- Opowiadanie: BasementKey - Drzwi

Drzwi

Koniec i bomba...

 

Powstawało w trudach i bólach.  Fabuła wzorowana na opowieściach rodzinnych oraz niesnaskach sąsiedzkich, geograficzny odpowiednik wsi Smokowce istnieje na Dolnym Śląsku.

Klimatem chciałem uderzyć w taki trochę Labirynt Fauna.

 

Pozdrosy ślę!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Drzwi

 

Mówią, że stary Drążek kiedyś wcale nie był stary. I nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o to, że nie zawsze był tym zasuszonym, oplutym winem pierdzielem o zgiętym karku. Wiem, że nie zawsze taki był, nie bierzecie mnie chyba za głupca?

Mam na myśli, że podobno dziadygą stał się szybciej niż zajmuje polonezowi Romanów pokonanie całej Smokowskiej wsi. Drążek zgubił gdzieś życiowe dziesięciolecia pełne wrzasku bachorów i mrówczej codziennej pracy, kartki z kalendarza zostały mu skradzione i oddane w egzystencjalnym skupie makulatury, zły los zdmuchnął złe i dobre chwile jak nasiona mniszka żywotu.

Jak to się stało, zapytacie? Ano bardzo prosto, poszedł na spacer do Okrąglaka. Tam, gdzie i ja się udałem.

Nie poszedłem tam jednak nieprzygotowany. Ostatnie dwa lata spędziłem pojąc starego Drążka winem, karmiąc namoczonymi w wodzie sucharami i wysłuchując jego bełkotliwych opowieści o straconych bezpowrotnie latach życia. Mówił o drzewach, które chciał zasadzić, o niespłodzonych synach i nieruchomościach, które, gdyby zostały przez niego zbudowane, pewnie zajęłyby conajmniej połowę Smokowców. A kiedy już sobie solidnie popił, kiedy rozmemłał suchary uzębieniem zrujnowanym bardziej niż mury starego kościoła stojącego na cmentarzu (który to kościół kilkadziesiąt lat temu spłonął i nie został odbudowany); kiedy rozsiadł się wreszcie wygodnie, wyciągając styrane członki w kierunku zachodzącego słońca, wtedy raz na ileś tam dni zdarzało mu się zbłądzić myślami w kierunku Okrąglaka i zdradzić okoliczności, które sprawiły, że przeniósł się w czasie o kilkadziesiąt lat. To był mój prawdziwy cel przebywania z tym wrakiem człowieka, potrzebowałem iść do Okrąglaka i przenieść się w czasie.

– Będziesz mną – powiedział stary Drążek, a ja miałem w dupie jego gadanie.

 

***

 

Ojca nie pamiętam, a moja matka popełniła samobójstwo, gdy miałem dziesięć lat. Wzięła tabletki nasenne. I potem w otwartej trumnie wyglądała rzeczywiście, jakby mocno spała, przynajmniej dopóki nie padło na jej twarz kilka moich łez, a pośmiertny makijaż nie zaczął się rozmazywać ukazując szare pomarszczone ciało. Rok wcześniej powiesił się wujek, który był najlepszym człowiekiem, jakiego znałem. Przynajmniej, kiedy nie pił. Jego miękką szyję znaczyły ślady grubego sznura, przypominające odciśnięte w piaskownicy dziecięce dłonie. Wychowała mnie ciotka, która po tych wydarzeniach codziennie mi powtarzała, że wszystkiemu winny jest alkohol, gdyby nie wódka, wujek nadal by żył, a moja matka nie odebrałaby sobie życia po śmierci brata. W takich chwilach niekiedy oponowałem:

– Ale ciociu, przecież to ty jesteś siostrą mamy.

– Może tak, może tak – odpowiadała wtedy ciotka w roztargnieniu, a w jej oczach błyszczało szaleństwo.

Ostatnie piętnaście lat mojego życie naznaczone było dojmującym cierpieniem. Z jednej strony pustką po targnięciu się na własne życie przez dwie najbliższe mi osoby, a z drugiej smutkiem i powolnym popadaniem w obłęd przez moją ciotkę. Im byłem starszy tym częściej przyglądała mi się w zamyśleniu, brała moją buzię w swoje drobne dłonie i mówiła, jak bardzo przypominam jej wujka.

Tak więc nie tylko obrałem sobie za cel uratowanie tych dwóch bliskich mi osób, które odeszły z tego świata, ale nade wszystko walczyłem o dobro tak drogiej mi ciotki, które zajmowała się mną przed ostatnie lata. Możecie sobie również zadać pytanie, tak jak to robiłem: kim stałbym się pozbawiony ciotki, tej ostatniej więzi łączącej mnie z ludźmi, sam jak palec, jak źdźbło na wietrze, targany bezlitosnymi życiowymi podmuchami, smagany wprost w oczy wiatrem niedoli zarezerwowanym na tym świecie jakby specjalnie dla ubogich sierot. Potrzebowałem przenieść się w czasie, a Drążek był dla mnie ostatnią nadzieją na odwrócenie złego losu.

 

***

 

Okrąglak był szczytem niewielkiego wzgórza, porośniętym drzewami i krzakami. Rosły tam jesiony, lipy oraz kilka brzóz, znajdował się w tym miejscu również niewielki świerkowy zagajnik otoczony jeżynami. Drążek opowiadał, że tuż poza linią cieni rzucanych przez drzewa, aż ukazały mu się drzwi, po przekroczeniu których przeniósł się w czasie. W przyszłość. 

