- Opowiadanie: rodynnte - Czyjeś ciało

Czyjeś ciało

Temat nr 49. Ilona wprowadza się do nowego domu, ale z jakichś powodów źle się w nim czuje, ma problemy ze snem i coraz częstsze bóle głowy. Za namową koleżanki postanawia skorzystać z usługi specjalisty od feng shui.

 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

ninedin, Użytkownicy, Użytkownicy II, Finkla

Oceny

Czyjeś ciało

Czyjeś ciało

 

Nie wiem, jak długo siedzę w ciemności.

Straciłam poczucie czasu, ale obawiam się, że moja obecność tutaj wkrótce się skończy. Wciąż mogę myśleć, chociaż z coraz większym trudem przypominam sobie to, co zdarzyło się przedtem.

 

Gdy pierwszy raz weszłam do tego domu, nie poczułam nic dziwnego, tylko ekscytację. To była niesamowita okazja, byłam zmęczona mieszkaniem ze współlokatorkami, a na samodzielną kawalerkę nie było mnie stać, bo warszawskie ceny wynajmu to jakiś horror.

Nikt tu przede mną nie mieszkał, dom nie był całkowicie wykończony. Niewielki piętrowy budynek na Woli, niedaleko Ronda Daszyńskiego i stacji metra, ale na cichej bocznej uliczce. Nowe apartamentowce w budowie, sąsiadowały z nie wyburzonymi starymi ruderami, a za działką, na której stał dom były już tylko dzikie chaszcze i puste poprzemysłowe tereny, poprzecinane nieużywanymi torami kolejowymi.

Właściciel domu, znajomy mojej siostry, musiał wyjechać na rok z kraju. Szukał zaufanej osoby, która popilnuje domu podczas jego nieobecności.

Do użytku oddano na razie tylko parter domu: duży salon z aneksem kuchennym, dwie sypialnie, łazienka, garderoba. W większej sypialni, między oknami wychodzącymi na wschód, stał fotel – piękny antyk efektownie komponował się z moimi nowoczesnymi meblami.

Pierwsza noc po przeprowadzce minęła spokojnie. Niewielki ból głowy po obudzeniu musiał być spowodowany zapachem farby i lakieru, który wciąż unosił się w pomieszczeniach.

Ale każdej następnej nocy sypiałam coraz gorzej, a bóle głowy stały się bardzo dokuczliwe. Nieustannie czułam ucisk w skroniach, który trochę tylko przytłumiały leki przeciwbólowe.

To właśnie wskutek niewyspania stawałam się coraz bardziej niespokojna i rozkojarzona. Samotność i odosobnienie nie wydawały mi się już takie cudowne.

Wieczorem przez duże, niezasłonięte okna widać było tylko ciemność, bo w pobliżu nie było żadnej latarni. No i ta cisza, nikt tędy nie przechodził i nie słychać było ruchu ulicznego. Naprawdę trudno było uwierzyć, że kilkaset metrów dalej są hałaśliwe ulice, jeżdżą zatłoczone tramwaje i autobusy, a samochody z wkurzonymi pasażerami stoją w korkach.

Pierwsze oznaki były niegroźne. Książki, które znajdowałam w innych miejscach niż położyłam, stukanie do okna w sypialni – to wszystko było wytłumaczalne. Byłam rozkojarzona, a drzewo w ogrodzie rosło niedaleko okna.

Ale halucynacji nie mogłam w ten sposób zignorować.

Niewyraźna kobieca postać z długimi włosami, którą widziałam w lustrze obok siebie pojawiała się nieregularnie i znienacka. Była albo wytworem mojej wyobraźni, co wymagało wizyty u psychiatry, albo zjawą, co, moim zdaniem, też oznaczało, że tracę zmysły.

Mój niepokój jeszcze się pogłębił, gdy siostra zadzwoniła z pretensjami, dlaczego nie wpuściłam jej do domu. Przyszła mnie odwiedzić, widziała, jak chodzę po pokoju i zignorowałam ją totalnie. Powiedziałam, że miałam słuchawki na uszach, więc nie słyszałam dzwonków, ale tego dnia byłam w redakcji od rana, wróciłam dopiero wieczorem.

