

Hengryd nareszcie zdradził swój skrzętnie ukrywany plan, a ja nie poczułem się jakoś szczególnie zdziwiony. Od początku było widać, że stary narrator zadurzył się w młodej bohaterce, tylko nie wiedziałem, że aż tak bardzo.

– Długo i szczęśliwie?

Adora, czy też Gala, westchnęła i machnęła ręką, pozwalając opaść pętającym nas więzom.

– Czas jest względny, życie i śmierć również. Nie zawsze to, co nam się wydaje, jest takie w rzeczywistości – powiedziała łagodniej i wróciła na swoje miejsce. – Nie każda ścieżka jest prosta i wygodna. Zdarza się, że trzeba wejść po stromych, pełnych dziur i pułapek schodach. Jednak, jeśli nie zdobędziesz się na wysiłek i nie wejdziesz na nie, nigdy nie zobaczysz, co jest na szczycie. Wiem, jak dziwnie to zabrzmi, ale muszę tam, w przeszłości, umrzeć. Ta śmierć jest mi niezbędna jak kolejny stopień.

Umilkła na chwilę, uśmiechnęła się i machnęła ręką.

– Dość o pierdołach. Powiedzcie mi, co zamierzacie zrobić, żeby pozbyć się tych tutaj? – spytała, wskazując na widoczne na ekranach potwory.

– Jesteśmy w przyszłości, tak? – Na twarzy Mii pojawił się podejrzanie radosny uśmiech.

– Owszem.

– Możecie nas cofnąć, w dowolne miejsce i czas?

– Wymaga to sporo mocy… ale tak.

– Wiem, co musimy zrobić, co ja muszę zrobić, żeby to odkręcić – powiedziała Mia, po czym zerknęła na Hengryda i szepnęła: – Wisisz mi przysługę.

– Dobrze, więc Wijhra was zabierze, musicie tylko pomyśleć, gdzie i kiedy chcecie trafić.

Zakląłem i mało nie zwymiotowałem, bo po raz wtóry wszystko, co fizyczne, zniknęło. Zachwiałem się, gdy stopy na powrót dotknęły twardego podłoża i zapewne bym upadł, gdyby nie pomocna dłoń Wijhry.

– Będę was miała na oku – mruknęła demonica i rozpłynęła się w powietrzu, wciąż jednak dało się wyczuć jej obecność.

– Jaki masz plan? – spytał Hengryd, przyglądając się Mii podejrzliwie.

– Banalnie prosty – prychnęła, uśmiechając się szeroko. – Wal. Raz a porządnie, poproszę.

Zanim zdążyłem pojąć, co się święci, i jakoś zareagować, Hengryd uniósł topór, zamachnął się i wymierzył cios. Odcięta głowa podskoczyła, spadła z karku i poturlała się w krzaki. Krew trysnęła na wszystkie strony, obryzgała mi oczy i wpadła do otwartych ust. Słyszałem własny krzyk, który zdawał mi się dziwnie obcy i odległy, a chwilę później znów wszystko zniknęło.

– Mam dość! – wrzasnąłem.

Stałem wraz z Henrykiem, w jego gabinecie. Na krześle przy stoliku siedziała Maja i rozcierała gardło. Przełknąłem ślinę i potrząsnąłem głową, chcąc przegnać obraz, który mimo woli pojawił się przed moimi oczami.

– Dość! Przygód! Fantastyki! Bohaterów! Jak ja się cieszę, że nie dostałem projektu! – Bałem się, że jeśli tego wszystkiego z siebie nie wyrzucę, to w końcu pęknę.

Ledwo skończyłem mówić, coś łupnęło mnie prosto w łeb i nabiło potężnego guza, po czym z hukiem spadło na podłogę. Mało się nie rozpłakałem na widok leżącej u stóp misy. Takiej samej, jak ta, z której korzystał Henryk. Z tą różnicą, że na wierzchu mojej unosił się całkiem inny obraz, a w jego centrum stała ciemnoskóra, szarooka dziewczynka, kłócąca się z trochę już posiwiałym Grimfortem.

