- Opowiadanie: drakaina - Z rodu wilka

Z rodu wilka

Naj­waż­niej­sze ele­men­ty tego opo­wia­da­nia są za­czerp­nię­te z podań i folk­lo­ru re­gio­nu Gévau­dan, a jeden z Wę­gier, co ma głę­bo­kie uza­sad­nie­nie wła­śnie w jed­nej z le­gend zwią­za­nych z rze­czo­nym ka­wał­kiem Fran­cji ;) Jeden au­tor­ski motyw był ze mną od bar­dzo dawna, wcale go nie chcia­łam na ten kon­kurs, ale nie dawał spo­ko­ju. Aha [lekko spo­iler alert, ale tak na­praw­dę nie], je­że­li ktoś ma sko­ja­rze­nia z gło­śnym swego czasu fil­mem “Le pacte des loups” (2001), to słusz­nie, bo u pod­staw obu opo­wie­ści leży ta sama hi­sto­ria i za­gad­ka z lat 1764-67, do dziś nie­roz­wią­za­na.

 

Opowiadanie, choć zupełnie inne stylistycznie, należy do uniwersum, z którego jest na portalu kilka innych (wymieniam tylko te mu najbliższe):

Deszczowa oberża

Tene l'ochji aperti

Gdy rozum śpi

Kroki Komandora

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Z rodu wilka

– Raz, dwa, trzy… pięt­na­ście… czter­dzie­ści dwa… sto.

Za­trzy­mu­ję się, cięż­ko dy­sząc. Jedna szó­sta drogi za mną. Do­pie­ro jedna szó­sta. Nie dam rady.

Nie je­stem bar­dzo młody, cho­ro­wa­łem, dziw, że w ogóle zo­sta­łem wy­bra­ny. Wiem, dla­cze­go tak się stało. Dla­te­go muszę prze­być na­stęp­ne pięć­set szes­na­ście kro­ków w dusz­nym, wil­got­nym upale, w lep­kim po­wie­trzu, które roz­sa­dza płuca i za­ćmie­wa zmy­sły. Na końcu ścież­ki jest coś, co jed­no­cze­śnie mnie przy­zy­wa i od­py­cha.

Zmu­szam nogi do dal­sze­go mar­szu. Ga­łę­zie cze­pia­ją się ubra­nia, głazy za­stę­pu­ją drogę, noc jest ciem­na, księ­życ w nowiu, gwiazd nie widać ponad gę­stwi­ną drzew.

– … dwie­ście pięć­dzie­siąt… dwie­ście sześć­dzie­siąt trzy… osiem­dzie­siąt sie­dem… trzy­sta…

Chwi­la od­de­chu. Już pra­wie po­ło­wa drogi.

Dwa od­po­czyn­ki dalej po­zo­sta­je tylko jeden krok.

 

***

 

Obu­dzi­łem się z krzy­kiem. Jak za­wsze w ko­lej­ne dwa­na­ście no­wiów od tam­tej nocy, kiedy zro­bi­łem ostat­ni krok, na­pi­łem się ze Źró­dła i nigdy potem nie byłem już tylko sobą.

– Znowu masz kosz­ma­ry? – Lo­uise przy­tu­li­ła się do mnie mocno. Jak za­wsze, kiedy śpię nie­spo­koj­nie.

„Po­wi­nie­nem jej po­wie­dzieć” – po­my­śla­łem. Jak za­wsze w taką noc, księ­ży­co­wą rocz­ni­cę tam­tej.

„Po­wi­nie­nem odejść” – pod­po­wia­dał roz­są­dek.

– Przy­naj­mniej ape­tyt masz wil­czy. – Uśmiech­nę­ła się, kiedy po­chła­nia­łem ob­fi­te nie­dziel­ne śnia­da­nie.

Od­wró­ci­łem wzrok. Po pię­ciu la­tach ta­jem­ni­ca za­czy­na­ła mi cią­żyć.

– Jutro wy­jeż­dżam – rzu­ci­łem. – Do Rodez i dalej.

– Po­ja­dę z tobą.

Po­krę­ci­łem głową i spoj­rza­łem wy­mow­nie w stro­nę po­ko­iku, skąd do­cho­dzi­ły dzie­cię­ce głosy.

– Zo­sta­ną z moją matką – od­par­ła. – Chcia­ła­bym znów zo­ba­czyć ka­wa­łek świa­ta.

– Jak wrócę. Teraz czeka mnie mie­siąc bar­dzo wy­czer­pu­ją­cych po­dró­ży…

– Jak wró­cisz, bę­dzie maj, wiesz, że to naj­trud­niej­szy czas w win­ni­cy.

Za­gry­złem wargę.

– Za­bio­rę cię gdzieś w lecie. Teraz we dwój­kę po­dró­żo­wa­li­by­śmy wol­niej, a tak… Może zdo­łam wró­cić wcze­śniej? – Po­sła­łem jej ca­łu­sa.

Wie­dzia­łem do­kład­nie, kiedy wrócę. Ten mie­siąc nie na­le­żał do mnie. Po­wi­nie­nem wy­ru­szyć już teraz, żeby do­trzeć na miej­sce przed nocą. Po­wie­dzia­łem to Lo­uise. Nie była szczę­śli­wa. Jak co roku.

Ża­ło­wa­łem, że pięć lat temu nie wy­my­śli­łem in­ne­go kłam­stwa. Piel­grzym­ka, dawno zło­żo­ny ślub sa­mot­no­ści.

Po­ca­ło­wa­łem ją w czoło, nie po­zwo­li­łem sobie na nic wię­cej, bo przez ten mie­siąc nie po­wi­nie­nem pło­dzić dzie­ci. Nie po­wi­nie­nem ich mieć w ogóle, nie po tym, jak na­pi­łem się ze Źró­dła, a naj­młod­szy, An­to­ine… Co wie­czór wpa­try­wa­łem się w niego w po­szu­ki­wa­niu oznak, że Be­stia żyje rów­nież w nim. Na razie był zło­to­wło­sym, nie­bie­sko­okim anioł­kiem, tak bar­dzo po­dob­nym do Lo­uise.

 

***

 

W po­dró­ży za­wsze wy­obra­żam sobie prze­mo­wę do ludzi na fe­sty­nie w Au­ril­lac, Rodez czy w da­le­kiej Tu­lu­zie.

– Na­dob­ne panie, szla­chet­ni pa­no­wie! – za­czy­nam. – Czy chce­cie po­słu­chać o Be­stii z Gévau­dan, która sto lat temu gra­so­wa­ła po tam­tej­szych la­sach i za­bi­ła ponad sto osób?

Słu­cha­łem tych hi­sto­rii od dzie­ciń­stwa. Mógł­bym też opo­wie­dzieć inną:

– Zna­cie, do­brzy pań­stwo, opo­wieść o królu Wę­gier, który przy­był do na­sze­go kraju w po­szu­ki­wa­niu upro­wa­dzo­nej córki i zo­stał tu na za­wsze?

O tym też opo­wia­da­ły stare ko­bie­ty, kiedy przę­dły wełnę, i męż­czyź­ni przy wi­no­bra­niu. O pa­ste­rzu, za­ko­cha­nej w nim księż­nicz­ce i wład­cy da­le­kie­go kraju.

Ilu z nich wie­dzia­ło to, co ja wiem od pię­ciu lat, od kiedy miesz­ka­ją­cy pod lasem stary kowal Perin we­zwał mnie do sie­bie i za­py­tał, czy ze­chcę pójść drogą przod­ków? O tym, że dwie opo­wie­ści są po­wią­za­ne, a każda za­wie­ra tylko ziar­no praw­dy?

– Opo­wiem wam hi­sto­rię praw­dzi­wą, o tym, że pa­ste­rza, który wy­ru­szył na drugi ko­niec świa­ta, pro­wa­dzi­ły wilki i lisy, po­nie­waż udał się tam nie w po­szu­ki­wa­niu szczę­ścia, lecz po to, by ule­czyć naszą zie­mię i jej za­tru­te źró­dła.

Jest jesz­cze jedna opo­wieść, któ­rej nie wolno mi ni­ko­mu po­wtó­rzyć: o czar­nej bu­tel­ce ukry­tej wśród pięk­nych fla­ko­nów w strze­żo­nej przez kruki krysz­ta­ło­wej gro­cie na samym dnie naj­mrocz­niej­szej do­li­ny. Sześć­set szes­na­ście kro­ków od bramy z krze­wów czar­ne­go bzu, która po­wstrzy­mu­je moc tego miej­sca od roz­peł­znię­cia się po całym lesie. Biada temu, kto uwie­rzy baśni i na­pi­je się wody życia z od­ra­ża­ją­ce­go na­czy­nia. Ze Źró­dła. Tylko nie­licz­ni mogą wyjść z tej próby żywi.

Je­stem jed­nym z nich.

 

***

 

Ku­la­wy Perin jak za­wsze cze­kał przed kuź­nią. Bez słowa zsia­dłem i prze­ka­za­łem mu wodze konia. Zwie­rzę po­zo­sta­nie u niego, przez naj­bliż­szy mie­siąc by­ło­by dla mnie za­wa­dą, nie po­mo­cą. Ski­ną­łem głową jego córce. Da­mia­na stała wspar­ta o fra­mu­gę, była blada i wy­glą­da­ła na wy­cień­czo­ną. Jak każde z nas po za­koń­cze­niu wach­ty. Nawet bar­dziej.

– Dwa razy – mruk­nę­ła.

Wzdry­gną­łem się.

Zje­dli­śmy po­si­łek w mil­cze­niu, do­pie­ro kiedy za­rzu­ci­łem torbę na ramię i mia­łem odejść do lasu, chwy­ci­ła mnie za ramię.

– Uwa­żaj, Seu­van – szep­nę­ła. – Coś się zmie­ni­ło.

– Idź, Far­kas. – Perin pod­kre­ślił imię i spoj­rzał kar­cą­co na córkę.

Miał rację: do­pó­ki księ­życ nie znik­nie znów na nowiu, do­pó­ki na­stęp­ny z nas nie przej­mie wach­ty, nikt nie po­wi­nien na­zy­wać mnie praw­dzi­wym imie­niem, to było uwa­ża­ne za zły znak. Je­stem lop po na­sze­mu, far­kas w ję­zy­ku przod­ków. Wilk.

Ukło­ni­łem się ko­wa­lo­wi i po­sze­dłem. To tylko jeden obrót księ­ży­ca, po­wta­rza­łem sobie. Nie po­tra­fi­łem jed­nak od­pę­dzić myśli, że przez pięć lat śmierć na wach­cie przy­tra­fi­ła mi się dwa razy, a Da­mia­na wspo­mnia­ła o dwóch w ciągu mie­sią­ca i wy­glą­da­ła jak widmo. Po­dob­no nikt nie prze­żył wię­cej niż dwa­na­ście śmier­ci, a ona pełni straż od bar­dzo dawna. Od kiedy Perin stra­cił nogę w wy­pad­ku. Zwy­kłym wy­pad­ku. Ile ona miała wtedy lat? Czter­na­ście? Wzdry­gną­łem się. To zna­czy­ło, że jako moja rów­no­lat­ka jest straż­nicz­ką od ponad dwu­dzie­stu lat.

Gdy tylko zna­la­złem się po­śród drzew, zro­zu­mia­łem, że miała rację. Coś się zmie­ni­ło. Nie­wy­czu­wal­nie, w po­wie­trzu, ziemi, może we wspo­mnie­niu nie­daw­ne­go desz­czu? W tym roku wach­ta wy­pa­dła mi pod ko­niec kwiet­nia, po­go­da była przy­jem­na, las pach­niał wil­go­cią i ży­wi­cą, a mimo to czu­łem nie­po­kój.

Po­wta­rza­łem sobie, że to przez słowa Da­mia­ny. Prze­cież zwy­kłe wilki już się tu pra­wie nie za­pusz­cza­ją.

 

***

 

 Woda ze Źró­dła sma­ku­je me­ta­licz­nie. Spra­wia, że coś, co do­tych­czas było ukry­te głę­bo­ko, po­wo­li budzi się do życia. Widzę stu­le­cia prze­pły­wa­ją­ce obok mnie, czar­ne stud­nie, w któ­rych od­bi­ja się noc, mój ród czu­wa­ją­cy nad otwie­ra­ją­cą się w szcze­li­nach ot­chła­nią.

Muszę ujarz­mić to, co budzi się we mnie, po­wtó­rzyć pakt, za­war­ty przed wie­ka­mi przez da­le­kie­go pra­dzia­da, który z od­le­głej kra­iny przy­pro­wa­dził żonę z rodu wilka. Woda jed­no­cze­śnie wzmac­nia tę cząst­kę i pod­da­je ją mojej woli.

Budzę się w nowym ciele, kiedy da­le­ko, u wy­lo­tu do­li­ny roz­le­ga się wycie, potem sły­szę inne głosy. Wiem, co to ozna­cza. Muszę być szyb­szy.

Do­bie­gam w chwi­li, kiedy pada strzał. Widzę po­cisk, nie muszę my­śleć, krew i woda re­agu­ją za mnie. Czuję pie­ką­cy ból w boku, cząst­ka mnie od­ry­wa się i opada na zie­mię mar­twa; za­bie­ra ze sobą ból, pod­czas gdy ja gnam dalej. Sły­szę za sobą kroki dru­gie­go zwie­rzę­cia, pro­wa­dzę je da­le­ko, w inne góry, da­le­ko od ludzi, któ­rzy sto lat temu uwie­rzy­li, że Be­stia jest tylko zwie­rzę­ciem.

 

***

 

Na pierw­szej wach­cie je­steś po­zo­sta­wio­ny in­stynk­to­wi. Wiesz tyle, ile star­szy powie ci wcze­śniej. Kiedy sły­szysz opo­wieść, ona ożywa w tobie, przy­go­to­wu­je cię na wodę życia.

U Źró­dła naj­trud­niej jest prze­móc obrzy­dze­nie. Ciem­ne omsza­łe szkło z bli­ska wy­glą­da jak po­kry­te cho­ro­bli­wą ple­śnią, jej fetor odu­rza i od­py­cha. Pra­gniesz się­gnąć po jeden z ota­cza­ją­cych ją krysz­ta­łów, z któ­rych do­by­wa­ją się naj­pięk­niej­sze za­pa­chy kwia­tów i owo­ców. Wiesz, że dla two­je­go rodu niosą śmierć, bo star­szy ci to po­wie­dział, a mimo to ręka kie­ru­je się ku ich po­wa­bo­wi.

Ostat­ni krok to nie jest marsz, ostat­ni krok to zmu­sze­nie ręki, by się­gnę­ła po czar­ne na­czy­nie o ośli­zgłej po­wierzch­ni; zmu­sze­nie ust do do­tknię­cia jego brze­gów, gar­dła do prze­łknię­cia smo­li­stej cie­czy, którą na­zy­wa­my wodą życia, jak w baśni opo­wia­da­nej na fe­sty­nach, a która w rze­czy­wi­sto­ści nie jest wodą, lecz jest śmier­cią i ży­ciem jed­no­cze­śnie.

Na pierw­szą prze­mia­nę nie masz wpły­wu, tego się uczysz potem, opa­no­wu­jesz nową na­tu­rę. Dziś po­tra­fię zmie­nić kształt w jed­nej chwi­li, biec na we­zwa­nie bez wy­tchnie­nia, wy­czuć za­gro­że­nie po naj­lżej­szym sze­le­ście.

Wy­pra­wa do Źró­dła i mie­siąc nauki był pierw­szym kłam­stwem wobec Lo­uise, bo jak mia­łem jej po­wie­dzieć, że przed laty moż­no­wład­ca z gór da­le­ko na wscho­dzie Eu­ro­py, żaden tam król, przy­był tu wraz z córką, matką mo­je­go rodu, by oczy­ścić nasze źró­dła? O tym, że moi przod­ko­wie przy­ję­li w sie­bie śmier­tel­ną tru­ci­znę i dali w ten spo­sób dru­gie życie po­tom­kom?

Jak mia­łem jej po­wie­dzieć coś, czego sam do­wie­dzia­łem się kilka mie­się­cy wcze­śniej, i w co sam nie wie­rzy­łem do chwi­li, kiedy sta­ną­łem przed Źró­dłem?

Nie chcia­łem przyj­mo­wać brze­mie­nia: mia­łem młodą żonę, dwój­kę ma­łych dzie­ci, do­pie­ro co wy­sze­dłem z cięż­kiej cho­ro­by. Perin nie na­ma­wiał. Po­wie­dział tylko, że jeden z dwu­na­stu od­szedł na wieki i jeśli nie znaj­dzie się nikt na jego miej­sce, Da­mia­na – ta Da­mia­na, z którą ba­wi­łem się w dzie­ciń­stwie i byłem prze­ko­na­ny, że to z nią będą mnie swa­tać – bę­dzie mu­sia­ła, jako naj­sil­niej­sza z po­zo­sta­łych, wziąć na sie­bie drugą wach­tę.

Było coś ta­kie­go w jego gło­sie i spoj­rze­niu, że za­py­ta­łem:

– Co się wtedy sta­nie?

– Za­miast umrzeć, prze­mie­ni się w Be­stię – od­po­wie­dział pięć lat temu Perin. – I nie wia­do­mo, czy zdoła ją zabić.

 

***

 

Prze­mie­rza­łem lasy od trzech dni, kiedy to, o czym wspo­mnia­ła Da­mia­na, stało się sil­niej­sze. Przy­sta­ną­łem nad stru­mie­niem, w któ­re­go wo­dzie igra­ły złote sło­necz­ne pro­mie­nie. Spo­śród krza­ków po­ra­sta­ją­cych brzeg do­cho­dził smród, który w takim na­si­le­niu czu­łem raz w życiu. Wokół do­strze­głem ślady zwie­rząt.

Zdję­ło mnie prze­ra­że­nie: to było coś, o czym opo­wia­da­no na spo­tka­niach księ­ży­co­we­go brac­twa; coś, czego nikt, nawet stary Perin, nie wi­dział. To, co zdo­łał po­ko­nać jego pra­dziad sto lat temu. Po­wi­nie­nem wró­cić do kuźni, zanim jesz­cze obej­dę cały las, ostrzec star­sze­go, na­ra­dzić się z nim, sta­łem jed­nak jak ska­mie­nia­ły, a moje obce życie pul­so­wa­ło ni­czym dru­gie serce.

Chce­cie po­słu­chać, szla­chet­ni pań­stwo, o Be­stii z Gévau­dan, która sto lat temu gra­so­wa­ła po tu­tej­szych la­sach i za­bi­ła kil­ka­dzie­siąt osób? O tym, jak zwró­co­no ludzi prze­ciw­ko dzi­kim zwie­rzę­tom, aby za­bi­ja­li tych braci mniej­szych, któ­rzy po­tra­fią wy­czuć naj­mniej­szy ślad tru­ci­zny w po­wie­trzu, wo­dzie, ziemi?

Kruki strze­gą groty, w któ­rej bije źró­dło wody życia i śmier­ci, by nie wszedł tam nikt, kogo nie chro­ni krew rodu wilka. Mało kto poza nami po­tra­fi ujarz­mić Be­stię; ci, któ­rzy na­pi­li­by się tej wody, staną się mar­twi za życia, a ich bli­scy tego nie za­uwa­żą, do­pó­ki Be­stia nie za­wład­nie ofia­rą. Dla­te­go Perin i Da­mia­na strze­gą Źró­dła, dla­te­go dwu­na­stu straż­ni­ków prze­bie­ga las i przyj­mu­je na sie­bie śmierć, karmi nią i za­bi­ja Be­stię.

Dla­te­go Da­mia­na umar­ła dwa razy ostat­nie­go mie­sią­ca, a ja za­sta­na­wia­łem się, ile jesz­cze życia jej po­zo­sta­ło.

Nie po­bie­głem z po­wro­tem do kuźni. Czu­łem zbli­ża­ją­cą się prze­mia­nę, Be­stia cią­gnę­ła mnie ku temu, co kryło się wśród krze­wów. Muszę to uni­ce­stwić, zanim roz­peł­znie się, po­pły­nie stru­mie­niem i prze­mie­ni całe wio­ski w osady ży­wych tru­pów, na­rzę­dzi tru­ci­zny.

Chce­cie wie­dzieć, mili pań­stwo, co wy­da­rzy­ło się sto lat temu? To, czego się lę­ka­łem, pa­trząc na ślady zwie­rząt wokół krze­wów, z któ­rych do­cho­dził smród pa­dli­ny. Ktoś zdo­łał na­po­ić wodą ze Źró­dła zwie­rzę, wilka, za­mie­nić go w Be­stię o czar­nych, ka­mien­nych zę­bach i pa­zu­rach, o oczach pło­ną­cych pie­kiel­nym ogniem i sercu żąd­nym ludz­kiej krwi. Tak wie­rzy więk­szość z nas, straż­ni­ków, ja zaś zga­dzam się z tymi, któ­rzy twier­dzą, że Be­stia była na po­cząt­ku czło­wie­kiem. Jed­nym z tych, co nie po­win­ni pić ze Źró­dła; czło­wie­kiem zmu­szo­nym do prze­mia­ny, nie­zdol­nym po­wró­cić do ludz­kiej po­sta­ci. Bez­ro­zum­nym żywym tru­pem w wil­czym ciele. A może wie­lo­ma ludź­mi. Tyle ofiar uzna­no prze­cież za po­żar­te, bo nie po­zo­stał po nich żaden ślad.

Roz­gar­ną­łem krza­ki. Uj­rza­łem czar­ną ka­łu­żę, a w niej kształ­ty po­dob­ne do pi­ja­wek, ale więk­sze, błysz­czą­ce jak agaty, wi­ją­ce się w nie­po­ję­ty dla ludz­kie­go oka spo­sób, od któ­re­go krę­ci­ się w gło­wie.

Po­dob­ne cie­nie po­ru­sza­ją się w omsza­łej bu­tel­ce, w Źró­dle. Mam w sobie jeden z nich, przy­ssa­ny na za­wsze do serca, uśpio­ny, pra­wie mar­twy. To dzię­ki niemu, tra­fio­ny kulą pod­czas wach­ty od­rzu­cam tylko część sie­bie, po­zwa­lam zgi­nąć tej czą­st­ce, a sam żyję dalej. Kiedy umrę, ja Seu­van Ney­rac z Cubières, pi­jaw­ka umrze razem ze mną, nie­zdol­na ko­mu­kol­wiek za­szko­dzić.

Teraz jed­nak, na widok po­bra­tym­ców, drgnę­ła, jakby oży­wa­ła wbrew mojej woli. Wy­ma­ca­łem w tor­bie krze­si­wo, rzu­ci­łem na smo­li­stą ka­łu­żę suche ga­łąz­ki i pod­pa­li­łem. Be­stia za­ata­ko­wa­ła od we­wnątrz, usi­ło­wa­ła ro­ze­drzeć serce, mia­łem wra­że­nie, że z ust buch­nie mi krew, za­ci­sną­łem więc pię­ści, wbi­łem pa­znok­cie głę­bo­ko w skórę. Wy­trwam, muszę wy­trwać.

Ból ustą­pił, kiedy z czar­nej masy zo­stał tylko po­piół. W tej samej chwi­li usły­sza­łem wy­strzał. Kula prze­szy­ła mi serce i po raz trze­ci w życiu umar­łem.

 

***

 

Da­mia­na miała rację. Coś się zmie­ni­ło. Kiedy jeden z Dwu­na­stu umie­ra, a jego czar­na cząst­ka ma jesz­cze w sobie siłę i trzy­ma się serca, w miej­scu śmier­ci zo­sta­je cień prze­mie­nio­nej po­sta­ci, tro­feum dla łow­ców, a ty trwasz, nie­wi­docz­ny dla oczu czło­wie­ka, słaby jak dziec­ko, do­pó­ki pi­jaw­ka nie przy­wró­ci cię do życia, co­kol­wiek to dla cie­bie zna­czy.

Tym razem prze­bu­dze­niu to­wa­rzy­szył nie­zwy­czaj­ny ból. Ktoś cią­gnął mnie przez ko­lą­ce krza­ki, po ka­mie­niach i wy­sta­ją­cych ko­rze­niach. Ten ktoś cuch­nął wodą życia i przez chwi­lę z prze­ra­że­niem po­my­śla­łem, że wy­cień­czo­na Da­mia­na prze­isto­czy­ła się w Be­stię i nie zdo­ła­ła jej zabić. Przed sobą mia­łem jed­nak syl­wet­kę męż­czy­zny; po­tęż­nie zbu­do­wa­ne­go męż­czy­zny w stro­ju po­dob­nym do piel­grzy­mie­go, ale z mie­czem przy pasie.

My­śla­łem, że śnię, nie­któ­rym z współ­bra­ci zda­rza­ły się zwidy pod­czas śmier­ci. Wy­jąt­ko­wo bo­le­sne ude­rze­nie głową o głaz prze­ko­na­ło mnie, że tak nie jest. Jęk­ną­łem, a cią­gną­cy mnie męż­czy­zna od­po­wie­dział upior­nym śmie­chem i wy­po­wie­dział po ła­ci­nie kilka nie­zro­zu­mia­łych słów.

Wę­drów­ka trwa­ła długo. Wie­lo­krot­nie ciem­nia­ło mi przed ocza­mi, potem zaś za­padł mrok nocy i nie wi­dzia­łem nic nawet kiedy byłem przy­tom­ny, lecz mój opraw­ca nie zwal­niał kroku. Oczy­wi­ście, woda życia da­wa­ła mu siły, nie wy­czu­wa­łem w nim na­to­miast krwi wilka, to nie był czło­wiek z na­sze­go rodu. Be­stia, czło­wiek-Be­stia ma­ją­cy nad nią wła­dzę. Po­czu­łem peł­zną­cy po ple­cach strach, usi­ło­wa­łem zmu­sić ciało do prze­mia­ny, lecz spę­ta­ne nogi nie po­zwa­la­ły na to.

Kiedy po raz ko­lej­ny ock­ną­łem się z oszo­ło­mie­nia, wciąż jesz­cze nie do końca żywy, roz­po­zna­łem miej­sce, w które mnie przy­cią­gnął. Była to ścież­ka pro­wa­dzą­ca na dno do­li­ny.

Przej­ście pod bramą z czar­ne­go bzu spra­wi­ło, że tło­czą­ca w moje żyły czar­ną krew pi­jaw­ka skur­czy­ła się z bólu, a jego fala ude­rzy­ła we mnie. Opraw­ca też za­drżał w tym miej­scu, lecz szedł dalej, ku od­da­lo­nej o sześć­set szes­na­ście kro­ków sta­rej cha­cie przed grotą.

I tu się sporo zmie­ni­ło. Teraz krysz­ta­ły roz­ta­cza­ją­ce upoj­ną woń po­kry­wa­ły też pod­ło­gę, na którą rzu­cił mnie opraw­ca. Ból prze­nik­nął całe moje ciało, jakby wbito w nie ty­sią­ce roz­pa­lo­nych do czer­wo­no­ści gwoź­dzi. To nie moje ciało skrę­ca­ło się w mę­czar­niach, ale ta druga isto­ta, lecz nie do końca jesz­cze oży­wio­ny, byłem zdany na jej łaskę. Jeśli krysz­ta­ły ją za­bi­ją, umrę i ja i już nigdy nie zo­ba­czę Lo­uise ani dzie­ci.

Kiedy po­my­śla­łem z lę­kiem o naj­młod­szym, o zło­to­wło­sym An­to­ine, który od uro­dze­nia jest ska­la­ny przez Be­stię, opraw­ca po­chy­lił się nade mną. Po raz pierw­szy mia­łem przed sobą jego twarz, nie wi­dzia­łem jej jed­nak pod sze­ro­kim ron­dem czar­ne­go ka­pe­lu­sza. Tylko oczy za­pło­nę­ły ogni­stą czer­wie­nią, gdy się­gnął w głąb moich myśli. Za­drża­łem i usi­ło­wa­łem skie­ro­wać je ku cze­mu­kol­wiek in­ne­mu, byle od­cią­gnąć go od dziec­ka, bo zro­zu­mia­łem, że choć po­lo­wał na mnie, po­ka­za­łem mu bez­wied­nie cen­niej­szy łup.

– Wiedź­ma wy­mknę­ła mi się dwa razy – ode­zwał się chra­pli­wym gło­sem – ale widzę, że upo­lo­wa­łem coś znacz­nie cie­kaw­sze­go.

Szarp­ną­łem się, lecz jak­kol­wiek nogi mia­łem już nie­skrę­po­wa­ne, igły krysz­ta­łów pę­ta­ły mnie moc­niej niż więzy. Ból, który od­zy­wał się za każ­dym po­ru­sze­niem, uświa­do­mił mi coś jesz­cze: w moim ciele po­ru­sza­ła się cał­ko­wi­cie żywa pi­jaw­ka.

„Jak to moż­li­we” – my­śla­łem go­rącz­ko­wo – „prze­cież prze­mia­na wy­sy­sa z tego cze­goś życie, zmu­sza je do po­słu­szeń­stwa mojej woli?” Nawet kiedy umie­ram, to ja czer­pię moc z niej, choć ona mnie leczy.

Tym my­ślom od­po­wie­dział od­bi­ja­ją­cy się po­gło­sem wśród krysz­ta­łów śmiech.

– Nie my­lisz się – po­wie­dział czło­wiek utka­ny z mroku. – Nie tra­fi­ła cię zwy­kła kula.

Nie mu­siał mówić wię­cej. On nie chciał mnie zabić, ale prze­mie­nić w Be­stię. Czar­ny bez chro­nił do­li­nę przed grotą, lecz po­wstrzy­my­wał też straż­ni­ków przed po­wro­tem w to miej­sce, gdzie to, co drze­ma­ło mar­twe, mo­gło­by zmu­sić nas do na­pi­cia się raz jesz­cze wody życia.

Przy­po­mnia­łem sobie tamtą noc, pięć lat temu. Prze­ra­żo­ny, po­stę­po­wa­łem do­kład­nie we­dług wska­zó­wek Per­ina.

 

***

 

W pół­prze­zro­czy­stym czar­nym na­czy­niu widzę kształ­ty, któ­rych płyn­ny ruch przy­pra­wia mnie o za­wro­ty głowy i mdło­ści. Przede mną ostat­ni krok, potem nie bę­dzie już od­wro­tu. Wy­cią­gam rękę i czuję pod pal­ca­mi ku­szą­cy śpiew krysz­ta­łów. Ludz­ka na­tu­ra wy­ry­wa się ku nim, ku za­pa­chom życia, ku świa­tłu. Za­ci­skam palce na po­kry­tej tru­pią ple­śnią szyj­ce. Wokół wszyst­ko za­mie­ra, jakby świat wziął głę­bo­ki od­dech. Nie sły­szę dźwię­ków spoza groty, nie widzę bla­sku ka­mie­ni wokół bu­tel­ki, za­pa­chy kwia­tów są tylko echem wspo­mnie­nia. Przede mną jest noc i cuch­ną­ca ciecz, z któ­rej wy­su­wa się ośli­zgły mrok.

Za­my­kam oczy i przy­ci­skam wargi do kra­wę­dzi bu­tel­ki, a mój mózg wy­bu­cha fe­erią czar­nych gwiazd. Widzę moc, czuję zew krwi. Mojej wła­snej i ludzi ży­ją­cych poza tym lasem, w wio­skach na jego obrze­żach i dalej, w mia­stach. Czuję ich tęt­nią­ce serca, widzę wła­sne ka­mien­ne pa­zu­ry i kły szar­pią­ce ich mięso, żywię się ich ży­ciem i stra­chem, prze­mie­niam ich na swoje po­do­bień­stwo.

Otwie­ram oczy i ośle­pia mnie blask krysz­ta­łów, głod­na isto­ta, która owi­nę­ła się wokół mo­je­go wnę­trza kur­czy się z bólu – a ja wiem, że to jest ta jedna je­dy­na chwi­la, kiedy mogę pod­po­rząd­ko­wać sobie mrok, więc sku­piam się na tęt­nie krwi w ży­łach, na ude­rze­niach serca, na roz­sze­rza­ją­cych się i kur­czą­cych wraz z od­de­chem płu­cach i bar­dzo po­wo­li za­bi­jam tę isto­tę, czy­nię ją czę­ścią sie­bie, po­wol­ną mi, po­słusz­ną, mar­twą po to, by dawać mi życie.

 

***

 

Obu­dził mnie śmiech, nio­są­cy się poza grotę, w do­li­nę. Wy­czu­łem w nim zmia­nę, mój opraw­ca nie trium­fował już, w jego gło­sie sły­szałem lęk.

Czy zdo­łam po raz drugi zabić w sobie czar­ną pi­jaw­kę?

Czło­wiek z mroku wsłu­chi­wał się w moje myśli w na­pię­ciu. Pod­szedł bli­żej, do­strze­głem pod­ku­te że­la­zem buty, chro­nią­ce przed krysz­ta­ła­mi. Cięż­ka stopa wy­lą­do­wa­ła na mojej pier­si, przy­gnio­tła ciało do za­da­ją­cych ból świe­tli­stych ka­mie­ni.

– Bę­dziesz mi słu­żył – wy­sy­czał opraw­ca. – Jeśli od­mó­wisz albo jeśli się za­bi­jesz, przyj­dę po twoje dziec­ko, od­bio­rę ci je.

– Je­steś Be­stią – szep­ną­łem pie­ką­cy­mi, wy­su­szo­ny­mi war­ga­mi.

Skrzy­wił się.

– Ra­czej jej panem.

– Wiesz, co za­bi­ło po­two­ra sprzed stu lat?

Od­po­wie­dział mi znów ten upior­ny śmiech.

– Moje imię le­gion, nie zdo­ła­cie nas po­ko­nać tymi śmiesz­ny­mi ry­tu­ała­mi, tym wa­szym stra­żo­wa­niem, po­czu­ciem wła­dzy nad tym. – Wska­zał ręką grotę. – Nawet gdy­byś zdo­łał zabić mnie, przyj­dą inni.

– Chcesz, żebym mor­do­wał ludzi, jak tam­ten, sto lat temu?

Kop­nął mnie mocno, za­pew­ne moc­niej niż chciał, aż prze­to­czy­łem się z krysz­ta­ło­wej po­sadz­ki na zie­mię.

– Tam­to było po­mył­ką – od­parł z po­gar­dą. – Nie po­trze­bu­je­my roz­szar­pa­nych tru­pów. Po­trze­bu­je­my armii i ty mi ją za­pew­nisz. Ty i twoi po­bra­tym­cy, bo wy­ła­pię was wszyst­kich i nie bę­dzie komu prze­ka­zać na­stęp­com ta­jem­ni­cy tej groty.

Leżąc na ziemi czu­łem jesz­cze moc­niej fetor prze­ni­ka­ją­cy jego szaty. Za­mach­nął się nogą, lecz zanim zdą­żył kop­nąć mnie po raz drugi, zmu­si­łem ży­ją­cą wciąż pi­jaw­kę do unie­sie­nia mojej ręki i za­ci­sną­łem palce na naj­bliż­szym krysz­ta­le.

Ból omal nie po­zba­wił mnie przy­tom­no­ści, zdo­ła­łem jed­nak wy­rwać ka­mień i ci­snąć nim w mrok ko­tłu­ją­cy się tam, gdzie po­win­na być twarz tego męż­czy­zny.

Wydał prze­raź­li­wy wrzask, spod ka­pe­lu­sza wy­strze­li­ły pło­mie­nie. Się­gną­łem ku nim, by wy­pa­lić to, co wciąż żyło we mnie i ata­ko­wa­ło teraz od środ­ka, pra­gnąc prze­mie­nić mnie wedle woli tam­te­go czło­wie­ka, czy ra­czej po­two­ra, któ­re­go kształt roz­sy­py­wał się wła­śnie w proch, opa­da­ją­cy na zie­mię, krysz­ta­ły i moje bez­wład­ne ciało.

Le­ża­łem bez­sil­ny: za­bi­łem wroga, lecz nie byłem w sta­nie za­po­biec wła­snej prze­mia­nie. Jesz­cze chwi­la i po­bie­gnę do wio­sek, by roz­szar­py­wać ludzi, a wśród nich bę­dzie może moja ro­dzi­na. Pra­gną­łem jed­ne­go: prze­czoł­gać się z po­wro­tem ku krysz­ta­łom, po­zwo­lić, by mnie za­bi­ły. Nie byłem jed­nak w sta­nie po­ru­szyć żadną z koń­czyn.

Mia­łem wra­że­nie, że oglą­dam z da­le­ka wła­sne ciało, które wy­prę­ża się, go­to­we do skoku, do za­po­mnie­nia, kim byłem.

I wtedy w od­da­li roz­le­gło się wycie wilka, a za nim dru­gie, trze­cie i na­stęp­ne. Głosy brzmia­ły jakby ro­do­wa wa­ta­ha wi­ta­ła moją duszę w za­świa­tach.

Ciało Seu­va­na Ney­ra­ca z Cubières nie przy­po­mi­na­ło już czło­wie­ka. Po­wo­li pod­no­si­ło się do skoku, po któ­rym mnie już nie bę­dzie, po­zo­sta­nie je­dy­nie Be­stia.

Ga­sną­ce zmy­sły czło­wie­ka do­strze­gły srebr­ny kształt w wej­ściu do groty, a chwi­lę potem w po­wie­trzu wy­peł­nio­nym za­pa­chem kwia­tów i fe­to­rem wody życia star­ły się dwie Be­stie.

 

***

 

Chce­cie, szla­chet­ne panie i pa­no­wie, po­słu­chać opo­wie­ści o Be­stii z Gévau­dan, opo­wie­ści, któ­rej nikt wcze­śniej nie sły­szał?

W chwi­li, kiedy dwie Be­stie rzu­ci­ły się na sie­bie, moja dusza po­wró­ci­ła do ciała. Czu­łem siłę, ja­kiej nie mia­łem nigdy w życiu. Po­dob­nie jak pięć lat wcze­śniej zdu­si­łem w sobie wi­ją­cy się kształt, pod­po­rząd­ko­wa­łem go swo­jej woli. Upa­dłem na krysz­ta­ły, ale nie po­czu­łem bólu, który nie byłby wy­łącz­nie moim bólem.

Przede mną le­ża­ła druga Be­stia, z któ­rej wła­śnie ucho­dzi­ło życie. Krzyk­ną­łem, bo w od­mie­nia­ją­cej się na po­wrót umie­ra­ją­cej isto­cie roz­po­zna­łem Da­mia­nę. Chwy­ci­łem ją w ra­mio­na, wyjąc tym razem z roz­pa­czy. Wtó­ro­wa­ły mi ża­ło­śli­we głosy wa­ta­hy czu­wa­ją­cej w do­li­nie.

– Od­pro­wadź je w bez­piecz­ne miej­sce, Lop – szep­nę­ła moja przy­ja­ciół­ka z dzie­ciń­stwa, moja ku­zyn­ka i wy­ba­wi­ciel­ka. – I znajdź kogoś na moje miej­sce.

– Jak… skąd… – Słowa za­głu­szył szloch.

– One mi po­wie­dzia­ły – wska­za­ła ku wyj­ściu z groty. – One czu­wa­ją nad nami tak samo, jak my czu­wa­my nad nimi.

– Ura­tu­ję cię – po­wie­dzia­łem przez łzy.

Po­krę­ci­ła głową.

– Nie – od­par­ła. – Nie. To moja ostat­nia śmierć.

Trzy­ma­łem ją w ra­mio­nach, tu­li­łem roz­pacz­li­wie, jak­bym usi­ło­wał prze­lać w nią nad­miar życia, który pul­so­wał teraz w moich ży­łach.

– Nie płacz – po­wie­dzia­ła. – Ja prze­cież tu zo­sta­nę, w tym lesie, ze wszyst­ki­mi straż­ni­ka­mi, któ­rzy ode­szli.

Nie po­tra­fi­łem nie pła­kać.

– Połóż mnie na krysz­ta­łach – wy­szep­ta­ła le­d­wie sły­szal­nym gło­sem. – Tak jak po­win­ni­śmy od­cho­dzić.

Po­słu­cha­łem i chwi­lę potem pa­trzy­łem, jak jej ciało za­mie­nia się w świe­tli­sty pył, tak bar­dzo inny od tego, w który roz­padł się nasz wróg.

 

***

 

Stary Perin przy­wi­tał mnie tak, jakby już wie­dział.

To było nie­zwy­czaj­ne pod­czas wach­ty, bar­dzo rzad­ko opusz­cza­my w tym cza­sie las i góry, lecz zje­dli­śmy tego wie­czo­ra razem po­si­łek.

– Wezmę na sie­bie jej wach­tę – po­wie­dzia­łem w końcu.

– Nie dasz rady, Far­kas – od­parł, pa­trząc na księ­życ zbli­ża­ją­cy się do pełni.

– Prze­sze­dłem prze­mia­nę dwa razy – przy­po­mnia­łem mu.

Po­ki­wał głową.

– Nie wy­trzy­masz długo. Mu­si­my zna­leźć na­stęp­cę.

W jego spoj­rze­niu wy­czy­ta­łem, że wie, kto nim po­wi­nien być. Ja też wie­dzia­łem.

 

***

 

Kiedy księ­życ ob­ró­cił się do nowiu, ode­bra­łem konia i wró­ci­łem ga­lo­pem do domu, choć byłem na gra­ni­cy sił. Resz­ta wach­ty mi­nę­ła zwy­czaj­nie: kilku my­śli­wych, wa­ta­ha, która upar­cie po­wra­ca­ła, jakby wciąż chcia­ła opła­ki­wać Da­mia­nę.

Żona po­wi­ta­ła mnie cie­płą zupą i po­ca­łun­kiem.

– Perin przy­słał wia­do­mość, że dziś wró­cisz – po­wie­dzia­ła. – Do­brze, że zdą­żył pod­kuć ci konia przed nocą.

Nie pro­sto­wa­łem kłam­stwa ko­wa­la, po­ca­ło­wa­łem Lo­uise w czoło i zaj­rza­łem do dzie­ci. Spały, lecz kiedy o pół­no­cy wy­mkną­łem się z domu, by po­my­śleć spo­koj­nie o tym, co wy­da­rzy­ło się przez ostat­ni księ­ży­co­wy mie­siąc, usły­sza­łem ci­chut­kie kroki w ogro­dzie.

– Opo­wiesz mi o Be­stii z Gévau­dan, tato?

Dzie­cin­ny gło­sik An­to­ine’a był cichy jak szum po­to­ku, jak szmer liści na wie­trze. A mimo to brzmia­ły w nim głosy wszyst­kich na­szych przod­ków. Dziec­ko wpa­try­wa­ło sie we mnie ocza­mi nie błę­kit­ny­mi, lecz czar­ny­mi jak noc, a może tylko bez­k­się­ży­co­wy mrok tak je ma­lo­wał?

– Tak, opo­wiem ci całą praw­dę o Be­stii, synku.

Skło­ni­łem się i roz­po­czą­łem opo­wieść.

Koniec

Komentarze

Przeczytawszy.

Skomplikowane (musiałam się raz czy drugi cofnąć i wrócić w lekturze), ale efektowne przetworzenie legendy o Bestii. Naprawdę pięknie napisane, z tymi powtórzeniami, gdzieniegdzie z taką płynna, prawie muzyczną frazą, gdzieniegdzie rwanymi, szybkimi zdaniami podkreślającymi dynamizm. Klik.

Przeczytałam z wielką przyjemnością. Legenda obiła mi się tylko o uszy, więc nie wiem, ile w szczegółach jest Twojej inwencji, ale zapewne sporo. Piszesz pięknym językiem, momentami bardzo poetyckim.

Drobne marudzonko:

– Przynajmniej apetyt masz wilczy. – Uśmiechnęła się na, kiedy pochłaniałem obfite niedzielne śniadanie.

– Opowiem wam historię prawdziwą, o tym, że pasterza, który wyruszył na drugi koniec świata, prowadziły wilki i lisy, ponieważ udał się tam nie w poszukiwaniu szczęścia, lecz po to, by uleczyć naszą ziemię i jej zatrute źródła?

To chyba nie powinno być pytanie.

Kulawy Perin jak zawsze czekał przed kuźnią. (…) Skinąłem głową jego córce. Damiana stała wsparta o framugę, była blada i wyglądała na wycieńczoną. (…)

– Idź, Farkas. – Perin podkreślił imię i spojrzał karcąco na siostrę.

Zrozumiałam, że był jeden Perin i jedna dziewczyna – czy jednak postaci jest więcej?

(…) jak w baśni opowiadanej na festynach, a która w rzeczywistości nie jest wodą, a zarazem jest śmiercią i życiem jednocześnie.

Wydaje mi się, że coś z tego jest zbędne.

To, czego się lękałem, patrząc na ślady zwierząt wokół krzewów, w których dochodził smród padliny.

z?

Tak to jest, jak się tworzy perełki na ostatnią chwilę ;)

A tak na poważnie, zazdroszczę kunsztu, piękna baźń.

Pozdrawiam!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Horror w Twoim wydaniu, Bystrooka, przyciąga, nie odpycha. Miś czytał smakując klimat baśniowy, nie miał ochoty na szukanie działań chochlika. Nie zna tej legendy, ale to mu zupełnie nie przeszkadza. Podana w taki sposób zyskuje nowe życie. Miś rozumie, że w konkursie jest to baźń, ale dla niego będzie to baśń. Na początku myślał, że będzie to kolejna typowa opowiastka o wilkołakach, ale prędko się okazało, jak bardzo się mylił. Zakończenie delikatnie sugerowane bardzo wcześnie, logicznie wynika z całej historii. Nic więcej o treści, żeby nie spoilerować. Może wystarczy na uzasadnienie klika. Miś nigdy tego nie wie.

Napisane bardzo po Twojemu, gdy piszesz o takich sprawach i snujesz baśniowe historie. ;-)

Tu, jest zwrot w stronę bardziej dorosłego czytelnika niż YA, choć powiedziałabym, że dalej mieści się w tym nurcie. Marny ze mnie odbiorca takich tekstów.

Niewątpliwie fajnie przetworzona historia, z backgroundem i ładnymi słowami napisana. Konstrukcyjnie bez zarzutu, lekko nielinearnie – co lubię, choć dla mnie jest tego nawet za mało, bo opowieści mówione snują się inaczej niż te zapisywane, a z taką chyba mamy do czynienia.

Wydawało mi się, że napięcie "siadło" w części środkowej oraz przy ostatecznym starciu. Rwałam do przodu, a Ty ściągałaś cugle, choć nic nowego się nie dowiadywałam; zgoda – poszczególne klocki wpadały na swoje miejsca i utrzymywałaś mnie w gotowości, lecz może zbyt długo. Nie wiem.

Czepnęłabym się sceny "ostatecznego" starcia. To ważna scena, a w kontekście innych pulsuje podobnym rytmem, choć dramat. Po swojemu, powiedziałabym że za dużo w niej słów i za mało niedomówień, urywanych treści oraz niedokładność wymieszana z precyzją, gdy opisujesz na czym polegała przemiana i co się zagnieżdżało w wartownikach. Nie muszę otrzymać konkretu, może pozostać tajemnicą, ale jak to opisać, tego już nie wiem, gdzie i w jaki sposób postawić tamę.

 

Sporo w tym moim komentrzu jest rzeczy na "nie", lecz tekst misię! :-) Mogę przesadzać, zwłaszcza wtedy, gdy czuję, że Autor ma niewykorzystane moce i kiedy coś mi się spodoba – dążenie do perfekcji, ideału idealności. 

Opowiadanie jest dobre, płynne, zajmujące i nawet nie wiem, kiedy przeczytałam te prawie 25k, a było to w oka mgnieniu. Pozostanie w pamięci, a za erudycję – kłaniam się nisko, do ziemi. Przy Twoich tekstach zazwyczaj nic nie sprawdzam, bo wiem, że zrobiłaś to za mnie i mogę Ci zawierzyć.

 

Może z moim komentarzem ma coś wspólnego bieżący odjazd w kierunku formy. Przyglądam się jak pisze Myśliwski, eh, wzory niedościgłe i to, co on robi z tym głównym bohaterem – niewiarygodne, czasami go rozdwaja. Kiedy siedzi się w czyichś tekstach, obrazowaniu… o, nie, on by temu zaprzeczył, nie obrazy lecz słowo, forma. Czasem jego proza jest mi bliska, niekiedy – nie, lecz fascynuje. 

 

Klikam bez wahania. :-)

 

Drobiazg:

,Tyle ofiar uznano za przecież za pożarte, bo nie pozostał po nich żaden ślad.

 

pzd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Muszę w końcu obejrzeć "Braterstwo wilków", bo podobno dobre. Co do tekstu spodobał mi się, choć momentami ciężko się połapać o co chodzi, przez tą poetyckość opisów, czy jak to nazwać ;)

Lekko i płynnie, ale też bardzo sugestywnie napisane – dość oszczędne środki tworzą niezwykły klimat, zamiast rozbudowanych metafor czy barokowych, poetyckich opisów mamy tu niezwykle precyzyjnie dobrane słowa, ostatecznie trafiające jeszcze mocniej. I do tego, jak to u drakainy, jest też walor edukacyjny. Klik chrum.

 

Z narzekania, to czasem zasady rządzące światem za ścianą bzu bywają nieco niejasne, np. fragment poniżej musiałem czytać dwa razy. Ale to może też po prostu ja :) 

 

Damiana miała rację. Coś się zmieniło. Kiedy jeden z Dwunastu umiera, a jego czarna cząstka ma jeszcze w sobie siłę i trzyma się serca, w miejscu śmierci zostaje cień przemienionej postaci, trofeum dla łowców, a ty trwasz, niewidoczny dla oczu człowieka, słaby jak dziecko, dopóki pijawka nie przywróci cię do życia, cokolwiek to dla ciebie znaczy.

https://www.facebook.com/konserwatywnenarzekanie

Bardzo wam wszystkim dziękuję za miłe słowa o tym tekście – nie będę się odnosić do wszystkich uwag z osobna, bo w zasadzie nie ma (na razie) wielu krytycznych słów, na które musiałabym odpowiedzieć.

 

Temat siedział we mnie od bardzo dawna i przy okazji tego konkursu tak bardzo domagał się, żebym go do Baźni opracowała, że musiałam się poddać.

 

nie wiem, ile w szczegółach jest Twojej inwencji, ale zapewne sporo

W zasadzie głównie połączenie wątków oraz idea, że dzikie zwierzęta, zwłaszcza drapieżniki (bo wilki i lisy to moje ulubione zwierzaki) wyczuwają ten konkretny typ zagrożenia dla świata, związany z tworzonym uniwersum i niektórym czytelnikom znany jako “Czerń” (to był ten bardzo stary pomysł).

Związana z tym samym regionem legenda o córce króla Węgier i samym królu, totalnie niespodziewana i tak naprawdę niemająca wielkiego sensu (prawdopodobnie jej realne źródło zaginęło w pomroce dziejów) spadła mi z nieba, a na dodatek w jednej z baśni węgierskich znalazłam tę o wodzie życia ukrytej w najbrzydszej butelce na stoliku w magicznym domku. No a w innej był lis i wilk pomagający księżniczce szukającej braci. Bardzo to spasowało i po długich mękach z całości skomponowała się jakaś tam fabuła.

 

Cieszy mnie, że ten twór znów ostatniej chwili daje się czytać :)

 

Natomiast nie wiem, jaki jest tu konkretnie walor edukacyjny, ale skoro jest, to też fajnie!

http://altronapoleone.home.blog

Hej

Posłałem do Biblioteki, komentarz z opóźnień życiowych.

 

Na początku spodziewałem się opowieści o wilkołakach, ale z każdym kolejnym fragmentem dochodziło coraz więcej szczegółów i jednocześnie historia zmieniała się w coś bardziej skomplikowanego. Legendy, na której bazowałaś, nie znam, więc szedłem w tekst w ciemno.

Podobało mi się, jak budujesz napięcie. Nie śpieszysz się, dawkujesz informacje, przez co ciekawość sama rośnie. Klimat francuskiej prowincji bardzo nadaje się na horror, a Ty tworzysz go bez krwi i przemocy, tylko za pomocą atmosfery.

O stylu wystarczy powiedzieć, że świetny jak zawsze.

Nie powiem, żebym wszystko zrozumiał. Trochę pogubiłem się w informacjach o strażnikach. Dwunastu (prawie) nieśmiertelnych strażników pilnuje wody życia, która jednocześnie wydaje się darem i przekleństwem, a tajemniczy mężczyzna chce wykorzystać jej moc do stworzenia armii takich stworzeń?

Ale kim był? I skąd właściwie wzięła się woda życia? Czy ma to związek z legendą o węgierskim możnowładcy?

PS Indiana Jones i ostatnia krucjata – scena ze Świętym Graalem, prostym kielichem ukrytym wśród złoconych pucharów. Tak się skojarzyła ;) 

He he, wszyscy spodziewają się opowieści o wilkołakach, a nikt się nie spodziewa Hiszpańskiej Inkwizycji XD

 

Co do strażników – to akurat jest kawałek autorski i zasadniczo chodzi o to, że jest ich dwanaścioro jak miesięcy, bo dłużej by nie pociągnęli, zmieniając się nieustannie, będąc ranni lub umierając. Ich główną rolą jest bronienie prawdziwych wilków (ewentualnie innych zwierząt), bo one w założeniu wyczuwają tę “truciznę” czyli utrudniają życie złolom. No i przeinterpretowałam nie tyle legendę, ile prawdziwą, choć niewyjaśnioną historię Bestii na to, że stworzono ją po to, żeby ludzie w odwecie wytępili wilki, na co ci, którzy dużo wcześniej czuwali tylko nad źródłem, musieli zacząć działać i stąd wzięli się czynni strażnicy. Węgierski możnowładca był wilkołakiem, ale w węgierskim stylu: oni się przemieniają na życzenie.

Złola pozostawiłam takim nieokreślonym, bo to horror ;) Oni i podobny motyw trucizny/niebezpieczeństwa/czerni się pojawiają w innych opkach z cyklu, portalowych i pozaportalowych (pozaportalowo w Fantazmatowych antologiach: Raz jeszcze w wyłom; Ja, legenda; Umieranie to parszywa robota). Hiszpańska Inkwizycja przywołana nie całkiem przypadkiem ;)

 

A wiesz, że Indiany Jonesa nie pamiętałam, ten motyw jest z węgierskiej baśni właśnie, może w filmie też XD

http://altronapoleone.home.blog

He he, wszyscy spodziewają się opowieści o wilkołakach, a nikt się nie spodziewa Hiszpańskiej Inkwizycji XD

Masz Francję, lasy, dużo słów o wilkach, Bestii, bohater martwi się, aby jego dziecko nie miało czegoś, co ma wydźwięk jak klątwa… ;)

Co do strażników – to akurat jest kawałek autorski i zasadniczo chodzi o to, że jest ich dwanaścioro jak miesięcy, bo dłużej by nie pociągnęli, zmieniając się nieustannie, będąc ranni lub umierając.

Tak, dwanaścioro jak miesiące, to zrozumiałem.

Węgierski możnowładca był wilkołakiem, ale w węgierskim stylu: oni się przemieniają na życzenie.

Nie, tego bym nie wywnioskował. Nie powiem, że nielinearność przeszkadzała, ale było dużo wzmianek o różnych sprawach i czasem z trudem łączyłem wątki.

Złola pozostawiłam takim nieokreślonym, bo to horror ;)

I to dobrze, bo horror nie musi wszystkiego wyjaśniać. Choć nie wiem, czy nie za mało, bo jako postać w samodzielnym opowiadaniu może być za enigmatyczna. 

A wiesz, że Indiany Jonesa nie pamiętałam, ten motyw jest z węgierskiej baśni właśnie, może w filmie też XD

Jak tu przeczytałem, od razu przypomniał mi się Indiana. W sumie może to być przypadek, bo to takie archetypowe kuszenie – wybór cnoty zamiast bogactwa/przyjemności/itp.

Węgierski możnowładca był wilkołakiem, ale w węgierskim stylu: oni się przemieniają na życzenie.

Nie, tego bym nie wywnioskował.

Chyba w wersji pokonkursowej to akurat dopracuję, bo wystarczy dopisać, że to on dał im zdolność przemiany i umiejętność podporządkowywania sobie “wody życia” czyli tych potworów z innego wymiaru ;)

http://altronapoleone.home.blog

Kielich, zmurszały, niepozorny, plus kontekst – tak, Indiana. dla mnie to fajne skojarzenie.

Tak, baśń ma węgierski sznyt, zdecydowanie. :-) 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie znałam tych legend, bardzo ciekawie podane. Również się spodziewałam wilkołaków, a tu proszę.

Pięknie napisane, schludnie, poetycko, nic dodać, nic ująć.

Życie mnie mnie, a Cię mnie?

Ależ dobry tekst. Lubię historię o wilku z Gévaudan, a ty interpretujesz ją w ciekawy, nietypowy sposób.

Natomiast tej legendy o królu Węgier nie znałem (nie wiedziałem też, że węgierskie wilkołaki mogą przemieniać się na zawołanie), więc dzięki za doedukowanie mnie.

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

Cieszę się, że sięgnęłaś do tej legendy, bo jest niezmiernie ciekawa i łączy w sobie kultury oraz przesądy z różnych części świata. Nad językiem panujesz, znasz triki sprawiające, że czytelnik może wciągnąć się w fabułę już od pierwszych zdań. Nie jest to jednak czysta groza, a dobre fantasy z dreszczykiem i dynamicznymi scenami walki. Rzecz dobrze spina się w całość, chociaż finalnie mało zaskakuje. Nie ma tu jednak jakichś większych zgrzytów. Jedynym, co mnie razi, bo taką mam czytelniczą preferencję, jest lekki melodramatyzm. Być może gdyby był to dłuższy tekst, inaczej by mi to wybrzmiało. Całość mimo to czytało się przyjemnie.

Dziękuję za udział w konkursie i pozdrawiam.

Dość mroczna historia i ciężka. Mimo że czyta się płynnie, to umysł podczas lektury pracuje na pełnych obrotach, aby to wszystko poukładać i spasować. Nie jest to łatwy tekst dla czytelnika, ale kto powiedział, że to, co dobre ma być łatwe w odbiorze.

Pijawki mi nie siadły. Dziwne to połączenie i przypomina mi bardziej coś z SF.

 

Ostatnio oglądałam dokumenty dotyczący tych wydarzeń (mówię o bestii z Gevaudan) i o wilkołakach generalnie, gdzie wątek węgierski też się przewijał i muszę powiedzieć, że naprawdę twórczo rozwinęłaś te historie ;)

Czyta się nieźle, choć przy Twoich opkach trzeba się naprawdę skupić, żeby się nie pogubić, bo lawirujesz i idziesz w stronę, która nigdy by mi nie przyszła do głowy. Klimacik jest mroczny, dołujący. Mam wrażenie, że łatwiej pojąć, gdy zna się inne teksty z tego univerum.

No, podobało mi się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witaj Drakaino!

 

Ładnie napisane, język mocno działa na wyobraźnię i dobrze się czyta. Fabuła na tyle złożona, że trudno mi było zorientować się przy pierwszym podejściu jakie mechanizmy rządzą przedstawionym światem. Dopiero po drugim przeczytaniu zacząłem łapać mniej więcej co i jak.

 

Rozgarnąłem krzaki. Ujrzałem czarną kałużę, a w niej kształty podobne do pijawek, ale większe, błyszczące jak agaty, wijące się w niepojęty dla ludzkiego oka sposób, od którego kręci się w głowie.

Bardzo sugestywne. Szczególnie udane porównanie do agatów.

 

Zamykam oczy i przyciskam wargi do krawędzi butelki, a mój mózg wybucha feerią czarnych gwiazd.

Ładne. Cały ten podrozdział!

 

jego twarz, nie widziałem jej jednak pod szerokim rondem czarnego kapelusza. Tylko oczy zapłonęły ognistą czerwienią

dostrzegłem podkute żelazem buty, chroniące przed kryształam

Podoba mi się ta postać.

 

Ból omal nie pozbawił mnie przytomności, zdołałem jednak wyrwać kamień i cisnąć nim w mrok kotłujący się tam, gdzie powinna być twarz tego mężczyzny. (…)

Leżałem bezsilny: zabiłem wroga

Nie za łatwo go pokonał?

 

 

Podrawiam!

 

 

Podziękowanie ogólne :) Nie będę odpowiadać na poszczególne pochwały, bo po prostu miło mi, że tekst tylu osobom spasował. Ta opowieść i jej interpretacja (ogólna, że chodzi o “skłócenie” ludzi z dzikimi zwierzętami) chodziła za mną od dawna, a teraz tak domagała się zrealizowania, że nie miałam wyjścia…

 

A szczegółowo to takie uwagi:

 

lekki melodramatyzm

Zazwyczaj słyszę, że w moich tekstach jest za mało emocji, więc wyszłam tym razem naprzeciw tym żądaniom ;)

 

Pijawki mi nie siadły. Dziwne to połączenie i przypomina mi bardziej coś z SF

Ta cała koncepcja, czegoś, co się czai w różnych miejscach i wypełza jako “czerń”, którą różni bohaterowie sobie różnie werbalizują, nazywają, w zależności m.in. od ich “kompetencji kulturowych” jest w inspiracji raczej lovecraftowska… Może najmocniej to widać w “Deszczowej oberży”, która jest już w antologii piórkowej.

 

lawirujesz i idziesz w stronę, która nigdy by mi nie przyszła do głowy

To pozwalam sobie uznać za komplement ;)

 

Nie za łatwo go pokonał?

Może troszkę, choć zapowiedzi starałam się umieścić, że jak wiesz, to łatwo pokonasz, ale tylko pojedynczego agenta, nie całe to zło.

No i po prawdzie to mnie pokonał dedlajn, więc troszkę się skracałam :/

http://altronapoleone.home.blog

Hej drakaina

Bardzo ciekawe, choć jak dla mnie skomplikowane. Czasem nie do końca wiedziałem o co chodzi a niektóre akapity czytałem kilkukrotnie.

Co nie zmienia faktu, że opowiadanie jest naprawdę dobre, świat bogaty i ciekawy.

Pozdrawiam

Ładnie napisane. Nie znałam w ogóle wyjściowych opowieści, więc nie wiem, co dodałaś od siebie. Fajny motyw ze zmieniającymi się strażnikami.

Jak to jedno bydlę potrafi napsuć mnóstwo krwi przyzwoitym ludziom…

Babska logika rządzi!

Podziękować Finklo, jako że spodziewałam się komentarza, że niezrozumiałe XD

Od siebie dodałam głównie to, że dzikie zwierzęta wyczuwają “truciznę” i Bestię stworzono po to, żeby ludzie je wytępili, więc strażnicy ich chronią. No i samą ideę, że tam jest jakaś magiczna substancja, która przemienia ludzi w zombie.

 

Dzięki, Ramshiri!

http://altronapoleone.home.blog

Podobało się: Zdało mi się to całkiem gotyckie, mroczna legenda relacjonowana narracją pierwszoosobową. Ponadto, motyw z tym co narrator miał w sercu. 

Nie podobało się: Dość skomplikowane zasady co do tego kto może a kto nie może pić danego rodzaju wody. 

Tekst poniekąd bliski moim zainteresowaniom, ze względu na Węgry i wilkołactwo.

 

Gratuluję i pozdrawiam!

Hej, ho! :)

 

Opowiadanie czytałam już ze 2 tygodnie temu, ale dopiero teraz znalazłam czas, żeby skomentować. Niestety nie porwało mnie, ze względu na kilka rzeczy. Po pierwsze, momentami było niejasne, można się było pogubić w całej tej magicznej otoczce i jej zasadach. Po drugie: motyw wilkołaka – dosyć oklepany. Nie mogę niestety powiedzieć, żeby ten horror mnie przestraszył (ale tak, wszyscy wiemy, że horror napisać jest trudno :)). Po trzecie – fakt, że żona w niczym się nie zorientowała, mocno naciągany. Po czwarte – trochę za dużo nagromadziło się tej całej “śmierci”, a już zwłaszcza tego kontrastowania życia i śmierci – aż w pewnym momencie (metaforycznie) przewróciłam oczami. ^^’

 

a która w rzeczywistości nie jest wodą, lecz jest śmiercią i życiem jednocześnie.

moi przodkowie przyjęli w siebie śmiertelną truciznę i dali w ten sposób drugie życie potomkom?

Wiesz, że dla twojego rodu niosą śmierć, bo starszy ci to powiedział, a mimo to

Kruki strzegą groty, w której bije źródło wody życia i śmierci

ci, którzy napiliby się tej wody, staną się martwi za życia

dwunastu strażników przebiega las i przyjmuje na siebie śmierć

I jeszcze:

przemieni całe wioski w osady żywych trupów

 

To tyle jeśli chodzi o samo opowiadanie. Obawiam się, że jego “chłodne przyjęcie” wynika u mnie w dużej mierze z faktu, że nigdy o tych legendach nie słyszałam i dla mnie były kompletną nowością – co mogło pewne rzeczy zagmatwać i wpłynąć na odbiór.

Przy okazji – wobec tego mojego ograniczonego zrozumienia stwierdzenie, że łączysz w tym opowiadaniu dwie legendy, wydało mi się nieco na wyrost – bo odniosłam wrażenie, że z jednej z nich zaczerpnęłaś jedynie motyw migrującego ojca oraz jego córki – przy czym nie był to “król”, a “możnowładca”…? Po prostu wydało mi się, że to trochę mało.

Kolejna sprawa – ja umiejscawiam to opowiadanie w XVIII/XIX w. Wiem, że Ciebie ten okres fascynuje ^^, natomiast mnie nie fascynował nigdy – może dlatego, że jestem noga z historii, historię skończyłam “studiować” na średniowieczu, potem zniechęcił mnie natłok dat, nazw, wydarzeń. Po prostu nie bardzo czuję atmosferę tamtych czasów – co z pewnością miało tutaj jakiś wpływ.

 

Na plus:

Fajny wątek tego “sentymentu” do Damiany, wypadł bardzo przekonująco i właśnie subtelnie, bez rażenia po oczach.

Całkiem fajny tekst: “To moja ostatnia śmierć”.

Ładnie napisane, ale bardziej podobał mi się Twój styl w tym opku na “Tu był las”. ;) Ponownie – może to kwestia czasów, w jakich osadzone jest opko, a do których ja nie żywię sentymentu.

 

Pozdrawiam ^^

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Nowa Fantastyka