- Opowiadanie: Nova - Ceres

Ceres

Pierw­sze opo­wia­da­nie już za mną, teraz czas na udział w pierw­szym kon­kur­sie. 

Opo­wia­da­nie o elek­try­ku, mam na­dzie­ję że fajne, lek­kie i przy­jem­ne. 

Kro­nos zna­lazł mi sporo ba­bo­li a Radek wy­tro­pił wszyst­kie bra­ku­ją­ce prze­cin­ki. Dzię­ki im obu za pomoc. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Ceres

Vlad, czyli do nie­daw­na Wła­dy­sław Mika, sie­dział przy barze, są­cząc po­dwój­ny gin z to­ni­kiem. Nie miał już siły wal­czyć z przy­gnę­bia­ją­cy­mi my­śla­mi. Choć­by ten cho­ler­ny gin. Fakt, sma­ku­je wy­bor­nie i po­dwój­na por­cja kosz­tu­je tylko sześć­dzie­siąt dzie­więć tyn­fów. Na Ziemi mu­siał­by za­pła­cić co naj­mniej pół­to­rej kre­dy­tu, a w nie­któ­rych knaj­pach nawet dwa dwa­dzie­ścia. Tylko co z tego, skoro nawet kil­ka­na­ście szkla­nek nie spo­wo­du­je tego roz­luź­nie­nia, jakie dawał każdy al­ko­hol na Ziemi. Tutaj al­ko­ho­le sma­ku­ją świet­nie, kosz­tu­ją mało, ale upić się nimi nie da za cho­le­rę. Pró­bo­wał co wie­czór, od kiedy tu wy­lą­do­wał. Ko­lej­ne oszu­stwo, które może do­pi­sać do listy.

– Cześć, je­stem Mark. Jak cię na­bra­li?

Wy­so­ki męż­czy­zna do­siadł się do niego ze swoją szkla­necz­ką w dłoni.

– A skąd wiesz, że mnie na­bra­li?

– Bo ina­czej byś tu nie sie­dział. Do­my­ślam się, że je­steś tu nowy. Wszy­scy na po­cząt­ku wsty­dzą się przy­znać. Ja też nie chcia­łem o tym mówić parę lat temu, kiedy tu wy­lą­do­wa­łem.

– Parę lat? Tak długo? Jak to wy­trzy­mu­jesz? Ja tu je­stem ty­dzień i już do­sta­ję do głowy z tę­sk­no­ty za Zie­mią. Sorki, nawet się nie przed­sta­wi­łem: Je­stem Vlad. Po­wiedz mi, dla­cze­go każdy, kto się przy­sia­da, pyta mnie o powód, dla któ­re­go się tu zna­la­złem? Nikt nie pyta o mój wiek, wy­kształ­ce­nie czy zawód. Wszy­scy chcą wie­dzieć dla­cze­go.

– Bo to je­dy­na rzecz, która nas różni od sie­bie. Na tę prze­klę­tą pla­ne­to­idę nikt nie przy­la­tu­je do­bro­wol­nie. Po­trze­bu­ją tylko okre­ślo­nych fa­chow­ców, więc nie ma po­trze­by pytać o zawód. Po co? Z pew­no­ścią wy­ko­nu­jesz jeden z nie­zbęd­nych na Ce­re­s. Nie oba­wiaj się, nie spo­tkasz tu hi­sto­ry­ka sztu­ki czy rzeź­biar­ki. Tylko za­wo­dy prak­tycz­ne.

– No do­brze, ale dla­cze­go nikt mnie nie za­py­tał skąd po­cho­dzę?

– Mamy tu trzy za­ka­za­ne te­ma­ty. Nie ujaw­nia­my w co wie­rzy­my, z ja­kie­go po­cho­dzi­my klanu i jakie mamy po­glą­dy po­li­tycz­ne. Tutaj liczy się, jaki je­steś w sto­sun­ku do in­nych, jak wy­ko­nu­jesz swoją pracę. Tak się tu oce­nia no­wych. To jak, opo­wiesz mi swoją hi­sto­rię, czy mam się przy­siąść do tam­te­go chu­de­go? Też nie­daw­no przy­le­ciał.

– Zo­stań, opo­wiem. Ale to że­nu­ją­ce.

– Wszy­scy tak myślą na po­cząt­ku. Po opo­wie­dze­niu swo­jej hi­sto­rii po raz setny, do­ce­nisz jej wagę, ory­gi­nal­ność. Sam zo­ba­czysz. – Mark po­ka­zał ge­stem bar­ma­no­wi, aby nalał im jesz­cze raz to samo.

– Na­mó­wi­li mnie do przy­jaz­du, uży­wa­jąc żony. Pra­cu­je jako fry­zjer­ka, to zna­czy pra­co­wa­ła. – Vlad po­pra­wił się od­ru­cho­wo, jesz­cze się nie przy­zwy­cza­ił, że o wszyst­kim, co do­ty­czy Ziemi, mówi się tutaj w cza­sie prze­szłym. – Któ­re­goś razu przy­szedł tam jeden z na­ga­nia­czy. Nie­ste­ty nie roz­po­zna­ła go i wdała się w roz­mo­wę. Nie wiem czego użyli, może hip­no­zy, może wy­pa­la­cza sil­nej woli, nawet nie mie­li­śmy czasu zro­bić badań. Wy­star­czy­ło pół go­dzi­ny roz­mo­wy, żeby zwol­ni­ła się stam­tąd w try­bie na­tych­mia­sto­wym, przy­bie­gła do domu i za­czę­ła nas pa­ko­wać.

– Na żonę. Widzę, że wpro­wa­dza­ją nowe spo­so­by.

– Je­stem prze­ko­na­ny, że to mnie chcie­li do­rwać, a nie zwy­kłą fry­zjer­kę, tyle że u mnie nic by nie wskó­ra­li, bo mam silną wolę i na­ga­nia­cza wy­czu­wam na od­le­głość. Pró­bo­wa­łem jej tłu­ma­czyć, ale gdzie tam, nie słu­cha­ła. W końcu wy­trą­ci­ła mnie z rów­no­wa­gi tak bar­dzo, że za­czą­łem jej wy­ry­wać te ubra­nia z ręki i… wtedy… ude­rzy­łem ją. Nie myśl, że je­stem dam­skim bok­se­rem, je­ste­śmy po ślu­bie dwa­na­ście lat i ani razu wcze­śniej się to nie zda­rzy­ło…

– Nie tłu­macz się, je­steś tylko ofia­rą ich planu. Po­wiedz, co było dalej – za­chę­cił Mark.

– No więc Ada wzię­ła do ręki te­le­fon i po­wie­dzia­ła, że albo grzecz­nie spa­ku­ję moje prze­pi­so­we sie­dem trans­por­te­rów po­dróż­nych i po­le­ci­my na Ce­re­s, gdzie czeka nas świe­tla­na przy­szłość, albo znisz­czy mi życie. A że moja żona za­wsze była py­ska­ta i przed­się­bior­cza, więc wie­dzia­łem, że nie mam szans. Je­stem elek­try­kiem z mię­dzy­pla­ne­tar­ny­mi upraw­nie­nia­mi na pracę w eks­tre­mal­nych tem­pe­ra­tu­rach, więc masz chyba rację, mój zawód może się tu bar­dzo przy­dać.

 – Nie jest tak źle. Fa­chow­cy z two­imi upraw­nienia­mi za­ra­bia­ją tu wię­cej niż na Ziemi.

– Pięć lat kosz­to­wa­ło mnie zro­bie­nie wszyst­kich upraw­nień, za­rów­no na plus czte­ry­sta jak i na minus dwie­ście sie­dem­dzie­siąt i wszyst­ko po to, żeby wy­lą­do­wać na Ce­re­s, na tym za­du­piu. Toż to nawet nie jest pla­ne­ta tylko jakaś marna pla­ne­to­ida. Ale dno. 

– A więc pod­pi­sa­łeś kon­trakt na sie­dem lat? – Mark bar­dziej stwier­dził niż za­py­tał.

– Tak, wci­snę­li mi pod­stę­pem, pod po­zo­rem pod­pi­sy­wa­nia umowy najmu za igloo. Oboje z żoną spe­cjal­nie mnie za­ga­dy­wa­li, żebym nie do­czy­tał do końca, a tam było na­pi­sa­ne, oczy­wi­ście naj­mniej­szym drucz­kiem, że umowa ważna jest tylko pod wa­run­kiem za­trud­nie­nia.

– To jesz­cze nie tak źle. Ja mu­sia­łem pod­pi­sać kon­trakt na dwa­na­ście lat. I nie mam żony. Byłem tu jed­nym z pierw­szych, kiedy nie było jesz­cze głów­ne­go igloo, nasze kwa­te­ry nie miały po­łą­czeń i trze­ba było za każ­dym razem wy­cho­dzić na dwu­stu­stop­nio­wy mróz albo trzy­stu­stop­nio­wy skwar, w za­leż­no­ści od po­go­dy. Teraz macie tu udo­god­nie­nia jak na Wenus, ale wtedy… – Mark na chwi­lę za­milkł, ale szyb­ko otrzą­snął się ze wspo­mnień. – W miarę jak ko­lo­nia na tej pla­ne­to­idzie roz­ra­sta się, przyj­mu­ją coraz wię­cej ludzi i dzię­ki temu jest tu coraz le­piej. Przy­zwy­cza­isz się. Bar­dzo im za­le­ży na tym, żeby lu­dzie byli za­do­wo­le­ni.

– Im, czyli komu?

– Kor­po­ra­cjom, które po­łą­czy­ły swoje siły i za­miast kon­ku­ro­wać mię­dzy sobą, utwo­rzy­ły tajne przy­mie­rze, żeby czer­pać zyski ze złóż dia­men­tów w tu­tej­szych kra­te­rach. Szko­da tylko że nie wy­pa­lił im pier­wot­ny plan wy­do­by­cia wszyst­kie­go za po­mo­cą sa­mych ma­szyn. By­ło­by dużo ta­niej. Nie­ste­ty, lu­dzie oka­za­li się nie­zbęd­ni i dla­te­go nasza ko­pu­ła się roz­ra­sta. Co mie­siąc do­bu­do­wu­ją ko­lej­ny ko­ry­tarz na­zy­wa­ny osie­dlem. Z tego, co mi się obiło o uszy, to naj­now­sze osie­dle ma mieć kre­wet­kę w her­bie.

– Chyba ich po­krę­ci­ło, co spoj­rzę na ten herb, to mi się za­chce ziem­skich spe­cja­łów. Ale i tak lep­sze to niż ko­ry­tarz z oślą głową w her­bie. Ci to mają prze­chla­pa­ne. Wi­dzia­łem, kiedy szu­ka­łem bi­blio­te­ki.

– Za­po­mnij, tu nie ma żad­nej bi­blio­te­ki. Nie znaj­dziesz też ko­ścio­łów ani ogro­dów. To ko­lo­nia, każdy cen­ty­metr sze­ścien­ny kosz­tu­je ma­ją­tek, a miesz­ka­nia mają wiel­kość po­ko­ju ho­te­lo­we­go i kształt igloo. Po­zwól, że coś ci po­ra­dzę. Jeśli lu­bisz czy­tać, kup sobie fan­to­ma książ­ki i mo­żesz za od­po­wied­nią opła­tą mieć wszyst­kie ty­tu­ły. Ma kupę do­dat­ko­wych opcji, mo­żesz wy­brać dotyk per­ga­mi­nu albo okre­ślić pro­cent zu­ży­cia. Tę opcję lubię naj­bar­dziej, bo masz wra­że­nie, jak­byś czy­tał jakąś starą książ­kę z dzie­ciń­stwa. Wy­bierz model „Złoty Kruk”, kosz­tu­je wię­cej, ale masz dotyk praw­dzi­wej książ­ki, nawet waga się zga­dza.

– Dzię­ki, nie wie­dzia­łem. Tyle, że ja wcale nie chcia­łem wy­po­ży­czać ksią­żek, zresz­tą i tak nie miał­bym na to czasu, bo od jutra za­czy­nam pierw­szą dniów­kę…

Marek ryk­nął śmie­chem.

– Nie mogę, dniów­ka. Czło­wie­ku, tu nie ma dnió­wek, bo dzień trwa dzie­więć go­dzin i ciut ciut. Są zmia­ny. Dzię­ki stary, po­pra­wi­łeś mi humor na resz­tę dnia. Szko­da, że sam je­steś mar­kot­ny. Wra­caj le­piej do żony, tutaj nie znaj­dziesz po­cie­sze­nia. Na pewno nie w al­ko­ho­lu.

– Tak, wiem, już zdą­ży­łem za­uwa­żyć, że nie da się upić. Oni tu robią ja­kieś pod­ró­by a nie al­ko­hol.

– To nie jest wina na­po­jów, te są o dziwo ory­gi­nal­ne – spro­sto­wał Mark. – I mają tyle al­ko­ho­lu ile trze­ba. Można spraw­dzić. To wina tu­tej­sze­go po­wie­trza. Nie wiemy dla­cze­go, ale al­ko­hol po pro­stu nie dzia­ła. Myślę, że mo­gli­by zna­leźć przy­czy­nę, tylko po co. Kor­po­ra­cji taki stan jest na rękę, bo nie ma uże­ra­nia się z pi­ja­ka­mi. Mogli sobie więc po­zwo­lić na roz­rzut­ność i mamy aż trzy bary: ten tutaj o na­zwie “Knaj­pa”, drugi to “Mor­dow­nia” koło ge­ne­ra­to­rów i trze­ci, “Karcz­ma” za ga­blo­ta­mi z mu­tan­ta­mi z Ce­re­s. Ty, a po co w takim razie szu­ka­łeś bi­blio­te­ki?

– Chcia­łem za­py­tać, czy nie mają tam ja­kie­goś klubu sza­cho­we­go. To moja pasja.

– Po­pie­ram pa­sjo­na­tów! Ale nie za­po­mi­naj, że ta ko­lo­nia jest ma­lut­ka, to tylko Ceres, o żad­nym klu­bie nie sły­sza­łem. Sam tro­chę gram, dawno nie pró­bo­wa­łem, ale chyba nie za­po­mnia­łem jesz­cze zasad.

– A masz czas jutro wie­czo­rem? – Vla­do­wi roz­bły­sły oczy, jakby zo­ba­czył skarb. – Gdzie cię znaj­dę?

– Miesz­kam w osie­dlu pod Oślim Łbem, igloo numer dwie­ście trzy. Trze­cia od­no­ga na prawo. Nie, no coś ty, Vlad, nie prze­pra­szaj. Sam wiem, że taki herb to siara.

 

****

– Ada, już je­stem. No i jak ci mi­nę­ła zmia­na? – Vlad wró­cił z knaj­py w ra­do­snym na­stro­ju, który przy­tra­fił mu się po raz pierw­szy od przy­lo­tu.

– Kiedy ty się na­uczysz, pa­lan­cie, że teraz mam na imię Drian­na. To tak trud­no za­pa­mię­tać?

– Nie wiem, po jaką cho­le­rę po­zmie­nia­li nam te imio­na. Niech ci bę­dzie, Drian­na. To jak ci minął dzień?

– Re­we­la­cyj­nie. A to do­pie­ro po­czą­tek. Dwie po­zo­sta­łe fry­zjer­ki do ni­cze­go się nie na­da­ją, stara szko­ła. Teraz już się tak nie pra­cu­je. Robię fu­ro­rę. Każda klient­ka do­słow­nie mdla­ła z za­chwy­tu, kiedy zo­ba­czy­ła swoją fry­zu­rę. Mam pełny ter­mi­narz na naj­bliż­sze trzy ty­go­dnie. Mówię ci, mój za­kład to bę­dzie miej­sce spo­tkań śmie­tan­ki to­wa­rzy­skiej, a ja po­znam każdą plo­tecz­kę na Ce­re­s jako pierw­sza.

– To widzę, że się świet­nie za­akli­ma­ty­zo­wa­łaś.

– Ty też po­wi­nie­neś. Im szyb­ciej tym le­piej, bo to teraz nasz nowy dom. Przy­zwy­cza­jaj się.

 

***

– Vlad, masz ocho­tę na coś spoza Ce­re­s?

Męż­czyź­nie za­świe­ci­ły się oczy.

– Kon­tra­ban­da? Jasne, że chcę. Co masz tym razem?

– Mar­sjan­ka. Pierw­sza klasa. Mój kum­pel oso­bi­ście pędzi w cza­sie dłu­gich lotów. Ostat­nio za­wi­ta­li na na­sze­go karła z trans­por­tem wier­teł i do­sta­łem bu­tel­czy­nę.

Nalał  szczo­drze do szkla­ne­czek i jedną z nich wrę­czył go­ścio­wi.

– Nie można się nią upić, ale przy­naj­mniej po­rząd­nie parzy gar­dło. No to po jed­nym.

Wy­pi­li. Potem jesz­cze kilka. W końcu za­czę­li ga­wę­dzić.

– Przy­po­mnia­ło mi się, że mia­łeś mi opo­wie­dzieć hi­sto­rię o tym, jak ku­po­wa­łeś dom jesz­cze na Ziemi.

– Nie wiem, czy mamy tyle czasu, bo hi­sto­ria jest długa i za­krę­co­na jak korki na Za­ko­pian­ce.

– Nie znam, nie znam. W moim kla­nie mówi się po­dob­nie: że coś jest dłu­gie jak korek na Bond Stre­et. A mój przy­ja­ciel ma­wiał, że coś jest dłu­gie jak korek na Fran­ke Stras­se.

– Po­znasz mnie ze swoim przy­ja­cie­lem? – za­py­tał Vlad z na­dzie­ją w gło­sie.

– Nie da rady. Nie wi­du­je­my się już.

– Szko­da. A co, oka­zał się gnidą?

– Nie, z cha­rak­te­ru dusza czło­wiek – za­prze­czył Mark. – Tylko tro­chę ga­po­wa­ty. Do­stał pracę przy kar­mie­niu zwie­rząt do­świad­czal­nych. I któ­re­goś dnia po­my­lił boksy. Miał za­nieść karmę dla win­ty­li we­nu­sjań­skich, a za­miast tego wszedł do boksu wan­tyl­li pro­xi­miań­skiej.

– O ja cię! – Vlad za­re­ago­wał emo­cjo­nal­nie, aż ciar­ki po nim prze­szły. – Zo­sta­ło coś z niego?

– Tylko dwa złote zęby i sprzącz­ka od paska.

– To lo­gicz­ne, wszy­scy wie­dzą, że wan­tyl­la nie trawi me­ta­lu. Mu­sia­ło być ci cięż­ko po stra­cie przy­ja­cie­la?

– No – po­twier­dził Mark smut­no ki­wa­jąc głową. – Do­brze, że pra­cu­ję na ze­wnątrz przy dia­men­tach, tam oprócz ry­zy­ka, że nie zapnę kom­bi­ne­zo­nu, a wtedy Ceres mnie usma­ży albo za­mro­zi, to ra­czej jest bez­piecz­nie.

– Strasz­na śmierć, ale przy­naj­mniej się nie mę­czył. Co się stało z tymi… po­zo­sta­ło­ścia­mi?

– Dzwo­ni­li na Zie­mię do jego byłej żony, żeby spraw­dzić, czy ma jakąś ro­dzi­nę, ale oka­za­ło się, że jest sam jak palec. Jego ex ponoć krzy­cza­ła, że nie chce mieć z nim nic wspól­ne­go i mają sobie wsa­dzić gdzieś te jego zęby. No więc urzą­dzi­li mu uro­czy­sty po­grzeb tu, na Ce­re­s. Wy­obraź sobie: za życia facet nic nie zna­czył, zna­łem go tylko ja, bar­man i go­li­bro­da, a na po­grze­bie byli do­słow­nie wszy­scy miesz­kań­cy ko­lo­nii. Wpraw­dzie było tam ja­kieś małe za­mie­sza­nie, bo ktoś po­dob­no zaraz pod ogło­sze­niem o po­grze­bie pod­piął inne, o dar­mo­wych kieł­ba­skach z Ziemi, jeśli tylko przyj­dą na pre­zen­ta­cję mini fil­tra­to­ra po­wie­trza. Ogło­sze­nia się na­ło­ży­ły i wszy­scy prze­czy­ta­li, że zaraz po po­grze­bie na sty­pie będą kieł­ba­ski i nie­któ­rzy nawet gło­śno do­ma­ga­li się speł­nie­nia obiet­ni­cy.

– Ma­sa­kra! Lu­dzie dla kieł­ba­sek zro­bią pra­wie wszyst­ko.

***

– Mark, ona mnie kie­dyś wy­koń­czy. Ada… to zna­czy Drian­na chce roz­wo­du.

– Tak szyb­ko? Je­ste­ście tu do­pie­ro dwa mie­sią­ce – zdzi­wił się go­spo­darz, kiedy Vlad wpadł do niego któ­re­goś wie­czo­ru.

Mark zdą­żył już zo­ba­czyć roz­pad wielu mał­żeństw, ro­man­se, nowe związ­ki, ale za­zwy­czaj pary prze­cho­dzi­ły kry­zys do­pie­ro po pierw­szym roku po­by­tu na tym pust­ko­wiu. Dwa mie­sią­ce to bę­dzie chyba re­kord tej kolonii. Pa­trzył na ko­le­gę ze współ­czu­ciem. Ten sie­dział nadal z pu­dłem sza­chów pod pachą, nie­świa­do­my, że wy­glą­da nieco dziw­nie.

Ich wie­czor­ne roz­gryw­ki stały się już tra­dy­cją i je­dy­nym uroz­ma­ice­niem jed­no­staj­nych dni, jako że obaj nie na­le­że­li do zwo­len­ni­ków grinbolu. Za­miast fa­scy­no­wać się zma­ga­niem dru­żyn, szu­ka­ją­cych w bło­cie ra­dio­ak­tyw­nej zie­lo­nej piłki, wo­le­li spo­koj­ne sza­cho­we sesje. Dzi­siaj jed­nak nawet nie roz­sta­wi­li plan­szy, a Vlad już się roz­kle­ił.

– To wszyst­ko przez ten salon. Ona naj­chęt­niej spę­dza­ła­by w nim dwa­dzie­ścia czte­ry na dobę. Ma już swoje stałe grono klien­tek, do­stęp do naj­now­szych plo­te­czek,  w ogóle nie­źle się tam urzą­dzi­ła, spro­wa­dza­jąc po­zo­sta­łe fry­zjer­ki do roli po­moc­nic. Gwiaz­do­rzy, ale to nie jest naj­gor­sze. Za­po­wie­dzia­ła, że chce tu zo­stać na za­wsze. Ro­zu­miesz? Ona się tu wto­pi­ła jak pchły mar­sjań­skie w metal. A ja wyję do księ­ży­ca ile­kroć po­my­ślę o Ziemi…

Mark prze­lot­nie po­my­ślał, że nor­mal­nie za­py­tał­by do któ­re­go z księ­ży­ców, bo jest ich na Ce­re­s aż trzy, ale uznał, że taki żart słow­ny nie roz­ba­wił­by dziś kum­pla. Po­my­ślał, że trze­ba go jakoś po­cie­szyć.

– Może z roz­wo­dem to tylko puste ga­da­nie, nie przej­muj się tak, baby są zmien­ne, przej­dzie jej.

– Chyba nie. Jedna z jej klien­tek jest spe­cja­list­ką roz­wo­do­wą. Ponoć roz­wo­dy można tu do­stać w dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny za po­ro­zu­mie­niem stron. A ona chce roz­wo­du z dwóch po­wo­dów. Po pierw­sze je­stem we­dług niej nudny i za­cho­waw­czy, a ona chce się roz­wi­jać, a po dru­gie jako roz­wód­ka do­sta­nie wła­sne igloo i bę­dzie mogła przyj­mo­wać ko­le­żan­ki.

– Roz­wo­dzić się z tak bła­he­go po­wo­du? Vlad, ty chyba żar­tu­jesz.

– Masz rację, tu musi być dru­gie dno. Myślę, że jest jakiś facet na rze­czy, ale ona nie chce się przy­znać. A tu nawet upić się nie da. Tylko iść i strze­lić sobie w łeb albo wyjść na ze­wnątrz bez kom­bi­ne­zo­nu.

– Wiesz co? Olej te sza­chy, idzie­my coś wypić. Tym razem za­dzia­ła, obie­cu­ję.

Vlad był zbyt przy­gnę­bio­ny, żeby za­sta­na­wiać się, co też kum­pel mu obie­cu­je, ale dał się wy­pchnąć za drzwi i po­drep­tał za Mar­kiem w kie­run­ku knaj­py. Wy­pi­li po bu­tel­ce szkoc­kiej, wró­ci­li trzeź­wi do igloo i wtedy Mark wy­cią­gnął z ap­tecz­ki jakąś małą bu­te­lecz­kę za­opa­trzo­ną w kro­plo­mierz.

– Co to jest?

– Kro­ple na aler­gię, zwy­kły Va­lin­gin. Przy­wio­złem sobie z Ziemi zaraz na po­cząt­ku, jak jesz­cze wolno było przy­wo­zić wła­sne leki.

– Ale na Ce­re­s lu­dzie nie re­agu­ją aler­gicz­nie, było wiel­ki­mi li­te­ra­mi w in­for­ma­to­rze, jak byk.

– Kiedy ja się pa­ko­wa­łem, to jesz­cze o tym nie wie­dzie­li. Nie chcia­łem za­czy­nać no­we­go życia ze swę­dzą­cy­mi bą­bla­mi. Na miej­scu oka­za­ło się, że nie mia­łem tu żad­nych re­ak­cji aler­gicz­nych, więc Va­lin­gin leżał sobie w ap­tecz­ce aż do ze­szłe­go ty­go­dnia. Pa­mię­tasz, jak nie przy­sze­dłeś, bo Ada za­cią­gnę­ła cię do sa­lo­nu na ob­le­wa­nie cze­goś? Zro­bi­łem wtedy prze­gląd rze­czy i zna­la­złem te kro­ple. Prze­ter­mi­no­wa­ły się i otwar­łem, tak, z głu­po­ty. Po­sta­no­wi­łem spró­bo­wać dwie kro­pel­ki, żeby zo­ba­czyć, czy nadal coś po­czu­ję czy może wy­wie­trza­ło.

– Jak chcia­łeś coś po­czuć, skoro Va­lin­gin jest bez smaku? – prze­rwał mu Vlad.

Też brał te kro­ple na Ziemi, wła­ści­wie to wszy­scy je tam biorą. Kto na Ziemi nie ma aler­gii?

– Nie cho­dzi­ło mi o smak, tylko czy nadal są sku­tecz­ne. A że byłem po kliku głęb­szych… Czło­wie­ku! Co się dzia­ło! Jaki odlot! Sam zo­ba­czysz. Dam ci jedną kro­plę Va­lin­gi­nu, bo nie wiem, czy dwie cię nie za­bi­ją. To jak, ry­zy­ku­jesz?

– Dawaj. Go­rzej być nie może.

Po pół go­dzi­nie śpie­wa­li już na całe gar­dło „Prze­żyj to sam”, „Jozin z Bazin” i inne ry­tu­al­ne pie­śni sta­rych ludów sło­wiań­skich. Potem obaj pła­cząc, każdy z in­ne­go po­wo­du wy­zna­li sobie do­zgon­ną przy­jaźń i za­snę­li na pod­ło­dze, ry­zy­ku­jąc wy­zię­bie­nie or­ga­ni­zmu. Po­ra­nek za­stał ich bez kaca, ale ze świa­do­mo­ścią, że wczo­raj nie­źle za­ba­lo­wa­li.

– Stary, dzię­ku­je za wszyst­ko. Jesz­cze nikt nie zro­bił dla mnie tyle, co ty wczo­raj.

– Nie, no coś ty, nic ta­kie­go nie zro­bi­łem. A te kro­ple to chyba wy­wa­lę, bo jesz­cze ktoś mi za­li­czy odlot i bę­dzie na mnie. Nie chcę skoń­czyć z do­ży­wo­ciem na Ce­re­s. – Mark się­gnął po bu­te­lecz­kę, chcąc ją zu­ty­li­zo­wać, ale przy­ja­ciel po­wstrzy­mał jego rękę.

– Za­cze­kaj. Wiesz, chyba mam plan, jak roz­wią­zać wszyst­kie moje pro­ble­my. Tylko będę po­trze­bo­wał two­jej po­mo­cy. A ra­czej two­ich kro­pel.

 

***

– Vlad Mika?

– Tak, to ja.

– Pan pre­zes przyj­mie pana, pro­szę za mną.

Młoda ko­bie­ta z ład­nie wy­mo­de­lo­wa­nym wło­sa­mi pro­wa­dzi­ła go do osob­ne­go igloo po­przez wąski ko­ry­tarz.

Vlad nie po­tra­fił oprzeć się myśli, że asy­stent­ka sa­me­go pre­ze­sa to pew­nie stała klient­ka jego pra­wie byłej żony, a to przy­po­mnia­ło mu dzi­siej­szy po­ra­nek, kiedy Ada dała mu do pod­pi­sa­nia pozew roz­wo­do­wy.

Uśmiech­nął się na wspo­mnie­nie jej miny, kiedy spo­koj­nie za­de­kla­ro­wał, że pod­pi­sze. Pod jed­nym wa­run­kiem. Że wszyst­ko, co mają na Ce­re­s po­zo­sta­nie jej wła­sno­ścią, a wszyst­ko, co zo­sta­ło na Ziemi, bę­dzie na­le­ża­ło do niego.

– W takim razie pie­nią­dze na na­szym kon­cie są tylko moje, bo mogę je pod­jąć rów­nież tutaj – do­pre­cy­zo­wa­ła Drian­na.

Kiedy od­po­wied­ni zapis zna­lazł się w po­zwie, oboje zgod­nie pod­pi­sa­li do­ku­ment. A to ozna­cza, że już jutro bę­dzie znowu stanu wol­ne­go i bę­dzie mógł wró­cić na upra­gnio­ną Zie­mię z naj­bliż­szym trans­por­tem. O ile jego plan wy­pa­li. Wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści, bo we­szli do igloo pre­ze­sa.

– Witam pana. – Pre­zes uści­snął dłoń Vlada, wska­zał mu miej­sce i sam usiadł na­prze­ciw­ko. – Na­pi­sał pan we wnio­sku, że ofe­ru­je nam swoją pomoc. W czym chce nam pan pomóc?

– Otóż sły­sza­łem, że od nie­daw­na zda­rza­ją się burdy w miej­scach pu­blicz­nych, za­kłó­ca­nie ciszy noc­nej, a nawet ktoś po­dob­no zde­mo­lo­wał po pi­ja­ne­mu knaj­pę.

– No cóż, część z tych plo­tek to prze­sa­da, ale ma pan rację, takie przy­pad­ki zda­rzy­ły się na­praw­dę. Oczy­wi­ście, dla dobra na­szych ko­lo­ni­stów wpro­wa­dzi­my pewne… za­bez­pie­cze­nia, aby nikt już nie wy­rzą­dził wię­cej szkód i żeby wszy­scy czuli się bez­piecz­nie.

– Szcze­rze mó­wiąc, to za­zdrosz­czę tym, któ­rzy się upili. Ja na przy­kład wcale nie czuję wpły­wu al­ko­ho­lu, choć­bym pił wódkę li­tra­mi. – Vlad za­milkł na chwil­kę, a potem prze­szedł do rze­czy. – Ro­zu­miem, że pana czas jest bar­dzo cenny panie pre­ze­sie, więc się sprę­żę. Ofe­ru­ję swoją pomoc przy zwal­cze­niu tej plagi. Dla pana bę­dzie to duża oszczęd­ność, bo nie trze­ba bę­dzie wpro­wa­dzać żad­nych do­dat­ko­wych za­bez­pie­czeń, które prze­cież kosz­tu­ją.

– Co do­kład­nie ma pan na myśli? – Pre­zes przy­pa­try­wał się Vla­do­wi bar­dzo uważ­nie.

– Mam po pro­stu pe­wien po­mysł, jeśli go zre­ali­zu­ję, to od dzi­siaj nie zo­ba­czy pan już ani jed­ne­go pi­ja­ne­go ko­lo­ni­sty.

– Jak pan to zrobi?

– Panie pre­ze­sie – Vlad uśmiech­nął się lekko – po­zwo­lę sobie tę wie­dzę za­trzy­mać tylko dla sie­bie.

– Co pan za to chce?

– Nic, to zna­czy pra­wie nic. Tę­sk­nię za Zie­mią. Jeśli przez naj­bliż­sze trzy ty­go­dnie nikt się nie upije, to za­koń­czy pan mój kon­trakt i wrócę naj­bliż­szym trans­por­tem na Zie­mię.

– Naj­bliż­szy trans­port od­cho­dzi za trzy ty­go­dnie. Czy o ten trans­port panu cho­dzi?

– Wła­śnie o tym mówię. Ja chcę wró­cić, a wy chce­cie mieć spo­kój. To jak, zga­dza się pan? Zwłasz­cza że jak pan widzi, nie je­stem chci­wy. Nie chcę pie­nię­dzy. Chcę tylko pomóc.

– Do­brze. – Pre­zes zde­cy­do­wał się na­tych­miast. – Spo­ty­ka­my się w moim biu­rze za trzy ty­go­dnie, żeby pod­pi­sać pa­pie­ry. Jeśli in­cy­den­ty się nie po­wtó­rzą, może się pan pa­ko­wać.

***

– Vlad, ty je­steś gość! Na­praw­dę pod­pi­sa­łeś pa­pie­ry roz­wo­do­we?

– Jasne. Gdy­byś zo­ba­czył jej oczy, były wiel­ko­ści że­to­nu na wstęp do re­ge­ne­ra­to­ra. Tak za­sko­czo­na była tylko raz, kiedy po­pro­si­ła mnie o pomoc w za­ku­pach a ja, za­miast kupić krup­nik, czyli taką zupę, ku­pi­łem flasz­kę krup­ni­ku, czyli świet­nej lo­kal­nej na­lew­ki.

– Ona cię osku­bie ze wszyst­kie­go, zda­jesz sobie spra­wę?

– Już nie.

Tutaj na­stą­pił opis zda­rzeń wczo­raj­sze­go po­ran­ka i re­la­cja z wie­czor­nej wi­zy­ty w igloo pre­ze­sa.

– Nie wie­rzę. Tak po­wie­dzia­łeś sa­me­mu pre­ze­so­wi? – Mark z po­dzi­wu aż gwizd­nął.

– Nie mia­łem nic do stra­ce­nia. Kie­dyś trze­ba po­wie­dzieć: szach.

– Chcia­łeś po­wie­dzieć ra­czej szach mat?

– Nie przy­ja­cie­lu, ta gra nadal się toczy. Mam ogon. Łażą za mną od wczo­raj. Spraw­dza­ją wszyst­ko, czego do­tknę. Jest moż­li­we, że jako mój je­dy­ny przy­ja­ciel pew­nie też je­steś in­wi­gi­lo­wa­ny. Jeśli prze­szu­ka­li moje igloo, to zro­bi­li to per­fek­cyj­nie, żad­nych śla­dów. Do­brze, że nie wy­rzu­ci­łeś kro­pli. Ich brak mógł­by ich za­alar­mo­wać. Po­zo­sta­je nam tylko cze­kać, aż mi wrę­czą bilet po­wrot­ny.

– Skąd tyś się wziął Vlad?

– Nie chcę się chwa­lić, ale w moim kla­nie przed­sta­wi­cie­le mo­je­go za­wo­du po­tra­fi­li zajść da­le­ko.

 

***

Vlad sie­dział znów w ga­bi­ne­cie pre­ze­sa i uważ­nie czy­tał do­ku­men­ty. Zbyt do­brze po­znał wagę ma­łe­go druku, żeby po­peł­nić ten sam błąd po­now­nie. Wszyst­ko tym razem było w po­rząd­ku, więc zło­żył za­ma­szy­sty pod­pis.

– Zanim pan nas opu­ści – ode­zwał się Pre­zes – pro­szę mi po­wie­dzieć, tak mię­dzy nami, jak pan to zro­bił?

– Ależ ja nic nie zro­bi­łem. – od­parł Vlad z obu­rze­niem – Skąd taki wnio­sek?

– Obie­cu­ję, że nie spo­tka pana z tego po­wo­du żadna nie­przy­jem­ność – kusił pre­zes. – Mogę to panu dać na pi­śmie.

– No nie wiem. W końcu pra­wie sie­dzę na stat­ku po­wrot­nym, po co grze­bać się w sta­rych śmie­ciach.

– Bo mi bar­dzo za­le­ży na tej wie­dzy. Po­staw­my spra­wę jasno. Chce­my być przy­go­to­wa­ni na wy­pa­dek, gdyby sy­tu­acja jesz­cze kie­dyś się po­wtó­rzy­ła. Po­wiedz­my, że to by­ła­by taka płat­na kon­sul­ta­cja.

– Jak do­brze płat­na?

– Dwie­ście ty­się­cy kre­dy­tów.

– Hm, mógł­bym się tar­go­wać i do­brze wiem, że do­stał­bym dużo wię­cej, ale ok. Przyj­mu­ję pro­po­zy­cję. Ja wam opo­wiem wszyst­kie znane mi szcze­gó­ły, a wy wpła­ci­cie mi na nowo otwar­te ziem­skie konto dwie­ście ty­się­cy. Plus jedna drob­na, bez­płat­na przy­słu­ga.

– Zgoda.

Vlad opo­wie­dział całą hi­sto­rię, wy­cią­ga­jąc z kie­sze­ni bu­te­lecz­kę Va­lin­gi­nu.

– Radzę dać ją do zba­da­nia, bo lek jest prze­ter­mi­no­wa­ny i być może to spo­wo­do­wa­ło jego wy­jąt­ko­wą sku­tecz­ność.

– Na pewno tak zro­bi­my. A jak pan to zro­bił, że żad­ne­go z pi­ja­nych nie mo­gli­śmy po­wią­zać z pana osobą. Nikt z nich nie roz­po­znał pana na zdję­ciu, pana ko­le­gi zresz­tą też.

– To pro­ste. Skoro wie­dzia­łem, że Va­lin­gin po­wo­du­je u ludzi nor­mal­ną re­ak­cję na al­ko­hol, po­sze­dłem do głów­ne­go pa­sa­żu, i wla­łem po kro­pel­ce do każ­de­go z kub­ków na wodę. Lu­dzie, któ­rzy z nich pili, byli przy­pad­ko­wi. Nikt mnie nie wi­dział i nie po­wią­zał z póź­niej­szy­mi wy­da­rze­nia­mi. Po­zo­sta­ło mi cze­kać. Ci, któ­rzy mieli w krwi lek i po­szli wie­czo­rem do jed­ne­go z barów, upili się i roz­ra­bia­li. Je­dy­ne co mi nie wy­pa­li­ło to skala zja­wi­ska. Mia­łem na­dzie­ję, że skoro za­kro­pi­łem ponad pięć­dzie­siąt ku­becz­ków, to liczba ludzi, któ­rzy się upiją, a co za tym idzie, skala in­cy­den­tów bę­dzie znacz­nie więk­sza. Nie­ste­ty, wy­glą­da na to, że tylko kil­ku­na­stu spo­śród nich tego wie­czo­ra po­szło pić al­ko­hol.

– A więc na po­cząt­ku na­szej roz­mo­wy skła­mał pan. Za­rze­kał się pan, że nic nie zro­bił. 

– Bo to praw­da. Ja na­praw­dę pal­cem nie kiw­ną­łem, żeby ukró­cić in­cy­den­ty. Po pro­stu nie stwo­rzy­łem ko­lej­nych.

– Tak, to wszyst­ko wy­ja­śnia. Oczy­wi­ście pie­nią­dze ma pan już na kon­cie. A o jaką przy­słu­gę chciał pan po­pro­sić na ko­niec?

– No cóż, panie pre­ze­sie, myślę, że skoro czy­tał pan moje akta, to mnie pan zro­zu­mie. Chciał­bym, żeby moja była żona pod­pi­sa­ła z wami kon­trakt do­ży­wot­ni, a za parę lat spro­wa­dzi­cie pew­nie nowe, młode fry­zjer­ki.  Pro­szę przy­pil­no­wać, żeby miały bar­dzo silne cha­rak­te­ry. 

– Na mnie może pan po­le­gać – opo­wie­dział pre­zes i uści­snę­li sobie dło­nie.

 

Koniec

Komentarze

Radosna historyjka:) dobrze się czytało. Chociaż, jakbym to ja był szefem i dowiedział się, że zrobiony zostałem w chu… i to z ust tego, który to uczynił, to podarłbym kontrakt na powrót na Ziemie:) Tak jak mówiłeś, lekko i zwiewnie :D fajnie było odwiedzić Ceres i poznać problemy jej mieszkańców:)

 

Ten siedział nadalpudłem szachów pod pachą, nieświadomy, że wygląda nieco dziwnie

Na Ziemi musiałby zapłacić co najmniej półtorej kredyta a w niektórych knajpach ze dwa dwadzieścia

Podoba mi się pomysł, faktycznie “fajne, lekkie i przyjemne”. Chociaż miejscami może trochę przegadane? Zwłaszcza na końcu:

– To proste. Skoro wiedziałem, że valingin powoduje u ludzi normalną reakcję na alkohol, poszedłem do głównego pasażu, i wlałem po kropelce do każdego z kubków na wodę. Ludzie, którzy z nich pili, byli przypadkowi. Nikt mnie nie widział i nie powiązał z późniejszymi wydarzeniami. Pozostało mi czekać. Ci, którzy mieli w krwii lek i poszli wieczorem do jednego z barów, upili się i rozrabiali. Jedyne co mi nie wypaliło to skala zjawiska. Miałem nadzieję, że skoro zakropiłem ponad pięćdziesiąt kubeczków, to ilość ludzi, którzy sie upiją, a co za tym idzie, skala incydentów będzie znacznie większa. Niestety, wygląda na to, że tylko kilkunastu spośród nich tego wieczora poszło pić alkohol.

– A więc na początkuk naszej rozmowy skłamał pan. Zarzekał się pan, że nic nie zrobił. 

– Bo to prawda. Ja naprawdę palcem nie kiwnąłem, żeby ukrócić incydenty. Po prostu nie stworzyłem kolejnych.

Pierwsze 3-4 zdania z tego fragmentu są ok, wyjasniają sytuację, reszta wydaje mi się zbędna, nuży.

 

Przecinków gdznieniegdzie za mało:

Kolejne oszustwo, które może dopisać do listy.

A gdzieniegdzie za dużo:

tyle, że u mnie nic by nie wskórali

 

To mi nie brzmi:

wszystko, co dotyczy Ziemi, należy umieszczać w czasie przeszłym.

Może lepiej “wyrażac”? Albo inaczej: Jeszcze się nie przyzwyczaił, że o wszystkim, co dotyczy Ziemi, mówi się tutaj w czasie przeszłym.

 

Mimo tych drobnych uwag ogólnie bardzo na plus :)

Dobrze czytające się opowiadanie, wesołe. Ciekawy pomysł połączenia osobistych tematów z niewyjaśnionym zjawiskiem kosmicznym.

 

Jeśli byłby tag Hard SF, to przyczepiłbym się o mechanizm, który powoduje (usuwalną) odporność ludzkiego organizmu na alkohol, ale nie ma :-)

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Witaj, opowiadanie napisane lekkim i przyjemnym językiem, to plus :) Pod koniec prawie dusiłem się ze śmiechu. Całkiem oryginalne, aby większość akcji kręciła się wokół alkoholu. :D

 

Wyłapałem parę kwiatków :

 

“Na Ziemi musiałby zapłacić co najmniej półtorej kredyta(+,) a w niektórych knajpach ze dwa dwadzieścia.”

 

“Tak cię tu ocenia nowych.” - Nie powinno tu być się, zamiast cię ?

 

“– Wszyscy tak myślą na początku. Po opowiedzeniu swojej historii po raz sześćsetny, docenisz jej wagę, oryginalność. Sam zobaczysz.” 

 

Może być, ale chyba “setny” brzmi lepiej.

 

“– Namówili mnie do przyjazdu(+,) używając żony.”

 

”- Jestem przekonany, że to mnie chcieli dorwać(+,) a nie zwykłą fryzjerkę, tyle, że u mnie nic by nie wskórali, bo mam silną wolę i naganiacza wyczuwam na odległość.”

 

Okej, widzę, że czasami nie stawiasz przecinków przed zaimkiem “a”, ja też przez to przeszedłem :> Nie będę więc już tego wyłapywać, wstaw po prostu przecinek przed każdym “a” :D

 

 “Toż to nawet nie jest planeta(+,) tylko jakaś marna planetoida.”  Ale nie jestem pewien.

 

“W miarę jak kolonia na tej planetoidzie rozrasta się, przyjmują coraz więcej ludzi i dzięki temu jest tu coraz lepiej. Przyzwyczaisz się.”

 

Zwykle pisze się tak : W miarę jak … bla bla bla … przecinek, dzieje się coś, a tutaj brzmi to trochę dziwnie. Może tak :

 

“W miarę jak kolonia na tej planetoidzie rozrasta się, przyjmują coraz więcej ludzi i dzięki temu jest tu coraz lepiej, zaczniesz się przyzwyczajać.”

 

albo

 

“W miarę jak kolonia na tej planetoidzie rozrasta się, przyjmują coraz więcej ludzi i dzięki temu jest tu coraz lepiej … eeeh … przyzwyczaisz się.”

 

Ale oczywiście jeśli chcesz, to może tak zostać :>

 

“Z tego(+,) co mi się obiło o uszy, to najnowsze osiedle ma mieć krewetkę w herbie.”

 

”– Chyba ich pokręciło, co spojrzę na ten herb, to mi się zachce ziemskich specjałów.”

 

Tak chyba jest lepiej, sama oceń :

 

– Chyba ich pokręciło, co spojrzę na ten herb, to zachciewa mi się ziemskich specjałów.

 

“– Nie mogę, dniówka. Człowieku, tu nie ma dniówek(+,) bo dzień trwa cztery lata.”

 

“Wracaj lepiej do żony(+,) bo tutaj nie znajdziesz pocieszenia.”

 

”– A masz czas jutro wieczorem? – Vladowi rozbłysły oczy(+,) jakby zobaczył skarb. –”

 

“– No – potwierdził Mark smutno kiwając głową. – Dobrze, że pracuję na zewnątrz przy diamentach, tam oprócz ryzyka, że nie zapnę kombinezonu a wtedy Ceres mnie usmaży albo zamrozi, to raczej jest bezpiecznie.”

 

A może trochę inny szyk, bo jest malutki bałagan :

 

“– No – potwierdził Mark smutno kiwając głową. – Dobrze, że pracuję na zewnątrz przy diamentach, tam oprócz ryzyka, że nie zapnę kombinezonu, co skończyłoby się zamarznięciem, bądź spaleniem, jest raczej bezpiecznie.”

 

“Po pierwsze jestem według niej nudny i zachowawczy, a ona chce się rozwijać, a po drugie jako rozwódka dostanie własne igloo i będzie mogła przyjmować koleżanki.”

 

To drugie a można chyba usunąć, albo zamienić na “zaś”.

 

Jozin z Bazin mnie rozwalił XDDDD Nie wiedziałem, że ktoś jeszcze o tym pamięta :D

 

“– Rozumiem, że pana czas jest bardzo cenny panie prezesie, więc się sprężę.”

 

A może 

 

“– Rozumiem, że pana czas jest bardzo cenny panie prezesie, więc będę się streszczał”

 

I na koniec. Gratulacje ! Świetny tekst.

 

 

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Nova

Na pewno powinnaś przejrzeć tekst ponownie, ponieważ widziałem trochę wpadek stylistycznych i gramatycznych, np:

 

transporterów podróżnych (-,) i polecimy na Ceresa – bez przecinka

 

udogodnienia jak na Wenus (+,) ale wtedy – brak przecinka

 

Mark zdążył już widzieć rozpad wielu małżeństw – raczej zdążył już zobaczyć

 

itp.

 

Przede wszystkim trzeba jednak powiedzieć, że dało się – fajnie i lekko się czytało. Większość tekstu bazuje na dialogu, co nadaje całości fajnego tempa. Na co bym ewentualnie zwrócił uwagę, to że ten prezes jakiś taki trochę zbyt sympatyczny i, jak na mój gust, coś za łatwo zgodził się na umowę i zbyt lekką ręką oddał kasę. To tylko drobiazg, który wcale nie wpłynął na odbiór opowiadania.

Dzięki za przyjemną lekturę!

Aha, jeszcze jedno. Wypalacz silnej woli – fantastyczna sprawa!

 

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Cześć Nova !!!!

 

Zgodnie z obietnicą przeczytałem twój tekst :) I niech to drzwi ścisnął, coś mnie w ważnym momencie rozproszyło i nie wiem ostatecznie czy bohater sprawił, że oni się nie upili??? czy upili. Bo krople na alergię sprawiały, że człowiek na Ceresie się upijał. I tu mi coś nie pasuje bo przysługa dla prezesa była, żeby się nie upijali. W sumie powinienem przeczytać jeszcze raz ale ja naprawdę czytałem uważnie tylko w tym momencie ważnym mnie rozproszył telewizor :(

 

Pozdrawiam :)

Jestem niepełnosprawny...

dawidiq150

 

Krucjata Bourne’a ? :D

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

żarty na bok Novie przez moją nieuwagę może być przykro :)))))))))))))))))))))))

Jestem niepełnosprawny...

co najmniej półtorej kredyta <– ??? 

Tak cię tu ocenia nowych. <– literówka

Ten siedział nadal w pudłem szachów pod pachą, <– literówka

Dzisiaj jednak nawet nie rozstawili planszy PRZECINEK a Vlad już się rozkleił.

 

Miś kończy łapankę. Zamierza spokojnie czytać.

Przeczytał do końca i uśmiechło go. Plus za humor nie gruboskórny.

 

Cześć!

 

Na betę nie zdążyłam, ale obiecałam zajrzeć w poczekalni, więc jestem :) Początek bardzo interesujący i chyba to, co najbardziej mi się podobało, to właśnie motyw pracy w kolonii i działanie korporacji. Tag wskazuje na humor, ale przyznam się, że do mnie niezbyt to trafiło. Postać żony wyszła mocno przerysowana, przez co zaczęłam się zastanawiać, czemu z nią przyjechał, zamiast zostać na Ziemi. Wyjaśnianie wszystkiego prezesowi to jak dla mnie najsłabszy moment w tekście, zwłaszcza że człowiek władzy dowiaduje się, że został oszukany i jakby nigdy nic jest jeszcze za to wdzięczny. Ogólnie jednak czytało się przyjemnie, masz lekki styl.

Vlad, czyli do niedawna Władysław Mika[+,] siedział przy barze, sącząc podwójny gin z tonikiem.

Kolejne oszustwo[+,] które może dopisać do listy.

Potrzebują tylko określonych fachowców[+,] więc nie ma potrzeby pytać o zawód.

Tak cię tu ocenia nowych.

się

– Wszyscy tak myślą na początku. Po opowiedzeniu swojej historii po raz sześćsetny, docenisz jej wagę, oryginalność. Sam zobaczysz. – Mark mówiąc to, pokazał gestem barmanowi, aby nalał im jeszcze raz to samo.

Zrezygnowałabym z tego.

– Namówili mnie do przyjazdu[+,] używając żony.

– Nie tłumacz się, jesteś tylko ofiarą ich planu. Powiedz[+,] co było dalej.

Teraz macie tu udogodnienia jak na Wenus[+,] ale wtedy… – Mark na chwilę zamilkł[+,] ale szybko otrząsnął się ze wspomnień[+.]

– Nie mogę, dniówka. Człowieku, tu nie ma dniówek[+,] bo dzień trwa cztery lata.

Wracaj lepiej do żony[+,] bo tutaj nie znajdziesz pocieszenia.

– Chciałem zapytać{+,] czy nie mają tam jakiegoś klubu szachowego.

Ale nie zapominaj[+,] że ta kolonia jest malutka, to tylko Ceres, o żadnym klubie nie słyszałem.

– A masz czas jutro wieczorem? – Vladowi rozbłysły oczy[+,] jakby zobaczył skarb.

– Kiedy ty się nauczysz[+,] palancie, że teraz mam na imię Drianna.

– Nie wiem[+,] po jaką cholerę pozmieniali nam te imiona.

– Ty też powinieneś. Im szybciej tym lepiej[+,] bo to teraz nasz nowy dom.

– Kontrabanda? Jasne[+,] że chcę. Co masz tym razem?

– Nie wiem[+,] czy mamy tyle czasu, bo historia jest długa i zakręcona jak korki na Zakopiance.

Miał zanieść karmę dla wintyli wenusjańskich[+,] a zamiast tego wszedł do boksu wantylli proximiańskiej.

– Dobrze, że pracuję na zewnątrz przy diamentach, tam oprócz ryzyka, że nie zapnę kombinezonu[+,] a wtedy Ceres mnie usmaży albo zamrozi, to raczej jest bezpiecznie.

– Straszna śmierć[+,] ale przynajmniej się nie męczył.

– Dzwonili na ziemię do jego byłej żony, żeby sprawdzić[+,] czy ma jakąś rodzinę, ale okazało się, że jest sam jak palec.

Ziemię

Dzisiaj jednak nawet nie rozstawili planszy[+,] a Vlad już się rozkleił.

Mark przelotnie pomyślał, że normalnie zapytałby do którego z księżyców, bo jest ich na Ceresie aż trzy, ale uznał, że taki żart słowny nie rozbawiłby dziś kumpla.

A to fajne, podkręca charakter Marka :)

Postanowiłem spróbować dwie kropelki[+,] żeby zobaczyć[+,] czy nadal coś poczuję[+,] czy może wywietrzało.

Jak chciałeś coś poczuć[+,] skoro Valingin jest bez smaku? – przerwał mu Vlad[+.]

– Nie chodziło mi o smak[+,] tylko czy nadal są skuteczne.

Dam ci jedną kroplę Valinginu, bo nie wiem[+,] czy dwie cię nie zabiją.

Mark sięgnął po buteleczkę[+,] chcąc ją zutylizować, ale przyjaciel powstrzymał jego rękę.

– Zaczekaj. Wiesz, chyba mam plan[+,] jak rozwiązać wszystkie moje problemy.

Że wszystko, co mają na Ceresie. pozostanie jej własnością, a wszystko, co zostało na Ziemi, będzie należało do niego.

– Na mnie może pan polegać. – opowiedział prezes i uścisnęli sobie dłonie.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Hej, Nova!

 

Człowieku, tu nie ma dniówek bo dzień trwa cztery lata. Są zmiany.

 

Dzień trwa na Ceres 9 godzin i 4 minuty :-) Pomylił Ci się ruch obrotowy z obiegowym. Obrotowy związany jest z dniem i nocą, a obiegowy np. z porami roku na Ziemi. Ceres krąży wokół Słońca 4 lata 219 dni. Czyli można powiedzieć, że jeden rok na tej planetoidzie to prawie 5 lat ziemskich.

 

Druga sprawa to rodzaj Ceres. Ta nazwa jest rodzaju żeńskiego, czyli powinno być ta Ceres. Ona. Nie ten Ceres. 

 

Nie przekonuje mnie też samo zakończenie – wydaje mi się kompletnie niewiarygodne, żeby zrobiony w konia prezes miał chęć wysyłać na Ziemię lub wynagradzać gościa, który sam sprowadził mu problem i łaskawie go zabrał. Dopóki są na Ceres, a Vlad jest w jego rękach, sądzę raczej, podobnie jak vrchamps, że zirytowany prezes podarłby umowę i wsadził go do ciupy albo pozbył się problemu. Bardziej realistyczne byłoby, gdyby np. Vlad sprzedał prezesowi patent na to jak się upić na Ceres :-) To mogłoby być dla niego na wagę złota ;-) No ale nie wszystko musi być realistyczne!

 

Masz fajne pomysły i mam nadzieję, że odebrałaś już wyżej tyle pochwał, że nie zrazi Cię moje czepiactwo! 

 

Trzymam kciuki! Powodzenia w konkursie!

 

 

Rzeczywiście, lepiej byłoby:

Człowieku, tu nie ma dniówek[,] bo dzień trwa ledwo ponad dziewięć godzin. Są zmiany.

Przecinek! (umknęło mi przy becie, przepraszam).

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Nova!

 

Przyjemne, lekkie opko. :3

Czytało się dobrze, chociaż niestety pojawiło się całkiem dużo mniejszych czy większych błędów (ale pozwól, że nie będę ich wytykał, Alicella wypisała dużą ich część).

Zdecydowanie wybrałaś oryginalne ciało niebieskie, co zdecydowanie jest na plus. Formowanie się przyjaźni Vlada i barmana wypadło fajnie!

Tak samo jak reszta – zakończenie trochę mi nie styka, ale całokształt opka nadrabia. Pisz i ćwicz dalej!

 

Powodzenia w konkursie. ^^

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Dzięki za wszystkie komentarze. Sorki, ale nie było mnie więc odpiszę teraz w kolejności otrzymania wpisów:

vrchamps:

Ślicznie dziękuję zarówno za szybkie przeczytanie, pochwałę, jak i za wyłapanie pomyłek. Pierwsza poprawiona od razu, druga pomyłką nie jest. Na Ziemi waluta to 1 kredyt składający się ze 100 tynfów. Tak więc coś może kosztować jednego albo półtorej kredyta. Nie mylić z kredytem bankowym. :-)

 

mindenamifaj:

Dzięki za propozycję zdania, wykorzystałam. Co do końcowej rozmowy z szefem to była krótsza ale poproszono mnie o dokładniejsze wytłumaczenie, co niniejszym uczyniłam, czyniąc ten fragment w oczach innych przeładowanym.

 

Radek:

Jestem niezmiernie wdzięczna za wszystkie komentarze i za wcześniejszą betę.

 

Iluvathar:

Wprowadziałam wszystkie zminany “techniczne”, dziękuję za ich wyłapanie. Faktycznie, setny brzmi lepiej.

Tak, mam problem z nieszczęsnym “a” bo wydaje mi się, że jest wystarczającym rozdzieleniem zdania. Trzeba będzie nad tym popracować.

 

Czy mogę tu zakwestionować jedną twoją sugestię?

”– Chyba ich pokręciło, co spojrzę na ten herb, to mi się zachce ziemskich specjałów.”

 

Tak chyba jest lepiej, sama oceń :

 

– Chyba ich pokręciło, co spojrzę na ten herb, to zachciewa mi się ziemskich specjałów.

 

Nie zmienię tego, bo osiedle dopiero ma być wybudowane. Herbu jeszcze nie ma i jeszcze nikt na niego nie spojrzał. 

 

Nie włożę też w usta elektryka słowa “bądź” . Vlad jest załamany i ma prawo w jednym zdaniu powiedzieć dwa razy “a” . Ja mu to wybaczyłam, mam nadzieję, że czytelnicy również. :-)

 

Wszystkie pozostałe babole poprawiłam w trybie natychmiastowym. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Caern:

 

Dla mnie zachwycające jest to, że każdy wyłapał w tym opowiadanku coś fajnego i że ci się spodobał tekst. Wprowadziłam poprawki a o szefie napiszę osobno bo więcej osób zwróciło mi uwagę na ten aspekt opowiadania.

 

dawidiq150:

Udało ci się przeczytać jeszcze raz? Załapałeś czy wyjaśnić na priva?

I dodam, że nie obrażam się tak łatwo. Gdyby tak było, raczej nie wystawiałabym mojego opowiadanka na widok publiczny. :-)

 

Kolala75

 

Jesli zechcesz cofnąć się do mojego poprzedniego komentarza, wspomniałam o płaceniu kredytami i dlaczego czasem coś kosztuje kredyta, czasem półtorej kredyta, a czasem dwa kredyty dwadzieścia tynfów.

Literówki poprawiłam, dzięki za plus.

 

 

Alicello:

Oto biję się w piersi, że nie poczekałam na ciebie z betą, bo pochyliłaś się nad moim tekstem i wyłapałaś wszystko co złe i nieczyste. Dzięki wielkie. Będzie mi niesłychanie miło dowiedzieć się kiedyś, co myślisz o opowiadanku już po poprawieniu wszystkich błędów. ( co niniejszym uczyniłam. :-)

 

emlisien:

 

Tak, faktycznie pomyliłam pojęcia i tę pomyłkę natychmiast poprawiłam. O rodzaju żeńskim nie wiedziałam. Przejrzę tekst jeszcze raz, tym razem pod kątem użycia samej nazwy.

Dzięki za wyłapanie tego.

O prezesie będzie na końcu tego wpisu.

Poproszę grzecznie o “czepiactwo” przy każdym moim kolejnym opowiadanku. :-)

 

BarbarianCataphract:

 

Niestety muszę cię rozczarować. Mark nie jest barmanem. Poznali się w knajpie, to fakt, ale barman nalewał im obu.

 

 

O PREZESIE:

O ludzie małej wiary, dlaczego myślicie, że każdy, kto wysoko zaszedł, musi być wstrętnym typem w garniturku, który rozwiązuje problemy wrzucając przeciwników do paki albo pozbywając się ich w ciemnym zaułku? Popatrzmy na to od innej strony. Prezes musi dbać o rozwijanie interesu. Niepotrzebne mu tutaj afery ani te alkoholowe ani z przedsiębiorczym elektrykiem. Facet przychodzi do niego i proponuje pomoc. Nasz prezes jest człowiekiem inteligentnym; nie zastanawia się długo, przyjmuje propozycję, bo cena jest minimalna. Facet nie chce milionów tylko wrócić na Ziemię. Taki tęskniący to tylko problem, jeszcze wpadnie w depresję albo podłączy źle elektrody i odetnie od prądu pół osiedla. Za to patent na upicie się to inna sprawa. Wysyła szpicli ale oni nic nie znaleźli, nieoficjalne śledztwo też klapa. Co więc zostało? Płaci za cenne wiadomości i wypuszcza faceta do domu. Obaj zadowoleni. Prezes, bo 200 tys kredytów to nie jest majątek dla korporacji. Gorzej, gdyby Vlad zażądał miliona. A Vlad szczęśliwy bo pozbył się wrednej żony, na ziemi czeka na niego dom i pełne konto. Mamy win-win. Dlaczego więc nie chcecie zaakceptować zakończenia, w którym dwóch godnych siebie przeciwników podaje sobie rękę na zgodę? PRZECIEŻ TO JEST OPOWIADANIE SCIENCE-FICTION. Tu wszystko jest możliwe. Nawet przemianowanie Ceresa na rodzaj męski. :-)

 

Hej Nova!

 

Mi akurat postać prezesa i jego działanie nie wydało się dziwne. Zgadzam się z Tobą, że mógł to być porządny facet, kupuję to. Poza tym, tak jak piszesz, dla niego te pieniądze mogły być drobiazgiem, a – jeżeli miał trochę poczucia humoru i dystansu do samego siebie – cała ta sytuacja mogła go nawet rozbawić (a przy okazji pozbył się tych pijackich burd, o co mu w gruncie rzeczy chodziło).

 

Ogólnie, przyjemne opko, utrzymane w lekkim, humorystycznym tonie, z kilkoma intrygującymi koncepcjami zasugerowanymi w tekście (jak wypalacz woli, na który zwrócił uwagę Caern). Podzielam też obserwację barbarzyńcy, że fajnie pokazałaś relację między Vladem a jego kumplem.

 

Przyjemnie się betowało, choć jak widać po komentarzach, co wiele par oczu to nie jedna. ;) Po tym, jak poprawiłaś błędy wskazane przez przedpiśców tekst zyskał na spójności i zasługuje na klika do biblioteki. :)

Super. 

Fajnie będzie zobaczyć własne opko w bibliotece.

Pamiętaj, że musisz dostać klika od pięciu osób, żeby tekst ukazał się w bibliotece.

Zabawne :) Ujęłaś mnie tą całkowitą niemożnością schlania się. Biedni koloniści :) Science w tym niewielele, fiction jest, choćby w postaci wspomnianej w poprzednim zdaniu. Czytało się fajnie, uśmiechnęło mi się parę razy. Twist mocno złośliwy, ale zabawny.

Klik :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Opowiadanie jest SF, co samo w sobie jest dla mnie + na tym portalu. Opisuje życie kolonii Ziemian w Układzie Słonecznym i dodatkowo podnosi poważny problem społeczny dla odosobnionych lokalizacji.

Do nienaukowości niemożności osiągnięcia upojenia alkoholowego na Ceres, czepiałem się już przy becie, ale zostałem przekonany. Też występuję o klik, po ponownym i spokojnym czytaniu.

 

 

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Ot, taka sobie historyjka o niechcianym pobycie na innej planecie, niemal w całości sprowadzona  do barowych i szachowych rozmów Vlada z Markiem oraz paru wspomnień. Podstępna intryga, dzięki której Vlad może wrócić na Ziemię, okazała się oszustwem, a zapowiedziany tagiem humor jakoś mnie nie rozbawił.

Czytało się nie najgorzej, ale pamięć tej opowiastki nie przechowa.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Nie miał siły już wal­czyć z przy­gnę­bia­ją­cy­mi my­śla­mi. → Nie miał już siły wal­czyć z przy­gnę­bia­ją­cy­mi my­śla­mi.

 

za­pła­cić co naj­mniej pół­to­rej kre­dy­ta… → Kredyt jest rodzaju męskiego, więc: …za­pła­cić co naj­mniej pół­to­ra kre­dy­tu

 

Ja tu je­stem ty­dzień i już do­sta­ję do głowy z tę­sk­no­ty za Zie­mią. → Co to znaczy dostawać do głowy?

 

- Je­stem prze­ko­na­ny, że to mnie chcie­li do­rwać… → Wypowiedź powinna otwierać półpauza, nie dywiz.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi.

 

Nie myśl, że je­stem dam­skim bok­se­rem, je­ste­śmy po ślu­bie… → Nie brzmi to najlepiej.

 

– Nie tłu­macz się, je­steś tylko ofia­rą ich planu. Po­wiedz, co było dalej. – Za­chę­cił Mark. → – Nie tłu­macz się, je­steś tylko ofia­rą ich planu. Po­wiedz, co było dalej – za­chę­cił Mark.

 

i po­le­ci­my na Ce­re­sa… → Ceres jest rodzaju żeńskiego i nie odmienia się, więc: …i po­le­ci­my na Ce­re­s

Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Fa­chow­cy z two­imi upraw­nia­mi za­ra­bia­ją→ Fa­chow­cy z two­imi upraw­nienia­mi za­ra­bia­ją

 

ten tutaj o na­zwie “Knaj­pa”, drugi o na­zwie “Mor­dow­nia” koło ge­ne­ra­to­rów i trze­ci o na­zwie “Karcz­ma”… → Czy powtórzenia są konieczne?

 

Nalał szczo­drze do szkla­ne­czek i jedną z nich wrę­czył swo­je­mu go­ścio­wi. → Zbędny zaimek.

 

na­le­że­li do zwo­len­ni­ków grin–bolu. → …na­le­że­li do zwo­len­ni­ków grinbolu.

 

– Ależ ja nic nie zro­bi­łem. – od­parł Vlad z obu­rze­niem – Skąd taki wnio­sek?– Ależ ja nic nie zro­bi­łem – od­parł Vlad z obu­rze­niem – skąd taki wnio­sek?

 

to ilość ludzi, któ­rzy sie upiją… → Ludzi można policzyć. Literówka.

Winno być: …to liczba ludzi, któ­rzy się upiją

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Urban Sci-FI Bar Environment

Takie to życie w kolonii.

Слава Україні!

regulatorzy

Dziękuję za wkład w poprawę mojego dzieła. Szkoda, że jako całość opowiadanie nie przypadło ci do gustu ale wiadomo, o gustach się nie dyskutuje. Tym niemniej wyłapanie kolejnych nieścisłości – cenne.

Bardzo proszę, Nova. Miło mi, że uznałaś uwagi za przydatne. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zabawne i przyjemne w lekturze. Teoretycznie, kiedy w centrum żartu stoi problem z alkoholem, łatwo o popadnięcie w grubymi nićmi szyty farsowo-koszarowy humor. U ciebie wychodzi zabawnie bez popadania w taką skrajność.

PS. Czy Ceres nie jest przypadkiem rodzaju żeńskiego? Na Ceres, nie na Ceresie?

Myślałam, że już to poprawiłam. Teraz sparwdziłąm i znowu jest. Nie wiem czemu zmiany nie zaakceptowały się, przepraszam i i dę to znowu zmienić. smiley

Cześć,

 

Tutaj alkohole smakują świetnie, kosztują mało, ale upić się nimi nie da za cholerę.

Dla mnie brzmi jak zaleta ^^

 

Czy Ceres potrzebowało fryzjerki? Mark sugerował, że przylatują tylko tacy, których zawody są przydatne.

 

Nie znajdziesz też kościołów ani ogrodów. To kolonia, każdy centymetr sześcienny kosztuje majątek, a mieszkania mają wielkość pokoju hotelowego i kształt igloo.

To dopowiedzenie jest zbędne, wynika z wcześniejszych wzmianek.

 

Nie mogę, dniówka. Człowieku, tu nie ma dniówek, bo dzień trwa dziewięć godzin i ciut ciut. Są zmiany. Dzięki stary, poprawiłeś mi humor na resztę dnia.

Mark jest trochę niekonsekwentny w tym wyśmiewaniu. Poza tym robią się z tego powtórzenia.

 

jako rozwódka dostanie własne igloo i będzie mogła przyjmować koleżanki.

Nie ma to dla mnie trochę sensu, bo ziemia jest tu droga, dlaczego mieliby ją rozdawać? Powiedziałabym, że działa to w drugą stronę, zwłaszcza że to korporacje, a w korpo nic nie jest proste ^^

 

– Otóż słyszałem, że od niedawna zdarzają się burdy w miejscach publicznych, zakłócanie ciszy nocnej, a nawet ktoś podobno zdemolował po pijanemu knajpę.

Ale upić się nie da, więc jak to tak? 

Ok, wyjaśnia się to na końcu, ale… (patrz niżej)

 

– Mam po prostu pewien pomysł, jeśli go zrealizuję, to od dzisiaj nie zobaczy pan już ani jednego pijanego kolonisty.

– Jak pan to zrobi?

– Panie prezesie – Vlad uśmiechnął się lekko – pozwolę sobie tę wiedzę zatrzymać tylko dla siebie.

– Co pan za to chce?

Wydaje mi się, że ten prezes taki zbyt chętny, bez mrugnięcia okiem bierze w ciemno pomysł Vlada. Nigdy nie było problemu z alkoholem, nagle się pojawił, po kilku dniach zjawia się gość, który może pomóc go rozwiązać i nie budzi to w prezesie żadnych wątpliwości. Wiem, że wyżej to tłumaczysz, ale nie do końca przemawiają do mnie takie argumenty.

 

Mimo wszystko czytało się przyjemnie. Masz lekki, fajny w odbiorze styl, chociaż początkowy humor i żarty troszkę nużą w drugiej części. (tylko troszkę ;)).

 

Nie do końca rozumiem motywacje bohaterów i ich zachowania, ale schodzi to jednak na drugi plan, bo całość jest mimo wszystko zabawna i przyjemna w odbiorze.

 

Pozdrawiam

OG

Dzięki za przeczytanie i komentarz.

Fryzjerki. Tak, tylko potrzebne zawody ale specjaliści od wydobywania diamentów mają żony a prezes ma na przykład asystentkę, która uwielbia nowe fryzury.

O samym prezesie nie będę już pisać, odsyłam do komentarzy powyżej. 

Dzień na Ceres. Mark może wyśmiewa ale sam ma nadal ziemskie nawyki i nijak nie da się tego zmienić. smiley

Dzięki za ogólną opinię i że się podobało. 

 

Unicron Eating GIF – Unicron Eating Transformers GIFs

Known some call is air am

Podobało się: Konstrukcja kolonii. Nie żebym chciał w takiej żyć, ale przekonuje mnie, czemu bym nie chciał. 

Nie podobało się: Trochę za ryzykowny mi się wydaje ten grinbol, chociaż założenie ciekawe.

 

Gratuluję i pozdrawiam!

Cześć, Nova!

 

To co mnie najbardziej kłuło, to dialogi – są mocno infodumpowe i przez to tracą na wiarygodności.

– Vlad, masz ochotę na coś spoza Ceres?

Mężczyźnie zaświeciły się oczy.

– Kontrabanda? Jasne, że chcę. Co masz tym razem?

– Marsjanka.

Przez chwilę pomyślałem, że kwitnie prostytucja, w dodatku z obcymi rasami :P

Ci, którzy mieli w krwi lek

we krwi

 

Natomiast cała historia, choć może trochę smutna, to lekka, z satysfakcjonującym końcem. Nie ma to jak u**pić najwredniejszą jędzę :D Przeczytałem lekko, potknąłem się może ze dwa razy, więc jest całkiem ok :)

Biblioteka już jest, więc nie ma co klikać.

Powodzenia w krokusie!

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka