- Opowiadanie: adam_c4 - Biała sukienka

Biała sukienka

Przy oka­zji kon­kur­su przy­po­mnia­łem sobie o pew­nym pro­jek­cie, który dawno temu roz­pa­lił wy­obraź­nię pol­skich gra­czy.

 

Tra­iler

 

Wiele lat przed wiedź­mi­no­ma­nią kra­kow­skie stu­dio Ni­bris two­rzy­ło grę z ga­tun­ku su­rvi­val hor­ror, która miała czer­pać gar­ścia­mi ze sło­wiań­skiej mi­to­lo­gii.

Cóż, to za­po­wia­da­ło się zbyt do­brze, aby mogło się zi­ścić. Szko­da.

 

Mój tekst nie na­wią­zu­je do nie­do­koń­czo­ne­go pro­jek­tu, ale in­spi­ro­wa­łem się nim, kle­cąc fa­bu­łę. 

 

Wielkie podziękowania dla betujących!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Biała sukienka

Czę­sto wspo­mi­nam chwi­lę, w któ­rej po raz pierw­szy wzią­łem ją w ra­mio­na. Była wy­czer­pa­na i zzięb­nię­ta, wa­ży­ła nie wię­cej niż dziec­ko. W tam­tych go­dzi­nach, kiedy nie było wia­do­mo, czy ją ura­tu­ję, kiedy już mia­łem kazać Ola­fo­wi kopać dla niej grób, wtedy, wle­pia­jąc spoj­rze­nie w cięż­kie wska­zów­ki ze­ga­ra… Nie, to nie tak, że ją po­ko­cha­łem. Ale po­czu­łem się za nią od­po­wie­dzial­ny i nie chcia­łem od­stę­po­wać jej na krok. 

Co w sumie na jedno wy­cho­dzi.

Młoda ko­bie­ta, błą­ka­ją­ca się po lesie od Bóg wie jak dawna, wy­glą­da­ła na zbie­głą więź­niar­kę. Stara Wen­de­ro­wa w kółko po­wta­rza­ła, że jeśli „ta przy­błę­da" jest za­mie­sza­na w dzia­łal­ność kon­spi­ra­cyj­ną albo miała inne po­wo­dy ku temu, by uciec na od­lu­dzie, to jej los i tak jest prze­są­dzo­ny, a po­kąt­ne trzy­ma­nie jej w ośrod­ku może ścią­gnąć na nas wszyst­kich kło­po­ty.

Wen­de­ro­wa gło­si­ła swe ty­ra­dy rów­nież nad łóż­kiem bez­i­mien­nej, która wciąż, przez więk­szość czasu, po­zo­sta­wa­ła nie­przy­tom­na. Rap­tem kilka razy otwo­rzy­ła oczy, tylko raz skie­ro­wa­ła ku mnie mętne spoj­rze­nie. Na jej ciele nie zna­la­złem żad­nych po­waż­nych ob­ra­żeń.

Umie­ści­łem ją w izo­lat­ce, nie­da­le­ko ga­bi­ne­tu, i każdą wolną chwi­lę po­świę­ca­łem na to, by ją do­glą­dać. Przy­wy­kłem do trwa­nia przy pa­cjen­tach, z któ­rych po­wo­li wy­cie­ka życie, mia­łem za sobą wiele gorz­kich po­że­gnań. Czu­łem jed­nak, że jeśli drob­na ko­bie­ta umrze, trud­no mi bę­dzie się z tym po­go­dzić.

Rzecz jasna pa­mię­tam chwi­lę, w któ­rej prze­mó­wi­ła po raz pierw­szy. Za­wie­sza­łem kro­plów­kę na sto­ja­ku, kiedy usły­sza­łem naj­bar­dziej oczy­wi­ste py­ta­nie:

– Gdzie je­stem?

– W bez­piecz­nym miej­scu. – Po­spie­szy­łem z go­to­wą od­po­wie­dzią. Niski głos, tak bar­dzo nie­pa­su­ją­cy do bez­i­mien­nej, spra­wił, że nie­mal za­po­mnia­łem ję­zy­ka w gębie. – Jak ci na imię?

– Maria.

W ciągu ostat­nich dni przyj­rza­łem się każ­de­mu szcze­gó­ło­wi jej twa­rzy. Wie­dzia­łem, że pierw­sze wra­że­nie oka­za­ło się mylne. Nie była na­sto­let­nią dziew­czy­ną ani nawet młodą ko­bie­tą, o czym świad­czy­ły zmarszcz­ki po­kry­wa­ją­ce czoło i oko­li­ce oczu. Ale w kasz­ta­no­wych wło­sach nie zna­la­złem nawet po­je­dyn­czych pasm si­wi­zny.

– Pa­mię­tasz, co się stało? – za­py­ta­łem.

– Nie.

Tego się spo­dzie­wa­łem. Bez więk­szej na­dziei na to, że od­świe­żę jej pa­mięć, po­da­łem parę szcze­gó­łów z tam­te­go dnia: Po­wie­dzia­łem, w co była ubra­na (miała na sobie tylko bie­li­znę), wy­zna­łem, że to ja, wy­glą­da­jąc przez okno ga­bi­ne­tu, do­strze­głem, jak wy­ła­nia się spo­mię­dzy drzew, na­po­mkną­łem też, że kiedy wzią­łem ją w ra­mio­na, z uf­no­ścią do mnie przy­war­ła i na­tych­miast, jakby świa­do­ma tego, że do­tar­ła do bez­piecz­nej przy­sta­ni, stra­ci­ła przy­tom­ność. 

Co gor­sze, Maria nie pa­mię­ta­ła rów­nież swo­je­go na­zwi­ska, wieku czy miej­sca za­miesz­ka­nia.

Imię. Tylko tyle.

Uwierzyłem jej. Dobrze, że Wen­de­ro­wa, nieufna i wścibska z natury, miała akurat wy­chod­ne.

Po po­łu­dniu wróciłem do Marii z talerzem zupy.

– Masz in­te­re­su­ją­cy ak­cent – za­gad­ną­łem, pa­trząc, jak wpraw­nie sięga po łyżkę.

– Na­praw­dę?

– Tak. Szorst­ki, ale miły dla ucha. Nic ci się nie przy­po­mi­na?

– Nie. Ale nie mam w gło­wie zu­peł­nej pust­ki. Trud­no to opi­sać. Jak­bym pró­bo­wa­ła przy­wo­łać z pa­mię­ci szcze­gó­ły snu, wy­ło­wić je z mgły. One gdzieś tam są, muszą być, tylko że nie cho­dzi tu prze­cież o de­ta­le, nie pa­mię­tam ni­cze­go…!

Po­ło­ży­łem dłoń na chu­dym ra­mie­niu, po czym szyb­ko ją cof­ną­łem. Maria od­dy­cha­ła cięż­ko, z tru­dem ha­mu­jąc łzy. 

– Co teraz ze mną bę­dzie? – wy­szep­ta­ła.

– Znaj­dę dla cie­bie miej­sce, zo­sta­niesz tutaj tak długo, jak trze­ba.

Była zbyt przy­gnę­bio­na, by mi po­dzię­ko­wać, ale wiem, że przy­ję­ła moje słowa z ulgą i wdzięcz­no­ścią.

Ko­lej­ne­go dnia wsta­ła z łóżka o wła­snych si­łach. Jej twarz za­okrą­gli­ła się i na­bra­ła ko­lo­rów, oczy po­ja­śnia­ły. Pięk­nie pre­zen­to­wa­ła się w białej su­kien­ce, którą zna­la­złem dla niej w gar­de­ro­bie.

– Czy noszę ubra­nie po zmar­łej? – za­py­ta­ła, cze­sząc włosy przed lu­strem.

– Tak – od­par­łem szcze­rze. – Czy to ci prze­szka­dza?

Od­wró­ci­ła się do mnie i po raz pierw­szy ob­da­rzy­ła uśmie­chem.

– Nie. Ale chcia­łam wie­dzieć.

Po śnia­da­niu po­sta­no­wi­łem po­ka­zać jej ośro­dek z ze­wnątrz, za­brać do ogro­du i do staj­ni, w któ­rej trzy­ma­li­śmy naszą klacz – Furię.

Kiedy wy­ja­śni­łem Marii, czym się zaj­mu­ję, mia­łem wra­że­nie, że mi nie do­wie­rza.

– Sa­na­to­rium? Prze­ro­bi­łeś dwo­rek na sa­na­to­rium?

– Można tak to ująć.

– Po­ma­gasz tym wszyst­kim lu­dziom za darmo?

– Oczy­wi­ście. To wy­rzut­ki. Sta­ram się im pomóc i od­da­ję ich świa­tu. Albo po­zwa­lam zo­stać na dłu­żej.

Nagle Maria za­trzy­ma­ła się na żwi­ro­wej alej­ce i spoj­rza­ła w stro­nę drzew.

– Gdzie po­dzie­wa się tamta pani?

– Wen­de­ro­wa? Ma wy­chod­ne.

– To pie­lę­gniar­ka?

– Tak. Choć po­ma­ga mi nie tylko przy pa­cjen­tach. Praw­dzi­wa ko­bie­ta czynu, wszę­dzie jej pełno.

– Długo nie wraca.

– Praw­da – przy­zna­łem, zdu­mio­ny jej spo­strze­gaw­czo­ścią. – Coś mu­sia­ło ją za­trzy­mać.

Na sto­łów­ce Maria chęt­nie za­ję­ła miej­sce na skra­ju żeń­skie­go stołu, obok spo­koj­nej Hia­cyn­ty. Na­prze­ciw­ko miała Olgę, która wcale nie była za­chwy­co­na jej wi­do­kiem i z tru­dem ha­mo­wa­ła wro­gość.

Ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów obec­ność Marii wzbu­dzi­ła spore za­in­te­re­so­wa­nie męż­czyzn. Szep­ta­li i po­ka­zy­wa­li ją sobie pal­ca­mi. Na tamtą porę w ośrod­ku prze­by­wa­ło pięt­na­ścio­ro pa­cjen­tów, z prze­wa­gą ko­biet, któ­rych mia­łem pod opie­ką dzie­sięć.

Kiedy Maria za­py­ta­ła, czy może wziąć udział w sesji gru­po­wej, zgo­dzi­łem się. Przy­zna­ję, że byłem cie­kaw, jak jej nie­za­po­wie­dzia­na obec­ność wpły­nie na prze­bieg spo­tka­nia. Nie­któ­rzy z pa­cjen­tów nie­chęt­nie otwie­ra­li się przed in­ny­mi i chcia­łem się prze­ko­nać, czy pełna spo­ko­ju, tak­tow­na ko­bie­ta zdoła ich ośmie­lić.

Le­d­wie za­ję­li­śmy miej­sca, kiedy do sa­lo­nu wpadł Olaf. Choć wie­lo­krot­nie na­po­mi­na­łem go, by przy pa­cjen­tach po­wścią­gał swój tem­pe­ra­ment, teraz nie miał za­mia­ru tego robić:

– Dok­to­rze! Pręd­ko! – krzyk­nął. Był blady jak ścia­na, po raz pierw­szy wi­dzia­łem go w takim sta­nie. Wy­bie­ga­jąc z po­miesz­cze­nia, od­wró­ci­łem się i krzyk­ną­łem:

– Mario! Zo­stań z nimi, pro­szę!

Po­mkną­łem za Ola­fem. Mimo pięć­dzie­siąt­ki na karku, po­ru­szał się na­praw­dę żwawo. 

Uj­rza­łem ją z holu, przez otwar­te drzwi. Klę­cza­ła na scho­dach, usi­ło­wa­ła wczoł­gać się na por­tyk.

Wy­da­rze­nia sprzed ty­go­dnia od­bi­ły się w krzy­wym zwier­cia­dle. Z tru­dem pod­nio­słem Wen­de­ro­wą i ru­szy­łem z nią do ga­bi­ne­tu. Wa­ży­ła dużo wię­cej niż Maria i w prze­ci­wień­stwie do niej była przy­tom­na. Przy­znam, że ży­czy­łem sobie, aby było ina­czej – nie mo­głem znieść prze­ry­wa­ne­go ję­ka­mi pła­czu.

Opu­ści­łem ją na ko­zet­kę, wy­py­tu­jąc, co się stało. Nie re­ago­wa­ła na moje słowa, razem z Ola­fem mu­sie­li­śmy ją trzy­mać, aby nie zsu­nę­ła się na pod­ło­gę. Jej suk­nia była prze­mo­czo­na i po­kry­ta pla­ma­mi. Włosy, za­wsze sta­ran­nie upię­te, spły­wa­ły na ra­mio­na lep­ki­mi, brud­ny­mi pa­sma­mi.

Kiedy zła­pa­ła mnie za nad­gar­stek, krzyk­ną­łem z bólu. Pró­bo­wa­łem wy­swo­bo­dzić rękę, ale w se­kun­dzie uścisk ze­lżał, a jęki usta­ły. Wie­dzia­łem, że stara Wen­de­ro­wa nie żyje.

Dla pew­no­ści spraw­dzi­łem puls. Olaf stał nad nie­boszcz­ką, przy­kła­da­jąc dło­nie do twa­rzy.

– Sły­szał dok­tor? – wy­szep­tał.

– Co? – sap­ną­łem, opa­da­jąc na krze­sło.

– Po­wta­rza­ła w kółko: Licho, licho, licho.

 – Licho?

– Spo­tka­ła je w lesie.

Z tru­dem po­wstrzy­ma­łem wy­buch gnie­wu. Po­li­czy­łem do dzie­się­ciu, pod­nio­słem się z krze­sła i po­wie­dzia­łem:

– Bie­dacz­ka się zgu­bi­ła. 

– Licho ją zwio­dło – jęk­nął Olaf, lu­stru­jąc mar­twe ciało. – Błą­dzi­ła po miej­scach, co ich lu­dzkie oko nie po­win­no wi­dzieć. Umar­ła ze stra­chu.

Po raz drugi ugry­złem się w język. Po­wie­dzia­łem tylko:

– Mu­si­my… wszyst­ko przy­go­to­wać.

Stara Wen­de­ro­wa nie miała ro­dzi­ny. Wspo­mi­na­ła mi, że jeśli odej­dzie, mamy po­cho­wać ją tutaj.

Wró­ci­łem do sa­lo­nu.

– Koń­czy­my na dzi­siaj. Wyjdź­cie na świe­że po­wie­trze, ko­rzy­staj­cie z pięk­nej po­go­dy.

Po­sze­dłem do ga­bi­ne­tu, za­cią­gną­łem story i za­pa­dłem się w fo­te­lu. Trwa­łem tak dobrą chwi­lę, ale nim zdą­ży­łem po­zbie­rać myśli do kupy, roz­le­gło się ciche pu­ka­nie.

Do po­ko­ju we­szła Maria. Za­pa­li­łem lamp­kę, nie mia­łem ocho­ty roz­su­wać za­słon. Wi­dzia­łem, że ga­bi­net zro­bił na niej wra­że­nie; do­kład­nie przyj­rza­ła się wy­so­kim pół­kom z książ­ka­mi i eta­żer­ce, na któ­rej wy­eks­po­no­wa­łem moje ulu­bio­ne bi­be­lo­ty. Stą­pa­jąc ostroż­nie po per­skim dy­wa­nie, po­de­szła do biur­ka i na moją proś­bę usia­dła na­prze­ciw­ko.

– Co to? – za­py­ta­ła, się­ga­jąc ku roz­ło­żo­nym na biur­ku kart­kom.

– Test – od­rze­kłem.

– Plamy atra­men­tu?

– Tak. Każdy pa­cjent widzi w nich co in­ne­go. W za­leż­no­ści od tego, o czym marzy i czego się boi. Po­zor­nie błahe sko­ja­rze­nia po­tra­fią dużo po­wie­dzieć o naturze czło­wie­ka.

Za­mil­kłem. Do­pie­ro po chwi­li prze­ła­ma­łem ciszę:  

– Prze­pra­szam za tamto.

– Za co?

Na­praw­dę nie wie­dzia­ła, co mam na myśli?

– Po­pro­si­łem cię, abyś zo­sta­ła z pa­cjen­ta­mi. Zrzu­ci­łem na cie­bie dużą od­po­wie­dzial­ność. Nie po­wi­nie­nem.

Uśmiech­nę­ła się i po­krę­ci­ła głową; naj­wi­docz­niej to, że wy­róż­ni­łem ją w ten spo­sób, bu­dzi­ło w niej ra­dość i dumę, a nie obu­rze­nie.

– Nic się nie stało – szep­nę­ła. W świe­tle lampy skóra na jej szyi przy­bra­ła cie­płą, mio­do­wą barwę. Od­wró­ci­łem spoj­rze­nie.

– To chyba nie pierw­sze za­da­nie, które mi pan zleci. Sądzę, że przy­da się panu pomoc – kon­ty­nu­owa­ła, igno­ru­jąc moje za­kło­po­ta­nie.

– Jak to?

Uśmiech znik­nął z jej twa­rzy.

– Czy to, co teraz po­wiem, zo­sta­nie mię­dzy nami? – za­py­ta­ła.

– Oczy­wi­ście.

Zwil­ży­ła usta ję­zy­kiem i wy­rzu­ci­ła z sie­bie:

– Pan Olaf zdra­dził dziew­czy­nom, co spo­tka­ło panią Wen­de­ro­wą, a wtedy Agniesz­ka po­wie­dzia­ła, że czym prę­dzej się stąd wy­no­si i po­bie­gła się pa­ko­wać.

Ude­rzy­łem ręką w stół. Cho­ler­ny plot­karz! Mó­wiąc o „dziew­czy­nach", Maria miała na myśli dwie pra­cow­ni­ce, które po­ma­ga­ły w pro­wa­dze­niu pen­sjo­na­tu. Zaj­mo­wa­ły się wszyst­kim, od sprzą­ta­nia pokoi, po przy­rzą­dza­nie po­sił­ków. Ich pracę nad­zo­ro­wa­ła Wen­de­ro­wa.

– Mario – ode­zwa­łem się po chwi­li. – Jak wi­dzisz, wszyst­ko staje na gło­wie. Nie wiem, co teraz bę­dzie.

Nie za­brzmia­ło to for­tun­nie.

– To okrop­ne, że pod­cho­dzę do tego tak prak­tycz­nie – przy­zna­łem. – W końcu nie­ca­łą go­dzi­nę temu, nie­mal na moich rę­kach, zmar­ła bli­ska mi osoba.

Maria ski­nę­ła głową.

– Ja rów­nież, za­miast opła­ki­wać zmar­łą, za­czę­łam za­sta­na­wiać się nad tym, jak teraz pan sobie po­ra­dzi.

Po raz pierw­szy usły­sza­łem w jej sło­wach ja­kieś fał­szy­we nuty. Czemu mia­ła­by opła­ki­wać sta­rusz­kę, któ­rej nie znała?

– Czy pan w to wie­rzy? – Po­now­nie zni­ży­ła głos do szep­tu.

– Słu­cham?

– W to, co mówił pan Olaf. Że to licho wy­stra­szy­ło panią Wen­de­ro­wą na śmierć.

– Moja droga! Bez żar­tów.

Mu­sia­ła po­waż­nie ode­brać tę przy­ga­nę, bo aż za­ci­snę­ła wargi. Zaraz wró­ci­ła jed­nak do isto­ty roz­mo­wy:

– Chęt­nie wezmę na sie­bie trochę obo­wiąz­ków. Pro­szę po­wie­dzieć, jak mogę pomóc.

 

***

 

Wcze­snym wie­czo­rem po­cho­wa­li­śmy Wen­de­ro­wą.

Po­śród nie­licz­nych mogił wy­ro­sły już polne kwia­ty, cie­płe po­wie­trze pach­nia­ło sko­szo­ną trawą i bzem. Po­zwo­li­łem pa­cjen­tom wziąć udział w ce­re­mo­nii. Oce­ni­łem, że żaden z nich nie przy­pła­ci po­grze­bu ni­czym wię­cej niż pa­ro­ma łzami.

Agniesz­ka rze­czy­wi­ście ode­szła jesz­cze tego sa­me­go dnia, a Maria nie­zwłocz­nie prze­ję­ła jej obo­wiąz­ki. Nie byłem pe­wien, czy do­ga­da się z drugą dziew­czy­ną, Anną, na którą nagle spa­dła rola nowej go­spo­dy­ni. Na­stęp­ne dni po­ka­za­ły, że moje obawy były nie­słusz­ne.

Po­dzi­wia­łem Marię, która, mimo dziu­ry zie­ją­cej w świa­do­mo­ści, bez­błęd­nie od­na­la­zła się w nowym miej­scu i w nie­ła­twej roli. Jesz­cze bar­dziej zdu­mia­ło mnie to, że zna­la­zła wspól­ny język z pa­cjen­ta­mi; spę­dza­ła wolne chwi­le w po­ko­ju dzien­nym, ini­cju­jąc gry i za­ba­wy. Zda­rzy­ło się, że coś śpie­wa­ła, albo de­kla­mo­wa­ła po­ezję.

Jej obec­ność na spo­tka­niach gru­po­wych nie przy­nio­sła żad­nych re­wo­lu­cyj­nych zmian, ale na mnie dzia­ła­ła ko­ją­co. Po­dzi­wia­łem Marię za to, że chce to­wa­rzy­szyć pa­cjen­tom w lep­szym po­zna­wa­niu sa­mych sie­bie. Ona – po­zba­wio­na ja­kich­kol­wiek wspo­mnień.

– Kształ­ty we mgle – po­wta­rza­ła mi każ­de­go ranka. 

Zła­pa­łem się na tym, że cią­gle o niej myślę. Moją głowę za­przą­ta­ła nie tylko ta­jem­ni­ca jej po­cho­dze­nia, ale i każdy aspekt fa­scy­nu­ją­cej oso­bo­wo­ści. Śniła mi się nie­mal każ­dej nocy.

Dobre dni. Szko­da, że było ich tak nie­wie­le.

Kiedy prze­by­wa­li­śmy w tym samym po­miesz­cze­niu, nie po­tra­fi­łem ode­rwać od niej wzro­ku; błą­dzi­łem spoj­rze­niem po twa­rzy, sta­ran­nie ucze­sa­nych wło­sach, nad­garst­kach, talii… Nic dziw­ne­go, że do­kład­nie wi­dzia­łem prze­bieg zda­rze­nia, które miało po­cią­gnąć za sobą tra­gicz­ne kon­se­kwen­cje.

Przy obie­dzie Maria roz­no­si­ła ta­le­rze z zupą. Nie­ocze­ki­wa­nie Mak­sim, ła­god­ny pa­ra­no­ik o im­po­nu­ją­cym wzro­ście, po­de­rwał się z miej­sca i za­ci­snął dło­nie na jej ra­mio­nach. Po­śród krzy­ków i brzę­ku tłu­czo­nej por­ce­la­ny pchnął swą ofia­rę na stół i przy­gniótł wła­snym cia­łem.

Do­sko­czy­łem do dry­bla­sa i się­ga­łem ku czer­wo­nej z pod­nie­ce­nia twa­rzy. Nie szczę­dząc sił, wbi­łem palce w parę roz­bie­ga­nych oczu.

Przez chwi­lę Mak­sim nic sobie z tego nie robił, za wszel­ką cenę pró­bu­jąc przy­wrzeć war­ga­mi do ust wy­ry­wa­ją­cej się ko­bie­ty. W końcu jed­nak wydał z sie­bie jęk­nię­cie i od­sko­czył do tyłu. Wtedy na sto­łów­kę wbiegł Olaf i we dwóch po­wa­li­li­śmy agre­so­ra na pod­ło­gę.

Rzu­ci­łem Marii klucz do ga­bi­ne­tu i krzyk­ną­łem:

– Strzy­kaw­ka! W szu­fla­dzie biur­ka! Bie­giem!

Po­mknę­ła, nie za­da­jąc pytań. Wró­ci­ła bły­ska­wicz­nie. Wrę­czy­ła mi śro­dek uspo­ka­ja­ją­cy, a ja na­tych­miast po­da­łem go wy­ry­wa­ją­ce­mu się męż­czyź­nie. Na­pię­te mię­śnie zwiot­cza­ły, krzyk uwiązł w gar­dle.

Maria, opie­ra­jąc dło­nie na bla­cie stołu, od­dy­cha­ła przez otwar­te usta. Choć jesz­cze przed chwi­lą była czer­wo­na na twa­rzy, teraz zu­peł­nie zbla­dła. Pocią­gną­łem ją ku wyj­ściu, na odchodne zwracając się do Olafa:

– Za­nie­ście go z Anną do izo­lat­ki. Dacie radę. A resz­ta…

Ro­zej­rza­łem się do­ko­ła. Pa­cjen­ci stali jak wryci, nie­któ­rzy pła­ka­li.

– Dzi­siaj nie bę­dzie roz­mów ani spo­tkań gru­po­wych. Wyjdź­cie na świe­że po­wie­trze, ko­rzy­staj­cie z pięk­nej po­go­dy.

Nie mar­nu­jąc wię­cej czasu, ru­szy­li­śmy w stro­nę ga­bi­ne­tu. Kiedy wy­szli­śmy po scho­dach na pię­tro, Maria nie­mal upa­dła, mu­sia­łem ją pod­trzy­mać.

– Dasz radę?

– Tak – sap­nę­ła.

Ale po kilku kro­kach nogi od­mó­wi­ły jej po­słu­szeń­stwa. Znaj­do­wa­li­śmy się aku­rat przy mojej sy­pial­ni. Bez wa­ha­nia otwo­rzy­łem drzwi i prze­nio­słem ją na łóżko.

– Czy coś ci się stało? Skrzyw­dził cię? – Ują­łem pięk­ną twarz w dło­nie i sta­ra­łem się co­kol­wiek z niej wy­czy­tać. Na próż­no. Maria za­mknę­ła oczy, dolna warga od­sło­ni­ła rząd rów­nych zębów. Stra­ci­ła przy­tom­ność.

Do­sta­ła go­rącz­ki, ale tem­pe­ra­tu­ra ciała szyb­ko wró­ci­ła do normy. Roz­ło­ży­łem koc i po­ło­ży­łem się na pod­ło­dze. Nie mia­łem siły ani ocho­ty, by spraw­dzić, jak czują się moi pod­opiecz­ni.

Za­sną­łem przed zmierz­chem i spa­łem twar­do do sa­me­go świtu.

Obu­dził mnie wrzask.

Po­de­rwa­łem się i w pierw­szej chwi­li spoj­rza­łem na Marię. Wciąż spała. Od­dy­cha­ła płyt­ko, ale mia­ro­wo.

Wy­bie­głem na ko­ry­tarz. Drzwi do izo­lat­ki stały otwo­rem, a łóżko, na które wczo­raj za­tar­ga­no Mak­si­ma, było puste. Skłę­bio­na po­ściel le­ża­ła na pod­ło­dze.

Wy­bie­głem na dwór. Do­strze­głem blady księ­życ wi­szą­cy tuż nad drze­wa­mi, niebo za­snu­ły ciem­ne, desz­czo­we chmu­ry. Na pod­jeź­dzie stał wóz, za­przę­gnię­ta do niego Furia krę­ci­ła łbem i prze­bie­ra­ła ko­py­ta­mi. Olaf, jak co środa, wy­bie­rał się na targ do mia­stecz­ka. 

Zna­la­złem go przy krza­ku for­sy­cji, który rósł nie­mal pod samym oknem mojej sy­pial­ni. Doj­rza­ły męż­czy­zna, który nie­jed­no w życiu wi­dział, klę­czał na ziemi i ry­czał jak dziec­ko, przy­ci­ska­jąc do twa­rzy kasz­kiet.

Od razu roz­po­zna­łem nagie ciało. Okrą­gły brzuch i uda za­la­ne były krzep­ną­cą krwią, a skórę, od łydek po czoło, po­kry­wa­ły nie­wiel­kie, fio­le­to­we si­nia­ki. Z bla­dej twa­rzy Mak­si­ma bił za­gad­ko­wy spo­kój, ką­ci­ki ust za­dzie­ra­ły się ku górze. Na szyi do­strze­głem po­dłuż­ną pręgę.

– Dobry Boże…! Dobry Boże…! – za­wo­dził Olaf.

– Czy masz może… – prze­łkną­łem ślinę, od­wra­ca­jąc spoj­rze­nie od nie­przy­jem­ne­go wi­do­ku. – Czy po­dej­rze­wasz może, kto mógł…

– Dia­bli­ce! Leśne dia­bli­ce! Czemu dok­tor nie wie­rzy, choć wszyst­ko widać?! Nocą za­wio­dły go tutaj, ob­ca­ło­wa­ły i po­sia­dły, a potem udu­si­ły i… Boże! Miej nas w swo­jej opie­ce!

Olaf wie­rzył, że to ru­sał­ki roz­pra­wi­ły się z Mak­si­mem. Naj­pierw ofia­ro­wa­ły mu kilka roz­kosz­nych chwil, potem udu­si­ły, a jako tro­feum za­bra­ły ze sobą naj­wraż­liw­szą męską część ciała.

– Mamy do czy­nie­nia z ohyd­ną zbrod­nią! – po­wie­dzia­łem. – Mu­si­my czym prę­dzej spraw­dzić…

Olaf po­de­rwał się z klę­czek i ob­da­rzył mnie gniew­nym spoj­rze­niem.

– Jadę do ko­mi­sa­rza. Na­mie­sza­ła panu dok­to­ro­wi w gło­wie.

– Co ta­kie­go?

– Ta su­kien­ka.

– Kogo na­zy­wasz „su­kien­ką”?!

– Wen­de­ro­wa niby zgu­bi­ła się w lesie? Ona, stara baba? Tamta wie­dzia­ła, że Wen­de­ro­wa chce ją zgło­sić i na­sła­ła de­mo­na. A teraz to. Żeby się ze­mścić. Star­czy tego.

Olaf wsko­czył na wóz i się­gnął po lejce.

Aż trzą­słem się z gnie­wu. Ru­szy­łem ku drzwiom, ale za­mar­łem w pół kroku. Maria stała mię­dzy ko­lum­na­mi por­ty­ku i pa­trzy­ła w stro­nę od­jeż­dża­ją­ce­go wozu.

– Pa­mię­tam – po­wie­dzia­ła. – Pa­mię­tam po­ciąg. Strasz­ny huk i ból. Dym, dużo dymu. Po­ciąg. Wy­ko­le­ił się.

Nic nie od­po­wie­dzia­łem, tylko wzią­łem ją za rękę. 

W tam­tej chwi­li pod­ją­łem de­cy­zję. 

Ze­rwał się wiatr, z nieba spa­dły pierw­sze kro­ple desz­czu.

– Bez wzglę­du na wszyst­ko, nie bój się.

– Co?

– Nie bój się.

Usły­sze­li­śmy ryk. Dzie­siąt­ki spło­szo­nych pta­ków wzle­cia­ły nad ko­ro­ny drzew. Ob­ser­wo­wa­łem, jak woź­ni­ca za­trzy­mu­je konia i roz­glą­da się. Ko­lej­ny ryk, dużo gło­śniej­szy, spra­wił, że ze­sko­czył z wozu i ru­szył pędem w naszą stro­nę.

Od bu­dyn­ku dzie­li­ło go nie wię­cej niż pięć­dzie­siąt me­trów, kiedy be­stia wy­pa­dła spo­mię­dzy drzew. Maria krzyk­nę­ła i pró­bo­wa­ła rzu­cić się ku drzwiom. Ści­sną­łem jej rękę i po­wtó­rzy­łem:

– Nie bój się.

Star­szy męż­czy­zna nie miał szans. Biegł ku mnie, wy­cią­ga­jąc ręce. Krzy­czał, abym ucie­kał, co nawet mnie wzru­szy­ło.

Wło­cha­te ciel­sko ru­nę­ło na Olafa, przy­gważ­dża­jąc go do ziemi. Pa­zu­ry wszyst­kich czte­rech łap roz­dar­ły ubra­nie i wbiły się głę­bo­ko w ciało.

Maria za wszel­ką cenę pró­bo­wa­ła się wy­rwać. Nie bez trudu przy­gar­ną­łem ją do sie­bie i unie­ru­cho­mi­łem.

– Dla­cze­go mnie nie słu­chasz? Nie bój się!

Be­stia uci­szy­ła wrzesz­czą­ce­go Olafa, za­ta­pia­jąc kły w jego karku. Na­stęp­nie po­de­szła do nas i mru­cząc, wy­sta­wi­ła ocie­ka­ją­cy krwią pysk na piesz­czo­ty. Zmierz­wi­łem jej czar­ną sierść, szep­ną­łem parę czu­łych słów, po czym na­ka­za­łem wró­cić do lasu.

Czu­łem, jak ciało Marii wiot­cze­je. Przy­war­ła ple­ca­mi do ko­lum­ny, usia­dła. Kiedy szu­ka­łem od­po­wied­nich słów, roz­pa­da­ło się na dobre.

– Nie tak wy­obra­ża­łem sobie tę chwi­lę – przy­zna­łem.

Już bałem się, że ze­mdla­ła, ale nie; choć przy­mknę­ła oczy, była przy­tom­na. Usia­dłem obok niej.

– Masz pew­nie z ty­siąc pytań w gło­wie, a ja nie po­tra­fię i nie mogę od­po­wie­dzieć na nie teraz. Wiedz tylko, że ko­cham cię, Mario, i je­stem gotów zro­bić dla cie­bie wszyst­ko.

Nie od­nio­sła się do moich słów. Za­miast tego za­py­ta­ła:

– To pan kazał ich zabić?

Czu­łem, jak­bym do­stał w twarz. Trud­no było mi utrzy­mać nerwy na wodzy.

– Stara idiot­ka Wen­de­ro­wa nie chcia­ła cię tutaj – rze­kłem naj­spo­koj­niej, jak mo­głem. – Tam­ten bez­mó­zgi dry­blas śmiał po­ło­żyć na tobie brud­ne łapy. A jeśli cho­dzi o niego – ski­ną­łem na po­szar­pa­ne ciało le­żą­ce nie­mal u na­szych stóp – to sama sły­sza­łaś jego słowa.

– Kim pan jest?

– Je­stem kimś, kto cię po­ko­chał – szep­ną­łem.

– Tam­te­go dnia nie po­da­łam mu leków.

Od­ga­dłem, że miała na myśli Mak­si­ma. Roz­no­sze­nie me­dy­ka­men­tów na­le­ża­ło do obo­wiąz­ków Marii.

– Wszy­scy pa­cjen­ci się boją. Nie wie­rzą, że pan im po­ma­ga – kon­ty­nu­owa­ła, spo­glą­da­jąc mi pro­sto w oczy. – Czemu do­sta­ją ja­kieś dziw­ne ta­blet­ki? Czemu wy­py­tu­je ich pan o szcze­gó­ły z prze­szło­ści? Na czym po­le­ga to całe le­cze­nie?

– Ty­sią­ce pytań – od­par­łem. – Nie od­po­wiem na nie teraz. Dużo waż­niej­sze jest to, o co ja chcę za­py­tać cie­bie.

Wzią­łem głę­bo­ki wdech.

– My­ślisz, że twoje dawne życie, z któ­re­go zo­sta­ły same strzęp­ki, jest warte po­wro­tu?

Zamiast odpowiedzieć, gło­śno prze­łknę­ła ślinę.

– Byłem pe­wien, że sa­mot­nie do­cze­kam tu sta­ro­ści, ła­miąc sobie głowę nad ta­jem­ni­ca­mi ludz­kiej duszy. Ale ty wszyst­ko zmie­ni­łaś. Mo­że­my się po­brać, a potem sprze­dać ma­ją­tek i stąd wy­je­chać, po­dró­żo­wać po świe­cie… Mario?

To, co wy­da­rzy­ło się potem, pa­mię­tam jak przez mgłę. Maria wzię­ła mnie za rękę i po­wio­dła ku scho­dom. Chwilę później leżałem na łóżku, a ko­bie­ta, którą po­ko­cha­łem, na­chy­li­ła się nade mną i po­gła­dzi­ła po twa­rzy. Kro­ple desz­czu bęb­ni­ły o szybę, kiedy przy­war­li­śmy do sie­bie bio­dra­mi. Ob­ją­łem ją i za­sy­pa­łem po­ca­łun­ka­mi. Wy­rzu­ca­łem z sie­bie za­pew­nie­nia i obiet­ni­ce. Pragnąłem ją po­siąść, wchło­nąć, sto­pić się z nią w jedno ciało. Jej wargi były mięk­kie ale zimne, co za­sko­czy­ło mnie i za­nie­po­ko­iło.

W na­stęp­nej se­kun­dzie po­czu­łem ukłu­cie. 

Wbiła igłę w kark, głę­bo­ko i nie­wpraw­nie, aż dziw­ne, że jej nie zła­ma­ła. Nie mar­nu­jąc czasu, wy­bie­gła z po­ko­ju.

Gdzie ucie­kasz, głu­pia? – po­my­śla­łem.

Jak naj­da­lej od cie­bie – sam udzie­li­łem sobie od­po­wie­dzi.

Ocza­mi wy­obraź­ni zo­ba­czy­łem więd­ną­cy liść – takim ob­raz­kiem ura­czył mnie za­sy­pia­ją­cy umysł. Za­pła­ka­łem.

Potem wszystko odpłynęło.

 

***

 

I po­my­śleć, że uwa­ża­łem się za sto­ika.

Oczy­wi­ście w po­tocz­nym, nie­pre­cy­zyj­nym sen­sie. Nie­mal każda z kon­cep­cji fi­lo­zo­ficz­nych, kiedy się w nią wgryźć, przy­po­mi­na w grun­cie rze­czy re­li­gię i prze­siąk­nię­ta jest me­ta­fi­zy­ką, którą ja w ca­ło­ści od­rzu­cam jako bzdu­rę sto­ją­cą na dro­dze praw­dzi­we­mu po­zna­niu rze­czy­wi­sto­ści.

Wiem, że nie­je­den z pło­mien­nych obroń­ców wiary gotów byłby się ze mną spie­rać. Jesz­cze do nie­daw­na chęt­nie pod­jął­bym po­le­mi­kę z każ­dym, kto osła­dza sobie eg­zy­sten­cję. Ale po tym, jak za­wio­dłem sa­me­go sie­bie i bez­pow­rot­nie utra­ci­łem za­ufa­nie do je­dy­nej osoby, któ­rej mo­głem ufać, czuję się ża­ło­śnie słaby i chwiej­ny.

Za­czą­łem kwe­stio­no­wać moją pracę. Po uciecz­ce Marii przez ty­dzień nie mo­głem pod­nieść się z łóżka. Wszyst­ko zo­sta­ło na gło­wie bied­nej Anny, która sta­nę­ła na wy­so­ko­ści za­da­nia i po­ra­dzi­ła sobie z sze­re­giem wy­zwań. Schu­dła i prze­sta­ła się uśmie­chać, ale o wszyst­ko za­dba­ła. Po­grze­ba­ła obu nie­szczę­śni­ków – Olafa i Mak­si­ma. Dbała o dom i o pa­cjen­tów.

A jednak mnie zawiodła. Po­sta­no­wi­ła wy­je­chać. Ko­lej­na bli­ska mi osoba za­pra­gnę­ła ode mnie odejść.

Kiedy tylko od­zy­ska­łem siły, zwo­ła­łem spo­tka­nie. Do sa­lo­nu wkro­czy­łem pełen tro­ski o stan moich pa­cjen­tów. Ba, czu­łem nawet wyrzuty su­mie­nia i gotów byłem się łajać. Jed­nak z mi­nu­ty na mi­nu­tę, a ra­czej z se­kun­dy na se­kun­dę, na­ra­sta­ło w mym sercu roz­cza­ro­wa­nie, za któ­rym po­dą­żał gniew.

– To był zły rok – oświad­czy­łem ze­bra­nym do­ko­ła.

Od­po­wie­dzia­ła mi cisza. Cisza za­mknię­tych, ludz­kich sko­rup.

– Jakie zro­bi­li­śmy po­stę­py?! – krzyk­ną­łem. – Co do­bre­go przy­nio­sły nasze wy­sił­ki? Jaki z nich po­ży­tek?!

Hia­cyn­ta wybuchła płaczem, a Igor za­czął ko­ły­sać się w przód i tył, za­ty­ka­jąc uszy. To zu­peł­nie wy­pro­wa­dzi­ło mnie z rów­no­wa­gi.

– O tym mówię! – wrza­sną­łem, ude­rza­jąc go otwar­tą dło­nią w twarz. – Nie mogę do was do­trzeć!

Co za farsa! Na to wszyst­ko brał mnie śmiech. Ule­głem dziw­ne­mu na­pa­do­wi we­so­ło­ści. Re­cho­ta­łem długo, wy­le­wa­jąc morze łez.

– To już ko­niec!

Po­mkną­łem pro­sto do ga­bi­ne­tu. Choć stra­ci­łem wiarę we wszyst­ko, myśli mia­łem kla­row­ne jak nigdy.

Wy­bra­łem wol­ność.

 

***

 

Dot. spra­wy nr KA­R820

Frag­men­ty prze­słu­cha­nia Olega (na­zwi­sko nie­zna­ne), je­dy­ne­go oca­la­łe­go.

 

– Ile macie lat?

– Czter­dzie­ści.

– Jak tra­fi­li­ście do dwor­ku w lesie?

– Ze­szłej je­sie­ni dok­tor za­cze­pił mnie na ulicy i za­py­tał, czy nie po­trze­bu­ję po­mo­cy.

– Dla­cze­go o to za­py­tał?

– Było zimno, a ja nie mia­łem po­rząd­nego płaszcza. Byłem głod­ny. No i pi­ja­ny.

– Za­bra­li was do dwor­ku?

– Tak. Zgo­dzi­łem się z nim je­chać, bo niby czemu nie?

– Nie macie sta­łe­go miej­sca za­miesz­ka­nia?

– Nie.

 

(…)

 

– Jak wy­glą­da­ła wasza co­dzien­ność w tym dwor­ku? Co tam się dzia­ło?

– Różne rze­czy. O nie­któ­rych strach mówić.

– Dok­tor znę­cał się nad wami?

– Nie. Ale za­mę­czał dłu­gi­mi roz­mo­wa­mi. Pytał o różne rze­czy, na przy­kład o to, czy jako dziec­ko chcia­łem zabić mo­je­go ojca, albo czy nie kusi mnie cza­sa­mi, żeby wejść do szafy i sobie w niej po­sie­dzieć.

– W jakim celu za­da­wał te py­ta­nia?

– Nie wiem.

– I te roz­mo­wy były takie strasz­ne?

– Nie. Strasz­ny był las. Miesz­ka­ją w nim upio­ry.

– Wie­rzy­cie w upio­ry?

– Nie muszę wie­rzyć. Wi­dzia­łem je.

 

(…)

 

– Jak do­szło do po­ża­ru?

– Nie wiem.

– Czy my­śli­cie, że to dok­tor pod­ło­żył ogień?

– Moż­li­we. Ostat­nio za­cho­wy­wał się jesz­cze dziw­niej niż zwy­kle.

– Czyli?

– Ubie­rał się w suk­nię i uda­wał ko­bie­tę.

– Uda­wał ko­bie­tę?

– Cho­dził tak śmiesz­nie, za­rzu­cał bio­dra­mi. Mówił w bab­ski spo­sób, pisz­czał. I to, o czym mówił, to też było dziw­ne. To zna­czy raz pod­szedł do mnie i po­wie­dział, że je­stem jego ko­cha­nym osiłkiem i mnie po­ca­ło­wał. Tu, w po­li­czek. Raz za coś takiego Maksim pobił go na stołówce. A potem tego Mak­si­ma udu­si­ły ru­sał­ki.

– O czym wy opo­wia­da­cie?

– Wy­ciągnęły go nocą z po­ko­ju i udu­si­ły. Miałem łóżko przy oknie, wszyst­ko sły­sza­łem.

 

(…)

 

– Czy w trak­cie po­by­tu w ośrod­ku pi­li­ście al­ko­hol?

– Nie, ale dok­tor czę­sto­wał mnie pa­pie­ro­sa­mi.

– A leki?

– Były leki na sen.

– Jakie?

– Nie wiem. Takie okrą­głe pa­styl­ki. Gorz­kie.

 

(…) 

 

To­ma­szu,

po­niż­szy frag­ment nie tra­fił do pro­to­ko­łu i prze­zna­czo­ny jest tylko dla Two­ich oczu. Zniszcz go po prze­czy­ta­niu. Na wszel­ki wy­pa­dek mam kopię w bez­piecz­nym miej­scu.

 

– Wie­cie, że tylko wy prze­ży­li­ście pożar?

– Tak.

– Tylko wy mo­że­cie udzie­lić nam od­po­wie­dzi na pewne py­ta­nia. Mów­cie praw­dę.

– Ja cały czas mówię praw­dę.

– Na tym wa­szym cmentarzu zna­leź­li­śmy dzie­siąt­ki tru­pów. Co to za lu­dzie?

– Pe­chow­cy.

– Co?

– Pe­chow­cy. Do­pa­dły ich upio­ry.

– O czym wy bre­dzi­cie?!

– Pan dok­tor mówił, że jeśli się wcho­dzi do lasu, to można już z niego nie wyjść. Ale cza­sa­mi las przy­cho­dził do nas.

– Mó­wi­cie, że dok­tor nigdy nie pod­niósł na was ręki? Ani na was, ani na in­nych pa­cjen­tów?

– Nigdy.

– Jak wy­tłu­ma­czy­cie to, że w ziemi zna­leź­li­śmy po­szar­pa­ne zwło­ki? Jed­nej ko­bie­cie wy­pru­to flaki. Rap­tem kilka dni temu.

– To Anna. Ze służ­by.

– I to nie dok­tor ją zabił?

– Miała pecha. Do­pa­dły ją upio­ry.

 

Maglowałem go przez trzy dni, na końcu spu­ści­łem wpier­dol. Nie prze­sta­wał bre­dzić o upio­rach.

Nie ma sensu cią­gnąć spra­wy. Szko­da tylko, że tam­te­go świra nie spo­tka kara. Dzie­dzic w dupę je­ba­ny. Dar­mo­zjad. Naj­wi­docz­niej z nudów za­czął bawić się w lekarza i bie­gać po­śród czub­ków w dam­skich fa­ta­łasz­kach. No i mor­do­wać.

Sły­sza­łeś, że jak go wy­grze­bali, to rze­czy­wi­ście miał na sobie su­kien­kę? Świr. Ponoć jak był mały, to matka rzu­ci­ła mu się pod po­ciąg. Na jego oczach. Dorastał w tym dwor­ku z bab­ką, pamiętam, że wyzywali ją od cza­row­nic. Stare dzie­je, jak się spo­tka­my, to opo­wiem Ci to i owo.

–Z

Koniec

Komentarze

– czy noszę sukienkę po zmarłej? – mocno wprowadziło w klimat, od tamtej pory niepokój był przy mnie. Fajne zakończenie z tym przesluchiwaniem. Strzępki obrazów, które próbuje złożyć w całość.

Lubię Twój styl. Jest prosty i klarowny. To znaczy lubię też zawijasy, zabawy i ciążenie w ku formie kosztem treści, ale u Ciebie ta prostota się sprawdza. To znaczy Twoje pisanie wciąga. Dobrze się je czyta. Przyjemnie.

Zabrakło mi za to jasnego osadzenia opowieści w realiach. Z jednej strony narracja zalatuje przedwojniem a’la Grabiński, z drugiej wspominasz o czymś pokroju terapii grupowej, no, pewien dysonans się wytworzył, a starczyło by rzucić kilka haseł-kluczy aby świat przedstawiony eksplodował w mojej głowie milionami obrazów znanych z filmów i popkultury. To raz.

Dwa, folklor jest tu dość umowny. Równie dobrze złem mogły by tu być małe wredne koboldy, albo małe zielone ludziki, to znaczy zło czyhające za bramom ośrodka nie koresponduje z fabułą. Bo na jakiej zasadzie to wszystko działało? Bohater jakoś tymi mocami władał? To była projekcja jego gniewu? Nie wiem i niczego w tym względnie chyba nie wyjaśniłeś, chyba że coś mi umknęło. Fajnie zagrałeś z relacją podaną na końcu z boku, ale wynika z niej tyle, że zbzikowany facet zamknął się z grupą nieszczęśników na odludzi i prowadził z nimi jakąś grę o niezbyt jasnych zasadach. A zło? To fantastyczne jądro? Zostało w niedopowiedzeniu. Zbyt dużym w moim odczuciu. Bo przecież wszyscy chcielibyśmy wiedzieć;)

 

Słowem klikam, ale pewien niedosyt pozostał.

Interesujące, ale horror. Miś nie lubi. Skusiło go, że baźń.

Ciekawe, leciutko weirdowe klimaty. Końcówka zaskakująca. Dobry tekst.

Przeczytawszy.

 

Witajcie, witajcie!

 

Vrchamps,

cieszę się, że zdanie o sukience wprowadziło w klimat, miałem nadzieję, że taką rolę spełni. Podobnie jak końcowe fragmenty przesłuchania – nie byłem pewien, jak to zagra, fajnie że Tobie przypadło do gustu.

Dziękuję za lekturę!

 

Michale,

To znaczy Twoje pisanie wciąga. Dobrze się je czyta. Przyjemnie.

Bardzo mnie cieszy ta ocena :)

Zabrakło mi za to jasnego osadzenia opowieści w realiach.

Hmm, no właśnie. Przyznaję, że zrobiłem to celowo. Nie chciałem precyzyjnie określać czasu i miejsca, w którym rozgrywa się ta historia. Skojarzenia biegną pewnie ku pierwszych dekadach XX wieku, ale wcale nie muszą. Mam poczucie, że gdybym chciał tę historię mocno osadzić w danych realiach, to musiałbym te realia lepiej poznać. Nie chciałem w jakiś spektakularny sposób błysnąć niewiedzą, stąd ta zachowawczość.

 

Bo na jakiej zasadzie to wszystko działało? Bohater jakoś tymi mocami władał? To była projekcja jego gniewu? Nie wiem i niczego w tym względnie chyba nie wyjaśniłeś, chyba że coś mi umknęło.

 

A zło? To fantastyczne jądro? Zostało w niedopowiedzeniu. Zbyt dużym w moim odczuciu.

 

Zależało mi na tej wieloznaczność, niedopowiedzeniach. Choć zdaję sobie sprawę, że może ich być zbyt wiele :)

Dziękuję za wizytę i za klika!

 

Koalo,

dzięki za lekturę. Tym bardziej, że ten gatunek to nie Twoja bajka :)

 

fanthomasie,

dzięki :)

 

Witaj, oidrin!

 

Pozdrawiam wszystkich!

IMHO faktycznie niedopowiedzeń jest odrobinę za dużo, bo mimo starannej lektury trochę się pogubiłam w końcówce. Ale tekst zyskuje dzięki nastrojowi, zdaniom-smaczkom jak to wspomniane wyżej o sukience i temu zawieszeniu w bezczasie. Podobało mi się.

Cześć, Adamie!

 

Bardzo fajnie napisany tekst – styl, który wciąga i płynnie prowadzi do końca.

Mi również zabrakło więcej informacji o świecie zewnętrznym – jest gdzieś w tle działalność konspiracyjna, ale nie wiadomo w sumie jaka itd. Trochę mnie to kołowało w pierwszym fragmencie tekstu. Chętnie bym się też dowiedział czegoś o historii samej sukienki.

Był fajny twist, gdy się okazało, co się okazało – nie będę spoilerował :P z tego wszystkiego nie wiem, czy na końcu nie ma jeszcze jednego twista – zrozumiałem, że (a pal licho – UWAGA: możliwy spoiler!) Maria była jedynie wytworem jego wyobraźni, bo w zeznaniach nigdzie się nie pojawia, ale występuje doktorek przebrany w sukienkę.

Bardzo udany tekst – satysfakcjonujący i wciągający.

 

Pozdrawiam i powodzenia w krokusie!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Witajcie!

 

Ninedin,

cieszę się, że mimo wszystko tekst Ci się spodobał :) Dziękuję za lekturę, pozdrawiam!

 

Krokusie,

miło, że mój styl Cię wciągnął i lektura okazała się płynna.

Możliwe, że tekst stracił na słabym osadzeniu w konkretnym miejscu i czasie.

Co do sprawy poruszone w spoilerze – tak, tak to sobie ostatecznie wymyśliłem :)

Dzięki za lekturę i miłe słowa, pozdrawiam!

Trochę mi przeszkadzało niedopasowanie czasowe. Nawet nie niemożność umiejscowienia w czasie, co pojawiające się elementy sugerujące różny czas akcji. Mnie to wybijało z rytmu, przeszkadzało. Chyba już lepiej strzelić babola, którego przecież zawsze można poprawić ;)

Pod koniec miałam wrażenie, że wszystko, co się wydarzyło, to rojenia chorego psychicznie człowieka. I nie ukrywam, że trochę mnie to rozczarowało.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Początek podobnie jak tytuł zapowiadał ckliwą, stylizowaną historię. I okazało się to tak wspaniale złudne, że tylko pogratulować maskarady. Zapodałeś nam tutaj weird w lekkiej stylizacji międzywojennej, który mimo pomieszania z poplątaniem w realiach(terapia grupowa w czasach prymu Freuda? hmmm), naprawdę wciąga. Ryzykowna forma fragmentarycznych zeznań na końcu dodaje wszystkiemu smaczka. Żeby nie było tak całkiem różowo, na początku zwłaszcza jest trochę niezręczności do wyklepania pod względem języka i rytmu. Niemniej, naprawdę wyszło to dobrze.

Dziękuję za udział w konkursie i pozdrawiam.

Moim zdaniem całość trochę zbyt pogmatwana – nie wiadomo do końca, co było tutaj urojone, co prawdziwe… Ja w ogóle zinterpretowałam to tak, że Maria w ogóle nie istniała, była tylko jakimś wyobrażeniem wariata, jakimś ucieleśnieniem jego zmarłej matki, przeniesieniem postaci matki na postać partnerki?! Ale dopuszczam różne interpretacje, może o to chodziło.

 

Natomiast podobał mi się plot twist – wszyscy spodziewają się, że to znaleziona kobita jest ZŁAAA, a to główny bohater. ^^ I super były te nagłe wstawki z zapisków policji, bardzo klimatyczne.

 

Gratuluję i pozdrawiam ^^

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Pojawienie się Marii i uczucie, jakim zapałał do niej doktor, a także opis życia pensjonariuszy początkowo pozwalał w pełni ufać w realność sytuacji. Jednak seria nader osobliwych wydarzeń z udziałem personelu i pacjentów, tudzież wieści o istotach zamieszkujący las sprawiły, że zaczęłam wątpić. Finał utwierdził mnie w przekonaniu, że podejrzenia były ze wszech miar słuszne.

Biała sukienka intrygowała od początku i utrzymała uwagę aż do satysfakcjonującego końca, więc mogę udać się do klikarni.

Adamie, gratuluję zacnego miejsca na podium. :D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej Adam_c4!

 

Fajnie napisane, dobrze się czytało.

Kiedy Olaf został zaatakowany przez bestię, koronkowo budowana i starannie prowadzona fabuła przeżyła wstrząs sejsmiczny. :) Czy to dobrze? I tak i nie. Wyobrażałem sobie trochę bardziej subtelne balansowanie między rzeczywistością a światem nadprzyrodzonym, tudzież urojonym. Zastanawiałem się, czy “sukienka” jest odpowiedzialna za te śmierci, i podejrzewałem, że nastąpi jakiś twist, bo Maria będąca “tą złą” byłoby ideą zbyt oczywistą. I nastąpił twist, tylko… Może zbyt gwałtowny? Musiałbym chwilę ochłonąć… bo od połowy opko zaczęło pędzić bez trzymanki. ;)

Postać Marii i reszty pensjonariuszy fajnie zarysowana, czego niestety nie mogę do końca powiedzieć o właścicielu pensjonatu. Jakoś ta jego przemiana w psychopatę zgrzytnęła mi, bo nic wcześniej na to nie wskazywało. Podobne odczucia mam a propos pomysłu, że Maria to wcielenie głównego bohatera – jest bardzo dobry, ale nie współgra z realizmem początku opka.

Podsumowując, podobało mi się to opowiadanie! Zaangażowało mnie od samego począku i trzymało w napięciu do końca. Tekst umiejętnie pobudzał wyobraźnię, miał dobry rytm i tempo.

 

Pozdrawiam!

Mam mieszane odczucia po przeczytaniu tego tekstu. Najpierw o plusach. Ciekawie poprowadzona postać Marii, która wybija się na pierwszy plan. Widziana oczami doktora, wydaje się na wpół fantastycznym, tajemniczym bóstwem. Ciekawie został też przedstawiony klimat dworku, miejsca zagubionego w lesie, daleko od innych osad ludzkich. Pojawia się wisząca w powietrzu tajemnica i groza zwiększania kolejnymi zabójstwami.

Po postać upiora sama sięgnęłam, więc nie będę narzekać.;) 

Jednak sam świat przedstawiony rozczarowuje. Opis przybytku i wspomnienie o konspiracji wskazuje na czasy II wojny. Jednak, niestety, psychiatria wtedy tak nie wyglądała. Ani nie było takich leków, ani metod, ani szacunku do pacjentów. Tu opisujesz czasy współczesne. Poza tym pewnie okupanci zrobiliby masową egzekucję takiego miejsca. 

Gdyby dworek jakoś ocalał, bardziej prawdopodobne, że krnąbrny pacjent zostałby zawinięty w mokre prześcieradła, poddany wstrząsom lub lobotomii. Podsumowując: pomysł ciekawy, opowiadanie wciąga, ale przydałby się risercz.

Witajcie!

 

Irko,

Pod koniec miałam wrażenie, że wszystko, co się wydarzyło, to rojenia chorego psychicznie człowieka. I nie ukrywam, że trochę mnie to rozczarowało.

O, przyznam, że takiej interpretacji w ogóle nie brałem pod uwagę i nie chciałem jej sugerować. Taką wersję przyjmą służby badające sprawę, ale prawda jest dużo bardziej mroczna. I fantastyczna :)

Dziękuję za lekturę!

 

oidrin,

 

Początek podobnie jak tytuł zapowiadał ckliwą, stylizowaną historię. I okazało się to tak wspaniale złudne, że tylko pogratulować maskarady.

Fajnie :)

(terapia grupowa w czasach prymu Freuda? hmmm)

No właśnie – jeśli przyjąć, że to nie alternatywna rzeczywistość albo jakaś odległa przyszłość, która pod wieloma względami przypomina epokę międzywojnia, to akcja opowiadania rozgrywa się pewnie w latach dwudziestych, może trzydziestych. Raczej nie wcześniej niż w 1921, bo w opowiadaniu wspominam o teście atramentowych plam, a ten został wymyślony przez Rorschacha w tym właśnie roku. No, chyba że narrator wykazał się cudowną intuicją i wpadł na ten pomysł wcześniej niż Rorschach. Bo intuicji i kreatywności nie sposób mu odmówić – wykoncypował, że zebranie pacjentów w jednym miejscu i urządzenie sesji grupowych może dać ciekawe rezultaty. Jeśli przyjąć, że to lata dwudzieste, to mamy do czynienia z nowatorskim eksperymentem. Ale w żadnym wypadku nie z czymś, co według dzisiejszych standardów nazwalibyśmy terapią grupową.

Ryzykowna forma fragmentarycznych zeznań na końcu dodaje wszystkiemu smaczka.

Nie byłem pewien, jak wypadnie ten element. Zważywszy na to, że pojawia się na końcu, mógł zarżnąć opowiadanie. Cieszę się, że Tobie przypadł do gustu :)

 

Bardzo dziękuję za zorganizowanie konkursu i za lekturę! Miło mi, że zająłem miejsce na podium.

 

DHBW,

Ja w ogóle zinterpretowałam to tak, że Maria w ogóle nie istniała, była tylko jakimś wyobrażeniem wariata, jakimś ucieleśnieniem jego zmarłej matki, przeniesieniem postaci matki na postać partnerki?! Ale dopuszczam różne interpretacje, może o to chodziło.

Tak, pisałem tekst z myślą o takiej interpretacji :)

Natomiast podobał mi się plot twist – wszyscy spodziewają się, że to znaleziona kobita jest ZŁAAA, a to główny bohater. ^^ I 

Zależało mi na tej przewrotności. Aby czytelnik przez długi czas myślał, że ma do czynienia z historią o wiedźmie, która chce omotać zadurzonego nieszczęśnika :)

super były te nagłe wstawki z zapisków policji, bardzo klimatyczne.

Cieszę się, bo nie byłem pewien, jak to zagra.

Dziękuję za wizytę!

 

reg,

Biała sukienka intrygowała od początku i utrzymała uwagę aż do satysfakcjonującego końca, więc mogę udać się do klikarni.

Twoja pozytywna opinia, jak zawsze, jest bardzo satysfakcjonująca :) Dziękuję za polecenie tekstu!

 

kronos.maximus,

Kiedy Olaf został zaatakowany przez bestię, koronkowo budowana i starannie prowadzona fabuła przeżyła wstrząs sejsmiczny. :) Czy to dobrze? I tak i nie. Wyobrażałem sobie trochę bardziej subtelne balansowanie między rzeczywistością a światem nadprzyrodzonym, tudzież urojonym.

Tak, w tym momencie sporo rzeczy zostaje wyłożonych wprost i sam mam do tego stosunek podobny, jak Ty – z jednej strony dobrze, bo mocno zostaje zaznaczony twist. Z drugiej usuwam wiele niedopowiedzeń, walę między oczy.

Jakoś ta jego przemiana w psychopatę zgrzytnęła mi, bo nic wcześniej na to nie wskazywało. Podobne odczucia mam a propos pomysłu, że Maria to wcielenie głównego bohatera – jest bardzo dobry, ale nie współgra z realizmem początku opka.

Chciałem oprzeć tekst na tym kontraście – ktoś, kto cierpi najprawdopodobniej na chorobę psychiczną, przez którą jest zupełnie odklejony od rzeczywistości, potrafi też zachowywać się w sposób wyważony i racjonalny. Ale czy na pewno? Czy warto ufać relacji doktora co do joty?

Podsumowując, podobało mi się to opowiadanie! Zaangażowało mnie od samego począku i trzymało w napięciu do końca. Tekst umiejętnie pobudzał wyobraźnię, miał dobry rytm i tempo.

Miło :) Dziękuję za wizytę!

 

ANDO,

 

cieszę się, że dostrzegłaś w tekście sporo plusów :)

Jednak sam świat przedstawiony rozczarowuje. Opis przybytku i wspomnienie o konspiracji wskazuje na czasy II wojny.

Niekoniecznie. O ile to nie alternatywna rzeczywistość, albo odległa przyszłość, to mamy do czynienia raczej z latami 20-tymi lub 30-tymi. Albo nawet okresem przed pierwszą wojną światową, choć pisząc o teście plam atramentowych, wskazuję raczej na okres po roku 1921. Trudno powiedzieć, pod jaką szerokością geograficzną. Może to być Polska po przewrocie majowym.

Jednak, niestety, psychiatria wtedy tak nie wyglądała. Ani nie było takich leków, ani metod, ani szacunku do pacjentów. Tu opisujesz czasy współczesne. Poza tym pewnie okupanci zrobiliby masową egzekucję takiego miejsca.

Zauważ, że narrator nie jest prawdziwym lekarzem i tak naprawdę nie dąży do wyleczenia tych, których nazywa „pacjentami". W gruncie rzeczy nie wiadomo nawet, czy ludzie, których zebrał w dworku, to osoby faktycznie chore psychiczne albo potrzebujące leczenia. Zakładam, że dziedzic, zafascynowany pracami psychoanalityków, zapragnął samemu zgłębiać ludzką naturę w ten sposób. Potrzebował tylko ludzi, na których mógłby przeprowadzać eksperymenty – dlatego wyławiał tych, o których nikt się nie upomni. Po to, by im rzekomo pomagać. A tak naprawdę faszerować lekami i zamęczać wywiadami. No i zabijać, jeśli zaszli mu za skórę.

Dziękuję za lekturę!

 

Pozdrawiam wszystkich!

Zakładam, że dziedzic, zafascynowany pracami psychoanalityków, zapragnął samemu zgłębiać ludzką naturę w ten sposób.

Dlaczego nie stosuje na psychoanalizy, ale terapię grupową, znacznie późniejszą? 

 

Zauważ, że narrator nie jest prawdziwym lekarzem.

Jakim cudem zrobił wkłucie dożylne, skoro nie miał nic wspólnego z medycyną?

Pomijam, że kiedyś nie było takich kroplówek, jakie znamy teraz. Igły też były znacznie grubsze, a strzykawki szklane.

 

Niekoniecznie. O ile to nie alternatywna rzeczywistość, albo odległa przyszłość, to mamy do czynienia raczej z latami 20-tymi lub 30-tymi. Albo nawet okresem przed pierwszą wojną światową, choć pisząc o teście plam atramentowych, wskazuję raczej na okres po roku 1921. Trudno powiedzieć, pod jaką szerokością geograficzną. Może to być Polska po przewrocie majowym.

Najbezpieczniej było przyjąć dworek zagubiony w lesie z odległej przyszłości. Kilka cyfrowych gadżetów, jakieś wtrącenie o nowej polityce czy data na gazecie – wtedy miałbyś dystopię i nie musiałbyś się martwić szczegółami medycznymi, których przy takim opowiadaniu wyskakuje mnóstwo. Choćby diagnoza “paranoik”, która pochodzi z późniejszych klasyfikacji. 

W tekście pojawia się nazwisko Wenderowa, mowa o wychodnym – to kojarzy się z przeszłością. Rusałki i upiór – ze Słowiańszczyzną. Do tego pojawia się konspiracja. 

Pojedynczej rzeczy bym się nie czepiała, w sumie to fantastyka. W innym opowiadaniu w komentarzach analizowany był niewłaściwy sposób podskakiwania auta na wybojach w mniejszej grawitacji na Marsie.

Czy można tłumaczyć takie różnice osadzeniem opowiadania w nieokreślonej rzeczywistości? To z pewnością temat do dyskusji. Może nawet założę taki wątek w HP. Według mnie pewna zgodność jest potrzebna, konkret pomaga wyobrazić sobie miejsce i bohaterów. Oczywiście, bez przesady w drugą stronę.

 

Hej Adamie

 

Kilka uwag z bety:

Jak zwykle przyjemnie się czytało Twoją niespieszną narrację. Jest nieco spokojnie, ale mi to nie przeszkadzało, to dla mnie taki horror w slow-motion :)

Podobała mi się perspektywa z której to opowiadasz. Narrator wydaje się kimś pozytywnym a ostatecznie okazuje się tym kim jest :)

I podobał mi się też twist na końcu :)

 

Pozdrawiam!

ANDO,

Czy można tłumaczyć takie różnice osadzeniem opowiadania w nieokreślonej rzeczywistości? To z pewnością temat do dyskusji.

Przyznam, że tworzenie realiów w ten sposób jest dla mnie czymś ciekawym. Choć nie robię tego często. Wydaje mi się, że pisząc, może dobrze się bawić, kreując świat pełen niedopowiedzeń i pozornie niepasujących elementów, a i czytelnik może docenić kreatywność.

 

Dlaczego nie stosuje na psychoanalizy, ale terapię grupową, znacznie późniejszą? 

 

Ważne zastrzeżenie – tu nie może być mowy o terapii. Ani w ówczesnym, ani dzisiejszym rozumieniu tego słowa.

Narrator z pewnością jest pod wrażeniem prac wczesnych psychoanalityków. Na tyle, że zapragnął dokopywać się do głębszych warstw świadomości przypadkowych osób, które uznał za warte analizowania. Przy czym wydaje się, że on naprawdę wierzy w to, że im pomaga, choć, co można zakładać, robi to tak naprawdę dla własnej przyjemności.

Równocześnie nie sposób odmówić mu kreatywności – doszedł do wniosku, że zwołując sesje grupowe może dowiedzieć się o swoich podopiecznych czegoś nowego. Nie opisuję żadnej z tych sesji, ale gdybym miał to zrobić, to wyobrażam sobie przedziwny spektakl z elementami publicznej spowiedzi i psychodramy. Oczywiście rezultaty terapeutyczne byłyby zerowe, ale „doktor" mógłby wmawiać sobie co innego.

 

Jakim cudem zrobił wkłucie dożylne, skoro nie miał nic wspólnego z medycyną?

 

Pomijam, że kiedyś nie było takich kroplówek, jakie znamy teraz. Igły też były znacznie grubsze, a strzykawki szklane.

 

Nie twierdzę, że nie miał nic wspólnego z medycyną, tylko że nie był lekarzem. Cały czas miał na podorędziu pielęgniarkę, która mogła nauczyć go, jak wykonywać pewne procedury medyczne. Mógł również, niestety, dojść do niejakiej wprawy metodą prób i błędów, eksperymentując na swoich podopiecznych.

 

Choćby diagnoza “paranoik”, która pochodzi z późniejszych klasyfikacji. 

 

Termin „paranoik" wywodzi się z czasów starożytnych. To oczywiste, że kiedyś znaczył zupełnie co innego niż dzisiaj. Ale ja nie precyzuję, co narrator miał na myśli, nazywając Maksima paranoikiem. W XIX wieku określenie „paranoik" oznaczało wariata. Dla Freuda paranoja była ni mnie, ni więcej, mechanizmem projekcji.

Gdybym najpierw szczegółowo opisał tę postać, przypisując jej cechy osobowości paranoicznej, a potem zostałaby ona nazwana przez narratora paranoikiem – zgoda, to by się nie trzymało kupy.

 

Dziękuję za odpowiedź, pozdrawiam!

 

Edwardzie,

bardzo dziękuję za nieocenioną pomoc przy opowiadaniu! No i za klika :)

Pozdrawiam!  

Jest pomysł, ale wydaje mi się powierzchowny. Zapewne dlatego, że w wielu kwestiach ślizgasz się po jakichś niedopowiedzeniach, zamiast pokazać nam, co kryje się pod spodem; niejasne umiejscowienie na osi czasu, niesłychane natenczas terapie, potrzeba leczenia…

IMO, to nie jest tak, że im więcej niejasności, tym bardziej tajemniczy i ekscytujący tekst. W końcu czytelnik dochodzi do wniosku, że to autor nie dopilnował szczegółów i coś mu się porozłaziło. Domniemanie niewinności jest w fantastyce raczej kruche. A może tylko w moim przypadku, trudno mi orzec.

Ale główny nurt opowieści wciągnął, klikałabym, gdyby była taka potrzeba.

Babska logika rządzi!

Cześć, Finklo!

IMO, to nie jest tak, że im więcej niejasności, tym bardziej tajemniczy i ekscytujący tekst.

Zgoda. Sztuką jest odpowiednio to wyważyć.

Ale główny nurt opowieści wciągnął, klikałabym, gdyby była taka potrzeba.

Miło :)

 

Dziękuję za wizytę, pozdrawiam!

 

Nowa Fantastyka