- Opowiadanie: Sonata - Gdy umilknie puszczyk

Gdy umilknie puszczyk

Dziękuję betującym – Krokusowi za celne uwagi i wytępienie wielu niezgrabności oraz CM-owi za zrobienie mi traumy, dzięki której końcówka opowiadania jest nieco lepsza.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Gdy umilknie puszczyk

Deszcz nie przestawał padać od tak dawna. Dziś jego szum był jak otulająca las mgła, niknęły w nim wszelkie inne dźwięki, tak jak we mgle znikają kształty. Tylko przenikliwy głos puszczyka przebijał się przez wodnistą ścianę. Jaromir wpatrywał się w otwarte na oścież okno. Dźwięk spadających ciężkich kropli mieszał myśli, a hukanie sowy sprawiało, że mężczyznę przechodziły dreszcze. Zwłaszcza, że to nie była noc. Ptaka słyszał już nie pierwszy raz, ale nigdy go nie dostrzegł.  

Zawiał wiatr i do środka wpadł zapach mchu. Podłoga pod oknem błyszczała, mokra od deszczu, powoli tworzyła się kałuża. Jaromir spojrzał na kobietę leżącą obok na łóżku. Jej nagie ciało wydawało się szare w mdłym świetle deszczowego popołudnia, ale czuł bijące od niego ciepło.

– Myślisz, że kiedykolwiek przestanie padać? – zapytała wciąż lekko zdyszanym głosem.

Westchnął.

 – Muszę iść – mruknął.

Zaczął zakładać wilgotne ubrania. Obserwowała go roziskrzonymi oczami. Kiedy wychodził, przystanął przed drzwiami i nie odwracając się, rzucił przez ramię:

– Trzeba to skończyć. Za dużo ryzykujemy.

Otworzył drzwi i stanął twarzą w twarz z Odolanem. Odolanem, który miał być teraz na polowaniu. Jaromir dawno już przyzwyczaił się do jego wyglądu, lecz w tej chwili pełne drobnych wgłębień narośle na czole i policzkach Odolana wydawały mu się tak przerażające i obrzydliwe, że miał ochotę wymiotować.

Pod bladymi guzami dostrzegł, że na twarzy Odolana maluje się wściekłość, ale też ogromny szok.

– Ty…? – wykrztusił.

– Odolanie, ale…

Jaromir próbował zasłonić sobą wnętrze chaty, lecz przyjaciel odepchnął go i zamarł na widok swojej nagiej żony.

– Możesz mi to wytłumaczyć?! – krzyknął, gdy już spłynął z niego pierwszy szok. – Mąż z twarzą jak spleśniałe świńskie jelito nagle przestał ci wystarczać? Zdradzasz mnie z moim przyjacielem? Przyznaj, żyjesz ze mną w związku tylko dlatego, że jestem przywódcą wioski?

Jego żona uśmiechnęła się tylko. Odolan splunął, stanął do niej plecami i zaatakował Jaromira. Ten nawet się nie bronił przed pięściami. Wiedział, że zasłużył.

 

***

 

Ból był nie do wytrzymania. Pulsowały plecy, głowa, ręce i reszta ciała. Jaromir uniósł ociężałe powieki.  

W izbie zgromadzeń byli prawie wszyscy mężczyźni z wioski i większość kobiet. Kątem oka zauważył swoją Tomiłę – żona siedziała na ławie pod ścianą niemal zupełnie nieruchomo, obejmując ogromny brzuch. Jaromira nie obdarzyła nawet jednym spojrzeniem.

Gdy zauważono, że się ocknął, wszyscy oprócz niej podeszli bliżej. Spróbował wstać i wtedy zauważył, że jest związany. Sznury, wilgotne jak wszystko w tej wiosce, wbijały się głęboko w jego nadgarstki i kostki. Stłumił jęknięcie, nie mógł jednak zapanować nad bolesnym grymasem, który wykrzywił jego twarz.

Przywódca wioski patrzył na niego z podobnym grymasem. Narośle na policzkach rozciągnęły się i wyglądały, jakby miały zaraz pęknąć, a ciemne wgłębienia zmieniły się w szparki.

Jaromir spuścił wzrok, nie chcąc widzieć spojrzenia przyjaciela.

Głosy w izbie umilkły i zapanowała cisza przerywana tylko nieustannym kapaniem deszczu. Odolan milczał jeszcze przez chwilę.

– Cudzołożenie to jedna z najokropniejszych i najobrzydliwszych zbrodni – powiedział w końcu cicho. – Musimy ukarać Jaromira za ten czyn. A karą za cudzołożenie jest… – Zawiesił głos.

– Nie… – szepnął Jaromir. – Nie możesz mi tego… Odolanie…

Przywódca miał zamknięte oczy.

– Publiczne odcięcie tego, czego winny nie mógł poskromić, by pozostać wiernym swojej żonie – oznajmił po chwili twardo. – Następnie musi zostać przygotowany ruszt, by upiec ową rzecz, która będzie później zjedzona przez winnego. Winny może uniknąć kary tylko, jeśli przywódca mu wybaczy.

Jaromir zadrżał od mdłości, które zakręciły jego wnętrznościami. Odolan spojrzał przez otwarte okno i patrzył przez dłuższą chwilę na ociekający deszczem świat.

– Zgadzam się z tym, że jest to odpowiednia kara dla cudzołożnika. – Jego głos był już o wiele spokojniejszy. – Jednak mamy teraz zdecydowanie poważniejsze problemy. Od kilku miesięcy nie przestaje padać deszcz.

Rozległy się potakiwania i pomruki.

