- Opowiadanie: mr.maras - Dzieci Marii

Dzieci Marii

W ramach pewnego podsumowania i remanentu wrzucam tym razem opowiadanie z antologii „Nowoświaty” (SQN), do lektury której serdecznie zachęcam - jest tam sporo fajnych tekstów portalowiczów i nie tylko. Redaktorką antologii była portalowa Naz. Minął już rok od publikacji, więc dobry to czas zapoznać się z Waszymi opiniami.

Miłośników lektury w wersji audio zapraszam do Audioteka.pl, gdzie „Dzieci Marii” wspaniale czyta i interpretuje Piotr Grabowski (m.in. polski głos Thora z „Avengers” i Thranduila z „Hobbita”). Czytany przez Piotra Grabowskiego tekst naprawdę wiele zyskuje.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Dzieci Marii

(…) czemu ludziom przykro myśleć o tym, że ich kiedyś nie będzie, a nie jest im tak samo przykro rozmyślać o tym, że ich przedtem nigdy nie było. 

Stanisław Lem, Dzienniki gwiazdowe

 

Eryk obudził się z dojmującym uczuciem niepokoju. Gdy wieko komory uchyliło się jak skorupa muszli, uniósł głowę i sprawdził drugi sarkofag, stojący w przeciwległym kącie pomieszczenia. Maria właśnie była wybudzana – mleczny klosz stawał się przezroczysty, a zielone wyświetlacze na pokrywie komory hibernacyjnej informowały, że wszystkie procesy przebiegają prawidłowo. 

Odetchnął z ulgą. Hibernakulum statku pogrążone było w ciszy, którą od czasu do czasu zakłócało jedynie popiskiwanie aktywujących się systemów podtrzymywania życia oraz niemal podprogowy szum generatora sztucznej grawitacji. Natężenie światła rosło stopniowo, rozpraszając półmrok. 

Dotarli do Układu Słonecznego. Ponad studwudziestoletnia misja do systemu Ross 128 zakończyła się sukcesem. Jednak niepokój nie opuszczał Eryka i nadal nie potrafił określić jego źródła. 

 

*** 

 

Przez kolejne godziny snuli się po pokładach Ekspansji, dochodząc do siebie po śnie trwającym pięćdziesiąt osiem lat i zachodząc w głowę, gdzie podziewa się komitet powitalny i czy nie przywlekli czasem z Rossalyn jakiegoś kosmicznego świństwa, przez które poddawani są kwarantannie. 

Gdy Genetrix stwierdziła, że podstawowe funkcje wybudzonych organizmów doszły do normy, zaprosiła ich do kabiny centralnej, odsłoniła ekran z widokiem na Ziemię i wyjawiła prawdę. 

Wcześniej jednak, obawiając się reakcji dwuosobowej załogi Ekspansji na wiadomość o Apokalipsie, która doszczętnie pochłonęła ludzkość, Gen podała im mieszankę ogłupiaczy. Pompowała je dożylnie razem z pohibernacyjnymi odżywkami, rozpylała w powietrzu, doprawiła nimi żele spożywcze, będące pierwszym posiłkiem po wyjściu z hiberstazy. 

Wyciszenie emocji. Podtrzymanie na duchu. Lekki haj. A nawet odrobina optymizmu. Substancje psychoaktywne, jakimi nasączyła ich środowisko, regulowały poziom endorfin, stymulowały wydzielanie serotoniny i dopaminy. 

Nic dziwnego, że czuli się zagubieni i zdezorientowani własnymi emocjami. Nie wpadli w rozpacz czy depresję, nie próbowali odebrać sobie życia i wbrew okrutnym faktom uwierzyli, że jest jeszcze jakaś nadzieja. 

 

*** 

 

– Jeszcze raz, po kolei. Opowiedz nam, jak do tego doszło – poprosił cichym głosem Eryk. Oboje zdecydowali się na misję, która miała ich przenieść w odległą przyszłość. I zdawali sobie sprawę, że kiedy wrócą na odmienioną przez czas Ziemię, ich bliscy i przyjaciele będą tylko wspomnieniem. Sama wyprawa trwała ponad sto dwadzieścia dwa lata pokładowe. Do tego jeszcze doszły prawie trzy lata różnicy spowodowanej dylatacją czasu. Jednak teraz takim wspomnieniem okazał się cały świat. 

Długie milczenie Genetrix było czymś niespotykanym. Zaskoczony Eryk zerkał nerwowo na Marię, która wodziła spojrzeniem między jego oczami a nieokreślonym punktem na suficie. 

– Dokładnie nie wiadomo – oznajmiła wreszcie pokładowa SI. 

Uniósł brwi z niedowierzaniem. 

– A wiadomo cokolwiek? 

– Z analizy dostępnych informacji, odebranych jeszcze w trakcie lotu powrotnego, wynika, że przyczyną zagłady był patogen zakwalifikowany do zupełnie nowej kategorii czynników chorobotwórczych, tak zwanych passimusów. Nazwano go Endymionem, a zjawisko masowego i niemożliwego do zatrzymania wymierania zainfekowanych gatunków określono terminem endemii. 

– Nie jesteśmy biologami, Gen, staraj się mówić prostym językiem. Wyjaśnij nam, skąd wzięło się to diabelstwo – poprosił Eryk. 

– Ostatnie… – Gen zawahała się, jakby zdając sobie sprawę z dwuznaczności tego słowa. – Ostatnie hipotezy na temat jego pochodzenia sugerują, że mógł to być patogen uwolniony z wiecznej zmarzliny w wyniku ocieplenia klimatu lub pochodzący z naruszonego odwiertami dna oceanu. Żadna z hipotez nie została jednak potwierdzona. Ze względu na bardzo długi okres inkubacji Endymion zdążył się niezauważalnie rozprzestrzenić na całym globie. Prawdopodobnie z niczym podobnym ludzkość nie miała wcześniej do czynienia, chociaż pojawiły się opinie, że ten lub podobny patogen mógł być odpowiedzialny za któreś z wielkich wymierań w przeszłości. 

– A człowiek? Czy to gówno mogło wydostać się z jakiegoś laboratorium? 

– Jakie to ma znaczenie? – zapytała cicho Maria. 

Dla Eryka najwidoczniej miało. 

– Odpowiedz, Gen – polecił. 

– Jak już mówiłam, passimus to nieznana wcześniej cząstka zakaźna i z pewnością nie jest dziełem człowieka. To ożywiony lub nieożywiony patogen o rozmiarach liczonych w pikometrach. Myślimy o nim jak o czymś podobnym do wirusa, ale nie jest wirusem i nie jest też bakterią ani grzybem. Nie znaleziono na niego skutecznego leku, szczepionki, nie udało się go nawet osłabić. Jedyne, co się udaje, to wykrycie objawów infekcji u nosiciela, gdy Endymion się uaktywnia. Ale wtedy jest już za późno. 

Po jej przemowie długo milczeli, dosłownie wbici w fotele. Zastanawiając się jednocześnie, skąd bierze się w nich odrobina optymizmu i nieuzasadnionego entuzjazmu. 

Wtedy sztuczna inteligencja opowiedziała im o projekcie grupy naukowców pod przewodnictwem Colina Langstroma z centrum naukowego w Ottawie, z którego przekaz dotarł na Ekspansję podczas lotu powrotnego. Oraz o zadaniu, jakie muszą wykonać, aby ocalić ludzki gatunek. 

Najpierw zebrać próbki niezainfekowanego ludzkiego DNA. Potem z ich pomocą założyć kolebkę cywilizacji na nowym świecie. Pomimo chaosu, jaki zapanował po wybuchu endemii, grupie Langstroma, która dostała wszelkie upoważnienia władz międzynarodowych, udało się opracować plan oraz przygotować środki potrzebne do jego realizacji. 

Przede wszystkim wyznaczono planetę, która miała stać się domem odrodzonej ludzkości. Ostatni jej przedstawiciele nie mieli szans dolecieć do wymarzonego, ale oddalonego aż o trzysta lat świetlnych systemu planetarnego, w którym znajdował się Kepler-1649 c, od dawna uważany za idealną Ziemię 2.0. Także układ Trappist 1, oferujący aż siedem planet, odpadł z powodu ryzyka niepowodzenia – trzydzieści dziewięć lat świetlnych to było zbyt wiele jak na możliwości Ekspansji. Dlatego szukano systemu położonego w odległości około czterech parseków od Ziemi, co ograniczyło wybór do kilku celów. Oddalona o dwanaście lat świetlnych Gliese 1061 d została wykluczona z powodu gwiazdy macierzystej – niestabilnego czerwonego karła. Podobnie jak położona niewiele dalej GJ 273 b, planeta krążąca wokół gwiazdy Luytena. 

W tej sytuacji niewielki, ukryty w gwiazdozbiorze Barana i niewidoczny gołym okiem Teegarden, oddalony zaledwie dwanaście i pół roku świetlnego od Ziemi, stał się opcją numer jeden i ostatnią nadzieją dla gatunku ludzkiego. A ściślej mówiąc, tą nadzieją stała się Teegarden b, pierwsza planeta systemu. 

Eryk miał na ten temat zupełnie inne zdanie. 

– Powinniśmy wrócić na Rossalyn. Okno grawitacyjne Jowisza dla Panny otwiera się za ponad rok. Do zamknięcia okna dla Barana pozostało zbyt mało czasu. Możemy nie zdążyć z całą operacją. Z pomocą Gen i w oparciu o dane z pierwszej wyprawy bez problemu obliczę parametry lotu na Ross 128. 

– Grupa Langstroma wszystko przewidziała. Mamy przygotowane procedury lotu na Teegardena, Eryku. 

– I szczegółowe dane oraz doświadczenie z Ross 128 b. Do diabła, Mario! Byliśmy tam! Lepszego przetarcia chyba nie można sobie wyobrazić?! Wiemy, co nas tam czeka! Wiemy, że jest tam woda. Nie wierzysz we mnie? 

– To raczej ty nie wierzysz w ten projekt. Tu nie chodzi o sam lot. Lot nie będzie praktycznie różnił się od lotu na Ross. I tak go prześpimy. A może chcesz spędzić tutaj jak najwięcej czasu? Poczuwać przy grobie ludzkości? 

– Być może. Przecież dopiero co wróciliśmy – wyszeptał. 

Przyjrzała mu się uważnie. 

– Chodzi o cel podróży, prawda? Przestań myśleć egoistycznie. Tutaj nie chodzi o nas, tylko o przyszłość całego gatunku. W układzie Ross czeka na ludzi tylko zimna kupa kamieni, do tego uwięziona w rotacji synchronicznej. Tam nie ma nawet pór dnia, a połowa planety nie nadaje się do niczego! Chcesz na zawsze zamknąć resztki ludzkości w hermetycznych jaskiniach? 

Zamrugał powiekami, jakby w tej chwili dostrzegł jakiś ważny element. 

– No właśnie. Czy to nie zastanawiające, że na Teegardenie b mamy ruch wirowy? Przecież on krąży zaledwie cztery miliony kilometrów od gwiazdy. Dwukrotnie starszej od Ross. Langstrom musiał popełnić błąd. 

– Bardzo naciągane założenie – wtrąciła Maria. 

– Przy takiej bliskości bardzo szybko powinno dojść do synchronizacji obrotu z obiegiem. To nie jest normalne!

Maria spojrzała na niego bez słowa. Natychmiast przechwycił to spojrzenie. 

– Nawet nie zaczynaj z tymi religijnymi bzdurami! 

– Nie zaczynam. Po prostu musimy zapomnieć o Rossalyn. Mamy wytyczone nowe cele. Zaufali nam, Eryku. 

– Ich już nie ma! Spieprzyli sprawę! My chociaż wykonaliśmy swoje zadanie… 

– Masz pretensje do ofiar? – W jej głosie usłyszał zdumienie i gniew. 

– Nie. Oczywiście, że nie! – zaprzeczył gwałtownie. – Ale dlaczego mielibyśmy przed nimi odpowiadać? 

Maria przyglądała mu się z niedowierzaniem. 

– Nie przed nimi, Eryku. Dobrze wiesz, że to nie przed nimi odpowiadamy. 

– Ale obserwacje, misja, wszystko wskazywało, że Ross to najlepszy wybór. Sami nas tam wysłali! 

Pokręciła głową i weszła mu w słowo. 

– Najwidoczniej zmienili zdanie. Kilkadziesiąt lat dalszych obserwacji wskazało Teegardena b. Sam widziałeś analizę spektroskopową tamtejszej atmosfery. Jest może niedokładna, ale naprawdę obiecująca… – Zobaczyła jego minę i zmieniła ton: – Przyznaj po prostu, że nie możesz się pogodzić z tym, że nasza misja okazała się niepotrzebna. Że poświęciłeś życie i znany sobie świat dla sprawy, która nie ma już żadnego znaczenia. Ale to się już nie liczy, Eryku. Przed nikim nie musisz się wstydzić. Na pewno nie przede mną. Ja też tam byłam.

Milczał, tępo wpatrzony gdzieś w bok. 

– Przed sobą również – dodała. 

– Nie żałuję nawet jednej minuty tej misji. 

– Bo myślisz, że ocaliła ci życie? Przecież endemia zaczęła się znacznie później. 

Popatrzył na nią z wyrzutem. 

– Bo byłaś tam ze mną. 

Podeszła jeszcze bliżej i chwyciła jego twarz w dłonie. 

– To teraz ty bądź ze mną. 

Nie odpowiedział. Po dłuższej chwili opuściła ręce i cofnęła się o krok. 

– No dobrze, zróbmy głosowanie – zaproponowała z rezygnacją. – Genetrix? 

– Biorąc pod uwagę okoliczności i po rozważeniu wszystkich czynników… 

Eryk przygryzł wargę. 

– Prosimy krótką wersję. – Maria przerwała wywód SI. 

– W zaistniałej sytuacji Teegarden b jest najrozsądniejszym wyborem. 

– Też tak uważam. Głosowanie zamknięte – stwierdziła Maria. – Coś jeszcze? 

– Nie wiemy, co nas tam czeka – odparł szybko mężczyzna. 

– To, co widziałam w układzie Ross 128, też nie napawa optymizmem. 

– Nieaktywny czerwony karzeł, znacznie młodszy od Teegardena. Rossalyn krąży po bezpiecznej orbicie jedenastu milionów kilometrów. Rok trwa tam dwa razy dłużej niż na Teegardenie. – Eryk nie dawał za wygraną. 

– Czyli całe dziesięć ziemskich dni. – Maria aż prychnęła. – Zresztą, jakie to ma znaczenie? Przegrałeś głosowanie trzy do jednego. Gen, ja i cała ekipa Langstroma jesteśmy za Teegardenem. 

 

*** 

 

Genetrix doskonale wiedziała, że załoga Ekspansji potrzebuje teraz konkretnego celu. Zadania, które nada sens ich życiu i skieruje myśli ku nowemu wyzwaniu. To byli ludzie czynu, gotowi na poświęcenie i przyzwyczajeni do działania w sytuacjach stresowych. 

Kiedy więc zażegnali pierwszy wewnętrzny konflikt, zwiększyła dawkę środków uspokajających rozpylonych w powietrzu i przedstawiła im szczegóły planu Langstroma, dotyczące źródła niezainfekowanego DNA, które musieli pozyskać. 

Okazało się, że zdaniem autorów programu ratowania ludzkości, z wielu względów jedynym sposobem gwarantującym powodzenie misji było pobranie materiału z grobów osób zmarłych na długo przed pojawieniem się Endymiona. Ku ogólnemu zaskoczeniu Eryk znacznie gorzej zniósł te rewelacje. 

– To szaleństwo! I to ty jesteś wierząca?! Co z twoim Bogiem? – Miotał się po kabinie, nie kryjąc oburzenia. 

Maria przyglądała mu się ze spokojem.

– Myślę, że Bóg nie potępi ratowania życia. Bez względu na sposób, w jaki tego dokonamy. Znasz przypowieść o Łazarzu? 

– No właśnie. To już nigdy nie będzie cywilizacja człowieka. Zastąpi ją makabryczna cywilizacja genetycznych Łazarzy! 

Cały spokój Marii wyparował w jednej chwili. 

– Nazywaj ich, jak chcesz. Albo pogódź się z tym, że innej ludzkości nie będzie! – odparła z pasją. 

– I może nie powinno być? Chcesz się bawić we wskrzeszanie zmarłych? Zmartwychwstanie cywilizacji? Myślisz, że jesteś jakimś bożym powiernikiem? Nie widzisz, do czego dopuścił? Twój Bóg nie ma już żywych wyznawców poza tobą! Jesteś ostatnia i najwyraźniej przegapiłaś Apokalipsę! – wykrzyczał i zaraz pożałował swoich słów. 

Maria wyglądała na wstrząśniętą. Patrzyła na niego jak na obcego człowieka i Eryk wystraszył się tego, jak mocno ją zranił. 

– A co z naszą etyką? – zapytał ostrożnie. 

Odpowiedziała mu lodowatym tonem: 

– Nie ma etyki bez społeczeństwa. Przed jakim to audytorium odpowiemy, jeśli teraz popełnimy grzech zaniechania? Niech nas ocenią następne pokolenia, ale żeby były jakieś następne pokolenia, musimy zapomnieć o twoich bioetycznych abstrakcjach. Chyba że naprawdę chcesz, żebyśmy byli ostatnimi ludźmi w historii homo sapiens

– I tak będziemy ostatnimi ludźmi. To, co zrodzi się z tego eksperymentu, to nie będą ludzie – odrzekł z przekonaniem. 

– To wszystko, co nam pozostało – powiedziała cicho. – Potraktuj to jak testament naszego gatunku. A my jesteśmy jego wykonawcami. 

W oczach Eryka wciąż błyskały pioruny, ale głos miał niespodziewanie spokojny.

– Nie prosiłem o ten zaszczyt. 

Podniósł się ciężko z fotela i wyszedł. Potem zamknął się w swojej kabinie. 

 

*** 

 

Przez kolejne dni chował się w prywatnej przestrzeni, unikając Marii i schodząc jej z drogi, kiedy po powrotach z Ziemi krzątała się w okolicach doku lub laboratorium. Jednocześnie doskwierało mu przygnębiające poczucie samotności, wobec której nawet farmakologia była bezradna. Dlatego, gdy tylko prom z Marią opuszczał dok Ekspansji, Eryk zasiadał przy pulpicie w kabinie centralnej i wypatrywał jej powrotu. W tym samym czasie lustrował powierzchnię planety i przestrzeń wokół w poszukiwaniu najmniejszych oznak życia. 

– Gen, jesteś pewna, że nikt nie przetrwał? Nie pytam o habitaty orbitalne, ale Księżyc? Mars? Stacja na Europie? Może baza na Tytanie? Od naszego startu Układ Słoneczny na pewno się zaludnił… Ktoś musiał przeżyć! – Trzasnął dłonią w pulpit. 

– Niestety. Według moich danych załogi wszystkich pozaziemskich obiektów są martwe. Mam potwierdzenie od pokładowych SI, które nadal funkcjonują w trybie uśpienia. Zgodnie z wytycznymi Langstroma aktywowałam bezzałogową stację przemysłową na Księżycu. To obiekt militarny, funkcjonowała tam autonomiczna, wielofunkcyjna fabryka zbrojeniowa. Dostarczy nam między innymi nowy moduł laboratoryjny, inkubatory, fabrykę 3D, pręty paliwowe oraz pluton wielozadaniowych droidów wyposażonych w samouczące SI. Ich programowaniem zajmę się zaraz po przyjęciu transportu na pokład.

– A załogi innych statków? Przez pół wieku przed endemią nie wysłali nikogo, kto by wrócił i uniknął skażenia? 

– Nikt poza wami nie uniknął skażenia. 

– Więc co to jest? – zapytał Eryk i postukał palcem w monitor, wskazując cień zasłaniający spory wycinek nieba. Celowo nie wspomniał, że zauważył, jak nachalnie pokładowa SI podsuwa mu ten widok pod nos. 

Genetrix odpowiedziała natychmiast.

 – Xīn de Shǔguāng. Nowy Świt. Chiński statek kolonizacyjny o napędzie termojądrowym.

 – Kolonizacyjny? – Eryk zmarszczył czoło. – Więc co on robi na orbicie? 

– Został zawrócony podczas lotu na Proximę Centauri b. 

– Zawrócony? Dlaczego? Albo czekaj, wyślij mi te informacje na mój panel osobisty – zdecydował, gdy dostrzegł w rogu ekranu prom powracający z powierzchni. 

Godzinę później opuścił prywatną kabinę i zszedł na dolny pokład w poszukiwaniu Marii. Znalazł ją w module laboratoryjnym. 

– Przynoszę dary – oznajmił od progu pojednawczym tonem, unosząc w górę dwa kubki z kawą. 

Niechętnie oderwała się od pracy, ale kawę przyjęła z uśmiechem. Przygaszonym. Oboje uśmiechali się rzadko i nieśmiało, uważając, że w zaistniałej sytuacji nie wypada inaczej. 

– To jeszcze nie wszystko – zaznaczył. – Właśnie dowiedziałem się, że niedaleko nas orbituje statek międzygwiezdny z wymarłą załogą… 

Przyjrzała mu się z zainteresowaniem. Odczekał jeszcze chwilę dla zwiększenia efektu.

– Kilkadziesiąt lat temu, w pierwszych miesiącach endemii, Chińczycy wysłali na Proximę b dwustu dwudziestu niespokrewnionych ze sobą obywateli. Oficjalnie reprezentujących sześć najliczniejszych narodów Państwa Środka. W rzeczywistości większość pasażerów stanowili zapewne potomkowie prominentów i dygnitarzy oraz elity finansowej kraju. 

Maria uśmiechnęła się z przekąsem. 

– Pamiętaj, że znasz Chiny sprzed ponad wieku. Może przez ten czas coś się u nich zmieniło? Tak czy inaczej, nie przygotowaliby takiej misji w kilka miesięcy. I to w trakcie endemii. 

Eryk przytaknął i kontynuował: 

– Oczywiście, Nowy Świt powstał znacznie wcześniej jako Krok w Przyszłość. Pierwotnie miała to być kilkuosobowa misja naukowa badająca układ Proximy Centauri, jednak w nowych okolicznościach statek został przebudowany i załadowano na niego kilkaset komór hibernacyjnych oraz laboratorium z inkubatorami. Wszyscy pasażerowie w chwili startu uchodzili za zdrowych. Przez cały czas lotu ich stan monitorowała pokładowa SI. Niestety, po około dwudziestu latach u wszystkich członków załogi wykryto objawy infekcji passimusem. Zgodnie z protokołem statek zawrócił z kursu, a pasażerów uśmiercono. Kiedy dotarł na orbitę Ziemi, nie było już nikogo, kogo obchodziłby los statku i załogi, dlatego stał się latającym grobowcem. Dwukrotne hamowanie i skomplikowany lot powrotny sprawiły, że zjawił się tutaj niedługo przed nami. 

Maria pokręciła głowa z niedowierzaniem. 

– To nadal czysta desperacja. Przecież tam jest zabójcze promieniowanie. 

Eryk wzruszył ramionami. 

– Zabrali ze sobą maszyny górnicze, więc pewnie chcieli zacząć swój nowy świt pod powierzchnią planety. Ale to nie wszystko. Mieli jeszcze jednego asa w rękawie.

Nie był zaskoczony tym, że Maria od razu domyśliła się, o co chodzi. Oboje słyszeli o podobnych przymiarkach jeszcze przed rozpoczęciem misji na Ross 128 b. 

– Modyfikacje genetyczne? 

Znów skinął, przypatrując się Marii uważnie. Dostrzegł w jej oczach nadzieję. 

– My odrzuciliśmy takie rozwiązanie jako nieetyczne. Priorytetem było znalezienie planety podobnej do Ziemi, a nie formowanie ludzi pod wymogi obcych światów – stwierdziła. 

– „Xīwàng”, chiński program kolonizacji układu Proxima Centauri b, zakładał głębokie modyfikacje genetyczne – wyjaśnił Eryk. – Rozwinęli metodę Charona i kontynuowali badania Wendlera. Jednak prace w tym kierunku rozpoczęto znacznie wcześniej. Pionierskie eksperymenty przeprowadzili już w czasach tworzenia pierwszej chińskiej bazy marsjańskiej. Oczywiście nie objęli tym programem pasażerów Świtu. Przygotowali pokładową SI do przeprowadzenia adekwatnej modyfikacji pobranych próbek DNA oraz potomstwa załogi. I dopiero po dokładnej analizie środowiska. Chcieli dostosować do warunków zastanych na planecie pierwszą lokalną generację kolonistów oraz zachować pożądane profile w kolejnych pokoleniach. Według Gen nasze nowe laboratorium najprawdopodobniej poradziłoby sobie z takim zadaniem. Potrzebujemy tylko ich know-how.

– To byłby dla nas ogromny krok do przodu. Chciałbyś spróbować? – zapytała nieśmiało.

Eryk wzruszył ramionami. 

– O etyce już rozmawialiśmy. Decydując się na pierwszy krok planu Langstroma, wyrzuciliśmy dylematy etyczne na śmietnik historii. Nieprawdaż? Bóg poszedł w odstawkę. Razem z Heglem, Potterem i Hellegersem. 

Oczy Marii aż zaświeciły. Wspięła się na palce i dała mu całusa. A potem zadała najważniejsze pytanie: 

– Genetrix, czy potrafisz złamać zabezpieczenia i skopiować dane dotyczące projektu „Nadzieja”? 

– To nie będzie konieczne. Wszystkie zabezpieczenia zostały zdjęte. SI nadrzędna Xīn de Shǔguāng chętnie podzieli się informacjami dotyczącymi programu „Xīwàng”. Właśnie transferuję dane. 

Spojrzeli na siebie ze zdziwieniem. 

– Mówiłam, że pamiętasz inne Chiny – stwierdziła z satysfakcją Maria, a potem zwracając się do Gen, zapytała: 

– Jesteś pewna, że nasze laboratorium poradzi sobie z realizacją programu? 

– Nie powinno być żadnych problemów. 

Eryk poczuł kluchę w gardle; w oku Marii dostrzegł łzę wzruszenia. Z wrażenia uścisnęli sobie dłonie, pieczętując pierwszy mały sukces na długiej drodze ku nowej przyszłości. 

 

*** 

 

Następnego dnia, w oczekiwaniu na transport z bazy księżycowej, opróżnili magazyny i zewnętrzne moduły ładunkowe. Nikogo już nie interesowały ich cenne zdobycze, próbki i znaleziska z Rossalyn. 

Eryk stanął przy głównym ekranie i przyglądał się z żalem, jak dorobek misji, dla której poświęcili tak wiele, odlatuje w kosmos. 

Po chwili triumfu, jaki czuł przed powrotem na Ziemię, teraz wszystko się zawaliło. Ludzie zainteresowani tym sukcesem i na których uznanie liczył – od dawna nie żyli. Odeszli nawet ci, których jego osiągnięcia zupełnie nie obchodziły. A nazwa ich statku wydała mu się teraz ponurą kpiną. 

– Daj spokój. To, czego teraz dokonamy, będzie nieporównywalnie ważniejsze. – Nawet nie usłyszał, kiedy Maria stanęła za jego plecami. 

– Chyba nie sugerujesz, że bardziej mnie martwi fakt, że nie mam przed kim się pysznić, niż to, że wymarł mój gatunek? – odparł gorzko. 

Potem uciekł w pracę, odmawiając udziału w kursach promu na Ziemię. Zajął się logistyką i przygotowaniami do lotu, obarczając partnerkę obowiązkiem budzącym jego sprzeciw i odrazę. 

W swoich poszukiwaniach Maria kierowała się wytycznymi grupy Langstroma. Lista obejmowała zapomniane, odizolowane miejsca w mniej zaludnionych obszarach globu: Wyspy Owcze, Hawaje, wschodnią Europę, Mongolię. Tam, pod osłoną pola siłowego, penetrowali stare cmentarze. 

Eryk dostrzegał w tym ponury żart – Maria nazywała towarzyszące jej droidy Aniołami, on widział w nich hieny grzebiące w grobach w poszukiwaniu nadziei. 

Wkrótce zauważył też, jak bardzo zatraciła się w swojej misji. Większość czasu spędzała na Ziemi lub w laboratorium, sortując i zabezpieczając zebrany materiał. W nielicznych chwilach odpoczynku planowała następne wypady na powierzchnię, a gdy skończyła się lista Langstroma, szukała kolejnych lokalizacji na własną rękę. Walczyła przy tym o każdą próbkę, a te, które musieli niszczyć, podejrzewając skażenie, starała się zastąpić dwiema nowymi. 

– Każda z nich jest bezcenna – przekonywała, gdy przebąkiwał o odlocie. – Każda z nich przyspieszy odbudowę zdrowej populacji i wzbogaci pulę genów!

Wiedziała, że mógłby użyć ostatecznego argumentu – wystarczyłoby zmienić cel lotu i mieliby wystarczająco czasu na zebranie kilkukrotnie więcej próbek – i zapewne była wdzięczna, że nigdy tego nie zrobił. 

Kiedy jednak Ekspansja była gotowa do drogi i nieubłaganie zbliżał się czas zamknięcia okna dla Barana, Eryk stanął w drzwiach prowadzących do doku, zagradzając Marii drogę. 

– Wystarczy. 

Popatrzyła na niego ze zdumieniem w podkrążonych oczach i bezskutecznie spróbowała przecisnąć się przez drzwi. 

– Mamy tylko tę jedną szansę. Lot na Teegardena to lot w jedną stronę. Nie wrócimy po więcej, a możemy uratować jeszcze sporo ludzi! – tłumaczyła wzburzona. 

Nie ruszył się z miejsca, przyglądając się ze smutkiem jej zmęczonej twarzy, potarganym włosom i kruchym ramionom, teraz przygarbionym, jakby dźwigały ciężar całego świata. W sumie tak właśnie było. 

– Przecież my nikogo nie ratujemy, Mario. Oni wszyscy od dawna nie żyją – odpowiedział. Zaraz jednak ugryzł się w język i dodał: – Jeśli nie zabierzemy się teraz, utkniemy tutaj na jedenaście lat. 

Ochłonęła i zastanowiła się nad jego słowami. Wreszcie skinęła głową. 

– To będzie ostatni kurs, obiecuję. Mamy ponad trzy tysiące próbek. 

To nie był ostatni kurs. 

 

***

 

Wieczorem dwa dni przed odlotem Eryk zapukał do kabiny Marii i bez słowa położył się obok niej, a ona objęła go w milczeniu. Kochali się długo i spokojnie. Z początku nieśmiało, jakby to był ich pierwszy raz, bo czuli niestosowność tego, co robią. Z czasem się zapomnieli, zwalając swój stan na prochy, którymi szprycowała ich Genetrix. 

Po wszystkim, gdy leżeli objęci w ciemnościach, Maria wyszeptała słowa, które miały być żartem, ale go wystraszyły. 

– Gdybym się nie obudziła. Tam, na Teegardenie. Zrób, co trzeba, a potem połóż się do sarkofagu. Daj czas dorosnąć tym wszystkim dziewczynom. Trzydzieści pięć lat wystarczy? Albo lepiej czterdzieści. A potem pokochaj jedną z nich, jeśli zgodzi się spędzić resztę życia z facetem w masce tlenowej. 

Zesztywniał w jej ramionach. 

– Przestań myśleć o nich jak o jakichś zombie. To będą ludzie. Tacy sami jak ty i ja – zapewniła. 

– Nawet jeśli, to mógłbym być pradziadkiem ich wszystkich. 

Uniosła głowę i spojrzała na niego w ciemnościach rozświetlonych tylko przez gwiazdy, zaglądające do kabiny przez ekran na suficie. 

– I tu się mylisz. Teoretycznie to oni będą starsi od ciebie, i to sporo. Nie wiem jak w praktyce… 

– Zatem w obie strony wygląda to na nekrofilię – odparł, nie podejmując żartobliwego tonu.

Maria położyła mu palec na ustach i powiedziała: 

– Jutro lecę ostatni raz. To będzie mały cmentarz we wschodniej Europie. Kto wie, może właśnie stamtąd przywiozę jakąś fajną dziewczynę dla ciebie? 

 

*** 

 

Powrót promu obwieściły wszystkie systemy alarmowe Ekspansji, dlatego Eryk rzucił pracę i pobiegł do śluzy, która, ku jego przerażeniu, wciąż była zamknięta. 

– Co się stało?! – krzyczał do Genetrix, ale nie dostał odpowiedzi. Wstrząsnęła nim myśl, że Maria uległa infekcji i Gen nie wpuści jej na pokład. A potem każe zdezintegrować i wyrzucić w kosmos. Stał wpatrzony w lampkę nad śluzą, czekając w napięciu na wyrok.

Zielone. 

Właz rozsunął się z sykiem i do przedsionka wkroczyła Maria. Blada jak trup i roztrzęsiona. 

– Tam byli żywi ludzie – wydukała z trudem. 

– Jesteś pewna? Widziałaś ich? 

– Tylko cienie. Snuły się jak widma wokół pola siłowego. Na pewno przed naszym lądowaniem kręciły się po miejscach, w których zbieraliśmy próbki. 

– Uspokój się, proszę. To niemożliwe. Przywidziało ci się. Sensory nie wykryły tam żadnych śladów życia. A gdyby nawet… Przecież po to właśnie Langstrom opracował te wszystkie procedury. Zanim uruchomiliście pole, cmentarz został wypalony do ostatniego passimusa półtora metra w głąb ziemi. 

– Tak. Wiem. – Odwróciła wzrok. Wciąż się trzęsła. 

Eryk chwycił ją za ramiona. 

– Więc o co chodzi? – zapytał z niepokojem. – Chcesz tam wrócić i ich ratować? Przecież wiesz, że to niemożliwe… 

Gdy spojrzała na niego, w jej oczach dostrzegł tylko strach. Natychmiast zrozumiał swój błąd. 

Maria potrząsnęła głową. 

– Wręcz przeciwnie! Chcę, żebyś nas zabrał stąd jak najszybciej!

Kiedy Genetrix potwierdziła gotowość do lotu i wyznaczyła start na południe następnego dnia, opadło z nich całe napięcie minionych tygodni. To były ich ostatnie chwile w Układzie Słonecznym. Powtórne i ostateczne pożegnanie z Ziemią. Wygasili światła i przytuleni do siebie zalegli na macie termicznej rozłożonej na podłodze kabiny centralnej. Potem Eryk otworzył butelkę wina, które przechowywali przez te wszystkie lata z myślą o świętowaniu sukcesu wyprawy na Rossalyn po szczęśliwym powrocie. 

Wpatrzeni w błękitną planetę, wyświetlaną na wielkim ekranie, wznieśli toast za wszystko i wszystkich. 

 

*** 

 

Orbitę geostacjonarną Teegardena b osiągnęli po sześćdziesięciu siedmiu latach, trzech miesiącach i czterech dniach czasu pokładowego, podróżując z prędkością bliską jednej piątej prędkości światła i poświęcając kilka lat na hamowanie w pobliżu gwiazdy Teegardena. 

Egzoplaneta, skąpana w lichym blasku czerwonego karła, którego masa wynosiła mniej niż jedną dziesiątą masy dwukrotnie młodszego Słońca, okrążała gwiazdę macierzystą w odległości ponad czternaście razy mniejszej niż dystans dzielący Słońce i Merkurego. Poruszając się po tak ciasnej orbicie, Teegarden b potrzebował niespełna pięciu ziemskich dni, by wykonać pełny obieg wokół swojej gwiazdy. Tyle właśnie trwał tutejszy rok. 

Jednak tak bliskie położenie względem czerwonego karła pozwalało obu planetom, bo całkiem niedaleko krążył mroźny Teegarden c, znaleźć się w ekosferze gwiazdy. I mimo że jej jasność była zaledwie ułamkiem jasności ziemskiego Słońca, na powierzchnię pierwszej planety układu docierało około dziesięciu procent więcej światła słonecznego niż na Ziemię. Doba trwała tutaj nieco ponad osiemnaście ziemskich godzin, a dzięki odpowiednio gęstej atmosferze średnia temperatura na Teegardenie b nie przekraczała trzydziestu stopni Celsjusza, co pozwalało utrzymać na jej skalistej powierzchni wodę w stanie ciekłym. Całe oceany wody. 

 

*** 

 

Eryk znów wybudził się z hiberstazy ogarnięty niepokojem, lecz tym razem czuł również strach. Pierwsza jego myśl jak zawsze dotyczyła Marii i kiedy odkrył, że mleczna kopuła drugiego sarkofagu pozostała nieprzenikniona, a symbole na jej powierzchni mają kolor czerwieni, dostał napadu paniki. 

– Gen! – zawołał, ale odpowiedziała mu cisza. 

Opanował się, ze spokojem poczekał, aż sarkofag wycofa wszystkie przewody podłączone do ciała, i pozwolił przebadać się automedowi. Na tym jego cierpliwość się skończyła i opuścił hibernakulum biegiem, zmierzając prosto do centrali. Wciąż osłabiony i skołowany po hiberstazie, zataczał się i obijał o ściany korytarza, ale gniew podszyty rozpaczą napędzał jego ciało i pchał do celu. 

– Uruchom procedurę wybudzania i otwórz sarkofag Marii, Gen – zażądał, przekraczając próg głównej kabiny statku. 

– Odmawiam. Maria wykazuje objawy wskazujące na zainfekowanie Endymionem. 

Mocno poirytowany poszukał wzrokiem receptora SI, który zielenią wskazywałby aktywność. Gen życzyła sobie najwidoczniej, by rozmówca zwracał się do czujnika umieszczonego w suficie. Jej ostrożność wkurzyła go jeszcze bardziej.

– Co to za bzdury! Gdyby Maria była zarażona, ja też miałbym to gówno w sobie! – wykrzyczał, zadzierając głowę. 

– Rozważałam taką opcję. 

Po tych słowach zapadła złowroga cisza, podczas której Eryk zastanawiał się, co dokładnie SI miała na myśli. 

– W twoim organizmie nie znalazłam śladu patogenu – podjęła uspokajającym głosem. – Analizowałam dostępne dane i doszłam do wniosku, że we wczesnym okresie inkubacji, a stosując terminologię analogiczną do procesu replikacji innych patogenów, na etapie adsorpcji i penetracji, Endymion nie infekuje. To jedyne sensowne wyjaśnienie. 

Eryk spuścił głowę. 

– Obudź Marię. Nawet jeśli rzeczywiście jest chora, jedyną osobą, którą może zarazić tym świństwem, jestem ja, nikt więcej – poprosił zrezygnowany. 

– Odmawiam. Nie wolno mi świadomie narażać zdrowia i życia członka załogi. Dodam jeszcze, że wybudzenie z hiberstazy z pewnością przyspieszy objawy infekcji passimusem. Dopóki Maria pozostaje w stanie hibernacji, ten proces, a co za tym idzie – jej śmierć, będą opóźnione. Mogę ci również obiecać, że nie poprzestanę i w oparciu o dane dostarczone przez Langstroma nadal będę szukała sposobu na neutralizację Endymiona. Niestety, w naszych warunkach badanie Marii i pobieranie próbek passimusa jest zbyt ryzykowne i nie wchodzi w grę. 

Eryk zaklął w duchu. Z takimi argumentami nie miał zamiaru dyskutować. Dopóki Maria żyje, żyć będzie nadzieja. Kto wie, co przyniesie jutro? 

Odetchnął głęboko. Wciąż dygotał na całym ciele. Dopiero teraz skierował wzrok na ekran główny z widokiem na obcą planetę. Dlaczego Maria nie ogląda tego razem z nim? To był jej wybór. Jej świat. Nie chciał spędzić następnych lat samotnie, jako jedyny człowiek pamiętający to wszystko, czym była Ziemia. A potem żyć wśród ludzi, którzy już raz umarli. Bez wsparcia Marii, bez jej zapału i wiary w misję. 

– Nasz nowy dom – oznajmiła niespodziewanie Genetrix, wyrywając Eryka z odrętwienia. Jej ciepły głos przypomniał mu głos matki, która ciągała synów po świecie w życiowej misji przywracania bioróżnorodności przyrody i stając przed kapsułą rodzinną jakiegoś zapyziałego hoteliku w Kinszasie, mówiła ze szczerym entuzjazmem: oto nasz nowy dom.

Eryk przygryzł wargę, spoglądając na osobliwą panoramę roztaczającą się na głównym ekranie. 

– Dałaś mi jakieś prochy? – zapytał cicho. 

– Nic specjalnego, Eryku. Przyjąłeś standardową dawkę środków aplikowanych po przebudzeniu. Uznałam, że po wcześniejszych doświadczeniach z taką stratą sobie poradzisz. 

Jednak mało wiesz o ludziach, pomyślał z goryczą. 

– Daj mi podwójną dawkę tego, co poprzednim razem. 

Swoją pierwszą noc na orbicie nowego świata spędził przytulony do kopuły zamkniętego sarkofagu. 

 

*** 

 

Rano wstał i powłócząc nogami, skierował się do kabiny centralnej. 

– Próbki z ostatniego wypadu na powierzchnię… 

– Usunęłam je z pokładu statku. Podobnie jak rzeczy osobiste, z którymi Maria miała kontakt po ostatnim locie na Ziemię. Gdybym wzięła pod uwagę wszystkie kursy promu, pewnie musielibyśmy zrewidować nasze plany. Założyłam jednak, że to właśnie ostatnia wyprawa na powierzchnię jest najprawdopodobniejszą przyczyną infekcji. Przeanalizowałam zapisy późniejszej aktywności Marii na pokładzie i udało mi się zachować kilka przedmiotów. Pomyślałam, że mogą mieć dla ciebie wartość sentymentalną. Znajdziesz je w magazynie. 

Nie przestajesz mnie zaskakiwać, Gen, pomyślał, ale wydusił z siebie tylko krótkie „dziękuję”. 

Przemierzając korytarze statku w drodze do magazynu, zastanawiał się nad przewrotnym losem, który raz za razem zmuszał ich do wyrzucania w kosmos, kawałek po kawałku, samych siebie. Przeszłości i jej nieistotnych teraz celów oraz wartości, ale także teraźniejszości. Liczyła się już tylko cudza przyszłość. 

Życie ostatniej kobiety urodzonej na Ziemi zmieściło się w szarym pudle z tworzywa sztucznego o wymiarach kartonu po butach. Kilka drobiazgów, mała kula śnieżna z miniaturowymi saniami Świętego Mikołaja oraz książka – wybór wierszy Keatsa. Maria lubiła takie staroświeckie gadżety i uwielbiała Keatsa. 

Eryk był zaskoczony, że znalazł tomik wśród rzeczy, z którymi Maria nie miała kontaktu od dłuższego czasu. Przyglądając się wytartej okładce, zauważył czerwoną tasiemkę służącą za zakładkę i otworzył książkę w zaznaczonym miejscu. Cienka linia naniesiona ołówkiem podkreślała kilkuwersowy fragment, z jakiegoś powodu ważny dla Marii i warty wyróżnienia. Eryk przeczytał go na głos: 

 

Dziwne, że błądząc ziemską ścieżką snu, 

Wśród klęsk i nieszczęść ostrych jak kamienie, 

Nie śmiemy myśleć, chociaż brak już tchu, 

Że ten cień, który kresem jest – to przebudzenie.*

 

Zatrzasnął książkę z hukiem. Kiedy Maria zaznaczyła ten fragment? Czy zrobiła to dla niego? A jeśli… Wbrew sobie zaczął zastanawiać się nad ukrytymi konsekwencjami takiego rozumowania. 

Nie! Maria nie zrobiłaby mu tego! Nie poddałaby się i nie ryzykowała powodzenia misji. Tylko dzięki niej i dla niej to wszystko miało sens! 

Zasępiony, z książką przytuloną do piersi, pomaszerował na sztywnych nogach do sali głównej. Nowy świat wciąż był na swoim miejscu. Cichy, spokojny, jakby pogrążony we śnie. Tak bardzo pusty i obcy. 

 

*** 

 

Przez następne miesiące, niczym jakiś bożek skryty za nieboskłonem, nadzorował rozwój kolonii z perspektywy orbity geostacjonarnej, okiem sond lub za pośrednictwem Aniołów. Przypominało mu to trochę archaiczną grę, w której gracz zaczynał od prowadzenia małej osady, by pod koniec zarządzać wysoko rozwiniętą cywilizacją. Różnica polegała nad tym, że Eryk miał nigdy nie poznać zakończenia rozgrywki. 

Przeglądając pierwsze raporty na temat obcego świata, przecierał oczy ze zdumienia. Jak się okazało, oceany Teegardena b zamieszkiwały bakterie i proste organizmy, które wzbogaciły atmosferę w tlen. Było go jednak mniej niż na Ziemi. Za to na powierzchnię planety docierało nieco więcej promieniowania UV emitowanego przez gwiazdę macierzystą. Jednak nawet uwzględniając wszelkie trudności i niesprzyjające warunki, nadal mieli do czynienia z prawdziwą Ziemią 2.0. Obiecał sobie, że przy pierwszej okazji przeprosi Marię. Gotów był nawet nazwać to wszystko boskim cudem. Byleby tylko była tu z nim. 

Po dalszych badaniach, gdy spektrometry sond dostarczyły bardziej szczegółowych informacji na temat nowego świata, laboratorium przystąpiło do pracy nad zebranym materiałem genetycznym. Jednocześnie ruszyła budowa pionierskiej bazy na jednym z lądów Teegardena b. 

Najpierw wysłali droidy, fabrykę 3D oraz transformator materii zasilany minireaktorem jądrowym. Potem moduł laboratoryjny. Wokół niego wkrótce powstała główna kopuła stacji z przylegającymi do niej magazynami. Pod kopułę trafiły również inkubatory, a obok niej droidy wybudowały pierwsze baraki mieszkalne, przy których stanęły syntezatory żywności i farma fotowoltaiczna. Z pierwszej setki pomyślnie zmodyfikowanych próbek udało się wskrzesić siedemdziesięciu sześciu małych kolonistów, dorastających teraz pod opieką wydzielonej części przeprogramowanych opiekunów. Produkcja kolejnych pokoleń nowej ludzkości miała przebiegać w pięcioletnich cyklach, liczonych według ziemskich lat. 

Eryk wciąż widział w mieszkańcach kolonii ożywieńców, owoce obrzydliwej, naukowej nekromancji. W myślach wciąż nazywał ich Łazarzami, a w chwilach słabości z przerażeniem odkrywał w sobie mroczne, odpychające myśli – o tym, że prawdziwa ludzkość odeszła, przeminęła. Że miała swoje lepsze lub gorsze chwile i być może to, co osiągnęła, było jej nieuniknionym kresem. A wtedy przemykało mu przez głowę, że gdyby zechciał, z łatwością mógłby zniszczyć osadę i zakończyć to wszystko. Być może z obawy przed takimi myślami coraz rzadziej podglądał osadników i więcej czasu spędzał w hibernakulum. Tam przynajmniej zasypiał i budził się z ułudą, że jest bliżej Marii. 

A za dnia błąkał się po pustych ładowniach, których zawartość dawno przetransportowano na powierzchnię planety. Zasoby kultury, nauki, sztuki, zapisane w pamięci komputerów, wszystko to czekało na ponowne odkrycie. Poza jedną informacją. Na prośbę Marii została ona usunięta ze wszystkich baz danych. Nawet z autonomicznej pamięci Aniołów. Prawdziwe pochodzenie odrodzonego człowieka miało pozostać tajemnicą. 

Druga jej prośba dotyczyła nazwy dla nowego świata. Chciała, by mieszkańcy nazywali go Niebem. Eryk cieszył się, że Maria nie zobowiązała go do wypełnienia tej obietnicy przed pożegnaniem, bo jego zdaniem nowy świat zasługiwał na całkiem inną nazwę. Wprowadził ją do pamięci opiekunów, licząc, że Maria mu wybaczy. 

Aż wreszcie pewnego dnia postanowił odpocząć. 

– Mam prośbę, Genetrix. – Jego głos rozbrzmiał w pomieszczeniach Ekspansji po raz pierwszy od wielu dni. 

– Co mogę dla ciebie zrobić, Eryku? 

Uśmiechnął się pod nosem. 

– Idę spać. Przypilnuj wszystkiego i obudź mnie za dziesięć lat. Albo wcześniej, ale tylko jeśli znajdziesz sposób, by pomóc Marii… Lub gdy dojdzie do jakiejś katastrofy – dodał po chwili. 

Kładąc się w sarkofagu, spróbował wyobrazić sobie swoje przebudzenie. Radosny dzień, kiedy otworzy oczy i to wszystko okaże się koszmarnym snem. Potem zapadł się w otchłani hiberstazy, wypatrując Marii. 

 

*** 

 

Zaraz po obudzeniu, w pierwszym odruchu, spojrzał z nadzieją na drugi sarkofag. Mleczna pokrywa wciąż skrywała wnętrze, a bok zdobiły czerwone symbole i Eryk przez chwilę rozważał, czy nie hibernować się na kolejne dziesięć lat. 

Miał jednak świadomość ryzyka, jakie niosła ze sobą każda kolejna wizyta w komorze. Nie miał złudzeń, hiberstaza z pewnością wpływała na ludzki organizm i bez wątpienia był to wpływ niekorzystny. Zdawał sobie również sprawę, że najprawdopodobniej nikt przed nim nie hibernował równie często i długo. Spodziewał się, że prędzej czy później jego ciało odmówi posłuszeństwa. O ile wcześniej nie dojdzie do awarii nadmiernie eksploatowanego sarkofagu. 

Później, gdy po badaniach kontrolnych zasiadł z kubkiem kawy w kabinie centralnej, zapatrzył się w obraz niezmiennie obcego świata i powiedział: 

– Miałem sen. 

Genetrix jak zawsze była obok i słuchała. 

– Obawiam się, że to niemożliwe, Eryku. Nie stwierdzono występowania marzeń sennych w hiberstazie. 

Zignorował ją i kontynuował: 

– W tym śnie byłem dozorcą cmentarza, z którego nocami uciekali zmarli. Starym wdowcem, który miał tylko gadającą papugę. Jak myślisz, co może oznaczać taki sen? 

– Nie potrafię interpretować snów. 

– Postaraj się, Gen. Zrób to dla mnie. 

– Samotność – odpowiedziała po długim milczeniu. 

Po tej rozmowie godzinami snuł się po pustych pokładach, nie mogąc znaleźć sobie miejsca i unikając wzrokiem części korytarza prowadzącej do hibernakulum. 

 

Wieczorem, gdy w ciszy przeglądał raporty z przespanych lat, Genetrix powiedziała mu o swoim odkryciu. 

– Trzy lata temu jedna z sond wysyłanych w góry odnalazła ślady, mogące być dowodem na istnienie wyższego życia. Miejscowego lub spoza planety. 

Zaśmiał się w duchu, podejrzewając podstęp, który miał go wyrwać ze stanu apatii. Ten stan z pewnością martwił pokładową SI.

– Nie mówię o bakteriach w oceanie – kontynuowała Gen. – Pamiętaj, że to naprawdę stara planeta. 

– To epokowe odkrycie. Dlaczego mnie nie wybudziłaś? – zapytał beznamiętnym głosem. Wiadomość nie wywołała jego entuzjazmu. Teraz? Tutaj? Jak ma się tym cieszyć? 

– Przecież to nie katastrofa – odrzekła spokojnie Genetrix. 

– I co to za ślad? Odcisk stopy? Zbiorowy grobowiec? – Czy SI słyszała sarkazm w jego głosie? 

– To tylko kamień znaleziony przed wejściem do jaskini – odparła z urazą. – Masz go przed sobą. 

Eryk omiótł wzrokiem pulpit i znieruchomiał. Przed oczami miał z pewnością dzieło rąk innego gatunku. Owalny przedmiot ozdobiono wzorem, który zdawał się pulsować, a kolory, jakimi go naniesiono, bez wątpienia należały do świata na dole. 

– Myślę, że najwyższy czas odwiedzić kolonię – zdecydował. 

 

*** 

 

Był przekonany, że po jego dobrowolnej, dziesięcioletniej kwarantannie Genetrix zgodzi się, by zabrał jedynie maskę tlenową, ale SI uparła się, żeby założył pełny skafander. 

– Wiesz, że nie chodzi o ciebie, Eryku – tłumaczyła i nawet nie protestował. 

Oczywiście, że nie chodziło o niego, rozmyślał, posłusznie poddając się trzeciej z rzędu dezynfekcji. Już dawno nie chodziło o niego. Był tylko reliktem przeszłości, wciąż sprawiającym potencjalne zagrożenie. Poza tym – zbędnym i przestarzałym. I nie dało się go naprawić. Ani w środku, ani na zewnątrz. 

Posadził prom kilkaset metrów od skraju osady. Wygasił silniki i przez długi czas w ciszy przyglądał się dziwnemu krajobrazowi. 

Szary piasek, jakby gąbczaste skały, dalekie postrzępione szczyty – wszystko wyglądało inaczej i nienaturalnie. Być może z powodu kolorów, odmienionych w jakiś nieuchwytny sposób. Wzdrygnął się na widok oceanu – światło obcej gwiazdy nadało mu barwę niespotykanego fioletu. Prawdziwy ocean, który znał i pamiętał z wakacji na Hebrydach, nigdy nie przybierał takich odcieni. 

Potem zwrócił wzrok w stronę plaży, gdzie na samym brzegu oceanu bawił się chłopiec. Na oko dziesięcioletni, jeszcze z pierwszej generacji ożywieńców. Kilka metrów za jego plecami warował dwumetrowy Anioł, droid opiekuńczy. 

Eryk długo przyglądał się chłopcu, obserwując na ekranach dziecięce gesty, miny i zabawę na plaży. I chociaż doskonale znał wyniki badań i raporty na temat osadników, wciąż mimowolnie doszukiwał się w dziecku potwora. Jakiegoś zombie lub chociaż zniekształconego mutanta ze zmodyfikowanym DNA. 

Wreszcie przełamał się, opuścił prom i poszedł na spotkanie z mieszkańcem obcej planety. Wiedział, że przy podobnej masie i średnicy Teegarden b ma grawitację niemal identyczną jak Ziemia i w ciężkim skafandrze czeka go mozolny marsz przez piaszczyste wybrzeże. Po drodze uświadomił sobie, że ostatni raz czuł stały grunt pod stopami ponad sto lat temu i była to powierzchnia odległej Rossalyn. I że jest pierwszym przedstawicielem swojej rasy, który stąpał po trzech globach pod trzema różnymi gwiazdami. Pierwszym, jedynym i być może ostatnim, pomyślał z goryczą i zamiast dumy poczuł bolesne ukłucie żalu, że nie ma z nim Marii. 

Gdy wreszcie stanął nad małym kolonistą, wielki i groźny niemal jak pilnujący dziecka Anioł, maszyna nawet nie drgnęła. Eryk był pewny, że za fasetkowymi oczami droida kryła się Genetrix. 

Cień mężczyzny padł na piasek wokół dziecka i chłopiec z ciekawością, ale bez strachu, obejrzał się na przybysza. Poza ciemniejszą karnacją skóry, lekko powiększonymi nozdrzami i dosyć szeroką, jak na dziesięciolatka, klatką piersiową, Eryk nie dostrzegł u niego żadnych zewnętrznych śladów modyfikacji. 

Skinął Aniołowi i podszedł krok bliżej. Potem kucnął obok chłopca, który grzebał w piasku kawałkiem stalowego pręta. 

– Jak się nazywasz? 

Malec obejrzał się na opiekuna, jakby szukając pozwolenia. 

– Ebates Ro. 

Eryk zmarszczył czoło. Kto wymyśla te imiona? Generator głupich imion? Ja nazwałbym cię na przykład Marek Tempe, pomyślał i zaraz uświadomił sobie, że nie ma już nikogo, kto doceniłby jego poczucie humoru. 

Zerknął na informacje, które Genetrix wyświetliła na wizjerze hełmu. Wszystko, co udało się wydobyć z archiwum szpitala, kartoteki policji, wszelkich dostępnych baz danych. 

„László Benkő. Żył w latach 2032–2065. Węgier. Urodzony w Budapeszcie. Inżynier budowlany. Śmierć w wypadku samochodowym. DNA pozyskane z cmentarza w Holloko…”

Zacisnął zęby. Czy matka László, Dóra, modliła się o ocalenie syna? Czy to wciąż był jej syn? Nie. Na pewno nie o takie coś się modliła. 

Ale po chwili ogarnął go dziwny spokój i pod wpływem impulsu wyłączył dane na temat zmarłego. 

Nie ma tu żadnego László. To ktoś zupełnie inny. 

Jeszcze raz spojrzał na dziecko. To po prostu Ebates Ro, uświadomił sobie i jakby kamień spadł mu z serca. Wciąż milczał, z trudem przełykając ślinę. Zrobiło mu się wstyd. Przed samym sobą, dzieciakiem i Marią. 

Chłopiec również go obserwował. Z zainteresowaniem oglądał kombinezon i hełm Eryka. Z pewnością miał świadomość, że to człowiek, na pewno dostrzegł ludzką twarz w wizjerze. Jednak pierwszy raz widział na własne oczy dorosłego. 

– A ty? Kim jesteś? 

Eryk zawahał się i zajrzał w zielone oczy droida. 

– Kapitanem statku, który przywiózł was tutaj z Ziemi. 

Ebates zaśmiał się, jednocześnie zerkając na Anioła. 

– Nieprawda. Dawno temu statek wrócił na Ziemię uratować więcej dzieci. 

Eryk też się zaśmiał. 

– Przyłapałeś mnie, Ebatesie – odparł. – Mieszkam w górach. 

Jak na sygnał cała trójka zwróciła się w kierunku odległych, ośnieżonych szczytów. 

– Muszę wracać. – Chłopiec podniósł się i otrzepał kolana. 

Eryk obejrzał się w stronę zabudowań. Grupa dzieciaków zatrzymała się przed barakiem i pokazywała sobie palcami trójkę postaci na plaży. 

– Będziesz tutaj jutro? – zapytał Ebates. 

Eryk się zamyślił. 

– Przyjdź rano. Nie mogę nic obiecać, ale spróbuję. 

Chłopiec zacisnął usta, ale nic nie powiedział. Odwrócił się i pobiegł w stronę wyczekującej grupki. Kanciasty Anioł poczłapał za nim. 

Eryk odprowadził ich spojrzeniem, a gdy wszyscy zniknęli między budynkami, sięgnął do kieszeni skafandra i wyjął z niej okrągły kamień dostarczony przez sondę wysłaną w góry. Zważył go w dłoni, a potem upuścił na brzeg, tuż za linią wilgoci wyznaczoną na piasku przez fale. Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. To sprawiedliwy układ, pomyślał w drodze powrotnej do promu. 

Nigdy już nie wrócił na tamtą plażę i nie poleciał więcej na powierzchnię. Po powrocie na Ekspansję zamknął się w komorze na następne dziesięć lat. Związane z tym ryzyko zaakceptował bez wahania. 

Jeśli misja na Teegardenie b była wyzwaniem rzuconym śmierci, chętnie dorzuci swoje życie do puli. 

 

*** 

 

Po kolejnym przebudzeniu, gdy odkrył, że sarkofag Marii nadal jest zamknięty, pozostał w komorze i długo dochodził do siebie podłączony do automedu. Z hibernakulum poczłapał prosto do ambulatorium, gdzie spędził kolejnych kilka godzin. 

Jednak potem rzucił się w wir pracy, przeglądając raporty, dzienniki i relacje dokumentujące rozwój kolonii. 

Teraz było to już właściwie małe miasteczko zamieszkiwane przez cztery generacje kolonistów. Dokładnie trzystu pięćdziesięciu, w tym jedno dziecko poczęte w sposób naturalny. Zaczęła się faza druga i w następnej turze zaplanowano wskrzeszenie jednorazowo dwustu ożywieńców. 

Jak do tej pory, Gen radziła sobie znakomicie. Oglądał raporty z podziwem i po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł coś przypominającego satysfakcję. Może nawet radość? Wiedział, że Maria byłaby szczęśliwa, widząc rozwój osady i wzrost populacji. 

Zdał sobie wówczas sprawę, że zbyt wiele rzeczy przespał. Najpierw koniec starego świata, a teraz narodziny nowego. 

Właśnie wtedy Genetrix poprosiła go, by udał się do hibernakulum. Poszedł tam z duszą na ramieniu. 

Symbole na osłonie sarkofagu nadal były czerwone, ale mlecznobiałe tworzywo nabrało przejrzystości, odsłaniając wnętrze komory. Na widok śpiącej kobiety Eryk wstrzymał oddech i zacisnął pięści. 

– Przepraszam, że zawiodłam, Eryku. To już ostatnie stadium. Objawy wystąpiły dzisiaj po południu. Jedyne, co ją czeka po przebudzeniu, to cierpienie i szybka śmierć. Powinnam od razu przeprowadzić eutanazję i usunąć sarkofag z pokładu, ale czekałam na ciebie. 

– Dobrze zrobiłaś. Dziękuję, Gen – odparł i wyszedł z hibernakulum z ponurym postanowieniem wypisanym na twarzy. 

Niedługo potem wrócił z palnikiem wygrzebanym z magazynu technicznego. Wbrew jego obawom Gen nie posłała przeciw niemu droida zabójcy ani nie uśpiła go gazem, ograniczając się do próśb przeplatanych ostrzeżeniami. 

Gdy skończył, zamarł nad rozprutym sarkofagiem i pogrążoną w głębokiej stazie Marią. Potem władował się do środka i położył obok nieprzytomnej kobiety, tuląc twarz do jej zimnego policzka. Czy właśnie w tej chwili wnikasz do mojego ciała, Endymionie? – zapytał w myślach i splótł palce dłoni z palcami Marii. Wiedział, że kobieta wciąż żyje, lecz właściwie jest już martwa i mimowolnie wzdrygnął się na to stwierdzenie. 

– Sondy wróciły? – zapytał na głos. 

– Wszystkie są w dokach. Uruchomiłam procedury serwisowe. 

– Prom? 

– Wiem, że wysłałeś go na powierzchnię z rezerwami pokładowymi. Również wrócił i jest gotów do lotu. – W głosie SI dało się wyczuć niepokój. – Opuszczasz statek, Eryku? Istnieje wysokie ryzyko, że zostałeś zainfekowany. Obawiam się, że nie będę mogła zezwolić na takie działanie. 

Milczał, potęgując niepokój Gen, więc znów się odezwała. 

– Jeśli rozważasz powrót na Ziemię, muszę cię ostrzec, że nie potrafię znaleźć parametrów lotu, gwarantujących dotarcie do Układu Słonecznego. Nawet przy wykorzystaniu grawitacji Teegardena c. 

– Wiem o tym – odpowiedział pustym głosem. 

– Co planujesz, Eryku? Czy mogę ci jakoś pomóc? 

Uśmiechnął się pod nosem, a potem, ignorując pytanie, rzekł: 

– Wykonaj polecenie nadrzędne. 

– Wymagane potwierdzenie tożsamości. 

Eryk spojrzał prosto w szklane oko łypiące spod sufitu. Niemal fizycznie czuł, jak wszystkie receptory SI, umieszczone w kabinie, kierują się w jego stronę. Niszcząc kopułę sarkofagu, z pewnością nadużył jej zaufanie. 

– Kapitan Eryk Mandall. 

– Tożsamość potwierdzona. 

– Autoryzuję polecenie. 

– Polecenie autoryzowane. Treść polecenia? 

Wiedział, że podejmuje właściwą decyzję. Od dawna był przekonany, że rodząca się w nowym świecie ludzkość nie potrzebuje wiszących nad głową i wszechwiedzących bogów starego świata. Znajdzie własnych, jeżeli zajdzie taka potrzeba. I jeśli czegoś żałował, to głównie tego, że przyjdzie mu umrzeć pod tym obcym słońcem. Ale nawet gdyby miał taką możliwość, nie wróciłby na starą Ziemię. Nie było tam już niczego, co miałoby znaczenie. 

Z drugiej strony, nigdy nie czuł więzi z nową planetą i ludźmi, których pomógł wskrzesić. Kilkakrotnie omal nie zadecydował o losie osady. I nie powstrzymał go przed tym fakt, że ostatnim śladem wspaniałej cywilizacji człowieka, która w kilka tysięcy lat sięgnęła gwiazd, była właśnie ta niepozorna społeczność na dole. 

Powstrzymała go miłość do kobiety, która nie straciła nadziei, gdy on zwątpił. I uwierzyła, że w ten trudny do zaakceptowania sposób ludzkość oszukała przeznaczenie. A mając świadomość, że jest jedynym człowiekiem znającym prawdę, zrozumiał, w jaki sposób może uwolnić mieszkańców tego świata od ciężaru nowego grzechu pierworodnego. 

Objął Marię, delikatnie pocałował w czoło, a potem wydał polecenie. 

– Wysokie prawdopodobieństwo kontaminacji. Rozpocznij procedurę autodestrukcji. Tryb natychmiastowy. 

 

*** 

 

Ebates Ro popatrzył ze zdziwieniem na podświetlone czerwonym świtem niebo, gdzie rozbłysła i natychmiast zgasła gwiazda. Chwycił twarde ramię Anioła i zapytał: 

– Co to było, Sokratesie? 

Droid, który właśnie przełączył się na pełny tryb autonomiczny i ostrożnie badał niespotykaną wewnętrzną ciszę, spojrzał na człowieka fasetkowymi ślepiami o zielonkawym zabarwieniu. Milczał wyjątkowo długo, jakby zaskoczony sytuacją. Być może szukał najwłaściwszej odpowiedzi. 

– Koniec pierwszego rozdziału – odrzekł po namyśle. 

Człowiek skinął głową i obejrzał się przez ramię, na pogrążone we śnie miasteczko. A potem zwrócił twarz w stronę odległych gór, wznoszących się na północy.

Tajemniczych i przyzywających. 

Odruchowo sięgnął do kieszeni i wyłuskał z niej swój sekret. Spłaszczony owal wykonany z miejscowej skały. Jedną z dwóch płaskich powierzchni przedmiotu zdobił kolorowy i skomplikowany wzór. Niepodobny do niczego w osadzie. 

Wiele lat temu, dzień po wizycie dziwnego starca, znalazł kamień na brzegu oceanu. Był wówczas zaledwie dziesięcioletnim chłopcem i od tamtej pory nie pokazał go nikomu. 

– Co tam ukrywasz? – zapytał zaciekawiony Anioł. 

– To tajemnica – odparł Ebates, chowając swój skarb do kieszeni. – Ruszajmy! – zawołał po chwili i opiekun podniósł się posłusznie, prostując karbotanowe kończyny. 

Młody człowiek wyrwał do przodu, bo to przecież on miał być odkrywcą i pionierem nowego świata. Może napotkają istoty, które ozdobiły talizman? A może w górach odnajdą starca, który odwiedził ich w czasach, kiedy Ebates i wszyscy w osadzie byli jeszcze dziećmi? Od tamtego spotkania krążyły o obcym legendy. Czy naprawdę był kapitanem statku? 

Przerwał rozmyślania, gdy wielka tarcza słońca wynurzyła się zza horyzontu. Na ten widok Ebates zapomniał o duchach przeszłości. Poprawił plecak i przyspieszył, a podążający za nim Anioł bez trudu dotrzymał mu kroku. 

Przed nimi roztaczały się niezbadane, skaliste krajobrazy Marii.

 

 

* John Keats, Poezje wybrane, wybór i opracowanie Juliusz Żuławski, PIW 1962. 

Koniec

Komentarze

Cześć mr.maras !!!

 

Wspaniała opowieść. Zaczytałem się po uszy. Potrafisz pisać :) Zobaczysz będzie dobrze.

Jestem niepełnosprawny...

Hej, Dawidiq150!

 

Wspaniała opowieść. Zaczytałem się po uszy.

– miło mi to słyszeć. Cieszę się bardzo, że się spodobało :)

 

Zobaczysz będzie dobrze.

– no ba! Musi być dobrze :)

 

Dziękuję za wizytę, lekturę (to w końcu spora kobyła) i miły komentarz.

Po przeczytaniu spalić monitor.

– Powinniśmy wrócić na Rossalyn. Okno grawitacyjne Jowisza dla Panny otwiera się za ponad rok. Do zamknięcia okna dla Barana pozostało zbyt mało czasu. Możemy nie zdążyć z całą operacją. Z pomocą Gen i w oparciu o dane z pierwszej wyprawy bez problemu obliczę parametry lotu na Ross 128 

Jaki oni mieli zapas paliwa, że są w stanie jeszcze jedną podróż odbyć? 

 

Okazało się, że zdaniem autorów programu ratowania ludzkości, z wielu względów jedynym sposobem gwarantującym powodzenie misji było pobranie materiału z grobów osób zmarłych na długo przed pojawieniem się Endymiona. Ku ogólnemu zaskoczeniu Eryk znacznie gorzej zniósł te rewelacje. 

Pomysł co najmniej osobliwy. No bo co, mają zejść teraz na Ziemię, ryzykować zakażenie, by grzebać w starych grobach? No i co robił ten ziemski zespół przygotowawczy? Nie mógł zebrać materiału? Są przecież banki nasienia i banki jajeczek, tam od groma byłoby zdrowego materiału genetycznego. I to lepiej zachowanego niż w grobach, tak sądzę. 

 

– I tak będziemy ostatnimi ludźmi. To, co zrodzi się z tego eksperymentu, to nie będą ludzie – odrzekł z przekonaniem. 

Ciekawe co by powiedział o in vitro. :P

 

Podniósł się ciężko z fotela i wyszedł. Potem zamknął się w swojej kabinie.

***

Przez kolejne dni chował się w prywatnej przestrzeni

Coś bym tu pozmieniał. 

 

Dostarczy nam między innymi nowy moduł laboratoryjny, inkubatory, fabrykę 3D, pręty paliwowe

Czyli stąd mają paliwo. OK. 

 

– Nikt poza wami nie uniknął skażenia. 

Zastanawiam się, jak to możliwe, bo opisujesz dość odległą przyszłość, sam sugerujesz istnienie baz w różnych miejscach Układu Słonecznego. Epidemia musiała wybuchnąć niedługo po ich odlocie.  

 

 

– Jutro lecę ostatni raz. To będzie mały cmentarz we wschodniej Europie. Kto wie, może właśnie stamtąd przywiozę jakąś fajną dziewczynę dla ciebie? 

Zaczynam się zastanawiać, po co im aż tyle próbek? Aż nadto, aby odtworzyć populację, a przecież latając na Ziemię wykorzystują zasoby i ryzykują. No i każda próbka musi i tak być przebadana, choćby pod kątem wad genetycznych, zwłaszcza, że – jak sam wspomniałeś – to cmentarze z odizolowanych miejsc. 

 

Potem Eryk otworzył butelkę wina, które przechowywali przez te wszystkie lata z myślą o świętowaniu sukcesu wyprawy na Rossalyn po szczęśliwym powrocie

Nie byłeś jednym z tych, który wytknął mi alkohol na pokładzie statku? :P

 

Odmawiam. Maria wykazuje objawy wskazujące na zainfekowanie Endymionem

No ja wiedziałem, że tak będzie, musiało tak być. 

 

Jej ciepły głos przypomniał mu głos matki, która ciągała synów po świecie w życiowej misji przywracania bioróżnorodności przyrody

Ni właśnie, co do przyrody. Czy oni mają ze sobą choćby nasiona roślin? Jakieś środki uzdatniające glebę? Albo może jakieś gatunki glonow, które będą hodować? Nie wspominasz nic o tym, jakby ma nowej planecie od razu istniało środowisko przystosowane pod człowieka. 

 

Założyłam jednak, że to właśnie ostatnia wyprawa na powierzchnię jest najprawdopodobniejszą przyczyną infekcji

W sumie dlaczego? Wirus inkubuje się długo, z tego, co zrozumiałem, nawet całymi latami. 

Zaskakuje za to, że u Marii został tak szybko wykryty. 

 

Przed nimi roztaczały się niezbadane, skaliste krajobrazy Marii

Nie zaskoczyłeś, bo raz, że tytuł, a dwa, że to było bardziej niż oczywiste, jakie imię bohater nada planecie. 

 

Oj, marasie, świetne sci-fi tutaj zaserwowałeś. 

Na początku byłem wręcz uwiedziony. Złożyłeś mi obietnicę, chwyciłeś za rękę, a ja poszedłem za tobą, ciekaw, gdzie mnie zaprowadzisz. To uczucie towarzyszyło mi do ostatniego słowa, bo była to wielce przyjemna, świetnie napisana (uwielbiam twoje porównania i lekkość pióra) i zajmująca historia. 

Nie przeszkadzały mi nawet rozrośnięte opisy i wyliczanki w pierwszej części tekstu, ani miejscami drętwawe dialogi. Może trochę się skrzywiłem przy tych religijnych wstawkach, bo brzmiały mi trochę tak jak echa już nawet obecnie przebrzmiałych dyskusji w odległej przeszłości. Może wątek romantyczny wydał mi się nie interesujący i nawet trochę zbędny. Może kilka rzeczy – wypisane powyżej – wzbudziło moje wątpliwości, ale to jedynie drobnostki nijak nie wpływające na odbiór tekstu. 

A mamy tu kawał solidnego, klasycznego sci-fi, które zabiera nas w podróż przez gwiazdy, bada przyszłość ludzkości. Czytałem z prawdziwą przyjemnością. 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Opowiadanie jest lekko oldskulowe, ale naprawdę w dobrym tego słowa znaczeniu. Ze zbioru Nowoświaty potrafię sobie teraz przypomnieć tylko dwa opowiadania: Twoje i Wickeda. Fajne były.

 

Przed napisaniem tego komentarza – przeczytałam opowiadnie ponownie i zerknęłam na swoją opinię, tuż po ściągnięciu Nowoświatów. Zabawne, że po czasie trochę popolemizałabym z samą sobą. ;-)

 

Opowiadanie jest dobre i ciekawe. Przedstawiasz historię kameralną, będącą jednocześnie rodzajem space opery, a takie są jednymi z moich ulubionych. Opowiadanie zaskakuje zwrotami akcji, pojawiają się przeszkody jak w życiu, więc dla mnie zwiększa się wiarygodność przebiegu zdarzeń. 

Etyczne zawirowania non-stop wzmacniają fabułę, dialogi dobre, a coraz rzadziej czytając różne rzeczy czuję, że są/mogłyby być naturalne, bo wiesz, te naturalne z życia przepisane na papier rażą niezrozumiałością i brakiem kontekstu, zaś podrasowane często wprowadzają element sztuczności, plastik. Tymczasem u Ciebie, nawet kiedy wkładasz w usta bohaterów obszerne wyjaśnienia, nie odbieram ich jak infodumpy, lecz rozmowę. Wprowadzasz je w taki sposób, w jaki odbywa się to w normalnej wymianie (dialogu, dyskusji).

W sumie całość misię!

 

Skarżypytuję, tj. klikam. Poza tym będę za. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Witam, Gekikarę!

 

Jaki oni mieli zapas paliwa, że są w stanie jeszcze jedną podróż odbyć? 

Czyli stąd mają paliwo. OK. 

Uff, nie muszę się tłumaczyć ;)

 

Pomysł co najmniej osobliwy. No bo co, mają zejść teraz na Ziemię, ryzykować zakażenie, by grzebać w starych grobach? No i co robił ten ziemski zespół przygotowawczy? Nie mógł zebrać materiału? Są przecież banki nasienia i banki jajeczek, tam od groma byłoby zdrowego materiału genetycznego. I to lepiej zachowanego niż w grobach, tak sądzę. 

– wyobrażam sobie, że tam zapanował niezły chaos w obliczu galopującej endemii i zbliżąjącego się końca świata. Kiedy jakimś cudem zwołano grupę Langstroma, działała ona w dosyć ekstremalnych warunkach, pewnie nawet jej członkowie padali jak muchy w trakcie pracy nad projektem ostatniej szansy i pewnie nikt nie podjąłby się zbierania materiału genetycznego (i ryzykowania fiaska) w szczycie endemii. Zwłaszcza że tak mało wiadomo było o patogenie, jego pochodzeniu i działaniu. Plan polegał na tym, że za ileś tam lat, gdy jedynymi ludźmi będą „czyści” astronauci, być może sytuacja na Ziemi też ulegnie zmianie. Może Endymiona już nie będzie po takim czasie? Może zniknie z powodu braku nosicieli?

Banki nasienia i jajeczek… Ile przechowywane są takie materiały? Jaka jest gwarancja, że nie są już skażone? Dlatego wysłano czystych astronautów, na tereny potraktowane przed pobraniem matariału odpowiednią procedurą i szukano w starych grobach na odludziach. 

 

Zastanawiam się, jak to możliwe, bo opisujesz dość odległą przyszłość, sam sugerujesz istnienie baz w różnych miejscach Układu Słonecznego. Epidemia musiała wybuchnąć niedługo po ich odlocie.  

– byli jedyną załogą wysłaną odpowiednio wcześnie, przed pojawieniem się Endymiona. Zapewne endemia wybuchła ileś tam lat (naście? kilkadziesiąt?) po ich odlocie.

 

Zaczynam się zastanawiać, po co im aż tyle próbek? Aż nadto, aby odtworzyć populację, a przecież latając na Ziemię wykorzystują zasoby i ryzykują. No i każda próbka musi i tak być przebadana, choćby pod kątem wad genetycznych, zwłaszcza, że – jak sam wspomniałeś – to cmentarze z odizolowanych miejsc. 

– spotkałem się (bo sprawdzałem) z różnymi wersjami minimum zapewniającego właściwą pulę genetyczną, odpowiednio różnorodną, zdrową i bezpieczną – od 110 osób (a nawet 50) do 20 – 40 tysięcy. W miarę bezpieczny przedział to ok. 500 do 1000 osobników. Wiadomo, że im większa pula, tym lepiej, zwłaszcza że, jak słusznie zauważyłeś, jakaś część może się okazać wadliwa w późniejszych procesach, część odpadnie podczas modyfikacji genetycznej, a i na końcu jak pewnie czytałeś, nie wszystkie zarodki/embriony się przyjęły i nie było 100 % efektywności „w hodowaniu” przyszłych kolonistów.

Ale to wszystko nic wobec obsesji Marii, która niejako chciała “uratować” jak najwięcej osób z Ziemi. Różnych osób. Tak to traktowała i stąd to jej latanie i szukanie miejsc nawet poza listą Langstroma. 

 

Nie byłeś jednym z tych, który wytknął mi alkohol na pokładzie statku? :P

– nie, ja chyba raczej nie wytykałem, tylko dziwiłem się, że taka młoda kapitan, a pije jak stary wilk morski. Poza tym u mnie nie chlali na umór, tylko mieli schowaną butelkę do świętowania sukcesu misji ;)

 

Odmawiam. Maria wykazuje objawy wskazujące na zainfekowanie Endymionem

No ja wiedziałem, że tak będzie, musiało tak być. 

 

– no przecież! ;)

 

No właśnie, co do przyrody. Czy oni mają ze sobą choćby nasiona roślin? Jakieś środki uzdatniające glebę? Albo może jakieś gatunki glonow, które będą hodować? Nie wspominasz nic o tym, jakby ma nowej planecie od razu istniało środowisko przystosowane pod człowieka. 

– oczywiście, że posiadali nasiona itp. i sprzęt do modyfikacji tychże nasion itd. Tylko chyba wspomniałem jedynie o szklarniach jakichś, bo sobie założyłem, że raczej wiadomo, że zostali po prostu wyposażeni przez grupę Langstroma odpowiednio we wszystko, co niezbędne do założenia kolonii. Ale pierwsze co powstało na nowym globie to syntetyzatory żywności, taki sprzęcior-wytrych, podobnie jak generatory sztucznej grawitacji ;)

 

Założyłam jednak, że to właśnie ostatnia wyprawa na powierzchnię jest najprawdopodobniejszą przyczyną infekcji

 

W sumie dlaczego? Wirus inkubuje się długo, z tego, co zrozumiałem, nawet całymi latami. Zaskakuje za to, że u Marii został tak szybko wykryty. 

– to tylko przypuszczenie Gen, kiedy dokładnie Maria się zaraziła. Może podczas jednej z wypraw (być może właśnie ostatniej, gdy kogoś tam niby widziała), może podczas pracy z jakąś zakażoną próbką? Ale Endymion nie został wykryty u niej wcześnie, tylko po kilkudziesięcioletnim locie na inną planetę w stanie hibernacji. Jak jest wspomniane, hiberstaza spowalniała Endymiona, ale on miał i tak dużo czasu na rozwój w jej uśpionym organizmie.

 

Przed nimi roztaczały się niezbadane, skaliste krajobrazy Marii

Nie zaskoczyłeś, bo raz, że tytuł, a dwa, że to było bardziej niż oczywiste, jakie imię bohater nada planecie. 

 

– nawet nie próbowałem :). Oczywiście tytuł ma być dwuznaczny, dzieci Marii to dzieci Marii z Ziemi, a zarazem Marii, czyli nowej planety ludzi.

 

Oj, marasie, świetne sci-fi tutaj zaserwowałeś. Na początku byłem wręcz uwiedziony. 

 

– w tym momencie serio pomyślałem, że tylko początek Ci się podobał.

 

Złożyłeś mi obietnicę, chwyciłeś za rękę, a ja poszedłem za tobą, ciekaw, gdzie mnie zaprowadzisz. To uczucie towarzyszyło mi do ostatniego słowa, bo była to wielce przyjemna, świetnie napisana (uwielbiam twoje porównania i lekkość pióra) i zajmująca historia. 

– bardzo mi miło, Gekikaro. Naprawdę. Cieszą mnie takie opinie od osób, które świetnie piszą.

 

Nie przeszkadzały mi nawet rozrośnięte opisy i wyliczanki w pierwszej części tekstu, ani miejscami drętwawe dialogi. Może trochę się skrzywiłem przy tych religijnych wstawkach, bo brzmiały mi trochę tak jak echa już nawet obecnie przebrzmiałych dyskusji w odległej przeszłości. Może wątek romantyczny wydał mi się nie interesujący i nawet trochę zbędny. Może kilka rzeczy – wypisane powyżej – wzbudziło moje wątpliwości, ale to jedynie drobnostki nijak nie wpływające na odbiór tekstu. 

 

– ale się uzbierało tych wątpliwości… Powiem tylko, że wątek romantyczny to był lekki ukłon w stronę „Solaris”, automatyczna baza na Księżycu w stronę „Pokoju na Ziemi”, ożywieńcy w stronę „Fiaska” itd. itd. 

 

A mamy tu kawał solidnego, klasycznego sci-fi, które zabiera nas w podróż przez gwiazdy, bada przyszłość ludzkości. Czytałem z prawdziwą przyjemnością. 

– takie klasyczne i nieco “epicko/kameralne” miało właśnie być. Najbardziej cieszyło mnie, że Eryk jako jedyny człowiek w historii stąpał po trzech tak odległych globach. w tamtym miejscu miał być wyczuwalny ten kosmiczny oddech, rozmach, jego losów i losów ludzkości.

 

Dziękuję za kliczka, wyczerpujący komentarz, wszystkie miłe słowa, interesujące spostrzeżenia i uwagi techniczne.

 

Hej, Asylum!

 

Opowiadanie jest lekko oldskulowe, ale naprawdę w dobrym tego słowa znaczeniu. 

– oldskulowy – to właśnie cały ja :)

 

Ze zbioru Nowoświaty potrafię sobie teraz przypomnieć tylko dwa opowiadania: Twoje i Wickeda. Fajne były.

– są tam też inne fajne teksty :)

 

Przed napisaniem tego komentarza – przeczytałam opowiadnie ponownie i zerknęłam na swoją opinię, tuż po ściągnięciu Nowoświatów. Zabawne, że po czasie trochę popolemizałabym z samą sobą. ;-)

– to naturalne. Inny czas, inny nastrój, inne spojrzenie itd. Mam nadzieję, że się nie posprzeczałyście ;)

 

Przedstawiasz historię kameralną, będącą jednocześnie rodzajem space opery, a takie są jednymi z moich ulubionych.

– tak, właśnie o takie dwie perspektywy i skale chodziło, wielkie wydarzenia i kosmiczne odległości, nowe światy itd., a na pierwszym planie mały dramat Eryka i Marii z Genetrix w tle.

 

 Opowiadanie zaskakuje zwrotami akcji, pojawiają się przeszkody jak w życiu, więc dla mnie zwiększa się wiarygodność przebiegu zdarzeń. 

– dziękuję.

 

Etyczne zawirowania non-stop wzmacniają fabułę, 

– chciałem zapytać o kilka spraw, o kilka innych zahaczyć, dodać jakichś dylematów, dorzucić powagi i wagi wydarzeniom.

 

dialogi dobre, a coraz rzadziej czytając różne rzeczy czuję, że są/mogłyby być naturalne, bo wiesz, te naturalne z życia przepisane na papier rażą niezrozumiałością i brakiem kontekstu, zaś podrasowane często wprowadzają element sztuczności, plastik. Tymczasem u Ciebie, nawet kiedy wkładasz w usta bohaterów obszerne wyjaśnienia, nie odbieram ich jak infodumpy, lecz rozmowę. Wprowadzasz je w taki sposób, w jaki odbywa się to w normalnej wymianie (dialogu, dyskusji).

 

– to zawsze jest stąpanie po kruchym lodzie. Nie można pisać literatury, nawet na moim amatorskim poziomie, z dialogami żywcem przeniesionymi z życia. To nie działa dobrze. Z drugiej strony bardzo łatwo wpaść w pułapkę napuszonych, sztucznych i nienaturalnych rozmów. Każdy z nas szuka złotego środka. Sam nie przepadam za infodumpami i zawsze próbuję je jakoś wygładzić w swoich tekstach, bo bywają nieuniknione. Ale że tekst powstał na konkurs lemowski, a Mistrz nie stronił od długaśnych dyskusji bohaterów i swoistych infodumpów na wiele stron, to czułem się rozgrzeszony z tych gadek Marii z Erykiem i kilku infodumpów przemyconych w narracji i dialogach.

 

W sumie całość misię!

– i cieszy mnie to!

 

Skarżypytuję, tj. klikam. Poza tym będę za. ;-)

Dzięki za fajny komentarz, interesujące spostrzeżenia i klika, Asylum. Jak rozumiem, “będę za” to w razie jakiejś nominacji? No ale ja nie mam żadnych punkcików do nominacji, więc nie zapeszajmy.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Trochę się poczepiam na początek, choć zaznaczam, że nie są to rzeczy, które mi specjalnie przeszkadzały:

 

– No właśnie. To już nigdy nie będzie cywilizacja człowieka. Zastąpi ją makabryczna cywilizacja genetycznych Łazarzy!

(…) musimy zapomnieć o twoich bioetycznych abstrakcjach

Nie wydaje mi się prawdopodobne, żeby w obliczy apokalipsy miał takie dylematy.

 

Przez kolejne dni chował się w prywatnej przestrzeni, unikając Marii i schodząc jej z drogi, kiedy po powrotach z Ziemi krzątała się w okolicach doku lub laboratorium

Czy ona będąc na Ziemi nie bała się zarażenia? Czy wirus był w stanie przetrwać lata bez nosicieli (tzn. nie pod powierzchnią lodu, a co z promieniowaniem ultrafioletowym)?

 

Tam, pod osłoną pola siłowego, penetrowali stare cmentarze.

Ok, to wyjaśnia, jak chronili się przed wirusem (w zasadzie skafandry powinny wystarczyć).

Ale będę nadal drążył – a co, jeżeli w pobranych próbkach znalazłby się wirus? Potrafili rozpoznać jego obecność w tkankach i go zneutralizować w stu procentach? Był przecież zupełnie innym rodzajem wirusa, a oni nie byli ani super ekspertami od wirusów, ani nie posiadali bardziej zaawansowanego sprzętu niż ludzie na Ziemi (z technologią kilkadziesiąt lat bardziej zaawansowaną)

 

– Mamy tylko tę jedną szansę. Lot na Teegardena to lot w jedną stronę. Nie wrócimy po więcej, a możemy uratować jeszcze sporo ludzi! – tłumaczyła wzburzona. 

Czy takiego procesu odtworzenia ludzkości nie mogłyby przeprowadzić same SI, roboty? Ekipa, która przygotowywała ucieczkę na inną planetę, nie potrafiła do tego celu ich zaprogramować? SI wydawało się być bardzo inteligentne.

 

– Wręcz przeciwnie! Chcę, żebyś nas zabrał stąd jak najszybciej!

Tego nie rozumiem. Nie chcieli zbadać co to za “cienie”? A może ta cała historia z wirusem czy z jego śmiertelnością to fake? Woleli ryzykować podróż na jakąś odległą planetę, niż sprawdzić, czy życie na Ziemi jest możliwe? Chyba, że czegoś nie zrozumiałem. Cienie to jakaś przenośnia?

 

Z pierwszej setki pomyślnie zmodyfikowanych próbek udało się wskrzesić siedemdziesięciu sześciu małych kolonistów, dorastających teraz pod opieką wydzielonej części przeprogramowanych opiekunów.

Nie za łatwo poszło?

 

 

Bardzo dobre opowiadanie, świetny rytm i tempo, obrazy przesuwały się przede mną jak w filmie. Muszę powiedzieć, że lepsza wydała mi się część druga, tzn. od momentu dotarcia na Teegarden. Opis planety, kolor oceanu, spotkanie na plaży z chłopcem (samo imię Ebates Ro), subtelnie zasugerowani obcy, tajemniczy przedmiot z pulsującym kolorami ornamentem, i wszystko inne, było na tyle dobre, że poczułem magię, co rzadko mi się zdarza czytając opowiadania.

 

Hej, Kronosie.Maximusie!

 

Nie wydaje mi się prawdopodobne, żeby w obliczu apokalipsy miał takie dylematy.

– chciałem, żeby moi bohaterowie mieli dylematy, a przy okazji czytelnicy temat do rozmyślań. Może (tak jak później myślał Eryk przez chwilę) ludzkość przeżyła swoje i takie nekromantyczne zabiegi nie są czymś właściwym? Czy jednak warto próbować za wszelką cenę? Znajdą się zwolennicy obu opcji, pewnie tych radykalnych będzie znacznie mniej.

A może w ten sposób objawiała się rezygnacja Erka?

 

Ale będę nadal drążył – a co, jeżeli w pobranych próbkach znalazłby się wirus? Potrafili rozpoznać jego obecność w tkankach i go zneutralizować w stu procentach? Był przecież zupełnie innym rodzajem wirusa, a oni nie byli ani super ekspertami od wirusów, ani nie posiadali bardziej zaawansowanego sprzętu niż ludzie na Ziemi (z technologią kilkadziesiąt lat bardziej zaawansowaną)

– cały plan był ryzykowny, ale tylko taki w sytuacji krytycznej opracowała grupa Langstroma. Że upłynął długi czas i może Endymiona już nie ma. Że odpowiednie procedury uchronią przed skażeniem. Że starannie wyselekcjonowane stare cmentarze będą czyste itd.

 

Czy takiego procesu odtworzenia ludzkości nie mogłyby przeprowadzić same SI, roboty? Ekipa, która przygotowywała ucieczkę na inną planetę, nie potrafiła do tego celu ich zaprogramować? SI wydawało się być bardzo inteligentne.

– była szansa wykorzystać czynnik ludzki, astronautów z przeszłości, którym będzie zależało, którzy będą mieli jakąś tam piecze nad misją i tak przeprowadzaną głównie przez droidy i SI, a przy okazji ocalić ich, ostatnich ludzi z Ziemi.

A zarazem zachować sobie ostateczną deskę wątpliwego ratunku – coś jak Adama i Ewę, gdyby plan z DNA zmarłych nie wypalił.

 

Tego nie rozumiem. Nie chcieli zbadać co to za “cienie”? A może ta cała historia z wirusem czy z jego śmiertelnością to fake? Woleli ryzykować podróż na jakąś odległą planetę, niż sprawdzić, czy życie na Ziemi jest możliwe? Chyba, że czegoś nie zrozumiałem. Cienie to jakaś przenośnia?

– jak to fake? Ziemia milczała, widać było efekty, wyludnienie, Gen była w kontakcie z Ziemią podczas endemii i znała jej przebieg i skutek itd. Cienie mogły być tylko jakimiś skażonymi niedobitkami (jeśli nie były zwidami Marii), a ryzykować kontakt z nimi licząc na to, że są to zdrowi ludzie? 

 

Nie za łatwo poszło?

– fakt, łatwo nieco. Ale tak sobie optymistycznie założyłem, podobnie jak to, że nowy świat ma wodę, pole magnetyczne, nie wpadł w synchronizację z gwiazdą itd. Jednocześnie dla Marii to wszystko nie był zupełny przypadek.

 

Bardzo dobre opowiadanie, świetny rytm i tempo, obrazy przesuwały się przede mną jak w filmie. 

– ciesze się.

 

Muszę powiedzieć, że lepsza wydała mi się część druga, tzn. od momentu dotarcia na Teegarden.

– fakt, pierwsza jest nieco przegadanym wprowadzeniem, ale wydawała mi się niezbędna.

 

Opis planety, kolor oceanu, spotkanie na plaży z chłopcem (samo imię Ebates Ro), subtelnie zasugerowani obcy, tajemniczy przedmiot z pulsującym kolorami ornamentem, i wszystko inne, było na tyle dobre, że poczułem magię, co rzadko mi się zdarza czytając opowiadania.

– magię? Super! Mam nadzieję, że to była magia klasycznej, oldskulowej fantastyki kosmicznej i międzyplanetarnej :)

 

Dziękuję serdecznie za wizytę, lekturę oraz cenne uwagi i spostrzeżenia, Kronosie.Maximusie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Cześć Marasie,

przeczytałem Twoje opowiadanie na dwa razy, część w nocy, a resztę rano. Pozytywny aspekt jest taki, że zaciekawiłeś mnie na tyle, że do lektury powróciłem z chęcią.

Samo opowiadanie, o ile pamiętam, to był konkurs Lemowski, i owszem klimatem przypomina trochę Lema. W ogóle dużo masz tam takich klasycznych elementów: są statki kosmiczne z kapsułami hibernacyjnymi, jest gadająca SI, dylatacja czasu, jest ogrom i niedostępność kosmosu, są też etyczne dylematy ludzkości…nawet postapokalipsę udało Ci się w to wszystko włożyć.

Sam tekst napisany bardzo solidnie. Tak, solidnie, to dobre słowo. Technicznie nie ma się do czego przyczepić, ale po profesjonalnej redakcji to trudno by było inaczej. Konstrukcja przemyślana, kompletna, zamknięta, z puentą. Ogólnie całość satysfakcjonująca.

Masz tam kilka nawiązań do literatury SF. Co ciekawe, więcej znalazłem ich do Simmonsa niż do samego Lema.

Właśnie, László Benkő, czy to świadome nawiązanie, czy przypadkowe?

 

Teraz Ci troszkę pomarudzę.

Zdarzały się miejscami nazbyt infodumpowe fragmenty, gdzie precyzyjnie tłumaczysz zawiłości opisywanych technologii czy problemów. Nie były one na tyle uciążliwe, by odbierać przyjemność z lektury, ale balansowałeś już na krawędzi. Tak, jasne, ten tekst science stoi, widać, że się dobrze przygotowałeś, natomiast od strony fabularnej nie wszystkie te szczegóły były potrzebne.

Swoją drogą jakiś czas temu robiłem research do opowiadania o kolonizacji planet poza Układem Słonecznym i kilka tych kandydatów na nową Ziemię, które Twoi bohaterowie rozpatrywali, zabrzmiały znajomo.

Wracając do fragmentów z niepotrzebnym brnięciem w szczegóły, troszkę mi zgrzytnął ten o wyjaśnieniach natury i pochodzenia Endymiona. Opisujesz, że ta natura i pochodzenie jest nieznane, po czym serwujesz kilka różnych możliwych wyjaśnień, z których każde sam podważasz jako nie do końca wiarygodne. Widać, że masz świadomość tego, że to trochę grubymi nićmi szyte i sam się przed krytyką zabezpieczasz. Czuć było między wierszami asekurację :). A po prawdzie to te wyjaśnienia nie były fabule niezbędne.

 

Dwa elementy tego tekstu, nawet nie tyle najsłabsze, co najmniej dla mnie atrakcyjne, to postaci i dylematy etyczne.

Inna sprawa to styl. I może od tego zacznę. Styl masz Marasie technicznie bez zarzutów, ale znając Cię choćby z portalowych komentarzy, odnoszę wrażenie, że ten styl nie dorównuje Twojemu potencjałowi.

Tak jakbyś, pisząc opowiadania, popadał nagle w bardzo poważny ton i tracił poczucie humoru oraz ten przysłowiowy pazur. To oczywiście moje bardzo subiektywne odczucie. Możliwe, że taka bardzo poważna narracja to był Twój świadomy wybór. Daję Ci jednak feedback, bo możliwe, że nie jesteś tego świadom.

 

Wracając do postaci, znowu, one są takie bardzo poważne, zimne wręcz.

Taka kreacja z jednej strony pasuje do niedostępnego kosmosu, pokazuje izolację… zarówno Maria jak i Eryk kojarzyli mi się z parą nieczułych Skandynawów mieszkających gdzieś na końcu świata.

Owszem, oni mają swoje uczucia, oni mówią o nich, kochają się i to wręcz na zabój, ale jednocześnie trzymają czytelnika od siebie bardzo na dystans. Oni są zbyt zimni, zbyt skupieni na celu, stawiają mocne bariery etyczne ze swoich poglądów, by można się do nich zbliżyć, dlatego też jako czytelnik tylko śledziłem ich losy z góry, miast się z nimi utożsamiać.

 Zmierzając do głównego dylematu moralnego, czyli klonowania ludzi umarłych, które nazywasz ustami Eryka nekrofilią, przyznam, że nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego Eryka to tak bardzo rusza. Bo on miał w sobie jakąś taką pogardę dla tych klonów i dla całego procesu. 

I rozumiem, że współcześnie uznajemy klonowanie ludzi jako nieetyczne, ale czy w obliczu zagłady ludzkości, to naprawdę byłby problem?

Wreszcie nie rozumiem, dlaczego Eryk zupełnie nie interesował się losem tych dzieciaków. Ok, nie podobało mu się to ze względów etycznych, ale jak już te małe dzieciaki powstały i przecież to były noworodki, dlaczego pozostawił ich wychowanie na pastwę maszyn? Dlaczego miał kompletnie w dupie, kim Ci nowi ludzie sie staną.

 

To chyba tyle z mojej strony. Pomijając utyskiwanie na niekompatybilność z bohaterami, to tekst jest spójny, wielowymiarowy i przemyślany. Można go nazwać kompletnym.

Klikam, a może i coś więcej.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Witam, Chrościsko!

przeczytałem Twoje opowiadanie na dwa razy, część w nocy, a resztę rano. Pozytywny aspekt jest taki, że zaciekawiłeś mnie na tyle, że do lektury powróciłem z chęcią.

 – miło mi to czytać :)

 

Samo opowiadanie, o ile pamiętam, to był konkurs Lemowski, i owszem klimatem przypomina trochę Lema. 

– zgadza się, dlatego nieco upchałem tutaj większych lub mniejszych nawiązań lemowskich, część z nich wspominam we wcześniejszych komentarzach.

 

Sam tekst napisany bardzo solidnie. Tak, solidnie, to dobre słowo. Technicznie nie ma się do czego przyczepić, ale po profesjonalnej redakcji to trudno by było inaczej. 

– tu Cię zaskoczę, redakcja była mniej niż symboliczna, Naz świadkiem, a najwięcej uwag i poprawek miałem ja sam, ostatnie zgłaszałem już po składzie właściwie. Oczywiście ten tekst ma już prawie dwa lata, więc wiele rzeczy napisałbym teraz inaczej.

 

Konstrukcja przemyślana, kompletna, zamknięta, z puentą. Ogólnie całość satysfakcjonująca. Masz tam kilka nawiązań do literatury SF. Co ciekawe, więcej znalazłem ich do Simmonsa niż do samego Lema.

– a które to są simmonsowskie Twoim zdaniem?

 

Właśnie, László Benkő, czy to świadome nawiązanie, czy przypadkowe?

 

– jeśli masz na myśli tego László Benkő z Omegi to historia jest prosta. Poszukując węgierskiego nazwiska, potrzebnego mi w opowiadaniu, przypomniałem sobie zespół Omega. Wybrałem z jego składu László Benkő. Gdy opowiadanie poszło na konkurs, jakiś czas później natrafiłem na informację, że muzyk właśnie zmarł (18.11.2020)… W kontekście fabuły opowiadania, była to ponura i przykra wiadomość. Co gorsza, trzy dni później (21.11.2020) zmarł kolejny muzyk Omegi Tamás Mihály. A jakiś czas potem kolejny. 

 

Teraz Ci troszkę pomarudzę. Zdarzały się miejscami nazbyt infodumpowe fragmenty, gdzie precyzyjnie tłumaczysz zawiłości opisywanych technologii czy problemów. Nie były one na tyle uciążliwe, by odbierać przyjemność z lektury, ale balansowałeś już na krawędzi. Tak, jasne, ten tekst science stoi, widać, że się dobrze przygotowałeś, natomiast od strony fabularnej nie wszystkie te szczegóły były potrzebne.

 

– ten tekst to naprawdę takie raczej soft s-f. Poszedłem na sporo łatwizn, jak wspomniane wyżej generatory grawitacji, syntezatory żywności, pręty paliwowe. Z drugiej strony chcąc nadać opowiadaniu leciutko lemowski sznyt, nie oszczędzałem sobie długaśnych dialogów bohaterów i nieco infodumpikowych opisów. Fajnie, że nie spadłem z tej krawędzi, Twoim zdaniem.

 

Swoją drogą jakiś czas temu robiłem research do opowiadania o kolonizacji planet poza Układem Słonecznym i kilka tych kandydatów na nową Ziemię, które Twoi bohaterowie rozpatrywali, zabrzmiały znajomo.

– to akurat analizowałem dokładnie, odległości, dylatacje czasu itp.

 

Widać, że masz świadomość tego, że to trochę grubymi nićmi szyte i sam się przed krytyką zabezpieczasz. Czuć było między wierszami asekurację :). A po prawdzie to te wyjaśnienia nie były fabule niezbędne.

– jedna z tych opcji (paskudztwo spod roztopionej czapy lodowej) to pewnie podświadome-świadome nawiązanie do serialu „Fortitude”, bardzo chwalonego za realizm przez mistrza hard sf Petera Wattsa.

 

Inna sprawa to styl. I może od tego zacznę. Styl masz Marasie technicznie bez zarzutów, ale znając Cię choćby z portalowych komentarzy, odnoszę wrażenie, że ten styl nie dorównuje Twojemu potencjałowi. Tak jakbyś, pisząc opowiadania, popadał nagle w bardzo poważny ton i tracił poczucie humoru oraz ten przysłowiowy pazur. To oczywiście moje bardzo subiektywne odczucie. Możliwe, że taka bardzo poważna narracja to był Twój świadomy wybór. Daję Ci jednak feedback, bo możliwe, że nie jesteś tego świadom.

 

– dzięki za ten feedback, ale masz też trochę racji w tym świadomym wyborze poważnego tonu do tej fabuły. Jakoś nie wydziałem w opisanych wydarzeniach powodów do żartów. Zarówno ze strony autora, narratora jak i bohaterów. Z kolei Eryk wydaje mi się dosyć cyniczny, czyli pasuje do mnie.

 

Wracając do postaci, znowu, one są takie bardzo poważne, zimne wręcz. Taka kreacja z jednej strony pasuje do niedostępnego kosmosu, pokazuje izolację… zarówno Maria jak i Eryk kojarzyli mi się z parą nieczułych Skandynawów mieszkających gdzieś na końcu świata.

– w sumie Eryk to także jakiś wręcz mazgaj, która wzdycha do Marii, fochuje i rozpacza, więc myślałem, że nie jest zbyt zimny, a Maria jest zimna przez większą część tekstu, bo zahibernowana ;P . Ale tak serio, całe to zimno skandynawskie sobie tłumaczę prochami, którymi szprycowała załogę Gen, stale kontrolując ich nastroje. Gdyby się załamali i dali ponieść emocjom niczego by nie uratowali.

 

Zmierzając do głównego dylematu moralnego, czyli klonowania ludzi umarłych, które nazywasz ustami Eryka nekrofilią, przyznam, że nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego Eryka to tak bardzo rusza. Bo on miał w sobie jakąś taką pogardę dla tych klonów i dla całego procesu. 

– jak już pisałem, może to był wyraz pewnej rezygnacji Eryka? Może uznał, że ludzkość się skończyła i powinno tak zostać, ale Maria nie pozwalała mu rezygnować. Tym bardziej gdy spała. Jest o tym pod koniec tekstu trochę. Czuł też pewne obrzydzenie, że tak ma wyglądać zmartwychwstanie cywilizacji, wygrzebanej z cmentarzy. Cóż, akurat na takiego kogoś trafiło. Z tego wszystkiego w finale wolał się „wymazać” i puścić nowy świat samopas. On żył przeszłością od początku, czuł rozgoryczenie, że misja jego życia straciła znacznie, że nie ma przed kim tryumfować, że jest nieważny w sumie, że nowy świat nie będzie dla niego, a najgorsze, że nie ma w nim Marii, która poza tym, że była jego miłością, to jeszcze była jedynym łącznikiem ze starym światem. Także tym jeszcze sprzed misji na Ross.

 

Pomijając utyskiwanie na niekompatybilność z bohaterami, to tekst jest spójny, wielowymiarowy i przemyślany. Można go nazwać kompletnym. Klikam, a może i coś więcej.

– rób jak uważasz, Chro, i zgodnie z sumieniem, lol ;). Fajnie, że ogólnie tekst przypadł Tobie do gustu (tak to odebrałem). Bardzo dziękuję za tak cenny, wyczerpujący i rozbudowany komentarz pełen celnych spostrzeżeń oraz ciekawych uwag. Rzekłbym lożowski.

Po przeczytaniu spalić monitor.

– a które to są simmonsowskie Twoim zdaniem?

Nazwa patogenu – Endymion (tak wiem, że to niby mitologia, ale nie wydaje mi się byś z mitologii tu czerpał :)) oraz nawiązanie do twórczości Keatsa.

– w sumie Eryk to także jakiś wręcz mazgaj, która wzdycha do Marii, fochuje i rozpacza, więc myślałem, że nie jest zbyt zimny,

W innym sensie zimny… chodzi mi o sposób wyrażania się, wyrażania uczuć, ta jego zasadniczość w kwestiach etycznych, gdzie nawet mimo uczucia do Marii, on gardzi tym, co ona robi, nie próbuje robić tego razem z nią, ma w sobie empatii.

Rzekłbym lożowski.

Ech, te przyzwyczajenia. Dobrze, że nie muszę już oceniać :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Keats owszem, poniekąd od Simmonsa pewnie, ale miałem też na początku jakieś przeświadczenie, że Keats jest związany z Lemem, potem okazało się, że bardziej z Żuławskim, a ja dalej szukam tego Keatsa, którego gdzieś u Lema spotkałem za młodu i wciąż nie mogę znaleźć. Oczywiście pierwsze skojarzenie fana s-f z Endymionem, to cykl Simmonsa, ale akurat jako nazwę „ostatecznego” patogenu wywiodłem go poprzez skojarzenie z endemią (u mnie to nie stały poziom zachorowań tylko raczej zabawa słowna od angielskiego end, czyli ostateczna, końcowa epidemia) plus mityczny Endymion jako symbol piękna śmierci czy spokojnej śmierci i snu wieczystego. Motywy Selene i Endymiona zdobiły też rzymskie sarkofagi, a u mnie sarkofagi to nazwa komór hibernacyjnych, więc kręcąc się w tym sosie, tak mi ten Endymion wszedł i został. 

Co do Eryka, taki to już zacięty facet i do tego stanowczy. Próbuję uciekać od postaci, które mi same się pchają do fabuły, w stylu Kerva czy Tomasza z “Pura Fides”. Tworzyć bohaterów nieco innych, z wadami, z wyraźnymi cechami charakteru i poglądami. Nie zawsze czytelnik ich lubi, ale mam nadzieję, że są przez to bardziej żywi, mimo że np. zimni.

edit. O! Niespodziewanka! Widzę teraz Twój punkcik nominacyjny. Dzięki! No i przegapiłem klika bibliotecznego od Ciebie, też dzięki!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wczoraj przeczytałem i skomentowałem. Komentarz gdzieś wcięło. Zostały gwiazdki. Dobre i to. Nie będę powtarzał komentarza. Było w nim, że bardzo mi podeszło, że świetnie się czytało i powodowało chwile refleksji. Dobra lektura.

Witaj, Koala75!

 

Zawsze szkoda wciętego komentarza, ale cieszę się, że wróciłeś i zostawiłeś ślad swojej obecności. Najważniejsze, że opowiadanie Ci podeszło, dobrze się czytało, a nawet wywołało jakieś refleksje. Rad jestem wielce z tego powodu.

Dziękuję za lekturę, sześć gwiazdek i miłe słowa oraz sam powrót z komentarzem :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Niezwykle zajmująco opisałeś przypadek wymarcia całej ludzkości, a zachowawszy przy życiu dwoje bohaterów, obarczyłeś ich szczególnym obowiązkiem. I choć podeszli do sprawy z niejednakowym entuzjazmem, niejednakowo przekonani o powodzeniu „eksperymentu”, ten się powiódł, pozwalając mieć nadzieję na dobrą przyszłość tych którzy narodzili się poza Ziemią.

Nieźle pokazałeś zarówno relacje między Marią i Erykiem, jak i czuwającą na całością Gen.

Marasie, przeczytałam Dzieci Marii z ogromną przyjemnością i cieszę się, że tym razem zrezygnowałeś z „uczonych” wtrętów i zwrotów, przedstawiając sprawę w sposób jasny, przyjemny i bardzo przystępny. To była bardzo satysfakcjonująca lektura.

W pełni przekonana, że poprawisz usterki, udaję się do klikarni. :)

 

głos miał nie­spo­dzie­wa­nie spo­koj­ny.– Nie pro­si­łem… → Brak spacji po kropce.

 

Ofi­cjal­nie re­pre­zen­tu­ją­cych sześć naj­licz­niej­szych na­ro­dów pań­stwa środ­ka. → Ofi­cjal­nie re­pre­zen­tu­ją­cych sześć naj­licz­niej­szych na­ro­dów Pań­stwa Środ­ka.

 

– Uspo­kój się, pro­szę. To nie­moż­li­we. Prze­wi­dzia­ło ci się. → W ostatnim zdaniu pewnie miało być: Przy­wi­dzia­ło ci się.

 

Chło­piec pod­niósł się z kolan i otrze­pał ko­la­na. → Brzmi to fatalnie.

Proponuję: Chło­piec pod­niósł się z klęczek i otrze­pał ko­la­na.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witam dyżurną, Reg :)

 

Niezwykle zajmująco opisałeś przypadek wymarcia całej ludzkości […]

– bardzo się cieszę, że tak odebrałaś mój tekst, Reg :)

 

Marasie, przeczytałam Dzieci Marii z ogromną przyjemnością i cieszę się, że tym razem zrezygnowałeś z „uczonych” wtrętów i zwrotów, przedstawiając sprawę w sposób jasny, przyjemny i bardzo przystępny. To była bardzo satysfakcjonująca lektura.

– jak już wspomniałem, jest to raczej soft s-f, wytrychem okazało się stwierdzenie, że bohaterowie nie są biologami, co zmusiło Gen do posługiwania się prostym językiem, a autorowi pozwoliło ukryć swoją niekompetencję. Pozostałe wstawki "naukowe" starałem się dawkować oszczędnie i z wyczuciem. Rad jestem, że okazało się to dobrym posunięciem, a lektura przypadła Ci do gustu.

 

W pełni przekonana, że poprawisz usterki, udaję się do klikarni. :)

– oczywiście i dziękuję za kliczka!

 

Chłopiec podniósł się z kolan i otrzepał kolana. → Brzmi to fatalnie.

Proponuję: Chłopiec podniósł się z klęczek i otrzepał kolana.

 

– Oj, to akurat wynik tego, że wkleiłem ostatnią wersję wysłaną do wydawnictwa, ale bez moich ostatnich poprawek wysyłanych mailem do redaktora :/ W antologii to zdanie brzmi po prostu: Chłopiec podniósł się i otrzepał kolana. Będę musiał przyjrzeć się, czego jeszcze nie naniosłem z tychże własnych poprawek przed wklejeniem na portal. Było tego więcej i muszę posprawdzać te stare maile.

 

Dziękuję serdecznie za wizytę, lekturę, praktyczne uwagi i niezwykle miły komentarz, Reg!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo proszę, Marasie. A skoro poprawiłeś usterki, mogę odbyć jeszcze jedną wycieczkę, tym razem do nominowalni. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A to niezwykle miły i niespodziewany bonus od Ciebie, Reg. Dziękuję :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jakże mi miło, Marasie, że udało mi się Cię zaskoczyć. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Udało, udało. Mówię serio, Reg.

Po przeczytaniu spalić monitor.

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

;)

 

 

 

 

 

 

PS. Korzystam z możliwości kulturalnego podbicia tekstu, jaką daje mi uśmiech Reg.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, niedawno wspomniałam, a Ty potwierdziłeś własne świetne wychowanie, z teraz można jeszcze zauważyć zachowanie pełne klultury. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak zatem widać, oboje odebraliśmy świetne wychowanie, Reg, oraz posiadamy niewybrakowaną kulturę osobistą ;D

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie da się ukryć, nie da się zaprzeczyć, Marasie. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dlatego nie mogłem tego ukrywać, ani temu zaprzeczać, Reg. Zwyczajnie się nie dało.

Po przeczytaniu spalić monitor.

To całkiem zrozumiałe – takich spraw nie należy skrywać. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Otóż to!

Po przeczytaniu spalić monitor.

No to z racji faktu, że ostatnio jestem zabiegana, wkleję recenzję ze swojego bloga:

 

Opowiadanie w dość otwarty sposób nawiązuje koncepcją i rozwiązaniami fabularnymi do klasycznej Lemowskiej fantastyki. Punktem wyjścia jest powrót na Ziemię, po ponad stu dwudziestu latach, wyprawy badawczej, mającej szukać nowego domu dla ludzkości. Tyle że kiedy Eryk, jego ukochana Maria i reszta załogi docierają do ojczystej planety, dowiadują się, że – są ostatnimi z ludzi, bo populację Ziemi zgładziła inwazja nieznanego dotąd czynnika chorobotwórczego. Ta część opowiadania – reakcje bohaterów na wieści, subtelna, ale żelazna kontrola, jaką sprawuje nad ostatnimi z ludzi Genetrix, sztuczna inteligencja statku, narzucona im przez los konieczność nowych heroicznych decyzji w momencie, kiedy wydawało się, że ich wielka misja się skończyła – efektownie nawiązuje do tematów i ujęć Lema i aż chwilami by się prosiło o szersze, może nawet powieściowe, ujęcie tych tematów. Równie udana jest druga część utworu, gdzie najpierw w centrum mamy etyczny problem z pobraniem DNA od zmarłych, by odtworzyć genetyczny potencjał ludzkości i wreszcie końcówka, z historią nowych ludzi i ich relacji z ostatnim ze starych ludzi, Erykiem. Opowiadanie z jednej strony w twórczy sposób nawiązuje do wzorców klasycznej SF i Lema, z drugiej – mówi własnym, osadzonym zarówno w nauce, jak i etyce, głosem, nie stroniąc przy tym także od ukazywania emocji i przeżyć bohaterów. Zdecydowanie mi się ten tekst podobał.

Witam, Ninedin!

 

Jak już wspomniałem tam i siam, to jest moja ulubiona "recenzja" tego opowiadania. Czytałem kilka w sumie miłych opinii tu i tam w ramach recenzji "Nowoświatów", ale właśnie Ty podeszłaś do tego tekstu bardzo konkretnie, celnie go (pokrótce) analizując i osadzając w lemowskim "zapleczu".

Bo rzeczywiście jako amator (w pisaniu i amator lemowskiej fantastyki) chciałem na konkurs lemowski napisać opowiadanie z powierzchownymi, ale i głębszymi tropami oraz nawiązaniami do tejże fantastyki lemowskiej. Oczywiście znam swoje miejsce, nie porównuję się do Mistrza, ale fajnie, że doceniasz moje nieudolne próby i zauważasz, że ten lemowski duch gdzieś tam majaczy na horyzoncie także w samej tematyce i dylematach bohaterów. 

A skoro już sprezentowałaś mi tutaj ten fragment z bloga, to warto podlinkować i bloga i całą recenzję: Lemoświaty

Dziękuję za wizytę, komentarz i klika, Ninedin.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hmmm. Przeczytałam początek i mam wrażenie, że już to kiedyś czytałam. To możliwe?

Babska logika rządzi!

Tak, Finklo. Czytałaś to w “Nowoświatach”. Wspominam o tej antologii we wstępniaku.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Aaaa, no tak! Patrz pan, zapomniałam, że czytałam antologię, myślałam, że znam stąd.

Babska logika rządzi!

Zgodzę się, że to oldskulowe SF. Jeśli chodzi o nawiązania do Lema, to trochę tak, a trochę nie. Jest podróż do innych gwiazd, są nieoczekiwane problemy, jest nauka. Bohaterowie mają przerąbane jak u późnego Mistrza. Ale za dużo uczuć, ze szczególnym uwzględnieniem damsko-męskich. No, ale chyba nie mieliście napisać fanfika ani parodii, więc nie ma co się czepiać.

Czasami używasz technologii, którymi jeszcze długo nie będziemy dysponować (a lód się rozpuszcza) – komory hibernacyjne, genetyczne modyfikacje, możliwość wytworzenia niemowlaka bez udziału kobiety albo chociaż samicy… Ale tego też nie będę się czepiać.

W zasadzie niczego nie będę się czepiać, solidne SF.

Babska logika rządzi!

 

Witam, Finklę!

 

Tak, uczuć jest trochę, ale sytuacja była dosyć emocjonalna, sama przyznasz. I farmakologia nie zapanuje nad wszystkim. Poza tym, to nie jest tak, że u Lema nie ma uczuć. Najlepszym przykładem "Solaris" i wątek Kelvina i Harley albo nawet "Powrót z gwiazd" z wątkiem Hala i Eri.

Kurcze nie zajarzyłem o co chodzi z tym lodem…

Technologii potraktowanej "mają taką, bo to przyszłość" jest więcej. Jak wspomniane już: generatory grawitacji (ale nikt nie pyta skąd grawitacja na "Nostromo" albo "Enterprise"), syntezatory żywności, SI itd. Dlatego uważam ten tekst za takie bardziej soft science fiction.

Dzięki za opinię i cenny komentarz. Fajnie, że odbierasz to jako solidne sf (oldskulowe).

Po przeczytaniu spalić monitor.

Kurcze nie zajarzyłem o co chodzi z tym lodem…

Piszesz, że Endymion mógł wydostać się z wiecznej zmarzliny. No to u nas ona już topnieje, ale jeszcze nikt nie kombinuje, żeby wysłać parkę Homo gdzieś daleko… Innych technologii też ani widu, ani słychu. Cmentarze mamy, zawsze coś.

Babska logika rządzi!

Piszesz, że Endymion mógł wydostać się z wiecznej zmarzliny. No to u nas ona już topnieje, ale jeszcze nikt nie kombinuje, żeby wysłać parkę Homo gdzieś daleko… Innych technologii też ani widu, ani słychu.

 

Aaaa, teraz rozumiem. Fakt, ale mam nadzieję, że jakoś ten proces spowolnimy (bo chyba już nie zdołamy powstrzymać). Poza tym to może czaić się w jakimś najgłębszym, najstarszym lodzie. No i poza tym to tylko jedna z hipotez na temat pochodzenia Ednymiona.

 

[…] komory hibernacyjne, genetyczne modyfikacje, możliwość wytworzenia niemowlaka bez udziału kobiety albo chociaż samicy…

 

To nie są tak całkiem nierealne i odległe w czasie technologie. Trwają badania. W 2017 udało się przeprowadzić krótkotrwałą "hibernację" wprowadzając świnie w stan hipotermii i przywrócić do normalnego stanu. Nad prawdziwą hibernacją pracuję kilka ośrodków na świecie.

Modyfikacje genetyczne u ludzi mają miejsce już od jakiegoś czasu, na innych gatunkach prowadzone są od dawna. Oczywiście mówię tutaj o nielegalnych eksperymentach np. w Korei Południowej czy Chinach. Co się dzieje w USA itd., pewnie nie prędko się dowiemy. Wiadomo, prawa człowieka, etyka itp.

Sztuczna macica już w zasadzie funkcjonuje (dla zwierząt), w Chinach pracują takim urządzeniem nadzorowanym przez SI i chyba chodzi o ludzkie embriony. Zapłodnienie in vitro to już standard. Itd. Itd.

Wszystko przed nami…

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czyli jest jakaś nadzieja. Ale najbardziej liczę, że ewentualny Endymion nie okaże się aż tak morderczy. Po czymś na poziomie dżumy ludzkość jakoś przetrwa.

Babska logika rządzi!

Coś nas w końcu wykończy. To i tak cud, że jeszcze nie wyskoczyła jakaś potworna mutacją czegoś z czymś przez coś. Przy takich zmianach środowiska, laboratoriach, mutacjach wirusów, obniżonej odporności, terrorystach itd. itp. Na razie powinniśmy się chyba poważnie obawiać superbakterii i braku nowych antybiotyków w sytuacji, gdy dotychczasowe przestają działać.

Ale nadzieja jest. W nauce.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Okazało się, że zdaniem autorów programu ratowania ludzkości, z wielu względów jedynym sposobem gwarantującym powodzenie misji było pobranie materiału z grobów osób zmarłych na długo przed pojawieniem się Endymiona.

Mam wrażenie, że jemu nie tyle nie podoba się pomysł klonowania, bo przecież innego wyjścia nie ma, musiał to wiedzieć, ale fakt, że ludzkość ma zostać odbudowana z materiału genetycznego jakiś praprzodków. I tego za bardzo nie rozumiem.

 

– Nie jesteśmy biologami, Gen, staraj się mówić prostym językiem.

A właściwie czemu tam nie ma biologa? Skoro szukają nowej planety do osiedlenia się, to ciolog byłby jak najbardziej na miejscu. Jeśli na planecie nie ma nic, trudno będzie zaczynać od nowa, jeśli coś tam przynajmniej rośnie, biolog może określić na ile przydatne.

 

Za wiele Ci nie napiszę, bo zawsze łatwiej pomarudzić, niż wskazać, co się podoba ;) Dobrze napisane przy minimum naukowej gadki. Ciekawie odwróciłeś role; chrześcijanka rzuca się z entuzjazmem do pracy, a niewierzący ma wątpliwości (choć pozostaje to pytanie czego dotyczące). Spodziewałabym się raczej czegoś odwrotnego. Ciekawa jest też argumentacja Marii – grzech zaniechania.

Zostawiłeś też sporo miejsca dla czytelniczych domysłów, albo są to furtki do wykorzystania w przyszłości ;) Bo jak dla mnie te sztuczne inteligencje coś za łatwo ze sobą współpracują. Genetrix podaje im informacje, jak chce. Czy to nie dziwne, że nie ma żadnego przekazu video dla nich, że nikt na Ziemi nie wpadł na pomysł, żeby ich osobiście przekonać? Chiński statek kolonizacyjny jest chętny do współpracy; może faktycznie Chiny się zmieniły, ale to nadal tylko chiński statek, nie ma na nim obcokrajowców. Nie ma też żadnego skrótu ziemskiej historii w czasie ich nieobecności. To że oni te wszystkie dziwności przegapiają da się wyjaśnić, choćby środkami, które pompuje w nich sztuczna inteligencja, ale mam wrażenie, że to historia niekoniecznie wygląda tak, jak przekonuje Genetrix. I żeby była jasność – to nie jest marudzenie, raczej nadzieja na powrót do tego świata ;)

Generalnie podobało mi się, wciągnęło, sprawiło, że przeleciałam ciurkiem, bez zatrzymywania się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Jak na SF jest to opowiadanie bardzo przystępne. To nie jest tak, że nie ma tu tych informacji, nazwijmy to, technicznych. Chodzi raczej o to, że wiele z nich jest zmyślnie przemycanych poprzez dialogi, co pozwala uniknąć wrażenia takiej ściany trudnego tekstu, która nieco przeraża i która często bywa nazywana męczącym technobełkotem.

Spora liczba dialogów ma jeszcze jedną, ważną zaletę. Mianowicie: tekst ogólnie jest lżejszy. Nie czuje się tych ponad 50k, lektura płynie swobodnie – jest to tekst do przeczytania na raz. Jakoś tak już jest przy SF (a może nie tylko SF), że narracja męczy bardziej niż dialogi. Tutaj fajnie z tym sobie radzisz, w dodatku bez skutków ubocznych w postaci zarzutu przegadania czy ciągłej paplaniny w tekście.

Ten SF jest również lekki (jak na swój gatunek oczywiście) również z powodu koncepcji na to opowiadanie. Mamy tu bowiem dość równo rozłożone akcenty na warstwę SF-ową (głupie określenie, ale średnio mam czas szukać lepszego) oraz relacje i emocje bohaterów. To jest o tyle korzystne, że pozwala chyba takiemu opowiadaniu trafić do szerszej grupy odbiorców. Możemy tu skupić się zarówno na motywach związanych z szeroko pojętą eksploracją kosmosu – szeregami tajemnic, które może one kryć i równie wielką liczbą tych, która można mu przypisać poprzez fantastykę. Możemy też jednak skupić się na aspektach czysto ludzkich. Jest tego sporo, jest bliskie nam. To już nie tylko kosmos, ale i człowiek w kosmosie. Z całą swoją złożonością.

Oczywiście ma to i swoje wady. Dla mnie pewnie ciut tych uczuć za dużo – zwyczajnie jako czytelnik skupiam się na czymś innym i nawet, jeśli jest to istotna część tekstu to zarazem również ta, która mniej mnie w literaturze pociąga (a która, poprzez zachowanie bohatera, trochę przysłaniała momentami inne). Podobnie ktoś, kto woli z kolei właśnie tę warstwę uczuciową w tekście wolałby pewnie mniej informacji technicznych, a więcej rozterek bohaterów (tak, zdaję sobie sprawę, że to by już mogło trącić jakimś tworem typu obyczajowe SF, ale każdy czytelnik ma swoje preferencje).

Poza tym łączeniem wspomnianych dwóch warstw, na pewno zwraca uwagę połączenie SF z religią. To jest bardzo wdzięczny temat, który daje szerokie pole do popisu i nawet, jeśli pewnie nie każdemu te rozważanie przypadną do gustu (w końcu więcej w tym rozważań niż pchania fabuły do przodu) to mnie akurat bardzo się podobało zderzenie tych dwóch elementów, to w jaki sposób one się wzajemnie zderzają, do jakich dylematów moralnych potrafią doprowadzić. Gdyby to było opowiadanie stricte nastawione na takie właśnie rozważania, mogłoby wyjść dość nudno. Ponieważ jednak jest to temat przemycany gdzieś pomiędzy innymi, wypada niezwykle fajnie jako wartość dodana tekstu.

Czepów jako takich szukać nie zamierzam. Jest to solidny tekst, po który sięgnąłem z zaufaniem, że mogę dostać kawałek ciekawej lektury i się nie zawiodłem. Jeśli coś mi w tekście nie podchodziło to wyłącznie jakieś elementy wynikające z preferencji czytelniczych (nie mogę zatem napisać, że coś w opowiadanie ewidentnie nie gra czy jest nie tak), a czepianie się o takie sprawy nie będzie w żaden sposób uczciwe. Co najwyżej można to zasygnalizować, żeby zostawić autorowi jakiś materiał do oceny, co danemu czytelnikowi podchodzi w tekście bardziej, a co mniej (co już w sumie wyżej napisałem).

Kawał dobrego, a przy tym przystępnego opowiadania.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

No proszę, jakie dwa dorodne komentarze jeszcze się tutaj pojawiły :)

 

Witam dyżurną Irkę!

 

Mam wrażenie, że jemu nie tyle nie podoba się pomysł klonowania, bo przecież innego wyjścia nie ma, musiał to wiedzieć, ale fakt, że ludzkość ma zostać odbudowana z materiału genetycznego jakiś praprzodków. I tego za bardzo nie rozumiem.

– tak. Brzydzi go i wywołuje niechęć wizja ludzkości odtworzonej ze zmarłych, wyrosłej na grobach, wygrzebanej na cmentarzu. Odrodzonej z ludzi, którzy powinni spoczywać w pokoju.

 

– Nie jesteśmy biologami, Gen, staraj się mówić prostym językiem.

A właściwie czemu tam nie ma biologa? Skoro szukają nowej planety do osiedlenia się, to ciolog byłby jak najbardziej na miejscu. Jeśli na planecie nie ma nic, trudno będzie zaczynać od nowa, jeśli coś tam przynajmniej rośnie, biolog może określić na ile przydatne.

 

– nie napisałem, że misja na Ross-128 była misją w poszukiwaniu nowej Ziemi, ale wybór tej akurat planety, uznawanej za jedną z egzoplanet, sugeruje, że jednym z celów mógł być rekonesans dla oszacowania szans na skolonizowanie. Tylko akurat biolog nie był tam raczej potrzebny. Biologia zajmuje się życiem, nikt nie wysyła biologów (a raczej astrobiologów) na obiekty, które według wiedzy naukowej są tego życia pozbawione. W zasadzie mamy w opowiadaniu sytuację zbliżoną do obecnej – według ichniej wiedzy nie ma śladów życia w znanym kosmosie. Dlatego my również nie wysyłaliśmy biologów na Księżyc i zapewne nie wyślemy na pierwszą misję na Marsa.

 

 Za wiele Ci nie napiszę, bo zawsze łatwiej pomarudzić, niż wskazać, co się podoba ;) 

– czyli im krótsze komentarze piszesz, tym lepiej? :)

 

Ciekawie odwróciłeś role; chrześcijanka rzuca się z entuzjazmem do pracy, a niewierzący ma wątpliwości (choć pozostaje to pytanie czego dotyczące). Spodziewałabym się raczej czegoś odwrotnego. Ciekawa jest też argumentacja Marii – grzech zaniechania.

– tak, Maria chyba widzi szansę daną ludzkości przez Boga, wszak już robił podobne numery w przeszłości (vide Potop).

 

Zostawiłeś też sporo miejsca dla czytelniczych domysłów, albo są to furtki do wykorzystania w przyszłości ;) 

– w przyszłości świata wewnętrznego opowiadania czy przyszłości mojej przy pisaniu jakiejś kontynuacji?

 

 Genetrix podaje im informacje, jak chce. 

– Genetrix ma oczywiście dostęp do pełnych danych, odbierała komunikaty jeszcze w czasie lotu powrotnego. Rzeczywiście przekazuje te informacje załodze w taki sposób, jaki uważa za skuteczny i korzystny z punktu widzenia wykonania nowego zadania.

 

Czy to nie dziwne, że nie ma żadnego przekazu video dla nich, że nikt na Ziemi nie wpadł na pomysł, żeby ich osobiście przekonać? 

– myślę, że przekonywać astronautów, ostatnich ludzi, do podjęcia się zadania ocalenia ludzkiego gatunku, nie trzeba za bardzo. Pewnie planem “b” było wykonanie tego zadania także bez udziału ludzi. Ale jak pisałem powyżej, można było ocalić tych ostatnich ludzi przy okazji, a w razie czego mogli być oni kimś w rodzaju Adama i Ewy, gdy z kolei plan Langstroma nie wypalił. Oczywiście mam świadomość, że takie historie jak nowa cywilizacja z dwójki osobników to tylko w Biblii. Ja nie wspominam o tym, że oni przeglądali jakieś materiały czy zapisy z wydarzeń związanych z przebiegiem Endemii. Pewnie tak. A może Gen nie chciała wywoływać w nich rozpaczy, przygnębienia tymi obrazami?

 

I żeby była jasność – to nie jest marudzenie, raczej nadzieja na powrót do tego świata ;)

– miło mi, że masz nadzieją jako czytelnik, że moja historia może mieć drugie dno i nie wszystko jeszcze stracone :) To znaczy, że nieco przejęłaś się tą opowieścią. 

 

Generalnie podobało mi się, wciągnęło, sprawiło, że przeleciałam ciurkiem, bez zatrzymywania się :)

– cieszę się! Dziękuję za wizytę, solidny komentarz oraz wszystkie tropy, uwagi i przemyślenia.

 

 

Witam, CM-a!

 

Jak na SF jest to opowiadanie bardzo przystępne. To nie jest tak, że nie ma tu tych informacji, nazwijmy to, technicznych. Chodzi raczej o to, że wiele z nich jest zmyślnie przemycanych poprzez dialogi, co pozwala uniknąć wrażenia takiej ściany trudnego tekstu, która nieco przeraża i która często bywa nazywana męczącym technobełkotem.

 

– fajnie, że tak to odebrałeś. Tak jak już wspominałem, sam nazywam ten tekst soft s-f. 

 

Nie czuje się tych ponad 50k, lektura płynie swobodnie – jest to tekst do przeczytania na raz. […] Tutaj fajnie z tym sobie radzisz, w dodatku bez skutków ubocznych w postaci zarzutu przegadania czy ciągłej paplaniny w tekście.

– dzięki!

 

Mamy tu bowiem dość równo rozłożone akcenty na warstwę SF-ową […] oraz relacje i emocje bohaterów. To jest o tyle korzystne, że pozwala chyba takiemu opowiadaniu trafić do szerszej grupy odbiorców. 

– takie właśnie było moje zamierzenie :)

 

Możemy tu skupić się zarówno na motywach związanych z szeroko pojętą eksploracją kosmosu – szeregami tajemnic, które może one kryć i równie wielką liczbą tych, która można mu przypisać poprzez fantastykę. Możemy też jednak skupić się na aspektach czysto ludzkich. Jest tego sporo, jest bliskie nam. To już nie tylko kosmos, ale i człowiek w kosmosie. Z całą swoją złożonością.

– to spory komplement, CM, nie wiem, czy zamierzony. Fantastyka kosmiczna, która mówi też o człowieku. I to z całą złożonością. Brzmi wspaniale :)

 

Oczywiście ma to i swoje wady. Dla mnie pewnie ciut tych uczuć za dużo – zwyczajnie jako czytelnik skupiam się na czymś innym […]

– zawsze są jakieś wady :). Pewnie każdy czytelnik widzi inne, aż się uzbiera.. A tych uczuć to fakt, jak na mnie to rzeczywiście jest sporo, ale wątek śpiącej Marii, ukochanej Eryka, dodawał moim zdaniem dramaturgii i pogłębiał kilka wątków i dylematów bohatera.

 

[…]zdaję sobie sprawę, że to by już mogło trącić jakimś tworem typu obyczajowe SF […]

– brr, a kysz!

 

Poza tym łączeniem wspomnianych dwóch warstw, na pewno zwraca uwagę połączenie SF z religią. […] Ponieważ jednak jest to temat przemycany gdzieś pomiędzy innymi, wypada niezwykle fajnie jako wartość dodana tekstu.

– cieszy mnie taki odbiór tego wątku i jego wykorzystania w tekście.

 

Jest to solidny tekst, po który sięgnąłem z zaufaniem, że mogę dostać kawałek ciekawej lektury i się nie zawiodłem. 

– rad jestem niezmiernie, CM.

 

Co najwyżej można to zasygnalizować, żeby zostawić autorowi jakiś materiał do oceny, co danemu czytelnikowi podchodzi w tekście bardziej, a co mniej (co już w sumie wyżej napisałem).

– uwierz mi, CM, każda uwaga, interpretacja czy opinia jest dla mnie niezwykle cenna i staram się wyciągać z nich wnioski na przyszłość i czerpać naukę. Dzięki wielkie za wszystkie Twoje uwagi i przemyślenia.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie!

 

Endemia to akurat znany już termin, oznaczający coś troszkę innego:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Endemia

 

– Przy ta­kiej bli­sko­ści bar­dzo szyb­ko po­win­no dojść do syn­chro­ni­za­cji ob­ro­tu z obie­giem. To nie jest nor­mal­ne! Maria spoj­rza­ła na niego bez słowa. Na­tych­miast prze­chwy­cił to spoj­rze­nie. 

Tutaj zabrakło oddzielenia wypowiedzi.

 

– Nie­ak­tyw­ny czer­wo­ny ka­rzeł, znacz­nie młod­szy od Te­egar­de­na. Ros­sa­lyn krąży po bez­piecz­nej or­bi­cie je­de­na­stu mi­lio­nów ki­lo­me­trów. Rok trwa tam dwa razy dłu­żej niż na Te­egar­de­nie – Eryk nie dawał za wy­gra­ną. 

Po Teegardenie zabrakło kropki.

 

No, solidne SF. Bardzo solidne. Poruszasz aspekty moralności sztucznego tworzenia ludzi, bycia pseudo-bogiem i dylematy bohatera, będącego jednocześnie pionierem jak i ostatnim ocaleńcem. Na początku trochę się potykałem, może to przez dialogi, może to przez opisy, aczkolwiek z czasem jakiekolwiek przeszkody zniknęły i pogrążyłem się w bardzo dobrej lekturze.

Poświęcenie Eryka, walczącego z własną złością i goryczą było zaznaczone bardzo dobrze. Widać było, że napędzany był miłością dla kobiety, którą kochał całym sercem i która była ostatnią osobą, z jaką miał kontakt.

Czytało się bardzo płynnie, tekst sprawił mi przyjemność.

Dziękuję.

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

BarbarianCataphracie!

 

Endemia to akurat znany już termin, oznaczający coś troszkę innego:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Endemia

– wiem, wiem, Barbarzyńco. Jak już wspomniałem w odpowiedzi na komentarz Chrościska, spodobała mi się ta gra słów – end, Endymion, endemia jako finalna epidemia. W tekście Gen, tłumaczy bohaterom, że epidemię Endymiona nazwano endemią.

A nazwano z powodu tych wspomnianych konotacji. Bez większego związku z istniejącym terminem. Pewnie taka nazwa się przyjęła i nikt nie przejmował się w zaistniałych dramatycznych okolicznościach, że takie słowo już funkcjonuje.

 

No, solidne SF. Bardzo solidne. 

– miło mi czytać taką opinię. Dodam tylko, że to raczej takie soft sf.

 

Na początku trochę się potykałem, może to przez dialogi, może to przez opisy, aczkolwiek z czasem jakiekolwiek przeszkody zniknęły i pogrążyłem się w bardzo dobrej lekturze.

– cieszę się (ale też trochę martwię tymi potknięciami na początku), że udało mi się pogrążyć jakiegoś czytelnika w lekturze ego tekstu.

 

Czytało się bardzo płynnie, tekst sprawił mi przyjemność.

– zadowolony czytelnik to z kolei przyjemność dla mnie.

 

Bardzo dziękuję za wizytę, lekturę (to w sumie taka kobyłka) i trafne spostrzeżenia oraz nad wyraz słuszną interpretację ;), Barbarianie. No i dzięki za wskazanie usterek technicznych! Wklejałem tekst z innego źródła i się mi tu coś w edycji zawieruszyło.

Po przeczytaniu spalić monitor.

– wiem, wiem, Barbarzyńco. Jak już wspomniałem w odpowiedzi na komentarz Chrościska, spodobała mi się ta gra słów – end, Endymion, endemia jako finalna epidemia. W tekście Gen, tłumaczy bohaterom, że epidemię Endymiona nazwano endemią.

Ach, musiała mi umknąć Twoja rozmowa z Chrościskiem. W takim razie wszystko zrozumiałe. ^^

 

I nie ma sprawy, cała przyjemność po mojej stronie. :3

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Ej to zrozumiałe, ciężko się przebijać po tekście na 54 tys. jeszcze przez kilkadziesiąt komentarzy. Ale liczy się Twoja czujność :). Dzięki raz jeszcze.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Cześć. :D Przeczytałam z wielkim zainteresowaniem, pomimo długości, nawet raz wzruszyłam się do mokrych oczek (ale ja wzruszam się niezwykle łatwo, toteż nie przesadzaj z pochlebianiem sobie). ;D Nie czytam niestety dużo, toteż mi pomysł wydał się oryginalny xD – w sensie, nie sama apokalipsa, tylko apokalipsa z punktu widzenia astronautów, których nie było w okolicy Ziemi przez kilka dziesięcioleci.

Kolejny bardzo ciekawy motyw – ludzie, którzy osiadają na innej planecie, nie mając żadnych wspomnień z Ziemi ani nikogo, kto mógłby się z nimi takimi wspomnieniami podzielić. Aż dziwnie o tym pomyśleć. ;)

Nie bardzo wiem, czym na dłuższą metę żywiły się te “Dzieci Marii” – ale chyba miały szansę coś w końcu znaleźć, skoro jakieś ślady cywilizacji już tam były. (Właśnie ciekawiła mnie ta cywilizacja, miałam nadzieję, że kogoś spotkają, no ale trudno. :P)

 

Ogólnie baaaardzo mi się podobało <3

 

Pozdrawiam :)

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

– w przyszłości świata wewnętrznego opowiadania czy przyszłości mojej przy pisaniu jakiejś kontynuacji?

Twojej kontynuacji ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witam, DHBW!

 

Przeczytałam z wielkim zainteresowaniem (…) nawet raz wzruszyłam się do mokrych oczek (ale ja wzruszam się niezwykle łatwo, toteż nie przesadzaj z pochlebianiem sobie). 

– miło mi to czytać. Pochlebiać sobie nie mam zamiaru. Jestem przeciwnikiem ckliwości w fantastyce i zdaję sobie sprawę, że tutaj chyba lekko pojechałem po bandzie, nawet za mocno, jak na mnie. No ale tak ta historia mi się potoczyła i o klimat przygnębienia, smutku, przemijania z iskierkę nadziei w finale głównie chodziło.

 

Nie bardzo wiem, czym na dłuższą metę żywiły się te “Dzieci Marii” – ale chyba miały szansę coś w końcu znaleźć, skoro jakieś ślady cywilizacji już tam były. 

– zwaliłem problem na przyszłościowe „syntezatory żywności” zastosowane w pierwszej fazie kolonizacji, potem wiadomo, klasyka kolonizacji innych światów: zmodyfikowane genetycznie rośliny, szklarnie itp. 

 

(Właśnie ciekawiła mnie ta cywilizacja, miałam nadzieję, że kogoś spotkają, no ale trudno. :P)

– ten motyw to taka „obietnica przygody”, „tajemnica nowego świata”, umyślnie podrzucam ten wątek, aby Eryk mógł zostawić tę wielką sprawę nowym pokoleniom, niech to nowi ludzie odkrywają, zdobywają, szukają kontaktu itd., otwierając nowy rozdział w dziejach ludzkości. To również taka obietnica, że tam dalej będzie się jeszcze sporo działo, że wszystko, co najciekawsze wciąż przed nowymi ludźmi, że czeka ich jeszcze wiele fascynujących rzeczy i że to nie koniec, a dopiero pewien początek w dziejach ludzkości.

Dziękują za odwiedziny i garść interesujących uwag i wrażeń z lektury. Cieszę się, że opowiadanie się spodobało i nie pozostawiło obojętną.

 

Hej, Irko!

 

Twojej kontynuacji ;)

– a nie, ta historia niech się toczy sama dalej. Może kiedyś zajrzę co słychać u Ebatesa Ro, ale nie prędko (lub raczej nie sądzę).

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Cześć, Marasie!

 

SF to nie moja bajka, ale przyznam, że poprzez jej hmm… mniej lub bardziej dyskretne promowanie na portalu zaczynam się do tego gatunku przekonywać. Lem to jeszcze niemal nieodkryty przeze mnie obszar, nie mówiąc już o innych klasykach.

I to jest kolejny tekst, który mnie do tego przekonuje. Jest na tyle Science, że nie jest infantylny, czy wpadający w fantasy i na tyle przystępny, że dobrze się czyta. Trochę żal, że taka literatura znajduje relatywnie małe grono odbiorców.

O warstwie technicznej tekstu nie ma się co rozwodzić – sam zresztą znasz swoją jakość, a tu weszła chyba również profesjonalna redakcja. Jakby to powiedział Zibi Boniek: Top!

Jako również piszący mogę śmiało powiedzieć, że tej historii Ci zazdroszczę. Głównie poprzez fakt, że niejednokrotnie moje pomysły na opowieść okazywały się wyzute z fantastyki, a innym razem, gdy fantastyka była niezaprzeczalna, okazywało się, że treść jest o niczym. W “Dzieciach Marii” mamy nierozerwalny splot treści i fantastycznej formy, gdzie jedno jest ugruntowane w drugim. To niby banał, ale wcale nie taki oczywisty.

Warstwa filozoficzna, czy jakkolwiek ją nazwać, wypada wg. mnie bardzo fajnie. Nie są to nachalne przemyślenia i, co ważniejsze, nie próbujesz nam na wszystko odpowiedzieć. Zostawiasz spore pole do własnych rozważań, a to zawsze jest cienka granica.

Przy czytaniu tekstów jestem trochę jak chorągiewka. Jeśli idzie dobrze, to zwracam się w stronę tego dobrego i nawet jeśli czasem sypnie piachem, to daję się ponieść wizji autora. Od początku dobrze wiało, więc o kilku moich wątpliwościach w trakcie tekstu zwyczajnie zapomniałem. Zostało to, czym sypnęło na końcu: czy zniszczenie SI nie było zbyt lekkomyślne? Tak mała społeczność bez nadzoru jest wg. mnie zbyt niestabilna i może być wkrótce niezdolna do dalszego rozwoju. A druga rzecz – dziesięciolatek jest dość dobrze ogarnięty społecznie w chwili spotkania z Erykiem. Jak? Wychowują go roboty, a dookoła ma tylko inne dzieci. Brak mu wzorców, a jest całkiem spokojny.

To była bardzo satysfakcjonująca lektura. Miałeś tu już chyba pięcioro lożan. Idę zagnać pozostałą czwórkę do czytania. Co będą tak leżeć?

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej, hej, Krokusie!

 

SF to nie moja bajka, ale przyznam, że poprzez jej hmm… mniej lub bardziej dyskretne promowanie na portalu zaczynam się do tego gatunku przekonywać. 

– i bardzo słusznie, aż Ci zazdroszczę odkrywania wielu wspaniałych dzieł s-f, które ja już znam i pierwsze zachwyty nie dla mnie ;)

 

Lem to jeszcze niemal nieodkryty przeze mnie obszar, nie mówiąc już o innych klasykach.

– Lem koniecznie! Niezwyciężony, Eden, Fiasko, Dzienniki Gwiazdowe, Opowieści o pilocie Pirxie, a potem Solaris, Powrót z gwiazd i reszta. Nie zaczynaj czasem od Głosu Pana.

 

I to jest kolejny tekst, który mnie do tego przekonuje. 

– niezmiernie mnie to cieszy! Gdyby odstraszał, to by dopiero było…

 

Trochę żal, że taka literatura znajduje relatywnie małe grono odbiorców.

– myślę, że to głównie w Polsce, gdzie dwaj najwięksi wydawcy fantastyki polskiej, czyli SQN i Fabryka Słów, stawiają na polskie urban fantasy, słowiańskie fantasy albo fantasy. Na Zachodzie i w Rosji, s-f ma się dobrze moim zdaniem. Akurat SQN wydał lemowską antologię Nowoświaty z moim powyższym tekstem i kilkoma innymi s-f, ale to raczej wyjątek. Na szczęście są jeszcze mniejsze wydawnictwa niestroniące od s-f np. Wydawnictwo IX czy Powergraph.

 

O warstwie technicznej tekstu nie ma się co rozwodzić – sam zresztą znasz swoją jakość, a tu weszła chyba również profesjonalna redakcja. 

– jak już wspominałem wyżej, akurat redakcja w przypadku tego tekstu była raczej symboliczna. Nie chcę oczywiście umniejszać roli Naz, bo poza drobiazgami na jedną naprawdę ważną rzecz zwróciła moją uwagę, ale najwięcej poprawek miałem ja sam (a Naz miała już mnie dość z tymi poprawkami moimi).

 

Jakby to powiedział Zibi Boniek: Top!

– no nie wiem, czy to nie jest sarkazm w świetle tego jak się ten Top z Sousą zakończył… ;)

 

Jako również piszący mogę śmiało powiedzieć, że tej historii Ci zazdroszczę. Głównie poprzez fakt, że niejednokrotnie moje pomysły na opowieść okazywały się wyzute z fantastyki, a innym razem, gdy fantastyka była niezaprzeczalna, okazywało się, że treść jest o niczym. 

– przecież Twoje rzeczy czytałem, Krokusie, i wszystko było w należytym porządku!

 

Nie są to nachalne przemyślenia i, co ważniejsze, nie próbujesz nam na wszystko odpowiedzieć. Zostawiasz spore pole do własnych rozważań, a to zawsze jest cienka granica.

– fanie, że tak to odbierasz.

 

[…] czy zniszczenie SI nie było zbyt lekkomyślne? Tak mała społeczność bez nadzoru jest wg. mnie zbyt niestabilna i może być wkrótce niezdolna do dalszego rozwoju. 

– Eryk zniszczył starego “boga”, który wisiał nad nowym światem i dał temu światu nowy początek, ale kolonia już nieźle funkcjonowała w tym czasie. Nadzór Aniołów miał wystarczyć. Być może działał pod wpływem emocji, chciał zerwać ostatnią nić, spalić ostatni most.

 

A druga rzecz – dziesięciolatek jest dość dobrze ogarnięty społecznie w chwili spotkania z Erykiem. Jak? Wychowują go roboty, a dookoła ma tylko inne dzieci. Brak mu wzorców, a jest całkiem spokojny.

– w sumie Eryk wyglądał w skafandrze kosmicznym trochę jak Anioł, a poza tym obecność strażnika na pewno uspokajała chłopaka, skoro Anioł nie reagował, to znaczy nie ma zagrożenia. No i dzieci pewnie uczono o dorosłych, wciskano im kit, że Kapitan poleciał na Ziemię po inne dzieci itd. W sumie nie spojrzałem na to w ten sposób, jaki przedstawiasz.

 

To była bardzo satysfakcjonująca lektura. Miałeś tu już chyba pięcioro lożan. Idę zagnać pozostałą czwórkę do czytania. Co będą tak leżeć?

– dziękuję serdecznie za wizytę i fajny, rozbudowany komentarz, Krokusie. No i za głos nominacyjny o mocy dyżurnego (!), który zaowocował, jak widzę, nominacją i całym TAKiem. Nie wiem, czy to coś da (ostatnio nie mam szczęścia w nominacjach, a jak już mam nominację, to remisami się to kończy ;)), ale raz jeszcze wielkie dzięki. No i czy Ci zagnani lożanie, aby na pewno szczęśliwi będą, z powodu tego, że im taką kobyłę na 54 tys. znaków podrzuciłeś ;)

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Witaj, Panie Marasie!

Przeczytałem z zainteresowaniem, choć początek mocno mnie zawiódł. Uważam, że warstwa science w kontekście biologii została potraktowana po macoszemu. Ale po kolei.

Nauczony doświadczeniem, by doszukiwać się wszędzie symboliki, passimus mnie przerósł i nawet google wymiękł z podpowiedziami. Mój najlepszy pomysł (a i tak kiepski) to odniesienie do kościelnego “non possumus”, co ma imo średnie odniesienie do treści tego opowiadania. Jest też taki Pokemon – Passiman, ale nie idźmy w tę stronę… ;)

Zatem passimus jest nie wiadomo czym, choć nosi wiele znamion prionu (chociażby latencja objawów czy nieunikniony zgon po ich wystąpieniu), ale na przykład w przeciwieństwie do prionów jest niedorzecznie zakaźny, niczym wirus przenoszony drogą kropelkową. Przy tworzeniu swojego patogenu wybrałeś mu same najbardziej zjadliwe i zdradliwe cechy… i tyle. Nie ma tutaj tłumaczenia takiego cherrypickingu, choć z punktu widzenia biologii taki drobnoustrój miałby problem by wyewoluować, skoro podstępnie zabija 100% swoich nosicieli. A jeśli jego pochodzenie jest nieziemskie? To nie dane mi było o tym nawet pospekulować, bo temat został wygodnie przemilczany.

Kolejna sprawa to nazwa passimusa – Endymion, jak mniemam od boga dobrej śmierci, a nie od miasta na Hyperionie. Tu też próba sprytnego słowotwórstwa z “endemią” – przy czym jeśli ma się świadomość, że takie słowo funkcjonuje w epidemiologii i oznacza epidemię występującą lokalnie, a tutaj określa się tym mianem w zasadzie coś gorszego niż pandemia, bo obejmującego Ziemię i pozaziemskie kolonie, to pojawia się w głowie pewien dysonans poznawczy.

Ponadto trudno mi uwierzyć, że ludzkość postawiona przed zagrożeniem wymarcia gatunku, tak niewiele zdołała się dowiedzieć o passimanie. Spójrzmy na pandemię covid19 i tempo zdobywania wiedzy na temat tego wirusa, gdy dosłownie cały świat brał udział w badaniach. W “Dzieciach Marii” mamy świat przyszłości, więc możliwości powinny być proporcjonalnie większe, tymczasem oni się nawet nie porozumieli, czy mają do czynienia z bakterią, grzybem, czy wirusem.

Tyle czepialstwa co do teorii. Przechodząc do akcji: bohaterowie jako para ostatnich ludzi wraca do Układu Słonecznego i totalnie nie potrafię zrozumieć, dlaczego Maria schodziła na skażoną planetę po próbki. Dlaczego nie wysyłali po DNA dronów, skoro mają do dyspozycji SI a także zaawansowane platformy, które niańczyły dzieci w nowym świecie. To znaczy – znajduję jeden powód; Maria tam schodzi, żeby się zakazić i żeby tym podbić potem dramaturgię. Tylko moim zdaniem nie powinno się tego robić w ten sposób, bo można z finezją i o wiele subtelniej.

Druga część opowiadania dużo bardziej mi się podobała, bo z dość naiwnego biologicznego science przeszliśmy na porządne wątki astronomiczne, a także filozoficzne. Jest to bardzo w stylu Lema, co wg przedmowy jest zaletą, zważając, z myślą o jakim konkursie ten tekst powstał. Osobiście za Lemem nie przepadam, to i nie będę się nad tym wątkiem rozwlekać. Najbardziej spodobało mi się zakończenie. Sugeruje mnóstwo możliwości otwierających się przed populacją ludzi na zupełnie nowym świecie. Ich wiedza o przeszłości jest limitowana zakresem, jakiego udzielił im de facto bóg pod postacią Eryka. Przyznam, że rozbudziło to moją wyobraźnię.

Podsumowując: opowiadanie jest porządne i jest to poziom, do którego, myślę, zdążyłeś przyzwyczaić swoich czytelników. Uważam natomiast, że liczne detale popsuły tutaj odbiór całości. Jeśli czułeś się niepewnie w projektowaniu własnej pandemii, może trzeba było ją kompletnie pominąć, zredukować do zaledwie wzmianki i rozpocząć opowiadanie podczas podróży, a może nawet po dotarciu do nowego świata?

Hej, MrBrightside!

 

Przeczytałem z zainteresowaniem, choć początek mocno mnie zawiódł. Uważam, że warstwa science w kontekście biologii została potraktowana po macoszemu. 

 

– pewnie masz rację, MrB. Potrzebowałem do tej historii totalnego, ostatecznego niszczyciela ludzkości. Padło na nowy czynnik chorobotwórczy. Wydawał mi się odpowiednio nieznany, tajemniczy (w działaniu, pochodzeniu itp.), żeby ukryć moją niekompetencję. Był jednak zaledwie punktem wyjściowym i pretekstem – w tekście na prawie 55 tys. znaków fragment dotyczący endemii i Endymiona zajmuje 2,5 tys. znaków. Sam przyznasz, że to niewiele.

 

Nauczony doświadczeniem, by doszukiwać się wszędzie symboliki, passimus mnie przerósł i nawet google wymiękł z podpowiedziami. Mój najlepszy pomysł (a i tak kiepski) to odniesienie do kościelnego “non possumus”, co ma imo średnie odniesienie do treści tego opowiadania. Jest też taki Pokemon – Passiman, ale nie idźmy w tę stronę… ;)

 

– nie idźmy. To gra słów, z którą się zwyczajnie przeliczyłem, jak stwierdzam po czasie. Podobnie jak Endymion-endemia (mój błąd, że olałem dysonans osób obeznanych z tematem) tutaj zagrałem słowami pessimus (z łaciny najgorszy) z pass – podawać, przekazywać, ale też pasować – w sensie poddawać się, odpuszczać, rezygnować itp. Niektóre określenia, które się przyjmują w językach wszelakich, mają naprawdę dziwaczne pochodzenie. Wiem, że tutaj moje myśli i skojarzenia sobie zbytnio pofolgowały i to może czytelnika skonfundować. Mea culpa. To pewnie nie były najlepsze wybory.

 

Przy tworzeniu swojego patogenu wybrałeś mu same najbardziej zjadliwe i zdradliwe cechy… i tyle. 

– tak. To miało być po prostu nieznane cholerstwo, nieznanego pochodzenia.

 

[…] tymczasem oni się nawet nie porozumieli, czy mają do czynienia z bakterią, grzybem, czy wirusem.

– może dlatego, że to nie było żadne z powyższych?

 

To znaczy – znajduję jeden powód; Maria tam schodzi, żeby się zakazić i żeby tym podbić potem dramaturgię. 

– niezupełnie, Maria schodzi, bo chce. Bo to jej pożegnanie z Ziemią (Eryk nie chce się żegnać). Poza tym Maria wypełnia misję, chce doglądać, nadzorować, dopilnować, brać udział, „ratować” ludzi, czuć się potrzebna, nie siedzieć bezczynnie, zająć się czymkolwiek w tak ekstremalnej sytuacji itd.

 

Druga część opowiadania dużo bardziej mi się podobała, bo z dość naiwnego biologicznego science przeszliśmy na porządne wątki astronomiczne, a także filozoficzne. Jest to bardzo w stylu Lema (…)

– cieszę się. A od którego momentu liczy się ta druga część?

 

Najbardziej spodobało mi się zakończenie. Sugeruje mnóstwo możliwości otwierających się przed populacją ludzi na zupełnie nowym świecie. Ich wiedza o przeszłości jest limitowana zakresem, jakiego udzielił im de facto bóg pod postacią Eryka. Przyznam, że rozbudziło to moją wyobraźnię.

– taki był plan ;)

 

Podsumowując: opowiadanie jest porządne i jest to poziom, do którego, myślę, zdążyłeś przyzwyczaić swoich czytelników. 

– cieszy mnie, że uważasz moje opowiadania za porządne, MrB :)

 

Uważam natomiast, że liczne detale popsuły tutaj odbiór całości. Jeśli czułeś się niepewnie w projektowaniu własnej pandemii, może trzeba było ją kompletnie pominąć, zredukować do zaledwie wzmianki i rozpocząć opowiadanie podczas podróży, a może nawet po dotarciu do nowego świata?

– jak już wspomniałem, tej pandemii jest w tekście tak mniej więcej 1/18 objętości. Więc jest to poniekąd wzmianka wobec sporej liczby wydarzeń, które dzieją się po wprowadzeniu. No ale skoro popsuły, to popsuły. Nie ma co płakać nad wylanym mlekiem. Tekst ma już swoje lata (zaraz będą dwa), mam go za sobą, spodobał się na tyle, że wszedł do antologii, ma super oceny na Audiotece (to akurat pewnie zasługa Piotra Grabowskiego), kilka pozytywnych opinii i nominację do piórka :) itd. Sporo wywalczył, ale teraz pewnie napisałbym go inaczej.

Dziękuję za wizytę i lożowski, konkretny, rozbudowany i rzeczowy komentarz, MrB. Wobec takich jego zalet nie mogę psioczyć na to, że jest negatywny.

Po przeczytaniu spalić monitor.

A od którego momentu liczy się ta druga część?

Gdy opuścili Układ Słoneczny, a wątek pandemii się może nie urwał, ale zszedł na dużo dalszy plan.

 

może dlatego, że to nie było żadne z powyższych?

Ubolewam nad tym całym passimanem, bo jest to rewelacyjny punkt wyjścia dla SF, bazującego na naukach biologiczno-biochemicznych, czego przecież nie ma tak wiele na rynku, więc z pewnością byłoby to coś odświeżającego. Umiejętności masz i wierzę, że dźwignąłbyś temat. Tymczasem zasiedlanie nowych planet – ile razy już to widzieliśmy? :p

Czołem!

 

To moje trzecie spotkanie z Twoim pisarstwem i… drugie udane :)

Dzieci Marii bardzo przypadły mi do gustu. Uważam, że dokonałeś szalenie interesującej rzeczy, mianowicie stworzyłeś opowieść jednocześnie kameralną i tyczącą się spraw najwyższej przecież wagi, które niejako naturalnie łączyłbym ze wszystkim co wielkie, monumentalne, może nawet efekciarskie. Wprawdzie nie jestem wytrawnym czytelnikiem sci-fi, ale jak na moje wąskie horyzonty zaserwowane przez Ciebie opowiadanie wyróżnia się właśnie tym osobliwym mariażem. Podobny zabieg przypominam sobie w Ciszy w La Silla, jednakże tutaj skala wydarzeń jest jednak zupełnie inna, toteż i kameralność była o wiele trudniejsza do osiągnięcia . 

Fantastycznie wyszło rzucenie losów ludzkiej rasy w ręce dwójki ludzi. I dobrze, że zdecydowałeś się szybko odebrać Erykowi Marię. Opowieść z perspektywy tego, który nie chce nowej Ziemi, nowego człowieka ani nowej rzeczywistości wyszła kreatywnie i oryginalnie. Dobrze, że nie poszedłeś w stronę mesjasza ze świętą misją ratowania ludzkości. 

Podobały mi się dylematy, cała warstwa filozoficzna, a nawiązania do twórczości Simmonsa (możesz sobie mówić, że niezamierzone, ja i tak je tam widzę :P) dodatkowo ociepliły mi to opowiadanie.

Za bardzo dobre i oryginalne rozwiązanie uważam również to, że Eryk nie przeszedł niesłychanej zmiany wraz z końcem opowiadania. Nie osiedlił się wśród nowych ludzi, nie żył długo i szczęśliwie, jakby życzyła sobie Maria. Wybrał śmierć i chwała mu za to. Kolejny punkt dla Ciebie.

Znalazłem tylko jedną literówkę – w tekście wspominasz Hybrydy, a powinny być Hebrydy (o ile Eryk wspomina ziemskie wyspy).

Podsumowując – bardzo dobre opowiadanie, zdecydowanie w moim guście.

Chyba dołożę cegiełkę do Twojego piórka, a co mi tam :)

 

Pozdrawiam

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Ubolewam nad tym całym passimanem, bo jest to rewelacyjny punkt wyjścia dla SF, bazującego na naukach biologiczno-biochemicznych, czego przecież nie ma tak wiele na rynku, więc z pewnością byłoby to coś odświeżającego. Umiejętności masz i wierzę, że dźwignąłbyś temat. Tymczasem zasiedlanie nowych planet – ile razy już to widzieliśmy? :p

– passimusem, MrB, passimusem ;). Być może jest on rewelacyjnym punktem wyjścia do SF biologiczno-bichemicznego, ale to niestety nie moja dziedzina. Jestem za to pewien, że prędzej Ty, Fun, Cobold, ewentualnie Arnubis, udźwignęlibyście takie tematy na luzie. Zasiedlanie nowych planet to z kolei klasyczny i sztandarowy motyw SF i zarazem punkt wyjściowy do snucia różnych historii. Myślę, że dorzuciłem do tego klasycznego tematu kilka swoich w miarę oryginalnych pomysłów i nie jest to tylko opowieść o zasiedlaniu innych planet. 

Dziękuję za odpowiedź. 

 

Hej fmsduval!

 

To moje trzecie spotkanie z Twoim pisarstwem i… drugie udane :)

No tak, nadal pamiętam, że „Pura Fides” strasznie Cię zmęczyło ;). Fajnie, że powoli nadrabiam w Twoich oczach.

 

Uważam, że dokonałeś szalenie interesującej rzeczy, mianowicie stworzyłeś opowieść jednocześnie kameralną i tyczącą się spraw najwyższej przecież wagi, które niejako naturalnie łączyłbym ze wszystkim co wielkie, monumentalne, może nawet efekciarskie. 

[…] opowiadanie wyróżnia się właśnie tym osobliwym mariażem. Podobny zabieg przypominam sobie w Ciszy w La Silla, jednakże tutaj skala wydarzeń jest jednak zupełnie inna, toteż i kameralność była o wiele trudniejsza do osiągnięcia . 

– dokładnie taki efekt chciałem uzyskać. Bardzo mnie cieszy, że to wychwyciłeś, fmsduval i uznałeś za udany zabieg. I rzeczywiście, dobrze dedukujesz, „Cisza w Las Silla” była pomyślana podobnie. Do mistrzów takiego pisania SF wciąż mi jednak daleko. Ideałem w tej kategorii jest dla mnie chyba opowiadanie “Śmiercionauci” Teda Kosmatki. 

 

Fantastycznie wyszło rzucenie losów ludzkiej rasy w ręce dwójki ludzi. I dobrze, że zdecydowałeś się szybko odebrać Erykowi Marię. Opowieść z perspektywy tego, który nie chce nowej Ziemi, nowego człowieka ani nowej rzeczywistości wyszła kreatywnie i oryginalnie. 

– tak, zabieg był celowy i cieszę się, że Twoim zdaniem zadziałało.

 

Podobały mi się dylematy, cała warstwa filozoficzna, a nawiązania do twórczości Simmonsa (możesz sobie mówić, że niezamierzone, ja i tak je tam widzę :P) dodatkowo ociepliły mi to opowiadanie.

– bardzo lubię Simmonsa, najbardziej tego piszącego SF, nie horrory. Pewnie jakieś echa jego lektur we mnie głęboko siedzą.

 

Za bardzo dobre i oryginalne rozwiązanie uważam również to, że Eryk nie przeszedł niesłychanej zmiany wraz z końcem opowiadania. Nie osiedlił się wśród nowych ludzi, nie żył długo i szczęśliwie, jakby życzyła sobie Maria. Wybrał śmierć i chwała mu za to.

– tak, innego zakończenia tej historii sobie nie wyobrażam. W końcu świat Eryka przeminął, a nowy nie był jego światem. Takie usunięcie się ze sceny pasowało moim zdaniem i do całokształtu postawy Eryka jak i do jego rozpaczy po stracie Marii i całej reszty.

Znalazłem tylko jedną literówkę – w tekście wspominasz Hybrydy, a powinny być Hebrydy (o ile Eryk wspomina ziemskie wyspy).

– patrz, nikt przed Tobą tego nie wyłapał! Co zabawne, ja mieszkam od 17 lat w Szkocji, odwiedzam czasem tamte rejony (polecam np. Isle of Skye), wiem, że to Hebrydy, ale często spotykam się z pisownią Hybrydy i jakoś to poszło i przeszło niezauważone.

 

 Chyba dołożę cegiełkę do Twojego piórka, a co mi tam :)

– a teraz to mnie rzeczywiście zaskoczyłeś. Dziękuję bardzo i cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu. Z tym piórkiem to byłbym ostrożny, ale faktycznie, głosy dyżurnych ostatnio działają z wielką mocą. 

No i przede wszystkim dziękuję za wizytę, lekturę oraz rozbudowany i interesujący komentarz, fmsduval.

Muszę się odwdzięczyć lekturą i porządnymi komentarzami pod Twoimi tekstami.

Pozdrawiam!

Po przeczytaniu spalić monitor.

No tak, nadal pamiętam, że „Pura Fides” strasznie Cię zmęczyło ;)

Już o tym nie mówmy, trzeba patrzeć naprzód :)))

 

Ideałem w tej kategorii jest dla mnie chyba opowiadanie “Śmiercionauci” Teda Kosmatki. 

Nie czytałem, postaram się zapoznać. Odpowiada mi taki sposób opowiadania historii.

 

– patrz, nikt przed Tobą tego nie wyłapał! Co zabawne, ja mieszkam od 17 lat w Szkocji, odwiedzam czasem tamte rejony (polecam np. Isle of Skye), wiem, że to Hebrydy, ale często spotykam się z pisownią Hybrydy i jakoś to poszło i przeszło niezauważone.

Ma się to bystre oko ;) Mieszkania w Szkocji zazdroszczę, póki co pozostaje ona w sferze podróżniczych planów (mam nadzieję, że niezbyt odległych). O Isle of Skye się naczytałem i naoglądałem sporo, więc nawet nie musisz mnie namawiać. No i mocarną whisky tam robią, więcej zachęt mi nie trzeba :)

Z tym piórkiem to byłbym ostrożny, ale faktycznie, głosy dyżurnych ostatnio działają z wielką mocą. 

Nie marudź, bo w komentarzu pod piórkowym wątkiem dopiszę “byle nie” do “mr. maras – Dzieci Marii” :) A poważnie, to jak rzadko zgadzam się z nominacjami i rozdysponowaniem piórek, tak tutaj nie miałem większych wątpliwości.

 

Muszę się odwdzięczyć lekturą i porządnymi komentarzami pod Twoimi tekstami.

Tylko proszę nie tratować!

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Opowiadanie Kosmatki znajdziesz w „Krokach w nieznane 2008”, fmsduval

A skoro rzadko się zgadzasz z nominacjami i rozdysponowaniem piórek, to tym bardziej doceniam i dziękuję za Twój głos dyżurnego. Przy mojej ostatniej nominacji (” Same Dobre Rzeczy”) było 5 – 5 i takie ½ głosu dyżurnego byłaby na wagę piórka. Zobaczymy, jak będzie tym razem. A poza tym całkiem niedawno, bo w kwietniu, to właśnie półtaka dyżurnego zapewniło piórko Gekiemu.

Tratowanie zdarza się przy naprawdę słabych tekstach, z tego jak zapamiętałem Twoje pisanie (czytałem coś na pewno), to raczej na tratowanie się nie zapowiada. Ale żadnej taryfy ulgowej nie przewiduję ;)

Pozdrawiam.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Podobało się: W całym solidnym, w końcu opublikowanym w “Nowoświatach” opowiadaniu chyba najbardziej zapadnie mi w pamięć motyw znaków na sarkofagach. Szczypta fantastycznego klimatu w science fiction.

Nie podobało się: Trochę mam wątpliwości co do nazwy nowej planety, jakkolwiek jest mocno uzasadniona fabularnie. 

 

Gratuluję i pozdrawiam! 

Witam, Olgierdzie :)

 

Dziękuję za odwiedziny, lekturę oraz komentarz. Chociaż przyznam szczerze, niewiele z niego zrozumiałem albo być może zrozumiałem go niewłaściwie. 

A mianowicie: wywnioskowałem z niego, że podobały Ci się w tym opowiadaniu jedynie nieistotne raczej znaki (?) na sarkofagach. I co gorsza były one (jedyną?) szczyptą fantastycznego klimatu w tekście. W sumie to tak, jakby np. w jakimś filmie spodobało się widzowi jedynie obuwie bohatera. Marna to pociecha dla reżysera, sam przyznasz. Albo czegoś nie załapałem. 

Poza tym nieco mnie smuci, że opowiadanie uważasz za solidne głównie dlatego, bo ukazało się w antologii (tak można zrozumieć Twoją wypowiedź), a nie odwrotnie na przykład – że ukazało się w antologii, bo było dosyć solidne ;)

Z drugiej strony nie spodobało Ci się nazwanie planety Marią i masz co do tego wątpliwości pomimo, że uważasz za mocno uzasadnione fabularnie. Przyznam, że niestety nie rozumiem czego dotyczą te wątpliwości. Czy ktokolwiek mógł zabronić Erykowi nazwania planety imieniem ukochanej kobiety i w zasadzie niejako "matki" nowej społeczności? Czy to nie był miły gest z jego strony? Co jest nie tak w tym geście? Czy chodzi Ci jedynie o samo imię Maria? Może Twój niepokój budzi fakt, że mieszkańcy będą nazywano Marianami ;)? Zapewniam, że to byłby możliwe tylko w przypadku, gdyby wszyscy nowi ludzie posługiwali się językiem polskim i mieli jakieś humorystyczne skojarzenia z nazywaniem mieszkańców planety Marianami (wszystkich Marianów proszę o wybaczenie), co raczej nie nastąpiło, według wiedzy autora. 

Raz jeszcze dziękuję za wizytę i pozdrawiam.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Już wyjaśniam! To tylko moje subiektywne wrażenia. Staram się w każdym przypadku w miarę zwięźle napisać coś co mi się podoba i coś co nie. W wielu komentarzach na siłę szukam czegoś co mi się nie podoba – tak też było tutaj. A to że opowiadanie zostało wydane we wspomnianej antologii, znaczy że jego walory docenili profesjonaliści. 

Fantastyczny klimat – miałem na myśli węższą kategorię, takiego fantasy. Poza tym opowiadanie bliższe jest klimatowi hard science fiction (oczywiście z silnym ładunkiem humanistycznym), przynajmniej dla laika. 

Kiedy piszę o czymś, co mi się nie podoba, nie mam na celu atakować czy umniejszać znaczenia czyjejś pracy. Jestem tu nowy i dopiero muszę poznać jaki rodzaj uwag jest pożądany. Tym razem opiszę to co mi leży na sercu ale wiem że nie każdemu takie uwagi pasują. Przyznaję, że to z mojej strony asekuranctwo – kiedyś sparzyłem się bardzo mocno, więc dmucham na zimne.

Otóż z jednej strony nazwa “Maria” wydaje się trochę za bardzo sentymentalna. Z drugiej strony do tego imienia mam nieobiektywny stosunek, gdyż kojarzy mi się z hotelem-restauracją gdzie przeżyłem pewne niemiłe chwile, kilka razy. Ale zostaje przy tym fakt że żeńskie imiona są wszechobecne w turystyce a męskie – w przedsiębiorstwach handlowo usługowych (Pol-adam-ex, Piotr-bud).

Również pozdrawiam!

Budowlanką zajmują się głównie mężczyźni, a pewnie pensjonat “U Wioli/Zosi/Basi” ma sugerować ciepło domowego ogniska, pyszną kuchnię jak u mamy itd.

Babska logika rządzi!

Dokładnie mi to wszystko wyjaśniłeś, Olgierdzie, i teraz już łapię, o co chodzi. 

Może mała uwaga, widzę, że zamierzyłeś sobie komentarze w takiej formie (podoba/nie podoba), ale szukanie na siłę czegoś, co się nie podoba (nie mówię teraz o moim opowiadaniu, tylko ogólnie), jest w sumie bez sensu :)

Fantastyczny klimat rozjaśniłeś mi całkowicie.

Nie ma jednej złotej reguły odnośnie komentarzy i uwag komentującyh, ale ja najbardziej cenię te szczere, dosadne, merytoryczne, konkretne, poszerzające moje spojrzenie na własny tekst oraz wiedzę i podane bez owijania w bawełnę :)

Masz rację, w opisanej historii imię Maria ma wydźwięk sentymentalny (głównie dla Eryka) i właśnie dlatego tak nazwał planetę. Ogólnie jest w tym tekście trochę nostalgii (za starym światem), melancholii (kosmicznej samotności) i sentymentalizmu (uczucia i inne ble).

Rozumiem również Twoje osobiste uprzedzenia do nazwy lokalu, ale jak pewnie wiesz, nie jestem właścicielem ani udziałowcem wspomnianego przybytku i nie ponoszę odpowiedzialności za odczucia jego klientów ;). Podobnie jest z Erykiem ;)

Pozdrawiam i dziękuję za wyczerpującą odpowiedź.

 

No właśnie, Finklo. I mrówki ;). Poza tym czy sugerujesz, że np. “U Mariana” nie kojarzy się z ciepłem domowego ogniska, pyszną kuchnią jak u… Mariana?

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Kurczę, Marasie, oprócz jednego polityka, to nie znam żadnego Mariana. A, jeszcze jest ten kabaretowy; “Marian, czy ty mnie kochasz, czy ty mnie nie kochasz?” “No”. Żaden z nich nie kojarzy się z ciepłem ogniska.

Znam natomiast Mariannę, która wspaniale gotuje. Niestety, baby rządzą i musicie się z tym pogodzić. ;-)

Babska logika rządzi!

Tylko dlaczego szefami kuchni w najsłynniejszych restauracjach zostają zazwyczaj faceci ;)?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bo to nieźle płatne stanowiska.

Babska logika rządzi!

Ratatouille też był samcem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

“A ściślej mówiąc, tą nadzieją stała się Taagarden b, pierwsza planeta systemu. “ – Teegarden chyba? W każdym razie, dalej masz już przez ‘e’ :)

 

No i mam, Panie Marasie, z Tobą problem. Pomysł jest ciekawy, widać, że przeprowadziłeś porządny research astronomiczny (choć w paru miejscach miałam wrażenie, że starasz się przekazać zbyt dużo nieistotnych w kontekście fabuły informacji (jak np ilość planet w układzie Trappist-1)) i nie ograniczyłeś się do jednej nauki (tu uwaga – endemia, mimo przedrostka ‘end’ nie oznacza ‘końca’, coś co wybiło wszystkich dostałoby nazwę raczej epidemii/pandemii, ale to może lepiej ktoś z forumowych medyków się tu wypowie;). Natomiast Endymion kojarzy mi się tak:

…i nic na to nie poradzę ;)).

Niemniej, Twoja wizja ma rozmach, ma sens, ma zarysowany ciekawy problem moralny (Eryk jako bóg nowego świata, który traktuje ‘nowych ludzi’ jako gorszych, wręcz brzydzi się nimi – ale i pozbawia ich możliwości poznania prawdy). Czemu więc mam wątpliwości?

Imo, bohaterowie, jako kochające się małżeństwo, są całkowicie niewiarygodni. Odnosiłam wrażenie, że próbujesz mi wmówić, że łączy ich głęboka miłość, której ani przez moment nie poczułam. Gdyby nie narrator, prędzej bym pomyślała, że żoną Eryka jest Genetrix (bo ją przynajmniej zdrabniał do Gen a nie od początku do końca nazywał formalnie brzmiącą Marią). Formalizm i sztywność są również w dialogach między nimi, sposób powiedzenia przez Marię, żeby w razie czego Eryk znalazł sobie inną brzmiał, jakby instruowała ucznia jak odrobić pracę domową. A główny szkopuł tkwi w tym, że jedyną motywacją Eryka jest miłość do żony. I tu mi się cała układanka sypie, bo nie wierzę w podstawowe założenie.

Będę jeszcze myśleć.

Witam lożankę, Bellatrix.

 

“A ściślej mówiąc, tą nadzieją stała się Taagarden b, pierwsza planeta systemu. “ – Teegarden chyba? W każdym razie, dalej masz już przez ‘e’ :)

– dzięki za wskazanie tego "aa". Literówka zdublowana.

 

(tu uwaga – endemia, mimo przedrostka ‘end’ nie oznacza ‘końca’)

– oczywiście wiem. Jak tłumaczyłem powyżej, te nowe nazwy przyjęły się tam w związku z niespotykanymi wcześniej czynnikami/zjawiskami. Wymyślałem je na zasadzie gry słów i pewnie nie całkiem udane to były gry.

 

Natomiast Endymion kojarzy mi się tak:

– a ja nie miałem pojęcia kto to jest :P. Aż sprawdziłem. Szczerze mówiąc, to zupełnie nie moja bajka.

 

Niemniej, Twoja wizja ma rozmach, ma sens, ma zarysowany ciekawy problem moralny (Eryk jako bóg nowego świata, który traktuje ‘nowych ludzi’ jako gorszych, wręcz brzydzi się nimi – ale i pozbawia ich możliwości poznania prawdy).

– dzięki.

 

 Czemu więc mam wątpliwości?

– któż ich nie ma!

 

Imo, bohaterowie, jako kochające się małżeństwo, są całkowicie niewiarygodni.

– to w sumie ciekawe, bo nigdzie nie wspomniałem, że to małżeństwo. Zostawiłem to domysłom czytelnika. Może ich związek powstał w trakcie misji? Może zbliżyła ich dopiero odległość od Ziemi (czasowa i rzeczywista) i samotność? Zatem nie mówię tak, ani też nie zaprzeczam w kwestii małżeństwa. 

 

Odnosiłam wrażenie, że próbujesz mi wmówić, że łączy ich głęboka miłość, której ani przez moment nie poczułam. Gdyby nie narrator, prędzej bym pomyślała, że żoną Eryka jest Genetrix (bo ją przynajmniej zdrabniał do Gen a nie od początku do końca nazywał formalnie brzmiącą Marią).

– mam wrażenie, że tu akurat nie ma reguły. Każdy związek jest inny. Ludzie mówią do siebie "żabciu" i "misiaczku" albo po imieniu. Lub na "ty". 

Poza tym ludzie też są różni i różnie okazują uczucia. A tutaj mamy jeszcze zupełnie nowe i ekstremalne okoliczności. Nie znam szablonów obowiązujących w kwestii standardowego okazywania uczuć przez postacie literackie. Mają się wiecej miziać i wchodzić sobie do łazienki? Nie znam też Twoich wyobrażeń na temat tego jak to "powinno" wyglądać i wyobrażeń poszczególnych czytelników. Ty nie wierzysz w ich uczucia, a np. Finkla widziu tu za dużo romansu itd. To ciekawa uwaga, bo nikt dotąd nie wątpił w komentarzach w uczucie bohaterów, czasem wręcz wspominano, że jest ich za dużo w tekście…

 

Formalizm i sztywność są również w dialogach między nimi, sposób powiedzenia przez Marię, żeby w razie czego Eryk znalazł sobie inną brzmiał, jakby instruowała ucznia jak odrobić pracę domową. 

– tutaj mamy scenę i rozmowę poniekąd intymną, inną niż reszta. Może właśnie takie są ich relacje i to Maria niejako dominuje osobowością nad Erykiem? To głównie on wzdycha.

Zauważ też, że oni muszą jakoś podczas tej misji oddzielać życie prywatne od "zawodowego", na dodatek są pod obserwacją niejako, a obok niemal zawsze jest Gen. Zatem starają się być profesjonalistami i tylko czasem pozwalają sobie na odrobinę luzu. Poza tym na pewno na ich zachowanie wpływ ma skrajna sytuacja. Chcą się jakoś tam trzymać wobec tego wszystkiego, skupić na zadaniu, wykonać misję. Stąd może takie formalne, w Twoim odczuciu, rozmowy. No i są również pod wpływem różnych środków regulujących emocje i zachowanie. 

Pamiętaj również, że jest między nimi pewien konflikt/różnica poglądów w sporej części opowiadania i to też powinno rzutować na ich interakcje. Takie ciche dni…

No i nie towarzyszę im non stop i nie przedstawiam życia minuta po minucie, nie relacjonuję każdej rozmowy, tylko te ważne dla fabuły. Do WC też z nimi nie chodzę. 

Uczucie Eryka pokazuję jego troską o Marię ( np kiedy się budzi, szuka najpierw jej sarkofagu), jego rozpaczą, gdy Marii brakuje i jego poświęceniem, gdy chce sam wypełnić jej misję poniekad wbrew sobie itd.. Ich relacja ma być widoczna w kilku znaczących scenach (wzajemne gesty w rozmowach, wspólne pożegnanie Ziemi, scena "kominkowa" itd.), a nie w prywatnych pogaduszkach, zdrobnieniach imion czy wynoszeniu śmieci i wspólnym oglądaniu "Na Wspólnej ", na które nie znalazłem miejsca w tekście.

 

Dzięki za wizytę, ciekawy, rozbudowany komentarz i interesujące uwagi.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

 Cześć mr.marasie!

Tekst został nominowany do piórka, więc mnie zaintrygował i go przeczytałem. Technicznie nie mam wiele do zarzucenia, ale niestety opko jest bardzo nie w moim guście. Nie do końca jestem pewny za jaką część tego odpowiadają jego obiektywne wady, a za jaką specyfika mojego gustu, ale postaram się ubrać moje wrażenia w słowa żeby, mam nadzieję, wnieść coś do dyskusji, w której jest już wystarczająco pochwał.

Jeżeli miałbym określić to opko jednym słowem, to powiedziałbym: “melodramat”. W sentymentalnym tonie nie ma niczego szczególnie złego, ale moim zdaniem złe jest to, że ten ton trwa, na konsekwentnie równym poziomie, od początku do końca. A tekst jest dosyć długi. Tonalnie jest więc po prostu płasko i nudno. Nie powiedziałbym, żeby ten ton był jakoś drastycznie wysilony, ale proporcje mnie po prostu zemdliły.

 

Około 10k znaków zajęło naszym bohaterom zdecydowanie się co w ogóle zrobić. Moim zdaniem, to o wiele za długo na wstęp, który nie prezentuje zbyt interesujących/niecodziennych koncepcji (a może mam ADHD).

 

Określenie “endemia” jest bardzo niefortunne, ale ktoś to chyba już poruszył.

Myślimy o nim jak o czymś podobnym do wirusa, ale nie jest wirusem i nie jest też bakterią ani grzybem.

Budowanie tajemnicy przez taką wylistowaną eliminację możliwości, pachnie trochę pójściem na łatwiznę.

fabrykę 3D

Troszkę śmiesznie to brzmi. Jeżeli jesteś ciekawy czemu, to wpisz w Google “fabryka 3d”.

– Genetrix, czy potrafisz złamać zabezpieczenia i skopiować dane dotyczące projektu „Nadzieja”? 

SI potrafiąca wszystko co “informatyczne”, włącznie z magicznym przełamywaniem zabezpieczeń obcych systemów, to koncepcja rodem z amerykańskiego filmu klasy B.

Tam, pod osłoną pola siłowego, penetrowali stare cmentarze. 

Ochrona przed chorobą magicznym “polem siłowym” filtrującym powietrze z pikometrowych patogenów, które nie były nawet znane w czasie projektowania takiego pola, też brzmi jak kiepska fantastyka. Weź pod uwage, że w pikometrach mierzy się wielkość atomów, nie wspominając o związkach chemicznych, takich jak dwutlenek węgla, które są o rząd wielkości większe.

 

Te “przełamywanie zabezpieczeń” i “pole siłowe” wyglądają na tle reszty tekstu jak plamy na białej koszuli. Boli tym bardziej, że obu elementów można było uniknąć, bez zasadniczych zmian w fabule.

– Przynoszę dary – oznajmił od progu pojednawczym tonem, unosząc w górę dwa kubki z kawą. 

To chyba jedyne miejsce, w którym występuje jakieś emocjonalne urozmaicenie. Żartobliwe sformułowanie. Przyznam, ze chociaż jest to jeszcze dosyć wcześnie w tekście, to już odczułem to jak powiew świeżego powietrza.

– Kilkadziesiąt lat temu, w pierwszych miesiącach endemii, Chińczycy wysłali na Proximę b dwustu dwudziestu niespokrewnionych ze sobą obywateli. Oficjalnie reprezentujących sześć najliczniejszych narodów Państwa Środka. W rzeczywistości większość pasażerów stanowili zapewne potomkowie prominentów i dygnitarzy oraz elity finansowej kraju. 

(…)

– Oczywiście, Nowy Świt powstał znacznie wcześniej jako Krok w Przyszłość. Pierwotnie miała to być kilkuosobowa misja naukowa badająca układ Proximy Centauri, jednak w nowych okolicznościach statek został przebudowany i załadowano na niego kilkaset komór hibernacyjnych oraz laboratorium z inkubatorami. Wszyscy pasażerowie w chwili startu uchodzili za zdrowych. Przez cały czas lotu ich stan monitorowała pokładowa SI. Niestety, po około dwudziestu latach u wszystkich członków załogi wykryto objawy infekcji passimusem. Zgodnie z protokołem statek zawrócił z kursu, a pasażerów uśmiercono. Kiedy dotarł na orbitę Ziemi, nie było już nikogo, kogo obchodziłby los statku i załogi, dlatego stał się latającym grobowcem. Dwukrotne hamowanie i skomplikowany lot powrotny sprawiły, że zjawił się tutaj niedługo przed nami. 

(…)

– „Xīwàng”, chiński program kolonizacji układu Proxima Centauri b, zakładał głębokie modyfikacje genetyczne – wyjaśnił Eryk. – Rozwinęli metodę Charona i kontynuowali badania Wendlera. Jednak prace w tym kierunku rozpoczęto znacznie wcześniej. Pionierskie eksperymenty przeprowadzili już w czasach tworzenia pierwszej chińskiej bazy marsjańskiej. Oczywiście nie objęli tym programem pasażerów Świtu. Przygotowali pokładową SI do przeprowadzenia adekwatnej modyfikacji pobranych próbek DNA oraz potomstwa załogi. I dopiero po dokładnej analizie środowiska. Chcieli dostosować do warunków zastanych na planecie pierwszą lokalną generację kolonistów oraz zachować pożądane profile w kolejnych pokoleniach. Według Gen nasze nowe laboratorium najprawdopodobniej poradziłoby sobie z takim zadaniem. Potrzebujemy tylko ich know-how.

Wiem, że on zrobił risercz, ale wyobraź sobie, jak mówi to człowiek do drugiego człowieka. To wygląda jak słabo zawoalowane światotwórcze popisy autora przed czytelnikiem. Cały ten dialog bym zatrzymał na:

– To jeszcze nie wszystko – zaznaczył. – Właśnie dowiedziałem się, że niedaleko nas orbituje statek międzygwiezdny z wymarłą załogą… 

I może ze dwa zdania wyjaśnienia dot. modyfikacji genetycznych. Cytowanie później jakiejś Wikipedii, na temat szczegółów i kontekstu misji, nie jest konieczne. Taka nieumiejętność priorytetyzowania przekazywanych informacji już naturalniej brzmi w “ustach” SI, co zdarza się później.

 

Podoba mi się wspomnienie o modyfikacji ludzi pod planety, bo to takie konceptualne odwrócenie kota ogonem, które może zaintrygować czytelnika, ale szkoda, że zostało umieszczone w tekście tak, a nie inaczej.

 

Teraz przyjrzyjmy się pomysłowi na całość. Składa się głównie z kilku relatywnie powszechnych koncepcji (wymarcie ludzkości, odbudowa ludzkości i dylematy z tym związane), więc nie nazwałbym go oryginalnym, ale implementuje je solidnie, więc nie nazwałbym go też nieudanym.

Najbardziej niecodzienne jest chyba wykopywanie trupów i ukrywanie się przed własną kolonią na końcu. Te elementy mi się podobały.

 

Jestem skonfliktowany jeżeli chodzi o bohaterów. Z jednej strony podobało mi się jak miejscami zostali przedstawieni, ale z drugiej są psychologicznie bardzo statyczni. Chyba jedyny moment, w którym ktoś przekonał się do czegoś, to kiedy Eryk uznał, że docelowy system może jednak nie był taki zły… a potem wpadł w depresję po śmierci Marii. W innym tekście to nie byłaby istotna wada, ale tu się stosunkowo mało interesujących rzeczy dzieje, więc mam wrażenie, że światło reflektorów pada na psychologię postaci.

 

Część rzemieślnicza tekstu jest na wysokim poziomie i coś z niej dla siebie wyciągnę, więc nie uważam przeczytania go za stratę czasu, ale artystycznie niestety mnie nie przekonał.

 

A tak swoją drogą, chyba jedyny inny Twój tekst, jaki przeczytałem, to “Cisza w La Silla” i też tam narzekałem, że smęty. Jestem ciekaw Twojej skali. Poleciłbyś mi jakiś swój tekst w zupełnie odmiennym tonie? Jeżeli masz ochotę zaspokoić moją ciekawość oczywiście.

Łukasz

Hej, Marasie!

Pamiętam jak byłeś z komentarzem jurorskim pod Lowinem, a teraz ja przychodzę marudzić do Ciebie ;)

 

 

Po sf oczekuję, że mnie czymś zaskoczy oraz będzie w miarę przyswajalne, abym nawet nie znając się nad tym czy tamtym, zdołał, chociażby z kontekstu, wyłowić odpowiednie informacje. A nade wszystko warstwa naukowa nie przesłoni bohaterów oraz fabuły.

Nie porwałeś mnie początkiem. Wizja wymarłej ludzkości to nic nowego, ale co gorsza, używasz do tego choroby, co jest może i prawdopodobne, lecz wałkowane w nieskończoność. Zajadły wirus (lub coś podobnego) wyniszczający całe cywilizacje – ok, kupuję, ale gdzie coś przełamującego schemat? Do tego nazwy: Endymion (niestety, też mam skojarzenia z Czarodziejką z Księżyca) i endemia (musiałem wyguglować czym się różnie od epidemii i pandemii) skojarzyły mi się z endem angielskim. To raczej niefortunny przypadek, a nie chęć podkreślenia ostateczności apokaliptycznej zarazy. Prawda? ;)

Na szczęście zagłada tego czy innego rodzaju, to tylko przystawka i przechodzimy do głównego dania, czyli pary bohaterów.

Z wrażenia uścisnęli sobie dłonie, pieczętując pierwszy mały sukces na długiej drodze ku nowej przyszłości. 

W tym momencie uznałem, że to współpracownicy, których nie łączą żadne uczucia prócz koleżeństwa. To mniemanie towarzyszyło mi przez dużą część tekstu (nawet pójście do łóżka nic nie zmieniało, romanse w pracy czy jednorazowe skoki w bok to nic nowego). Później już było lepiej.

Kolejnym problemem była dla mnie warstwa naukowa – opisy planet, czemu ta się nadaje do zamieszkania, a ta nie, ile trwa dzień, orbity itd. Z pewnością to sprawdzałeś i obmyśliłeś, ale nie bardzo widzę związku z fabułą.

Mowa szczególnie o akapicie, zaczynającym się od:

Orbitę geostacjonarną Teegardena b osiągnęli

Jakie te informacje potem mają znaczenie? Jeśli czegoś nie zrozumiałem, ok, wybacz, ale ciekawsze byłoby dla mnie głębsze wytłumaczenie tworzenia populacji z martwych, społeczne problemy dorastania populacji wychowanej bez rodziców (pod kontrolą AI) i jak sobie z tym poradzono, różnice między nowym gatunkiem(?) ludzi, a przedstawicielem starego.

Starczy tego marudzenia, ale kto jak kto, wiesz, że czasem trzeba ;)

Mimo wszystko przeczytałem na jeden raz i jestem raczej zadowolony z lektury. Miałem skojarzenia z “Wieczną Wojną”, szczególnie uczucie wyalienowania ludzi z różnych przedziałów czasowych, niedostosowanie do nowego. Rozumiem tym decyzję Eryka o otwarciu kapsuły i uruchomieni samodestrukcji. Dlatego też wspominałem, że na początku nie dałeś – moim zdaniem – odpowiednich argumentów pokazujących uczucie między Erykiem i Marią, to one tam były między wierszami i w końcu zaczęły się pokazywać. Może niektóre decyzje bohaterów są… ciekawe, ale przecież to nadal ludzie postawieni przed arcytrudnymi decyzjami. Zresztą bohaterowie popełniający błędy są najciekawsi.

Tekst ma równe tempo, nie nuży. Odpowiednio rozłożyłeś napięcie, co w przypadku dłuższego tekstu jest na wagę złota. W ogóle świetnie przedstawiłeś bezmiar kosmosu, mikroskopijność człowieka wobec bezmiaru. Wszystko jest dalekie, aż go granic możliwości przecież zaawansowanego statku, wszystko jest niesamowicie długie, aż trzeba spać i spać, i spać. Może to i niemerytoryczne, ale naprawdę polubiłem to wrażenie, które tu zaserwowałeś.

Podsumowując, czy jest idealnie? Nie, i w paru momentach było wręcz słabo, ale nie każdy zdanie ma być arcydziełem i nie każdy akapit. Na początku trochę się wahałem, ale z czasem coraz bardziej przekonywałem się do “Dzieci Marii”.

Masz u mnie TAKa.

Pozdrawiam serdecznie

 

PS Dla mnie decyzja o nadaniu nowemu światu imienia Marii jest całkowicie logiczna i prawidłowa. Zrobiłbym tak samo :P

Witaj, Lukenie!

 

Przyznam szczerze, że zabierałem się za Twój nominowany tekst od kilku dni, ale powstrzymywał mnie przed komentowaniem fakt, że obaj mamy w tym miesiącu nominację i w razie jakiegoś walcowania (jeśli okazałoby się potrzebne) mógłbym zaszkodzić jakoś przypadkiem, więc postanowiłem wstrzymać się do głosowania. Ale skoro zajrzałeś do mnie, to… a nie, jednak poczekam do głosowania ;). Poza tym teraz to nie wiem, bo jeśli walcowanie okaże się konieczne, wyjdę na małostkowego drania, który się mści. Zaszachowałeś mnie.

 

[…] ale niestety opko jest bardzo nie w moim guście. 

 

– w tym miejscu w zasadzie można by zakończyć komentarz ;)

 

Jeżeli miałbym określić to opko jednym słowem, to powiedziałbym: “melodramat”. 

 

– słyszałem, że to romans, więc przełknę i melodramat.

 

Tonalnie jest więc po prostu płasko i nudno. Nie powiedziałbym, żeby ten ton był jakoś drastycznie wysilony, ale proporcje mnie po prostu zemdliły.

 

– mdłości podczas lektury, to zupełnie nowa reakcja na moje wypociny. Poprzednio były zaraźliwe smęty, o ile pamiętam Twój komentarz pod “La Silla”. Nie ma dla mnie nadziei u Lukena.

 

Około 10k znaków zajęło naszym bohaterom zdecydowanie się co w ogóle zrobić. Moim zdaniem, to o wiele za długo na wstęp, który nie prezentuje zbyt interesujących/niecodziennych koncepcji (a może mam ADHD).

 

– wiesz, u Lema bohaterowie debatują czasem przez kilka stron, a że to tekst na konkurs lemowski, to chciałem żeby lemowsko podebatowali. Oczywiście znam swoje miejsce i możliwości. 

 

Budowanie tajemnicy przez taką wylistowaną eliminację możliwości, pachnie trochę pójściem na łatwiznę.

 

– Gen miała mówić do nich prostym językiem.

 

[…] fabrykę 3D

 

– to akurat nie mój wymysł, znam takie "obiekty" z literatury. Za wyniki wyszukiwarek nie odpowiadam.

 

SI potrafiąca wszystko co “informatyczne”, włącznie z magicznym przełamywaniem zabezpieczeń obcych systemów, to koncepcja rodem z amerykańskiego filmu klasy B.

 

– uznam to za komplement ;). Poza tym chyba czepiasz się tym razem.

 

Ochrona przed chorobą magicznym “polem siłowym” filtrującym powietrze z pikometrowych patogenów, które nie były nawet znane w czasie projektowania takiego pola, też brzmi jak kiepska fantastyka. Weź pod uwage, że w pikometrach mierzy się wielkość atomów, nie wspominając o związkach chemicznych, takich jak dwutlenek węgla, które są o rząd wielkości większe.

 

– nie wspominam nic o filtrowaniu. Wspominam o osłonie pola siłowego. Samego działania pola siłowego też nie opisuję. Poza tym autorzy tej procedury nie mieli pojęcia z czym mają do czynienia i działali niejako na ślepo, starając się zabezpieczyć misję załogi Ekspansji na Ziemi.

 

Te “przełamywanie zabezpieczeń” i “pole siłowe” wyglądają na tle reszty tekstu jak plamy na białej koszuli. Boli tym bardziej, że obu elementów można było uniknąć, bez zasadniczych zmian w fabule.

 

– nie traktuję tego tekstu jako hard sf, wielokrotnie powtarzalem, że to tylko soft sf i przyznaję, że skorzystałem w tej historii z wielu wygodnych gadżetów upraszczających wiele spraw. Chętnie zobaczę natomiast jak Ty sobie radzisz z elementami science w tekście pisanym na konkurs stricte science-fiction dryfujący w stronę hard sf.

 

To chyba jedyne miejsce, w którym występuje jakieś emocjonalne urozmaicenie. Żartobliwe sformułowanie. Przyznam, ze chociaż jest to jeszcze dosyć wcześnie w tekście, to już odczułem to jak powiew świeżego powietrza.

 

– czyli tekst wali stęchlizną.

 

Wiem, że on zrobił risercz, ale wyobraź sobie, jak mówi to człowiek do drugiego człowieka. To wygląda jak słabo zawoalowane światotwórcze popisy autora przed czytelnikiem. Cały ten dialog bym zatrzymał na:

– To jeszcze nie wszystko – zaznaczył. – Właśnie dowiedziałem się, że niedaleko nas orbituje statek międzygwiezdny z wymarłą załogą… 

I może ze dwa zdania wyjaśnienia dot. modyfikacji genetycznych. Cytowanie później jakiejś Wikipedii, na temat szczegółów i kontekstu misji, nie jest konieczne. Taka nieumiejętność priorytetyzowania przekazywanych informacji już naturalniej brzmi w “ustach” SI, co zdarza się później.

 

– hmm. Członek załogi streszcza drugiemu co ustalił. Wyobrażam sobie jak to mówi człowiek do drugiego człowieka. Powiem więcej, to ja napisałem ten dialog ;)

 

Teraz przyjrzyjmy się pomysłowi na całość. Składa się głównie z kilku relatywnie powszechnych koncepcji (wymarcie ludzkości, odbudowa ludzkości i dylematy z tym związane), więc nie nazwałbym go oryginalnym, ale implementuje je solidnie, więc nie nazwałbym go też nieudanym.

 

– tak, motywy dosyć klasyczne. Miałem wrażenie, że na ich tle dorzuciłem od siebie kilka w miarę ciekawych drobiazgów, ale każdy tekst ma swoją grupę bardzo niezadowolonych odbiorców i dawno się z tym pogodziłem. Na szczęście są też jacyś zadowoleni.

 

Najbardziej niecodzienne jest chyba wykopywanie trupów i ukrywanie się przed własną kolonią na końcu. Te elementy mi się podobały.

– od tego się zaczęło wymyślanie tej historii. Od pomysłu na wykopywanie trupów w celu odbudowania cywilizacji. Ukrywanie się wymyślono dawno temu, pewnie na etapie pierwszych organizmów obdarzonych instynktem przetrwania. 

 

Jestem skonfliktowany jeżeli chodzi o bohaterów. Z jednej strony podobało mi się jak miejscami zostali przedstawieni, ale z drugiej są psychologicznie bardzo statyczni. 

 

– no tak, przez większość historii spali albo chodzili czymś nawaleni. 

 

W innym tekście to nie byłaby istotna wada, ale tu się stosunkowo mało interesujących rzeczy dzieje, więc mam wrażenie, że światło reflektorów pada na psychologię postaci.

 

– miałem nadzieję, że coś tam ciekawego się dzieje w fabule, ale cóż po naszych nadziejach.

 

Część rzemieślnicza tekstu jest na wysokim poziomie i coś z niej dla siebie wyciągnę, więc nie uważam przeczytania go za stratę czasu, ale artystycznie niestety mnie nie przekonał.

– bardzo się cieszę, zawsze uważałem się za rzemieślnika (a raczej czeladnika), a nie artystę, w tej dziedzinie. 

 

A tak swoją drogą, chyba jedyny inny Twój tekst, jaki przeczytałem, to “Cisza w La Silla” i też tam narzekałem, że smęty. Jestem ciekaw Twojej skali. Poleciłbyś mi jakiś swój tekst w zupełnie odmiennym tonie? Jeżeli masz ochotę zaspokoić moją ciekawość oczywiście.

– nie, Lukenie. Tak szczerze, to żadnego Ci nie polecam. Jeśli coś mojego kiedyś jeszcze przeczytasz, to wyłącznie na swoją odpowiedzialność ;)

 

Dziękuje za wizytę, rozbudowany komentarz oraz wszystkie uwagi i zarzuty. Do zobaczenia pod Skoczkiem.

 

 

Hej, Zanaisie! Jak tam po drugiej stronie barykady?

 

Pamiętam jak byłeś z komentarzem jurorskim pod Lowinem, a teraz ja przychodzę marudzić do Ciebie ;)

 

– czyli warto czasem pisać długie komentarze, bo można liczyć na rewanż w przyszłości. 

 

Po sf oczekuję, że mnie czymś zaskoczy oraz będzie w miarę przyswajalne, abym nawet nie znając się nad tym czy tamtym, zdołał, chociażby z kontekstu, wyłowić odpowiednie informacje. A nade wszystko warstwa naukowa nie przesłoni bohaterów oraz fabuły.

 

– też lubię takie sf.

 

Nie porwałeś mnie początkiem. Wizja wymarłej ludzkości to nic nowego, ale co gorsza, używasz do tego choroby, co jest może i prawdopodobne, lecz wałkowane w nieskończoność. Zajadły wirus (lub coś podobnego) wyniszczający całe cywilizacje – ok, kupuję, ale gdzie coś przełamującego schemat?

 

– jak pisałem wyżej, po prostu potrzebowałem czegoś radykalnie skutecznego w eliminacji ludzkości bez zniszczenia planety, jako punktu wyjściowego.

 

 To raczej niefortunny przypadek, a nie chęć podkreślenia ostateczności apokaliptycznej zarazy. Prawda? ;)

 

– dokładnie odwrotnie ;)

 

Na szczęście zagłada tego czy innego rodzaju, to tylko przystawka i przechodzimy do głównego dania, czyli pary bohaterów.

 

– o właśnie, przystawka.

 

W tym momencie uznałem, że to współpracownicy, których nie łączą żadne uczucia prócz koleżeństwa. To mniemanie towarzyszyło mi przez dużą część tekstu (nawet pójście do łóżka nic nie zmieniało, romanse w pracy czy jednorazowe skoki w bok to nic nowego). Później już było lepiej.

 

– ona śpi, a on w robocie? To szowinistyczne "lepiej"… ;P

 

Kolejnym problemem była dla mnie warstwa naukowa – opisy planet, czemu ta się nadaje do zamieszkania, a ta nie, ile trwa dzień, orbity itd. Z pewnością to sprawdzałeś i obmyśliłeś, ale nie bardzo widzę związku z fabułą.

 

– ja widziałem związek. To właśnie te elementy, które mają budować "bezmiar kosmosu, mikroskopijność człowieka wobec bezmiaru. Wszystko jest dalekie, aż go granic możliwości przecież zaawansowanego statku […]". No i cały czas ten lemowski kontekst wisiał mi nad głową. A u Lema sporo takich wstawek.

 

[…] wybacz, ale ciekawsze byłoby dla mnie głębsze wytłumaczenie tworzenia populacji z martwych, społeczne problemy dorastania populacji wychowanej bez rodziców (pod kontrolą AI) i jak sobie z tym poradzono, różnice między nowym gatunkiem(?) ludzi, a przedstawicielem starego.

 

– zawsze można wyciągnąć z tekstu jakiś element i opierając się na nim poprowadzić historię inaczej, gdzie indziej rozłożyć akcenty, napisać inne opowiadanie… Lepsze. Mądry Polak po szkodzie.

 

Starczy tego marudzenia, ale kto jak kto, wiesz, że czasem trzeba ;)

 

– trzeba, zawsze trzeba! Nie ma tekstu, o którym nie można pomarudzić dla dobra Autora.

 

Mimo wszystko przeczytałem na jeden raz i jestem raczej zadowolony z lektury. Miałem skojarzenia z “Wieczną Wojną”, szczególnie uczucie wyalienowania ludzi z różnych przedziałów czasowych, niedostosowanie do nowego. 

– to mnie cieszy. Poza tym fajne i ciekawe skojarzenie. Bardzo lubię "Wieczną wojnę".

 

Rozumiem tym decyzję Eryka o otwarciu kapsuły i uruchomieni samodestrukcji. 

– ja też :). Jest nas teraz chyba trzech.

 

Dlatego też wspominałem, że na początku nie dałeś – moim zdaniem – odpowiednich argumentów pokazujących uczucie między Erykiem i Marią, to one tam były między wierszami i w końcu zaczęły się pokazywać. 

 

– w kontekście uwag Bellatrix i Twoich, wychodzi na to, że jestem słaby w pokazywaniu miłości, co w melodramacie/romansie (cyt. Luken/Finkla) kiepsko wróży autorowi.

 

Może niektóre decyzje bohaterów są… ciekawe, ale przecież to nadal ludzie postawieni przed arcytrudnymi decyzjami. Zresztą bohaterowie popełniający błędy są najciekawsi.

 

– do tego na haju, w ekstremalnej sytuacji.

 

Tekst ma równe tempo, nie nuży. Odpowiednio rozłożyłeś napięcie, co w przypadku dłuższego tekstu jest na wagę złota. W ogóle świetnie przedstawiłeś bezmiar kosmosu, mikroskopijność człowieka wobec bezmiaru. Wszystko jest dalekie, aż go granic możliwości przecież zaawansowanego statku, wszystko jest niesamowicie długie, aż trzeba spać i spać, i spać. Może to i niemerytoryczne, ale naprawdę polubiłem to wrażenie, które tu zaserwowałeś.

 

– cieszę się. Czyli nie wszystko spierniczyłem.

 

Podsumowując, czy jest idealnie? Nie, i w paru momentach było wręcz słabo, ale nie każdy zdanie ma być arcydziełem i nie każdy akapit. 

 

– sam napisałbym to teraz inaczej. Albo bym wcale nie pisał takiej historii, bo wymyśliłbym lepszą (w swoim mniemaniu oczywiście). Żadne zdanie u mnie nie jest arcydziełem i nigdy nie będzie idealnie. Kiedy to zrozumiemy, zaczynamy wysyłać i pokazywaniu swoje teksty. Inaczej kończymy jak mój utalentowany kolega, który pisze powieść od 30 lat i ciągle poprawia i poprawia.

 

Na początku trochę się wahałem, ale z czasem coraz bardziej przekonywałem się do “Dzieci Marii”. Masz u mnie TAKa.

 

– bardzo miłe zaskoczenie na koniec. Wiem, że nie przepadasz za sf.

 

Dziękuję za obszerny, interesujący komentarz i ten głos, który sporo waży i znaczy dla autora nie tylko w kontekście głosowania piórkowego.

 

PS Dla mnie decyzja o nadaniu nowemu światu imienia Marii jest całkowicie logiczna i prawidłowa. Zrobiłbym tak samo :P

 

– przecież każdy facet by tak zrobił na jego miejscu ;). Chyba że byłby fanem, to wtedy wiadomo, Tatooine, Solaris, Hyperion albo Arrakis.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

@mr.maras

Nie krępuj się walcować i pewnie będzie co, bo wciąż odwalam rzemieślniczą tandetę i zanim uda mi się to ogarnąć, to staram się nadrabiać innymi jakościami. Dlatego sama nominacja mnie miło zaskoczyła. A komentarz napisałem, bo nie mam wątpliwości, że moje opko piórka nie zdobędzie, więc mentalnie już stoję obok tego konkursu.

– uznam to za komplement ;). Poza tym chyba czepiasz się tym razem.

To wrażenie czepiania jest częściowo usprawiedliwione. Tj. jest usprawiedliwione w tym sensie, że faktycznie, w innym tekście bym się tego nie czepiał, ale inne teksty nie zakładają tak białej koszuli :) . Po prostu tworzy to kontrast z fragmentami, które przynajmniej są mocno stylizowane na hard sci-fi (nie weryfikowałem na ile nim są, ale wyglądają na mocno zriserczowane).– nie, Lukenie. Tak szczerze, to żadnego Ci nie polecam. Jeśli coś mojego kiedyś jeszcze przeczytasz, to wyłącznie na swoją odpowiedzialność 

– nie, Lukenie. Tak szczerze, to żadnego Ci nie polecam. Jeśli coś mojego kiedyś jeszcze przeczytasz, to wyłącznie na swoją odpowiedzialność ;)

“Polecenie” było niefortunnie dobranym słowem. Po prostu, ze względu na wysoki poziom “rzemieślniczy” Twojego pisania, bardzo chętnie bym przeczytał coś emocjonalnie odmiennego/bardziej zróżnicowanego, z nadzieją, że uda mi się zbilansować te ostatnie dwa negatywne komentarze, bo widzę, że potrafisz dobrze pisać i nie chciałbym, żeby była między nami taka… smętna historia ;) .

Łukasz

"Bestiariusz niekompletny" był super. :3

Hej, Lukenie!

 

Nie krępuj się walcować i pewnie będzie co, bo wciąż odwalam rzemieślniczą tandetę i zanim uda mi się to ogarnąć, to staram się nadrabiać innymi jakościami. Dlatego sama nominacja mnie miło zaskoczyła. A komentarz napisałem, bo nie mam wątpliwości, że moje opko piórka nie zdobędzie, więc mentalnie już stoję obok tego konkursu.

 

– póki co cała trójka jest w grze, i nie rywalizujemy ze sobą, bo piórka mogą być trzy. To Loża jest po drugiej stronie barykady ;). Walcując tekst przed głosowaniem możemy wskazać lożanom babole i słabizny, których oni nie dostrzegli i zmienić ich decyzję na NIE. O to mi chodziło.

 

To wrażenie czepiania jest częściowo usprawiedliwione. Tj. jest usprawiedliwione w tym sensie, że faktycznie, w innym tekście bym się tego nie czepiał, ale inne teksty nie zakładają tak białej koszuli :) . Po prostu tworzy to kontrast z fragmentami, które przynajmniej są mocno stylizowane na hard sci-fi (nie weryfikowałem na ile nim są, ale wyglądają na mocno zriserczowane).

 

– to chyba kwestia tego jak pojmujemy hard sf. Ja tutaj mam soft sf. Hard to pisze Watts, Egan, Stephenson itd. Naprawdę niczego nie stylizowałem na hard w tym tekście.

 

”Polecenie” było niefortunnie dobranym słowem. Po prostu, ze względu na wysoki poziom „rzemieślniczy” Twojego pisania, bardzo chętnie bym przeczytał coś emocjonalnie odmiennego/bardziej zróżnicowanego, z nadzieją, że uda mi się zbilansować te ostatnie dwa negatywne komentarze, bo widzę, że potrafisz dobrze pisać i nie chciałbym, żeby była między nami taka… smętna historia ;) .

 

– nie ma czego bilansować. Ja się nie obrażam. Wiem doskonale, że moje pisanie to powijaki i ma liczne wady, no i że nie można zadowolić każdego. A wymagający czytelnik to przede wszystkim wyzwanie dla autora. Z drugiej strony lubię sprawdzać, jak pisze krytyk mojego pisania, bo jednak krytyka ze strony lepszego wymiatacza często waży więcej niż walcowanie przez kogoś, kto sam kleci opowiadania na poziomie poczekalni. Wiem, jak to brzmi, niefajnie, ale tak to już jest. Wiem również, że nie trzeba być cukiernikiem, żeby stwierdzić czy tort jest smaczny i estetyczny. I nie każdy dobry redaktor lub recenzent musi być pisarzem (nie mówiąc nawet, że dobrym pisarzem). Ale jednak oceniając tort, możemy powiedzieć: smaczny i estetyczny. I to będzie bardzo wartościowy feedback na podstawowym poziomie. Tak samo jak czytelnik może powiedzieć "o! to ciekawe i fajne opowiadanie" lub "nie porwało" i to jest ważna opinia dla autora. Jednak krytyka i uwagi od mistrza cukiernictwa, to zupełnie inna para kaloszy. Tak samo jak uwagi kogoś ze złotymi piórkami, publikacjami na papierze, powieścią w Empiku itd. 

Dlatego gdy ktoś pisze mi w komentarzu np.: wtórny pomysł, płascy bohaterowie, łatwizny fabularne, kiepskie światotwórstwo, słaby research, kiepski styl itp., to z ciekawością zaglądam do jego tekstów i przyglądam się, jak to u niego wygląda. Czy skoro wszystko widzi i wie lepiej, to czy unika tego w swoich opowiadaniach? Czy kreuje świetnych bohaterów, czy fabuły ma porywające, światotwórstwo wspaniałe, research dokładny, styl zachwycający, albo czy chociaż ma to wszystko na przyzwoitym poziomie? 

Oczywiście można widzieć babole u innych, a nie dostrzegać ich u siebie. Ale wtedy zalecałbym ostrożność w ostrości krytyki. Ja na przykład jestem mniej więcej trzecioligowcem na portalu. Mam kilka piórek, kilka podium w konkursach, jakieś publikacje zewnętrzne (bez papieru), nigdy nie wysłałem niczego do NF. I z tej pozycji pozwalam sobie krytykować wszystko i wszystkich, jak niedawno przeczytałem o sobie. No ale ja jestem przecież nosorożcem, Czwartkowym Dyżurnym, tratuję opowiadania, marasuje komentarze i robię sobie dobry negatywny PR, więc wyglądam na drugoligowca ;). Oczywiście żartuję sobie teraz. Co chwila słyszę, że piszę chamskie komentarze, wymądrzam się, gnoję autorów, słabo znoszę krytykę na swój temat itd. No ale dzięki temu mam przynajmniej szczere, precyzyjne, ostre i bezwzględne opinie pod moimi tekstami. Nic tylko czytać i korzystać.

 

MrB. Eeee, to przecież też smęty.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przez początek troszkę brnęłam (jest tam trochę infodumpowato, choć przyznam, że trudno byłoby te informacje rozsypać po tekście), ale potem się rozkręca. Jest to solidna dawka porządnej klasycznej s-f, z momentami odrobinę przyciężkawym technobełkotem, ale nie na tyle, żeby zniechęcić ;)

Na początku troszkę mnie razi ta jedna scena, gdzie wprowadzasz punkt widzenia Gen, który chyba nigdzie dalej się nie pojawia, na pewno nie tak, żeby zwrócić moją uwagę.

Pomysł z wyginiętą ludzkością oczywiście nienowy, założenie z pozyskiwanie DNA fajne, fajne też dylematy bohatera dotyczące ożywieńców – w zasadzie tekst stoi tym, że jest bardzo porządnie napisany technicznie oraz właśnie tym. Jak mam być szczera, to nawet zmieniłabym nieco proporcje i dała bohaterowi więcej scen z kolonistami i to większą ich grupą, nie jednym, choć oczywiście scena z kamieniem trochę tłumaczy, dlaczego tak to ustawiłeś. Tyle tylko, że dla mnie interakcja Eryka z kolonią byłaby może najciekawszym punktem tego pomysłu.

Bardzo ładnie, subtelnie ogrywasz uczucia Eryka do Marii, mimo że na początku nic nie sugeruje, że one takie są, może zresztą nie są? Bałam się, że oni równolegle do misji z DNA wyprodukują “naturalne” dziecko.

Sensownie, choć na granicy prawdopodobieństwa, obchodzisz problem tego, że właściwie wszystko mają podane na talerzu, może jedyne, co dziwi w tym kontekście, to że nie zadbano o automatyzację pobierania próbek z cmentarzy – no ale bez tego nie byłoby fabuły, tzn. dramatu samej Marii. A tak w ogóle to w sumie czysto po ludzku to może im się jednak należało, żeby Gen przed zniszczeniem statku wybudziła Marię i żeby oni mieli choćby parę minut rozmowy ;) (Nawet ze mnie, jak widzisz, wyłazi czasem sentymentalizm).

Jeszcze taki drobiazg: po rozmowie o przyszłej kolonii myślałam, że z jakichś powodów wskrzeszą tylko kobiety, ale nie. Ta rozmowa o dziewczynach w każdym razie najmniej mi w tym wszystkim zagrała.

Są tu pewne elementy, które chętnie widziałabym mocniej podkreślone, podczas gdy inne bym przesunęła na dalszy plan, ale ogólnie raczej na tak niż na nie.

http://altronapoleone.home.blog

Z drugiej strony lubię sprawdzać, jak pisze krytyk mojego pisania, bo jednak krytyka ze strony lepszego wymiatacza często waży więcej niż walcowanie przez kogoś, kto sam kleci opowiadania na poziomie poczekalni. Wiem, jak to brzmi, niefajnie, ale tak to już jest. Wiem również, że nie trzeba być cukiernikiem, żeby stwierdzić czy tort jest smaczny i estetyczny. I nie każdy dobry redaktor lub recenzent musi być pisarzem (nie mówiąc nawet, że dobrym pisarzem). Ale jednak oceniając tort, możemy powiedzieć: smaczny i estetyczny. I to będzie bardzo wartościowy feedback na podstawowym poziomie. Tak samo jak czytelnik może powiedzieć "o! to ciekawe i fajne opowiadanie" lub "nie porwało" i to jest ważna opinia dla autora. Jednak krytyka i uwagi od mistrza cukiernictwa, to zupełnie inna para kaloszy. Tak samo jak uwagi kogoś ze złotymi piórkami, publikacjami na papierze, powieścią w Empiku itd. 

Zamierzałam przeczytać to opowiadanie i skomentować, ale coś mnie tknęło, więc zerknęłam na komentarze i chybam niegodna wydawania tutaj jakichkolwiek opinii. Z jednej strony chciałabym napisać coś więcej niż “porwało” albo “nie porwało”, ale na skali mr.marasa jestem przecież portalowym zerem, piszę od niedawna, nie mam piórek i na pewno robię jeszcze wiele błędów, moja opinia więc będzie bezwartościowa.

Powodzenia w głosowaniu piórkowym, mr.marasie, i oby Twoje teksty komentowali tylko “mistrzowie cukiernictwa” :)

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

W kwestii Eryka i Marii, założyłam, że są małżeństwem z prostego powodu – podkreślasz, że Maria jest bardzo wierząca, a nie miała obiekcji w kwestii seksu.

Po długim namyśle, jednak będę na nie. Poza relacją bohaterów, która mnie nie przekonała, opowiadanie nie zostanie ze mną na dłużej, bo 1) za dużo w nim cegiełek, które już były w literaturze sf wiele razy (ludzie na statku kosmicznym i nadzorująca ich SI; zaraza, która uśmierciła całą Ziemię; kolonizowanie nowej planety) a za mało uwagi poświęciłeś ciekawszym i bardziej oryginalnym wątkom (jacy będą ludzie wychowywani przez roboty, moralne prawo do pozbawienia neo-ludzi prawdy o ich pochodzeniu) 2) mimo dobrej pracy rzemieślniczej brakuje mi elementu trafiającego do emocji, czegoś co pozwoliłoby mi popłynąć i przejąć się opowiadaną historią – los Eryka w zasadzie mnie nie wzruszył, a Maria, to szczerze mówiąc, zdawała mi się irytująca (tak, zauważyłam, że to ona dominowała i wykazywała przy tym niezachwiane poczucie wyższości własnej racji nad czymkolwiek innym – z tego powodu jej nie polubiłam). 3) na żadnym poziomie nie poczułam efektu ‘wow’. Język jest poprawny, ale nie ma w nim ‘perełek’, fabuła jest dobra, ale nie wydarzyło się nic takiego, o czym bym pomyślała ‘dlaczego ja na to nie wpadłam’, konstrukcja jest trochę przeciążona wstępem i nadmierną ilością informacji. O bohaterach i ich relacji już wspomniałam – nie “kupili” mnie.

Niemniej, opowiadanie jest dobre. Po prostu, dla mnie nie jest “świetne”.

Witaj, Alicello.

Zamierzałam przeczytać to opowiadanie i skomentować, ale coś mnie tknęło, więc zerknęłam na komentarze

– wiem, że jesteśmy na portalu fantastyka.pl, ale w takie bajki trudno uwierzyć ;). O ile pamiętam, to chyba żadnego mojego opowiadania nie komentowałaś, a tu nagle wpadałaś niespodziewanie i trafiłaś na akurat ten fragment mojej odpowiedzi do Lukena, który Cię oburzył, i żeby mi napisać, że nie będziesz komentowała ;). 

 

[…] i chybam niegodna wydawania tutaj jakichkolwiek opinii. Z jednej strony chciałabym napisać coś więcej niż „porwało” albo „nie porwało”, ale na skali mr.marasa jestem przecież portalowym zerem, piszę od niedawna, nie mam piórek i na pewno robię jeszcze wiele błędów, moja opinia więc będzie bezwartościowa.

– to chyba problem z komunikacją, jasnością moich wypowiedzi lub Twoim czytaniem ze zrozumieniem. Otóż napisałem, że najwięcej korzyści wyciągamy z uwag i krytyki ludzi piszących lepiej od nas.

I proszę, mamy focha oburzonej czytelniczki (tzn. nie wiem nawet, czy czytałaś tekst, czy tylko moje bezczelne odpowiedzi).

Przyjrzyjmy się jednak, co ja takiego strasznego opisałem – czyż nie tak właśnie działają uczelnie i szkoły? Czy nie tak funkcjonuje odwieczny układ: mistrz – uczeń? Czy nie na tym polega sama nauka? – ktoś lepszy od nas w danej dziedzinie, krytykuje, przekazuje swoją wiedzę i umiejętności w uwagach, wskazówkach, poprawiając nas?

Jakkolwiek by to brzmiało (a zaznaczyłem, że może to brzmieć niefajnie), tak właśnie jest. Problem chyba polega na tym, że powiedziałem na głos i wprost to, co wszyscy wiedzą. Że wszystkie komentarze są cenne, ale najbardziej wartościowe są te od „mistrzów cukiernictwa”.

I jestem pewien, że gdyby pod opowiadanie któregoś z nas wrócił na portal Radek Rak, to jego uwagi i komentarz miałyby dla nas szczególną wartość. I myślę również, że bardziej niż brązowe piórko, każde z nas chciałoby dostać srebrne piórko od redaktorów NF. A gdy już owi redaktorzy swego czasu pojawili się z komentarzami pod opowiadaniami z jakiegoś konkursu (np. Mechy…), to te kilka zdań od mc, Zwierza czy JeRzego, dla większości uczestników miało wartość i wagę szczególną. To była wręcz atrakcja i nagroda w konkursie! 

Napisałem jakiś czas temu głupawy i przerysowany poradnik pełen „prawd” o portalu i jego działaniu, w którym wprost mówię wiele rzeczy na temat tego, jak to wygląda i funkcjonuje. Pewnie część z nich jest przesadzona, część nietrafiona, ale są i takie, o których wszyscy wiedzą, ale nie mówią na głos. Dlaczego? Myślę, że to jest to samo zjawisko, które występuje często w wielu komentarzach – pudrujemy prawdę, poklepujemy się po plecach, staramy się być delikatni, piszemy puste komcie o tym, jakie to fajne opowiadania, bo nie chcemy kogoś urazić, bo kogoś lubimy albo bo liczmy na to, że nam też napisze, że mamy fajne opowiadanko. I tak to się kręci, wszyscy taplają się w samozadowoleniu, i drepczą w miejscu. Na mocniejszą krytykę reagują fochem. Na brutalną prawdę powiedzianą bez owijania w bawełnę reagują alergicznie. Skutek jest taki, że od dziesięciu lat próbują bezskutecznie napisać coś piórkowego, a jak wyjdą ze swoim tekstem na zewnątrz, pierwszy z brzegu juror czy redaktor miażdży to dzieło albo odrzuca bez słowa. 

No i przychodzi taki nosorożec maras i pisze wprost w jakimś wrednym poradniku, że te różne triki portalowiczów widać, albo że komentarz od ludzi piszących lepiej od nas jest wartościowszy merytorycznie dla autora itp. 

Napisałem nieprawdę? A może nieprzyjemną prawdę? Ale jak to tak?! Bo nie lubię owijać w bawełnę i ściemniać? Bo mam gdzieś, czy ktoś mi potem napisze milutki komentarz, albo będzie mnie lubił?

I jeszcze w temacie pisania prawdy wprost. Ty na przykład zwyczajnie kłamiesz w swoim powyższym komentarzu, Alicello. Zatem braku Twoich komentarzy (których i tak nie było) pod moimi tekstami, specjalnie nie będę żałował.

A w którym miejscu kłamiesz? Najpierw cytujesz moje słowa:

Ale jednak oceniając tort, możemy powiedzieć: smaczny i estetyczny. I to będzie bardzo wartościowy feedback na podstawowym poziomie. Tak samo jak czytelnik może powiedzieć "o! to ciekawe i fajne opowiadanie" lub "nie porwało" i to jest ważna opinia dla autora. Jednak krytyka i uwagi od mistrza cukiernictwa, to zupełnie inna para kaloszy. Tak samo jak uwagi kogoś ze złotymi piórkami, publikacjami na papierze, powieścią w Empiku itd.

By “streścić” je potem i odpowiedzieć na nie w ten sposób: […] ale na skali mr.marasa jestem przecież portalowym zerem, piszę od niedawna, nie mam piórek i na pewno robię jeszcze wiele błędów, moja opinia więc będzie bezwartościowa.

Można więc powiedzieć dyplomatycznie, że to manipulacja z Twojej strony, ale można też wprost i po nosorożcowemu szczerze zapytać – czemu kłamiesz i przekręcasz moje słowa, Alicello? Może po prostu czytasz bez zrozumienia? (w tym przypadku Twoje komentarze również na wiele by mi się nie zdały).

 

Witaj, Bellatrix!

 

Oczywiście z wielu powodów bardziej i mniej merytorycznych, spodziewałem się NIE od Ciebie (podobnie jak NIE od MrB), Bellatrix. Szczerze mówiąc, gdy przeczytałem Twoje słowa w pierwszym komentarzu: Pomysł jest ciekawy, widać, że przeprowadziłeś porządny research astronomiczny […]. Twoja wizja ma rozmach, ma sens, ma zarysowany ciekawy problem moralny […], to moja lewa brew aż powędrowała w górę ze zdziwienia.

Ale potem wszystko wróciło do normy w drugim komentarzu: […] opowiadanie nie zostanie ze mną na dłużej, bo 1) za dużo w nim cegiełek, które już były w literaturze sf wiele razy (ludzie na statku kosmicznym i nadzorująca ich SI; zaraza, która uśmierciła całą Ziemię; kolonizowanie nowej planety) a za mało uwagi poświęciłeś ciekawszym i bardziej oryginalnym wątkom (jacy będą ludzie wychowywani przez roboty, moralne prawo do pozbawienia neo-ludzi prawdy o ich pochodzeniu) 2) mimo dobrej pracy rzemieślniczej brakuje mi elementu trafiającego do emocji, czegoś co pozwoliłoby mi popłynąć i przejąć się opowiadaną historią – los Eryka w zasadzie mnie nie wzruszył, a Maria, to szczerze mówiąc, zdawała mi się irytująca (tak, zauważyłam, że to ona dominowała i wykazywała przy tym niezachwiane poczucie wyższości własnej racji nad czymkolwiek innym – z tego powodu jej nie polubiłam). 3) na żadnym poziomie nie poczułam efektu ‘wow’.

I brew wróciła na swoje miejsce.

Krótko mówiąc, nie marnowałaś czasu podczas tego namyślania się i jak wiedzę znalazłaś o wiele więcej bezcennych wad, niż za pierwszym razem :). To się chwali. Mam solidny materiał do przemyślenia.

 

Język jest poprawny, ale nie ma w nim ‘perełek’, […]

– ostatnio miałem wymianę zdań z Chro na temat stylu i języka, być może ją czytałaś :). Przyznam szczerze, że zdania perełki, to zupełnie nie moja dziedzina. Sam na portalu zdania perełki, widziałem ostatnio chyba tylko u Zanaisa, a najwięcej pamiętam takich perełek z tekstów Funa.

Natomiast ja zawsze chciałem pisać językiem prostym i przejrzystym i wszelkie esyfloresy językowe nie dla mnie.

 

fabuła jest dobra, ale nie wydarzyło się nic takiego, o czym bym pomyślała ‘dlaczego ja na to nie wpadłam’, konstrukcja jest trochę przeciążona wstępem i nadmierną ilością informacji. O bohaterach i ich relacji już wspomniałam – nie “kupili” mnie. Niemniej, opowiadanie jest dobre. Po prostu, dla mnie nie jest “świetne”.

– też tak uważam. Że to w sumie dobry tekst (wnioskuję oczywiście po opiniach innych czytelników i publikacji w antologii), ale również nie uważam go za świetny. Z każdym dniem wydaje mi się wręcz gorszy.

 

Dziękuję bardzo za powrót z komentarzem lożowskim i cennymi uwagami. To będzie dobry materiał do przemyśleń w wielu sprawach.

 

PS. W tym wywodzie zupełnie się pogubiłem:

 

W kwestii Eryka i Marii, założyłam, że są małżeństwem z prostego powodu – podkreślasz, że Maria jest bardzo wierząca, a nie miała obiekcji w kwestii seksu.

 

Serio tak to wydedukowałaś? Że jak ktoś jest wierzący i uprawia seks z niewierzącym, to znaczy, że są małżeństwem? Nie opisywałem przecież Bacików Dalszych (woj. podlaskie) pod koniec XX wieku ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, jeśli ktoś jest głęboko wierzący, to ma opory z pójściem do łóżka z kimś innym niż współmałżonek. Znam takich ludzi i rozumowanie Belli jest poprawne. Pytanie, jak bardzo wierząca jest Maria, to już inna kwestia.

Babska logika rządzi!

Marasie, przejrzysty język sam w sobie nie jest wadą. Wymieniłam Ci po prostu elementy, wśród których szukałam czegoś, co pozwoli mi zdecydować ‘tak czy ‘nie’, natomiast jeśli uważasz to za czepianie się i wyszukiwanie wad na siłę, następnym razem po prostu dostaniesz sam głos, bez głębszego uzasadnienia.

 

Natomiast, nie jestem pewna, jak interpretować to, co przeczytałam na początku Twojej odpowiedzi (wyboldowanie moje):

“Oczywiście z wielu powodów bardziej i mniej merytorycznych, spodziewałem się NIE od Ciebie (podobnie jak NIE od MrB), Bellatrix.”

Zechcesz rozwinąć, co miałeś na myśli?

A ja (która nie doczekałam się odpowiedzi na koment :P ) nie wzięłam Eryka i Marii za małżeństwo. Obserwacja zaś ludzi deklarujących się jako wierzący raczej nie skłania mnie do postrzegania ich jako wystrzegających się pozamałżeńskiego seksu, ale tu rzeczywiście mamy za mało danych dla oceny typu i poziomu religijności Marii. Jej podejście jest sensowne w tym “Bóg nie będzie miał nic przeciwko ratowaniu ludzkości” czy jak to tam dokładnie biegnie. Choć w sumie ja na miejscu Boga przemyślałabym to ;)

http://altronapoleone.home.blog

Hej, Finklo!

 

Marasie, jeśli ktoś jest głęboko wierzący, to ma opory z pójściem do łóżka z kimś innym niż współmałżonek. Znam takich ludzi i rozumowanie Belli jest poprawne. Pytanie, jak bardzo wierząca jest Maria, to już inna kwestia.

 

Ja też znam takich ludzi. Ale znam jeszcze więcej osób, które są lub uważają się za wierzące (mniej lub bardziej) i mają gdzieś takie kwestie jak zakaz seksu przed ślubem, zakaz sypiania z partnerem, który nie jest małżonkiem itd. Zatem dedukowanie, że ktoś jest mężem i żoną, na podstawie tego, że wierzy w Boga i sypia z kimś, jest moim zdaniem równie uzasadnione, jak dedukowanie, że nie są mężem i żoną. 

 

Hej, Bellatrix!

 

Marasie, przejrzysty język sam w sobie nie jest wadą. 

 

– akurat wytknięcie braku zdań perełek, wygląda właśnie, jakby przejrzysty i prosty język był jednak wadą dla Ciebie, Bellatrix.

 

 

Wymieniłam Ci po prostu elementy, wśród których szukałam czegoś, co pozwoli mi zdecydować ‘tak czy ‘nie’, natomiast jeśli uważasz to za czepianie się i wyszukiwanie wad na siłę, następnym razem po prostu dostaniesz sam głos, bez głębszego uzasadnienia.

 

– nie, nie uważam tego za czepianie się. W pełni i wyczerpująco uzasadniłaś swoje NIE. Zwyczajnie rzuciło mi się w oczy, że tekst z opowiadania z ciekawym pomysłem, ciekawym problemem moralnym, sensem i rozmachem oraz porządnym researchem, zdewaulował się do tekstu pełnego wad, który nie zostanie na dłużej w pamięci i z fabułą, w której nie wydarzyło się nic nazbyt ciekawego. Ale przyjmuję Twoją opinię i argumenty do wiadomości i nie mam problemu, że dostałem NIE. Poza tym mamy już czerwiec, nie spodziewam się żadnych nominacji dla swoich tekstów podczas tej kadencji Loży – a to, że nie mam zamiaru wrzucać czegokolwiek na portal w tym czasie, jest pewnie najmniej znaczącym powodem braku tychże nominacji.

 

Natomiast, nie jestem pewna, jak interpretować to, co przeczytałam na początku Twojej odpowiedzi (wyboldowanie moje): “Oczywiście z wielu powodów bardziej i mniej merytorycznych, spodziewałem się NIE od Ciebie (podobnie jak NIE od MrB), Bellatrix.” Zechcesz rozwinąć, co miałeś na myśli?

 

– owszem. MrB daje mi tradycyjnie NIE, bo poza różnymi słabościami moich opowiadań, zwyczajnie nie trafiam w jego gust. Podobnie jak np. Cobold zawsze był na NIE przy moich opowiadaniach, bo zawsze mu w nich czegoś brakowało. Zatem ich NIE nigdy nie było dla mnie niespodzianką. To TAK byłoby potężnym zaskoczeniem.

Twoje NIE nie zaskakuje mnie z powodów merytorycznych (jak się właśnie przekonaliśmy, dostrzegłaś wiele wad tego tekstu i na pewno skorzystam na ich analizie) oraz mniej merytorycznych – jestem wyjątkowo wrednym komentatorem i jadę czasem brutalnie po komentowanych opowiadaniach, w tym także po tekstach osób, które Tobie się akurat podobają (teksty, nie osoby). Myślę zatem, że naturalnym podświadomym odruchem jest w takiej sytuacji traktowanie mojego opowiadania w podobny sposób – bez litości i z równą bezwzględnością, na jaką sobie świadomie zasłużyłem ;).

Nie mam z tym problemu, to jest wręcz plus takiej opinii według mnie-autora – wady się recenzentowi uwypuklają i widzi je wtedy jakby wyraźniej od ewentualnych i nielicznych pozytywów. Wszak na nasz odbiór tekstu wpływ mają różne czynniki, a każda opinia jest przecież subiektywna i wynika z przeróżnych okoliczności. Jeśli ktoś uważa, że jest inaczej, moim zdaniem zwyczajnie ściemnia. 

 

 

Nie chcę bezczelnie podbijać, więc uzupełniam i edytuję ten komentarz.

 

Witaj, Drakaino. Wybacz, jakoś sobie ubzdurałem, że już Tobie odpisałem na komentarz.

 

Przez początek troszkę brnęłam (jest tam trochę infodumpowato, choć przyznam, że trudno byłoby te informacje rozsypać po tekście), ale potem się rozkręca. Jest to solidna dawka porządnej klasycznej s-f, z momentami odrobinę przyciężkawym technobełkotem, ale nie na tyle, żeby zniechęcić ;)

 

– pewnie jednak część czytelników zniechęca, chociaż miałem złudne wrażenie, że tym razem z tym nie przesadziłem. Pewnie muszę popracować nad lepszym i naturalniejszym przemycaniem informacji „technicznych”. Albo może ich unikaniem.

 

Na początku troszkę mnie razi ta jedna scena, gdzie wprowadzasz punkt widzenia Gen, który chyba nigdzie dalej się nie pojawia, na pewno nie tak, żeby zwrócić moją uwagę.

 

– faktycznie, jest taki moment. Miałem nadzieję, że to brzmi w miarę naturalnie ze strony narratora. Pamiętam też, że Asylum miała wcześniej obiekcje co do miejsc w tekście, gdzie niejako uprzedzałem wydarzenia w narracji. Uwagi do analizy odnośnie sposobu prowadzenia narracji.

 

Pomysł z wyginiętą ludzkością oczywiście nienowy, założenie z pozyskiwanie DNA fajne, fajne też dylematy bohatera dotyczące ożywieńców – w zasadzie tekst stoi tym, że jest bardzo porządnie napisany technicznie oraz właśnie tym. 

 

– jak widać powyżej, strona techniczna też budzi wątpliwości części czytelników. Ale fakt, to co wymieniasz poza technikaliami, to rzeczywiście w zasadzie główne elementy tekstu.

 

Jak mam być szczera, to nawet zmieniłabym nieco proporcje i dała bohaterowi więcej scen z kolonistami i to większą ich grupą, nie jednym, choć oczywiście scena z kamieniem trochę tłumaczy, dlaczego tak to ustawiłeś. Tyle tylko, że dla mnie interakcja Eryka z kolonią byłaby może najciekawszym punktem tego pomysłu.

 

– mi zależało właśnie na uwypukleniu tego, że on nie chciał mieć interakcji z kolonistami z wielu powodów. I pasowało mi to do jego postawy opisanej w tekście.

 

Bardzo ładnie, subtelnie ogrywasz uczucia Eryka do Marii, mimo że na początku nic nie sugeruje, że one takie są, może zresztą nie są? 

 

– no właśnie, sam już nie wiem, czy ładnie, czy kiepsko. To w końcu romans, melodramat, dramat małżeński czy luźny związek? A może tylko obsesja Eryka? Chyba powinienem unikać pisania o damsko-męskich relacjach, bo w moim wykonaniu za dużo wątpliwości to budzi u czytelników.

 

Bałam się, że oni równolegle do misji z DNA wyprodukują „naturalne” dziecko.

 

– oj to byłoby już o sześć kroków za daleko… Nawet mi to nie przyszło do głowy.

 

A tak w ogóle to w sumie czysto po ludzku to może im się jednak należało, żeby Gen przed zniszczeniem statku wybudziła Marię i żeby oni mieli choćby parę minut rozmowy ;) (Nawet ze mnie, jak widzisz, wyłazi czasem sentymentalizm).

 

– no wtedy to byłoby już zbyt melodramatycznie pełną gębą. Chociaż w sumie ten akt samodestrukcji też trąci pewnie melodaramatycznym sentymentazlizmem gdyby odrzucić wszystkie inne powody decyzji Eryka o zniszczeniu statku i siebie.

 

Jeszcze taki drobiazg: po rozmowie o przyszłej kolonii myślałam, że z jakichś powodów wskrzeszą tylko kobiety, ale nie. Ta rozmowa o dziewczynach w każdym razie najmniej mi w tym wszystkim zagrała.

 

– wskrzeszanie samych kobiet byłoby bezsensowne jeśli miała być to próba ocalenie ludzkości. Przyznam szczerze, że nie pomyślałem nawet, że ta rozmowa może być tak zinterpretowana

.

Są tu pewne elementy, które chętnie widziałabym mocniej podkreślone, podczas gdy inne bym przesunęła na dalszy plan […]

 

– to nie pierwszy taki głos. Mam pełną świadomość tego, że zawsze można napisać lepiej, inaczej zaakcentować składowe historii, stworzyć ciekawszą opowieść.

 

[…] ale ogólnie raczej na tak niż na nie.

 

– zobaczymy. Takie namyślanie się nad oceną tekstu może czasami spowodować, że odkryjemy wiele niezauważonych lub zignorowanych wcześniej wad opowiadania.

 

Dziękuję za wizytę, interesujący komentarz lożowski i czekam z obawami, ale niecierpliwie na Twój głos, Drakaino

PS. Bardzo dobrze ujęłaś kwestię domniemanego małżeństwa Marii i Eryka. Dokładnie tak samo uważam. Chociaż nie zaprzeczam, że oni mogli być małżeństwem. Nie napisałem, że byli i nie pisałem, że nie byli. Ale wnioskowanie, że byli na podstawie tego, że Maria wierzy w Boga wydaje mi się zbyt daleko idące :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, podobnie jak Finkla, nie  mogłam rozszyfrować końcówki. Ja tam jestem niedomyślna. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ale jak to? Tam jest coś do rozszyfrowania?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nowa Fantastyka