- Opowiadanie: DHBW - Kilka lat spokoju

Kilka lat spokoju

Moja baź­nio­wa pro­po­zy­cja. Tro­chę prze­kro­czy­łam licz­bę zna­ków, ale po­dob­no nie bę­dzie z tego tra­ge­dii, heh. ^^’

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Kilka lat spokoju

Jako dziec­ko ma­rzy­łem o da­le­kich po­dró­żach. Ma­rze­nie speł­ni­łem, choć nie od razu. Naj­pierw po­sze­dłem na me­dy­cy­nę.

Ca­ły­mi la­ta­mi przy­glą­da­łem się bez­sil­nie cier­pie­niu umie­ra­ją­cej na gruź­li­cę matki. Tamte do­świad­cze­nia uczy­ni­ły ze mnie bun­tow­ni­ka, który za ży­cio­wy cel obrał walkę z cho­ro­bą i śmier­cią. Wraz z na­dej­ściem do­ro­sło­ści płacz i zło­rze­cze­nia za­mie­ni­łem na wie­dzę i na­rzę­dzia, które w swo­ich wy­obra­że­niach dzier­ży­łem ni­czym świę­ty Jerzy włócz­nię. Było w tym coś na­iw­ne­go, coś z głę­bo­kiej wiary – wiary w naukę i po­stęp, w po­tę­gę czło­wie­ka jako ga­tun­ku, który prawa na­tu­ry na­gi­na do wła­snej woli. Ale czy można mi się dzi­wić? Wszak za­le­d­wie kilka lat wcze­śniej bra­cia Wri­ght po­de­rwa­li z ziemi swoją uskrzy­dlo­ną ma­szy­nę; wkrót­ce potem Peary do­tarł na bie­gun pół­noc­ny. Me­dy­cy­na rów­nież czy­ni­ła po­stę­py, choć nigdy dość pręd­ko. Wie­dzia­łem, że wy­sił­ki le­ka­rzy nader czę­sto oka­zu­ją się próż­ne; cel uwa­ża­łem jed­nak za na tyle szczyt­ny, iż warty za­cho­du.

Łak­nie­nie przy­gód, bru­tal­nie stłu­mio­ne, ze­rwa­ło się z uwię­zi, kiedy po­zna­łem pro­fe­so­ra Da­vie­sa. Do­świad­czo­ny le­karz i chi­rurg, w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych wy­ru­szył do Indii i dalej na wschód, by zgłę­biać taj­ni­ki azja­tyc­kiej me­dy­cy­ny. Do An­glii po­wró­cił jako czło­wiek le­ci­wy, lecz na tyle ży­wot­ny, by pod­jąć wy­kła­dy na lon­dyń­skim King’s Col­le­ge. Jako że naj­wię­cej opo­wia­dał o Chi­nach, za­szcze­pił we mnie fa­scy­na­cję tym eg­zo­tycz­nym kra­jem. Z jego po­mo­cą pod­ją­łem naukę man­da­ryń­skie­go i pla­no­wa­łem po­dróż do tego od­le­głe­go za­kąt­ka świa­ta. Uroki stu­denc­kie­go życia po­świę­ci­łem na rzecz prze­sia­dy­wa­nia w bi­blio­te­ce, gdzie po­chła­nia­łem dzie­ła po­świę­co­ne kli­ma­to­wi i przy­ro­dzie Azji, jak rów­nież wszel­kim jej cho­ro­bom i bo­lącz­kom.

Nie­dłu­go po woj­nie wstą­pi­łem na po­kład stat­ku pły­ną­ce­go na wschód. Oprócz nie­zbęd­nych dro­bia­zgów mia­łem przy sobie torbę pełną le­karstw, ulu­bio­ny pod­ręcz­nik oraz za­pi­sa­ny chiń­ski­mi zna­ka­mi list po­le­ca­ją­cy. Ten ostat­ni prze­zna­czo­ny był dla za­rząd­cy pew­nej jun­nań­skiej pre­fek­tu­ry, który miał po­dob­no u Da­vie­sa dług wdzięcz­no­ści.

W tar­ga­nych wojną do­mo­wą Chi­nach le­ka­rze byli na wagę złota, po­mi­mo tego nie po­wi­ta­no mnie z en­tu­zja­zmem. Spe­szo­ny pre­fekt wy­ja­śnił, że choć do­ce­nia moje dobre chęci, to ze wzglę­du na przy­jaźń z Da­vie­sem za nic nie chce na­ra­żać mnie na nie­bez­pie­czeń­stwo; tym­cza­sem obok nie­po­ko­jów we­wnętrz­nych Chiny to­czy­ła po­wszech­na nie­na­wiść do cu­dzo­ziem­ców. Otwar­cie za­su­ge­ro­wał, że po­wi­nie­nem wró­cić do An­glii, jed­nak sta­now­czo od­rzu­ci­łem taką moż­li­wość. Po dłu­gim na­my­śle po­sta­no­wił wy­słać mnie do od­izo­lo­wa­nej od świa­ta gór­skiej wio­ski, z któ­rej po­cho­dził jego oj­ciec; li­czył, że tam nie do­się­gnie mnie wojna. W swej szczo­dro­ści przy­dzie­lił mi dwu­oso­bo­wą eskor­tę, dzię­ki któ­rej bez więk­szych przy­gód do­tar­łem do celu.

Osada po­ło­żo­na była wy­so­ko w gó­rach, drogę do niej zaś mój or­ga­nizm wspo­mi­nał z bólem przez na­stęp­ne trzy dni. I tam nie spo­tka­łem się z cie­płym przy­ję­ciem: wio­sko­wy przy­wód­ca, czło­wiek nie­sta­ry, lecz po­nu­ry i szorst­ki w obej­ściu, po­pa­try­wał na mnie z wy­raź­ną nie­chę­cią, kiedy wy­słan­ni­cy pre­fek­ta ob­ja­śnia­li, kim je­stem i ja­kie­go za­da­nia za­mie­rzam się pod­jąć. Osta­tecz­nie ugo­ścił mnie jed­nak we wła­snym domu.

Nie­dłu­go potem otrzy­ma­łem wła­sne lokum: skrom­ną chatę z drew­nia­nych bali, nie róż­nią­cą się ni­czym od po­zo­sta­łych za­bu­do­wań Lǜwō, czyli „Zie­lo­ne­go Gniaz­da”. Po­je­dyn­cza izba, o ścianach uszczel­nionych gliną, o kle­pi­sku wy­sła­nym ma­ta­mi z trawy, słu­ży­ła mi jed­no­cze­śnie za sy­pial­nię, ja­dal­nię i ga­bi­net. Ku memu roz­cza­ro­wa­niu, pa­cjen­tów mia­łem jak na le­kar­stwo; wi­docz­nie nie­chęć do cu­dzo­ziem­ców prze­nik­nę­ła nawet w naj­bar­dziej od­lud­ne re­jo­ny gó­rzy­ste­go Yun­na­nu. Jakże gorz­ka była to kon­sta­ta­cja! Ślę­cząc nad uczo­ny­mi dzie­ła­mi w przy­tul­nych wnę­trzach Mau­ghan Li­bra­ry, wy­obra­ża­łem sobie, że gdzie­kol­wiek rzuci mnie los, miej­sco­wi przyj­mą moją po­słu­gę z wdzięcz­no­ścią i na­leż­nym sza­cun­kiem. Tym­cza­sem w Lǜwō spo­tkał mnie strasz­li­wy zawód. Byłem tam obcy, co oka­zy­wa­no mi na każ­dym kroku. Wro­gie spoj­rze­nia, szep­ty i wy­ty­ka­nie pal­ca­mi to­wa­rzy­szy­ły mi przez dłu­gie ty­go­dnie. Biała skóra bu­dzi­ła zdu­mie­nie i wstręt; spoj­rze­nie nie­bie­skich oczu, po­zba­wio­nych cha­rak­te­ry­stycz­nej fałdy na po­wie­ce, aż się pro­si­ło o ma­gicz­ny gest dla od­czy­nie­nia uroku. O po­ga­węd­ce z są­sia­da­mi nie mo­głem nawet ma­rzyć.

Po­cie­sze­nie od­naj­do­wa­łem w bli­skim ob­co­wa­niu z na­tu­rą. Cy­wi­li­za­cja w oko­li­cach Lǜwō ogra­ni­cza­ła się do wio­sko­wych za­bu­do­wań i wy­ku­tych w zbo­czach ta­ra­sów, na któ­rych upra­wia­no ryż; wy­star­czy­ło od­wró­cić od nich wzrok, by zna­leźć się sam na sam z czymś tak pier­wot­nym, tak po­tęż­nym i nie­okieł­zna­nym, że bu­dzi­ło za­chwyt i lęk za­ra­zem. Jakże ma­la­łem wobec ma­je­sta­tu owych nie­bo­sięż­nych szczy­tów, owych nie­prze­by­tych gę­stwin spły­wa­ją­cych w do­li­ny mięk­ko ni­czym atłas! Ja­kież dziw­ne uczu­cie prze­szy­wa czło­wie­ka, kiedy po­śród szep­tów dzie­wi­cze­go lasu po­sły­szy krzyk eg­zo­tycz­ne­go ptaka! Ja­kież kon­cer­ty wy­gry­wa na li­ściach tro­pi­kal­na ulewa! W Lon­dy­nie star­czy­ło uwa­żać na do­roż­ki i au­to­mo­bi­le, w gó­rach Yun­na­nu czy­ha­ły na wę­drow­ca żmije, małpy i wiel­kie ko­to­wa­te.

Obok nie­za­po­mnia­nych do­znań, ja­kich do­star­cza­ła mi eg­zo­tycz­na przy­ro­da, je­dy­ną osło­dą tego trud­ne­go okre­su była sym­pa­tia oka­zy­wa­na mi przez mło­dzień­ca imie­niem Xiǎoyǔ. Wie­dzio­ny cie­ka­wo­ścią, za­glą­dał do mnie tak czę­sto, jak po­zwa­la­ły mu na to obo­wiąz­ki. Dzię­ki niemu od­na­la­złem się w no­wych re­aliach i oswo­iłem z pry­mi­tyw­nym miej­sco­wym dia­lek­tem. Przede wszyst­kim zaś oca­lił mnie przed sa­mot­no­ścią: za­bie­rał na da­le­kie wy­pra­wy, uczył pod­staw po­lo­wa­nia, tłu­ma­czył, jak upra­wiać ryż i her­ba­tę. Wspo­ma­ga­jąc się pan­to­mi­mą i kre­ślo­ny­mi na ziemi ry­sun­ka­mi, opo­wia­dał le­gen­dy i hi­sto­rie z życia wio­ski. Wy­ja­śnił, że Zie­lo­ne Gniaz­do nie jest cał­ko­wi­cie od­cię­te od świa­ta: za­glą­da­li do niego han­dla­rze z po­bli­skich miast, z kolei miesz­kań­cy są­sied­niej osady do­star­cza­li świe­że i su­szo­ne ryby ze swo­je­go je­zio­ra.

Pew­ne­go dnia byłem świad­kiem ta­kiej wła­śnie wy­mia­ny; za­in­try­go­wał mnie spo­sób, w jaki prze­bie­ga­ła. Wraz z Xiǎoyǔ wy­pra­wi­łem się do lasu, by po­szu­kać ro­ślin, któ­rym chiń­ska me­dy­cy­na przy­pi­sy­wa­ła uzdro­wi­ciel­ską moc. Po­chy­la­li­śmy się wła­śnie nad kępką nie­po­zor­nych kwiat­ków, kiedy usły­sze­li­śmy do­no­śne wo­ła­nie. Głos na­le­żał do męż­czy­zny, a do­bie­gał z drogi wio­dą­cej do wio­ski od za­cho­du. Spoj­rza­łem py­ta­ją­co na Xiǎoyǔ.

– To czło­wiek z Gāowō – wy­ja­śnił chło­pak, wy­raź­nie za­nie­po­ko­jo­ny. – Na­wo­łu­je, by ktoś wy­szedł po jego ryby.

Okrzy­ki nie usta­wa­ły, a wręcz przy­bie­ra­ły na sile, wobec czego spy­ta­łem:

– Dla­cze­go nie po­dej­dzie bli­żej?

– Nie wolno mu. – Xiǎoyǔ sta­now­czo po­krę­cił głową. – Gāowō jest prze­klę­te. Nie chce­my, żeby klą­twa prze­nio­sła się na nas.

– Prze­klę­te? – po­wtó­rzy­łem, nie kry­jąc scep­ty­cy­zmu. – A w jakiż to spo­sób?

Twarz Xiǎoyǔ stała się nagle bar­dzo po­waż­na. Wy­cią­gnął przed sie­bie otwar­tą dłoń.

Wǔshī – wy­ja­śnił, a do­strze­gł­szy moją kon­ster­na­cję, za­mknął oczy i prze­chy­lił głowę, roz­wie­ra­jąc usta. – – po­wtó­rzył, osten­ta­cyj­nie ma­cha­jąc ręką.

„Pięć”, tyle zro­zu­mia­łem. Co do „shī”, nie ko­ja­rzy­ło mi się z ni­czym.

Sǐ de rén – pod­po­wie­dział chło­pak.

Zmarsz­czy­łem brwi. „Mar­twy czło­wiek”. Pię­ciu mar­twych ludzi?

Shì shéi? Shì zěnme sǐ de? – Kto umarł i w jaki spo­sób?

Ale mło­dzie­niec po­krę­cił tylko głową.

Shì sānshī zuò de – od­parł, cho­wa­jąc dwa palce. – Sānchóng.

Sānchóng? – po­wtó­rzy­łem, odro­bi­nę za­że­no­wa­ny. – Chóng? – I po­chy­liw­szy się, za­czą­łem prze­bie­rać pal­ca­mi.

– Ro­ba­ki – po­twier­dził mój prze­wod­nik, a do­strze­gł­szy na ja­kimś li­ściu tłu­stą gą­sie­ni­cę, chwy­cił ją mię­dzy palce i pod­sta­wił mi pod oczy. – Yī, èr, sān – wy­li­czył, wolną ręką do­ty­ka­jąc ko­lej­no skro­ni, most­ka i brzu­cha.

Za­mru­ga­łem, oszo­ło­mio­ny. Trzy ro­ba­ki? Nie­wąt­pli­wie cho­dzi­ło o jakiś nie­zna­ny mi prze­sąd. Tym­cza­sem Xiǎoyǔ ma­chał dziw­nie rę­ko­ma, po­ka­zy­wał to na las, to na wła­sne ciało; raz wy­cią­gał przed sie­bie trzy palce, raz pięć; dusił się, kasz­lał, cier­piał, umie­rał. Znie­cier­pli­wio­ny, po­krę­ci­łem głową i skie­ro­wa­łem kroki tam, skąd jesz­cze przed chwi­lą do­cho­dzi­ły wo­ła­nia. Kiedy Xiǎoyǔ pró­bo­wał mnie po­wstrzy­mać, uspo­ko­iłem go ge­stem dłoni.

– Tylko po­pa­trzę i zaraz wra­ca­my.

Nie od razu dał za wy­gra­ną; szep­tem na­le­gał, bym za­wró­cił, szar­pał mnie za ko­szu­lę, lecz po­zo­sta­łem nie­wzru­szo­ny. Zre­zy­gno­wa­ny, po­dą­żył za mną, nie po­zwo­lił jed­nak opu­ścić przy­droż­nych za­ro­śli.

Da­le­ko po lewej do­strze­głem trzech męż­czyzn: jed­ne­go star­sze­go, mocno po­si­wia­łe­go, i dwóch młod­szych. Wszy­scy gar­bi­li się pod cię­ża­rem dźwi­ga­nych na ple­cach koszy. Tym­cza­sem od stro­ny wio­ski nad­cho­dził jej za­rząd­ca, do nie­daw­na mój go­spo­darz, po­nu­ry i ma­ło­mów­ny Lǎobào. Za nim kro­czy­li jego syn i zięć, nio­są­cy we­spół to­por­nie zbitą skrzy­nię, za­pew­ne z prze­zna­cze­niem na bar­ter. Mi­nę­li naszą kry­jów­kę i zaraz sta­nę­li, jakby wo­le­li trzy­mać się na dy­stans. Krzyk­nę­li coś na przy­by­szów, a wtedy tamci zrzu­ci­li kosze z ple­ców.

– Jak on się ma?! – za­wo­łał Lǎobào, kiedy i jego skrzy­nia spo­czę­ła na ziemi.

"On albo ona", po­pra­wi­łem się w my­ślach.

Ten naj­star­szy mo­men­tal­nie spo­sęp­niał, wy­su­nął za­czep­nie brodę i od­krzyk­nął:

– Cał­kiem nie­źle! Jesz­cze bę­dzie żyć.

Wtedy nie wy­trzy­ma­łem, od­trą­ci­łem ręce Xiǎoyǔ i wy­pa­dłem na drogę.

– Sły­sza­łem, że wasi lu­dzie cho­ru­ją! Je­stem le­ka­rzem! Przyjdź­cie do mnie, a wam po­mo­gę!

Na dro­dze za­pa­no­wa­ło po­wszech­ne po­ru­sze­nie. Pod­czas gdy bied­ny Xiǎoyǔ kulił się za moimi ple­ca­mi, tamci wy­mie­nia­li po­nu­re spoj­rze­nia. Od­czu­wa­łem po­ku­sę, by po­dejść bli­żej, po­ka­zać, co sądzę o tych lu­do­wych za­bo­bo­nach, wie­dzia­łem jed­nak, że nie­roz­sąd­nie by­ło­by łamać lo­kal­ne tabu.

– A ten to kto?! – padło wresz­cie py­ta­nie.

Lǎobào nie od­po­wie­dział, za­ma­chał gniew­nie rę­ko­ma i krzyk­nął:

– Za­bierz go stąd!

Zro­zu­mia­łem, że kie­ru­je te słowa do Xiǎoyǔ. Chło­pak mo­men­tal­nie uwie­sił się na moim ra­mie­niu i po­czął cią­gnąć mnie w kie­run­ku wio­ski. Wi­dząc, że tamci marsz­czą groź­nie czoła, nie­chęt­nie ustą­pi­łem.

– Mogę im pomóc – po­wie­dzia­łem, raz po raz oglą­da­jąc się przez ramię. Męż­czyź­ni długo od­pro­wa­dza­li mnie wzro­kiem, wi­dzia­łem, że roz­ma­wia­ją, wska­zu­jąc na mnie gło­wa­mi. – Lu­dzie nie muszą umie­rać.

– Chodź­my – uciął Xiǎoyǔ i po­cią­gnął mnie jesz­cze moc­niej.

Na widok jego za­ci­śnię­tych ust tknę­ło mnie po­czu­cie winy. Lecz cóż mo­głem po­ra­dzić na swoją ra­cjo­nal­ną na­tu­rę? To praw­da, że po­dró­żo­wa­łem po czę­ści z ego­istycz­nych po­bu­dek – lecz za­ra­zem przy­wo­zi­łem ze sobą oświe­ce­nie. Jakże fru­stru­ją­ca była świa­do­mość, że w walce o ludz­kie życie od­pa­da­łem w przed­bie­gach, ogry­wa­ny przez prze­są­dy i uprze­dze­nia ciem­ne­go ludu!

Jesz­cze kil­ka­krot­nie pró­bo­wa­łem wy­ba­dać, jakaż to ta­jem­ni­cza cho­ro­ba gnębi są­sia­dów z Wy­so­kie­go Gniaz­da, lecz Xiǎoyǔ zby­wał moje py­ta­nia mil­cze­niem lub mach­nię­ciem ręki. Bojąc się, że utra­cę je­dy­ne­go przy­ja­cie­la, prze­sta­łem na­ci­skać. Cier­pli­wie cze­ka­łem, aż miej­sco­wi na­bio­rą do mnie za­ufa­nia i sami po­pro­szą o pomoc.

Nie do­cze­ka­łem się. Ko­lej­ny mie­siąc upły­nął mi na próż­no­wa­niu, wobec czego zde­cy­do­wa­łem o po­wro­cie do sto­li­cy pre­fek­tu­ry. Spa­ko­wa­łem cały do­by­tek i od­wie­dzi­łem Lǎobào, by po­in­for­mo­wać, że wy­ru­szam z sa­me­go rana. Ku memu zdu­mie­niu, za­miast ode­tchnąć z ulgą, męż­czy­zna wy­mie­nił za­nie­po­ko­jo­ne spoj­rze­nia z żoną; potem długo mil­czał, aż za­czą­łem tra­cić cier­pli­wość. Wresz­cie uśmiech­nął się wy­mu­sze­nie, oto­czył mnie ra­mie­niem i po­kle­pał po ple­cach.

Wy­ja­śnił, że miej­sco­wi z za­sa­dy nie ufają obcym, a co do­pie­ro cu­dzo­ziem­com; że nie byli za­do­wo­le­ni z faktu, że muszą mnie utrzy­my­wać, cho­ciaż ni­ko­go do sie­bie nie za­pra­sza­li. Teraz to traktowanie zdało mu się zbyt surowym. Po­dej­rze­wa­łem, że oba­wia się gnie­wu pre­fek­ta, lecz potem dodał:

– Przy­znam, że ostat­nio my­śla­łem o panu. – Skrzy­wił się i po­ma­so­wał lę­dź­wie. – Coraz bar­dziej do­ku­cza­ją mi plecy. Da się coś na to po­ra­dzić?

Ach, więc to tak! Przy­szła koza do woza. Wa­ha­łem się dość długo, jed­nak osta­tecz­nie ski­ną­łem głową. Prze­ba­da­łem go do­kład­nie, po czym wy­da­łem sze­reg za­le­ceń i ka­za­łem przyjść po środ­ki prze­ciw­bó­lo­we.

Mo­ment ten oka­zał się prze­ło­mo­wy. Za­chę­ce­ni przy­kła­dem z góry, nie­śmia­ło za­glą­da­li do mnie coraz to nowi pa­cjen­ci. Nagle za­czę­to trak­to­wać mnie bar­dzo życz­li­wie: są­sie­dzi za­ga­dy­wa­li, ko­bie­ty czę­sto­wa­ły owo­ca­mi, chłop­cy no­si­li wodę i drew­no. Widać uświa­do­mi­li sobie, jak ab­sur­dal­na była ich do­tych­cza­so­wa po­sta­wa. Bo­czy­łem się jesz­cze przez ty­dzień czy dwa, lecz wkrót­ce prze­wa­ży­ła wdzięcz­ność – za za­ufa­nie, jakim mimo wszyst­ko po­sta­no­wi­li mnie ob­da­rzyć.

Dziw­nym tra­fem mniej wię­cej w tym samym cza­sie utra­ci­łem przy­jaźń Xiǎoyǔ. Uni­kał mnie, jak­bym wy­rzą­dził mu jakąś krzyw­dę; cza­sem ob­ser­wo­wał mnie z da­le­ka, lecz przy­ła­pa­ny od­wra­cał wzrok. Po­cząt­ko­wo wy­ma­wiał się obo­wiąz­ka­mi, póź­niej w ogóle prze­stał ze mną roz­ma­wiać. Mia­łem wra­że­nie, że po­smut­niał, że trzy­ma się na ubo­czu. Wy­tłu­ma­czy­łem to sobie dzie­cię­cą za­zdro­ścią i uzna­łem, że naj­le­piej bę­dzie za­cze­kać, aż zmą­drze­je.

Na wio­snę drze­wa w oko­li­cy ob­ro­dzi­ły pu­łap­ka­mi w po­sta­ci drew­nia­nych kla­tek z przy­nę­tą w środ­ku. Zwa­bio­ny ptak, chcąc się po­ży­wić, zwal­niał blo­ka­dę i tym samym przy­pie­czę­to­wy­wał swój los. Jako że było tych kon­struk­cji praw­dzi­we za­trzę­sie­nie, a wie­śnia­cy nie prze­sta­wa­li bu­do­wać no­wych, po­sta­no­wi­łem za­py­tać o to dziw­ne zja­wi­sko Lǎobào.

– Mu­si­my jakoś prze­trwać wio­snę – od­po­wie­dział z owym ła­ska­wym uśmie­chem, któ­rym ob­da­rzał mnie teraz wcale czę­sto. – Ryż le­d­wie po­sa­dzo­ny, za­pa­sy na wy­koń­cze­niu. Wy­cho­dzi – jemy ptaki.

Nie wszyst­kie. Schwy­ta­ne czar­now­ro­ny utrzy­my­wa­li przy życiu – ani nie za­bi­ja­li, ani nie wy­pusz­cza­li. Kiedy za­py­ta­łem, czy to lo­kal­ny przy­smak – czy może wręcz prze­ciw­nie, lo­kal­ne tabu – Lǎobào za­bur­czał pod nosem coś nie­zro­zu­mia­łe­go i po­ka­zał mi plecy.

Naj­dziw­niej­sze było jed­nak do­pie­ro przede mną. Otóż przy ko­lej­nej do­sta­wie ryb miesz­kań­cy Gāowō prze­ka­za­li przez Lǎobào proś­bę, abym od­wie­dził ich wio­skę i po­mógł uzdro­wić pewną młodą ko­bie­tę. Zgo­dzi­łem się, i to z wiel­ką ra­do­ścią, wi­dząc w tym szan­sę na wy­ple­nie­nie szko­dli­we­go, za­bój­cze­go wręcz za­bo­bo­nu.

Na przy­go­to­wa­nie mia­łem trzy dni. W wi­gi­lię wy­pra­wy, wiel­ce pod­eks­cy­to­wa­ny, spraw­dza­łem, czy na pewno spa­ko­wa­łem wszyst­kie nie­zbęd­ne rze­czy. Nagle usły­sza­łem coś na kształt syk­nię­cia, a na­stęp­nie dziw­ny szmer, jakby coś dra­pa­ło w tylną ścia­nę domu. Dra­pa­nie nie usta­wa­ło, zmu­sza­jąc mnie do przy­ło­że­nia ucha do drew­na.

– To ja, Xiǎoyǔ – do­bie­gło mnie po chwi­li.

– Xiǎoyǔ…?

– Nie idź tam, péngyou. – Wzru­sze­nie ści­snę­ło mi serce, bo po raz pierw­szy na­zwał mnie przy­ja­cie­lem. – Nie idź do Gāowō, tam są wǔshī. Wra­caj do sie­bie, do domu. To nie twoja klą­twa.

Roz­czu­li­ła mnie jego tro­ska, uzna­łem jed­nak za sto­sow­ne przy­jąć pro­tek­cjo­nal­ny ton.

– Xiǎoyǔ, nie ma się czego bać. To nie klą­twa, to cho­ro­ba. A ja je­stem le­ka­rzem.

– Muszę wra­cać – rzu­cił nie­spo­dzie­wa­nie, z wy­raź­nym na­pię­ciem w gło­sie. – Pro­szę, nie idź tam, péngyou. Za­ufaj mi. Ucie­kaj jak naj­da­lej.

Uśmiech­ną­łem się, sły­sząc jego po­śpiesz­ne kroki. Do­ce­nia­łem fakt, że prze­zwy­cię­żył ne­ga­tyw­ne uczu­cia, by ostrzec mnie przed czymś, co po­strze­gał jako nie­bez­pie­czeń­stwo.

Opu­ści­łem Lǜwō bla­dym świ­tem. Na dro­dze cze­ka­ło na mnie dwóch męż­czyzn. Ten star­szy, któ­re­go zna­łem już z wi­dze­nia, przed­sta­wił się jako Zhéhá, za­rząd­ca Gāowō. Ski­nę­li­śmy sobie gło­wa­mi, po czym tamci od­wró­ci­li się i bez słowa ru­szy­li przed sie­bie.

To był długi i wy­czer­pu­ją­cy marsz, lecz prze­wod­ni­cy za­pew­ni­li mnie, że do­trze­my do celu przed za­pad­nię­ciem nocy. Tuż po po­łu­dniu zbo­czy­łem ze ścież­ki, aby zła­pać od­dech i zwil­żyć gar­dło źró­dla­ną wodą; przy oka­zji czuj­nie ro­zej­rza­łem się po po­bli­skich za­ro­ślach. Nagle moją uwagę przy­ku­ło coś na tyle dziw­ne­go, że mu­sia­łem po­dejść bli­żej, nie wie­rzy­łem bo­wiem wła­snym oczom. Na przy­droż­nym drze­wie, na wy­so­ko­ści ja­kichś sied­miu jar­dów, wi­sia­ła drew­nia­na klat­ka, po­dob­na do tych, które zna­łem z Lǜwō. Nie to mnie jed­nak zdu­mia­ło, a jej za­war­tość: wie­niec z wie­chli­ny, na któ­rym roz­pię­ty był mar­twy czar­ny ptak.

– Nie ma na co pa­trzeć! – usły­sza­łem za sobą Zhéhá. – Chodź­my, długa droga przed nami.

– Co to ta­kie­go?

Zhéhá nie od­po­wia­dał, wobec czego po­sła­łem mu py­ta­ją­ce spoj­rze­nie.

– To na szczę­ście – wy­ce­dził przez zęby, ze zło­ścią, któ­rej nie po­tra­fi­łem sobie wy­tłu­ma­czyć. – Chro­ni przez złem.

Nie wda­jąc się w dal­sze dys­ku­sje, za­wró­cił na pię­cie i pod­jął wę­drów­kę. Z ocią­ga­niem po­sze­dłem w jego ślady, lecz jesz­cze kil­ka­krot­nie oglą­da­łem się na ów ma­ka­brycz­ny amu­let. „Je­że­li tak wła­śnie chro­nią się przed złem”, po­my­śla­łem, „to chyba ro­zu­miem, skąd te po­twor­ne cho­rób­ska”.

Ostat­ni od­ci­nek po­ko­na­li­śmy w zu­peł­nych ciem­no­ściach. Sił star­czy­ło mi na tyle, by za­spo­ko­ić pra­gnie­nie i do­brnąć do sien­ni­ka. Na­stęp­ne­go dnia do­bu­dzo­no mnie do­pie­ro w porze obia­do­wej. Kiedy wsze­dłem do głów­nej izby, przy stole za­sia­da­ła już cała ro­dzi­na: Zhéhá, jego żona, trój­ka dzie­ci oraz star­sza ko­bie­ta, którą przed­sta­wił jako swoją matkę. Je­dli­śmy w krę­pu­ją­cym mil­cze­niu. Mał­żon­ko­wie sku­pia­li się na swo­ich mi­skach; dzie­ci po­pa­try­wa­ły na mnie ukrad­kiem, lecz za nic nie po­tra­fi­łem uchwy­cić ich wzro­ku. Z kolei sta­rusz­ka otwar­cie mie­rzy­ła mnie spoj­rze­niem, i to z in­try­gu­ją­cym wy­ra­zem twa­rzy: ni to chy­trym, ni to za­do­wo­lo­nym, jakby pla­no­wa­ła mnie z kimś wy­swa­tać i za­sta­na­wia­ła się, od któ­rej stro­ny to ugryźć. Choć od­wza­jem­ni­ła przy­ja­zny uśmiech, jej oczy po­zo­sta­ły chłod­ne.

– Jest młody i zdro­wy – po­wie­dzia­ła nagle do syna. – Bę­dzie długo żył.

Słowa ode­bra­łem jako kom­ple­ment, toteż po­dzię­ko­wa­łem ski­nie­niem głowy. Chwi­lę póź­niej aż pod­sko­czy­łem z prze­stra­chu, bo Zhéhá rąb­nął pię­ścią w stół i po­słał ko­bie­cie gniew­ne spoj­rze­nie.

– Jedz­my – wy­ce­dził i na po­wrót po­chy­lił się nad miską.

Naj­wy­raź­niej miej­sco­wy oby­czaj za­bra­niał roz­mo­wy pod­czas po­sił­ku. Sta­rusz­ka opu­ści­ła głowę i prze­łknę­ła łyżkę kle­iku, lecz wy­star­czy­ła chwi­la, by po­now­nie prze­wier­ca­ła mnie wzro­kiem, z tym samym dziw­nym, nie­prze­nik­nio­nym uśmie­chem.

Po obie­dzie żona Zhéhá od­pro­wa­dzi­ła mnie do prze­zna­czo­nej dla mnie izby, ge­stem za­chę­ca­jąc do od­po­czyn­ku. Ledwo za­su­nę­ła za­sło­nę, gdy do­biegł mnie gniew­ny szept Zhéhá. Nie za­mie­rza­łem na­słu­chi­wać; wie­dzia­łem, że nigdy nie zdo­łam tych ludzi w pełni zro­zu­mieć. Nie tylko nasze ję­zy­ki i oby­cza­je, ale i spo­sób my­śle­nia były dia­me­tral­nie różne.

Rze­czy­wi­ście ucią­łem sobie drzem­kę, na­to­miast pod wie­czór wy­sze­dłem przed chatę, aby roz­pro­sto­wać nogi. Na­tych­miast ścią­gną­łem na sie­bie kilka cie­kaw­skich spoj­rzeń; unio­słem rękę w ge­ście po­zdro­wie­nia, który nie zo­stał od­wza­jem­nio­ny. Kie­dyś był­bym zde­pry­mo­wa­ny, teraz, na­uczo­ny do­świad­cze­niem, je­dy­nie uśmiech­ną­łem się w duchu.

– Do środ­ka! – Zza moich ple­ców wy­chy­nę­ła żona Zhéhá, oso­bli­wie po­de­ner­wo­wa­na. – Do środ­ka, nie­dłu­go je­dze­nie.

– Chciał­bym ro­zej­rzeć się po wio­sce – od­par­łem uprzej­mie, acz sta­now­czo. – Gdzie znaj­dę tę bied­ną dziew­czy­nę, któ­rej mam pomóc?

Po jej twa­rzy prze­mknął gry­mas bólu; za­ci­snę­ła usta i zmarsz­czy­ła czoło, jak­bym po­wie­dział coś nie tak. Po chwi­li zre­flek­to­wa­ła się, od­wró­ci­ła wzrok i za­ma­cha­ła po­na­gla­ją­co ręką.

– Nie dzi­siaj. Dzi­siaj od­po­czy­nek.

Nie wy­pa­da­ło się kłó­cić, dla­te­go po­słusz­nie za­wró­ci­łem. Przy oka­zji uchwy­ci­łem kątem oka pu­łap­kę umiesz­czo­ną w ko­ro­nie po­bli­skie­go drze­wa.

– Gdzie prze­by­wa pa­cjent­ka? – za­py­ta­łem pod­czas ko­la­cji, kiedy cała ro­dzi­na zgro­ma­dzi­ła się przy stole. – Chciał­bym ją już prze­ba­dać.

– Nie ma po­śpie­chu – od­parł sucho Zhéhá.

– Nie ma po­śpie­chu? – po­wtó­rzy­łem, nie kry­jąc zdu­mie­nia. – Po­dob­no ostat­nio jej stan uległ po­gor­sze­niu.

Cisza, nie li­cząc od­gło­sów sior­ba­nia.

– A zatem kiedy? – do­da­łem z na­ci­skiem.

– Mu­si­my wszyst­ko przy­go­to­wać.

– Trzy, czte­ry dni – za­mam­la­ła sta­rusz­ka. – Tyle jesz­cze wy­trzy­ma.

Na tym roz­mo­wa się skoń­czy­ła. Za­cho­wa­nie go­spo­da­rzy za­czę­ło po­waż­nie mnie iry­to­wać; upar­te mil­cze­nie i od­mo­wa wy­ja­śnień ostro kłó­ci­ły się z moim ro­zu­mie­niem uprzej­mo­ści i go­ścin­no­ści. Zwłasz­cza, że byłem le­ka­rzem, któ­re­go sami we­zwa­li w kon­kret­nym celu.

Na­za­jutrz po śnia­da­niu grzecz­nie wró­ci­łem do swo­je­go po­ko­ju, lecz w rze­czy­wi­sto­ści cze­ka­łem je­dy­nie, aż wszy­scy ro­zej­dą się do swo­ich obo­wiąz­ków. Gdy tylko głów­na izba opu­sto­sza­ła, wy­mkną­łem się na po­dwó­rze i czmych­ną­łem za naj­bliż­szy bu­dy­nek. Zy­skaw­szy pew­ność, że moja uciecz­ka nie zo­sta­ła do­strze­żo­na, wy­bra­łem się na spa­cer.

Wy­so­kie Gniaz­do bar­dzo przy­po­mi­na­ło Gniaz­do Zie­lo­ne, z tym że po­ło­żo­ne było znacz­nie wyżej, na obrze­żach wy­peł­nia­ją­ce­go skal­ną niec­kę je­zio­ra. Na wo­dzie uno­si­ło się kilka ma­łych łódek, w od­da­li ko­bie­ty ro­bi­ły pra­nie. Kto mógł, ten pra­co­wał na polu i w lesie, dla­te­go prze­cha­dza­jąc się mię­dzy do­mo­stwa­mi, spo­ty­ka­łem głów­nie małe dzie­ci. Przy­cią­ga­łem spoj­rze­nia, lecz nikt mnie nie za­cze­piał.

Wy­pa­trzy­łem ścież­kę bie­gną­cą do brze­gu je­zio­ra i po­my­śla­łem, że przy­jem­nie by­ło­by za­nu­rzyć w nim stopy. Wy­sze­dłem poza ota­cza­ją­cy wio­skę czę­sto­kół i sta­ną­łem jak wryty. Po obu stro­nach drogi ster­cza­ły nie­wy­so­kie słupy, na któ­rych za­mo­co­wa­no drew­nia­ne klat­ki. Do­my­śla­jąc się, co zaraz ujrzę, okrą­ży­łem jeden z nich. Prze­czu­cie mnie nie my­li­ło. Obie kon­struk­cje da­wa­ły schro­nie­nie pta­sim tru­chłom wpi­sa­nym w ple­cio­ne okrę­gi. Tym razem do­strze­głem jed­nak pe­wien nie­po­ko­ją­cy szcze­gół: pta­szy­ska miały nie dwie, a trzy nogi.

Pod­sze­dłem bli­żej, nie­omal wty­ka­jąc nos do klat­ki. Owa trze­cia noga, choć wy­glą­da­ła na wro­nią, z pew­no­ścią nie była dzie­łem na­tu­ry; ster­cza­ła pod dziw­nym kątem, nie po­tra­fi­łem jed­nak okre­ślić, jak do­kład­nie ją przy­twier­dzo­no. Skrzy­dła były sze­ro­ko roz­po­star­te, na­su­wa­jąc sko­ja­rze­nie z cia­łem roz­pię­tym na krzy­żu; czym prę­dzej od­rzu­ci­łem tę myśl jako do­praw­dy nie na miej­scu. Tru­cheł­ko za­czy­na­ło już cuch­nąć, lecz czar­ne oczka nadal ły­pa­ły szkli­ście w kie­run­ku, z któ­re­go nad­sze­dłem przed dwoma dnia­mi. Skrzy­wi­łem się z od­ra­zą i wró­ci­łem na drogę. Nie mu­sia­łem wy­tę­żać wzro­ku, by stwier­dzić, że tego ro­dza­ju „to­te­mów”, jak ochrzci­łem je w my­ślach, było znacz­nie wię­cej. Roz­miesz­czo­ne w rów­nych od­stę­pach wzdłuż ca­łe­go ostro­ko­łu, od­dzie­la­ły wio­skę za­rów­no od je­zio­ra, jak i po­bli­skich wznie­sień. Ru­szy­łem wy­zna­cza­ną przez nie trasą, upew­nia­jąc się, że w każ­dej z kla­tek gnije trzy­no­gi ptasi trup, z ocza­mi skie­ro­wa­ny­mi na ze­wnątrz, ni­czym wy­glą­da­ją­cy za­gro­że­nia straż­nik.

Ode­szła mnie ocho­ta na spa­cer, a nawet plu­ska­nie w je­zio­rze. Te ma­ka­brycz­ne gusła wzbu­dzi­ły we mnie głę­bo­ki nie­smak, by nie rzec – nie­po­kój. Pra­gną­łem je­dy­nie prze­ba­dać pa­cjent­kę, a na­stęp­nie opu­ścić to dziw­ne miej­sce. Wró­ciw­szy przez inną bramę, przed jedną z chat do­strze­głem sie­dzą­cą na stoł­ku ko­bie­tę. Mię­dzy jej sto­pa­mi stała duża, gli­nia­na miska, ona sama zaś roz­wi­ja­ła szpul­kę nici. Na mój widok pod­sko­czy­ła ze stra­chu i po­chy­li­ła się, jakby usi­ło­wa­ła za­sło­nić przede mną za­war­tość miski. Bez trudu do­strze­głem jed­nak kłę­bo­wi­sko czar­nych piór, skrzy­deł, ogo­nów i dzio­bów, obok zaś – ster­tę od­kro­jo­nych łapek.

– Co to ta­kie­go? – za­py­ta­łem, mimo że ko­bie­ta ob­ra­ca­ła się już na stoł­ku, wlo­kąc za sobą miskę. – Dla­cze­go to ro­bi­cie?

Burk­nę­ła coś nie­zro­zu­mia­łe­go i ro­zej­rza­ła się do­ko­ła, jakby wy­glą­da­ła po­mo­cy. W po­bli­żu nie było ni­ko­go, wobec czego pod­ję­ła prze­rwa­ną czyn­ność. Ukuc­ną­łem na­prze­ciw i za­gląd­ną­łem jej w twarz.

– Co ozna­cza­ją te ptaki? Dla­cze­go mają trzy nogi?

Przez chwi­lę strze­la­ła ocza­mi na boki; uchwy­ciw­szy moje po­na­gla­ją­ce spoj­rze­nie, wes­tchnę­ła i za­ci­snę­ła usta. Cze­ka­łem cier­pli­wie, aż jej za­krwa­wio­ne palce prze­wle­ką nitkę przez wą­skie ucho igły.

– Te ptaki to słoń­ce – rze­kła wresz­cie, nie pod­no­sząc głowy. – Tam, gdzie jest słoń­ce, nie ma ciem­no­ści. Chro­nią przed złem, w dzień i w nocy.

Umil­kła, wy­do­by­ła z miski wro­nie udko i osten­ta­cyj­nie wra­zi­ła w nie igłę. Za­mie­rza­łem na­le­gać na dal­sze wy­ja­śnie­nia, lecz prze­szko­dził mi w tym gniew­ny okrzyk. Od dru­giej stro­ny wio­ski nad­cho­dził Zhéhá, wy­raź­nie roz­draż­nio­ny; za nim truch­ta­ła prze­ra­żo­na mał­żon­ka.

– Wszę­dzie cię szu­ka­my – za­war­czał. – Tu nie jest bez­piecz­nie. Wra­caj do chaty.

– Gdzie moja pa­cjent­ka? – od­par­łem chłod­no, pro­stu­jąc się na pełną wy­so­kość. – Chcę ją zo­ba­czyć. Teraz. Za­pro­wadź­cie mnie do jej domu.

Męż­czy­zna żach­nął się ze zło­ścią.

– Dziew­czy­ny nie ma w wio­sce. Jest tam, da­le­ko. – Ręką po­ka­zał na las. – Nie chce­my, żeby za­ra­zi­ła in­nych.

Było to cał­kiem zro­zu­mia­łe i na tyle ra­cjo­nal­ne, że za­mru­ga­łem ze zdzi­wie­nia.

– Chodź­my tam – po­wie­dzia­łem twar­do. – Teraz. Póki nie jest za późno.

– Teraz nie. Jesz­cze nie.

– Więc kiedy?

Zhéhá długo przy­glą­dał mi się zmru­żo­ny­mi ocza­mi, po czym po­wo­li ski­nął głową.

– Jutro. Jutro, lǎowài.

“Cudzoziemcze”.

Tego dnia nie do­sta­łem ani obia­du, ani ko­la­cji. Zhéhá, który rów­nież nie jadł, wy­ja­śnił, że post jest ko­niecz­ny, aby oczy­ścić ciało przed ze­tknię­ciem z klą­twą.

Z głodu i ner­wów spa­łem nie­spo­koj­nie, a obu­dzi­ło mnie pierw­sze świa­tło po­ran­ka. Zhéhá i jego matka krzą­ta­li się już po izbie. Męż­czy­zna wska­zał na stół, na któ­rym leżał mały płó­cien­ny wo­re­czek.

– To dla dziew­czy­ny – za­bur­czał. – Uśmie­rzy jej ból.

Wkrót­ce potem wy­ru­szy­li­śmy.

Droga była da­le­ka. Do­pie­ro w oko­li­cach po­łu­dnia, kiedy scho­dzi­li­śmy do płyt­kiej do­li­ny, do­strze­głem wśród drzew dwu­spa­do­wy dach. Zga­dy­wa­łem, że tam wła­śnie prze­trzy­my­wa­no chorą.

Ścież­ka wy­pro­wa­dzi­ła nas na nie­wiel­ką, cie­ni­stą po­la­nę, ob­ra­mo­wa­ną zwar­tą ścia­ną zie­le­ni. Na jej środ­ku wzno­sił się po­kaź­ny drew­nia­ny bu­dy­nek na ka­mien­nej pod­mu­rów­ce. Za­klą­łem pod nosem, bo gra­ni­cę po­mię­dzy po­la­ną a lasem wy­zna­czał pier­ścień drew­nia­nych słu­pów. I tutaj nie mogło za­brak­nąć kla­tek z mar­twy­mi wro­na­mi, jed­nak te miały dzio­by skie­ro­wa­ne do we­wnątrz okrę­gu. Nie­trud­no było zro­zu­mieć tę sym­bo­li­kę: miast wzbra­niać wstę­pu, ptaki pil­no­wa­ły, by klą­twa nie wy­do­sta­ła się na ze­wnątrz, poza obręb tego po­świę­co­ne­go złu sank­tu­arium.

Do­pie­ro po chwi­li spo­strze­głem, że tylko ja wsze­dłem na po­la­nę. Tamci za­trzy­ma­li się na dro­dze, gdzie sta­ru­cha roz­pa­ko­wa­ła nie­sio­ne w rę­kach za­wi­niąt­ko. Wzdry­gną­łem się, bo to była ko­lej­na czar­na wrona, z obo­wiąz­ko­wą trze­cią nogą, roz­cią­gnię­ta na ple­cio­nym wień­cu ni­czym na ławie tor­tur. Z nie­do­wie­rza­niem ob­ser­wo­wa­łem, jak ko­bie­ta za­wie­sza ją sobie na pier­si, jakby przy­wle­ka­ła ma­gicz­ną zbro­ję. Strach, jaki wy­wo­łał we mnie ten widok, zło­ży­łem na karb zmę­cze­nia i na­pię­tej at­mos­fe­ry.

Zhéhá roz­pa­lił ogień i wy­do­był z sakwy dziwny me­ta­lo­wy przedmiot, który oka­za­ł się ka­dziel­ni­cą. Gdy już ula­ty­wał z niej aro­ma­tycz­ny dym, sta­ru­cha wy­cią­gnę­ła ją da­le­ko przed sie­bie i we­szła na po­la­nę, ge­stem usa­dza­jąc mnie w miej­scu. Choć na­ra­stał we mnie nie­wy­ja­śnio­ny nie­po­kój, przy­wo­ła­łem na usta drwią­cy uśmie­szek. Ja­kież to pry­mi­tyw­ne, ja­kież śmiesz­ne i cu­dacz­ne – magia, ob­rzę­dy, ry­tu­ały!

Sza­man­ka wy­ło­ni­ła się z chaty po kilku mi­nu­tach, gor­li­wie wy­ma­chu­jąc ka­dziel­ni­cą. Przy­wo­ła­ła mnie ge­stem i wraz ze mną we­szła do środ­ka. Za pro­giem uj­rza­łem prze­stron­ną izbę z zim­nym pa­le­ni­skiem i kil­ko­ma pro­sty­mi me­bla­mi. Sta­ru­cha otwo­rzy­ła za­chę­ca­ją­co drzwi wio­dą­ce do izby po lewej. Do­la­ty­wał stam­tąd nie­przy­jem­ny za­duch, lecz taka dola le­ka­rza. Wzią­łem głę­bo­ki wdech i wkro­czy­łem do ja­ski­ni zła.

Drzwi na­tych­miast się za mną za­mknę­ły, huk­nę­ła opa­da­ją­ca szta­ba.

– Hej, hej! Co, do…?! – Przy­pa­dłem do drzwi i za­czą­łem tłuc w nie pię­ścią. Jed­no­cze­śnie na­su­ną­łem ko­szu­lę na nos, odór cho­ro­by był bo­wiem trud­ny do znie­sie­nia.

– To ko­niecz­ne! – od­po­wie­dzia­ła wstręt­na sta­ru­cha. – To dla bez­pie­czeń­stwa. Bez obaw, ni­cze­go wam nie za­brak­nie.

Zmu­si­łem się, aby się uspo­ko­ić. Wła­ści­wie nie po­win­no mnie to dzi­wić: za­pew­ne był to nie­odzow­ny ele­ment ry­tu­ału.

Od­wró­ci­łem się do swo­jej pa­cjent­ki. W po­ko­ju pa­no­wał pół­mrok, toteż do­pie­ro po chwi­li byłem w sta­nie roz­róż­nić szcze­gó­ły. Zdję­ty grozą, krzyk­ną­łem i przy­lgną­łem ple­ca­mi do ścia­ny.

Dziew­czy­na le­ża­ła na gru­bym ma­te­ra­cu, z roz­ło­żo­ny­mi no­ga­mi i sze­ro­ko roz­po­star­ty­mi ra­mio­na­mi, przy­ku­ta do pod­ło­gi za po­mo­cą me­ta­lo­wych ob­rę­czy na kost­kach i nad­garst­kach. Krót­ko ostrzy­żo­ne włosy ster­cza­ły w nie­ła­dzie, wy­krzy­wio­na udrę­ką twarz błysz­cza­ła od łoju, luźne odzie­nie kle­iło się do wil­got­nej pier­si. Skóra na wy­chu­dzo­nych koń­czy­nach była po­si­nia­czo­na i po­ra­nio­na, na na­gich sto­pach do­strze­głem ozna­ki gan­gre­ny. Po­ślad­ki spo­czy­wa­ły na wy­ło­żo­nej ma­te­ria­łem macie; po­mię­dzy udami wy­kwi­ta­ła ogrom­na, żółta plama. Cały pokój cuch­nął wy­da­li­na­mi i gni­ją­cy­mi cia­łem. W pa­ni­ce do­pa­dłem do naj­bliż­sze­go okien­ka, lecz po­wie­trze na ze­wnątrz stało w miej­scu, upra­gnio­ny po­dmuch nie nad­cho­dził.

Z tru­dem uspo­ko­iłem od­dech i ro­zej­rza­łem się po izbie. Otwo­rów w ścia­nach było kil­ka­na­ście. W kącie stało kilka wia­der; za­ry­zy­ko­wa­łem spraw­dze­nie za­war­to­ści. Woda, chyba czy­sta. Obok ka­wał­ki mięk­kiej tka­ni­ny. Na­prze­ciw drzwi – płach­ta skóry roz­wie­szo­na na ścia­nie, po jej bo­kach – łań­cu­chy i ob­rę­cze. Deski po­ni­żej – za­pa­sku­dzo­ne, prze­siąk­nię­te odo­rem fe­ka­liów.

Do ja­kie­go pie­kła tra­fi­łem?! Kim była ta bied­na dziew­czy­na i dla­cze­go zgo­to­wa­no jej taki los?! Ja­kież nie­po­ję­te zło za­gnieź­dzi­ło się w tych gó­rach, w tej wio­sce, w tych ciem­nych wie­śnia­czych umy­słach?!

Ale skoro ży­czy­li jej źle, skąd ta woda, to czy­ste odzie­nie, ta prze­stron­na izba? Dla­cze­go we­zwa­li do niej le­ka­rza?! Choć trud­no było mi to pojąć, zdo­ła­łem prze­ko­nać sam sie­bie, że te po­twor­no­ści wy­ni­ka­ją nie z okru­cień­stwa, a z nie­wie­dzy i za­bo­bo­nu.

Prze­ba­da­łem po­bież­nie dziew­czy­nę. Nie po­tra­fi­łem stwier­dzić jed­no­znacz­nie, co to za przy­pa­dłość; na tym eta­pie na­le­ża­ło ra­czej mówić o sze­re­gu na­war­stwio­nych cho­rób i do­le­gli­wo­ści. Nie są­dzi­łem, by dało się ją ura­to­wać, mu­sia­łem jed­nak spró­bo­wać. Za­czą­łem od po­da­nia leków prze­ciw­bó­lo­wych i prze­ciw­go­rącz­ko­wych; prosz­ku otrzy­ma­ne­go od Zhéhá ani my­śla­łem wy­pró­bo­wy­wać.

Pierw­sze dawki nie przy­nio­sły wi­docz­nych re­zul­ta­tów: chora dy­sza­ła cięż­ko i po­ję­ki­wa­ła, czoło miała roz­pa­lo­ne. Ob­my­łem de­li­kat­nie całe jej ciało, spo­co­ne, lecz nie brud­ne. Po­mi­mo roz­licz­nych si­nia­ków kości wy­da­wa­ły się całe. Pod wie­czór ko­bie­ta za­czę­ła ma­ja­czyć, lecz po przy­ję­ciu ko­lej­nej dawki leków za­pa­dła w głę­bo­ki sen. I ja, znu­żo­ny, od­peł­złem pod ścia­nę i opu­ści­łem głowę na pierś.

