- Opowiadanie: Gekikara - Dziesięć Sfer ma kosmos

Dziesięć Sfer ma kosmos

Na po­czą­tek chciał­bym po­dzię­ko­wać be­tu­ją­cym. Te kil­ka­dzie­siąt ko­men­ta­rzy do­ty­czą­cych mapki było bez­cen­ne. xD A serio, to dzię­ki za wszyst­kie uwagi, nawet jeśli roz­mo­wa nam się tak roz­ro­sła.

 

W ciągu ostat­nich ty­go­dni nie mam czasu i sił na pi­sa­nie, po­nie­waż zma­gam się z ży­wio­łem jakim jest re­mont (a, że to ży­wioł, to wie każdy, kto kie­dyś miał go w miesz­ka­niu).

 

Jako, że tekst na Pla­ne­ty*, to oczy­wi­ście na­pi­sa­łem przy­go­do­we fan­ta­sy.

A, że dobre fan­ta­sy nie może obyć się bez mapki, to tę rów­nież do­łą­czam.

 

*Ju­ro­rom od razu  współ­czu­ję przy oce­nie kry­te­riów kon­kur­so­wych i po­wiem tylko, że model ko­smo­su opar­ty jest na kon­cep­cji pi­ta­go­rej­skiej z pew­ny­mi mo­dy­fi­ka­cja­mi, cho­ciaż­by po­łą­cze­niem jej z mitem i teo­rią o Fa­eto­nie, jaka wokół niego zo­sta­ła zbu­do­wa­na (można ja zna­leźć, jak się po­szpe­ra).

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dziesięć Sfer ma kosmos

 

Am­ba­sa­dor i kró­lo­wa

 

Fa­eton zo­stał znisz­czo­ny.

Ko­smicz­ny pio­run, ener­ge­tycz­ny pro­mień o wiel­kiej mocy wy­strze­lo­ny z He­lio­sa, gdy pla­ne­ty zna­la­zły się bli­sko sie­bie, prze­isto­czył w gruzy Kró­le­stwo Czwar­tej Sfery, którego po­zo­sta­ło­ści spa­dły w Ogień Cen­tral­ny. Wraz z nimi spło­nę­ły na­dzie­je Se­le­nian na zwy­cię­stwo.

Wład­cy pię­ciu Sfer po­kło­ni­li się panu He­lio­sa – nawet Are­sja­nie, do­tych­czas nie­za­leż­ni i sko­rzy do bitki – tym samym pra­wie cały ko­smos zjed­no­czył się pod jed­nym sztan­da­rem.

Poza Se­le­ne zo­sta­ła jesz­cze Gaja. Roz­le­gły, lecz po­zba­wio­ny zna­cze­nia świat, za­miesz­ka­ny przez sła­bych, krót­ko­wiecz­nych bar­ba­rzyń­ców, któ­rzy tylko spie­ra­li się mię­dzy sobą i nie po­tra­fi­li zbu­do­wać naj­prost­szej po­wietrz­nej łodzi.

Była też Dzie­sią­ta Sfera. Nie­zdo­by­te pust­ko­wie, zbyt od­le­głe od gorącego środka kosmosu, by co­kol­wiek mogło tam prze­trwać, usia­ne mi­liar­da­mi nie­ru­cho­mych gwiazd, zim­nych świa­teł, bę­dą­cych – jak po­dej­rze­wa­li ucze­ni – od­bi­cia­mi bla­sku Cen­tral­ne­go Ognia od lo­do­wych tafli za­mar­z­nię­tych je­zior.

Nie to było jed­nak naj­gor­sze.

Wraz z Fa­eto­nem znik­nął głów­ny rynek zbytu i azyl dla han­dla­rzy nie­wol­ni­ków, a wielu z nich – wy­ła­pa­nych przez se­le­niań­skie stra­że – tra­fi­ło do ko­palń skał ete­ro­wych, głę­bo­ko pod Srebr­nym Mia­stem.

Kie­dyś oglą­dał je z wy­so­ko­ści. Wy­glą­da­ło jak ka­wa­łek sto­pio­ne­go me­ta­lu.

Za­mknię­ty w lo­chach, mógł tylko wspo­mi­nać dawną wol­ność ko­smicz­nych prze­strze­ni i tylko plot­ki do­star­cza­ne przez no­wych więź­niów stanowiły źródło wie­dzy o tym, co na ze­wnątrz.

Opo­wia­da­li o kró­lo­wej Se­le­ne, która, roz­po­starł­szy sre­brzy­ste skrzy­dła, krą­ży­ła wy­so­ko nad mia­stem. Wyżej niż la­ta­ły pe­ga­zy. Mó­wi­li, że po­tra­fi­ za­wi­snąć w po­wie­trzu i wpa­try­wać się w zarys He­lio­sa, od­wiecz­ne­go wroga, który prze­mie­rzał drugą Sferę, albo w le­d­wie wi­docz­ną Gaję, zaj­mu­ją­cą pierw­szą Sferę, pra­wie nie­wi­docz­ną w po­bli­żu Cen­tral­ne­go Ognia.

Lu­dzie gło­wi­li się, co pró­bo­wa­ła tam do­strzec.

*

Dźwięk dzie­się­ciu trąb oznaj­mił przy­by­cie am­ba­sa­do­ra.

Tuzin pół­na­gich tan­ce­rek prze­biegł po zło­tym dy­wa­nie, wy­ko­nu­jąc akro­ba­cje świad­czą­ce o po­nad­prze­cięt­nej sile i gib­ko­ści drob­nych cia­ł. Złote za­sło­ny roz­su­nę­ły się, uka­zu­jąc tron wy­nie­sio­ny przez sługi na por­tyk pa­ła­cu. Tron zaj­mo­wał pan He­lio­sa, zgod­nie z tra­dy­cją wszyst­kich cy­wi­li­zo­wa­nych świa­tów no­szą­cy imię swo­jej pla­ne­ty.

– Przy­był poseł An­tych­to­nu! – wy­krzyk­nął he­rold.

Wśród dwo­rzan za­pa­dła cisza. Wpa­try­wa­li się w przy­by­sza skry­wa­ją­ce­go twarz za zdo­bio­ną ogni­sty­mi wzo­ra­mi maską. Cu­dzo­zie­miec zro­bił kilka kro­ków po zło­tym dy­wa­nie, ukląkł na jedno ko­la­no i wy­ko­nał dzi­wacz­ny gest, ma­ją­cy sym­bo­li­zo­wać pło­mie­nie.

He­rold tym­cza­sem za­czął wy­mie­niać roz­licz­ne ty­tu­ły, którymi kazał się nazywać pan He­lio­sa. Gdy skoń­czył, przy­bysz wstał i ce­re­mo­nię po­wi­tal­ną można było uznać za do­ko­na­ną.

– Bądź po­zdro­wio­ny, czci­god­ny He­lio­sie – prze­mó­wił am­ba­sa­dor, zbli­ża­jąc się do tronu. – Wieść o two­jej chwa­le do­tar­ła nawet do An­tych­to­nu.

– Za to my nie sły­sze­li­śmy wcze­śniej o two­jej oj­czyź­nie. I nie wi­dzie­li­śmy ni­ko­go, kto stam­tąd po­cho­dzi – za­czął do­rad­ca sto­ją­cy opo­dal sług, po lewej stro­nie tronu. – Czy nie bę­dzie ob­ra­zą dla two­jej nacji, jeśli wy­ra­żę proś­bę, byś od­krył twarz?

Am­ba­sa­dor skło­nił się, chwy­cił maskę w miej­scu oczo­do­łów i ścią­gnął ją, uka­zu­jąc czar­ne ob­li­cze, po­ły­sku­ją­ce ni­czym wy­po­le­ro­wa­ny metal. Próż­no było szu­kać w dzie­wię­ciu – już ośmiu – zna­nych Sfe­rach kogoś po­dob­ne­go.

– Moja pla­ne­ta leży tak bli­sko ognia pło­ną­ce­go w sercu ko­smo­su, że nie­trud­no ją prze­oczyć, mój panie. Nie­ustan­nie okry­wa ją blask, a ję­zy­ki pło­mie­ni strze­la­ją ponad gór­skie szczy­ty.

– Przy­zna­je­my, twoja obec­ność za­sko­czy­ła nas. Wszak ide­al­ny po­rzą­dek ko­smo­su opie­ra się na dzie­się­ciu Sfe­rach, tak są­dzi­li­śmy – za­uwa­żył do­rad­ca po pra­wej stro­nie tronu.

– Nie po­my­li­li­ście się, czci­god­ny panie. – Am­ba­sa­dor skło­nił się nie­znacz­nie. – Dzie­sięć jest Sfer. W dzie­wię­ciu z nich pla­ne­ty kre­ślą okrę­gi wokół Cen­tral­ne­go Ognia. An­tych­ton, Gaja, He­lios, Se­le­ne, Afro­dy­ta, Ares, Zeus, Kro­nos i Her­mes. Dzie­sią­ta zaś, stre­fa gwiazd sta­łych…

Pan He­lio­sa wzniósł dłoń i am­ba­sa­dor za­milkł.

– Nie po­trze­bu­je­my lek­cji astro­lo­gii, mamy uczo­nych, któ­rzy do­sko­na­le znają mapy nieba – ode­zwał się do­rad­ca po lewej stro­nie tronu.

– Za­po­mnia­łeś o Fa­eto­nie, który nie­gdyś krą­żył mię­dzy He­lio­sem i Se­le­ne – za­uwa­żył do­rad­ca z pra­wej stro­ny tronu.

Poseł mil­czał, aż ze­bra­ni za­czę­li wąt­pić, czy jesz­cze się ode­zwie. W końcu jed­nak prze­mó­wił:

– An­tych­ton jest młody, czci­god­ny panie. Nie za­to­czy­li­śmy jesz­cze peł­ne­go koła od chwi­li, gdy De­miurg pod­niósł naszą pla­ne­tę z wiecz­ne­go ognia, gdzie trwa jesz­cze pier­wot­ny chaos. Je­ste­śmy jed­nak licz­ni i silni, a nasz król ob­da­rzo­ny mą­dro­ścią wieku mę­dr­ców. Ale nie brak nam też cie­ka­wo­ści dziec­ka, dla­te­go też wy­słał mnie w po­dróż po resz­cie świa­tów – wy­ja­śnił am­ba­sa­dor, a do­rad­cy wy­mie­ni­li za­sko­czo­ne spoj­rze­nia. – Chęt­nie też po­słu­cham o Fa­eto­nie, który nie­gdyś go­ścił na nie­bio­sach. Co się z nim stało?

– Po­roz­ma­wiaj­my we­wnątrz pa­ła­cu – prze­mó­wił pan He­lio­sa. Po raz pierw­szy od roz­po­czę­cia ce­re­mo­nii, bo nie na­le­żał do ga­da­tli­wych.

*

Nie spo­sób było uciec z ko­palń. Je­dy­ną drogę na ze­wnątrz sta­no­wi­ła sta­lo­wa klat­ka, która, wę­dru­jąc w górę lub w dół, po­ko­ny­wa­ła ko­lej­ne war­stwy skał, dzie­lą­ce złoża eteru od Srebr­ne­go Mia­sta na po­wierzch­ni Se­le­ne.

Im niżej, tym było go­rę­cej. Dolna część pla­ne­ty na­grze­wa­ła się od pło­mie­ni Cen­tral­ne­go Ognia. Zbu­do­wa­na z lżej­szych od po­wie­trza skał ete­ro­wych, po­zwa­la­ła Se­le­ne, tak jak po­zo­sta­łym pla­ne­tom, uno­sić się w prze­strze­ni. Im wię­cej w ciele nie­bie­skim było skał ete­ro­wych wzglę­dem ma­te­rii, tym dal­szą Sferę zaj­mo­wa­ło. To pod­sta­wy ko­smo­lo­gii.

Skały te miały wiele za­sto­so­wań – od kon­struk­cji łodzi po­wietrz­nych, po pro­duk­cję lek­kich a wy­trzy­ma­łych zbroi. Nawet sre­brzy­ste skrzy­dła kró­lo­wej Se­le­ne miały w sobie do­miesz­kę tego cen­ne­go mi­ne­ra­łu.

Je­dy­nym kło­po­tem było jego po­zy­ski­wa­nie, ale i tę kwe­stię roz­wią­za­no. Tu­ne­le drą­żo­ne na obrze­żach Srebr­ne­go Mia­sta się­ga­ły da­le­ko w głąb pla­ne­ty, aż do dol­nej pół­ku­li, gdzie znaj­do­wa­ły się złoża dro­go­cen­ne­go ka­mie­nia. Nie­kie­dy zda­rza­ło się, że któ­raś z gór­ni­czych dru­żyn ze­szła zbyt głę­bo­ko w po­szu­ki­wa­niach i, prze­biw­szy się na dolną po­wierzch­nię pla­ne­ty, spa­da­ła w ko­smicz­ną toń, pro­sto ku od­le­głym pło­mie­niom Cen­tral­ne­go Ognia. Zwy­kle jed­nak wcze­śniej mdle­li z wy­czer­pa­nia i go­rą­ca, co da­wa­ło im pewne szan­se prze­ży­cia, je­że­li ktoś zde­cy­do­wał się pójść im z po­mo­cą. 

Takie wa­run­ki pracy były nie­god­ne uczci­wych Se­le­nian, więc mor­dę­ga przy wy­do­by­ciu skał ete­ro­wych przy­pa­da­ła ska­zań­com, zsy­ła­nym tu z byle po­wo­du. Stra­ceń­com, takim jak on.

Nie, żeby uwa­żał się za nie­win­ne­go, w jego przy­pad­ku kara była za­słu­żo­na i wli­czo­na w ry­zy­ko za­wo­do­we.

Ude­rze­nie klat­ki o skałę zwy­kle oznaj­mia­ło, że ko­lej­ny pe­cho­wiec zaraz do­łą­czy do grona gór­ni­ków. Tym razem jed­nak było ina­czej. Jesz­cze nim do­strzegł syl­wet­kę przy­by­sza w pół­mro­ku ko­ry­ta­rza, do­sły­szał ka­ja­ją­ce­go się prze­wod­ni­ka.

– Winda jest stale udo­sko­na­la­na, o pani.

– Pokaż mi kan­dy­da­tów – roz­ka­za­ła ta, która z nim przy­by­ła.

Ko­ry­tarz był wąski, więc ko­niusz­ka­mi skrzy­deł ocie­ra­ła o ka­mie­nie, sy­piąc skry. Kró­lo­wa Se­le­ne. Je­że­li po­ja­wi­ła się w tak pod­łym miej­scu, mu­sia­ła mieć dobry powód. To mogła być szan­sa, aby się stąd wy­rwać.

– Zo­bacz, o pani, pierw­sze­go z lewej – zaczął prze­wod­nik, gdy do­tarł z kró­lo­wą do krat. – Sie­dzi tu naj­dłu­żej i pra­cu­je w naj­głęb­szym szy­bie. Srebr­na nie­gdyś skóra za­czer­wie­ni­ła się od pło­mie­nia. Albo drugi, pod tym kie­dyś osu­nę­ła się zie­mia i spadł­by w Cen­tral­ny Ogień, ale szczę­ściem przy­pię­ty był łań­cu­chem. Albo trze­ci…

– Chcę tam­te­go – prze­rwa­ła mu kró­lo­wa, wska­zu­jąc męż­czy­znę w głębi celi, który, w prze­ci­wień­stwie do po­zo­sta­łych, nie od­ry­wał od niej wzro­ku. – Nada się ide­al­nie.

Los wy­cią­gnął do niego rękę. Teraz wy­star­czy­ło ją chwy­cić.

*

Am­ba­sa­dor spa­ce­ro­wał po kom­na­cie, pró­bu­jąc ukryć zde­ner­wo­wa­nie. Wi­zy­ta prze­bie­gła do­brze, wręcz do­sko­na­le, zwa­żyw­szy, że He­lios lub któ­ryś z jego do­rad­ców mógł wpaść na to, by pod­dać przy­by­sza pró­bie ognia. Widać uzna­li to za nie­ele­ganc­kie, choć am­ba­sa­dor był pe­wien, że to roz­wa­ża­li.

Wyj­ście na bal­kon za­sło­nił ko­ta­rą. De­ner­wo­wał go widok zło­te­go mia­sta, chod­ni­ków z kości sło­nio­wej, gajów oliw­nych lśnią­cych jak po­le­ro­wa­na miedź, fon­tann mio­do­daj­nych i spa­ce­ru­ją­cych mię­dzy nimi dwu­gło­wych lwów.

Gdyby mógł, nigdy nie od­wie­dził­by tego miej­sca. Miał jed­nak misję do wy­peł­nie­nia.

Tylko dla­cze­go łącz­nik jesz­cze się nie zja­wił? Nie do­strzegł zna­ków?

Ktoś za­pu­kał i otwo­rzył drzwi, nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie. Mie­dzia­no­zło­ta twarz, dłu­gie włosy spię­te pier­ście­nia­mi, kosz­tow­ne szaty. Do­rad­ca, który stał wcze­śniej po le­wi­cy He­lio­sa. 

– Jak oce­niasz nasze kró­le­stwo, am­ba­sa­do­rze? Se­le­ne wy­szła z cie­nia, sre­brzy się w pełni na fir­ma­men­cie – po­wie­dział, za­mknąw­szy drzwi.

– Jak srebr­ny obol w ustach umrzy­ka – od­po­wie­dział am­ba­sa­dor umó­wio­nym ha­słem. – Nie spo­dzie­wa­łem się kogoś tak wy­so­ko po­sta­wio­ne­go.

– Na tym po­le­ga moje za­da­nie, by się mnie nie spo­dzie­wa­no. – Do­rad­ca uśmiech­nął się i wy­cią­gnął z rę­ka­wa mie­dzia­ny dysk po­kry­ty mi­kro­sko­pij­nych roz­mia­rów pi­smem, nie do od­czy­ta­nia bez moc­nej lupy. – Weź to.

Am­ba­sa­dor prze­jął dysk i scho­wał w ukry­tej kie­sze­ni togi.

– Jak wy­pa­dłem? – za­py­tał, po­pra­wia­jąc uło­że­nie ma­te­ria­łu. – He­lios mi uwie­rzył?

– Tak. Go­rzej z jego dru­gim do­rad­cą. – He­lia­nin ura­czył się zło­ty­mi wi­no­gro­na­mi spo­czy­wa­ją­cy­mi na błysz­czą­cym pół­mi­sku, nim ru­szył do drzwi. – Ale nim się nie przej­muj, to moje zmar­twie­nie. Ty mu­sisz tylko do­star­czyć dysk kró­lo­wej. Po­zo­sta­łe pla­ne­ty przy­ję­ły zwierzch­nic­two He­lio­sa, ale dawne spi­ski i so­ju­sze nie wy­ga­sły, cze­ka­ją tylko, aż ktoś roz­pra­cu­je wy­na­la­zek He­lian. Cał­kiem nie­po­trzeb­nie. Gdy tylko po­zna­ją ta­jem­ni­cę…

– To nie jest wie­dza prze­zna­czo­na dla moich uszu – prze­rwał mu am­ba­sa­dor, który do­sko­na­le zda­wał sobie spra­wę z tego, że im wię­cej dro­go­cen­nych se­kre­tów mie­ści­ głowa, tym ła­twiej ją stra­cić. – Ja mam tylko do­star­czyć dysk – po­wtó­rzył za do­rad­cą.

Tylko do­star­czyć dysk.

Am­ba­sa­dor wy­buch­nął­by śmie­chem, gdyby spra­wa nie była śmier­tel­nie po­waż­na. Wiele razy zda­rza­ło mu się ry­zy­ko­wać ży­ciem, ale tym razem było ina­czej. Miał wra­że­nie, że złota pętla za­ci­ska mu się na szyi.

*

– To syn prze­myt­ni­ka i nie­wol­nej Ga­jan­ki – opo­wia­dał prze­wod­nik. – Po­cho­dze­niu za­wdzię­cza swój nie­co­dzien­ny wy­gląd. Zde­cy­do­wa­nie nie przy­po­mi­na żad­ne­go z ludów dzie­się­ciu… ehm… teraz już dzie­wię­ciu Sfer.

– Jak ci na imię? – za­py­ta­ła kró­lo­wa Se­le­ne, odtwarzając w my­ślach plan ze­msty.

– Ouran, pani. Nada­ła mi je matka. Wie­rzy­ła, że dzię­ki niemu zy­skam łaskę bogów i się­gnę gwiazd – od­po­wie­dział wię­zień, ge­sty­ku­lu­jąc przy tym te­atral­nie jak jar­mar­czny aktor.

Kró­lo­wa uśmiech­nę­ła się pół­gęb­kiem.

– Jak więc tra­fi­łeś tutaj?

– Jak oj­ciec, prze­wo­zi­łem nie­wol­ni­ków. Zła­pa­li mnie straż­ni­cy.

– Czyli kiep­ski z cie­bie prze­myt­nik – rzu­ci­ła, mru­żąc oczy.

– Moja pro­fe­sja wiąże się z ry­zy­kiem – od­parł wię­zień. – I tak dzia­ła­łem dłu­żej, niż moi kon­ku­ren­ci. I dzia­łał­bym nadal, jed­nak znisz­cze­nie Fa­eto­na po­krzy­żo­wa­ło mi plany. Tam mia­łem głów­ny rynek zbytu.

– A He­lios? Han­dlo­wa­łeś z He­lia­na­mi?

Wyraz nie­na­wi­ści od­ma­lo­wał się na twa­rzy ska­zań­ca. Tak na­tu­ral­ny, iż nikt nie wpadł­by na to, że sta­ran­nie wy­uczo­ny.

– Nigdy. Winni są śmier­ci mo­je­go ojca – ze­łgał i nawet po­wie­ka mu nie drgnę­ła.

Kró­lo­wa Se­le­ne za­mil­kła. Do­my­ślał się, że bez po­śpie­chu roz­wa­ża­ła wszyst­kie za i prze­ciw. Wszak była wład­czy­nią, więc nikt nie śmiał jej po­na­glać. To jedna z ko­rzy­ści ze spra­wo­wa­nia wła­dzy.

– Do­brze – rzekła po za­sta­no­wie­niu. – Pój­dziesz ze mną.

Ka­za­ła prze­wod­ni­ko­wi owi­nąć go w płót­no, tak, by nie padło na niego spoj­rze­nie żad­nej pary cie­kaw­skich oczu. Ouran do­my­ślał się po­wo­du, wszak i w jego pro­fe­sji trze­ba wy­strze­gać się szpie­gów i szpic­li. Wokół kró­lo­wej mu­sia­ły krą­żyć tłumy zdraj­ców. To jedna z uciąż­li­wo­ści spra­wo­wa­nia wła­dzy.

Po­pro­wa­dzi­ła Oura­na naj­pierw na po­wierzch­nię, a potem ta­jem­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi kró­lew­skie­go pa­ła­cu do se­le­ni­to­wej wieży, w któ­rej nie było okien. Tam­tej­sze sługi, po­zba­wio­ne ję­zy­ków, ro­dzi­ły się i umie­ra­ły w wieży, co może było dość ma­ka­brycz­nym roz­wią­za­niem, ale za­pew­nia­ło naj­wyż­szą dys­kre­cję.

Zgod­nie z kró­lew­skim roz­ka­zem, wy­ką­pa­ny i na­kar­mio­ny, Ouran legł w łożu z tu­zi­nem słu­żek pięk­nych jak nimfy, po­pi­ja­jąc lśnią­ce sre­brzy­ście wino z tu­tej­szych winogron. A gdy zdą­żył wy­po­cząć i znów się zmę­czyć, innym ro­dza­jem zmę­cze­nia, zja­wi­ła się kró­lo­wa Se­le­ne, by ob­ja­śnić mu szcze­gó­ły za­da­nia.

*

Misja, choć ry­zy­kow­na, nie była skom­pli­ko­wa­na.

Naj­pierw Ouran miał nie­po­strze­że­nie, omi­ja­jąc głów­ne po­wietrz­ne szla­ki, pod­le­cieć jak naj­bli­żej Cen­tral­ne­go Ognia, tak bli­sko, żeby blask ośle­piał, a pło­mie­nie przy­pie­ka­ły pięty.

Potem, roz­wi­nąw­szy wszyst­kie żagle, przy wo­ła­niu he­rol­dów oznaj­mia­ją­cych przy­by­cie am­ba­sa­do­ra z An­tych­to­nu, za któ­re­go się podawał, miał obrać kurs pro­sto na He­lio­sa.

Jeśli miał­by pecha, straż­ni­cy dru­giej Sfery ze­strze­li­li­by go już wtedy, ale for­tu­na zwy­kle mu sprzy­ja­ła, a może i nie opu­ści­ła go nigdy – wszak nawet w ko­pal­ni los nie kazał mu długo cze­kać.

Na spo­tka­nie z dwo­rem He­lio­sa kró­lo­wa Se­le­ne przy­go­to­wa­ła zmyśl­ną ba­jecz­kę o nowym kró­le­stwie i ko­lej­nej Sfe­rze, utwo­rzo­nej w miej­sce znisz­czo­ne­go Fa­eto­na, by za­siać wśród He­lian ziar­no obawy przed uży­ciem niszczycielskiej siły, w któ­rej po­sia­da­nie we­szli.

Po­wo­dze­nie za­le­ża­ło od na­iw­no­ści oszu­ki­wa­nych i wpraw­no­ści oszu­sta – a aku­rat w tym Ouran był dobry, wy­star­czy wspo­mnieć łzawą opo­wieść o matce i imie­niu, które mu nada­ła. W tej hi­sto­rii nie było ani krzty praw­dy, ale za­pa­da­ła w pa­mięć. Po­wszech­na wśród ludu wiara w ko­niecz­ność utrzy­ma­nia ma­te­ma­tycz­nej do­sko­na­ło­ści ko­smo­su, by ten nie ob­ró­cił się w chaos, po­zwa­la­ła uwia­ry­god­nić bajkę o na­ro­dzi­nach nowej pla­ne­ty.

Po au­dien­cji u He­lio­sa miał spo­tkać się ze szpie­giem, który roz­po­zna go dzię­ki sym­bo­lom na masce i prze­ka­że Oura­no­wi nie­wiel­ki pa­ku­nek – dysk, na któ­rym, jak do­my­ślał się prze­myt­nik, za­pi­sa­no w ta­jem­ny spo­sób in­struk­cje bu­do­wy osta­tecz­nej broni.

Na ko­niec po­zo­sta­wa­ło naj­bar­dziej pro­za­icz­ne za­da­nie: opusz­cze­nie pla­ne­ty i ob­ra­nie kursu na Se­le­ne, nim kto­kol­wiek zro­zu­mie, co za­szło.

Igrasz­ka dla kogoś ta­kie­go, jak on, naj­lep­sze­go prze­myt­ni­ka we­wnętrz­nych Sfer, po­wta­rzał sobie w my­ślach, sto­jąc na bal­ko­nie i ob­ser­wu­jąc senne życie zło­te­go mia­sta.

Dla­cze­go więc grup­ka he­liań­skich straż­ni­ków krę­ci­ła się po po­kła­dzie jego łodzi?

 

 

Ucie­ki­nier i lew

 

– Nie ma go! Zbiegł z po­ko­ju! – roz­legł się krzyk ka­pi­ta­na stra­ży, gdy ten wy­szedł na bal­kon i za­uwa­żył pro­wi­zo­rycz­ną linę skrę­co­ną z ko­ta­ry, przy­wią­za­ną do ba­rier­ki.

Ouran, który w de­spe­rac­kim biegu po spa­dzi­stym dachu do­pie­ro co ukrył się za ścia­ną wieży, sły­szał ten krzyk i tu­mult rzu­ca­ją­cych się w pogoń straż­ni­ków. Szedł o za­kład, że do­rad­ca cze­kał w lo­chach na wyrok. Może nawet wydał Oura­na?

O tym prze­myt­nik mógł po­my­śleć póź­niej, teraz cze­ka­ła go kar­ko­łom­na przechadzka wą­skim gzym­sem i dalej, na niż­szy po­ziom, bie­giem po stro­miź­nie… a potem?

– Do ogro­dów, szyb­ko! – po raz wtóry roz­le­gło się ka­pi­tań­skie wo­ła­nie. – Nie mo­że­my po­zwo­lić, by do­tarł do rzeki!

I Ouran wie­dział już, gdzie po­wi­nien zmie­rzać.

*

Nie było do­brze. A nawet wię­cej: mógł z całą pew­no­ścią stwier­dzić, że zna­lazł się w fa­tal­nym po­ło­że­niu i za­czy­nał po­wąt­pie­wać w swoje szczęście. Miało to ze wszech miar uza­sad­nie­nie, wszak zo­stał oto­czo­ny przez stado dwu­gło­wych lwów.

Nim w ogrom­nych i na poły dzi­kich ogro­dach He­lio­sa od­naj­dzie go pa­ła­co­wa straż, Ouran za­pew­ne na stałe za­go­ści w żo­łąd­kach wy­głod­nia­łych be­stii.

Krąg śmier­ci za­cie­śniał się wokół Oura­na, ale dra­pież­ni­ki z ja­kie­goś po­wo­du nie ata­ko­wa­ły.

– Pach­nie ina­czej – wark­nę­ła jedna z lwic. – Czy aby na pewno świe­ży?

– Ina­czej, ale wcale nie­źle – od­po­wie­dzia­ła jej druga. – Z chę­cią skosz­tu­ję pierw­szy kęs…

Prze­rwał jej ryk tak po­tęż­ny, że ogni­sto­pió­re pa­pu­gi ze­rwa­ły się z kry­jó­wek w ko­ro­nach drzew. Ogrom­ny sa­miec wy­szedł z gę­stwi­ny i włą­czył się do kręgu. Był tak wiel­ki, że do­rów­ny­wać mógł se­le­niań­skie­mu niedź­wiedź­pająko­wi.

– To Ga­ja­nin. Są ły­ko­wa­ci, ale cał­kiem smacz­ni – prze­mó­wi­ła lewa głowa lwa.

– To Se­le­nia­nin. Ich krew jest zimna a mięso twar­de. Ale nie bądź­my wy­bred­ni – zaraz po niej ode­zwa­ła się prawa.

– Bzdu­ra! Wi­dzisz tę ciem­ną skórę, ogo­rza­łą w bla­sku ognia, który od­bi­ja się od He­lio­sa i ogrze­wa Gaję? – od­par­ła lewa.

– A me­ta­licz­ny po­łysk? Jak u srebr­no­skó­rych! – upie­ra­ła się prawa.

– Sza­now­ny… lwie – nie­śmia­ło wszedł im w słowo Ouran, pró­bu­jąc od­wlec mo­ment swej śmier­ci. – Z pew­no­ścią kosz­to­wa­łeś mięsa wielu ludzi, więc może zgo­dzisz się na małą grę? Jeśli od­gad­niesz moje po­cho­dze­nie, zje­cie mnie. Jeśli zaś nie…

– I tak go zjemy! – wark­nę­ła jedna z lwic i po­stą­pi­ła do przo­du.

– Tak, zjedz­my go i oceń­my po mię­sie, kto miał rację! – przy­tak­nę­ła jej inna.

– Ale kto w takim razie do­sta­nie pierw­szy ka­wa­łek?! – wy­ję­czał Ouran, kuląc się w oba­wie przed ostry­mi kłami i pa­zu­ra­mi be­stii. – Czy nie po­wi­nien być to zwy­cięz­ca sporu?

Wy­głod­nia­ła lwica za­ry­cza­ła i rzu­ci­ła się do ataku, a przed ocza­mi męż­czy­zny prze­mknę­ły lata jego prze­myt­ni­czej ka­rie­ry. Ostat­nią skład­ną myślą było po­sta­no­wie­nie, bez­gło­śna mo­dli­twa do sa­me­go De­miur­ga, że jeśli tylko wyj­dzie z tego cało, po­rzu­ci ry­zy­kow­ny zawód i dą­że­nie do bo­gac­twa, zo­sta­nie choć­by pa­rob­kiem na jed­nym z ga­jań­skich la­ty­fun­diów.

Śmierć jed­nak mi­nę­ła go o włos, bo zaraz wiel­ki lew sko­czył mię­dzy Oura­na a wście­kłą sa­mi­cę i po­wa­lił ją jed­nym ude­rze­niem łapy.

– Jaką mamy mieć pew­ność, że nas nie oszu­kasz? – prze­mó­wi­ły jed­nym gło­sem oby­dwie głowy samca.

– To pro­ste, sza­now­ny lwie – od­parł prze­myt­nik. – Za­py­tasz jed­ne­go z człon­ków mojej za­ło­gi. Po­wietrz­na łódź za­cu­mo­wa­na jest nie­da­le­ko, w Głów­nym Por­cie.

– Po dro­dze spró­bu­jesz uciec! – wark­nę­ła lewa głowa.

– Wtedy do­pad­niesz mnie od razu. Prze­cież cię nie prze­ści­gnę – za­pew­niał Ouran, zresz­tą cał­kiem zgod­nie z praw­dą.

– To teren ludzi – za­uwa­ży­ła prawa głowa. – Nie wolno nam się tam za­pusz­czać.

– Ro­zu­miem – przy­tak­nął Ouran, uda­jąc zre­zy­gno­wa­nie. – Także oba­wiam się gnie­wu straż­ni­ków.

– My nie boimy się ni­cze­go! – za­ry­cza­ły głowy. – Wska­kuj na nasz grzbiet, bę­dzie­my na miej­scu w kilka susów. Nie wy­bi­je go­dzi­na wie­cze­rzy, kiedy wy­lą­du­jesz w na­szym brzu­chu!

Prze­myt­nik usiadł wierz­chem na lwie i zła­pał się grzy­wy.

Zwierz pę­dził ni­czym wi­cher. W kilka sko­ków prze­mie­rzył ogród, jed­nym susem prze­sko­czył rzekę i gnał po za­tło­czo­nych miej­skich ulicz­kach, wzbu­dza­jąc pa­ni­kę i ogól­ny chaos.

Za to Ouran miał kilka chwil by za­sta­no­wić się, w jaki spo­sób uciec spod ogrom­nych szczęk, które miały w pla­nach ro­ze­rwać go na strzę­py.

*

– Która na­le­ży do cie­bie? – za­war­czał lew, kiedy do­tar­li do portu.

Nad ich gło­wa­mi uno­si­ły się łodzie po­wietrz­ne o ete­ro­wych ki­lach, czę­ścio­wo wy­peł­nio­nych ba­lo­nach na go­rą­ce po­wie­trze i zwi­nię­tych ża­glach. Wszyst­kie na tyle do sie­bie po­dob­ne, by isto­ta nie­obe­zna­na w ma­te­rii że­glu­gi ko­smicz­nej – a dwu­gło­wy lew bez wąt­pie­nia na­le­żał do tej ka­te­go­rii – miała pro­blem z ich od­róż­nie­niem.

Ouran po­wiódł spoj­rze­niem po za­cu­mo­wa­nych ło­dziach, za­uwa­żył kilka pu­stych i nie­strze­żo­nych, ła­twych do kra­dzie­ży, oraz parę wzbi­ja­ją­cych się do lotu, na które mógł­by się za­kraść. Do­strzegł też wła­sną, pełną gwar­dzi­stów.

A oni do­strze­gli jego.

Grad pio­ru­no­wych strzał spadł wokół lwa i dosia­da­ją­ce­go go męż­czy­zny, ale szczę­śli­wie, żaden z po­ci­sków nie do­się­gnął celu. Be­stia ryk­nę­ła i ze­rwa­ła się do biegu.

– Mów! Gdzie twoja za­ło­ga?!

Ucie­kli albo już nie żyją, po­my­ślał Ouran, ale tego nie mógł wy­znać.

– Tam, na górze – wska­zał naj­wy­żej za­cu­mo­wa­ną łódź na samym szczy­cie igli­cy. – Dla ta­kie­go lwa jak ty, do­stać się tam to…

– Milcz! – ryk­nął zwierz, który znów mu­siał umy­kać przed ostrza­łem, teraz pro­wa­dzo­nym już z dwóch stron, bo u wej­ścia do portu po­ja­wił się drugi od­dział straż­ni­ków.

Dwu­gło­wy lew na­brał roz­pę­du, odbił się mo­car­ny­mi ła­pa­mi, sko­czył tak wy­so­ko, jakby miał po­fru­nąć – po czym wylądo­wał na jed­nej z niżej za­cu­mo­wa­nych łodzi, nisz­cząc do­szczęt­nie po­kład. Od razu sko­czył po­now­nie, na wyżej po­ło­żo­ny sta­tek i odbił się od burty, za cel ob­raw­szy łódź w po­bli­żu tej, z któ­rej straż­ni­cy ci­ska­li weń gromy.

Nie­for­tun­nie jeden z po­ci­sków roz­darł płót­no ba­lo­nu i gdy tylko ogrom­ne ciel­sko dra­pież­ni­ka ude­rzy­ło o po­kład łodzi, ta za­czę­ła się prze­chy­lać i opa­dać.

– Pod­daj się, szpie­gu! – za­krzyk­nął jeden ze straż­ni­ków. – Bez łodzi ni­g­dzie nie po­le­cisz, a twoja za­ło­ga zbie­gła!

– Oszu­ka­łeś mnie! – za­ry­czał lew i szarp­nął grzbie­tem, pró­bu­jąc zrzu­cić z sie­bie prze­myt­ni­ka, ten jed­nak mocno chwy­cił grzy­wę i ani my­ślał pu­ścić.

Roz­ju­szo­ny lew ode­rwał łapę od prze­chy­lo­ne­go nie­mal o dzie­więć­dzie­siąt stop­ni po­kła­du, chcąc do­się­gnąć oszu­sta. Bez­sku­tecz­nie.

– Pożrę cię w ca­ło­ści, kłam­li­wy ro­ba­ku! – Lewa pasz­cza lwa kła­pa­ła tuż przy ra­mie­niu męż­czy­zny.

Zwierz wy­giął się do gra­nic ko­cich moż­li­wo­ści i do­się­gnął­by swej ofia­ry, gdyby nie gro­mo­wy po­cisk, który ude­rzył w od­chy­la­ją­cy się pysk. Be­stia za­wy­ła z bólu i pra­wie pu­ści­ła łódź. Gdyby ru­nę­li z tej wy­so­ko­ści, męż­czy­zna zgi­nął­by nie­chyb­nie, za to lew… tak, lew mógł prze­żyć, choć ranny nie od­szedł­by da­le­ko.

– Nie myśl o tym, nie po­do­łasz! – ostrze­gał prze­myt­nik. – Za­bierz mnie do łodzi, tam wy­so­ko, a wtedy razem uciek­nie­my!

– Pożrę cię, nędz­ny człe­ku! – wy­ry­cza­ły zgod­nie dwa lwie pyski, co ozna­cza­ło ko­niec per­trak­ta­cji.

Ko­lej­ny gro­mo­wy po­cisk prze­mknął tuż przy nich, przy­pie­ka­jąc plecy Oura­na, a ten, tar­ga­ny bólem, pu­ścił lwią grzy­wę. Zwie­rzę po­now­nie szarp­nę­ło grzbie­tem, a Ouran nie był w sta­nie utrzy­mać się siłą sa­mych nóg.

Za­czął spa­dać.

Dwa wiel­kie lwie pyski, każdy zdol­ny za jed­nym razem prze­gryźć go na pół, za­mknę­ły się tuż przy jego no­gach, gdy le­ciał w dół jak bez­e­te­ro­wa skała.

Ouran spa­dał.

Lew ry­czał.

Po­ci­ski grzmia­ły wokół.

Dwa z nich do­się­gły męż­czy­zny, ka­le­cząc łydkę i bark.

Ba­zal­to­wa ob­ręcz za­ci­snę­ła się wokół jego pasa, a za­mo­co­wa­ny do niej łań­cuch, wy­strze­lo­ny z łodzi, która ko­ło­wa­ła nad igli­cą, po­czął zwi­jać się, cią­gnąc męż­czy­znę w górę, ku ka­dłu­bo­wi.

– Oby­dwie głowy miały rację, sza­now­ny lwie. Je­stem w po­ło­wie Ga­ja­ni­nem i Se­le­nia­ni­nem – rzu­cił Ouran, prze­my­ka­jąc w po­bli­żu roz­gnie­wa­ne­go dra­pież­cy, który mógł tylko wście­kle kła­pać szczę­ka­mi.

Dwu­gło­wy lew nie dał jed­nak za wy­gra­ną. Rzu­cił się de­spe­rac­ko w ostat­nim skoku i do­się­gnął czub­kiem naj­dłuż­sze­go pa­zu­ra ple­ców męż­czy­zny, a ten wrza­snął ża­ło­śnie.

Straż­ni­cze stat­ki już wzbi­ły się do lotu, by prze­jąć fał­szy­we­go am­ba­sa­do­ra po­chwy­co­ne­go przez nie­ocze­ki­wa­nych sprzy­mie­rzeń­ców, ale łań­cuch szarp­nął moc­niej, a łódź wy­strze­li­ła wy­so­ko w ko­smos, nie cze­ka­jąc, aż pa­sa­żer za­wi­ta pod po­kła­dem.

– Kro­nos! – To słowo w ustach ka­pi­ta­na za­brzmia­ło ni­czym prze­kleń­stwo.

Pla­ne­ta zaj­mu­ją­ca dzie­wią­tą Stre­fę, po­ło­żo­na naj­da­lej od Cen­tral­ne­go Ognia, chro­nio­na przez pier­ście­nie, w któ­rych miesz­ka­ły węże cy­klo­no­we. Czyli to oni mnie ra­tu­ją, po­my­ślał Ouran, od­pły­wa­jąc po­wo­li w ob­ję­cia nie­świa­do­mo­ści.

Im dalej od He­lio­sa, tym mniej­szy mu­siał być strach przed jego po­tę­gą.

– Po­słań­cze! Za­nieś wia­do­mość na­sze­mu panu, że do­mi­nium Kro­no­sa do­pu­ści­ło się zdra­dy! Ja wy­ru­szam w po­ścig! – wrzesz­czał ka­pi­tan stra­ży i nik­ną­cy w od­da­li od­głos tych słów był ostat­nim, co usły­szał Ouran, nim stra­cił przy­tom­ność.

*

Zaś pierw­szą rze­czą, którą uświa­do­mił sobie po prze­bu­dze­niu na twar­dej koi, było to, że ktoś opa­trzył jego rany. Drugą: że praw­do­po­dob­nie ten sam ktoś po­zba­wił go ubrań wraz z ukry­tym w kie­sze­ni dys­kiem.

Wstał i, chwie­jąc się – a może to łódź stale zmie­nia­ła po­ło­że­nie – do­szedł do drzwi. Kiedy je otwo­rzył, do środ­ka wpadł błę­kit­no­skó­ry mło­dzik, który mu­siał opie­rać się o nie, przy­sy­pia­jąc na zydlu. Gruch­nął o pod­ło­gę i w tym samym mo­men­cie się ock­nął. Zaraz sko­czył na nogi i prze­ję­ty wpa­try­wał się w me­ta­licz­ną, czar­ną twarz prze­myt­ni­ka.

– Obu­dził się? – wy­szep­tał mło­dzik. – Obu­dził się! – za­wo­łał. – Obu­dzi­łeś się.

– Istot­nie – po­twier­dził Ouran, by roz­wiać wszel­kie wąt­pli­wo­ści.

Mło­dzik ru­szył ko­ry­ta­rzem, zo­sta­wia­jąc go w progu, ale zaraz wró­cił i zła­pał prze­myt­ni­ka za rękę.

– Chodź ze mną – oznaj­mił i po­cią­gnął Oura­na za sobą, na drugi ko­niec ko­ry­ta­rza, do drzwi, spod któ­rych wy­zie­ra­ła wie­lo­barw­na po­świa­ta.

W środ­ku za­sta­li po­su­nię­te­go w la­tach męż­czy­znę w kosz­tow­nych sza­tach, z pier­ście­niem na każ­dym palcu i z wy­sa­dza­nym klej­no­ta­mi łań­cu­chem na szyi. Ouran, ze wzglę­dów za­wo­do­wych, znał się na sym­bo­licz­nym zna­cze­niu bo­gac­twa, a nie­bie­ska skóra zdra­dza­ła po­cho­dze­nie tego, któ­re­mu za­wdzię­czał ra­tu­nek – to mu­siał być kro­no­sjań­ski przed­sta­wi­ciel han­dlo­wy. Sta­rzec po­chy­lał się nad kon­struk­cją z krysz­ta­łów i so­cze­wek, w któ­rej śro­dek wpa­so­wa­ny był do­brze znany Oura­no­wi dysk.

Apa­ra­tu­ra po­więk­sza­ła za­pi­sa­ną na nim wia­do­mość, a różne ko­lo­ry pod­świe­tla­ły po­wta­rza­ją­ce się se­kwen­cje zna­ków.

– Szyb­ko – po­wie­dział sta­rzec, le­d­wie zer­k­nąw­szy na Oura­na. – Podaj hasło.

– Hasło? – po­wtó­rzył tam­ten jak ostat­ni głu­pek.

– Hasło, chłop­cze, hasło! Nie prze­le­cie­li­śmy po­ło­wy ko­smo­su ści­ga­ni przez floty wszyst­kich Sfer i zgra­je pi­ra­tów, żebyś teraz nie mógł go sobie przy­po­mnieć! – żach­nął się sta­rzec. – Wiesz, jakie pie­kło zo­sta­wi­li­śmy za sobą? Gdyby nie okrę­ty kró­lo­wej Se­le­ne, które wdały się w po­tycz­kę z si­ła­mi He­lio­sa, gdy mi­ja­li­śmy dry­fu­ją­ce w ko­smo­sie szcząt­ki Fa­eto­na, już dawno wszy­scy by­li­by­śmy mar­twi! Dla­te­go mów, jakie jest hasło?!

Ouran nie mógł ze­brać myśli. Rany za­czę­ły dawać o sobie znać. Noga rwała, bark pul­so­wał, plecy pie­kły bólem. Je­że­li Kro­no­sja­nin mówił praw­dę, to mi­nę­ły ty­go­dnie od misji na He­lio­sie. Ouran miał nie­wy­po­wie­dzia­ne szczę­ście, że w ogóle prze­żył.

– Może Se­le­ne – zga­dy­wał. – Albo Fa­eton. Albo An­tych­ton. Albo…

Sta­rzec nie wy­glą­dał na za­do­wo­lo­ne­go.

– Oczy­wi­sto­ści spraw­dzi­li­śmy na wstę­pie! – wciąż zgar­bio­ny, pod­szedł do prze­myt­ni­ka i zła­pał go w przed­ra­mie­niu. – Na­praw­dę nie znasz hasła? W takim razie po co kło­po­ta­li­śmy się z twoim le­cze­niem?! Wszyst­ko na darmo! Za trzy dni bę­dzie­my na Kro­no­sie, jeśli do tego czasu nic nie wy­my­ślisz…

Stat­kiem za­trzę­sło. Stary Kro­no­sja­nin pra­wie że upadł, ale mło­dzik zaraz ru­szył mu z po­mo­cą. Razem po­de­szli do wy­sta­ją­ce­go ze ścia­ny leja.

– Co się tam dzie­je?! – za­wo­łał sta­ru­szek.

– To łódź ka­pi­ta­na he­liań­skiej stra­ży. Znów nas do­ści­gnął! – od­po­wie­dział głos z wnę­trza leja.

– A niech­by to Ogień! – za­klął przed­sta­wi­ciel han­dlo­wy, który przy oka­zji był agen­tem wy­wia­du, zresz­tą jak więk­szość przed­sta­wi­cie­li jego pro­fe­sji. – Je­ste­śmy trzy dni od prze­strze­ni po­wietrz­nej Kro­no­sa! Jak to moż­li­we, że do­tarł tak da­le­ko?

– Jego łódź jest mniej­sza od na­szej, ale przy­sto­so­wa­na do walki – od­po­wie­dział głos. – Za­pew­ne nie ma ze sobą pro­wian­tu na drogę po­wrot­ną.

– Fa­na­tyk – burk­nął sta­rzec. – Tacy są naj­gor­si.

– Prze­słał nam wia­do­mość – kon­ty­nu­ował głos. – Zgod­nie z wa­run­ka­mi po­ko­ju, Kro­nos pod­le­ga bez­po­śred­nie­mu zwierzch­nic­twu He­lio­sa, a więc każda łódź po­wietrz­na musi za­sto­so­wać się do roz­ka­zów he­liań­skiej stra­ży. Za­trzy­maj­cie się, prze­każ­cie szpie­ga i od­daj­cie się w nasze ręce. Nie­sub­or­dy­na­cję po­trak­tu­je­my jako zdra­dę. Tyle na­pi­sał.

Sta­ru­szek mio­tał głową na boki, pa­trząc to na Oura­na, to na apa­ra­tu­rę po­więk­sza­ją­co-de­kryp­tu­ją­cą, aż coś przy­szło mu do głów­ny, są­dząc po gra­na­to­wych ustach wy­krzy­wio­nych w uśmie­chu.

– Oni nie wie­dzą o dysku. Nie wspo­mi­na­ją o nim… Po­wiedz, że od­da­my szpie­ga.

 

 

Uczo­ny i adept 

 

Kil­ka­na­ście minut póź­niej prze­myt­nik, ubra­ny już w swoje szaty, sie­dział w sta­rej, roz­pa­da­ją­cej się sza­lu­pie bez wio­seł, z wolna opa­da­jąc ku łodzi he­liań­skiej stra­ży.

Uciec – nie było dokąd.

Mógł zaś po­świę­cić chwi­lę, by po­dzi­wiać wi­do­ki, ocze­ku­jąc na ko­lej­ny cud, który ura­tu­je go z opre­sji.

Da­le­ko w czar­no­gra­na­to­wym po­wietrz­nym morzu do­strze­gał świa­tła od­le­głych kró­lestw, małe ni­czym zia­ren­ka pia­sku, oraz Cen­tral­ny Ogień, który stąd oglą­da­ny wy­da­wał się le­d­wie pło­my­kiem.

Nad głową miał gra­ni­ce świa­ta, dzie­sią­tą Sferę, Oura­no­sa, kró­le­stwo śmier­ci, sko­ru­pę z ete­ro­we­go ka­mie­nia i lodu. Ouran jesz­cze nigdy nie był tak da­le­ko od Se­le­ne. Stąd do­sko­na­le można było do­strzec krzy­wi­znę dzie­sią­tej Sfery, a gwiaz­dy – lo­do­we je­zio­ra na jej po­wierzch­ni – na­bie­ra­ły nie­re­gu­lar­nych kształ­tów, przy­po­mi­na­jąc atra­men­to­we klek­sy na skraw­ku zwi­nię­te­go per­ga­mi­nu. Oj­ciec opo­wia­dał Oura­no­wi se­le­niań­skie le­gen­dy o tym, ja­ko­by gwiaz­dy były da­le­ki­mi ogni­ska­mi, ognia­mi cen­tral­ny­mi in­nych świa­tów, wokół któ­rych krążą inne pla­ne­ty. Jedno spoj­rze­nie z ta­kie­go bli­ska po­zwa­la­ły z miej­sca od­rzu­cić lu­do­we za­bo­bo­ny.

I jesz­cze Kro­nos. Stąd wiel­ki jak kolos, zda­wał się wła­dać nie­bem, zim­nym bla­skiem ma­lo­wał ko­smos w błę­ki­ty. Do tego jesz­cze pier­ście­nie. Ko­ro­na ni­kłych iskier ota­cza­ją­ca kró­le­stwo przed­ostat­niej Sfery.

To tam miesz­ka­ły węże cy­klo­no­we – ogrom­ne isto­ty, któ­rych łuski zbu­do­wa­ne były z czy­ste­go eteru. Dłu­go­wiecz­ne i nie­zmier­nie mądre, uwiel­bia­ły to­czyć mię­dzy sobą dłu­gie dys­pu­ty, jed­nak łatwo wpa­da­ły w gniew. Ponoć roz­ju­szo­ne były w sta­nie wy­wo­łać tak po­tęż­ny wi­cher, że po­ry­wał naj­więk­sze okrę­ty i za­no­sił aż na drugi kra­niec ko­smo­su.

Ouran mógł się o tym zaraz prze­ko­nać, bo wła­śnie dwa osob­ni­ki, sy­cząc i wijąc się wokół sie­bie na­wza­jem ni­czym ser­pen­ty­ny w dło­niach tan­ce­rek, zbli­ża­ły się do sza­lu­py.

– Nie je­stem aż tak sza­lo­ny – po­wie­dział do sie­bie, krę­cąc głową.

A jed­nak wy­rwał dulkę z bu­twie­ją­ce­go drew­na, ze skraw­ka tka­ni­ny ode­rwa­ne­go od rę­ka­wa skle­cił pro­wi­zo­rycz­ną procę i ci­snął me­ta­lem w kie­run­ku spie­ra­ją­cych się gadów. Wy­da­wa­ło mu się, że tra­fił, ale ude­rze­nie nie przy­nio­sło efek­tu i węże wciąż po­ru­sza­ły się po tra­jek­to­rii, która po­zwo­li im omi­nąć sza­lu­pę o pół sta­dio­nu. Ouran wy­rwał więc drugą dulkę i po­no­wił atak.

Tym razem, był pe­wien, tra­fił w łeb jed­ne­go gada.

Ten mógł­by z po­wo­dze­niem zmie­ścić męż­czy­znę wraz z łódką w pół­ro­zwar­tej pasz­czy, ale widać uznał to za zby­tecz­ny trud wzglę­dem ko­rzy­ści, strze­lił więc tylko ko­niusz­kiem ogona. Po­tęż­ny wiatr za­krę­cił sza­lu­pą i po­rwał ją da­le­ko poza gra­ni­ce dzie­wią­tej Sfery, nio­sąc za­par­te­go o burty łódki Oura­na ku krań­com ko­smo­su.

*

Nie był w sta­nie osza­co­wać, jak długo trwał lot. Prze­mie­rzał ko­smicz­ną pust­kę, wi­ru­jąc w po­zio­mie oraz w pio­nie, jak w de­mo­nicz­nym młyn­ku, a z każdą chwi­lą po­wie­trze było coraz zim­niej­sze i coraz rzad­sze. Przez więk­szość czasu za­ci­skał po­wie­ki, bo tylko tak mógł oprzeć się prze­moż­nej po­trze­bie, by zwy­mio­to­wać. W ta­kich oko­licz­no­ściach ucie­szył, że nie jadł od kilku ty­go­dni, co dla Se­le­nia­ni­na nie było groź­ne, choć za­zwy­czaj da­le­ce nie­przy­jem­ne.

Spo­dzie­wał się, że prę­dzej czy póź­niej wy­tra­ci impet i za­cznie spa­dać, coraz wol­niej i wol­niej, po­nie­waż im bli­żej Cen­tral­ne­go Ognia, tym moc­niej eter prze w kie­run­ku dzie­sią­tej Sfery. W końcu, przy spo­rej dozie szczę­ścia, sza­lu­pa za­trzy­ma się w locie gdzieś po­środ­ku ko­smo­su i Ouran bę­dzie cze­kać na ra­tu­nek.

Chciał­by my­śleć, że wy­cho­dził z gor­szych opre­sji – ale zde­cy­do­wa­nie ta była naj­gor­sza.

Wkrót­ce jed­nak Ouran prze­ko­nał się, że rację miał jego nie­od­ża­ło­wa­ny tatko, twier­dząc, iż za­ło­że­nie jest ojcem spie­przo­nej ro­bo­ty. Sza­lu­pa za­miast zwol­nić i za­cząć spa­dać, ude­rzy­ła dzio­bem o skałę, by chwi­lę póź­niej roz­paść się w drza­zgi. Prze­myt­nik, szarp­nię­ty siłą ude­rze­nia, wy­padł z sza­lu­py, spadł z ło­sko­tem na ska­li­ste pod­ło­że i prze­to­czył się kilka razy, nim udało mu się za­trzy­mać.

Za­da­na przez dwu­gło­we­go lwa rana otwo­rzy­ła się, chi­ton na­siąkł krwią i przy­warł do ple­ców męż­czy­zny. Ouran, po­si­nia­czo­ny i ob­dar­ty, pod­niósł się z ję­kiem i ro­zej­rzał po oko­li­cy. W gło­wie mu wi­ro­wa­ło, a żo­łą­dek jakby zwią­zał się w supeł. Męż­czy­zna z tru­dem mógł iść, nagle stra­cił zmysł rów­no­wa­gi i co chwi­la padał na czwo­ra­ka. W końcu uświa­do­mił sobie, gdzie jest.

Góra była dołem, a dół – górą.

Prze­myt­nik stał na po­wierzch­ni dzie­sią­tej Sfery, choć po­wi­nien opa­dać ku wnę­trzu Cen­tral­ne­go Ognia, które – tak jak wszyst­kie pla­ne­ty – miał teraz nad głową. Opo­dal roz­cią­ga­ło się lo­do­we je­zio­ro, do­kład­nie takie jak w teo­riach uczo­nych, a za nim i obok ko­lej­ne, na­stęp­ne i jesz­cze jedno, nie­koń­czą­ca się mo­zai­ka lo­do­wych je­zior na mar­twym pust­ko­wiu.

– Jak to moż­li­we? – wy­szep­tał, błą­dząc wzro­kiem jak nic nie­ro­zu­mie­ją­ce dziec­ko, które po raz pierw­szy spo­glą­da­ło na świat.

Eter, po­sia­da­ją­cy ujem­ny cię­żar, zmie­rza do ze­wnątrz ko­smo­su, ni­czym dym uno­szą­cy się nad pa­le­ni­skiem, ema­nu­je z Cen­tral­ne­go Ognia. Po­wie­trze jest neu­tral­ne, wy­peł­nia ko­smos, po­ru­sza się w wielu kie­run­kach pod wpły­wem tem­pe­ra­tu­ry, ruchu Sfer i wę­drów­ki in­nych sub­stan­cji. Wszyst­ko po­zo­sta­łe – cała ma­te­ria – ma cię­żar do­dat­ni i opada ku środ­ko­wi ko­smo­su, w ob­ję­cia Cen­tral­ne­go Ognia.

Takie są pod­sta­wo­we prawa przy­ro­dy.

Jed­nak Ouran z ja­kie­goś po­wo­du miał dzie­więć Sfer nad głową, a po­wierzch­nia dzie­sią­tej go przy­cią­ga­ła.

– Otwórz oczy – szep­nął wiatr, prze­my­ka­jąc obok jego le­we­go ucha.

Prze­myt­nik wzdry­gnął się i upadł.

– Spójrz na mnie. – Usły­szał szmer z pra­wej stro­ny.

Wokół nie było ni­ko­go.

*

Ouran za­mknął oczy i otwo­rzył po­now­nie. Potem jesz­cze raz i jesz­cze raz. Nic z tego – nadal nie był w sta­nie uj­rzeć wła­ści­cie­li gło­sów. A te za­czy­na­ły zdra­dzać ozna­ki znie­cier­pli­wie­nia.

– Samo mru­ga­nie w ni­czym nie po­mo­że – mówił pierw­szy. – Mu­sisz się sku­pić!

– To kwe­stia ciała – po­wta­rzał drugi. – Nadal jest zbyt żywe. Ale już nie­dłu­go.

Rze­czy­wi­ście, nie­dłu­go, my­ślał Ouran, klu­cząc po pust­ko­wiu i trzę­sąc się z zimna. Z le­d­wo­ścią zgi­nał palce rąk. Stóp nie czuł w ogóle – były jak dwa kloce drew­na, które pod­no­sił, aby wy­ko­nać krok. W końcu przy­siadł na ziemi i objął ko­la­na ra­mio­na­mi. Bo gdzie miał­by iść? Jak się ura­to­wać?

To był ko­niec ko­smo­su – i rów­nież ko­niec jego po­dró­ży.

– Może gdyby wy­łu­pił sobie jedno oko, to by nas zo­ba­czył? – gdy­bał drugi głos.

– To może się udać – przy­tak­nął mu pierw­szy.

– Zo­staw­cie mnie i daj­cie umrzeć w spo­ko­ju! – wrza­snął prze­myt­nik. – Za­bie­raj­cie te swoje błę­kit­ne gęby! – dodał, pró­bu­jąc od­go­nić na­trę­tów jak upo­rczy­we muchy.

Naraz zro­zu­miał, że oto wła­śnie udało mu się ich zo­ba­czyć.

Duchy dwóch męż­czyzn stały nad nim z za­tro­ska­ny­mi ob­li­cza­mi. Jeden miał na sobie kro­no­sjań­ski mun­dur, drugi zbro­ję Are­sjan.

– Kim je­ste­ście? – za­py­tał Ouran, wsta­jąc z tru­dem.

– Tymi, któ­rzy przy­by­li tu przed tobą – od­po­wie­dział pierw­szy.

– Wy nie ży­je­cie.

– Rzecz jasna! – po­twier­dził drugi. – Jak wszy­scy tutaj! – dodał, za­ta­cza­jąc krąg ręką.

Wtem lo­do­we tafle je­zior roz­cią­gnę­ły się i uro­sły w górę, two­rząc strze­li­ste wieże, pełne prze­py­chu pa­ła­ce oraz gwar­ne mia­sta pełne spa­ce­ru­ją­cych dusz.

– Czy ja też… ja też umar­łem? – za­py­tał Ouran apa­tycz­nie, zgra­bia­ły­mi dłoń­mi do­ty­ka­jąc twa­rzy.

– Jesz­cze nie, ale je­steś bli­sko – wy­ja­śnił pierw­szy. – Twoja dusza już się wy­ry­wa na ten świat, tak mocno, że cią­gnie za sobą ledwo żywe ciało. W końcu umrzesz, a ono od­le­ci ku cen­trum ko­smo­su, by spło­nąć, jak na­ka­zu­je przy­zwo­itość.

– Ale naj­pierw mu­sisz się z nim spo­tkać – wtrą­cił drugi. – Dla­te­go nas przy­słał.

– Ale z kim? Gdzie? Jak? – do­py­ty­wał prze­myt­nik, czu­jąc, że jego umysł z coraz więk­szym tru­dem for­mu­je myśli.

– Tam czeka. – Pierw­szy wska­zał po­bli­skie wznie­sie­nie, z któ­re­go wy­ra­sta­ła długa na sta­dion tuba o nie­re­gu­lar­nym kształ­cie. – Przy te­le­sko­pie! Jak za­wsze tylko się przy­pa­tru­je życiu Sfery.

– To jego praca – wtrą­cił drugi. – I wy­ko­nu­je ją su­mien­nie.

– By­le­by tylko znów nie za­nu­dzał nas swo­imi opo­wie­ścia­mi. Dosyć mia­łem wo­jacz­ki w tam­tym życiu – pierw­szy prze­wró­cił ocza­mi.

– Kim on jest? Jed­nym z bogów?

– Urg? – upew­nił się duch Kro­no­sja­ni­na. – Jest kimś wię­cej. Albo mniej. Albo nie do końca. Trud­no po­wie­dzieć i naj­le­piej sa­me­mu oce­nić.

*

Gdy zna­leź­li się w po­bli­żu, uszu Oura­na do­bie­gło nad­zwy­czaj gło­śne mam­ro­ta­nie zsyn­chro­ni­zo­wa­ne z ru­cha­mi star­ca, który to zer­kał w oku­lar te­le­sko­pu, to od­ry­wał się od ob­ser­wa­cji, by spo­rzą­dzić no­tat­ki.

– Are­sja­nie wy­pu­ści­li woj­ska w głę­bo­ki ko­smos, skie­ro­wa­li się pro­sto ku księ­stwu Afro­dy­ty… Her­mes jesz­cze nie pod­jął dzia­łań, ale zna­jąc na­tu­rę wład­cy tej pla­ne­ty, przy­łą­czy się do tych, któ­rych uzna za zwy­cięz­ców… For­pocz­ta od­dzia­łów He­lio­sa star­ła się z Kro­no­sjań­ski­mi sztur­mow­ca­mi… Nie­do­brze, nie­do­brze…

– Szla­chet­ny Urgu – roz­po­czął duch Are­sja­ni­na, gdy sta­rzec prze­stał no­to­wać i krę­cąc su­mia­stym wąsem, wró­cił do ob­ser­wa­cji ko­smo­su. – Przy­pro­wa­dzi­li­śmy…

– Zeus już włą­czył się do walki… Źle, bar­dzo źle… – mam­ro­tał Urg. – Ale na Gai spo­kój. To naj­waż­niej­sze. Żadne kró­le­stwo nie zła­ma­ło świę­te­go paktu. Tak, to do­brze, do­brze… Ina­czej, strach po­my­śleć…

– Szla­chet­ny Urgu! – za­wo­łał drugi z prze­wod­ni­ków Oura­na.

Uczo­ny wy­pro­sto­wał krę­go­słup, wy­krzy­wio­ny od sta­łe­go po­chy­la­nia się nad oku­la­rem, do­strzegł, że w jego kie­run­ku zmie­rza dawno wy­cze­ki­wa­ny gość w to­wa­rzy­stwie dwóch prze­wod­ni­ków. Uczo­ny za­rzu­cił ba­da­nia i wy­szedł im na spo­tka­nie.

– Jakże to miło! – za­wo­łał, kła­nia­jąc się. – Choć przy­znam, że ocze­ki­wa­łem was nieco wcze­śniej.

– To wina per­cep­cji – tłu­ma­czył duch Are­sja­ni­na. – Mie­li­śmy przej­ścio­wy kło­pot z wi­dze­niem.

– Czy ktoś mi… może… jakie dziw­ne są tu gwiaz­dy… – przy­pro­wa­dzo­ny męż­czy­zna, sku­lo­ny z zimna, za­czy­nał ma­ja­czyć, więc Urg pstryk­nął pal­ca­mi i go­rą­cy wiatr nad­le­ciał w jed­nej chwi­li z cen­trum wszech­rze­czy, by otu­lić swym po­dmu­chem za­ma­rza­ją­ce­go prze­myt­ni­ka. Po kilku se­kun­dach było już le­piej. – Kim je­steś i dla­cze­go chcia­łeś mnie wi­dzieć? Jak to moż­li­we, że tra­fi­łem do za­świa­tów? Czy można jakoś się stąd wy­do­stać? – do­py­ty­wał, od­zy­skaw­szy spraw­ność umy­słu i ję­zy­ka.

– Oba­wiam się, że opusz­cze­nie tego miej­sca bę­dzie dość kło­po­tli­we, zwłasz­cza dla osoby w twoim.. – tu Urg zro­bił prze­rwę i przyj­rzał się do­kład­nie roz­mów­cy – …sta­nie. Poza tym gdzie do­kład­nie chciał­byś wró­cić?

Uczo­ny ob­ró­cił się w kie­run­ku te­le­sko­pu i przy­wo­łał ręką le­d­wie ży­we­go męż­czy­znę.

– Chodź, zer­k­nij tutaj – wska­zał oku­lar.

Przy­bysz z pew­nym wa­ha­niem speł­nił jego proś­bę.

Ko­smos wy­peł­nia­ło świa­tło, ale by­naj­mniej nie to, któ­re­go źró­dło le­ża­ło w cen­trum wszech­rze­czy. Nie­daw­na i, zda­wa­ło się, za­koń­czo­na raz na za­wsze wojna roz­go­rza­ła z nową mocą.

Flo­tyl­le kró­lo­wej Se­le­ne i pana He­lio­sa uczy­ni­ły pole bitwy z roz­sia­nych po­mię­dzy ich kró­le­stwa­mi szcząt­ków po­świę­co­ne­go w imię lep­szej spra­wy Fa­eto­na. Gro­mo­we dzia­ła strze­la­ły pio­ru­na­mi, ka­ta­pul­ty ci­ska­ły bomby nie­ga­sną­ce­go ognia.

– Wojna… – wy­szep­tał Ouran.

– Wojna – po­wtó­rzył za nim Urg. – I o ile nie mylą mnie wnio­ski z ob­ser­wa­cji, je­steś jej bez­po­śred­nim po­wo­dem.

– Ja?! – męż­czy­zna aż pod­sko­czył w na­głym przy­pły­wie sił, jed­nak słaby or­ga­nizm na skra­ju wy­trzy­ma­ło­ści nie­zdol­ny był do tak na­głe­go ruchu, więc sta­nę­ło na tym, że dusza nie­szczę­śni­ka od­dzie­li­ła się od ciała.

Ten jed­nak, tar­ga­ny emo­cja­mi, zda­wał się tego nie za­uwa­żać.

– Ja byłem tylko wy­ko­naw­cą! Po­słań­cem! Jeśli nie ja, zro­bił­by to ktoś inny!

– I je­steś prze­ko­na­ny, że każdy do­tarł­by tak da­le­ko? – po­wąt­pie­wał Urg, pa­trząc na roz­mów­cę spod krza­cza­stych brwi.

– Co.. Ja… To nie jest istot­ne! He­lios zaraz znisz­czy ko­lej­ną pla­ne­tę!

– Nie oba­wiał­bym się tego – od­parł uczo­ny. – Ich se­kret­na broń była tylko jed­no­ra­zo­we­go użyt­ku. Do jej uru­cho­mie­nia po­trzeb­na jest ko­smicz­na ener­gia dzie­się­ciu pla­net usta­wio­nych w linii. Wiele czasu minie do mo­men­tu na­stęp­nej ko­niunk­cji, poza tym…

– Fa­eto­na już nie ma. – Z ducha męż­czy­zny jakby uszło po­wie­trze. Klap­nął zre­zy­gno­wa­ny tuż obok swo­je­go ciała. – He­liań­ski ka­pi­tan ści­gał mnie tylko po to, by ukryć praw­dę! Kró­lo­wa Se­le­ne nie­po­trzeb­nie oba­wia­ła się ataku. To wszyst­ko było po­zba­wio­ne sensu! – żach­nął się Ouran, uprzy­tom­niw­szy sobie, że gdyby nie prze­rwał wtedy do­rad­cy, który przy­niósł mu dysk…

– Nie­zu­peł­nie, wszak tra­fi­łeś tutaj – od­rzekł Urg. – Można po­wie­dzieć, że się­gną­łeś gwiazd, tak, jak za­po­wia­da­ło twoje imię.

– Ouran to nie jest moje praw­dzi­we imię – bąk­nął prze­myt­nik, który wy­glą­dał tak, jakby jego duch miał wy­zio­nąć ducha.

– Takie no­si­my imio­na, jakie sobie nada­my. I takie jest nasze prze­zna­cze­nie, na jakie się zgo­dzi­my – od­parł Urg tonem mę­dr­ca. – Każda mo­ne­ta ma dwie stro­ny. Wojna i pokój. Roz­są­dek i sza­leń­stwo. Smu­tek i śmiech. Eter i ma­te­ria. De­struk­cja i kre­acja… Życie i śmierć – od­po­wie­dział, pa­trząc na nie­przy­tom­ne ciało i znaj­du­ją­cą się w nie­wie­le lep­szej kon­dy­cji duszę Oura­na. – To za­sa­da star­sza ode mnie, usta­lo­na przez tego, który był pierw­szy.

– Pierw­szy? – za­py­tał Ouran, jed­nak chyba tylko po to, aby upew­nić się, że jesz­cze jest w sta­nie mówić.

– Ma na imię Dem. Przez długi czas był sam, stąd jego przy­wią­za­nie do par – opo­wia­dał Urg, wra­ca­jąc my­śla­mi do daw­nych cza­sów, kiedy to on był mło­dzień­cem wsłu­cha­nym w słowa eks­cen­trycz­ne­go star­ca. – Stwo­rzył pierw­szy świat. To zna­czy pierw­szą wer­sję świa­ta, zu­peł­nie inną od tej. Kon­ty­nen­tal­ny dysk uno­sił się na sko­ru­pie wiel­kie­go żół­wia, nie­sa­mo­wi­ty widok. Póź­niej Dem za­pro­po­no­wał mi wspól­ne do­glą­da­nie świa­ta. Dem i Urg. Może nie by­li­śmy ni­czym jed­ność, ale uzu­peł­nia­li­śmy się. Aż ja za­pra­gną­łem cze­goś wię­cej – Urg za­mach­nął się nad głową, jakby chciał ogar­nąć ko­smos jed­nym ge­stem – a on po­trze­bo­wał od­po­czyn­ku. Osiadł na Gai, a mnie dał wolną rękę. Ale, jak wi­dzisz, w po­je­dyn­kę nie radzę sobie naj­le­piej.

Uczo­ny wzru­szył ra­mio­na­mi w ma­ni­fe­sta­cji bez­rad­no­ści, a wy­so­ko nad nim, w środ­ku ko­smo­su, świa­tło Cen­tral­ne­go Ognia przy­ćmił na chwi­lę blask eks­plo­zji zie­lo­ne­go, se­le­niań­skie­go pło­mie­nia gdzieś w pół drogi do Kro­no­sa.

*

Jeśli można było po­wie­dzieć, że Ouran w coś wie­rzył, to w to, że za­wsze – prę­dzej czy póź­niej – spad­nie na czte­ry łapy. Rzecz jasna, zda­rza­ły mu się chwi­le zwąt­pie­nia. Wpa­dał do ciem­nej jamy, z któ­rej próż­no szu­kał wyj­ścia, jed­nak za­wsze, ale to za­wsze, los w końcu zsy­łał mu jasny pro­mień wska­zu­ją­cy drogę na po­wierzch­nię.

Ale tym razem wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że ko­niec był bli­ski. Trud­no my­śleć ina­czej, kiedy pa­trzy się z boku na wła­sne, umie­ra­ją­ce ciało.

Dzi­wacz­nie ubra­ny sta­rzec o zie­mi­stej cerze roz­pra­wiał o ko­smo­sie, na­tu­rze wszech­rze­czy i in­nych bła­host­kach, kom­plet­nie nie­istot­nych wobec naj­bar­dziej pa­lą­ce­go pro­ble­mu – eg­zy­sten­cji Oura­na zbli­ża­ją­cej się kresu.

– Od­po­wiedź zdaje się oczy­wi­sta – cią­gnął sta­rzec – jed­nak za­py­tam: co wy­bie­rasz?

Wybór. Al­ter­na­ty­wa. Oka­zja. Szan­sa. Pro­mień wska­zu­ją­cy drogę.

W du­cho­wych źre­ni­cach prze­myt­ni­ka roz­go­rzał szcze­gól­ny błysk na­dziei po­łą­czo­nej z prze­czu­ciem, że oto może ubić in­te­res. Nawet ko­na­ją­ce ciało jakby oży­wi­ło się na tę myśl i wy­ko­na­ło kilka na­głych ru­chów.

– Co wy­bie­ram?

– Skup się, mło­dzień­cze. Daję ci szan­sę współ­two­rze­nia no­we­go, więk­sze­go, lep­sze­go ko­smo­su. Naj­istot­niej­szej i osta­tecz­nej za­gad­ki! To praca dla dwóch, a ja cię wszyst­kie­go na­uczę. Razem do­ko­na­my rze­czy wiel­kich.

– Jakie… są wa­run­ki? – za­py­tał oszo­ło­mio­ny Ouran, by zy­skać czas na ob­ję­cie ro­zu­mem tego, co z na­tu­ry nie­poj­mo­wal­ne.

– Tylko jeden – od­rzekł sta­rzec. – Gaja. Życie tam­tej­szych istot ma po­zo­stać nie­na­ru­szo­ne. I nikt stam­tąd nie może się zo­rien­to­wać, że co­kol­wiek się zmie­ni­ło. Dla nich za­wsze He­lios ma wsta­wać na wscho­dzie i zni­kać na za­cho­dzie. Zatem?

Ouran wstał, ob­rzu­cił spoj­rze­niem swoje już mar­twe ciało, a potem uśmiech­nął się sze­ro­ko, jak praw­dzi­wa szel­ma.

*

Ich pierw­szą wspól­ną de­cy­zją było zga­sze­nie Cen­tral­ne­go Ognia.

Na spo­koj­nej, po­grą­żo­nej we wła­snych spra­wach Gai nikt ni­cze­go nie za­uwa­żył.

 

 

Koniec

Komentarze

Nie zapomniałeś tagu konkursowego?:P

Слава Україні!

Zapomniałem, ale i tak wszedłeś w tekst. To się nazywa dobry marketing. :D

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Powiedzmy, że tytuł był zbyt planetarny, żeby nie zajrzeć:P

Слава Україні!

Gekikaro!

 

Powtórzę się z bety i dodam jakieś nowe popoprawkowe uwagi.

 

Na początku wyszła z tego opka chaotyczna, aczkolwiek satysfakcjonująca ostatecznie przypowieść o powstaniu Wszechświata, jakim znamy go dzisiaj. Taka, hmm, Księga Rodzaju by Gekikara. Czy mit o stworzeniu świata w jakiejkolwiek religii. Zwłaszcza, że Twoja mapa przedstawia (more or less) nasz Układ Słoneczny, ale na osi czasu przed.

Światotwórstwo na wysokim poziomie, podoba mi się ten, jak to fmsduval określił, ancientpunkt. Jestem absolutnie oddany starożytności w fantasy, nawet bardziej mnie kręci ostatnio niż średniowiecze. Opowiadanie przywoływało mi na myśl zespół Tool, jeśli miałbym w jakiś sposób przyrównać Twój tekst do muzyki.

Gaja (imo) symbolizuje Eden, a wszystko co się wokół nich dzieje ich nie dotyczy. Tak też my, ludzie, czy Gajanie, możemy nie widzieć wszystkich tych kosmicznych konfliktów. Końcówka bardzo fajna, sprawnie spiąłeś wszystko do kupy. Statki kosmiczne przypominały mi (w sumie całe to opko xD) Planetę skarbów. Kurde, to była dobra bajka.

No, powodzenia w konkursie!

A ode mnie pobetowy klik. ^^

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

No, bardzo mi się.

Geki, Ty czytałeś Lukiana z Samosaty “Historię prawdziwą”? Podejrzewam, że pewnie niekoniecznie, bo SF z II w. n.e. mało kto czyta XD, ale miałam czasami skojarzenia właśnie z tamtym klimatem, choć tam jest bardziej humorystycznie. Moje drugie skojarzenie jest muzyczno-teledyskowe, choć nie z muzyką, a z wziętym z Meliesa klimatem wizualnym.

A samo opowiadanie? Nie będę obiektywna, bo za taką mieszanką staroświeckiej space opery z science fantasy przepadam, więc mnie kupiłeś na wejściu. Bardzo mi się przyjemnie czytało, pomysły masz fajne, nastój kreujesz bezbłędnie, więc siedziałam ze szklanką toniku espresso, czytałam i nawet mi się nie chciało myśleć, bo by tu ewentualnie poprawić.

Barbarzyńco, dzięki za klika i dzięki jeszcze raz za betę, choć przyznam, że jestem twoim komentarzem nieco zawiedziony, bo nie napisałeś nic o mapce. :(

Na początku wyszła z tego opka chaotyczna… 

Chaos był jednym z moich zamiarów. :) 

 

Światotwórstwo na wysokim poziomie, podoba mi się ten, jak to fmsduval określił, ancientpunkt. Jestem absolutnie oddany starożytności w fantasy, nawet bardziej mnie kręci ostatnio niż średniowiecze. 

No to dobrze trafiłem.

 

Opowiadanie przywoływało mi na myśl zespół Tool, jeśli miałbym w jakiś sposób przyrównać Twój tekst do muzyki.

Tool to jednak cięższe brzmienia. :P

 

Statki kosmiczne przypominały mi (w sumie całe to opko xD) Planetę skarbów. Kurde, to była dobra bajka.

Tam statki miały żagle, ale napędzały je zaawansowane technologicznie silniki. 

Moje łodzie są o wiele prostsze, to jest balony wypełnione eterem lub gorącym powietrzem i żagle ewentualnie bliżej nieokreślone wiosła do poruszania się horyzontalnego. 

 

 

Cześć, ninedin! 

 

Geki, Ty czytałeś Lukiana z Samosaty “Historię prawdziwą”? Podejrzewam, że pewnie niekoniecznie, bo SF z II w. n.e. mało kto czyta XD, ale miałam czasami skojarzenia właśnie z tamtym klimatem, choć tam jest bardziej humorystycznie.

Informacja o tym dziele była dla mnie inspiracją, ale znalazłem tylko jakieś wzmianki i zgrubne opisy, nie dokopałem się przekładu. 

Zaś co do humoru, zdecydowanie humorystyczna warstwa też występuje, choć nie wybija się na pierwszy plan. 

 

Moje drugie skojarzenie jest muzyczno-teledyskowe, choć nie z muzyką, a z wziętym z Meliesa klimatem wizualnym

To w ogóle ciekawe, jak różni ludzie różnie wyobrażają sobie podobne rzeczy.

 

A samo opowiadanie? Nie będę obiektywna, bo za taką mieszanką staroświeckiej space opery z science fantasy przepadam, więc mnie kupiłeś na wejściu. 

Czyli drugi raz trafiłem. :) 

 

Dzięki również za klika! 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Już Ci wystarczająco z fmsduvalem natrąbiliśmy o mapce xDD

 

A odnośnie Toola – tak, ale frygijska skala muzyczna, która pojawia się w chociażby Forty Six & 2 od razu przywodzi na myśl starożytne Morze Egejskie. ^^

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

@Gekikara

w jednym z najbliższych numerów NF będzie mój felieton o Lukianie i “Prawdziwej historii”, just sayin’ :)

Witam ulubionego kartografa :)

 

Żeby uczynić zadość Twoim oczekiwaniom, na początku wskażę, że iście wspaniałą mapkę zamieściłeś, bez niej tekst byłby w ogóle bez sensu i niefajny. A tak jest i co poczytać, i na czym oko zawiesić :)))

Co zaś się tyczy samego opowiadania, to na plus wyszły pobetowe zmiany, opko zyskało na płynności, jest mniej chaotyczne i ogólnie – że tak to ujmę – przyjaźniejsze czytelnikowi. 

Powtórzę też pochwały z bety, zwłaszcza te dotyczące kreacji świata, która, jak to zwykle u Ciebie bywa, jest więcej niż satysfakcjonująca. Lubię te Twoje światki, lubię “ancientpunk”, lubię wszędobylskie odniesienia do kultury starożytnej Grecji.

Fabularnie, jak już wiesz, jestem umiarkowanie zadowolony, ale końcówka nadrabia prostotę aktów poprzedzających finał i daje poczucie, że jednak nie podałeś tutaj tylko historyjki o złodzieju. Dlatego finalnie mogę ją docenić, choć zestawienia z Twoim poprzednim tekstem “Dziesięć Sfer”, rzecz jasna w mojej skromnej opinii, nie wytrzymuje (tak, wiem, to inne opowiadanie od “Pani Metamorfoz”, bo to, to, i tamto).

Klika ode mnie dostajesz, bo zasługujesz niewątpliwie. 

 

Pozdrawiam,

 

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Hei Gekikara!

 

Bardzo oryginalny pomysł na konkurs “Planety”!

Po przeczytaniu kilku Twoich opowiadań rozpoznaję już charakterystyczny styl, który mocno działa na wyobraźnię. Przebogaty wizualnie świat, zamieszkany przez istoty zbudowane z bajkowych pierwiastków, tworzące fantastyczne technologie i rządzące się obcymi nam prawami. Dobrze wychodzi Ci ożywianie świata inspirowanego starożytną mitologią.

W tym opowiadaniu fabuła, konstrukcja świata i motywy bohaterów (w moim odczuciu) są klarowniejsze i bardziej zdyscyplinowane niż w “Pani Metamorfoz”. Samo opowiadanie w swojej strukturze i środkach artystycznych podobne, chociaż to zaliczyłbym do Twojego oryginalnego stylu. Bardzo dobrze się czytało!

Przygody Ourana miejscami przywodziły na myśl historię Odyseusza.

Dobra końcówka! Zgłaszam do biblioteki.

 

Jedno ale. Nie wierzę, żeby dwugłowy lew był aż tak naiwny, ale to w perspektywie całej historii szczegół.

 

ryzyko zawodowe.

Nie pasuje mi to sformułowanie do przedstawionego świata.

Może to nawet wydał Ourana?

Może to nawet on wydał…?

Miało to za wszech miar uzasadnienie,

ZE wszech miar.

Nad ich głowami unosiły się lodzie powietrzne o eterowych kilach

Łodzie.

Ka wyruszam w pościg!

?

a gwiazdy – lodowe jeziora na jej powierzchni – nabierały nieregularnych kształtów, przypominając atramentowe kleksy na skrawku zwiniętego pergaminu. Ojciec opowiadał Ouranowi seleniańskie legendy o tym, jakoby gwiazdy były dalekimi ogniskami, ogniami centralnymi innych światów, wokół których krążą inne planety. Jedno spojrzenie z takiego bliska pozwalały z miejsca odrzucić ludowe zabobony.

Fajne odwrócenie perspektywy. :)

Mężczyzna z trudem mógł iść, nagłe stracił zmysł równowagi i co chwila padał na czworaka.

“Nagle”

Dziwnie się czuje, czasem mam tak, że nie lubię jakiegoś typu opowiadań, a mimo to czytam jednym tchem. Nie wiem czy to dobrze czy źle. Może opko było dobrze wyważonym średniowiecznym mieczem, bo choć nie lubię zabijać, to dobrze leżał w dłoni. Pozdro…

Cześć!

Ładne, ładne. Oczywiście najsilniejszym punktem tekstu jest światotworzenie, które mi się bardzo, albowiem lubię takie plastyczne, mistyczno-kosmiczne wizje. Styl działający na wyobraźnię, zasysający czytelnika.

Sama opowieść, na poziomie fabuły, też ciekawa, chce się wiedzieć, co dalej. Z drugiej strony, to chyba jeden z tych przypadków, kiedy fabuła jest znacznie mniej istotna niż plastyczne zobrazowanie świata przedstawionego, który gra tutaj pierwsze skrzypce. Ponadto trochę kuleje postać głównego bohatera: sympatyczny jest, ale takich postaci było już mnóstwo. (Ale może mój odbiór jest skrzywiony przez to, że ostatnio tkwię zakopana po uszy w powieściach łotrzykowskich i makamach, a tam takich złodziejaszków-oszustów na pęczki xD)

Ostatnio piszę to pod niemal każdym tekstem, który czytam na NF, ale chętnie zapoznałabym się z innymi opowieściami z tego uniwersum. Jeśli powstanie jakaś kontynuacja/spin-off, to krzycz ;P

fmsduvalu, wiem, że to opowiadanie nie trafiło w twoje gusta, tym niemniej cieszę się, że pobetowe poprawki poprawiły odbiór. :)

 

Hej, Kronosie!

Bardzo oryginalny pomysł na konkurs “Planety”!

Prawda? :D

Po przeczytaniu kilku Twoich opowiadań rozpoznaję już charakterystyczny styl

To ja mam jakis styl? :O

 

W tym opowiadaniu fabuła, konstrukcja świata i motywy bohaterów (w moim odczuciu) są klarowniejsze i bardziej zdyscyplinowane niż w “Pani Metamorfoz”.

Miło to słyszeć. Szepnij o tym słówku fmsduvalowi.

Przygody Ourana miejscami przywodziły na myśl historię Odyseusza.

I trochę w takim klimacie były pisanie tj. takiej tułaczki greckiego bohatera.

Jedno ale. Nie wierzę, żeby dwugłowy lew był aż tak naiwny, ale to w perspektywie całej historii szczegół.

Mówisz o tym samym zwierzęciu, które jest bliskim krewnym kotów ganiających za światełkiem na podłodze i wciskających się w akwaria dla złotych rybek? Dwugłowy lew to zwierzę – umie mówić, jest trochę mądry co działa na jego niekorzyść, bo można go zwieść. Tak jak trolle z “Hobbita”. ;)

I dzięki za łapankę!

Dziwnie się czuje, czasem mam tak, że nie lubię jakiegoś typu opowiadań, a mimo to czytam jednym tchem. Nie wiem czy to dobrze czy źle. Może opko było dobrze wyważonym średniowiecznym mieczem, bo choć nie lubię zabijać, to dobrze leżał w dłoni. Pozdro…

vrchamps, cóż na to poradzić… ;)

 

Cześć, gravel!

Ładne, ładne. Oczywiście najsilniejszym punktem tekstu jest światotworzenie, które mi się bardzo, albowiem lubię takie plastyczne, mistyczno-kosmiczne wizje.

Cieszę się, że to wyszło. Fantasy w kosmosie to wdzięczny gatunek, a jeszcze jak zrobić je nie takie typowo sci-fi, to już w ogóle daje wielkie pole do popisu.

Z drugiej strony, to chyba jeden z tych przypadków, kiedy fabuła jest znacznie mniej istotna niż plastyczne zobrazowanie świata przedstawionego, który gra tutaj pierwsze skrzypce.

W sumie… fabuła ten świat przedstawia, nawet do samego końca, czyli do tego, jak on powstał i co się z nim stanie później. Starałem sie też wpleśc w nią trochę nienachalnego humoru i nawiązania do wspomnianej na końcu reguły dwójek, będącej pozostałością po pierwszym stworzycielu – taki mały smaczek. ;)

Ponadto trochę kuleje postać głównego bohatera: sympatyczny jest, ale takich postaci było już mnóstwo. (Ale może mój odbiór jest skrzywiony przez to, że ostatnio tkwię zakopana po uszy w powieściach łotrzykowskich i makamach, a tam takich złodziejaszków-oszustów na pęczki xD)

Było mnóstwo i będzie mnóstwo, bo za coś je lubimy, choć oryginalnością i głębią nie grzeszą. :)

Ostatnio piszę to pod niemal każdym tekstem, który czytam na NF, ale chętnie zapoznałabym się z innymi opowieściami z tego uniwersum. Jeśli powstanie jakaś kontynuacja/spin-off, to krzycz ;P

Z tym u mnie jest trudno, mam raczej skłonności do porzucania swoich światów.

Pewnie dlatego nasza rzeczywistość wygląda, jak wygląda, bo stwórca już pracuje nad nowym pomysłem. :P

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

A Ty widzę dalej wykorzystujesz Greków :) Ładnie wyszło, z takim trochę łotrzykowskim bohaterem, odrobiną humoru, ociupinką patosu pomiędzy i bardzo fajnym światotwórstwem. I nawet Pratchetta wykorzystałeś :) Trochę żałuję, że ten świat mimo wszystko heliocentryczny, geocentryzm dodałby smaczku. Ale podobało mi się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć Irko!

 

Tak, znów wykorzystałem Greków, mam nadzieję, że Mojry przez to nie spojrzą na mnie nieprzychylnie. :P

 

Trochę żałuję, że ten świat mimo wszystko heliocentryczny, geocentryzm dodałby smaczku. Ale podobało mi się :)

W sumie to ani geo– ani heliocentryczny, bo w centrum jest Ogień Centralny, a Słońce jest jedną z planet. Skargi i zażalenia trzeba kierować do pitagorejczyków, tak to sobie wymyślili. ;)

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

W sumie to ani geo– ani heliocentryczny, bo w centrum jest Ogień Centralny, a Słońce jest jedną z planet

A, widzisz, coś mi nie pasowało. I teraz rozumiem co ;) Przyznaję, że w starożytnej kosmologii aż tak dobrze nie siedzę ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Bardzo fajny styl pisania, uwielbiam też mitologię, więc miałem używanie :) Opowiadanie bardzo mnie wciągnęło :>

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Światotwórstwo i klimat super, mapka też. Miś nie mógł się oderwać. Nie ma pojęcia, czy są jakieś działania chochlika. Smaku dodaje nienachalny humor, co miś ceni bardzo wysoko. Fajne zakończenie. Gwiazdki i powodzenia w konkursie.

Mityczna space opera z podskórną warstwą absurdu i ucieczka po gzymsach i potem na lwie. Miód i malina.

 

Duch klatki schodowej, przepraszam: sam pomysł ma dużo erudycyjnego uroku, na tym zostaje zbudowana monumentalna historia, ale bez męczenia czytelnika – a w tym wszystkim jest jeszcze miejsce na subtelny, nieco absurdalny humor i akcję jak z dobrego kina szpiegowskiego. I to wszystko razem zazębia się bez zgrzytów. I to jest powód, dla którego skromnie nominowałem do piórka.

 

Mam trochę zastrzeżeń językowych co do początku. Zdarzają się chochliki z przecinkami i zdania, które dla mnie podchodzą na granicę kategorii “za długie”:

 

Kosmiczny piorun, energetyczny promień o wielkiej mocy ?PRZECINEK? wystrzelony z Heliosa gdy planety znalazły się blisko siebie, przeistoczył w gruzy Królestwo Czwartej Sfery, a jego pozostałości spadły w Ogień Centralny.

Też chyba nieco długie:

Niezdobyte pustkowie ?PRZECINEK? zbyt odległe, by cokolwiek mogło tam przetrwać, usiane miliardami nieruchomych gwiazd, zimnych świateł, będących – jak podejrzewali uczeni – odbiciami blasku Centralnego Ognia od lodowych tafli zamarzniętych jezior.

Pogubiłem się, pierwsza to nie jest Antychton?

Mówili, że potrafiła zawisnąć w powietrzu i wpatrywać się w zarys Heliosa, odwiecznego wroga, który przemierzał drugą Sferę, albo w ledwie widoczną Gaję, zajmującą pierwszą Sferę, prawie niewidoczną w pobliżu Centralnego Ognia.

 

Literówka:

Wszak idealny porządek kosmosu opiera się na dziecięciu Sferach, tak sądziliśmy – zauważył doradca po prawej stronie tronu.

 

Reg to ja nie jestem :) Ale przecinek poniżej wydaje mi się zbędny… Chyba, że “zdecydowanie” jest przytaknięciem, ale wtedy to brzmi z kolei mało naturalnie:

Zdecydowanie, nie przypomina żadnego z ludów dziesięciu… ehm… teraz już dziewięciu Sfer.

 

Ten to ma dobrze :) Ale w takiej formie chyba przecinek zbędny? Ew. “…tym razem innym rodzajem zmęczenia”?

A gdy zdążył wypocząć i znów się zmęczyć, innym rodzajem zmęczenia, zjawiła się królowa Selene, by objaśnić mu szczegóły zadania.

 

Za to zakończenie wydaje mi się, przy całym swoim dowcipie, dla mnie nieco zbyt odległe od klimatu całości i zbyt świadome. Praktycznie słyszę tutaj “hej, pssst, czytelniku…” :)

 

https://www.facebook.com/konserwatywnenarzekanie

To bardzo fajna fantastyka. Bardzo mi się podobało to, że napisałeś ją bez zadęcia i patosu, który w mojej opinii kompletnie by ten tekst rozwalił. Oczywiście temat jest podniosły, cała ta mitologia w kosmosie, Ogień Centralny i dwugłowy lew itp dają poczucie dryfu w wielkiej przygodzie, o której przyszłe pokolenia będą przy kominku opowiadały. Nie jest to jednak patos napompowany, od którego zwykle rzyg się zbiera. Dodatkowo wątki humorystyczne ułatwiają przyjęcie wielkiej historii, więc wszystko jest, moim zdaniem, perfekcyjnie zbalansowane.

Napisałeś to tak fajnie, że wciągnęło mnie od razu, co w sumie trochę mnie zaskoczyło, bo zwykle nie lubię się specjalnie z mitologiami mniej lub bardziej antycznymi. Dziękuję za super lekturę!

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Zanim zaczniemy…

Jako, że tekst na Planety*, to oczywiście napisałem przygodowe fantasy.

 

Ekhm. Tak. Do roboty, do roboty. Tekst jest długi, więc możliwe, że z góry podzielę komentarz na dwa. Zobaczymy.

Mapka – bardzo poglądowa, choć czcionka kapinkę nieczytelna (ciągle czytam "Graja" zamiast "Gaja"). Taka postarzona, steampunkowa byłaby fajna ^^ W każdym razie spełnia swoją rolę i nie obraża poczucia estetyki. Tylko dlaczego planeta jest "przykładowa"? One się aż tak różnią? I właściwie jak te planety działają? Czy dowiem się tego dalej?

energetyczny promień o wielkiej mocy

Ale że co?

wystrzelony z Heliosa gdy

Wystrzelony z Heliosa, gdy.

przeistoczył w gruzy Królestwo Czwartej Sfery, a jego pozostałości

Niejasność składniowa. Czego pozostałości?

nawet Aresjanie

To nie jest krytyka Twojego tekstu, tylko zastrzeżenie, że kiedy ja wreszcie napiszę jakiś steampunkowy planetary romance (próbowałam, wywaliłam), to będą w nim Arezjanie, bo mnie to lepiej brzmi. I dla odróżnienia też XD

dotychczas niezależni i skorzy do bitki

A teraz przestali być skorzy do bitki?

zbyt odległe, by cokolwiek mogło tam przetrwać

Odległe od czego?

zimnych świateł, będących – jak podejrzewali uczeni – odbiciami blasku Centralnego Ognia od lodowych tafli zamarzniętych jezior.

Dałoby się ciutkę skrócić. Poza tym: mrr.

Seleniańskie straże

https://sjp.pwn.pl/zasady/129-20-30-Przymiotniki-utworzone-od-nazw-kontynentow-krajow-miejscowosci-narodow-plemion-niebedace-nazwami-geograficznymi;629451.html Zaliczyłabym do tej kategorii także przymiotniki utworzone od nazw planet.

mógł tylko wspominać dawną wolność kosmicznych przestrzeni

Ciut purpurowe.

tylko plotki dostarczane przez nowych więźniów dostarczały wiedzy

Dwa powtórzenia.

 Mówili, że potrafiła zawisnąć

C.t.

wykonując akrobacje świadczące o ponadprzeciętnej sile i gibkości zawartych w drobnych ciałach

Ciut łopata, i cecha nie jest zawarta w substancji, zasadniczo.

ukazując tron wyniesiony przez sługi na portyk pałacu

Hmm.

cisza. Wpatrywali się w przybysza

Rym. Rytm zdań trochę tu kuleje, jakoś nie mogę się rozpłynąć w tym świecie, chociaż ogólnie trudno mi się ostatnio skupić. Ale nie wiem, dlaczego, więc zaznaczam.

rozliczne tytuły, jakimi kazał się określać

Liczne, którymi, nazywać. "Określać" jest terminem technicznym.

ceremonię powitalną można było uznać za dokonaną

Niby poprawnie, ale… nie wiem.

czcigodny Heliosa

Heliosa – czy Heliosie?

tronu. (…) Antychtonu

Rym.

Za to my nic nie słyszeliśmy wcześniej o twojej ojczyźnie.

"Nic" nie jest tu potrzebne. Psuje rytm.

zaczął doradca stojący opodal sług

W sumie doradca też jest sługą…

chwycił maskę w miejscu oczodołów

Yyymmm… wyobraź to sobie…

strzelają nad górskie szczyty

Może "ponad"?

na dziecięciu Sferach

Litróweczka.

Po raz pierwszy od rozpoczęcia ceremonii, bo nie należał do gadatliwych.

Puszczasz oko do czytelnika. Czemu?

Jedyną drogę na zewnątrz stanowiła stalowa klatka

Hmmmmmmmmmmmmmmmmm.

Zbudowana z lżejszych od powietrza skał eterowych, pozwalała Selene, tak jak pozostałym planetom, unosić się w przestrzeni. Im więcej w ciele niebieskim było skał eterowych względem materii, tym dalszą Sferę zajmowało

Mogłoby się lepiej parsować. I – jak definiujesz materię?

Skały te jednak miały wiele innych zastosowań

Miały wiele zastosowań, po prostu. Nie łącz ich naturalnego celu z tym, do jakich celów narzędziowych się nadają. Przy okazji – jak można coś z tych skał budować, skoro nie są materią?

lekkich a wytrzymałych

Lekkich, a wytrzymałych.

daleko wgłąb planety

W głąb. "Wgłąb" to rozkaz ("Wgłąb się w ten pokład skalny!"), choć ładniejszą formą jest "wgłęb".

zeszła zbyt głęboko w poszukiwaniach i przebiwszy się na dolną powierzchnię planety, spadała w kosmiczną toń

Wtrącenie: zeszła zbyt głęboko i, przebiwszy się na dolną powierzchnię planety, spadała w kosmiczną toń.

Takie warunki pracy były niegodne

A takie sformułowanie jest niefantastyczne.

mordęga przy wydobyciu skał eterowych przypadała skazańcom

Nie wiem, czy mordęga może przypadać.

o pani

O, pani.

Zobacz, o pani, pierwszego z lewej

Kapkę współczesne.

rozpoczął przewodnik

Jednak "zaczął".

Widać uznali to za nieeleganckie, choć ambasador był pewien, że to rozważali.

To, to, to… Może: Widać uznali myśl za nieelegancką, choć ambasador był pewien, że ją rozważali.

by się mnie nie spodziewali

Może jednak forma nieosobowa? Also:

Ambasador przejął dysk

Na pewno nie "przyjął"?

Helenian

Hmmm. Może jednak "Helian"?

im więcej drogocennych sekretów mieściła głowa, tym łatwiej było ją stracić.

C.t.: im więcej drogocennych sekretów mieści głowa, tym łatwiej ją stracić.

Zdecydowanie, nie przypomina

Bez przecinka.

układając w myślach plan zemsty

Dopiero teraz? Nie miała planu wcześniej?

jarmarczy

Literówka.

Tak naturalny, iż nikt nie wpadłby na to, że starannie wyuczony.

Hmmmmmmmmmmmmm.

Domyślał się, że bez pośpiechu rozważała wszystkie za i przeciw.

C.t. Rozważa.

To jedna z korzyści sprawowania władzy.

Korzyści ze sprawowania władzy, i nazwałabym tę korzyść raczej obosieczną. Ale jak chcesz.

powiedziała po zastanowieniu

Aliteracyjne.

owinąć go w płótna, tak, by nie padło na niego spojrzenie żadnej pary ciekawskich oczu

I w ogóle nie wyglądało to podejrzanie… Vetinari ma lepsze metody ;P W płótno. “Płótna” to obrazy.

wieży w której

Wieży, w której.

co może było dość makabrycznym rozwiązaniem, ale zapewniało najwyższą dyskrecję

Z jednej strony, taka cyniczna uwaga buduje postać bohatera, ale z drugiej wytrąca czytelnika z rytmu.

wino z tutejszych winorośli

Wino jest tylko z owoców, nie z całej rośliny.

za którego się podszywał

Za którego się podawał. Pod którego się podszywał.

destrukcyjnej siły

Współczesne. Może: niszczycielskiej?

wprawności oszusta – a akurat w tym Ouran był dobry

Współczesne: zręczności oszusta – a Ouran był wprawnym kłamcą.

konieczność utrzymania matematycznej doskonałości kosmosu, by ten nie obrócił się w chaos

Hmm. Kosmos to porządek, więc wiara nie jest bezpodstawna.

Po audiencji u Heliosa, miał

Bez przecinka.

Na koniec pozostawało najbardziej prozaiczne zadanie

Dlaczego prozaiczne? I to też część jego misji, nie?

takiego jak on

Takiego, jak on. Ale jeśli to myśl bohatera, nie powinna być w pierwszej osobie?

krzyk kapitana straży, kiedy wyszedł na balkon

Źle się to parsuje. W końcu to nie krzyk wyszedł.

prowizoryczną linę skleconą z kotary

Linę – lepiej skręconą.

w desperackim biegu po spadzistym dachu dopiero co ukrył się za ścianą wieży

Hmmmmmmmmmmmm. W biegu – czy po biegu?

słyszał dobrze

Zamieniłabym.

kooperujący z nim doradca

Kooperujący? Nieee… (wielu Bothan zginęło, by zdobyć te informacje.)

karkołomna przeprawa wąskim gzymsem

Hmmm. "Przeprawa"?

Do ogrodów, szybko! – po raz

Niegębowe, dużą literą.

wiedział już, gdzie powinien zmierzać

Dokąd.

mógł z całą pewnością stwierdzić, że znalazł się w fatalnym położeniu i zaczynał powątpiewać w swój fart

Nagły skok tonu. "Fart"? Really?

Miało to ze wszech miar uzasadnienie, wszak został otoczony przez stado dwugłowych lwów.

Ani to zgrabne, ani szczególnie dowcipne.

Ouran zapewne na stałe zagości w żołądkach wygłodniałych bestii.

<insert poop joke here>

Z chęcią skosztuję pierwszy kęs…

Skosztuję kogo, czego, ale lepiej byłoby: Z chęcią skosztuję pierwsza.

niedźwiedźpająkowi

Hmmm. A może: niedźwiedziopająkowi?

Ich krew jest zimna a mięso twarde

Ich krew jest zimna, a mięso twarde.

kuląc się w obawie przed ostrymi kłami i pazurami bestii

Hmmmm.

parobkiem na jednym z gajańskich latyfundiów

W jednym z latyfundiów.

Nie wybije godzina wieczerzy, kiedy wylądujesz w naszym brzuchu!

A nie: zanim?

wzbudzając panikę i ogólny chaos

Streszczasz.

Za to Ouran miał kilka chwil by zastanowić się, w jaki sposób uciec spod ogromnych szczęk, które miały w planach rozerwać go na strzępy.

Miał kilka chwil, by się zastanowić. Zdanie ogólnie mogłoby się lepiej parsować.

zawarczał lew

Warknął.

łodzie powietrzne o eterowych kilach, częściowo wypełnionych balonach na gorące powietrze i zwiniętych żaglach

Hmm.

miała problem z ich odróżnieniem

Współczesne.

ale szczęśliwie, żaden z pocisków

Ale na szczęście żaden z pocisków.

– Tam, na górze – wskazał najwyżej zacumowaną łódź na samym szczycie iglicy.

– Tam, na górze. – Wskazał łódź zacumowaną najwyżej, na samym szczycie iglicy.

Dla takiego lwa jak ty, dostać się tam to…

Dla takiego lwa, jak ty, dostać się tam, to…

niszcząc doszczętnie

Zamieniłabym.

za cel obrawszy łódź w pobliżu tej, z której strażnicy ciskali weń gromy

Trochę rozwlekasz.

Niefortunnie jeden z pocisków rozdarł płótno balonu

Hmmm.

od przechylonego niemal o dziewięćdziesiąt stopni pokładu

Muszą być stopnie? Nie może być niemal pionowy?

pocisk, który uderzył w odchylający się pysk

Rym, i odchylający się – czy rozchylający? Albo rozwierający?

prawie puściła łódź

Ciut współczesne.

ten, targany bólem

Ale to było jednorazowe zdarzenie?

począł zwijać się

Zaczął się zwijać.

Jestem w połowie Gajaninem i Selenianinem

Po połowie. Gdyby był w połowie Gajaninem i Selenianinem, to by była dopiero jedna połowa. I trzech morderczych maniaków.

wrzasnął żałośnie

Strażnicze statki

Ciut aliteratywne.

nie czekając, aż pasażer zawita pod pokładem

Hmm.

Zanieś wiadomość naszemu panu

Szyk: Zanieś naszemu panu wiadomość.

niknący w oddali odgłos tych słów

Hmmm.

pozbawił go ubrań

Ubrania. Czasami liczba pojedyncza i mnoga niby tego samego słowa ma trochę inny desygnat.

który musiał opierać się o nie, przysypiając na zydlu

Anglicyzm, i to jest mocno skrótowe.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Część druga: Tarnina kontratakuje.

– Istotnie – potwierdził Ouran, by rozwiać wszelkie wątpliwości.

I to jest dobre miejsce na szczyptę ironii.

Młodzik ruszył korytarzem, zostawiając go w progu

Skracasz.

– Chodź ze mną – oznajmił

"Oznajmić" nie jest synonimem "powiedzieć".

pociągnął Ourana za sobą, na drugi koniec korytarza, do drzwi

A to lepiej skrócić: pociągnął Ourana na drugi koniec korytarza, do drzwi.

wielobarwna poświata.(…) w latach (…) szatach

Rymy.

znał się na symbolicznym znaczeniu bogactwa

to musiał być kronosjański przedstawiciel handlowy

W zasadzie statek jest kronosjański… ale załoga i bandera nie muszą być z tego samego miejsca, co facet, który na to daje forsę. Więc OK.

Aparatura powiększała zapisaną na nim wiadomość

A gdzie ona się wyświetla?

Nie przelecieliśmy połowy kosmosu ścigani przez floty wszystkich Sfer i zgraje piratów

Idiom: Nie po to przelecieliśmy połowę kosmosu, ścigani przez floty wszystkich Sfer i zgraje piratów.

– Oczywistości sprawdziliśmy na wstępie! – wciąż zgarbiony, podszedł do przemytnika i złapał go w przedramieniu.

– Oczywistości sprawdziliśmy od razu! – Wciąż zgarbiony, podszedł i złapał przemytnika za przedramię. Czemu miałby się wyprostować?

kłopotaliśmy się z twoim leczeniem

Kłopotaliśmy się kim, czym – twoim leczeniem. A lepiej: leczeniem ciebie.

Stary Kronosjanin prawie że upadł

Współczesne. Omal nie upadł, może?

który przy okazji był agentem wywiadu, zresztą jak większość przedstawicieli jego profesji

A po co mi to zastrzeżenie?

miotał głową na boki

Ale aż tak?

do główny

Literówka, ale i tak byłoby powtórzenie.

ubrany już w swoje szaty

Hmmm. A dlaczego miałby być ubrany w cudze?

Mógł zaś poświęcić chwilę

"Zaś"? Może jednak "za to"?

doskonale można było dostrzec

Nie brzmi za ładnie.

Jedno spojrzenie z takiego bliska pozwalały z miejsca odrzucić ludowe zabobony.

Pozwalało. Hmm.

Kronos. Stąd wielki jak kolos

Rym. A kolos to po prostu coś wielkiego, więc robi trochę dziwne wrażenie.

malował kosmos w błękity

Nie maluje się w kolory, najwyżej we wzory. Malował kosmos błękitem.

Korona nikłych iskier

Czy korona może być nikła?

Ponoć rozjuszone były w stanie wywołać tak potężny wicher, że porywał największe okręty i zanosił aż na drugi kraniec kosmosu

Uładziłabym: Ponoć rozjuszone były zdolne wzbudzić wicher tak potężny, że porywał największe okręty aż na drugi kraniec kosmosu.

ze skrawka tkaniny oderwanego od rękawa sklecił prowizoryczną procę

Dużo klecenia to by tam nie było… Aliteracja.

uderzenie nie przyniosło efektu

Współczesne. Wycięłabym.

poruszały się po trajektorii, która pozwoli

Też dość współczesne.

ponowił atak

Hmmm.

za zbyteczny trud względem korzyści

Nie po polsku.

zapartego o burty łódki

Może jednak: wpartego między?

Nie był w stanie oszacować, jak długo trwał lot.

Współczesne.

Przez większość czasu zaciskał powieki, bo tylko tak mógł oprzeć się przemożnej potrzebie, by zwymiotować.

Może lepiej: potrzebie zwymiotowania.

Szalupa zamiast zwolnić i zacząć spadać, uderzyła

Wtrącenie: Szalupa, zamiast zwolnić i zacząć spadać, uderzyła.

Mężczyzna z trudem mógł iść, nagle stracił zmysł równowagi i co chwila padał na czworaka.

Na czworaki. Hmmm. Angielskawe to.

tak jak wszystkie planety

Tak, jak wszystkie planety.

takie jak w teoriach

Takie, jak w teoriach.

niekończąca się mozaika lodowych jezior na martwym pustkowiu

Mrrrr…

błądząc wzrokiem jak nic nierozumiejące dziecko, które po raz pierwszy spoglądało na świat

C.t.: błądząc dookoła wzrokiem jak dziecko, które po raz pierwszy spogląda na świat.

Eter, posiadający ujemny ciężar, zmierza do zewnątrz kosmosu, niczym dym unoszący się nad paleniskiem, emanuje z Centralnego Ognia.

Dużo ąców, zdanie trochę niejasne.

Powietrze jest neutralne

Pod jakim względem? Nie miałeś na myśli konkretnie, że jest nieważkie?

pod wpływem temperatury

Zmian temperatury, jak już.

właścicieli głosów. A te zaczynały

Hmmmm.

aby wykonać krok

Nie przesadzajmy. Żeby zrobić krok. Postąpić, jeśli wolisz.

Bo gdzie miałby iść?

Dokąd.

z zatroskanymi obliczami

Hmmm, no….

Byleby tylko znów nie zanudzał nas swoimi opowieściami

Hmmm.

Hermes jeszcze nie podjął działań, ale znając naturę władcy tej planety, przyłączy się do tych, których uzna za zwycięzców…

Tak całkiem ściśle mówiąc, to nie jest poprawne. Ale taki rodzaj błędu gramatycznego szybko przedstawia postać, wiec może być.

kręcąc sumiastym wąsem

Jak, u licha, kręcił wąsem? Wąsy nie mają mięśni.

Uczony wyprostował kręgosłup, wykrzywiony od stałego pochylania się nad okularem, dostrzegł, że w jego kierunku zmierza dawno wyczekiwany gość w towarzystwie dwóch przewodników. Uczony zarzucił badania i wyszedł im na spotkanie.

Nie zarzucił, tylko przerwał. Ale ogólnie podzieliłabym to inaczej: Uczony wyprostował kręgosłup, wykrzywiony od stałego pochylania się nad okularem, i dostrzegł, że w jego kierunku zmierza dawno wyczekiwany gość w towarzystwie dwóch przewodników. Wyszedł im na spotkanie.

Mieliśmy przejściowy kłopot z widzeniem.

przyprowadzony mężczyzna

Hmm.

gorący wiatr nadleciał w jednej chwili z centrum wszechrzeczy

"W jednej chwili" trochę upchane.

dopytywał, odzyskawszy sprawność umysłu i języka.

Przydałby się podmiot.

Poza tym gdzie dokładnie chciałbyś wrócić?

Dokąd chciałbyś wrócić.

przywołał ręką

Może: skinieniem. Skinieniem dłoni?

jesteś jej bezpośrednim powodem.

Bardziej jego działania, niż on…

jednak słaby organizm na skraju wytrzymałości niezdolny był do tak nagłego ruchu

Niezgrabne to.

żachnął się Ouran

Zdecydowanie za słabe słowo.

Ouran to nie jest moje prawdziwe imię

Angielskawe.

Każda moneta ma dwie strony.

To znaczy pierwszą wersję świata, zupełnie inną od tej.

Lepiej: różną.

Kontynentalny dysk unosił się na skorupie wielkiego żółwia

I były cztery słonie, nie zapominaj XD

Może nie byliśmy niczym jedność, ale uzupełnialiśmy się.

Hmm. I ten Pierwszy tak sobie siedzi na emeryturze? I nic nie robi?

w manifestacji bezradności

Mało to naturalne.

zielonego, seleniańskiego płomienia

Jesteś pewien przecinka?

w pół drogi

Wpół.

egzystencji Ourana zbliżającej się kresu

Zbliżającej się do kresu. Albo, lepiej: zbliżającej się kresu egzystencji Ourana.

co z natury niepojmowalne

Z natury własnej, czy pojmującego? ;)

Dla nich zawsze Helios ma wstawać na wschodzie i znikać na zachodzie.

Szyk: Dla nich Helios ma zawsze wstawać na wschodzie i znikać na zachodzie.

prawdziwa szelma

Szelma jest rodzaju męskiego.

pogrążonej we własnych sprawach

Hmmm.

 

 

Kurczę, strasznie mi tu brakuje soczystych, rozkoszujących się samym opisywaniem opisów… Po trzykroć przeklęte niech będą limity! Czasowe i przestrzenne. Godzi się jakowąś obiatę złożyć Chronosowi, by nam dał więcej czasu na czytanie i pisanie. Bo fabuła trzaska jak z bicza, choć styl jest nie całkiem zdecydowany i ogólnie wygląda to tak, jakbyś się spieszył. Nie doszlifował całkiem przyzwoitego tekstu. A właściwie, to dwóch: zdziwiło mnie przejście od sensacyjno-szpiegowskiej przygodówki do onirycznej wyprawy w krainę śmierci i wykładu tutejszej ontologii. Nie, żeby w tym świecie nie było miejsca na jedno i drugie, ale dałbyś mu jednak pooddychać… bo Ouran miał po prostu szczęście, Kelsier jeden, i tylko dzięki temu złapał nową posadę. W porządku. Tyle że fajnie byłoby go jednak trochę lepiej poznać i polubić… A wyszło na to, że zabrakło Ci konceptu, żeby chłopaka wyciągnąć z kolejnych tarapatów, więc rozwaliłeś wszystko i koniec. Tak czy siak, świat, który właśnie wysadziłeś w powietrze, miał taki potencjał, a tak mało się go naoglądałam. No, foch.

Geki, Ty czytałeś Lukiana z Samosaty “Historię prawdziwą”? Podejrzewam, że pewnie niekoniecznie, bo SF z II w. n.e. mało kto czyta XD, ale miałam czasami skojarzenia właśnie z tamtym klimatem, choć tam jest bardziej humorystycznie.

Muszę to wreszcie przeczytać :)

bo za taką mieszanką staroświeckiej space opery z science fantasy przepadam, więc mnie kupiłeś na wejściu

Też bardzo lubię, ale nie liczcie na (dużą) taryfę ulgową XD

Moje łodzie są o wiele prostsze, to jest balony wypełnione eterem lub gorącym powietrzem i żagle ewentualnie bliżej nieokreślone wiosła do poruszania się horyzontalnego.

Ale wyjaśniłeś, jak działają, i to się trzyma kupy. Tak ma być.

jednak nie podałeś tutaj tylko historyjki o złodzieju

Ale historyjka po prostu o złodzieju też mogłaby być fajna. Bohater nie musi być wybrańcem! Naprawdę. Ważne, żeby mu się ciekawie działo.

Przygody Ourana miejscami przywodziły na myśl historię Odyseusza.

Mnie nie.

Dziwnie się czuje, czasem mam tak, że nie lubię jakiegoś typu opowiadań, a mimo to czytam jednym tchem. Nie wiem czy to dobrze czy źle. Może opko było dobrze wyważonym średniowiecznym mieczem, bo choć nie lubię zabijać, to dobrze leżał w dłoni.

Też tak miewam (choć nie tu akurat), to właśnie dobrze. Świadczy o umiejętnosci wyjścia poza swoje idiosynkrazje.

To ja mam jakis styl? :O

Każdy ma styl ^^

Mówisz o tym samym zwierzęciu, które jest bliskim krewnym kotów ganiających za światełkiem na podłodze i wciskających się w akwaria dla złotych rybek? Dwugłowy lew to zwierzę – umie mówić, jest trochę mądry co działa na jego niekorzyść, bo można go zwieść.

Mnie się tam spodobały. W końcu musiały bohaterowi zagrażać, ale też bohater musiał się jakoś obronić.

Było mnóstwo i będzie mnóstwo, bo za coś je lubimy, choć oryginalnością i głębią nie grzeszą. :)

Yup.

Z tym u mnie jest trudno, mam raczej skłonności do porzucania swoich światów.

Anakinie, łamiesz mi serce! XD

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Hmmm. Nie ma ten tekst farta do mnie. Zabierałam się do niego, kiedy już byłam padnięta i szybko zasypiałam. Czyli czytam go od kilku dni. W rezultacie przygody bohatera i jego ucieczki o włos przed śmiercią nieco mnie znużyły.

Fajne światotwórstwo, chętnie poczytałabym więcej. Na przykład zamiast przekomarzanek z dwugłowym lwem.

Nie kojarzę tej wersji świata, ale lubię greckie koncepty. Całkiem nieźle kombinowali ci nasi przodkowie. Tym bardziej żal, że mogło być więcej tego świata w tekście.

Babska logika rządzi!

https://i.pinimg.com/564x/34/04/78/3404782d983bf06736fc3e5356893fe8.jpg

Слава Україні!

Mapka – bardzo poglądowa, choć czcionka kapinkę nieczytelna (ciągle czytam "Graja" zamiast "Gaja")

Powiększ obraz w przeglądarce. Mapka jest dużej rozdzielczości. :)

Ale że co?

Czepiasz się i to trochę usilnie. ;)

Definicje, które dołączyłaś, traktują raczej o energetyce niz o tym przymiotniku.

Nie wyczerpują jego znaczenia, chociażby nie ujmują energetycznych stanów atomów.

Za to definicja wg słownika Doroszewskiego jest nieco szersza:

 

To nie jest krytyka Twojego tekstu, tylko zastrzeżenie, że kiedy ja wreszcie napiszę jakiś steampunkowy planetary romance (próbowałam, wywaliłam), to będą w nim Arezjanie, bo mnie to lepiej brzmi. I dla odróżnienia też XD

Arezjanie to jakiś potworek. xD

A teraz przestali być skorzy do bitki?

Skoro zdecydowali się oddać hołd Heliosowi, to chyba tak.

Dałoby się ciutkę skrócić. Poza tym: mrr.

Nie jestem zwolennikiem aż takiej oszczędności językowej.

Ciut purpurowe.

Takie być miało.

C.t.

Idk

Rym. Rytm zdań trochę tu kuleje, jakoś nie mogę się rozpłynąć w tym świecie, chociaż ogólnie trudno mi się ostatnio skupić. Ale nie wiem, dlaczego, więc zaznaczam.

Rym jest, fakt, ale rytm zdań…

– Przy­był poseł An­tych­to­nu! – wy­krzyk­nął he­rold.

Wśród dwo­rzan za­pa­dła cisza. Wpa­try­wa­li się w przy­by­sza skry­wa­ją­ce­go twarz za zdo­bio­ną ogni­sty­mi wzo­ra­mi maską. Cu­dzo­zie­miec zro­bił kilka kro­ków po zło­tym dy­wa­nie, ukląkł na jedno ko­la­no i wy­ko­nał dzi­wacz­ny gest, ma­ją­cy sym­bo­li­zo­wać pło­mie­nie.

jakoś nie czuję tej kulawości, ale to też moje subiektywne odczucie.

Liczne

“Rozliczne” też wystepuje w słowniku i jakoś nie widzę uzasadnienia, by traktować to jako błąd.

W sumie doradca też jest sługą…

Jednak jest to wystarczające rozróżnienie. Poza tym czy doradca jest sługą… można toczyć tutaj dyskusje, a wszystko zależy od tego, jak wygląda układ stosunków między doradcą a słuchającym rad. Wszak nie każdy świadczący usługę to sługa. ;)

Yyymmm… wyobraź to sobie…

Wyobrażam.Jeżeli jest z grubego materiału, to nie wsadzisz sobie palców w oczy.

Puszczasz oko do czytelnika. Czemu?

Gdzie? Jakie oko?

Mogłoby się lepiej parsować. I – jak definiujesz materię?

Na pewno inaczej niż w naszym świecie. ;)

Przy okazji – jak można coś z tych skał budować, skoro nie są materią?

Materią – wedle przyjętej w świecie przedstawionym nomenklatury – jest wszystko, co ma ciężar dodatni, a więc spada w Centralny Ogień. Eter się unosi, więc nie jest materią, tylko jej przeciwieństwem.

Powietrze za to wypełnia przestrzeń, nie jest niczym konkretnym.

Wiem, że tu fizycy z jury łapią się za głowy i zrobiłem to specjalnie dla nich. <3

Lekkich, a wytrzymałych.

No nie. Przed spójnikiem a nie postawimy przecinka, gdy spójnik ten występuje w funkcji łącznej, czyli można go zamienić na i. Przynajmniej tak przeczytałem w internetach.

A takie sformułowanie jest niefantastyczne.

Dlaczego to?

Nie wiem, czy mordęga może przypadać.

Przypadła mi dziś opieka nad dziećmi w trakcie pracy i jest to prawdziwa mordęga, a więc jak najbardziej – mordęga może przypadać.

O, pani.

Zdecydowanie nie. Przykładem typowa katolicka fraza: “dzięki, o Panie”. “Dzięki, o, Panie+ to by był potworek interpunkcyjny.

Kapkę współczesne.

Pierwszy z lewej jest współczesny? To jak ówcześni określali strony i umiejscowienie w szeregu? Pierwszy po lewicy?

Widać uznali myśl za nieelegancką, choć ambasador był pewien, że ją rozważali

Ale myśl sama w sobie była nieelegancka, czy czynność, o jakiej traktowała?

Na pewno nie "przyjął"?

Wyszło na to samo. :)

C.t. Rozważa.

Mowa o tej konkretnej sytuacji, więc obstaję za czasem przeszłym.

I w ogóle nie wyglądało to podejrzanie… Vetinari ma lepsze metody ;P W płótno. “Płótna” to obrazy.

Nie chodziło o to, by nikt nie zauważył, że kogoś prowadzi – tylko, żeby nikt nie zobaczył, jak ten ktoś wygląda. Skoro miała całą wieżę dla takich “gości”, to pewnie nie był odosobniony przypadek. ;)

I w ogóle nie wyglądało to podejrzanie… Vetinari ma lepsze metody ;P W płótno. “Płótna” to obrazy.

Miecz literata ma dwa ostrza. :P

Współczesne: zręczności oszusta – a Ouran był wprawnym kłamcą.

A czemu nie może być “wprawności oszusta”? Wprawność to współczesne sformułowanie?

Kosmos to porządek, więc wiara nie jest bezpodstawna.

Nigdzie tak nie twierdziłem.

Dlaczego prozaiczne? I to też część jego misji, nie?

Bo to takie zwykłe pójść i odlecieć. ;)

Takiego, jak on. Ale jeśli to myśl bohatera, nie powinna być w pierwszej osobie?

Narrator ją przytacza, a nie cytuje. Długo się zastanawiałem, ale postawiłem na obecną formę.

Hmmmmmmmmmmmm. W biegu – czy po biegu?

W sumie bieg się jeszcze nie skończył.

Ani to zgrabne, ani szczególnie dowcipne.

Hmmm. A może: niedźwiedziopająkowi?

Nie, to całkiem inny gatunek.

 

Współczesne.

Odróżnienie jest współczesne? Jak to zarchaizować?

 

Muszą być stopnie? Nie może być niemal pionowy?

Niemal pionowo pokładu… brzydko.

 

Rym, i odchylający się – czy rozchylający? Albo rozwierający?

Pocisk i pysk to nie jest rzucający się w oczy rym. Poza tym odchylający, bo odchylął się w kierunku Ourana.

 

Ale to było jednorazowe zdarzenie?

Nie rozumiem pytania. :<

 

Szyk: Zanieś naszemu panu wiadomość.

Jednak Zanieś wiadomość naszemu panu lepiej odzwierciedla to, na co chciałem położyć nacisk.

 

Anglicyzm, i to jest mocno skrótowe.

Skrótowe ok, ale gdzie anglicyzm?

 

Część druga: Tarnina kontratakuje.

Tarnina po prostu atakuje, bo kontratak to by był dopiero w odpowiedzi na atak…

 

Skracasz.

Co konkretnie skróciłem?

 

Rymy.

Słowa są podobnie brzmiące, to fakt, ale układają się tak, że – gdyby nie twój komentarz – to czytając na głos w życiu nie zauważyłbym tego rymu.

 

A gdzie ona się wyświetla?

A choćby i w powietrzu. Toż to fantastyka.

 

Ale aż tak?

Zaraz może go spotkać atak wrogiego statku, więc jest dośc zdenerwowany.

 

Hmmm. A dlaczego miałby być ubrany w cudze?

Skoro był rozebrany, to mogli go ubrać w cokolwiek.

 

Na czworaki.

Nigdy nie spotkałem się z taką formą. Podaj źródło.

 

Dużo ąców, zdanie trochę niejasne.

Tylko dwa ące.

 

Hmm. I ten Pierwszy tak sobie siedzi na emeryturze? I nic nie robi?

Dylematy par, które dzieli duża różnica wieku.

 

Wpół.

Chodziło mi o w pół czyli w połowie.

 

Zbliżającej się do kresu. Albo, lepiej: zbliżającej się kresu egzystencji Ourana.

Czyli jednak może być zbliżającej się kresu, tylko szyk zmieniony? Jakaś się tu wdarła niekonsekwencja.

 

Musiałem odpowiedzieć na ten przeogromny komentarz łapankowy i obiecuje, że do pozostałych szybko wrócę.

Szybko, czyli w miarę możliwości. :)

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Powiększ obraz w przeglądarce. Mapka jest dużej rozdzielczości. :)

Powiększyłam, dalej nie widzę. Ale też pani optyk była zdumiona rozmiarami mego astygmatyzmu… ulubiona_emotka_Baila.

 Czepiasz się i to trochę usilnie. ;)

Ale nowość :P Dziwnie mi brzmi ta Twoja Gwiazda Śmierci, i tyle.

 Nie wyczerpują jego znaczenia, chociażby nie ujmują energetycznych stanów atomów.

Ano nie, chociaż to by były zastosowania techniczne.

 Arezjanie to jakiś potworek. xD

Arezjanie są źliiiiiii.

 Nie jestem zwolennikiem aż takiej oszczędności językowej.

Jak Ci zabraknie słów, to nie proś o pożyczkę :P

 Takie być miało.

No to OK.

 “Rozliczne” też wystepuje w słowniku i jakoś nie widzę uzasadnienia, by traktować to jako błąd.

Występuje, ale nie brzmi tutaj.

 Jednak jest to wystarczające rozróżnienie.

Jest. Tak sobie tylko filozofuję.

 Jeżeli jest z grubego materiału, to nie wsadzisz sobie palców w oczy.

Blee.

 Gdzie? Jakie oko?

"Po raz pierwszy od rozpoczęcia ceremonii, bo nie należał do gadatliwych". To aż się prosi o ba-dum ching.

 Materią – wedle przyjętej w świecie przedstawionym nomenklatury – jest wszystko, co ma ciężar dodatni, a więc spada w Centralny Ogień. Eter się unosi, więc nie jest materią, tylko jej przeciwieństwem. Powietrze za to wypełnia przestrzeń, nie jest niczym konkretnym.

Trzyma się kupy. Co prawda “materia” zwykle jest czymś ogólniej pojętym. Ale – to Twój świat.

 Wiem, że tu fizycy z jury łapią się za głowy i zrobiłem to specjalnie dla nich. <3

To nie jest nasz świat. Ich głowy – to ich problem XD

 Przed spójnikiem a nie postawimy przecinka, gdy spójnik ten występuje w funkcji łącznej, czyli można go zamienić na i.

Kurczę, zawsze stawialiśmy. Masz jakiś sznurek do tego?

 Dlaczego to?

A, bo tak gadają w Wiadomościach.

 Przypadła mi dziś opieka nad dziećmi w trakcie pracy i jest to prawdziwa mordęga, a więc jak najbardziej – mordęga może przypadać.

Ale frazeologicznie, frazeologicznie!

 Przykładem typowa katolicka fraza: “dzięki, o Panie”. “Dzięki, o, Panie+ to by był potworek interpunkcyjny.

Zawsze się tak pisało – masz jakieś sznurki? Bo szybciutka kwerenda Internetu wykazała obie formy, przy czym tę bez przecinka częściej.

 Pierwszy z lewej jest współczesny? To jak ówcześni określali strony i umiejscowienie w szeregu? Pierwszy po lewicy?

W sumie "pierwszy po lewicy" mogłoby być, chociaż, jak tak teraz na to patrzę, to uderza mnie bardziej kolokwialność wypowiedzi przewodnika. Hmm. Sama nie wiem.

 Ale myśl sama w sobie była nieelegancka, czy czynność, o jakiej traktowała?

No, właśnie?

 Wyszło na to samo. :)

Ale o ile lepiej brzmi!

 Mowa o tej konkretnej sytuacji, więc obstaję za czasem przeszłym.

A ja mówię o consecutio temporum, które ma zastosowanie do zdań podrzędnych, nie o ogólności rozważania.

 Skoro miała całą wieżę dla takich “gości”, to pewnie nie był odosobniony przypadek. ;)

Na pewno nie :)

 Miecz literata ma dwa ostrza. :P

 A czemu nie może być “wprawności oszusta”? Wprawność to współczesne sformułowanie?

Po pierwsze – nie ma takiego słowa. "Wprawny" pochodzi od "wprawa" i urabianie od niego nowego rzeczownika, mniej wymownego niż ten pierwszy, źle świadczy o oczytaniu autora. heart

 Nigdzie tak nie twierdziłem.

A ja tego nie krytykowałam. Taka uwaga na marginesie.

 Bo to takie zwykłe pójść i odlecieć. ;)

Nuuudy :P

 Narrator ją przytacza, a nie cytuje.

A czym to się różni?

 W sumie bieg się jeszcze nie skończył.

No, w sumie.

 Nie, to całkiem inny gatunek.

Aha.

 Odróżnienie jest współczesne? Jak to zarchaizować?

Bardziej “problem”. “Odróżnienie” może być.

 Niemal pionowo pokładu… brzydko.

Ano, fakt. Ale te stopnie takie techniczne…

 Poza tym odchylający, bo odchylął się w kierunku Ourana.

… to już nie wiem, co robił.

 Nie rozumiem pytania. :<

"Targany" to forma częstotliwa. A zrozumiałam, że został raz targnięty, bo go zranili. Jednokrotnie.

 Jednak Zanieś wiadomość naszemu panu lepiej odzwierciedla to, na co chciałem położyć nacisk.

Aha. OK.

 Skrótowe ok, ale gdzie anglicyzm?

"Musiał opierać się o nie".

 Tarnina po prostu atakuje, bo kontratak to by był dopiero w odpowiedzi na atak…

Ale to część druga. Nie mogło być "Dwie wieże".

 Co konkretnie skróciłem?

"Młodzik ruszył korytarzem, zostawiając go w progu" – zakałapućkałam się na dopełnieniu zdania.

 Słowa są podobnie brzmiące, to fakt, ale układają się tak, że – gdyby nie twój komentarz – to czytając na głos w życiu nie zauważyłbym tego rymu.

Trzeba czytać uchem.

 A choćby i w powietrzu. Toż to fantastyka.

Ale opis jest zwięzły, a sprecyzowanie tego pomogłoby czytelnikowi zobaczyć tę scenę.

 Zaraz może go spotkać atak wrogiego statku, więc jest dośc zdenerwowany.

Też prawda.

 Skoro był rozebrany, to mogli go ubrać w cokolwiek.

Niby tak…

 Nigdy nie spotkałem się z taką formą. Podaj źródło.

Jest dość rzadko spotykana, ale najzupełniej regularna.

https://wsjp.pl/haslo/podglad/108193/czworaki

 Tylko dwa ące.

Ale tak ącają…

 Dylematy par, które dzieli duża różnica wieku.

 Chodziło mi o w pół czyli w połowie.

Aha. Coś mi się tu najwyraźniej pokręciło: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Kiedy-w-pol-a-kiedy-wpol;18619.html

 Czyli jednak może być zbliżającej się kresu, tylko szyk zmieniony?

Tak. To nie jest niekonsekwencja – czasami tak bywa w języku.

 Musiałem odpowiedzieć na ten przeogromny komentarz łapankowy i obiecuje, że do pozostałych szybko wrócę.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Cóż, gdybyś to opublikował jako anonim, od pierwszego zdania wiedziałabym, kto jest autorem ;)

 

Dobre, wciągające, zaskakujące, bo myślałam, że Ouran zostanie planetą ;)

Nie bardzo natomiast rozumiem – o ile w ogóle dobrze to łapię – zaburzenie chronologii. Gdyby dzieje Ourana przez przybyciem na Heliosa były w retrospekcji, nie miałabym obiekcji, ale tu odniosłam wrażenie, że coś się z chronologią pokićkało.

Przyznam natomiast, że nie załapałam, czy z jego imieniem chodzi ci o coś więcej niż nawiązanie do Uranosa.

Twist na koniec dobry, natomiast trochę nie wiadomo po co wprowadzasz osobiście królową Selene, która potem znika, a zapowiada się na ciekawą postać.

Ale nie będę bardzo marudzić, bo ogólnie się podobało, choć mam wrażenie, że pomysł lepiej by się sprawdził w dłuższej formie, gdzie nie musiałbyś uciekać się do ocierających się o infodump skrótów w przedstawianiu świata.

 

A tak na marginesie, zabawne, bo były chwile, kiedy miałam niesamowite poczucie, że przy całej otchłani dzielącej nasze opowiadania na ten konkurs, zrobiliśmy podobny myk w sensie ucieczki od hard sf, którą ten konkurs zdawał się narzucać, i oboje uciekliśmy w “swoje” rejony. Dla mnie osobiście ta lektura była odprężająca po dużej dawce sf albo mniej lub bardziej udanych prób napisania sf.

 

Wykonanie jak zwykle bardzo dobre, w zasadzie zatrzymałam się na dwóch miejscach. Plus gdzieś tam lekko uwierał head-hopping, w scenie z Urgiem, dość na jej początku chyba.

Kazała przewodnikowi owinąć go w płótno,

Mam wrażenie, że ktoś “owinięty w płótno” po to, żeby go nie było widać, będzie miał problemy z chodzeniem, o widzeniu już nie mówiąc, a coś tam niby z jego postrzegania jest nadal. Może należało go jak Kleopatrę w dywan i przynieść?

 

I jeszcze Kronos. Stąd wielki jak kolos,

Kronos, kolos, coś mi ta aliteracja nie bardzo pasi.

http://altronapoleone.home.blog

Wiem, że tu fizycy z jury łapią się za głowy i zrobiłem to specjalnie dla nich. <3

E tam, bez przesady:P Może inny model świata, ale wciąż całkiem fizyczny. Choć chyba umknęło mi czy planety są stacjonarne, czy jednak okrążają Ogień Centralny (a jeśli tak, to jaka siła to powoduje).

 

A, nawiasem mówiąc, widzę tu potencjał do podrążenia tematu (może w jakimś sequelu:P). Wspominałeś, że wydobywają eter z wnętrza planety na własne cele (statki/skrzydła). Ale w wyniku tego gęstość eteru w planecie maleje, a więc staje się ona cięższa i spada w kierunku Ognia. Znając więc ludzką naturę mogę się założyć, że musiała istnieć jakaś cywilizacja – czy to jeszcze bardziej antyczna, czy jedna z obecnych – która kopałaby tak długo i intensywnie, że w końcu na Ogień Centralny by spadła.

Слава Україні!

Chyba, że eter się odtwarza… :)

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

https://i.giphy.com/media/1OzIQHJ6nc5Zm/giphy.webp

Przecież tak nie wolno D:

Слава Україні!

Jak szybko, to wolno XD

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Nowa Fantastyka