– Trzeba było nie zazdrościć Henrykowi – mruknęła Maja, zaglądając mi przez ramię i śmiejąc się głośno.

Koniec

Komentarze

Pierwszy! Ale za dużo nie będę się rozpisywać, bo w becie wystarczająco marudziłem :-) Mnie się podoba!

krzkot1988 to nie było marudzenie, a stwierdzanie faktów ;)

Drugi. Od początku pisał miś w becie, że mu się podoba i nie mógł się nadziwić, że tak długo nie wypuszczasz tekstu z bety. Masz teraz gwiazdki od misia, a jak Ci będzie potrzebny klik, to zdobędzie się na ‘merytoryczny’ komentarz.

Koala75 dziękuję Misiu :) ( nie wiem, co to za klik, ale z góry dziękuje również za “merytoryczny” komentarz) ;) 

Pokręcone i w moim guście.

Dzięki Nova :) na ogół nie pisze takich tekstów, ale chciałam się trochę wyszaleć :)

Ubawiłam się, faktycznie pokręcone, ale też oj, jak ja rozumiem narzekanie Henryka. Jest trochę niepotrzebnych przecinków, ale bawiłam się na tyle dobrze, że nie zatrzymałam się, by wyłapać, niestety musisz liczyć na wizytę Reg ;)

Zdziwił mnie trochę ten dialog:

– Tomek?

Henryk zerknął na mnie z ciekawością. A może podejrzliwością? Nie byłem pewny.

– Tak?

– To… – powiedział i wykonał, ciężki do opisania ruch ręką. – Są jakieś ćwiczenia?

– Hmm… – mruknąłem, wzruszając ramionami. – Nie trafił mi się żaden projekt, więc postanowiłem potrenować.

bo pojawia się dość późno w tekście; wydaje mi się, że miałby więcej sensu na początku – chociaż rozumiem, że miał stanowić wstęp do żartu z Majką.

Ale poza tym, miodzio!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Miś nie miał wiele pracy jako betownik. Spodobał mu się pomysł na trójkę narratorów i włączenie ich do przygód bohaterów opowiadania, a właściwie zrobienie z nich najważniejszych postaci. 

Wszyscy troje roześmialiśmy się głośno, gdyż nikt nie mógł nas zwolnić. Autorzy, wydawcy, redaktorzy, korektorzy i czytelnicy, w sumie nikt, kto miał styczność z jakąkolwiek książką, nie wiedział, że jesteśmy prawdziwymi i samodzielnie myślącymi istotami. Przypominaliśmy trochę usłużne krasnoludki, które pojawiały się w niezliczonych bajkach dla dzieci. Działają cicho i skrycie, ale są osoby, które podświadomie wyczuwają ich obecność, a także widzą rezultat ciężkiej pracy. Dokładnie tak samo było z nami, narratorami.

Pomysłowe i z humorem przeniesienie narratorów do świata konstruowanego przez autora i z powrotem oraz dystans do niektórych pomysłów tegoż autora przywołują uśmiech. Rzeczywiście nie brakuje w opowiadaniu krwawych scen i trupów oraz tworów fantastycznych, lecz jest to logicznie uzasadnione pomysłami autora fabuły, w której znaleźli się narratorzy. Sympatyczne jest, że wielokrotnie pojawia się w tekście nienachalny humor. Koncept autorki opowiadania i tekst zasługują zdaniem misia na wysłanie tekstu do biblioteki. Klik.

Jako betujący mogę powiedzieć, że prace nad tekstem były burzliwe i pełne nowych pomysłów ze strony autorki. Według mnie czytelnik dostaje tu najlepsza wersję tekstu. Dobrze zbalansowana jest tu akcja, humor i interakcje narratorów, które stanowią najsilniejszy punkt opowiadania.

Najbardziej podobało mi się, że autorka z właściwie dwóch kompletnie różnych tekstów stworzyła jeden, który jest spójny i łączy najlepsze elementy że wszystkich pomysłów. Miło mi, że ten tekst będzie moją pierwszą nominacja do klika :-)

Anoia dzięki :) cieszę się, że dobrze się bawiłaś czytając tekst. Najostrzejsza walka na becie była chyba właśnie z przecinkami, widać niestety nie wszystkie udało się wyłapać ;).

 

– Tomek?

Henryk zerknął na mnie z ciekawością. A może podejrzliwością? Nie byłem pewny.

– Tak?

– To… – powiedział i wykonał, ciężki do opisania ruch ręką. – Są jakieś ćwiczenia?

– Hmm… – mruknąłem, wzruszając ramionami. – Nie trafił mi się żaden projekt, więc postanowiłem potrenować.

bo pojawia się dość późno w tekście; wydaje mi się, że miałby więcej sensu na początku – chociaż rozumiem, że miał stanowić wstęp do żartu z Majką.

 

Hmm ten dialog to taka w sumie zawoalowana złośliwość?

Standardowa scenka wyglądałaby tak:

Zapracowany bohater w biurze, do którego wchodzi gość, siada w kącie i siedzi. Nic nie mówi, nie przeszkadza za bardzo, więc bohater go ignoruje. Następnie w biurze pojawia się nowa osoba, z którą bohater zaczyna prowadzić przyjazną konwersacje. Siedzący w kącie gość jest jak piąte koło u wozu, nikt nie zwraca na niego uwagi, chyba że jest to absolutnie koniecznie. Bohater kończy rozmowę i udaje się do wyjścia, ale coś mu się nagle przypomina. Staje w progu, obraca się do wciąż siedzącego w kącie gościa i pyta:

– A pan to właściwie, po co przyszedł?

 

Dlatego pytanie: co Tomasz właściwie robi, pada tuż przed opuszczeniem gabinetu. Nie był dość istotny, żeby Henryk wcześniej się tym zainteresował xd

 

Koala75krzkot1988, dziękuję za klika i za nominację do klika, ale macie pojęcie, jak sztucznie to brzmi? xd Pewnie dlatego, że dziwnie mi się czyta, jak piszecie o mnie w mojej obecności, ale nie do mnie xd

Jako betujący pojawiłem się późno w procesie i zdaje się, że opublikowana wersja tekstu nie różni się bardzo od tej, którą miałem przyjemność komentować wcześniej.

Pomysł fabuły, w której bohaterowie robią nazwiązania do opowiadanej historii nie jest nowy. Oryginalny jest za to szalony sposób pokazania wydarzeń, łączący się z zabiegiem wprowadzenia do historii kilku równorzędnych narratorów, którzy zmieniają się rolą prowadzącego opowieść. O sile tekstu stanowi przeplatanie się humoru i żywych dialogów, z pędzącą do przodu, barwną akcją. Ogromne pokłady wyobraźni autorki robią wrażenie. Język opowiadania jest swobodny i bogaty.

Opowieść miejscami może czytelnika ponieść jak roller coaster, lecz jeżeli pozwolimy sobie na odrobinę utraty kontroli, lektura przyniesie sporo satysfakcji!

 

Pozdrawiam!

kronos.maximus dziękuję :) 

– A pan to właściwie, po co przyszedł?

 

Dlatego pytanie: co Tomasz właściwie robi, pada tuż przed opuszczeniem gabinetu. Nie był dość istotny, żeby Henryk wcześniej się tym zainteresował xd

Z tym, że on już wcześniej się tą jego narracją zainteresował, bo np. beształ go za zroszone potem czoła itd. Trochę mnie więc zdziwiło, że słyszy, komentuje i dopiero po tylu dialogach rzuca tę złośliwość. Ale nie upieram się, jeśli nikomu innemu to nie przeszkadza :)

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

O, widzę, że czerwiec to miesiąc opowiadań o pisaniu opowiadań ;)

– Kiszone gówno, czy co za cholera?

Cudne :)

Namieszali ci narratorzy jak cholera :) Ale bawiłam się przy tym mieszaniu dobrze. Trochę pierwsze przekazanie narracji wybiło z rytmu, ale potem już szło płynnie. Podobało mi się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irka_Luz Dziękuję za komentarz :). Ja się dobrze bawiłam przy pisaniu tego opowiadania i cieszy mnie bardzo, że czytelnicy bawią się przy nim równie dobrze :). Chyba muszę częściej pozwalać sobie na literackie szaleństwo :).

Cześć, Adora!

 

To ja, Twój piątkowy dyżurny!

Mimo doświadczenia, nabytego na podczas przedzierania się

o co tu chodzi ani +nie mogłem sobie przypomnieć,

Więcej grzechów nie znalazłem, za wszystkie proszę żałować!

Hmm… z czytelniczego totolotka wylosowałaś klasykę: mam mieszane uczucia.

Z jednej strony naprawdę spoko, bo jest zamysł, fajnie w to wchodzą różni narratorzy, ale odnoszę wrażenie, że osią opowieści stała się bitwa, a nie same bolączki narratorów. Czy może krócej – trochę rozwleczone :P

Gdyby nieco poprzycinać opisy walk (choć z pewnością są dla każdego narratora bardzo istotne) i wędrówki, dostalibyśmy więcej esencji, która teraz utonęła w opisie. W dodatku w opisie fragmentu fantasy :P

Ja jestem wielkim fanem dzielenia tekstu asteryskami, ale tutaj ich brak nawet chyba wyszedł tekstowi na dobre, bo potęguje chaos, który wręcz musi w opowiadaniu się znaleźć.

Ogólnie całkiem spoko – nie masz się co wstydzić i śmiało pisz więcej nie-szortów, nie-drabbli i nie-fragmentów :D

 

Edytka: a w ogóle to tekst skojarzył mi się ze “Słowodzicielką” naszej portalowej Cet – czytałaś?

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Moje zdanie też znasz z bety, więc rozpisywać się nie będę. Trochę wybija momentami chaos narracyjny, ale trzymasz go w ryzach na tyle, że mocno pogubić się nie da rady, jesli czyta się uważnie :)

Fajne, dobrze napisane opowiadanie, dlatego klikam :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Hej, Krokus!

Więcej grzechów nie znalazłem, za wszystkie proszę żałować!

Poprawię, gdy tylko znajdę chwilkę ;), ale jakbym nic nie zjadła to bym była głodna, więc żałować nie będę ;)

 

Gdyby nieco poprzycinać opisy walk (choć z pewnością są dla każdego narratora bardzo istotne) i wędrówki, dostalibyśmy więcej esencji, która teraz utonęła w opisie. W dodatku w opisie fragmentu fantasy :P

Kocham klasyczne fantasy, wiec musisz mi wybaczyć, bo będzie się w moich tekstach pojawiało często i gęsto xd Narratorzy bez historii są niczym, dopiero na tle historii nabierają kolorów i znaczenia, więc to, co się dzieje wokół nich, jest równie istotne jak oni sami :) Poza tym lubię opisywać walkę ;)

 

Ogólnie całkiem spoko – nie masz się co wstydzić i śmiało pisz więcej nie-szortów, nie-drabbli i nie-fragmentów :D

Dzięki xd nienawidzę: opowiadań, szortów, ogólnie wszystkiego, co zmusza do zamknięcia myśli w mniejszej ilości znaków niż kilkaset tyś xd 

Edytka: a w ogóle to tekst skojarzył mi się ze “Słowodzicielką” naszej portalowej Cet – czytałaś?

Niestety nie :) dopiero zapoznaję się z tekstami na forum i zaczynam od tych nowszych ;)

 

Outta Sewer dziękuję :) Za betę, za dobre słowo i za kilka rzecz jasna :) 

 

Pozdrawiam!

 

 

 

Edytka: a w ogóle to tekst skojarzył mi się ze “Słowodzicielką” naszej portalowej Cet – czytałaś?

Niestety nie :) dopiero zapoznaję się z tekstami na forum i zaczynam od tych nowszych ;)

To nie tak :P chodzi mi o książkę, która była nominowana do Zajdla ;)

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Krokus, niestety nie xd

Adoro, moją opinię już znasz z bety, teraz tylko powtórzę najważniejsze atuty. Miałaś dobry pomysł na pokazanie postaci narratorów w opowiadaniu. Z dużą dozą humoru pokazujesz typowe błędy pisarzy oraz konsekwencje dla utworów. Wykreowałaś trójkę ciekawych bohaterów, dobrze radzisz sobie z prowadzeniem akcji na płaszczyźnie zdarzeń ze świata fantasy, a jednocześnie – obserwowania tego świata przez narratorów, którzy dodatkowo są zanurzeni w wydarzeniach.

Obawiam się, Adoro, że opowiadanie do mnie nie trafiło.

Owszem pojmuję Twój zamysł, ale nie mogę pozbyć się wrażenie wszechobecnego chaosu, doskonale utrudniającego śledzenie akcji, rozwleczenia i przegadania, że o mnożących się postaciach nie wspomnę.

Wspomniałaś w jednym z komentarzy, że dobrze się bawiłaś pisząc to opowiadanie, a ja nie ukrywam, że wolę, kiedy autor tworzy w mękach, a czytelnik dostaje dzieło, które go rzuca na kolana. W tym przypadku tak się nie stało. :(

Wykonanie, niestety, pozostawia nieco do życzenia.

Mam nadzieję, że lektura Twoich przyszłych opowiadań będzie bardziej satysfakcjonująca.

 

w wej­ściu sta­nę­ła młoda dziew­czy­na o dłu­gich, fio­le­to­wych wło­sach. → Zbędne dopowiedzenie – dziewczyna jest młoda z definicji.

 

mi już ręce opa­da­ją. → …mnie już ręce opa­da­ją.

 

– Cho­ciaż, jakby się bar­dzo uprzeć, to może da­ło­by się to pod­cią­gnąć pod ja­kieś urban fan­ta­sy. Po­ja­wia się parę wil­ko­ła­ków, wam­pir, po­two­ry, ale i tak wsio kręci się wokół seksu. → Lekka siękoza.

A może: – Cho­ciaż, jakby się bar­dzo uprzeć, to można by to pod­cią­gnąć pod ja­kieś urban fan­ta­sy. Mamy parę wil­ko­ła­ków, wam­pira, po­two­ry, ale i tak wsio kręci się wokół seksu.

 

Dziew­czy­na unio­sła się, pod­pie­ra­jąc łok­cia­mi o blat… → Dziew­czy­na unio­sła się, o­pie­ra­jąc łok­cie o blat

Podpieramy się czymś, np. laską; o coś możemy się oprzeć.

 

Jakby to ująć?– Hen­ryk za­milkł… → Brak spacji po pytajniku.

 

Chwi­lę za­ję­ło, nim od­zy­ska­ła po­wa­gę→ Chwi­lę trwało, nim od­zy­ska­ła po­wa­gę

 

Maja unio­sła dłoń i wska­za­ła na sto­ją­cy w kącie po­ko­ju mebel. → Maja unio­sła dłoń i wska­za­ła sto­ją­cy w kącie po­ko­ju mebel.

Chcąc zwrócić czyjąś uwagę na coś, wskazujemy to, nie na to.

 

Wpu­ści­ła­byś mnie w po­krzy­wy dziew­czy­no.Za­śmiał się Hen­ryk… → Wpu­ści­ła­byś mnie w po­krzy­wy dziew­czy­no – za­śmiał się Hen­ryk

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi.

 

– O! – Wy­rwa­ło mi się… → – O! – wy­rwa­ło mi się

 

– O! – Po­wtó­rzył po mnie Hen­ryk→ – O! – po­wtó­rzył po mnie Hen­ryk

 

– To… – po­wie­dział i wy­ko­nał, cięż­ki do opi­sa­nia ruch ręką.– To… – po­wie­dział i wy­ko­nał trudny do opi­sa­nia ruch ręką.

 

by widok przy­bli­żył się, w my­ślach roz­legł dźwięk wy­po­wia­da­nych słów… → A może: …by widok przy­bli­żył się, w my­ślach zabrzmiał dźwięk wy­po­wia­da­nych słów…

 

osło­nić się przed do­bie­ga­ją­cym z krza­ków odo­rem. → O odorze powiedziałbym raczej: …osło­nić się przed dolatującym z krza­ków odo­rem.

 

wark­nę­ła, roz­kła­da­jąc sze­ro­ko ra­mio­na i ob­ra­ca­jąc wkoło… → Co obracała?

 

po czym wska­zał na Maję i dodał… → …po czym wska­zał Maję i dodał

Wskazujemy kogoś, nie na kogoś.

 

Wes­tchną­łem, gdy obuta w płó­cien­ne pan­to­fle stopa za­nu­rzy­ła się w błot­ni­stej ka­łu­ży… → W ile pantofli była obuta jedna stopa?

 

sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwagi na ucisk w żo­łąd­ku i wspo­mnie­nie dawno stra­wio­ne­go po­sił­ku, które po­wo­li pod­jeż­dża­ło do gar­dła. → Czy dobrze rozumiem, że wspomnienie podjeżdżało do gardła?

 

czu­łem dotyk, ale tak jakoś nie wy­raź­nie. → …czu­łem dotyk, ale tak jakoś niewy­raź­nie.

 

W koło tro­chę się dzia­ło→ Wkoło tro­chę się dzia­ło

 

– Do­brze, Mała! → Dlaczego wielka litera?

 

Wsta­łem, trzy­ma­jąc się za spuch­nię­te gar­dło i ro­zej­rza­łem, pró­bu­jąc zo­rien­to­wać w sy­tu­acji. →  Chyba chciałaś uniknąć siękozy, skutkiem czego zastanawiam się, co rozejrzał i co próbował zorientować.

Proponuję: Wsta­łem, dotykając spuch­nię­tego gar­dła/ macając spuchnięte gardło i spojrzałem wokół, pró­bu­jąc zo­rien­to­wać się w sy­tu­acji.

 

– Teraz!? – wrza­snę­ła Mia, wska­zu­jąc na mon­strum→ – Teraz!? – wrza­snę­ła Mia, wska­zu­jąc mon­strum

 

Wy­glą­da­ła jak prze­miesz­cza­ją­cy się pa­gó­rek, tylko taki tro­chę dziw­ny, z py­skiem wy­glą­da­ją­cym jak… → Nie brzmi to najlepiej.

 

albo cho­ciaż zo­stać cięż­ko ranną… → …albo cho­ciaż zo­stać cięż­ko ranna

 

spy­tał Hen­gryd, wska­zu­jąc, na krę­cą­ce­go się w kółko po­two­ra. → …spy­tał Hen­gryd, wska­zu­jąc krę­cą­ce­go się w kółko po­two­ra.

 

Zdą­ży­ło zro­bić się cho­ler­nie ciem­no, cięż­ko więc było wy­pa­trzyć→ Zdą­ży­ło zro­bić się cho­ler­nie ciem­no, trudno/ niełatwo więc było wy­pa­trzyć

 

Grim­fort wska­zał na plamę świa­tła… → Grim­fort wska­zał plamę świa­tła

 

– Aaaaaaaaa – wrza­sną­łem i unio­słem ręce. → – Aaaaaaaaa! – wrza­sną­łem i unio­słem ręce.

Skoro wrzasnął, przydałby się wykrzyknik.

 

wska­zu­jąc na jeden z ekra­nów. → …wska­zu­jąc jeden z ekra­nów.

 

Po­wiedź­cie mi, co za­mier­za­cie zro­bić… → Literówka.

 

mruk­nę­ła Maja, za­glą­da­jąc mi przez ramię i śmie­jąc gło­śno. → …mruk­nę­ła Maja, za­glą­da­jąc mi przez ramię i śmie­jąc się gło­śno.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

ANDO dziękuję :)

 

Hej, regulatorzy! Dzięki za odwiedziny i łapankę :)

 

Obawiam się, Adoro, że opowiadanie do mnie nie trafiło.

Nie jestem zaskoczona. :) Publikując to opko zakładałam, że spodoba się zaledwie paru osobom, a do większości nie trafi, bądź wręcz spore grono czytelników odrzuci. Wydaje mi się, że ani trochę nie pomyliłam się w moich przewidywaniach :).

 

Wspomniałaś w jednym z komentarzy, że dobrze się bawiłaś pisząc to opowiadanie, a ja nie ukrywam, że wolę, kiedy autor tworzy w mękach, a czytelnik dostaje dzieło, które go rzuca na kolana. W tym przypadku tak się nie stało. :(

Szkoda mi życia na hobby, które nie sprawia przyjemności, lub nie daj bóg męczy, czy też wywołuje ból głowy ;). Nie mam na celu rzucania kogokolwiek na kolana. Ja jedynie chcę opisać, a staram się to robić coraz lepiej (można by wręcz rzec, że jako dys uczę się pisać na nowo i naprawdę, choć może nie widać, robię postępy xd… czyt: było duuużo gorzej), historię, która akurat przyszła mi do głowy, tak jak ja ją widzę. Nie zastanawiam się, czy będzie to tekst, który chwyci wszystkich czytelników za serce i powali na kolana.

 

Wykonanie, niestety, pozostawia nieco do życzenia.

Skoro jest tylko “nieco”, to i tak jest nieźle, uwierz na słowo ;). Mam nadzieję, że chociaż część z tego, co tu wyłapałaś, uda mi się utrwalić na stałe. Wskazywania na… jestem prawie pewna xd Na wszystko niestety mam zbyt dziurawą pamięć ;) Ale powoli, małymi kroczkami, kiedyś się może wszystkiego nauczę xd

 

Mam nadzieję, że lektura Twoich przyszłych opowiadań będzie bardziej satysfakcjonująca.

Ja również żywię nadzieję… Jeszcze… I jestem szalenie ciekawe kiedy ją całkiem zabije…

 

starając się nie zwracać uwagi na ucisk w żołądku i wspomnienie dawno strawionego posiłku, które powoli podjeżdżało do gardła. → Czy dobrze rozumiem, że wspomnienie podjeżdżało do gardła?

Tak wspomnienie :) Można mieć torsje i jednocześnie nie mieć czym wymiotować, więc uznałam, że to nic co podchodzi wtedy do gardła, mogę nazwać wspomnieniem posiłku.

 

 

Adoro, cieszę się, że odebrałaś mój komentarz ze zrozumieniem, a uwagi uznałaś za przydatne. ;)

 

Można mieć torsje i jednocześnie nie mieć czym wymiotować…

Torsje to wymioty. Jeśli ktoś ma torsje, to wymiotuje.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Torsje to wymioty. Jeśli ktoś ma torsje, to wymiotuje.

No właśnie przeszukuje internety i znalazłam nudności, ale to nie jest to, co mam na myśli, bo podczas nudności, jeśli dobrze zrozumiałam nie dochodzi do próby wyrzucenia z organizmu zalegającej, bądź też hipotetycznie zalegającej w żołądku treści. Jest bladość, pocenie, przyśpieszone bicie serca, ślinotok i kwaśne uczucie w ustach.

Sama miałam co najmniej kilka razy sytuacje, gdy miałam torsje (mój organizm za wszelką cenę chciał wymiotować i robił wszystko, żeby przepchnąć to co znajdowało się w żołądku w górę), a jednocześnie nie wymiotowałam nawet śliną. Mogę tylko powiedzieć, że bardzo to bolesne i męczące.

Współczuję i życzę, aby taka przykrość już Cię nie spotkała.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst ciekawy, bohaterowie też wychodzą na nietuzinkowych. Miałem, podobnie jak Reg, uczucie przytłoczenia – mam wrażenie, że jak na niecałe 50k znaków wsadziłaś całkiem sporo. Ma to swoje wady i zalety, bo jak zauważasz w przedsłowie autorskim, mocno nosi Ciebie z fabułą oraz opisami. A nie każdy to strawi.

Tak więc koncert nie dla każdego, ale ja widzę tu spory potencjał. Kwestia jedynie uspokojenia tempa poprzez odjęcie z nadmiaru lub większe rozwodnienie akcji.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan dzięki za przeczytanie i komentarz :), to była jednorazowa zabawa: tematem, bohaterami…. Nie planuje wracać do tego tekstu, ale jak wiadomo, plany lubią się zmieniać, więc kto wie, może kiedyś :)

Nowa Fantastyka