I bardzo tego żałowałam, bo na mój widok Aneta z kadr nie mogła się powstrzymać: – Ilona! Wyglądasz okropnie. Nie musisz tyle pracować po nocach. Wiesz, balans między pracą i życiem prywatnym to niegłupia rzecz.

– To nie to. Wprowadziłam się do nowego domu i chyba jestem uczulona na jakieś świństwo. Farbę albo coś.

– Słuchaj, musisz spróbować czegoś innego! Mam znajomego, specjalistę od feng shui. To naprawdę działa, mnie bardzo pomógł – rozmarzyła się na samo wspomnienie tej pomocy.

– Aneta, wybacz, ja w to nie wierzę – próbowałam się wykręcić.

– No co ty, jeszcze będziesz mi dziękować. Bartek jest naprawdę cudowny.

I na pewno przystojny. Anecie zawsze podobali się tacy odklejeni od rzeczywistości faceci.

Co do moich dolegliwości, wolałam polegać na praktyczniejszych metodach: tabletka stilnoxu na noc, rano coś przeciwbólowego – to działało. 

Bartek przyszedł już następnego dnia, wyglądał całkiem zwyczajnie, jak pracownik jakiejś firmy oferującej usługi dezynfekcji, dopóki nie zaczął wykładu na temat żywiołów, yin i yang, siatki bagua. Potem zawyrokował, że w prawie pustym domu nie zaznaczono właściwie stref. Polecił zawiesić w drzwiach dzwonki chińskie, wynieść z sypialni lustro, bo wywołuje niepożądane podczas snu zakłócenia lub zasłaniać je na noc chustą. Na widok fotela powiedział ze zgrozą: – No nie, ten fotel to zawalidroga, blokuje energię, bo stoi na linii okna i drzwi. Nic dziwnego, że źle sypiasz. Trzeba go przenieść do salonu.

Zatrzymał się jednak gwałtownie na metr od fotela, zawrócił i nie patrząc mi w oczy powiedział niepewnym tonem: – Wiesz, właściwie on może tu zostać. Myliłem się.

Pożegnał się szybko i wyszedł dziwnie zmieszany.

To wtedy do mnie dotarło, że nigdy nawet na chwilę nie usiadłam na tym fotelu, nie położyłam na nim żadnej rzeczy i omijałam go z daleka tak jak Bartek.

Tej nocy po raz pierwszy zobaczyłam ją w sypialni siedzącą na fotelu. Ta sama ciemna sylwetka kobiety, ledwie widoczna w półmroku. Słyszałam skrzypienie starego fotela przy każdym jej poruszeniu, szelest ubrania, gdy zakładała nogę na nogę, podnosiła rękę, by odgarnąć za ucho długie włosy. Namacalnie czułam jej obecność, jak żywej, realnej osoby.

Sama odważyłam się poruszyć dopiero po długiej chwili, powoli przesuwałam rękę do stolika przy łóżku i zapaliłam lampkę nocną.

Fotel był pusty, leżała na nim tylko książka. Czarna obwoluta i ciemnoczerwone litery tytułu: „Życie miłosne” Zeruyi Shalev. Nie skończyłam czytać tej powieści, jak dla mnie była zbyt ponura i przygnebiająca – studium obsesyjnego pożądania, które powoli niszczy życie głównej bohaterki.

Zasnęłam z trudem, a sny tym razem były tak wyraziste i realne, że po obudzeniu nadal czułam uniesienie i euforię. Polowałam na kogoś, czułam strach uciekającej w popłochu ofiary, podniecenie i ekstazę, gdy jej dopadłam – widziałam moje czerwone od krwi dłonie zakończone długimi, zakrzywionymi paznokciami.

Uspokajałam się powoli, postanawiając nie brać więcej prochów, bo wolałam już bezsenność niż takie koszmary.

Odgarnęłam zlepione od potu włosy i wrzasnęłam przerażona, moje palce wyglądały tak samo jak we śnie, krew była czarna w ciemności. Pobiegłam w panice do łazienki i oparłam się z ulgą o umywalkę: nie było żadnej krwi, tylko polakierowane na czarno paznokcie. To, że nie pamiętałam, kiedy je pomalowałam, ani żebym kupowała czarny lakier, którego nigdy nie używałam, mniej mnie przerażało.

Od tej pory spałam na kanapie w salonie, przestałam brać prochy i próbowałam zracjonalizować sytuację. Nic takiego się nie dzieje, jeżeli zaakceptuję to stałe uczucie czyjejś obecności, będzie mniej groźne. Przecież Bartek też coś wyczuł, jakąś energię, ducha, zjawę, nieważne jak to nazwać. Siedziała, stała i nic więcej się nie działo.

 

Wszystko zmieniło się tamtej niedzieli. Wstałam późno; zasnęłam w salonie na kanapie, oglądając komromy na Netflixie. Odmóżdżające i odprężające.

W przedpokoju, mijając otwarte drzwi do sypialni, kątem oka uchwyciłam ruch na fotelu. W pierwszej chwili pomyślałam, że to siostra zrobiła mi niespodziankę. Weszła, kiedy spałam, a teraz siedząc w fotelu, czekała aż się obudzę, spokojnie czytając książkę.

Podniosła głowę znad książki i spojrzała na mnie. Ta obca kobieta była do mnie łudząco podobna. Ta sama blizna nad lewą brwią, od uderzenia patykiem w dzieciństwie, identyczny pieprzyk na lewym policzku. To byłam ja, tylko z mocniejszym, wyzywającym makijażem. No i nie założyłabym takich ostentacyjnie seksownych ciuchów, nie były w moim stylu.

Tylko oczy miała inne. Intensywnie czarne, nieruchome tęczówki, wypełniały oczodół tak, że nie widać było białka: były martwe, nieludzkie.

Gdy wstała powoli z fotela i zrobiła krok w moją stronę, spanikowałam. Zatrzasnęłam drzwi do sypialni i zamknęłam się w łazience.

Nie wiem, co bardziej mnie przeraziło: to, co zobaczyłam w Jej nieludzkich oczach, czy to, że zapragnęłam być taka jak Ona – ekscytująca, amoralna, zdolna do wszystkiego.

Nie pamiętam nic więcej z tamtego dnia. Musiałam wziąć coś na sen, bo obudziłam się rano w poniedziałek. Nawet nie otwierając oczu, wiedziałam, że jestem sama w pustym domu. Nie czułam już niczyjej obecności.

Odeszła, tak po prostu, a ja dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, w jakim napięciu żyłam przez ostatnie dni, odizolowana z własnej woli od wszystkich przyjaciół i znajomych. Teraz rozpierała mnie energia, chociaż nie pamiętałam, kiedy ostatnio coś jadłam. Może to była kolacja w sobotę?

Na ekranie smartfona zobaczyłam nieprzeczytane wiadomości od Marcina, o pierwszej trzynaście w nocy pisał: „Ilona, naprawdę mnie rozpaliłaś. Czekam, tęsknię, kocham.” Nie wiem co mu napisałam, bo skasowałam wysłane wiadomości, ale to musiało być coś specjalnego. No, na to spotkanie to muszę założyć extra seksowną bieliznę.

Zakupy w centrum handlowym, najlepiej w Arkadii, gdzie otworzyli niedawno salon Victoria’s Secret, połączone z joggingiem – to był niezły plan na początek dnia.

Pobiegłam szybkim tempem: uliczkami starej Woli, potem Okopową, aż do Ronda Radosława. Wcale nie byłam zmęczona ani głodna, ale z rozsądku postanowiłam coś zjeść – kilka batoników energetycznych i napój izotoniczny, to powinno wystarczyć.

W Arkadii, o tej porze, nie było tłumu. Zawsze śmieszyła mnie megalomania ludzi, którzy tak postanowili nazwać centrum handlowe. Ale, szczerze mówiąc, nie byli daleko od prawdy – ta świątynia była pocieszeniem i schronieniem dla wielu osób.

Właśnie płaciłam za batoniki przy kasie samoobsługowej w Carrefourze na parterze, gdy usłyszałam rozmowę dwóch chłopaków z obsługi.

– Adam, tylko się nie śmiej. Spójrz na tamtą kasę, przed chwilą się sama uruchomiła, kasowała jakieś zakupy. Najpierw były w koszyku, a teraz zniknęły.