Tak sobie wykombinowałem, że jeżeli obejdę okrąglak poruszając się tyłem, to przeniosę się w przeszłość. Szedłem zatem wykręcając głowę za siebie, żeby się nie przewrócić. Po prawej czerwienił się zachód słońca nad smokowskimi dachami, po lewej straszyły ruiny spalonego kościoła, wokół którego rozciągał się stary cmentarz. Pomiędzy nimi błyszczał blaszany dach miejscowej remizy. Szedłem dalej. Dwa raz przeciąłem sarnią ścieżkę, zaś wyrastające z świerkowego zagajnika jeżyny kilkakrotnie próbowały mnie powstrzymać oplatając się wokół kostek, szarpiąc nogawki oraz raniąc skórę. Drzwi w końcu się pojawiły, były białe i lśniące, jakby wyszły właśnie spod ręki zdolnego stolarza. Idąc cały czas tyłem, chwyciłem lewą dłonią za czarną klamkę i przekroczyłem próg czasu.

Wszedłem tyłem wprost w krzaki jeżyn. Odwróciłem się i podejrzliwie rozejrzałem wokół. Dachy Smokowców były jakby inne, zamiast błyszczącej blachy, omszałe dachówki. Tu i ówdzie spozierał na mnie z budynków mur pruski, a popękany asfalt prowadzący na cmentarz zastąpiła ubita szutrówka. Czyżbym naprawdę przeniósł się w czasie? 

Ruszyłem w dół drogi w kierunku domu wujka. Mniej więcej w połowie odległości od celu mojej wyprawy musiałem się jednak zatrzymać. Stanąłem jak zamurowany, bo oto drogą nadchodziła wprost w moją stronę dawno zmarła matka. Krzyknąłem uradowany i pobiegłem w jej kierunku, nie zastanawiając się, co pomyśli sobie młoda kobieta, ku której wrzeszcząc pędzi rozentuzjazmowany mężczyzna. Ona jednak wcale się nie przestraszyła, wręcz przeciwnie, przywitała mnie z otwartymi ramionami, tuląc i obsypując pocałunkami moje czoło, oczy i usta. Matczyne serce mnie poznało – pomyślałem w pierwszej chwili, dopóki jej ręce nie zaczęły błądzić po moim ciele. Zimny dreszcz przeszedł po mnie, jakby sama śmierć przejechała mi kosą po plecach. Odepchnąłem matkę i powiedziałem, że takie zachowanie nie przystoi.

– Dziesięć lat temu jakoś ci to nie przeszkadzało – odpowiedziała mierząc mnie zalotnym spojrzeniem.

Nie miałem jednak czasu na odpowiedź, bo w tym momencie moją uwagę przykuł jakiś ruch: z pobliskich krzaków wypadła drobna, pochylona postać, kierując się wprost do domostwa mojego wujka. Pożegnałem się szybko z matką, nie poświęcając wiele uwagi tłumaczeniom, i szybkim krokiem poszedłem w tę samą stronę. Miałem złe przeczucia.

Dom wujka leżał na brzegu niewielkiej rzeczki, jednak kiedy wszedłem do środka nie było słychać szumu wody przez litanię przekleństw i złorzeczeń, wydobywających się z ust mojej ciotki pochylonej nad trupem swojego męża. Większośc dotyczyła martwego już mężczyzny, kilka z nich jednak było skierowane również do mojej matki. Gdy wszedłem do kuchni ujrzałem mamroczącą nieustannie ciotkę siedzącą okrakiem na nieruchomym ciele i zapamiętale ugniatającą swoimi drobnymi dłońmi grubą szyję wujka. Obok leżała siekiera, której tępy koniec prawdopodobnie pozbawił mężczyznę przytomności, a może nawet spowodował śmierć. Moje kroki na skrzypiącej podłodze, sprawiły, że się odwróciła. 

– Ale jak to? – wyjęczała, zalewając się łzami. – Ty nie żyjesz, przecież ty nie żyjesz!

Oskarżycielskim gestem wskazała trupa, jakby próbowała się wytłumaczyć, co w pierwszej chwili wydawało mi się niezrozumiałe, dopóki nie spojrzałem na twarz zmarłego. Był do mnie uderzająco podobny.

Ciotka padła na kolana, dalej szlochając i wyrzucając z siebie tym razem litanię przeprosin.

– Zamknij się! – powiedziałem sucho i natychmiast umilkła, pochlipując tylko raz po raz.

Ja natomiast usiadłem na drewnianym stołeczku i zacząłem się zastanawiać co zrobić. Najchętniej wziąłbym siekierę z podłogi i wymierzył słuszną sprawiedliwość za swoje krzywdy, to jednak mogłoby mieć straszne konsekwencje. Co stałoby się wtedy z dziewięcioletnim mną? Kto otoczyłby mnie opieką po śmierci matki? Oczywiście mogłem próbować dalej ingerować w bieg wydarzeń, dotarło jednak do mnie w tym momencie, że jest to igranie z losem. Czyż moje pojawienie się nie stało się katalizatorem tragedii, której chciałem zapobiec? Czy sam nie wywołałem tego ciągu straszliwych wydarzeń?

Wstałem ze stołka i pochyliłem się nad ciotką.

– Jestem duchem, lecz nie pałam żądzą pomsty – skłamałem. Na zemstę przyjdzie czas, ale jeszcze nie teraz. – Naznaczam ci jednak pokutę za twe zbrodnie.

– Wszystko, zrobię wszystko – jęczała ciotka, a strumienie łez zdążyły utworzyć mokry krąg wokół jej kolan.

– Zajmiesz się Anną, moją matką… to znaczy: twoją siostrą.

– Zajmę się duchu, zajmę.

– I jej dzieciakiem też się zajmiesz.

– Zajmę się duchu, zajmę.

– I będziesz się nimi opiekować. A gdyby przyszła taka potrzeba, przygarniesz dzieciaka i wychowasz jak swojego syna.

– Jak trzeba to wychowam, Bóg mi świadkiem wychowam.

– No! – powiedziałem na koniec, bo już sam nie wiedziałem, co powiedzieć. Co wy byście powiedzieli w takiej chwili?

Chwyciłem siekierę z podłogi i już chciałem wracać w kierunku okrąglaka, kiedy coś sobie uświadomiłem. Spojrzałem na drżące niczym osika ciało ciotki, na jej ręce chude jak wierzbowe witki. Potem przeniosłem wzrok masywnego trupa leżącego wciąż na podłodze.

– Przynieś sznur z piwnicy!

 

***

 

Białe drzwi w jakiś sposób wiedziały, że chcę wrócić do swoich czasów, nie musiałem iść tyłem, bokiem ani odprawiać innych dziwnych rytuałów. Wróciłem do dnia, w którym po raz pierwszy wkroczyłem do Okrąglaka. W dłoni trzymałem wciąż siekierę, jednak po przeniesieniu się w czasie gdzieś wyparowało metalowe ostrze i został mi w garści sam drewniany trzonek. Widocznie przez wrota czasu nie można było przenosić broni. Pomyślałem, że sam trzonek wystarczy.

Minąłem cmentarz ze zniszczonym kościołem i remizę idąc w dół, do wsi. Stary Roman jechał właśnie popękaną asfaltówką przez wieś w swoim równie starym polonezie. Szedłem dalej, po prawej ręce miałem zrujnowany dawny dom wujka, na którego dach spadł, podmyty przez pobliski strumyk, wielki jesion, po lewej dom po Jastrzębskim, pijaku, którego pogrzeb odbył się miesiąc temu, a nieruchomość kupił jakiś architekt w Wrocławia. Jeszcze tylko kilka kroków pod górę, obok fundamentów spalonej zeszłej jesieni stodoły i już byłem w domu. Otworzyłem cicho furtkę i powoli zbliżałem się do budynku, drzwi ani schody nie zaskrzypiały, całe obejście trwało w niemym oczekiwaniu tego, co nastąpi. 

Ciotka stała w kuchni i coś gotowała, uśmiechnęła się na mój widok, ale zaraz zamarła patrząc na wyraz mojej twarzy oraz trzymany wciąż w dłoni trzonek od siekiery. 

– Czy to…?

– Tak – potwierdziłem. – To część siekiery, którą zabiłaś wujka.

Cios w bok głowy sprawił, że zatoczyła się i runęła na podłogę uderzając przy okazji o stojący na kuchence garnek, którego zawartość wylała się na podłogę. Kolejne ciosy zmieniły twarz w krwawą miazgę, z ucha wypłynęła dziwna gęsta wydzielina, mieszając się z leżącym obok, gotowanym jeszcze przed chwilą bigosem. Ciało znieruchomiało.

Po wszystkim usiadłem na schodkach na strych, zakrwawioną lagę opierając o ścianę. Ten wybuch agresji wydał mi się po dłuższej chwili… Sam w sumie nie wiem jaki. Niewłaściwy, pochopny, dziecinny? Choć pewnie zgodzicie się ze mną, że dziecinne zachowanie nie kojarzy się raczej z zamordowaniem swojej opiekunki trzonkiem od siekiery. Ta śmierć nie przyniosła ukojenia. Sprawiła jedynie, że nikt bliski nie pozostał mi na tym łez padole, a to okazało się niezwykle przygnębiające. Z drugiej strony, zreflektowałem się, że moja zemsta nie była do końca sprawiedliwa, bo przecież sam przyczyniłem się do zabicia wujka, wcześniej obściskując się z matką. Musiałem coś z tym zrobić. Chwyciłem za trzonek od siekiery, który zostawił brzydki, czerwony ślad na białej ścianie i udałem się z powrotem do okrąglaka.

 

***

 

Miałem nadzieje, że białe drzwi przeniosą mnie, jak poprzednio, w dokładnie ten czas, w którym chciałem się pojawić. I rzeczywiście tak się stało. Wypadłem z Okrąglaka z lagą w garści i pobiegłem w najbliższe krzaki znajdujące się tuż za remizą, przed zakrętem prowadzącym do dawnego domu wujka. Uznałem, że tutaj będzie bezpieczniej, obawiałem się chować bezpośrednio w okrąglaku.

Po chwili pojawił się mój sobowtór, ja sprzed godziny, może dwóch. Szedł szybkim krokiem ściskając w dłoni bliźniaczy trzonek siekiery, niepoplamiony jednak, przynajmniej do tej pory, krwią ciotki. Wypadłem z krzaków i uderzyłem kijem w tył głowy mnie samego z przeszłości. To nieco niefortunne sformułowanie, bo przecież w tym momencie nie była to przeszłość, ale jestem pewien, że wiecie co mam na myśli. Tak więc uderzyłem go, tego mnie. Mocno. A potem poprawiłem. Jeden raz, drugi, trzeci. Stanąłem w lekkim rozkroku i waliłem lagą z góry na dół, jakbym rąbał drewno na opał do starego kopciucha, którego rozpalaliśmy z ciotką późną jesienią. Ale głowa sobowtóra nie rozpadła się tak ładnie jak jesionowe drwa wrzucane do ognia, wręcz przeciwnie, wyglądała jak wielkie zbite jajo, którego kawałki odrywały się i lądowały na spękanym asfalcie przy asyście mlaszczącego dźwięku powodowanego zapewne przez lepkie ciemno różowe elementy przyczepiające się do pałki. Przestałem uderzać dopiero, kiedy poczułem ogień w ramionach, a dłonie poczęły drętwieć od kurczowego ścisku. Zadowolony usiadłem na drodze. Uratowałem ciotkę stosunkowo niewielkim kosztem. Zmasakrowałem przecież tylko poprzednią wersję mnie, niepotrzebny duplikat. 

W tym momencie jednak zaczęło dziać się coś dziwnego. Głowa zaatakowanego zaczęła się zrastać, samonaprawiać. Kawałki kości ochoczo wskakiwały w powstały wcześniej otwór, obleczony już po chwili skórą, która intensywnie porastała włosami. Krew i różowe kawałki mózgu zaczęły z kolei żyć własnym życiem. I nie jest to przenośnia, bo wkrótce z tych kawałków wyłoniła się postać, homunculus, który rósł nabierając kształtów i rozmiarów dorosłego mężczyzny. Wziąłem pałkę i z rozmachem uderzyłem w tę spaczoną postać. Rozprysnęła się na dwie kolejne różowo czerwone plamy, z których zaczęły powstawać kolejne człowieczki. Jednego z nich trzasnąłem raz jeszcze trzonkiem od siekiery, sytuacja się powtórzyła, z dwóch powstałych brei poczeła się formować następna dwójka małych ludzi. Szpilki bólu wbijały mi się w ręce od fizycznego wysiłku, którego rezultaty były odwrotne od zamierzonych. Wkrótce miałem przed sobą czterech sobowtórów, których, zamglone na początku spojrzenie, wkrótce się wyostrzyło i wypełniło strachem. Nim zdażyłem się zorientować w ich zamiarach, wszystkie postacie rzuciły się niemal w tym samym momencie w stronę Okrąglaka.

Domyśliłem się, że mordując samego siebie, niechcący doprowadziłem do jakiegoś rodzaju czasowego paradoksu. Strach pomyśleć, jakie mogły konsekwencje mojego ataku, co za zamieszanie mogą uczynić w świecie moje sobowtóry, przenosząc się do kluczowych momentów historii, wywołując wojny, kataklizmy, głód. 

Nie namyślając się długo pobiegłem również w stronę Okrąglaka, gotowy walczyć sam ze sobą i naprawiać powstałe szkody. Biegnąc, minąłem Romana w jego rozpadającym się polonezie, który stanął na poboczu i najwidoczniej widział całą walkę i jej skutki, gdyż gębę miał otwartą ze zdziwienia, a oczy wybałuszone ze strachu.

 

***

 

Portal w okrąglaku rzucał mnie w różne czasy, w których tropiłem zapamiętale inne wersje mnie samego. Obawiałem się ponownego stworzenia czasowego paradoksu i duplikacji, dlatego musiałem działać z ukrycia i wystrzegać się bezpośredniej agresji. 

Sobowtóry niestety nie próżnowały, wykorzystując białe drzwi głównie po to, żeby zapewnić sobie dostatnie i spokojne życie. Na szczęście wyglądało na to, że są ograniczone do obszaru wsi, nie mogły wywołać na przykład trzeciej wojny światowej, chyba że nią nazwiemy ciągnącą się latami waśń Romanów z Dziergoniami, na to jednak raczej żaden z moich klonów, na szczęście, nie miał wpływu.

Jedna z moich kopii podszyła się pod dziewiętnastowiecznego szlachcica i została w nieuczciwy sposób właścicielem całej wsi Smokowce, którą wygrała w karty. Nade wszystko jednak był to zwykły cham i opój, przenoszący się często w czasie, żeby porywać młode chłopki i przetrzymywać je dla własnej rozrywki we dworze. Fałszywy szlachcic nie stronił także od hucznych zabaw, podczas których wódka lała się wartko niczym płynący w okolicach górski strumyk, a stoły uginały się od jedzenia. Ulubioną potrawą mojej kopii była kaszanka, w którą często wgryzał się łakomie podczas uczt niczym dzikie zwierzę, aż krew wymieszana z tłuszczem ciekła mu po brodzie. 

Śledziłem go długo poznając zwyczaje, zagadując miejscowych i obserwując relacje społeczne. Nietrudno było przekonać chłopów, że to wampir, długowieczny potwór, pojawiający się w różnych latach, porywający dziewice, a potem pijący ich krew, albo przerabiający ją na kaszankę, wszystko po to żeby utrzymać przy życiu własne nędzne istnienie. O tak, poddani odwiedzili go pewnego ranka z pochodniami, jego wyrwane ze snu spasione ciało pękło jak gorąca kaszanka, przekłute widłami od gnoju. Smutny to koniec, lecz odpowiedni dla tej kreatury.

Nieuniknione było pytanie, jaki ta groteskowa postać miała związek ze mną. Czy to mogłem być ja? Czy ten rozpasany wieprz był jakąś możliwą wersją mojej osoby? Chciałem wierzyć, że nie.

Jeżeli chodzi o drugiego sobowtóra, przywdział on duchowną sukienkę i żył w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Portal w okrąglaku wykorzystywał do preparowania cudów, bałamucąc miejscową ludność oraz oszukując wysłanników kurii. Nie byłoby to jeszcze takie najgorsze, jednak zdobywszy odpowiednią pozycję, zaczął używać swojej władzę, aby molestować nieletnich. Sam będąc sierotą, byłem szczególnie wyczulony na krzywdę dzieci, nie mogłem zatem dopuścić by zbrodniarz pozostał nieukarany. 

Niestety wiejska społeczność pozostawała głucha na moje argumenty, donosy na policję, do prokuratury oraz przełożonego biskupa również nie przyniosły żadnych efektów. Zdjęcia i seria artykułów w miejscowej prasie także na nic się nie zdały. Można powiedzieć, że moje wołanie stanowiło w tym wypadku wołanie na puszczy, mieszkańcy Smokowców byli zapatrzeni w swojego proboszcza, cudotwórcę, jak w obrazek, a kuria również wspierała pasterza, dopóki golone owieczki były zadowolone. Musiałem wziąć sprawy w swoje ręce.

Wiedziałem, że gnojek raczy się mszalnym winkiem po każdej porannej niedzielnej mszy, tak, że ledwo jest w stanie dojść potem do plebanii. Dzień wcześniej nasączyłem zatem akrylonitrylem szaty liturgiczne, zabezpieczając je jednocześnie substancją do neutralizacji brzydkich zapachów. Przygotowałem także koktajl mołotowa wypełniony drobinkami styropianu, który w niedzielę rano zabrałem ze sobą na mszę. 

Następnego dnia ksiądz lekko pociągał nosem w trakcie rytuałów, wyglądało jednak na to, że nie był zbytnio zaniepokojony dziwnym zapachem. Gdy ceremonia się zakończyła, poczekałem aż wszyscy wierni opuszczą kościół i udałem się do zakrystii. Po drodze wyciągnąłem ze stojaka solidny drąg od maryjnego proporca. Zajrzałem do niewielkiego pokoiku dla księży, pochylona postać odgrywała właśnie pijacki hejnał na butelce z winem mszalnym. Wyjąłem spod kurtki flaszkę z benzyną i drobinkami styropianu, podpaliłem i wrzuciłem do środka. Solidne dębowe drzwi podparłem drągiem, a następnie dla pewności przyciągnąłem jeszcze z bocznej nawy ławkę z klęcznikiem. Umierał z okrzykiem na ustach i nie był to bynajmniej okrzyk uwielbienia Maryi, czy szczery żal za grzechu. Razem z nim spłonął też kościół – przykra, lecz nieunikniona konsekwencja moich stanowczych działań.

Na szczęście mój sobowtór nie powstał z martwych, ani się nie zduplikował. Założyłem zatem, że kluczowy był kontakt fizyczny, który zapewne wywoływał czasowy paradoks. Miałem zatem pewną swobodę w działaniu, nie mogłem jedynie dopuścić do takiego kontaktu ponownie.

 

***

 

Jeżeli chodzi o trzeciego klona, to właściwie nie ma o czym mówić. Wybrał czasy współczesne, początek dwudziestego pierwszego wieku i karierę w korporacji. Przenosił się w czasie, żeby sprawdzać wyniki finansowe spółek, testować wdrażane procesy, poznawać zmiany podatkowe oraz prawne. Mimo wszystko jego szef nigdy nie był zadowolony, wzrosty firmy zawsze mogły być wyższe, podatki niższe, prawo bardziej sprzyjające rynkowej koniunkturze, a konwersje we wdrażanych procesach o kilka punktów procentowych lepsze. Mój sobowtór powiesił się jeszcze przed trzydziestką po kilku latach takiej pracy, a ja nie kiwnąłem w tej sprawie nawet palcem.

Został już ostatni klon, udałem się zatem do Okrąglaka, żeby drzwi przeniosły mnie do niego. Tak też się stało. Ponownie szedłem dobrze mi znaną szutrową drogą w dół, kiedy nagle za sobą usłyszałem kroki. Schowałem się za murem remizy i obserwowałem bieg wydarzeń. 

Trochę młodsza wersja mnie szła szybkim krokiem, kierując się w stronę domu wujka. Na swojej drodze spotkała moją (swoją) matkę, a potem z krzaków wypadła ciotka, która pognała do domu, żeby zamordować wujka. Poszedłem i ja w tę stronę. Domyślacie się zapewne, co zdarzyło się dalej. Schowany za ogromny jesionem, obserwowałem zaskoczenie i zdenerwowanie malujące się na moim obliczu w związku ze śmiercią wujka, a potem patrzyłem, jak poprzednia wersja mnie, pomogła zamaskować zbrodnię ciotki i ściskając siekierę w dłoni udała się z powrotem w kierunku Okrąglaka, żeby wywrzeć zemstę w przyszłości.

Ostatni klon okazał się zatem moim wujkiem. Dobrze, że sam go nie zabiłem, bo wtedy znów doprowadziłbym do paradoksu czasowego i duplikacji. Z drugiej strony, dlaczego miałbym chcieć zabić własnego wujka? Choć przecież on nie był moim wujkiem, prawda? Był mną, który powstał, przez czasowy paradoks. Trochę to wszystko skomplikowane, wiem. Wiem też co sobie myślicie, że ta historia zmierza nareszcie ku końcowi, wraz z unicestwieniem ostatniego klona. Że będę mógł wreszcie żyć dalej, wolny od poczucia winy, bez konieczności podróżowania w czasie. Ja też tak wtedy myślałem, bardzo się jednak myliłem.

 

***

 

Wolnym krokiem wróciłem do Okrąglaka, wokół którego następnie nieśpiesznie krążyłem w oczekiwaniu na pojawienie się białych drzwi. Wracałem do własnych czasów, chciałem żyć dalej, wybaczyć ciotce i zapomnieć o wszystkich tych dziwnych zdarzeniach i ich konsekwencjach. Białe drzwi miały jednak wobec mnie inne plany.

Przeniosłem się ponownie do przeszłości. W remizie odbywała się wiejska potańcówka, a wśród młodszych i starszych miejscowych, wypatrzyłem także swoją matkę, który wplotła we włosy kwiaty i tańczyła niczym jakaś rusałka, wesoło podskakując i wymykając się z uścisku chłopcom, którzy chcieli ją pochwycić. Zrozumiałem cel mojej ostatniej misji.

Tańczyłem z moją matką cały wieczór, nosiłem jej kubeczki z rozcieńczonym wodą ze studni samogonem, opędzałem od zalotników i trzymałem za ramiona, kiedy nad ranem wymiotowała do strumyka. Odprowadzając ją do domu, pocałowałem namiętnie, a potem kochaliśmy się w stogu siana tuż przy stodole znajdującej się na zakręcie do domu. Odprowadziłem ją potem aż do ogrodzenia i na koniec pocałowałem w czoło. 

Potem ponownie wróciłem do Okrąglaka mając szczera nadzieję, że to już naprawdę koniec. Przeniosłem się w czasie i znów poszedłem drogą w dół, mijając remizę i cmentarz ze spalonym kościołem. Tym razem było jakoś inaczej, to jednak nie wieś się zmieniła, ale moje ciało. Byłem stary, jakby wszystkie lata życia moich sobowtórów skumulowały się we mnie. A może to ludzkie cierpienie, które wywołałem tak wpłynęło na mnie, może byłem jak Dorian Gray, który ukrywał swoją potworną naturę, aż do przykrego końca. Moje ręce były rękami starego człowieka, grzbiet dziwnie się obniżył i wygiął, a stawy trzeszczały przy każdym kroku. Ktoś mnie zapytał jak się nazywam i czy trzeba mi pomóc. Pewnie domyślacie się, co odpowiedziałem, że nazywam się Drążek i Okrąglak zabrał mi kilkadziesiąt najlepszych lat życia.

 

***

 

Białe drzwi rzuciły mnie w jeszcze jeden zakątek czasu, chcąc, żebym zapoczątkował historię, którą tak bardzo chciałem już skończyć. Próbowałem z tym walczyć, wyrwać się z tego ciągu nieuniknionych zdarzeń. Nie rozmawiałem zatem z nikim, zwłaszcza z dziećmi i nastolatkami, siedziałem całe dnie w opuszczonym domu po wujku i rozmyślałem o swoim życiu. Trochę przeszkadzał mi cieknący od przewróconego jesiona dach, ale starałem się nie zwracać na to uwagi. 

Próbowałem także opuścić Smokowce, ale okazało się to niemożliwe. Może byłem również tylko kopią, jakąś wersją innej wersji siebie? W ostatnim czasie czułem się lepszy, jedyny, ten prawdziwy, mogło jednak wcale tak nie być, może byłem tylko kolejną kopią, albo nawet kopią, kopii. Tak, wiem, można to mnożyć w nieskończoność, ale nie będę tego robił, niech inteligentny czytelnik dołoży sobie tych kopii kopii, ile tylko zechce.

Trochę z nudów, a trochę, żeby nie oszaleć, postanowiłem spisać tę oto historię i wypunktować ku przestrodze wszystkie konsekwencje igrania z czasem oraz próby zmiany własnej przeszłości. Siedzę zatem całymi dniami pochylony na papierami i staram się to wszystko poukładać, wyjaśnić co doprowadziło mnie do tego miejsca, może trochę usprawiedliwić przed samym sobą, albo przed tymi, którzy wezmą tę opowieść w swoje ręce. Zwłaszcza jeżeli ja z dawnych lat, naiwny młokos, wezmę to opowiadanie do ręki, powinno ono zniechęcić mnie do zapuszczania się w rejony Okrąglaka.

Teraz kiedy kończę pisać te słowa, widzę postać schodzącą drogą od strony cmentarza. Wydaje mi się, że trzyma w ręku trzonek od siekiery, ale w tym wieku wzrok lubi płatać figle. Na wszelki wypadek schowam się w piwnicy, wrócę potem, żeby dopisać jeszcze kilka słów, jeżeli tylko będę w stanie. Zostało jeszcze kilka 

[Tutaj następuje długa kreska od pióra lub długopisu, jakby ręka trzymająca narzędzie do pisania omdlała lub została uderzona.]

Koniec

Komentarze

Przeczytawszy.

 

No to fajnie :)

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Przed chwilą czytałem Białą sukienkę, teraz Białe Drzwi, a kilka opek niżej jest tekst o tym samym tytule. Co to za zbieg okolicznosci? ;)

Biały kolorem sezonu czy co? XD

Tia, zmieniłem tytuł na “Drzwi” ;)

Che mi sento di morir

Białe igranie czasem, czy igranie białym czasem? Nie ważne! Ważne, że zaowocowało świetnym tekstem. Czasem bawienie się czasem daje nieoczekiwanie doskonały efekt.

Ooo, wielkie dzięki, Misiu! Bardzo się cieszę, że tekst tak doskonale zaowocował :)

Che mi sento di morir

Hmm, trochę mało folkowy ten tekst, no i bardziej czarna komedia niż horror, ale myślę, że gdzieś na pewno da się go wykorzystać, może na Niedobre Literki się nada?

Spoko, nie, to nie cheeky

Che mi sento di morir

Dla mnie też jest w tym więcej chwilami wręcz weirdowatej komedii-horroru niż horroru sensu stricto, ale czytało się dobrze. Sprawnie operujesz nastrojem, a dzięki oddaniu narracji głównemu bohaterowi nie gubisz się w czasowym paradoksie. Wciągnęłam się, więc na dodatek ta fabuła działa :)

Cześć, ninedin!

Świetnie, że działa :) Zgadzam się, że klimat może nie ten, ale jeśli wciąga i się podoba, to ja się bardzo cieszę.

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Bardzo ciężki temat sobie wybrałeś, więc nie dziwię się, że opowiadanie powstawało w trudach i bólach. Igranie z czasem i kopie, które wymykają się spod kontroli – pomysł na pewno ciężki do udźwignięcia. Nie jestem pewna, czy dobrze wszystko zinterpretowałam, ale mam wrażenie, że w samej końcówce opowiadania kopie wymknęły się spod kontroli nie tylko bohaterowi, ale też autorowi i sam nie wiedziałeś, co i dlaczego się z nimi stało.  

Pojawiła się niekonsekwencja, gdy pisałeś, że obszar działania kopii był tylko na wsi, a później, że jedna z kopii pracowała w korporacji – na wsi chyba nie było żadnej korpo? Przewijało się wiele drobnych błędów czy literówek, a postaci wydały mi się trochę sztampowe, ale w sumie w horrorze nie muszą być bardzo oryginalne. 

W każdym razie te rzeczy, które mi zgrzytnęły, nie przeszkodziły mi w odbiorze tekstu, bo muszę przyznać, że dawno żadne opowiadanie nie wciągnęło mnie do tego stopnia. Zaciekawiasz już od samego początku i to zaciekawienie oraz pewne horrorowe napięcie się utrzymuje aż do końca tekstu. Czytało się bardzo dobrze, więc myślę, że mimo pewnych zgrzytów, opowiadanie zasługuje na Bibliotekę. 

Dzień dobry, Sonato!

 

Temat cięzki i było ciężko. Jeszcze czuję ten ciężar w sumie.

Co do wymykających się kopii – narracja pierwszoosobowa w zamyśle miała być takim trochę wytrychem do fabuły, bohater nie wie wszystkiego, jest takim sprawozdawcą. Całość ma mieć również weirdowy charakter i wymowę egzystencjalną.

Jeżeli chodzi o pracę w korpo, to założenie było, że to praca zdalna, ale fakt, że nie zostało to należycie wyłożone.

Dzięki za dobre słowo na koniec i kliczka.

 

Pozdrawiam ciepło!

Che mi sento di morir

Ostrzeżenie starego Drążka (fajne nazwisko) bym sobie darowała, bo w pewnym momencie już się domyśliłam, jak się skończy to bieganie po czasie. Choć trzeba przyznać, że miałeś jeszcze w zanadrzu dodatkwy twist ;) Domyślam się, że bohater nie przewidział, że jego sobowtóry wpadną na podobny pomysł, co zaskutkuje ponownym pączkowaniem ;)

Nie wiem, czy to horror, bo jakoś nie postraszyło. Raczej coś w rodzaju czarnego humoru, ale klimacik niewątpliwie jest. Fajnie się czytało :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Bizarro podane w lekko grozowej otoczce na wejście ma plus. Nie jest to klasyczny tekst z dreszczykiem, ale niewątpliwie ma to coś. Paradoks podróży w czasie co prawda jest motywem eksploatowanym, jednak dajesz mu nową, swojską otoczkę oraz dużą dawkę humoru. Momenty grozy są, budują też ciekawą klamrę. Językowo uważałabym na zaimkozę oraz przymiotnikowe rokoko, bo miejscami się zdarza. Chociaż miejscami jest też fajne, więc bierz z tego, co się przyda. No, i taką dawkę absurdu to ja zawsze chętnie przyjmę.

Dziękuję za udział w konkursie i pozdrawiam.

Hej BasementKey,

Igranie z czasem? Nie spodziewałem się takiego obrotu spraw, ale kurczę: można było się spodziewać takiego rozwiązania. Podobało mi się bardzo, czytało się płynnie, bez zbędnych wywodów. Po prostu płynąłem z tekstem i czekałem co będzie dalej.

 

P.S. Pomyślałem, że to dziwne: bohater postanawia ich zabić – tak po prostu, a przecież od zabijania problemy się zaczęły. Mogło się to skończyć jeszcze gorzej.

 

Pozdrawiam

 

 

Cześć, Kluczu!

 

Pogmatwane, ale spójne. Nieźle to poplątałeś, a jednocześnie wszystko trzyma się kupy i sprawia wrażenie dobrze przemyślanej historii. Choć zostaje pytanie – a jak to miałoby się niby rozpocząć? Momentem kluczowym jest seks z matką, gdzie tworzy sam siebie. Co innego gdyby bohater z przyszłości wrócił do przeszłości i zabił samego siebie – wtedy mamy pętlę i paradoks, ale Twoja sytuacja nie ma momentu inicjującego. To oczywiście pod rozmyślania – nic dyskwalifikującego.

Tekst jest nieco sprawozdawczy, przez to mniej angażujący, ale sama historia trzymała na tyle, że spokojnie doczytałem do końca.

Mignęły mi jakieś literówki, ale czytałem na komórce, więc nie przytoczę.

Ogólnie bardzo ciekawy pomysł (choć nie nowy, ale za to przedstawiony w innych niż zwykle realiach) i całkiem zręcznie poprowadzony :)

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej, hej,

 

nadrabiam zaległości.

 

Irko, cześć!

 

Tak, ostrzeżenie jest taką strzelbą Czechowa, wiem, że domyślny portalowy czytelnik zrobił w tym momencie “phi!” ;) Mimo wszystko historia jest tak pokręcona, że chyba nie psuje to odbioru.

Czy to horror? Nie do końca, racja, straszność bardziej egzystencjalna oraz związana z konsekwencjami swoich czynów. Thriller może :)

Jeśli się fajnie czytało, to fajnie <3

Nie bardzo optymistyczne, ale też nie totalnie pesymistyczne (chyba).

Pozdrawiam!

 

 

Oidrin, hejka!

 

Rokokoko to moje drugie imię ;) A jeżeli chodzi o zaimkozę, ja po prostu doprecyzowuję :P

Skoro coś tam się podobało, to niezwykle się cieszę. Takiej totalnej grozy to chyba nie umiem do końca, albo mój umysł się broni spaczając historię w kierunku absurdu. Tak czy owak, dzięki!

Pozrawiam!

 

Ramshiri, witaj!

 

Igranie z czasem w innej formie, dziwnej formie, tak, czemu nie? :) Narracja pierwszoosobowa nieco ułatwia, choć podejrzewam, że gdyby przyszedł Maras, to wytknąłby mi kilka błędów i nielogiczności. Choć tak naprawdę nie chodzi o podróże w czasie, tylko o jakiś sposób walki ze swoją przeszłością. To w pewnym stopniu odpowiedź też na Twoją drugę uwagę – metaforycznie często zabijamy poprzednie wersje siebie, rmamy do siebie żal i rozpamiętujemy przeszłość, chcemy ją cofnąć. A gdyby naprawdę się dało?

Pozdrawiam!

 

 

Krokusie, hej, hej!

 

Co innego gdyby bohater z przyszłości wrócił do przeszłości i zabił samego siebie – wtedy mamy pętlę i paradoks, ale Twoja sytuacja nie ma momentu inicjującego. To oczywiście pod rozmyślania – nic dyskwalifikującego.

Jest to dość mocno zakręcone, chciałem jakiejś dozy oryginalności, więc mamy starego Drążka i on wraca z przyszłości i inicjuje zdarzenia, tylko nie bezpośrednio, ale przez swoją młodszą wersję (niejako). Nie jest to do ostateczne wyjaśnienie, bo są jeszcze potencjalnie “jakieś kopie”, które także mogą coś inicjować i zmieniać. Zagmatwane ;) Myślę, że wrócę do tego tekstu za jakiś czas, żeby spojrzeć świeższym okiem.

 

Ogólnie bardzo ciekawy pomysł (choć nie nowy, ale za to przedstawiony w innych niż zwykle realiach) i całkiem zręcznie poprowadzony :)

Cieszę się, dziękuję <3

Pozdrosy!

 

Che mi sento di morir

No, nieźle zapętlone. Wychodzi, że bohater jest połową własnej rodziny… To nagromadzenie krewnych klonów jest imponujące, ale poza tym ogrywasz stare motywy.

Czytało się przyjemnie. Acz strasznie agresywna ta familia. Nic, tylko się zabijają. Nikt nie mówił, że przemoc nie rozwiązuje problemów?

Babska logika rządzi!

Dzień dobry :)

 

To nagromadzenie krewnych klonów jest imponujące, ale poza tym ogrywasz stare motywy.

Wszystko się powtarza, stary motwy ale wdzianko nowe, mam nadzieję ;)

 

Acz strasznie agresywna ta familia. Nic, tylko się zabijają. Nikt nie mówił, że przemoc nie rozwiązuje problemów?

W rodzinie bywa różnie. A co do przemocy, niby “nie ma człowieka, nie ma problemu”, ale jak widać w tekście nie zawsze to tak działa.

Pozdrawiam!

 

Dzięki za lekturę i komentarz!

Che mi sento di morir

To opowiadanie mogę porównać do guilty pleasure. Wydaje mi się, że całkowicie zamierzenie nadałeś narracji formę, na którą w innym wypadku bym marudził. Nattator streszcza, wręcz wymienia kolejne punkty na fabularnej osi, właściwie nic nie pokazuje a wszystko opowiada, czasem idzie w mocno infodumpowe wyjaśnienia i porównania.

Mamy tu za to prawdziwe poplątanie, a w pewnym momencie bohater odbywa nawet kazirodczy stosunek ze swoją matką… grubo i mocno obrzydliwie. 

Jednak czytanie tego całego zamętu w czasie przysporzyło mi sporo satysfakcji. 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Hej Geki, dzięki za wizytę ;)

 

zgadzam się z Tobą, że forma jest nietypowa. Trochę tutaj wzorowałem się na Lovecrafcie, trochę na Labiryncie Fauna – choć trzeba przyznać, że jedna i druga inspiracja zostawiły ledwie ślady w fabule. Do tekstu na pewno wrócę jeszcze po kilku miesiącach, żeby spojrzeć świeższym okiem i być może popracować nad narracją.

Jeżeli chodzi o rdzeń tekstu, to dominuje tutaj dziwność, a centralną postacią jest bohater i jego liczne w wcielenia. W pewnym sensie jest to także swoista metafora walczenia ze sobą, żałowania  grzechów przeszłości, itd. Jeżeli satysfakcja mimo wszystko jest, to się cieszę :)

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Nowa Fantastyka