Rano zbu­dzi­ło mnie ciche wo­ła­nie.

Bàba? Bàba…?!

Wy­star­czył jeden świa­do­my od­dech, bym przy­po­mniał sobie, gdzie je­stem. Do­pa­dłem do pa­cjent­ki i po­ło­ży­łem dłoń na jej czole. Zdało mi się chłod­niej­sze niż wczo­raj, nie mogła jed­nak być w pełni zmy­słów, skoro po­my­li­ła mnie ze swoim ojcem.

– Je­stem le­ka­rzem – po­wie­dzia­łem mięk­ko. – Od­po­czy­waj i ni­czym się nie martw. – Prze­łkną­łem ślinę. – Od teraz wszyst­ko bę­dzie do­brze.

Naraz roz­war­ła sze­ro­ko oczy i po­pa­trzy­ła na mnie za­ska­ku­ją­co przy­tom­nie.

– Le­ka­rzem…?

– Tak. Zhéhá we­zwał mnie, żebym wy­pę­dził z cie­bie cho­ro­bę.

Po­wo­li, z ogrom­nym wy­sił­kiem, po­krę­ci­ła głową.

– To on mi to zro­bił. Zhéhá, mój oj­ciec. – Szczęk­nę­ło że­la­zo; dziew­czy­na wy­krę­ci­ła nad­gar­stek, by po­ka­zać pal­cem na od­le­gły kąt izby. – Tam. Moje dziec­ko. Był wście­kły, bo przy­nio­słam wstyd ro­dzi­nie. A to… To jest moja kara.

Dłoń zwi­sła bez­wład­nie, a ona za­mknę­ła oczy i ode­tchnę­ła, jakby ta krót­ka prze­mo­wa do cna ją wy­czer­pa­ła. Zer­k­ną­łem ukrad­kiem we wska­zy­wa­nym kie­run­ku, nie od­wa­ży­łem się jed­nak wstać i tam po­dejść. Przez ko­ła­ta­nie serca i szum w uszach ledwo do­sły­sza­łem jej szept.

– Ucie­kaj stąd. Ucie­kaj, lǎowài… To bę­dzie moja ze­msta.

– Spo­koj­nie – wy­krztu­si­łem, usi­łu­jąc otrzą­snąć się z szoku. – Spo­koj­nie, razem po­ko­na­my cho­ro­bę.

– To nie cho­ro­ba. – Mógł­bym przy­siąc, że na jej war­gach za­ma­ja­czył blady uśmiech. – A ja chcę tylko umrzeć. Umrzeć, lǎowài.

Nagle jęk­nę­ła z bólu i rzu­ci­ła się na po­sła­niu, skrę­ca­jąc całe ciało. Jesz­cze chwi­la i z jej gar­dła do­by­wał się pełen udrę­ki char­kot. Drżą­cy­mi rę­ka­mi się­gną­łem do torby.

– Pro­szę, to na ból. – Przy­sta­wi­łem jej do ust ta­blet­kę.

– Nie chcę! – za­wy­ła. – Tylko umrzeć, lǎowài! Umrzeć!

Ciche łka­nie wy­peł­ni­ło izbę; twarz ko­bie­ty wy­krzy­wia­ły teraz gry­ma­sy tak po­twor­ne, że od­wró­ci­łem wzrok. W akcie de­spe­ra­cji się­gną­łem po wo­re­czek od Zhéhá.

– A to? – wy­krztu­si­łem. – To od… two­jej babki. Po­dob­no po­mo­że na ból.

Wy­sy­pa­łem na rękę tro­chę prosz­ku; dziew­czy­na zer­k­nę­ła na niego spod pół­przy­mknię­tych po­wiek i na jej twarz wy­pły­nę­ła au­ten­tycz­na ra­dość.

– Tak – wy­char­cza­ła. – Tak.

Wy­chy­li­ła dusz­kiem roz­twór, który dla niej przy­rzą­dzi­łem. Potem opa­dła bez­wład­nie na po­sła­nie i z ulgą przy­mknę­ła oczy.

– Prze­pra­szam – szep­nę­ła.

To było jej ostat­nie słowo.

Spę­dzi­łem przy jej ciele cały dzień i całą noc, kuląc się na na­gich de­skach i wyjąc z roz­pa­czy. Na­stęp­ne­go ranka wpa­dłem w hi­ste­rię. Pró­bo­wa­łem wy­wa­żyć drzwi, lecz oka­za­ły się nie­sły­cha­nie mocne; potem dłu­ba­łem skal­pe­lem w ścia­nie, lecz bez więk­szych efek­tów. Wia­dra były puste, a ja coraz bar­dziej cier­pia­łem z pra­gnie­nia; głód do­pro­wa­dzał mnie do szału, raz po raz przy­ła­py­wa­łem się na spo­glą­da­niu na gni­ją­ce­go obok trupa. Cho­dzi­łem od kąta do kąta, za­no­si­łem się pła­czem i rą­ba­łem pię­ścia­mi w ścia­nę, aż do krwi.

Wie­czo­rem do­bie­gły mnie dziw­ne ha­ła­sy. Z góry, jakby z dachu. Nie mia­łem siły wstać, le­ża­łem więc tylko i pa­trzy­łem. Po chwi­li deska nad moją głową drgnę­ła i od­su­nę­ła się, od­sła­nia­jąc skra­wek gwieź­dzi­ste­go nieba.

– Woda – po­wie­dział Zhéhá i za­czął ostroż­nie opusz­czać do środ­ka wia­dro.

Przy­ssa­łem się chci­wie do zbaw­czej wil­go­ci. Piłem i piłem, do­pó­ki nie zwa­li­łem się bez zmy­słów na pod­ło­gę.

 

*

 

Sānchóng – mru­czy stara wiedź­ma, ob­my­wa­jąc mój tors wil­got­ną szmat­ką. – Każdy ma w sobie sānchóng. Ale cza­sem sānchóng przy­wo­łu­ją wǔshī. Wǔshī nie można się po­zbyć. Wǔshī nie od­cho­dzą, chyba że same.

Leżę na mięk­kim po­sła­niu, z głową zło­żo­ną na po­dusz­ce i wzro­kiem wbi­tym w sufit. Ostat­nio to wszyst­ko, na co mnie stać. A prze­cież ni­cze­go mi nie bra­ku­je: je­stem do­brze kar­mio­ny, re­gu­lar­nie od­wra­ca­ny na boki, myty i prze­bie­ra­ny, a na noc przy­kry­wa­ny kocem. Cza­sem męż­czyź­ni z wio­ski przy­cho­dzą, by zakuć mnie w utwier­dzo­ne w ścia­nie że­la­stwo; ma to za­po­bie­gać od­le­ży­nom oraz opóź­niać zanik mię­śni. Nie za­po­mi­na­ją przy tym o po­dusz­ce za głowę; nie chcą prze­cież, żebym pró­bo­wał ja­kichś sztu­czek z przy­śpie­sza­niem wła­snej śmier­ci.

Teraz do­cze­ka­łem się rów­nież wy­ja­śnień.

Wǔshī są wiecz­nie głod­ne – tłu­ma­czy spo­koj­nie sta­ru­cha. – Za­bi­ja­ją ofia­rę i na­tych­miast szu­ka­ją nowej. Nigdy nie wia­do­mo, na kogo trafi ani kiedy. Dla­te­go le­piej trzy­mać je w ry­zach.

Słu­cham i ro­zu­miem, lecz mój umysł jest zbyt ocię­ża­ły, bym zdo­był się na ja­ką­kol­wiek re­flek­sję. Skąd ta sła­bość, skąd ta apa­tia? Sam się sobie dzi­wię. Czy nie po­wi­nie­nem wal­czyć? Pla­no­wać uciecz­ki?

Sta­ru­cha wsta­je i klęka na brze­gu ma­te­ra­ca. Nucąc pod nosem jakąś me­lo­dię, roz­ma­so­wu­je moje zdrę­twia­łe stopy.

– Ale wǔshī trze­ba kar­mić – po­dej­mu­je po chwi­li. – Trze­ba dać im to, co ina­czej wezmą sobie same. Le­piej wy­brać niż zda­wać się na los. – Wzdy­cha głę­bo­ko. – Āi, lǎowài, gdy­byś ro­zu­miał, ile dla nas zro­bi­łeś… Pa­trzę na cie­bie i wiem, że bę­dziesz żyć długo, jesz­cze dłu­żej niż moja wnucz­ka.

Krzy­wię się, kiedy moje nerki prze­szy­wa nie­wia­do­me­go po­cho­dze­nia ból. Wiedź­ma sięga szma­tą mię­dzy moje nogi, wy­cie­ra reszt­ki kału po­zo­sta­łe po ostat­nim wy­próż­nie­niu.

– Tak, lǎowài. Wszy­scy je­ste­śmy ci wdzięcz­ni. Po­da­ro­wa­łeś tej wio­sce kilka lat spo­ko­ju.

 

*

 

Leżę nie­ru­cho­mo, ze wzro­kiem wbi­tym w sufit. Cza­sem przy­glą­dam się cie­niom na ścia­nie albo dro­bin­kom kurzu igra­ją­cym w sno­pach świa­tła. Już dawno prze­sta­łem li­czyć dni. Już od dawna nie roz­trzą­sam – kto, co, jak i dla­cze­go. Obec­nie moim je­dy­nym zmar­twie­niem jest ból. Za­wdzię­czam to swemu roz­sąd­ko­wi, wła­snej ra­cjo­nal­nej na­tu­rze. Nie tor­tu­ru­ję się na­dzie­ją na ra­tu­nek, nie wspo­mi­nam ani nie marzę; wy­rze­kłem się czło­wie­ka, któ­rym byłem, nie je­stem nikim ani ni­czym. Wszyst­ko z cza­sem znika, za­cie­ra się, traci na zna­cze­niu; wszyst­ko, tylko nie ból. Bólu się nie po­zbę­dę, dla­te­go za­ci­skam zęby i cier­pię.

Jest ich pięć, po­zna­łem nawet ich imio­na. Prze­ni­ka­ją przez skórę, wgry­za­ją się w tkan­ki i kości, wy­sy­sa­ją szpik. Kopią sobie we mnie nory, drążą ko­ry­ta­rze. Wiją gniaz­da. Żądlą, kroją, ła­sko­czą. Płyną ży­ła­mi i ar­te­ria­mi, roz­py­cha­ją oskrze­la, wy­krę­ca­ją stawy. Ką­sa­ją nerwy, płuca, wą­tro­bę. Od­kry­wa­ją, sma­ku­ją, ucztu­ją.

Cza­sa­mi krzy­czę; na ogół sta­ram się leżeć bez ruchu i nie my­śleć o ni­czym.

Je­stem zmę­czo­ny. Tak bar­dzo zmę­czo­ny.

Cze­kam.

Koniec

Komentarze

Sānshī – “trzy trupy", nazywane również sānchóng – “trzema robakami”. Według chińskich wierzeń są to trzy demoniczne pasożyty, które zamieszkują ciało każdego człowieka, gnieżdżąc się w głowie, piersi i brzuchu. Po śmierci gospodarza stają się wolnymi duchami, dlatego robią wszystko, aby skrócić jego życie: sprowadzają na niego choroby i donoszą pewnemu bóstwu o jego złych uczynkach.

Według pewnego chińskiego podręcznika z IV w. naszej ery, sānshī mogą zaprosić do ludzkiego ciała wǔshī – czyli kolejne pięć trupów, które przysparzają ofierze niewymownego cierpienia.

Sānzúwū – trójnoga wrona – jest bohaterem pewnego chińskiego mitu i od tysiącleci symbolizuje słońce. Nie wyczytałam nigdzie, aby była wykorzystywana jako symbol chroniący przed złem – przyznaję bez bicia, że nastąpiła tutaj adaptacja do potrzeb opowiadania. :)

 

P.S. Jakby co w Wordzie wychodzi niecałe 35.000 znaków – może to przez te kreski nad chińskimi sylabami, albo twarde spacje…? :(

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Czołem, DHBW!

Bardzo lubię, gdy autor mnie czegoś nauczy, a tutaj pisałaś o rzeczach, o których nie miałam pojęcia – super! Bardzo sprawnie operujesz językiem, podoba mi się też to, jak oddałaś tę bezwstydną arogancję “białego człowieka” z tamtej epoki. Aż nie było mi go tak bardzo żal.

Trochę mi było szkoda, że szybko ogarnęłam, że przeniosą klątwę na niego. Miałam nadzieję, że zmieścisz tam jeszcze jakiś twiścik, a tu poszło raczej liniowo. Niemniej, sama forma klątwy była zaskoczeniem, więc tekst w żadnym razie mnie nie znudził.

Z marudzenia:

Ku memu rozczarowaniu, pacjentów miałem jak na lekarstwo; widocznie niechęć do cudzoziemców przeniknęła nawet w najbardziej odludne rejony górzystego Yunnanu. Jakże gorzka była to konstatacja! Ślęcząc nad uczonymi dziełami w przytulnych wnętrzach Maughan Library, wyobrażałem sobie, że gdziekolwiek rzuci mnie los, miejscowi przyjmą moją posługę z wdzięcznością i należnym szacunkiem. Tymczasem w Lǜwō spotkał mnie straszliwy zawód. Byłem tam obcy, co okazywano mi na każdym kroku.

Jakbyś chciała coś delikatnie skrócić, to wytłuszczone i podkreślone fragmenty właściwie się pokrywają, pewnie dałyby się skleić w jedno.

Zwabiony ptak, chcąc się pożywić, nieuniknienie zwalniał blokadę i tym samym przypieczętowywał swój los.

To “nieuniknienie” jest w sumie zbędne, a uniknęłabyś dwóch karkołomnych słów blisko siebie.

Życzę Ci powodzenia w konkursie :)

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

O nie, widzę, że przekroczony limit o ponad 5000 znaków. Dyskwalifikacja!

Błagam, powiedz mi, że to okrutny żart. crying

 

Poza tym w Wordzie jest tych znaków o 600 mniej!!!

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Anoia, ślicznie dziękuję za przeczytanie i komentarz. <3 “Nieuniknienie” rzeczywiście usunęłam, natomiast co do tych “powtórzeń bliskoznacznych” ;) na górze – jest to celowa “kwiecistość”. :)

 

Pozdrawiam! :)

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Przypominam, że 30000 znaków wg licznika portalowego

Przeczytane. Bardzo ciekawy “folk” sobie wybrałaś, końcówka opowiadania jest bardzo dobra, ale na resztę troszkę pokręcę nosem. Całkowicie rozumiem, że chciałaś powoli budować nastrój, ale pierwsza część wypadła nieco za bardzo jak streszczenie połączone z infodumpem. Nie jestem fetyszystką dynamizmu, lubię powolne narracje i ogólnie to, jak się tu historia rozwija, mi się podoba, ale początek zaczął mnie w pewnym momencie nużyć, bo podawałaś kolejne informacje w sposób monotonny, jakbyś chciała w miarę szybko odwalić opis świata, w którym rzecz się dzieje i przejść do właściwej akcji.

Nie jest tak, że w tym konkretnym przypadku widziałabym rozpoczęcie in medias res i retrospektywne opowiadanie o tym, jak wyglądały początki wyprawy, bo w takim lekko vintage stylu możesz mieć linearną akcję, choć np. rozpoczęcie od tego, że narrator coś wspomina, sugerujesz, że jest znacznie później i czytelnik wyobraża sobie, że on z tych Chin wrócił do domu, a potem dostaje obuchem po głowie, też byłoby niezłe.

Natomiast jest kwestia proporcji. I ten początek, ze szczegółowym opisem, który częściowo mógłby się znaleźć gdzie indziej, podczas akcji, trochę jak dla mnie zachwiało tymi proporcjami.

Potem budowanie nastroju jest dobre, bohater jest wiarygodny w tym poczuciu wyższości, bardzo brytyjskim, to bym nawet podkreśliła. W ogóle nawet ten przydługi początek zyskałby, paradoksalnie, gdybyś go mocniej wystylizowała na taką kolonialną gadkę.

Potem wraz z rozwojem akcji robi się coraz lepiej i ogólna ocena wypada zdecydowanie na plus. Dam klika na zachętę, ale mam nadzieję, że technikalia poprawisz :)

 

Z uwag co do treści: bohater w końcu zna czy nie zna chiński? Mandaryńskiego chyba nie da się nauczyć w kilka miesięcy siedząc w Europie nawet przy dzisiejszym wspomaganiu nauki, a potem trochę dajesz mu rozumienie tego, co się mówi, albo nierozumienie w zależności od tego, czego potrzebujesz jako autorka. Facet czasem nie rozumie rzeczy prostych, a rozumie skomplikowane wypowiedzi – to jest może największym narracyjnym babolkiem. Jasne, wspominasz, że to inny dialekt (rozumiem, że do tego odnosi się uwaga o “prymitywnym miejscowym dialekcie”), ale tym bardziej powinnaś przemyśleć, co on rozumie, a czego nie. Tam, gdzie nagle rozumie wszystko, fajniej – i straszniej – by było, gdyby dochodziły do niego tylko niepokojące strzępy rozmów.

Jeszcze w kwestii chińszczyzny. Wtrącasz sporo całkowicie niezrozumiałych słów. To jest fajne, buduje nastrój, sama to lubię, mam na portalu opowiadanie z wtrętami korsykańskimi i opowiadanie z elementami baskijskimi, bardzo popieram takie budowanie świata, bo brzmienie języków jest jego elementem. Niemniej w takim przypadku należy czytelnikowi podpowiedzieć znaczenia, zwłaszcza w języku, w którym ma nikłe szanse cokolwiek zrozumieć (zdołałam nawet przemóc poczucie, że jak to, korsykańskiego, który przypomina włoski, nikt nie zrozumie? powtarzając sobie, że nie wiem, ile osób poza mną na portalu zna włoski). Ogrywasz to w scenie, w której bohater nie rozumie, choć jest ona troszkę mało prawdopodobna w kontekście jego znajomości języka. Ale takie słowa jak np. lǎowài nie znajdują nigdzie wyjaśnienia, a nie da się wymyślić z kontekstu, co znaczą: kochany, obcy, lekarzu, głupku? To też da się wpleść, on sobie to może w myślach przetłumaczyć, zastanowić się nad tym, dlaczego tak do niego mówią, cokolwiek. Warto też zebrać potem wszystko w słowniczek i wrzucić w komentarzu, aczkolwiek podstawą jest wyjaśnienie wszystkich obcych słówek w obrębie tekstu. Tak, jak jest, powstaje niepotrzebna bariera między czytelnikiem a tekstem, wyrywa z immersji, zamiast w nią wciągać.

 

Co do technikaliów:

 

Po pierwsze tekst cierpi na zaimkozę, aczkolwiek nie jest przypadkiem ciężkim i nieuleczalnym. Sugeruję taką metodę walki: jak tylko klawiatura twoja wystuka zaimek dzierżawczy, a w szczególności dowolną formę zaimka “swój”, skreśl go, a potem zastanów się, czy bez niego zdanie jest zrozumiałe. Jeśli całkowicie nie – przywróć, w pozostałych 99% przypadków nie przywracaj. Podobnie postępuj z innymi zaimkami, aczkolwiek tu proporcje będą nieco mniej radykalne ;)

 

 

Interpunkcja bardzo okej, choć nadużywasz średników, które polszczyzna nie bardzo lubi. Czasami są one zresztą niepotrzebne, np. tu, bo nie zmieniasz podmiotu:

Tuż po południu zboczyłem ze ścieżki, aby złapać oddech i zwilżyć gardło źródlaną wodą; przy okazji czujnie rozejrzałem się po pobliskich zaroślach.

 

Osada położona była wysoko w górach, zaś drogę do niej mój organizm wspominał

 

Spójnik “zaś” (oraz “bowiem”) poprawnie powinien być “na drugim miejscu w zdaniu”, tzn. nie na początku: drogę do niej zaś mój organizm wspominał / drogę do niej mój organizm wspominał zaś

Na początku może być “a” (i “albowiem”).

 

Pojedyncza izba, uszczelniona gliną,

Uszczelnione gliną mogą być ściany, np. z trzciny czy desek, nie izba.

 

że w walce o ludzkie życie odpadałem w przedbiegach, ogrywany

Te przedbiegi imho zbyt nowoczesne.

 

Wyjaśnił, że miejscowi z zasady nie ufają obcym, a co dopiero cudzoziemcom; że nie byli zadowoleni z faktu, że muszą mnie utrzymywać, chociaż nikogo do siebie nie zapraszali. Teraz jednak rozumie, że traktowali mnie zbyt surowo. Podejrzewałem, że obawia się gniewu prefekta, lecz potem dodał:

– Przyznam, że ostatnio myślałem o panu.

Pierwsze powtórzenie byłoby uzasadnione wyliczanką, pozostałe już nie.

 

– Ryż ledwie posadzony, zapasy na wykończeniu. Wychodzi – jemy ptaki.

Tu sugerowałabym zastąpienie ostatniej półpauzy np. dwukropkiem, bo powinno się unikać stosowania jej w dialogach w funkcji innej niż oddzielanie wypowiedzi o didaskaliów. Powoduje to chaos.

 

Wysokie Gniazdo bardzo przypominało Gniazdo Zielone, z tym że położone było znacznie wyżej, na obrzeżach wypełniającego skalną nieckę jeziora.

Raczej: na brzegu, na obrzeżach to miejscowości. Oraz: to jezioro było wyżej niż Zielone Gniazdo? Tu się potknęłam na topografii okolicy, zwłaszcza że nie zapamiętałam, żeby wspinali się wcześniej pod górę.

 

zaś ona sama rozwijała szpulkę nici.

j.w.

 

metalowe ustrojstwo

“Ustrojstwo” zdecydowanie nie z tej bajki, późniejsze, kolokwialne, no i żywcem nie pasuje do tego, że narrację masz z punktu widzenia Anglika.

 

 

Uwaga czysto techniczna: jak chcesz dodać komentarz zaraz pod swoim własnym, to dodaj go do tego, który napisałaś wcześniej. Jeśli z komórki nie jesteś w stanie edytować poprzedniego w celu dodania czegoś, zaznacz to w tym drugim, a po dopadnięciu komputera połącz oba komentarze.

 

http://altronapoleone.home.blog

Bardzo mi się dobrze ten tekst czytało. Zgadzam się z częścią uwag Drakainy powyżej – tekst w swojej pierwszej części wydaje się niemal pastiszem bardzo staroświeckich (przełom XIX i XX w.) opowiadań grozy. Ale rozkręca się, horrorem jest niewątpliwie, emocjami w II części grasz bardzo skutecznie. Fabularnie jest udany i ciekawy, wciąga i trzyma w napięciu. Zdecydowanie pozytywnie, klik ode mnie.

drakaino,

Prześlicznie dziękuję za komentarz i za klika na zachętę <3 Klik się przyda, zachęty zasadniczo nie potrzebuję. wink Co do uwag, to część beboków wynikała z braku czasu/limitu znaków (i tak przekroczonego crying), np.:

 

Natomiast jest kwestia proporcji. I ten początek, ze szczegółowym opisem, który częściowo mógłby się znaleźć gdzie indziej, podczas akcji, trochę jak dla mnie zachwiało tymi proporcjami.

Sama to zauważyłam, ale nie było już czasu poprawić. :(

 

bohater jest wiarygodny w tym poczuciu wyższości, bardzo brytyjskim, to bym nawet podkreśliła. W ogóle nawet ten przydługi początek zyskałby, paradoksalnie, gdybyś go mocniej wystylizowała na taką kolonialną gadkę

Było tego więcej, ale musiałam usunąć, bo – limit znaków. :(

 

to jezioro było wyżej niż Zielone Gniazdo? Tu się potknęłam na topografii okolicy, zwłaszcza że nie zapamiętałam, żeby wspinali się wcześniej pod górę.

Było to opisane, ale musiałam usunąć, bo – limit znaków. :(

 

ustrojstwo

Też średnio mi się podobało, ale nie było już czasu myśleć. :(

 

choć nadużywasz średników

Już zwracałaś mi na to uwagę; jakoś tak mam, że muszę dać średnik (jak w tym zdaniu xD). Inaczej nie czuję rytmu zdania. Możliwe, że wynika to z mojej nerwicy natręctw – no muszę, bo inaczej nie czuję. :(

 

Pojedyncza izba, uszczelniona gliną

To akurat było celowo i z pełnym rozmysłem – chodziło mi o to, że wszystko jest uszczelnione, również dach.

 

Technikalia poprawię, ale już nie dzisiaj, bo ledwo żyję (zwaliła się na mnie praca i fucha na boku). A jutro muszę wstać o 5.15. crying

 

Co do chińskiego – tutaj mogę się wypowiedzieć z pewnym autorytetem blush, albowiem przez trzy lata studiowałam chiński i nawet byłam w Chinach (może nie w Yunnanie, ale w Sichuanie już tak). 

 

Ale takie słowa jak np. lǎowài nie znajdują nigdzie wyjaśnienia

To oznacza “cudzoziemiec”, ale nie do końca – nie da się tego tak łatwo przetłumaczyć i właśnie dlatego nie tłumaczyłam tego w tekście. Świadomie – bo uznałam, że jak czytelnik jest ciekawy, to sobie sprawdzi (era internetu!). ^^’ Ale dodam notkę w pierwszym komentarzu pod tekstem, to rzeczywiście dobry pomysł.

Na temat laowai polecam np.: https://languagelog.ldc.upenn.edu/nll/?p=11626

Swoją drogą, popatrz, jak się tutaj zmiksowałyśmy: https://www.gildia.pl/komiksy/486618-laowai-wyd-zbiorcze xDDDD

 

Natomiast co do tego:

Ogrywasz to w scenie, w której bohater nie rozumie, choć jest ona troszkę mało prawdopodobna w kontekście jego znajomości języka.

– wszystko było dobrze przemyślane. devil Chiński jest językiem tonowym i nie wystarczy znać jakąś sylabę (np. shi), żeby znać jej znaczenie. Znaczenie uzależnione jest od tonu, kolejności, kontekstu. Jeden dźwięk może znaczyć wiele rzeczy, nawet z tym samym tonem (taką samą kreską).

Polecam np. przecudowny wiersz o poecie Shi Shi, który chciał żywić się lwami – nie, nie zmyślam, to autentyk. xD Przytoczę jako ciekawostkę:

 

Pinyin:

« Shī Shì shí shī shǐ »

Shíshì shīshì Shī Shì, shì shī, shì shí shí shī.

Shì shíshí shì shì shì shī.

Shí shí, shì shí shī shì shì.

Shì shí, shì Shī Shì shì shì.

Shì shì shì shí shī, shì shǐ shì, shǐ shì shí shī shìshì.

Shì shí shì shí shī shī, shì shíshì.

Shíshì shī, Shì shǐ shì shì shíshì.

Shíshì shì, Shì shǐ shì shí shì shí shī.

Shí shí, shǐ shí shì shí shī shī, shí shí shí shī shī.

Shì shì shì shì.

English:

« Lion-Eating Poet in the Stone Den »

In a stone den was a poet called Shi Shi, who was a lion addict, and had resolved to eat ten lions.

He often went to the market to look for lions.

At ten o’clock, ten lions had just arrived at the market.

At that time, Shi had just arrived at the market.

He saw those ten lions, and using his trusty arrows, caused the ten lions to die.

He brought the corpses of the ten lions to the stone den.

The stone den was damp. He asked his servants to wipe it.

After the stone den was wiped, he tried to eat those ten lions.

When he ate, he realized that these ten lions were in fact ten stone lion corpses.

Try to explain this matter.

 

Tak więc kiedy mój bohater usłyszał “chong”, a słowo to wydało mu się w tym kontekście dość dziwne (bo dlaczego z jakąś liczbą – dlaczego akurat trzy?!), to mógł się upewnić, czy chodzi o “robaka”. Podobnie – shi. Mógł, ale nie musiał znać słowa “trup”, chociaż znał “umrzeć”.

Dialogi specjalnie są proste, taki poziom mandaryńskiego spokojnie mógł opanować w Anglii (miał u boku profesora, który spędził tam dwie dekady). Natomiast po przyjeździe z pewnością nie radził sobie dobrze od razu – i Xiaoyu tłumaczy mu istotę klątwy na stosunkowo wczesnym etapie. Dialogi, które następują kilka miesięcy później są już nieco bardziej “zaawansowane” – bo nie dość, że spędził tam kilka miesięcy + całą zimę + początek wiosny, to jeszcze zaczął rozmawiać ze wszystkimi – a nie tylko jedną osobą.

I tak chyba najtrudniejszym słowem jest “uśmierzy” – ale po chińsku to mogło być jakieś proste słowo, które bohater sobie przetłumaczył w ten sposób. Podobnie: mogło mu się wydawać, że mówi np. “Jestem wykwalifikowanym specjalistą” – a mówił: “Ja być specjalista dobrze dużo umieć”.

 

Nom. xD

 

 

ninedin, bardzo dziękuję! <3 Tak, początek był specjalnie napisany w takim klimacie. ;) Cieszę się, że ostatecznie się podobało. blush

 

Pozdrawiam heart

 

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Pojedyncza izba, uszczelniona gliną

To akurat było celowo i z pełnym rozmysłem – chodziło mi o to, że wszystko jest uszczelnione, również dach.

Może i było, ale pamiętaj o najważniejszym: jak coś jest niepoprawne, to jest niepoprawne, i to, co Ty miałaś na myśli, dla czytelnika nie ma najmniejszego znaczenia. Tu, na portalu, możesz to wytłumaczyć, a ja mogę przyjąć do wiadomości Twoje wytłumaczenie i co najwyżej się z nim nie zgodzić. Poza portalem nie będziesz miała takiej możliwości.

 

To oznacza “cudzoziemiec”, ale nie do końca – nie da się tego tak łatwo przetłumaczyć i właśnie dlatego nie tłumaczyłam tego w tekście. Świadomie – bo uznałam, że jak czytelnik jest ciekawy, to sobie sprawdzi (era internetu!).

Znowu: to tak nie działa. Jak się czyta, irytuje. Jasne, mogłam sprawdzić, ale mi się nie chciało. A w tekście nie ma być dosłownego przekładu, bo to mogłoby być w przypisie, a nie ma gorszej rzeczy niż przypisy do literackiego tekstu. Czytelnik nie potrzebuje słownikowej definicji, czytelnik potrzebuje wiedzieć, co to mniej więcej znaczy. Nasz bohater, po kilku miesiącach nauki, też nie zna wszelkich niuansów oraz musi sobie przybliżać. Dopisanie mu myśli w rodzaju “nazywała mnie obcym” tylko wzbogaciłoby tekst. Można dodać wątpliwość: “tak mi się w każdym razie wydawało” albo coś w ten deseń.

 

A wiersz przecudny, da się tego gdzieś odsłuchać?

http://altronapoleone.home.blog

Przeczytawszy.

 

O, jaki ładny, a jaki nastrojowy :)

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

drakaino – tutaj można posłuchać:

https://www.youtube.com/watch?v=9jtiw721RAg&ab_channel=chen1923

I nie, nie będę udawać, że bym to zrozumiała, gdyby ktoś mi to wyrecytował. xD

O, i jeszcze przekierowało mnie od razu na kolejny, tym razem o ji:

https://www.youtube.com/watch?v=n6Jaka22qwo&ab_channel=chen1923

^^

 

Co do izby, to kręciłam swoim ziemniaczanym nochalem, ale sprawdziłam w Google i niech Ci będzie. <kręci nochalem> Poprawione. </kręci nochalem>

 

Co do przedbiegów, sama miałam wątpliwości, ale pomyślałam, że skoro coś takiego jak olimpiada było organizowane już ze 20 lat wcześniej, to chyba ujdzie (ciężko stwierdzić na pewno, więc zostawię, zwłaszcza że jest to część większej metafory).

 

metalowe ustrojstwo → dziwny me­ta­lo­wy przedmiot

 

Kurde, o tym “zaś” to nie wiedziałam, a wygląda na to, że rzeczywiście. Nie obiecuję, że będę się w 100% konsekwentnie stosować w przyszłości, ale na pewno będę mieć to na uwadze.

 

Najbardziej rażące “że” usunięte”.

 

I dodałam w tekście tego cudzoziemca:

– Jutro. Jutro, lǎowài.

“Cudzoziemcze”.

 

Pozdrawiam :)

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Folklor chiński to skomplikowana sprawa, zwłaszcza że miejscem akcji jest Yunnan czyli miejsce pogranicza, raczej mało związane z tym, co uważamy za tradycyjnie chińskie. Wybrnęłaś dobrze, poza legendą kruka, która raczej w tamtych czasach (późna epoka Qing?) nie dotarła tam, podobnie z powszechnym użyciem mandaryńskiego. Chodzi o górską wioskę, więc nawet gdyby nasz bohater znał standardowy język, miałby problem zrozumieć miejscowy dialekt. Ogólnie, gdyby osadzić akcję współcześnie, nie miałabym się tu czego czepić, bo prowincja to jednak trochę inny świat, ale realia nie do końca mi tu grają. Przychylam się też do opinii przedpiśców, że wstawki chińskie na plus, ale cały dialog to ciut dużo. 

Co do samej fabuły, to tekst ma bardzo fajne zakończenie. Początek nieco się dłuży, wciąż nie tłumacząc wielu rzeczy o bohaterze i jego drodze na miejsce. Gdyby tę część zagęścić, późniejsza akcja też zyskałaby na podobnym zabiegu, a zakończenia wybrzmiałoby lepiej i siłą rzeczy dostało więcej miejsca. Językowo w porządku, chociaż miejscami drobna zaimkoza. 

Dziękuję za udział w konkursie i pozdrawiam.

oidrin, bardzo dziękuję za komentarz, natomiast pewne rzeczy muszę naprostować. ^^’

EDIT: Zajrzałam również do biblioteki – i dziękuję za klika! blush

 

No więc, po pierwsze, to jest już po epoce Qing – “niedługo po wojnie”, czyli, powiedzmy, 1920 r.

 

Po drugie – mandaryński to zasadniczo język ludu Han, który migrował do Yunnanu na długo przed akcją opowiadania:

 Indeed, the Qing government did far more to encourage mobility than to discourage it. Millions of Han Chinese migrated to Yunnan and Guizhou in the 18th century, and also to Taiwan.

czy też:

Yunnan was a destination for Han Chinese during Yuan rule.[33] Colonizers moved into the area during Ming and Qing rule.[34] During the Ming dynasty, 3 million Han Chinese mostly from Nanjing (the original Nanjing population was later largely replaced by Wu-speakers), and some from Shanxi and Hebei, settled in Yunnan.

Nie widzę zatem problemu w tym, żeby jakieś górskie wioski były zamieszkane przez przedstawicieli ludu Han. (W tekście była zresztą wzmianka, że miejscowi należą do ludu Han, no, ale – liczba znaków. ;))

Na tym obrazku przedstawiam zaznaczoną prowincję Yunnan oraz dystrybucję mandaryńskiego – co prawda obecnie, ale nie sądzę, żeby to wszystko ustaliło się jakoś gwałtownie, raczej trwało przez całe wieki.

Yunnan i mandaryński

(Dialekt Kunming – przy czym Kunming to stolica Yunnanu – jest dialektem południowo-zachodniego mandaryńskiego).

Polecam również spojrzeć na ten artykuł:

https://en.wikipedia.org/wiki/Southwestern_Mandarin

gdzie jest napisane, że:

Modern Southwestern Mandarin was formed by the waves of immigrants brought to the regions during the Ming[3][4] and Qing Dynasties.[5] Because of the comparatively recent move, such dialects show more similarity to modern Standard Mandarin than to other varieties of Chinese like Cantonese or Hokkien

– to tak a propos tego, że “nawet gdyby nasz bohater znał standardowy język, miałby problem zrozumieć miejscowy dialekt.”

 

Chciałabym również zaznaczyć, że bohater miał problemy ze zrozumieniem miejscowego dialektu – stąd – i po to – ten dialog. Napisałaś, że ten dialog to “ciut dużo”, ale właśnie w tym dialogu zaznaczam, że nie do końca na początku wszystko rozumiał i wyjaśniam, jak to się stało, że o klątwie został poinformowany, ale nie wiedział do końca, o co chodzi.

(Wushi zrozumiał jako pięć ofiar, a nie pięciu “sprawców”).

Dialog jest również dość szczegółowo opisany, więc znaczenie poszczególnych słówek (oraz króciutkich zdanek) da się zrozumieć. (A jeśli czytelnik miał z tym problemy – no to cóż, bohater również, taki był zamysł. ;))

 

Co do kruka, to rzeczywiście mit wywodzi się z okolic rzeki Jangcy, natomiast nie widzę problemu, aby wraz z ludem Han zawędrował w góry Yunnanu (zob. wyżej). Jest to zresztą mit chiński, ale i ogólnoazjatycki – w Japonii motyw ten był powszechnie wykorzystywany w sztuce na początku XIX w., w Korei mógł być znany jeszcze przed naszą erą:

https://en.wikipedia.org/wiki/Three-legged_crow

Tak więc nie wiem, dlaczego miałby “razić” w Yunnanie, gdzie lud Han już dawno dotarł. ;)

 

Tak jak wspomniałam, przez 3 lata studiowałam chiński, nie jestem BYNAJMNIEJ żadną kulturową specjalistką, ale pewne rzeczy posprawdzałam. ^^

 

Raz jeszcze dziękuję za komentarz! I ZA KLIKA blush blush blush blush

 

Pozdrawiam :)

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Dzięki za obszerną odpowiedź. 

A co do reszty, fajnie poznać koleżankę po fachu, bo też jestem sinologiem. :)

Łoooo, no to się chyba często nie zdarza. laugh Aczkolwiek ja absolutnie nie aspiruję do miana “sinologa”, studiowałam trzy lata, pojechałam do Chin i nawet się dogadywałam – i tyle. Życie sprawiło, że ugrzęzłam w Polsce i w angielskim. crying ;D

Ale do Chin na pewno wrócę, bo jest to kraj po prostu niesamowity. <3

 

Tylko błagam, nie mów mi, że studiowałaś na Śląskim w latach 2011-2014. crying Byłam, jestem i będę dziwna, ale wtedy byłam jeszcze dziwniejsza i byłby obciach. crying xDD

 

P.S. Naprawiłam linka pod “Yunnan i mandaryński”, bo zauważyłam, że się wykrzaczył.

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Ni hao,

 

muszę przyznać, że mam sentyment do Chin i chociaż sinologii nie studiowałam, to miałam okazję być kilkukrotnie w Kantonie i mam nadzieję jeszcze tam wrócić (tam, czyli do Chin, niekoniecznie prowincji Guangdong)

 

z łapanki:

Wraz z Xiǎoyǔwyprawiłem się do lasu, by poszukać roślin, którym chińska medycyna przypisywała uzdrowicielską moc.

zabrakło spacji

 

Co do dialogu, dla mnie dobry zabieg. Nie wybijał z rytmu, wprost przeciwnie – pozwolił na większą imersję

 

Początek faktycznie przydługi względem środka i końcówki, ale nie będę się nad tym znęcać, bo wytłumaczyłaś wyżej, dlaczego tak wyszło. 

 

Całość bardzo dobra, zgłaszam do biblio 

 

Pozdrawiam

Zrobiłaś z bohatera takiego trochę kolonialnego dupka, który przyjeżdża, myśli, że pozjadał wszystkie rozumy i wie, co jest dla innych dobre. Przez to trochę trudno mu kibicować, na końcu trochę z mściwą satysfakcją pomyślałam, że dostał za swoje ;)

Tekst fajny, chińskie wstawki nie przeszkadzają, choć rozpieprzają zapis w przypadku zgrania opka na czytnik i chcąc nie chcąc musiałam przeczytać z komputera. Początek faktycznie nieco przegadany, ale tylko nieco.

Przy okazji lektury dowiedziałam się czegoś nowego, bo wierzeń, które wykorzystałaś kompletnie nie znałam.

Generalnie: podobało mi się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Stara Dagmaro. Ni hao.

 

chociaż sinologii nie studiowałam, to miałam okazję być kilkukrotnie w Kantonie

surprise surprise surprise surprise

Boże, ależ ja teraz cierpię ZAZDRO! Cóż to za niesprawiedliwość, cóż za nierówność między Dagmarami! No jak tak można, JAK TAK MOŻNA? Jak do tego w ogóle doszło?! Nie znam nikogo, kto “miałby okazję być kilkukrotnie w Kantonie”.

Tak czy inaczej – bardzo, bardzo brzydko z Twojej strony. Czy powinnaś się wstydzić?! Otóż odpowiem od razu: TAK. sad xD 

 

A tak na poważniej: spacja poprawiona. Bardzo dziękuję za przeczytanie i za klika do biblio. heart xD

 

Irka_Luz,

 

Zrobiłaś z bohatera takiego trochę kolonialnego dupka, który przyjeżdża, myśli, że pozjadał wszystkie rozumy

Hehe, ano owszem, hehe. :D Myślę, że w tamtych czasach było o takiego łatwo, pewnie nawet teraz o to nietrudno. ^^

 

rozpieprzają zapis w przypadku zgrania opka na czytnik

Wybacz :(

 

Przy okazji lektury dowiedziałam się czegoś nowego, bo wierzeń, które wykorzystałaś kompletnie nie znałam.

Hehe, najbardziej w tych sanchong podoba mi się to, że co jakiś czas opuszczają ciało człowieka i donoszą pewnemu bóstwu o jego grzechach:

The Three Corpses are supposed to keep records of their host's misdeeds, ascend to tian "heaven" bimonthly on the night of Chinese sexagenary ''gengshen'' (…) while the host is sleeping, and file reports to the Siming 司命 "Director of Destinies" who deducts a certain number of days from the person's life for each misdeed.

No kurde, jak wrednym można być?! xD Podli donosiciele. sad xD

 

Dziękuję za przeczytanie – i za klika. heart

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

JAK TAK MOŻNA? Jak do tego w ogóle doszło?! Nie znam nikogo, kto “miałby okazję być kilkukrotnie w Kantonie”.

Tak czy inaczej – bardzo, bardzo brzydko z Twojej strony. Czy powinnaś się wstydzić?! Otóż odpowiem od razu: TAK. sad xD 

 

Haha xD na pocieszenie dodam, że praktycznie nic nie zwiedziłam, bo od rana do późnego popołudnia siedziałam na targach kantońskich, więc orka, żadnej przyjemności :P 

Witaj DHBW!

 

Spośród trzech Twoich tekstów, które miałem okazję czytać, ten najbardziej mi się podobał. Szczególnie dobrze wyszło Ci snucie opowieści lekko stylizowanym językiem oraz osadzenie jej w klimacie chińskiej prowincji. Zakładam, że to XIX wiek, prawdopodobnie początek. Podobało mi się zestawienie oświeceniowej mentalności z zabobonem. Przyznam jednak, że spodziewałem się podobnego obrotu akcji (facet jest zbyt pewny siebie i wpadnie w pułapkę) i końcówka nie była zaskoczeniem. Nie znaczy to, że nie zadziałała na mnie. Przeciwnie, namalowane przez ciebie obrazy “choroby” były odstręczające, co w połączeniu z klimatem grozy i – ostatecznie – beznadzieją sytuacji bohatera, stworzyło pożądany efekt horroru.

Zgrabnie wkomponowałaś ideę trzech trupów, ptaków z trzema nogami i całą symbolikę do fabuły. Proporcje zachowałaś dobre (może początek trochę zbyt rozciągnięty i wstawki po chińsku nieco zbyt obszerne, ale to drobiazgi). Nie mam się do czego czepiać. Polecam do biblioteki, bo opko jak najbardziej zasługuje.

 

Między jej stopami stała duża, glinianą miska

Literówka.

 

Pozdrawiam!

@DHBW hm, ja akurat jestem ze Śląska, ale studiowałam w Warszawie. A potem już nie w Polsce, bo tak wyszło, że najpierw Tajwan, potem Chiny. Ale fajnie spotkać kogoś z sino tak czy inaczej.

kronosie,

 

Literówka poprawiona, dzięki! Ach, te podstępne ogonki.

 

Spośród trzech Twoich tekstów, które miałem okazję czytać, ten najbardziej mi się podobał.

Hm. Miło mi to słyszeć, aczkolwiek moim faworytem są Dary niebios. ^^

 

Przyznam jednak, że spodziewałem się podobnego obrotu akcji (facet jest zbyt pewny siebie i wpadnie w pułapkę) i końcówka nie była zaskoczeniem.

No cóż, byłam świadoma takiego ryzyka, hinty są dosyć wyraźne… Rzeczywiście stawiałam tutaj na samą formę “klątwy” i cieszę się, że przynajmniej tyle mi wyszło. ;)

 

Polecam do biblioteki

<3 Co prawda, o ile dobrze liczę, to opko ma już pięć klików <3, niemniej dziękuję ślicznie. heart

I pozdrawiam ^^

 

oidrin,

 

tak wyszło, że najpierw Tajwan, potem Chiny

Zazdro, zazdro cierpię! <wije się, jakby pożerały ją wushi>

 

Ale fajnie spotkać kogoś z sino tak czy inaczej.

No cóż, raz jeszcze podkreślę, że takie ze mnie sino, jak z kury pingwino… Ale fajnie, fajnie. ;D

 

Pozdrawiam ^^

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Witaj, baźniowa opcjo azjatycka! :)

Podobało mi się bardzo. Od początku miałem skojarzenia z Lovecraftem – przynajmniej w kwestii stylu narracji i klimatu odludzia skrywającego mroczną tajemnicę. Portret bohatera jako białego d*pka pouczającego tubylców – perfekcyjny. Można tu się zastanowić, jak bardzo potrafi zaślepić ,,racjonalny” światopogląd.

I fajnie, że jest tu ta warstwa edukacyjna. Symbol trójnogiej wrony jest mi znany, natomiast nie słyszałem o sanchong i w trakcie lektury stanowiły dla mnie zagadkę (dopiero po końcowym przypisie skojarzyłem je z japońskimi sanshi – już wiem, skąd wzięły się w Nipponie). 

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

SNDWLKR – witam serdecznie, bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz <3 Cieszę się ogromnie, że się podobało.

Tak, sanshi to inna nazwa na sanchong, ale miałam już wushi, więc wolałam to jakoś odróżnić. ^^

 

A, i właśnie – wielki plus za dostrzeżenie lovecraftowych wpływów!!! :3

 

Swoją drogą, czy Twój nick rozwija się do “Snowden Wielki Rulez”? laugh

 

Pozdrawiam :)

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Bardzo mi siadł Twój styl i sposób, w jaki prowadzisz fabułę. Lubię ślimacze tempo i pierwszoosobową narrację, więc zwierzenia pyszałkowatego lekarza czytałem z przyjemnością. To starannie wymyślona, zrealizowana bez udziwnień historia grozy. Orientalne, smaczne danie. Dobrze, że zdecydowałaś się na wyjaśnienia w pierwszym komentarzu.

I tylko z trójnogimi wronami mam problem. To świetny symbol – nienaturalny, złowróżbny, straszny. Ale ja, choć nie mam pamięci do dowcipów, oczywiście musiałem zapamiętać następujący, usłyszany dawno temu:

Zatrzymał się facet w gospodarstwie agroturystycznym na noc. Rano patrzy, a po podwórku biegają trójnogie kurczaki. Pyta więc gospodarza, cóż to za cuda, a ten że takie się tutaj rodzą od pokoleń. Dopytuje więc, jak smakuje mięso takich trójnogich kur, a gospodarz na to, że nie wiadomo, bo nikomu jeszcze nie udało się ich dogonić.

I takie coś miałem z tyłu głowy, próbując wczuć się w tekst :((( Mimo wszystko jestem zaadowolony z lektury :)

Pozdrawiam!

Swoją drogą, czy Twój nick rozwija się do “Snowden Wielki Rulez”?

Yyy… Nie.

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

adamie_c4, bardzo się cieszę, że siadło. ^^ Nie jestem pewna, czy wszystkie komplementy odczytałam jako komplement, np.:

Lubię ślimacze tempo

xD, ale ogólnie bardzo mi miło. ^^

Przykro mi natomiast, że dowcip trochę Ci zepsuł opowiadanie – na następne Baźnie zrobię research dowcipów. ;)

A co do tego symbolu, nie mam pojęcia, skąd te trzy nogi… Ogólnie kojarzy mi się to właśnie strasznie, więc dziwne, że jest akurat symbolem słońca. ^^

 

Dzięki i pozdrawiam! :D

 

SNDWLKR – mam nadzieję, że nie uraziłam takim odczytaniem Twojego nicka? :( Po prostu co na niego patrzę, to właśnie to w nim widzę. crying

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

SNDWLKR – mam nadzieję, że nie uraziłam takim odczytaniem Twojego nicka? :( Po prostu co na niego patrzę, to właśnie to w nim widzę.

Skądże znowu! Dużo osób nie jest pewnych, jak go przeczytać. XD

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

A jak go przeczytać? cheeky Bo jestem ciekawa.

 

Sen do Walkirii? xD Snadnie Wilkor?

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

SoundWalker. To nie jest jakiś dziwny akronim, po prostu wyrzuciłem samogłoski. :)

Zazwyczaj, jak ktoś się myli w odczytaniu, to nie poprawiam, ale ty zapytałaś. :)

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

Ładna baźń. Z przewidywalnym zakończeniem, ale za to mocno egzotyczna. I głęboko. No, niezłe straszydła tam mają w tych Chinach. I jeszcze, łajzy jedne, donoszą… Pełen serwis.

Wiersz z komentarzy rządzi. To musi być język niemożliwy do opanowania. Angielskie “whether the wether will weather the weather“ się chowa.

A ja te literki zawsze rozszyfrowywałam jako “sandwalker”. I wolałam kojarzyć z Diuną niż ze skorpionami. Jednak samogłoski mają znaczenie…

Babska logika rządzi!

Finkla, ja przede wszystkim nie rozumiem, jak ten język się wykształcił. xD Po co zmieniać tony, skoro można dodać jakieś sylaby?! Owszem, chiński do opanowania jest trudny, ale nie niemożliwy. Natomiast moim zdaniem trzeba się w nim mocno “zagłębić”, tzn. bez spędzenia jakiegoś czasu w Chinach, słuchania radia, telewizji, rozmawiania na co dzień – ani rusz.

Ale ten język jest też piękny <3 A jaka satysfakcja, jak coś zrozumiesz laugh Czy to w mowie, czy to w piśmie… xD (Z tym pismem to też pojechali… xD)

 

Tak mnie bawi to donoszenie, że nie wiem laugh Łajzy! <ómiera>

 

No szkoda, że przewidywalnie, no, ale tak wyszło. Musiałam rzucać jakieś hinty, żeby budować napięcie. Tak jak mówię, zaskoczyć miała głównie forma klątwy. ^^

 

Dziękuję za przeczytanie i komentarz <3

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

O piśmie to już w ogóle nie ma co mówić. Kurka blaszka, alfabet to genialny wynalazek…

Babska logika rządzi!

To masz jeszcze ten sam wiersz w chińskich znaczkach ^^ Ten “plusik” / “krzyżyk” oznacza “dziesięć” – i widzisz, już coś umiesz. xDD

 

石室詩士施氏

嗜獅 誓食十獅。

氏時時適市視獅。

十時 適十獅適市。

是時 適施氏適市。

氏視是十獅 恃矢勢

使是十獅勢世。

氏拾是十獅屍 適石室。

石室濕 氏使侍拭石室。

石室拭 氏始試食是十獅屍。

食時 始識是十獅屍

實十石獅屍。

試釋是事.

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

OMG, pismo nijak niepodobne do wymowy…

Babska logika rządzi!

No nie? laugh Ja również po tych znaczkach spodziewałabym się czegoś innego.

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Lubię ślimacze tempo

Piszę to oczywiście z przymrużeniem oka ;) Gdyby tempo faktycznie było ślimacze, to przypuszczam, że męczyłbym się okrutnie, a tak wcale nie było. Ale chciałem zwrócić uwagę na to, że fabuła rozwijała się powolutku. Co ja akurat lubię.

Pozdrawiam!

DHBW!

 

Opko wywarło na mnie wrażenie. Surowość i obcość zawarte w opowiadaniu nadają mu świetnego klimatu, z początku thrillerowego, a na końcu już jak z rasowego horroru. Jest odraza, jest ból, jest zniszczone ciało – a to wszystko powiązane z demonami, których jedynym zadaniem jest wyniszczanie człowieka, aby pożywić się jego cierpieniem.

Opisy bardzo obrazowe, podobał mi się sposób, w jaki przedstawiłaś rzeczywistość w opowiadaniu. Podobało mi się. ^^

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Ależ dziękuję, Barbarzyńco. heart Również pozdrawiam – bulwiaście! heart

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Nowa Fantastyka