– Woda podtapia uprawy, domostwa butwieją od wilgoci, a zwierzęta zdychają od chorób, które przynosi powódź – ciągnął Odolan. – Jak tak dalej pójdzie, grozi nam głód, a w końcu śmierć. W tej sytuacji mogę zrobić tylko jedno.

Przywódca wioski podszedł do Jaromira. Ten ujrzał jego ukryte wśród narośli wodniste oczy. Było w nich coś dziwnego, jakieś nieumiejętnie skrywane intencje. 

– Jaromirze, wybaczam ci.

Rozległy się krzyki oburzenia i zdziwienia.

– Przecież to cudzołożnik!

– Robił to z twoją żoną!

– Dlaczego?!

Mieszkańcy nie rozumieli. Jaromir także nie rozumiał. Serce biło mu jak opętane.

Przez twarz przywódcy przemknął ledwo widoczny cień. Szybko odwrócił się plecami i mówił dalej:

– Nie dostaniesz kary, ale dostaniesz zadanie. Musisz się przysłużyć wiosce. Pójdziesz do Damroki i poprosisz ją o jakieś czary, które powstrzymają ten deszcz.

Jaromir zamarł. Złowił przerażone spojrzenie żony. Mieszkająca pod wioską Damroka była znana z rzucania uroków i odprawiania podejrzanych rytuałów. Nie chciał tam iść, wyglądało jednak na to, że nie miał wyjścia. Gdyby odmówił, wioska by go zlinczowała. 

Tomiła tymczasem zbladła i wcisnęła się w ścianę. Widziano, jak kiedyś, jeszcze przed małżeństwem, chodziła do Damroki, lecz nikt nie wiedział, w jakim celu. Jaromir już się pogodził z tym, że nigdy tego z niej nie wyciągnie.

– Pójdę – powiedział cicho.

Zapanowało milczenie. Odolan skinął głową, narzucił kaptur i powoli opuścił izbę zgromadzeń. W cieniu nakrycia głowy jego guzowate policzki wyglądały jak ciemne, pokryte mchem kamienie.

 Przez deszcz za oknem przebijał się złowrogi, smutny głos puszczyka.

 

***

 

Jaromira przechodziły dreszcze, gdy szedł przez wioskę uderzany chłodnymi powiewami wiatru. Wszędzie płynęły strumienie wody, w których brodził po kostki. Ciężkie krople wpadały mu w oczy, przez co niewiele widział. Mimo wczesnej pory świat był spowity ciemnością jakby właśnie zmierzchało.

Wyszedł na obrzeża wioski. Zmrużył oczy. Jego wzrok przebił się przez strugi deszczu i Jaromir zauważył na skraju lasu ciemny kształt. Zadrżał. Chata wiedźmy wyglądała jak czyhająca w zaroślach bestia.

Do dalszego marszu popchnął go mącący mu w umyśle obraz ludzi, którzy kiedyś również popełnili czyn cudzołożenia i zostali ukarani. Nie wiedział, dlaczego Odolan tak szybko mu wybaczył. To było trudne do pojęcia, ale nie chciał w tej chwili tego zrozumieć. Miał tylko nadzieję, że przyjaciel nie zmieni zdania. Zaczął głębiej oddychać. Wiedział, że w wiosce zostało wiele par oczu, które teraz go obserwują z sali zgromadzeń albo ze swoich domów.

Gdy zbliżał się do chaty, czuł coraz intensywniejszy zapach lasu, ale czuł też jakąś obrzydliwość – jakby ktoś gotował padlinę. Stanął przed zbutwiałymi drzwiami, wstrzymał oddech i zapukał – najpierw bardzo cicho, tak że spadające krople deszczu zagłuszyły odgłos, potem mocniej, bardziej zdecydowanie.

Czekał, aż Damroka otworzy. Serce biło mu szybciej niż kiedykolwiek. Z jednej strony chciał, by okazało się, że jej nie ma, z drugiej – pragnął mieć tę rozmowę już za sobą.

Drzwi zaskrzypiały i w progu stanęła wielka postać. Jaromir zmusił się, by spojrzeć w jej twarz. Pokrywały ją liczne zakończone włosami brodawki. Skóra na policzkach kobiety była tak ciężka, że opadała falami, odsłaniając napuchnięte, krwawe wnętrza oczodołów. Spierzchnięte wargi odsłoniły poczerniałe zęby.

– Jaromir! – syknęła Damroka świszczącym głosem. – Wejdź.

Nie zapytał, skąd znała jego imię. Wszystko się w nim wzdrygało na myśl o wejściu do cuchnącego padliną wnętrza, jednak musiał być posłuszny, jeśli chciał, by pomogła wiosce. Przełknął ślinę i wszedł do chaty.

Gdy znalazł się w środku, poczuł jeszcze większy smród. Po podłodze biegały karaluchy, było bardzo ciemno, z sufitu zwisały strąki chwastów, a w kącie leżała sterta szmat. Nad wygaszonym paleniskiem wisiał odrapany kocioł. Wiedźma podeszła do stołu i chwyciła krzesiwo, by zapalić stojącą na nim świecę.

– Siadaj – mruknęła.

Jaromir osunął się na brudne krzesło. Patrzył na wiedźmę.

Trwało to dłuższą chwilę. Damroka próbowała wykrzesać iskrę, ale krzesiwo było zbyt wilgotne. Wokół krople deszczu uderzały o podłogę – dach przeciekał w kilku miejscach. Jaromir nie śmiał się ruszyć ani odezwać.

Wiedźma w końcu odrzuciła krzesiwo, westchnęła ciężko i usiadła na drugim krześle. Zaczęła patrzeć na Jaromira oczami, które zdawały się zmęczone, ale zauważył, że nawet w mroku błyszczą przenikliwością. Milczenie przerywane tylko stukotem deszczu coraz bardziej mu ciążyło. Nie mogąc tego znieść, zmusił się, by coś powiedzieć:

– Więc…

– Słyszysz to? – zapytała nagle wiedźma.

Z zewnątrz dobiegało pohukiwanie puszczyka. W wiosce też je słyszał. Niemożliwe żeby tyle tych ptaków tu mieszkało. I to jeszcze odzywających się w ciągu dnia… Jaromir miał dziwne przeczucie, że ta sowa za nim wędruje.

– Ciągle pada deszcz. Zastanawiamy się… Zastanawiamy się, czy nie mogłabyś nam jakoś pomóc – wymamrotał zamiast odpowiedzi. – Może mogłabyś go odpędzić, czy…

Wiedźma zaczęła rechotać tak głośno, że podskoczył. Śmiała się, plując wkoło śliną. W końcu rechot przeszedł w silny atak kaszlu. Jaromir czekał, aż przejdzie, zastanawiając się, czy wiedźma właśnie umiera, czy po prostu kaszle.

W końcu atak ustał, a Damroka otworzyła załzawione oczy.

– Deszcz przestanie padać, gdy na wierzch wypłynie zbrodnia i jej obrzydliwość ukaże się oczom ludzi – powiedziała ochrypłym, jeszcze bardziej świszczącym głosem.

Jaromir nie miał pojęcia, o czym mówiła.

– Co to znaczy? – zapytał.

Milczała.

– Nasze uprawy niszczeją… Grozi nam klęska głodu…

– Rozejrzyj się – Wiedźma zatoczyła dłonią krąg. – Co widzisz?  

Jaromir spojrzał na obskurne wnętrze chaty. Wszędzie były pajęczyny, poplamione strzępy materiału i potłuczone naczynia.

– Nie mam tu już nic – mówiła Damroka. – Wciąż siedzę w mroku. Próbowałam zapalić świecę krzesiwem, a nie zaklęciem.  

Jaromir nie zrozumiał.

– Nie pomogę wam – oznajmiła. – Czas wiedźm się skończył. Dawno utraciłam swoją moc. Jestem teraz tylko pustą powłoką. Z utęsknieniem czekam na koniec moich dni. Pozwól mi czekać w spokoju.

Jaromir skinął głową. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Już wstawał, by wyjść, kiedy nagle przyszło mu coś do głowy.

– Kiedyś bywała tu Tomiła… Dlaczego? Co tu robiła?

Wiedźma nie odpowiedziała.

 

*** 

 

Z ulgą opuścił chatę Damroki. Teraz jednak nie wiedział, co robić. Bał się, że jeśli nic nie zaradzi na deszcz, Odolan wymierzy mu karę, której Jaromir miał uniknąć.

Przez chwilę się zastanawiał, czy nie uciec, ale przed oczami stanęła mu Tomiła. Nie… Nie zostawi ciężarnej żony. Powie Odolanowi, że odpędzi deszcz bez pomocy wiedźmy. Wyprawi się w świat i znajdzie guślarza, który odprawi odpowiedni rytuał.

Westchnął i ruszył przez ściany deszczu z powrotem do wioski.

 

*** 

 

– Dobrze, niech i tak będzie. Znajdziesz guślarza i w naszej wiosce znów ujrzymy czyste niebo – zgodził się Odolan.

Jaromir próbował złowić jego spojrzenie, ale przywódca na niego nie patrzył. Błądził oczami gdzieś po ścianach, jakby unikał wzroku przyjaciela. Jakby nie chciał go widzieć. Może liczył, że nigdy nie wróci?

– Idę zatem przygotować się do drogi.

Przywódca milczał, więc Jaromir opuścił salę zgromadzeń i ruszył do domu. Deszcz spływał strugami po jego ubraniu, gdy wchodził do środka.  

Powitała go zupełna cisza. Tomiła musiała się schować w izbie kuchennej. W zasadzie go to ucieszyło. Nie wiedział, co mógłby jej teraz powiedzieć. Jak się wytłumaczyć. Nie wiedział, bo wytłumaczenia po prostu nie było. Nie dziwiło go jej milczenie. Rozpoczął pakowanie. Wyruszy jutro rano.  

Gdy kończył, zaczynało zmierzchać. Nie mógł nigdzie znaleźć bukłaka na wodę. Tomiła zapewne wiedziała, gdzie jest, ale nie chciał jej pytać. Ta cisza… Wiedział, że żona potrzebuje czasu, ale… już wolałby, gdyby rzuciła się na niego z pięściami. Westchnął. I tak musiał wejść do izby kuchennej.  

Kiedy otworzył drzwi, zamarł. Pomieszczenie było puste.  

Pewnie do kogoś poszła… Nie zdziwiłby się, gdyby nigdy nie wróciła. Ale nie zabrała swoich rzeczy.

 

*** 

 

Nazajutrz Tomiły nadal nie było. Jaromir pragnął jak najszybciej wyruszyć w drogę, ale najpierw chciał się upewnić, że żona jest bezpieczna. W końcu nosiła jego dziecko. Musiał wiedzieć, gdzie poszła.  

Mieszkańcy wioski nie chcieli mu nawet otwierać. Krzyczeli przez zamknięte drzwi, że Tomiły u nich nie ma. Do przywódcy nie śmiał pukać. Kilka osób powiedziało, że widzieli, jak po zgromadzeniu szła ścieżką w stronę cmentarza.

Jaromir poszedł w tamtym kierunku. To, co mówili wieśniacy, zaniepokoiło go – czyżby Tomiła spędziła noc na zewnątrz? Była w zaawansowanej ciąży, może zaczęła rodzić i…

Nie dopuszczał myśli, że coś jej się stało. Jeśli tak…  

Dotarł na cmentarz. Deszcz uderzał o kopce ziemi i rozchlapywał błoto. Jaromir podskoczył, gdy nagle tuż nad nim rozległo się pohukiwanie. Nigdy nie było aż tak głośne. Ruszył w kierunku źródła dźwięku, mając nadzieję, że w końcu ujrzy ptaka, który go nęka.

Nagle nadepnął na coś śliskiego i prawie stracił równowagę. Pochylił się, by zobaczyć, na co nastąpił i wrzasnął.

W trawie leżała zakrwawiona ludzka ręka.  

Jaromir cofnął się, ale nagle coś go tchnęło. Krew była jeszcze świeża. Pobiegł dalej i zauważył ciemne ślady, których nie zmył jeszcze deszcz. Potem dostrzegł drugą rękę.

Ta była połączona z ciałem. Ze zmasakrowanym, zakrwawionym ciałem Tomiły.

Jaromira ogarnęły mdłości. Twarz żony, błyszcząca od deszczu, wykrzywiona była w grymasie strachu, jakiego jeszcze nie widział. Dolna szczęka wyglądała na dziwacznie zdeformowaną, jakby ktoś ją zmiażdżył i próbował ukształtować od nowa. Nogi, również zmiażdżone, leżały ułożone pod nienaturalnymi kątami. Oczy ziały krwawymi dziurami.

Ale najgorszy był brzuch.

Jeszcze niedawno olbrzymi i napęczniały, teraz wyglądał jak miazga. Coś go rozorało, wytargało z niego płód i owinęło pępowinę wokół szyi Tomiły tak mocno, że przebiło skórę.

Jaromir cofał się coraz szybciej, aż chwiejne kroki przeszły w szaleńczy bieg.

 

*** 

 

Nie był w stanie mówić. Zapukał prosto do drzwi przywódcy. Wiedział, że mogą oskarżyć jego, ale i tak już został stracony w oczach mieszkańców wioski.

Jednak się mylił – nie on został oskarżony.

– Tu użyto jakiegoś zaklęcia magicznego – stwierdził Odolan, pocierając narośl na twarzy, gdy wraz z kilkoma wieśniakami wrócił z oględzin ciała na cmentarzu. – A jedyną osobą, która mogła użyć zaklęcia, jest Damroka.

Jaromir zamarł. Już drugi raz uszło mu coś na sucho, choć tym razem rzeczywiście to nie on był winien. A wiedźma… Miał pewność, że to też nie ona. Widział, że straciła już całą swoją moc. A może jednak nie? Ale… wyglądała, jakby naprawdę już nie była w stanie rzucić jakiegokolwiek zaklęcia.

– W tym deszczu nie rozpalimy stosu, ale są inne możliwości… Idźcie do domów i weźcie noże, widły, co kto tam ma, a potem wróćcie tutaj – polecił wieśniakom Odolan. – Jaromir twierdził, że wiedźma jest słaba, więc nic nam nie zrobi. Wreszcie się jej pozbędziemy.

Wszyscy wyszli. Jaromir został sam w chacie przywódcy. Powietrze było ciężkie od wilgoci, w ciemnych pomieszczeniach unosiła się woń pleśni. Zamyślił się.

Musiał ostrzec Damrokę. Będzie mu wdzięczna, a miał przeczucie, że ona może wiedzieć, kto stoi za zabójstwem. Może nawet zdradzi wreszcie, co ją łączyło z Tomiłą. Jego żona i nienarodzone dziecko… Ten, kto jest winien, zazna straszliwej zemsty.

Wybiegł z chaty. Miał mało czasu, ale był pewien, że zdąży, zanim wieśniacy wyruszą. Ciężkie krople wiszące na leśnych zaroślach moczyły jego ubranie, gdy pędził na przełaj przez las. Nie poszedł drogą, by nikt nie zauważył, że idzie do Damroki.  

Gdy stanął przed chatą wiedźmy, zapukał ciężko i nie czekając, aż mu zostanie otwarte, wpadł do środka.

Było cicho. Wiedźma siedziała na tym samym krześle, co wczoraj.

– Musisz uciekać! – zawołał.

Łypnęła na niego przekrwionymi, niezmiernie zmęczonymi oczami.

– Ja… znalazłem… znalazłem…

Nie chciało mu przejść to przez gardło, lecz w końcu zaczął mówić. Opowiedział jej wszystko – o zmasakrowanym ciele żony znalezionym na cmentarzu, o jej rozoranym brzuchu i o tym, że ludzie z wioski to Damrokę oskarżyli o morderstwo i właśnie po nią idą.

Wiedźma długo milczała.

– Musisz się pospieszyć – ponaglił ją. – Oni niedługo już tu będą…

Nie ruszyła się z miejsca.

– Usiądź – powiedziała w końcu.

Jaromir zawahał się, ale usiadł naprzeciw niej. Nie mieli czasu, Odolan i inni mogli być tu lada chwila, a jeśli go ujrzą z Damroką, na pewno zostanie oskarżony o spiskowanie z nią. Jednak innej okazji, by zadać parę pytań, mogło już nie być.

– Jestem stara. Nie mam siły uciekać i nie do mnie to należy – wyznała ochryple wiedźma. – Uciekanie trzeba zostawić młodym. Wy jeszcze macie jakąś nadzieję na to, że ocalicie samych siebie. A ja… nie mam siły. Po prostu nie mam siły.

Jaromir skinął głową, a gdy wiedźma nic już więcej nie powiedziała, odezwał się:

– Nie chcesz uciekać, nie uciekaj. Ale ja zachowałem się uczciwie. Ryzykując, że mnie zobaczą, przybiegłem tu, by cię ostrzec. Czy w takim razie zrobisz coś dla mnie?

Przymknęła ciężkie powieki.

– Czego chcesz? – zapytała.

Wziął głęboki oddech.

– Chcę, żebyś mi powiedziała, po co tu bywała Tomiła.

Zza otwartych drzwi znowu to usłyszał. Głos puszczyka. Poderwał się i je zatrzasnął. Damroka nawet nie drgnęła.

– Tomiła, zanim stała się twoją żoną, popełniła zły uczynek – powiedziała cicho.

– Jaki zły uczynek?

– Występek zrodzony z innego występku, który był zrodzony z innego… Zbrodnia rodzi zbrodnię, koło się zamyka.

Jaromir milczał, czekając, aż wiedźma kontynuuje.  

– Nosiła w sobie potwora, który został spłodzony przez potwora – wyznała po chwili.

Poczuł, jak zimne dreszcze przebiegają mu po plecach. Nosiła w sobie potwora? Tomiła nie miała przecież przed nim innych mężczyzn! Jak to… spłodzonego przez potwora?  

– Było to dawno, ale już wtedy zaczynałam tracić swoją moc. Tomiłę napadł potwór i wbrew jej woli zostawił w niej swoje potworne nasienie. Chciała się go pozbyć. Pomogłam jej. Tylko raz mnie nie posłuchała – głos wiedźmy przeszedł w chrapliwy szept – gdy kazałam jej pochować płód na cmentarzu. Zakopała go w lesie.

– Ale… czy to znaczy…

– Teraz deszcze nie przestaną padać, póki nie odkryją śmiertelnej zbrodni – przerwała mu. – A sprawiedliwość już się upomniała o swoje. To, co ujrzałeś dziś na cmentarzu, jest tego dowodem. Potwór, zabity jeszcze zanim się narodził, a potem porzucony i zakopany w lesie, jak niechciana rzecz, powrócił, by się zemścić.

– Czy to znaczy, że jakiś… przecież… to, co ją zamordowało…

Wiedźma otworzyła chorobliwie błyszczące oczy.

– …było tym, co kiedyś w sobie nosiła. Nie mogło znieść, że je zabiła, a innemu dała szansę na życie – zakończyła i zaniosła się kaszlem.

Puszczyk zawodził, niemal krzyczał, a jego wrzask był jak sztylet godzący w serce.

– Zaraz… Ale kto był… tym potworem, który… kto był ojcem? – zawołał Jaromir, nie czekając, aż jej przejdzie. 

Wiedźma jeszcze długo kasłała. Gdy skończyła, chwyciła łapczywie wargami powietrze. A potem powiedziała: 

– Największymi potworami byli, są i będą ludzie. Ten, który uczynił twą żonę brzemienną, ma twarz równie paskudną, co duszę.

 

*** 

 

Wieśniacy już się rozeszli. W pachnącej zgnilizną chacie został tylko Odolan. Wpatrywał się w leżące na podłodze ciało, a jego ledwo widoczne wargi rozciągały się w uśmiechu. Nadal trzymał w ręku nóż, z którego kapały gęste krople.

– Masz za swoje, głupia wiedźmo – syknął. – Zabiłaś moje dziecko.

Nagle coś zaszeleściło. Rozejrzał się, ale z ciemnych kątów spoglądały na niego tylko sterty brudnych szmat.

Szczur – pomyślał i wtedy jedna z nich się poruszyła.

Nie zdążył nawet krzyknąć. Zanim przez głowę przebiegła mu jakakolwiek myśl, coś wyrwało mu nóż z ręki, a on sam został powalony na podłogę.

Poczuł rozdzierający ból.  

 

*** 

 

Jaromir zagłębiał się w las. Wiodło go pohukiwanie sowy. Niewiele widział, bo słońce zasłaniały drzewa i wciąż obecne deszczowe chmury. Wsunął zakrwawiony nóż za pasek i otarł dłonie.

 Długo szedł za głosem ptaka. Zwierzę zdawało się dokądś go prowadzić. Zaszedł w końcu w rejony lasu, w których nigdy wcześniej nie był. Miał wrażenie, że zapadła noc, choć powinno być dopiero popołudnie. Usilnie wypatrywał ptaka, ale wciąż nie mógł go zauważyć.

Hukanie nagle się urwało i zapadła nienaturalna cisza. Las milczał. Nie było słychać zwierząt i wiatru. Jaromir zdał sobie sprawę, że ustał nawet szum deszczu, choć nie przestał padać. Tak się przyzwyczaił do tego dźwięku, że od jego braku na chwilę zakręciło mu się w głowie.

Usłyszał szelest. Obejrzał się.  

Tuż przy nim coś stało.

Odskoczył i upadł na ziemię. Zbliżyło się. Przypominało noworodka, ale ciało było muskularne i blade jak skóra trupa. Zamiast rąk wyrastały sowie skrzydła. Twarz pokrywały takie narośle jak te, które miał Odolan. W niej błyszczały oczy, ale nie ludzkie, a czarne i bardziej okrągłe, zupełnie jak oczy sowy.

Najdziwniejsze były usta – wystające spośród narośli i uformowane jakby w kształt dzioba, ale posiadające wargi i zęby. Z nich wydobyło się pohukiwanie, które przeszło w wycie, a następnie słowa wypowiedziane kilkoma głosami:

– Zemsta się prawie dokonała.

Jaromir drżącą ręką sięgnął po nóż, ale wtedy coś skoczyło na niego i przysiadło mu na piersi. Załaskotały w twarz sowie pióra, zapachniała ciężka woń istoty, która całe życie spędziła w lesie.

Spróbował jeszcze raz chwycić nóż, lecz ogromna siła przycisnęła jego rękę do ziemi. Nie mógł się poruszyć. Widział nad sobą tę przerażającą parodię ptasiego dzioba, która rozwarła się i owinęła go zapachem niestrawionego mięsa, rozkładających się wnętrzności i niczym nieujarzmionej zawiści. 

Wrzasnął, ale wiedział, że nikt go nie usłyszy. Stworzenie tymczasem również zawyło, a to wycie przypominało trochę płacz dziecka, a trochę ryk dzikiego zwierzęcia, w ciało którego ktoś właśnie wbił włócznię. 

– Zostaw… mnie… – wymamrotał Jaromir, próbując zrzucić z siebie potwora. 

Spróbował się przeturlać, ale siła, która go przytrzymywała, była tak ogromna, że miał wrażenie, jakby przywaliła go góra. Nie chciał dotknąć stworzenia. Siedziało na nim coś tak obrzydliwego, że już na zawsze będzie tym zbrukany. Nie mógł się tego pozbyć w żaden sposób, czuł się sam ze sobą obco, jakby chciał uciec z własnego ciała, jakby zauważył pod skórą larwę, która zaraz uciekła w głąb mięśni. 

Już się poddawał, już czekał, aż wreszcie coś się wydarzy, aż wreszcie potwór wbije dziób w jego skórę i wszystko się skończy.

Ale wtedy przed oczami stanął mu rozorany brzuch Tomiły. 

Zaczął wierzgać z taką mocą, jak nigdy i w końcu wyślizgnął się z uścisku bestii. Przeczołgał się pod drzewo i zaczął ciężko dyszeć. Gdy opanował oddech, odwrócił się. 

Siedziało tam nadal. Wpatrywało się w niego czarnymi sowimi oczami, w których nic nie było w stanie się odbijać. 

– Dlaczego… to robisz… to nie była twoja wina… ona musiała… – powiedział Jaromir chrapliwym szeptem. 

Odpowiedziało mu znów to przeraźliwe, dziecięco-zwierzęce wycie. Bestia zamachała skrzydłami, błysnęły szpony. A potem wystrzeliła w stronę Jaromira. Poczuł potworny ból, wrzasnął. 

Po chwili wszystko się skończyło. Otworzył oczy, rozejrzał się, ale potwora nigdzie nie było. Spojrzał w dół. Na jego koszuli szybko wykwitała ciemnoczerwona plama. 

– Zabiłeś Tomiłę, czego jeszcze chcesz… – wyszeptał cicho. 

Las milczał. A potem rozległ się wielogłosowy krzyk i po raz trzeci niewielka postać zaatakowała. 

– Tego samego, co ty – powiedziały głosy wydobywające się z piersi niemowlaka-potwora. – Zemsty. 

Dziób się rozwarł. Potem Jaromir czuł już tylko rozrywające go sztylety zawiści. 

A deszcz padał dalej. 

Koniec

Komentarze

Ja tu wrócę z komentarzem, ale nie mogłem się oprzeć po przeczytaniu przedmowy…

CM-owi za zrobienie mi traumy, dzięki której końcówka opowiadania jest nieco lepsza.

Jakąż to CM, ta spokojna, poczciwa, wesoła istota może uczynić traumę? :O

W każdym siedzi potwór :P

Druga część zdecydowanie ciekawsza i bardziej niepokojąca. Czytałem niedawno jeden tekst o porońcu, ale tam były czasy współczesne i troszkę inny klimat i ogólnie ten ptasioniemowlęcy potwór dość dobrze pasuje do horrorów

Witam jurora, dziękuję za komentarz :) Mi też poroniec pasował do horrorów, a quest z nim w Wiedźminie szczególnie zapadł mi w pamięć, dlatego postanowiłam coś w tym klimacie napisać :)

Podobało mi się wprowadzenie już na początku motywu pohukiwania, który został zaskakująco rozwinięty w dalszej części opowieści. W opowiadaniu czuć grozę, zarówno z powodu ludzi, jak i straszydeł. Napięcie w tekście mogłabym porównać do górskiego pasma, chwilami szybko narastało, w innych dawało czytelnikowi wytchnienie. Opowiadanie dobrze się czytało, podobał mi się też styl, przejrzysty, ale budujący tajemniczość oraz nietypowa postać wiedźmy.

Ogólnie, satysfakcjonująca lektura, zgłaszam opowiadanie do wątku bibliotecznego.

Dziękuję za komentarz i klika, ANDO! Super, że dobrze się czytało i że dało się odczuć grozę, bo w sumie za często nie piszę horrorów. Cieszę się, że uważasz lekturę za satysfakcjonującą :)

Czytałam na komórce, więc nie miałam możliwości zrobić łapanki, a mam z tym tekstem wielki problem: fajny pomysł, położony wykonaniem :(

Przede wszystkim styl: dziwaczna mieszanina przezroczystości z udziwnieniem, wielokrotnie potykałam się na kulawych sformułowaniach, część słów użyta niepoprawnie (jak się odgrzebię z dedlajnów, to może poszukam tego, co się najbardziej rzuca w oczy). Po drugie bohaterowie – bardzo papierowi, nie dałaś im życia. Najlepiej wyszła milcząca Tomiła. Po trzecie – potworność Odolana rzuca się w oczy tak natychmiast, że rozwiązanie fabuły i jego w niej rola nie zaskakuje. Po czwarte – gdzieś tam mi mignął head hopping dla ułatwienia roboty autorce. No, nie czytało się tego łatwo od strony technicznej, a dla mnie to przedzieranie się przez warstwę językowo-stylistyczną odarło tekst z większości grozy, choć potencjał w opowiedzianej historii jest spory.

Sam pomysł fabularny całkiem dobry, mocno archetypowy, baśniowy właśnie, od pewnego momentu przewidywalny, choć pojawienie się na koniec porońca jest dobre.

No i na koniec problem większego kalibru: niespójność świata. Masz tu taki słowiański fantasyland, a zarazem pojęcie “grzechu”, które występuje w zasadzie wyłącznie w religiach biblijnych, szczególnie mocno w chrześcijaństwie. Występek, zmaza, złamanie norm społecznych (to nie do użycia w takim tekście literackim, oczywiście), sporo by można znaleźć terminów, które by pasowały, ale “grzech” należy do konkretnego porządku religijnego. Chyba że oczywiście stworzyłabyś dla fantasylandu religię o podobnej strukturze symbolicznej, ideowej, ale także społecznej.

http://altronapoleone.home.blog

Przeczytawszy.

 

Cześć, Osa Sonato!

 

Pomarudziłem wcześniej, więc teraz tylko pochwały.

Jest całkiem fajny klimat odosobnionej wioski, w której nie żyje się zbyt dobrze, a nad wszystkim czuwają prastare prawa, których trzeba przestrzegać i basta! Jest i wilgotno, i duszno zarazem.

Głos puszczyka fajnie przewija się przez tekst – ciekawe, czy inni mieszkańcy też go słyszeli, np. Tomiła i Odolan, bo w końcu na nich się potwór mścił w pierwszej kolejności. Podejrzewam, że słyszeli, ale nie mówili o tym między sobą.

Sam stworek też ciekawy, wzorowany zdaje się na porońcu, ale jednak opisany już autorsko przez Ciebie. Mocno horrorowe się to zrobiło, ale z zachowaniem umiaru pod kątem brutalnych scen – udało Ci się to dobrze wyważyć.

 

Pozdrawiam i powodzenia w krokusie!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej, hej

Podobało mi się. Owszem, jest chropowate na brzegach, niektóre zdania są dość dziwne, lub dziwnie użyto słów (też to robię ;p ), ale klimat budujesz naprawdę dobry. Nieustające deszcze (parę miesięcy to jednak trochę przesada), wioska gdzieś na odludziu i bohaterowie, z których nikt nie jest bez winy. Nie są zbyt rozbudowani, ale wystarczająco na taką opowieść.

Stwór również udany – lubię taki forsehadowing, który tu zastosowałaś w formie pohukiwania. Ma sens i kreuje spójność świata.

Widzę, że miałaś jeszcze kilka tysięcy znaków do wykorzystania – użyłbym ich, aby bardziej zarysować postacie.

Ogólnie, nie powiedziałbym, że jest tu coś nowego, ale solidnie wykorzystałaś znane motywy i dla mnie wyszło bardzo porządnie. Czytałem z przyjemnością.

Klikam

PS Unikałbym tego, co przedstawiłaś w ostatniej walce – opisu jak to bohater nie może się ruszyć, coraz bardziej nie może, strasznie nie może, po czym nagle zbiera się w sobie i się rusza :P

Drakaino, dziękuję za opinię! Niektóre zdania mogą być kulawe, bo tekst pisany był w pośpiechu i między różnymi innymi zajęciami, więc nie miałam dłuższej chwili, by dokładniej wszystko doszlifować. Co do grzechu, to może faktycznie powinnam użyć innego słowa, zastanawiałam się nad tym podczas pisania. Cieszę się, że doceniasz pomysł!

 

Oidrin, witam! Awww, słodki lisek :3

 

Krokusie, dziękuję za wizytę i klika! Inni mieszkańcy wioski też słyszeli puszczyka, ale, tak jak mówisz, nie rozmawiali o tym i woleli nawet o tym nie myśleć. Samą postać porońca rzeczywiście nieco przerobiłam. Dzięki raz jeszcze za szybką i sprawną betę :)

 

Zanaisie, dziękuję za komentarz i klika! Super, że czytałeś z przyjemnością :) Może rzeczywiście trochę przesadziłam z tymi deszczami padającymi od paru miesięcy.

PS Unikałbym tego, co przedstawiłaś w ostatniej walce – opisu jak to bohater nie może się ruszyć, coraz bardziej nie może, strasznie nie może, po czym nagle zbiera się w sobie i się rusza :P

W sumie tak, nie przemyślałam tego. To wszystko przez tę traumę! :P

Imho deszcze padające kilka miesięcy są okej, bo ma być niezwyczajnie :)

http://altronapoleone.home.blog

Zastanawiam się, czy nie zmienić na tygodnie, ale chyba na razie zostawię.

Padać powinno od momentu nałożenia przez porońca klątwy do jej zdjęcia, ewentualnie wynegocjowania z nim zmiany warunków ;) To nie musi być nieustanna ściana deszczu, to może się nasilać i słabnąć, przechodzić w mżawkę i nawet łudzić ludzi tym, że się skończy, ale w horrorze musi być bardzo niezwyczajnie. Fatalna pogoda, zagrażająca zbiorom i tak dalej.

http://altronapoleone.home.blog

No właśnie chciałam w tekście podkreślić, że deszcz padał od dawna, żeby też pokazać, jak duży problem mają mieszkańcy :)

Oj, straszne miejsce stworzyłaś. Nikt tam nie jest bez winy. Może i faktycznie przydałoby się dodać bohaterom kolorów, ale z drugiej strony tacy szarzy, lekko nakreśleni pasują do deszczu i mgły, które przewijają się przez opko. Fajnie brzmiało to pohukiwanie sowy, jako motyw przewodni. Poroniec też trochę nietypowy, ale pasuje.

Ogólnie – podobało mi się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzięki, Irko! Taki był zamysł, by stworzyć straszne miejsce. Cieszę się, że widzisz zalety w szarości bohaterów i że się podobało :)

Podoba mi się, że wprowadzasz grozę już samym deszczowym klimatem. Również na plus słowiańska otoczka i przewijający się przez cały tekst motyw puszczyka. Fabularnie całość mi gra i buczy, problem mam troszkę ze szczegółami. 

Po pierwsze reakcje kobiet od kochanki, przez żonę, aż po wiedźmę są niezwykle bierne, co trochę kontrastuje z faktem, że ich los i słowa są istotne dla fabuły. W przypadku żony pasuje to do zagubienia bohaterki, która doświadczyła zdrady i przemocy, u pozostałych trochę zgrzyta. Po drugie idea grzechu przedstawiona jest jak najbardziej w porządku w kontekście słowiańskim, zastanawiam się jednak czy nie byłoby na to lepszego określenia (występek, skaza etc.). Grzech ma wydźwięk mocno katolicki, a odebrałam setting jako prasłowiański. O ile dobrze zinterpretowałam, możesz rozważyć.

Tyle kręcenia nosem, ogólnie czytało mi się przyjemnie i chciałabym więcej z tego świata.

Dziękuję za udział w konkursie i pozdrawiam.

Dziękuję, Oidrin! Hmm, nie wiem, czemu bohaterki mi wyszły takie bierne, może ze względu na ich zadanie. Grzech wywaliłam, bo widzę, że rzeczywiście rodzi zgrzyty. Cieszę się, że mimo tych szczegółów czytało się przyjemnie :)

Widzę, że cudzołóstwo nie popłaca… Jeśli za zdradę trzeba zjeść narzędzie zbrodni (a co grozi kobiecie?), to ciekawe, co kodeks przewiduje za gwałt…

IMO, trochę za wcześnie zdradzasz, kto jest ojcem – wprowadzasz tylko jednego faceta o szpetnej twarzy, więc tu zmarnowałaś efekt zaskoczenia.

Ale czytało się fajnie.

I ten deszcz przez kilka miesięcy… Brrr!

Babska logika rządzi!

Finklo, dziękuję za komentarz! Właśnie zabawne, bo w pierwszej wersji tekstu było trzech osobnych bohaterów – jeden był przywódcą, drugi przyjacielem Jaromira, a trzeci był tym o szpetnej twarzy, ale złączyłam ich w jedno, żeby nie wprowadzać zbyt dużo postaci w krótkim tekście :) Cieszę się, że fajnie się czytało!

Witaj Sonato!

 

Z początku miałem wątpliwości i nawet odłożyłem lekturę na potem. Sam nie wiem dlaczego, może trochę przeszadzał mi styl?

Ale przy drugim podejściu to wrażenie całkiem zniknęło. Czytało się płynnie, akcja i dialogi szły naturalnie. Dylematy i motywy postaci były przekonujące. Co więcej, historia szybko mnie wciągnęła, byłem autentycznie ciekawy co dalej i z każdym zdaniem coraz mocniej wyłaniał się głębszy, moralny aspekt tej opowieści, który uważam za najciekawszy. Zmusił mnie do zastanowienia się. Czy chęć zemsty porońca była uzasadniona? Jego żal był zrozumiały, bo nie zawinił, a został zabity. Do pewnego stopnia rozumiem też, że zabił nowe dziecko (z zazdrości) i matkę (bo ona zabiła jego). Ale czemu zabił Jaromira, który nie miał nic wspólnego z całą historią? Bo zabił Odolana? Hmm… To dla mnie trochę zagadkowe.

W pewnej chwili nawet pomyślałem, że Jaromir wiedział o zdradzie żony i celowo zemścił się na Odolanie, śpiąc z jego żoną. Ale to chyba nie było tak.

 

Świetnie zbudowany klimat tajemnicy i grozy (pohukiwanie, deszcz, czarownica, rozorany brzuch matki), a poroniec i Odolan plastycznie opisani.

Warto było przeczytać!

Cześć, kronos.maximus! Super, że opowiadanie jednak wciągnęło i że doceniasz klimat :) Cieszę się, że tekst zmusił do zastanowienia – porońce to były istoty pełne zawiści, a jeśli kogoś trafi takie uczucie, to w zasadzie nie myśli logicznie i chce skrzywdzić wszystkich, którzy staną mu na drodze. Jaromir był ojcem nienarodzonego jeszcze dziecka, któremu chcieli dać szansę życia, poza tym zabił Odolana, który spłodził porońca – zatem stwór miał kilka powodów do zemsty. Dziękuję za przeczytanie i komentarz :)

Było folkowo. Stworzyłaś klimat horroru tym deszczem i pohukiwaniem, które w końcówce przyniosło niespodziewane wyjaśnienie. Ładnie napisane opowiadanie. Domyśliłem się, że człowiek z paskudną twarzą będzie zamieszany w wydarzenia. Nie zepsuło to przyjemności z czytania.

BlackSnow, dziękuję za komentarz i cieszę się, że czytało się przyjemnie :)

Podobało się: Fajnie zbudowany klimat, łatwo wczuć się w deszczowe otoczenie.

Nie podobało się : Początek jak dla mnie sugerował coś romansidłowatego, oczywiście kolejna część tekstu wyprowadziła mnie z błędu. 

 

Gratuluję i pozdrawiam!

Cześć, Olgierd, dziękuję za opinię i za docenienie klimatu :)

Nowa Fantastyka