- Opowiadanie: mortecius - Miłość pachnie czarnym bzem i smakuje czereśniami

Miłość pachnie czarnym bzem i smakuje czereśniami

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Miłość pachnie czarnym bzem i smakuje czereśniami

Miłość pachnie jak guma do żucia i smakuje jak tania oranżada.

Tak przynajmniej mówiła mi babcia, jeszcze na Ziemi. Miałam wtedy sześć, może siedem lat. Na pewno nie więcej, bo nie chodziłam jeszcze do szkoły. Była wiosna, ale słońce już śmiało pokazywało, na co je stać. Wtedy wydawało mi się, że przez gorąco nie da się oddychać, dlatego w okolicach południa cały świat zamierał. Ponoć w ciepłych krajach tak działo się od zawsze. W Polsce dopiero uczyliśmy się, jak żyć podczas upałów.

Pamiętam, że zapytałam babcię, dlaczego. Matka mówiła mi, że od oranżady wypadają zęby. Przez cukier. A od dziwnego, żółto-fluorescencyjnego koloru miały gnić wnętrzności. Tata czasem prosił matkę, żeby mnie nie straszyła. Że jestem jeszcze za mała. Potem zawsze się kłócili, następowały ciche dni, pogodzenie, namiętne krzyki z ich sypialni.

Wtedy tego nie rozumiałam. Dorośli wydawali mi się śmiesznie naiwni ze swoimi niezrozumiałymi zachowaniami lub groteskowo straszni w gniewie.

W każdym razie, babcia dała mi nawet spróbować. Guma smakowała nieźle, ale zostawiała dziwne uczucie na podniebieniu, nie umiem go nawet opisać. I wcale nie pachniała tak ładnie. A oranżada była tak słodka, że aż mdła. Zabarwiła mi zęby, przez co później matka pokłóciła się z tatą.

Babcia oczywiście zauważyła, że pozostałości starego świata nie wzbudzają mojego zachwytu. Uśmiechnęła się ciepło, a liczne zmarszczki wokół jej oczu pogłębiły się o stokroć. Poczochrała mnie po głowie. Nikt poza nią i tatą nie mógł tego robić, nie znosiłam tego, krzywiłam się i uciekałam. Ale kiedy to oni przeczesywali palcami moje włosy, czułam z nimi więź.

Czułam się kochana.

– Chyba niezbyt ci to smakuje, prawda, Agatko? – stwierdziła babcia. Po tym zawsze mogłam poznać, czy z kimś mi dobrze w jednym pomieszczeniu: nawet, jeśli mówiliśmy oczywistości czy milczeliśmy, cieszyliśmy się spędzanym wspólnie czasem. Nigdy nie było nudno.

– Nie – pokręciłam głową.

– Nie szkodzi.

– Babciu – zamyśliłam się na moment – czy dla każdego miłość smakuje tak samo?

Roześmiała się.

– Nie, skarbie. Miłość jest inna dla każdej osoby. Jeśli znajdujesz kogoś, dla kogo smakuje tak samo, jak dla ciebie, to wtedy wiesz, że będziecie ze sobą szczęśliwi.

– Babciu, a jeśli nie znajdę takiej osoby? – zmartwiłam się.

– Znajdziesz, Agatko – uśmiechnęła się babcia. – Każdy znajduje. Tylko nie każdy o tym wie. A niektórzy wiedzą, ale przez strach czy nienawiść pozwalają takim osobom odejść. I nie są szczęśliwi.

– Babciu, jesteś strasznie mądra – powiedziałam z zachwytem.

– Nie jestem – zaśmiała się – ale to nie szkodzi. Masz może ochotę na lody?

 

///

 

Babcia nie wyjaśniła mi jednak, że są różne odcienie miłości. Jest miłość kobiety do mężczyzny, miłość do swojego dziecka, miłość do małego kotka i do nowego telefonu. Miłość do samego siebie. Mnóstwo odcieni. Wcale się tak bardzo od siebie nie różnią i jednocześnie są zupełnie, całkowicie inne.

Kilka dni przed śmiercią babcia dała mi swoją bransoletkę. Kiedy miała szesnaście lat, uciekła razem z dziadkiem ze szkoły. Zamiast pójść na nudną fizykę wybrali się na przechadzkę po parku. Tam, w cieniu sędziwych, zielonych drzew na jakimś straganie dziadek kupił spleciony przez kogoś kawałek materiału w chabrowym kolorze i zawiązał na nadgarstku babci. Nie zdjęła go przez następne kilkadziesiąt lat. Bransoletka przypatrywała się nieśmiałym, pierwszym pocałunkom, zaręczynom, ślubowi, narodzinom mojego taty, potem śmierci dziadka i pierwszej wizycie wnuczki, czyli mnie. Zobaczyła nawet śmierć babci, ale tym razem z perspektywy mojej ręki. Kilka niebieskich pasków widziało w życiu więcej ode mnie. Minęło sporo czasu, odkąd ją noszę, ale to nadal się nie zmieniło.

 

\\\

 

W sali trwała debata. Nie mogłam się do nich przyzwyczaić. Nie wiedziałam, co było gorsze: sam format otwartych dyskusji w wypełnionych po brzegi pomieszczeniach, obowiązkowe uczestnictwo czy zaciętość wszystkich wokół. Mnie wcześniej wychowała polska szkoła, twór z pozlepianego pospiesznie na mąkę kartonu, który już dawno się rozpadł i przemókł, ale wciąż udajemy, że stoi.

Ale innym odpowiadały te debaty. Mogli wykazać zaangażowanie. Powiedzieć głośno, co myślą i czują. Wcześniej nie było takiej możliwości.

Siedziałam na niewygodnym krześle (nadwyżki materiałów trafiały na Ziemię) i mimowolnie słuchałam, jak Adam i Chris na podwyższeniu próbują elokwencją połamać sobie karki podczas coraz ostrzejszej wymiany zdań.

– Ja tylko mówię – nie zgodził się Chris – że możemy do woli dyskutować, przerzucać się argumentami, podawać najlepsze przykłady… I to w nieskończoność. Nic jednak nie zmieni tego, że jednostka powinna nade wszystko przedkładać potrzeby społeczeństwa. To społeczeństwo wydało ją na świat. Rodzice to tylko czysta biologia. Ktoś inny uszył śpioszki, zrobił ramę łóżka, przetestował leki, wzniósł ściany domu. Jednostka przychodzi na świat z długiem, długiem wobec innych, który zaciąga w momencie narodzin. Swoje życie powinna poświęcić temu, aby ten dług spłacić. Są tacy, którzy robią to ze sporym naddatkiem. Wymyślają nowy sposób konserwacji żywności, którą można wysłać na Ziemię. Usprawniają napęd promów. Doświadczalnie odkrywają leki, chroniące dzieci przed rzadkimi chorobami. Nie możemy jednak zapomnieć, że bez całej infrastruktury, które zapewniło im społeczeństwo – ci, którzy byli przed nimi – nie mieliby środków oraz narzędzi, by się rozwijać. I chociaż są tacy, którzy umierają bez spłacenia swojego długu wobec innych, nie znaczy to, że powinniśmy sobie odpuszczać.

W sporej sali rozległy się grzmiące brawa. Chris był przedstawicielem tej części młodzieży, którą tak lubili nauczyciele i urzędnicy: ślepo wierzącej w społeczeństwo. To, że był przy tym diablo przystojny, z prostymi włosami w kolorze orzechów i ponadprzeciętnym wzrostem wcale mu nie przeszkadzało. Nic dziwnego, że tak dobrze mu szło.

Za każdym razem, kiedy przemawiał, czułam odległe, mimowolne ukłucie wstydu na myśl o zawiązanej wokół nadgarstka niebieskiej bransoletce.

– Rozumiem twoje argumenty – odparł Adam, gdy oklaski ucichły. – Są zrozumiałe. Twój idealizm jest godny pochwał. Jest jednak pewien podstawowy błąd, który popełniasz: zapominasz, że społeczeństwo składa się z jednostek. Jeśli będą nieszczęśliwe, społeczeństwo zachoruje, zdegeneruje się i umrze. Spali na słońcu. Jestem zdania, że nawet dobro społeczne nie usprawiedliwia krzywdy jednostki. Łamania jej praw. Podstawowych praw człowieka. Widzę, że się gotujesz do odpowiedzi, ale poczekaj moment, proszę. Chciałbym dokończyć. I zapytać wszystkich tu zgromadzonych o jedno: czy pamiętacie, jak tu trafiliście?

Przez salę przeszedł szmer.

– Tak, mam na myśli Księżyc. Wszystkich was tu zesłano. Jak i mnie, i Chrisa. Poświęciliśmy się dla większego dobra lub padliśmy ofiarą nieludzkiej decyzji administracyjnej, podjętej, by ratować innych ludzi na Ziemi.

– To nie… – zaczął gniewnie Chris, ale Adam mu przerwał.

– Bardzo proszę, daj mi dokończyć. Pamiętacie ten dzień? Ten jeden dzień? Nie ten, kiedy tu trafiliśmy. Kiedy każdy rozpłynął się nad tym, ile tu miejsca, jak tu spokojnie, jak pięknie wygląda Ziemia na nieboskłonie. Ten dzień, kiedy musieliście zostawić wszystko – całe swoje życie i to, co w nim mieliście – i wsiąść na prom. Czy byliście wtedy szczęśliwi?

Nie słuchałam już dalszej części dyskusji i gniewnych głosów z publiczności. Pomyślałam o tym, co było prawie trzy lata temu.

 

///

 

Kiedy wraz z rodzicami musiałam opuścić Ziemię, powiadomiono nas, że mamy nie brać ze sobą żadnych rzeczy osobistych. Wszystko miało na nas czekać na Księżycu, w kolonii, nowe i sterylne. Próbowałam ukryć babciną bransoletkę pod rękawem, ale nauczony doświadczeniem kontroler od razu ją spostrzegł. Chciał ją zabrać, ale cofnęłam dłoń. Wzruszył ramionami i powiedział, że mogę ją sama zdjąć, po prostu mam jej nie wnosić na prom. Przeprosiłam, poszłam do łazienki i kolejne kilka dni trzymałam bransoletkę w ustach, ze strachem, że ktoś mi ją zabierze. Nikt nas nie sprawdzał później, na pokładzie statku, ale za bardzo bałam się, że ktoś mi ją zabierze. Przez dobre kilkadziesiąt godzin wszystko pachniało i smakowało jak ta bransoletka.

 

\\\

 

Na Księżycu było pusto. Cicho i pusto. Było tam mnóstwo ludzi, którzy tak jak my musieli opuścić Ziemię. Rodziły się pierwsze, Księżycowe dzieci. Tata mówił, że były inne. Nie krzyczały tak głośno, jak te na Ziemi. Jak gdyby od samego początku rozumiały, jaka jest ich rola w społeczeństwie. Że mają szybko dorosnąć, dobrze się uczyć i zająć się czymś, co da korzyści pozostałym na Ziemi i mieszkającym w kolonii.

 

///

 

Czasem nie wiem, jak powinnam się zachować.

Kolonia jest podzielona na sektory. Nie mogę tego znieść, bo pamiętam, kiedy świat był o wiele bardziej różnorodny. Mieszkałam w Polsce, gdzie nawet pod palącymi promieniami Słońca miasta różniły się od siebie. Były inne. Miały swoje niuanse, nagromadzone pod ciężarem czasu. Od razu czułam, że jesteśmy w innym miejscu, kiedy wyjechaliśmy na wakacje do Portugalii. Tata mówił mi, że odczuwał to podobnie. Za młodu był z matką w Chorwacji, kiedy jeszcze miało to sens. Zachwycał się tym, jak wszystko inaczej wyglądało.

Tu, w kolonii, każdy sektor jest taki sam. Jedyna różnica to numery.

Poza tym każdy jest spod jednej sztancy: bloki mieszkalne, szkoły, żłobki, uniwersytety. Miejsca pracy naukowej, laboratoria, połacie terenu przeznaczone na uprawę roślin. Ciasne, nieprzyjazne i sterylne budynki rekreacyjne. Stacje kolei, łączące sektory z portem kosmicznym, na którym lądują promy.

Przestrzeń publiczna jest szara. Czysta, jałowa. Nie ma charakteru. Gdyby nie wypełniający ją ludzie, wyglądałaby tak samo, jak na samym początku, kiedy tu trafiliśmy, zresztą jako jedni z pierwszych. Jest niezmienna, trwała, ale przez to obca.

A przecież nie musiało tak być.

Wszystko przez to, że przesiedleńców z Ziemi pomieszano. Dobrze, że rodziny zostawiono razem, chociaż w dość ograniczonym zakresie, nie rozdzielając rodziców i młodszych dzieci. Zadbano jednak o to, by sektory wymieszano pod względem językowym i etnicznym, by ludzie w rozmowach między sobą musieli używać Języka Wspólnego. Kiedyś to był po prostu angielski, ale teraz to zbyt mocno wskazuje na miejsce pochodzenia. Dlatego jest Wspólny. Należący do wszystkich, jak przestrzeń publiczna, a przez to do nikogo.

Nienawidzę Wspólnego.

To zastanawiające, jak bardzo język wpływa na sposób myślenia. Może pamiętam polski, może rozmawiam w nim z rodzicami, ale łapię się na tym, że czasem brakuje mi polskich słów. Muszę mocno się wysilić albo użyć Wspólnego. Doprowadza mnie to do szału. Wiem, że mimo swojego wieku rodzice powoli mają tak samo. Poszczególne języki się rozmywają. Zanikają. Coraz mniej ludzi ich używa. Widać to szczególnie u młodszych osób.

Dlatego nie wiem, jak powinnam się zachować. Ktoś przez pomyłkę umieścił Adama na tym samym uniwersytecie, więc możemy rozmawiać ze sobą w ojczystym języku. Jest to jednak źle widziane. Z jednej strony Adam lubi takie akty małej niesubordynacji, sprawiają mu przyjemność. Ja też wolę rozmawiać po polsku, dopóki jeszcze potrafię. Ale z drugiej strony jest coś bezczelnego w tych rozmowach przy innych osobach. Nieeleganckiego co najmniej.

Nie wiem, co powinnam zrobić.

 

\\\

 

– To powiedz mi jeszcze raz, nad czym teraz pracujecie? – zapytał mnie Chris.

– Nad nowym systemem uprawy roślin – odparłam.

Adam parsknął.

– I tak wszystko pójdzie na rzecz Ziemi.

– Tak trzeba – powiedział Chris z poważną miną. W odpowiedzi dostał przewrócenie oczami, ale z godnością je zignorował. – I na czym to będzie polegać?

– Wiesz, do tej pory poprzednie systemy po prostu poprawiały wydajność. O kilka, czasem nawet kilkanaście procent.

– To sporo.

– Ale nikt nie próbował stworzyć niczego nowego. Zmienić sposobu działania.

– Brzmi dość… rewolucyjnie – wtrącił się Adam.

– Trochę tak jest. Chcę myśleć w ten sposób. To będzie coś zupełnie innego… ale dzięki temu wszystko zyska zupełnie inne możliwości wzrostu.

– Na czym to ma polegać?

– W uprawach mamy sporo roślin, prawda?

– Tysiące! – przyznał Chris.

– Raczej miliony – sprostowałam. – Ale nie traktujemy ich osobno, po prostu jako całość. Jeśli usycha, powiedzmy, krzak pomidorów, to nie szkodzi. Liczy się ogólna efektywność. Jakie plony zbierzemy z całości. I z krzaków też, jasne, ale nikt nie będzie się zajmował takimi drobnostkami.

– I?

– Ale każdy taki krzak mógłby potencjalnie żyć. I dać owoce.

– Mów dalej.

– To… dość skomplikowane. Chodzi po prostu o to, żeby każdy element nie był tylko częścią całości. Żeby skupić się nie na skali makro, tylko mikro. Zadbać o każdy krzak. Nie pozwolić, żeby uschnął, nawet kosztem wzrostu tych obok.

– Niecodzienne – zamyślił się Chris. – I to da rezultaty?

– Powinno. Zobaczymy.

– Bardzo się zdziwię – powiedział Adam cicho, po polsku – jeśli ci to klepną. Bardzo.

– Mówmy Wspólnym – odparłam, krzywiąc się nieco.

– To nic ważnego – wytłumaczył chłopak Chrisowi. – Stare przyzwyczajenia.

– Stare języki miały zostać na Ziemi – wytknął Chris.

– Zostały. Ja też. Po prostu moje ciało z jakiegoś powodu jest w kolonii.

 

///

 

Ponoć cudze historie miłosne są nudne. Tak kiedyś powiedziała dziewczyna z mojej klasy do koleżanki, a inne się zgodziły. Nie przeszkodziło im to słuchać z zapartym tchem o tym, jak wzdychała do jakiegoś bruneta znanego z internetu, który mieszkał po drugiej strony kolonii, a więc zbyt daleko, by mogli się spotkać w najbliższym czasie.

Poza tym, nigdy nie nudziło mnie to, co mówiła mi babcia czy tata.

Nie poznaliśmy się w parku. Nie szkodzi. Poszłyśmy tam wieczorem. Ulice na powrót zapełniały się ludźmi, którzy musieli schować się w klimatyzowanych wnętrzach po tym, jak temperatura wzrosła do nieznośnej wysokości. Znosiliśmy upał lepiej niż nasi dziadkowie czy rodzice, ale mimo mniejszej wrażliwości w południe promienie światła przebijały się przez nawet najsilniejszy filtr, paląc skórę niczym płomień. Zresztą większość ludzi od lat prowadziła życie towarzyskie wieczorami, po pracy.

Pachniała bzami. Brakuje mi tego zapachu. W kolonii jest wszystko. Wszystko, jeśli masz dość pieniędzy. Problem w tym, że jeśli masz dość pieniędzy, to zostaniesz na Ziemi i nigdy nie trafisz na Księżyc. Ja nie miałam dość, by kupić świeże kwiaty, a na myśl o tym, by zajmować matkę taką fanaberią robiło mi się zimno. Tata nie miał nic do gadania, zesłali nas do kolonii po tym, jak stracił pracę. Od tej pory finansami zajmowała się matka.

Ten zapach oszałamiał. Pamiętam go do dzisiaj. Jest intensywny, wypełnia mi nos swoją słodko-wytrawną nutą. Jest kontrastowy jak sama roślina, czarny bez: może owoce ma ciemne, ale kwiaty białe. Ona była taka sama. Jej rodzice miesięcznie zarabiali więcej niż było warte nasze mieszkanie. Ten zapach bzu nie pochodził zresztą od koszmarnie drogich kwiatowych perfum: jej mama miała szklarnię, w której uprawiali trochę kwiatów i krzewów. Dla przyjemności. Przyjemności. Tylko i wyłącznie. Nie trzymali tam nawet pomidorów, które mogliby później sprzedać albo zjeść. Same kwiaty. W tym bzy. Byłam u niej kiedyś w domu. W pokoju na komodzie stał wazon z ciętymi gałązkami. Rozpłakałam się wtedy, a ona nie rozumiała, dlaczego.

Smakowała czereśniami. Nie wiśniami czy truskawkami, jak dzieci zamożnych rodziców. Czereśniami. Wiedziała, że lubię. Miała czereśniowy błyszczyk, czereśniowy krem i czereśniowy żel intymny, jadalny, którego bardzo chętnie używała. Jęczała pod moimi chciwymi wargami i językiem, którym zlizywałam z niej ten żel, raz po raz, a ona smarowała się nim ponownie i potem robiłyśmy wszystko od nowa. Byłam jej głodna i spragniona jak marynarze patrzący na syreny podczas rejsu, kiedy skończyły się zapasy. Każda jej kropla niosła życie. Nie mogłam bez niej oddychać, krew w moich żyłach zamierała, mięśnie nie pracowały. A to nic w porównaniu z tym, co czułam, jak intensywne było to, kiedy to ona kładła palce na moim udzie lub wiązała czymś włosy, by zagłębić się twarzą w moje piersi.

 

 

\\\

 

Ostatnio widziałam, jak Adam śmieci.

To nie jest tak, że w pobliżu nie było kosza. Nie o to chodziło. Nie biegał też z bibułą, jak rosyjski rewolucjonista z 1905 roku czy pradziadek podczas wojny. Po prostu siedział na oddzielającym ścieżkę dla pieszych od ulicy metalowym płotku i zarzucał otoczenie śmieciami.

– Co robisz? – zapytałam zaintrygowana.

Uśmiechnął się szyderczo i odparł:

– Zostawiam ślad.

– Ślad?

– Ślad. Po sobie.

– Chcesz po sobie zostawić śmieci?

– To nie śmieci – zaprotestował.

Nie zrozumiałam.

– To słonecznik. Ziarna słonecznika – wyjaśnił. – Kiedyś dziadek mówił mi, że siedział z kolegami na ławce, pili razem piwo i łuskali słonecznik.

– I?

– Chciałbym urodzić się wtedy. Wcześniej. Te kilkadziesiąt lat.

Nic nie odpowiedziałam.

– Wtedy… – zaczął, ale nie skończył.

– Życie było łatwiejsze?

– Nie.

– To dlaczego?

– Wszystko było… bardziej autentyczne.

– Trudno powiedzieć, skoro wtedy nie żyliśmy – zauważyłam.

– Może masz rację – odparł zamyślony i splunął połamanym kawałkiem słonecznikowej łuski.

– Skąd to w ogóle masz? – zainteresowałam się.

– Oszczędzałem, zbierałem i kupiłem.

– Dobre to?

– Nieszczególnie. Chcesz spróbować?

Spróbowałam. Miał rację.

– Chyba nadal nie rozumiem, po co tu siedzisz – powiedziałam w końcu. – Niedobre to strasznie, pewnie nielegalne i drogie. Murek wrzyna się w tyłek i jest niewygodnie. Jest tysiąc innych rzeczy, które moglibyśmy robić. Nie wiem, pójść do mnie czy do ciebie, pokochać się trochę. Albo coś obejrzeć.

– Próbuję zrozumieć.

– Ale co zrozumieć?

– Dlaczego tu jestem.

Wzruszyłam ramionami.

– Tak, jak ja: twoi rodzice nie zarabiali dość, żeby zostać na Ziemi.

– Może to dlatego, że mój dziadek zamiast się uczyć czy zarabiać, siedział na ławce z kolegami za młodu, pił piwo i wciągał słonecznik?

Zaśmialiśmy się, ale spoważniał.

– Nie wiem, Aga. Nie wiem. Siedzę tu i chcę, żeby coś po mnie zostało.

Machnął ręką na brudny chodnik.

– Nawet, jeśli to mają być śmieci i zaślinione łupiny.

– Obawiam się, że przez takie myślenie wszystko wygląda tak, jak wygląda – odparłam.

– Możesz mieć rację. Idź, nie trzymam cię. Posiedzę tu jeszcze.

Zdziwiłam się.

– Wygodnie ci?

– Nie, ale dobrze się myśli. Tylko tego piwa brak.

 

///

 

Miłość pachnie jak miętowy papieros i smakuje jak ciemne piwo z puszki.

Tak powiedział mi tata. Miałam kilkanaście lat, chociaż ledwo. Dwanaście, trzynaście? Nie, chyba więcej. Na tyle, że tata uznał, że może mi odpowiedzieć szczerze na moje pytanie. Ale to było jeszcze przed przeprowadzką i promem.

Chciałam koniecznie wiedzieć, dlaczego jest z matką. Albo dlaczego matka tak się zachowuje. Tata zawsze wydawał mi się pełny miłości. Pogodny, chociaż niewesoły. Spokojny. Bardzo rzadko się złościł. Jawił mi się jako kompletnie niedopasowany. Oderwany, z innej bajki. Jak łyczki gorzkiego wina, wpychane na siłę przez podpitą ciotkę, która z chichotem stwierdza, że jestem wystarczająco dorosła, żeby spróbować. Nie, właściwie bardziej jak obraz Moneta w sali sądowej. Debussy puszczany z telefonu pod monopolowym z tanim piwem. Pozbawiony ostrych krawędzi. Oderwany. Niedopasowany.

Tata odpowiedział mi po prostu, że kocha matkę. I że ona, na swój pokręcony, dziwny sposób, kocha również jego. Inaczej niż kiedyś, ale kocha.

W naszej rodzinie parki stanowią dziwny element stały. Łączą się z każdą ważniejszą historią. Przewijają się w opowieściach babci i taty jak refren piosenki. Są tłem idealnym, które nie rzuca cienia na całą opowieść i nie zawłaszcza jej dla siebie, tylko chroni przed palącym słońcem i wścibskim wzrokiem. Jak gałęzie i liście.

Tata poznał matkę na jakiejś imprezie w parku. Był wtedy w liceum. Kolejny, który związał się ze szkolną miłością. Życia nie zaznał, innych nie poznał, a z pierwszą zapragnął dożyć starości. No i tak została, w jego życiu i w mieszkaniu jako byt fizyczny, materialny. Złośliwy, drażliwy i chłodny. Tylko w głowie taty wciąż mieli po osiemnaście lat, po puszce ciemnego lagera w dłoni i po wysępionym od kolegi miętowym papierosie w ustach.

Nie wiem, czy powinien mówić takie rzeczy, ale z jego opowieści wynika, że matka wtedy jaśniała niczym księżyc w pełni na ciemnej mapie nieba. Bezgwiezdnej, bo nawet największe gwiazdy w postaci prześlicznych koleżanek, do których ślinili się inni chłopacy, nie mogły się w jego oczach równać z bladą i eteryczną matką, która swoją zimną urodą zerwała go niczym garść maków, by postawić je później w wazonie na szafce. Wpadł w ciemną toń, z której samodzielnie nie mógł się wynurzyć. A matka zobaczyła, że ten nieśmiały chłopak wpatruje się w nią jak w obraz, by co jakiś czas spuścić wzrok, i po prostu go pocałowała.

Ciekawe, jaka wtedy była. Chyba inna niż teraz, skoro potrafiła zrobić coś takiego. Wydaje mi się jednak, że po tamtych dniach zostały tylko puszki zabrane przez złomiarza i pełna do połowy paczka papierosów, którą rodzice musieli zostawić w naszym mieszkaniu na Ziemi.

 

\\\

 

– Chris – zaczął Adam – czy ty naprawdę, naprawdę uważasz, że społeczeństwo…

– Stop – przerwałam mu. – Debatujcie sobie ile chcecie w szkole, ale na dzisiaj już koniec. Tutaj nie rozmawiamy o takich sprawach.

– Agata, ale Chris…

– I nie mówimy po polsku, tylko po angielsku – zarządziłam. – Tak, żebyśmy się mogli zrozumieć.

Chris triumfalnie klepnął Adama w nagi pośladek. Ten nie pozostał mu dłużny: odwrócił się i złapał za ramiona chłopaka, który zaczął z nim walczyć, chichocząc. Moment później całowali się gorąco, a ja patrzyłam na to z fascynacją. Byli tak zaangażowani, że nie miałam serca im przerywać. Poczułam jak ciepło spływa mi falą do podbrzusza, więc wsunęłam dłoń między uda i syciłam się widokiem.

– Chris, tak nie może być! – stwierdził Adam, kiedy zauważył, co robię. – Wobec potrzeb społeczeństwa jednostka musi odpowiedzieć! My tu się miziamy, a społeczeństwo w osobie Agaty siedzi samo, niepocieszone i niezajęte. Ja bym to mógł jeszcze przeżyć, ale ty?

Chris pacnął go poduszką, a potem złapał mnie za biodra i odwrócił przodem do ramy łóżka.

– Jako jednostka niedostosowana społecznie poznasz teraz smak wykluczenia – rzucił w kierunku drugiego chłopaka, a potem wsunął się we mnie miękko. Zawsze był bardzo uważny i delikatny, co samo w sobie było dość słodkie, chociaż czasem wolałam konkretne, szorstkie dłonie Adama i jego egoistyczne nienasycenie.

– Raczej pokażę ci teraz, co moim zdaniem jednostka powinna zrobić ze społeczeństwem.

Zsynchronizowaliśmy się dość szybko. Mieliśmy już wprawę, właściwą dla nastolatków i podlaną doświadczeniem poprzednich spotkań. Niedługo później nawet trochę krzyczeliśmy, co jednak uważaliśmy za nieco pozerskie i przebrzmiałe, jak na starych filmach pornograficznych oglądanych z uwielbieniem przez pokolenie naszych dziadków. Zapał chłopaków był jednak taki, że nie potrafiłam się powstrzymać, a im udzieliła się atmosfera.

 

///

 

– To co, następnym razem u ciebie, Agata?

– Jeśli tak, to nie szybciej niż w przyszłym tygodniu – odparłam, myśląc intensywnie nad rozkładem dni matki i taty.

– To może u mnie? – zapytał Chris.

– A twoi rodzice?

Wzruszył ramionami.

– Nie przeszkadza im to.

– Nie przeszkadza im, że ich syn zamiast zajmować się prokreacją sypia z kolegą-antysystemowcem i koleżanką z implantem? – zakpił Adam.

Chris parsknął śmiechem.

– Nie – odparł w końcu, chichocząc – ale słuchajcie tego: matka zapytała mnie ostatnio, czy jestem biseksualny, czy jeszcze nie wiem i po prostu odkrywam siebie.

Spojrzeliśmy na siebie i przez moment dziki rechot wypełniał pomieszczenie. Łzy napłynęły mi do oczu.

– Zoomerzy. – Adam przewrócił oczami.

– I co jej powiedziałeś? – zapytałam, na pozór poważnie.

– Że nie wiem i to chyba bez różnicy, skoro jest nam dobrze – odparł z lekkim uśmiechem.

– Chłopie, jak tyś mi teraz zaimponował! – prawie krzyknął Adam. – Chodź, zdążymy jeszcze na szybko, zanim się rozejdziemy!

– Ja odpadam – powiedziałam bezwiednie, zanim zdążyłam pomyśleć. Słowa Chrisa wzbudziły we mnie wspomnienia. – Ale bawcie się, chłopcy, ładnie.

Nie słuchali już. Ubrałam się i wyszłam z pokoju.

 

\\\

 

Miłość pachnie czarnym bzem i smakuje czereśniami. Tak powiem kiedyś córce, kiedy mnie zapyta. Jeżeli zapyta.

Jeśli nie wszystko pójdzie po mojej myśli, za kilka lat minie czas, kiedy społeczeństwo zapewni mi implant. Będę mogła szukać go na czarnym rynku, o ile przetrwa w ogóle do tego czasu. Wydam na niego wtedy mnóstwo pieniędzy, bez pewności, czy w ogóle go dostanę i czy zadziała. Nie będę mogła tego zrobić bez zadłużenia się, bo implanty sprzedawane poza systemem są tak drogie, że nie ma opcji, że na niego nazbieram. Jeśli mi się nie uda, będę skazana na życie w celibacie albo zajdę w ciążę. Mogłabym sypiać z dziewczynami, ale jest tylko jedna dziewczyna, która mi się podoba. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła to zrobić z inną.

Zajdę w ciążę i urodzę córkę, która nigdy nie zobaczy parku. Ani prawdziwych drzew. Będzie siedzieć w swoim pokoju albo w salonie, a jej ojciec będzie ją pocieszał i tłumaczył, że mama po prostu tak ma. Widzę siebie, leżącą na łóżku i płaczącą przez kilka godzin, przełykającą smarki, brudzącą sterylną pościel, naćpaną lekami na uspokojenie.

Tęskniącą. Za bzem i czereśniami.

Jak teraz. Każdego dnia. Nawet dwóch chłopców nie potrafi wypełnić tej pustki. Są mili, przystojni i potrafią mnie doprowadzić do orgazmu, a kiedy zajmują się mną we dwójkę, to wznoszę się ponad Księżyc, tak daleko, że nie widzę już Ziemi w oddali, i zwiedzam inne galaktyki z dłońmi na piersiach, ustami wokół palców stóp, palcami na pośladkach, kciukiem w ustach i dwoma grubymi, gorącymi członkami ruszającymi się we mnie z zaciekłością piranii czujących krew.

Nawet wtedy tęsknię, chociaż postkoitalne otępienie przychodzi dopiero później. Myślę o niej nawet wtedy, kiedy chusteczkami wycieram uda, plecy czy twarz z ich nasienia.

 

///

 

Nie miałam od niej znaku od prawie trzech lat. Mnie nie stać na to, by się z nią skontaktować. Jej pewnie zabronili rodzice.

Dzisiaj rano przyszedł list. List. Papierowy. List. Nie umiem przeklinać, rówieśnicy zawsze dziwili się, że nie używam brzydkich słów.

Ale list. Kurwa, przyszedł do mnie list. Pierdolony list. Na papierze. Nie elektroniczny. Zwykły.

Dotykam go drżącymi palcami i już wiem. Jeszcze nie dotarł do mnie zapach, czuję tylko pod palcami fakturę papieru, który kiedyś, przed laty, był drzewem.

Już wiem.

List. Papierowy.

Płaczę, ale otrząsam się, żeby łzami nie pobrudzić koperty.

Siedzę przez moment niezdecydowana. Wiem, że sam papier wart jest tyle, że mogłabym zamieszkać sama. Kupić sobie ten implant już teraz, żeby był za kilka lat. Nie wiem, zabrać rodziców na wycieczkę albo coś. Nie mam więcej pomysłów. Ponoć jeśli ktoś po długim głodzie zje zbyt dużo, to żołądek mu pęka i umiera. Nie jesteśmy biedni, ale prawdziwa bieda nie polega na tym, że nie ma czego zjeść. To coś o wiele gorszego: to ciągłe, nieustanne, wyniszczające myślenie o pieniądzach. Liczenie. Czy stać mnie na to? Czy zostanie dość do końca miesiąca? Czego musieli sobie odmówić rodzice, żeby przelać mi dychę?

W tym momencie rozumiem matkę lepiej niż kiedykolwiek. Postanawiam z nią porozmawiać, ale nie teraz. Teraz liczy się tylko ten list.

List pachnie miłością. Czarnym bzem. W środku jest mała, zasuszona gałązka, która jednak pachnie intensywniej niż cokolwiek w kolonii. Właściwie ta gałązka by wystarczyła, ale poza nią jest też kartka. Jest na niej odcisk wybłyszczykowanych ust. Przykładam własne wargi i smakuję czereśnię. Długo, chciwie, aż po śladzie zostaje tylko mokra plama.

Na kartce jest tylko jedno słowo.

„Czekam”.

Płaczę chyba godzinę, rodzice przychodzą do mojego pokoju, ale kiwam im głową, że wszystko w porządku. Matka przytula mnie do siebie i chyba po raz pierwszy się rozumiemy.

Po raz pierwszy staje się mamą.

Kiedy w końcu zostaję sama, ponownie badam kopertę. Na samym dnie, obok kilku pokruszonych płatków kwiatu bzu, widzę niewielki kawałek plastiku. Wyjmuję go drżącymi dłońmi, wdycham boski zapach do płuc i składam w głowie litery, które widzę przed oczami.

To bilet na prom, który odlatuje za tydzień. To dość czasu, żeby pożegnać się ze wszystkimi. Nie zamierzam się nawet pakować, nie chcę tych rzeczy z kolonii, nie są moje i nigdy nie były.

Pomidory będą sobie musiały poradzić beze mnie.

 Wystarczy mi ten list, zapach i smak miłości. I cienie w parku, rzucane przez sędziwe drzewa, kiedy będziemy razem szły trzymając się za ręce.

Koniec

Komentarze

Autororka chwilowo pragnie pozostać anonimowa, więc przez jakiś czas nie będzie się odnosić do komentarzy.

Have fun!

 

 

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Nie przepadam za ckliwymi historiami ale Urzekło

Babcia oczywiście zauważyła, że(?) pozostałości starego świata nie wzbudzają mojego zachwytu.

Byłam jej głodna i spragniona (PRZECINEK?) jak marynarze patrzący na syreny podczas rejsu, kiedy skończyły się zapasy.

Ostatnio anonimowe teksty były interesujące i to misia przyciągnęło. 

 

Anonimowa autorko – 

– napisałaś opowiadanie dla mnie. Dziękuję. Jestem wzruszony, zachwycony i zakochany. Wszystko, co zawarłaś w tym tekście złożyło mi się w idealną kompozycję. Czuję tęsknotę, żal i niepewność jutra. Rozumiem namiętność, którą Agata ma sobie i chęć dzielenia się swym ciałem w sposób, w jaki opisałaś. Słyszę ból po stracie nie tylko miłości, ale też domu, przyszłości i marzeń. A najbardziej dojmujące i bolesne uczucie, jakie tu promieniuje, to chyba brak władzy nad własnym życiem.

Nie napiszę nic więcej, bo nie ma sensu.

 

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Jak widzę SF to zawsze muszę coś rażącego skrytykować. Tu nie ma się do czego przyczepić, poza tym, że transport marchewki czy innych pomidorów jest opłacalny ekonomicznie a bilet na prom osobowy jest poza zasięgiem kolonistów. Co prawda nakreśliłaś dość wyraźnie charakter niewolniczy tej kolonii… Caren sam nie potrafił bym ująć lepiej tego co poczułem po przeczytaniu i co mnie Urzekło

Piękne opowiadanie. Miód na moją wyobraźnię, czasem i ona staje się ciepła.

Urzekła mnie bohaterka. Pięknie oddałaś tęsknotę za Ziemią i za miłością. Smaki i zapachy, dla każdego inny – cudny pomysł. Rzeczywistość, w której znalazła się bohaterka jest szara, ponura, dystopijna. Czuć żal, niepewność jutra. Ale jest w bohaterce coś – niewiem jak to nazwać – ciepłego, dobrego. Nie zatraciła się w swojej tęsknocie, żalu.

Powiem szczerze, że łatwiej jest pod opiem pomarudzić, ewentualnie poczuć entuzjazm jakąś ideą, odkryciem czegoś nowego. Tu marudzić nie ma nad czym, nowych idei nie wprowadzasz, ale bardzo pięknie i ciepło opowiadasz o ludzkim życiu.

Bardzo mi się podobało :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Obstawiam, że opowiadanie napisał mężczyzna. Patrząc na styl mam pewne przypuszczenia co do osoby autora, ale nie będę psuła zabawy.

Pokazujesz bohaterkę w czasie przemian, dosyć trudnym, bo razem z nią obserwujemy okrutne decyzje społeczne. Jednocześnie pojawia się warstwa prywatna, analiza relacji z bliskimi osobami. Mnie osobiście najbardziej ujął fragment z babcią. Zbliżenie na bransoletkę – bardzo udane.

Później poznajemy życie bohaterki w kolonii. Bardzo liryczny klimat, dobrze że rozdzielasz te sceny erotyką. Nie zrozumiałam wątku implantu – bohaterka dopiero chce mieć, czy już ma? Antykoncepcja najwyraźniej działa.;)

Kończysz tę opowieść we właściwym momencie, jedna scena więcej popsułaby konstrukcję. Postać głównej bohaterki wydaje się ciekawa, choć zagubiona. 

Moze Sara wpuszcza nas w maliny ;) Mam jeden typ meski i jeden koniec:)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Też myślę, że to nie Sara jest autorką. 

Jestem zaintrygowany, bo nie wiem, kto jest autorem, a przecież to jest napisane tak, że niewielu jest kandydatów, którzy są w stanie tak napisać. A do tych, co potrafią, nie do końca mi ten tekst pasuje.

Nie ma też wzmianki o becie, a to już w ogóle podnosi poprzeczkę (chyba że to spisek).

I dlaczego Sara wypowiada się za Anonima?

 

Wracając do opowiadania, bardzo dobrze to jest napisane, takim językiem dość prostym, lekkim, w którym gdzieniegdzie poprzeplatano zdania perełki. Jest tu dużo barw, dużo zapachów, dużo obrazów. Jest dystopijne społeczeństwo i tęsknota za Ziemią. A to wszystko nawet nie tyle jest opisane, ile unosi się gdzieś między wierszami.

 Czytałem z przyjemnością, mimo że czytać nie planowałem. Ot zerknąłem na kilka pierwszych wierszy, i już zostałem do końca.

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

O, wlasnie odpadl moj meski Typ na autora ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Stawiałbym na Bellatrix albo Oidrin.

Raczej Bella :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Tak, raczej Bella, na co wskazywałyby sceny erotyczne. Ale to tylko zgadywanie.

I dlaczego Sara wypowiada się za Anonima? Bo lubię się rządzić pod cudzym tekstem. XD A tak serio, to mnie o to poproszono. :> Typujcie dalej :D

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Bella nie może być autorką, bo dała przecież klika. I chyba jako jurorka nie puszczałaby anonimowo ;)

deviantart.com/sil-vah

No, to juz nie wiem :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

 O, wlasnie odpadl moj meski Typ na autora ;)

Uznaję to za komplement, Irko :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Oczami Agaty zobaczyłam jej życie na Księżycu, tęsknotę za tym, co zostawiła na Ziemi i niechęć do tego, czego obecnie doświadcza. Dzięki umiejętnie pokazanym scenom erotycznym dało się poczuć woń czarnego bzu i smak czereśni.

Bardzo porządne wykonanie sprawiło, że lektura była przyjemnością. :)

 

Po­wie­dzieć gło­śno to, co myślą. Wcze­śniej to było… → Powtórzenie.

A może w pierwszym zdaniu wystarczy: Po­wie­dzieć gło­śno, co myślą.

 

– Chris, takie nie może być! – stwier­dził Adam… → Czy tu aby nie miało być: – Chris, tak nie może być! – stwier­dził Adam

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sezon na czarny bez. Jak wykorzystać tę zdrową roślinę? | Radio Kielce

 

Слава Україні!

To ja powiem tylko, że… Nie moje to. 

Ale przeczytawszy ;)

Nie wiem, komu się narażę, ale to nie ma znaczenia, więc się narażę. Zwyczajnie nie rozumiem zachwytów nad tym opowiadaniem.

Napisane jednostajnym rytmem krótkich zazwyczaj zdań, pełne merytorycznych bzdur (ten fragment opisujący kolonię na Księżycu mnie wręcz rozbawił: Tu, w kolonii, każdy sektor jest taki sam. Jedyna różnica to numery. Poza tym każdy jest spod jednej sztancy: bloki mieszkalne, szkoły, żłobki, uniwersytety. Miejsca pracy naukowej, laboratoria, połacie terenu przeznaczone na uprawę roślin. Ciasne, nieprzyjazne i sterylne budynki rekreacyjne. Stacje kolei, łączące sektory z portem kosmicznym, na którym lądują promy.) a na dodatek bohaterka (i narratorka) jest niesamowicie infantylna i miota się między niemal dziecięcymi obserwacjami świata i nieco hardcorową erotyką (zahaczająca o pornografię). Do tego mamy jeszcze naiwne, pseudofilozoficzne „mądrości” na tematy społeczne (wyrażone głównie w drętwej, sztucznej i infodumpowej debacie rodem z posiedzenia młodzieżówki komunistycznej PRL).

Światotwórstwo również leży i kwiczy – dostajemy mieszankę współczesnej niemal Polski (na Księżycu) w czasach, gdy kolonia na nim to bloki, pociągi, uniwersytety itd. oraz hodowla roślin na eksport (na Ziemię…). A wszystko to na jałowym, pozbawionym gleby, atmosfery, pola magnetycznego Księżycu z przyciąganiem równym 1/6 ziemskiego, temperaturą od – 180 (noc) do + 110 (dzień) stopni i śladowym występowaniem wody itd. Czyli zakładam, że akcja dzieje się mniej więcej za 1000 lat, gdy nasz satelita został kompletnie i totalnie sterraformowany (co jest bezsensem totalnym i skazanym na niepowodzenie). I tylko jakieś to wszystko cholernie współczesne nie licząc swobody obyczajowej.

Monotonności narracji towarzyszy monotonność emocji. Do tego jeszcze ckliwość i wątki homoseksualne, które chyba mają zwrócić i poruszyć uwagę czytelnika. Nie kupuję tego miszmaszu bzdur światotwórczych, naiwnej uczuciowości i wulgarnych wstawek o seksie.

A! Rzucił mi się w oczy komentarz Chro : „a przecież to jest napisane tak, że niewielu jest kandydatów, którzy są w stanie tak napisać” – i mam pytanie. Jak napisane? Tak naiwnie? Tak sobie? Tak bez jakiegokolwiek researchu? Poruszyły Cię może te powtarzające się proste porównania miłości do gumy, oranżady, fajek i czereśni itd.? Bo to chyba jedyne fragmenty silące się na jakieś literackie chwyty, reszta napisana jest bardzo przeciętnym językiem. A sceny „erotyczne” to już zwykła boruta moim zdaniem.

Nie będę walcował tekstu w detalach, a jest co walcować. No i takie to science-fiction, jak “Jason z gwiezdnego patrolu”.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Reklama dźwignią sukcesu, więc się też skusiłam i dorzucam swój kamyczek do ogródka “nie moja bajka”.

Doceniam pomysł na to, żeby pokazać tęsknotę za Ziemią w miejscu, które jest nieprzyjazne i nie przypomina przyjemnych doznań z dzieciństwa i wczesnej młodości, ale kompletnie mnie nie kupił obraz kolonii księżycowej ani też wpleciona w tekst erotyka. A już te porównania, które przeradzają się w konkret, jak nieszczęsne czereśnie i żel intymny – przyznam, że tu będę miała problem z “odzobaczeniem” tej sceny. (Przyznam, że jedną z nielicznych książek z dosłowną erotyką jako jednym z głównych wątków, które nie przyprawiały mnie o poczucie second hand embarassment, były pamiętniki seksoholiczki, które kiedyś tam tłumaczyłam – książka niewybitna, ale na swój sposób szczera i nie siląca się na pseudopoetyckie opisy).

Co do erotyki jeszcze, a raczej wątku bi. Bardzo mi się marzy, żeby miłość w dowolnych kolorach tęczy przestała być elementem, który ma z czytelnika robić rodzaj zakładnika. Bo jakże tu krytykować tekst, który niesie dobre przesłanie, że każda miłość jest dobra? A niestety czytając to opowiadanie, miałam wrażenie, że homoerotyzm jest tu wybrany właśnie po to, żeby lekko emocjonalnie nas zaszantażować. W sumie łatwiej bym kupiła historię odwrotną: dziewczyna miała na Ziemi chłopaka, zły los w postaci neokolonializmu wywożącego biedotę do Ameryki na Księżyc ich rozłączył, ona trochę z braku innych możliwości, a może bojąc się ciąży, nawiązuje romans z dziewczyną na tym Księżycu i odkrywa, że to się jej podoba, że to jest to. Mam wrażenie, że byłoby mniej ckliwie, a reprezentacja zostałaby uratowana ;)

Zniechęciła mnie też – fabularnie – scena z bransoletką w ustach po kontroli na lotnisku. Skoro mieli własne ubrania, a nie piszesz o kontroli osobistej, w której przeszukiwano by kieszenie i tak dalej, to ukrycie takiego drobiazgu było bardzo łatwe i od początku do wymyślenia, więc to po prostu wydało mi się mocno naciągane i takie dla dodania jeszcze trochę ckliwości, którą ten tekst i tak ocieka i to jest mój największy z nim problem. Po pierwsze skoro ona poszła do łazienki, to kontroler powinien się domyślić, że schowała tę bransoletkę. Po drugie w tekście z taką erotyką więcej sensu niż trzymanie czegoś w ustach (nikt nie zauważył, że miała problem z mówieniem? o jedzeniu już nie wspominając) miałoby schowanie tej bransoletki w zupełnie innym miejscu… Znacznie praktyczniejsze.

Nie kupuję też obrazu taty. Nijak nie potrafię sobie połączyć faceta, który mówi “Miłość pachnie jak miętowy papieros i smakuje jak ciemne piwo z puszki” z późniejszymi nieco pretensjonalnymi porównaniami: “Nie, właściwie bardziej jak obraz Moneta w sali sądowej. Debussy puszczany z telefonu pod monopolowym z tanim piwem”. Wprawdzie akurat Moneta (kopię czy reprodukcję) wyobrażam sobie jak najbardziej w dowolnym wnętrzu urzędowym, bo nie ma chyba bardziej oklepanego malarza, niemniej Debussy to już nieco inna zabawa, choć jakoś bardziej by mi się kojarzył z nim jakiś malarz znacznie bardziej eteryczny, Puvis de Chavannes na przykład, choć niekoniecznie ten przywołany w “Ludziach bezdomnych”.

Kwestię realiów kolonii streścił Maras, nie mam co dodać, poza tym, że w zasadzie przeniosłaś tu wyobrażenia ziemskich emigrantów na kosmicznych, tyle że o ile w Ameryce, gdzie są inne zapachy, da się zbudować miasta łudząco przypominające europejskie, tylko że otacza nas co innego, o tyle na Księżycu nie da się ot tak przenieść ziemskich blokowisk.

Technicznie jest solidnie, choć styl nie powala.

 

Jest to trzeci w ostatnich tygodniach tekst, któremu piszę recenzję de facto negatywną, ubolewając przy tym, że pomysł, który mi się jako pomysł podoba, zyskał oprawę, która mnie mocno rozczarowała. Co gorsza, już wiem, że lada moment napiszę czwartą taką recenzję…

http://altronapoleone.home.blog

A! Rzucił mi się w oczy komentarz Chro : „a przecież to jest napisane tak, że niewielu jest kandydatów, którzy są w stanie tak napisać” – i mam pytanie. Jak napisane? Tak naiwnie? Tak sobie? Tak bez jakiegokolwiek researchu? Poruszyły Cię może te powtarzające się proste porównania miłości do gumy, oranżady, fajek i czereśni itd.? Bo to chyba jedyne fragmenty silące się na jakieś literackie chwyty, reszta napisana jest bardzo przeciętnym językiem. A sceny „erotyczne” to już zwykła boruta moim zdaniem.

Marasie, napisane jest niezwykle lekko. Tak, że mimo iż to “bardzo przeciętny język” czyta się to z przyjemnością. Jest harmonia w tych zdaniach, jest balans. Mnie taka forma języka uwodzi.

Możliwe, że to tylko moje widzimisię, ale jest dosłownie na portalu kilka osób, które opanowało warsztat do tego stopnia, że nic mi tam nie bruździ, nie zgrzyta, po prostu ten język jest miły dla mego ucha. I to miałem na myśli. I to doceniam.

I dobrze Marasie, że mi przypomniałeś, bo miałem to opko nominować. Właśnie za ten styl. Lepszy niż choćby w opku, które nominowałem w maju.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

A tak z ciekawości, kogo podejrzewasz o autorstwo tego opka, skoro tak się zachwycasz stylem?

(Ja tu akurat jestem #teamMaras)

http://altronapoleone.home.blog

Nie wiem, Drakaino.

Jeśli chodzi o balans i harmonię, to mógłby być Cobold, Zanais, Kam, Katia… ale to na pewno żadne z nich. Kilku innych kandydatów (Bella, Sara, Alicella) też odpadło. Zostaje niewiadoma…ktoś z dużym potencjałem, kto jeszcze nie dał się zbyt dobrze poznać, albo jakiś stary wyjadacz z dawnych czasów.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Cóż, pozostaje jedynie, w kwestii stylu, DGCC

http://altronapoleone.home.blog

Punkt trzeci antyporadnika Marasa ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cobold, Zanais, chyba przeszarżowałeś w tym zachwycie, Chro…

Cieszę się za to, że ten styl rekompensuje Ci piramidalne bzdury merytoryczne, chociaż pamiętam jak walczyłeś z przebiegiem pewnej wymyślonej przeze mnie hipotetycznej apokalipsy w tekście, którego nawet nie otagowałem jako "science-fiction". Jak Autor(ka) powyższego. 

 

I dobrze Marasie, że mi przypomniałeś, bo miałem to opko nominować. Właśnie za ten styl. Lepszy niż choćby w opku, które nominowałem w maju.

Och, każdy ma prawo nominować co tylko zechce, cieszę się, że pomogłem Ci podjąć decyzję. Ale pewnie to już prędzej sceny erotyczne w różnych układach przeważyły, a nie moja szarża nosorożca. 

A co do opka z maja, nie rozumiem jak mogłeś nominować tekst napisany kiepskim stylem. Piórko to powinno być top opowiadanie na wielu poziomach. Także stylistycznym i merytorycznym. Dlatego może jednak skuszę się na to walcowanie. Dzięki, że mi przypomniałeś, Chro, o tym stylu.

 

Kilka przypadkowych przykładów tego kunsztu stylistycznego poniżej. Autor(ka) ma problemy ze składnią, szykiem, gubi podmiot, gubi formę gramatyczną. No ale TOP, jak by to powiedział Zibi Boniek. 

 

Chris był przedstawicielem tej części młodzieży, którą tak lubili nauczyciele i urzędnicy: ślepo wierzącego w społeczeństwo. To, że był przy tym diablo przystojny, z prostymi włosami w kolorze orzechów i ponadprzeciętnym wzrostem wcale mu nie przeszkadzało.

 

Ja też wolę rozmawiać po polsku, dopóki jeszcze go pamiętam.

 

Znosiliśmy upał lepiej niż nasi dziadkowie czy rodzice, ale mimo mniejszej wrażliwości w południe promienie światła przebijały się przez nawet najsilniejszy filtr, paląc skórę niczym płomień. Zresztą, większość ludzi od lat prowadziło życie towarzyskie wieczorami, po pracy.

 

Niedługo później nawet trochę krzyczeliśmy, co jednak uważaliśmy za nieco pozerskie i przebrzmiałe, jak na starych filmach pornograficznych oglądanych z uwielbieniem przez pokolenie naszych dziadków.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Cześć!

 

Po lekturze mam wrażenie, że opowiadanie jest trochę nierówne. Główną oś stanowi odbiór miłości i jak dla mnie porównanie do smaków i zapachów tego, co akurat kojarzy się bohaterom z momentem zakochania wyszło całkiem fajnie. Pierwsze zdanie zaciekawia, jeśli potrafi się je odebrać inaczej niż dosłownie. Sentymentalizm jest tu mocno wyczuwalny w narracji, a styl, poza kilkoma wyjątkami, dość konsekwentny.

Wydaje mi się, że zabrakło płynności w fabule, jakby za dużo elementów się tutaj pojawiło. Zaczynasz od wspomnień, potem nagle pojawia się ideologiczna dyskusja, następnie nie wiadomo skąd scena erotyczna, dla której zabrakło tła, do tego jeszcze wątek implantu i na koniec wielka miłość. Podczas lektury miałam takie wrażenie, jakby uwaga była rozproszona na zbyt wiele elementów.

Dla mnie najciekawszym motywem jest tworzenie kolonii i wysyłanie na nią ludzi wbrew ich woli, ale ten temat został tylko zasygnalizowany, więc pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi. Czyli mówiąc inaczej ciekawy pomysł, który pozostawia niedosyt.

Ogólnie jednak była to przyjemna lektura, tylko nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zabrakło jeszcze ostatecznego doszlifowania tego tekstu. Jest też trochę usterek technicznych.

Wtedy wydawało mi się, że przez gorąco nie da się oddychać, dlatego w okolicach południa cały świat zamierał.

Warto unikać powtarzania dwóch “się” w jednym zdaniu, bo zaczynają klaskać ;)

Pamiętam, że zapytałam babcię, dlaczego.

Moim zdaniem zbędny przecinek, bo “dlaczego” nie wprowadza tu zdania podrzędnego.

Pamiętam, że zapytałam babcię, dlaczego. Matka mówiła mi, że od oranżady wypadają zęby. Przez cukier.

Najpierw trochę się tu zawiesiłam, bo informacja o pytaniu do babci jest zaraz przytłoczona przez to, co mówiła mama. Zabrakło mi tu jakiegoś płynnego przejścia między tymi zdaniami.

Guma smakowała nieźle, ale zostawiała po sobie dziwne uczucie na podniebieniu, nie umiem go nawet opisać.

Uśmiechnęła się ciepło, a liczne zmarszczki wokół jej oczu pogłębiły się o stokroć.

Ale kiedy oni przeczesywali palcami moje włosy, czułam z nimi więź.

– Chyba niezbyt ci to smakuje, prawda, Agatko? […]

– Nie – pokręciłam przecząco głową.

Tu mam trochę zgrzyt, bo Agatka odpowiada “nie” na to pytanie, a z kontekstu wynika, że nie smakowało. I ja bym sobie “przecząco” darowała, bo kręcenie głową już wskazuje na zaprzeczenie.

Mnóstwo odcieni. Wcale się tak bardzo od siebie nie różnią i jednocześnie są zupełnie, całkowicie inne.

Nie brzmi to najlepiej.

Powiedzieć głośno, co myślą. Wcześniej to było nie do pomyślenia.

Chris był przedstawicielem tej części młodzieży, którą tak lubili nauczyciele i urzędnicy: ślepo wierzącego w społeczeństwo.

Nie zgadza się tu składnia, forma “wierzącego” nie pasuje ani do “części młodzieży”, ani do przedstawiciela.

Przeprosiłam, poszłam do łazienki i kolejne kilka dni trzymałam bransoletkę w ustach, ze strachem, że ktoś mi ją zabierze.

Nawet podczas snu? Może jednak warto by się zastanowić nad innym miejscem jej ukrycia, bo jak dla mnie wyszło troszkę zbyt dramatycznie.

Mieszkałam w Polsce, i nawet pod palącymi promieniami Słońca miasta różniły się od siebie.

Zamieniłabym “i” na “gdzie”.

Od razu czułam, że jesteśmy w innym miejscu, kiedy wyjechaliśmy na wakacje do Portugalii. Tata mówił mi, że odczuwał to podobnie. Za młodu był z matką w Chorwacji, kiedy jeszcze miało to sens. Zachwycał się tym, jak wszystko inaczej wyglądało.

Ten fragment dużo lepiej by wypadł, gdybyś podał szczegóły. W tym momencie informujesz czytelnika o odczuciach bohaterki, ale nie dajesz podstawy do wyobrażenia sobie tych miejsc. Czasami wystarczy poszperać w internecie i po prostu opisać jakiś charakterystyczny szczegół. Odwrócisz wtedy sytuację, pokażesz czytelnikowi to, co widziała bohaterka i na tej podstawie pojawi się wniosek, że ta różnorodność była piękna. Mocniej też podkreśliłoby to sentyment, jaki odczuwa bohaterka, bo takie szczegóły utkwione w pamięci dodają emocji.

Zadbano jednak o to, by sektory wymieszano pod względem językowym i etnicznym, by ludzie w rozmowach między sobą musieli używać Języka Wspólnego.

Zastanowiłabym się, czy tworzenie nazwy własnej jest w tym przypadku uzasadnione.

Jest to jednak źle widziane przez otoczenie.

Ja też wolę rozmawiać po polsku, dopóki jeszcze go pamiętam.

Nie gra mi tu składnia, bo “go” nie pasuje do pierwszej części zdania.

Ulice na powrót zapełniały się ludźmi, którzy musieli schować się w klimatyzowanych wnętrzach po tym, jak temperatura wzrosła do nieznośnej wysokości. Znosiliśmy upał lepiej niż nasi dziadkowie czy rodzice, ale mimo mniejszej wrażliwości w południe promienie światła przebijały się przez nawet najsilniejszy filtr, paląc skórę niczym płomień.

Zdanie brzmi tak, jakby promienie światła miały mniejszą wrażliwość. 

Zresztą, większość ludzi od lat prowadziło życie towarzyskie wieczorami, po pracy.

prowadziła

Ten zapach bzu nie pochodził zresztą od koszmarnie drogich kwiatowych perfum: jej mama miała szklarnię, w której mieli trochę kwiatów i krzewów. Dla przyjemności. Przyjemności. Tylko i wyłącznie. Nie mieli tam nawet pomidorów, które mogliby później sprzedać albo zjeść. Same kwiaty.

– Dobre to?

– Nieszczególnie. Chcesz spróbować?

Spróbowałam. Faktycznie, nie było to zbyt dobre.

Ten dialog wyszedł bardzo sztucznie.

Miałam kilkanaście lat, chociaż ledwo. Właściwie nadal mam kilkanaście, ale wtedy miałam mniej. Dwanaście, trzynaście? Nie, chyba więcej. Na tyle, że tata uznał, że może mi odpowiedzieć szczerze na moje pytanie.

W tym miejscy styl się załamuje. Niepotrzebne zagmatwanie się tu pojawia.

Tata zawsze wydawał mi się pełny miłości. Pogodny, chociaż niewesoły. Spokojny. Bardzo rzadko się złościł. Wydawał mi się kompletnie niedopasowany.

I cienie w parku, rzucane przez sędziwe drzewa, kiedy będziemy razem szły[+,] trzymając się za ręce.

Nie jesteśmy biedni, ale prawdziwa bieda nie polega na tym, że nie ma czego zjeść. To coś o wiele gorszego: to ciągłe, nieustanne, wyniszczające myślenie o pieniądzach. Liczenie.

A to mi się akurat bardzo podobało :)

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Marasie, jak na osobę, która krytykuje niemal wszystko i wszędzie, i obnosi się z tym z dumą, zadziwiające jest, jak bardzo nie potrafisz unieść krytyki na swoim punkcie.

Nie rozumiem, po co te wycieczki personalne.

Dyskusji kontynuować nie będę, bo zrobiło się lekko niefajnie i nic poza wzajemną irytacją z tego się nie urodzi.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Ma­ra­sie, jak na osobę, która kry­ty­ku­je nie­mal wszyst­ko i wszę­dzie, i ob­no­si się z tym z dumą, za­dzi­wia­ją­ce jest, jak bar­dzo nie po­tra­fisz unieść kry­ty­ki na swoim punk­cie.

– o ile sobie przypominam, nie krytykowałeś mnie, tylko jakieś szczegóły apokalipsy w mojej bajce świątecznej. Tak, to dopiero była gorącą dyskusja ;)

Za to tutaj mamy rzekomo tekst sf i podobają Ci się nawet blokowiska i uprawy rolne na Księżycu w czasach wyglądających prawie jak nasze. To mnie zadziwiło.

 

Nie rozumiem, po co te wycieczki personalne.

– mówisz o tych scenach erotycznych? Przecież lubisz i się z tym nie kryjesz.

 

Dyskusji kontynuować nie będę, bo zrobiło się lekko niefajnie i nic poza wzajemną irytacją z tego się nie urodzi.

– fakt.

Po przeczytaniu spalić monitor.

– o ile sobie przypominam, nie krytykowałeś mnie, tylko jakieś szczegóły apokalipsy w mojej bajce świątecznej. Tak, to dopiero była gorącą dyskusja ;)

Tak, pamiętam, że nie byłeś zainteresowany dyskusją stricte naukową, na temat tego, co tam było źle.

 

Na tym właśnie polega różnica między tym a tamtym opowiadaniem. Tam wrzuciłeś do jednego wora kilka sprzecznych ze sobą teorii naukowych i usilnie chciałeś mnie jako czytelnika przekonać, że to ma sens. Wszedłeś za bardzo w szczegóły, w które nie powinieneś wchodzić, jeśli to miał nie miał być tekst hard SF.

I dlatego mnie to jako czytelnika zirytowało. Opakowanie było SF. W komentarzach przekonywałeś mnie, że jednak nie, ale już było po fakcie.

 

Tutaj jest odwrotnie. Autor nie sili się na naukowe udowadnianie, że to, co pisze, ma podstawy naukowe. Otoczka księżycowa to tylko kosmetyka i ozdobniki. Jako czytelnik czuję to od samego początku, więc się nie czepiam, bo widzę, że istota tego tekstu leży gdzie indziej.

Mamy tu na pierwszym planie kwestie socjologiczne, tęsknotę za Ziemią i subtelną relację między bohaterami. To jest istota opowiadania.

Sam tekst ma w sobie coś ulotnego, co sprawia, że jestem w stanie się zatopić w opowiadaną historię w pełni, że wierzę w emocje, które autor opisuje. Kupuję to do tego stopnia, że nie dostrzegam podczas lektury błędów, które normalnie gryzłyby mnie w oczy.

To bardzo subiektywne i możliwe, że to Cię właśnie irytuje w mojej ocenie, bo to rzecz niemierzalna.

Ale literatura to nie nauka ścisła a sztuka, a w tej nie tylko liczy się warsztat i forma, ale też to, w jaki sposób oddziałuje na emocje. Do mnie ten tekst dotarł, pomimo swoich wad.

 

Co do erotyki, to owszem lubię, ale akurat w tym przypadku nawet słowem się o tym nie zająknąłem. Nie ona była istotą tego tekstu, a była wręcz drugoplanowa. Ot, pokazanie jak w futurystycznym społeczeństwie ludzie potrafią traktować seks zupełnie inaczej niż my. Bez pierwiastka zazdrości, bez wymagania wyłączności. Ten element był dla mnie dużo ciekawszy niż same sceny seksu, które akurat mnie ani nie zachwyciły, ani nie obrzydziły. Opisane zostały na tyle, ile było to potrzebne, by pokazać właśnie ten socjologiczny aspekt.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

subtelną

Różnie definiujemy subtelność :P

 

pokazanie jak w futurystycznym społeczeństwie ludzie potrafią traktować seks zupełnie inaczej niż my.

No więc to jest dla mnie coś, czego kompletnie zabrakło w tym opku, dlatego je porównuję do opowieści o wczesnych kolonizatorach w Ameryce. Tu właśnie kompletnie nie ma poczucia, że jesteśmy naprawdę “na innej planecie”, na której panują inne warunki w sensie choćby grawitacji czy promieniowania, co odciskałoby się na układach społecznych. Jedyną uparcie podkreślaną różnicą jest kwestia zapachów. Ale na to wystarczy przeprowadzić się z Prowansji czy Grecji do Polski, nie mówiąc już o Islandii i zmiana może być dotkliwa.

A traktowanie seksu? Czym ono się różni od ziemskiego i współczesnego?

Dla mnie tu jest wyłącznie księżycowy sztafaż, tak samo jak było w “księżycowym” (i skatiowanym) opowiadaniu użytkownika o nicku ateramniepocałuj, gdzie skądinąd był w zamierzeniu kontrowersyjny i edgy wątek erotyczny.

http://altronapoleone.home.blog

Różnie definiujemy subtelność :P

Tak, to na pewno. Ale nie sądzę, by to był problem.

 

A traktowanie seksu? Czym ono się różni od ziemskiego i współczesnego?

Mamy pokazany konflikt dwóch samców o skrajnie odmiennych poglądach. I mamy kobietę, z której punktu widzenia jest narracja. Początkowo wygląda to tak, jakby oni rywalizowali zarówno między sobą, jak i o jej względy. I jako czytelnik dałem się na to złapać. Oceniłem, że jeden jest dobry, a drugi zły, i ona będzie musiała wybrać.

Tymczasem układ okazał się być inny. Ta samcza rywalizacja na punkcie ideologicznym nie miała przełożenia na relację seksualną i relację w ogóle. Mnie ten kontrast uderzył. Ale też skłonił do refleksji.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Ale co w tym układzie jest “nieziemskiego”? Coś takiego mogłoby się zdarzyć bez księżycowego sztafażu, który jest wyłącznie kostiumem. I skądinąd Maras ma rację, że tag “s-f” nijak się do tego opka nie ma, aczkolwiek rozumiem też, że ograniczona liczba kategorii zmusza wiele osób do takiego wyboru, jeśli jest element futurystyczny.

Niemniej tu jest 1:1 przepisanie sytuacji pierwszych przymusowych emigrantów do kolonii amerykańskich i księżyc oraz futurologia to tylko kostium.

http://altronapoleone.home.blog

Niemniej tu jest 1:1 przepisanie sytuacji pierwszych przymusowych emigrantów do kolonii amerykańskich i księżyc oraz futurologia to tylko kostium.

Ale co w tym złego?

Większość fantastyki to przepisanie współczesnych analogii na inne światy lub inne czasy. Nie jestem ślepym wyznawcą brzytwy Lema. Tekst ma mi się podobać, a to jakich narzędzi autor się chwyci, to już jego sprawa.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Nic złego, ale twierdzisz, że tu jest bardzo inaczej niż na Ziemi i że między innymi dlatego Ci się podoba. No i przyznam, że trochę mnie dziwi, że w opowiadaniu z tagiem “s-f” beztrosko przechodzisz do porządku dziennego nad kompletnym brakiem s-f, zbywając go otoczką i podkreślając socjologiczny wymiar (imho wątpliwy), podczas gdy w opowiadaniu, które tego tagu nie miało, kruszyłeś kopie o naukowe realia. Jasne, tam trafiło w Twoją specjalistyczną dziedzinę, każdy ma odruch mocniej reagować na to, na czym się zna (dlatego zapewne mnie bardziej irytuje tutaj to przepisanie nieprzystających realiów), ale jednak. Tu tagu “science-fiction” nie powinno być.

http://altronapoleone.home.blog

Jasne, tam trafiło w Twoją specjalistyczną dziedzinę, każdy ma odruch mocniej reagować na to, na czym się zna (dlatego zapewne mnie bardziej irytuje tutaj to przepisanie nieprzystających realiów), ale jednak.

To tak samo jakby ktoś pomylił dyliżans z karetą. Dla mnie bez większego znaczenia, podczas gdy Tobie by to zepsuło przyjemność z lektury.

 

Nie powinno być tu tagu SF?

Mamy utopijną społeczność na Księżycu w apokaliptycznej przyszłości, to jaki, przepraszam, tu powinien być tag?

Fantasy? Horror? Inne?

 

W tagach szczegółowych jest: socjo SF, miłość i Księżyc – i ten zestaw dość jasno określa czego się spodziewać.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Poznaliśmy autora, więc zapewniam, że z różnych, pozamerytorycznych powodów, żadnego walcowania i komentarza już nie będzie. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ja bym pewnie dała “inne” (większość moich opowiadań ma kategorię inne, sf dałam dawno temu opku na konkurs cyberpunkowy, ale dziś pewnie też dałabym “inne”, bo wiem, jak fani sf traktują sf), ale tak naprawdę nie chodzi o to, jaki jest tag, bo te tagi są dość umowne. Chodzi o to, że przy opowiadaniu, które było baśnią i nie miało tagu sf detale naukowe stanowiły dla Ciebie problem wart kruszenia o nie kopii, a w opowiadaniu, które otagowało się jako sf, nie będąc stricte sf, nie robi Ci to problemu. O konsekwencję chodzi, nic więcej.

 

Czy kareta zamiast dyliżansu popsułaby mi lekturę? To bardzo zależy od reszty, oczywiście. Zazwyczaj jednak potrzebuję czegoś więcej, wielu takich karet pozamienianych w dyliżansy, poczucia, że świat nie jest konsekwentny. Jak tu: niby kolonia księżycowa, ale tak naprawdę niczym poza deklaracją, że to na Księżycu, nie różni się od Ziemi. Nawet dziś w jakimś odległym zakątku świata ludzie mogliby czuć się podobnie obco i samotnie, mieć podobne problemy społeczne i daleko do domu. O innych zapachach nie wspominając. Księżyc uważam tu za pretekstowy, tyle.

http://altronapoleone.home.blog

Jednak zgadłam, że opowiadanie napisał mężczyzna, ale typowałam inną osobę. 

Proponuję założyć oddzielny wątek o zgodności świata przedstawionego z rzeczywistością w opowiadaniach fantastycznych. Podobna dyskusja do powyższej toczyła się jakiś czas temu pod tekstem Finkli, a ostatnio pod opowiadaniem Barbarzyńcy na konkurs Planety i tekstem Adama_c4 na Baźnie.

 

Poznaliśmy autora

Jednak zgadłam, że opowiadanie napisał mężczyzna

Co mnie ominęło? Opko widzę jako dzieło anonima, w komentarzach nie widzę przyznania się do winy, a wielcem ciekawa, kto jest autorem.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Wystarczy wejść na stronę główną Irko ;) Pod tekstem pisze kogo to autorstwa ;)

A, widzisz, faktycznie, zapomniałam, że jak wpadnie do Biblio, to czar niewidzialności znika :) Morteciusie, odanonimuj się już oficjalnie :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nie zgodzę się, że w tym opowiadaniu brakuje socjologii. Autor pokazał społeczność w przełomowym momencie, najpierw na Ziemi, później w kosmosie. Opisał typową dla takich miejsc anomię więzi i próby kształtowania nowego ustroju. Ciekawie wypadł opis rozwarstwienia materialnego jeszcze w ziemskich realiach.

Świat widziany oczami bohaterki może wydawać się nieco infantylny, ale przecież to nastolatka, na dodatek wychowana w rodzinie ze skomplikowanymi relacjami, zagubiona w zmieniającej się rzeczywistości.

Erotyka w tym opowiadaniu ożywia fabułę, trudno by było przebrnąć przez tekst, który opisuje tylko jeden rodzaj emocji. Z pewnością nie jest to erotyka subtelna, może nawet szokować, przecież czytamy o pierwszych doświadczeniach seksualnych dzieci i reakcji rodziców jednego z chłopców. Równie niepokojące wydaje się zakończenie opowiadania – naiwność i przesadne nadzieje młodej dziewczyny, która planuje wyjazd do kolejnego, już obcego dla niej miejsca.

Faktycznie, trudno szukać w tym tekście s-f, ale wydaje się, że autor miał zupełnie inny pomysł na ten tekst.

 

No siema. Witam wszystkich i kłaniam się nisko.

Niniejszym się odanonimizowuję.

Z uwagi na ilość komentarzy + tzw. długi weekend nie chciałbym nikogo wyróżniać wcześniejszą odpowiedzią, a na odpisanie wszystkim czasu mi nie wystarczy, więc wrócę tu z jakimś gigafloodem tekstowym w przyszłym tygodniu.

Dorośli wydawali mi się śmiesznie naiwni ze swoimi niezrozumiałymi zachowaniami lub groteskowo straszni w gniewie.

Czy te wszystkie epitety są konieczne?

 

Nic jednak nie zmieni tego, że jednostka powinna nade wszystko przedkładać potrzeby społeczeństwa.

Przedkłada się coś ponad coś, więc brakuje tu części tego wyrażenia.

 

Twój idealizm jest godny pochwał. Jest jednak pewien podstawowy błąd

Bezgwiezdnej, bo nawet największe gwiazdy w postaci prześlicznych koleżanek, do których ślinili się inni chłopacy, nie mogły się w jego oczach równać z bladą i eteryczną matką, która swoją zimną urodą zerwała go niczym garść maków, by postawić je później w wazonie na szafce.

Okropne zdanie. Dzieliłbym.

 

A matka zobaczyła, jak ten nieśmiały chłopak wpatruje się w nią jak w obraz, by co jakiś czas spuścić wzrok, i po prostu go pocałowała.

Pierwsze “jak” można spokojnie zamienić na “że”, natomiast ostatnia składowa tego zdania wygląda, jakby jej urwało jakiś wcześniejszy fragment i jest przez to niezrozumiała. Odzierając zdanie z ozdobników: chłopak wpatruje się w nią, by spuścić wzrok i po prostu go pocałowała. ???

 

Nie umiem przeklinać, rówieśnicy zawsze dziwili się, że nie używam brzydkich słów.

Ale list. Kurwa, przyszedł do mnie list. Pierdolony list.

To umie, czy nie umie? :>

 

Część rzeczy mi się podobała, część mniej. Udana jest na pewno relacja trójki bohaterów, wymykająca się stereotypom, a mimo to, przynajmniej dla mnie, wiarygodna. Elementy erotyczne są napisane ze smakiem, a to trudna sztuka, by nie popaść w żenadę – zdecydowanie udało się tego uniknąć.

Przewrotny rewolucjonizm Adama także wypada interesująco i pod kątem socjologicznym opowiadanie prezentuje się ciekawie. Nie rozumiem natomiast, czemu zdecydowałeś się umieścić akcję na Księżycu. W ogóle nie czuć, że bohaterowie znajdują się na innym ciele niebieskim. Nie czuć inności ich sytuacji, jest wręcz do przesady ziemsko. I można by to tłumaczyć zaawansowaną terraformacją, jednakże bohaterowie nazywają swoich dziadków zoomerami, zatem minęły raptem dwa-trzy pokolenia od czasu życia współczesnych nastolatków. Nie sądzę, by takie warunki były osiągalne w tak bliskiej perspektywie, a autor też nie sili się na wyjaśnianie takiego stanu rzeczy, bo i nie o tym jest opowiadanie. W sumie można to przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza, ale mi to akurat mocno zgrzytnęło. Myślę, że tekst zyskałby, gdyby na miejsce zesłania wybrać jakiś zakątek Ziemi.

Językowo jest trochę wyboisto, parę przykładów wypisałem wyżej. Pierwszy fragment niby jest napisany z naiwnej perspektywy dziewczynki, jednak np. używa wobec seksu rodziców słowa “namiętny”, więc tu też niewielki zgrzyt.

Bardzo sprytnie zostały ograne detale, z którymi kojarzą się bohaterom najsilniejsze emocje, za to plus.

Czytało mi się całkiem przyjemnie, choć jest tutaj spore pole do polerowania.

Piękny tytuł o bzach i czereśniach, choć osobiście wolałabym wiśnie, bo miłość nie jest słodka i pokrzywę, która nie odurza tak zniewalająco jak – bez przykładu – bez, choć czarny u mnie zapunktował przez słowo, bo dziki, a dzikość poważam (W pewnych granicach naturalnie xd).

Dla mnie styl płynny, zwracający uwagę, zgodziłabym się z Chrościskiem. Przez tekst się żegluje i wiatr nigdy nie wieje, aby utrudnić dotarcie do celu. Naprawdę wdzięcznie napisane. Socjologicznie przychylałabym się do zdania Ando z małymi wyjątkami, o których później. Fantastyka jest obecna, acz mogłoby być jej wincej, żeby lepiej przedstawić sytuację bohaterki i uciąć rozważania, że na Ziemi też byłoby to możliwe. Moim zdaniem raczej nie, acz porządnie trzeba się domyślać dlaczego.

Dla mnie opowiadanie biblioteczne, takie pod piórkiem.

 

Dlaczego nie piórko? Mnie zatrzymywała treść, niektóre rzeczy:

*Sceny w trójkącie są odważne, lecz nie dość, chyba trzeba byłoby dać do skorygowania komuś, kto praktykuje/ował i ma doświadczenia. Ostatnio czytałam jakiś tekst o dużej szwedzkiej rodzinie. Na Polskę opko ok, w sensie przekazu; na świat – niekoniecznie.

Zatrzymała mnie bransoletka – spleciona, z materiału, którą młoda nosiła, na przetrzymywanie pod językiem machnęłam ręką, bo w końcu drobiazg. Miała lata, ta bransoletka. Winszuję jej wyglądu i trwałości. Nostalgiczny, ważny symbol przenosi powierzchowne znaczenie przez brak kontekstu przekazania i tym samym nadania jej znaczenia. Poruszamy się jako czytelnik w niejednoznacznych odniesieniach. Bohaterka sama ją wzięła, po co? Za dużo domyślanek, a przecież nie jesteśmy jeszcze w otwartym zakończeniu, lecz zawiązywaniu się głównego wątku. 

W ogóle, dla mnie, za mało było głównej bohaterki, niestety pomimo pierwszoosobowej narracji, podobno wciągającej. ;-) Nie rozumiem bohaterki i jej tęsknoty, a przecież chyba powinnam rozumieć (celowe powtórzenie xd), uniesienia, dylematów, czego chce, a co woli pozostawić za sobą. Durch (śląskie) tylko tęsknota i jojczenie. Coś tam robi na boku zawodowo, ale wszystko nieważne, zamglone tło: ludzie, praca, otoczenie, bo ona o tych ziemskich bzach i czereśniach. Właściwie o to mam pretensję. Psychologicznie mało prawdopodobne, zwłaszcza że jej właściwe dorastanie i nauka zawodu przypada na Księżyc. 

W centrum mamy konflikt: wzięli ją/zdecydowali za nią/przesadzili (czy jest drzewem, co się stało?); przelotne "relacyjki" z chłopakami, bo ona nie chce tu być, bo tam było mądrzej, lepiej i w ogóle; żyje w "chmurach". Lubię chmury (nie te internetowe, które są ściemą przez słowo, gdyż dane gromadzone są na serwerach najzupełniej realnych, fizycznych), ale bohaterki nie ma w opisywanych relacjach. Ciągle na nie, bardzo zgorzkniała, pomimo fajnych relacji z chłopakami, super pracy. Takie angażowanie się i jego brak jednocześnie. Jakaś mimoza z niej. Zabawa – nie zabawa, a przypominam, że mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową. Człowiekiem li ona jest czy koncepcją?

Opowiadanie jest fajne i niefajne zarazem, bo coś obiecuje i nie spełnia przez tytuł oraz częściowo treść. 

Tytułu romansowy i zaskoczeniem miało być – chyba – podmienienie podmiotu/przedmiotu tęsknoty. W zasadzie na tym zasadza się problem, lecz ani miłość do Ziemi, ani do człowieka, może kobiet (restrykcyjne społeczeństwo) nie została wyeksponowana, więc jak to poczuć? Budujesz, Anonimie, na nieokreślonej tęsknocie. Daj nam ją, bo inaczej słyszę refren, powielany od wieków: "Kiedyś to już było…". 

Ano, było. Od wieków kręci się ta nostalgia. Samą tęsknotę, odwracanie się w kierunku przeszłości chyba rozumiem, ale trzeba byłoby ją ciut podrążyć, zejść głębiej. Tak na marginesie, kiedyś sprawdziłam wypowiedzi dotyczące upadku języka i jojczenie na temat umiejętności licealistów. Dotarłam aż do połowy dziewiętnastego wieku. Zastanawiająca zgodność wypowiedzi. Przecierałam oczy ze zdumienia, nawet fraz używano tych samych, w dwóch językach.

Czy to oznacza, że dla mnie tęsknota za czymś/kimś nie jest silnym motywem? Jest, lecz trzeba silniej powalczyć o jej pokazanie. Niech zawibruje w tekście to, co obiecywał tytuł.

Co do miłości nieoczywistej, bo odmiennej od hetero, motyw mi się spodobał, choć umiarkowanie przedmiotowe traktowanie ludzi, chłopaków już nie, ponieważ pozbawiasz go uzasadnienia i też rozmywasz (niby tak, niby nie, znaczy nie wiadomo).

 

Pomysł fajny, ale całość trzeba byłoby jeszcze przemielić/poprawić. Na modelowość i wszelkie aproksymacje zbiorowości jestem lekko uczulona, ale to ja. Treści interesujące i potraktowane po łebkach. Letnie.

Nie mamy w tekście veta, stanowiska, raczej – "choć i dlaczego mi się to przydarzyło" – rodzaj pretensji skrzyżowanej z pasją powrotu i naprawdę szkoda, że nie wiadomo do czego dąży bohaterka i o co jej chodzi. Resentyment. 

Uff, gdy napisałam słowo "resentyment", otworzyła się przede mną otchłań. Ma różne znaczenia, zgoła odmienne. Dobrze. Chodziło mi o to, że zbyt płytko, tak ślizgaczem się przemknąłeś. Jako eksperyment – tekst udany, a stylówka też niczego sobie. <3

 

Rekomendacja do całości (warsztatowo) – wycięłabym wszelkie ozdobniki, kierując się kompasem (Saunders kiedyś napisał, będzie parafraza: "Mam w głowie kompas: T/N. Czytam zdanie i decyduję").

 

Drobiazgi:

,Nie wiedziałam, co było gorsze: sam format otwartych dyskusji w wypełnionych po brzegi pomieszczeniach, obowiązkowe uczestnictwo czy zaciętość wszystkich wokół. Mnie wcześniej wychowała polska szkoła, twór z pozlepianego pospiesznie na mąkę kartonu, który już dawno się rozpadł i przemókł, ale wciąż udajemy, że stoi.

Lekko skorygowałabym, a podkreślenie wyzzułabym z ozdobników i zastanowiła się nad czasownikami: rozpadł i przemókł. Z czasownikami, jeśli już, to najpierw przemókł, a potem się rozpadł, chyba że wycofujemy się rakiem do tyłu. ;-)

pzd

a

Ps. Wklejam na szybko, mogą być błędy.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum

Od razu zastrzegę, że z dużą porcją Twojego komentarza się zgadzam, ale zostawię to sobie na okazję własnego komentowania. Tutaj mnie trochę zgubiłaś xD

Sceny w trójkącie są odważne, lecz nie dość, chyba trzeba byłoby dać do skorygowania komuś, kto praktykuje/ował i ma doświadczenia. Ostatnio czytałam jakiś tekst o dużej szwedzkiej rodzinie. Na Polskę opko ok, w sensie przekazu; na świat – niekoniecznie.

Seks między parami raczej nie bywa taki sam (chyba że u Amiszów, ale osobiście nie pytałem), a co dopiero po dodaniu kolejnej osoby do równania. Nie dość odważne sceny? Przecież trójkąt nie musi być zapiskiem rodem z niemieckich ślizgaczy. Pewnie są i takie trójkąty, ale też zupełnie inne. Pod kątem odwagi czy realizmu nie miałbym zarzutów.

A co z tym przekazem? Czy opowiadania muszą mieć przekaz? Jakiś wskazany kierunek na kompasie moralnym? Może (może na pewno) źle odczytuję Twoje słowa, ale strasznie mnie męczą i byłbym wdzięczny za wyjaśnienie :)

Pozdrawiam

Początek opowiadania przypomina obyczajówkę, zawiera dużo emocji przekazanych poetyckim językiem. Później pojawia się księżycowy trójkąt, zupełnie inny wymiar miłości, inne emocje. Zabrakło fabuły. W tym rozbudowanym księżycowym tle mało się dzieje, żadnych konfliktów, dążeń, przemiany bohaterów.

Dobrze, to ja zacznę. Lecę chronologicznie. Część osób pewnie dostanie po kilka odpowiedzi z uwagi na kilka komentarzy ;)

 

@Sara Winter dziękuję pięknie za betę i komentarz xD

 

@Za horyzontem cieszę się niezmiernie, że się podobało :)

 

@Koala75 dziękuję za wizytę i sugestie! Nie jestem pewien, czy tu Ci się spodobało, czy nie ;)

 

@Caern straszliwie mi miło, że poczułeś emocje, które chciałem zawrzeć w tekście :)

 

@vrchamps dziękuję pięknie!

 

@Irka_Luz miło mi niezmiernie! Nie wiem, czy to było coś pozytywnego, ale mam taką nadzieję ;)

 

@ANDO gratuluję trafnego zgadywania i dziękuję za wizytę ;) Bohaterka obecnie ma implant, ale w późniejszym czasie będzie musiałą (czy właściwie musiałaby, gdyby nie rozwój wydarzeń) zadbać o niego sama.

 

@Chrościsko tu w sumie zbiorczo – bardzo, bardzo, bardzo (wstawmy jeszcze kilka) bardzo miło mi było czytać Twoje komentarze. Właściwie miejscami aż głupio, bo porównywałeś mnie do osób, które zdecydowanie potrafią dobrze pisać. Czuję, że w pełni odebrałeś tekst w sposób, w jaki bardzo chciałem, żeby ktoś go odebrał (co za straszne zdanie).

Jestem też bardzo wdzięczny za kolejne komentarze, w których dyskutowałeś z innymi komentującymi :)

 

@Zanais siema, niestety nie trafiłeś z autorkami ;)

 

@Silva siema również

 

@Bellatrix witam jurorkę!

 

@regulatorzy miło mi niezmiernie, że się podobało i dziękuję za sugestie poprawek!

 

@Golodh witam jurora

 

@oidrin siema x3

 

@mr.maras Z uwagi na skrajnie zaciekły, złośliwy i miejscami wręcz chamski charakter komentarzy nie czuję się zobowiązany w żaden sposób na nie odpowiadać. Byłbym jednak wdzięczny, gdybyś w przyszłości powstrzymał się od atakowania innych osób pod moimi tekstami (mam tu na myśli głównie Chrościska, z którym najwyraźniej masz jakiś zatarg).

 

@drakaina dzień dobry :)

Bardzo mi się marzy, żeby miłość w dowolnych kolorach tęczy przestała być elementem, który ma z czytelnika robić rodzaj zakładnika. Bo jakże tu krytykować tekst, który niesie dobre przesłanie, że każda miłość jest dobra? A niestety czytając to opowiadanie, miałam wrażenie, że homoerotyzm jest tu wybrany właśnie po to, żeby lekko emocjonalnie nas zaszantażować.

Czuję się głęboko urażony tymi kilkoma zdaniami. Właściwie wydaje mi się, że przemawia przez nie zakamuflowana homo– i bifobia. Skoro jesteśmy tolerancyjni, to traktujemy wszystkich tak samo, a Ty wyróżniłaś tu orientację narratorki i zarzuciłaś mi wykorzystanie jej w sposób bardzo instrumentalny. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko współczuć. Skoro podejrzewasz o to innych, to najwyraźniej sama musisz w taki sposób myśleć i pisać.

Bardzo mi przykro, że tego typu myślenie nadal jest obecne. Ten fragment Twojego komentarza mocno wyprowadził mnie z równowagi i po prostu nie mam ochoty bardziej się rozwijać czy odpowiadać na dalszą część. Rozumiem część zarzutów, z innymi się nie zgadzam, tyle.

 

@Alicella siema, dziękuję pięknie za wizytę, komentarz i poprawki, do których zapewne w najbliższym wolnym czasie (chociaż może to być dopiero w okolicach lipca 2024) siądę :)

 

@Gruszel chyba siema? xD

 

@ANDO, widzę w kolejnych komentarzach, że również odebrałaś całość tak, jak chciałem i na czym mi zależało :)

 

@MrBrightside kłaniam się nisko. Dzięki za poprawki, nie ze wszystkimi się zgadzam, ale to chyba kwestia gustu :) Cieszę się, że całokształt się podobał.

 

@Asylum dzień dobry :)

 

*Sceny w trójkącie są odważne, lecz nie dość, chyba trzeba byłoby dać do skorygowania komuś, kto praktykuje/ował i ma doświadczenia. Ostatnio czytałam jakiś tekst o dużej szwedzkiej rodzinie. Na Polskę opko ok, w sensie przekazu; na świat – niekoniecznie.

Widziałem, że Zanais odpowiedział niejako za mnie. Dodatkowo nie rozumiem, skąd pewność, że nikt z takim doświadczeniem opowiadania nie widział i nie czytał.

 

Niestety mimo tego, że zwykle nie mam problemów ze zrozumieniem Twoich komentarzy, tak tutaj nie za bardzo rozumiem, co się dzieje xD

 

Przykładowo:

 

Rekomendacja do całości (warsztatowo) – wycięłabym wszelkie ozdobniki, kierując się kompasem (Saunders kiedyś napisał, będzie parafraza: "Mam w głowie kompas: T/N. Czytam zdanie i decyduję").

Kto napisał? Jaki kompas? O co chodzi? Czemu miałbym rezygnować z ozdobników? :)

 

Dzięki za sugestie, być może na moje ograniczenie pojmowania wpłynęło niewyspanie i kilkadziesiąt wcześniejszych komentarzy do odpisania :)

 

@Zanais ponownie – dzięki za ten komentarz, właściwie podpisałbym się pod nim w całej rozciągłości.

 

@BlackSnow – witam serdecznie!

 

 

 

 

Przecież ja w życiu nie zajrzę do żadnego Twojego tekstu. Ten skomentowałem tylko dlatego, bo wrzuciłeś anonimowo i nie miałem pojęcia, kto jest autorem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

W porządku, cieszę się, że się rozumiemy :)

Przykro mi, morteciusie, że tak odebrałeś ten kawałek komentarza, ponieważ z kolei czuję się skrajnie urażona posądzeniem o homofobię (Twoja reakcja stanowi zresztą potwierdzenie tego, co sugerowałam – krytyka: literacka, stylistyczna, dowolna inna tekstu z wątkami tęczowymi natychmiast powoduje takie właśnie oskarżenie, zazwyczaj z rzyci wzięte i niczym nieuzasadnione, ale za to mające bardzo dużą siłę rażenia i anihilujące dalszą dyskusję o tekście). Nie mam najmniejszej ochoty rozpisywać się o swoim prywatnym życiu, zwłaszcza w takim kontekście, bo wbrew pozorom robię to bardzo niechętnie, więc jedynym, co mogę Ci zaoferować, jest zapewnienie, że homofobia nie wchodzi w grę. Wręcz przeciwnie. Niemniej argument uważam za poniżej pasa i w zasadzie na tym mogłabym skończyć.

Dodam jednak, że niestety niezwykle rzadko trafiam na teksty, w których ta tematyka byłaby potraktowana jako coś zwyczajnego i codziennego, i tu też odebrałam to jako dodanie tekstowi edginess. Może o takim, a nie innym odbiorze zadecydowało to, że masz w zasadzie wyłącznie układy biseksualne (jasne, na skali Kinseya większość ludzkości jest biseksualna, więc to nie niemożliwe, ale literatura rządzi się osobnymi prawami), a może najzwyczajniej pod słońcem to, że to, jak opisujesz sceny seksu, powodowało u mnie uczucie second hand embarassment, jak 99% opisów seksu w literaturze. Podobnie jak w przypadku potworów, wolę w tym wypadku niedopowiedzenia. Co więcej, czytając te sceny miałam nieodparte wrażenie, że nie napisała ich kobieta, ale tu akurat osobiste doświadczenia pozwalają mi być bardziej tolerancyjną, bo wiem, że podział na męskie i kobiece jest niewystarczający, więc jak może zauważyłeś, tego się nie czepiłam i nawet nie snułam przypuszczeń co do płci autora.

http://altronapoleone.home.blog

My się nie rozumiemy. Ja po prostu nie mam ochoty czytać Twoich tekstów. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Drakaino,

no to teraz jesteśmy oboje urażeni :) Ty odebrałaś moje opowiadanie (no, elementy) zupełnie inaczej niż było to zamierzone, przez co ja odebrałem Twój komentarz inaczej niż chciałaś.

Nie jestem pewien, czy możemy coś z tym zrobić, czy po prostu to tak zostawmy (z założeniem, że być może ta druga strona wcale nie miała nic złego na myśli). Właściwie ciężko mi stwierdzić, czy w tym komentarzu próbujesz jakoś się porozumieć, czy z uwagi na (Twoim zdaniem) niesłuszne posądzenie prujesz teraz po mnie po całości. Widzę jednak tu strasznie dużo jakichś domysłów, dziwnych interpretacji…

Dobra, dość, bo się rozpisuję. Jeśli Ci to odpowiada to może po prostu załóżmy, że zaistniało nieporozumienie, pojawiły się emocje i z tego względu trudno o dalszą dyskusję.

 

mr.maras

W porządku, wydaje mi się, że wyraziłeś to dość jasno już wcześniej :) Ale miło mi, że pofatygowałeś się potwierdzić to ponownie.

Hejo :)

 

Cóż, niestety dołączam do grona “niezadowolonych”. Zasadniczo zgadzam się z pierwszym komentarzem mr.marasa (choć oczywiście można było ubrać go w inne słowa…). Ja również dostrzegam tutaj sporo “infantylizmów”, przede wszystkim – cała relacja z babcią, ta bransoletka, różne przemyślenia bohaterki, ale również relacja (historia) rodziców czy to… ee… jedzenie słonecznika na pokaz. Wybacz, ale muszę zapytać: serio? ^^’ Chce coś po sobie zostawić – i są to łupiny słonecznika…? Niby tonący brzytwy się chwyta, ale to jest okropnie, okropnie naiwne, zwłaszcza jak na kogoś, kto ma jakieś przemyślenia i potrafi ich bronić w dyskusji na forum publicznym.

 

Z kolei pogrubiony fragment poniżej wydał mi się tak na siłę, jak tylko można “na siłę” – a może był to kolejny, hm, infantylizm?

Matka mówiła mi, że od oranżady wypadają zęby. Przez cukier. A od dziwnego, żółto-fluorescencyjnego koloru miały gnić wnętrzności. Tata czasem prosił matkę, żeby mnie nie straszyła. Że jestem jeszcze za mała. Potem zawsze się kłócili, następowały ciche dni, pogodzenie, namiętne krzyki z ich sypialni.

Eee… Serio? ^^’ Nie dość, że straszyli ją często-gęsto oranżadą, która jest “pozostałością starego świata”:

pozostałości starego świata nie wzbudzają mojego zachwytu

– a zatem nie mogła być chyba powszechnie dostępna? – to jeszcze ZAWSZE kłócą się o to straszenie, i to tak zawzięcie, że po tym okropnym straszeniu i wielkiej awanturze nie odzywają się do siebie przez całe dni? Wybacz, ale cały ten akapit brzmi dla mnie tak, jakbyś po prostu koniecznie chciał napisać, że był seks, a dziecko podsłuchiwało.

 

Ale nie traktujemy ich osobno, po prostu jako całość. Jeśli usycha, powiedzmy, krzak pomidorów, to nie szkodzi. Liczy się ogólna efektywność. Jakie plony zbierzemy z całości. I z krzaków też, jasne, ale nikt nie będzie się zajmował takimi drobnostkami.

– I?

– Ale każdy taki krzak mógłby potencjalnie żyć. I dać owoce.

Z kolei to jest rzecz, której osobiście bardzo, ale to bardzo nie lubię – metafora, która po prostu razi po oczach, niestety nie ma w sobie żadnej głębi i nic do opowiadania nie wnosi, jest jedynie “przeniesieniem”, powtórzeniem praktycznie tego samego.

Na pocieszenie powiem, że coś takiego znalazłam nawet u powszechnie podziwianego (ja również lubię ^^) Wegnera (Meekhan) – jest tam jakaś bajka o skorpionie, którego ktoś przygarnia do domu, a skorpion morduje mu dzieci czy coś takiego. Tutaj jest bardzo podobna sytuacja.

Ja osobiście bardzo, ale to bardzo mocno się na takie zabiegi krzywię.

 

Jeśli chodzi o science fiction, to niestety ja również bardzo duży nacisk kładę na fiction… ^^’

 

I wreszcie – seks. Absolutnie nie rozumiem, dlaczego seks tego konkretnego pokolenia miałby być w jakikolwiek sposób inny niż pokoleń poprzednich. Przecież w drodze na księżyc nikomu nie okaleczali narządów płciowych (żeby był mniej przyjemny) ani nie poddawali tego społeczeństwa dekadom, wiekom kontroli i indoktrynacji…?

Niedługo później nawet trochę krzyczeliśmy, co jednak uważaliśmy za nieco pozerskie i przebrzmiałe, jak na starych filmach pornograficznych oglądanych z uwielbieniem przez pokolenie naszych dziadków.

Dlaczego… ee… wraz ze stosunkowo niedawną podróżą na księżyc zmienia się nagle cała “konwencja” seksu? Kilka lat i ludzie uprawiają seks inaczej?

Te sceny przemówiłyby do mnie o wiele, wiele bardziej, gdyby były jakimś wyrazem zagubienia tych nastolatków. I tak pewnie jest, tylko że muszę sama to sobie dopowiedzieć – niejako wbrew temu, co ogólnie dało się z opowiadania wyciągnąć, bo trochę sugerujesz, że seks stał się czymś zwykłym, że nie jest już tabu…? (Chociaż nadal kryją się przed rodzicami?)

 

I jeszcze jedno: tę relację z tą bogatą dziewczyną (autorką listu) opisałeś w taki sposób, że nie zorientowałam się, że ona została na Ziemi, podczas gdy bohaterka zmuszona była odlecieć. Potem mocno się zdziwiłam, że jest bogata, a też ją na ten księżyc wysłali. Musiałam wrócić i mocno się wczytać.

(Ale to mógł być tylko mój, subiektywny “problem”).

 

Uważam jednak, że masz ładny język, po prostu można było trochę lepiej go wykorzystać. Miałeś kilka ładnych metafor i niektóre fragmenty naprawdę mi się podobały. Momentami czułam ten nastrój, nad którym niektórzy rozwodzą się w komentarzach powyżej, ale… No właśnie. Trochę było tego za dużo, trochę to było “wmuszone i wymuszone” – tak jakbyś krzyczał: czytelniku, masz czuć nostalgię, i jeszcze, i jeszcze! – zamiast wstawiać jakieś smaczki.

Ale pochwalę jeszcze kontrast między tą nostalgią a ostrymi scenami łóżkowymi – te drugie z pewnością wypadły zaskakująco i był to naprawdę ciekawy efekt.

 

Pozdrawiam ^^

 

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Hm, hm, przymierzam się do tego komentarza tak długo, że czas coś w końcu napisać. 

Nie jest to tekst, który łatwo jednoznacznie ocenić. Fabularnie nie dzieje się wiele, za to filtr emotywny trochę często uderza w wysokie c. Taki wybór stylistyczno-narracyjny, w sumie spójny z pierwszoosobową narracją. W sumie. Bo problem jest trochę taki, że znam wiodącą emocję w życiu bohaterki (tęsknota), ale nie do końca samą bohaterkę. Przyznam, że najbardziej skołował mnie fakt dziewczyny z jej wspomnień, dopiero z komentarzy zrozumiałam, że jednak została na Ziemi. Chyba przydałoby się ten wątek wyeksponować, powtórzyć dobitniej, jeśli padło. I to właściwie najcięższy zarzut, jaki mam, reszta to kwestia gustu. 

Językowo jest trochę nierówno. Mamy momenty, gdzie padają ciekawe nawiązania i zdania, które mogłyby służyć za cytat. Mamy też takie, które trzeba doszlifować, bo nietrafione podmioty i powtórzenia nie robiące rytmu. Ale to tekst z typu tych na wenie, więc zdarza się, a ja podpisuję się pod łapankami przedpiśców. 

Co do wątku najszerzej dyskutowanego, hm… Chyba mnie trudno zaskoczyć albo oburzyć. Właściwie wątek, co do którego reprezentacji mam największe wątpliwości, to postrzeganie przez bohaterkę związku jej rodziców i w ogóle nawiązania do niego w tekście. Po pierwsze moment z dziecięcą obserwacją ujęty w taki a nie inny sposób brzmi mało wiarygodnie, zwłaszcza że w tamtym momencie nie wiemy, z jakiej perspektywy mówi do nas bohaterka. Późniejsza retrospekcja z perspektywą ojca też w sumie nie wiąże mi się z główną linią fabuły w taki sposób, że uważam ją za niezbędną. I trochę rozmywa mi historię bohaterki i ją samą. A jak pisałam na początku ta dziewczyna istnieje tylko w relacjach, a nie sama dla siebie. W sumie fajnie by było, gdyby przed powrotem na Ziemię zdała sobie z tego sprawę, co byłoby czymś typu przemiana bohatera, otwarło furtkę do trochę zdrowszego etapu relacji. Bo wiadomo, że w życiu bywa różnie, ale fabularnie takie coś gra i buczy. 

Jest to jeden z ciekawszych tekstów, które tu czytałam ostatnio poza konkursem.

Brak sensownego s-f mi nie przeszkadza, bo jak wiadomo powszechnie nie znam się.

To tyle i pozdrawiam

 śmiało pokazywało

Rym.

Wtedy wydawało mi się, że przez gorąco nie da się oddychać, dlatego w okolicach południa cały świat zamierał.

Dlatego, że narratorce się wydawało? Zdanie ogólnie mogłoby być ładniejsze.

Ponoć w ciepłych krajach tak działo się od zawsze. W Polsce dopiero uczyliśmy się, jak żyć podczas upałów.

Nienajzgrabniejsze zdania.

Dorośli wydawali mi się śmiesznie naiwni ze swoimi niezrozumiałymi zachowaniami lub groteskowo straszni w gniewie.

Hmm. Wprowadzasz tu jakiś dystans do bohaterki.

W każdym razie, babcia dała mi nawet spróbować.

Tu przecinek niepotrzebny,

przez co później matka pokłóciła się z tatą

Hmmmm.

pozostałości starego świata nie wzbudzają mojego zachwytu

Nie wzbudzają we mnie zachwytu, ale to zdanie ma spory dystans do czytelnika.

pogłębiły się o stokroć

Pogłębiły się stokroć. Czyli sto razy. Widzę, że celujesz w ton oniryczny, ale… hmm.

Ale kiedy oni przeczesywali palcami moje włosy, czułam z nimi więź.

Anglicyzm. Ale z nimi, kiedy przeczesywali mi włosy palcami, czułam więź. Oczywiście, narratorka mówi to z perspektywy czasu, z nostalgią nawet. Ale… nie wiem.

nawet, jeśli mówiliśmy oczywistości czy milczeliśmy, cieszyliśmy się spędzanym wspólnie czasem

Coś… telewizyjne to.

pokręciłam przecząco głową

Pokręciłam głową. To Polska, nie Bułgaria.

czy dla każdego miłość smakuje tak samo?

Czy każdemu miłość smakuje tak samo?

Miłość jest inna dla każdej osoby.

Miłość dla każdego jest inna. Słowo "osoba" należy do języka technicznego filozofii – używane w sposób, jaki można zaobserwować w telewizji, daje wrażenie braku panowania nad językiem.

Jeśli znajdujesz kogoś, dla kogo smakuje tak samo, jak dla ciebie

To już sam poprawisz.

jeśli nie znajdę takiej osoby

A jeśli nikogo takiego nie znajdę?

ale przez strach czy nienawiść pozwalają takim osobom odejść

Pomijając "osobę" – jakaś stereotypowa ta porada.

do nowego telefonu

zupełnie, całkowicie inne

Różne.

spleciony przez kogoś kawałek materiału

Spleciony z czym? Wiem, o co chodzi, ale to nie jest elegancki opis.

pierwszej wizycie wnuczki, czyli mnie

Czyli mojej.

Minęło sporo czasu, odkąd ją noszę, ale to nadal się nie zmieniło.

Minęło sporo czasu, odkąd zaczęłam ją nosić, ale to się nie zmieniło.

Nie wiedziałam, co było gorsze

Co jest gorsze. Ale obejdzie się bez czasownika. Przymiotnik w stopniu wyższym sugeruje wybór między dwiema możliwościami, a Ty masz trzy, wiec dałabym najwyższy.

format otwartych dyskusji

Słowo "format" jeszcze tego nie oznacza. Chociaż coraz częściej jest tak używane.

zaciętość wszystkich wokół

Hmm.

Mnie wcześniej wychowała

Skoro wychowała, to oczywiste, że wcześniej.

co myślą. Wcześniej to było nie do pomyślenia

Powtórzenie.

mimowolnie słuchałam

"Mimowolnie" jest słowem modnym. Przemyśl każde jego użycie. Tu dałabym co innego.

Adam i Chris na podwyższeniu próbują elokwencją połamać sobie karki podczas coraz ostrzejszej wymiany zdań

Źle się to parsuje, a metafora jest, było nie było, karkołomna.

Doświadczalnie odkrywają leki, chroniące dzieci przed rzadkimi chorobami.

Leków nie odkrywa się przecież apriorycznie. Przecinek do kasacji. Debata oksfordzka?

W sporej sali rozległy się grzmiące brawa.

Hmm.

części młodzieży, którą tak lubili nauczyciele i urzędnicy: ślepo wierzącego w społeczeństwo

Części ślepo wierzącej. Może też być: ślepo wierzących. A nauczyciele lubią (c.t.).

To, że był przy tym diablo przystojny, z prostymi włosami w kolorze orzechów i ponadprzeciętnym wzrostem wcale mu nie przeszkadzało.

Wtrącenie, ale dlaczego miałoby mu to przeszkadzać?

czułam odległe, mimowolne ukłucie wstydu na myśl o zawiązanej wokół nadgarstka niebieskiej bransoletce

Bo normalnie ludzie decydują, że będą się wstydzić? Nie rozumiem też związku między produktywnością w społeczeństwie, a bransoletką, ale może to wyklarujesz.

– Rozumiem twoje argumenty – odparł Adam, gdy oklaski ucichły. – Są zrozumiałe.

Słabo już pamiętam debaty oksfordzkie, ale pleonazm raczej jest błędem. Tak nawiasem, argument był jeden (z konkluzją: społeczeństwo jest ważniejsze od jednostki).

Twój idealizm jest godny pochwał.

Anglicyzm.

Jest jednak pewien podstawowy błąd, który popełniasz

Telewizyjne. Zależy Ci na takim sposobie wyrażania się Adama? Jeśli tak, to dlaczego?

Widzę, że się gotujesz do odpowiedzi, ale poczekaj moment, proszę.

A, czyli nie oksfordzka. W oksfordzkiej każdy ma wyznaczony czas na odpowiedź.

Wszystkich was tu zesłano. Jak i mnie, i Chrisa. Poświęciliśmy się dla większego dobra lub padliśmy ofiarą nieludzkiej decyzji administracyjnej, podjętej, by ratować innych ludzi na Ziemi.

Dlaczego w to nie wierzę…

każdy rozpłynął się nad tym

Każdy rozpływał się nad tym.

Czy byliście wtedy szczęśliwi?

Nie nazywaj człowieka szczęśliwym, póki żyje.

gniewnych głosów z publiczności

Głosów publiczności. "Gniewne głosy" nie grają mi fonetycznie.

Próbowałam ukryć babciną bransoletkę pod rękawem, ale nauczony doświadczeniem kontroler od razu ją spostrzegł.

I pewnie kazali jej się jeszcze rozebrać, co? Oddać gumki do włosów? Przeszarżowałeś. To zupełnie niewiarygodne.

kolejne kilka dni

Przez kilka dni.

trzymałam bransoletkę w ustach, ze strachem, że ktoś mi ją zabierze.

Trzymałam bransoletkę w ustach, przerażona, że ktoś mi ją zabierze.

za bardzo bałam się, że ktoś mi ją zabierze

Powtórzenie.

tak jak my

Tak, jak my.

Rodziły się pierwsze, Księżycowe dzieci.

To znaczy, że rodziły się w ogóle pierwsze dzieci. A chodzi chyba o: Rodziły się pierwsze księżycowe dzieci.

Kolonia jest podzielona na sektory. Nie mogę tego znieść, bo pamiętam, kiedy świat był o wiele bardziej różnorodny.

Tu jest jakaś nielogiczność.

Były inne.

Inne od czegoś. Różne – między sobą. Więc miasta były różne.

Miały swoje niuanse, nagromadzone pod ciężarem czasu.

Na pierwszy rzut oka ładne, ale na drugi zgrzyta frazeologicznie.

Za młodu był z matką w Chorwacji, kiedy jeszcze miało to sens.

A czemu jeżdżenie do Chorwacji straciło sens? "Za młodu" nie pasuje z dotychczasowym tonem.

połacie terenu przeznaczone na uprawę roślin

Poza niezgrabnością sformułowania – księżycowy regolit jakby mało się do tego nadaje.

Stacje kolei, łączące sektory z portem kosmicznym,

To chyba kolej łączy, a nie stacje.

wyglądałaby tak samo, jak na samym początku

Powtórzenie.

Dobrze, że rodziny zostawiono razem, chociaż w dość ograniczonym zakresie, nie rozdzielając rodziców i młodszych dzieci.

Przedłużone, niezgrabne, wydumane zdanie. Dobrze, że przynajmniej młodszych dzieci nie rozdzielono z rodzicami. Trochę aliteruje, ale z dwojga złego…

Zadbano jednak o to, by sektory wymieszano

Kto zadbał, a kto wymieszał? To byli różni ludzie? Może: żeby sektory były wymieszane?

ale teraz to zbyt mocno wskazuje na miejsce pochodzenia

Zmienili nazwę, znaczy?

To zastanawiające, jak bardzo język wpływa na sposób myślenia

Owszem, ale lepiej napisać "zdumiewające".

może rozmawiam w nim z rodzicami

Rozmawiam nim.

łapię się na tym, że czasem brakuje mi

Czasem łapię się na tym, że brakuje.

Wiem, że mimo swojego wieku rodzice powoli mają tak samo.

To nie po polsku.

Widać to szczególnie u młodszych osób.

Widać to szczególnie u młodszych.

Jest to jednak źle widziane przez otoczenie.

Źle to brzmi.

akty małej niesubordynacji

A nie: małe akty niesubordynacji? Bo niesubordynacja nie jest stopniowalna.

w tych rozmowach przy innych osobach.

Rozmowach przy innych.

– I tak wszystko pójdzie na rzecz Ziemi.

Po pierwsze – co to zdanie znaczy? Po drugie – nowy sposób robienia czegoś można wykorzystać w wielu miejscach, to nie przedmiot, którego nie da się rozdzielić. Trochę za mocno się silisz na tę antyutopię.

W odpowiedzi dostał przewrócenie oczami, ale z godnością je zignorował.

To zdanie wygląda jak maszynowo przetłumaczone z angielskiego, doprawdy.

Wiesz, do tej pory poprzednie systemy po prostu poprawiały wydajność.

Wycięłabym "do tej pory", powtarza informację. Po prostu poprawiały wydajność? A o co innego może im chodzić? Zmiana może być ilościowa (wydajność) albo jakościowa (nowe gatunki roślin?), albo taka i taka. To jaka jest?

Zadbać o każdy krzak. Nie pozwolić, żeby uschnął, nawet kosztem wzrostu tych obok.

Usechł. Mogłoby się lepiej parsować. Merytorycznie – subtelne jak pijana żyrafa. Analogia między roślinami i ludźmi raczej tu nie zachodzi. Wykorzystałabym raczej nasadzenia towarzyszące albo coś takiego. Też mogłoby być symboliczne.

bruneta znanego z internetu, który mieszkał po drugiej strony kolonii, a więc zbyt daleko, by mogli się spotkać w najbliższym czasie.

Rym. Dlaczego "w najbliższym czasie"?

Poza tym, nigdy

Bez przecinka.

musieli schować się w klimatyzowanych wnętrzach po tym, jak temperatura wzrosła do nieznośnej wysokości

Musieli się schować w klimatyzowanych wnętrzach, kiedy upał zrobił się nie do zniesienia.

mimo mniejszej wrażliwości w południe promienie światła przebijały się przez nawet najsilniejszy filtr

A co ma mniejsza wrażliwość do tego? Tnij takie pustosłowie.

W kolonii jest wszystko. Wszystko, jeśli masz dość pieniędzy. Problem w tym, że jeśli masz dość pieniędzy, to zostaniesz na Ziemi

na myśl o tym, by zajmować matkę taką fanaberią robiło mi się zimno

Wtrącenie: na myśl o tym, by zajmować matkę taką fanaberią, robiło mi się zimno.

Tata nie miał nic do gadania, zesłali nas do kolonii po tym, jak stracił pracę.

Dobra, ale z tego, co wyżej, wynika, że wtedy jeszcze była na Ziemi.

Jest intensywny, wypełnia mi nos swoją słodko-wytrawną nutą.

Purpurowe. I chyba nie wąchałeś nigdy czarnego bzu. Właśnie kwitnie, spróbuj.

Jest kontrastowy jak sama roślina

https://sjp.pwn.pl/szukaj/kontrastowy.html

może owoce ma ciemne, ale kwiaty białe

Dlaczego "może"? To anglicyzm.

Jej rodzice miesięcznie zarabiali więcej niż było warte nasze mieszkanie.

Zarabiali więcej, niż było warte.

jej mama miała szklarnię, w której mieli trochę kwiatów

Powtórzenie. Tak nawiasem, bez czarny jest rośliną leczniczą, jego owoce są (po obróbce) jadalne.

Rozpłakałam się wtedy, a ona nie rozumiała, dlaczego.

Czyli nie wiedziała, na jakim świecie żyje. Możliwe, ale mało prawdopodobne.

A to nic w porównaniu z tym, co czułam, jak intensywne było to, kiedy to ona kładła palce na moim udzie lub wiązała czymś włosy, by zagłębić się twarzą w moje piersi.

Poplątane zdanie, nawet strumień świadomości tego nie tłumaczy. Zagłębić twarz.

siedział na oddzielającym ścieżkę dla pieszych od ulicy metalowym płotku

Szyk niewygodny w parsowaniu.

zarzucał otoczenie śmieciami

Czyli miał ich dużo. W ogóle dość nienaturalna fraza.

zapytałam zaintrygowana

Aliteracja.

– To słonecznik. Ziarna słonecznika

Ona jest botanikiem (?) i nie wie, jak wyglądają nasiona? I – myślałam, że rzuca papierki. Nie powiedziałeś, o co chodzi, czego miałam się spodziewać?

Murek wrzyna się w tyłek

Przed chwilą był płotek.

– Obawiam się, że przez takie myślenie wszystko wygląda tak, jak wygląda – odparłam.

Albo właśnie odwrotnie…

Możesz mieć rację.

Może masz rację.

Na tyle, że tata uznał, że może mi odpowiedzieć szczerze na moje pytanie.

Tyle, żeby tata uznał, że może odpowiedzieć szczerze na moje pytanie.

która z chichotem stwierdza

Może lepiej się upiera? Chichocząc?

kocha również jego

Szyk sugeruje coś innego.

z jego opowieści wynika, że matka wtedy jaśniała niczym księżyc w pełni na ciemnej mapie nieba

Mieszana metafora, chyba, że ktoś tu myli gwiazdy z odbiciem w tafli stawu. "Wynika" pasuje do tej poezji jak pięść do karety lub wół do nosa (see what I did there?).

chłopacy

Chłopcy!

zerwała go niczym garść maków, by postawić je później w wazonie na szafce

To w końcu postawiła jego, czy maki? Ech. https://filozofuj.eu/marek-hetmanski-2-arystotelesowska-podroz-ku-metaforze/ https://polszczyzna.pl/metafora-srodek-stylistyczny/

zobaczyła, jak ten nieśmiały chłopak wpatruje się w nią jak w obraz

Powtórzenie. Zobaczyła, że.

pełna do połowy

Ale od połowy – próżna? Hmm?

Debatujcie sobie ile chcecie w szkole

Debatujcie sobie, ile chcecie, w szkole. Ten kawałek opuszczam. Nazwij mnie pensjonarką, ale pewne rzeczy lepiej robić samemu, niż się na nie gapić. Bo gapienie się na nie jest niesmaczne.

Nie miałam od niej znaku od prawie trzech lat.

Idiom. Znaku życia.

Dzisiaj rano przyszedł list. List. Papierowy. List.

Ale nie wolno było nawet przywieźć kawałka wstążki. A tu nagle marnuje się paliwo na jakieś tam listy. Mhm. Autorze, dlaczego masz mnie za głupka? Takie niespójności wyraźnie wskazują na pisanie pod tezę, której się nie przemyślało.

Ponoć jeśli ktoś po długim głodzie zje zbyt dużo

Podobno, jeśli ktoś po długim poście. Albo niejedzeniu. Albo ktoś, kto długo był głodny. Ludzie, pierwsze słowo, które przychodzi do głowy, to nie zawsze jest to właściwe.

szły trzymając się za ręce

 Szły, trzymając się za ręce.

 

 

No, niby klimat jest. Zasadniczo tekst napisany dość ładnie, ale – pusty. Obiecuje różne rzeczy i nie dotrzymuje słowa. Bo – o czym jest? O miłości? Jakiej? Eros? Chyba jednak nie. Osoba ukochanej przewija się na marginesie, równie dobrze to mógłby być chłopak. Albo i alpaka. Storge? Niby brak jej babci i z czułością myśli o ojcu, ale nawet nie pomyśli, że zostawia rodziców, przyjaciół, których po drodze znalazła, sąsiadów, znajomych (przecież "całe jej życie" zostało na Ziemi, więc oni nie są częścią tego życia). O indywidualności i kolektywizmie? (To obiecuje debata miedzy chłopakami i wątki antyutopijne.) Nieszczególnie. Bohaterka nie przeżywa takich (ani innych) dylematów. Jest raczej samolubna, na ile w ogóle jest, bo wydała mi się całkiem papierowa. Nawet nie infantylna, tylko papierowa. Nijaka. Nie jest osobą, tylko zlepkiem słów. Światotwórstwo rozjechał już walcem maras – nie zostało nic do dodania.

Wynudziłam się w sumie.

pokazać tęsknotę za Ziemią w miejscu, które jest nieprzyjazne i nie przypomina przyjemnych doznań z dzieciństwa i wczesnej młodości

Nie zauważyłam tęsknoty za Ziemią.

Bo jakże tu krytykować tekst, który niesie dobre przesłanie, że każda miłość jest dobra?

Tego też nie zauważyłam.

A niestety czytając to opowiadanie, miałam wrażenie, że homoerotyzm jest tu wybrany właśnie po to, żeby lekko emocjonalnie nas zaszantażować.

A niestety ja też się z czymś takim zetknęłam i pozostaję podejrzliwa wobec romansów tego rodzaju.

Otoczka księżycowa to tylko kosmetyka i ozdobniki.

Niezupełnie. To nie "Kroniki marsjańskie", które są po prostu baśnią z motywami science fiction. Tu "otoczka księżycowa" jest zapowiedziana konkretnie – ale potraktowana po macoszemu. A dałoby się to zrobić dobrze, nie tylko nie tracąc, ale chyba wzmacniając efekt. Choć przyznaję, że nie wiem, jaki ten efekt miał być.

Dla mnie tu jest wyłącznie księżycowy sztafaż

Można to i tak nazwać.

Mamy pokazany konflikt dwóch samców o skrajnie odmiennych poglądach.

Jaki konflikt? Nie zgadzają się, ale to nie jest konflikt. Nie rywalizują ze sobą, to tylko puste debaty, jak w radiu. Konflikt jest o coś, konflikt jest wtedy, kiedy od niezgody coś zależy. A tu nie zależy.

Jak tu: niby kolonia księżycowa, ale tak naprawdę niczym poza deklaracją, że to na Księżycu, nie różni się od Ziemi. Nawet dziś w jakimś odległym zakątku świata ludzie mogliby czuć się podobnie obco i samotnie, mieć podobne problemy społeczne i daleko do domu. O innych zapachach nie wspominając. Księżyc uważam tu za pretekstowy, tyle.

Właśnie.

Autor pokazał społeczność w przełomowym momencie, najpierw na Ziemi, później w kosmosie. Opisał typową dla takich miejsc anomię więzi i próby kształtowania nowego ustroju.

No, nie całkiem. Zaznaczył, że sztucznie tę społeczność rozbito i przemieszano. To był punkt wyjścia do czegoś – ale nic z niego nie wyszło. Nie dzieje się tu nic, co nie mogłoby się stać na Ziemi, w latach dwudziestych XXI wieku, za rogiem.

Przewrotny rewolucjonizm Adama także wypada interesująco

… jest raczej stereotypowy, na moje oko.

zwłaszcza jak na kogoś, kto ma jakieś przemyślenia i potrafi ich bronić w dyskusji na forum publicznym.

Przemyśleń nie stwierdziłam, a sztuki dyskusji można się nauczyć (skoro mają w szkole oficjalne debaty, to na pewno się jej uczą). Ona sama nie jest mądrością – tylko szermierką.

jest tam jakaś bajka o skorpionie, którego ktoś przygarnia do domu, a skorpion morduje mu dzieci czy coś takiego

To bajka Ezopa, ale cytowana dość często.

Absolutnie nie rozumiem, dlaczego seks tego konkretnego pokolenia miałby być w jakikolwiek sposób inny niż pokoleń poprzednich.

Mniejsza grawitacja? Ulubiona_emotka_Baila.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

To ja jeszcze tylko na chwilę w kwestii formalnej. Fragment reprezentatywny tekstu wrzucany na główną stronę powinien liczyć 5 linijek nie z powodów technicznych, bo jak widać, da się upchać nawet 10, tylko po to, żeby się ze swoim fragmentem nie rozpychać i zostawić więcej miejsca dla innych. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jest raczej samolubna, na ile w ogóle jest, bo wydała mi się całkiem papierowa. Nawet nie infantylna, tylko papierowa. Nijaka. Nie jest osobą, tylko zlepkiem słów.

Hm, tutaj akurat się nie zgodzę. Jak dla mnie jej osoba została oddana całkiem przekonująco. To jest zwykła dziewczyna, absolutnie niczym się nie wyróżniająca, bo też nie jest bohaterką, która musi się czymś wyróżniać. Myślę, że po prostu pasuje do tego opowiadania, trudno jest mi sobie wyobrazić, jaka miałaby być, jeśli nie taka. Sposób, w jaki została opisana, dobrze oddaje jej zagubienie, bezradność – i takie typowo nastoletnie “fiu-bździu w głowie“. Nastolatkowie często nie są mądrzy, niektórzy wyrastają, inni nie. ^^

To jest taka nastoletnia przeciętniaczka, niezbyt rozgarnięta, która znalazła się w sytuacji, która ją przerasta, i usiłuje sobie jakoś z tym poradzić, ale wpada w typową pułapkę – seks. Przynajmniej ja tak to widzę – i postać bohaterki naprawdę do mnie przemówiła.

Co nie zmienia faktu, że momentami jest zbyt infantylna, zbyt “głupia”, itp., itd.

Właściwie to tę postać należałoby nawet docenić – rzadko przecież zdarzają się tacy bohaterowie. Jak dla mnie miła odmiana od typowego cynicznego cwaniaka; zmęczonego życiem smutasa; bohatera, który nie chce, ale musi; sprawiedliwego altruisty, itp., itd.

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Właściwie to tę postać należałoby nawet docenić – rzadko przecież zdarzają się tacy bohaterowie. Jak dla mnie miła odmiana od typowego cynicznego cwaniaka; zmęczonego życiem smutasa; bohatera, który nie chce, ale musi; sprawiedliwego altruisty, itp., itd.

… ?

 

Nie twierdzę, że bohaterka nie pasuje do całości. Twierdzę, że całość jest wydmuszką.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

No dobrze, ale każdy sobie zinterpretował/dopowiedział, o co tutaj chodzi i jaki był zamysł. No więc do takiego zamysłu ta bohaterka nie mogła być inna. Wszelkie cechy “bohaterskie”, rezolutność, cynizm, śmiałość, determinacja itp., wszelka “wyrazistość” jest jej po prostu niepotrzebna.

P.S. Ja jestem królikiem.

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Mam nieco mieszane uczucia.

Ciekawy pomysł. Trochę ckliwe, owszem, ale ja lubię trochę ckliwości :) Wykonanie dobre, stylistycznie jakieś potknięcia są, ale nie przeszkadzały mi w czytaniu. Wyraziście, ale nienachalnie przedstawione relacje rodzinne. Widziałam, że w komentarzach wytknięto infantylizm bohaterki, ale skoro ma zaledwie kilkanaście lat to w zupełności pasuje.

 

Z drugiej strony, nie rozumiem realiów świata i to mi przeszkadzało. Na jakich zasadach zsyła się ludzi na Księżyc? Czy można wrócic na Ziemię po spełnieniu jakichs warunków (ogólny ton sprawia wrażenie, że nie, a potem się okazuje, że kupujemy bilet i po sprawie)? Co to za wielki problem z tym implantem, zmusza się tam kobiety do rodzenia poprzez ograniczenie dostępu do antykoncepcji? Czy po prostu się nie produkuje? Mnie te niedopowiedzenia, niewyjaśnione okoliczności, drażniły, skupiałam się na próbie zrozumienia realiów, zamiast na przeżyciach bohaterki.

Dla mnie minusem są też bardzo graficzne sceny erotyczne, ale to już kwestia gustu.

Mortecjuszu, wiele komentarzy wpadło w międzyczasie, lecz dokopałam się do pytania Zanais i Twojego. Opinii z części komentarzy zdecydowanie nie podzielam, zwłaszcza niektórych drobiazgów (ich poprawienie moim zdaniem pogorszyłyby płynność i kreację bohaterki) oraz zastrzeżeń dotyczących wątku z miłością niehetero, bo choć sama do niego nawiązałam, chodziło mi o coś zupełnie innego.

Ucieszyłam się, widząc wątpliwość/zastrzeżenia Zanais i mam nadzieję, że dojaśnię, nie gubiąc tym razem nikogo po drodze. ;-)

Wiecie ,chłopaki, przez krótką chwilę chciałam skasować te kilka zdań. Powstrzymało mnie jedno – jak mogę pisać o tekście, nawet jednym słowem nie odnosząc się do przedstawienia seksualności bohaterki i młodych ludzi, do wątku, który gra niebagatelną rolę w życiu Agaty i opisywanym społeczeństwie. Nie mogę! Tak więc passus pozostał. ;-)

O Amiszów, Mormonów, polskiego starego rytu "pod kołdrą" albo innych wyobrażeń – nie chodziło mi zupełnie. Nic podobnego. Miłość fizyczna jest ważna w każdej odsłonie i poniekąd nic dwa razy się nie zdarza (takiego samego). Delikatnie i z wyczuciem potraktowałeś miłość fizyczną: dwóch chłopaków, dwóch chłopaków z dziewczyną oraz jej tęsknotę za czereśniowym błyszczykiem. Kłopot dla mnie polegał na tym, że było sztampą. Brakuje mi zaangażowania postaci, "atraktorów" (w znaczeniu – dla opisywanych postaci) w tych konkretnych przypadkach, czyli autorskiego wejścia w postać, aby była prawdziwsza. Zanais, o "ślizganie mi nie chodziło", uchowaj boże! xD

Odwaga – na seks trzeba mieć dobry pomysł, aby nie uciąć za wcześnie, nie opisywać fizjologicznie czy medycznie. Anglosascy pisarze eksperymentują, są zdecydowanie odważniejsi, może mniej barier i łatwiej? Nie wiem, bo i u nas tradycja kiedyś była, ale dawno, dawno temu się skończyła. Jakaś pustynia i aluzje.

Teraz, na wyjeździe, "łyknęłam" książkę pewnego Włocha A. Barricco "Mr Gwyn". Czytało się tak potoczyście jak Twoje opowiadanie, Mortecjuszu. Powieść o pisarzu, który podejmuje decyzję o zakończeniu pisania, ogłasza to w Guardianie, po czym za namową pewnej starszej pani postanawia "pisać portrety", tak jak malarz portretuje modelki/modeli. Wymyśla optymalne warunki, które pozwoliłyby mu zobaczyć historię konkretnego człowieka. Jednym z warunków jest nagość modela. W centrum jest bohater, ale przedstawiony głębiej. Nie jakiś przesadny Rów Mariański, lecz wskazówki  wystarczające do zrozumienia co robi i po co postać oraz reakcja zwrotna otoczenia.

Współcześni polscy pisarze, biorąc ich "en masse": rypią, poetyzują, stają wpół kroku, wymyślają, lecą po schematach, niekiedy odjazdowych, a jeśli łączą się ze swoimi głębszymi przekonaniami – koszmar; swoją drogą – przedziwne. Dla mnie, powód pojawienia się w tekście sceny seksu fizycznego musi być naturalny, czyli cel (u Ciebie gra – pojawił się nacisk na płodność i nowych potomków kolonii, mocna informacja, przemycona, co nie szkodzi) oraz zaangażowanie postaci (tu – klapa, papierowe, znaczy po łebkach). Naprawdę trochę więcej mogliśmy się z tej sceny dowiedzieć, o chłopakach i Agacie.

Wierzę, Mortecjuszu, że czytali to queerowcy, bo generalnie się zgadza, może być, ale… Wstrętne "ale", trzeba byłoby podrążyć bohaterkę. Inaczej  cliche, a chciałabym, aby ona pozostała sobą i chłopacy też. Kurcze, brakuje kontekstu, np. ich pracy i jej.

 

Mortecjuszu, a z Saundersem – przepraszam za wrzutkę. Mogła być niezrozumiała. Czytam jego opowiadania oraz eseje dotyczące pisania i wszystko co dorwę. ;-) Podoba mi się jego podejście. Czasami, nie znasz kogoś osobiście, lecz kiedy czytasz myśli tożsame ze swoimi, wizualizujące się obrazy jesteś przeszczęśliwy. Z nim tak mam, z niektórymi opowiadaniami. Osobisty gust, bezsprzecznie.

Rekomendacja do całości (warsztatowo) – wycięłabym wszelkie ozdobniki, kierując się kompasem (Saunders kiedyś napisał, będzie parafraza: "Mam w głowie kompas: T/N. Czytam zdanie i decyduję").

Kto napisał? Jaki kompas? O co chodzi? Czemu miałbym rezygnować z ozdobników? :)

Może się uśmiechniesz? Już w strefie wi-fi dałam swój komentarz do przeczytania dawno nie widzianej przyjaciółce, bo mnie dręczyło, czy rzeczywiście tak niejasny. A, i muszę dodać, że było to po piętnastu minutach wyjaśniania po jej niewinnym zapytaniu:

– Jesteś jeszcze na tym forum?

– Tak, i… – Nastąpiły tasiemcowe wyjaśnienia.

– Przestań, daj. – Podałam jej ipada.

Czytała, a ja wstałam, lekko krążąc wokół ławki. Gdy skończyła, stanęłam przed nią.

– Daj mi zebrać myśli – powiedziała. – Kawa?

Dalej nie będę opisywała, lecz konkluzja była następująca: "Zawikłane; ja rozumiem, ale trzeba czytać ze dwa/trzy razy i się cofać, bo zagęszczasz, a jeśli Ciebie nie znają – nie wiem; dla mnie Saunders – nieznany, choć czuję, o co ci chodzi, bo nie cierpisz zbędnych słów, zawsze kasujesz wszystko co możliwe do gołego".

Teraz napiszę już od siebie. Nie lubię ozdobników, koloryzowania. Kofam wizje, choćby były najbardziej odjechane i jeśli są umocowane w reality – kupuję. Nie potrafię zaznaczyć granicy pomiędzy tekstem z przysłówkami i przymiotnikami robiącymi klimat lub nie. Dla mnie nie jest to kwestia części mowy. Słowo jest zbędne – wyrzucam, bo albo prowadzi dalej w wyobrażeniu, albo jest tylko balastem. Jeśli drugie – wycinam.

Spróbuję na to wziąć poprawkę w przyszłości.

Powtórzę, dla mnie opko jest tuż przed piórkiem.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hmm. Całkiem nie moja bajka. Ale to jest najmniej ważne.

To bardziej opowiadanie o miłości w różnych postaciach niż fantastyka. Wszyscy tu się strasznie kochają – małżeńsko, pozamałżeńsko, homo, hetero i bi. Ach, oczywiście międzypokoleniowo w rodzinie też. Ta miłość jest dla nich niesamowicie ważna, rozprawiają niemal wyłącznie o tym, żyją wyłącznie tym… Jakaś szkoła czy praca to mało istotny margines dla miłości.

Dla mnie było o wiele za dużo miłości jako wzniosłego uczucia o różnych smakach i za wiele seksu. Normalnie, z kamerą wśród szympansów bonobo.

Do tego jeszcze miłość w tekście nie zgadza się z moim wyobrażeniem na ten temat. Pal licho kombinacje płciowe, ale wierzę, że uczciwa miłość wymaga wierności, wzajemnego szacunku i takich tam niedzisiejszych pierdół. A tu laska kocha dziewczynę, która pozostała na Ziemi, więc szuka szczęścia w ramionach dwóch krzepkich młodzieńców naraz. No, nie, odnoszę wrażenie, że jej brakowało błyszczyku. Chłopaki publicznie ze sobą dyskutują, a prywatnie się bzykają. Nie wiem, może to było szkolne ćwiczenie nie ważniejsze niż sztuczny dialog na lekcji jakiegoś obcego języka. Ale wydawało mi się, że wcale nie. O czym oni ze sobą rozmawiają w łóżku – “Kochanie, byłeś boski, kiedy mi dowaliłeś na ostatniej debacie. Wiedziałem, że zawsze mogę na Ciebie liczyć”? Przez to wszystko ich seks wydawał mi się powierzchowny i bohaterowie nie zapracowali na mój szacunek.

Zaskakujące, że do opisywania miłości wszyscy używają tego samego schematu: zapach plus smak. Może taka tradycja rodzinna.

Mało księżycowatości. Gdyby na przykład hodowali rośliny, które rosną i dorabiają się owoców w ciągu dwutygodniowego dnia, to co innego. Pewnie dałoby się coś zmodyfikować, żeby tak rosło, może chociaż jagody. Wtedy Księżyc ma pewien sens. A bez takich dywagacji w tekście zastanawiam się, jak oni to uprawiają. Nie znam się na rolnictwie ani trochę, ale z glebą na Księżycu pewnie jest cienko, więc raczej hydroponika. I idą w hurt, nie przejmując się pojedynczym krzakiem pomidora? Dziwne, tym bardziej, że zapewne ludzie polegają na roślinach, bo tlen do oddychania skądś się musi brać.

Niskiej grawitacji też nie widać.

Narracja pierwszoosobowa ze zmianą prowadzącego i bez wyraźnego podawania imion to raczej ryzykowny zabieg. W pewnym momencie byłam zaskoczona, że dziewczyn jest więcej niż jedna.

Babska logika rządzi!

wierzę, że uczciwa miłość wymaga wierności, wzajemnego szacunku i takich tam niedzisiejszych pierdół

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Dobra, to ponownie po kolei.

 

@DHBW serio :) Rozumiem, nie weszło, nie mam żalu. Część zarzutów przyjmuję, inne są bardzo bezpośrednim powtórzeniem po poprzednich komentujących, więc pozostaje mi jedynie podziękować za wizytę i za komentarz :)

 

@oidrin, siemaneczko

 

@Tarnina zawsze fascynuje mnie ilość czasu i pracy, którą wkładasz w komentarze. Chciałbym więc z tego miejsca za czas oraz pracę podziękować, co niniejszym czynię :)

A teraz już co do samej treści: to w sumie dość chaotyczna mieszanka łapanki (w większości bardzo słusznej, nie zgodzę się jednak co do obsesyjnego czepiania się anglicyzmów, którego nie rozumiem), “Hmmm”, które właściwie znaczy wszystko i nic oraz subiektywnych opinii. Napisałaś też wprost, że moja wizja nie przypadła Ci do gustu, co jak najbardziej rozumiem :) Powoduje to jednak, że ciężko mi nie odbierać niektórych fragmentów jako czepiania się na siłę.

Chciałbym jednak ponownie podkreślić, że jestem wdzięczny za część dotyczącą samego języka, technikaliów i tak dalej. Pewnie nic to nie zmienia, bo pracę i tak wykonałaś niezależnie od moich podziękowań xD Tym niemniej dziękuję.

 

 

@mr.maras

Drogi marasie,

przyznam szczerze, że serce mi rośnie na Twój widok. Bardzo doceniam Twoje usilne starania, by zwrócić na siebie moją uwagę, w taki sposób, by nikt nie podejrzewał Cię o wyrażanie choćby cienia sympatii. Spieszę jednak Cię uspokoić – zapewniam, że pozostaniesz na zawsze bardzo, bardzo głęboko w moim sercu.

Bardzo przepraszam też za późną odpowiedź. Nie chciałbym Cię też zanudzać opisem tego, co robiłem w czasie, kiedy czekałeś na moje słowa. Twój czas jest dla mnie zbyt drogi, by tak lekceważąco go trwonić.

Na koniec przyznaję, że jestem Ci winien jeszcze jedne przeprosiny – mimo wszystko pretekst, pod którym zostawiłeś tu swój komentarz okazał się mieć w sobie więcej niż się spodziewałem. Rzeczywiście, fragment jest dłuższy niż pięć linijek. Nie mam pojęcia, jak mogłem dopuścić do takiego niedopatrzenia. Biję się jednak w pierś i pokornie proszę o wybaczenie: źródła problemu upatruję w tym, że nie najlepiej radzę sobie z cyframi oraz liczbami. Literki są nieduże, wręcz małe, składają się w zdania i linijki, ale w linijce może być kilka zdań, a jedno zdanie zajmować kilka linijek. Skomplikowane to koszmarnie, podziwiam więc zawsze zdolności połapania się w tych szczegółach u innych osób.

W ramach zadośćuczynienia obiecuję, że bezzwłocznie podam się do dymisji.

Wyznam, iż czekam z niecierpliwością na Twoje kolejne słowa. To znaczy akurat tak się składa, że mam trochę rzeczy do załatwienia, więc nie czekam dosłownie, siedząc na krześle i nerwowo odświeżając stronę, ale jeśli tylko zdecydujesz się znowu do mnie napisać, powinienem odpisać sprawniej, o ile nie zatrzymają mnie jakieś ważne sprawunki.

 

@mindenamifaj

Mnie te niedopowiedzenia, niewyjaśnione okoliczności, drażniły, skupiałam się na próbie zrozumienia realiów, zamiast na przeżyciach bohaterki.

Rozumiem, ale opowiadanie po prostu nie jest o tym. W pełni świadomie zrezygnowałem z tych szczegółów, mając na uwadze, że niektórym to może przeszkadzać. Z tego względu nie będę też tłumaczył tutaj, co i jak :)

Dzięki za wizytę!

 

@Asylum

Dla mnie, powód pojawienia się w tekście sceny seksu fizycznego musi być naturalny, czyli cel (u Ciebie gra – pojawił się nacisk na płodność i nowych potomków kolonii, mocna informacja, przemycona, co nie szkodzi) oraz zaangażowanie postaci (tu – klapa, papierowe, znaczy po łebkach). Naprawdę trochę więcej mogliśmy się z tej sceny dowiedzieć, o chłopakach i Agacie.

Przecież właśnie przez brak zaangażowania Agaty w jej związek z dwoma chłopakami dowiadujesz się o niej oraz samej relacji dość sporo :)

 

 

Mortecjuszu, a z Saundersem – przepraszam za wrzutkę. Mogła być niezrozumiała. Czytam jego opowiadania oraz eseje dotyczące pisania i wszystko co dorwę. ;-) Podoba mi się jego podejście. Czasami, nie znasz kogoś osobiście, lecz kiedy czytasz myśli tożsame ze swoimi, wizualizujące się obrazy jesteś przeszczęśliwy. Z nim tak mam, z niektórymi opowiadaniami. Osobisty gust, bezsprzecznie.

Spoko luz, nie mam tak, ale rozumiem. Ja ze swojej strony polecam Etgara Kereta. Absolutne przefantastyczny pisarz. Poza jednym, dłuższym opowiadaniem, jego teksty właściwie nie mają fabuły, to tylko scenki, nastroje, emocje. Doskonała sprawa. Gdyby ktoś wrzucił tu anonimowo jakiś jego szorcik, to nie wszedłby nawet do biblioteki xD

 

Może się uśmiechniesz?

Co xD Właśnie to zrobiłem ;)

 

Teraz napiszę już od siebie. Nie lubię ozdobników, koloryzowania. Kofam wizje, choćby były najbardziej odjechane i jeśli są umocowane w reality – kupuję. Nie potrafię zaznaczyć granicy pomiędzy tekstem z przysłówkami i przymiotnikami robiącymi klimat lub nie. Dla mnie nie jest to kwestia części mowy. Słowo jest zbędne – wyrzucam, bo albo prowadzi dalej w wyobrażeniu, albo jest tylko balastem. Jeśli drugie – wycinam.

Spróbuję na to wziąć poprawkę w przyszłości.

Hej, przecież nie chodzi o to, żebyś sama pisała tak, jak ja lubię. Po prostu dla mnie tak pocięty mój (podkreślam) tekst były okaleczony, ranny :)

Powtórzę, dla mnie opko jest tuż przed piórkiem.

Dziękuję pięknie, to niezwykle miłe ;)

 

@Finkla! (dopiero teraz zauważyłem, że dostałaś wykrzyknik. Mam nadzieję, że odpowiednio go docenisz)

 

Normalnie, z kamerą wśród szympansów bonobo.

;x

Do tego jeszcze miłość w tekście nie zgadza się z moim wyobrażeniem na ten temat.

Myślę, że to jest kluczowe zdanie.

Pal licho kombinacje płciowe, ale wierzę, że uczciwa miłość wymaga wierności, wzajemnego szacunku i takich tam niedzisiejszych pierdół.

Ja również, ale co to ma do rzeczy? :)

A tu laska kocha dziewczynę, która pozostała na Ziemi, więc szuka szczęścia w ramionach dwóch krzepkich młodzieńców naraz. No, nie, odnoszę wrażenie, że jej brakowało błyszczyku. Chłopaki publicznie ze sobą dyskutują, a prywatnie się bzykają. Nie wiem, może to było szkolne ćwiczenie nie ważniejsze niż sztuczny dialog na lekcji jakiegoś obcego języka. Ale wydawało mi się, że wcale nie. O czym oni ze sobą rozmawiają w łóżku – “Kochanie, byłeś boski, kiedy mi dowaliłeś na ostatniej debacie. Wiedziałem, że zawsze mogę na Ciebie liczyć”? Przez to wszystko ich seks wydawał mi się powierzchowny i bohaterowie nie zapracowali na mój szacunek.

Tu mnie wkurzyłaś. Autentycznie.

To są wykreowani bohaterowie, więc nikomu nie robisz krzywdy pisaniem takich rzeczy, ale nic Ci – mi, innym, nikomu – do tego, kogo, gdzie, kiedy i po co żyjące osoby całują, dotykają, kochają fizycznie lub niefizycznie, o ile nikomu nie czynią przy tym krzywdy. Ta część komentarza pachnie mi mocno twardymi ocenami moralnymi, których w moim odczuciu nie powinnaś wyrażać.

I zupełnie nie rozumiem, czemu w ogóle to robisz. Świat jest wielki, konfiguracji i uczuć jest mnóstwo, nie musimy wszystkiego rozumieć. Wydaje mi się jednak, że kluczem do zrozumienia innych ludzi i wzajemnego szacunku jest podjęcie minimalnej próby. Słowa niosą za sobą znaczenie. Co za truizm w ogóle xD Ale to, że ja mam inaczej niż ktoś inny nie oznacza automatycznie, że moje myślenie jest lepsze. A czyjeś gorsze lub złe, bo wydaje mi się inaczej.

Zaskakujące, że do opisywania miłości wszyscy używają tego samego schematu: zapach plus smak. Może taka tradycja rodzinna.

Mało księżycowatości. Gdyby na przykład hodowali rośliny, które rosną i dorabiają się owoców w ciągu dwutygodniowego dnia, to co innego. Pewnie dałoby się coś zmodyfikować, żeby tak rosło, może chociaż jagody. Wtedy Księżyc ma pewien sens. A bez takich dywagacji w tekście zastanawiam się, jak oni to uprawiają. Nie znam się na rolnictwie ani trochę, ale z glebą na Księżycu pewnie jest cienko, więc raczej hydroponika. I idą w hurt, nie przejmując się pojedynczym krzakiem pomidora? Dziwne, tym bardziej, że zapewne ludzie polegają na roślinach, bo tlen do oddychania skądś się musi brać.

Niskiej grawitacji też nie widać.

Jest dla mnie niezmiennie zaskakujące, że możemy wierzyć w smoki i magię, ale nie w to, że setting w opowiadaniu sf może się różnić od obecnego na Ziemi. Być może Księżyc w opowiadaniu jest inny niż ten nasz? Albo technologia wzleciała w pięć lat do takiego poziomu?

W tekście wszystko jest możliwe, mam nadzieję :)

Narracja pierwszoosobowa ze zmianą prowadzącego i bez wyraźnego podawania imion to raczej ryzykowny zabieg. W pewnym momencie byłam zaskoczona, że dziewczyn jest więcej niż jedna.

Tu chyba nie rozumiem do końca. Była tylko jedna narratorka.

 

 

Na sam koniec chciałbym wyrazić spore niezrozumienie. Tak ogółem, nie do kogoś konkretnego. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że część osób na forum ma poważny problem ze scenami seksu. Wystarczy, że w opowiadaniu pojawi się jakikolwiek fragment tego typu, a sypią się komentarze dotyczące wulgarności, pornografii, erotyki, cringe’u i tak dalej. Powtórzę więc, że jest to dla mnie kompletnie niezrozumiałe i zastanawia mnie, gdzie upatrywać źródła takich problemów. Tym bardziej, że osoby o wiele lepiej i ładniej piszące ode mnie również otrzymują takie opinie xD

Nie chciałbym tu pisać jakiegoś wyjaśnienia czy się tłumaczyć, ale seks jest częścią życia, jest też więc częścią moich tekstów, kiedy tak mi się podoba. Nie wydaje mi się, żebym musiał mieć ku temu jakieś niewyobrażalne powody, zgodę od papieża bądź innych przywódców religijnych w śmiesznych czapeczkach bądź kieckach. Z tego względu chciałbym niniejszym wyrazić daleko idące oburzenie, że w ogóle muszę podnosić ten temat w komentarzu xD

 

Żeby całość zakończyć sympatycznie, dodam jeszcze, iż w tekście w ramach forumowej tradycji zostali ukryci jurorzy. Zapraszam do zgadywania, szukania i tak dalej xD

Wow, jaki piękny wykrzyknik! ;-)

Ja również, ale co to ma do rzeczy? :)

To są wykreowani bohaterowie, więc nikomu nie robisz krzywdy pisaniem takich rzeczy, ale nic Ci – mi, innym, nikomu – do tego, kogo, gdzie, kiedy i po co żyjące osoby całują, dotykają, kochają fizycznie lub niefizycznie, o ile nikomu nie czynią przy tym krzywdy. Ta część komentarza pachnie mi mocno twardymi ocenami moralnymi, których w moim odczuciu nie powinnaś wyrażać.

Może zacznijmy od tego, że w poglądach na seks jestem dość konserwatywna (i nie chodzi tu o pozamałżeńskość lub płcie uczestników), a romansów nie znoszę, więc bardzo trudno przebić się do mnie z tekstem o miłości. Z konserwatywnością chodzi o to, że IMO nie powinno się chodzić do łóżka z błahego powodu – z nudów, dla sukcesu w pracy (to dla jednej strony prostytucja, a dla drugiej gwałt), żeby uczcić wolny wieczór, żeby powetować sobie kosza gdzie indziej (kurde, co z drugą osobą, która została bezczelnie wykorzystana, żeby ktoś sobie poprawił samopoczucie?)… Żeby nie wyjść na zbytniego świętoszka – dopuszczam klasyczną prostytucję (zwłaszcza jeśli klient nie jest w związku). To zwykła transakcja, jedna strona dostaje przyjemność i zaspokojenie fizycznej potrzeby, druga pieniądze, wszyscy są zadowoleni, nikt nie robi sobie nadziei na jakiś trwały związek, nikt nie czuje się oszukany.

Nie mieści mi się w głowie (być może ciasnej pod tym względem), że dwie osoby wyznające przeciwstawne ideologie jednocześnie darzą się głęboką miłością. To trochę tak, jakby ktoś przyłapał w łóżku Żełeńskiego i Putina. No, nie ta intensywność uczuć, ale ten kierunek. Rodzi się wtedy we mnie przeświadczenie, że co najmniej jedna osoba coś udaje: albo przekonania, albo związek. I z tego przeświadczenia o udawaniu wynika brak szacunku wobec bohaterów. Założyłam, że łatwiej udawać uczucia niż przekonania polityczno-społeczne i stąd moje założenie o powierzchowności związku. Ale właściwie, całkiem możliwe, że jeden z chłopców jest konformistą i głosi tezy akceptowane przez władze, a w głębi serca zgadza się z partnerem. Dopiero teraz przyszło mi to głowy. Wtedy ich związek jest w porządku, tylko konformizm zostaje…

Nie mam nic do tego, w jaki sposób się kochają. Nawet podejrzewam, że niska grawitacja umożliwia nieziemskie sztuczki i pozycje. Gdybyś coś takiego pokazał, pewnie nie marudziłabym (a przynajmniej mniej) na niski stopień nasycenia księżycowością.

I zupełnie nie rozumiem, czemu w ogóle to robisz.

Próbuję wyjaśnić, czemu opowiadanie nie zachwyciło.

Jest dla mnie niezmiennie zaskakujące, że możemy wierzyć w smoki i magię, ale nie w to, że setting w opowiadaniu sf może się różnić od obecnego na Ziemi. Być może Księżyc w opowiadaniu jest inny niż ten nasz? Albo technologia wzleciała w pięć lat do takiego poziomu?

Właśnie gdyby setting się różnił, byłoby lepiej. Nie wspominasz o żadnych zmianach Księżyca. A tu mówimy o radykalnej zmianie jego masy (żeby grawitacja była zbliżona do ziemskiej) albo prędkości obrotu (żeby długość dnia się zmieniła).

Tu chyba nie rozumiem do końca. Była tylko jedna narratorka.

Faktycznie, coś mi się pomerdało. Przepraszam.

Nie wyjaśnię Ci, dlaczego ludzie tak krytykują sceny seksu. Może to sprawa tak osobista, że nie chcemy o niej rozmawiać publicznie, a erotyka narusza jakieś tam tabu i włącza się reakcja obronna? A może każdy wyobraża sobie pewne rzeczy inaczej i nie podoba mu się, że to nie dominująca wersja? Nie mam pojęcia.

 

Mam nadzieję, że wkurzenie Ci przeszło i jakoś wytłumaczyłam powody mojej opinii.

Babska logika rządzi!

Niedrogi Morteciusie, poprzestałam na dwóch pierwszych zdaniach Twojej odpowiedzi. Wystarczy. Zamiast pisać takie jałowe elaboraty do mnie, lepiej poświęciłbyś ten czas na skrócenie wreszcie swojego fragmentu na głównej stronie.

Podobną uwagę skierowałbym do każdego innego użytkownika. Pięć linijek to pięć linijek. Szanujmy innych użytkowników. 

Uwierz mi, nie ciągnie mnie pod słaby tekst autora, którego nie darzę sympatią. Bez odbioru.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Finklo!!1111

 

Wow, jaki piękny wykrzyknik! ;-)

 

:D

Ja również, ale co to ma do rzeczy? :)

To są wykreowani bohaterowie, więc nikomu nie robisz krzywdy pisaniem takich rzeczy, ale nic Ci – mi, innym, nikomu – do tego, kogo, gdzie, kiedy i po co żyjące osoby całują, dotykają, kochają fizycznie lub niefizycznie, o ile nikomu nie czynią przy tym krzywdy. Ta część komentarza pachnie mi mocno twardymi ocenami moralnymi, których w moim odczuciu nie powinnaś wyrażać.

Może zacznijmy od tego, że w poglądach na seks jestem dość konserwatywna (i nie chodzi tu o pozamałżeńskość lub płcie uczestników), a romansów nie znoszę, więc bardzo trudno przebić się do mnie z tekstem o miłości. Z konserwatywnością chodzi o to, że IMO nie powinno się chodzić do łóżka z błahego powodu – z nudów, dla sukcesu w pracy (to dla jednej strony prostytucja, a dla drugiej gwałt), żeby uczcić wolny wieczór, żeby powetować sobie kosza gdzie indziej (kurde, co z drugą osobą, która została bezczelnie wykorzystana, żeby ktoś sobie poprawił samopoczucie?)… Żeby nie wyjść na zbytniego świętoszka – dopuszczam klasyczną prostytucję (zwłaszcza jeśli klient nie jest w związku). To zwykła transakcja, jedna strona dostaje przyjemność i zaspokojenie fizycznej potrzeby, druga pieniądze, wszyscy są zadowoleni, nikt nie robi sobie nadziei na jakiś trwały związek, nikt nie czuje się oszukany.

Nie mieści mi się w głowie (być może ciasnej pod tym względem), że dwie osoby wyznające przeciwstawne ideologie jednocześnie darzą się głęboką miłością. To trochę tak, jakby ktoś przyłapał w łóżku Żełeńskiego i Putina. No, nie ta intensywność uczuć, ale ten kierunek. Rodzi się wtedy we mnie przeświadczenie, że co najmniej jedna osoba coś udaje: albo przekonania, albo związek. I z tego przeświadczenia o udawaniu wynika brak szacunku wobec bohaterów. Założyłam, że łatwiej udawać uczucia niż przekonania polityczno-społeczne i stąd moje założenie o powierzchowności związku. Ale właściwie, całkiem możliwe, że jeden z chłopców jest konformistą i głosi tezy akceptowane przez władze, a w głębi serca zgadza się z partnerem. Dopiero teraz przyszło mi to głowy. Wtedy ich związek jest w porządku, tylko konformizm zostaje…

Ja rozumiem, ale nie rozumiem. Jest przecież coś takiego jak hate sex, są relacje fwb, mnóstwo tego. Nie zawsze seks łączy się z uczuciami. Nie wiem więc, czemu udawanie? :)

Nie mam nic do tego, w jaki sposób się kochają. Nawet podejrzewam, że niska grawitacja umożliwia nieziemskie sztuczki i pozycje. Gdybyś coś takiego pokazał, pewnie nie marudziłabym (a przynajmniej mniej) na niski stopień nasycenia księżycowością.

Jest to jakiś pomysł :)

I zupełnie nie rozumiem, czemu w ogóle to robisz.

Próbuję wyjaśnić, czemu opowiadanie nie zachwyciło.

To rozumiem, ja nie rozumiem, dlaczego poszły tak ostre oceny co do zachowań bohaterów :)

Jest dla mnie niezmiennie zaskakujące, że możemy wierzyć w smoki i magię, ale nie w to, że setting w opowiadaniu sf może się różnić od obecnego na Ziemi. Być może Księżyc w opowiadaniu jest inny niż ten nasz? Albo technologia wzleciała w pięć lat do takiego poziomu?

Właśnie gdyby setting się różnił, byłoby lepiej. Nie wspominasz o żadnych zmianach Księżyca. A tu mówimy o radykalnej zmianie jego masy (żeby grawitacja była zbliżona do ziemskiej) albo prędkości obrotu (żeby długość dnia się zmieniła).

Rozumiem Twój punkt widzenia, ale podtrzymuję moje zdanie. Być może jest to spowodowane tym, że techniczne szczegóły w większości opowiadań sf (albo hard sf) kosmicznie mnie nudzą. Najczęściej je pomijam. W ostateczności pomijam całe teksty.

Tu chyba nie rozumiem do końca. Była tylko jedna narratorka.

Faktycznie, coś mi się pomerdało. Przepraszam.

Nie ma problemu :)

Nie wyjaśnię Ci, dlaczego ludzie tak krytykują sceny seksu. Może to sprawa tak osobista, że nie chcemy o niej rozmawiać publicznie, a erotyka narusza jakieś tam tabu i włącza się reakcja obronna? A może każdy wyobraża sobie pewne rzeczy inaczej i nie podoba mu się, że to nie dominująca wersja? Nie mam pojęcia.

Tabu, naprawdę? Ale to było ogólne, nie do Ciebie :)

 

Mam nadzieję, że wkurzenie Ci przeszło i jakoś wytłumaczyłam powody mojej opinii.

Nieco więcej rozumiem, ale wydaje mi się, że w tym przypadku chyba musimy się zgodzić, że się nie zgadzamy (uwaga, straszny anglicyzm :P).

 

@mr.maras

 

Niedrogi Morteciusie,

Ten garnitur nie był tani.

poprzestałam

Podoba mi się, że to już przynajmniej druga literówka w Twojej odpowiedzi, którą zrobiłeś w tym wątku. Niezmiernie mi miło, że wywołuję tak silne emocje :)

na

na?

dwóch

takich, co ukradli księżyc

 

pierwszych zdaniach Twojej odpowiedzi.

Szkoda, dalej jest naprawdę niezły kawałek.

Wystarczy. Zamiast pisać takie jałowe elaboraty do mnie, lepiej poświęciłbyś ten czas na skrócenie wreszcie swojego fragmentu na głównej stronie.

Świetna rada! Dziękuję uprzejmie :)

 

Podobną uwagę skierowałbym do każdego innego użytkownika.

Cieszy mnie, że uważasz mój tekst za tak popularny (a najwyraźniej też godny uwagi!), że swoje odezwy to innych użytkowników publikujesz właśnie tutaj.

Chciałbym przy okazji dodać, że na forum mamy też użytkowniczki – być może do nich również powinieneś się zwrócić :)

Pięć linijek to pięć linijek. Szanujmy innych użytkowników. 

Oraz użytkowniczki. Wydaje mi się, że również zasługują na szacunek.

Uwierz mi, nie ciągnie mnie pod słaby tekst autora, którego nie darzę sympatią. Bez odbioru.

Nie jestem pewien, kogo masz na myśli – naliczyłem tu 48 Twoich komentarzy. Wygląda na to, że spędzasz tu sporo czasu ;)

Ooo, do wykrzyknika doszły jedynki. Jestem pod wrażeniem. ;-)

Jest przecież coś takiego jak hate sex, są relacje fwb, mnóstwo tego. Nie zawsze seks łączy się z uczuciami. Nie wiem więc, czemu udawanie? :)

A co to takiego? Hmm, nie jestem pewna, czy naprawdę chcę wiedzieć… No i widzisz – dla mnie powinien się łączyć z uczuciami (w ostateczności z jasno zdefiniowaną transakcją), inaczej nie bardzo szanuję uczestników.

To rozumiem, ja nie rozumiem, dlaczego poszły tak ostre oceny co do zachowań bohaterów :)

Oj tam, oj tam, od razu ostre. Jak ktoś śmieci, to też go nie szanuję, ale nie ruszam od razu na krucjatę. Acz w starciu z kimś innym pewnie nie będę kibicować śmiecącemu. Nie trzymałam kciuków za Twoich bohaterów, ale i nie miałam ochoty, żeby podstawić któremuś nogę. Innymi słowami: człowiek robi coś, co dla mnie jest nieakceptowalne, ale dopuszczam możliwość, że używa innego systemu wartości (do czego ma prawo). U mnie ma minusa, jeśli mu pomogę, to bardzo niechętnie, ale to jeszcze nie koniec świata.

Nieco więcej rozumiem, ale wydaje mi się, że w tym przypadku chyba musimy się zgodzić, że się nie zgadzamy (uwaga, straszny anglicyzm :P).

Tak, możemy spisać protokół rozbieżności i rozstać się w pokoju. :-)

Babska logika rządzi!

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Cześć, Mort!

Nieśmiało sobie pozwalam zacząć od Twojego tekstu mały powrót na portal (bo wiadomo, od własnego to zbyt strasznie). I muszę powiedzieć, że zdanie otwierające jest śliczne z całym swoim ładunkiem sentymentu i nostalgii. W potknięcia językowe bawić się nie będę, bo sądząc po długości komentarza Tarniny, pewnie wszystko bym dublowała, acz trochę roboty jest. ;)

 

Mnie wcześniej wychowała polska szkoła, twór z pozlepianego pospiesznie na mąkę kartonu, który już dawno się rozpadł i przemókł, ale wciąż udajemy, że stoi.

Piękne. Przykleję sobie to na drzwiach biura.

 

W naszej rodzinie parki stanowią dziwny element stały. Łączą się z każdą ważniejszą historią. Przewijają się w opowieściach babci i taty jak refren piosenki. Są tłem idealnym, które nie rzuca cienia na całą opowieść i nie zawłaszcza jej dla siebie, tylko chroni przed palącym słońcem i wścibskim wzrokiem. Jak gałęzie i liście.

Ach, też dobre. Lubię jak w opowiadaniach w jakiś sposób mówi się o opowieściach. Tym bardziej, jeśli mówi się zgrabnie.

 

Romanse to nie moja bajka, wiesz zresztą, gadaliśmy o tym pewnie nie raz. Ale ten tekst jest… ładny. Mimo opisów seksu, które niczego nie upiększają i w których nie szukasz kwiecistych porównań. Te obrazki składają się w zgrabną całość, którą bardzo dobrze się czyta – może początek jedynie się delikatnie dłuży, ale ja lubię, jak rzeczy rozkręcają się szybko. Zresztą wiem, że to nie tekst, który miał biec, utrzymujesz stałe tempo, które nadaje mu jakiś rytm. W każdym razie: dobra robota!

Zostaw ten żyrandol.

@Finklo, w takim wypadku chyba temat się wyczerpał :) Mam nadzieję, że do zobaczenia za jakiś czas :D

 

@Tarnino, odpowiadam randomowym gifem:

 

@Verus, siema xD Bardzo poproszę o tantiemy za kartkę z tekstem na drzwiach biura ;) I miło mi niezmiernie, że zostawiasz tak sympatyczny komentarz. Dzięki za wizytę i ślad!

.

Publiczny śledź obserwacyjny, bo za dużo tu było wypowiedzi nie na temat samego tekstu (w mojej pojedynczej, prywatnej opinii).

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Mortecius, jasne, płatność w piwie będzie git? :p

Zostaw ten żyrandol.

@Verus, jak najbardziej!

 

Chciałbym też oficjalnie przywitać w tym skromnym gronie przedstawiciela moderacji portalowej, rodowitego Zielonogórzanina i

Cześć, Mort!

 

Materiał w chabrowym kolorze musi być zajebiście wytrzymały, skoro nieściągany przetrwał dziesiątki lat XD no i fuuuu! Ona ją wzięła do buzi – po tylu latach…

który mieszkał po drugiej strony kolonii

litrówka

Nie poznaliśmy się w parku. Nie szkodzi. Poszłyśmy tam wieczorem.

tu też. Ogólnie w tym fragmencie/rozdziale się trochę pogubiłem, bo myślałem, że to wciąż na księżycu.

 

Wybacz, że nie przeczytam drugiego opowiadania, które znajduje się w kolejnych komentarzach – wiem, że jest tam dużo zwrotów akcji itd., ale tylko prześledziłem pobieżnie. Jeśli coś się zdubluje – wybacz – taki urok ;)

 

To z pewnością bardzo ładne opowiadanie, no ale przecież trzeba marudzić. Trochę za mało miejsca jest dla Niej – czekającej na Agatę na Ziemi. Nie poczułem tej tęsknoty, jakby bohaterka nawet nie marzyła o powrocie, a przecież miłość nieodłącznie wiąże się z nadzieją.

Druga sprawa, to samo spłycenie miłości przez Agatę, co widać w tym fragmencie:

Jak teraz. Każdego dnia. Nawet dwóch chłopców nie potrafi wypełnić tej pustki. Są mili, przystojni i potrafią mnie doprowadzić do orgazmu, a kiedy zajmują się mną we dwójkę, to wznoszę się ponad Księżyc, tak daleko, że nie widzę już Ziemi w oddali, i zwiedzam inne galaktyki z dłońmi na piersiach, ustami wokół palców stóp, palcami na pośladkach, kciukiem w ustach i dwoma grubymi, gorącymi członkami ruszającymi się we mnie z zaciekłością piranii czujących krew.

Dziewczyna wypełnianie pustki widzi tu jedynie przez pryzmat seksu.

Z tych dwóch powyższych powodów nie czuję w bohaterce tej miłości i przez to nie kupuję jej tak do końca.

 

Ale plusy również są. Jest niespiesznie, ale tempo pasuje do narracji i mi bardzo podeszło. Lubię takie klimaty.

Zapachem i smakiem opowiadanie stoi, tytuł przyciąga, pierwsze zdanie ładnie otwiera opowieść.

Fajnie przytrzymałeś “matkę”, która momentami aż za bardzo kontrastowała z “tatą”, ale to się broni. Do tego Agata zauważa, że sama prawdopodobnie przerodzi się we własną matkę. 

Choć klasycznie wyszło mi więcej miejsca na marudzenie, niż na chwalenie, to w rzeczywistości plusy przeważają nad minusami. Mi się naprawdę podobało!

 

Pozdrówka i powodzenia w krokusie!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Komputer w naprawie, wizyta chrześniaka w czasie mojej nieobecności. Jutro się okaże, czy konieczny będzie nowy, czy tylko naprawa. Piszę na starociu, działa, moźe więc trza wstrzymać ten rozpęd technologiczny i zysk. Moje poglądy. 

 

Przecież właśnie przez brak zaangażowania Agaty w jej związek z dwoma chłopakami dowiadujesz się o niej oraz samej relacji dość sporo :)

Masz rację, lecz to ważny element wątku, a został potraktowany po macoszemu. Wspomniany, choć w gruncie rzeczy jest dramatem dla Agaty i chłopaków, zwłaszcza jeśli się lubili, a zrozumiałam, że tak. Nawet nie chodzi o to, aby pokazać w tej scenie, nawet lepiej byłoby w innej, byle tylko nie chodzić opłotkami. Aby wyjaśnić, potrzeba wielu słów i nie chcę teoretyzować na skończonym tekście, zwłaszcza, że uważam go za udaną próbę. 

I jasne, słowa, które piszę są tylko moim odbiorem. Nie wiem, czy mam rację, choć od kilku lat trochę przyglądam się literaturze pod tym kątem, też quuerowej (wiem, wiem, może nic nie znaczyć:p). Z upływem czasu moje odczucie odnośnie seksu w literaturze staje się silniejsze, co nie ma związku i z twoim opowiadaniem. Wielu pisarzy ma kłopot z przedstawianiem seksu, pamiętam też kilka pisarskich, polskich dyskusji dotyczących tego aspektu. Zabawne i ciekawe. Sama też próbowałam się z tym zmierzyć. Z jednej miniatury nawet jestem zadowolniona (celowe, nie literówka), choć jeden mistrz pochwalił, drugi powiedział, że zakręciłam za bardzo. Jak widzisz opinie bywają różne, nie tylko na forum. Ciągle trudna sprawa, a w Polsce – mega.

Próbowałam dowiedzieć się czegoś z opracowań naukowych. Tu najlepsza jest Eva Illouz z rozebraniem na części popularności Graya. Sięgam też w przeszłość

Na przykład taka Narcyza Żmichowska jest wielką nieobecną w queerowej literaturze. Nawet badaczki feministyczne odnajdują szczątkową obecność homoseksualizmu kobiecego w jej tekstach, a już bardziej wprost pisać nie mogła. Chyba homoseksualizm kobiecy jest silniejszym tabu niż męski, jeśli jej twórczość i biografia dostarczają tyle informacji. Była wykształconą emancypantką, a ciągle ją wpisywano w nurt literatury patriotycznej i używano eufemizmów. O zaszufladkowanej matce narodu – Konopnickiej nawet nie wspomnę. 

 

O:o, a Kereta znam i lubię. :-)) Nawet byłam na spotkaniu z nim, choć samo spotkanie nadzwyczajnie nie zachwyciło, lepiej mieć kontakt z jego książkami. Inaczej było z Lemaitrem i Zadi Smith. Jednak pisarz pisze, a niekoniecznie musi się udzielać. 

 

Mam nadzieję, że do następnego! ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Unicron Eating GIF – Unicron Eating Transformers GIFs

Known some call is air am

Nowa Fantastyka