- Opowiadanie: Szymszylmon - Uczucie nie do zniesienia

Uczucie nie do zniesienia

Za­pra­szam do lek­tu­ry mo­je­go krót­kie­go opo­wia­da­nia dark fan­ta­sy.

 

Dziękuję betującym: SNDWLKR’owi i Gruszeli oraz Rambalowi i Natalii K. spoza portalu. ❤

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Uczucie nie do zniesienia

Drew­nia­ne koła co chwi­la na­po­ty­ka­ły na swo­jej dro­dze ka­mie­nie. Długi, kryty wóz wciąż pod­ska­ki­wał w dro­dze do lep­sze­go jutra. Lu­dzie w środ­ku mil­cze­li w na­pię­ciu. Wie­dzie­li, że już nie­dłu­go prze­kro­czą gra­ni­cę, ale czy bez­bo­le­śnie?

– Wszyst­ko by­ło­by do­brze, gdy­by­śmy sza­no­wa­li ma­je­stat Au­gu­sta II tak jak przed laty. Król dalej by żył, a nasi nie sta­nę­li­by na­prze­ciw nam… – mam­ro­tał łysy męż­czy­zna sie­dzą­cy wśród in­nych. W wozie było tłocz­no.

– Za­milcz – po­wie­dział sie­dzą­cy na­prze­ciw­ko. – Jakby nikt nie wie­dział… Kto by się spo­dzie­wał, że oni za­miast nam pomóc, jak być miało i po­win­no, zmie­nią nasze życie w… pie­kło.

– Po­win­ni­śmy ze­brać się i skoń­czyć ich rządy, zanim roz­krę­ci­li się na dobre – za­pro­po­no­wał łysy.

– Za­mknij­cie mordy. Mą­drzy po szko­dzie… Le­piej przy­go­tuj­cie się – wtrą­cił się jesz­cze jeden, si­wie­ją­cy bro­dacz. – Ma ktoś jakąś broń palną? Pi­sto­le­ty, gar­ła­cze? – spy­tał, pa­trząc na swo­ich kam­ra­tów, któ­rzy mil­cze­li i za nic w świe­cie nie chcie­li mu spoj­rzeć w oczy. – Proce, co­kol­wiek? – dodał zde­spe­ro­wa­ny.

Mil­cze­nie trwa­ło. Roz­brzmie­wał je­dy­nie stu­kot ka­mie­ni pod ko­ła­mi. Nikt nie mógł po­chwa­lić się czymś wię­cej poza byle jakim nożem, który w więk­szo­ści przy­pad­ków wcze­śniej słu­żył je­dy­nie do kro­je­nia chle­ba.

– A ty co tam trzy­masz? – spy­tał męż­czy­zna w sile wieku drob­ną dziew­czy­nę sie­dzą­cą w kącie. Na jej ko­la­nach leżał jakiś przed­miot opa­tu­lo­ny szarą od brudu tka­ni­ną.

Sły­sząc jego słowa kur­czo­wo przy­kry­ła ta­jem­ni­czą rzecz dłoń­mi.

– To moje. Pa­miąt­ka – po­wie­dzia­ła cicho.

– Pokaż. Może się przy­da.

– Nie – od­rze­kła krót­ko.

– Dawaj bez ga­da­nia. – Za­czął się z nią szar­pać.

Wy­da­wa­ło się, jakby w dziew­czy­nę wstą­pił jakiś demon, bo do­rów­ny­wa­ła męż­czyź­nie siłą.

– Puść! – krzyk­nę­ła w zło­ści, ale nie za­mie­rzał się po­słu­chać.

Wście­kła wła­ści­ciel­ka za­wi­niąt­ka ogo­ło­ci­ła skry­wa­ną pa­miąt­kę. Za­bły­sły zło­ce­nia sza­bli pęk­nię­tej bli­sko jelca. Dziew­czy­na z zimną krwią dźgnę­ła w pierś męż­czy­znę, który zawył z bólu. Po chwi­li z jego rany za­czę­ła ob­fi­cie są­czyć się szkar­łat­na krew.

– Za­bi­ła go żmija! – Gło­śne słowa wy­nu­rzy­ły się z tłumu.

– To kró­lew­ska sza­bla! – za­uwa­żył bro­dacz. – Ona jest z kró­lew­skiej ro­dzi­ny!

– Ozło­cą nas, jeśli za­wie­zie­my ją do sto­li­cy – za­bły­snął łysy. – Brać ją!

Nagła zmia­na na­sta­wie­nia, po­my­śla­ła dziew­czy­na, ty­po­we dla ludzi z nizin spo­łecz­nych. Zo­ba­czą w my­ślach błysk monet i już go­to­wi są do sko­cze­nia za nimi w ogień…

Wła­śnie dla­te­go usia­dła w samym kącie; mi­mo­cho­dem mogła wy­sko­czyć z wozu. Mo­men­tal­nie wy­wi­nę­ła się i opa­dła na ubitą drogę pod gołym nie­bem, ciem­nie­ją­cym o póź­nej porze. Upa­dła na ko­la­na, nie mogąc przez chwi­lę utrzy­mać rów­no­wa­gi. Wsta­jąc chwiej­nie spoj­rza­ła za sie­bie i zo­ba­czy­ła, że ucie­ki­nie­rzy na nic nie cze­ka­ją i już mkną w jej stro­nę. Byli tak bli­sko, że jeden wy­cią­gnął rękę, aby ją zła­pać, lecz ona ni­czym bełt z kuszy za­czę­ła pruć przed sie­bie, w las.

My­śla­ła ze smut­kiem, jak bar­dzo wszyst­ko się zmie­ni­ło na prze­strze­ni ostat­nich dni…

 

***

 

Dzie­ciń­stwo nie na­le­ża­ło do naj­lżej­szych. Mała Lea cza­sa­mi za­czy­na­ła czuć się nie­do­brze, a wtedy za­my­ka­no ją samą w lochu na noce, pod­czas któ­rych za­pa­da­ła w głę­bo­ki sen. Czę­sto po ta­kiej nocy i tak bra­ko­wa­ło jej sił. Bar­dzo dużo czasu spę­dza­ła z Pu­bliu­sem, le­ka­rzem spro­wa­dzo­nym z bar­dzo da­le­ka przez jej ro­dzi­ców, żeby od­na­lazł lek na jej ta­jem­ni­czą cho­ro­bę, o któ­rej szcze­gó­łach nie chcie­li jej po­wie­dzieć. Wie­dzia­ła tylko tyle, że przez nią muszą cza­sem ją za­my­kać, poza tym to wła­śnie ona da­wa­ła jej chwi­la­mi po­nadna­tu­ral­ną siłę, a zda­rza­ły się także mo­men­ty, w któ­rych cho­ro­ba od­bie­ra­ła jej tyle wi­tal­no­ści, że nie mogła wstać z łóżka.

Męż­czyź­nie z in­nych stron w końcu udało się spo­rzą­dzić skom­pli­ko­wa­ną mik­stu­rę, która przyj­mo­wa­na re­gu­lar­nie usy­pia­ła cho­ro­bę, ale to było za mało. Ro­dzi­ce chcie­li cał­ko­wi­te­go wy­le­cze­nia ich córki, tak samo Pu­blius po­czuł, że jest w sta­nie uzy­skać an­ti­do­tum. Gdy Lea osią­gnę­ła już pra­wie wiek do­ro­sły, nad­szedł dzień, w któ­rym al­che­mik miał do­piąć swego. Los jed­nak po­krzy­żo­wał plany męż­czy­zny i za­prze­pa­ścił szan­sę na wy­le­cze­nie pa­cjen­ta, bo­wiem medyk zo­stał za­bi­ty przez re­wo­lu­cjo­ni­stów, po­dob­nie jak inni lu­dzie z zamku.

 

***

 

Bie­gła mię­dzy drze­wa­mi, nie zwra­ca­jąc na nic uwagi. Wie­dzia­ła, że żaden z go­nią­cych ją męż­czyzn nie jest w sta­nie jej teraz zła­pać. Je­dy­ne, czego chcia­ła, to znik­nąć im z oczu raz na za­wsze. W tam­tej chwi­li dzię­ko­wa­ła Bogu za to, że żaden z ucie­ki­nie­rów nie po­sia­dał broni pal­nej, bo w prze­ciw­nym razie już od­strze­li­li­by jej nogę i szyb­ko za­wró­ci­li w stro­nę oj­czy­zny.

Stą­pa­nie prze­śla­dow­ców było tak gło­śne, cięż­kie nogi od­bi­ja­ły się od ziemi, sze­lesz­cząc ściół­ką, cza­sem ła­miąc suchą gałąź. Tak bar­dzo kon­tra­sto­wa­ły one z lek­ki­mi, bez­gło­śny­mi kro­ka­mi Lei, która czuła, że ją i tam­tych ludzi dzie­li coraz więk­sza od­le­głość. Star­si męż­czyź­ni szyb­ko tra­ci­li siły na go­ni­twę, ich trucht zwal­niał z każdą se­kun­dą, w cza­sie, gdy ona nawet nie my­śla­ła o za­trzy­ma­niu się, wie­dząc, że nie może tego zro­bić pod żad­nym po­zo­rem.

Gdy zro­bi­ło się nie­zwy­kle cicho, Lea się za­trzy­ma­ła. Wszę­dzie wokół ota­cza­ły ją tylko drze­wa. Zbli­ża­ła się noc, a ona nie miała żad­nej kry­jów­ki. Wciąż w jed­nej dłoni trzy­ma­ła tka­ni­nę, a w dru­giej zła­ma­ną sza­blę. Krew po­kry­wa­ją­ca ostrze za­czę­ła po­wo­li krzep­nąć. Tam­ten czło­wiek już pew­nie umarł, po­my­śla­ła, jed­nak­że nie miała po­czu­cia winy ani żalu. Za­słu­żył na to. Wy­tar­ła oręż ka­wał­kiem ma­te­ria­łu, po czym scho­wa­ła go w nim.

Za­czę­ła czuć się mar­nie, jakby krew bul­go­ta­ła w jej rę­kach i no­gach. Szyb­ko się­gnę­ła do dużej sa­kiew­ki, którą miała przy pasie, i, tak jak za­le­cił jej Pu­blius, wy­ję­ła jedną, po­dłuż­ną fiol­kę z gru­be­go szkła, która po­win­na być wy­peł­nio­na rdza­wym pły­nem, jed­nak­że była pusta. Druga i trze­cia też pusta. Nie­do­brze, dawki leku, jakie miała przy sobie, skoń­czy­ły się. Cóż po­cznie? Sama nie wie­dzia­ła, co może się z nią stać. W swej bez­rad­no­ści po­szła dalej, szu­ka­jąc ja­kie­goś du­że­go drze­wa z wy­sta­ją­cy­mi ko­rze­nia­mi albo cze­go­kol­wiek in­ne­go, co mo­gło­by sta­no­wić dla niej schro­nie­nie tam­tej nocy.

Szczę­ście jej sprzy­ja­ło, bo zza drzew wy­ło­ni­ła się wiel­ka, kan­cia­sta syl­wet­ka sto­do­ły. Po­my­śla­ła z go­ry­czą, że bę­dzie to pierw­szy bu­dy­nek, w któ­rym za­go­ści od czasu, gdy świat sta­nął do góry no­ga­mi.

 

***

 

– Ojcze, co się dzie­je? – spy­ta­ła Lea, bie­gnąc za ro­dzi­cem przez wąski ko­ry­tarz. Au­gust II trzy­mał w dłoni po­chod­nię, która oświe­tla­ła im drogę.

– Lu­dzie osza­le­li. Ata­ku­ją zamek, a stra­że nie dają sobie z nimi rady – od­parł, nie od­wra­ca­jąc się w jej stro­nę. – Wyj­dzie­my taj­nym przej­ściem na obrze­żach lasu.

Mówił praw­dę. Kilka minut póź­niej zo­ba­czy­li knie­ję w noc­nej sza­cie. Dziew­czy­na spoj­rza­ła ze smut­kiem w stro­nę zamku, który tonął w dymie.

– Już tam nie wró­ci­my – rzekł król. – Na szczę­ście za­bra­łaś kilka fio­lek leku. Star­czy na jakiś czas…

Szli wśród za­ro­śli, nie chcąc na­po­tkać ni­ko­go na swo­jej dro­dze. Kosz­mar­na cisza to­wa­rzy­szy­ła im bez­u­stan­nie przez pra­wie całą noc, pod­czas któ­rej błą­ka­li się po głu­szy. Do­pie­ro gdy słoń­ce za­czę­ło wy­chy­lać się zza wid­no­krę­gu, usły­sze­li dźwięk szyb­ko roz­no­szą­cy się mię­dzy pnia­mi – wy­strzał ze strzel­by.

Oj­ciec Lei za­stygł, po czym padł jak kłoda. Nabój wy­rwał wiel­ką ranę i utkwił w środ­ku. Z ple­ców wład­cy wy­le­wa­ła się ob­fi­cie po­so­ka, wy­pły­wa­ją­ca po­mię­dzy żół­ta­wy­mi ka­wał­ka­mi strza­ska­nej kości.

– Nie! – krzyk­nę­ła za­ła­ma­na Lea, pa­trząc na ojca.

– Sz-sza… – Wład­ca chciał coś po­wie­dzieć, lecz nie dane mu było skoń­czyć. Z jego jesz­cze drga­ją­cych ust cie­kła krew.

Księż­nicz­ka do­my­śli­ła się, że cho­dzi­ło o sza­blę, którą trzy­mał przy pasie. Szyb­ko wy­ję­ła ją z po­chwy i nie­pew­nie przy­go­to­wa­ła się do walki. Bar­dzo się bała, bo jej wie­dza na temat wła­da­nia orę­żem była zni­ko­ma. Po­mię­dzy drze­wa­mi zo­ba­czy­ła męż­czy­znę, który ce­lo­wał do niej z flin­ty. Od razu ukry­ła się za drze­wem, od­cze­ka­ła chwi­lę, wzię­ła głę­bo­ki od­dech i za­czę­ła ucie­kać czym prę­dzej. Usły­sza­ła za sobą wy­strzał, na szczę­ście chy­bio­ny. Po nim z ust na­past­ni­ka po­la­ły się nie­dy­skret­ne prze­kleń­stwa. Za­bój­ca króla nie miał już wię­cej kul.

Lea bie­gnąc po­czu­ła, że nie może uciec. Ten czło­wiek zabił jej ojca i nie mogła po pro­stu się od­da­lić. Roz­pacz i strach mo­men­tal­nie za­mie­ni­ły się nie­na­wiść. Taka prze­mia­na uskrzy­dli­ła ją. Po­czu­ła, że ma siłę, że musi osią­gnąć cel – ze­mścić się na tym mar­nym czło­wie­ku. Za­ci­śnię­ta żu­chwa lekko się zgię­ła w zło­ści. Lea ści­snę­ła mocno trzon rę­ko­je­ści, po czym za­wró­ci­ła i już chwi­lę potem sta­nę­ła na­prze­ciw męż­czy­zny.

– Jak miło, że po­da­jesz się jak na ta­le­rzu – rzekł bun­tow­nik, szy­ku­jąc strzel­bę, ni­czym ma­czu­gę, do ude­rze­nia.

Dziew­czy­na za­blo­ko­wa­ła cios cięż­ką sza­blą, która pod sil­nym ude­rze­niem pra­wie wy­pa­dła jej z ręki. Ostrze zła­ma­ło się. Duża część głow­ni spa­dła na zie­mię. Sy­tu­acja ta tro­chę za­sko­czy­ła prze­ciw­ni­ka, więc wy­ko­rzy­sta­ła chwi­lę jego nie­uwa­gi. Zbli­ży­ła się do niego i z całej siły we­pchnę­ła zła­ma­ne ostrze oj­cow­skie­go oręża w gar­dło męż­czy­zny. Go­rą­ca po­so­ka za­czę­ła za­le­wać jej dłoń i rę­ko­jeść sza­bli. Zszo­ko­wa­ny re­wo­lu­cjo­ni­sta za­sy­czał jak gad, pry­ska­jąc z ust czer­wo­nym pły­nem.

Lea wy­ję­ła broń z jego ciała i dźgnę­ła go w pierś, potem jesz­cze raz i ko­lej­ny. Męż­czy­zna padł na zie­mię, tonąc po­wo­li w ka­łu­ży krwi. Po­pa­trzy­ła na jego ża­ło­sny wy­gląd i stwier­dzi­ła, że swego czynu nie ża­łu­je.

– Niech cię pie­kło po­chło­nie – mruk­nę­ła, po czym po­szła w po­szu­ki­wa­niu lep­sze­go jutra.

 

***

 

We­szła do sto­do­ły i usia­dła na sia­nie. Uczu­cie bul­go­ta­nia w ży­łach na­si­la­ło się. Ciało trzę­sło się coraz moc­niej. Nogi za­czę­ły od­ma­wiać po­słu­szeń­stwa i pod­nie­sie­nie się spra­wi­ło­by jej już dość duży pro­blem. Wal­czy­ła z samą sobą. Ro­bi­ła wszyst­ko, żeby tylko za­trzy­mać drgaw­ki. Tak bar­dzo pra­gnę­ła zażyć ko­lej­ną dawkę leku, tak bar­dzo chcia­ła już czuć się le­piej. Czuła, jakby zła­pa­ła wszyst­kie scho­rze­nia świa­ta. Czy ta cho­ro­ba wcze­śniej też po­wo­do­wa­ła takie cier­pie­nie? Może po pro­stu od­zwy­cza­iła się od tego uczu­cia?

Do sto­do­ły wszedł sta­rzec z długą, siwą brodą. Jego zmarszcz­ki pod­kre­śli­ło świa­tło lampy, którą trzy­mał w dłoni. Spoj­rzał na nią za­sko­czo­ny.

– Po… – Lea chcia­ła bła­gać o pomoc, ale ciało nie po­zwa­la­ło wy­krztu­sić ani słowa.

Star­szy męż­czy­zna znik­nął. Dziew­czy­na usły­sza­ła ja­kieś nie­wy­raź­nie krzy­ki na po­dwó­rzu, a potem znowu uj­rza­ła przed sobą nie­zna­jo­me­go, lecz nie kwa­pił się on do po­mo­cy. W rę­kach trzy­mał gruby sznur, któ­rym skrę­po­wał jej trzę­są­ce się ręce. Potem stał nad nią, jakby jej pil­no­wał.

To oczy­wi­ste, pro­stak chce na­gro­dy za ucie­ki­nie­ra, który ukrył się w jego sto­do­le, po­my­śla­ła po chwi­li Lea z re­zy­gna­cją. Zaraz przyj­dzie jakiś gwar­dzi­sta i za­bie­rze ją, za­pew­ne do wię­zie­nia. Mogła po­rzu­cić tę sza­blę, wtedy by jej nawet nie roz­po­zna­li jako człon­ka ro­dzi­ny kró­lew­skiej, ale to i tak bez zna­cze­nia. Jako ucie­ki­nier zgni­ła­by w wię­zie­niu, a jako córka króla zo­sta­ła­by za­pew­ne ścię­ta. Cze­go­kol­wiek by nie zro­bi­ła, w każ­dym przy­pad­ku cze­ka­ła ją nie­unik­nio­na śmierć.

Jakby wnętrz­no­ści chcia­ły prze­bić się przez skórę. Uczu­cie sta­wa­ło się nie do znie­sie­nia.

W wej­ściu sta­nął mło­dzie­niec w łach­ma­nach i drugi w po­dob­nym wieku, jed­nak­że ubra­ny w mun­dur, jesz­cze z sym­bo­la­mi dy­na­stii Au­gu­sta II, z ka­ra­bi­nem w rę­kach.

– Tu jest – ode­zwał się sta­rzec. – Za­bie­raj ją.

– Ale… – za­czął umun­du­ro­wa­ny. – Jest chora. Nie mógł­byś, star­cze, jej jakoś pomóc? – spy­tał.

– Pomóc zdraj­cy? I ty masz się za sługę na­ro­du? – po­wie­dział. – Za­bie­raj ją bez ga­da­nia.

Młody straż­nik wes­tchnął, wi­dząc, że nie może nic zro­bić.

– Ty, przy­pro­wadź ją tu – roz­ka­zał łap­ser­da­ko­wi, który w mil­cze­niu pod­szedł do Lei.

Dziew­czy­na nagle się szarp­nę­ła. Z jej gar­dła wy­do­był się ryk, ale już mało ludz­ki, jakby coś ją opę­ta­ło. Oczy za­błysz­cza­ły dziko, twarz za­czę­ła się zmie­niać, zęby stały się dłuż­sze i ostrzej­sze. Jej ciało ro­ze­rwa­ło ubra­nie, ro­snąc i po­kry­wa­jąc się kru­czo­czar­nym fu­trem. Spo­tęż­nia­łe ręce, a wtedy już wła­ści­wie szpo­ny, ro­ze­rwa­ły bez pro­ble­mu gruby sznur.

Wil­ko­łak mach­nął wście­kle łapą, roz­dzie­ra­jąc szyję mło­de­go ku­ła­ka, który już chwi­lę potem wy­krwa­wiał się na ziemi.

Sta­rzec i straż­nik pa­trzy­li na mon­strum z prze­ra­że­niem.

– Na co cze­kasz? Strze­laj! – krzy­czał ma­tu­zal za­sty­gły z prze­ra­że­nia, pa­trząc na mło­dzień­ca, który kur­czo­wo trzy­mał ka­ra­bin obie­ma dłoń­mi.

Koniec

Komentarze

Czekam na więcej:)

Cześć Nowyja. :)

Fajnie, że wpadłeś. Oczywiście więcej już wkrótce (mam nadzieję). ;)

Nienawidzę przyznawać, że moi wrogowie mają rację.

Rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby była informacja fragment, ale wtedy miś by nie przeczytał. Nie bolało. smiley

Szymszylmonie, przeczytałam i okazało się, że to nie jest skończone opowiadanie, więc powinieneś zmienić oznaczenia na FRAGMENT.

O wrażeniach z lektury nie powiem nic, bo i tak nie zwracasz uwagi na moje komentarze, dodam tylko, że wykonanie, niestety, pozostawia sporo do życzenia. Tym razem zrezygnowałam ze zrobienia łapanki, bo szkoda mojego czasu na coś, co nie jest Ci do niczego potrzebne.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć Koalo. Cieszę się, że nie cierpiałeś przy lekturze. :)

regulatorzy, czekałem na Pani komentarz. Ok.

 

Chciałbym oświadczyć, że to jest koniec, całe opowiadanie. Kończy się praktycznie w środku akcji i można się domyśleć dalszego ciągu, trzeba użyć wyobraźni. Taka moja inwencja, z resztą nie pierwszy użyłem takiego zabiegu.

Pozdrawiam.

Nienawidzę przyznawać, że moi wrogowie mają rację.

regulatorzy, czekałem na Pani komentarz. Ok.

Cóż, tym razem komentarz jaki jest, każdy widzi, a powód wyłuszczyłam. 

Dodam jeszcze, że na tym portalu nie ma pań i panów. Wszyscy jesteśmy na ty.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zamknięta historia z motywem wilkołaka. Nie jest to specjalnie porywające. Szybko i łatwo się przeczytało, jednak nie widzę tutaj nic dla siebie, albo chociaż jakiegoś twistu, zaskoczenia. W sumie nic więcej nie mogę dodać od siebie. 

Deirdriu, dzięki za przeczytanie.

Nienawidzę przyznawać, że moi wrogowie mają rację.

Nie jest źle. Ciekawa tematyka, niebanalna. Lubię nawiązania do historii. :D

Nad czym powinieneś popracować:

  1. Research. W szczególności dotyczący broni palnej w XVIII wieku i umundurowania, bo jak przez całą książkę będziesz używał zdań w stylu: “wziął karabin w ręce i szczelił żołnierz co miał symbole Augusta na piersi”, to trochę zinfantylizujesz książkę.
  2. Zmysły. Brakuje mi dźwięków, dotyków, smaków. 
  3. Narracją. Czasem zbyt patetyzujesz tekst.

Masz poniżej przykłady.

– Zamknijcie mordy. Mądrzy po szkodzie… Lepiej przygotujcie się – wtrącił się jeszcze jeden, siwiejący brodacz. – Ma ktoś jakąś broń palną? Pistolety, garłacze? – spytał, patrząc na swoich kamratów, którzy milczeli i za nic w świecie nie chcieli mu spojrzeć w oczy. – Proce, cokolwiek? – dodał zdesperowany.

Zastanawia mnie, dlaczego to pytanie nie padło wcześniej. W ogóle wydaje mi się, że w takiej sytuacji powiedziałby prościej: “macie giwery albo cokolwiek, co strzela”? :D

– To moje. Pamiątka – powiedziała cicho.

– Pokaż. Może się przyda.

– Nie – odrzekła krótko.

– Dawaj bez gadania. – Zaczął się z nią szarpać.

Wydawało się, jakby w dziewczynę wstąpił jakiś demon, bo dorównywała mężczyźnie siłą.

Słuchaj, dej tu trochę emocji. Coś w stylu, że dziewczynka przyciszyła głos, zacisnęła mocniej ręce na zawiniątku, o tym, że brodacz przyciągnął ją do siebie, ta wrzasnęła i zaczęła się wyszarpywać z mocnego uścisku. Walnęła go prawym sierpowym, w krocze etc., bo na razie wygląda to jak streszczenie prosto z Bryka.

Po chwili z jego rany zaczęła obficie sączyć się szkarłatna krew.

Zbędny patetyzm – nie piszesz wzniosłego trenu, nie pisz o obfitym sączeniu się szkarłatnej cieczy. Napisz, że krew bryznęła na jej twarz chociażby.

Zaczęła czuć się marnie, jakby krew bulgotała w jej rękach i nogach.

Pulsowała będzie brzmiało lepiej i smaczniej. Jak nie jesteś pewny, czy dane sformułowanie jest poprawne, zajrzyj na WSJP. Napisz “krew” , kliknij w sekcję “połączenia” i wyskoczą Ci przykłady użycia tego słowa. (Wg tej strony: cieknie, kapie, sączy się; krąży, płynie, pulsuje).

Ojciec Lei zastygł, po czym padł jak kłoda. Nabój wyrwał wielką ranę i utkwił w środku. Z pleców władcy wylewała się obficie posoka, wypływająca pomiędzy żółtawymi kawałkami strzaskanej kości.

Zastanawia mnie, jakim cudem po ranie postrzałowej widać takie sensacje… :D

– Na co czekasz? Strzelaj! – krzyczał matuzal zastygły z przerażenia, patrząc na młodzieńca, który kurczowo trzymał karabin obiema dłońmi.

A czemu nie jedną? Byłoby bardziej wyczynowo… :P

 

 

Cześć Sutsui. Fajnie, że wpadłaś. :)

Dzięki za wskazówki.

Zbędny patetyzm – nie piszesz wzniosłego trenu, nie pisz o obfitym sączeniu się szkarłatnej cieczy.

Czytam w większości stare pozycje więc może dlatego ten mój język jest trochę taki… ugrzeczniony/bombastyczny. Muszę trochę to weryfikować przy redakcji tekstów. :)

Słuchaj, dej tu trochę emocji.

To mi trochę pomoże dodaniu szczegółów, których jak na moje oko odrobinę brakuje.

zajrzyj na WSJP

Pracuję ze słownikiem i encyklopedią powszechną. ;)

Zastanawia mnie, jakim cudem po ranie postrzałowej widać takie sensacje… :D

No ja musiałem, po prostu musiałem dodać jakiś bardziej naturalistyczny opis. ;)

 

Pozdrawiam!

Nienawidzę przyznawać, że moi wrogowie mają rację.

No ja musiałem, po prostu musiałem dodać jakiś bardziej naturalistyczny opis. ;)

 

Spoko, ale nie wiem, jak musiałby wbić się nabój w kręgosłup, żeby było widać z odpowiednio dalekiej odległości strzaskany kręg. 

 

Co do reszty – służę pomocą. :] Nie bój się prosić w razie czego o betę.

No, dobra, ale co dalej? Urywasz tak jakoś ni z gruchy, ni z pietruchy. Niby jest jakaś całość, rebelianci przekonują się, że król może i był do dupy, ale przynajmniej ich chronił przed wilkołakiem ;) Ale przydałby się przynajmniej jakiś twist, jakieś zdanko podsumowania.

Poza tym nieco purpurowo Ci wychodzi, grasz na wysokim C, a mam wrażenie, że w tym króciaku, tak urwanym lepiej sprawdziłby się czarny humor.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nowa Fantastyka