- Opowiadanie: RogerRedeye - Białe drzwi

Białe drzwi

Dawno, dawno temu na­pi­sa­łem mi­nia­tu­rę na kon­kurs bły­ska­wicz­ny, ogło­szo­ny przez Dj Jajko (dzia­łał owoc­nie, i wielu jesz­cze go pa­mię­ta). Przy­pad­ko­wo wpadł mi w ręce ten tekst,  więc po­sta­no­wi­łem go roz­wi­nąć. Z tek­stu kon­kur­so­we­go wy­ko­rzy­sta­łem pierw­szy roz­dział i bar­dzo nie­znacz­nie go poszerzyłem,  do­pi­sa­łem ko­lej­ne czę­ści opo­wie­ści, a potem zmie­ni­łem tytuł. 

Po­ni­żej efekt.

Ilu­stra­cja po­zo­sta­ła bez zmian.

Na­praw­dę są­dzi­cie, że dawno temu uży­wa­ne przed­mio­ty i wy­ro­by są tylko re­lik­ta­mi prze­szło­ści, cie­ka­wost­ka­mi  już nie­sto­so­wa­nej tech­ni­ki użyt­ko­wej? My­li­cie się...

Prze­ko­naj­cie się sami, co czego mogą po­słu­żyć stare, fron­to­we drzwi szpi­tal­ne.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Białe drzwi

 

 

Nie­bez­piecz­nie jest wie­dzieć nie­wie­le. Wie­dzieć wiele też.

(Al­bert Ein­ste­in)

 

Pióro wiecz­ne ze złotą sta­lów­ką skrzy­pia­ło, gdy Mo­riar­ty w mil­cze­niu za­pi­sy­wał ar­kusz pa­pie­ru, który nosił tytuł „Wstęp­na ocena stanu pa­cjen­ta”. Widać było, że za­sta­na­wia się nad wy­peł­nie­niem każ­dej z licz­nych ru­bryk.

Pióro wy­glą­da­ło na na­praw­dę dro­gie, a spory dia­ment, osa­dzo­ny na szczy­cie pla­ty­no­wej na­sad­ki, cza­sa­mi nie­spo­dzie­wa­nie bły­skał od­bi­ty­mi re­flek­sa­mi świa­tła włą­czo­ne­go mlecz­ne­go ży­ran­do­la.

Wresz­cie Mo­riar­ty za­koń­czył. Splótł dło­nie i w mil­cze­niu pa­trzył na ły­se­go jak ko­la­no czło­wie­ka, sie­dzą­ce­go po dru­giej stro­nie błysz­czą­ce­go ni­czym lu­stro biur­ka z he­ba­nu.

– Krót­ko mó­wiąc, twier­dzi pan, że ostat­nio nic się panu nie udaje… – Głos dok­to­ra prze­rwał prze­dłu­ża­ją­cą się ciszę. Z wi­docz­nym na­my­słem po­stu­kał pal­cem w biur­ko. – Albo ina­czej…  – dodał po chwi­li. – Wszyst­ko się panu, panie Egg, sypie. 

Egg wolno po­ki­wał głową.

– To nie do końca tak… – Pa­cjent uśmiech­nął się nie­pew­nie. Mi­gnę­ła mu myśl, że ten ce­nio­ny psy­chia­tra lubi no­to­wać wszyst­ko ręcz­nie i po­pi­sy­wać się przy tym swoim wspa­nia­łym pió­rem. Upodo­ba­nia Mo­riar­ty’ego nie miały jed­nak teraz zna­cze­nia: dla Egga znacz­nie istot­niej­szy był coraz bar­dziej nie­po­ko­ją­cy go stan wła­sne­go umy­słu. – Szcze­rze po­wie­dziaw­szy – Egg kon­ty­nu­ował wolno – jest tak, że od dłuż­sze­go czasu za­cho­wu­ję się jak ostat­ni bał­wan. Mó­wi­łem już panu, że je­stem re­dak­to­rem w paru wy­daw­nic­twach, zaj­mu­ją­cych się li­te­ra­tu­rą fan­ta­stycz­ną. Świet­nie mi szło. Wy­so­kie na­kła­dy, roz­chwy­ty­wa­ne w oka­mgnie­niu… Pro­wa­dzi­łem też re­no­mo­wa­ne wi­try­ny li­te­rac­kie.

Mo­riar­ty słu­chał uważ­nie.

– W obec­nych cza­sach praca zdal­na to nic trud­ne­go – cią­gnął Egg. – I na­praw­dę nie­źle płacą. Widzi pan, re­kla­mo­daw­cy sporo łożą, i to bez wa­ha­nia… Dwa mie­sią­ce temu nagle wy­da­rzy­ło się coś zu­peł­nie nie­zro­zu­mia­łe­go… Ten stan stale się po­głę­bia.

Cięż­ko wes­tchnął.

– Za­po­mi­nam o wszyst­kim, ucie­ka­ją mi daty i ter­mi­ny. Za­wa­lam spra­wy, jedną po dru­giej, a klien­ci, użyt­kow­ni­cy i we­bma­ste­rzy kipią wście­kło­ścią. Nic mi się nie udaje. Po­dob­nie jest w re­dak­cjach cza­so­pism.

Mo­riar­ty z na­my­słem wpa­try­wał się w twarz Egga.

– Prze­pra­szam za ko­lo­kwia­lizm – cią­gnął Egg – ale czuję się tak, jakby ktoś urwał mi jaja. Po­rów­na­nie od­da­je isto­tę spra­wy. Po­le­co­no mi pana jako spe­cja­li­stę od ta­kich przy­pad­ków. Na­le­ga­no, żebym pana od­wie­dził…

Ga­bi­net Mo­riar­ty’ego był mie­sza­ni­ną wy­sma­ko­wa­nej ele­gan­cji i funk­cjo­nal­no­ści, spra­wiał jed­nak bar­dzo przy­tul­ne wra­że­nie. Jeden tylko ele­ment wy­raź­nie raził nie­ty­po­wo­ścią: białe drzwi w ścia­nie za ple­ca­mi le­ka­rza, z wiel­ką, mo­sięż­ną klam­ką, wy­ko­na­ne z li­te­go drew­na. Przy­po­mi­na­ły uży­wa­ne dawno temu fron­to­we drzwi szpi­tal­ne.

Egg zer­kał na nie nie­pew­nie. Spra­wia­ły dziw­ne i bar­dzo nie­po­ko­ją­ce wra­że­nie.

– Kry­zys wieku śred­nie­go i wy­pa­le­nie za­wo­do­we… – Głos Mo­riar­ty’ego zmu­sił Egga do od­wró­ce­nia spoj­rze­nia. – Nad­mie­nię, że to bar­dzo wstęp­na dia­gno­za. Te­ra­pia jest pro­sta: długi urlop, ogra­ni­cze­nie ilo­ści zajęć, pew­nie re­zy­gna­cja z ja­kie­goś etatu, może dwóch. Zna­le­zie­nie sobie cze­goś no­we­go… Wtedy szyb­ko doj­dzie pan do sie­bie.

– Chyba, że spra­wa jest znacz­nie po­waż­niej­sza – cią­gnął po chwi­li mil­cze­nia. – O wiele bar­dziej zło­żo­na… To wy­ma­ga jed­nak grun­tow­nych i kom­plek­so­wych badań. Być może, wła­śnie z tego po­wo­du usil­nie pana na­ma­wia­no do zło­że­nia mi wi­zy­ty.

Dok­tor dziw­nie się uśmiech­nął. 

– Co pan przez to wszyst­ko ro­zu­mie? – ostroż­nie za­py­tał Egg.

Sto­ją­cy w rogu ga­bi­ne­tu wen­ty­la­tor szu­miał cicho.

– Może od razu roz­pocz­nij­my po­sze­rzo­ną ana­li­zę. – Mo­riar­ty po­now­nie wziął do ręki pióro. Zro­bił jakiś zna­czek na ar­ku­szu wstęp­nej oceny. – Ro­zu­mie pan wyraz „an­dro­id”?

Mocno za­ak­cen­to­wał ostat­nie słowo. 

– Nie wiem, co on zna­czy. – Re­dak­tor w obron­nym ge­ście pod­niósł ręce. – Mó­wi­łem już, że o wielu spra­wach nie pa­mię­tam. Chyba bez­pow­rot­nie już o nich za­po­mnia­łem…

– A prze­cież para się pan też li­te­ra­tu­rą fan­ta­stycz­ną. – Psy­chia­tra splótł dło­nie pod brodą. – Na­stęp­ne py­ta­nie: pe­wien znany pi­sarz prze­wi­dział ist­nie­nie an­dro­idów. Wie pan, jak brzmia­ło jego na­zwi­sko i tytuł książ­ki?

– Nie. – Egg po­trzą­snął łysą głową. – Wie­dza szyb­ko ula­tu­je mi z mózgu… Nie poj­mu­ję, o czym pan mówi. Dla­cze­go pan drąży ten temat? 

Nie mógł się po­wstrzy­mać od spoj­rze­nia na so­lid­nie wy­glą­da­ją­ce białe drzwi.

– Pytam, bo pan może być wła­śnie an­dro­idem. – Mo­riar­ty kaszl­nął. – An­dro­idem z wy­czer­pu­ją­cym się źró­dłem za­si­la­nia. Wy­da­je się to panu nie­praw­do­po­dob­ne? A jed­nak…

Pięk­ne, białe zęby dok­to­ra bły­snę­ły w sze­ro­kim uśmie­chu.

– Widzi pan – psy­chia­tra zmie­nił uło­że­nie dłoni – swego czasu kilka naj­więk­szych i bar­dzo bo­ga­tych świa­to­wych wy­daw­nictw wpa­dło na po­mysł stwo­rze­nia re­dak­to­rów do­sko­na­łych: rzut­kich, eks­pan­syw­nych, wie­dzą­cych pra­wie wszyst­ko, pra­cu­ją­cych bez wy­tchnie­nia. Wbu­do­wa­ne wspo­mnie­nia, wmon­to­wa­ne prze­ko­na­nie o ludz­kiej cie­le­sno­ści, do­dat­ko­wo po­twier­dzo­ne spo­ży­wa­niem nor­mal­nych po­kar­mów oraz wy­da­la­niem kału i moczu, sfa­bry­ko­wa­na prze­szłość… Te, na­zwij­my je tak, wy­two­ry, świe­cie wie­rzą w swoje ludz­kie ist­nie­nie, a w rze­czy­wi­sto­ści są tylko bar­dzo nie­ty­po­wy­mi ro­bo­ta­mi wy­so­kiej klasy, wy­ko­rzy­stu­ją­cy­mi ciało ludz­kie, jego mózg i kilka in­nych pod­rzęd­nych czło­wie­czych funk­cji. An­dro­ida­mi… Nie­ste­ty, wszyst­kim po­wo­li wy­czer­pu­ją się źró­dła za­si­la­nia. Po­wiedz­my dla uprosz­cze­nia, że ba­te­rie.

W za­pa­dłej ciszy Egg wy­raź­nie usły­szał dźwięk, zgrzyt, jakby ktoś po dru­giej stro­nie muru prze­krę­cał klucz w zamku. Klam­ka po­ru­szy­ła się dwa razy.

Mo­riar­ty nie zwró­cił uwagi na me­ta­licz­ny chro­bot.

– Pan żar­tu­je. – Egg po­trzą­snął głową. – Wy­pra­szam sobie takie głu­pie dow­ci­py!

Chu­s­tecz­ką otarł twarz. Nagle po­kry­ła ją gruba war­stwa potu.

Egg wpa­try­wał się w mokry spła­cheć ba­ty­sto­wej tka­ni­ny, jakby nie­spo­dzie­wa­nie sta­no­wi­ła teraz wi­do­me po­twier­dze­nie jego ludz­kie­go ist­nie­nia. Nie­pew­nie uśmiech­nął się.

– Niech mi pan uwie­rzy, że nie. – Psy­chia­tra wbił wzrok w oczy czło­wie­ka po dru­giej stro­nie biur­ka. – To, o czym mówię, po­twier­dzi­ły sek­cje. Nie­zwy­kle kło­po­tli­wa spra­wa, więc nikt o niej nie mówił i nie mówi gło­śno. Skrzęt­nie okry­to ją ca­łu­nem mil­cze­nia.

– Po­twier­dzi­ły wtedy, kiedy jesz­cze wy­ko­ny­wa­no sek­cje… – dodał po chwi­li. Po­now­nie dziw­nie się uśmiech­nął.

Teraz sta­ran­nie mo­du­lo­wał głos, jakby pro­wa­dził aka­de­mic­ki wy­kład. 

– Oczy­wi­ście, to tylko al­ter­na­tyw­ne roz­po­zna­nie – kon­ty­nu­ował. – Prze­pro­wa­dzi­my dal­sze ba­da­nia, a za­cznie­my od tę­czów­ki i źre­ni­cy oka. Nie wy­obra­ża pan sobie, ile mogą po­wie­dzieć o tym, co kryje się za nimi głę­biej. Dys­po­nu­ję od­po­wied­nim sprzę­tem. Naj­now­szym… 

Szczu­pła dłoń wska­za­ła drzwi w bocz­nej ścia­nie, z mlecz­ną szybą po­środ­ku. 

Egg po­now­nie wy­tarł nadal spo­co­ne czoło.

– Przyj­mu­jąc nawet tę dia­gno­zę za traf­ną, cho­ciaż w nią oczy­wi­ście wąt­pię – wy­stę­kał po chwi­li gło­sem peł­nym na­dziei – pro­blem wła­ści­wie spro­wa­dza się do od­no­wie­nia źró­dła za­si­la­nia. Wy­mia­ny ba­te­rii, je­że­li pan woli to okre­śle­nie. Wtedy wszyst­ko wróci do normy…

Klam­ka w bia­łych drzwiach po­ru­szy­ła się, jakby ktoś spraw­dzał, czy zamek się nie za­ci­na. Obaj nie zwró­ci­li na to uwagi.

– Myli się pan… – Psy­chia­tra z uwagą oglą­dał wy­pie­lę­gno­wa­ne pa­znok­cie swo­ich dłu­gich pal­ców. – An­dro­id to nie robot, zwy­kły me­cha­nizm na­szpi­ko­wa­ny elek­tro­ni­ką, z moż­li­wo­ścią wy­mia­ny pod­ze­spo­łów, cho­ciaż i nie czło­wiek. Sek­cje wy­ka­za­ły, że ta seria wy­ro­bów nie po­sia­da moż­li­wo­ści re­ge­ne­ra­cji. Na­praw­dę przy­kro mi…

Twarz Egga wy­ra­ża­ła nie­pew­ność. Miął w dłoni wil­got­ną chu­s­tecz­kę.

– Jaką więc za­sto­su­je pan te­ra­pię, gdy­bym jed­nak oka­zał się an­dro­idem? – za­py­tał w końcu. 

Psy­chia­tra nie­dba­łym ge­stem strzep­nął z klapy pięk­nie skro­jo­nej ma­ry­nar­ki nie­wi­docz­ny pyłek.

– Wyj­dzie pan tam­tę­dy albo też ktoś pana tam wy­nie­sie. – Pod­nie­sio­ny kciuk Mo­riar­ty’ego wska­zał przej­ście za jego bar­ka­mi. – Te białe drzwi pro­wa­dzą do za­kła­du uty­li­zu­ją­ce­go zbęd­ny sprzęt biu­ro­wy. 

Głos dok­to­ra nie­spo­dzie­wa­nie stward­niał.

– I niech pan nie sta­wia oporu, bo nie warto – rzu­cił. – Lu­dzie, któ­rzy na pana cze­ka­ją, są wpra­wie­ni z ra­dze­niem sobie z kupą złomu po­mie­sza­ną z ka­wał­ka­mi ludz­kie­go mięsa, którą pan nie­ba­wem się sta­nie…

Zde­cy­do­wa­nym ru­chem wrzu­cił do sto­ją­cej za biur­kiem nisz­czar­ki tak sta­ran­nie nie­daw­no wy­peł­nia­ny ar­kusz pa­pie­ru i na­ci­snął włącz­nik.  

 

***

 

Moriarty przeciągnął się, wstał z fotela i poruszył klamką w białych drzwiach. Skrzypiała, i to mocno.

Doktor doszedł do wniosku, że zamek należy wreszcie naoliwić. Odpowiednim smarem, takim, który w przyszłości nie spowoduje zacięć. Przy osadzaniu drewnianego zamknięcia przejścia w murze ludzie, którzy to robili, zwracali na to uwagę, z naciskiem twierdząc, że towot albo pospolita oliwa do tego się nie nadają.

Moriarty dobrze znał przyczyny złego funkcjonowania starego zamka. Po prostu, rzadko go ostatnio używano i nikt nie zaprzątał sobie głowy jego konserwacją. To było oczywiste: jego zleceniodawcy szacowali, że z tej serii cyborgów, do których zaliczał się Egg, pozostało zaledwie kilka sztuk. Może nawet ten dzisiejszy pacjent był ostatnim z nich… Resztę albo już wybito, albo po prostu przestali funkcjonować. W aktach zgonu jako przyczynę śmierci wpisywano nagłe ustanie akcji serca. Niekiedy ukazywały się patetyczne nekrologi, jeżeli dany osobnik tej serii był bardziej znany. Nikt niczego nie dociekał, bo zmarli nie mieli przyjaciół, rodzin i dzieci, a Moriarty bardzo dobrze wiedział, dlaczego. Przy ich konstruowaniu wyeliminowano seksualizm, a w pamięci dawnych redaktorów zapisano niezłomne przekonanie, że są impotentami. 

Doktor rzucił okiem na ścienny zegar. Było już późne popołudnie, a Egg był ostatnim pacjentem. Należało zamknąć gabinet i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku udać się do domu, położonego w jednej z ekskluzywnych dzielnic Londynu. 

Moriarty uśmiechnął się skąpo.

Dzisiejszy dzień zakończył się sukcesem, chociaż zachowanie Egga budziło jego niesmak. Odbierał je jako pospolitą farsę, ale nie dziwiło go: w jednej chwili okazało się, że świat, w którym żył niedawny pacjent, wszystko, w co głęboko wierzył, wali się w gruzy, a te nieubłaganie zamieniają się w proch.

Moriarty wykrzywił twarz i wzruszył ramionami w gestach pełnych pogardy.

Cóż – pomyślał. – Wytwór wąsko wyspecjalizowany, trudno było spodziewać się po nim czegokolwiek innego. Nawet nie pojmował, że w rzeczywistości jest cyborgiem, a ja wyrazu „android” użyłem jako przykładu… Dobrze, że za nim szybko stworzono inne cyborgi, znacznie doskonalsze, w tym i mnie, o czym Egg już nie wiedział…

Jutrzejsza doba zapowiadała się zdecydowanie lepiej, bo wczesnym rankiem miał odwiedzić pewien zakład, kryjący się pod szyldem „Klinika zabiegów plastycznych”, w którym zostanie dokonana wymiana jego podzespołów zasilania. Jeszcze nie wykazywały wyczerpania, ale kres ustania ich pracy nieuchronnie nadchodził.

W sterylnie czystych salach z frontu rzeczywiście wykonywano zabiegi upiększające, ale prawdziwą działalność prowadzono na zapleczu, w pomieszczeniach, eufemistycznie określanych jako „magazyny”. Nikt niepowołany tam nie zaglądał, tylko zaufani pracownicy, a także cyborgi trzeciej generacji, takie, jak Moriarty. Sam proces wymiany nie był prosty i trwał dobrych kilka godzin, był bardzo poważną i skomplikowaną operacją techniczną, ale, jak dotąd, zawsze przebiegał pomyślnie.

Moriarty cieszył się z tego, chociaż pospolite ludzkie uczucia były mu obce, bo przecież jeszcze miał tyle pracy do wykonania…

Dziwny dźwięk dobiegł zza jego pleców, zgrzyt ponownie przekręcanego klucza w zamku. Zupełnie niespodziewany, bo przecież sprawa niedawnego gościa niedawno została całkowicie załatwiona.

Doktor doszedł do wniosku, że pewnie obsługa punktu utylizacji też zauważyła kłopoty, które sprawia stare zamknięcie. I zabrała się za naprawianie usterki.

Białe drzwi otworzyły się z piskiem niesmarowanych od dawna zawiasów.

Moriarty nie znał kilku ludzi, którzy niespodziewanie pojawili się w gabinecie. Byli ubrani w kombinezony robocze, na głowach nosili maski ochronne i kaski, ale tak zawsze bywało. Od poprzedników różniło ich to, że w dłoniach mieli przedmioty, wyglądające na broń, zaopatrzone w długie tłumiki. 

Przynieśli ze sobą także narzędzia murarskie: kielnie i szpachlówki, a w sporym nosidle już rozrobioną zaprawę. 

– Niech pan nie stawia oporu, naprawdę nie warto… – stwierdził najwyższy z niespodziewanych przybyszy. – Postaramy się, żebyś nie czuł bólu. I załatwimy to szybko.

Celnie wymierzony strzał rozłupał Moriarty’emu czaszkę. Runął na podłogę. Raz za razem głowę psychiatry rozrywały kolejne pociski. W końcu znieruchomiał.

Na pokrwawionym blacie biurka nadal leżało piękne wieczne pióro.

Jeden z zabójców, ten, który pierwszy nacisnął spust, wziął je do ręki.

– Wspaniałe! – stwierdził krótko. – VanCleef, pewnie nie mogę go zabrać?

Człowiek noszący nazwisko VanCleef odpowiedział natychmiast:

– Trzeba je zostawić… Ktoś mógł je zapamiętać, a znalezione u ciebie, stanowiłoby dowód rzeczowy. Zaczęto by się zastanawiać, skąd je masz i dlaczego psychiatra zniknął…

Pokiwał głową.

– Do roboty, chłopcy! – zakomenderował. – Nie może zostać nawet ślad istnienia Moriarty’ego! Dokładnie zmyć blat biurka, a potem wysuszyć! Wiecie, że jak tutaj skończymy, od razu zabieramy się za likwidowanie naszego punktu!

Grupa pracowała sprawnie. Białe drzwi w ciągu kilku minut zostały wymontowane. Ułożono na nich zwłoki, które niezwłocznie wyniesiono. U wylotu przejścia, po drugiej stronie, słychać było jazgot silnika pilarki, przełączonego na wysokie obroty. Zapewne jakaś inna grupa już pracowała przy ćwiartowaniu trupa.

Położono pierwszą warstwę cegieł, potem kolejną, następne najwidoczniej miały szczelnie wypełnić przejście w ścianie.

– Czemu został zutylizowany? – któryś z mężczyzn rzucił kolejne pytanie. – Chyba w sumie nieźle się sprawował…

– Był już ostatnim z tej serii, o czym, na szczęście, nie wiedział – odpowiedział VanCleff – Stał się niepotrzebny, a stanowił dowód istnienia tych istot. A poza tym, nasza firma zakończyła prace nad kolejną generacją takich tworów… Dopiero one zwieńczyły nasze starania. Wkrótce staniemy się największą i najbardziej wpływową korporacją świata. Dominatorem…

Mocno zatarł dłonie, teraz upaćkane krwią: pewnie zabrudziły się, gdy pomagał w wynoszeniu zwłok.

Człowiek, który strzelił pierwszy, ponownie przybliżył do oczu platynowe pióro wieczne. Diament na końcu nakładki jeszcze raz odbił światło nadal palącej się lampy.

– Naprawdę szkoda, że nie mogę zabrać tego wspaniałego wyrobu… – stwierdził z żalem. – Ten sukinkot, Moriarty, w końcu przydałby się do czegoś nam, ludziom… 

W głosie mężczyzny zabrzmiała niezachwiana pewność siebie.

 

***

 

James VanCleef z upodobaniem smakował w myślach dwa słowa: „nieśmiertelność” i „doskonałość”. Najpierw pierwsze, potem drugie, i tak na zmianę.

Doszedł w końcu do wniosku, że nieśmiertelność ma o wiele większe znaczenie, może nawet kluczowe, bo o tym, że jest doskonały, wiedział od chwili swojego stworzenia, gdy zaczął istnieć. Dobrze pamiętał chwilę pojawienia się w jego umyśle imienia i nazwiska, a także wszystkie szczegóły następnych lat życia tak, jakby wydarzyły się wczoraj.

Sądził też, że ten najnowszy system zasilania i podtrzymywania funkcji życiowych, od początku funkcjonujący w jego ciele, umożliwia prawdziwą nieśmiertelność. Wymiana istotnych elementów była w sumie nieskomplikowana i wcale nie tak czasochłonna, a działały bez odnawiania bardzo długo, przez szereg lat. Takie otrzymał zapewnienia i głęboko w nie wierzył, bo mimo wielu lat istnienia nie dostrzegał potrzeby poddania się kuracji naprawczej. Sądził więc, że jego twórcy zapewnili mu i jego towarzyszom – było ich zaledwie nieco więcej od tuzina – długowieczność istnienia bardzo zbliżoną do nieśmiertelności, a może nawet prawdziwe istnienie bez końca.

Ta prosta i oczywista konstatacja stała się jedną z głównych przesłanek narodzenia się w mózgach cyborgów ostatniej serii wielkiego planu, od kilku lat z sukcesem konsekwentnie realizowanego.

 James siedział na werandzie swojej małej willi, położonej na jednej z odległych przedmieść Londynu i rozkoszował się paleniem doskonałej kubańskiej cygaretki. Lubił tytoniowy dym, a jeszcze bardziej uwielbiał to, ze jego komórki czuciowe sprawują się znakomicie, może nawet ciągle się udoskonalają. Specjalnie pozostawiono je w ciele ludzkiego nosiciela, który stał się budulcem jego organizmu: spisywały się coraz lepiej. Nie mógł wykluczyć ich rozwoju, bo jeszcze, mimo wielu starań, nie poznał do końca możliwości swojego jestestwa cyborga ostatniej generacji. Zapach cygaretek i papierosów stanowił wspaniałą przykrywkę funkcjonowania serii takich jak on istot. Nikomu, kto odwiedziłby jego lokum, poczuł zapach tytoniowego dymu i zobaczyłby go zaciągającego się głęboko, nie przyszłoby nawet do głowy, że obcuje z organizmem, w dużej mierze sztucznym, niewyobrażalnie bardziej doskonałym od człowieka.

VanCleef starannie zgasił niedopałek i podszedł do okna z widokiem na pięknie utrzymany ogród. Niedawno padało i wiosenny deszcz pobudził do życia żonkile: zaczęły kwitnąć. 

James kochał kwiaty, ich zapach i wygląd, ale to nie miało teraz znaczenia. Sądził, że te dziwne uczucia są pozostałością wspomnień z mózgu człowieka, dawcy jego ciała. Ważniejsze było jednak zupełnie coś innego: egzekucja Moriarty’ego przebiegła sprawnie. Po psychiatrze nie pozostał najmniejszy ślad. Ciało pokawałkowano na strzępy i wyrzucono na wielkie wysypisko metalowych odpadów. VanCleef wiedział, ze szybko trafią do jakiejś huty.

James ponownie począł analizować konieczność zabójstwa. I po raz kolejny doszedł do wniosku, że było nieuniknione. 

– Moriarty za dużo wiedział. I mógł się domyśleć, że stał się niepotrzebny – mruknął pod nosem. – Cyborg zaledwie trzeciej generacji, ale, przyznaję, bystrzak… Chyba wprowadzono w jego ciało jakieś modyfikacje. Mógłby desperacko chwytać się każdej możliwości dalszej egzystencji, chociażby była zwykłą ułudą albo pospolitą bujdą… Za cenę dalszego życia opowiedziałby wszystko, o czym wiedział.

VanCleef sięgnął po kolejną cygaretkę. Rozsiadł się teraz na wspaniałym krześle Chippendale’a z szerokimi oparciami dla rąk i postawił na jednym z nich kryształową popielniczkę. Miała specjalnie przygotowane wgłębienie.

Wygodnie wyciągnął nogi.

Począł teraz analizować zachowanie się ludzi uczestniczących w morderstwie Moriarty’ego.

Wykrzywił w grymasie rozbawienia pięknie wykrojone wargi.

Zachowali się tak, jak powinni, sprawnie i beznamiętnie wykonali trudną robotę. Pewnie nie tylko dlatego, że zostali suto opłaceni i byli zawodowymi zabójcami. Głęboko wierzyli, że niebawem ich firma, wielka korporacja, mający swoje człony prawie we wszystkich państwach, zajmująca się opracowywaniem i wdrażaniem w życie najnowszych technologii, stanie się dominatorem światowego rynku, a oni sami będę pławić się w bogactwie…

Nie posiadali tylko informacji, że najważniejsi naukowcy i finansiści, którzy opracowali w zaciszach swoich gabinetów ten projekt, już nie żyją. Przydarzało im się coś zwykłego, banalnie prostego, nie budzącego zdziwienia: wypadki samochodowe ze skutkiem śmiertelnym, rozległe zawały kończące się zgonem albo też samobójstwa w stanach ciężkiej depresji… I że ich, zwykłych morderców, też niebawem spotka podobna śmierć.

Wielki plan nie został zmieniony, tylko miejsca najważniejszych ludzi korporacji zajęły cyborgi tej generacji, której jednym z członków był on, James VanCleef. Kilku ważnych mężczyzn i kobiet zostało jeszcze do wybicia, ale to była tylko kwestia czasu.

Wtedy dominatorami staną się oni i sukcesywnie poczną poszerzać swoje władztwo…

Coś przypomniało się Jamesowi: wspomnienie archaicznego elementu gabinetu Moriarty’ego rodem z dawnej epoki, białych drzwi z litego drewna. Nie zostały zniszczone, tylko wyniesione, a potem, na polecenie Jamesa, wywiezione. Po prostu wzbudziły jego zaciekawienie i chciał się im dokładnie przyjrzeć: były reliktem dawnych czasów, w których nie było androidów i cyborgów.

Zostaną ponownie wykorzystane… Do wyeliminowania pozostało jeszcze kilkanaście niepotrzebnych już towarzyszy. Tak samo, jak Egga, wygląd drzwi zdziwi ich i odwróci uwagę od przygotowań do mordu.

Kiedy zorientują się w przeznaczeniu tych staromodnych wierzei będzie już za późno.

Jeszcze jedna drobna sprawa, właściwie błahostka bez znaczenia, męczyła umysł Jamesa: nie pamiętał, jakie imię nosił Moriarty. To obrażało jego niebywałą i doskonałą inteligencję, dalece przewyższającą ludzką.

Skupił się.

Ten pierwszy człon nazwiska niezwłocznie wychynął z rozległych głębin jego pamięci, jakby to słowo tylko czekało na przypomnienie.

Moriarty też miał na imię James.

VanCleef zakonotował sobie, że musi sprawdzić, czy wszystkie męscy przedstawiciele cyborgów noszą to imię. I czy identycznie jest przy wersjach żeńskich: doskonale wiedział, że one istnieją i z kilkoma współpracował. Ta sprawa nie miała większego znaczenia, ale budziła jego ciekawość: byłaby przejawem ludzkiej tendencji do typizacji jego starszych i obecnych towarzyszy, nie wiadomo, po co. Byłaby kolejnym przejawem ludzkiej głupoty, dziwacznym kaprysem bez znaczenia.

James uśmiechnął się.

Jego czekały dzisiaj znacznie ważniejsze zadania: musiał nawiązać umysłową łączność z kilkoma najważniejszymi cyborgami z jego kręgu i ustawić kolejkę ludzkich władców korporacji do wymordowania, dobrać metody i wytypować wykonawców. Sam też weźmie w udział w akcji, bo ktoś tak doskonały jak on musi pilnować człowieczych zabójców.

Nadchodził ustalony czas połączenia i na tym należało się skupić.

 

***

 

Dziwny dźwięk dobiegł za pleców Jamesa VanCleefa, odgłos, przypominający przekręcanie klucza w starym, mocno już zardzewiałym zamku. Taki sam, który wydawało zamknięcie białych drzwi w ścianie gabinetu Moriarty’ego.

Niespodziewanie dla siebie James wzdrygnął się, w odruchu, zapamiętanym kiedyś przez nerwy i ciało jego ludzkiego budulca.

Przecież nie poleciłem zamontowania w moim pięknym domu tychże wierzei… – W umyśle VanCleefa przewinęła się oczywista myśl. – Miały być wbudowane w gabinet następnego człowieka, przewidzianego do likwidacji, a potem w kolejnych… Czyżby pojawiły się moi następcy? Niemożliwe, musiałbym o tym wiedzieć…

Niespodziewanie poczuł, że się poci. Doskonale rozumiał, dlaczego: po prostu ze strachu.

Świdrujący uszy Jamesa zgrzyt powtórzył się jeszcze raz. Skrzypnęły niesmarowane od dawna zawiasy…

 

5 czerw­ca 2022 r. Roger Re­deye

 

Jako ilustrację wykorzystałem komputerową grafikę, przedstawiającą jeden z projektów urządzenia domowego gabinetu. Całkiem nieźle się prezentuje…

Źródło ilustracji → https://pl.pinterest.com/pin/606649012275222696/

Koniec

Komentarze

Kłaniam się.

Miło było zobaczyć Twój tekst, przypomnieć sobie, jak piszesz.

Zakończeniem jakoś nie zaskoczyłeś mnie. Opisujesz “łańcuszek” coraz doskonalszych androidów )* , toteż myśl, że i VanCleef skończy podobnie, pojawiła się wcześniej. Ale to nie odebrało przyjemności sprawdzenia, czy się nie mylę.

Pozdrawiam – Adam

 

)* tak przy okazji: jeżeli wyjściowym materiałem do stworzenia istoty, którą Ty nazwałeś androidem, jest ciało ludzkie, w którym lokuje się elementu elektroniczne i mechaniczne, to “produkt końcowy” jest cyborgiem. Ale dla tekstu nie ma to większego znaczenia.

Pzdr – A


 

Dzięki za przeczytanie i komentarz. Słuszna uwaga. Cóż, “budulcem” tego tekstu stała się konkursowa miniatura, która nieznacznie poszerzona obecnie jest pierwszym rozdziałem “Białych drzwi”. Tam uzyłem wyrazu “android” i teraz nie dostrzegłem, że kompletnie odstaje od dalszej opowieści. Naturalnie poprawiłem obecny tekst, zmiany dotyczą drugiego rozdziału i kolejnych: teraz jest jasne, że narracja dotyczy cyborgów.

Ostatni rozdział napisałem tuż przed publikacją. Może nie jest zaskoczeniem, ale czułem, że jest potrzebny: stanowi logiczne zwieńczenie opowiadania.

Nadmienię jeszcze, że redaktor Egg jednak nie znał literatury detektywistycznej: nazwisko Moriarty nic mu nie mówiło. A powinien był chociaż cośkolwiek wiedzieć o “czarnych” bohaterach nowel o Sherlocku Holmesie. Cóż, Egg był tylko cyborgiem pierwszych generacji… .

Pozdrówka.

I czy identycznie jest przy wersjach żeńskich: doskonale wiedział, że one istnieją i (+z) kilkoma współpracował.

Dobre. Wciąga i nie jest horrorem. Logiczna konstrukcja, aż strach pomyśleć, że może kiedyś tak być, że coraz doskonalsze cyborgi wyeliminują mądrych ludzi i będą kasować swoje wcześniejsze generacje, żeby zostać dominatorami.

Doskonale dobrane jest powiedzenie A. Einsteina. Zdawałoby się kolejny taki bon mot, z których znany był A.E. Nabiera szczególnego smaku po przeczytaniu opowiadania. Klik.

 

Koala75, dzięki za przeczytanie tekstu, jego ocenę i komentarz. Niedoróbkę z brakiem “z” w jednym ze zdań poprawiłem. Zresztą, była jeszcze jedna niedoróbka: w drugim rozdziale Moriarty wspomina Egga jako androida, a przecież psychiatra dobrze wie, że jego niedawny pacjent, tak jak i on sam, też był cyborgiem. Zmieniłem.

Na pewno to opowiadanie nie jest horrorem i bardzo dobrze, że taki jest efekt lektury. Jest w nim sporo grozy, ale jest ona uboczna i wynika po prostu z fabuły.

Wydaje mi się, ze zarysowany przeze mnie świat jest logiczny i na pewno ciekawy. Zadowolony jestem z pomysłu, że VanCleef palił cygaretki, z prostego powodu: jego twórcy pomyśleli o maskowaniu. I wygląda na to, że dobrze im to wychodziło…

Lubię opatrywać swoje opowieści jakimś odpowiednim mottem. Na aforyzm Einsteina trafiłem przypadkowo i bardzo jestem z niego zadowolony. Cieszę się, ze znalazł uznanie.

Dzięki za nominację.

Pozdrówka.

Powstała zaległość, którą właśnie nadrobiłem.

Piszesz o “maskowaniu”. Trochę Ciebie zmartwię – o ile to powód do prawdziwego zmartwienia – już Asimow wyposażył swego detektywa w kamuflujące zachowania. Lem także to uczynił.

Asimowa czytałem i to chyba wszystko, co napisał, chociaż bardzo dawno temu. W tym tekście jest na pewno wiele odniesień do klasyki fantastyki, ale nie tylko: to, że Egg nie wie i nie wierzy w to, iż jest androidem/cyborgiem zostało zainspirowane sceną z “Łowcy androidów” (filmu). Sceną , w której badany delikwent wypiera się, że jest androidem i sprawia wrażenie człowieka, nie mającego pojęcia o tym, że jest androidem. Wziąłem też motyw od samego siebie: motyw kwitnących żonkili stworzyłem i wykorzystałem w opowiadaniu “Mieszkania pod numerem osiemnastym” i z przyjemnością go powtórzyłem. Piękne kwiaty…

Nazwisko VanCleef ma zupełnie inny rodowód: tak nazywał się (trochę inaczej pisany) znany aktor westernowy. Zadebiutował, tak na poważnie, w bardzo starym filmie, klasyku westernu, “W samo południe”. Lubię westerny…

Ale tak często jest, że jakiś motyw się przerabia i wykorzystuje, pod warunkiem, że nie stanowi motywu głównego i go się po prostu nie kopiuje.

Dzięki za nominację.

Pozdrówka.

Jakie przyjemne opowiadanie! :-) Budzi nostalgię za starym sf-em. Wykończonymi motywami, dopełniającym się zdaniami, całością. Buduje napięcie, utrzymuje moją ciekawość nawet, jeśli po części domyślam się zakończenia. Co więcej, chociaż groza z domieszką – chyba – rezygnacji i jakiejś nieodwołalności czai się w tle, czyta się wyśmienicie. Spokojnie, bez ocierania się o odmianę współczesnej, perwersyjnej gorączki. i szarpaniny. Ponoć wiek XXI naszym kręgu kulturowym promuje strukturę perwersyjną, tak jak ubiegły narcystyczną, w wcześniejszy „nerwicową”. Przekonamy się, to dopiero początek. 

Cieszę się, że mogłam znowu coś Twojego przeczytać. :-)

 

Naturalnie skarżypytuję do biblio, znaczy klikam. :-)

 

pzd srd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki za komentarz. Cieszę się, że ta opowieść podobała się, a sposób skonstruowania fabuły i jej prowadzenie znalazły uznanie.

Zastanawiałem się nad zakończeniem, i wtedy dopisałem ten króciuteńki ostatni rozdział. To prawda, to zakończenie jest chyba dość oczywiste i można się go spodziewać, ale jest logiczne, i, co dla mnie było ważne, zamknęło opowieść.

Dzięki za nominację.

Pozdrówka.

Podobnie jak Adam przewidziałam zakończenie, ale opko jest tak świetnie napisane, że czytanie było przyjemnością i na koniec nawet nie poczułam się rozczarowana, kiedy sprawdziły się moje przeczucia ;) Jest w tej historii z jednej strony jakaś konieczność, to się tak musiało skończyć, a z drugiej strony tekst budzi nostalgię. W sumie nie wiem czemu, może za starymi autorami, po których dziś już rzadko się sięga.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Zakończenie jest, wydaje mi się, logiczne. A gdyby nie było ostatniego rozdzialiku, pewnie miałbym zarzut, że napisałem tekst z zakończeniem otwartym i nie wiadomo, co było dalej. Można było pomyśleć o innym zamknięciu tej historii, ale chyba, tak po prostu, ten sposób był najodpowiedniejszy. Jest jasne, że w tej wielkiej korporacji toczy się walka o władzę, a jest o co walczyć, i VanCleef wcale nie musiał wiedzieć, że już powstała następna generacja cyborgów.

Co do sposobu narracji – ja po prostu tak piszę… Ostatnio piszę krótsze teksty, ale spłodziłem sobie dwa dłuższe. Jeden z nich miał się ukazać w drugim tomie “Snów Umarłych”, ale, jak to się mówi, szlag trafił bombki, bo wydawnictwo padło było…

Dzięki za komentarz i nominację.

Pozdrówka.

PS. Ostatni rozdział nieco poszerzam i dopracowuję, bo swobodnie można go jeszcze poprawić i uczynić bardziej wyrazistym i zaskakującym. Ale, jako że czytelnicy nominowali istniejący już tekst, ewentualnie ostatni rozdział po dopracowaniu zamieszczę w komentarzu.

Cześć!

 

Początek intryguje, zwłaszcza że styl i klimat opowieści bardzo dobrze ze sobą współgrają. Imiona bohaterów sugerują grozę i szybko zaczyna być ta grozę czuć. Wykonanie miodzik, w tekście bez trudu można się zanurzyć. Stosunkowo szybko odkrywasz jednak wszystkie karty, a potem to już tylko jak lepsze staje się wrogiem dobrego. Sam pomysł bardzo mocno przypomina setting z Blad runner/Do androids dream… Dicka i w zasadzie wnosi niewiele nowego, koncentrując się jedynie na perspektywie kolejnych bohaterów. Tutaj trochę ratuje motyw z imionami i problemem przypomnienia sobie ich, dobitnie sugerując, że kolejne generacje jednak wyróżniają się czymś, nie zdając sobie jednocześnie sprawy z faktycznego stanu rzeczy.

Owszem, motyw drzwi jest ciekawie wykorzystany, ale to nadal trochę zbyt mało, zabrakło czegoś nowego, kroku dalej poza ograny temat. Chociaż jak na tekst na konkurs błyskawiczny, to zdecydowanie JEST dobrze. Podsumowując: 2P dla ciebie: Pozdrawiam i Polecam do biblioteki. Klasycznie, ale bardzo porządnie.

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Dzięki za komentarz i ocenę tekstu. Trochę, a nawet mocno, ograniczał mnie pierwszy rozdział (był samodzielną opowieścią konkursową). Chciałem go wykorzystać, a to rodzi konsekwencje narracyjne.

To nie miała być opowieść, odkrywająca coś nowego ze świata cyborgów… To miała być opowieść o ich życiu, jak się okazuje, wcale nie takim prostym.

Opowiadanie nadal mnie korciło, żeby je jednak rozbudować. I tak stało się: poszerzyłem, i to znacznie, ostatni rozdział. James VanCleef już nie jest samotny w swoim pięknym gabinecie… Ktoś go odwiedza, i to jest kilka osób. i wraca motyw z drugiego rozdziału. W tej rozbudowanej do końca wersji tekst wysłałem do pewnego e-zinu. Może się ukaże, a jeżeli tak, to w lipcu. Publikacja jest niewykluczona, ale oczywiście zależy od redakcji. 

Dzięki za nominację.

Pozdrówka.

Ciekawe, ale trochę zjada własny ogon.

 

Pierwsze rozdziały bardzo mi się podobały. Wiadomo, android, który nie wie, że jest androidem, to nic szczególnie nowego, ale opisałeś scenkę na tyle sprawnie i lekko, że czytałem ją z przyjemnością. Potem, kiedy dobry doktor również pożegnał się z tym łez padołem, doceniałem ironię, choć zaczęło mi się wkradać poczucie przegadania – a i ekspozycja mogłaby być podania nieco mniej bezpośrednio.

Kolejny fragment, z udziałem VanCleef mnie znużył. Raz, że to drugi raz to samo, co już przerobiliśmy, dwa, że mamy tu dużo ekspozycji, która niezbyt mnie porwała. Fakt, że bohater niemal bez przerwy napawa się swoja doskonałością również był irytujący – co samo w sobie nie stanowi wady, ale nie wiem, czy celowałeś w takie przerysowanie charakteru. Finałowy twist przewidywalny, ale nie przeszkadzało to zbytnio.

Nie pomaga fakt, że dość często potykałem się na interpunkcji czy dziwnie poskładanych zdaniach.

Podsumowując – w mojej opinii należało skończyć na egzekucji doktora. ;) Początek bardzo porządny, potem wkrada się nieco wody i radość z lektury maleje. Ale ostatecznie i tak oceniam na plus.

Dzięki za komentarz i ocenę tekstu.

Van Cleef po prostu jest pyszny i starałem się to pokazać. Fakt, straszliwie roztkliwia się nad samym sobą, ale ma do tego prawo, bo jest przeświadczony o swojej doskonałości. I chyba taki jest.

Niektórym komentatorem sposób narracji i budowa zdań bardzo się podobały i dali temu wyraz. Ale wszystko zależy od gustu czytelnika.

Moim zdaniem, interpunkcja jest w porządku.

Zakończyłem pracę nad ostatnim rozdziałem, bo nadal go, co prawda już kosmetycznie, poprawiałem. Teraz nie mogę ani go zamieścić w komentarzu, ani tym bardziej zmienić końcowy rozdział tekstu, ale zacytuję jedno zdanie: “Jednakże VanCleef pamiętał, że nikt nigdy nie sprawdzał, czy tak skonstruowane jestestwo przetrwa ulewę trafiających w nie kul, wystrzeliwanych z bliska. “

Ale, tak czy siak, jeżeli już będzie decyzja o publikacji “Białych drzwi” w e-zinie, albo, co wielce możliwe, o nieprzyjęciu opowiadania, wymienię ostatni rozdział na wersję poszerzoną. 

Zupełnie odmienna w tonacji opowieść tutaj → https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/27421

Może ocenisz?

Pozdrówka.

Podobało się: Koncepcja oniryczno-thrillerowo-horrorowa. Motyw tytułowy a także to, co z nim się wiązało. Hołd dla tego kto pytał, o czym śnią androidy. 

Nie podobało się: Klasyczna matrioszka – zdradza w zdradzie w zdradzie – jakkolwiek nie mogę temu odmówić logiki i konsekwencji. 

 

Gratuluję i pozdrawiam!

Dzięki za przeczytanie, komentarz i ocenę tekstu. Cóż, z tymi zdradami tak bywa, zarówno w świecie ludzi, jak i cyborgów oraz w świecie mieszanym, ludzi i cyborgów, jeżeli będzie istniał. Tak było, jest i pewnie nadal będzie.

Zakończyłem już prace nad poszerzeniem ostatniego rozdziału. Przybrał na objętości… Niebawem go pewnie zamieszczę, czyli zastąpią ostatni rozdział tym poszerzonym i naturalnie poinformuję o tej zmianie, jako że decyzja o ewentualnym zamieszczeniu “Białych drzwi” w pewnym e-zinie zapadnie w przyszłym tygodniu. Zobaczymy, co redakcja postanowi… Może decyzja będzie na tak, a może na nie. Ale w e-zinach to ja już się “napublikowałem”…

Pozdrówka.

Nowa Fantastyka