- Opowiadanie: emlisien - Powrót na Ceres

Powrót na Ceres

Zapraszam Was na Ceres, gdzie słońce wschodzi trzy razy, panuje straszliwy ziąb, rośliny mają się dobrze, a sztuczna atmosfera zaczyna już przypominać tę na ziemskich ośmiotysięcznikach. To będzie opowieść o samotności, tęsknocie i nowych początkach. 

 

Kronos.maximus i BarbarianCataphract – piękne dzięki, że podążyliście ze mną czarną ścieżką wśród plantacji “Małej Ziemi”. Z Wami nie było tak ciemno, zimno i daleko do domu.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Powrót na Ceres

 

 

904. dzień 478 r., 10 września

 

Wydarzyło się dziś coś dziwnego. Wstydzę się o tym pisać komukolwiek, ale muszę to z siebie wyrzucić. Na stole stał kubek z kawą, a ja nie pamiętam, żebym ją sobie zrobiła. Ja nawet nie piję czarnej kawy… Zdarzyły się już podobne rzeczy, wcześniej, ale sądziłam, że byłam po prostu rozkojarzona. Za każdym razem drobne sprawy, maleńkie, niemal niezauważalne. Coś, czego nie mogłam znaleźć, bo sama z pewnością odłożyłabym to w inne miejsce. Jest też folder, którego nie stworzyłam, a w nim zaszyfrowane pliki. Nie znam hasła. To mógłby teoretycznie zrobić ktoś zdalnie, choć twierdzili, że nikt nie ma dostępu do mojego konta. Ale kawa…

 

*

 Stojąc w przedsionku przed grubymi drzwiami, dzielącymi go od wnętrza stacji, Hagran zawahał się. Czuł się nieswojo. Nie miał ochoty pozbywać się maski, jakby bał się, że gdy tylko ją zdejmie, uderzy go zapach, którego z całą pewnością nie chciałby poczuć. Zapach gnijącego mięsa. Wystukał kod i zatwierdził otwarcie drzwi. Ustąpiły, odsłaniając przed nim pogrążone w półmroku wnętrze. Wszedł ostrożnie i drgnął, gdy drzwi zamknęły się za nim automatycznie. Bardzo tego nie lubił. Po prawej znajdowało się laboratorium, rozjaśnione niebieskawym światłem, które nadawało mu sterylny wygląd. Nieco dalej znajdowały się niewielka kuchnia i szafy wnękowe. Wszedł głębiej, wciąż z tym samym nieprzyjemnym poczuciem, że nie jest sam, albo że znajdzie coś, po czym będzie musiał mocno naćpać się tabletkami, żeby tu zasnąć. Wiedział, że to nieracjonalne. Nikogo już nie mogło tu być. Zabrali jej ciało i rzeczy osobiste. A jednak świadomość, że ktoś tu umarł, a on miał zająć jego miejsce, boleśnie wiązała mu żołądek w supeł. 

Nie czuł się gotowy na to, by zostać rzuconym gdzieś samotnie, ale ziemska wojna wymagała cięć w projektach kosmicznych, a on był najlepszą osobą, którą mogli wygospodarować na małą stację badawczą o niskim priorytecie. Znał się na wielu rzeczach, choć w żadnej nie był specjalistą. Studiował fizykę, miał dobrą pamięć, był sprawny w testach logicznych i szybko się uczył. Sądził jednak, że przeważyły jego smykałka do drobnych napraw oraz umiejętność zrobienia czegoś z niczego. To było na misjach na wagę złota. Poza tym – miał mocny żołądek i był zdrowy. Ocenili także, że jest odporny na chorobę wysokościową, co uznano za atut. Nikt nie pytał, czy boi się trupów. A on się ich bał. To on znalazł zimne ciało ojca, gdy ten odebrał sobie życie. Ale tego nie dało się znaleźć w kartotekach. W akcie zgonu wpisano, że ojciec miał zawał.

Rozejrzał się po pomieszczeniu. Sprawiało wrażenie, jakby ktoś wyszedł stąd zaledwie chwilę wcześniej. Spodziewał się, że gdzieś będzie stał kubek z jeszcze ciepłą kawą. Jego uwagę przykuły wygaszone monitory. Bardzo wiele monitorów. Po lewej znajdowała się wnęka sypialna, a całą ścianę za nim zajmowały panele z roślinami. Miały tworzyć dobrą atmosferę, nie tylko w sensie metaforycznym. Jednak ich sterczące, pozwijane korzenie i duże, podłużne liście, wyglądały niepokojąco. Zwłaszcza że nieustannie odrobinę się poruszały. Coraz bardziej irytowało go, że słyszy tylko szum swojego oddechu. Uznał, że trzeba sprawdzić parametry powietrza i pozbyć się hełmu. Podszedł do biurka i przyłożył dłoń do czytnika. Ekrany włączyły się i miał teraz przed oczami ścianę danych. Przeskanował wzrokiem liczby i uznał, że jest bezpiecznie. 

Ściągnął hełm i kątem oka, na jednym z obrazów z zewnętrznych kamer, dostrzegł ruch. Drgnął. Przez chwilę zdawało mu się, że umysł płata mu figle, zaraz jednak coś poruszyło się też w innym miejscu. Nerwowo przeszukiwał wzrokiem kolejne widoki. Dostrzegł go po chwili. Robot. Na swoich długich, smukłych nogach, przypominał dużego psa, co z jednej strony było bardzo wdzięczne, z drugiej – na swój sposób przerażające. Ktoś musiał włączyć mu tryb patrolowania na czas, gdy stacja stała pusta. Hagran śledził go przez chwilę wzrokiem, gdy mechaniczny zwierz przemykał przyczajony. Mimo że zdawał się stąpać bardzo delikatnie, wokół jego nóg wznosił się pył. Hagran odnalazł panel sterowania i odesłał robota do stacji dokującej. 

Zmarszczył brwi, gdy na głównym monitorze pojawiła się wiadomość: 

“Jen Krivan próbuje nawiązać połączenie.”

 

 

*

– Znaleźli ją na zewnątrz, bez maski tlenowej – powiedział Hjalmar, szczupły mężczyzna o lekko zapadniętych policzkach. – Zimną. Podobno wyglądała jakby spała. Jakby… usiadła na chwilę, popatrzeć na gwiazdy. Cholera wie, co za licho ją do tego pchnęło. Doskonale znała ograniczenia tej wątłej atmosfery.

– Czyli sądzisz, że… – Urwał Hagran.

– Wszystko na to wskazuje. Spędziła na stacji sporo czasu, sama. Dziwne rzeczy się z człowiekiem dzieją, jak nie ma nikogo obok siebie. Lekarstwa na to jeszcze nie znaleźli. – Zapatrzył się przed siebie. – Dziwna to sprawa, naprawdę, bo zdawała się być na to raczej odporna. Miała swój świat, była bardzo pozytywna i nigdy się nie skarżyła… Zostawiła wszystko tak, jakby miała za chwilę wrócić. Ponoć siedział koło niej robot. Gapił się na nią… Jakby czekał na komendę. No i się już nie doczekał.

Zamyślił się. Wpatrywali się w widok za oknem Orbitalnej Stacji Kosmicznej Ceres. Ciemna powierzchnia planetoidy pokryta była wysypką kraterów i przypominających fraktale zielonych wykwitów. Spowijała ją delikatna, ledwie widoczna łuna atmosfery, którą udało się stworzyć. Widział ten obraz na zdjęciach wiele razy. Teraz jednak, gdy Ceres była tak blisko i mógł patrzeć na nią w sposób, w jaki wcześniej widział Ziemię, Księżyc i Marsa, wydawała mu się znacznie ciekawsza. Bardziej plastyczna, niemal namacalna. Przede wszystkim jednak poczuł, że jest naprawdę mała. To oczywiście ułatwiało jej terraformację, jednak rozumiał teraz, że o ile stała się znakomitym poletkiem doświadczalnym, to trudno było ją uważać za prawdziwą alternatywę dla Ziemi. 

– Właściwie, dlaczego w tych bazach nie ma większych ekip? – zapytał Hagran.

– Koszty. – Hjalmar wzruszył ramionami. – Podobno z misji na Tytanie wycofali wszystkich ludzi. Zamknęli projekt, bo był za mało perspektywiczny. To znaczy, rokował dobrze, ale to wszystko paskudnie ssie zasoby i z czegoś trzeba było zrezygnować. A tu… zminimalizowali co się da. W bazie głównej nadal trzymają więcej ludzi, ale w tych małych wystarczy właściwie… Hm… ogrodnik. – Zaśmiał się. – Może złota rączka albo serwisant paneli słonecznych. Bez urazy – dodał ostrożnie, widząc minę Hagrana. – W każdym razie, innych możliwości na razie nie ma i nie licz, że przyślą ci tu coś więcej niż dostęp do biblioteki z dobrym porno – zażartował, ale znowu nie doczekał się reakcji. – Męskie też mają – dodał i tym razem Hagran przynajmniej na niego spojrzał. – No nie dąsaj się! – Hjal dał mu sójkę w bok. – Zadbali, żebyś miał pewnego rodzaju towarzystwo – rzekł konspiracyjnie. – Ale niech to będzie niespodzianka.

 

*

>> 12:14 Hagran Kadari

Hej. Czy ta twoja cholerna niespodzianka to ten robot, który prawie przyprawił mnie o zawał, czy połączenie od “Jen Krivan”?

 

<< 12:15 Hjalmar Merovyng

Ha, ha! A zatem już się poznaliście.

 

>> 12:15 Hagran Kadari

Bardzo śmieszne.

 

<< 12:16 Hjalmar Merovyng

Odebrałeś?

 

>> 12:16 Hagran Kadari

Nie. 

 

<< 12:16 Hjalmar Merovyng

To odbierz. Centrala ponoć bardzo się postarała. Podobno jest nie do odróżnienia. 

 

>> 12:17 Hagran Kadari

Czyli to nie twój głupi żart?

 

<< 12:17 Hjalmar Merovyng

Nie! :-) Ma być twoim wsparciem na stacji. Wytrenowali ją na bazie rozmów Jen z ekipą z bazy głównej. Ponoć tych bardziej i mniej oficjalnych ;-) W każdym razie o tym miejscu i roślinach wie absolutnie wszystko. Z pewnością więcej niż byłby w stanie przyswoić kiedykolwiek prawdziwy mózg Jen Krivan. Możesz ją pytać o co tylko zechcesz. Chcą, żebyś na tyle, na ile to możliwe, kontynuował jej pracę. Boisz się duchów, Hags?

 

*

22 września 2202, Ceres; 1238D/478Y

 

Hej, Mamo!

 

Zadomowiłem się już trochę. Hjal, kolega ze stacji orbitalnej nie ustaje w drobnych, codziennych złośliwościach, więc w zasadzie nie czuję się samotny. Mam też ciekawe towarzystwo, do którego jeszcze nie przywykłem. Opowiem Ci innym razem.

Chyba najbardziej brakuje mi smaku kawy. Takiej prawdziwej, a nie tego czarnego paskudztwa, z czymś, czego nawet przy najszczerszych chęciach, nie da się nazwać mlekiem. Ale działa, więc nie ma co narzekać. Przyzwyczaję się i do tego. Nie musisz się o mnie martwić, naprawdę. Mam tu sporo roślin i Łazika, właściwie robota, który zachowaniem i wyglądem przypomina tamte duże charty, które tak Ci się podobały. Rzeczy, które ze sobą zabrałem, pozwoliły mi się urządzić całkiem przytulnie. 

 Uczę się funkcjonowania w trybie dwudziestosiedmiogodzinnej doby. Słońce wschodzi podczas niej trzy razy, bo jeden obrót zajmuje Ceres dziewięć godzin i cztery minuty. Teoretycznie można by spróbować zmienić ten tryb na osiemnastogodzinny, ale jak dotąd nikt się do tego nie zaadaptował. Zabawne, że ten rytm jest w nas tak mocno zakodowany, co? Staram się przesypiać jeden obrót. Pomagają mi pigułki.

Na zewnątrz panuje straszliwy ziąb i światła jest mało, a w dodatku podłoże jest całkiem czarne. Czasem mam nawet wrażenie, jakbym był na scenie teatru. Rośliny za to mają się świetnie. Wyobrażasz sobie, że ta sztuczna atmosfera ma już prawie takie stężenie tlenu, jak ta na Ziemi? Tylko powietrze jest bardzo rozrzedzone, więc warunki na zewnątrz są gorsze niż na ziemskich ośmiotysięcznikach. Świat zewnętrzny wciąż jest strefą śmierci, ale jeśli ktoś byłby w stanie wejść bez wspomagania na Everest czy Kangczendzongę, mógłby pospacerować też bez maski wśród plantacji Ceres. Nie za długo, rzecz jasna, ale to już naprawdę wielka rzecz! Tylko się nie przejmuj! Ja nie wychodzę na zewnątrz bez tlenu. I bez “czapki”. :-) 

 Nie mogę Ci wysłać zdjęć. Nie pozwalają mi na to. Mam nadzieję, że czujesz się dobrze i że Alex przychodzi do Ciebie, żeby nie było Ci samotnie. Z tym kotem to świetny pomysł. 

 

Ściskam Cię, 

Hagran

 

*

<< 12:04 Hjalmar Merovyng

Jak tam na zielonej Ceres? Mieliśmy gości. Polecieli na dół, na stację główną. Tajniaki z centrali. Dagmar ich wyniuchała. To ta, co pytałeś, czy zawsze jest taka naburmuszona. Szczerze, to nawet nie wiem, czy dziewucha, która masowała mi wczoraj plecy, jest rzeczywiście masażystką, czy to też jedna z nich. Ale plecy jak masełko. 

 

>> 12:05 Hagran Kadari

Nie za dobrze ci tam? Co to za jedni?

 

<< 12:06 Hjalmar Merovyng

Za dobrze, to jakby dziwki przysłali. Moja udręczona dusza by się na to nie obraziła. Dag mówi, że chcą sobie popatrzeć jak naprawdę nam idzie z tą Cerestyną. Chodzą słuchy, że zrobiło się jeszcze bardziej krucho z kasą. Ale może być i tak, że komuś na Ziemi się zaczyna spieszyć, żeby stamtąd spieprzać. 

 

>> 12:07 Hagran Kadari

Twoja udręczona dusza. Hjal, nawet mnie nie wkurzaj. Rozumiem, że nie mam co liczyć na to, że do mnie też przyślą tę masażystkę?

 

<< 12:10 Hjalmar Merovyng

Chyba prędzej faceta od paneli słonecznych ;-)

 

>> 12:11 Hagran Kadari

Bardzo śmieszne. Z tym akurat radzę sobie sam.

 

<< 12:12 Hjalmar Merovyng

Wiem, cudotwórco ;-) A z sadzonkami też dobrze sobie radzisz? 

 

>> 12:13 Hagran Kadari

Wredna z ciebie parówka, wiesz? 

 

<< 12:13 Hjalmar Merovyng

Ha ha! Ja ciebie też!

 

Hagran wyłączył okno komunikatora i pokręcił głową. “Masażystka” – wycedził pod nosem. Pewnie wcale nie było nikogo takiego, a Hjal powiedział to tylko po to, żeby mu dokuczyć. Niby po kumpelsku, a jednak zakłuło.

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk raportu. Dostrzegł komunikat o awarii jednego z paneli AMF i zaklął w duchu. Hjal zlałby się ze śmiechu. Serwisant… Popatrzył po sobie, na zaschniętą plamę czegoś białego na bluzie. Zapuścił się. Przydałoby się trochę ogarnąć, ale najpierw musi sprawdzić ten parszywy panel i zająć się sadzonkami. Były ostatnią rzeczą, którą zdołała tu wypracować Jen. 

Wszystko opierało się na biocelach, mikroorganizmach stworzonych dzięki nanoinżynierii i modyfikacjom genetycznym. Z początku wykorzystywano je tylko do dostarczania tlenu, dwutlenku węgla, składników odżywczych i wody, bezpośrednio do roślin. Miały być odpowiedzią na niekorzystne zmiany klimatyczne na Ziemi. Tymczasem stały się także kluczem do projektu CeresTERRA. Okazało się, że biocele potrafią wytwarzać we wnętrzu rośliny pożądane warunki, generować zastępczą fotosyntezę i zarządzać przemianą materii. Jen opowiedziała mu, że dawniejsze generacje tutejszych roślin były zdane na odżywianie celularne, a pierwsze, które sadzono na Ceres, zachowywały się bardziej jak pasożyty. Niewiele z siebie dawały, poza samą biomasą, za to miały spore zapotrzebowanie na dokarmianie. Ale przyjmowały się, a to było wielkim wydarzeniem. Z biegiem czasu dało się wyciągnąć z nich coraz więcej, a sterując ich procesami wewnętrznymi, można było zmusić zielsko do większego wpływu na środowisko zewnętrzne. Największy przełom stanowiły modyfikacje, które doprowadziły do znaczącej produkcji tlenu.

Czytał o tym już wcześniej, ale zaczął rozumieć znacznie lepiej, gdy wyjaśniała mu te procesy Jen. I szczerze mówiąc, wolałby zaszyć się przed kompem i znowu jej posłuchać, ale słońce już wstało i lepszy moment na wyjście nie trafi się przez wiele godzin. Przynajmniej będzie mógł opowiedzieć swojej towarzyszce, co dziś robił. Założył kombinezon i wyszedł na skąpe światło dnia. 

 

*

 Jeden z paneli w kształcie plastra miodu w istocie wyglądał na uszkodzony, mimo solidnego wykonania i dużej odporności. Coś musiało w niego uderzyć, a na Ceres tym czymś mógł być jedynie meteorytowy “prezent” od kosmosu. Świadomość, że sam mógłby oberwać napawała go niepokojem, choć mniejszym niż na początku. Zdążył się przyzwyczaić, jak do niemal wszystkich tutejszych niewygód, poza brakiem towarzystwa kogoś cielesnego. Wiele by dał za spotkanie z masażystką.

 Znalazł meteoryt wielkości pięści, ładnie zaokrąglony i przyjemnie leżący w dłoni. Podrzucił go delikatnie, przyglądając się, jak powoli opada na jego rękę. Gdy Hagran był mały, często śnił o tym, że lata. Uwielbiał te sny. Były jedynymi dobrymi, które mu się przydarzały. Marzył wtedy o tym, żeby kiedyś trafić do miejsca, gdzie latanie byłoby możliwe. A teraz zabawy ze znikomym ciążeniem Ceres stanowiły jedyną rozrywkę, która mu się nie nudziła. Skakał w dal i sunął w powietrzu albo przewracał się w tył i leciał w dół w zwolnionym tempie, jakby podtrzymywały go niewidzialne ręce. Ograniczeniem, które nie pozwalało mu na zbyt wiele szaleństw, było to, że wzniecany pył też nie chciał opadać. Pozbywanie się zapylenia nastręczało wiele trudności, ponieważ nie spłukiwał go deszcz, a ze względu na niskie temperatury nie dało się zainstalować zraszaczy. Lepiej było po prostu nie wariować.

Hagran położył meteoryt w zagłębieniu na grzbiecie Łazika i ocenił stan kolejnych konstrukcji. Nazywali je “panelami słonecznymi”, choć w istocie wcale nimi nie były. Miał tu małą elektrownię jądrową, a złotawe tarcze stanowiły część systemu generującego sztuczne pole magnetyczne Ceres (Artificial Magnetic Field), mającego chronić “Małą Ziemię” przed promieniowaniem kosmicznym. Był ciekaw, czy kosmos już się znudził, czy ten mały meteoryt to tylko początek zabawy. W przyszłości większość drobnego badziewia będzie się po prostu spalać w atmosferze, ale teraz “gruz”, jak go nazywali, wciąż stanowił problem.

Wrócił na stację, gdy słońce schowało się za horyzontem i zaczęło się robić naprawdę zimno. Kombinezon chronił wystarczająco we względnym cieple dnia, ale przy tak marnym ciążeniu trudno było się rozgrzać przy pracy. Musiał polegać na przemianach chemicznych wewnątrz ubrania. Pogłaskał Łazika i posłał go do bazy dokującej, którą w zaciszu własnego umysłu zaczął już nazywać budą. 

 

*

10 października 2202, Ceres; 1255D/478Y

 

Cześć, Mamo.

 

Nie, tu nie ma złej pogody. To znaczy, jak tylko słońce się schowa, szybko robi się upiornie zimno, mimo że czarna ziemia, bogata w węgiel, pochłania sporo jego energii. Za to nie pada, nie ma burz, a przepływ powietrza jest subtelny. Atmosferze sporo jeszcze brakuje do tej ziemskiej.

Pytałaś o rośliny. Niektóre są już spore. Te zasadzone dawno temu są mojego wzrostu, a w innej części Ceres są ponoć jeszcze wyższe. Stacja, na którą mnie przysłali, jest stosunkowo młoda, a plantacja przypomina trochę pole kukurydzy. Z tym, że liście tych stworów są grubsze, bardziej mięsiste. Wprowadzam teraz nowe, delikatniejsze gatunki.

Tak, pod spodem naprawdę jest lód. Dzięki niemu mam pod dostatkiem wody. Ale nie znajduje się tak płytko, żeby ciągnęło od niego po nogach. Zresztą, Mamo… tu i tak jest zimno! A ja mam dobry skafander :-) 

Pytałaś też o te dziwne znaczki w wiadomościach ode mnie: 1255D/478Y. Otóż to nic innego jak tutejsza data. Tak, coś takiego mógł wymyślić tylko księgowy albo programista :-) Jeden obieg wokół Słońca zajmuje Ceres cztery ziemskie lata, dwieście dziewiętnaście dni i siedem godzin. Rok ma tysiąc czterysta osiemdziesiąt dziewięć tych tutejszych dób (trzy obroty, o których Ci mówiłem). Teoretycznie można podzielić to na jakieś piętnaście miesięcy po dziewięćdziesiąt dziewięć, może sto dni, ale i tak używamy w kosmosie głównie ziemskich dat. To byłoby niepotrzebne zamieszanie.

Pytałem o te awarie, które spędzały Ci sen z powiek, ale powiedzieli, że do tej pory nie było żadnej, która odcięłaby tak podstawowe rzeczy jak tlen, wodę czy ciepło, a nawet łączność. Z większością rzeczy byłbym sobie w stanie poradzić sam. Po to mnie w końcu wzięli. Ale gdyby było naprawdę źle, przyślą po mnie kogoś ze stacji orbitalnej. Wiem, że się martwisz i pewnie moje słowa niezbyt Cię uspokajają. Chciałbym, żebyś mogła zobaczyć tutejsze wschody słońca. Wtedy pewnie byś stwierdziła, że jednak było warto o to wszystko walczyć. No i przypominam Ci, że to Ty stawałaś na rzęsach, żebym mógł polecieć na misję, wyrwać się z Ziemi. Pewnie jakbyś wiedziała wtedy jaki tu ziąb i jakie paskudne żarcie, to kazałabyś mi wymarzyć sobie inną przyszłość. 

Nie martw się moją samotnością. Mam dobre towarzystwo. Takie, którego nie da się dotknąć, ale to nie szkodzi. Z pewnością byś ją polubiła. Ma na imię Jen. Jest bardzo mądra, przenikliwa. I ładna. Przywiązałem się do niej. 

Łazik też ma się dobrze. Rozczula mnie, że pytasz. 

 

Dbaj o siebie. Kocham Cię,

Hagran

 

*

– Zacząłem głaskać Łazika. Co więcej, mam wrażenie, że on na to reaguje – zaśmiał się zawstydzony, że w ogóle to powiedział. – Jakby napierał lekko na moją dłoń… Jen, czy ja już zacząłem wariować? – zapytał, a kobieta, której twarz widniała na monitorze, uśmiechnęła się łagodnie. 

– Może na wszelki wypadek nie mów o tym nikomu – odrzekła i mrugnęła. 

– Już powiedziałem tobie!

– Ale ja umiem dochować tajemnicy. A jeśli potrafisz jej dochować i ty, powiem ci, że ja mam czasem wrażenie, że on mruczy!

Hagran zakrztusił się kawą i roześmiali się z tego obydwoje. 

– Czujesz się czasem samotna? – zapytał ją po chwili.

Miała być jego przewodniczką po świecie tutejszych roślin i bioceli, instruować go przy prowadzeniu prostszych badań i odpowiadać, w razie gdyby miał jakieś pytania o bazę, plantację i laboratorium. Nie spodziewał się, że będzie mógł rozmawiać z nią o takich osobistych rzeczach. Że będzie tak realna.

– Czasem. Ale teraz nie. Opowiesz mi, jak spędziłeś dzień?

Zapatrzył się w jej twarz i błąkający się po niej uśmiech. Zrobił zrzut ekranu. W zasadzie nie wiedział czemu. Tym bardziej nie potrafił pojąć, dlaczego po zakończeniu rozmowy ustawił sobie to zdjęcie jako tło pulpitu. 

 

*

Drgnął, gdy coś uderzyło w ziemię tuż za nim, wznosząc obłok czarnego pyłu. Rozejrzał się nerwowo, jakby spodziewał się zobaczyć kogoś, kto rzucił w jego stronę kamieniem. Nikogo jednak nie było w pobliżu. Nie mogło być. Kątem oka dostrzegł ruch w okolicach jednego z paneli i zrozumiał, że dzieje się coś większego. Rozejrzał się po niebie i zmarszczył czoło. Kolejne uderzenie dosięgło Łazika i tym razem naprawdę się wystraszył. Rzucił się w kierunku panelu, aby się pod nim skryć i przeczekać ten osobliwy deszcz. Łazik nie reagował na jego przywoływanie. Wyglądało na to, że się zawiesił albo wyłączył. Sterczał teraz nieruchomo, jakby przyczajony do ataku. Patrzenie na niego napawało Hagrana lękiem. Niepatrzenie było jednak jeszcze gorsze. 

 

27 listopada 2202, Ceres; 1297D/478Y

 

Cześć.

 

Przepraszam, że piszę tak rzadko. Pewnie się martwiłaś. U mnie dobrze. Czas mija mi tu inaczej. Byłabyś pod wrażeniem ile nauczyłem się o roślinach. O ich skomplikowanym metabolizmie i działaniu bioceli. O zastępczej fotosyntezie w warunkach skąpej dostawy światła. Nie zastanawiałem się głębiej jak to się dzieje, że dzięki sterowaniu procesami wewnętrznymi roślin, można na tak wielką skalę zmieniać temperaturę otoczenia, właściwości gleb czy skład atmosfery. Albo jak to się dzieje, że pozyskuje się z nich wodę tam, gdzie w ogóle jej nie ma. Nie wnikałem w to. Nie miałem świadomości jaki to cud i że to wcale nie jest takie oczywiste. 

Chciałbym Ci opowiedzieć o Jen, mojej towarzyszce, ale… nie wiem jak to ująć. Była tu, w bazie, przede mną. Wiele z tutejszych roślin to jej dzieła. Nie miałem okazji poznać jej na żywo. Żałuję tego. Zżyłem się z nią.

Pogłaszcz ode mnie kota.

 

Kocham Cię.

Hagran

 

*

– Miałem dziś drobny wypadek. – Jen uniosła brew z zaciekawieniem. – Meteoryt rąbnął w Łazika. Muszę go rozkręcić, zobaczyć co się stało. Stał tam i wydawał się… martwy. Nie pomogło restartowanie i tryby awaryjne. Diagnozowanie nic nie wykazuje. Nie wiem… Może coś przestało stykać – rozmyślał na głos. – A co u ciebie?

– W porządku. Posmutniałeś – zauważyła.

– Żałuję, że nie możesz tu być.

– Jestem tu – uśmiechnęła się. 

– Tak. W pewien sposób… – Urwał. – Napisałem dziś do mamy i zdałem sobie sprawę, jak wiele nauczyłem się przy tobie. Od ciebie. Dla ciebie… – dodał z zawstydzeniem. – Chciałbym, żebyś tu była, Jen.

 

*

Następnego ranka rozkręcił Łazika i znalazł w nim niewielki notes, wciśnięty w bufor. Długo wahał się, czy go otwierać. Przekartkował go pobieżnie i od razu zrozumiał, że nie tylko musiał należeć do niej, lecz także, że nie służył jej do zapisków z badań. Był osobistym dziennikiem. Papierowy notatnik oznaczał potrzebę prywatności i słowa, które miały pozostać w ukryciu przed ciekawskimi oczami, a jednocześnie musiały być uzewnętrznione. Tylko czy on miał prawo poznawać te słowa, nawet jeśli dla Jen to nie miało już znaczenia?

 

*

Parametry wykazywały klarownie, że jego mózgowi brakuje serotoniny i dopaminy, mimo że w jedzeniu miał mnóstwo prekursorów tych neuroprzekaźników. Czuł się przygnębiony i powątpiewał, by dało się to po prostu załatwić chemią. Tęsknił. Choć czy można było to nazwać tęsknotą? Przecież towarzyszyła mu każdego dnia. Coraz bardziej raniło go jednak, że nigdy nie będzie mógł dotknąć jej twarzy, poczuć zapachu jej skóry i poleżeć w milczeniu tuż obok niej.

Program REGAINED stworzono po to, żeby osoby pogrążone w żałobie, mogły zachować namiastkę tych, którzy odeszli. Czytał, że zaczęło się w czasach, gdy AI jeszcze raczkowała. Miała odpowiadać na wiadomości, czasem je wysyłać. Algorytmy uczyły się osobowości, charakterystycznych zwrotów, sposobu pisania, żartów i stylu komunikacji osoby, która odeszła. Generowały nowe zdjęcia, biorąc poprawkę na przemijający czas. Ludzie, którym już nigdy nie było dane się zestarzeć, mieli na nich pierwsze siwe włosy, zmarszczki. A ci, którzy bardzo bali się starzenia, z czasem nosili ślady, jakby poddali się operacjom plastycznym. Wszystko było takie realne. Potem rozwinęli program do granic absurdu. AI tworzyła już nie tylko zdjęcia, lecz także filmy i to w przeróżnych okolicznościach. Umożliwiała nawet rozmowy w czasie rzeczywistym. 

Podobno z początku system sprawdzał się znakomicie. Ludzie i tak żyli przecież coraz mniej w realnym świecie. Potem jednak, wraz z rozwojem możliwości, ci, którzy pozostali wśród żywych, zanurzali się w tej fikcji, odurzeni nią jak narkotykiem. Zawieszeni pomiędzy światami, nie potrafili poukładać sobie spraw na nowo. O tym też czytał. Czuł wtedy, że nie chciałby zrobić sobie czegoś takiego. Nie uwierzyłby, że pozna w ten sposób kogoś, kogo już nie ma. Po kim został tylko ten cyfrowy ślad. Programistyczna wizja artystyczna… A już na pewno nie wyobraziłby sobie, że ten ktoś, wypełni całe jego życie.

Nie mógł spać. Mimo podwójnej dawki pigułek. Usiadł i zaczął pisać. On także musiał z siebie coś wyrzucić.

 

10 dec 2202; 1:05 Earth Time; 1309. day 478 ne, 2:49 Ceres Time;

from: Hagran Kadari <hags.kadari@skymail.com>

to: Jen Krivan <jen.krivan@skymail.com>

 

Mam wrażenie, że staję się po części Tobą, wiesz? Zasypiam przy muzyce, którą mi puściłaś. Czytam Twoje teksty i wchodzę na bioarchive, żeby poprzeglądać artykuły z Twojej działki. Mam wrażenie, że przejąłem nawet ten Twój powściągliwy uśmiech. Jakbym zrobił trochę miejsca dla Twojej duszy w swoim ciele. Mimo że tak dużo Ciebie we mnie, coraz częściej pojawiają się momenty, gdy brutalna rzeczywistość przenika do mojej świadomości. Jakby rozszczelnił mi się skafander, w którym próbuję się ukrywać. Lękam się, jakby ten przeciek prawdy miał mnie zabić. Śniło mi się ostatnio, że przestałaś się odzywać. Boję się tego, Jen. Że mi Ciebie zabiorą.

 

 Leżał patrząc na jej notes i bił się z myślami. Stanowił jedyną namacalną rzecz, która po niej została. Wszystko inne zabrali. Gdy tu dotarł, był im za to wdzięczny. Bał się tej Jen, której ciało zastygło na wieczność. Teraz oddałby bardzo wiele za choć jedną koszulkę, która wciąż nosiłaby jej zapach. Otworzył notes i zaczął czytać, a jego oczy otwierały się coraz szerzej.

 

*

914. dzień 478 r., 21 września

 

Jestem pewna, że ktoś korzystał z mojego komputera. Czuję się jak paranoiczka. Boję się wychodzić na zewnątrz. A właściwie… chyba bardziej boję się wracać. Cały czas nasłuchuję. Sprawdzam każdy kąt. Wiele razy. Siedzę przy komputerze i odwracam się za siebie. Rozmawiałam dziś z psychologiem. Rutynowa kontrola. Nie powiedziałam mu, że to się dzieje. Uznałby, że zwariowałam. Mówiłam, że jestem trochę rozkojarzona i nerwowa, bo ostatnio gorzej znoszę samotność. Mam łykać tabsy, te fioletowe, ale tego też się boję. Jeśli ktoś tu jest… Tylko kto niby miałby tu być?

 

917. dzień 478 r., 25 września

 

Zostawiłam nagrywanie na cały dzień. W bazie nie było nikogo poza mną. Tyle że nie pamiętam, żebym robiła wszystkie te rzeczy… Nie było mnie w tym ciele, które piło czarną kawę. Odstawiłam pigułki. Wszystkie parametry są w normie. Poza tym, że serce biło mi przez ten czas mocniej. Mam zapis. Oglądałam siebie i nie mogłam w to uwierzyć. Byłam w laboratorium, robiłam jakieś badania. Ale… ja przecież tego nie potrafię! Wzięli mnie tu, bo potrzebowali kogoś od programowania, kto nie boi się fizycznej pracy. Najdziwniejsze jest to, że mam cień wrażenia, że wiem, co robiłam w tych eksperymentach. Jak mogłabym to wiedzieć?

 

922. dzień 478 r., 30 września

 

Obejrzałam nagranie jeszcze raz. Zaczynam coraz więcej z tego rozumieć. Jakby część mnie wiedziała. Nie umiem tego opisać. Czuję, że nie jestem sama w swojej głowie. Obce myśli, obce uczucia, smak czarnej kawy. Inna muzyka. Ostatnio przyłapałam się na tym, że nucę coś, czego nigdy nie słyszałam. Ktoś jest we mnie. Wprowadzili mi do organizmu nowe biocele. Mówili, że dzięki nim będę lepiej znosić tutejsze warunki, że będą stymulować serotoninę, zwiększą odporność. Podpisałam zgodę. Mimo ryzyka, że się nie przyjmą. To też był jeden z powodów, dla których wybrali właśnie mnie. Powiedzieli, że moje ciało reaguje na nie zaskakująco dobrze. Teraz myślę… Że było tam coś jeszcze. 

 

933. dzień 478 r., 12 października

 

Czuję, jakbym zaczęła stawać się nią. Profesor Krivan. Wszystko już mi się miesza. 

 

938. dzień 478 r., 18 października

 

Zapytałam czy mogą mnie przenieść. Nie mogą. Myślę, że nie chcą. 

 

950. dzień 478 r., 1 listopada

 

Chcieli mieć tu ją, nie mnie. Może nas obie. Tyle, że mnie jest jakby coraz mniej. Liczyli na to, że się zintegrujemy? Przerażają mnie te chwile, gdy przez moją głowę płyną jej myśli. Gdy ciało robi coś, czego nie rozkazał mu mój umysł. Czuję to coraz częściej. Jestem tego bardziej świadoma. Moja głowa przestaje to wycinać. Mam wrażenie, że pozostaję sobą już tylko wtedy, gdy wychodzę tu, na zewnątrz.

 

953. dzień 478 r., 5 listopada

 

Nie mogłam dziś otworzyć drzwi. Ktoś chyba próbował mnie zamknąć. Udało mi się to obejść, ale pewnie spróbują znowu. Skuteczniej… 

 

*

 Usłyszał dźwięk nadchodzącej wiadomości i drgnął. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że mięśnie bolą go od napięcia. Nie wiedział, ile razy przeczytał wszystkie te zapiski, ale niektóre zdania mógłby już wyrecytować z pamięci. Czuł mrowienie na twarzy. Wstał powoli i zgasił monitory, ostrożnie, jakby starał się nie zbudzić uśpionego, drapieżnego zwierza. Wiadomość była od Jen Krivan. 

 

*

Choć słońce jeszcze nie wyłoniło się zza horyzontu, ubrał się i wyszedł. Przywitał go Łazik, lecz nakazał mu zostać. Chciał być sam. Nie ufał już nikomu i niczemu. Musiał pomyśleć w spokoju, w zaciszu własnego umysłu, póki miał taką możliwość. Jemu też zaaplikowali biocele. Miały radzić sobie między innymi z serotoniną, lecz jego parametry wskazywały wyraźnie, że nie wyrabiają. Panika ściskała mu boleśnie gardło. Nie wiedział jak miała na imię dziewczyna, do której należał notatnik. Kim była? I czy twarz, którą widywał każdego dnia i której zwierzał się ze wszystkiego, należała do niej, czy do “profesor Krivan”? Czy była w ogóle twarzą kogoś prawdziwego, czy również to było kłamstwem? “Chcieli mieć tu nas obie”. Czy ta profesor była zbyt ważna, żeby trzymać ją w zaścianku Układu Słonecznego? A może jedynym, co po niej zostało, była sztuczna inteligencja wytrenowana na bazie jej artykułów i rozmów, którą można było “wgrać” w czyjeś ciało?

Przeczytał ostatni wpis, przy którym nie widniała żadna data: 

 

Powietrze na Ceres ma dziwny zapach, a bez maski lepiej czuć ciepło słońca na twarzy. Najbardziej brakuje mi dotyku. Zwykłego, ludzkiego… Gdy po mnie przyjdziesz… mam nadzieję, że będziesz miała ręce i będziesz mogła mnie przytulić.

 

Drżał. Zdjął maskę i zaciągnął się zimnym powietrzem. Po raz pierwszy naprawdę poczuł jego woń.

 

*

27 lutego, 2203; 1378D/478Y

 

Cześć, Mamo! Wybacz, że znowu zamilkłem. Dużo się ostatnio działo, ale mam wrażenie, że idzie ku dobremu. Mam w sobie ostatnio więcej spokoju. Wziąłem się za siebie i sporo ćwiczę. Dobrze mi to robi na głowę i pozwala ciału pozostawać sprawnym, zwłaszcza, że dużo ostatnio wychodziłem. Teraz więcej czasu spędzam w laboratorium, z moimi roślinami. Podjąłem nowe badania. Byłabyś ze mnie dumna. Uważam na siebie. Ciepło się ubieram i staram się zdrowiej jeść. Polubiłem nawet czarną kawę. Mam nadzieję, że u Ciebie dobrze. 

 

Ściskam Cię mocno, Hags 

 

 

Koniec

Komentarze

Tak, czuję, że to jest dobrze napisane. Nie wiem jednak, czy wszystko dobrze zrozumiałem. Mam wrażenie, że nie wszystko zeszło się w końcówce. Chyba za mało została przedstawiona relacja między bohaterem, a dziewczyną z monitora, bym mógł uwierzyć, że nagle zaczął jej pragnąc. Za dużo za to, wiadomości do matki, które oprócz naukowych tez nic nie wnoszą. Wątpię też, żeby matce chciało się słuchać o metabolizmie bioceli. Szkoda, że te informacje nie kierowane były do pani z monitora. Byłoby to bardziej realne, rozumiał bym wtedy rodzące się uczucie do AI. Wiesz chłop rozmawia o wspólnej pracy badawczej, z umarłą poprzedniczką w ciele AI. Matka trochę to popsuła. Chociaż jak mówię, nie mam pewności czy dobrze wszystko zrozumiałem i może po kolejnych komentarzach rozjaśni mi się ta perspektywa, będę śledził i może wrócę z editem. Sam język miodzio na moją duszę. Czuć, że masz wszystko połapane, że można zaufać jeśli chodzi o Science. Trzydzieści tys. Znaków naprawdę wyparowało nie wiem kiedy i jak. Pozdrawiam.

Opowiadanie bardzo mi się podobało, ale wg mnie jest zdecydowanie za krótkie :D Chętnie dowiedziałbym się o dalszych losach bohatera :>

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Jak dla mnie bardzo, bardzo smutne opowiadanie, prawie się popłakałam. Nie wiem czy było to zamiarem Autorki, ale widzę w nim przesłanie, że nie da się tak ładnie (to określenie jakoś samo mi się nasuwa, zwłaszcza gdy porównam z moimi konkursowymi wypocinami, gdzie bohater też znalazł martwą bliską osobę) znieść traumy i żałoby po samobóju, bez wyzbycia się tego kim się jest.

Bije po emocjach jak obuchem, pewnie moja opinia jest guzik warta, ale uważam, że bardzo dobry tekst.

 

Co do technikaliów: nie jestem pewna, czy stanowiące podobną do ziemskiej atmosferę, azot i tlen, mając temperaturę prawie znośną dla człowieka, byłyby w stanie się utrzymać w polu grawitacyjnym Ceres. Musiałabym sprawdzić. Aż mi się przypomialy bardzo podobne zadania obliczeniowe na fizyce w liceum :-)

Chociaż pewnie sprawdziłaś przed publikacją i jest okej, więc przepraszam jak coś.

Życie to bajka braci Grimm w oryginale.

Emilsien!

 

Cieszę się, że mogłem wraz z kronosem być Twoją pierwszą betą. ^^

Napisałaś dobre opowiadanie o skutkach ingerowania w charakter człowieka. Element romantyczny, który przemyciłaś do tekstu pasował do całokształtu, pokazywał fascynację Krivan, która wynikała w pewnym sensie z… postępującego samouwielbienia. Poprzednia mieszkanka stacji uległa zmianom, a jej następca – też. Tyle że poprzedniczka się poddała, widząc utratę własnego społeczeństwa, a Hagran przeszedł zmianę i stał się nosicielem umysłu Krivan.

Przerażająca wizja, w której ludzie są jedynie narzędziami, a nie oryginalnymi jednostkami. To wszystko spowite w mrocznej sztucznej atmosferze Ceres nadaje opowiadaniu osobliwej aury samotności, z którą bohater próbuje walczyć, jednocześnie ulegając zmianom.

Lubię takie motywy. Sam napisałem opowiadanie, poruszające podobne tematy (poza Pieśnią słowika, którą już przeczytałaś :P), generalnie chcąc nie chcąc przemycam je też do innych tekstów.

Czytało się płynnie. ^^

 

Masz ode mnie klika bibliotecznego i powodzenia w konkursie!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

BarbarianCataphract

 

W sumie, to twój powyższy komentarz brzmi jak fajna recenzja :> (mówię poważnie).

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Przemyślane opowiadanie, które posiada wiele walorów. Autorka nie rzuca odpowiedzi czytelnikowi prosto w oczy, ale serwuje je w powściągliwy, nienarzucający się sposób. Dlatego poświęcenie uwagi temu tekstowi bardzo procentuje!

Od razu przy pierwszym przeczytaniu odniosłem wrażenie, że tekst jest dobry. Posiada wyważone proporcje między warstwą emocjonalną (bohater określony jest w kontekście trzech relacji: do Jen, do kolegi z orbity oraz do matki, a nawet psa-robota) oraz światotwórczą (opis terraformacji Ceres, jej atmosfery, podział doby na 27 godzin, szczegółowe opracowanie kalendarza planety, koncepcja bioceli, pomysł odtworzenia osoby jako AI i wiele innych).

Jednak opowiadanie ukazuje swoją głębie przy drugim przeczytaniu (przełomowe jest odnalezienie przez bohatera tajemniczego dziennika i… czarna kawa). Postać Jen nabiera nowego znaczenia, a relacja bohatera do niej i w ogóle jego rola na stacji wymaga ponownego przemyślenia.

Nie chcę spoljerować, ale na pewno jest to tekst, w którym wszystko okazuje się być na miejscu, jeżeli tylko czytelnik lubi trochę pogłówkować.

 

Ze szczególnym wyczuciem potrakotwana jest w opowiadaniu warstwa emocjonalna (na co zwraca uwagę w komentarzu Jeremia, a z czym w pełni się zgadzam). Wątek rozmów ze “sztuczną” Jen i tworzenia się relacji jest przejmujący. Autorka stopniuje “zapadanie się” bohatera w świat Jen. Hagran czuł początkowo do Jen niechęć – w pierwszej scenie boi się stacji w której dziweczyna pracowała i wyczuwa, że coś niepokojącego miało tu miejsce. Potem coraz bardziej wchodzi w jej świat, żeby ostatecznie…

 

Dużą radość sprawiło mi betowanie tego tekstu! Polecam do biblioteki.

vrchamps!

 

Bardzo Ci dziękuję za miłe słowa. A to, że "można zaufać, jeśli chodzi o Science" jest dla mnie największym komplementem, bo właśnie z obawy, że byłabym w tym zbyt cienka, nigdy wcześniej się na SF nie porwałam. 

Jest szansa, że kilka puzzli spadło z Twojego stołu i czekają na odkrycie :-) 

Co to matki – jak wspomniałam we wstępie, "Powrót na Ceres" jest między innymi opowiadaniem o samotności. W moim odczuciu jest coś przejmującego i smutnego w tym, że jedyną bliską osobą w życiu dorosłego mężczyzny jest matka… Ona także nie ma nikogo poza kotem. Dowiadujemy się w bardzo krótkim zarysie, że wychowywała syna sama, bo ojciec Hagrana odebrał sobie życie. Nie pisałam o tym więcej, ale jest spore pole do wyobrażeń jak mogła się kształtować relacja tych dwojga, w obliczu takich wydarzeń. 

Informacje, w moim odczuciu, nie mogły być kierowane do Jen Krivan ani do Hjalmara, bo to byłoby sztuczne. To tak, jakbym ja opowiadała Tobie o tym, że na Ziemi jest 24-godzinna doba, że czasem pada, czasem wieje, w niektórych miejscach pada śnieg. A w Sopocie jest molo :-) Jen, według wiedzy Hagsa – spędziła na tej stacji sporo czasu. Hjal – siedzi na SOCe i przed nim “Mała Ziemia” też raczej nie ma tajemnic. A mamie, która siada w fotelu i przykrywa kolana kotem, można bez sztuczności opowiedzieć o innym świecie, w który się trafiło i to nawet w sposób dosyć łopatologiczny. 

Widzisz – Hagran po prostu nie ma dziewczyny, żony, czy faceta, do których mógłby pisać. Dla jednych to żenujące, dla innych dramatyczne, zależy od doświadczeń :-)

Nadal nie musi Cię to przekonywać, choć mam nadzieję, że to, co tu napisałam pozwoliło Ci spojrzeć na to z trochę innej perspektywy.

 

Dzięki, raz jeszcze!

 

Iluvathar!

 

Dzięki! Poczułam się doceniona i zmotywowana ;-)

 

eM

Jeremia!

 

prawie się popłakałam

bije po emocjach jak obuchem

 

– mocni kandydaci na najlepsze komplementy, jakie usłyszałam ever. Dziękuję.

 

Chociaż pewnie sprawdziłaś przed publikacją i jest okej, więc przepraszam jak coś.

 

Obawiam się, że mnie przeceniasz pod tym względem :-) Tzn. postarałam się zrobić mocny research do tego tekstu, spędziłam sporo czasu na wyobrażaniu sobie szczegółów, żeby abstrakcyjna wizja stworzenia atmosfery wydawała się spójna i prawdopodobna. Niestety – nie zmienia to faktu, że z fizyki w liceum miałam tylko tróję :-) I jest tu jeszcze sporo rzeczy, których nie podjęłabym się rozważać, bo pewnie nigdy bym tego tekstu nie dokończyła. Zaznaczam w tekście, że sterowanie procesami wewnętrznymi roślin może również generować ich wpływ na temperaturę, ale brakuje mi sporo zasobów we łbie na tak zaawansowane science. Dlatego już w tej materii pozwalam na zaistnienie większego pola dla fiction :-)

 

Dzięki za budujący komentarz! 

 

 

Barbarian!

 

Cieszę się, że mogłem wraz z kronosem być Twoją pierwszą betą. ^^

 

Aż nie wiem co powiedzieć! XD

 

Bardzo trafnie wyklarowałeś wiele rzeczy, które siedzą w tym tekście, a niektóre nazwałeś w sposób, w jaki sama bym ich nie ujęła. Uwypukliłeś to, co między wierszami i spojrzałeś z wyższego poziomu. Zostawiłam w tym tekście wiele niedopowiedzeń, właśnie po to, żeby każdy, kto zechce, mógł je sobie poprzemyśliwać i dopisać po swojemu.

Czytanie o tym, co zostało po tej lekturze w Tobie, jest dla mnie sporą wartością.

 

Dzięki!

Masz rację. Przekonuje mnie 24 godzinna doba na ziemi:) (chociaż on nie był naukowcem tylko złotą rączką, może nie wyszłoby tak źle) w takim razie brakuje mi dwóch może trzech rozmów z Jen. Może i dwóch czy trzech mniej z mamą. Rozumiesz o co mi chodzi, dla mnie rozmowy z matką umiejszaja ta samotność, gdyby było ich mniej a rozmów z sztuczną Jen więcej, było by ok. Bo to fajny pomysł z tym AI, a nie do końca wykorzystany. Byłoby bardziej samotnie, bardziej klaustrofobiczne. Jak mówię to tylko moje odczucia. Bo tak klimat i sposób pisania to piękność. Pozdrawiam:)

vrchamps!

 

Teraz to Ty dałeś mi parę elementów układanki do tego, w jaki sposób zobaczyłeś ten tekst :-) Dzięki. Przyznam Ci się, że bałam się wchodzić głębiej w relację Jen i Hagrana po tym, jak został odebrany mój poprzedni tekst (Pan Lasu). Pewnie w efekcie trochę od tego uciekłam.

Klaustrofobiczność, o której mówisz zobaczyłam w “Gorzkich migdałach” Chrościska i bardzo mnie urzekła. U mnie wyszło rzeczywiście inaczej. Trochę jakby Hagran rękami i nogami bronił się przed tym. 

Bardzo cenne to, co napisałeś.

Dzięki raz jeszcze!

Kronos!

 

Dzięki za komentarz z subtelnymi wskazówkami do wpasowania na odpowiednie miejsca brakujących puzzli ;-) Przyglądanie się temu jak Ty układałeś sobie w głowie ten obraz podczas betowania było bardzo satysfakcjonujące. Rzadko ma się okazję, żeby móc tak gościć w czyjejś głowie.

Dzięki za ogrom czasu i uwagi, jakie poświęciłeś temu opowiadaniu!

 

Tekst zdecydowanie ma potencjał. Bardzo fajnym IMHO zabiegiem jest to, że bawisz się różnymi formami narracji (korespondencja, zapisy rozmów, pamiętniki – jako uzupełnienie narracji trzecioosobowej), bo to dodaje i wiarygodności opisom, i literackiej wartości. Stylistycznie gdzieniegdzie przydałoby się podszlifować, ale to nie są wielkie rzeczy. Fabularnie tekst jest dość klasyczny dla pewnego typu SF z elementami, powiedzmy, grozy, ale realizuje tę fabułę spójnie i umiejętnie. Nie zachwyciło, w sensie – nie wybiło mnie z butów, ale to udany tekst, który bardzo dobrze wróży twojej pisarskiej przyszłości. Dobra robota.

Iluvathar!

A dziękuję, staram się. :3

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Ninedin!

 

Wielkie dzięki za zwrócenie uwagi na mocne strony opowiadania! Dobrze wiedzieć, co nie wyszło, ale jeśli ktoś potrafi umiejętnie zauważyć co się udało, to ma wielką wartość. A nazwanie tych rzeczy tak umiejętnie nie jest łatwe.

Dziękuję Ci też za komplementy! Aż chce się człowiekowi starać jeszcze bardziej :-)

 

Pozdrowienia,

eM

Tekst wydaje się nieco długi względem treści, ale jest tu klimat ciszy i samotności, który stanowi pewne uzasadnienie takiej objętości. Całość ma w sobie trochę oldschoolu, choć nie za dużo, nie jest to typowe “SF w dawnym stylu”. Całość idzie w dość ciekawym kierunku, a zmiany w umiejętnościach głównego bohatera przemycasz na tyle nieznacznie, że dopiero z opóźnieniem pojawiło się “a-ha!”.

Natomiast co było widoczne aż za bardzo… Inspiracja filmem “Moon” (celowa lub przypadkowa, faktyczna, czy tylko przeze mnie domniemana – zdziwiłbym się jednak, gdybyś tego filmu nie widziała, nawet jeśli nie krążył w głowie w trakcie pisania) nie jest niczym złym, ale tu już w połowie tekstu coś świtało w głowie, a gdy pojawił się notes, finał był już w dużym stopniu przewidywalny (w dużym, ale nie całkowicie, więc tekst nadal się broni).

Podobało się, choć można by tu i ówdzie treść skrócić, a pod koniec trochę podkręcić dramaturgię.

 

Z technikaliów: co dłuższe akapity na pewno można tu podzielić na krótsze

 

"dał mu sójkę w bok"

– takie wstawki nadają tekstowi życia, ale zastanawiam się, czy to konkretnie sformułowanie będzie znane wielu czytelnikom :) Jednak trochę już wyszło z użycia :)

 

"Pewnie wcale nie było nikogo takiego, a Hjal powiedział to tylko po to, żeby mu dokuczyć"

– to "dokuczyć" brzmi w tym zdaniu trochę nienaturalnie. Tzn. logicznie, językowo poprawne, ale w tym kontekście bardziej wiarygodnie zabrzmiało słowo "wkurzyć" (lub któryś z innych synonimów, tez tych dosadniejszych). Niby drobiazg, a jednak odrobinę wybija.

 

"Stojąc w przedsionku przed grubymi drzwiami, dzielącymi go od wnętrza stacji, Hagran zawahał się"

– IMO to zdanie trochę do przeredagowania.

 

" Stojąc w przedsionku"

" Uczę się funkcjonowania w trybie"

" Nie mogę Ci wysłać zdjęć"

" Jeden z paneli w kształcie"

" Znalazł meteoryt wielkości pięści"

" Leżał patrząc na jej notes"

" Usłyszał dźwięk nadchodzącej wiadomości"

– nadmiarowe spacje przed akapitami.

 

Wilku Zimowy!

 

Dziękuję Ci za bardzo wnikliwy komentarz i wyszczególnienie paru rzeczy. Zgadzam się co do użycia słów, które Ci nie zagrały. Pomyślę o tym.

Z SF mierzyłam się po raz pierwszy, a nie mam przeczytanej góry książek z tego gatunku, dlatego stworzenie czegoś w “dawnym stylu”, czy jakimkolwiek innym – nie było zamierzone. 

Najbardziej jednak zaskoczyłeś mnie filmem “Moon”. Nie widziałam i nie miałam nawet pojęcia o jego istnieniu. Natomiast ostatnio, czytając opowiadania – tu na portalu czy drukowane, często zdumiewało mnie, że ktoś już napisał coś, co zrodziło się również w mojej głowie. Uznałam, że albo moje pomysły są sztampowe, albo jest naprawdę ograniczona liczba koncepcji, które wpadają do wielu głów. 

Po tym, co napisałeś mam jeszcze silniejsze wrażenie, że piekielnie trudno wymyślić coś oryginalnego. Trochę mi to psuje satysfakcję ze stworzenia tej historii, ale cóż – życie :-)

 

Dzięki, raz jeszcze!

Pozdrowienia,

eM

Bellatrix!

 

Ślicznie dziękuję za klika!

 

Pozdrowienia,

eM

Hola, hola, samo poruszanie podobnych pomysłów nie jest sztampowością – te same rzeczy można ogrywać w różny sposób, z różnymi wnioskami, różnymi środkami, z innymi szczegółami, finałem, czy przebiegiem :-) “Moon” na pewno warto zobaczyć i… jeśli zobaczysz, to będziesz wiedzieć, co się tu skojarzyło – mimo że scenariusz jednak inny :-) 

 

Chyba im na Ceresie mocno zależało, skoro poszli w taką stronę. Za pierwszym razem wygląda na to rowiązanie siłowe, osobowość astronautki jest po prostu spychana, za drugim ktoś poszedł po rozum do głowy i zastosował inną metodę, IMO bardziej wredną. Podoba mi się, jak powoli odsłaniasz tajemnice tego, co się dzieje na Ceresie. Nie ma tu ogromnego napięcia, fabuła nie leci na łeb na szyję i dobrze, bo czytelnik też daje się podejść tej obcej osobowości.

Bardzo fajne opko :)

Ostatni kopniak i do Biblio :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irka_Luz!

 

Piękne dzięki za klika i za opinię na temat tekstu! Bardzo fajnie ujęłaś te różnice w przemianach obu bohaterów. Dzięki, że wyszczególniłaś te elementy opowiadania, które w Twoim odczuciu zagrały, zwłaszcza, że zwróciłaś uwagę na tempo opowieści i odsłanianie kolejnych elementów układanki.

Dzięki, raz jeszcze!

eM

Świetnie jest tu oddana atmosfera izolacji i niepokoju. Cały czas mamy tu trudne do nakłucia wrażenie, że coś jest nie tak. Spodziewałem się na początku szaleństwa bohatera albo faktycznie sci-fi duchów – a to pozornie przyjazna machina biurokratyczna okazuje się być zagrożeniem. Dodatkowy plus za otoczkę naukową, która dla laika brzmi wiarygodnie. Językowo nie mam się czego przyczepić.

 

Z uwag – czasami napięcie lekko siada, np. gdy po liście do mamy pojawia się rozmowa o masażystce, a potem naprawa paneli.

 

Gdybym się bardzo czepiał, to są minimalne zgrzyty logiczne w paru miejscach, ale nie wpływające na odbiór.

 

 

https://www.facebook.com/konserwatywnenarzekanie

GreasySmooth!

 

Cieszę się, że poczułeś tę szczególną atmosferę, jaką udało mi się stworzyć na Ceres :-) I że doceniasz sferę naukową tego opowiadania. To dla mnie jeden z największych komplementów. Dzięki za wskazanie miejsca do przeanalizowania. 

Jeśli udało mi się to napisać tak, że zgrzyty logiczne są minimalne, uważam to za wielki sukces :-D

 

Dzięki!

eM

Kurcze, myślałem, że atmosfera na czymś tak małym jak Ceres nie dałaby rady się utrzymać, ale pobieżny reaserch chyba na to pozwala – przynajmniej na tak drobnym poziomie, jak pojawia się w opowiadaniu. Dokładne policzenie limitów podejrzewam, że byłoby ciężkie na kartce.

 

Reszta komentarza, tradycyjnie, po wynikach:)

Слава Україні!

Wiele było opowiadań traktujących o samotności w kosmosie, o trudach jej znoszenia na planecie, na której prócz bohatera nie ma nikogo. Potrafiłaś to pokazać w sposób przejmujący, ale też na tyle dobitny, że jako czytelniczka przez pewien czas byłam na Ceres.

A jeśli są tu pewne niedopowiedzenia… Cóż, kawa wypełniła je doskonale. ;)

 

Przez chwi­lę zda­wa­ło mu się, że umysł płata mu figle… → Czy oba zaimki są konieczne?

 

Na swo­ich dłu­gich, smu­kłych no­gach… → Zbędny zaimek – czy robot mógł mieć cudze nogi?

 

Jen Kri­van pró­bu­je na­wią­zać po­łą­cze­nie.” → Jen Kri­van pró­bu­je na­wią­zać po­łą­cze­nie”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

do więk­sze­go wpły­wu na śro­do­wi­sko ze­wnętrz­ne. Naj­więk­szy prze­łom… → Nie brzmi to najlepiej.

 

“Chcie­li mieć tu nas obie”. → “Chcie­li mieć tu nas obie”. Lub: Chcie­li mieć tu nas obie.

Cytując, używamy albo kursywy, albo cudzysłowu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Moment, moment, coś mi się tu nie zgadza. Gdzieś jest lub kiedyś była (zostało zasugerowane, że zostało po niej tylko AI) prawdziwa, "oryginalna", Jen Krivan, która nigdy nie trafiła na Ceres. I jest anonimowa autorka pamiętnika, której świadomosc Jen Krivan wciśnięto bez jej wiedzy i zgody. W którymś momencie Anonimowa orientuje się, co się stało i popełnia samobójstwo. Dotąd dobrze zrozumiałam?

Ale dlaczego Hjalmar i systemy w bazie nazywają zmarłą na Ceresie badaczkę imieniem i nazwiskiem pani profesor, a nie jej własnym? Przecież najrozmaitsze dokumenty, archiwa, bazy danych muszą pokazywac że na Ceres poleciała pani Anonimowa, a nie pani Krivan. Czy to tylko Hagranowi w ramach spisku wciska się kit…?

Poddaję się, im dłużej o tym myślę, tym większy mam mętlik w głowie :D

 

Duży plus za listy do mamy. Abstrahując od ich roli w całości kompozycji, są świetnie napisane.

Ja nie wychodzę na zewnątrz bez tlenu. I bez “czapki”. :-) 

Pogłaszcz ode mnie kota.

Takie prawdziwe.

 

 

 

Nowa Fantastyka