– Błażej, brachu. Wiem, że weekend miałeś ciężki, bo wyglądasz na zmarnowanego, ale do cholery, przestań brać, co popadnie. Ogranicz się do czegoś naturalnego. Alko, zioło, będzie bardziej ekologicznie. Ciesz się, że masz dzisiaj dyżur przy kasach samoobsługowych, ja muszę rozładowywać palety, kierownik mnie goni i nie mam czasu na twoje rozkminki. Spadam.

Obejrzałam się przez ramię, chłopak wpatrywał się uporczywie w kasę, przy której robiłam zakupy. Poczułam duchową więź z nieszczęsnym Błażejem, podeszłam do niego, podałam mu batonik i powiedziałam przyjaźnie: – Błażej, to ja robiłam zakupy. Wszystko w porządku.

Ale on tylko rozejrzał się dookoła osłupiałym wzrokiem i prawie pobiegł alejką między półkami, mamrocząc pod nosem: – Detoks. Od dzisiaj całkowity detoks.

Biedny chłopak. Te piguły musiały być srogie.

Na dodatek, jakaś kobieta w średnim wieku wjechała na mnie wyładowanym wózkiem sklepowym.

– Proszę trochę uważać – podniosłam głos, rozzłoszczona, bo patrzyła w moim kierunku, ale mnie ignorowała. To samo powtórzyło się w następnej, bardziej zatłoczonej alejce. Ludzie mnie nie zauważali, zderzali się ze mną, zdziwieni, jakby natrafiali na niewidoczną przeszkodę. A gdy się do nich odzywałam, rozglądali się podejrzliwie, szukając ukrytego źródła dźwięku. Wszyscy nie mogli być w zmowie, świat dookoła był realny, więc to nie była halucynacja. Oni mnie nie widzieli!

Fuck! Byłam niewidzialna? Jak w jakimś durnym sci-fi?

Pobiegłam na piętro, do najdroższego butiku, gdzie nigdy nawet nie zaglądałam. Wzięłam z półki torebkę za ponad dwadzieścia tysięcy peelenów i wyszłam z nią niezauważona przez nikogo. Torebki w moich rękach też nikt nie widział. Tylko bramki zapikały, gdy je mijałam, ale zarówno znudzone ekspedientki jak i ochroniarz, skomentowali to bez zdziwienia: – Znów awaria systemu, na pewno chwilowe zwarcie.

Mogłam wynieść z tego sklepu co tylko bym chciała, w złości rzuciłam ukradzioną torebką w ochroniarza.

­– Co jest, kurwa! – wybełkotał trzymając się za policzek, bo nie zdążył uchylić się przed nadlatującą znikąd luksusową galanterią.

Poszłam jeszcze do przymierzalni w Zarze, stanęłam obok dziewczyny przymierzającej bluzkę, widziałam nasze odbicia blisko siebie, ale żadnej reakcji z jej strony.

To samo powtórzyło się w męskiej przebieralni.

– Nie kupuj tych spodni – odezwałam się do chłopaka. – Są za obcisłe, a ty nie masz zgrabnego tyłka.

Spojrzał w popłochu do góry, szukając ukrytej kamery i wybiegł z przymierzalni. Ale spodnie zostawił.

A może to realistyczny sen, z którego nie mogę się obudzić?

Uderzyłam z całej siły w lustro w przymierzalni, ostry odłamek wbił mi się głęboko w dłoń, krew skapywała na podłogę. Też niewidzialna dla innych, bo obsługa, zaalarmowana hałasem, sprzątała tylko kawałki stłuczonego szkła.

Przecież musi być jakieś logiczne wytłumaczenie tego, co się działo! Przyczyna, która tak samo, jak nagle się pojawiła, tak samo zniknie. Jutro obudzę się i znów będzie wszystko normalnie – myślałam z nadzieją.

Albo zamienię się w wielkiego karalucha. Może Kafka w „Przemianie” też opisał własne, realistyczne doświadczenia, a wszyscy podziwiali jego inwencję twórczą. W takim razie, pocieszające było, że przynajmniej u Kafki, to było chwilowe i odwracalne.

Marcin! – na samą myśl o nim poczułam spokój i radość. Jeśli ktoś mógł mi uwierzyć, to tylko on. Wystarczy, że mnie przytuli i poczuje moje ciało. Teraz był w pracy, ale miałam klucze do jego mieszkania. Zawsze zazdrościłam mu tej miejscówki na Żoliborzu, w pobliżu Placu Lelewela. Przejdę się spokojnie na piechotę i poczekam na niego.

Zresztą, nie chciałam ryzykować jazdy w zatłoczonym autobusie.

 

Marcin jednak był w domu, a Ona razem z nim.

Nie dotarli nawet do sypialni. Oparci o ścianę w przedpokoju, na wpół rozebrani, złączeni w namiętnym uścisku. Jej dłonie z czarno polakierowanymi, długimi paznokciami na jego nagich plecach. Zdyszane oddechy.

Już miałam wyjść, gdy zobaczyłam Jej wzrok. Patrzyła na mnie wyzywająco sponad jego ramienia, z drwiącym, pogardliwym uśmieszkiem.

Zostałam. Nie jestem masochistką. Nie kręciło mnie też podglądanie ludzi uprawiających seks, ale czułam, że muszę tam być, bo jeśli ucieknę, nigdy Jej nie pokonam.

Marcin zaniósł Ją do sypialni. Nigdy nie kochał się ze mną w te sposób – mój czuły i delikatny chłopak zamienił się w agresywnego macho, ale to ona przejęła inicjatywę; szalona, bez zahamowań.

Rozumiałam dobrze, że ten perwersyjny pokaz urządziła w jakimś celu, jednak nie byłam w stanie na to dłużej patrzeć. Zamknęłam oczy.

„Gdy się miało szczęście, które się nie trafia: czyjeś ciało i ziemię całą…”, natrętnie powtarzałam w myśli urywek dawno zapomnianego wiersza, zupełnie nieadekwatny do sytuacji.

Ja zamierzałam odzyskać swojego Marcina. Tego ogłupiałego z żądzy mężczyzny, w którego Ona go przemieniła, nie chciałam.

Ale jego namiętne wyznania to już było za dużo.

– Ilona, czemu tak długo to maskowałaś, jaka jesteś naprawdę. Czuję, że wiesz o wszystkich moich fantazjach. Nigdy bardziej cię nie pragnąłem – szeptał do Niej, zdławionym z emocji głosem.

– Zostaw go! Ty zdziro! – wrzasnęłam z całej siły.

Marcin mnie nie słyszał. Nadal trzymał Ją w objęciach jak cenny skarb, którego nie spodziewał się dostać. Za to Ona uniosła się na łokciach, uwalniając się z jego uścisku, odwróciła głowę w moją stronę, odgarniając z twarzy potargane włosy i powiedziała do mnie obojętnym tonem: – Nie walcz z tym. To nie potrwa długo.

 

Uciekłam przerażona, teraz naprawdę się bałam. Mogłam krzyczeć do woli, tak jak na kobietę w windzie, czy mijanych na ulicy przechodniów, nikt już mnie nie słyszał. Mimo, że istniałam, myślałam, czułam, krwawiłam, mogłam sobie zrobić krzywdę.

Albo Jej.

To nawet nie będzie morderstwo, tylko wyzwolenie. Gdy zniszczę Jej ciało, wszystko wróci do normy.

W sklepie z militariami, kilka ulic dalej, wybrałam największy bagnet z długim, ząbkowanym ostrzem. Ściskałam go kurczowo przez całą drogę do domu, niepewna, czy dam radę, czy będę miała dość siły, by z premedytacją zabić to coś, czym Ona była.

 

Na miejscu zorientowałam się, że nie mam kluczy, bo torebkę zostawiłam u Marcina. Ale słyszałam wyraźnie czyjeś kroki, stukot wysokich obcasów na gołych deskach podłogi. Nacisnęłam dzwonek, drzwi się uchyliły, a Ona nawet na mnie nie poczekała, tylko poszła spokojnie do łazienki.

Stanęłam obok Niej przed lustrem, przyglądając się jak starannie zmywa makijaż.

Patrzyłam na nasze identyczne odbicia. Przecież to ja byłam człowiekiem, a Ona czymś, co mnie pożerało powoli!

Nóż wypadł z brzękiem z moich bezwładnych i coraz bardziej wiotkich palców.

Widziałam jak moje odbicie blaknie powoli, byłam już tylko mglistym zarysem, potem tylko myślą. Obecnością.

 

 

 

Koniec

Komentarze

szukał zaufanej osoby, która popilnuje domu podczas nieobecności, regulując koszty. ← regulując?

Jak widzisz, miś przeczytał. Wciągnęło. Powodzenia.

 

Dziękuję! Zdanie oczywiście do poprawy.

Dobrze się czytało. I mnie historia wciągnęła. :) Jest napięcie i ciekawy pomysł, który mnie zaskoczył. Końcówkę można rozumieć na wiele sposobów, chociaż spodziewałem się jakiegoś jednoznacznego (najlepiej pozytywnego) epilogu. ;)

 

Ja zamierzałam odzyskać swojego Marcina – tego ogłupiałego z żądzy mężczyzny, w którego Ona go przemieniła – nie chciałam.

Według mnie coś z interpunkcją w tym zdaniu jest nie tak. Musiałem przeczytać dwa razy, żeby zrozumieć. Może kropka po “swojego Marcina”?

Super, że ci się spodobało. Epilog istotnie nie jest pozytywny – zwyciężyło złodevil

Zdanie poprawię, sugestia cenna.

Nieco zbyt pośpieszne.

 

To jeden z tych tekstów, w których za dużo się mówi, za mało pokazuje. Cała pierwsza połowa opowiadania to w zasadzie bohaterka wymieniająca dziwne zjawiska – zamiast nam je pokazać, mówisz czytelnikowi, że były – co niestety przekłada się na słabsze oddziaływanie tekstu. Chodzi mi o fragmenty takie jak te:

Ale każdej następnej nocy sypiałam coraz gorzej, a bóle głowy stały się bardzo dokuczliwe; nieustannie czułam ucisk w skroniach, który trochę tylko przytłumiały leki przeciwbólowe.

Pierwsze oznaki były niegroźne. Książki, które znajdowałam w innych miejscach niż położyłam, stukanie do okna w sypialni, to wszystko było wytłumaczalne. Byłam rozkojarzona, a drzewo w ogrodzie rosło niedaleko okna.

Niewyraźna kobieca postać z długimi włosami, którą widziałam w lustrze obok siebie pojawiała się nieregularnie i znienacka. Była albo wytworem mojej wyobraźni, co wymagało wizyty u psychiatry, albo zjawą, co, moim zdaniem, też oznaczało, że tracę zmysły.

O ile w klarowny sposób tłumaczą one, co się dzieje, to ich oddziaływanie emocjonalne jest niewielkie. Nawet bohaterka nie wydaje się szczególnie przejęta tymi wydarzeniami, bo jej język pozostaje spokojny i wyważony, więc co dopiero mówić o czytelniku. O ile intensywniej mogłyby one malować grozę sytuacji, gdybyś opisała te sytuacje dokładniej, pozwoliła nam poczuć emocje bohaterki, tą stopniowo narastającą dziwność i grozę. Znaków by wystarczyło.

Potem opowieść trochę nabiera rumieńców. Pojawia się Ona, tajemnicza i niesprecyzowana, i dochodzi do twistu. Zaczyna się trochę dziać – z naciskiem na trochę. Wydarzeń nie jest jednak dość dużo i nie są na tyle dramatyczne, by opowieść mnie porwała. To wciąż dość kompaktowa, szybko poprowadzona opowieść. Nie ma wiele czasu się znudzić, ale też zabrakło jakiegoś momentu, który chwyciłby mnie za serce – wielkie objawienie w galerii handlowej mnie zaskoczyło, ale nie poruszyło jakoś szczególnie, podobnie finał.

Ten brak reakcji związany jest z ogólną nijakością bohaterki. Po lekturze mam problem, żeby cokolwiek o niej napisać – wiem bardziej, jaka nie jest, niż jaka jest: nie jest wyuzdana, nie lubi jakiejś książki, nie maluje paznokci na czarno, nie wierzy w feng-shui. Poza tym? Biega, ma dość współlokatorów… I tyle. Nie bardzo mogę sobie przedstawić cokolwiek na temat jej osobowości. A tym samym trudno mi się przejąć jej losem. Tu mści się ten pospieszny początek, który w horrorze tradycyjnie służy związaniu czytelnika z bohaterem, żeby mogła zadziałać empatia. Ale tu tego nie ma, zamiast tego odhaczamy kolejne pozycje listy sztampowych paranormalnych doznań.

Podobnie jeżeli chodzi o ciemne siły – są i tyle. Nie wiem o nich wiele więcej.

 

Podsumowując – to nie jest złe opowiadanie. Technicznie jest z grubsza poprawne, czytając nie potykałem się zbytnio. Ale brakuje mu wyróżników, by mogło być dobre. Zapomnę ten tekst do wieczora – nie ma tu ani szczególnie interesującej fabuły, ani ciekawej bohaterki ani nietypowego ujęcia zła. Słowem, przeciętniak.

Hej, None.

Dziękuję za szczerość, naprawdę doceniam.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Moim zdaniem całkiem udany horror, owszem, oparty na klasycznym pomyśle, ale przyzwoicie napisany, wciągający. Parę źle wstawionych przecinków się zdarzyło, ale to najmniejszy problem, bo widać, że umiesz opowiadać i budować nastrój. Naprawdę niezła robota.

EDIT: Dodatkowy plus za bardzo pomysłowe ogranie cytatu w tytule.

Dziękuję, ninedinlaugh

To takie przyjemne uczucie, gdy ktoś docenia to co robisz.

Przyjemnie się czytało :)

Przynoszę radość :)

Dżem dobry.

 

na samodzielną kawalerkę nie był mnie stać – było*

 

Średniki to zdradliwy nawyk. Sam ich dawniej sporo używałem, ale w zwykłej prozie średnik występuje bardzo rzadko. Trudno to nazwać błędem, po prostu tekst dziwnie wygląda, kiedy jest w nim pełno średników :)

 

To właśnie wskutek niewyspania, stawałam się – przecinek zbędny

 

Przyszła mnie odwiedzić, widziała jak chodzę po pokoju i zignorowałam ją totalnie. Powiedziałam, że miałam słuchawki na uszach, więc nie słyszałam dzwonków, ale tego dnia byłam w redakcji od rana; wróciłam dopiero wieczorem.

To dobre. Podoba mnie się. Robi się niepokojąco.

 

No i umówiłam się jednak na wizytę u psychiatry.

Bartek przyszedł już następnego dnia

Zaraz. Co? Specjalista od feng shui to raczej nie psychiatra… a poza tym, to on składa wizytę, więc wizyta nie jest “u niego”. No chyba że coś źle zrozumiałem?

 

Przecież Bartek, też coś wyczuł – znowu zbędny przecinek

 

będzie bardziej eko. – Ciesz się, że masz dzisiaj dyżur – tu tego myślnika też nie powinno być, po obu jego stronach jest przecież wypowiedź bohatera.

 

logiczne wytłumaczenie, tego co się działo! – tu z kolei przecinek się przesunął, bo powinien być za “tego”, a nie przed.

 

Zakończenie mocne.

 

Ogólnie, poza tymi kilkoma drobiazgami, czytało się dobrze. Szybko zrobiło się dość straszno, postępująca “zamiana ciał” była naprawdę fascynująca (i przerażająca, aczkolwiek mnie jest raczej łatwo przestraszyć). Motyw może nie jest jakiś nadzwyczaj oryginalny, ale “dobrze ograny”, jak to mówią. Technicznie nienajgorzej, nie wyłapałem pewnie wszystkich błędów, ale nic bardzo rażącego nie widziałem. Zgłaszam do klika i pozdrawiam :)

Precz z sygnaturkami.

Witaj ponownie, rodynnte!

 

Gdy się miało czyjeś ciało i ziemię całą…”, natrętnie powtarzałam w myśli urywek dawno zapomnianego wiersza, zupełnie nieadekwatny do sytuacji.

Rzadko wracam z komentarzem, ale po ponownym przeczytaniu i przemyśleniu daję klika do biblioteki. Zgadzam się z ninedin, że ten cytat w kontekście “wcielenia” nabiera zupełnie innego znaczenia, co jest bardzo pomysłowym zabiegiem, brawo!

 

Miłej niedzieli!

Cześć!

 

Jest w tym tekście konkretny pomysł na horror, ale trochę zawiodło wykonanie. Zbyt wiele rzeczy jest powiedziane wprost, momentami nie wiadomo na jakiej podstawie bohaterka wyciąga wnioski dotyczące tajemniczej postaci. Zdaje się dokładnie zjawę rozumieć, ale z opisu wydarzeń to nie wynika. Marcin pojawia się znienacka w połowie opowiadania, a wcześniej bohaterka nawet się nie zająknęła, że jest w związku, to sprawiło, że kulminacyjna scena nie wywarła mocnego wrażenie. Ilona nagle mówi jak bardzo chce go odzyskać, ale wcześniej nie zostały stworzone podstawy do takiego stwierdzenia. Zakończenie mi się podobało, ale zabrakło temu opowiadaniu trochę znaków do odpowiedniego zbudowania atmosfery grozy.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Anet, Niebieski kosmita, kronos maximussmiley

 – wasze komentarze to wielka radość dla mnie, zwłaszcza, że to moje pierwsze w życiu opowiadanie. Mam teraz więcej odwagi, aby pisać dalej.

Alicella,

– twoja konstruktywna, elegancka krytyka na pewno w tym pomoże.

Dzień doberek!

EDIT: Doczytałem publikując komentarz, że to Twoje pierwsze w życiu opowiadanie – zatem naprawdę nieźle, zachęcam do dalszych publikacji :) 

No, zaczynasz tajemniczo, jakiś dom na cichej uliczce i niepokojące zjawiska, które w nim się dzieją, stuki puki i inne strachy – klasycznie, ale całkiem pasuje. 

Mamy tutaj pewną postać, którą widuje bohaterka i z początku nie do końca wiadomo czy to duch/widmo/halucynacje. Nieco dalej dowiadujemy się, że do złudzenia przypomina bohaterkę. Tutaj skojarzył mi się pewien film – “Oblicze mroku” – co prawda chodziło trochę o coś innego, bohaterka przygląda się w lustrze i ma kontakt z własnym odbiciem, które okazuje się być czymś bardziej “demonicznym”. Jakoś tak to opowiadanie mi klimatem przypomniało o tym filmie ;) 

Technicznie jest całkiem całkiem. Dość przyjemnie się przez tekst brnęło, bez większych trudów. 

Trochę mniej podobało mi się pójście w niewidzialność bohaterki. Uśmiechnęła myśl o kasie samoobsługowej i “duchu” dla innego gapia, który widzi jak batoniki same się kasują :P Nie wiem, na jego miejscu domagałbym się dojścia do monitoringu, nawet jakbym był na kacu. Później ta scena ze spodniami i za grubym tyłku – trochę napięcie zaczęło opadać. Całe szczęście jednak do niego wracasz. 

Creepy okazało się to, że ten “klon/byt” znajduje się w tym samym domu z bohaterką i po prostu z nią przebywa nie robiąc jej fizycznie czegoś złego – na plus. 

Końcówka to taka zamiana ról. Dopatrywałbym się tutaj całkiem fajnego psychologicznego motywu o zmianie osobowości i tym jakie korzyści/konsekwencje idą z tym w parze. Taka tylko luźna interpretacja, zwłaszcza po samej końcówce czy motywie z chłopakiem.

Podsumowując – feng shui trochę pretekstowe, bo chłop wszedł i wyszedł, zbytnio nie mam z tym problemu, bo się tym nie interesuję, ale jakby chłopa w tekście nie było i nie przestawił tam mebelka to nic by to w historii nie zmieniło, ale… historia koniec końców ciekawa i bywały fajne, klasyczne elementy grozy, które w opowiadanie się wpasowały. 

Wielkie dzięki za udział w konkursie!

Zacna historyjka, dobrze się czytało.

Ciekawe podejście do horroru – niby nic się nie dzieje, ot, jakiś niegroźny poltergeist, a potem jest już za późno. Fajne zagranie. Ciekawi mnie, skąd ta druga wzięła się w całkiem nowym mieszkaniu, szkoda, że tego nie wyjaśniasz.

Technicznie też w porządku.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka