- Opowiadanie: Chrościsko - Gorzkie migdały

Gorzkie migdały

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Gorzkie migdały

Żyję. Dotarłem na miejsce, urządziłem się i w końcu mam czas napisać. Pamiętasz Wierchojańsk u nas w Jakucji? Tutaj jest jeszcze gorzej i jeszcze zimniej. Pracuję na stacji paliw. Póki co nikt u mnie nie tankował, ale ponoć ma się ktoś zjawić za kilka miesięcy. Tak, niezłe zadupie, w rzeczy samej.

Mieszkam w małej klitce, która przyprawia mnie o klaustrofobię. Wymiarami przypomina izbę w chacie starego Ryżkina, tej bez bieżącej wody. Mniej więcej tyle samo mam miejsca, nie licząc modułów z reaktorem i generatorem tlenu, oraz labu z analizatorem paliw. Ale tam jest jeszcze ciaśniej. No i są też cztery zbiorniki na metan. Marzy mi się jeden rozciąć i urządzić salon, tylko co ja bym w nim robił? Zresztą, tutaj taki numer nie przejdzie. Wszystkie cztery muszą być zapełnione. Tak na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo, kiedy spadnie kolejny deszcz.

Dziwnie się czuję, wstając codziennie rano. Jedyne okno jakie mi wstawili, takie z podwójną próżniową izolacją, światła nie wpuszcza prawie wcale. Mam tu jak za kołem polarnym w przededniu równonocy. Słońce niby świeci, ale gdzieś daleko, jest paskudnie zimne i małe. Widzę więc za tym oknem tylko wieczny półmrok w odcieniach żółci. Krainę dołującej, lodowej sepii. Do tego czasem nad horyzontem pojawia się podświetlone z jednej strony, opierścienione monstrum.

Kazali mi ćwiczyć, żebym nie dostał osteoporozy, zwłaszcza przy tym syntetycznym żarciu. Ćwiczę, ale na tych kilku metrach szlag mnie trafia, bo ile można robić pompki. Korci mnie, by wyjść na zewnątrz, rozejrzeć się po okolicy, ale się boję. Choć przyznam, że z każdym dniem coraz mniej. Jakby to paskudne miejsce chciało mnie oswoić, uśpić czujność, a potem zrobić ze mną to co z dronem. Właśnie, dron! Straciłem jednego. Poleciał nad jezioro i nie wrócił.

 

***

 

Obudził mnie dziwny hałas. Taki swojski i zupełnie niepasujący do tego miejsca. Wstałem, podszedłem do mego jedynego okna i patrzyłem jak zahipnotyzowany. Kap, kap, kap… zupełnie jak w domu w lecie.

Często się zastanawiam, czemu to właśnie mnie wybrali. Początkowo myślałem, że przez zimno, że urodziłem się za kołem polarnym i sobie najlepiej poradzę, ale przecież tu jest całkiem inaczej. Na termometrze minus sto osiemdziesiąt stopni, a mimo to pada deszcz. I wcale nie jest biało, okolica przypomina raczej pustynię z wydmami piasku i kamieniami, jak Gobi. Kamienie są podobno z lodu. Nie wiem czy to prawda, jeszcze nie sprawdzałem. Jutro zrobię to przy okazji inspekcji. Tak, wiem, też się trochę stresuję.

Poprzednia załoga zostawiła tu kilka drobiazgów. Jest jedno zdjęcie, facet – Azjata – przytula kobietę, a ona śmieje się do niego. Przypomina mi Ciebie, ale tylko trochę. Kąciki ust układają jej się zupełnie tak samo. A może tylko mi się tak wydaje? Tęsknię. A im dłużej patrzę na to zdjęcie, tym tęsknię bardziej.

Okłamałem ich, nie wspomniałem o Tobie słowem, to dlatego mnie wybrali. Myśleli, że jestem samotnikiem i łatwiej mi będzie tu wytrzymać. To wcale nie przez zimno.

 

***

 

Wyszedłem dziś na zewnątrz. Grunt wciąż jest jeszcze mokry po wczorajszym deszczu. Obok płynie rzeczka, lustro wody jest dużo wyżej niż na schematach, najwyraźniej wezbrała. Wody? Co ja piszę. Nie mogę się przyzwyczaić, że to nie woda. Przecież wygląda niemal identycznie. Początkowo nawet niosła trochę zawiesiny, pomarańczowe tholiny, co przypominają muł, ale nim skończyłem testy szczelności, stała się krystalicznie czysta. Wiem, pewnie myślisz o tym samym. Nasz strumień był nieco mniejszy, a wokół rosło mnóstwo zieleni. Tutaj zieleni nie ma, ani drzew. Ciebie, niestety, też nie ma. Mimo wszystko stałem nad tą rzeczką dobrych kilkanaście minut i patrzyłem w nurt. Gdzie byłem wtedy myślami, nie muszę pisać. Doskonale wiesz.

Przyszła wiadomość z Houston. Prom, który miał u mnie tankować, nie przyleci. Jakaś nagła zmiana planów, lecą od razu na Enceladusa. Nie napisali nic więcej, tyle tylko, że zbiorniki mam utrzymywać pełne i bym monitorował proporcje etanu do metanu. Jakbym tego dotychczas nie robił. Mogliby chociaż udawać, że czasem czytają te moje raporty.

Wiesz, jakie jest moje ulubione zajęcie tutaj? Latanie dronem. Został mi jeszcze jeden i nie potrafię się oprzeć, by nie eksplorować nim okolicy. Zawsze to bezpieczniej patrzeć oczami kamery, zwłaszcza, że ciążenie jest tu dużo mniejsze, więc mogę latać i latać. Z góry naprawdę to wygląda jak Gobi. Wydmy rozciągają się kilometrami, są niskie, przypominają fale piaskowe na plaży, a gdzieniegdzie przecinają je wstęgi metanowych rzek.

Jutro, jak podładuję baterie, polecę nim nad jezioro.

 

***

 

Jezioro jest wspaniałe. Woda marszczy się pod bryzą… Ech, to nie woda, wciąż o tym zapominam. Ciecz? Jak to dziwnie brzmi w tym kontekście. No więc, ta ciecz jest niesamowicie przejrzysta. Chciałoby się jej wręcz napić, popływać w niej. Gdyby nie świadomość tego czym jest, i jak nieprzyjazny to świat, można by dać się zwieść. Te jeziora, bo jest tu ich więcej, wydają się bardzo głębokie. W pewnych miejscach, gdzie nie widać już dna, przybierają ciemnobrązowy odcień. Zastanawiam się, czy może tam coś żyć. Skoro na Enceladusie szukają życia, to dlaczego nie tu? Głębiej warunki są przecież podobne.

Właśnie, słyszałaś jakieś wieści z Enceladusa? Piszą coś w mediach? Mnie tu kompletnie odcięli od informacji. Dostaję tylko jakieś strzępy. Wcześniej pisywał do mnie prywatnie Ivan, wiesz, ten, z którym studiowałem w Szanghaju, ale od jakiegoś czasu nawet on milczy. Drażni mnie ta niepewność. Głupie przeczucie, że dzieje się coś złego, a ja nic o tym nie wiem. Bez stałej bazy na Ence, bez finansowania programu poszukiwania życia, który tam realizują, mój pobyt tutaj traci sens. Bo przecież nie będą latać stąd na Plutona.

Tęsknię, wiesz? Z każdym dniem coraz bardziej. Na Księżycu było zupełnie inaczej, mieliśmy dostęp do sieci i ziemskie socjal-gadżety, a tu? Wysyłam Ci wiadomość i czekam godzinami, aż dojdzie, a potem drugie tyle, aż wróci. Zresztą, Ty pewnie też. Liczę, że znosisz to lepiej.

Śniłaś mi się dzisiaj. Rozmawiałaś z jakimś gościem o szczero-dobrotliwym wyrazie twarzy. Zdawał się być delikatny, mówił spokojnie, a Ty uśmiechałaś się do niego. Miałaś go za przyjaciela. Dla mnie ta jego przyjaźń była podszyta fałszem, ale Ty w nim fałszu nie widziałaś. Potem śnił mi się jeszcze drugi typ, podobny do mnie, a ja miałem nieprzeparte przeczucie, że za tym co widzę, za z pozoru niewinnymi rozmowami, kryje się coś więcej. Dużo więcej. Nic jednak nie mogłem zrobić, bo jestem tu, a Ty tam. Miotałem się więc tylko z bezsilności, budziłem, potem znowu zasypiałem i znowu miotałem. Powiadają, że jedynie zdrajcom śnią się zdrady, ale to nieprawda. Przecież jestem tu zupełnie sam.

Ufam Ci, mimo tych paskudnych snów.

 

***

 

Od początku czułem, że coś jest nie tak. Choć tak naprawdę, to jak zwykle wiem niewiele. Trzymają wszystko przede mną w tajemnicy i mogę się domyślać tylko całości z kontekstu i faktów. A fakty są następujące. Nie dostanę prowizji z Enceladusa. Wprowadzono protokół 3A, czyli pełną kwarantannę. Mam racjonować żywność do czasu, aż nie dotrze do mnie z Ziemi moduł z bio-labem. Tak, ten sam, który miał lecieć na Enceladusa. Wysyłają go do mnie na Tytana, na Ence natomiast polecą dwa większe promy w trybie pilnym. Nie wiem, co tam się dokładnie dzieje. Wiem, że to ostatnie dwa promy, jakie mamy na stanie.

Ale, to nie wszystko. Dostałem też opiekunkę z samego Lafayette, i to kogo, profesor Higgins, tę od biochemii i modułów zielonych. Już mi wysłała listę nowych zadań do realizacji, i wierz mi, nie wygląda to dobrze. Na początek mam szukać i znosić do stacji materiał skalny. Wszystko, co nie jest węglowodorem ani wodą. Zależy jej na krzemianach i metalach lekkich, choć jeszcze pani profesor nie raczyła mi napisać po co.

 

***

 

Oprócz fotografii Azjaty i jego dziewczyny zostało po poprzedniej załodze kilka innych drobiazgów. Na przykład karta charakterystyki metanu naklejona niedbale przy włazie do śluzy. Chłopaki podkreślili kilka wierszy różowym markerem: temperatura zapłonu: -188 ºC, topnienia: -183 ºC, wrzenia: -161 ºC. Takie „abc” Tytańczyka, który wybiera się na spacer. No właśnie. Nie omieszkali wspomnieć o granicy wybuchowości. Zapłon w powietrzu następuje przy stężeniu od 4,9 do 15,4 procent. Przez to ostatnie niepozorne zdanie sprawdzam szczelność śluzy i układu natleniania po trzy razy dziennie. Niby w tutejszej atmosferze metanu jest tylko 1,4 procent, ale śluza mała, więc jak wyparuje cały ten metanowy lód, który przyniosę na butach, to kto wie, o ile to stężenie wzrośnie.

Na wszelki wypadek ograniczam wyjścia na zewnątrz. Rekonesans robię dronem, ma podwieszone dwa spektrometry dyfrakcyjne, do tego lata dalej niż ja byłbym w stanie dojść. Nie wspominając, że patrzy na wszystko w podczerwieni i z łatwością odróżnia fragmenty krzemianowych skał od kryształów lodu. Dla mnie, przez ten wszędobylski tholinowy pył, jedne i drugie wyglądają tak samo.

Czasem korci mnie, by polecieć razem z nim, albo by przetestować skrzydła. Pamiętasz, jak na Ziemi szkolili nas z latania w tunelu aerodynamicznym? Teoretycznie przy tutejszym ciążeniu i gęstej atmosferze mógłbym latać jak ptak, ale boję się spróbować. Ocena ryzyka nie sprzyja. Jak się rozbiję, nikt mnie nie uratuje.

 

***

 

Powierzchnia Tytana gołym okiem wygląda jak pustynia, rdzawa, pełna kamieni i piasku. To jednak tylko złudzenie. Przypisywanie przez mózg rzeczywistości do najbardziej zbliżonego znanego obrazu. Bo tutejsze kamienie to wodny lód, a tutejszy piasek to kryształki węglowodorów. Prawdziwe krzemianowe skały trafiają się rzadko. Dron znalazł je póki co w dwóch miejscach, przy jeziorze, tam gdzie fale niszczą lodowe brzegi, oraz dalej przy szczelinie kriowulkanu. Z dwojga złego wolę jezioro, przynajmniej nic tam nie lata w powietrzu bez ostrzeżenia.

 

***

 

Doigrałem się. Po tym jak profesor Higgins kazała mi mielić krzemianowe okruchy na miazgę, rozpuszczać w wodzie, a uzyskaną maź wlewać do dziwacznych kolb, poskarżyłem się, że mam dość instrumentalnego traktowania i należą mi się wyjaśnienia, po co w ogóle to robię. Pani profesor, ku mojemu zaskoczeniu, nie opieprzyła mnie jak krnąbrnego ucznia, a potraktowała tak, jak sobie tego życzyłem. Wyjaśniła swoją koncepcję krok po kroku, używając wielu mądrych słów, których znaczenie do tej pory jest mi obce. Tak, życie bez wyszukiwarki jest trudne. Szczerze mówiąc, niewiele z tego wszystkiego zrozumiałem, poza uświadomieniem sobie faktu, że jestem niedouczony i głupi, lub jakby to profesor dyplomatycznie określiła: „nie posiadam wystarczających kwalifikacji, by prowadzić badania samodzielnie”.

Więcej już się nie skarżę. Po prostu robię to, co mi każe. Zwłaszcza że cały jej wywód nie napawał optymizmem. Pewnie chcesz znać szczegóły, co? Wiem, że lubisz wszystko wiedzieć dokładnie. Postaram się wyjaśnić, na tyle, na ile zwykły inżynier od statków kosmicznych potrafi. Otóż będę gotował tu zupę. A tak bardziej poważnie, chodzi o eksperyment Millera-Ureya, stary, jeszcze z połowy XX wieku. Symulowano w nim proces powstania życia na Ziemi w warunkach pierwotnej atmosfery. Moja zupa prebiotyczna ma być podobna, ale z samych lokalnych składników: metan, amoniak, wodór, para wodna. Do tego specjalność zakładu, sekret pani Higgins, papka krzemianowa z jonami metali lekkich. Podgrzewamy, skraplamy, szczypta iskier elektrycznych i tak w kółko. Warunki redukcyjne, układ zamknięty. Przy dużym szczęściu można uzyskać wystarczającą ilość związków organicznych, by powstało życie.

Zapytałem panią profesor, czy zamierza się tu bawić w Boga moimi rękami. Odpowiedziała, że jest bardziej od Boga pragmatyczna. Chce mieć możliwie dużą bazę aminokwasów do czasu przylotu bio-labu.

Tak, też się boję. Zabawa w Boga mogłaby być cool, ale mnie to wygląda na wdrażanie planu awaryjnego na wypadek odcięcia dostaw.

 

***

 

Pierwotna zupa gotuje się już od dwóch tygodni. Pani profesor z jednej strony się cieszy, że mamy dużo formaldehydu, ale też narzeka na zbyt małą bazę jonów. I znowu posyła mnie nad jezioro po więcej skał. Marzy jej się chlor, wapń, bor i sód, żeby nastawić drugi gar, do warzenia słodkości według przepisu Saszy Butlerowa. Dostałem nawet listę minerałów, w których te pierwiastki występują, ale niewiele mi ona mówi. Zdaję się w tej kwestii na mojego drona i jego sondę.

Swoją drogą ta kobieta jest niezmordowana. Codziennie rano czeka na mnie szczegółowa instrukcja, co zmierzyć, co odseparować, a czasem, tak jak dziś, cały projekt instalacji do skonstruowania. Nie wiem, kiedy ona ma na to wszystko czas. I skąd tak dobrze wie, co mam na stanie. To chyba jest robot, a nie człowiek.

 

***

 

Jezioro dzisiaj miało taflę gładką jak lustro. W ogóle nie było wiatru i nawet jednej zmarszczki. Ciecz zdawała się przejrzysta jak nigdy dotąd. Taka czysta. Nawet w tym wiecznym półmroku widać było dno a dalej czerń otchłani. Ciekawi mnie, jak bardzo jest głębokie, i czy sięga aż do wodnego oceanu. Mam nadzieję, że z kolejną misją dostarczą AUV z echosondą.

W sumie to nie o tym miałem Ci pisać. Szukałem tych krzemianów dla profesor, ale znalazłem coś innego. W toni, przy dnie, pływały dziwaczne kryształy. Białe nitki, takie jakby z wosku. Przypominały trochę babie lato, a trochę grzybnię, a niektóre były grube jak ryżowe nudle. Wyłowiłem je z jeziora, a wtedy jakby zesztywniały. Dziwne. Ale co tu nie jest dziwne.

Zabrałem je w każdym razie do stacji, by zbadać skład. Myślałem, że może to jedne z tych minerałów z wapniem albo sodem, ale jak tylko wniosłem je do śluzy, od razu się roztopiły. Została tylko żółtawa plama na podłodze, którą szybko odessały pompy. Nawet nie wiem, co to było.

Strasznie mi się dłuży czas. W ogóle nie czuję się najlepiej od powrotu. Pomyślałbym, że to początek infekcji, ale to raczej niemożliwe. Może po prostu zmęczenie, a może Ciebie mi brak, albo to przez ten wieczny półmrok. Depresja jak pod koniec nocy polarnej. Dobrze, że przeprowadziłaś się na południe. Przynajmniej nie musisz tego więcej znosić.

Napisał do mnie wczoraj operacyjny. Pyta, czy nie chciałbym zostać tu dłużej, o ziemski rok. Że są ze mnie zadowoleni, i że profesor Higgins mnie chwali. Cały rok? Chyba go popierdoliło. Ja już teraz mam serdecznie dość tego miejsca, a przecież nawet nie minęła połowa rotacji.

 

***

 

Wróciłem nad jezioro. Te ryżowe nudle nie dawały mi spokoju, chciałem zobaczyć, czy wciąż tam jeszcze są. Były. Tym razem złapałem je do pojemnika z ciekłym metanem, żeby nie miały kontaktu z atmosferą. Do bazy też ich nie wnosiłem, bo w środku jest zbyt ciepło, wymontowałem więc analizator chemiczny ze zbiornika na metan. Wyniki dostałem jakieś dziwne: azot, wodór, węgiel, do tego ślady jeszcze czegoś, chyba kobaltu. Nic mi to nie mówi. Muszę napisać do Higgins. Powinienem był skonsultować się z nią od razu, ale wstyd było się przyznać, że mi się wcześniej stopiły. Wyszedłbym na jeszcze większego dyletanta niż jestem. Ale chyba nie mam wyjścia. To może być ważne.

 

***

 

To są nitryle o dość rozbudowanej strukturze, jakiś nieznany typ polimerów, a może i znany, ale w warunkach ziemskich zupełnie nietrwały, więc nieprzydatny. Tak twierdzi Scarlett – to znaczy – profesor Higgins. Kazała mi zbudować akwarium. A, no tak, nie odzywałem się kilka dni, więc chyba powinienem opisać Ci wszystko od początku. Owszem, dostało mi się za wnoszenie nieznanych substancji do bazy, a raczej za wnoszenie ich bez konsultacji. Ale gniew pani profesor natychmiast minął, gdy tylko dostała pierwsze wyniki. Bardzo się podekscytowała. Dostałem wkrótce instrukcję z setką przeróżnych testów, jakie powinienem zrobić, bo o ile skład pierwiastkowy dało się łatwo ustalić, to już struktura szkieletu molekuł i obecność grup funkcyjnych, jest dużo trudniejsza do zbadania. Zwłaszcza że laboratorium, ogólnie mówiąc, w porównaniu do ziemskich możliwości ma ograniczone.

Niemniej ekscytacja Scarlett po tych pierwszych wynikach przerosła moje oczekiwania. Kazała nawet sobie mówić po imieniu, bo jak twierdzi, gdy dzieją się rzeczy wielkie, to szkoda czasu na tytuły. Dla mnie „wielkie rzeczy” sprowadzają się do tego, że muszę częściej wychodzić na zewnątrz. Dwa z czterech zbiorników na metan przerobiliśmy na akwaria, w których trzymam moje śliskie, mrożone nudle i obserwuję je, dodając im przeróżnych substancji lub zmieniając temperaturę.

Nie do końca mi się podoba ta nowa praca. Z każdym wyjściem na zewnątrz czuję się słabszy, a jak wracam, to mam wrażenie, że wszystko śmierdzi ropą albo gorzkimi migdałami. Sprawdzałem wentylację w bazie, wszystko jest szczelne, a mimo to mam nieodparte wrażenie, że te syfy z zewnątrz jakoś się tu przedostają.

Ale cóż, wielka nauka ponoć wymaga wielkich poświęceń.

 

***

 

Operacyjny znowu napisał. Proponuje mi podwójną stawkę za ten dodatkowy rok i pyta czy się zgodzę. Nie bardzo rozumiem, dlaczego im tak zależy bym został. On twierdzi, że to na prośbę profesor Higgins, ale coś mu nie wierzę. Przecież na pewno wolałaby tu jakiegoś chemika na moim miejscu. Podwójna stawka to naprawdę dużo kasy. Wystarczyłoby na boty insulinowe i zabiegi w Szwajcarii dla Ciebie. Nie musiałbym już więcej latać w kosmos. Znalazłbym sobie zwyczajną pracę, może nawet kupiłbym prawdziwą stację paliw gdzieś na Spitzbergenie. Tankowalibyśmy statki. Razem. Co Ty na to? Napisałem operacyjnemu, że muszę się zastanowić. Chciałbym tę decyzję podjąć z Tobą.

 

***

 

Obudziłem się oszołomiony i z krwotokiem z nosa. Niewielkim, ale nieźle się wystraszyłem. Na wszelki wypadek przez kilka dni nie będę wychodził na zewnątrz. Wrócę do gotowania zupy pierwotnej, o której przez te moje lodowe glisty zupełnie zapominałem. Jak się okazuje, mam już dwadzieścia cztery typy aminokwasów, cztery cukry proste, i kilka kwasów karboksylowych… a kolejne w drodze.

Scarlett uważa, że ten mój krwotok był z osłabienia, przez ograniczenie racji żywieniowych. Ale za tydzień ma dolecieć bezzałogowiec z bio-labem i wtedy wszystko się zmieni. Twierdzi, że wysłała mi niespodziankę, i że jest to w jakiś sposób powiązane z moją pierwotną zupą. Dziwne poczucie humoru ma ta kobieta.

 

***

 

Nie uwierzysz. Scarlett też nie wierzyła, a potem dostała niemal orgazmu. Wystarczyło kilka dni, przez które nie wychodziłem z bazy, a te monstra urosły niemal dwukrotnie. Wszystko przez acetylen i wodór, magiczne składniki. No i acetonitryl, który dodałem wcześniej. Białe nudle rozrosły się we wszystkich kierunkach, tak jak korzenie roślin. Nie wiem, czy to przypadek, zwykła reakcja, ale dokładnie te same składniki dodałem do drugiego zbiornika, gdzie ich nie było, i tam nic się nie wydarzyło. Scarlett twierdzi, że to prymitywne formy życia oparte o autokatalizę i samorzutną polimeryzację. Wspominała też coś o kobalcie, że może być kluczem w łańcuchu reakcji katalitycznych, umożliwiać łączenie merów albo wiązać ligandy. Zbyt dużo pytań, za mało odpowiedzi. Prosi, bym został jeszcze ten dodatkowy rok, bo to dla niej jedyna szansa. I że nie wolno jej powiedzieć nic więcej.

Też mnie irytują te ich tajemnice. Postawiłem sprawę jasno – jak nie dowiem się całej prawdy, to wracam do domu.

 

***

 

Naprawdę chcesz, bym wracał? Bez względu na wszystko? A co z Tobą? Ten jeden rok rozwiązałby wszystkie nasze problemy. Nie, nie martw się, nie umrę tutaj. Wszystko mam pod kontrolą. I wcale nie musisz być zazdrosna, przecież my tylko razem pracujemy. Poza tym dzieli nas cały kosmos. Po prostu zawsze siedziałem w smarach albo z lutownicą w ręku, a wielkie odkrycia zostawiałem mądrzejszym. Teraz nagle jestem tego częścią i udziela mi się ekscytacja. Nic więcej. Pamiętaj, to Ty byłaś, jesteś i będziesz najważniejsza.

 

***

 

Zielony moduł wylądował. „Zielony moduł”, dobre sobie, Scarlett naprawdę ma poczucie humoru. Cały ten bio-lab nie ma w sobie nic zielonego. Spodziewałem się jakieś hydroponicznej uprawy roślin, alg, kosmicznych grzybów, czy Bóg wie czego, a tymczasem dostałem sterylne laboratorium najeżone elektroniką.

Jest tu drukarka do żywności zaprojektowana pod miejscowe warunki. Podłączyłem ją do zbiornika z moją pierwotną zupą i można z tego wygenerować kilkanaście typów pożywienia. Naciskam menu, wybieram np. deser z glukozy i gotowe. Smakuje tak sobie, ale nie ma co wybrzydzać, ważne, że nie wali ropą. A najlepsze jest to, że im więcej związków organicznych tu pozyskam, tym więcej typów jedzenia będę mógł wydrukować. Naprawdę chętnie wybiorę się nad jezioro poszukać kolejnych kamieni. Wyobrażę sobie je jako steki ociekające tłuszczem.

Swoją drogą, mam tę drukarkę podłączyć też do instalacji sanitarnej bazy, bo nic się nie może zmarnować. Podobno wzbogaci to menu o kolejne wyszukane pozycje. Tak, wiem jak to brzmi. Wolałem o tym szczególe nie wiedzieć.

 

***

 

Oj, narobiło się. Nawet nie wiem od czego zacząć. Scarlett jest wściekła, operacyjny tak zestresowany, że trzech zdań nie potrafi sklecić, a ja rozkazy dostaję już z samej góry. Musiałem przywrócić do użyteczności wszystkie cztery zbiorniki. Scarlett rwie sobie włosy z głowy, próbowała się kontaktować z samym prezydentem, ale nikt nie chce nawet słyszeć o kriorobakach z Tytana. Temat jest tylko jeden – ewakuacja Enceladusa. Zwijają się całkowicie i nieodwracalnie. Wszystko, bez wyjątków. Podobno media już o tym trąbią. Największa porażka programów kosmicznych w historii. Mieli szukać życia, podobno coś nawet znaleźli, a skończyło się na trupach i epidemii, której nie są w stanie ogarnąć.

W Lafayette musieli to wiedzieć od dawna, przynajmniej od momentu, gdy wysłali z Ziemi te promy. Będą miały u mnie tankowanie za kilka dni, dlatego musiałem przywrócić sprawność wszystkich zbiorników. W końcu taka była moja rola od początku, a nie bio-fanaberie. Moje tłuściutkie nudle, które tak pięknie rosły na acetylenie, wrzuciłem z powrotem do jeziora. Dziwne uczucie, ale zżyłem się z nimi. Czasem miałem wrażenie, że na mój widok układają się w dziwaczne wzory, a gdy odchodzę, powraca między nie chaos. Jakby czuły, kto je karmi. Nie wiem, czy one w ogóle żyją, ale nie miałem sumienia ich zabijać.

Scarlett jest załamana. Ona wie, że przez najbliższe dziesięciolecia nikt z rządu nawet nie wspomni o kolejnym programie tego typu. Wszystko, co tu odkryliśmy, zostanie w cieniu tragedii Enceladusa. To dlatego tak ciężko pracowała. Wiedziała, że każdy dzień jest na wagę złota, a teraz, to co osiągnęliśmy, wrzuciłem z powrotem do jeziora. Chyba ma do mnie wielki żal.

 

***

 

Nie będzie kolejnej rotacji, to już pewne. Mnie też planują ewakuować, ostatnim promem, który będzie miał tu międzylądowanie. Tankowanie, Enceladus i powrót na Ziemię. Muszę tylko podpisać dwa dokumenty – zgodę na lot statkiem objętym kwarantanną w ramach protokołu 3A oraz oświadczenie, że jestem świadomy ryzyka zakażenia. Wiem, strasznie to brzmi. Obiecują, że zapewnią mi bezpieczeństwo, że będę odizolowany od reszty, tak bym się nie zaraził.

Pytasz, co będzie, jak nie podpiszę? No, jak nie podpiszę, to nie polecę. Zostanę tu do czasu aż się ogarną i przygotują nowy prom. Czyli – surprise, surprise – kolejny rok.

Wracając do rzeczywistości, tytańska kuchnia jest całkiem niezła. Na pewno lepsza niż standardowe racje żywnościowe z piętnastoletnią datą ważności. Ma przynajmniej namiastkę smaku.

Niestety, nie poprawiło mi się. Znowu miałem lekki krwotok. Czasem mi szumi w uszach, czasem mdli. Zrobiłem pełny skan medyczny. Tak, Scarlett pomyślała i o tym, w bio-labie jest aparat diagnostyczny dużo bardziej zaawansowany niż ten, który mieliśmy wcześniej. Wyszło podtrucie cyjanowodorem. Gorzkie migdały nie były złudzeniem.

 

***

 

Dostałem anonimową wiadomość. Wygląda jak od hakera, który włamał się do systemu. Anonim dużo wie, pisze, bym nie podpisywał dokumentów i nie wracał. Że ani na Enceladusie, ani na promie nie jest bezpiecznie. Ludzie wciąż umierają, a natura choroby jest nieznana. Nawet jak dolecą do Ziemi, rząd nie pozwoli im na lądowanie. Będą krążyć na orbicie miesiącami, póki nie opanują choroby i nie dostaną gwarancji, że jest bezpiecznie. A pewnie nie dostaną nigdy. Moje wejście na prom będzie oznaczać rozczarowanie i długą, powolną śmierć, gdzieś na orbicie.

Nie mam pewności, kto napisał tę wiadomość, ale rozpoznaję styl. Konkretne, mocne zdania, chłodna siła argumentacji i ukryta między wierszami troska. Wiem, że nie mogła napisać mi tego wprost. Nie jestem naiwny, zależy jej na badaniach. Chce by to, co odkryliśmy, doprowadzić do końca, bo przecież te proste polimerowe stworzenia to tylko wierzchołek tego, co może być w głębi. Tam jest wyższa temperatura, bogactwo związków chemicznych, wreszcie ocean wodny. To, co znaleźliśmy, to pewnie tylko jakieś prymitywne ekstremofile.

Mnie też na tych badaniach zależy, ale tu przecież chodzi o moje życie. Czy w ogóle kiedyś wrócę, czy Cię zobaczę? Myślisz, że mogłaby być aż tak wyrachowana? A może powinienem jej zaufać? Nie pisałem Ci o tym, ale odniosłem wrażenie, że jestem dla niej kimś więcej niż tylko narzędziem do realizacji celu. Naprawdę, nie wiem, co robić i komu wierzyć. Wiem tylko jedno, bardzo chciałbym Cię jeszcze kiedyś przytulić, dotknąć, przeciągnąć kciukiem po Twoim policzku.

Pomóż mi zdecydować, proszę. Czas nagli.

 

***

 

Mam przed oczami Twoją odpowiedź. Chyba nie takiej się spodziewałem, ale zawsze lubiłaś mnie zaskakiwać. Na swój sposób mnie uspokoiłaś.

Czuję się pogodzony z losem. Próbuję stłumić rozczarowanie i dostosować się do nowej rzeczywistości. Śmierć daleko od domu? Nie tak to sobie wyobrażaliśmy. Pozostaje mi teraz tylko uczepić się życia pazurami i trwać przy tym, co mam. Tak nas uczyli. Przetrwają najbardziej zdeterminowani. Ci, którzy mają dla kogo żyć. Ja mam.

 

***

 

Stało się. To był pracowity dzień.

Podłączyłem przewody paliwowe do promu, zatankowałem do pełna, zabezpieczyłem. Teraz patrzę jak startuje. Dysze wypluwają powietrze pod ogromnym ciśnieniem, jasne płomienie rozjaśniają półmrok Tytana, a lodowe podłoże topi się w przypływie gorąca. Dla promu jednak to już bez znaczenia. Najpierw znika w gęstej pomarańczowej mgle, a potem pojawia się znów, malutki. Niewielka iskierka mknąca w kierunku Enceladusa.

Nie ma mnie w niej.

To była moja ostatnia szansa na powrót. Jeszcze wczoraj Scarlett, nie siląc się na konspirację, kazała mi wracać.  Widać nawet panią profesor czasem dopadają wahania nastrojów. A może jednak pragmatyzm? Jakimś cudem trafiły do niej wyniki moich skanów medycznych. Szpiegowski bio-lab pewnie wysyła logi wszystkiego, co tu robię. Musi być gorzej niż mi się wydawało, skoro nie chciała mieć mnie na sumieniu. Albo zwyczajnie straciła serce do naszych badań. Nie wiem, co gorsze.

Ale to bez znaczenia, bo zostałem, tak jak sugerowałaś, i tak jak zdecydowaliśmy. Jeden zespół, jak zawsze. Bo nie chodzi o dobro jednostki, a o sumę dóbr dwóch jednostek. O to, co najlepsze dla pary. Nie zniósłbym wiecznej rozłąki, ani świadomości tego, że nawet jak wrócę, to tylko po to, by patrzeć jak umierasz.

Podpisałem przedłużenie kontraktu na kolejny rok, podwójna stawka płatna z góry. Wkrótce dostaniesz bilet do Szwajcarii. To nasza pierwsza prawdziwa szansa, by się wspólnie zestarzeć. Ja zaś postaram się przetrwać… i wrócić. Dla Ciebie i do Ciebie. Kocham Cię.

A co jutro?

Dzień jak co dzień. Zwolniły się cztery zbiorniki, więc nie ma co zwlekać. Wybiorę się raz jeszcze nad jezioro, pora nałapać ryb.

 

***

 

Obudził mnie alarm. Wiadomość pilna z najwyższym priorytetem. Wstałem z paskudnym bólem głowy i ciężko mi było oddychać, do tej pory szumi w uszach. Zerknąłem w komunikator. To od Scarlett. Pyta, co ja tu jeszcze robię, i czemu nie ma mnie na promie. I że jestem idiotą, bo na Enceladusie mieliby dla mnie odtrutkę, a tutaj umrę za kilka dni. Po wstępnej lawinie gróźb, kalumnii i wybuchów bezsilności, pani profesor wskoczyła we właściwy sobie tryb. Odpaliła w swojej głowie nowy projekt i zamierza mnie ratować. Wróciła boska Scarlett.

Na początek tlenoterapia. Mam wdychać czysty tlen i nie wychodzić na zewnątrz. Krok drugi to odtrutka. Muszę wstrzyknąć sobie pięciogramową dawkę witaminy B12, domięśniowo. Tu jednak pojawił się problem. Zalecana dobowa dawka hydroksykobalaminy, bo tak pani profesor nazywa tę witaminę, to dwa i pół mikrograma. Mikro. Policzyłem z trudem, ile tego mam. Jeśli zażyję wszystko z przewidzianych na dwa lata zapasów, uzbiera się może z półtora grama. No dobra, sporządziłem roztwór. Na kilka dni powinno utrzymać mnie to wśród żywych. A co potem? Zaburzenia świadomości, drgawki, bradykardia, a w końcu śpiączka, z której już się nie wybudzę.

Nie zamierzam jednak odpuszczać. Będę trzymał się życia kurczowo, tak jak Ci obiecałem. Jeden facet po tsunami dryfował po oceanie przez czterdzieści dwa dni. Bez wody i jedzenia. Uczepił się palmy kokosowej i to go uratowało. Ja palm kokosowych nie mam, ale mam Ciebie w głowie, i Scarlett o boskich zapędach po drugiej stronie monitora. Właśnie czytam instrukcję, krok po kroku, jak przeżyć. Czuję, że za jej zamaszyście wystukiwanymi zdaniami stoi sztab chemików, programistów i lekarzy. Ikonki aktualizacji softu od rana migają jak szalone, głównie przy bioreaktorze. Nie wiem, co tam się dzieje, ale wiem, że nie jestem sam.

Czytam kolejne fragmenty instrukcji i nie wierzę. Hydroksykobalaminy nie wyprodukuję syntetycznie. Zbyt skomplikowany proces, zbyt wiele reakcji, nawet na Ziemi się tego nie praktykuje, a co dopiero przy tak ograniczonych zasobach. Ale jest inna metoda. Czytam dwukrotnie, co sugeruje Scarlett, zdanie po zdaniu. To chyba żart. A może jednak nie? Czyżby nawet Bóg musiał czasem ubabrać się w gównie? Tylko dlaczego moimi rękami.

Nie dyskutuję. Myślę o Tobie i o tym, by wrócić. Ufam mądrzejszym od siebie.

W bio-labie jest szafka numer trzy. Są tam sterylne naczynia. Wyjmuję kilka próbówek. Kolejny krok to wydrukowanie pożywki. Po aktualizacji softu mam nowe menu: kostka rosołowa, glukoza, aminokwasy, agar, kilka soli metali lekkich. Kto by pomyślał, że krzemianowa papka, na którą tak marudziłem, będzie mi ratować życie. Scarlett, jesteś boska. Nie, nie mówię jej tego, zachowuję to dla siebie, choć z każdym dniem mam wrażenie, jakby ona znała przyszłość i z wyprzedzeniem planowała remedium na każdy z moich kłopotów.

Drukarka wypluwa pożywkę skomponowaną przez najlepszych mikrobiologów z Lafayette, selektywną, dobraną stricte pod Propionibacterium. Pozostaje już tylko ostatni, najważniejszy komponent. Podobno mam go zawsze przy sobie, każdy z nas ma.

Idę do toalety. Mam ze sobą wymazówki, to taki długi patyczek, i próbówki z pożywką. Dalszych szczegółów już Ci oszczędzę. W każdym razie wstrząsam na koniec zawartością i wstawiam do inkubacji. Pozostaje mi już tylko czekać cierpliwie i patrzeć czy pożywka zmętnieje.

 

***

 

Dni dłużą się piekielnie. Przez jakiś czas po zastrzyku czuje się lepiej, ale wkrótce nudności powracają. Podobnie jak nikła woń gorzkich migdałów. Nawet wewnątrz bazy oddycham już przez aparat tlenowy.

Bioreaktor utrzymuje optymalną temperaturę, pH, dozuje pożywkę. Wstrząsarka cicho buczy w tle. Ciecz w próbówkach, jakby na przekór, nie chce mętnieć. Scarlett pociesza mnie, że bakterie mają różną dynamikę wzrostu, jedne potrzebują godzin, inne wielu dni. Te zdecydowanie potrzebują dni. A może to moje jelita są wybrakowane?

Nie, jednak nie są.

Mętna pożywka pojawia się w chwili, gdy traciłem nadzieję. Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary? Obiecuję, że więcej nie zwątpię.

Przygotowuję kilka płytek z podłożem różnicującym, wysiewam to, co wyhodowałem w próbce, i znów wędrują do bio-reaktora. Znów rosną. Wysyłam do Lafayette ich zdjęcia, otrzymuję instrukcje, który szczep jest właściwy, a potem namnażam jego kolonię już na większą skalę i czekam, aż małe mikroby uratują mi życie.

Wszystko wydaje się iść zgodnie z planem, do komunikatów z Ziemi przekrada się nawet ekscytacja, czuję się jakbym był w Apollo 13, a całe Houston trzymało za mnie kciuki. Tym razem chwałę zbierze Lafayette.

Kolonie Propionibacterium mnożą się w pożywkach z zupy pierwotnej jakby to jadły od zawsze. Pozostaje ostatni krok, wydzielenie hydroksykobalaminy. To już zrobi za mnie bioreaktor sprzężony z drukarką. Wlewam zawartość fermentora do mieszalnika, po chwili w menu pojawia się nowa opcja, którą wciskam z ulgą. A potem wyświetla się błąd.

Konsternacja w Lafayette jest jeszcze większa niż moja. Zdalnie uruchomione zostają testy serwisowe sprzętu, analizy chemiczne zawartości, oznakowanie szczepu mikrobów. Wszystko jest sprawne, zdziałało jak należy, brakuje tylko jednej, jedynej substancji – hydroksykobalaminy.

Scarlett milczy przez jakiś czas. Boje się jej milczenia, to do niej niepodobne. Jakby jej boskość została poddana próbie. Mnie pozostaje tylko bezsilność. Zapach gorzkich migdałów wzbiera, czuję go już wszędzie, choć jestem pewien, że to tylko projekcja mojego umysłu. Tomaszu, czy zwątpisz po raz kolejny?

Ufam Ci, Scarlett.

 

***

 

Budzę się z przyspieszonym oddechem. Boję się nawet czytać maile. Pewnie dostanę zjebkę, że wyhodowałem zły szczep. Czemu się dziwić, taki ze mnie biolog jak chemik. Ja tu przecież miałem być od tankowania promów. Pogłębiony oddech jednak przypomina dobitnie o mojej sytuacji. Nie czas na użalanie się, gdy życie przez palce przecieka. Wiadomość od Scarlett już czeka, jak zwykle precyzyjna. Znaleźliśmy problem – pożywka jest niekompletna, brakuje w niej jonów kobaltu, więc mikroby rosną wolno i nie produkują hydroksykobalaminy.

Chwilę się zastanawiam, czy to dobrze, czy źle, i czytam dalej. Niestety problem jest w samej zupie pierwotnej. Kobaltu jest w niej tyle, co kot napłakał. To tak jak z acetylenem, którego powinno na Tytanie być mnóstwo, a który jakimś cudem znika. Bez kobaltu odtrutki nie wyprodukujemy.

Scarlett pisać więcej nie musi. Łapię w lot, co chce mi przekazać. Ona chyba też woli zostawić to niedopowiedziane. Zostawić decyzję mnie. Bogowie jednak nie lubią nurzać się we krwi. Wolą, jak to my odwalamy za nich brudną robotę.

Przez chwilę się waham. Rozważanie jest czysto etyczne. Czy tak powinien wyglądać pierwszy kontakt z obcym gatunkiem na jego rodzimym globie? Nie czuję się jak Tomasz, nie zasługuję nim być. Jestem jak Kain. Już raz zabiłem, przez przypadek, niewiedzę i niefrasobliwość. Drugi raz będzie inaczej, z premedytacją.

Wkładam kombinezon, aparat tlenowy, biorę szczelny pojemnik, otwieram drzwi śluzy. W akwarium już na mnie czekają. Tłuste krionudle, dokarmione acetylenem, ślicznie przytyły przez ostatnie dni. Jestem jak rzeźnik. Moje życie jest ważniejsze niż ich życie. Pewnie będę to sobie tłumaczył, że to tylko prymitywne ekstremofile, bez rozumu, bez duszy, bez większego sensu istnienia. Bo ważniejszy jestem ja, człowiek. Zabiję, by przetrwać, by wrócić do ukochanej. W imię miłości.

Koniec

Komentarze

Hej!

Nieźle się czytało, historia mnie wciągnęła. Nie ogarnąłem niuansów chemicznych, ale chyba nie w tym rzecz. Oryginalny pomysł z pierwszym kontaktem z nieznanaymi formami życia. W obliczu zagrożenia życia bohatera, kontakt kończy się skonsumowaniem “obcych”.

 

Nic jednak nie mogłem z robić

Nic ni to nie mówi

Będę się trzymał się życia kurczowo

że bakterię mają różną dynamikę wzrostu

 

 

 

Dzięki za wyłapanie babolców. Poprawiłem już.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Bardzo dobrze się czytało misiowi. Daleko jest od chemii (miś), ale nie ma to znaczenia. Fajne :) (na lic. Anet)

Cze, Misiu :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Rany, jakie to dobre! Jak dla mnie najlepsze z dotychczasowych zgłoszeń.

Chemia, kataliza, polimery i spółka w stężeniu prawie orgazmicznym, do tego całkiem prawdopodobna psychologicznie forma pierwszego kontaktu, że nauka nauką ale instykt przetrwania uber alles.

Szkoda tylko, że równoległy kontakt na Enceladusie i wynikła z tego epidemia, zostały, nawet ledwie liźnięte to za dużo powiedziane. Również szalenie ciekawy wątek (może jakiś spin off się szykuje?), no ale rozumiem, limit znaków robi swoje.

W każdym razie czytało się z wielką radochą, podziwiam i życzę powodzenia!

 

Życie to bajka braci Grimm w oryginale.

Szkoda tylko, że równoległy kontakt na Enceladusie i wynikła z tego epidemia, zostały, nawet ledwie liźnięte to za dużo powiedziane.

Równoległy kontakt na Enceladusie został już opisany bardzo dawno temu, na naszym portalu, aczkolwiek przez innego autora :)

 Nie napomknąłem o tym w przedmowie, by nie spoilować tym, którzy je pamiętają, ale właśnie wspomniane opowiadanko → https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/18352 było jedną z moich inspiracji… Polecam :)

 

A tak poza tym, cieszę się, że Ci się podobało, Jeremio.

Limit nie ciążył, miałem jeszcze zapas… po prostu takie było początkowe założenie, że akcja ma się dziać na Tytanie, bohater ma być odcięty od informacji, a nawiązanie do Encephalodusa ma pozostać jedynie niuansem dla wtajemniczonych.

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Aha, rozumiem, w takim razie bardzo chętnie zajrzę. Dzięki za rozjaśnienie! :D

 

Życie to bajka braci Grimm w oryginale.

Cześć!

 

Powiem Ci, że trochę mną targało to opowiadanie, bo są tu elementy, które bardzo mi się podobają, ale są też takie, które trochę mi zgrzytały. Sama się teraz zastanawiam, jak to dobrze wyjaśnić. Na plus na pewno narracja, ale to, co mi tu przeszkadzało to tempo, nie ma chwili wytchnienia, do tego forma jest bardzo sprawozdawcza, jest skupienie na czynnościach i otoczce naukowej (swoją drogą bardzo dobrej), ale więź i relacja bohaterów schodzi na drugi plan. Dlatego kiedy pojawiła się wzmianka o chorobie miałam wrażenie, że jest to nieco sztuczne. Moim zdaniem ten motyw zaszkodził opowiadaniu i, przynajmniej we mnie, wywołał lawinę pytań dotyczących opieki medyczne w przyszłości, finansów itp. Rozumiem jednak, że był to zabieg mający na celu dodanie bohaterowi motywacji. Może inaczej bym to odebrała, gdyby wcześniej pojawiło się jakieś pytanie o samopoczucie i troska, nawet bez podawania przyczyny, takie luźne nawiązanie.

Pod względem fabularnym zdecydowanie kupuję tę historię, razem z walką bohatera o życie i jego wyborami. Ja w ogóle bardzo lubię takie ujęcie jednostki niejako zagubionej trochę wobec wielkich problemów i rozgrywek.

Od razu można się domyślić zatrucia, jak tylko “nudle” się roztopiły, może informacja o złym samopoczuciu powinna się pojawić nieco później, ale biorąc pod uwagę tytuł chyba niewiele by to dało. Ale to już taka drobnostka.

Zdecydowanie najbardziej wciągnął mnie fragment dotyczący decyzji o odlocie. Zakończenie mi się podoba, chociaż ostatnie dwa zdania bym wyrzuciła, bo uważam, że takie stwierdzenia na końcu tekstu zawsze psują opowiadanie. Wolałabym po prostu opis tego, co robi bohater, chciałabym “zobaczyć” tę rzeźnię i na podstawie tego wyciągnąć wniosek o ludzkiej naturze.

Podsumowując, świetny tekst, który bardzo dobrze się czyta, nawet nie zauważyłam, kiedy przeleciało to 35 tys. znaków. Ciekawa narracja i wyrazisty bohater, a to wszystko w interesującej otoczce naukowej. Na pochwałę zasługuje też opis Tytana i dobre oddanie tej tęsknoty i samotności bohatera. Ogólnie to wydaje mi się, że to opowiadanie jest trochę za krótkie, przydałoby się tu jeszcze z 10 tys. znaków, żeby ten dramatyzm i emocjonalność zrównoważyły aspekty naukowe i sprawozdawczość.

Właśnie, chyba Ci o tym nie pisałem. Straciłem jednego. Poleciał nad jezioro i nie wrócił.

To mi trochę zgrzytnęło, bo mam wrażenie, że bohater zaprzeczył temu, co powiedział na początku, czyli że pisze po raz pierwszy. No i do końca zostało ze mną pytanie, co się stało z dronem.

Grunt wciąż jeszcze jest mokry po wczorajszym deszczu.

Zrezygnowałabym z jednego.

Głupie przeczucie, że coś dzieje się złego, a ja nic o tym nie wiem.

Zamieniłabym kolejność.

Nie mniej ekscytacja Scarlett po tych pierwszych wynikach przerosła moje oczekiwania.

Kto by po myślał, że krzemianowa papka, na którą tak marudziłem, będzie mi ratować życie.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Cześć Ali,

poprawki naniosłem, dziękuję pięknie.

Rację miałaś przy tym dronie, moje niedopatrzenie.

 

Co do narracji… od bardzo dawna mi chodziło po głowie napisanie opowiadania w formie listu. Było to duże wyzwanie, bo 35k bez ani jednego dialogu to brzmi jak przepis na samobójstwo.

Możliwe, że właśnie dlatego ta więź między bohaterami zeszła na drugi plan, bo narracja wymusza jednostronność komunikacji. 

Inna sprawa, że jednak to miało być opowiadanie z gatunku SF, więc ta obyczajowa strona nie powinna tu dominować. Starałem się by obie strony się uzupełniały.

 

Kwestia choroby ukochanej… znowu, nie chciałem zbytnio epatować tym wątkiem, więc nakreśliłem te kwestię bardzo delikatnie… ot, wspomnienie o botach insulinowych i zabiegach w Szwajcarii. Potem powrót w końcówce… mówisz, że za mało lub zbędne? Możliwe.

Od razu można się domyślić zatrucia, jak tylko “nudle” się roztopiły, może informacja o złym samopoczuciu powinna się pojawić nieco później, ale biorąc pod uwagę tytuł chyba niewiele by to dało.

To akurat koincydencja (nudle – zatrucie), bo cyjanowodór jest tam w atmosferze, więc zatrucie było spowodowane zbyt częstym wychodzeniem na zewnątrz i powolną degradacją systemu oczyszczania powietrza, a nie samym kontaktem z nudlami. Ale to w sumie nie zostało napisane wprost, a pozostawione w domyśle, więc miałaś prawo zinterpretować to tak, jak zinterpretowałaś.

 

Zakończenie mi się podoba, chociaż ostatnie dwa zdania bym wyrzuciła, bo uważam, że takie stwierdzenia na końcu tekstu zawsze psują opowiadanie.

Pomyślę, bo to jednak trochę zmieni wydźwięk zakończenia.

 

Wolałabym po prostu opis tego, co robi bohater, chciałabym “zobaczyć” tę rzeźnię i na podstawie tego wyciągnąć wniosek o ludzkiej naturze. 

Trochę się przeciągnęłoby to zakończenie wtedy. Poza tym bez krwi mogłoby być to dość mało “widowiskowe”. …no ale tak… miłośniczka horrorów w końcu ;)

 

Ogólnie to wydaje mi się, że to opowiadanie jest trochę za krótkie, przydałoby się tu jeszcze z 10 tys. znaków, żeby ten dramatyzm i emocjonalność zrównoważyły aspekty naukowe i sprawozdawczość.

Zobaczymy. Jeśli tekst dostanie kiedyś drugą młodość, to pomyślę nad tym. Na razie konkurs, więc zostanie jak jest.

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Co do narracji… od bardzo dawna mi chodziło po głowie napisanie opowiadania w formie listu. Było to duże wyzwanie, bo 35k bez ani jednego dialogu to brzmi jak przepis na samobójstwo.

Wiesz, Chro, to się zdecydowanie dobrze czyta i nie odczułam, żeby mi tu dialogów brakowało. Tak że cel osiągnięty.

Możliwe, że właśnie dlatego ta więź między bohaterami zeszła na drugi plan, bo narracja wymusza jednostronność komunikacji. 

A rozważałeś opcję napisania chociaż jednego listu, który bohater otrzymuje? 

Inna sprawa, że jednak to miało być opowiadanie z gatunku SF, więc ta obyczajowa strona nie powinna tu dominować. Starałem się by obie strony się uzupełniały.

Chyba to jest właśnie powód tego mojego lekkiego niezdecydowania w odbiorze tekstu, bo z jednej strony rozumiem, że nie mogła dominować kwestia obyczajowa, ale jest to przyczyna i główna motywacja bohatera. Więc z jednej strony opis naukowych badań, ale z drugiej jednak osobiste listy i trudno tu znaleźć ten złoty środek.

To akurat koincydencja (nudle – zatrucie), bo cyjanowodór jest tam w atmosferze, więc zatrucie było spowodowane zbyt częstym wychodzeniem na zewnątrz i powolną degradacją systemu oczyszczania powietrza, a nie samym kontaktem z nudlami. Ale to w sumie nie zostało napisane wprost, a pozostawione w domyśle, więc miałaś prawo zinterpretować to tak, jak zinterpretowałaś.

Ja to jeszcze inaczej zrozumiałam, bo uznałam, że właśnie te roztopione nudle dostając się do systemu oczyszczania przeciążyły go i stąd stopniowy spadek wydajności. Utwierdził mnie w tym przekonaniu też fakt, że bohater nie domyśla się z czego wynikają jego objawy.

Trochę się przeciągnęłoby to zakończenie wtedy. Poza tym bez krwi mogłoby być to dość mało “widowiskowe”. …no ale tak… miłośniczka horrorów w końcu ;)

Ale jakby tak chociaż zaczęły uciekać po tym akwarium, sugerując, że mają jednak świadomość, choć ich budowa na to nie wskazuje? Żartuję oczywiście. Nie domagam się nudlowej masakry, pisząc o rzezi miałam na myśli po prostu opis czynności jakie wykonuje bohater, zamiast określania tego “rzezią” tak wprost.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

To akurat koincydencja (nudle – zatrucie), bo cyjanowodór jest tam w atmosferze, więc zatrucie było spowodowane zbyt częstym wychodzeniem na zewnątrz i powolną degradacją systemu oczyszczania powietrza, a nie samym kontaktem z nudlami.

Ja również myślałem, że to nudle są odpowiedzialne za złe samopoczucie bohatera. Wydawało mi się, że te rozpuszczone istoty, które wlały się do systemu sanitarnego, zaczną się tam w jakiś sposób rozmnażać (albo wydzielać jakieś substancje, rodniki itp.) i na tym będzie oparty główny motyw opka… coś w stylu Aliena. ;)

 

Tym razem złapałem je to pojemnika z ciekłym metanem, żeby nie miały kontaktu z atmosferą.

Wspominała też coś (o+) kobalcie, że może być kluczem w łańcuchu reakcji katalitycznych, umożliwiać łączenie merów albo wiązać ligandy.

hej. Pierwsze linijki tekstu urzekły mnie i wprowadziły w klimat, pomyślałem, że lubię to i ok, wczuwam się. Tak też się stało, miałem wrażenie, że przyleciałem na tą stacje po wielu latach i otwieram kolejne pliki z zapisanymi wiadomościami by wiedzieć co tu się odhetmaniło. 

Natomiast teraz, pisząc ten komentarz, czuje się jakbym siedział nadal w tej bazie i pisał raport o tych wydarzeniach.:) bardzo się wczułem.:)

Doczepiam się tylko do legionu naukowego nazewnictwa, gdyby je troszkę ukrócić for me było by lepiej:) Dzięki, pozdrawiam i powodzenia.

Ali, Kronosie,

 

Ja to jeszcze inaczej zrozumiałam, bo uznałam, że właśnie te roztopione nudle dostając się do systemu oczyszczania przeciążyły go i stąd stopniowy spadek wydajności. Utwierdził mnie w tym przekonaniu też fakt, że bohater nie domyśla się z czego wynikają jego objawy.

Ja również myślałem, że to nudle są odpowiedzialne za złe samopoczucie bohatera. 

 

Właściwie to wasza interpretacja jest jak najbardziej dopuszczalna. Bo tak rozkładając nasze nudle na czynniki pierwsze, to wiemy, że składają się głównie z azotu, wodoru i węgla, ale nie znamy ich dokładniej struktury.

Jeśli spojrzymy zaś na cyjanki, to one składają się dokładnie z tych samych pierwiastków… więc ten cyjanowodór w odessanej “ponudlowej” cieczy, jest jak najbardziej możliwy.

 

Wydawało mi się, że te rozpuszczone istoty, które wlały się do systemu sanitarnego, zaczną się tam w jakiś sposób rozmnażać (albo wydzielać jakieś substancje, rodniki itp.) i na tym będzie oparty główny motyw opka… coś w stylu Aliena. ;)

Taki scenariusz byłby dość “typowym” chwytem fabularnym, bo jak wspominałeś Obcy i wiele kosmicznych horrorów się na takim elmenecie opiera.

Ja w założeniu starałem się podchodzić pragmatycznie… czyli, skoro mamy “organizm” przystosowany do życia w środowisku ciekłego metanu, w temperaturze około -180 st C, to co będzie najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, jeśli przeniesiemy go +20 stopni i środowiska lądowego (+ atmosfery z tlenem)?

W uproszczeniu to będzie tak, jak gdyby ktoś nasze Ziemskie stworzenie wyjął z wody i włożył do warunków o temp. +250 st C i jakimiś toksynami w atmosferze. Jaka jest szansa, że się te stworzenia zaczną się replikować? No, znikoma.

 

vrchamps,

dzięki za uwagi. Cieszę się, że się podobało. Poprawię zaraz te dwa zdania.

Legion naukowego nazewnictwa?

No rozumiem, ciężko tu znaleźć złoty środek, zwłaszcza w takiej twardszej SF. Bo im głębiej chcemy w te naukę wejść, tym bardziej specjalistyczne słowa są potrzebne.

Coś za coś. 

Choć pewnie dałoby się je miejscami odchudzić.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Tak Chrościenko, tym bardziej że on tu tylko miał tankować:)

Taki scenariusz byłby dość “typowym” chwytem fabularnym, bo jak wspominałeś Obcy i wiele kosmicznych horrorów się na takim elmenecie opiera.

Ja w założeniu starałem się podchodzić pragmatycznie… czyli, skoro mamy “organizm” przystosowany do życia w środowisku ciekłego metanu, w temperaturze około -180 st C, to co będzie najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, jeśli przeniesiemy go +20 stopni i środowiska lądowego (+ atmosfery z tlenem)?

Pełna zgoda. Dużo bardziej wolę realizm, i przekonuje mnie ta argumentacja. 

Jaka jest szansa, że się te stworzenia zaczną się replikować? No, znikoma.

Zależy, kto to pisał.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Interesująca historia, z mocnym naukowym tłem.

Ciekawa implikacja – gdzie nie pogrzebiesz, tam znajdziesz życie. Strefa złotowłosej czy nie, coś się musi wylęgnąć. Hmmm. Fajnie byłoby znać fakty.

Forma listów z początku mnie męczyła (podejrzanie podobna do strumienia świadomości), ale z czasem się do niej przekonałam. Pozwala bardzo mocno wczuć się w bohatera. I usprawiedliwia dowolne infodumpy. Sprytne, sprytne.

Fajny dylemat moralny prezentujesz. I co na to powiedzą nudle?

Trochę zaskoczyło mnie, że bohater początkowo zdaje się nie rozumieć, co mówi Scarlett (chociaż bulion nie wydaje mi się jakąś wiedzą tajemną), a potem okazuje się, że jest inżynierem, czyli jakieś studia musiał skończyć. To mi zgrzytnęło.

ogólnie rzecz mówiąc,

Zlały Ci się dwa frazeologizmy. Zdecyduj się na któryś.

Zapach gorzkich migdałów wzbiera,

Czy gorzkie migdały pachną inaczej niż słodkie? Ja wiem, że mocniej i dłużej, ale czy po samych zapachu można poznać ich smak, czy to ja jestem upośledzona węchowo?

Babska logika rządzi!

Cześć!

Spory wpływ na odbiór opowiadania ma wybrana przez Ciebie forma, więc siłą rzeczy pewnie o niej będzie w tym komentarzu najwięcej.

To, co bardzo mi się spodobało, to że zdołałeś zamknąć opowiadanie w niespełna 35k znaków. To w przypadku SF szalenie trudne, a tutaj nie ma się poczucia obcowania z jakimś fragmentem historii (udającym zamkniętą całość), ale dostajemy pełne opowiadanie. Oczywiście spory wpływ ma na to przyjęta forma (to jedna z największych zalet tego Twojego wyboru), tym nie mniej warto ten element docenić, bo jednak solidne, pełne (w sensie zamkniętej historii) SF z dobrym, ciekawym pomysłem (poparte czymś, co nazywam zwykle “warstwą uwierzytelniającą”, czyli informacjami technicznymi) zamknięte w 35k nie trafia się zbyt często.

Jeśli już wspomniałem o warstwie uwierzytelniającej to dodam, że oczywiście, jak to laik, w pewnym stopniu się od niej odbiłem. Co jednak kluczowe, to odbicie się w żaden sposób nie wpłynęło na odbiór historii, rozumienie tego co się dzieje z bohaterem, tego, jak rozwijają się wydarzenia. To bardzo ważne i to również na plus, bo nawet jako laik mogłem się czuć przy lekturze tego opowiadania dość swobodnie, bez poczucia, że przez jakieś braki wiedzowe zaraz nie będę potrafił czegoś w tym tekście ogarnąć (albo, że się pogubię w rozwoju zdarzeń).

Pomysł na wykorzystanie tematu konkursu też bardzo przypadł mi do gustu. Nie kombinujesz tutaj, jak nawiązać do tego tematu i się za bardzo nie wyłożyć, ale idziesz odważnie w SF, poparte konkretnym pomysłem i wspomnianą już, solidną warstwą uwierzytelniającą. Oczywiście samej warstwy i tej jej wiarygodności nie ocenię, ale tekst sprawia wrażenie popartego solidną pracą nad informacjami i kwestiami technicznymi. Chociaż też zostawiłeś sobie fajną furtkę poprzez kreację bohatera i wybór formy, żeby w razie potrzeby móc napisać coś bardziej ogólnie. Jak tutaj:

Wyjaśniła swoją koncepcję krok po kroku, używając wielu mądrych słów, których znaczenie do tej pory jest mi obce.

Ponieważ każdy kij ma dwa końce, to oczywiście dobór takiej formy (odważny nad wyraz) miał i swoje wady. Przede wszystkim taką, że jesteśmy jednak, jako czytelnicy, dość daleko od samych wydarzeń, a może lepiej napisać od miejsca wydarzeń. Jedną z najfajniejszych rzeczy, jakie może czytelnikowi zaoferować fantastyka, jest unikalna możliwość znalezienia się (poprzez odpowiednie zatopienie w lekturze) w miejscach w realnym życiu dla nas niedostępnych. I tutaj czasem naprawdę brakowało tej narracji, jakiegoś przejścia się razem z bohaterem, jakichś dotknięć tego, co dla nas obce i odległe. To niby tu jest, ale w formie suchych opisów zawartych w liście. Niby żadna Twoja wina, to wymusza forma, ale skoro chwaliłem wykorzystanie formy to i muszę pomarudzić tam, gdzie Ci ona nie pomogła.

Brakło też jakiegoś przełamania tej formy. Choćby wstawek dialogowych. Byłam tam przecież pani profesor. I ten brak sprawiał, że jednak historię bohatera przeżywało się jakby z dystansu. Jasne, zrobiłeś dużo, żeby jakoś tę dziurę załatać – wymyśliłeś bohaterowi historię, która siłą rzeczy jakieś emocje musi budzić, podobnie zadbałeś o to, by i w nim samym jakaś warstwa emocjonalna była. Czujemy więc do pewnego stopnia ten dramat, który on przeżywa, ale też właśnie ze względu na formę podania – tylko do pewnego stopnia.

O bohaterze, który jest częściowo laikiem (chociaż to chyba złe słowo, sam to lepiej ująłeś w opowiadaniu, więc pozostanę przy określeniu “bohater o określonych kompetencjach) wspominali już Finklowie. I mnie w pewien sposób uderzył ten wskazany zgrzyt. Natomiast zwrócę jeszcze uwagę, że to w sumie bardzo fajny zabieg, bo taki częściowy laik jako bohater to też bardziej przystępne wejście w historię dla bohatera (a zarazem fajny sposób na ograniczenie technikaliów, od których część czytelników może się odbić).

Pisząc o wadach tej formy wspomnę też o poczuciu pewnej streszczeniowości. Nie lubię tego zarzutu, bo w praktyce sprowadza się to do marudzenia o różne, mniej istotne dla opowiadania wypełniacze, które zwykle raczej rozciągają historię i wpływają na wyhamowanie biegu zdarzeń (i na które zwykle najwięcej w komentarzach narzekamy). Tym nie mniej i one mają w opowiadaniach konkretne zadania i konkretne role, a ta dobrana forma sprawia, że co prawda bardzo sprawnie lecimy z kolejnymi wydarzeniami, ale nieraz tylko przyjmując je do wiadomości, nie zaś w pełni odczuwając. Nie traktuj tego, w żadnym razie, jako jakiś mocny zarzut. Raczej staram się zostawić Ci jakiś obraz tego, jak obcowanie z taką formą wygląda z perspektywy czytelnika. Kto wie, może kiedyś do czegoś Ci się to przyda.

Tak, jak miałem parę uwag i wskazałem parę elementów, którym forma specjalnie nie pomogła, tak na końcu muszę wyraźnie podkreślić to, co najistotniejsze. To naprawdę bardzo ciekawe opowiadanie, które czytałem z dużą przyjemnością i które dobrze wykorzystuje zalety wybranej formy oraz walczy, jak może, by zamaskować jej wady.

A, no i zapomniałem o zakończeniu. Ładne, naprawdę ładne (w sensie pewnej refleksyjności).

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cze, Finklo,

liczyłem, że Ci się spodoba, bo to takie naukowe SF, a nie jakieś obyczajowe pitu-pitu. ;)

 

I usprawiedliwia dowolne infodumpy. Sprytne, sprytne.

Zupełnie niezamierzenie to wyszło.

Myślę, że łatwiej byłoby jednak te infodumpy przemycać w bezpośrednich dialogach z panią profesor.

 

Trochę zaskoczyło mnie, że bohater początkowo zdaje się nie rozumieć, co mówi Scarlett (chociaż bulion nie wydaje mi się jakąś wiedzą tajemną), a potem okazuje się, że jest inżynierem, czyli jakieś studia musiał skończyć. To mi zgrzytnęło.

Posilę się przykładem z mojego życia zawodowego.

Otóż zdarza mi się pracować z inżynierami elektroniki, kumaci goście, po polibudach, potrafią taki sonar rozebrać na części pierwsze, naprawić, złożyć, a potem jeszcze ustawić tak, że sam bym tego lepiej nie zrobił. A mimo wszystko jestem przekonany, że gdybym zaczął do nich mówić slangiem chemicznym, czy biologicznym, to by mnie nie zrozumieli.

Myślę, że kierując pojedynczego człowieka na taką misję, musi on być przede wszystkim praktykiem/mechanikiem. Musi umieć obsługiwać i naprawiać wszelki sprzęt, jaki w takiej bazie się znajduje. Musi też potrafić wdrożyć w życie wszelkie instrukcje, które dostanie z Ziemi. Bycie teoretykiem o szerokich horyzontach wcale nie jest tu potrzebne. Od tego ma zespół na Ziemi, on musi tylko potrafić wdrażać to co mu każą.

Inna sprawa, że też zajdzie tu, i nie wiem, czy udało mi się to przekazać, ewolucja jego wiedzy. Bo nawet jeśli na początku z tą chemią jest na bakier, to w trakcie tych kilku tygodni/miesięcy walki o życie nauczy się całkiem dużo i też już zacznie rozumieć coraz więcej.

 

Czy gorzkie migdały pachną inaczej niż słodkie? Ja wiem, że mocniej i dłużej, ale czy po samych zapachu można poznać ich smak, czy to ja jestem upośledzona węchowo?

Jestem w tej dziedzinie profanem, więc pozwolę sobie odpowiedzieć cytatem z Tarniny:

 większość ludzi (ja też) nie wie, jak pachną gorzkie migdały (inaczej, niż słodkie!),

 

 

CMie,

pamiętam Twój komentarz do moich Homo sapiens..., sporo czasu już od tamtej publikacji minęło, ale jakoś zapadł mi w pamięci.

Wtedy chwaliłeś, że udało mi się napisać opowiadanie z dialogami, wykorzystując ledwie kilkanaście słów (do tego niepełnych).

Tym razem zamarzyło mi się pójść o krok dalej, bez brania jeńców ;)

 

Co do ewentualnego wprowadzenia dialogów, to jednak fizyka nie sprzyjała. Komunikat na linii Ziemia-Tytan wędruje kilka godzin… po prostu fizycznie taki dialog byłby niemożliwy.

Inna sprawa, nawet jakby był, to pewnie bym nie skorzystał, bo jednak chciałem pozostać w przyjętej formie konsekwentny. Alicella sugerowała, że można by przełamać formę choćby odpowiedzią od ukochanej, ale nie zdecydowałem się na to. Dlaczego? Patrz wyżej…konsekwencja.

 

Odnośnie kompetencji bohatera, pozwolę sobie odwołać się do odpowiedzi, jaką udzieliłem Finkli.

Z doświadczenia wiem, że inżynierowie częściej bywają specjalistami w swojej wąskiej dziedzinie niż omnibusami. 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Wiesz, gdyby ktoś mnie zarzucił nazwami chemicznymi, to też bym nie potrafiła podać wzorów, ale potrafiłabym zaklasyfikować do jakiejś grupy pojęć – “związki chemiczne, których nie znam”. Ale sądzę, że ogólną ideę bym pojęła i nie wyciągnęłabym wniosku, że jestem niedouczona i głupia. Chyba że pani profesor wybitnie nie potrafi wytłumaczyć, o co jej chodzi.

Babska logika rządzi!

Ale sądzę, że ogólną ideę bym pojęła i nie wyciągnęłabym wniosku, że jestem niedouczona i głupia. Chyba że pani profesor wybitnie nie potrafi wytłumaczyć, o co jej chodzi.

Myślę, że to kwestia indywidualna. Jeśli jesteś wybrana do lotu w kosmos, to raczej ego masz wysokie. Tutaj w założeniu następuje weryfikacja tego ego.

Inna sprawa, że pisząc list, może on wyolbrzymiać pewne sprawy lub je bagatelizować w zależności od nastroju.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

No czytało się znakomicie. Literacko bardzo sprawne, fabularnie wciągające, konstrukcyjnie spójne, pomysł na tę drugoosobową narrację w formie listu bardzo dobrze zrealizowany. Idea – czyli, jak mi się wydaje, to, że bohater jest tu reprezentantem ludzkości z jej wadami i zaletami, i jak trzeba, to w imię własnych uczuć porwie się i na niemożliwe – i wiarygodna, i fajnie zrealizowana, bo pokazujesz bohatera nie-supermana, który jednak, kiedy trzeba, sięgnie szczytów swoich możliwości, ale i granic własnej etyki. Miałam takie wrażenie, że on jest jak bohater “Marsjanina”, tylko bardziej życiowy, bardziej cyniczny i rzucony w paskudniejszy świat.

Trochę mi zgrzyta postać profesor Higgins / Scarlett, bo choć rozumiem, że widzimy ją oczyma bohatera, ale też jej obraz jest do końca spójny. Sama nie przepadam za tym, kiedy mi ktoś mówi, co by chciał mieć w moim, w końcu, opowiadaniu, ale będę hipokrytką i powiem – chętnie bym zobaczyła rozwinięcie tego, o czym bohater parę razy mówi, czyli jego wyobrażenia Scarlett jako bogini, ale nie wszechmocnej, jak się okazuje, a przy tym – kapryśnej i zmiennej. Takie jej wyobrażenie w oczach narratora – także w kontekście uwagi do adresatki, że nie ma powodów do zazdrości, co oczywiście kazało mi, jako czytelniczce, natychmiast pomyśleć, że bohater sam się oszukuje, a powody do niepokoju jednak są – jest fajnym pomysłem i pogłębienie go by pewnie tekstowi nie zaszkodziło. Niemniej, żeby hipokryzji się jednak choć trochę postawić – możesz śmiało zignorować ten akapit, bo to moje fanaberie, a nie krytyka.

Generalnie, w moich oczach to jest tekst udany – może niekoniecznie w 100% dla mnie i pod mój gust, bo choć nie mam konkretnych uwag krytycznych, jestem bardzo pozytywnie nastawiona, ale nie zachwycona – i na pewno świetna propozycja konkursowa.

Ninedin,

stęskniłem się za tymi Waszymi komentarzami :), trochę mnie nie było tu ostatnio, bo leczyłem mój PLSD, ale fajnie jest być z powrotem. :)

 

Wracając do opowiadania, to skoro już wywołałaś kapryśną i zmienną Scarlett, to pozwól, że rozbiorę ją dla Ciebie na czynniki pierwsze.

Przede wszystkim, czy aby na pewno ona jest kapryśna i zmienna?

Imho jest ambitna, pragmatyczna i zadaniowa… ona cały czas dokładnie wie czego chce, z jednym, jedynym wyjątkiem, kiedy w obliczu nowych faktów przewartościowuje swoje priorytety.

Ale, zacznijmy od początku.

Poznajemy ją, gdy dostaje zadanie… przystosować bazę na Tytanie do samowystarczalności. I ona to zadanie realizuje. Wysyła bio-lab z Ziemi, a w oczekiwaniu na przylot rozpoczyna już proces pozyskiwania lokalnych substancji, które mają być komponentami do produkcji żywności.

Cel ten cały czas realizuje.

Sytuacja się zmienia po ras pierwszy, kiedy zostają odkryte “nudle”. Wówczas oprócz zadania podstawowego (patrz wyżej), pojawia się szansa na nowe naukowe odkrycie. Jedno drugiego nie wyklucza, a ambitna pani profesor zwyczajnie łapie byka za rogi (co więcej, ma ona dostęp do poufnych informacji, których my dostajemy tylko strzępki, że misja się będzie zwijać, i że cały proglam poszukiwania życia na sąsiednim księżycu zostanie wywalony do kosza). Nadzieją na sukces w tej kwestii jest pozostanie naszego bohatera dłużej i kontynuowanie badań, dlatego też Scarlett próbuje go przekonać by został. 

Myślę, że jesteśmy zgodni, że do tego momentu jej zachowanie jest spójne.

Potem mamy bardzo komasowaną scenę, w której wiele się dzieje, i po której ona nagle zmienia front o 180 stopni. I robi mu awanturę, dlaczego tam został (choć wcześniej chciała, żeby został)

Pytanie, co takiego się wydarzyło, że nagle zmieniła zdanie? Ano wydarzyło się to, że dostała dokładnie badania jego stanu zdrowia i wiedziała już, że to nie jest jakieś zwykłe niedożywienie, a poważne zatrucie, które może doprowadzić do śmierci. To jest konkretny moment, w którym ona pokazuje swoją zwyczajną, “ludzką” twarz. Moment jej “słabości”, kiedy nie jest gotowa ryzykować jego życiem ponad miarę i granicę, do której jest w stanie się posunąć w dążeniu do celu.

Boska Scarlett jest tutaj bardzo ludzka.

Ten moment trwa jednak bardzo krótko (możliwe, że za bardzo to wszystko skomasowałem i mogło to umknąć), bo Scarlett po chwili ludzkiej słabości, bardzo szybko powraca do swojego normalnego trybu zadaniowego. Nie poleciał, trudno, nie ma co płakać nad tym, czego już nie zmienimy, czas na nowe zadanie… odtruć go i utrzymać przy życiu za wszelką cenę.

Tak ja ją widzę.

 

Teraz pozwolę sobie jeszcze przejść do drugiej kwestii, a mianowicie relacji naszego bohatera ze Scarlett i ze swoją ukochaną. 

także w kontekście uwagi do adresatki, że nie ma powodów do zazdrości, co oczywiście kazało mi, jako czytelniczce, natychmiast pomyśleć, że bohater sam się oszukuje, a powody do niepokoju jednak są

Ta relacja została świadomie w ten sposób opisana. Chciałem, by czytelnik wczuł się w osobę ukochanej, która czyta te listy gdzieś daleko, i by poczuł to delikatne ukłucie zazdrości. Bo wszak to mnie kocha, to do mnie pisze listy, ale zachwyca się inną. Czy jest to zachwyt taki czysto niewinny, pisany w euforii nowego odkrycia, czy jednak może dzieje się tam coś więcej? Ta Scarlett miała nieco zirytować czytelnika, który wiadomo, że będzie sympatyzować z ukochaną.

 

To chyba tyle, jeśli chodzi o analizę własnego tekstu ;) uff.

Dzięki za komcia :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Hmmm. A ja się utożsamiałam z facetem. Pewnie coś ze mną jest nie tak…

Babska logika rządzi!

Ludzie, próbowałam być delikatna, ale nie wyszło. To zaraz powędruje do wątku Alicelli (wiele rzeczy powinno…). “Niemniej” piszemy łącznie.

https://sjp.pwn.pl/sjp/niemniej;2489008.html

Przykład:

Dorota mieniła się dziewicą, niemniej jednak smok, powąchawszy ją, odwrócił się z niesmakiem.

Do weselnego tortu potrzebujemy marcepanu, nie mniej, niż dwa kilo.

 Bycie teoretykiem o szerokich horyzontach wcale nie jest tu potrzebne. Od tego ma zespół na Ziemi, on musi tylko potrafić wdrażać to co mu każą.

Czasy, kiedy można było wiedzieć wszystko, już minęły – nie ma ludzi, którzy opanowali całą wiedzę ludzkości. Po prostu. Jeśli zatrudniamy faceta do określonej pracy, to musi mieć kompetencje do tej pracy, a do innej nie musi.

 

W kwestii migdałów. Gorzkie migdały mocno straciły na popularności – w spożywczaku ich nie dostaniesz (są ciutkę trujące, choć kiedyś się je jadało), mleko migdałowe, masło, marcepan, ciastka i wszystkie inne pyszności są ze słodkich. Gorzkie uprawia się chyba głównie na olej i przeciętny człowiek może przejść przez życie, nie doświadczywszy ich zapachu. Czym on się różni od zapachu słodkich? No, właśnie nie mogę tego znaleźć. Gorzkie zawierają głównie aldehyd benzoesowy, który pachnie podobnie jak cyjanowodór (zob. tu: http://laboratoria.net/artykul/11685.html – mechanizm działania węchu nie jest wyjaśniony, artykuł przedstawia dwie teorie). W każdym razie mądrzy ludzie mówili mi, że to zupełnie różne zapachy. A mieli (ci ludzie) doktoraty z chemii, więc im wierzę.

 Myślę, że to kwestia indywidualna. Jeśli jesteś wybrana do lotu w kosmos, to raczej ego masz wysokie. Tutaj w założeniu następuje weryfikacja tego ego.

To na pewno kwestia indywidualna, ale poziom ego niekoniecznie zależy od tego, czy nas doceniają, zob. impostor syndrome.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Слава Україні!

Dzień dobry, panie jurorze.

Doceniam wybór ilustracji :)

 

ps. 

Z Tarniną też bym się chciał przywitać, ale się boję.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

:)

Слава Україні!

Jeśli zatrudniamy faceta do określonej pracy, to musi mieć kompetencje do tej pracy, a do innej nie musi.

Ale czy pani profesor o tym nie wie? Pewnie trudno byłoby wytłumaczyć tę chemię słowami zrozumiałymi dla przedszkolaka, ale z dogadaniem się z inżynierem powinno pójść o wiele łatwiej. Chyba że chciała utrzeć mu nosa, ale wydaje mi się to słabą strategią, jeżeli jej badania są zależne tylko od faceta.

Babska logika rządzi!

Finklo, chęci to jedno, ale w praktyce mało który naukowiec potrafi przejść z języka dziedziny na zrozumiały;) I to nawet mimo chęci i nawet rozmawiając z dorosłym.

Слава Україні!

Nie wierzę Ci. Nie mają zajęć ze studentami pierwszego roku?

Babska logika rządzi!

Nie wiem jak to działa na chemii, ale tłumaczenie fizyki od postaw jest czymś innym, niż rozmawianiem o badaniach. A też nie da się od postaw każdemu mówić, bo to masa czasu by się zeszła:P

A tak prawdę mówiąc, to nie wiem. Wykładowca opowiadał nam ostatnio o współpracy z biologami, która ma problem właśnie z komunikacją i nie pomogło nawet zatrzymanie jakiejś doktorantki i godzinne posiedzenie przy kawie, żeby wytłumaczyła wszystko od zera. Plus – u nas zajęcia z pierwszorocznymi ma pewnie kilku wykładowców i kilkunastu ćwiczeniowców, a na całym wydziale pracowników jest ze sto.

Слава Україні!

Z Tarniną też bym się chciał przywitać, ale się boję.

 Nie mają zajęć ze studentami pierwszego roku?

Nie wszyscy. Ponadto – wykładanie tak, żeby ludzie zrozumieli, też jest umiejętnością, i to niełatwą. Nie miałaś nigdy wykładów w stylu:

Mmm-mmhmmmyhummmmmmm. Ummmm-hmmm, aha.

Albo:

Szanowni państwo, ta metoda obliczeniowa jest doskonałą metodą obliczeniową w każdej sytuacji, z wyjątkiem sytuacji, w których nie jest ona najlepszą metodą. Jednak w większości sytuacji bywa ona znakomitą metodą obliczeń.

?

Miałam też (na chemii) wykładowcę, który razu pewnego demonstracyjnie opuścił pomieszczenie wykładowcze, bo z nieukami gadał nie będzie, oraz takiego (też na chemii), który zwykł powtarzać, że struktury krystaliczne zna na pamięć jego dziesięcioletnia wnuczka. Na filozofii miałam zaś wykładowcę, który opowiadał o wszystkim, tylko nie o tym, o czym miał być wykład. Na przykład o swoich planach urlopowych.

 

Zasadniczo profesorowie też są ludźmi. Z całym dobrodziejstwem (i złodziejstwem) inwentarza.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Ale czy pani profesor o tym nie wie? Pewnie trudno byłoby wytłumaczyć tę chemię słowami zrozumiałymi dla przedszkolaka, ale z dogadaniem się z inżynierem powinno pójść o wiele łatwiej. Chyba że chciała utrzeć mu nosa, ale wydaje mi się to słabą strategią, jeżeli jej badania są zależne tylko od faceta.

Pani profesor doskonale o tym wie. Wie też, że będzie im się łatwiej pracować, kiedy każdy będzie znał swoje miejsce.

Jej celem jest nie edukacja inżyniera w kwestiach podstaw chemii, a realizacja konkretnego zadania, bez marnowania czasu na pierdoły.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Dzień dobry :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Nie no, miałam rozmaitych wykładowców. Jedni tłumaczyli jak krowie na miedzy, drudzy mówili tak, że do slangu przemycali wyłącznie przyimki, trzeci wrzucali slajd pełen wzorów i mruczeli komentarze z serii “po kilku elementarnych przekształceniach otrzymujemy wzór 28b”. Spece od dygresji też byli. Ale zasadniczo rozumiałam, o czym gadają (no dobra, przy kobylastych wzorach po prostu zakładałam, że to prawda). Może dlatego zgrzytnęło mi, że chemiczka i inżynier mają tak mało wspólnego języka.

Babska logika rządzi!

Cześć, Chro!

pełna kamieni i pasku.

pewnie “piasku”

Z dwojga złego wolę jezioro, przynajmniej nic tam lata w powietrzu bez ostrzeżenia.

Nic tam nie lata

a mimo to mam nieoparte wrażenie

nieodparte

Nie wiem, co tam się dzieję

dzieje

 

Forma ryzykowna, ale broni się wykonaniem. Masz sporo niedopowiedzeń – o ile motywacje bohatera są dość jasno pokazane, to już jego miłości w zasadzie w ogóle. Scarlett to z kolei jeszcze inna para kaloszy – jest tu spory rozstrzał osobowości, ale podobają mi się jednostronnie przedstawione relacje. To wszystko napędza pewien stopień niekompetencji bohatera, przez co zbudowałeś sobie przestrzeń do przekazywania informacji i dzięki temu nie mam wrażenia, że dostałem wielką ścianę informacji w jakimś infodumpie. Sprawnie i sprytnie rozwiązane.

Ogólnie tekst czyta się dobrze, choć z początku nie wiadomo było gdzie nas zaprowadzi. Tyczy się samotności i umierania w kosmosie, co fajnie wybrzmiewa, ale dopiero sam koniec wyjaśnia po co to wszystko budowałeś. Z jednej strony to dobrze, ale…. nie wiem czy jestem do tego przekonany :P w skrócie: wydaje mi się, że ogarnąłem, co chciałeś powiedzieć, ale chyba nie ruszyło mnie to tak, jak miało w swoim zamierzeniu.

Przyznać jednak muszę, że jest to bardzo solidnie napisane opowiadanie, o interesującej formie. Klikać już nie mam co, więc pozostaje mi życzyć powodzenia w konkursie!

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Może dlatego zgrzytnęło mi, że chemiczka i inżynier mają tak mało wspólnego języka.

Ponieważ miałam zostać inżynierem chemikiem, mogę Ci zdradzić, że zajęcia z projektowania instalacji składały się z ćwiczeń obliczeniowych, których już nie pamiętam, oraz projektu, który mieliśmy zrobić od zera sami, i który miał bardzo mało wspólnego z tym, cośmy tam liczyli.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Dziękuję pięknie, Krokusie, za uwagi. 

Poprawiłem co trzeba.

Forma ryzykowna, owszem, ale pomysł na nią chodził mi po głowie od dawna, tak z rok albo i dwa lata. Choć tego, że padnie akurat na kosmiczne SF to się nie spodziewałem.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Cześć, podoba mi się forma listów, jakby pisane do mnie, bardzo przyjemnie się czytało. Jest tylko jeden problem. Chciałam podejść do tego konkursu ale teraz moje chęci zbladły skoro już mamy takiego silnego kandydata. 

Zanim sklecę jakiś komentarz jedna sprawa.

 

Tęsknię, wiesz? Z każdym dniem coraz bardziej. Na Księżycu było zupełnie inaczej, mieliśmy dostęp do sieci i ziemskie socjal-gadżety, a tu? Wysyłam Ci wiadomość i czekam godzinami aż dojdzie, a potem drugie tyle aż wróci. Zresztą, Ty pewnie też. Liczę, że znosisz to lepiej.

Tam nie będzie nawet półtorej godziny w jedną stronę. Chyba, że to wrażenie było potęgowane tęsknotą.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Tak, Marasie. Tyle mniej więcej mi wychodziło. Tu jest pewne uogólnienie, ale to raczej przez fakt, że do czasu podróży wiadonosci dodalem czas na jej odebranie, przeczytanie, odpisanie… więc subiektywnie wrażenia bohatera będą, jak to ladnie określileś "spotegowane".

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Nova, pisać, a nie szukać wymówek. :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Tak, Marasie. Tyle mniej więcej mi wychodziło. Tu jest pewne uogólnienie, ale to raczej przez fakt, że do czasu podróży wiadonosci dodalem czas na jej odebranie, przeczytanie, odpisanie… więc subiektywnie wrażenia bohatera będą, jak to ladnie określileś "spotegowane".

 

Ok. Rozumiem. Czekanie ok. godziny i 20 minut na dotarcie wiadomości do celu nie brzmi już tak dramatycznie i nie uzasadnia aż takiego marudzenia bohatera. Tylko nie nabieraj mnie proszę na tę długą listę czynności (odebranie, przeczytanie, napisanie). Odebraniem to pewnie sekunda, a czytanie i pisanie to już raczej nie wchodzi w zakres "czekania aż dojdzie".

 

Z drugiej strony dziwne, że w tej technologicznej przyszłości nie wysyłali po prostu wiadomości w formie plików video. Ale to rozwaliłoby z kolei samą formę opowiadania opartego na wiadomościach pisanych. Co z kolei sugeruje, że bohater wysyła ukochanej wiadomości w mniej wiecej takiej postaci, w jakiej je czytamy, czyli hmmm… dosyć literackiej. Tu mam problem. Czy on te całe prawie 40 tys. znaków jakie widzimy wysłał jej w kilkunastu wiadomościach? Wtedy rodzi się pytanie – do kogo wysłał tak sformułowaną ostatnią wiadomość?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hej :)

opowiadanie bardzo mnie wciągnęło, ale tak naprawdę wciągnęło; czasami, czytając niektóre teksty, skroluję na dół, by sprawdzić, ile jeszcze zostało do końca, ale Twoje opowiadanie nie było tym przypadkiem. Czytanie naprawdę sprawiło mi przyjemność.

Gdy skończyłam, czułam lekki niedosyt, bo chcąc nie chcąc, fabuła skojarzyła mi się z Obcym i w momencie przyniesienia nudli do stacji przez bohatera mój umysł zaczął wyobrażać sobie, że te nudle urosną, będą chciały go zjeść, a on będzie musiał się ukrywać, itd., itd. Jednak potem stwierdziłam, że w sumie dobrze, iż zakończenie jest inne, bo to świadczy o tym, że umiesz zaskoczyć czytelnika :)

A teraz lekka łapanka literówek i brakujących przecinków:

 

To chyba jest robot, nie człowiek.

Brakujący przecinek.

 

Postawiłem sprawę jasno: jak nie dowiem się całej prawdy, to wracam do domu.

Mi by bardziej pasował tu dwukropek.

 

Naprawdę chcesz, bym wracał?

Brakujący przecinek.

 

Tej jeden rok rozwiązałby wszystkie nasze problemy.

Literówka.

 

To, co znaleźliśmy

Brakujący przecinek.

 

Przygotowuje kilka płytek z podłożem różnicującym

e → ę

 

Pozdrawiam serdecznie!

Życie mnie mnie, a Cię mnie?

Tylko nie nabieraj mnie proszę na tę długą listę czynności (odebranie, przeczytanie, napisanie).

Marasie, zupełnie niepotrzebnie doszukujesz się tu złych intencji. Ale dobrze, chętnie uzasadnię Ci “od kuchni”, dlaczego właśnie tak to zdanie zostało napisane.

Zacznę od tego, że tak, sprawdziłem przed napisaniem jak długo podróżuje fala radiowa z Tytana na Ziemię. I jest to mniej więcej tyle, ile napisałeś. Problem w tym, że nie jest to wartość stała, bo zmienia się w zależności od ułożenia Saturna/Tytana i Ziemi względem siebie oraz Słońca. W rzeczywistości będzie się wahać od 70 do ponad 90 minut. I to był główny powód, dla którego nie podałem konkretnej wartości, a zdecydowałem się na sformułowanie ogólniejsze. Mając do wyboru godziny i minuty, wyszło mi, że bliżej tej wartości do godzin. Co więcej, było to spójne z kreacją bohatera, któremu zdarzało się czasem nieco dramatyzować (jak to robi nazywając się “nieukiem”, czy też popadając w nieco pompatyczny ton w samej końcówce).

 

Co do wiadomości w formie wideo. Moglibyśmy dyskutować tu o przepustowości łączy kosmicznych, o tym czy jest sens “marnować” ograniczony bandwith na prywatne filmy wideo. Ty mógłbyś kontrargumentować, że mamy przyszłość i technologia poszła do przodu, więc ekstrapolowanie współczesnych problemów jest nieuzasadnione. Każdy z nas miałby rację.

Ale, nie lubisz ściemy, więc napiszę Ci szczerze, dlaczego zdecydowałem się na taki wybór komunikacji.

Jak zapewne wiesz, pływam zawodowo po morzach i oceanach, co skutkuje tym, że wielokrotnie odczułem na własnej skórze czym jest rozłąka, czym jest życie odosobnieniu przez długie tygodnie, przy bardzo ograniczonych możliwościach komunikacyjnych, a podobnych listów napisałem w życiu setki. Jest to jeden z powodów, dla którego po takie motywy często sięgam, bo relatywnie łatwo jest mi wyobrazić sobie, czym jest samotność w kosmosie.

Forma komunikacji jest często kwestią indywidualną. Dla mnie, mimo rozwoju technologii, Internetu, video-czartów, telefonów, czy komunikatorów, wciąż głównym narzędziem komunikacji jest email.

Owszem, zmienia się to w ostatnich latach i video-rozmowy czy czaty stają się coraz popularniejsze, ale… głównie, dlatego że umożliwiają komunikację bezpośrednią w czasie rzeczywistym. To jest ich główna zaleta.

W przypadku gdy taka komunikacja jest niemożliwa (jak w tym przypadku) i zostaje tylko list lub jednostronne nagranie filmu/audio, a to ostatnie przez wspomnianą jednostronność, bardzo traci na atrakcyjności. List zaś pozostaje uniwersalny. Funkcjonuje niemal odkąd wynaleziono alfabet i nie sądzę by to się jakoś drastycznie zmieniło w najbliższych dziesięcioleciach.

Owszem, zmieniła się forma z papierowej na elektroniczną, ale to wciąż list.

Inna sprawa… my na statku, obecnie, posiadając łącze o przepustowości około 1000Mbps, mamy zakaz streamingu video (dopiero to się powoli zmienia teraz), by nie marnować przepustowości. Znowu… jedna strona możliwości techniczne, a druga to ekonomia i szara rzeczywistość.

Ja w moim pisaniu lubię tę szarą przyziemność uwzględniać.

 

Dla porównania przepustowość obecnego połączenia z dużo bliższym Ziemi Marsem zmienia się od 500kbps do 3Mbps w zależności od odległości obu planet od siebie. To wciąż kilkaset razy wolniej niż to, co mamy na statku (mniej więcej tyle, ile mieliśmy 10-15 lat temu…a wtedy mogliśmy słać tylko maile)

 

Czy on te całe prawie 40 tys. znaków jakie widzimy wysłał jej w kilkunastu wiadomościach?

Tak. W założeniu gwiazdki miały oddzielać pojedyncze maile.

 

Wtedy rodzi się pytanie – do kogo wysłał tak sformułowaną ostatnią wiadomość?

I to jest bardzo celna uwaga. Szczerze? Chyba zabrakło mi konsekwencji.

 

HollyHell91,

dzięki za łapankę. Zaraz poprawię co trzeba.

Cieszę się, że się spodobało.

, że te nudle urosną, będą chciały go zjeść, a on będzie musiał się ukrywać, itd., itd

Ech, ten Obcy… co on z nami zrobił ;)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Odniosę się do Twoich wyjaśnień, Chro, ale to już w porządnym komentarzu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Odniosę się do Twoich wyjaśnień, Chro, ale to już w porządnym komentarzu.

Nie ukrywam, że jestem ciekaw Twojego odbioru, bo to jedno z tych opowiadań, które mogłoby spróbować swych szans w “wyzwaniu Marasa”.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Dwa z czterech zbiorników na metan przerobiliśmy na akwaria, w których trzymam moje śliskie, mrożone nudle i obserwuję je, dodając im przeróżnych substancji lub zmieniając temperaturę.

 

Będą miały u mnie tankowanie za kilka dni, dlatego musiałem przywrócić sprawność wszystkich zbiorników. W końcu taka była moja rola od początku, a nie bio-fanaberie. Moje tłuściutkie nudle, które tak pięknie rosły na acetylenie, wrzuciłem z powrotem do jeziora.

 

Wkładam kombinezon, aparat tlenowy, biorę szczelny pojemnik, otwieram drzwi śluzy. W akwarium już na mnie czekają. Tłuste krionudle, dokarmione acetylenem, ślicznie przytyły przez ostatnie dni.

Hmm, złapał nudle, wsadził je w pojemnik z metanem, potem przystosował zbiorniki na metan i tam wrzucił nudle, następnie musiał przywrócić sprawność zbiorników i wrzucił nudle do jeziora, by na koniec znowu je mieć w zbiornikach. Coś przegapiłam, czy logika faktycznie szwankuje?

 

Tak się zastanawiam, czy ci obcy to w dalszym ciągu ci sami obcy. Bo w sumie wyjęłeś nudle z ich normalnego środowiska i umieściłeś w środowisku idealnym, powstało coś nowego, ale czy to to samo, co miało szansę powstać na Tytanie? W sumie diabli wiedzą, jakimi ścieżkami podążałaby ewolucja, gdyby bohater się w nią nie wplątał. Ciekawam też, jak poradziły sobie nudle w jeziorze, chyba już przeskoczyły na wyższy stopień ewolucji i co się teraz stanie, kiedy znowu znajdą się w pierwotnym środowisku. Faktycznie, bohater razem z panią profesor trochę przypominają Boga. Aż się chce pomyśleć, czy nie powstaliśmy w taki sam sposób ;)

Muszę przyznać, że zarówno w podstawówce, jak i w liceum miałam problemy z przedmiotami ścisłymi, spowodowane fatalnymi nauczycielami. Dopiero teraz powoli przekonuję się do fizyki i matematyki i żal mi cholernie, że nie uczono mnie w sposób, jaki znajduję we współczesnych książkach. Niestety chemia to dla mnie wciąż terra incognita, a jednak rozumiałam, co piszesz (a przynajmniej tak mi się wydaje). Dobry jesteś, bo potrafisz przekazać wiedzę naukową w zrozumiały sposób :)

Trochę się dziwię, że nikt nie wyłapał jego kłamstwa na temat związku z kobietą, do której pisze, bo wydaje mi się że takie kłamstwo dyskwalifikowałoby go natychmiast. Także w przypadku przedłużenia kontraktu, a przecież musieli widzieć, że z nią koresponduje. Pani profesor musiała mieć niezłe plecy. Przy tym jej postępowanie… niby wszystko gra i buczy, przynajmniej jak się człowiek na spokojnie zastanowi. Miała zadanie, wykonywała go, trafiła się okazja do odkrycia naukowego – wykorzystała je, a przy okazji wykorzystała bohatera (list hakera), a kiedy się zorientowała, jak bardzo jest chory, pewnie dopadło ją przynajmniej szczątkowe poczucie winy i zaczęła robić wszystko, żeby mu pomóc. Jednak to stosunkowo krótki tekst, wydarzenia lecą na łeb na szyję i jak się to tak czyta, to powstaje wrażenie pewnego zachwiania, jakby sama nie wiedziała, czego chce. Po prostu wszystko za szybko się dzieje, co trzeci akapit coś się w jej postępowaniu wobec bohatera zmienia i mózg nie nadąża za zmianami ;)

Jeśli chodzi o kwestię związku bohatera z adresatką listów to postawiłeś na minimalizm. Właściwie nic o niej nie wiemy, nawet nie mówisz wprost, że jest chora, a jedynie napomykasz o terapii. I w sumie dobrze, bo podreśliłeś wybory bohatera. Powiedziałabym wręcz, że za dużo o niej powiedziałeś. Najpierw ona chce, żeby wracał, potem dopytuje, co się stanie, jeśli nie podpisze oświadczenia o świadomości ryzyka zarażenie, a na koniec – jak wnioskuję – jest za tym, żeby jednak został. I tu się można zastanawiać, o co jej właściwie chodziło: nie chciała stracić jego, czy też nie chciała stracić szansy na leczenie?

I wreszcie twist, czyli dylemat moralny. Eee, już robię minę sugerującą zawstydzenie, posypuję głowę popiołem, biję się w piersi, bo prawdę powiedziawszy nie miałabym najmniejszego dylematu moralnego. Pewnie byłoby mi żal nudelków, gdybym – jak bohater – poświęciła im tyle czasu, patrzyła, jak w jakiś tam sposób na mnie reagują, nie mówiąc już o tym, że ładne pewnie były. Ale to nie jest dylemat moralny. I tu się potknęłam, bo ni cholery bohatera i jego rozterek nie rozumiem. Ale ja chłopskie dziecko jestem i może to dlatego ;)

Ogólnie czytało się świetnie, lektura satysfakcjonująca, podobało mi się.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hmm, złapał nudle, wsadził je w pojemnik z metanem, potem przystosował zbiorniki na metan i tam wrzucił nudle, następnie musiał przywrócić sprawność zbiorników i wrzucił nudle do jeziora, by na koniec znowu je mieć w zbiornikach. Coś przegapiłam, czy logika faktycznie szwankuje?

Nie nic nie przegapiłaś. Raczej nieco na wyrost zinterpretowałaś słowo “przystosować”, przez co operacja wydaję się bardzo skomplikowania ;). Wszak dużo zmieniać nie trzeba było, bo metan w zbiornikach był w stanie ciekłym, i był pompowany do nich wprost z rzeki.

 

Bo w sumie wyjęłeś nudle z ich normalnego środowiska i umieściłeś w środowisku idealnym, powstało coś nowego, ale czy to to samo, co miało szansę powstać na Tytanie?

Ale to środowisko “idealne” niewiele różniło się od ich naturalnego. Bohater dostarczył im substancji odżywczych, i dobrał temperaturę, dzięki której mogły się szybciej rozwijać.

Zresztą, w moim założeniu było, że tam głębiej istnieje bardziej skomplikowany ekosystem, a to, co bohater spotkał, to jego namiastka, przystosowana do życia w skrajnych warunkach.

 

Dobry jesteś, bo potrafisz przekazać wiedzę naukową w zrozumiały sposób :)

Bardzo miły komplement :). Choć akurat w przypadku chemii i biologii dostałem trochę pomocy od mądrzejszych ode mnie w tej dziedzinie.

 

Po prostu wszystko za szybko się dzieje, co trzeci akapit coś się w jej postępowaniu wobec bohatera zmienia i mózg nie nadąża za zmianami ;)

Tak, to już kilka osób dostrzegło wcześniej. Kilka dodatkowych akapitów na złapanie oddechu pewnie by nie zaszkodziło.

 

że jest chora, a jedynie napomykasz o terapii.

Liczyłem, że “boty insulinowe” będą wystarczająco wymowne.

 

I tu się można zastanawiać, o co jej właściwie chodziło: nie chciała stracić jego, czy też nie chciała stracić szansy na leczenie?

Zastanawiać się można, a owszem :).

Ja bym się nie doszukiwał egoizmu w jej decyzji.

 

posypuję głowę popiołem, biję się w piersi, bo prawdę powiedziawszy nie miałabym najmniejszego dylematu moralnego.

Jakież to ludzkie, co nie? Tak nas ewolucja ukształtowała, nie ma co się bić w piersi. :)

 

Dziękuje Ci, Irko, za poświęcony czas i wiele ciekawych uwag.

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Nie nic nie przegapiłaś. Raczej nieco wyolbrzymiłaś słowo “przystosować”, przez co operacja wydaję się bardzo skomplikowania ;) Wszak dużo zmieniać nie trzeba było, bo metan w zbiornikach był w stanie ciekłym, i był pompowany do nich wprost z rzeki.

No dobra, ale tak czy siak nudle wrzucił do rzeki, więc skąd się wzięły z powrotem? I nawet pompowanie nie pomaga, bo przecież wcześniej musiał je ręcznie zebrać i przynieść.

 

Ale to środowisko “idealne” niewiele różniło się od ich naturalnego. Bohater dostarczył im substancji odżywczych, i dobrał temperaturę, dzięki której mogły się szybciej rozwijać.

Bo ja wiem, czasem wystarczy naprawdę niewiele zmienić, żeby dostać coś odmiennego. Ale to nie był zarzut, zwykłe rozważania ;)

 

Liczyłem, że “boty insulinowe” będą wystarczająco wymowne.

Były, to też nie był zarzut :)

 

Jakież to ludzkie, co nie? Tak nas ewolucja ukształtowała, nie ma co się bić w piersi. :)

No, z wrażliwością Twojego bohatera długo byśmy jako gatunek nie przetrwali :) Ludzie potrzebowali mięsa, ryb i owoców morza, żeby się rozwijać.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

No dobra, ale tak czy siak nudle wrzucił do rzeki, więc skąd się wzięły z powrotem? I nawet pompowanie nie pomaga, bo przecież wcześniej musiał je ręcznie zebrać i przynieść.

Tak zrobił. Ja już tego nie opisywałem. Po decyzji o pozostaniu jest napisane, że “poszedł na ryby”, a reszta już w domyśle.

 

Bo ja wiem, czasem wystarczy naprawdę niewiele zmienić, żeby dostać coś odmiennego. Ale to nie był zarzut, zwykłe rozważania ;)

Mówimy tu o horyzoncie czasowym kilku miesięcy. Może w przypadku bardzo prostych organizmów, gdzie czas życia jednego pokolenia to kilka chwil, to mogłoby tak się stać.

 

No, z wrażliwością Twojego bohatera długo byśmy jako gatunek nie przetrwali :)

Zobaczymy jak będziemy dziadkami, bo jednak powoli w tym kierunku to zmierza :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Jak już mówiłam, nadludzkim wysiłkiem woli wyprodukowałeś dylemat…

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

No to jestem. Swoje dwie uwagi/wątpliwości wyraziłem już wyżej. Troszkę dodałeś tej dramaturgii z godzinami wyczekiwania na dojście wiadomości, skoro to ledwo godzina z hakiem. No i rzeczywiście ta swoista niekonsekwencja w finalnej wiadomości (jeśli to szło do ukochanej to nieco patetyczne i forma nie ta), gdzie bohater z autora listu do Laury przeobraża się raczej w narratora pierwszoosobowego piszącego w czasie teraźniejszym (mam wrażenie, że były już wcześniej momenty zbliżone do tej niekonsekwencji w tekście, które zbliżały się do takiej narracji, wychodząc niejako z formuły „listów” do konkretnego adresata).

Co tu dużo mówić, dobry tekst. Nie wywalił mnie z kapci (główny powód podam za chwilę), ale dzięki Twojej wiedzy zawodowej oraz wsparciu fachowców z innych dziedzin, dobrze i mocno wybrzmiewa warstwa naukowa. Konkret. Mocna strona opowiadania. Nie znam się na tym, więc nie mam co i jak podważać. Więc przyczepię się od innej strony – czasem te informacje naukowe brzmią chyba zbyt encyklopedycznie jak na list do ukochanej. Oczywiście próbujesz to sprytnie obejść, wspominając mimochodem, że ona lubi wiedzieć wszystko ze szczegółami, ale wrażenie (zwłaszcza we fragmencie o ściądze Tytańczyka) pozostaje.

I tutaj moje skojarzenie – od pewnego momentu miałem wrażenia podobne jak przy lekturze Andy’ego Weira. I nawet nie „Marsjanina” tylko bardziej „Projektu Mary Hail Mary". To podobieństwo przelewa się też na moje odczucia po lekturze – nie ma jakiegoś zachwytu, ale jest przyjemna lektura i szacun za merytorykę. Chociaż… Przyznam, że w „Projekcie…” była scena, gdzie autentycznie klucha mi stanęła w gardle ze wzruszenia (jeśli czytałeś, to chyba wiesz, o czym mówię), a u Ciebie tego zabrakło.

No właśnie, bohater pisze i pisze do tej ukochanej, że tęskni itd., w tle pojawia się nagle, w sumie jak królik z kapelusza, choroba Laury i potrzeba zdobycia środków na jej leczenie – przyznaj, pojechałeś po najmniejszej linii oporu tutaj, w sumie szukając uzasadnienie, dla którego bohater zostanie na Tytanie, do tego mamy postępujące problemy zdrowotne bohatera, wręcz walkę o życie, na dalszym planie tragedię bohaterów opowiadania Belli, a ja nie czułem żadnych emocji podczas lektury. Żadnych. Nie wiem, czy to wina formy opowieści, stylu, braku jakiegoś skutecznego stopniowania (niby jest, ale nie działa, podkręcania napięcia – nie wiem, po prostu zero się przejmowałem losem Tomasza (to był Tomasz, prawda?).

Co jeszcze. Fajnie wykorzystałeś motyw eksperymentu Millera, tak właśnie trzeba pisać s-f, sięgając po naukę i wykorzystując ją umiejętnie w fabule. Druga rzecz warta podkreślenia w kontekście pisania s-f – wymyśliłeś ciekawą sytuację z pogranicza etyki czy może „kosmicznej moralności” (nazywaną tutaj w komentarzach dylematem), godną opowiadania s-f. Tak trzeba pisać s-f, zadając ciekawe pytania, stawiając bohatera w nowych sytuacjach, wyrosłych na gruncie fantastycznych pomysłów i fabuł. Twoja sytuacja też jest interesująca – bohater pierwszego kontaktu (w sumie drugiego, bo pierwszy być może miał miejsce u Belli) musi okazy obcego życia wykorzystać w celu uratowania własnego. Nie mówię, że to coś nowego, bo przecież ludzie zabijają obcych wszędzie i z różnych powodów, począwszy od „Nie wolno zabijać człowieka”, przez „Fiasko” a skończywszy na „Avatarze". Ale pod sam koniec tekstu właśnie taka sytuacja się pojawia i to jest kolejny plus dla tego opowiadania. Jednakże ten „dylemat” nie wybrzmiewa z jakąś szczególną mocą, nie kopie czytelnika w zadek. Ot, jest, kiwamy głową, ok, pozabija te proste formy życia, bo potrzebuje odtrutki, w sumie w porządku. I tyle. Troszeczkę takie phi, mimo tego rzeźnika i nieco napuszonych ostatnich dwóch zdań.

Na „wyzwanie s-f” rzeczywiście tekst by pasował i byłby solidnym zawodnikiem w stawce. Technicznie trzyma poziom, forma wymagająca, ale udźwignąłeś. Tekst stroną merytoryczna stoi. Nie czesałem tekstu, ale w kilku miejscach się zatrzymałem:

 

Chciałoby się jej wręcz napić, popływać w niej, gdyby nie świadomość tego czym jest, i jak nieprzyjazny to świat, można by dać się zwieść.

– to zdanie trochę gubi sens. Gdyby tak podzielić je na dwa, a drugie zacząć właśnie od: Gdyby nie świadomość…

 

W pewnych miejscach przybierają ciemnobrązowy odcień, a tam już nie widać dna. Zastanawiam się, czy tam coś może żyć. Skoro na Enceladusie szukają życia, to dlaczego nie tu? Tam głębiej warunki są przecież podobne.

– chyba grasz tu na tam-tamach.

Po prostu robię to, co mi każe. Zwłaszcza że to, co zrozumiałem

– a tutaj grasz w tocolotka.

Podczas lektury towarzyszyło mi wrażenie, które mam zawsze, gdy czytam tekst, w którym ktoś zwraca się do konkretnego kogoś (nie jako narrator zwracający się do jakiegoś tam słuchacza-czytelnika), czyli na ile forma tłumaczy literacki język i styl takich wypowiedzi. Są dzieła, gdzie to nie zgrzyta. Ale gdy facet pisze wiadomości do ukochanej i jedzie opisami, zwrotami, wtrąceniami literackimi, to mam wątpliwości. Są autorzy, którzy wykorzystują świadomie język bohatera, najlepszy przykład to „Kwiaty dla Algernona”, ale gdy narracja stoi w pewnym rozkroku pomiędzy tym, że to niby listy, ale też jednocześnie dzieło literackie, w którym autor "podbija" styl wypowiedzi bohatera, to jednak mam zagwozdkę jak to traktować. Podam może najprostszy przykład z Twojego opowiadania:

metanu naklejona niedbale […]

– serio ktoś by pisał, że była naklejona niedbale w liście do ukochanej? Może jakiś literat, ale nie literat pisał te listy. Takich wrzutek jest więcej.

Dwa z czterech zbiorników na metan przerobiliśmy na akwaria, w których trzymam moje śliskie, mrożone nudle i obserwuję je, dodając im przeróżnych substancji lub zmieniając temperaturę.

– i na koniec pewna wątpliwość merytoryczna. Naprawdę tak łatwo w bazie na Tytanie przerobić zbiornik na paliwo na „akwarium"? I to takie, w którym można obserwować obiekty badań? Przyznam, że nie mam pojęcia jak to miałoby wyglądać i funkcjonować. Nie widzę jakoś ani rozmiaru tych zbiorników, ani sposobu wglądu w ich zawartość, ani łatwości, z jaką bohater zamienił je z powrotem w zbiorniki paliwa.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Opowiadanie przeczytałam lekko i bez wysiłku. Napisane przejrzyście i klarownie, tak, że po kilku dniach bez trudu przypominam sobie jego treść. Podobały mi się metanowe rzeki i jeziora, fajnie wymyślone nudle z grupą chyba nitrylową (mało pamiętam z chemii). Znam za to rękawiczki nitrylowe.

Zaserwowałeś nam kosmos i życie, zagrożoną miłość połączoną z tęsknotą (nie miał wyboru, ta Szwajcaria) i kryminał z "kosmitami", szaloną Scarlett i cyjankiem w tle, a związać je może B12. Jak ją jednak wyprodukować? 

Naprawdę ciekawe, zarówno w warstwie pisarskiej – konsekwentna forma: kartki z dziennika wysyłanego ukochanej (tak je traktuję), jak i fabularno– bohaterskiej. Rozumiem, czuję postaci, które opisujesz, ich motywacje są dla jasne, a przy tym pozostają zwykłymi ludźmi, choć w niecodziennych okolicznościach. 

Dodatkowego smaku dodają przyprawy wiedzowe, kilka razy googlowałam, co ogromnie lubię, czasami, w takich przypadkach. xd 

 

Drobiazgi:

,Ćwiczę, ale na tych kilku metrach szlag mnie trafia, bo ile można robić pompki.

Chyba czegoś brakuje, bo albo chodzi o liczbę pompek (powtórzeń), albo o poświęcany czas.

,Korci mnie, by wyjść na zewnątrz, rozejrzeć się po okolicy, ale się boję

Hmm, to strasznie ciekawe. Czyżby nie musiał wychodzić w ogóle? Możliwość przewidujesz, ale nie ma przymusu? Potem to robi?

,I wcale nie jest biało, przypomina to pustynię z wydmami piasku i kamieniami, jak Gobi. Te kamienie to podobno lód. Nie wiem czy to prawda, jeszcze nie sprawdzałem. Jutro to zrobię przy okazji inspekcji.

Bez „to” można też pożyć w krajobrazie Gobi. Ciut zmniejszyłabym ich liczbę. :-)

,Wiesz(+,) jakie jest moje ulubione zajęcie tutaj?

,No więc(+,?) ta ciecz jest niesamowicie przejrzysta.

,Wysyłam Ci wiadomość i czekam godzinami(+,) aż dojdzie

,Mam racjonować żywność do czasu(+,) aż nie dotrze do mnie z Ziemi moduł z bio-labem.

,To chyba jest robot(+,?) nie człowiek.

,Tej jeden rok

Literówka.

,Wolałem o tym szczególne nie wiedzieć.

Literówka.

,Pytasz, co będzie(+,) jak nie podpiszę? No(+,) jak nie podpiszę, to nie polecę.

,To(+,) co znaleźliśmy, to pewnie tylko jakieś prymitywne ekstremofile.

Może by powalczyć z „to”. ;-)

 

Odnośnie gorzkich migdałów – są uprawiane na dużo mniejszą skalę niż te słodkie. O ile mnie pamięć nie zwodzi, bo nie będę się już upewniała, olejek z tych gorzkich jest używany do produkcji likieru Amaretto, ale olejek powstaje już po oddzieleniu kwasu pruskiego (cyjanowodór), więc nie ma się czego bać. ;-)

Zupę pierwotną – stworzenie życia od zera – hoduje w laboratorium, eksperymentuje z nią w zlewkach i probówkach przy akompaniamencie symulacji komputerowych, prof. Jack Szostak (noblista za telomery, starzenie się). Pewnie nie tylko on to robi. Choć akurat on jest cholernie tym zaabsorbowany. 

 

Skarżenie jest już niepotrzebne, a poza tym będę za. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Marasie,

(mam wrażenie, że były już wcześniej momenty zbliżone do tej niekonsekwencji w tekście, które zbliżały się do takiej narracji, wychodząc niejako z formuły „listów” do konkretnego adresata).

Mogły się zdarzyć. Bo to jednak opowiadanie, więc ta narracja czasem się wyrywa spod kontroli.

 

I tutaj moje skojarzenie – od pewnego momentu miałem wrażenia podobne jak przy lekturze Andy’ego Weira. I nawet nie „Marsjanina” tylko bardziej „Projektu Mary Hail Mary". To podobieństwo przelewa się też na moje odczucia po lekturze – nie ma jakiegoś zachwytu, ale jest przyjemna lektura i szacun za merytorykę. Chociaż… Przyznam, że w „Projekcie…” była scena, gdzie autentycznie klucha mi stanęła w gardle ze wzruszenia (jeśli czytałeś, to chyba wiesz, o czym mówię), a u Ciebie tego zabrakło.

Nie czytałem Weira (bo ja ogólnie zbyt oczytany w SF nie jestem… właściwie dopiero portal mnie na ten gatunek nieco otworzył), ale Sara miała podobne skojarzenia.

Zabrakło wzruszenia. Trudno, choć przyznam, że od początku moim priorytetem było jednak okiełznanie tego Tytana, zaprojektowanie alternatywnego modelu życia w tych warunkach. Na tym się koncentrowałem najmocniej, a emocjonalna sfera jednak pozostawała na drugim planie.

 

Nawiązanie do opka Belli również było od początku w założeniu. Tu akurat zainspirował mnie prześmiewczy poradnik MaSkrola w którym miały być dodatkowe punkty za Plutona lub inne ciała Bellocentryczne … więc jak już znalazłem tego Tytana, a ten Enceladus tak blisko, to nie mogłem się powstrzymać.

 

Tomasza (to był Tomasz, prawda?).

Nie zdradziłem jego imienia… i może w tym właśnie problem, trudniej się utoższamić z bohaterem, gdy imienia brak.

 

Jednakże ten „dylemat” nie wybrzmiewa z jakąś szczególną mocą, nie kopie czytelnika w zadek. Ot, jest, kiwamy głową, ok, pozabija te proste formy życia, bo potrzebuje odtrutki, w sumie w porządku. I tyle. Troszeczkę takie phi, mimo tego rzeźnika i nieco napuszonych ostatnich dwóch zdań.

Możliwe, że za mało mu dałem czasu, by się z nimi zżył. A im za mało inteligencji. Gdyby miały jej więcej, choćby tyle, co pies, mogłoby to wybrzmieć inaczej.

 

metanu naklejona niedbale […]

– serio ktoś by pisał, że była naklejona niedbale w liście do ukochanej? Może jakiś literat, ale nie literat pisał te listy.

Ja akurat mógłbym sobie pozwolić na taką ekstrawagancję, w zależności od humoru czy nastroju. No, ale ja jestem trochę literat, więc to się nie liczy :)

 

– i na koniec pewna wątpliwość merytoryczna. Naprawdę tak łatwo w bazie na Tytanie przerobić zbiornik na paliwo na „akwarium"? I to takie, w którym można obserwować obiekty badań? Przyznam, że nie mam pojęcia jak to miałoby wyglądać i funkcjonować. Nie widzę jakoś ani rozmiaru tych zbiorników, ani sposobu wglądu w ich zawartość, ani łatwości, z jaką bohater zamienił je z powrotem w zbiorniki paliwa.

 Możliwe, że pokutuje tu nasze ziemskie przyzwyczajenie, bo jak słyszymy zbiornik na metan, to widzimy super szczelny zbiornik pod ciśnieniem na skroplony gaz ziemny.

Tymczasem warunki na Tytanie są takie, że ten metan jest ciekły. Nie potrzeba ciśnienia. Porównaj to sobie do dużej beczki na wodę w warunkach ziemskich.

Trudno beczkę przerobić na akwarium? Wystarczy zdjąć wieczko i włożyć grzałkę.

(no rozmiarowo te beczki będą dość duże, bo muszą pomieścić paliwo dla promu kosmicznego, ale ten metan w jeziorze a metan w zbiorniku jest dokładnie ten sam (w zbiorniku byłby oczyszczony z zanieczyszeń stałych).

 

Swoją droga, już tak na marginesie tego opowiadania, te pomysły o wykorzystaniu Tytana jako źródła paliwa rakietowego, im dłużej o tym czytałem, tym bardziej realne mi się wydawało.

Bo panuje tam niemal stała temperatura -179 stopni C (waha się o kilka ledwie). A w tej temperaturze i przy ciśnieniu zbliżonym do Ziemskiego (tam jest chyba 1.5 Ziemskiego) jedynymi substancjami pozostającymi w fazie ciekłej są: metan, etan i propan. Każdy z tych związków może być wykorzystany jako paliwo klasyczne. Wszelkie zanieczyszczenia będą w formie stałej lub lotnej, więc tego nawet nie trzeba rafinować ani przerabiać. Wystarczy filtr cząstek stałych i gotowe.

 

Dzięki za wyczerpujący komentarz i poświęcony czas, Marasie. Doceniam. Postaram się w wolnej chwili udać sie z rewizytą, bo widziałem, że już czeka coś świeżego u Ciebie.

 

Asylum,

dziękuję za uwagi i cieszę, że przypadło do gustu.

Te drobnostki z listy w wolnej chwili poprawę.

 

Hmm, to strasznie ciekawe. Czyżby nie musiał wychodzić w ogóle? Możliwość przewidujesz, ale nie ma przymusu? Potem to robi?

Generalnie musi wychodzić tylko wtedy, kiedy jest to niezbędne. Patrz – kontrola instalacji. Początkowo, nie ma potrzeby wychodzenia, więc stara się unikać.

 

Zupa pierwotna jest super, sam bym chętnie pogotował taką :) … a telomery mam długie, jak młody Bóg ;). O nich też można by fajne opowiadanie napisać.

 

Skarżenie jest już niepotrzebne, a poza tym będę za. ;-)

Podobno nie wolno zdradzać tego za wcześnie ;)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

trudniej się utoższamić z bohaterem, gdy imienia brak.

Albo łatwiej, bo możesz go sobie nazwać, jak chcesz. Zresztą, niech mu będzie Wojtek :)

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Tekst niesamowicie mi się podobał, zwłaszcza to co się działo z tymi krionudlami, ciekawa narracja, świat i bohaterowie, brakuje mi tylko zakończenia.

 

Bardzo, ale to bardzo chciałbym poznać koniec tej historii, jak już wyzdrowieje, zbada co miał zbadać i może wróci na Ziemię (po drodze Tytan mogą odwiedzić statki badawcze i Scarlett xd), no nic … bardzo chciałbym ciąg dalszy :>

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Iluvathar,

kontynuacji nie planowałem… ale… zasiałeś ziarenko ;)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

No to super, bo naprawdę, bardzo ale to bardzo mnie ciekawią dalsze losy tej historii :>

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Dalszych losów na razie nie ma, ale jeśliś ciekaw co się działo równolegle na Enceladusie, to łap → https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/18352.

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Dzięki za kopniaka. Postanowiam. Napiszę swoje opowiadanie/ wygram konkurs. (niepotrzebne skreślić)

 

Tu na razie jest ściernisko, ale będzie San Chrościsko!

 

Ogólnie opowiadanie przywiodło mi na myśl powieść Marsjanin Andyego Weira i film na jej podstawie. Ale to dobrze, bo nawet po kilku seansach mi się nie znudził. Tak też samo opowiadanie, będące wiadomościami do ukochanej mnie zauroczyło. Może to też solidne podejście do technikaliów opowiadania?

Opowiadanie skacze od nadziei, do beznadziei, i ponownie do nadziei, jednak wymieszanej z goryczą. Ale to dobrze. Bawisz się emocjami czytelnika, przez co właśnie czytelnik jest bardziej zainteresowany opowiadaniem. Wyszło Ci to bardzo dobrze.

Sama sytuacja bohatera, który jest oddalony od swojego Boga w postaci Scarlett jest tragiczna. Tragedia inżyniera wynika z wielu powodów – determinacji, by pomóc finansowo ukochanej, obowiązkowości, by pomóc Scarlett w badaniach i a na samym końcu desperacji, by przeżyć.

Wy­szło pod­tru­cie cy­ja­no­wo­do­rem. Gorz­kie mig­da­ły nie były złu­dze­niem.

Szczerze mówiąc – sam tytuł zdradził już obecność cyjanowodoru w tekście. :P

No chyba, że taki był Twój zamiar, rozumiem. Fajnie, że zgadza się z treścią, chociaż gdy już pojawiły się pierwiastki wodór, węgiel i azot w jednym zdaniu – wiedziałem, gdzie to będzie zmierzać. :3

 

Mil­le­ra–Ureya

Podoba mi się wykorzystanie tego eksperymentu. Od czasu do czasu sobie o nim przypominam i myślę o pięknie procesów, prowadzących do powstawania coraz to bardziej skomplikowanych struktur.

Konsultacje chemiczno-mikrobiologiczne baaaardzo pomogły temu tekstowi. Jako osoba przeklęta biologiczno-chemicznymi studiami doceniam wykorzystanie wielu naukowych nazw i eksperymentów, które faktycznie mają sens.

Tajemniczy mikrob z Enceladusa, powodujący zakażenie u ludzi – bardzo fajne ukazanie niebezpieczeństw, związanych z szukaniem życia w kosmosie.

Jako student weterynarii, babrający się teraz z mikrobiologią na dwa tygodnie przed egzaminem – szczegółowy opis hodowli bakterii na podłożu był dla mnie źródłem satysfakcji. Też stresu, bo egzamin, ale także satysfakcji, bo mogłem się jakoś odnieść do sytuacji w tekście. :D

 

No super opko ogółem. Kusi, by zgłosić do Piórka. Zastanowię się. :P

 

Pozdrawiam i dziękuję!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Dzień dobry, Katafrakcie, barbarzyński, a jakże,

 

Szczerze mówiąc – sam tytuł zdradził już obecność cyjanowodoru w tekście. :P

No chyba, że taki był Twój zamiar, rozumiem

Ostrzegano mnie, że będzie to spoiler dla każdego chemika i czytelnika Agaty Christie… ale zostawiłem świadomie. To zatrucie akurat nie było kluczowym punktem tekstu, a jednym z elementów, więc ten lekki spoiler IMHO nie rzutował jakoś specjalnie na odbiór całości… ba, nawet mógł dawać satysfakcję czytelnikom, że się tego domyślili.

 

Jako student weterynarii, babrający się teraz z mikrobiologią na dwa tygodnie przed egzaminem – szczegółowy opis hodowli bakterii na podłożu był dla mnie źródłem satysfakcji.

Bardzo się cieszę… i przyznaję się, że o ile chemię w miarę jeszcze ogarniałem, a konsultantki wskazywały mi, co trzeba dopracować, to na hodowli mikrobów bym bez Arnubisa poległ.

 

No super opko ogółem. Kusi, by zgłosić do Piórka. Zastanowię się. :P

Zbyt długo to się nie zastanawiałeś ;)

Miłe to.

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Zbyt długo to się nie zastanawiałeś ;)

Być może xD

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Oj Chrościsko…

 

Najpierw będzie narzekanie.

Na pewnym etapie – i to jakoś przed połową tekstu – miałem wrażenie, że czytam notatki z podręcznika chemika/biochmika, poszyte ze sobą jakąś snująca się w tle fabułką. I nie, żebym był do takich zabiegów negatywnie nastawiony, lubię to, widać risercz, można się czegoś dowiedzieć, zaufałem opowieści w rzetelność podanych informacji, tylko ich ilość powodowała lekką poznawczą zadyszkę.

Opowiadane rozwija się wolno. Nawet, powiedziałbym, snuje się od fragmentu do fragmentu, od wiadomości do wiadomości. Przychodzą też pierwsze bardzo intrygujące elementy, to jest te kriorobaki, które potem na długi czas schodzą ze sceny, by ustąpić historii walki o przetrwanie. I ten element rzeczywiście wciąga, z zapartym tchem przechodzi się do kolejnych fragmentów, bo każdy może przynieść coś nieoczekiwanego.

I, ostatecznie, przynosi to – tylko, że jednocześnie pozostawia mnie z niesmakiem. Zrobiłeś na koniec takiego ideologicznego fikołka (porównanie spożycia pierwotnego organizmu do morderstwa), że aż mi się cały ruch vege odbił czkawką. I to nawet więcej, bo z takim podejściem, to by nikt nie zjadł nawet pomidora, wszak rośliny czują, reagują na światło i dźwięk, ponoć "wiedzą" kiedy są zrywane, a nawet się w pewien sposób komunikują poprzez korzenie. Nie kupiłem tego, tak samo jak rozterek bohatera. Nie jestem w stanie uwierzyć, by ktoś AŻ TAK daleko posunął się w swoich rozważaniach, by życie pierwotniaka zrównać z życiem człowieka.

Tym bardziej, że sam opisujesz te organizmy jako bardzo, ale to bardzo prymitywne (nawet nie wiadomo, czy to do końca życie – wszak namnażają się też wirusy, a w poczet organizmów żywych ich nie włączamy).

I tak, wiem, chciałeś zasiać ziarno niepewności przez ten fragment:

Czasem miałem wrażenie, że na mój widok układają się w dziwaczne wzory, a gdy odchodzę, powraca między nie chaos. Jakby czuły, kto je karmi.

I, szczerze mówiąc, odbiłem się od niego jak od ściany, bo po pierwsze, używasz słowa “widok”, co już świadczy o jakiejś analizie bodźców wzrokowych, w przypadku organizmów opisanych przez ciebie (”korzenie”, makaron “oparty o autokatalizę i samorzutną polimeryzację”). Reakcja, która widzi bohater, może wywoływać wszystko. Światło, zmiana temperatury, jeszcze jakiś inna zmienna, pojawiająca się w danych okolicznościach (”czasem” czyli nie zawsze).

Zabrakło tu jakiejś większej nadbudowy, bym uwierzył w świadomość tych istot – o której pod koniec opowiadania bohater jest tak przekonany.

Trochę żałuję też, że nie poszedłeś dalej z wątkiem Scarlett. Z początku wydawało mi się, że tak będzie. Że wiadomości staną się coraz krótsze, bardziej zdawkowe, że pomiędzy wierszami (”boska Scarlett”) będziesz nam snuł głęboką i do bólu prawdziwą opowieść o tym, jak to rozłąka jednak oddala od siebie i jak to praca jednak do siebie może zbliżyć, ale to się finalnie nie wydarzyło, choć tropy prowadziły niemal do samego końca historii.

 

Teraz chwalenie.

Po pierwsze warsztat. Nie rzucił mi się w oczy żaden błąd, chylę czoła. Słowem tez operujesz wprawnie i wręcz poetycko, wprowadzasz w melancholijny klimat; tam, gdzie trzeba być oszczędnym, jesteś oszczędny. To się czyta jak marzenie.

Po drugie – risercz. Przygotowałeś się, nie ma co. Przygotowałeś się tak mocno i potraktowałeś sprawę tak dogłębnie, że czasem aż nie miałem pojęcia, o czym w ogóle piszesz (patrz wyżej :P).

Po trzecie – kurde, ale to wszystko było prawdopodobne, rozsądne i realne. Strzelam, że wykorzystałeś trochę swoich marynarskich doświadczeń, bo nie wiem, czy bez tego ktoś by tak dobrze opisał rozłąkę, liczenie dni do spotkania, bierne czekanie, czy wykonywanie poleceń bez jakiejkolwiek wiedzy, po co się je wykonuje. Nawet te dłużyzny opisowe, czasem się powtarzające, w obranej przez ciebie formie są mistrzowsko autentyczne, bo wierzę, że właśnie tak mogłyby wyglądać takie słane z nowego miejsca wiadomości do ukochanej. To jest – obok niesamowicie wciągającej walki bohatera o przetrwanie – najmocniejszy element twojego opowiadania.

Po czwarte – forma. Dobrze ja dobrałeś do historii, cieszę się, że nie wplotłeś tu dialogów, tylko od początku do końca prowadzisz nas przy pomocy opisów i narracji. Lubie taką formę, o ile jest dobrze podana. Ty zrobiłeś to po mistrzowsku.

Na zakończenie, które nie daje rozstrzygnięcia (i urywa trochę wątek Scarlett, który chyba tylko w mojej głowie się urodził, a nie w zamyśle autora), nie będę narzekać (tak jak niejaki Chrościsko pod jednym z moich tekstów :P). Więcej, ja to bym pewnie jeszcze z większa niepewnością ten tekst zakończył, bo jednak twoje zakończenie daje mocną nadzieję, że bohater przeżyje, kiedy już poświęci te makarony – ale jako, że ja mam skłonność do zakończeń rozmytych i dyskusyjnych, to wierzę, że wybrałeś najbardziej wyważona opcję z możliwych.

Gratulacje, naprawdę świetny tekst.

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Oj, Geki… Twój komentarz jest jak poziom hormonów u dojrzewającej nastolatki :) …zmienny i pełen skrajności.

 

AŻ TAK daleko posunął się w swoich rozważaniach, by życie pierwotniaka zrównać z życiem człowieka.

Tym bardziej, że sam opisujesz te organizmy jako bardzo, ale to bardzo prymitywne (nawet nie wiadomo, czy to do końca życie – wszak namnażają się też wirusy, a w poczet organizmów żywych ich nie włączamy).

Ale to jest postrzeganie według naszej Ziemskiej definicji życia i biologii. Z pozoru wydają się prymitywne, ale czy takie są? Nie wiemy tego. Nie wiemy nawet jak funkcjonuje ich metabolizm, jakie mają zmysły, czy porozumiewają się między sobą i na ile czują/rozumieją.

Stąd też dylemat, który starałem się pokazać… błędem moim nie było zle zdefiniowanie dylematu, a to, że zbyt mało miejsca poświęciłem tym robalom, że nie zasygnalizowałem mocniej ich potencjalnej inteligencji, wreszcie, nie dałem bohaterowi poznać je bliżej, związać się z nimi emocjonalnie.

Wówczas by to wybrzmiało inaczej…lepiej… ale tu już trochę wina mojego braku cierpliwości.

Pewnie jakbym dał tekstowi poleżeć jeszcze z 2 tyg, i wrócił do niego, dałoby się to zrobić lepiej.

 

Trochę żałuję też, że nie poszedłeś dalej z wątkiem Scarlett. Z początku wydawało mi się, że tak będzie. Że wiadomości staną się coraz krótsze, bardziej zdawkowe, że pomiędzy wierszami (”boska Scarlett”) będziesz nam snuł głęboką i do bólu prawdziwą opowieść o tym, jak to rozłąka jednak oddala od siebie i jak to praca jednak do siebie może zbliżyć, ale to się finalnie nie wydarzyło, choć tropy prowadziły niemal do samego końca historii.

Wtedy mielibyśmy dramat… a tu chodziło mi, by pokazać jednak, że ten bohater, mimo przeciwności pozostaje wierny. Że fascynacja tą drugą osobą, owszem, może zaistnieć, a mimo to, da się nad tym zapanować… pozwoliłem sobie tutaj na pewną subtelną grę z czytelnikiem, by mógł poczuć to ukłucie zazdrości, szczyptę fascynacji, czy też niepokój o związek… bardzo różnie jest ten fragment odbierany, i bardzo się z tego cieszę.

(i urywa trochę wątek Scarlett, który chyba tylko w mojej głowie się urodził, a nie w zamyśle autora)

Nie urodził się w Twojej głowie… dokładnie taki był mój zamiar :)

 

Strzelam, że wykorzystałeś trochę swoich marynarskich doświadczeń, bo nie wiem, czy bez tego ktoś by tak dobrze opisał rozłąkę, liczenie dni do spotkania, bierne czekanie, czy wykonywanie poleceń bez jakiejkolwiek wiedzy, po co się je wykonuje.

Myślę, że weszło mi to już w krew i jest naturalne jak oddychanie :)

 

, nie będę narzekać (tak jak niejaki Chrościsko pod jednym z moich tekstów :P).

:DDDD

Bo tamto zakończenie było skandaliczne, do dziś je pamiętam. ;)

 

Dzięki, Geki, za bardzo rozbudowany, i jednak pozytywny komentarz :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Stąd też dylemat, który starałem się pokazać… błędem moim nie było zle zdefiniowanie dylematu, a to, że zbyt mało miejsca poświęciłem tym robalom, że nie zasygnalizowałem mocniej ich potencjalnej inteligencji, wreszcie, nie dałem bohaterowi poznać je bliżej, związać się z nimi emocjonalnie.

Ale to się wiąże. Jeśli nie wiemy o robalach niczego, to dylemat nas nie dotyka.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Ale to się wiąże. Jeśli nie wiemy o robalach niczego, to dylemat nas nie dotyka.

tak

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Interesująca historia opowiedziana nieźle i całkiem przystępnie, mimo użycia licznych terminów naukowych. Może nie do końca spodobał mi się sposób jej przedstawienia, bo sprowadzenie wszystkiego wyłącznie do informacji zawartych w listach/ wiadomościach do ukochanej bohatera sprawiło, że jakoś nie potrafiłam zobaczyć tej historii „własnymi oczami”. Ponieważ jednak nie bardzo wiem, jak można by opowiedzieć wszystko inaczej, przyjmuję Gorzkie migdały z całym dobrodziejstwem inwentarza, nie kryjąc zadowolenia z lektury. :)

 

Zwłasz­cza że cały jej wywod nie na­pa­wał opty­mi­zmem. → Literówka.

 

cho­dzi o eks­pe­ry­ment Mil­le­ra–Ureya… → …cho­dzi o eks­pe­ry­ment Mil­le­ra-Ureya

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

ale mi to wy­glą­da na wdra­ża­nie planu… → …ale mnie to wy­glą­da na wdra­ża­nie planu

 

Tak twier­dzi Scar­lett – zna­czy się – pro­fe­sor Hig­gins. → A może: Tak twier­dzi Scar­lett – to zna­czy – pro­fe­sor Hig­gins.

 

ten mój krwo­tok był od nie­do­ży­wie­nia, przez ogra­ni­cze­nie racji ży­wie­nio­wych. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …ten mój krwo­tok był z osłabienia, przez ogra­ni­cze­nie racji ży­wie­nio­wych.

 

Mi też na tych ba­da­niach za­le­ży… → Mnie też na tych ba­da­niach za­le­ży

 

uzbie­ra się może z pół­to­rej grama. → Chrościsko, bój się bogów! Gram jest rodzaju męskiego, więc: …uzbie­ra się może z pół­to­ra grama.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć Reg, dziękuję za uwagi. Przyznam sie, że czekałem na Ciebie :).

Poprawki wszystkie już naniosłem, bez polemizowania z nimi.

 

Chrościsko, bój się bogów! Gram jest rodzaju męskiego, więc: …uzbiera się może z półtora grama.

No cóż, zbyt bogobojny to ja nie jestem, ale dla Ciebie mogę zrobić wyjątek.

(przy okazji poznałem kilka cudnych słów, jak “półtrzecia” i “półczwarta”… w życiu bym nie wpadł ile to właściwie jest :))

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Bardzo proszę, Chrościsko. Miło mi, że uznałeś uwagi za przydatne. I niezmiernie się cieszę, że poznałeś nowe słowa. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A tych półczwartych i półpiętych to się nie pisze razem, jak półtora?

Babska logika rządzi!

Jasne, Finklo. Pisze się to łącznie. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmm. Pozostaję przy swojej wersji. Jeśli dobrze pamiętam, zaczerpnęłam ją z czytanej w dzieciństwie książki Witolda Gawdzika “Gramatyka na wesoło”. Wolę ufać starym książkom niż nowemu internetowi.

Babska logika rządzi!

Bardziej ufam SJP PWN: pół•trzecia (= dwa i pół, np. półtrzecia dnia) pół•trzeciej (= dwie i pół, np. półtrzeciej mili) pół•czwarta (= trzy i pół, np. półczwarta dnia) pół•czwartej (= trzy i pół, np. półczwartej mili)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja mam tylko “Ortografię na wesoło i na serio” – to gramatyka też była? Zmarnowałam dzieciństwo! crying

 

 

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Też. Czytałam i Gramatykę, i Ortografię. Ale tylko na wesoło, nic na serio. Wygląda na to, że nie tylko Ty zmarnowałaś dzieciństwo. ;-)

Babska logika rządzi!

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Tarnino, będzie dobrze.

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Mimo, że jestem noga z przedmiotów ścisłych to mnie nomenklatura i bardziej naukowe opisy nie zmęczyły, chociaż zgadzam się z jednym z przedmówców że gdyby było ich ciutkę mniej to może czytałoby mi się jeszcze lepiej.

Podobnie jak kilka osób miałem skojarzenia z Obcym i byłem zaskoczony rozwojem fabuły. W ogóle te znikające drony/dron z początku i opis warunków na Tytanie sprawiły, że w sposób chyba niezamierzony przez autora czułem taki gęsty klimat, napięcie i spodziewałem się bardziej czegoś idącego w stronę horroru ;)

Nie zawiodłem się jednak, forma bardzo przypadła mi do gustu, bardzo szybko i gładko przeszedłem przez opowiadanie. 

Podobało mi się, ale muszę bardzo zgodzić się z poniższym:

I, ostatecznie, przynosi to – tylko, że jednocześnie pozostawia mnie z niesmakiem. Zrobiłeś na koniec takiego ideologicznego fikołka (porównanie spożycia pierwotnego organizmu do morderstwa), że aż mi się cały ruch vege odbił czkawką. I to nawet więcej, bo z takim podejściem, to by nikt nie zjadł nawet pomidora, wszak rośliny czują, reagują na światło i dźwięk, ponoć "wiedzą" kiedy są zrywane, a nawet się w pewien sposób komunikują poprzez korzenie. Nie kupiłem tego, tak samo jak rozterek bohatera. Nie jestem w stanie uwierzyć, by ktoś AŻ TAK daleko posunął się w swoich rozważaniach, by życie pierwotniaka zrównać z życiem człowieka.

Tym bardziej, że sam opisujesz te organizmy jako bardzo, ale to bardzo prymitywne (nawet nie wiadomo, czy to do końca życie – wszak namnażają się też wirusy, a w poczet organizmów żywych ich nie włączamy).

W ogóle te znikające drony/dron z początku i opis warunków na Tytanie sprawiły, że w sposób chyba niezamierzony przez autora czułem taki gęsty klimat, napięcie i spodziewałem się bardziej czegoś idącego w stronę horroru ;)

Te elementy miały wywołać pewien niepokój, także cieszę się Piotrze, że wywołały.

Co do końcówki, no cóż… trochę żałuję, że nie dałem tym nudlom więcej cech sugerujących wyższą inteligencję/emocje/uczucia.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Ustawiały się w jakieś kształty. Ja to zrozumiałam jako próbę kontaktu.

Babska logika rządzi!

Ustawiały się w jakieś kształty. Ja to zrozumiałam jako próbę kontaktu.

Można to interpretować wielorako (przez co ma zbyt mały potencjał, by działać mocno na emocje czytelnika). 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

f

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

 

Cześć, Chrościsko!

 

Przeczytałam Twoje opowiadanie z dużą przyjemnością. Znakomicie potrafisz malować obrazy za pomocą słowa i świetnie oddałeś klimat. Naprawdę zdołałam się tam przenieść i wyobrazić sobie scenerię Tytana.

 

Bardzo mi się podoba również to, w jaki sposób robisz odniesienia do wspomnień, w sposób bardzo subtelny. To nie było tłumaczenie świata patelnią po łbie. Mnie się całkiem podobała ilość szczegółów, które opisujesz i odnosi się wrażenie, że zrobiłeś bardzo duży research do tego tekstu. Przemyślałeś ten świat, choć nie czytałam rzeczy, na których się wzorowałeś i być może to poprzednim autorom należałoby oddać honory. Ale nawet jeśli tak jest, to uszyłeś tę historię z dużą starannością i w poruszający sposób.

 

Najbardziej podobało mi się jednak to, jak udało Ci się oddać emocje. Tęsknotę, lęk, poczucie samotności. Miałam wrażenie, jakbyś pisał to wprost do mnie :-) 

 

Byłam natomiast rozczarowana samym zakończeniem. Powiało banałem. 

 

Jestem jak rzeźnik. Moje życie jest ważniejsze niż ich życie. Pewnie będę to sobie tłumaczył, że to tylko prymitywne ekstremofile, bez rozumu, bez duszy, bez większego sensu istnienia. Bo ważniejszy jestem ja, człowiek. Zabiję, by przetrwać, by wrócić do ukochanej. W imię miłości.

Tu przestaję mieć wrażenie, że piszesz list i odwołujesz się bezpośrednio do czytelnika. Już samo wyrzucanie sobie, że zabija się te stworzenia w imię swojego dobra, wydaje mi się naciągane. To trochę tak, jakby ktoś przymierający głodem na Syberii, roztkliwiał się nad tym, że musi upolować rybę, żeby przetrwać. A to wydaje mi się po prostu nierealistyczne i prościutkie. Również "w imię miłości" można by było oddać mniej banalnie, np. pisząc: "Zabiję, by przetrwać. Wrócić. Aby móc zobaczyć Cię raz jeszcze". Albo coś w tym stylu. Wydaje mi się, że wtedy byłby silniejszy akcent na koniec. 

 

Mimo tego zakończenia – opowiadanie jest znakomite. Dziękuję Ci za tę lekturę. Bardzo mnie poruszyła i zainspirowała!

Cześć, Emlisien!

 

Dziękuję za miłe słowa. 

Co do innych autorów, to za wyjątkiem naszej portalowej Belli, której opowiadania wątek gdzieś tam przemyka w tle, to innymi inspiracjami były dane z sondy Cassini-Huygens oraz ich różniste naukowe interpretacje i domniemania.

 

A zakończenie… tak wiem ;).

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

A zakończenie… tak wiem ;).

Wiesz co, tylko – skoro wiesz, czemu tak robisz? I domyślam się, że przyjdzie mi zjeść te słowa (ma ktoś keczup?), zwłaszcza, że sama spuściłam na to zakończenie zasłonę milczenia (no, bo miało być na przedwczoraj).

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Tarnino… wiem po przeczytaniu kilkunastu różnych komentarzy. Pewne rzeczy dostrzega się z czasem.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Mądrość nie zawsze przychodzi z wiekiem… czasem wiek przychodzi sam ;)

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Podobało się: Zainteresowało, nawet trochę wgniotło w fotel. Kluczem wydają mi się realistyczne opisy. Ponadto, adaptacja nauk ścisłych w pełni zrozumiała dla nieścisłowca według kryteriów edukacji powszechnej.

Nie podobało mi się: Imię “Scarlett” (zaraziłem się Ameryką która w tym imieniu widzi sztampę). Ostatni, ależ to ostatni równoważnik zdania, co do którego mam uczucia mieszane ale przy pierwszym przeczytaniu mnie nie pokłuł.

 

Gratuluję i pozdrawiam

Dzięki za feedback, Olgierdzie.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Cześć, Chro!

Przeczytałem z przyjemnością, bo to zawsze odświeżające zgłębić SF bazujące na chemii i biologii. Nie najprzyjemniejszy sposób narracji sobie wybrałeś i tutaj mój odbiór zmieniał się. Początkowo mocno dłużyły mi się westchnienia za utraconą miłością, ale odkąd pojawiły się wątki naukowe, czytało się dużo płynniej.

Ogólnie tekst jest bardzo porządnie napisany, a duży plusik należy się za nietrzymanie się sztywno słownikowej polszczyzny, bo wszystkie te potoczne wyrażenia sprawiają, że, surprise surprise, relacja nabiera autentyczności. Natomiast jeśli chodzi o treść jako taką, to jest dość letnia. Nic spektakularnego mnie tu nie zachwyciło, choć czekałem w napięciu jak to się skończy. A skończyło się bardzo dziwnymi rozważaniami na temat moralności zabijania najprostszych organizmów. Nie odniosłem wrażenia, by nitki/makaron były jakkolwiek myślącym i czującym stworzeniem. Samo nazywanie ich w ten sposób buduje przecież dystans.

 

Hej, Chro!

 

Uf, no ostro. Każdy aspekt tego opowiadania podsumowałbym słowami “dobre, ale jednocześnie…”.

Forma listów, którą wybrałeś dobrze podkreśla odosobnienie i powolność komunikacji, jednocześnie odzierając ją z emocji. Czuć ten daleko kosmos, ale nie czuć emocji między bohaterami. To w głównej mierze monolog i reszta postaci jest, co oczywiste, bardzo, bardzo okrojona.

Warstwa naukowa robi wrażenie. Wierzę na słowo, że wszystko się zgadza, bo nie zrozumiałem za wiele, ale pełen szacunek. Tylko tutaj widzę pewien problem. W “Historii twojego życia” Chiang rozwiązuje ten problem poprzez objaśnienia głosem narratorki, z kolei u Ciebie jest niemożliwe, ponieważ listy mają swoje prawa – wszyscy adresaci korespondencji, jak i nadawca, wiedzą, o co chodzi w tym naukowym bombardowaniu terminami, więc jakiekolwiek wyjaśnienia brzmiałyby co najmniej dziwnie. Przez to niezorientowany czytelnik zostaje sam na sam ze swoją wiedzą, a tu bywa różnie ;)

Sama fabuła jest dość szczątkowa. Czytam, czekam na jakieś wydarzenia, ale one niekoniecznie następują. Są gdzieś w tle, i to sprawia, że choć wywołują zaciekawienie, nie zostaje ono zaspokojone.

Końcówka wydała mi się nieco odklejona od głównej części tekstu, bo ten dylemat moralny nie wybrzmiewa wcześniej w żadnej postaci, przez co nie mogę się na niego przygotować, poczuć jakichś emocji. Większą część opowiadania sugerujesz, że mam się przejmować losem bohatera, tym czy przeżyje. Prymitywna (bardzo) forma życia nie ma więc okazji, aby wzbudzić we mnie głębsze uczucia, a wybór między bohaterem a kosmicznym makaronem wydaje się bardzo jednostronny.

Podsumowując, nie wywołało u mnie piórkowego efektu wow, ale podziwiam warsztat.

Pozdrawiam

 

Końcówka wydała mi się nieco odklejona od głównej części tekstu, bo ten dylemat moralny nie wybrzmiewa wcześniej w żadnej postaci

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Zanaisie, MrB,

dzięki za poświęcony czas i komentarze.

 

Zapoznałem się z Waszymi uwagami dokładnie, na swój sposób rozumiem, polemizować nie zamierzam. Wszak to czytelnik ma zawsze rację ;).

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Kopanie leżącego

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Koty się na mnie nie drą, jak sobie spokojnie przechodzę.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

nah | GIF | PrimoGIF

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Komentarz lożowy będzie razem z konkursowym :)

Bardzo mnie wciągnęło, napięcie rosło… a zakończenie zawiodło :( Dylematu moralnego nie odczuwam. Mam wrażenie, że bohater miałby też dylemat przed zjedzeniem marchewki. Pomysł ciekawy, ale ciut niedopracowany.

Cześć!

 

Chciałem czytać na raty, ale wciągnęło i przeczytałem praktycznie na raz. Ciekawa forma i zacny pomysł, jakoś szybko odnalazłem się w pozycji bohatera i z zainteresowaniem połykałem kolejne listy. Straszny z niego romantyk i idealista jak na inżyniera. Niezły obraz całości zepsuło mi nieco zakończenie, bo scenę zbudowałeś przepiękną, a mocno otwarty (zastanawiam się wręcz, czy nie trochę urwany) finał jakoś do niej nie pasuje (choć może wcale nie otwarty, bo nie było już więcej wiadomości? ale jakoś nie jestem pewny, niejednoznacznie to wyszło imho).

Ciekawa wizja serwisanta stacji benzynowej na Tytanie, dobrze napisana i wystarczająco osadzona w realiach mroźnego księżyca. Tekst klimatem stoi, ze stroną science jest (niestety) nieco gorzej. Od strony biologicznej nie mam zastrzeżeń (bo się na tym nie znam), ale do settingu już mam:

Jak się tak bliżej zastanowić, to nasuwa się konkluzja (do której z resztą NASA doszła już w latach 80. XX wieku), że ludzie w kosmosie to głównie koszty i problemy, więc najlepiej ich tam nie wysyłać, jeżeli niema konieczności, a w całym zamyśle nie widzę nic, co sensownie motywowałoby pobyt bohatera tak daleko od domu. Nie za bardzo rozumiem też sens takiej stacji, bo statek zasilany metanem (impuls właściwy 380 sec.) będzie bardzo długo leciał na Tytana (zwłaszcza taki, który ma jeszcze na tym Tytanie wylądować). Do sensownych lotów międzyplanetarnych (takich, by załoga nie oszalała) trzeba czegoś nieco szybszego. Niby drobiazgi, ale w tekście jest sporo detali technicznych, więc ważne imho, by były sensowne.

Kolejna sprawa to opis startu:

Dysze wypluwają powietrze pod ogromnym ciśnieniem, jasne płomienie rozjaśniają półmrok Tytana, a lodowe podłoże topi się w przypływie gorąca.

Od kiedy dysze wypluwają powietrze? Raczej spaliny albo gazy wylotowe (jeżeli to coś na kształt silnika rakietowego). Kolejna sprawa to płomienie i blask, tam jest siła przyciągania mniejsza niż na księżycu. Wystarczy mały silnik, by statek wystartował (patrz: start z księżyca).

 

Podsumowując, bardzo dobre opowiadanie, ale do Wow! zabrakło kilku detali.

 

Pozdrawiam i Powodzenia w konkursie!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

@krar85

Jesteś pierwszą osobą, która podjęła się polemiki z warstwą science, gratulacje :)).

Pozwolę więc sobie skorzystać z okazji i wdać się w polemikę z zarzutami.

 

Jak się tak bliżej zastanowić, to nasuwa się konkluzja (do której z resztą NASA doszła już w latach 80. XX wieku), że ludzie w kosmosie to głównie koszty i problemy, więc najlepiej ich tam nie wysyłać, jeżeli niema konieczności, a w całym zamyśle nie widzę nic, co sensownie motywowałoby pobyt bohatera tak daleko od domu.

Jakbyśmy wiernie się trzymali tej tezy, to równie dobrze możemy wywalić do kosza połowę tekstów SF traktujących o misjach załogowych w kosmos. Bo przecież większość będzie za droga, bez sensu, nieopłacalna… lepiej wysłać bezzałogowca…

Na szczęście SF to taki gatunek, gdzie możemy popuścić wodzy fantazji i wykreować wizję przyszłości, gdzie jednak loty załogowe w kosmos mają sens i ekonomiczne uzasadnienie… oto jedna z nich :).

 

więc najlepiej ich tam nie wysyłać, jeżeli niema konieczności, a w całym zamyśle nie widzę nic, co sensownie motywowałoby pobyt bohatera tak daleko od domu.

Uzasadnienie jest następujące. Ludzkość realizuje ambitny projekt poszukiwania życia na Enceladusie, a docelowo kolonizacji wspomnianego księżyca. Stacja paliw na Tytanie jest niezbędnym elementem składowym, zapewniającym zasoby energii do realizacji tego projektu.

W młodości pamiętam pomysły pana Zubrina z projektu Mars Direct… planowano tam produkcję metanu na Marsie, by po dwóch latach mieć wystarczająco paliwa, aby móc wrócić na Ziemię.

Tutaj sprawa jest prostsza. To metan tam już jest i płynie w rzekach…wystarczy zatankować. Z A Enceladusa na Tytana to rzut beretem.

 

Nie za bardzo rozumiem też sens takiej stacji, bo statek zasilany metanem (impuls właściwy 380 sec.) będzie bardzo długo leciał na Tytana (zwłaszcza taki, który ma jeszcze na tym Tytanie wylądować).

Zakładasz, że futurystyczna ludzkość lata na silnikach rakietowych chemicznych o XX-wiecznej technologii. To założenie trochę na wyrost, bo nie jest napisane w opowiadaniu, jaka dokładnie to technologia. Nie można wykluczyć, że silniki chemiczne w przyszłości będę dużo bardziej efektywne. Nie można wykluczyć, że będą stosowane hybrydy (chemiczne i jonowe), pierwszy moduł z ciągiem potrzebnym do startu statku o dużej masie, drugi moduł bardziej efektywny i większym impulsie właściwym, do zwiększenia prędkości statku już w przestrzeni kosmicznej.

Znowu, możemy teoretyzować, ale w opowiadaniu tego wątku szczegółowo nie podejmowałem.

 

 Od kiedy dysze wypluwają powietrze? Raczej spaliny albo gazy wylotowe

Racja. Umknęło mi to.

 

Kolejna sprawa to płomienie i blask, tam jest siła przyciągania mniejsza niż na księżycu. Wystarczy mały silnik, by statek wystartował

No niekoniecznie, bo wiele zależy od masy statku.

Ten lądownik księżycowy, który podlinkowałeś, to maleństwo. Gdybyś musiał wystartować promem z pełną załogą, sprzętem, zapasami paliwa i żywności na kilka miesięcy (czyli coś 100 razy większego), to ten silnik musiałby być również dużo większy. A przecież taki jest cel tej stacji. Zatankować i startować z pełnym bakiem.

Co więcej, na Tytanie atmosfera jest gęstsza niż na Ziemi… będzie opór, będzie potrzebna większa energia do startu.

 

@mindenamifaj

Dzięki za odwiedziny i feedback.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Opko mi się zwyczajnie podoba, to się czepiam trochę ;-)

Jakbyśmy wiernie się trzymali tej tezy, to równie dobrze możemy wywalić do kosza połowę tekstów SF traktujących o misjach załogowych w kosmos.

Zdecydowanie więcej niż połowę imho ;-) Niestety (dla mnie przynajmniej), ale obecne SF to zazwyczaj Space Fiction ze szczyptą naukowego słownictwa miejscami.

To nie jest przypadek, że ludzi tak rzadko latają w kosmos, wynika to z konkretnych powodów. Mocno skupiłeś się na aspektach science w kwestii chemii i biologii świata, do którego trafił bohater. I to wyszło imho. Natomiast zabrakło wiarygodnego rysu świata i powodów, które to wszystko spowodowały.

gdzie jednak loty załogowe w kosmos mają sens i ekonomiczne uzasadnienie… oto jedna z nich :)

Ok, tylko ja tu tych powodów nigdzie nie widzę. Przydało by się zdanie lub dwa mówiące o tym, obraz byłby spójniejszy i pełniejszy.

Ludzkość realizuje ambitny projekt poszukiwania życia na Enceladusie, a docelowo kolonizacji wspomnianego księżyca.

Podatnicy pokornie zgodzili się finansować śmiałe wizje naukowców, opozycja tylko przyklasnęła… Jakoś mnie to nie przekonuje, zabrakło głębi, napomknięcia tu i tam jak, po co i kto płaci. Tak pisano w SF w latach 70 czy 80 zeszłego wieku: śmiałe kosmiczne patrole, technokracja, poszukiwanie wiedzy. Cele szczytne, ale wyraźnie widzimy, że świat raczej nie idzie w tą stronę, ludzie szukają korzyści i oczekują jej w krótkiej perspektywie. Znowu, przydałoby się kilka słów o powodach – może zmiany klimatyczne, przeludnienie, nowy ruch religijny…? Bo tak można tylko gdybać i świat staje się przez to płytszy.

Tutaj sprawa jest prostsza. To metan tam już jest i płynie w rzekach…wystarczy zatankować. Z A Enceladusa na Tytana to rzut beretem.

Niby tak, ale metan to niezbyt energetyczne paliwo. Trzeba wyhamować, wejść na orbitę, wylądować i ponownie wystartować, by polecieć na kolejnych księżyc. Nie liczyłem tego, ale mam wrażenie, że po całej procedurze statek miałby niewiele więcej paliwa niż przed.

Zakładasz, że futurystyczna ludzkość lata na silnikach rakietowych chemicznych o XX-wiecznej technologii. To założenie trochę na wyrost, bo nie jest napisane w opowiadaniu, jaka dokładnie to technologia.

Prawda.

Nie można wykluczyć, że silniki chemiczne w przyszłości będę dużo bardziej efektywne.

Można. W silnikach chemicznych 450 sec. nie przekroczymy (używając wodoru jako paliwa). Tutu. Jedno jest po angielsku, ale w wersji polskiej tego nie opisali niestety.

Nie można wykluczyć, że będą stosowane hybrydy (chemiczne i jonowe), pierwszy moduł z ciągiem potrzebnym do startu statku o dużej masie, drugi moduł bardziej efektywny i większym impulsie właściwym, do zwiększenia prędkości statku już w przestrzeni kosmicznej.

Niby racja, tylko po co do silnika jonowego metan? Tam się używa gazów szlachetnych albo wodoru.

No niekoniecznie, bo wiele zależy od masy statku.

Nie tyle masy, co stosunku masy do ciągu. W warunkach Tytana (ciśnienie 1.4 bar, g = 1.3 m/s2 wg. wiki) nie trzeba wiele, by wystartować (przy małej prędkości – przy starcie – opór ma małe znaczenie, zaczyna przeszkadzać w miarę rozpędzania) a pamiętaj, że statek nie może się zbyt ambitnie rozpędzać, bo załogę szlak trafi (start na Tytanie nie może się odbywać z większym przyspieszeniem niż na Ziemi czy Księżycu). Znowu, niby detal, ale sam tekst jest dopracowany w innych aspektach, więc rzuca się w oczy.

 

Napisałem się… Pozdraiwam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Hej,

 

Jedyne okno jakie mi wstawili, takie z podwójną próżniową izolacją, światła nie wpuszcza prawie wcale. Mam tu jak za kołem polarnym w przededniu równonocy. Słońce niby świeci, ale gdzieś daleko, jest paskudnie zimne i małe. Widzę więc za tym oknem tylko wieczny półmrok w odcieniach żółci.

Wstałem, podszedłem do mego jedynego okna i patrzyłem jak zahipnotyzowany. Kap, kap, kap… zupełnie jak w domu w lecie.

Z pierwszego opisu wyobrażałam sobie, że niewiele widać przez okno. Mało światła, trudno cokolwiek dostrzec, a jednak parę zdań później bohater patrzy na coś jak zahipnotyzowany. 

 

Temat jest tylko jeden – ewakuacja Enceladusa. Zwijają się całkowicie i nieodwracalnie. Wszystko, bez wyjątków.

Bardziej pasowałoby mi tutaj wszyscy, bez wyjątków. Bo wygląda, że zwijają się trochę w panice, więc sprzęt zostawiają, ludzi ewakuują?

 

 Wiem, że nie mogła napisać mi tego wprost. Nie jestem naiwny, zależy jej na badaniach. Chce by to, co odkryliśmy, doprowadzić do końca, bo przecież te proste polimerowe stworzenia to tylko wierzchołek tego, co może być w głębi. Tam jest wyższa temperatura, bogactwo związków chemicznych, wreszcie ocean wodny. To, co znaleźliśmy, to pewnie tylko jakieś prymitywne ekstremofile.

Dużo tego. Przewija się tego trochę w innych akapitach, ale tutaj najbardziej rzucało się w oczy.

 

W momencie pojawienia się prof. Higgins robi się ciekawie, wcześniej troszkę brnęłam, a wstawki o tęsknocie za ukochaną nużyły. W ogóle ten wątek jest dla mnie najsłabszy – zwłaszcza gdy pojawiają się jeszcze wzmianki o botach insulinowych i zabiegach. Wiem, że jest ważny, ale został potraktowany po macoszemu. Nie czuję tutaj tej tęsknoty, motywacji bohatera też nie bardzo i nie kleją mi się decyzje wracać-nie wracać. Raz ona chce, żeby wracał, on się waha. Potem ona jednak pisze, żeby nie wracał, on się na to zgadza bez mrugnięcia okiem. 

 

Zastanawia mnie, dlaczego do tak odpowiedzialnego zadania wysłano tak niekompetentną osobę? Nie odróżnia minerałów, nie rozumie wywodu profesor itd? Jasne, miał tylko obsługiwać stację paliw. W ogóle z tą niekompetencją trochę mi zgrzyta, niby dyletant od obsługi stacji, który wielu wywodów nie rozumie, ale jednak potrafi przeprowadzić dość skomplikowane zabiegi.

 

Wiem, że nie mogła napisać mi tego wprost. Nie jestem naiwny, zależy jej na badaniach.

W tym momencie chyba ją trochę wkopał, bo jego korespondencja na pewno też jest prześwietlana. Niżej jest, że jednak kazała wracać.

 

Pod koniec raziły trochę wstawki religijne, bo nigdzie nie była zaznaczona jego silna wiara. Jasne, było o zabawie w Boga jego rękami, ale odebrałam to bardziej jako metaforę niż dylemat moralny wynikający z kwestii wiary, a potem cytat wprost z pisma i nawiązania do niewiernego Tomasz, Kaina itd.

 

Z – większości czysto subiektywnego – czepialstwa tyle. Nie będę ukrywać, że tekst czytałam z przyjemnością, na myśl nasuwał mi się wspomniany już Marsjanin, a warstwa naukowa, która oczywiście mnie przerosła, więc wierzę ślepo, że jest tak, jak napisałeś, to mocny punkt tego opowiadania. Dodatkowy plus za formę, która jak widzę różnie była odbierana. Dla mnie to ciekawy zabieg, usprawniający czytanie, chociaż trochę monotonny, ale uwiarygodniający samotność bohatera (jak we wspomnianym Marsjaninie). 

 

Pozdrawiam

@OldGuard

 

Dzięki za feedback.

 

Z pierwszego opisu wyobrażałam sobie, że niewiele widać przez okno. Mało światła, trudno cokolwiek dostrzec, a jednak parę zdań później bohater patrzy na coś jak zahipnotyzowany. 

Niewiele widać dlatego, że tam panuje półmrok, a nie dlatego, że okno jest małe.

Bohater patrzy zahipnotyzowany na krople deszczu na szybie. 

 

Zaimkoza do poprawki, widzę to.

 

Nie czuję tutaj tej tęsknoty, motywacji bohatera też nie bardzo i nie kleją mi się decyzje wracać-nie wracać. Raz ona chce, żeby wracał, on się waha. Potem ona jednak pisze, żeby nie wracał, on się na to zgadza bez mrugnięcia okiem. 

Zmiany decyzji są potraktowane zmianami warunków i okoliczności.

Początkowo naturalna jest ewakuacja, potem, okazuje się, że powrót jest bardziej ryzykowny niż pozostanie na miejscu… a potem, gdy wychodzi, że jest podtruty, bardziej ryzykowne jest pozostanie.

Każde z nich ma inny zasób informacji w danej chwili, stąd te decyzje są różne.

 

Zastanawia mnie, dlaczego do tak odpowiedzialnego zadania wysłano tak niekompetentną osobę? Nie odróżnia minerałów, nie rozumie wywodu profesor itd? Jasne, miał tylko obsługiwać stację paliw. W ogóle z tą niekompetencją trochę mi zgrzyta, niby dyletant od obsługi stacji, który wielu wywodów nie rozumie, ale jednak potrafi przeprowadzić dość skomplikowane zabiegi.

Nie zgodzę się, że jest niekompetentny. Dyskutowaliśmy już o tym wyżej. 

Jest kompetentny w takim zakresie, w jakim został tam pierwotnie wysłany, czyli obsługa bazy, konserwacja, tankowanie promów… jest inżynierem i w tej dziedzinie się sprawdza, od innych zadań, które niejako zaczyna realizować później, przy okazji, ma wsparcie ekspertów z Ziemi.

I z pomocą tych ekspertów wypełnia wszystkie niezbędne zadania. Nie musi rozumieć teoretycznych wywodów profesor, musi potrafić je wdrożyć w życie. I robi to.

Jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.

Jajogłowi szukali życia na Encaphalusie. On znalazł je przez przypadek.

 

Pod koniec raziły trochę wstawki religijne, bo nigdzie nie była zaznaczona jego silna wiara. Jasne, było o zabawie w Boga jego rękami, ale odebrałam to bardziej jako metaforę niż dylemat moralny wynikający z kwestii wiary, a potem cytat wprost z pisma i nawiązania do niewiernego Tomasz, Kaina itd.

Nigdzie nie jest powiedziane, że jest wierzący, a tym bardziej silnie. Metafory do boskości nie świadczą o wierze. Wystarczy, że w młodości rodzice wysyłali go do kościoła/cerkwi, i to wystarczy by znał kilka cytatów z Biblii. Przecież zarówno niewierny Tomasz, jak i Kain czy Abel to są postaci tak często eksploatowane w literaturze, że nawet przeciętny ateista będzie wiedział, o co chodzi.

 

Co do formy… tak, pozwoliłem sobie na eksperyment… wyszedł, jak wyszedł. Trochę jednak ogranicza możliwości narracyjne i czasem trzeba się gimnastykować. 

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Unicron Eating GIF – Unicron Eating Transformers GIFs

Known some call is air am

Wystarczy, że w młodości rodzice wysyłali go do kościoła/cerkwi, i to wystarczy by znał kilka cytatów z Biblii. Przecież zarówno niewierny Tomasz, jak i Kain czy Abel to są postaci tak często eksploatowane w literaturze, że nawet przeciętny ateista będzie wiedział, o co chodzi.

Wcale by nie musieli – Biblia należy do źródeł naszej kultury. Po prostu. Czytałam pod kątem błędów merytorycznych z dziedziny chemii, bo o to zostałam poproszona, ale tak ważnego kawałka charakterystyki bohatera chyba bym nie przegapiła.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Nowa Fantastyka