- Opowiadanie: Tregard - Anioł

Anioł

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Anioł

Zaczęło się, jak większość tego typu historii, niewinnie. Od zwykłej koperty, którą pewnego ranka przyniosła do mojego gabinetu gospodyni, pani Ela.

Pani Ela to posunięta w latach wdowa opiekująca się plebanią. Tamtego dnia wpadła przez otwarte na oścież drzwi gabinetu trzymając w pulchnej dłoni niewielki stosik korespondencji. Jej suknia w kwiatki powiewała wokół grubych łydek.

– Poczta – mruknęła tytułem wyjaśnienia. – Pewnie znów same rachunki.

Rzuciła stosik na biurko i wyszła. Ewidentnie była w złym humorze. Później się dowiedziałem, że chodziło o jej jedyną córkę, która zaszła w ciążę nie będąc mężatką, co było niewyobrażalną wprost okropnością w oczach mojej gospodyni. Na świecie zdarzają się o wiele gorsze rzeczy, niż nieślubne dziecko, o czym miałem się niebawem sam przekonać, lecz według tej kobiety starej daty, żadna z nich nie mogła się równać „niespodziance", jaką sprawiła jej rodzona córka. Pani Ela oszczędziła mnie tylko dlatego, że swój gniew wyładowała wcześniej na listonoszu. Gdyby nie on, nieszczęsny, to ja znalazłbym się w centrum uwagi. Na tym jednak zakończę wątek córki gospodyni i jej ciąży, gdyż nie należy to do mojej opowieści.

W każdym razie tego mroźnego, styczniowego poranka (to był wtorek, o ile pamiętam) na moim biurku, wraz z rachunkami za prąd i telefon, wylądowała jeszcze jedna koperta. Moja osobista puszka Pandory.

W środku znajdowała się tylko jedna kartka złożona na pół. Było to zaproszenie na zjazd absolwentów szkoły średniej. Co tu kryć, ucieszyłem się, że o mnie pamiętali.

Odchyliłem się w fotelu i pozwoliłem, aby zalała mnie fala wspomnień.

Mieszkałem wtedy we Wrocławiu. Do liceum poszedłem wbrew woli rodziców. Oni chcieli, abym skończył technikum, a mnie się marzyły studia humanistyczne.

– Co to za szkoła, która nie uczy zawodu – narzekał mój ojciec, elektryk, którego w wieku pięćdziesięciu pięciu lat zabił prąd, gdy naprawiał usterkę transformatora.

Koniec końców postawiłem na swoim i znalazłem się w klasie o profilu humanistycznym. Poznałem tam kilku niezwykłych ludzi, z którymi bardzo się przyjaźniłem. Przez kilka lat po maturze utrzymywaliśmy ze sobą kontakty, ale w końcu się urwały. Nigdy też nie spotkaliśmy się już całą paczką.

To były piękne czasy. I trochę szalone zarazem. Pamiętam, jak na pierwszej wycieczce klasowej Piotrek, Adam, Marek i ja poszliśmy grać w kosza w środku nocy. Byliśmy już po kilku piwach i udało nam się stłuc lampę nad drzwiami pensjonatu, w którym nocowaliśmy. Nasza czwórka stanowiła chyba najbardziej zgraną paczkę w klasie. Później dołączyły do nas jeszcze dziewczyny, Aneta i Beata.

Na wspomnieniach tych cudownych lat zeszła mi cała godzina. W końcu oderwałem się od przeszłości i chwyciłem za telefon. Dochodziło południe, za oknem prószył lekki śnieg. Padało już trzeci dzień. Delikatne płatki osiadały na gałęziach drzew, parapecie, drodze. Pomyślałem wtedy, jakie to wszystko piękne. Ta bezkresna biel, pod którą schowana była cała okolica.

Mój Boże, już chyba nigdy śnieg nie będzie mi się kojarzył z niczym miłym, ani pięknym.

Zadzwoniłem do biskupa i poprosiłem o dwa dni urlopu na czas zjazdu. Ten drugi zarezerwowałem sobie na odespanie klasowego spotkania, bo nie sądziłem, aby się wcześnie skończyło. Nie pomyliłem się.

Biskup zgodził się od razu. Być może i na niego zadziałała magia tamtego pięknego dnia, gdy cały świat wydawał się być spokojny i jak gdyby pogrążony we śnie.

Dwa tygodnie później wsiadłem w samochód i opuściłem moją małą parafię pod Krakowem wyruszając w drogę do Wrocławia. Śnieg znów padał. Było ślisko i niebezpiecznie. Pługi zapewne utknęły w zaspach albo zima znów zaskoczyła drogowców i jezdnię znaczyły jedynie wąskie koleiny wytłoczone w śniegu przez opony samochodów.

Na autostradzie warunki były lepsze. Kierowcy pługów i piaskarek odwalali dobrą robotę sprawiając, że jazda samochodem była lżejsza. Asfaltowa nić i poruszające się po niej pojazdy tonęły wśród bezkresnych połaci śniegu rozciągających się z każdej strony. Podróż minęła mi szybko i przyjemnie. Zapewne perspektywa rychłego ujrzenia przyjaciół miała w tym swój udział.

Do Wrocławia dotarłem na kilka godzin przed spotkaniem, postanowiłem więc zaraz po zameldowaniu się w hotelu zażyć gorącej i długiej kąpieli. W wannie spłynęło ze mnie całe zmęczenie jazdą i trema, jaką czułem na myśl o zobaczeniu się z ludźmi, z którymi dwadzieścia lat temu chodziłem do jednej klasy.

Kąpiel dobrze mi zrobiła. Przygotowując się do wyjścia czułem się świeży i odprężony. Spotkanie miało się odbyć w specjalnie na tę okazję zarezerwowanej, niezbyt odległej restauracji. Postanowiłem pójść pieszo. Wieczór był mroźny. Rześkie powietrze rozjaśniało umysł, a pod butami przyjemnie skrzypiał śnieg. Sklepowe witryny kusiły kolorowymi wystawami, na niektórych wciąż jeszcze stały ozdobione bombkami choinki, z innych do przechodniów machał Święty Mikołaj, a przecież Boże Narodzenie było prawie miesiąc temu.

Na parkingu tuż przed lokalem ujrzałem czerwonego forda mustanga, rocznik 67. Już wiedziałem, że przynajmniej jednemu z moich dawnych przyjaciół udało się spełnić swoje marzenie. Mogłem się założyć o każdą sumę, że kierowca tego samochodu kupił sobie do kompletu skórzaną kurtkę.

Stanąłem przed drzwiami i znów poczułem tremę. Serce zabiło szybciej, ścisnęło mnie w dołku i pomimo mrozu poczułem ciepło rozchodzące się w moim ciele. A potem otworzyłem drzwi i przywitała mnie fala gorąca i głośnej muzyki. Zdjąłem płaszcz, powiesiłem go na stojącym przy wejściu wieszaku i rozejrzałem się po sali.

Wokół panował półmrok rozjaśniany jedynie przez lampki stojące na stolikach i kinkiety wiszące na ścianach. Bez trudu rozpoznałem moich znajomych, pomimo upływu czasu. W rogu, nieopodal mnie stała Aneta, nasza klasowa piękność, która teraz wydawała się jeszcze piękniejsza. Otaczał ją wianuszek mężczyzn, a obok…

– Witek, to ty? – głos przyjaciela przerwał natłok myśli.

– Adam – powiedziałem odwracając się błyskawicznie. – Kopę lat.

Uściskom i powitaniom nie było końca.

– Aneta, wyglądasz pięknie, jak zawsze – rzuciłem w stronę wysokiej brunetki ciągnięty przez Adama w głąb sali.

– Beata, ty też się nie zmieniłaś.

– Och, tylko tak mówisz…

Cóż, rzeczywiście trudno było nie zauważyć, że przytyła niemiłosiernie. Była najlepszą przyjaciółką Anety. Nauczyciele nigdy nie pozwalali, aby siedziały w jednej ławce, bo przez całe lekcje prowadziły szeptane rozmowy.

Wreszcie Adam doprowadził mnie do stolika, przy którym siedział Piotrek.

– O rany, Witek, co ty księdzem jesteś? – przywitał mnie Piotrek. Z nim jednym straciłem kontakt tuż po maturze, całkowicie i nieodwołalnie. Później od Adama dowiedziałem się, że Piotrek wyjechał do Wielkiej Brytanii studiować międzynarodowe stosunki polityczne. Miał prawo nie wiedzieć, że noszę koloratkę i najwidoczniej nikt z obecnych go nie uprzedził. Zapomnieli albo chcieli, żeby sam zobaczył.

– Niezbadane są wyroki Boskie – odparłem z uśmiechem.

– Od dawna? O ile pamiętam zamierzałeś zostać architektem?

– I pewnie bym nim został, ale na drugim roku poczułem powołanie. Wyjechałem do Lublina i wstąpiłem do seminarium.

Jak dobrze było znów ich zobaczyć, rozmawiać i śmiać się razem z nimi.

– A ty Piotrek? Jak się tobie ułożyło?

– Dostałem fuchę w ambasadzie w Moskwie.

– W Moskwie? – zdziwiłem się niepomiernie. – Zawsze sądziłem, że Rosja to ostatnie miejsce, do którego wyjedziesz. Przecież ty nie cierpiałeś zimna!

– Rosjanki są całkiem gorące – odparł uśmiechając się szeroko.

Z naszej trójki jedynie Adam zrealizował swe młodzieńcze marzenie i to właśnie do niego należał czerwony ford mustang.

– Piszę scenariusze filmowe – oznajmił z nieukrywaną dumą. – Powiedziałbym ci, co napisałem ostatnio, ale lepiej, żebyś tego nie oglądał, Witek. Jeszcze mnie ekskomunikujesz..

– Za późno, już widziałem. Będziesz się za to smażył w piekle. A ekskomunikę może nałożyć tylko papież i niechybnie tak właśnie się stanie, gdy tylko film wejdzie na ekrany włoskich kin.

– Idę po piwo – powiedział Piotrek. Popatrzył na nas i zreflektował się. – To znaczy po trzy piwa.

– Co z Markiem? – zapytałem, gdy pracownik moskiewskiej ambasady oddalił się w stronę baru. – Nigdzie go nie widzę.

– Bo go nie ma – uciął Adam. – Nie przyjechał.

– Dlaczego?

– Nie mógł. Białaczka rozłożyła go na amen. Leży w szpitalu.

Pomyślałem o Marku, naszym ogólnie lubianym klasowym kujonie. Wiedziałem, że toczył beznadziejną walkę z chorobą, sam mi kiedyś o tym napisał. A teraz leży podłączony do kroplówki, umierający, a my się tu bawimy. Żal i poczucie winy zalały moje serce. Ale, jak już mówiłem, niezbadane są wyroki Boskie.

– Kazał cię pozdrowić – powiedział Adam i więcej nie rozmawialiśmy o Marku.

Boże, niemal już zapomniałem jak smakuje piwo i co się dzieje z człowiekiem następnego dnia.

Zabawa trwała do białego rana. Opowieściom i wspomnieniom nie było końca, tak jak to jest między ludźmi, których łączy ta szczególna nić przyjaźni, a którzy nie widzieli się od wieków. Pamiętam, że w pewnej chwili dosiadły się dziewczęta i jak za dawnych lat przetańczyliśmy z nimi pół nocy, mimo że Beatę trudno było teraz objąć w pasie. Zamiast Szóstki zebrała się Piątka, ale i tak bawiliśmy się setnie. Podejrzewam, że każde z nas myślami było przy Marku. Ja w każdym razie byłem i bardzo żałowałem, że nie mógł być tu z nami.

Do hotelu wróciłem odprowadzany leniwym spojrzeniem budzącego się dnia i spałem do południa. Długo odczuwałem skutki nieumiarkowania w piciu. Po lekkim śniadaniu, a właściwie obiedzie, wybrałem się na spacer po wrocławskim rynku. Na chodniku leżał śnieg pieszczony delikatnie promieniami słońca, a ja chodziłem wiekowymi uliczkami bez celu, nie mogąc zebrać myśli. Cały rynek wypełniony był wspomnieniami tych szczęśliwych, młodych lat, gdy świat oglądaliśmy przez różowe okulary ledwie przeczuwając prozę życia.

W drogę do domu, do mojej parafii, wybrałem się dopiero późnym popołudniem. Do tego czasu znów zaczął padać śnieg. Wirujące płatki połyskiwały niesamowicie w świetle reflektorów, gdy jechałem niemal pustą szosą. W pewnym momencie usłyszałem w radiu komunikat o karambolu na drodze przede mną. Nie jechałem autostradą. Nie potrafię powiedzieć dlaczego, lecz po prostu minąłem zjazd, decydując się na podróż drogą szybkiego ruchu. Zdążyłem z niej zjechać nim natrafiłem na korek i pomknąłem drogą prowadzącą wśród drzew mając nadzieję, że uda mi się dojechać do domu przed północą. Rano miałem odprawić pogrzeb i wolałbym być wypoczęty, żeby nie ziewać podczas mszy czy ceremonii na cmentarzu. Myśl o pogrzebie przywołała obraz Marka przykutego do szpitalnego łóżka. Postanowiłem, że gdy tylko będę miał wolną chwilę, odwiedzę go.

Nie zdążyłem.

Śnieg sypał coraz mocniej i wkrótce migocząca zasłona z bieli ograniczyła widoczność do kilku metrów, zmuszając mnie do coraz wolniejszej jazdy. Droga, którą teraz jechałem była wąska i prawie już niewidoczna pod warstwą białego puchu. Po obu jej stronach piętrzyły się ściany sosnowego lasu. Drzewa zdawały się pochylać konary w geście pozdrowienia, gdy przejeżdżałem pod nimi, jednocześnie zrzucając na szosę zalegające na nich ładunki śniegu. Wiatr wciąż przybierał na sile.

Wtem, w blasku reflektorów ujrzałem jakiś kształt. Wydawało się, że wybiegł z lasu wprost pod koła mojego samochodu. Nie miałem szans zareagować. Rozległ się huk, samochodem zarzuciło i dwie sekundy później znalazłem się w przydrożnym rowie. Wyskoczyłem z wozu i pobiegłem drogą sprawdzić co lub kogo potrąciłem i w jak ciężkim jest stanie. Nie zauważyłem nikogo ani w miejscu wypadku, ani w promieniu kilkunastu metrów, doszedłem więc do wniosku, że ofiarą było jakieś dzikie zwierzę, które mimo odniesionych ran uciekło do lasu. Gdyby to był człowiek, rozumowałem, skierowałby się w moją stronę, zamiast szukać schronienia między drzewami, o ile byłby przytomny i znalazł w sobie dość sił, jeśli zaś nie – dostrzegłbym go leżącego na zimnym, ośnieżonym asfalcie.

Wróciłem do samochodu. Przy wciąż włączonych światłach ujrzałem sporej wielkości wgniecenie w karoserii. Siedziałem w ciepłym jeszcze wnętrzu i zastanawiałem się nad swoim położeniem. Było nieciekawe. Samochód leżał w rowie i nie było mowy, abym go sam wyciągnął. Silnik zgasł i nie chciał już zapalić, więc i ogrzewanie nie działalo. Spacer do najbliższego miasta również mi się nie uśmiechał w taką pogodę. Poza tym nie wiedziałem jak daleko stąd do najbliższej miejscowości, a od zjazdu z autostrady nie napotkałem nawet jednej wsi. Zostać w aucie i czekać, aż ktoś się pojawi również nie mogłem. Silnik nie chciał zaskoczyć, ogrzewanie nie działało. Zamarzłbym do rana. Cóż mi pozostało? Jedynie powrót na szosę i jazda na „stopa" przynajmniej do najbliższego motelu, gdzie mógłbym przeczekać śnieżycę i zadzwonić po pomoc drogową. Do zjazdu miałem jakieś dziesięć, może piętnaście kilometrów marszu. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Nie było sensu dłużej zwlekać. Zmówiłem krótką modlitwę, zabrałem płaszcz z tylnego siedzenia i otworzyłem drzwi. Poczułem uderzenie wiatru, a przed oczami zatańczyły mi płatki śniegu. Mróz błyskawicznie pokonał barierę mojego płaszcza i już po chwili czułem się tak, jakbym stał nagi na szczycie góry. Otoczyła mnie ciemność, ale już wkrótce wzrok się do niej przyzwyczaił, tak, że byłem w stanie odróżnić pojedyncze pnie drzew i dokładnie widziałem biały pas drogi przed sobą.

Starałem się iść po śladach pozostawionych przez opony mojego samochodu. Wiatr na przemian to słabł, to znów przybierał na sile rzucając mi w oczy garści śniegu, więc spuściłem głowę wpatrując się w koleiny i własne buty.

Nie wiem, czy uszedłem kilometr, gdy do mych uszu dobiegł dźwięk. Nieco stłumiony przez śnieżycę, na tyle jednak wyraźny, że skojarzył mi się najpierw z żaglem łapiącym wiatr, a potem z łopotem skrzydeł. Spojrzałem w górę skąd, jak mi się wydawało, doszedł mnie ów niepokojący dźwięk, ale zobaczyłem tylko biało-czarną mozaikę złożoną z nocnego nieba i wirujących płatków śniegu. Poczułem się jak bohater opowiadania Lovecrafta, gdzie niewypowiedziana groza czyha na nieuważnego człowieka w każdym cieniu. Lęk ścisnął mi gardło. Nasłuchiwałem przez chwilę, lecz dźwięk się nie powtórzył, a ja doszedłem do wniosku, że się przesłyszałem. Ulżyło mi. Już miałem ruszyć dalej, gdy zauważyłem wyrwę w zwartej ścianie lasu. Mimo iż dzieliło mnie od niej ledwie kilka kroków, nigdy bym jej nie spostrzegł, gdybym się nie zatrzymał i nie rozejrzał w poszukiwaniu źródła dziwnego dźwięku, rzeczywistego bądź wyimaginowanego.

Ścieżka.

Podszedłem bliżej i okazało się, że rzeczywiście była to ścieżka. Rów biegnący wzdłuż szosy został w tym miejscu zasypany. Po obu stronach dróżki piętrzyły się zwały śniegu. Ktoś postarał się, aby była dostępna. Patrząc w głąb ścieżki, zauważyłem w oddali nikłe światło. A więc ktoś tu mieszkał! Nie namyślając się wiele, ruszyłem w głąb lasu. Miałem nadzieję, że mieszkańcy tego domu będą mieli telefon i pozwolą mi z niego skorzystać, a może i poczęstują filiżanką gorącej kawy. Cieszyłem się, że może jednak nie będę musiał zasuwać na pieszo aż do trasy szybkiego ruchu. Bóg czuwa nad swoimi owieczkami.

W lesie było ciemniej i ciszej niż na szosie. Ścieżka była wąska, z trudem mógłby się na niej zmieścić samochód. Drzewa po obu stronach dróżki rosły bardzo gęsto, ich konary zatrzymywały większość śniegu, więc biały puch ledwie musnął poszycie leśne i ścieżkę, którą podążałem. Wiatr również nie wiał tak mocno, jak na szosie. Rozglądając się na boki odnosiłem nieprzyjemne wrażenie, jakbym szedł po niewidocznej wstędze, za której krawędziami rozpościera się bezdenna otchłań, a nie las.

Światło zbliżało się coraz bardziej, aż w końcu ścieżka skończyła się, a ja stanąłem na skraju sporej polany. Śnieg przestał padać i w blasku wschodzącego księżyca, który ukazał się na chwilę w wyrwie w pokrywie chmur, ujrzałem dom. Był piętrowy i wyglądał na dobrze utrzymany. Z komina wydobywała się smużka dymu kusząc obietnicą ciepłego i przytulnego wnętrza. Światło sączyło się tylko z jednego okna na parterze.

Gdy zbliżyłem się do drzwi, usłyszałem muzykę. Ktoś grał na fortepianie lub pianinie. Jako że nigdy nie interesowałem się muzyką klasyczną, nie miałem pojęcia co to za utwór. Wspiąłem się po trzech schodkach prowadzących do drzwi i nacisnąłem dzwonek. Muzyka momentalnie ucichła, lecz przez dłuższy czas nikt nie otwierał. W końcu, gdy zniecierpliwiony oczekiwaniem i przenikającym mnie do szpiku kości zimnem miałem zadzwonić ponownie, usłyszałem szczęk zamka i drzwi się otworzyły, a właściwie jedynie uchyliły. Przez szparę wąską na długość łańcucha, który wciąż przytrzymywał drzwi, widziałem jedynie zarys twarzy.

– Tak? – rzucił mierząc mnie spojrzeniem. Poczułem się nieswojo. Ton głosu mężczyzny wskazywał, iż zostałem zakwalifikowany jako potencjalne zagrożenie jego majątku, zdrowia, a może i życia.

– Przepraszam, że nachodzę pana o tej porze – zacząłem – ale niedaleko stąd miałem wypadek. Zauważyłem światło i pomyślałem…

– Jest pan księdzem? – przerwał mężczyzna spoglądając na moją koloratkę. Nie wiem, czy mi się wydawało, czy staruszkowi rzeczywiście ulżyło, gdy przytaknąłem.

– Jak już mówiłem, miałem tu niedaleko wypadek i pomyślałem, że może będę mógł skorzystać z pańskiego telefonu.

Właściciel domu przyglądał mi się bez słowa, jakby się nad czymś zastanawiał, a ja ponownie poczułem na plecach mroźne uderzenie wiatru. Śnieżyca wcale się nie skończyła, jedynie zrobiła sobie krótką przerwę, aby ponownie zaatakować z tym większą siłą. Znów wydawało mi się, że usłyszałem coś jakby łopot skrzydeł dużego ptaka. Ciarki przebiegły mi po plecach.

Mężczyzna ocknął się z zamyślenia.

– Przez tą pogodę telefon nie działa, pewnie gdzieś się zerwała linia – powiedział. – Ale mogę księdza poczęstować kawą.

Staruszek czytał w moich myślach. Wyjął skobel z prowadnicy, otworzył drzwi na oścież i wpuścił mnie do środka. Miał już swoje lata, ale spojrzenie nieco wyblakłych, błękitnych oczu wciąż było bystre. Jego włosy, wciąż dosyć gęste, były niemal białe podobnie jak wąska i krótko przystrzyżona broda. Pociągła twarz poorana była siecią głębokich zmarszczek.

Pomógł mi zdjąć płaszcz i powiesił go na wieszaku. Potem znów założył skobel i ruszył wąskim, jasno oświetlonym korytarzem w głąb domu. Podążyłem za nim, mijając przy tym schody prowadzące na piętro.

Gospodarz domu zaprowadził mnie wprost do kuchni.

– Proszę, niech ksiądz spocznie – rzekł nastawiając wodę. – Straszna pogoda.

Nagle odwrócił się do mnie z nikłym uśmiechem i wyciągniętą dłonią.

– Gdzie moje maniery. Bogdan Nowicki.

– Witold Doniewicz – przedstawiłem się wstając z krzesła, na którym zdążyłem usiąść. Uścisnąłem kruchą dłoń. – Właściwie to ja powinienem się przedstawić pierwszy.

– Nieważne – gospodarz machnął ręką, a potem dodał: – A więc ojcze Witoldzie…

Tym razem ja mu przerwałem.

– Proszę, wystarczy Witek.

Nie znosiłem, gdy ktoś mówił do mnie Witold. Oduczyłem tego wszystkich parafian. Zwracali się do mnie „proszę księdza" lub „ojcze Witku".

– A więc ojcze Witku – podjął pan Bogdan. Zawahał się przetrawiając w myślach ten zwrot. – Co się właściwie stało?

W kuchni było ciepło, gorąco wręcz, a kawa smakowała wyśmienicie. Wszystko to sprawiło, że się odprężyłem i z chęcią opowiedziałem o zjeździe absolwentów oraz o tym jak komunikat radiowy skłonił mnie do zmiany trasy powrotu. Gdy wspomniałem o wypadku, pan Bogdan wyraźnie się zasępił.

– Zapewne sarna – rzekł. – Biedne zwierzę, pewnie dogorywa teraz gdzieś w lesie.

Popijając kawę mówiłem o moim pomyśle dotarcia do głównej drogi i o dostrzeżonej ścieżce, która zaprowadziła mnie do tego domu. Ani słowem jednak nie zająknąłem się o dźwięku, dzięki któremu w ogóle zauważyłem dróżkę ukrytą między drzewami. W jasnym, ciepłym wnętrzu domu wszystkie moje strachy wydawały się niedorzeczne. Doszedłem do wniosku, że te dziwne dźwięki były wytworami mojej wyobraźni i nie chciałem robić z siebie głupca.

– Wygląda na to, że będzie musiał ojciec zostać u mnie na noc. Pogoda teraz taka, że nawet psa się nie wyrzuca, a co dopiero księdza – powiedział pan Bogdan, gdy skończyłem. Rozśmieszyło mnie to porównanie. Po chwili do mojego śmiechu dołączył rechot gospodarza.

– Przejdźmy może do pokoju – zaproponował staruszek. – Znajdzie się tam jakiś mocniejszy trunek na rozgrzewkę.

To rzekłszy wyszedł z kuchni, a ja znów ruszyłem za nim, odruchowo gasząc światło. Pan Bogdan zaprowadził mnie do przestronnego pokoju znajdującego się na końcu korytarza, w którym centralne miejsce zajmował czarny fortepian. To właśnie światła tego pomieszczenia dostrzegłem stojąc u wylotu ścieżki.

– Należał do mojej matki – powiedział pan Bogdan widząc, że z zainteresowaniem przyglądam się instrumentowi. – Potrafiła pięknie na nim grać.

Podszedł do barku i wyjął z niej butelkę koniaku i dwa kieliszki.

– Słyszałem, jak pan gra – odparłem. – Nie jestem melomanem, ale bardzo mi się podobało.

– Mój talent to tylko ułamek tego, co potrafiła moja matka. Co wieczór wydobywała z niego niesamowite melodie, muzyczne odpowiedniki Baśni tysiąca i jednej nocy. Niestety, zmarła zanim zdążyła nauczyć mnie porządnej gry, a ja na długie lata straciłem zapał do muzyki.

– Przykro mi z powodu pana matki – powiedziałem biorąc kieliszek z ręki pana Bogdana i siadając na wskazanej przez niego obszernej skórzanej sofie.

– Dawne dzieje. Nie ma o czym mówić.

– Co pan grał, nim popsułem panu wieczór? – zapytałem lekkim tonem, aby rozproszyć zaległą ciszę i wyrwać gospodarza z objęć gorzkich wspomnień.

– Jeden z koncertów Beethovena – rozpromienił się staruszek. – Chce ksiądz posłuchać?

Z chęcią przystałem na tę propozycję. Pan Bogdan odłożył kieliszek na stół i usiadł przy fortepianie.

W tym właśnie momencie, wraz z pierwszymi dźwiękami fortepianu, zaczął się mój koszmar.

Słuchając muzyki rozglądałem się po pokoju. Był naprawdę duży i gustownie urządzony. Przy wejściu, po prawej stronie stała kanapa, na której siedziałem. Przed nią znajdował się niski stolik ze szklanym blatem, a po jego drugiej stronie dwa czarne, podobnie jak sofa, obite skórą fotele. Wzdłuż ścian ustawiono wysokie regały z jasnego drewna, których półki prawie w całości zajęte były przez książki i albumy. W jednym z regałów ze szklanymi drzwiczkami stały kieliszki oraz komplet porcelanowych filiżanek wraz z podstawkami i dzbankiem. Poniżej zainstalowano całkiem dobrze zaopatrzony barek. Podłogę zaścielał ogromny, puszysty dywan. Na wprost mnie, za fotelami, znajdował się fortepian, a za nim czarna plama okna, nie przysłoniętego firanką. Całe wnętrze pokoju było jasno oświetlone.

Wstałem i z kieliszkiem w ręku podszedłem do okna. Światło padające z sufitowej lampy nie pozwalało mi dostrzec prawie niczego poza moim własnym odbiciem w szybie. Przysunąłem twarz bliżej i osłoniłem wolną dłonią oczy. Teraz byłem w stanie dostrzec więcej.

Za oknem rozpościerała się wolna przestrzeń, leśna polana ze wszystkich stron otoczona wysokimi drzewami. Niemal na wprost okna widziałem ścieżkę, którą tu przyszedłem. Wciąż prószył śnieg, białe płatki wyczyniały dzikie piruety w powietrzu. Śnieżyca co chwilę zmieniała kierunek i siłę z jaką uderzała w ciemny las i stojący po środku tej polany dom. Zupełnie, jakby wiatr się bawił.

Wtem ogarnął mnie chłód, straszliwe zimno przeniknęło mnie do szpiku kości. Zadrżałem. Odsunąłem się od okna, ale zdążyłem jeszcze zauważyć jakiś ruch i nagle w oknie pojawiła się twarz. Krzyknąłem przerażony, kieliszek koniaku wyleciał mi z dłoni roztrzaskując się na podłodze i rozlewając zawartość na piękny, puszysty dywan. Muzyka ucichła, jakby ucięta nożem. Twarz zniknęła, ale ja wciąż byłem przerażony. Mógłbym przysiąc, iż ta twarz przyglądała mi się z zainteresowaniem, pomimo tego, że nie miała oczu.

Nie miała oczu, na Boga wszechmogącego! Każdy człowiek czuje niepokój, gdy w jego kierunku zwracają się oczy ukryte za okularami przeciwsłonecznymi. Ten podświadomy lęk wykorzystywany jest przez policjantów czy ochroniarzy. Teraz wyobraźcie sobie, że taki policjant czy ochroniarz zdejmuje swoje ciemne okulary i okazuje się, że w miejscu, w którym powinny być oczy nie ma nic, nawet oczodołów. Jedynie skóra. Trudno mi o tym spokojnie pisać, ale mam nadzieję, że przelanie na papier tamtych wydarzeń i towarzyszących im emocji przyniesie ulgę mojej duszy.

Odwróciłem się tyłem do okna, trzęsąc się jak osika. Pan Bogdan wciąż siedział przy fortepianie patrząc na mnie pustym wzrokiem. Po chwili ocknął się, tak jak wtedy, gdy stał w progu zastanawiając się, czy mnie wpuścić, i ruszył do kuchni po ścierkę. Nie zapytał co się stało, dlaczego wyglądam jakbym zobaczył ducha. Pierwszym, o czym pomyślał była wilgotna szmatka i plama na dywanie.

Dopiero wpadając z powrotem do pokoju ze ścierką powiewającą w jego pokrytej starczymi plamami dłoni rzucił:

– Nic się księdzu nie stało?

Przejmujący chłód zaczął ustępować i zdołałem dojść do jednego z foteli. Zapadłem się w nim i zamknąłem oczy.

– W porządku – odparłem. – Wydawało mi, że widziałem coś za oknem…

Mój umysł nie chciał przyjąć do wiadomości tego, co przekazały mu oczy. Było to zbyt straszne i zbyt niewiarygodne dla mnie, a przecież byłem księdzem. Wszystko, co robię wynika z wiary.

Zacząłem się uspokajać. Gospodarz sprzątnął z podłogi rozbity kieliszek i podał mi nowy nalewając do niego koniaku.

– Niech ksiądz wypije. To dobrze księdzu zrobi – powiedział siadając w drugim fotelu i również nalewając sobie złocistego alkoholu. – Niech ojciec opowie co go tak wystraszyło.

W tym momencie stało się dla mnie jasne, że staruszek dobrze wiedział, co widziałem. Zachowywał się nienaturalnie. Nie był chyba też specjalnie zaskoczony, choć starał się sprawiać takie wrażenie. Pomyślałem o jego pierwszej reakcji, o tej nieszczęsnej ścierce i to utwierdziło mnie w moim przekonaniu. Wiedział. Inaczej byłby zdezorientowany i najpierw zapytał co się stało, a dopiero później zajął się sprzątaniem bałaganu, który narobiłem. Zastanawiałem się, co mu odpowiedzieć.

– Przepraszam – zacząłem. – Coś dużego uderzyło w szybę i wystraszyłem się. Jakiś zbłąkany nocny ptak zapewne.

Nic lepszego nie przyszło mi do głowy, ale staruszek wydawał się usatysfakcjonowany moją odpowiedzią. Wyraźnie się odprężył.

– Może sowa – powiedział. – Czasami pokazują się w okolicy.

Pan Bogdan zapewne uznał mnie wtedy za miastowego durnia, który nigdy nie widział lasu ani sowy z bliska, ale ja nie miałem nic przeciwko temu. Nagle ten dom przestał mi się podobać. Tak samo, jak jego jedyny mieszkaniec.

– Chętnie bym się już położył, jeśli nie ma pan nic przeciwko. To był dla mnie długi i męczący dzień.

– Ależ oczywiście – pan Bogdan zerwał się z fotela. – Proszę za mną.

Gospodarz poprowadził mnie na piętro po skrzypiących schodach. Nie spodziewałem się, że będę nocował w jakimś obcym domu, wszystkie moje bagaże zostały w samochodzie. Nie miałem przy sobie nawet szczoteczki do zębów. Wylałem swoje żale przed panem Bogdanem, a ten zniknął na chwilę w jednym z ciemnych pokoi i wrócił z ogromnym ręcznikiem oraz nie rozpakowaną szczoteczką. Następnie otworzył kolejne drzwi, zapalił w pomieszczeniu światło i gestem zaprosił mnie do środka.

– Zaraz przyniosę pościel – powiedział staruszek i wyszedł, a ja rozejrzałem się po moim apartamencie.

W pokoju znajdowało się łóżko pod spadzistym dachem, stolik, krzesło i wąskie okno. Nic specjalnego, ale cieszyłem się, że mogę tu przeczekać śnieżycę, mimo przerażenia, jakie czułem jeszcze chwilę wcześniej, a które w niepojęty sposób tak szybko zbladło.

Jezu, dlaczego w ogóle zostałem w tym domu?

Wrócił gospodarz niosąc puchową pierzynę, poduszkę i prześcieradło nieco zalatujące stęchlizną. Dawno nie używane. Wspólnie zaścieliliśmy łóżko.

– Jeszcze coś – powiedział pan Bogdan na odchodnym. – Cokolwiek się stanie, proszę nie schodzić w nocy na dół. Dopóki jest pan w domu, jest pan bezpieczny, ale po co kusić los? Łazienka jest na końcu korytarza. Dobranoc.

Nie schodzić na dół… W domu jest pan bezpieczny… Wspomnienie przerażającej, bezokiej twarzy uderzyło mnie niczym młot kowalski. Powinienem wtedy wybiec z domu i uciekać ile sił w nogach nie zważając na pogodę ani na nic innego. Ale nie mogłem. Po prostu, tak samo jak wtedy, gdy powiedziałem, że chciałbym się położyć, choć powinienem powiedzieć „chciałbym już stąd wyjść". Słowo „ucieczka" zabrzmiało w moim umyśle obco, irracjonalnie, było zlepkiem przypadkowych sylab pozbawionych znaczenia. Co to była „ucieczka"? Skąd? Z tego nawiedzonego domu? W NOCY? Poza tym w domu jestem bezpieczny, prawda?

Podszedłem do okna. Za nim rozpościerała się biała kurtyna, przez którą nie można było dostrzec niczego, nawet najbliższych drzew. Śnieżyca znów nabrała mocy, o wiele większej tym razem. Chęć pozostania w tym ciepłym, przytulnym, opętanym wnętrzu wzrosła we mnie stukrotnie. Tamtej nocy byłem bezsilny i bezbronny niczym niemowlę.

Nie zamierzałem spać. Wydawało mi się, że jestem zbyt przerażony, aby zasnąć, usiadłem więc na skraju łóżka przy zapalonym świetle zastanawiając się, jak przedtem w samochodzie, nad swoją sytuacją. Miałem mętlik w głowie. Zacząłem już uważać pana Bogdana za nieszkodliwego wariata. Im dłużej myślałem o twarzy, którą ujrzałem w oknie, tym bardziej wydawała mi się nierealna, nierzeczywista. W końcu została zdegradowana do stopnia złudzenia optycznego i odsunięta na dalszy tor. Nie potrafię wyjaśnić tego zjawiska. Pamiętam, co widziałem, pamiętam co czułem, ale mój umysł został zdominowany przez inną myśl.

A może to nie była myśl? Może to coś, co widziałem przejęło kontrolę nad moim umysłem i wmówiło mi, że tak naprawdę widziałem w szybie jedynie własne odbicie, a potem w szybę uderzyła sowa?

Dziś wydaje mi się, że tak właśnie mogło być. Jestem prawie pewien, że tak właśnie było. Właściciel bezokiej twarzy najpierw zatrzymał mnie w domu, potem zaczął systematycznie wymazywać, czy może raczej zacierać wrażenia wywołane jego widokiem, aż w świetle dnia uznałbym to wszystko za halucynację. Wtedy nie mógłbym stanowić dla niego zagrożenia.

Przecież to tylko ptak uderzył w okno. Tylko ptak…

Obudziły mnie dźwięki fortepianu. Światło wciąż było zapalone, a ja leżałem w ubraniu na tapczanie obok nie rozpakowanej szczoteczki do zębów.

Trudno nazwać to, co słyszałem muzyką. Brzmiało to tak, jakby po klawiszach biegał tam i z powrotem kot z pełnym pęcherzem. A jednak był tam jakiś schemat, jakiś ledwo uchwytny wzór. Wśród tej dzikiej kakofonii pozornie przypadkowych dźwięków rozpoznałem koncert Beethovena, którego słuchałem kilka godzin wcześniej. Po chwili wrażenie uległo zmianie. Może to mój umysł dostroił się do fal dźwiękowych płynących z parteru, a może muzyk zaczął grać inaczej. Nie wiem. W każdym razie wzór ukryty w melodii stał się dla mnie nieco bardziej wyraźny. Muzyka przypominała teraz obraz w rodzaju tych, gdzie, w zależności od tego na jakie szczegóły zwracamy uwagę, raz widzimy polankę w lesie, przez którą przepływa wartki strumień, a raz ludzkie twarze.

To, co jeszcze przed momentem brałem za kocią muzykę, wcale nią nie było. Wręcz przeciwnie. Sposób, w jaki te dwie tak odmienne melodie zostały połączone w jedną, w mojej opinii świadczy o wysokim kunszcie i talencie muzyka.

Mówi się, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Nie wiem ile kryje się prawdy w tym stwierdzeniu, wiem natomiast, że dla mnie o wiele lepiej byłoby tej nocy nie opuszczać pokoju. Pan Bogdan ostrzegał mnie przed tym, lecz co takiego mogło mi grozić w tym starym, pustym domu w środku lasu, że nie wolno mi było wyjść nawet za próg? Straszne wspomnienia wieczoru zbladły w mojej głowie, a muzyka kusiła. Kusiła swą nieokreślonością, wieloznacznością, przyprawiała o dreszcze. Tak więc powodowany ciekawością otworzyłem drzwi mojej tymczasowej sypialni. Pragnąłem na własne oczy przekonać się, czy to rzeczywiście gospodarz tego domu gra tak pięknie, a zarazem przerażająco.

Korytarz był ciemny. Jedynym źródłem światła był nikły blask dochodzący z parteru i rozlewający się łuną ponad schodami. Gdy podszedłem bliżej zauważyłem, że światło nie mogło pochodzić z żarówki ani świecy. Było lekko zabarwione zielenią.

Stanąłem na ostatnim stopniu. Schody zakręcały w prawo, nie mogłem więc dojrzeć parteru. Seledynowe światło rozlewało się po ścianach. Zszedłem na dół.

Tutaj, w przedpokoju, zieleń tańcząca na ścianach była bardziej intensywna, a muzyka głośniejsza. Zmierzałem powoli w stronę salonu. Dzikie akordy odbijały się echem w mojej głowie, a zielone światło niemal oślepiało. W końcu stanąłem w progu pokoju. I po raz pierwszy ujrzałem anioła w pełnej krasie.

Był tam. Wysoki, dobrze zbudowany. Na swój straszny sposób piękny. Pan Bogdan, siedzący przy fortepianie, zdawał się w ogóle nie zwracać uwagi na unoszącą się na środku pokoju postać. Oczy miał zamknięte, głowę opuszczoną. Jego palce lekko muskały klawisze instrumentu. Anioł był zwrócony bokiem do mnie, dlatego nie od razu mnie spostrzegł. Wisiał w powietrzu. Piękne, srebrzyste skrzydła miał odchylone lekko do tyłu. Jego ciało promieniowało zielonym światłem. Całą uwagę skupił na staruszku wygrywającym piekielną melodię.

Odstąpiłem o krok. Stopa zsunęła mi się z progu, straciłem równowagę. Deska zaprotestowała skrzypnięciem, a ja z jękiem złapałem framugę drzwi. Anioł błyskawicznie odwrócił się w moją stronę. Pan Bogdan przestał grać i spojrzał na mnie wytrzeszczonymi oczami.

Nie mogłem oderwać wzroku od lewitującej postaci. Anioł był całkowicie nagi, muskulaturą przypominał mężczyznę, ale nie sposób było określić jego płci. W miejscu genitaliów znajdowała się gładka skóra. Twarz pozbawiona była oczu.

W tym jednym momencie wszystko do mnie wróciło. Łopot skrzydeł, który słyszałem na zaśnieżonej drodze i potem, gdy stałem przed domem. Bezoka twarz widziana w oknie, kiedy słuchałem koncertu Beethovena. Zacieranie się tych wrażeń, złożenie ich na karb omamów słuchowych i wzrokowych, bo przecież to był ptak, TO BYŁ TYLKO PTAK!

To był anioł. Manipulował moim umysłem chcąc mnie przekonać, że to co widziałem było tylko wytworem moich własnych urojeń. Udałoby mu się, gdyby nie obudziła mnie muzyka, a ja nie poddałbym się ciekawości.

Anioł nie chciał, abym o nim wiedział, nie wtedy, czas jeszcze nie nadszedł.

Potwór. Tak piękny, jakby go stworzył artysta, ale jednak potwór. Ryknął potężnie, a jego zielone światło na chwilę przygasło. Przez mgnienie oka widziałem rzędy ostrych, spiczastych zębów. Anioł nie chciał się jeszcze przede mną ujawniać, ale skoro nie mógł temu zapobiec, postanowił mnie zabić. Machnął skrzydłami. Raz. Zalśniły jak żywe srebro. W tak małym pomieszczeniu były jednak bezużyteczne, toteż złożył je znów do tyłu. Ruszył w moją stronę unosząc się kilkanaście centymetrów nad podłogą. Lewitując nie mógł osiągnąć tak dużej prędkości, jaką bez wątpienia rozwijał w przestworzach, lecz mimo to potrzebował zaledwie chwili, aby mnie dopaść. A ja stałem w progu jak zahipnotyzowany i wciąż trzymając się framugi, patrzyłem na zbliżającą się do mnie śmierć.

Nagle znów wybuchła muzyka. Anioł szarpnął się do tyłu, jakby był uwiązany na jakiejś niewidzialnej smyczy. Zawisł nieruchomo o dwa kroki ode mnie i ryknął wściekle. Pan Bogdan grał, ale grał fałszywie, bezładnie i bardzo szybko.

– Na górę! – wrzasnął. – Już!

Odzyskałem władzę w nogach. Dopadłem schodów i po chwili, przeskakując po dwa stopnie na raz, znalazłem się w moim pokoju. Zatrzasnąłem drzwi i osunąłem się na łóżko. W ostatnim przebłysku świadomości zarejestrowałem jeszcze panującą wokół ciszę. Absolutny brak jakichkolwiek dźwięków. Nikt nie grał na fortepianie.

Poczułem czyjąś dłoń na ramieniu i krzyknąłem. Poderwałem się na łóżku uderzając głową w spadzisty sufit. Dopiero wtedy ujrzałem nad sobą twarz gospodarza i uspokoiłem się. Staruszek wyglądał na bardzo zmęczonego, wyczerpanego wręcz, zakłopotanego i przestraszonego jednocześnie. Było jasno. Przez okno wpadały promienie słońca zwiastując nowy, piękny dzień.

– Zdaje się, że musimy porozmawiać. Zaparzę kawę – powiedział pan Bogdan i wyszedł pozostawiając mnie oszołomionego na łóżku. Przypomniałem sobie muzykę i swoją wędrówkę na dół. Powróciło przerażenie. Zacząłem dygotać.

Po chwili udało mi się jako tako zebrać do kupy, więc wstałem i poszedłem do łazienki. Obmyłem zimną wodą twarz i spojrzałem w lustro. Mało brakowało, a przestraszyłbym się własnego odbicia. Podkrążone oczy, ziemista cera, szopa skołtunionych włosów na głowie. Doprowadziłem się do względnego porządku i poczłapałem do kuchni.

Panował w niej spory bałagan. Wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, byłem wdzięczny za gościnę i ciepło, które staruszek podarował mi poprzedniego wieczoru. W zlewie znajdowało się kilka brudnych talerzy. Na starej, gazowej kuchence stały garnki wokół zaschniętych śladów tego, co kiedyś z nich wykipiało. Pod oknem stały puste butelki po wodzie mineralnej, a obok nich gąsiorek wina domowej roboty. Zauważyłem też dwa pudełka zapałek na półce nad zlewem, zagraconej długopisami, rachunkami i innymi szpargałami.

Pan Bogdan siedział przy stole wpatrując się w parujący kubek kawy. Nie zwrócił na mnie uwagi, dopóki nie usiadłem naprzeciwko niego. Drżącymi dłońmi objąłem swój kubek.

– Co to było? – szepnąłem i zaraz dodałem: – Co się ze mną stało?

– Na które pytanie mam odpowiedzieć najpierw? – pan Bogdan podniósł na mnie wzrok i uśmiechnął się smutno. – Zemdlał ksiądz w pokoju. Ocuciłem księdza, a ksiądz natychmiast zapadł w głęboki, ale niespokojny sen. Długo się ojciec rzucał na łóżku. Jeśli chodzi o pierwsze pytanie – to był anioł.

Powiedział to z takim spokojem, jakby objaśniał dziecku najoczywistszą pod słońcem rzecz.

– Anioł – powtórzyłem.

– Anioł. Nazwałem je tak, ponieważ przypominają wyglądem anioły.

– Je? Jest ich więcej?

– Niech ksiądz pójdzie ze mną – rzekł pan Bogdan i wstał.

Wyszliśmy do przedpokoju. Naprzeciwko schodów prowadzących na piętro znajdowały się drzwi. Gospodarz wyjął z kieszeni klucz i przekręcił zamek. Zobaczyłem strome schody prowadzące w ciemność. Staruszek odnalazł przełącznik i włączył światło, po czym zszedł do piwnicy, a ja za nim.

Naga żarówka oświetliła kilka, osiem, może dziewięć, nagich postaci zwisających głowami w dół z belki umieszczonej pod sufitem. Ich nogi skrępowane były grubym kablem, ramiona i srebrne skrzydła zostały przywiązane stalową liną do tułowia. Piękne twarze okalały długie, kręcone blond włosy. Piękne twarze bez oczu.

– Boże Wszechmogący – jęknąłem.

– Anioły – powtórzył staruszek. – Są piękne, lecz nie są Jego wysłannikami. Ich piękno jest złudne, powierzchowne. W istocie są to okrutne demony. Wiele nocy dręczyły mnie koszmarami, w których ukazywały mi swoje uczynki.

Chciałem podejść bliżej, dotknąć któregoś z nich, przekonać się, czy są rzeczywiste, lecz gdy tylko zrobiłem pierwszy krok w ich stronę, pan Bogdan chwycił mnie za ramię. Spojrzałem na niego, ale on pokręcił tylko głową. Zrozumiałem. Są związani, ale wciąż groźni. Po co kusić los?

Wyszliśmy z piwnicy i ponownie usiedli przy stole w kuchni. Za oknem śnieg skrzył się w słońcu, jakby ktoś rozsypał worek diamentów. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Potem pan Bogdan zaczął mówić, popijając małymi łyczkami mocną kawę.

– Nie potrafię księdzu wyjaśnić czym są anioły – zaczął – ani skąd przyszły, bo nie wiem. Wiem za to co robią. Pożywiają się. Są ciągle głodne. A wie ksiądz co w tym wszystkim jest najlepsze? Nikt o tym nie wie!

Zaśmiał się. Krótki, skrzekliwy rechot człowieka będącego na skraju załamania nerwowego… lub szaleńca.

– Nikt o tym nie wie, bo nikt nie pamięta! O ofiarach aniołów ludzie zapominają. Wszyscy, którzy kiedykolwiek ich znali. Ci, którzy stali się posiłkiem dla aniołów zostają wymazani z pamięci.

Wymazani z pamięci. Przypomniałem sobie uczucie towarzyszące mi poprzedniego dnia nim ujrzałem anioła.

– Nie ma ich wiele – kontynuował staruszek. – Ginie dwóch, może trzech w miesiącu w różnych częściach kraju. Zapyta ksiądz skąd to wszystko wiem? Mówią mi. Pokazują. Zawsze musi być ktoś, kto pamięta. Ja, a wcześniej moja matka. Coś księdzu pokażę.

Wyszedł. Przyszła moja kolej na gapienie się w kubek z kawą. Nie pojmowałem tego. Wierzyłem, jakżeby inaczej, ale nie pojmowałem. Po raz pierwszy spotkałem się z dziełem Szatana, choć jako ksiądz często miałem do czynienia z ludźmi, którzy ulegali jego podszeptom. Nigdy jednak nie sądziłem, że doświadczę fizycznie jego istnienia, tak jak nigdy nie oczekiwałem od Boga czynienia cudów.

I nagle wiedziałem już po co tu jestem, a przynajmniej tak mi się wydawało. Miałem być narzędziem w rękach Boga, On zamierzał interweniować przeze mnie. Problem w tym, że ja nie jestem egzorcystą.

Moje rozważania przerwał powrót pana Bogdana. Pod pachą niósł jakąś grubą księgę. Stanął obok mnie i położył wolumin na blacie. Zaczął szybko przewracać kartki. To był rodzinny album ze zdjęciami.

– Miałem kiedyś psa – powiedział gospodarz. – Musiałem mieć, ale tego nie pamiętam. O tu, proszę spojrzeć.

Chudy, kościsty palec stuknął w błyszczące zdjęcie. Przedstawiało małego chłopca kucającego i obejmującego za szyję owczarka niemieckiego. Pies miał wywalony ozór i wyglądał jakby się uśmiechał do obiektywu. Chłopiec też się uśmiechał. Były też inne zdjęcia. Na jednym z nich owczarek był dopiero małą kulką puchu w dłoniach chłopca, którego rozszerzone oczy wyrażały najczystszy podziw i radość. Były to te same oczy, które przyglądały mi się badawczo z drugiej strony stołu. Po policzku starca płynęła samotna łza.

– Miałem kiedyś psa, którego na pewno bardzo kochałem, choć wcale tego nie pamiętam. Pamiętam za to rzeczy, których nigdy nie chciałem pamiętać. Jestem przechowalnią wspomnień o ludziach, którzy zginęli z rąk tych aniołów. Widzę ich okrutne śmierci. Widzę, pamiętam moment, w którym przestają istnieć dla świata.

Zastanawiałem się, czy można być świadkiem takich okrucieństw i nie zwariować? A na głos spytałem:

– Dlaczego tak pana dręczą?

– Moja matka je tu sprowadziła. Przypadkiem. Mówiłem, że potrafiła wspaniale grać na fortepianie. Któregoś dnia, zwabione muzyką, przybyły anioły. Dopiero niedawno odkryłem co wtedy grała moja matka i jak to grała, ale nie powiem księdzu. Nikt nie powinien tego wiedzieć, a tym bardziej próbować zagrać. Moja matka była pierwszą przechowalnią wspomnień. Oszalała.

– Dlaczego pan nie oszalał?

– Nie mam pojęcia. Myślę, że po części to ich zasługa. Jestem im potrzebny.

– Do czego?

– Aby pamiętać, mówiłem przecież. Ktoś zawsze musi pamiętać. Dlatego jeszcze żyję. Poza tym muzyka jest ich słabością. Ta melodia, którą ksiądz w nocy słyszał… Niedawno nauczyłem się ją grać. Anioły przybywają zawsze, gdy ją słyszą. Dzięki subtelnym różnicom w linii melodycznej mogłem sprawić, że będą pojawiały się pojedynczo. Byłem w stanie przywołać tamte anioły, unieruchomić, a w końcu uwięzić je za pomocą owych dźwięków. Udało mi się ze wszystkimi, oprócz ostatniego. Gdyby nie ksiądz…

Umilkł. A mnie nawiedziła nagle straszna myśl. Wcale nie miałem być narzędziem. Nie w rękach Boga. To nie Wszechmogący mnie tu sprowadził, lecz jego adwersarz. I to nie sarnę potrąciłem wtedy na drodze.

Wiecie, co dzieje się z księdzem, który uświadamia sobie, że prawdopodobnie wpadł w pułapkę zastawioną przez Lucyfera? To samo, co stałoby się z każdym innym człowiekiem. Oblewa go zimny pot, jeżą mu się włoski na karku i zaczyna dygotać z przerażenia.

Rozum ludzki nie jest w stanie przejrzeć, czy choćby w pełni dostrzec zamysłów istot od niego potężniejszych, tak samo jak dziecko nie jest w stanie zrozumieć postępowania swoich rodziców. W swej pysze sądziłem, że Bóg chciał, abym odnalazł ten dom w środku lasu i jego jedynego mieszkańca. Teraz pojąłem ogrom swojego błędu. Zostałem tu sprowadzony (wydaje mi się, że to jest najodpowiedniejsze słowo), żeby zająć miejsce staruszka, który nagle stał się zbyt niebezpieczny dla aniołów. Wiem, że gdyby pan Bogdan nie podjął wtedy na nowo melodii, zginąłbym. Anioł nie był jeszcze gotowy. Ujrzałem go zbyt wcześnie. Być może moja śmierć pokrzyżowałaby mu plany, a może znalazłby sobie nową ofiarę. Nie wiem.

– Będzie pan dziś próbował ponownie, prawda? – zapytałem gospodarza.

– Tak.

Tak właśnie miało się stać. Na tę noc anioł wyznaczył czas zamiany. Być może zatem do konfrontacji z aniołem wcale nie doszło zbyt wcześnie? Może to też zostało zaplanowane? Może anioł chciał mnie przygotować, oswoić ze swoim istnieniem? Jak wyrwać się z pułapki zastawionej przez umysł nie pochodzący z naszego świata?

Najbardziej niepokoiło mnie to, że nie wiedziałem w czyjej gram drużynie. Zdawałem sobie sprawę z przypisanej mi roli pionka na szachownicy, ale po stronie białych, czy czarnych? Ta kwestia na zawsze chyba pozostanie nierozwiązana, lecz kiedy Pan wezwie mnie do sobie, zamierzam Go zapytać. Z drugiej strony, czy to miało jakieś znaczenie? Hiob nie miał najmniejszego pojęcia o zakładzie jaki zawarli ze sobą Bóg i Szatan, a wszystkie nieszczęścia, jakie go dotknęły przyjmował z pokorą.

– W jaki sposób udawało się panu chwytać anioły? – zapytałem otrząsnąwszy się z bezowocnych rozmyślań. Będzie, co ma być.

– To proste. W każdej z dziewięciu melodii odkryłem akord, który unieruchamiał anioła. W jakiś sposób te dźwięk… hipnotyzują je na pewien czas. Mogłem je wtedy związać jak baleron. Swoją drogą jest to dziwne. Wiedzą, że muzyka jest dla nich niebezpieczna, ale mimo to przybywają, gdy zaczynam grać.

– Może nie mają wyboru? – zaproponowałem, myśląc o tym, że sam jestem kompletnym muzycznym beztalenciem.

– To możliwe. Tak naprawdę nie wiem nic o aniołach. Tylko to, że są potworami.

Znów zapadło milczenie. Rozważałem moją sytuację. Zastanawiałem się, co mogę zrobić. Uciec stąd natychmiast? Podejrzewam, że gdybym się na to zdecydował, nie dotarłbym nawet do szosy. W chwili, gdy przekroczyłem próg tego domu, stałem się więźniem oczekującym na karę lub ułaskawienie i nie wiedziałem nawet, czy jakiekolwiek moje działania będą miały choćby najmniejsze znaczenie w ostatecznym rozrachunku. Co może zdziałać człowiek przeciw siłom nadprzyrodzonym?

Jeśli więc nie ucieczka, to co? I nagle w mojej głowie skrystalizował się pomysł. Nie chcę używać zwrotu „wpadłem na pomysł", bo nie mam pojęcia, czy był rzeczywiście mój, czy został mi podsunięty. Właściwie powinienem sobie wtedy zadać pytanie, jak to możliwe, że wcześniej o tym nie pomyślałem? Byłem przecież księdzem do diabła!

– Co zamierza pan zrobić z aniołami po tym, jak już je wszystkie uwięzi? – zapytałem wyrywając pana Bogdana z jego prywatnego świata.

– Nie jestem pewien. Myślałem o oblaniu ich benzyną i podpaleniu. Razem z tym przeklętym fortepianem, a może i domem. Nie wiem, czy to coś da, ale zwykłe poderżnięcia gardła czy wbicie noża w serce nie poskutkowało. Próbowałem.

Cóż. Anioły były żywotnymi stworzeniami. Co będzie, jeśli nie uda się ich zgładzić? Pewne było jedynie to, że nie ma pewnego sposobu na pozbycie się tych nieproszonych gości z innego świata, tak więc wprowadzenie w czyn mojego pomysłu, nawet jeśli nie pomoże, z pewnością nie zaszkodzi.

Przed chwilą właśnie ogłosiłem prawo wyłączności na ów „pomysł". Czyż nie najlepiej świadczy to o niedoskonałości ludzkiego umysłu? Jakże skłonni jesteśmy zaakceptować wszystkie myśli czy nawet uczynki jako własne nie zastanawiając się nawet, że może się za nimi kryć ktoś o wiele od nas potężniejszy? Idea pionka na szachownicy silnie do mnie przemawia. Obdarzonego wolną wolą, a jednak pionka. Sprzeczność? Zastanówcie się przez chwilę, skąd pewność, że posiadacie wolną wolę? Co sprawiło, że znalazłeś się w tym miejscu i właśnie czytasz wynurzenia księdza dożywającego swych ostatnich chwil? Na potwierdzenie tezy o wolnej woli mamy jedynie słowa Boga zapisane w starej księdze. A czy istnieje władza potężniejsza niż władza oparta na złudzeniu? Zwątpiłem, to prawda. Nie nadaję się na księdza, próba, której poddał mnie Bóg, Szatan, czy jakaś inna siła, okazała się dla mnie zbyt ciężka. Z tego domu w środku lasu wyszedł człowiek zupełnie inny od tego, który tam wszedł, a księdzem był już tylko z nazwy.

– Jak to rozegramy? – zapytałem patrząc w przerażone oczy gospodarza wyjaśniając mu swój plan.

– My? MY nie rozegramy niczego nijak. Nie chcę mieć księdza na sumieniu.

– Nie zginął dotychczas żaden ksiądz? – podchwyciłem.

– Żaden, o ile wiem, a przecież do tego właśnie mnie przeznaczyły anioły. Abym wiedział. Abym pamiętał.

Pan Bogdan mówił szybko, niewyraźnie. Zbliżał się kres jego wytrzymałości i anioł wiedział o tym. Z pewnością szukał zastępcy. A fakt, że żaden ksiądz nie padł ofiarą potworów? Być może nie miało to znaczenia, a może świadczyło o tym, że anioły bały się księży. Może anioł nawet nie wiedział, że byłem księdzem?

Zaczynałem się gubić w swoich domysłach. Za dużo możliwości, za mało danych. Do dziś nie wiem dlaczego właściwie wydarzenia potoczyły się tak, nie inaczej. Zadziałał Bóg, Szatan, wolna wola, przypadek? Czy to ważne? Jedyne, do czego te rozmyślania doprowadziły, to zwątpienie, które na szczęście dla mnie ujawniło się później. Nie wiem, czy zdołałbym dokonać tego, czego dokonałem, gdym tego dnia, siedząc przy stole w kuchni i rozmawiając ze staruszkiem będącym na skraju szaleństwa, całkowicie przestał ufać Bogu. A może to zwątpienie było wynikiem działań innych sił? Może nie pojawiło się od razu, bo walczyło o lepsze z inną siłą albo z moimi wewnętrznymi przekonaniami, które u mnie jako u duszpasterza były wyjątkowo silne, bo wynikały wprost z wiary?

Nie wiem.

Nie wiem.

NIE WIEM.

Za dużo tych „może", „prawdopodobnie", „chyba".

Oczywistym było, że mamy tylko jedną szansę, aby zakończyć to wszystko pozytywnie. Oczywistym było, że musimy schwytać ostatniego anioła. Na tym kończyła się pewność, dalej były już tylko domysły i sugestie.

– Nie chcę, aby ojciec był przy tym, jak go wzywam – jęknął pan Bogdan. – Niech ojciec pójdzie na górę, tam będzie ojciec bezpieczny.

– Jeśli coś się nie uda, jeśli coś się panu stanie, to nigdzie nie będę bezpieczny – odparłem i na tym właściwie zakończyła się dyskusja.

Wieczór nadszedł zbyt szybko. Pan Bogdan przygotował lekką kolację, po której udałem się do mojego pokoju, aby się pomodlić. Zamknąłem za sobą drzwi i ukląkłem przed łóżkiem. Łokcie oparłem na materacu, a czoło na złączonych dłoniach. Przez chwilę trwałem tak próbując uspokoić myśli i skoncentrować się. Miałem nadzieję, że otrzymam jakiś znak, wskazówkę, która podpowie mi jak się zachować. Nic takiego się nie stało. Nie czułem obecności Boga, na którą tak bardzo liczyłem. Tak więc nie miałem żadnego wsparcia, niczego nad to, co otrzymałem wcześniej. Rozwiązanie, o którym myślałem wydawało się wręcz banalne, ale wymagało udziału księdza. Dziś wydaje mi się, że tamtego dnia rzeczywiście jakieś siły walczyły o mnie, ponieważ główną rolę grała moja wiara, wtedy jeszcze niezachwiana. Zwątpienie, gdy już się pojawiło, wybuchło jak bomba z opóźnionym zapłonem.

Byłem zatopiony w modlitwie, więc nie od razu zidentyfikowałem dźwięk. Zaraz potem usłyszałem szybkie kroki i głośne tupanie, gdy pan Bogdan schodził na parter. Podszedłem do drzwi chcąc sprawdzić co się stało, ale nie mogłem ich otworzyć. Gospodarz zamknął mnie na klucz. Z niedowierzaniem szarpnąłem klamką raz i drugi, lecz to nic nie dało. Zacząłem wołać staruszka waląc pięścią w drzwi, bezskutecznie. Czy zrobił to, aby mnie chronić? Nie sądzę. Myślę, że właśnie wtedy zrobił krok nad przepaścią i zaczął spadać w otchłań szaleństwa. Byłem mu potrzebny, aby to zakończyć i on o tym wiedział. Anioł również wiedział.

Raz jeszcze walnąłem pięścią w drzwi i usiadłem zrozpaczony na łóżku. Pomyślałem wtedy, że to koniec, że już nic ani nikt nie uratuje mnie z rąk tej strasznej istoty, którą gospodarz tego domu nazwał aniołem. Wtedy, jakby na potwierdzenie moich słów, usłyszałem muzykę. Chaotyczną, dziką melodię wygrywaną na fortepianie. Włosy zjeżyły mi się na karku. Pamiętałem słowa pana Bogdana i zastanawiałem się, czy, jeśli uda mu się spętać ostatniego potwora, rzeczywiście obleje je benzyną i podpali przy okazji puszczając z dymem cały dom? I czy nie zapomni, że zamknął mnie na piętrze? Przerażenie dodało mi sił i jeszcze gwałtowniej zacząłem walić w drzwi krzycząc przy tym, aby staruszek mnie wypuścił. Jedynym skutkiem było zdarte gardło i obolała dłoń. Rozejrzałem się po pokoju. W rogu stała wysoka lampa na okrągłej metalowej podstawce. Postanowiłem posłużyć się nią jak taranem. Szarpnąłem za kabel wyrywając wtyczkę z gniazdka, chwyciłem lampę i z rykiem natarłem na drzwi. Kilka razy grzmotnąłem w okolicę zamka, aż zauważyłem, że drewno zaczyna pękać. Anioł był blisko, czułem go. Walnąłem podstawą lampy jeszcze raz. Drzwi odskoczyły uderzając o ścianę. Dysząc ciężko puściłem lampę i pobiegłem w stronę schodów.

Pan Bogdan zaczął za wcześnie! Ani ja, ani on nie byliśmy jeszcze gotowi do konfrontacji. Zresztą, czy na coś takiego można się w ogóle przygotować?

Błyskawicznie pokonałem schody ryzykując skręcenie karku i zatrzymałem się w korytarzu. Miałem rację. Staruszek oszalał do reszty albo został opętany.

Opływały mnie gęste pasma dymu. Z dużego pokoju oprócz głośnej muzyki dochodził blask ognia. Stanąłem na progu i patrzyłem jak zahipnotyzowany. Pan Bogdan siedział przy fortepianie uderzając w klawisze. Przy jego nodze stał kanister. Firanki i zasłony płonęły, a ja zapragnąłem znaleźć się jak najdalej od tego przeklętego miejsca.

Pobiegłem do kuchni, chwyciłem pierwszy garnek, jaki wpadł mi w ręce i nalałem do niego wody. Wróciłem do pokoju, przyskoczyłem do okna i oblałem wodą zasłony.

– Nieee! – staruszek wrzasnął tak przeraźliwie, że upuściłem garnek. – Zostaw!

Oszalał. Do szczętu i bez reszty. Chciał zwabić anioła do płonącego domu, podpalić, a potem wraz z nim spłonąć żywcem.

Staruszek poderwał się gwałtownie przewracając stołek, na którym siedział. W jego dłoni błysnął długi nóż.

– Nie pozwolę ci – powiedział zbliżając się do mnie. – Nie pozwolę sługo Szatana. Dość już zabijania. Dość niewinnych ofiar! Wracajcie skąd przyszliście!

Ostatnie słowa przeszły w ryk i pan Bogdan rzucił się na mnie. Nagle rozległ się brzęk tłuczonego szkła, do pokoju wtargnął zimny podmuch wiatru niosąc ze sobą drobiny śniegu. Pokój zalśnił mdłym, zielonym światłem i za gospodarzem pojawił się anioł. Pan Bogdan właśnie miał zamiar uderzyć. Nie miałbym najmniejszych szans uniknąć tego ciosu, lecz wtedy anioł machnął skrzydłem. Stare ciało gospodarza runęło na podłogę, nóż wysunął się z bezwładnej dłoni. Głowa potoczyła się nieco dalej i w końcu znieruchomiała, twarzą w dół. Anioł odchylił srebrzyste skrzydła. Z lewego powoli ściekała krew. Bezoka twarz zwrócona była w moim kierunku. Potwór rozchylił wargi. Rozciągnęły się prawie do połowy policzków, ukazując rzędy ostrych zębów. Nie lewitował, stał na podłodze i kiedy ruszył w moją stronę zauważyłem, że poruszał się niezgrabnie, jakby nie przyzwyczajony do chodzenia. To była moja szansa. Rzuciłem się w bok, przeturlałem, wstałem, zdążyłem jeszcze chwycić stojący przy fortepianie kanister i wybiegłem z pokoju ile sił w nogach. Polałem próg i framugę drzwi benzyną. I wtedy przypomniałem sobie, że nie mam czym tego podpalić. Pan Bogdan używał zapałek, ale te zapewne zostały gdzieś w pokoju. Jęknąłem w duchu i wpadłem do kuchni. Pamiętałem, że na półce nad zlewem były dwa pudełka. Może jedno zostało.

– Jest! – krzyknąłem tryumfalnie i wróciłem do przedpokoju.

Anioł stał w progu. Pożar objął już połowę salonu. Z fortepianu buchały płomienie. Ręce mi się trzęsły, gdy wyjmowałem zapałkę i pocierałem o draskę. Zajęła się natychmiast, a wtedy rzuciłem ją na próg. Opary benzyny zapaliły się tworząc ognistą obręcz wzdłuż framugi i progu. zaskoczony anioł krzyknął i cofnął się. Sądząc, że przynajmniej na razie mogę przestać się nim przejmować, wróciłem do kuchni.

Nadszedł czas, aby sprawdzić, ile byłem wart jako ksiądz. Chwyciłem walającą się pod zlewem pustą butelkę po wodzie mineralnej, napełniłem ją wodą i postawiłem na stole.

Za swojego życia Jezus Chrystus trzykrotnie dokonał cudu przeistoczenia. Po raz pierwszy na weselu w Kanie Galilejskiej, gdy zamienił wodę w wino. Kolejne dwa cuda miały miejsce podczas Ostatniej Wieczerzy, kiedy to chleb stał się Jego ciałem, a wino – Jego krwią. Sakrament komunii opiera się na wierze, iż hostia i wino przemieniają się w ciało i krew Jezusa. Można by powiedzieć, że jest to swoisty akt kanibalizmu. Wierni zjadają swojego Boga, na którego podobieństwo zostali stworzeni, co ma przynieść im zbawienie. Sakramentu udziela ksiądz, a więc to na niego zostaje scedowana moc dokonania przemiany, oczywiście za sprawą Jezusa. Ale oprócz tego, ksiądz dokonuje jeszcze jednej przemiany. Jest to przemiana wody z kranu w wodę święconą.

Miałem przed sobą na stole butelkę wody z kranu. Uklęknąłem na jedno kolano i przeżegnałem się. Nie miałem dużo czasu, więc mówiłem szybko, ale przepełniała mnie wiara.

– In nomine Patris, et Filii, et Spiritus Sancti, amen. Wierzę w Boga jednego, stworzyciela Nieba i Ziemi…

Skończywszy tą modlitwę poczułem się wypełniony energią. Wstałem i zbliżyłem się do stołu z zamiarem przekazania tej energii wodzie znajdującej się w butelce. Zrobiłem w powietrzu znak krzyża ponownie wypowiadając po łacinie stosowne słowa. Miałem nadzieję, że to wystarczy. Od siebie dodałem jeszcze:

– Boże proszę…

Tak przygotowany wziąłem butelkę i wyszedłem z kuchni. W pokoju ogień rozszalał się na dobre. Widziałem jedynie zarysy mebli pożeranych przez płomienie.

Udałem się do piwnicy. Otworzyłem drzwi, włączyłem światło i zszedłem po stromych schodach. Dym dotarł tu przede mną. Jego cienkie pasma snuły się po podłodze. Spojrzałem na związane postaci zwisające głowami w dół z belki pod sufitem. Jak w wędzarni, pomyślałem.

– In nomine Patris, et Filii, et Spiritus Sancti! – krzyknąłem i chlusnąłem odrobiną wody na w pierwszego anioła.

Zawył i zaczął się szarpać. Przez chwilę myślałem, że ostre pióra jego skrzydeł zdołają przeciąć stalową linę, ale wtedy jego ciało zaczęło dymić w miejscach, w których zetknęło się ze święconą wodą. Jeszcze kilka razy gwałtownie się szarpnął, wydał z siebie dźwięk podobny do bulgotu i znieruchomiał.

– Ogień! – wykrzyknąłem w uniesieniu. – Woda święcona to ogień! Miał rację skurwysyny! I co wy na to?!

Nie są to słowa stosowne dla duszpasterza, ale nie mogłem się wtedy powstrzymać. Czułem w sobie moc.

Po kolei podchodziłem do każdego anioła i oblewałem go jak święconkę na Wielkanoc. Wrzeszczały, rzucały się, dymiły wydzielając przy tym niesamowity odór, ale nic nie mogło ich uratować, a mnie ogarnęło coś w rodzaju euforii. Niemal zacząłem tańczyć wokół rozpadających się na moich oczach aniołów. Dopiero potężny ryk, jaki rozległ się za moimi plecami sprawił, że się opamiętałem. Wręcz skamieniałem, ten potężny ryk zmroził mi krew w żyłach. Odwróciłem się i ujrzałem ostatniego anioła schodzącego niezdarnie po schodach. Miał trochę przypalone włosy i osmalone skrzydła, ale poza tym chyba nic mu się nie stało.

W piwnicy nie było dokąd uciekać. Anioł machnął skrzydłem rozbijając żarówkę. Światło zgasło, ale mrok rozjaśnił zielony blask potwora. Przez otwarte drzwi widziałem płomienie liżące ściany korytarza. Zaryzykowałem szybkie zerknięcie w bok i ujrzałem to, co miałem nadzieję, że tam będzie. W tej samej chwili usłyszałem szum rozkładanego skrzydła. Ledwo zdołałem odskoczyć, ale jedno z piór mnie dosięgło. Przecięło koszulę i skórę jak brzytwa. Mimo że cięcie nie było głębokie, bolało jak diabli. Wystrzeliło drugie skrzydło. To uderzenie rozcięło mi policzek. Zatoczyłem się do tyłu odruchowo przyciskając dłoń do krwawiącego miejsca. Anioł krzyknął, a w tym dźwięku rozbrzmiewała wściekłość i nuta triumfu. Uniosłem drugą dłoń, tę, w której trzymałem butelkę.

– In nomine Patris… – zacząłem, ale anioł znów machnął skrzydłem i przeciął butelkę na pół. Poparzył sobie przy tym skrzydło, które natychmiast zaczęło dymić. Anioł machał nim szaleńczo, przeraźliwie przy tym pokrzykując. Schyliłem się, aby podnieść denko butelki, w którym pozostała jeszcze odrobina wody, podskoczyłem do potwora i chlusnąłem w niego tą resztką. Celowałem w twarz, ale spudłowałem. Woda rozbryznęła się na ramieniu anioła. Ten znów wrzasnął z bólu i uciekł przeskakując po kilka stopni schodów na raz. Po chwili zniknął w płonącym korytarzu, a ja nie zamierzałem czekać, aż wróci.

– Alleluja skurwielu! – wrzasnąłem na pożegnanie.

Udałem się w głąb piwnicy, kierując się łuną pożaru odbijającą się w śniegu widocznym przez małe okienko, które wypatrzyłem w blasku bijącym od anioła, wykazując się przy tym skrajną głupotą. Tak łatwo mogłem wtedy zginąć! Gdyby cięcie było głębsze albo poszło wyżej, przecinając jabłko Adama…

Rozbiłem okienko przy pomocy łopaty stojącej w kącie i wyszedłem na zewnątrz. Okazało się, że owo okienko znajdowało się tuż obok schodków prowadzących do drzwi wejściowych.

Chłodny podmuch wiatru otulił moją twarz, gdy wreszcie się wyprostowałem. Oddaliłem się o kilka kroków i spojrzałem na dom. Płomienie sięgnęły już dachu i strzelały wysoko w nocne niebo. Jakieś okno pękło. Potem kolejne. Żar był coraz mocniejszy. Odwróciłem się i odetchnąwszy z ulgą udałem się w kierunku ścieżki, która mnie tu przy prowadziła. W pewnym momencie wyczerpanie organizmu i szok sprawiły, że upadłem w śnieg i zapłakałem.

Nie pamiętam jakim cudem znalazłem się w swoim samochodzie. Pierwsze promienie słońca zastały mnie skulonego za kierownicą. Szczęście, że przez cały mój pobyt w tamtym przeklętym domu klucze znajdowały się bezpieczne w kieszeni spodni.

W pierwszej chwili nie mogłem sobie przypomnieć wydarzeń minionej nocy. Potem wszystko wróciło z siłą huraganu sprawiając, że jeszcze bardziej skuliłem się na siedzeniu. Po pewnym czasie nieco ochłonąłem i poczułem głód. W samochodzie oczywiście nie było nic do jedzenia, bo i niby skąd. Pomyślałem, że trzeba będzie podjąć przerwaną wędrówkę do trasy szybkiego ruchu.

Tak więc znów wyruszyłem w drogę, jak dwie noce wcześniej. Przechodząc koło ścieżki, która zaprowadziła mnie do pana Bogdana i jego aniołów, mimowolnie zadrżałem i przyspieszyłem kroku.

Zastanowił mnie brak wozów strażackich, ale dom był ukryty wśród drzew, a droga mało uczęszczana. Szczątki zapewne zdążą wystygnąć, nim ktokolwiek się zorientuje, że dom spłonął.

Wreszcie uśmiechnęło się do mnie szczęście. Zauważyłem jadącą z naprzeciwka ciężarówkę. Piaskarkę, jak się okazało, gdy znalazła się bliżej. Z radości chciałem ucałować kierowcę, ale się powstrzymałem i poprosiłem go jedynie o pomoc. Uczynny człowiek zgodził się bez wahania i otworzył drzwi szoferki. Podjechaliśmy do mojego autka, kierowca piaskarki założył linę holowniczą i wydostał samochód z rowu. Już na szosie bez przekonania, raczej, żeby się upewnić, przekręciłem kluczyk w stacyjce. Silnik ożył od razu. Moje zdumienie nie miało granic. Dlaczego w takim razie nie chciał nawet kaszlnąć, gdy wpadłem do tego rowu?

Żebym musiał wyjść, padła odpowiedź. Żebym musiał wyjść i znaleźć ścieżkę, dom, anioła. Reszta jest milczeniem.

Podziękowałem wylewnie kierowcy, dałem mu moje błogosławieństwo i ruszyłem w drogę do domu.

Było już późne popołudnie, gdy dojechałem na miejsce. Pani Ela nie otworzyła drzwi, gdy zadzwoniłem. Zapewne wyszła na zakupy, ale zapasowy klucz leżał pod doniczką za plebanią, jak zawsze.

Wszedłem do cichego i spokojnego domu. Udałem się do kancelarii i usiadłem za biurkiem. Przez chwilę siedziałem nieruchomo kontemplując stos papierów, jaki się przede mną piętrzył. Rachunki, kilka listów, sprawy do załatwienia. Jakże łatwo było zapomnieć o niedawnym horrorze!

Mój wzrok padł na telefon stojący na samym skraju biurka. Coś spod niego wystawało. Podniosłem aparat i zamarłem, zobaczyłem bowiem srebrzyste pióro. Podniosłem je, ale natychmiast upuściłem. Skaleczyłem się w palec. Było ostre jak brzytwa.

Jak długo mogłem wytrwać w pełnieniu posług duszpasterskich? Anioł co prawda nigdy mi się nie ukazał, nie miewam koszmarów, o których mówił pan Bogdan, ale czasem zdaje mi się, że słyszę łopot potężnych skrzydeł, a niekiedy w lustrze, na samym skraju pola widzenia, mignie jakaś niewyraźna sylwetka.

Koniec

Komentarze

Szlag! Cały komentarz poszedł w śnieżycę. Drogi autorze zatem pozwól, że przeczytam drugą część i dopiero zamieszczę swoje uwagi. Pozdrawiam!

Musiałam to koniecznie dziś przeczytać. Wciąga!I to bardzo wciąga! Plastyczne opisy, które pozwalają na szybkie odnalezienie w świecie bohatera, umiejętne budowanie nastroju. Przeczytałam pierwszą część i zerknęlam w profil użytkownika by wiedzieć czy ma coś jeszcze do zaoferowania (prócz 2 części, po którą zamierzalam od razu sięgnąć) ;)
W każdym razie opowiadanie bardzo mi się podobało. Co więcej, w pewnym momencie całkowicie zidentyfikowałam się z bohaterem :D, z tym, że on postawił na swoim - ja nie :(.
"Oni chcieli, abym skończył technikum, a mnie się marzyły studia humanistyczne.
- Co to za szkoła, która nie uczy zawodu - narzekał mój ojciec(...) "  - i "przeniósł "moje ofiarnie złożone dokumenty z ogólniaka do...ekonomika :(
Dwa zdania, co do  których mam watpliwości:
"Poznałem tam kilku niezwykłych ludzi, z którymi bardzo się przyjaźniłem. Przez kilka lat po maturze utrzymywaliśmy ze sobą kontakty, ale w końcu się urwały" - czy nie "które" bądź " ale i one w końcu" ? Jak sądzisz?
"Byliśmy już po kilku piwach i udało nam się stłuc lampę nad drzwiami pensjonatu, w którym nocowaliśmy" - jakoś "i udało nam sie stłuc" w kontekście piwa jako wyznacznika tłuczenia, mi nie pasuje. Ale to tylko takie moje "pod nosem gdybanie" :)
Gdybym mogła stawiać oceny, dostałbyś 6.
pozdrawiam

Gdybym mogła stawiać oceny - dałabym 5. Pominę drobne błędy kosmetyczne. Temat - super, moim zdnaniem należycie i do końca wyeksploatowany. Bardzo podobał mi się pomysł z morderczym aniołem- potworem, według mnie jest to niekonwencjonalne, a ja lubię zabawę konwencją. Do tego sam opis anioła - te ostre ząbki, brak oczu, ryczący jak zwierzę, jakby do tego dodać trochę krwi to opowiadanie podchodziło by nawet pod konkurs MASAKRY. Dobrze budowane napięcie, stopniowo podawane informacje, zakończenie pasuje do całości i do tego nie jest za długie czy przesłodzone. Kótko, konkretnie, zastanawiająco. Należy ponadto zauważyć, że narracja jest pierwszoosobowa, którą ja osobiście bardzo lubię, a której zazwyczaj się nie używa, ponieważ narrator nie może być w takim wypadku wszechwiedzący, a to utrudnia przedstawianie całej fabuły :) Czyta sie płynnie i sprawnie, nie trzeba się zastanawiać nad zdaniami, bardzo ładnie wszystko to wyszło. Zaraz przeczytam część drugą!
Czego mi brakowało? Wcięć na początku akapitów. Jakoś wzrokowo by to rozdzielało tekst, bo same "entery" nie wystarczą, wtedy tekst byłby bardziej przejrzysty i czytałoby się sprawniej. Nie wiem jak inni, ale jakoś wzrokowo się gubiłam. :-)

Niewielu komentarzy się ten tekst doczekał… będziemy próbowali zrobić coś, żeby dobrej jakości teksty były stale obecne również dla nowych czytelników, a nie ginęły w tłumie po miesiącu.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Dzięki, byłoby fajnie. Przyczyną małej ilości komentarzy może być to, że pierwotnie tekst był podzielony na dwie części. Przy pierwszej było ich szesnaście. Korzystając z okazji, scaliłem opowiadanie do jednej części.

Hmmm. A do mnie nie przemówiło. Odniosłam wrażenie, że tekst bardzo przegadany – coś fantastycznego zaczyna się dziać dopiero gdzieś w połowie. Bohater biadoli, że ojojojoj, taka straszna katastrofa, a właściwie nic mu się nie stało. Jakoś nie mogę pozbyć się przekonania, że problem jego gosposi miał bardziej długofalowe konsekwencje.

Babska logika rządzi!

Klasyka. Po zderzeniu z czymś auto zostaje unieruchomione, więc bohater szuka pomocy i objawia mu się leśna ścieżka prowadząca do domu na polanie… To już było. Po wielokroć.

A potem dalszy ciąg powtórki z rozrywki, tym razem w domu pana Bogdana i ze znaczącym udziałem bezokiego anioła-melomana. Bohater-ksiądz, wbrew zaleceniom gospodarza, zachowuje się jak ciekawskie dziecko i doświadcza straszności, których doświadczyć z pewnością by nie chciał – niestety, nie poczułam grozy sytuacji.

Totalna pożoga jest może i widowiskowa, ale mnogość podobnych sytuacji sugerujących kres istnienia demonów zawodzi, kiedy w pakiecie właśnie dostarczonej korespondencji bohater znajduje srebrne pióro. Cholernie ostre pióro…

Cóż, Tregardzie, piszę to z prawdziwą przykrością – lektura Anioła nie dostarczyła mi spodziewanej satysfakcji. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka