- Opowiadanie: fmsduval - Oblakinia

Oblakinia

Przed­sta­wiam Wam moje nowe opo­wia­da­nie. Jest luźno powiązane z poprzednim tekstem, “Tęsknicą”, ale myślę (i mam nadzieję), że jako bytowi samodzielnemu też niczego mu nie brakuje. 

 

In­spi­ra­cją dla tek­stu był “An­hel­li” J. Sło­wac­kie­go, a także de­mo­no­lo­gia sło­wiań­ska, w tym zwłasz­cza wie­rze­nia Sło­wian bał­kań­skich. Pojawiają się też motywy wierzeń tureckich.

 

Ukłony dla betujących – Alicelli, krara85 i Krokusa! Wielkie dzięki za pomoc!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Oblakinia

Ach, jakiż gło­śny był nie­gdyś świat!

Ste­pem niósł się szloch i zbo­la­ły jęk.

Wą­wo­zem wstrzą­sał krzyk i próż­na mo­dli­twa.

Wyły dusze, plu­ska­ła krew, kości trza­ska­ły jak suche ga­łę­zie.

Ten sam świat szep­ce dziś, wsty­dzi się, że sła­bo­wi­ty.

Wkrót­ce zmilk­nie, tak rze­cze mi umysł i serce.

Lecz wciąż cze­kam, wciąż z za­par­tym tchem nad­sta­wiam ucha.

To tylko świat.

Za­le­d­wie świat, w któ­rym żyję.

Lecz póki trwa, niech i ja nie osty­gnę.

Wi­dzia­łam po­czą­tek.

I kres wy­pa­da mi znać.

 

Przed­ra­mię Sza­far­ki Frymëzima

 

*

Więc wsta­nie słoń­ce i dzień przy­nie­sie strasz­niej­szy niż ciem­ność, a ciszę okrop­niej­szą niż są burze na morzu, bę­dzie­cie się lękać sami sie­bie.

 

Hilde parła na­przód trak­tem za­sy­pa­nym śnie­giem. Drża­ła. Zimny wiatr dął nie­mi­ło­sier­nie, łatwo prze­ni­ka­jąc odzie­nie. Głod­na i zmar­z­nię­ta na kość, szu­ka­ła ra­tun­ku w chmu­rach. Lecz cięż­ko było sku­pić myśli, trud­no ode­rwać się od gorz­kie­go tu i teraz. Miast ma­rzyć na jawie o lep­szych miej­scach i cza­sach, mi­mo­wol­nie sal­wo­wa­ła się snem. Przy­cho­dził nie­spo­dzia­nie, bio­rąc ją w ra­mio­na co kilka wy­tę­żo­nych kro­ków. Gdy na po­wrót otwie­ra­ła oczy, nie po­zna­wa­ła ota­cza­ją­ce­go świa­ta.

Je­dy­nym, co trwa­ło nie­zmien­nie, ro­snąc tylko z każ­dym po­ko­na­nym sąż­niem, było roz­po­ście­ra­ją­ce się przed Hilde mia­sto. Crve­ni­ca. Widok ten do­da­wał jej sił. Mimo że szła od wielu dni, na­po­ty­ka­jąc po dro­dze je­dy­nie opusz­czo­ne wsie i mia­stecz­ka, li­czy­ła, że Crve­ni­ca da jej schro­nie­nie, a miesz­kań­cy na­kar­mią ją i na­po­ją.

Po­pra­wi­ła to­bo­łek, który wciąż zsu­wał się z barku. Był ża­ło­śnie lekki. Za­bra­ne z domu za­pa­sy stop­nia­ły dobre dwa ty­go­dnie temu. Wes­tchnę­ła, z tru­dem pokonując zaspę. Zdar­ty obcas ko­za­ka po­śli­zgnął się na ob­lo­dzo­nym bruku, a Hilde wpa­dła pro­sto w śnieg. Ró­żo­we od mrozu po­licz­ki za­pie­kły przy kon­tak­cie z lep­kim pu­chem. Nie pod­no­si­ła się jed­nak, trwa­jąc w wy­krę­co­nej pozie. Bra­ko­wa­ło jej sił. A matka, gdy jesz­cze żyła, mó­wi­ła jej: „Zejdź na zie­mię dziew­czy­no, a nie w ob­ło­kach ca­ły­mi dnia­mi bu­jasz! Za ro­bo­tę się weź!”. Wów­czas wy­wra­ca­ła ocza­mi. Dziś, kiedy ma­rze­nia o po­dró­żach roz­trza­ska­ły się o rze­czy­wi­stość, przy­zna­ła­by ro­dzi­ciel­ce rację.

Wzię­ła kilka głę­bo­kich wde­chów i prze­krę­ci­ła się na grzbiet. Star­ła śnieg z twa­rzy i spoj­rza­ła w niebo. Cień prze­mknął po jej licu, na mo­ment prze­sła­nia­jąc słoń­ce. Znów tam był, znów ko­ło­wał nad głową Hilde w bez­względ­nym ocze­ki­wa­niu. Nie znała się na pta­kach, ale ten wy­da­wał się wiel­ki jak orzeł albo sęp. Nie miał do­brych za­mia­rów. Tego była pewna.

Zmarsz­czyw­szy brew, od­wró­ci­ła wzrok od bu­dzą­ce­go lęk kształ­tu. Wtem ze­rwa­ła się z miej­sca, go­rącz­ko­wo roz­ko­pu­jąc śnieg. Dy­sząc cięż­ko, spoj­rza­ła na skost­nia­łe, dotąd skry­te w za­spie zwło­ki, które ob­na­żył jej nie­for­tun­ny upa­dek. Opa­no­waw­szy strach, po­de­szła do trupa i kuc­nę­ła przy nim. Z tru­dem roz­gar­nę­ła jego sztyw­ne włosy. Kim byłeś – spy­ta­ła niemo – i czemu tu umar­łeś? Jej myśli po­mknę­ły ku setce do­my­słów, wizji ży­wo­tów i ich coraz to smut­niej­szych koń­ców. Się­gnę­ła po le­żą­cy opo­dal to­bo­łek, gdy znów prze­mknął jej nad głową zło­wro­gi cień pta­szy­ska. Wes­tchnę­ła, wy­cią­ga­jąc rękę z torby. Nie tym razem.

Z czu­ło­ścią po­gła­dzi­ła lo­do­wa­ty po­li­czek zmar­łe­go, a potem wsta­ła i ru­szy­ła w dal­szą drogę.

Crve­ni­ca cze­ka­ła.

 

**

Wy­bio­rę więc jed­ne­go z nich i uko­cham go jak syna, a umie­ra­jąc oddam mu cię­żar mój, i więk­szy cię­żar niż mogą unieść inni, aby w nim było od­ku­pie­nie.

 

Brama mia­sta stała otwo­rem. Nie strzegł jej choć­by jeden żoł­nierz, co Hilde przy­ję­ła z nie­po­ko­jem. Wkro­czy­ła do Crve­ni­cy, ba­cząc, by nie na­ro­bić zbęd­ne­go ha­ła­su. To­wa­rzy­szył jej sze­lest sukni i skrzy­pie­nie śnie­gu pod po­de­szwa­mi butów. Dźwię­ki te nikły jed­nak wobec upior­nych po­gwiz­dy­wań wia­tru.

Z po­cząt­ku mia­sto zdało się Hilde spo­koj­ne, ni­czym po­grą­żo­ne we śnie. Zni­kąd nie do­cho­dził szmer roz­mów, nie nio­sły się echem kroki, szcze­ka­nie psów ani rże­nie koni. Tylko okien­ni­ce, wzru­sza­ne wia­trem, co jakiś czas tłu­kły się o fa­sa­dy ka­mie­nic. Głów­na ulica ziała pust­ka­mi. Je­dy­nie śnieg nie za­wo­dził. Jak poza mia­stem, tak i we­wnątrz crve­nic­kich murów za­le­ga­ły hałdy bia­łe­go puchu, ob­le­pia­ją­ce bu­dyn­ki na dobre parę łokci wzwyż.

Po chwi­li mar­szu wiatr, który dął Hilde w plecy, ka­pry­śnie zmie­nił kie­ru­nek. Za­wiał od wscho­du, rzu­cił się prze­zro­czy­stym ciel­skiem na ulicę i wy­miótł śnieg spod stóp dziew­czy­ny. Kop­nę­ła coś nie­opacz­nie. Kość po­to­czy­ła się przed nią. Hilde za­mar­ła.

Ulica stała się łąką. Pisz­cze­le ko­ły­sa­ły się w tę i we w tę, stu­ka­jąc jedne o dru­gie. Osa­dzo­ne na pa­new­kach czasz­ki grze­cho­ta­ły jak ma­ków­ki. Za­sty­głe w po­wie­trzu kro­ple krwi wi­sia­ły sążeń nad zie­mią, ni­czym płat­ki róż strą­co­ne z łodyg bez­tro­skim ru­chem dziec­ka. Hilde pa­trzy­ła na to wszyst­ko jak za­cza­ro­wa­na. Nie wzdry­gnę­ła się na widok krę­go­słu­pów, mied­nic ani żeber. Lęk, który wi­nien zaj­rzeć jej w oczy, nie nad­cho­dził.

Wiatr znów za­gwiz­dał, tym razem z za­cho­du. Wy­rwał ko­ścia­ne źdźbła i ci­snął nimi o ścia­ny bu­dyn­ków. Uło­ży­ły się w mi­ster­ne, ażu­ro­we pi­ra­mi­dy, na które spa­dły z ło­sko­tem czasz­ki. Kon­struk­cje za­wa­li­ły się, two­rząc bez­ład­ne stosy. Ca­łość zro­si­ły kro­ple krwi, także wzru­szo­ne po­dmu­chem. Hilde nigdy nie przy­pusz­cza­ła­by, że w drob­nych kar­mi­no­wych łez­kach kryć mogą się całe stru­mie­nie po­so­ki. Spły­wa­ła po sto­sach ni­czym po we­sel­nych tor­tach, któ­rych Hilde nigdy nie miała oka­zji skosz­to­wać.

Zbli­ży­ła się do jed­ne­go ze sto­sów i po­chy­li­ła nad nim z uwagą. Krew spla­mi­ła czub­ki jej butów, lecz na to nie zwa­ża­ła. Jej wzrok przy­ku­ła nie­wiel­ka, śnież­no­bia­ła czasz­ka, znacz­nie mniej­sza od po­zo­sta­łych. Hilde de­li­kat­nie ujęła ją w dło­nie. Po­czu­ła żal. Żal dzie­się­cio­let­niej dziew­czyn­ki ko­na­ją­cej z głodu i wy­zię­bie­nia. Po­czu­ła wolę życia, cie­ka­wość świa­ta, mat­czy­ną mi­łość, opla­ta­ją­cą dziew­czyn­kę w jej ostat­nich chwi­lach. „Chcę już być duża, ma­mu­siu. Chcę być ry­ce­rzem!” – usły­sza­ła dzie­cię­cy szcze­biot. Uśmiech­nę­ła się mimo woli. Po­błaż­li­wie, smut­no, mil­czą­co. Była przez chwi­lę tą matką. I wie­dzia­ła, że có­recz­ka bo­le­śnie się roz­cza­ru­je. Uca­ło­wa­ła czasz­kę w czoło. Nie była już głod­na ani nie czuła chło­du.

Zło­śli­wy, kpiar­ski chi­chot po­niósł się echem przez ulicę. Nie wie­dząc, czy to jej ro­je­nia, czy jawa, Hilde ob­ró­ci­ła się z ci­chym wes­tchnie­niem. Śmiech był coraz gło­śniej­szy. Łatwo po­zna­ła, skąd do­cho­dzi. W wą­skiej, za­sy­pa­nej prze­czni­cy do­strze­gła parę żół­tych, ja­rzą­cych się ślepi. Nie­dba­łym ru­chem odło­ży­ła czasz­kę na stos, lecz chi­chot nie ustał. Wręcz prze­ciw­nie – na­ra­stał z każdą ko­lej­ną salwą. Hilde cof­nę­ła się, nie spusz­cza­jąc z bocz­ni­cy wzro­ku, a gdy i to nie po­mo­gło, rzu­ci­ła się do uciecz­ki.

Nie wie­dzia­ła, dokąd biec, gdzie schro­nić się i kogo wzy­wać. Gnała więc przed sie­bie, nie oglą­da­ła się i nie krzy­cza­ła. Z upły­wem czasu upior­ny śmiech po­czął cich­nąć, jakby wła­ści­ciel świe­cą­cych ślepi za­nie­chał po­ści­gu. Nie dała wiary swo­je­mu szczę­ściu. Nie była jakąś na­iw­ną dziew­ką. Za­miast ra­do­wać się, że wy­wio­dła licho w pole, wtar­gnę­ła do pierw­sze­go z brze­gu bu­dyn­ku o drzwiach wy­ła­ma­nych z za­wia­sów. Oka­zał się za­nie­dba­ną karcz­mą z sze­ro­kim kon­tu­arem, po­przew­ra­ca­ny­mi sto­ła­mi i roz­chy­bo­ta­ny­mi krze­sła­mi. Prze­stą­piw­szy próg, Hilde skry­ła się za ścia­ną, opie­ra­jąc o nią plecy. Dy­sza­ła cięż­ko, ner­wo­wo ły­ka­jąc po­wie­trze. Od­gar­nę­ła z czoła kru­czą grzyw­kę, po­pra­wi­ła splo­ty czar­ne­go war­ko­cza. Czy­ni­ła tak za­wsze, kiedy się bała.

Słu­cha­ła w na­pię­ciu. Wciąż nie do­cie­ra­ło do niej, co wła­ści­wie wi­dzia­ła w ulicz­ce. Przy­po­mi­na­ło psa, lecz było co naj­mniej dwa­kroć więk­sze. Ciało be­stii po­kry­wa­ła szcze­ci­nia­sta, be­żo­wa sierść w czar­ne pasy. Pa­mię­ta­ła też szpi­cza­ste uszy i roz­cią­gnę­ty w okrut­nym uśmie­chu pysk. To żółte śle­pia prze­ra­ża­ły ją jed­nak naj­bar­dziej. Śle­pia i kły, na pewno przy­wy­kłe do ludz­kie­go mięsa.

Długo trwa­ło, nim Hilde od­wa­ży­ła się wyj­rzeć przez próg w po­szu­ki­wa­niu pary zło­wro­gich ogni­ków. Kiedy w końcu pod­ję­ła ry­zy­ko, po zwie­rzu nie było śladu. Próż­no też nad­sta­wia­ła ucha na jego śmiech. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że po­ścig ustał.

Z ulgą wró­ci­ła wzro­kiem do wnę­trza go­spo­dy. W szyn­ku cuch­nę­ło zwie­trza­łym bim­brem, sta­rym ku­rzem i wil­go­cią. Pod­ło­ga skrzy­pia­ła. Odłam­ki szkła chrzę­ści­ły pod po­de­szwa­mi butów, a pę­ka­te bu­tel­ki tur­la­ły się z kąta w kąt, wzru­szo­ne rąb­kiem po­szar­pa­nej sukni. Wspo­mnie­nia pi­jac­kich burd, szep­ta­nych szkłu mo­dlitw i zwie­rzeń, po­kąt­nych mi­ło­stek i łez mą­cą­cych tru­nek kłę­bi­ły się u po­wa­ły jak bu­rzo­we chmu­ry. Hilde oglą­da­ła je, urze­czo­na, sze­ro­ko otwie­ra­jąc usta.

Karcz­mą po­niósł się cichy płacz, lecz to nie Hilde łkała. Za­sty­gła, spusz­cza­jąc wzrok na kon­tu­ar. Stał przy nim… płaszcz. Stary, nad­żar­ty przez mole płaszcz uno­sił się kilka stóp nad zie­mią i po­chy­lał nad bla­tem. Tka­ni­na wzdy­ma­ła się i opa­da­ła, imi­tu­jąc głę­bo­ki szloch. Naraz całe za­le­ga­ją­ce na pod­ło­dze szkło po­czę­ło sku­piać się przy ta­jem­ni­czej po­sta­ci. Okru­chy łą­czy­ły się z więk­szy­mi odłam­ka­mi, two­rząc na po­wrót denka, ścian­ki i szyj­ki. Bu­tel­czy­ny, sa­ga­ny, kie­li­chy i kufle po­to­czy­ły się pio­no­wo w górę, za­chwia­ły u za­ło­mu blatu, aż wresz­cie wy­lą­do­wa­ły na po­obi­ja­nym, wy­śli­zga­nym drew­nie. Bor­do­wy rękaw wamsu wy­chy­nął spod płasz­cza i jed­nym ru­chem za­gar­nął szkło. Przy­tu­lił je do fan­to­mo­wej pier­si. Płaszcz zawył.

Dłoń Hilde po­wę­dro­wa­ła ku to­boł­ko­wi. Po chwi­li zma­gań dziew­czy­na wy­ma­ca­ła po­żą­da­ny, okrą­gły kształt. I pu­ści­ła, znów po­sły­szaw­szy za ple­ca­mi chi­chot. Nawet się nie oglą­da­ła. Po pro­stu po­pę­dzi­ła na­przód z na­dzie­ją, że na ty­łach karcz­my znaj­dzie dru­gie wyj­ście. Szkło roz­pry­sło się we wszyst­kie stro­ny, płaszcz za­fur­ko­tał, za­krę­cił się w koło i, niby wy­le­nia­ły kocur, zwi­nął w kłę­bek na pod­ło­dze. Wspo­mnie­nia gruch­nę­ły z ło­sko­tem o zie­mię.

Hilde nie miała czasu, by ich ża­ło­wać. Nie­zgrab­nie prze­sa­dzi­ła kon­tu­ar i po­bie­gła w stro­nę za­ple­cza. Gdyby nie zna­la­zła tam drzwi, za­wsze po­zo­sta­wał blat, od biedy mo­gą­cy peł­nić rolę muru. Dzier­żąc po­grze­bacz, nóż albo tasak, miała szan­sę ode­przeć atak. Rzecz jasna w teo­rii, wszak żaden był z niej muszkieter. La­wi­ru­jąc mię­dzy od­czo­po­wa­ny­mi becz­ka­mi i szczu­ra­mi czmy­cha­ją­cy­mi spod stóp, z ulgą po­wi­ta­ła drzwi. Na­par­ła na nie ra­mie­niem z werwą ulicz­ne­go za­bi­ja­ki.

Drzwi ustą­pi­ły. Hilde wy­pa­dła na ulicę, ra­niąc ko­la­na o bruk. Po­bie­gła dalej, nie ba­cząc na kie­ru­nek. Po­wie­rzy­ła los in­tu­icji i szczę­ściu, które za­wio­dły ją do la­bi­ryn­tu krę­tych, wą­skich i czę­sto ob­lo­dzo­nych alej. Klu­czy­ła nimi, dep­cząc za­mro­żo­ne, upu­dro­wa­ne śnie­giem ciała ludzi i zwie­rząt. Lepka od potu grzyw­ka wpa­da­ła jej do oczu, wy­wo­łu­jąc pa­ni­kę i gniew. Każda ulicz­ka, każdy za­ułek i skrzy­żo­wa­nie zda­wa­ło się toż­sa­me z dzie­siąt­ką in­nych. Miasto po­ły­ka­ło Hilde. Sły­sza­ła, jak Crvenica ostrzy sobie na nią zęby, jak kła­pie szczę­ka­mi i pry­ska śliną. Nie pod­da­wa­ła się, ani na chwi­lę nie prze­ry­wa­jąc sza­leń­czej go­ni­twy. Życie na­uczy­ło ją, by nie dawać za wy­gra­ną. Bez wzglę­du na cenę.

W końcu gma­twa­ni­na ulic wy­plu­ła dziewczynę na prze­stron­ny, kwa­dra­to­wy plac. Hilde roz­gląd­nę­ła się, zdez­o­rien­to­wa­na. Jej wzrok padł na uro­kli­wą, mar­mu­ro­wą fon­tan­nę w cen­trum rynku, którą zdo­bił posąg ja­kiejś, za­pew­ne za­słu­żo­nej dla Crve­ni­cy per­so­ny, dzier­żą­cej per­ga­min i pióro. Hilde ru­szy­ła w tamtą stro­nę, po­czuw­szy nagłe pra­gnie­nie. Ob­li­za­ła spierzch­nię­te od mrozu wargi. Wizja czy­stej, źró­dla­nej wody ko­ją­cej wy­schnię­te gar­dło to­wa­rzy­szy­ła dziewczynie aż do chwi­li, kiedy od­kry­ła, że fon­tan­na jest sucha.

Bli­ska pła­czu, Hilde przy­mknę­ła oczy. Do­pa­dło ją zmę­cze­nie. Pierś wzno­si­ła się w nie­rów­nym od­de­chu, dło­nie drża­ły, a mię­śnie nóg pul­so­wa­ły w nie­mej gro­zie upad­ku. Mimo przy­mknię­tych po­wiek do­strze­gła cień, który na mo­ment po­zba­wił ją cie­pła ży­cio­daj­nych pro­mie­ni słoń­ca. Ptak znów miał ją na wi­do­ku. Przyj­rza­ła się zwia­stu­no­wi śmier­ci. Szy­bo­wał, z rzad­ka po­ru­sza­jąc bia­ły­mi skrzy­dła­mi. Hilde mogła by przy­siąc, że zni­żył lot.

Zło­wiesz­czy chi­chot roz­brzmiał za ple­ca­mi dziew­czy­ny. Ob­ró­ci­ła się. Wiel­ki, be­żo­wo-czar­ny pies zbli­żał się do fon­tan­ny z opusz­czo­nym łbem. Śmiał się opę­tań­czo i jed­no­cze­śnie tak ludz­ko, że ciar­ki prze­szły Hilde po ple­cach. Nie miała już sił ucie­kać. Czuła, że nad­szedł czas, by zgo­dzić się z wy­ro­kiem ko­łu­ją­ce­go jej nad głową pta­szy­ska. Przy­szła pora umie­rać.

– Witaj, moje dziec­ko – po­wie­dział ktoś od stro­ny fon­tan­ny w języku zarówno obcym, jak i dziwnie znanym.

Spoj­rza­ła przez ramię. Miał dobre trzy sąż­nie wzro­stu. Spo­glą­dał na nią z cze­lu­ści srebr­no-zło­te­go szy­sza­ka, w który za­tknię­te miał dwa białe pióra. Cęt­ko­wa­na lam­par­cia skóra spły­wa­ła mu z ra­mion, a pierś kryła kol­czu­ga o drob­nych oczkach. W rę­kach trzy­mał buz­dy­gan i zło­ci­stą tar­czę kał­ka­na. Przy szkar­łat­nym pasie ko­ły­sał się kin­dżał z ru­bi­no­wą rę­ko­je­ścią.

Na widok wo­jow­ni­ka Hilde zmię­kły nogi. Upa­dła, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od okry­tej heł­mem pust­ki. Do­pie­ro po chwi­li do­strze­gła, że ta­jem­ni­czy mąż krwa­wi. Czer­wień są­czy­ła się przez kol­czu­gę, ście­ka­ła wzdłuż pal­ców i rę­ko­je­ści buz­dy­ga­na. Co dziw­ne, dzier­żo­na w dru­gim ręku tar­cza była mokra od wody, która skra­pla­ła się na błysz­czą­cej po­wierzch­ni i ka­pa­ła na bruk. Hilde nie ro­zu­mia­ła, co i kogo widzi. Po­dob­nie jak nie poj­mo­wa­ła ta­jem­ni­czej aury, która biła od wo­jow­ni­ka, igra­jąc na zło­tej ema­lii, na ru­bi­nach, szma­rag­dach i po­rdze­wia­łych oczkach kol­czej ko­szu­li.

– Nie po­zna­jesz mnie? – spy­tał mąż do­no­śnym, głę­bo­kim gło­sem.

Hilde mil­cza­ła. Z lę­kiem ob­ser­wo­wa­ła, jak na ramię wo­jow­ni­ka sfru­wa białe pta­szy­sko, nę­ka­ją­ce ją pod­czas po­dró­ży. Sęp – bo nie miała już wąt­pli­wo­ści co do pro­we­nien­cji ptaka – za­trze­po­tał skrzy­dła­mi, kłap­nął dzio­bem i za­stygł w miej­scu.

– Wy­rze­kasz się mnie? Mnie, Frymëzima? – spy­tał znów mąż.

– N-nie – wy­beł­ko­ta­ła.

Nagle po­czu­ła przy­kry, zwie­rzę­cy za­pach. Se­kun­dę póź­niej swym pą­so­wym ciel­skiem otarł się o nią wiel­ki, chi­cho­czą­cy pies. Z tru­dem prze­łknę­ła ślinę. Be­stia przy­cup­nę­ła u stóp wo­jow­ni­ka.

– Za­iste, krót­ka jest pa­mięć czło­wie­cza – rzekł Frymëzim. – Wciąż mnie za­ska­ku­je­cie.

– Czy ja… je­stem mar­twa?

– Nie – za­pew­nił. – A za­ra­zem tak.

– J-jak to? Nie ro­zu­miem… Kiedy?! – py­ta­ła, go­rącz­ko­wo ba­da­jąc ciało, nie­pew­na wła­sne­go ist­nie­nia.

– Przed laty. Gdy pierw­szy raz się spo­tka­li­śmy.

Pies ziew­nął, uka­zu­jąc rzędy ostrych jak brzy­twa zębów.

– Nie pa­mię­tasz, jak matkę tra­wi­ły su­cho­ty? Jak gasła z dniem każ­dym, sie­jąc zgry­zo­tę w ser­cach twego ojca i sióstr? Ale nie w twoim. Nie, dzie­ci­no. Tyś jed­nym okiem łzy ro­ni­ła, a dru­gim mnie wy­glą­da­łaś wśród chmur.

– To nie…

– A póź­niej, gdy oj­ciec twój sko­nał u wrót ko­le­gia­ty, do­się­żon szty­le­tem zbój­cy? Pa­mię­tasz, dzie­ci­no? Warga ci drża­ła, bie­la­ła ści­śnię­ta dłoń. Lecz nie z roz­pa­czy. Usta­mi wzru­szał szept ko­lej­nych wer­sów, a palce ja­śnia­ły, opla­ta­jąc pióro.

– Prze­stań! – krzyk­nę­ła z ca­łych sił, zdzie­ra­jąc gar­dło.

Frymëzim nie zwa­żał na jej opór, po­dob­nie jak jego świta.

– A sio­stry? Pa­mię­tasz jesz­cze ich twa­rze? Pa­mię­tasz, jak gi­nę­ły jedna za drugą, po wie­lo­kroć, na każdy znany ci spo­sób? Jak pa­rzy­ło pióro, jak galop myśli mknął przez nie­bio­sa, jak wizje go­ni­ły jedna za drugą, po­że­ra­jąc się wza­jem?

Hilde mil­cza­ła, tępo wpa­trzo­na w bruk. Frymëzim sta­nął nad nią, grze­cho­cząc zbro­ją.

 Pa­mię­tasz klien­tów? Tych, któ­rzy brali, coś dała, osta­wia­jąc w za­mian sińce i splu­ga­wio­ne łono? Gdzieś wtedy była? Boś nie z nimi była, dzie­ci­no.

– Z tobą – szep­nę­ła przez łzy. – Z tobą byłam. W chmu­rach.

– Lata całe byłem ci opoką, tęczą w cze­lu­ści dnia. Pora, byś spła­ci­ła dług. Byś stała się tym, kim za­wsze być mia­łaś.

– Czyli… kim?

– Zmierz­cha, dzie­ci­no. Po­dró­żo­wa­łaś. Wi­dzia­łaś, jak do­go­ry­wa twa rasa. A gdzie zbrak­nie czło­wie­ka, tam demon cier­pi ka­tu­szę głodu. I ginie, łeb kła­dąc na pnia­ku nie­za­spo­ko­jo­nych żądz. – Frymëzim urwał na chwi­lę, jakby ukła­dał w gło­wie ko­lej­ne wer­se­ty. Od­dy­chał przy tym cięż­ko, rzę­żąc i świsz­cząc z cicha. – Po­mrze­my, sta­jąc ramię w ramię z wami. Dra­pież­cy i ofia­ry. Jedni nie­na­sy­ce­ni, łap­czy­wi i chci­wi, dru­dzy lę­kli­wi, upa­dli i słabi. Mo­gło­by dzi­wić, jak mało róż­ni­my się pod ko­niec dnia.

– Nic nie ro­zu­miem, Frymëzimie. Czego ode mnie ocze­ku­jesz? Je­stem… nikim. Li­ściem gni­ją­cym w ka­łu­ży.

Demon po­chy­lił się, kła­dąc dłoń na gło­wie Hilde. Choć za­ku­ta w stal, wy­da­ła się dziew­czy­nie nad wyraz mięk­ka i cie­pła.

– A ja? Ścier­wem apa­tią cuch­ną­cym, znu­żo­nym i roz­go­ry­czo­nym, co ostat­kiem woli sunie jesz­cze przez nie­bo­skłon, nie pa­mię­ta­jąc już nie­mal po co i dla­cze­go – rzekł. – Mój czas prze­mi­ja. Nie­zdol­ny je­stem już żywić się tym, czym nie­gdyś zwy­kłem. Bra­cia i sio­stry moje łacno zmie­nia­ją gusta, lecz ja nie po­tra­fię. A nie ma już wielu ta­kich jak ty in­dy­wi­du­ów, które by­ły­by mi stra­wą.

– I ja mam… – Hilde nie­pew­nie spoj­rza­ła w górę.

– Tak, dzie­ci­no. Weź to brze­mię. Weź je i po­zwól mi scze­znąć. Przy­kro mi już pa­trzeć na świat. Jakże zsza­rzał od dnia, gdym go zo­ba­czył po raz pierw­szy.

Frymëzim pa­trzył przed sie­bie w za­du­mie. Wiatr tar­gał lam­par­cią skórą i szar­pał pió­ra­mi na czub­ku hełmu. Hilde wej­rza­ła w mrocz­ny bez­kształt skry­te­go pod szy­sza­kiem ob­li­cza. Do­pie­ro wów­czas do­strze­gła, że cien­ki stru­mień wody spły­wa nie z tar­czy, lecz ma swoje źró­dło w głębi szy­sza­ka. Spy­ta­ła jed­nak o coś in­ne­go, niż łzy de­mo­na.

– Dla­cze­go krwa­wisz? Kto cię zra­nił?

– Czym­że je­stem, jeśli nie krwią, potem i łzami? – od­po­wie­dział py­ta­niem. Hilde wy­obra­zi­ła sobie, że się uśmie­cha. –  Ty też bę­dziesz bro­czyć, moje dziec­ko. Choć nie szkar­ła­tem, a naj­czyst­szym błę­ki­tem. Teraz… Czyś go­to­wa? – Frymëzim podał jej dłoń.

Za­wa­ha­ła się.

– Nie ma ni­ko­go lep­sze­go? Nie zna­lazł się nikt god­niej­szy?

– Nie szu­ka­łem ni­ko­go ta­kie­go – rzekł twar­do. – Weź moją dłoń. Uwiecz­nij świat, zanim znik­nie. Uwiecz­nij takim, jakim go wi­dzisz: ohyd­nym i złym.

– Ale ja go takim nie widzę – za­opo­no­wa­ła nie­śmia­ło. – Nie cał­kiem.

– Zo­ba­czysz. Wcze­śniej czy póź­niej pęk­nie ci serce. Na dwoje, na ćwiart­ki, aż wresz­cie ze­trze się na proch i uj­rzysz świat moimi oczy­ma.

– Lecz gdzie w tym praw­da?

– Praw­da? – Pies za­chi­cho­tał, a sęp za­ło­po­tał skrzy­dła­mi. – Cóż to ta­kie­go, ta praw­da? Któż ją jesz­cze pa­mię­ta? Wy? My? – za­kpił gorz­ko.

Hilde spu­ści­ła wzrok. Tym­cza­sem Frymëzim po­stą­pił na­przód, mi­ja­jąc dziew­czy­nę bez słowa. Sły­sza­ła grze­chot jego kol­czu­gi i skrzy­pie­nie sta­lo­wych po­licz­ków szy­sza­ka. Wtem to wszyst­ko usta­ło. Demon za­trzy­mał się z sobie tylko zna­nych wzglę­dów. Hilde nie od­wa­ży­ła się za nim spoj­rzeć.

– Chodź, po­ka­żę ci tę twoją praw­dę, sko­roś ją tak uko­cha­ła – rzekł Frymëzim po chwi­li, po czym wzno­wił marsz.

Hilde na drżą­cych no­gach po­wle­kła się za nim.

 

***

I po­ka­żę mu wszyst­kie nie­szczę­ścia téj ziemi, a potem zo­sta­wię sa­me­go w ciem­no­ści wiel­kiéj z brze­mie­niem myśli i tę­sk­not na sercu.

 

Szli długo, aż opu­ści­li mury Crve­ni­cy. Dal­sza droga wio­dła pod górę, na gęsto za­le­sio­ne wznie­sie­nie. Cho­ciaż za­czy­na­ło się ściem­niać, Hilde bez trudu do­strze­gła smu­kłe szczy­ty wież, kłu­ją­ce igli­ca­mi fir­ma­ment ponad ko­ro­na­mi drzew. Nie py­ta­ła jed­nak de­mo­na o cel ich wy­pra­wy. Wąt­pi­ła, że jej od­po­wie.

Zmierzch za­stał ich na szczy­cie wzgó­rza, u stóp strze­li­ste­go za­mczy­ska z sza­re­go ka­mie­nia. Wbrew przy­pusz­cze­niom Hilde, Frymëzim nie wpro­wa­dził jej do środ­ka. Z żalem po­wle­kła się za de­mo­nem, nie­chęt­nie że­gna­jąc wizję go­ści­ny w ocie­ka­ją­cych prze­py­chem kom­na­tach.

Obe­szli zamek ogro­da­mi ską­pa­ny­mi w śnie­gu, mi­ja­jąc szpa­le­ry ze­schłych cy­pry­sów i zmi­zer­nia­łych drzew owo­co­wych. Hilde nie zwra­ca­ła uwagi na ten ewi­dent­ny dowód upad­ku. W pełni po­chło­nął ją widok je­zio­ra, które sre­brzy­ło się w do­li­nie na pół­noc od wzgó­rza. Za­zdro­ści­ła tym, któ­rym kie­dy­kol­wiek dane było bu­dzić się z takim pej­za­żem za oknem.

Frymëzim przy­sta­nął wresz­cie przy skar­la­łej so­śnie. Hilde zrów­na­ła się z nim i spoj­rza­ła na sa­mot­ny na­gro­bek z bia­łe­go mar­mu­ru. Le­ża­ły na nim dwie białe lilie, lekko tylko przy­pró­szo­ne śnie­giem. Tuż przy gro­bie, opar­ta o ka­mien­ną płytę, stała rzeź­ba przed­sta­wia­ją­ca klę­czą­ce­go star­ca, tę­sk­nie spo­glą­da­ją­ce­go na pół­noc. Jego dło­nie były sple­cio­ne jak do mo­dli­twy. Hilde pró­bo­wa­ła od­czy­tać imię zmar­łe­go, lecz nie znała tu­tej­sze­go ję­zy­ka, a li­te­ry znacz­nie róż­ni­ły się od tych, któ­rych uży­wa­ła. Mogła się tylko do­my­ślać, że w gro­bie spo­czy­wa ko­bie­ta.

– Hra­bia Bojan Go­le­mo­vić. – Demon wska­zał buz­dy­ga­nem rzeź­bę. – A to córka jego, El­le­nai. Zmar­ła, mając je­de­na­ście wio­sen.

– Dla­cze­go? Dla­cze­go zmar­ła? – spy­ta­ła Hilde, a serce za­bi­ło jej moc­niej.

 Jak jej zmar­ła przy po­ro­dzie matka, tak i El­le­nai była sła­be­go zdro­wia. Nie wiem, za­praw­dę nie wiem, czemu tak uko­cha­li ją sobie moi bra­cia i sio­stry – przy­znał Frymëzim. – Lecz był ktoś, kto za­ra­dzić mógł jej udrę­ce. Hra­bia znał go, znał do­sko­na­le. Nie­raz na zamku go­ścił, nie­raz pił hra­biow­skie wino. Po­kvar, czło­wiek z cząst­ką Wol­ne­go Ducha w sercu, któ­re­go krew zdol­na była uśmie­rzyć wszel­ką, nawet naj­bar­dziej do­le­gli­wą za­ra­zę przez de­mo­na ze­sła­ną. Gdy El­le­nai cho­rza­ła, hra­bia słał po po­kva­ra. Ten zja­wiał się ry­chło, lecz nie z do­bro­ci serca. Nie. Po­kvar nad wszyst­ko uko­chał brzęk monet i blask szla­chet­nych krusz­ców. Do­pó­ki więc skar­biec miał pełny, do­pó­ty hra­bia li­czyć mógł na jego pomoc. Krwią białą jak śnieg kro­pił wów­czas wątłe ciało dziew­czę­ce, a El­le­nai zdro­wia­ła, na­bie­ra­ła sił i… żyła. Do czasu aż nowa cho­ro­ba nie pchnę­ła jej w łoże.

– Po­kvar żądał za­pła­ty za ra­tu­nek dziec­ka? – spy­ta­ła Hilde z nie­do­wie­rza­niem.

– Nie tym win­naś gar­dzić. To frasz­ka za­le­d­wie, furda wobec tego, co na­stą­pi­ło. Za­kli­nał się po­kvar, że za­wsze na we­zwa­nie hra­bie­go przy­bie­ży. Że mo­ne­ta ow­szem, ważna dlań jak woda, ale i bez wody lza obejść się, gdy trze­ba. Hra­bia wie­rzył, ufał po­kva­ro­wi jak bratu. Aż po El­le­nai przy­szedł Boal.

– Boal?

– Brat mój. Łap­czy­wy i głod­ny wiecz­nie, Crve­ni­cę pu­sto­szył. Nie­dłu­go cze­kać, a i małą El­le­nai ob­da­rzył wzglę­da­mi. Tyluż braci nad­gry­zło jej kości, tyleż sióstr kar­mi­ło się ję­kiem z jej krta­ni, a ta żyła wciąż, mimo wszyst­ko. Hra­bia uczy­nił, co czy­nić zwykł dotąd w po­dob­nych wy­pad­kach. Goń­ców po­słał, po­kva­ra szu­kać kazał. Jak już do­my­ślasz się pew­nie, gońcy wró­ci­li z ni­czym. Że po­kvar na pół­noc ru­szył, świat plu­ga­wić długi i sze­ro­ki, tak ojcu zbo­la­łe­mu rze­kli. Hra­bia raz po raz słał goń­ców, jak obłą­ka­ny coraz cięż­sze sakwy im do sio­deł tro­cząc. Lecz po­kvar nie wró­cił. I po­słań­cy wkrót­ce prze­sta­li wra­cać. A El­le­nai zmar­ła, nie do­cze­kaw­szy dwu­na­stej wio­sny.

– Nie wie­rzę – szep­nę­ła Hilde.

 Ły­ka­ła łzy, wpa­tru­jąc się w na­grob­ną płytę.

– Świa­dectw ci trze­ba? – za­py­tał demon z nie­sma­kiem. –  Spo­cznij przy rzeź­bie, wy­cią­gnij nogi. Hra­bia za­wsze tu wraca. Przy­no­si lilie, wciąż mokre i pach­ną­ce je­zio­rem. Do­glą­da ich z grzą­skie­go dna, wzdy­cha­jąc ku mi­nio­nym cza­som.

Hilde za­pła­ka­ła w głos. Opo­wie­dzia­na hi­sto­ria po­ru­szy­ła ją do głębi. Dotąd nie ro­zu­mia­ła, w jakim celu Frymëzim przy­wiódł ją na wzgó­rze. Teraz poj­mo­wa­ła wszyst­ko.

– Co się z nią stało?

– Po­my­ka w chmu­rach na grzbie­cie aż­da­chy, nucąc piosn­ki o okrut­nym świe­cie. W dniu śmier­ci prze­klę­ła matkę, prze­klę­ła ojca, ten ogród, zamek, Crve­ni­cę i tego, który obie­cał ją chro­nić. A wierz mi, dzie­ci­no, wiel­ką moc ma klą­twa nie­win­nej.

Hilde prze­szył strasz­li­wy ból. Naraz stała się ojcem, nigdy nie­po­zna­nym ko­chan­kiem, mężem i synem El­le­nai. Była ża­ło­bą, była roz­pa­czą nad zmar­nia­łym, za­prze­pasz­czo­nym ży­wot­kiem, krót­szym niż mgnie­nie oka. Była nie­wy­da­rzo­ną hi­sto­rią, nie­prze­by­ty­mi dro­ga­mi, nigdy nieroz­go­rza­ły­mi uczu­cia­mi. Nie po­trze­bo­wa­ła już spo­glą­dać w niebo.

Wie­dzia­ła, co czy­nić.

Sęp wzniósł się znad barku Frymëzima i usiadł na ra­mie­niu Hilde, które jak w tran­sie po­da­ła pta­szy­sku. Spoj­rza­ła na ma­je­sta­tycz­ne zwie­rzę. Ro­zu­mia­ła je, a ono ro­zu­mia­ło ją. Z lu­bo­ścią gła­dzi­ła śnież­no­bia­łe pióra. Wresz­cie wy­rwa­ła jedno z sę­pie­go ogona. Prze­ni­kli­wy skwir ptaka wstrzą­snął ogro­dem, a łopot skrzy­deł wpra­wił śnieg w wi­ru­ją­cy ta­niec. Sęp wzle­ciał ponad głowę Hilde i za­wisł, do­glą­da­jąc ry­tu­ału. Pióro w jej pal­cach lśni­ło.

Wów­czas pa­sia­sty, roz­chi­cho­ta­ny pies otarł się o nogę Hilde, za­dzie­ra­jąc łeb. I ona za­chi­cho­ta­ła, pełna wznio­słej pasji. Nie wa­ha­jąc się ani chwi­li, wsu­nę­ła koń­ców­kę pióra w roz­war­ty pysk be­stii. Unu­rza­ła je w gę­stej, żół­ta­wej śli­nie. Pies, w któ­rym roz­po­zna­ła hienę, po­li­zał ją w dłoń, za­śmiał się i usko­czył w bok, jeżąc sierść. Po­dob­nie jak sęp, bacz­nie przy­glą­dał się temu, co teraz zrobi dziew­czy­na.

Hilde się­gnę­ła dło­nią do prze­wie­szo­ne­go przez ramię to­boł­ka. Palce mu­snę­ły zwi­nięty per­ga­min.

– Kozią skórą dzieła nie kalaj – po­wstrzy­mał ją demon. – Trwal­sze, ileż god­niej­sze masz płótno dla owoców swej pracy.

Frymëzim mach­nął buz­dy­ga­nem, a kał­kan za­wi­ro­wał. Hilde po­czu­ła, jak z ra­mion spły­wa jej grube, znisz­czo­ne odzie­nie. Bez wsty­du po­wi­ta­ła swą na­gość. Z uwagą obej­rza­ła ręce i nogi. Były ja­sno­nie­bie­skie, po­dob­nie jak resz­ta ciała. Ob­da­rzy­ła de­mo­na sze­ro­kim uśmie­chem. Ja­rzy­ła się błę­kit­ną po­świa­tą, tak zbli­żo­ną do łuny, którą ema­no­wał.

– Idź, moje dziec­ko. Spisz hi­sto­rię po­kva­ra, który mogąc być naj­lep­szym z ludzi, wy­brał żywot naj­plu­gaw­sze­go. Spisz kro­ni­kę świa­ta, który mogąc być rajem, oka­zał się pie­kłem – rzekł Frymëzim, ob­ra­ca­jąc się w po­piół. – Osą­dzą go ci, któ­rzy na­dej­dą po nas – dodał, ula­tu­jąc wraz z mroź­nym wia­trem.

Wra­ziw­szy koń­ców­kę pióra w pierś, Hilde za­czę­ła pisać. Naj­pierw go­rącz­ko­wo, jakby od tego za­le­ża­ło jej życie, z cza­sem zaś coraz spo­koj­niej, w miarę jak na­sy­ca­ła się wła­sną twór­czo­ścią.

Póź­niej, po wielu go­dzi­nach ze­szła ze wzgó­rza, nie do­koń­czyw­szy dzie­ła.

Na­tchnie­nie było gdzie in­dziej.

 

****

I dzi­wił się, że skar­ga jéj była ma­leń­ką i skar­żą­cą się jak płacz nie­winnéj dzie­ci­ny, kiedy za­zdro­ści­ła pta­kom skrzy­deł nie­bie­skich, wi­dząc jak ry­bi­twy białe wę­dru­ją ku słoń­cu zło­te­mu i toną w pro­mie­niach.

 

Szy­bu­jąc po błę­kit­nym nie­bie, sęp do­strzegł w dole nie­re­gu­lar­ny kształt. Po­si­łek. Sfru­nął na zie­mię, za­padł się szpo­na­mi w śnieg. Krót­ką chwi­lę oglą­dał zdo­bycz pod róż­ny­mi ką­ta­mi, jakby w na­my­śle, gdzie naj­pierw wra­zić ostry jak brzy­twa dziób. Wresz­cie szarp­nął za ru­mia­ny po­li­czek, raz, drugi i trze­ci, i wy­rwał kawał jesz­cze cie­płe­go mięsa. Czyn­ność po­na­wiał, wgnia­ta­jąc w puch czar­ny jak smoła war­kocz, póki nie spło­szył go chi­chot.

Od­le­ciał, nie oglą­da­jąc się za zdo­by­czą.

Aż­da­cha syk­nę­ła nań, wy­ła­nia­jąc się z chmur, a El­le­nai za­śpie­wa­ła z cicha.

Koniec

Komentarze

Słowniczek (SPOILER ALERT):

 

 

Oblakinia – serbsko-chorwacki demon powietrzny, przybierający postać smukłej kobiety o niebieskiej skórze

 

Ażdacha – złowrogi, smokokształtny duch powietrzny występujący w wierzeniach Słowian bałkańskich

 

(alb.) frymëzim – natchnienie

 

Sęp – ptak mający symboliczne konotacje ze śmiercią, przejściem ze świata żywych do świata zmarłych, a w wierzeniach bułgarskich i tureckich kojarzony także z życiem wiecznym, mądrością i czystością (nazywany nawet “białym ojcem”)

 

Hiena – w wierzeniach środkowoazjatyckich postrzegana jako trickster, wiązana ze zdradą, śmiercią, nieczystością, a także niepohamowanym łaknieniem

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Miś przeczytał i nie wie co napisać, poza tym, że mu się podobało mimo, że takie smutne, przejmujące. Powodzenia w konkursie.

Podobało mi się, ale to dark fantasy (inspiracja soulsami?), a nie folk horror. No i te dialogi moim zdaniem trochę zbyt pompatyczne.

Przeczytawszy.

Koalo,

 

bardzo się cieszę, że się podobało :) Dzięki za lekturę i komentarz.

 

fanthomas,

 

Podobało mi się, ale to dark fantasy (inspiracja soulsami?), a nie folk horror. 

Cieszę się, że się podobało. Inspiracji soulsami tu brak, jedyne elementy, z których czerpałem, są wymienione w przedmowie. Co do folk horroru – poza tym, że nie ma w moim tekście wsi, to co jeszcze go przekreśla? Wiem, że może nie wypada dyskutować z jurorem, ale, szczerze mówiąc, widzę szereg krzyżujących się właśnie z tym gatunkiem motywów, które w moim opowiadaniu występują. Jest przyjezdna, obca osoba. Są nietypowi “mieszkańcy”. Jak najbardziej występują elementy folkloru, bo odniesień do dawnych wierzeń u mnie mnóstwo. Wydaje mi się, że “Oblakinia” dość mocno stąpa po folk horrorze, zwłaszcza że tematyka, zdaje się, miała być “grozowo-folkowo-baśniowa”, co nieco poszerza możliwości. 

 

No i te dialogi moim zdaniem trochę zbyt pompatyczne.

To stylizacja. Poza tym z pompą przemawia demon, który uosabia Natchnienie. Myślę, że to do jego wypowiedzi pasuje. Ale oczywiście szanuję odmienne zdanie.

 

Dzięki za lekturę i komentarz!

 

oidrin,

 

cieszę się, miło Cię było gościć po raz pierwszy u mnie :)

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Twój avatar mi zasugerował soulsy, a poczułem też trochę znajome klimaty ;) Co do tego czy to folk horror, czy dark fantasy, może poczekajmy, aż się inni wypowiedzą, bo granica gatunkowa jest czasami trudna do wyznaczenia i ciężko na szybko powiedzieć, dlaczego tak, a nie inaczej.

fanthomas,

 

Twój avatar mi zasugerował soulsy, a poczułem też trochę znajome klimaty ;)

Wiesz, no zawsze może się coś podświadomie przekraść, ale w trakcie pisania akurat soulsów przed oczami nie miałem :)

 

Co do tego czy to folk horror, czy dark fantasy, może poczekajmy, aż się inni wypowiedzą, bo granica gatunkowa jest czasami trudna do wyznaczenia i ciężko powiedzieć, dlaczego tak, a nie inaczej.

Właśnie dlatego poprosiłem o wyjaśnienie, boś się tak kategorycznie wypowiedział, że aż zacząłem wątpić, czy znam właściwe definicje gatunków :)

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Butelczyny, sagany, kielichy i kufle

Sagan to inaczej kocioł, szklany nie bywa.

Podobało mi się, ale to dark fantasy (inspiracja soulsami?), a nie folk horror.

Mam podobne odczucia. Faktycznie, są tu liczne nawiązania do folkloru, ale we “Władcy pierścieni” też są – a przecież to nie folk. ;)

Folk horror zwykle dzieje się w “prawdziwym” świecie, podczas gdy tu nie bardzo potrafię umiejscowić akcję. Bohaterka jest tu mocno osadzona w folklorze (by nie powiedzieć, że jest jego częścią), a w folku mamy zwykle kogoś “obcego”, nie znającego realiów, kto musi nagle z nimi zmierzyć. No i motywem przewodnim folku zwykle jest starcie starego z nowym, racjonalizmu (zwykle pustego i niepotrzebnie materialistycznego) z duchowością, podczas gdy tutaj… W sumie, nie jestem pewien, co u ciebie robi za motyw przewodni.

No i ten gnijący świat, martwe miasto, umierający Frymëzim – faktycznie dość soulsowe nastroje.

Ale to zasadniczo problem dla jury, ja na szczęście nie muszę się tym martwić.

 

Co do samego opowiadania – bardzo ładnie, niemal poetycko napisane, ale miałem wrażenie pewnego przeciągnięcia. Momentami brakowało mi poczucia celowości scen – i nawet po lekturze to wrażenie się utrzymuje. Spory fragment tekstu to ucieczka bohaterki przed psem, której jedynym skutkiem okazuje się być odnalezienie fontanny – coś, co nie wymagało całej tej gonitwy. Scena w karczmie, choć niewątpliwie nastrojowa, również nie wydaje się popychać fabuły do przodu. Tak po prawdzie, gdyby bohaterka bezpośrednio po wejściu do miasta trafiła na fontannę, fabuła mogłaby pozostać z grubsza niezmieniona. Oczywiście te sceny budują nastrój i są malownicze, ale jednak poczucie braku celowości pozostaje.

Oczywiście jest możliwe, że znowu nie zrozumiałem metafory.

Ta opcja jest tym prawdopodobniejsza, że nie całkiem jestem pewien, co stało się w finale. Bohaterka kończy w zaspie, ale zamienia się w demona? Chyba tak.

 

Co do innych aspektów tekstu – bohaterka robi tu raczej za nośnik narracji niż osobowość. Nie bardzo potrafię ją scharakteryzować po lekturze. Za to świat ma wyraźną atmosferę i jest plastycznie opisany, dzięki czemu tekst ma charakterystyczny nastrój. Na wpół poetyckie, raczej patetyczne kwestie Frymëzima nieźle się w ten nastrój wpisują.

 

Podsumowując – lektura z estetycznie satysfakcjonujących, ale mam poczucie, że albo coś przegapiłem, albo spora część fabuły nie jest w tym tekście niezbędna. 

 

 Cześć!

 

Wpadam jeszcze na chwile po becie. Wprowadziłeś jeszcze kilka zmian, na dobre imho. Z każdym kolejnym czytaniem bardziej skupiam się na symbolice i potencjalnym przesłaniu tekstu niż na przygodach Hilde. Słowniczek w pierwszym komentarzu przydatny, ale takie rzeczy imho lepiej zawrzeć w samym tekście, by czytelnik mógł je odkryć niż dostać w postaci definicji.

Bardzo plastycznie to opisałeś, można zanurzyć się w tekście i płynąć z opowieścią. Język i sposób obrazowania są zdecydowanie solidnym elementem całości. Czy czuć grozę, nie wiem, ale trudno przejść obojętnie obok zmagań bohaterki – przynajmniej początkowych – więc chyba wyszło. Wypada super jako dopełnienie Tęsknicy, jak samodzielne tez nieźle, choć tu opinia nieznających poprzedniego tekstu będzie lepsza.

Im dalej w tekst, tym więcej symboliki, a i wychodzi na jaw kolejna warstwa i zastanawiam się, czy to nie będzie gubić czytających opko pierwszy raz (zwłaszcza, że pierwsze 10k znaków czegoś takiego nie zapowiada, sugeruje raczej bardziej przygodówkę). Czy opko ma szansę przyciągnąć czytaczy do poprzedniego? Nie wiem, możliwe, że mnie by przyciągnęło, czas pokaże ;-) Tyle póki co, może coś mi jeszcze wpadnie (choć czasu mi ostatnio brakuje, więc różnie może być)

 

3P dla Ciebie: Pozdrawiam, Polecam do biblioteki i Powodzenia w konkursie!

 

PS

 

oidrin, rozumiem, że konkurs na folkowy horror, ale czemu ten lis tak groźnie wygląda?

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Cześć, None, miło mi Cię znowu widzieć :)

 

Sagan to inaczej kocioł, szklany nie bywa.

Pełna zgoda, zapędziłem się w tym wymienianiu.

 

Folk horror zwykle dzieje się w “prawdziwym” świecie, podczas gdy tu nie bardzo potrafię umiejscowić akcję.

O, widzisz, tego nie wiedziałem.

 

starego z nowym, racjonalizmu (zwykle pustego i niepotrzebnie materialistycznego) z duchowością

Ten element też u mnie raczej nie występuje. Na pewno są tu inne elementy folk horroru, starałem się też nadać nieco baśniowości, ale pytanie, jak pryncypialnie podejdzie do tematu szanowne grono jurorskie. W każdym razie dzięki za skonkretyzowanie, bo widzę, że moja definicja była coś niecoś wybrakowana :)

 

Co do samego opowiadania – bardzo ładnie, niemal poetycko napisane, ale miałem wrażenie pewnego przeciągnięcia. Momentami brakowało mi poczucia celowości scen – i nawet po lekturze to wrażenie się utrzymuje. Spory fragment tekstu to ucieczka bohaterki przed psem, której jedynym skutkiem okazuje się być odnalezienie fontanny – coś, co nie wymagało całej tej gonitwy. Scena w karczmie, choć niewątpliwie nastrojowa, również nie wydaje się popychać fabuły do przodu. Tak po prawdzie, gdyby bohaterka bezpośrednio po wejściu do miasta trafiła na fontannę, fabuła mogłaby pozostać z grubsza niezmieniona. Oczywiście te sceny budują nastrój i są malownicze, ale jednak poczucie braku celowości pozostaje.

Oczywiście jest możliwe, że znowu nie zrozumiałem metafory.

Ta opcja jest tym prawdopodobniejsza, że nie całkiem jestem pewien, co stało się w finale. Bohaterka kończy w zaspie, ale zamienia się w demona? Chyba tak.

Miło mi, że uznałeś opowiadanie za ładnie napisane. Starałem się nadać mu poetycki wymiar.

 

Jeśli chodzi o bezcelowość scen to zgodziłbym się, gdyby opowiadanie miało jedynie walor dosłowny. Tymczasem “Oblakinia” ma trzy płaszczyzny – dosłowną, symboliczną i, nazwijmy to brzydko, odniesieniową. Na poziomie drugim, tj. symbolicznym, “Oblakinia” jest opowieścią o duszy pisarza w ujęciu nieco odmiennym od konwencjonalnego. Z jednej strony ukazuję bowiem pisarstwo jako gorączkową ucieczkę przed traumą (dialog z Frymëzimem-Natchnieniem, gdy wspomina ginących członków rodziny Hilde), z drugiej jako formę padlinożerstwa na cudzym nieszczęściu, przy zachowaniu wysokiej wrażliwości samej bohaterki. Stąd przy trzech scenach (trup w zaspie, piramidy kości i czaszek, płaszcz w karczmie) Hilde ma wizje cudzych, często zmarnowanych lub minionych żywotów, bólu i smutku, które choć zaczątek mają we współczuciu, szybko przemieniają się w chęć pisania (sięganie po pergamin). Dlatego też w scenach tych wyśmiewa ją hiena, jako “przypominajka” padlinożerczego charakteru natury Hilde. Na końcu, gdy Frymëzim dochodzi do finału opowieści o Ellenai, bohaterka dokonuje aktu pisarstwa czystego – bo poświęca część siebie (swoje ciało – do czego odnosi się też, jako klamra, wstęp opowiadania). Nie jest to już więc pisarstwo jedynie żerujące na cudzych przeżyciach. Hilde staje się jego częścią.

Jeśli chodzi o sam ścisły finał to możemy go interpretować na dwa sposoby – albo Hilde porzuca ludzkie ciało, które idzie na pożarcie (swoista konsekwencja sceny poprzedniej), a bohaterka już jako oblakinia kontynuuje swoją podróż, albo też finał jest zaprzeczeniem całości zdarzeń w Crvenicy, tj. wędrówka Hilde jest jedynie przedśmiertną, nie do końca logiczną mieszaniną marzeń samej Hilde, jej majaczeń i przenikających bodźców ze świata zewnętrznego. Zostawiam tu swobodę interpretacji.

Płaszczyzna odniesieniowa tyczy się już treści “Anhelllego”, więc może nie będę rozwijał wątku.

 

Co do innych aspektów tekstu – bohaterka robi tu raczej za nośnik narracji niż osobowość. Nie bardzo potrafię ją scharakteryzować po lekturze. Za to świat ma wyraźną atmosferę i jest plastycznie opisany, dzięki czemu tekst ma charakterystyczny nastrój. Na wpół poetyckie, raczej patetyczne kwestie Frymëzima nieźle się w ten nastrój wpisują.

Na pierwszy rzut oka bardziej wyrazisty jest Frymëzim, tu się w pełni zgodzę. Natomiast Hilde, jeśli zważyć na moje powyższe uwagi, nabiera – oczywiście w mojej opinii – kolorytu i głębi. Przyznam Ci jednak rację, że jest, przynajmniej do pewnego momentu, obiektem biernym wobec rozgrywających się zdarzeń.

Cieszę się, że wypowiedzi Frymëzima Ci się podobały, podobnie jak klimat opowiadania.

 

Dzięki za obszerny komentarz i lekturę! Mam nadzieję, że była przyjemniejsza od poprzedniej :)

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

W każdym razie dzięki za skonkretyzowanie, bo widzę, że moja definicja była coś niecoś wybrakowana :)’

Nie powoływałbym się na te informacje jako oficjalne – to raczej cechy wspólne wyłapane przeze mnie po lekturze iluś folk horrorów niż ścisła reguła.

Na poziomie drugim, tj. symbolicznym, “Oblakinia” jest opowieścią o duszy pisarza w ujęciu nieco odmiennym od konwencjonalnego.

Tu jestem rozdarty. Bo z jednej strony to piękna metafora. Przemyślana, złożona, możliwa do obronienia. Z drugiej strony, żeby to zinterpretować zgodnie z intencją autora, potrzeba by chyba dyplomu z literaturoznawstwa. Ja np. całkiem nie wyłapałem wątku pisarstwa aż do sceny przy grobie. Luźna sugestia – może warto go było zaakcentować nieco bardziej? Lub choć gdzieś we wstępie zostawić jakiś drogowskaz dla czytelnika?

Dzięki za obszerny komentarz i lekturę! Mam nadzieję, że była przyjemniejsza od poprzedniej :)

Na pewno bardziej satysfakcjonująca. Będę zaglądał, może za którymś razem pojmę, co chcesz powiedzieć. ;)

Hej, fmsduval!

 

Opowiadanie ładnie napisane, z ciekawym, mrocznym otoczeniem, chociaż bardziej podobała mi się Tęsknica muszę przyznać. Tutaj brakowało mi trochę konkretności fabuły, momentami odczuwałem pewien chaos, ale to nie zmienia faktu, że przedstawiłeś ciemny, szary świat w bardzo dobry sposób. Czuć to przegnicie, tę wszechobecną śmierć i beznadziejność.

Postać Frymezima też jest wyrazista, łatwo ją sobie wyobrazić, co jest zdecydowanie na plus. Jak już zostało to wspomniane wcześniej – mocno soulsowy vibe. :P

Oczywiście nie jest to żadna wada, przynajmniej według mnie. Po prostu imo zalicza się do tej grupy tekstów kultury, które powiązane są soulsowymi cechami.

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

O matko i córko. Na taką interpretację tekstu to chyba nikt poza autorem by nie wpadł.

None,

 

Bo z jednej strony to piękna metafora. Przemyślana, złożona, możliwa do obronienia. Z drugiej strony, żeby to zinterpretować zgodnie z intencją autora, potrzeba by chyba dyplomu z literaturoznawstwa.

Zgodzę się, że tekst nie należy do najprostszych w odbiorze. Starałem się podać wskazówki, które mogłyby doprowadzić do takiego, a nie innego zrozumienia tekstu. Zacytuję je poniżej, bo może po prostu przemknąłeś przez nie wzrokiem. Nie wykluczam, że winienem był mocniej wskazywać na pewne elementy palcem.

 

Wskazówki co do motywu pisarskiego:

 

– A później, gdy ojciec twój skonał u wrót kolegiaty, dosiężon sztyletem zbójcy? Pamiętasz, dziecino? Warga ci drżała, bielała ściśnięta dłoń. Lecz nie z rozpaczy. Ustami wzruszał szept kolejnych wersów, a palce jaśniały, oplatając pióro.

 

– A siostry? Pamiętasz jeszcze ich twarze? Pamiętasz, jak ginęły jedna za drugą, po wielokroć, na każdy znany ci sposób? Jak parzyło pióro, jak galop myśli mknął przez niebiosa, jak wizje goniły jedna za drugą, pożerając się wzajem?

 

 – Weź moją dłoń. Uwiecznij świat, zanim zniknieUwiecznij takim, jakim go widzisz: ohydnym i złym.

 

Hilde sięgnęła dłonią do przewieszonego przez ramię tobołka. Palce musnęły zwinięty pergamin.

– Kozią skórą dzieła nie kalaj – powstrzymał ją demon. – Trwalsze, ileż godniejsze masz płótno dla owoców swej pracy.

Wraziwszy końcówkę pióra w pierś, Hilde zaczęła pisać. Najpierw gorączkowo, jakby od tego zależało jej życie, z czasem zaś coraz spokojniej, w miarę jak nasycała się własną twórczością.

Później, po wielu godzinach zeszła ze wzgórza, nie dokończywszy dzieła.

Natchnienie było gdzie indziej.

 

Do tego w komentarzu pod opkiem wyjaśniam, że imię demona znaczy “natchnienie”. Zdawało mi się, że powyższe elementy powinny były nieco pokierować dedukcją. Może się myliłem – nie wykluczam :)

 

fanthomas,

 

O matko i córko. Na taką interpretację tekstu to chyba nikt poza autorem by nie wpadł.

 

Zerknij wyżej, gdzie wskazuję elementy, które być może mimowolnie – niegotów na dwuznaczności – pominąłeś. Gdybyś miał czas i chęć, polecam też ponowną lekturę. Może tym razem poczujesz, że ma sporo sensu. A może nie i uznasz, że “facet tylko gmatwa i pisze od rzeczy” :)

 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

krar,

 

dzięki za lekturę, komentarz i klika! :)

 

Bardzo plastycznie to opisałeś, można zanurzyć się w tekście i płynąć z opowieścią. Język i sposób obrazowania są zdecydowanie solidnym elementem całości.

Bardzo się cieszę :)

 

Im dalej w tekst, tym więcej symboliki, a i wychodzi na jaw kolejna warstwa i zastanawiam się, czy to nie będzie gubić czytających opko pierwszy raz

Póki co chyba masz rację. Zobaczymy, jak będzie z kolejnymi czytelnikami.

 

Jeszcze raz dzięki!

 

Pozdrawiam,

 

fmsduval

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Barb,

 

Opowiadanie ładnie napisane, z ciekawym, mrocznym otoczeniem, chociaż bardziej podobała mi się Tęsknica muszę przyznać.

 

Tęsknica jest dwa razy dłuższa, więc z automatu wydaje się ciekawsza (ja przynajmniej o wiele lepiej zagłębiam się i bardziej doceniam teksty długie). 

 

Tutaj brakowało mi trochę konkretności fabuły, momentami odczuwałem pewien chaos, ale to nie zmienia faktu, że przedstawiłeś ciemny, szary świat w bardzo dobry sposób. Czuć to przegnicie, tę wszechobecną śmierć i beznadziejność.

Zerknij na wyjaśnienia co do fabuły w komentarzu do None’a. Może chaos wyda Ci się bardziej uporządkowany :) Za resztę szczerze dziękuję, miło mi to czytać.

Postać Frymezima też jest wyrazista, łatwo ją sobie wyobrazić, co jest zdecydowanie na plus. Jak już zostało to wspomniane wcześniej – mocno soulsowy vibe. :P

Oczywiście nie jest to żadna wada, przynajmniej według mnie. Po prostu imo zalicza się do tej grupy tekstów kultury, które powiązane są soulsowymi cechami.

Koniec! Zmieniam avatar! Nie ma tu żadnych soulsów! A tak na poważnie, to soulsowy vibe pewnie jest, chociaż uniwersum, z którego pochodzi Tęsknica i Oblakinia powstało zanim jeszcze dotknąłem tej gry :)

 

Dzięki za lekturę i komentarz!

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Fmsduval tak było, nie wyłapałem ukrytych znaczeń, bo nastawiłem się na lekką lekturę, bez dwuznacznosci, następnym razem będę uważniejszy.

Krarze, ten lis ma apetyt na dużo dobrych tekstów i dopasował się do konwencji. :)

Ciężki klimat.

Jak dla mnie – trochę za bardzo impresjonistyczne i poetyckie. Ale wiadomo, że wszystkim nie dogodzisz.

Zastanawiam się, jakie jest Twoje zdanie o pisarzach… Bo wygląda na to, że to padlinożercy. Ale hej, fantaści muszą sobie sami sporo wymyślać, nie mogą bazować na realu. Prawda?

Doceniam egzotyczne elementy. Dodały smaczku.

Babska logika rządzi!

Zacytuję je poniżej, bo może po prostu przemknąłeś przez nie wzrokiem. Nie wykluczam, że winienem był mocniej wskazywać na pewne elementy palcem.

Niektóre wyłapałem, niektóre nie, ale żadnego nie powiązałem stricte z metaforą “bohaterka jako pisarka”.

Przyczyn tego stanu rzeczy upatruję w dwóch aspektach tekstu:

– metafora nie jest w wyraźny sposób powiązana z fabułą – choć faktycznie są tu przesłanki, że bohaterka jest pisarką i ma spisać dzieje świata, to są one poukrywane, a nie eksponowane. W dodatku gdyby zamiast tego była np. kaletniczką lub zielarką, powierzchowna warstwa fabularna nie musiałaby się wiele zmienić.

– metafora nie jest wyraźnie powiązana z tematyką tekstu – na pierwszy rzut oka to tekst o rozkładzie, upadku: miasta, świata, moralnym. A przynajmniej w tym kierunku ja poszedłem, gdy próbowałem rozumieć go metaforycznie.

Finklo,

 

Ciężki klimat.

Ano, lubię takie, nie zaprzeczam.

 

Jak dla mnie – trochę za bardzo impresjonistyczne i poetyckie. Ale wiadomo, że wszystkim nie dogodzisz.

Zazwyczaj stronię, a przynajmniej ograniczam, ale tutaj poetyckość mi po prostu wybitnie pasowała i nie mogłem sobie odmówić :)

 

Zastanawiam się, jakie jest Twoje zdanie o pisarzach… Bo wygląda na to, że to padlinożercy. Ale hej, fantaści muszą sobie sami sporo wymyślać, nie mogą bazować na realu. Prawda?

Tutaj w opku bohaterka jest osadzona w nieco skrajnych realiach, więc i konkluzja o skrajność zahacza. Natomiast ogólna myśl, że trochę sobie na rzeczywistości – także tej tragicznej – żerujemy, pozostaje aktualna. Nie będę ukrywał, że ten osąd ukułem również na bazie autoobserwacji.

Doceniam egzotyczne elementy. Dodały smaczku.

Bardzo się cieszę, starałem się, żeby było coś nowego, a nie tylko wikingowie i Słowianie ze środka i wschodu Europy :)

 

Dzięki za lekturę, komentarz i klika! 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Cóż, przeczytałem opowiadanie, potem dyskusję pod opowiadaniem i po prostu poczułem się niegodny komentowania (wyższa szkoła interpretacji niż ta, do której jestem przyzwyczajony). Ale spróbuję.

Jak część przedmówców, nie wpadłbym na to, że historia jest metaforą sytuacji pisarza. Po drugiej lekturze i wyjaśnieniach wydaje się to trochę jaśniejsze.

Spotkanie z upersonifikowanym Natchnieniem trochę skojarzyło mi się z młodopolską poezją, nie wiem, czy słusznie, ale lubię te klimaty. Tak samo te plastycznie opisy wymarłego miasta i piramid kości. Zostaną mi w pamięci na długo. Stylizowany język – też fajny.

A, i nigdy nie grałem w Dark Souls, więc nie mam z nimi żadnych skojarzeń.

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

SNDWLKR,

 

po prostu poczułem się niegodny komentowania (wyższa szkoła interpretacji niż ta, do której jestem przyzwyczajony)

Oj, już bez przesady. Nie jestem jakimś dyktatorem wykładni, uzurpatorem jedynej słusznej interpretacji! 

 

Jak część przedmówców, nie wpadłbym na to, że historia jest metaforą sytuacji pisarza. Po drugiej lekturze i wyjaśnieniach wydaje się to trochę jaśniejsze.

Być może moje ambicje nie do końca spotkały się w tym opko z umiejętnościami, kto wie? Muszę chyba trochę częściej wyciągać rękę do czytelnika. Na szczęście (mam nadzieję) opko w warstwie dosłownej broni się samodzielnie i można się nim cieszyć, bez ciężaru dwuznaczności. Przynajmniej się starałem, by tak właśnie było.

 

Spotkanie z upersonifikowanym Natchnieniem trochę skojarzyło mi się z młodopolską poezją, nie wiem, czy słusznie, ale lubię te klimaty.

Szedłem na fali “Anhellego”, więc wena była bliżej romantyzmu niż Młodej Polski, ale nie wykluczam, że coś niecoś przemyciłem i z niej :)

 

Tak samo te plastycznie opisy wymarłego miasta i piramid kości. Zostaną mi w pamięci na długo.

To bardzo ważny komplement i szczerze za niego dziękuję. Staram się pisać tak, by gdzieś tam się w umyśle czytelnika zaczepić na dłużej niż 5 minut po lekturze. Bardzo mi miło.

 

A, i nigdy nie grałem w Dark Souls, więc nie mam z nimi żadnych skojarzeń.

No nareszcie ktoś! Przyznam, że Twoje skojarzenia przypadły mi do gustu o wiele bardziej :)

 

Wielkie dzięki za lekturę i komentarz!

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Też nie w to nie grałam, w ogóle nie znam tej nazwy. Tylko nie wiedziałam, że niecierpliwie wyglądasz komentarza stwierdzającego ten fakt.

Babska logika rządzi!

Też nie w to nie grałam, w ogóle nie znam tej nazwy. Tylko nie wiedziałam, że niecierpliwie wyglądasz komentarza stwierdzającego ten fakt.

Racja, umknęło mi, że nic nie wspominałaś. Przepraszam za pominięcie! 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Hej!

 

Najpierw trochę ponarzekam. Tekst był dosyć trudny w odbiorze, klimat ciężki, a sceny z unoszącą się nad ziemią krwią, piszczelami, kośćmi itp. wywołały u mnie jakieś dziwnie nieprzyjemne uczucia (co w sumie może być poczytane jako pozytyw, bo chyba taki był zamiar autora).

Jeżeli chodzi o metaforę natchnienia, pisarza jako hieny żerującej na krzywdzie innych itd., to było to dla mnie przy pierwszym czytaniu nieczytelne, choć kiedy teraz o tym myślę, to istotnie, można, przy odrobienie dobrej woli, tak to odczytywać.

(edit) Muszę jeszcze wyjaśnić z tą metaforą. Sama postać Hildy, której Frymëzim zarzuca nieczułość w stosunku do rodziny i wykorzystywanie ich śmierci do tworzenia literatury, to ciekawy koncept i czytelny. Ale nie połączyłem tego podczas czytania z symbolem hieny.

Bardziej interesujące wydały mi się inspiracje poematem “Anhelli” J. Słowackiego. Właściwie nawiązania do “Anhelli” były dwojakiego rodzaju: a) podobieństwo w atmosferze (wzniosłej, mrocznej i romantycznej) oraz, b) bezpośrednie, jak wykorzystanie imienia Ellenai (chociaż w poemacie Ellenai nie była dzieckiem), białe lilie na grobie, czy cytaty.

 

Tekst napisany dobrze, chociaż były fragmenty, na których się potknąłem. Np.:

Zmarszczywszy brew, odwróciła wzrok od budzącego lęk kształtu. Wtem zerwała się z miejsca, gorączkowo rozkopując śnieg. Dysząc ciężko, spojrzała na skostniałe, dotąd skryte w zaspie zwłoki, które obnażył jej niefortunny upadek. Opanowawszy strach, podeszła do trupa i kucnęła przy nim.

“Zerwała się z miejsca rozkopując śnieg” – nie widzę tego. Dla mnie zerwać się z miejsca to wstać. Chyba, że wstała, potem pochyliła się (kucnęła?) i zaczęła rozkopywać śnieg.

Potem patrzy na jakieś zwłoki, które obnażył jej upadek. Rozumiem, że jak upadła, to zsunął się śnieg i odkryte zostały zwłoki. Ale po co w takim razie odkopywała śnieg? Bo to wyglądało tak, jakby z jakiegoś powodu rozkopywała ten śnieg. Cały ten fragment jest ciężki do zrozumienia.

 

Inny fragment, to stylizowana wypowiedź Frymëzima, która mnie rozśmieszyła (niefortunna kombinacja patosu i użytych słów):

A ja? Ścierwem apatią cuchnącym, znużonym i rozgoryczonym, co ostatkiem woli sunie jeszcze przez nieboskłon, nie pamiętając już niemal po co i dlaczego – rzekł. – Mój czas przemija. Niezdolny jestem już żywić się tym, czym niegdyś zwykłem. Bracia i siostry moje łacno zmieniają gusta, lecz ja nie potrafię. A nie ma już wielu takich jak ty indywiduów, które byłyby mi strawą.

(edit) – po przemyśleniu jednak wywalam fragment komentarza.

“Takich jak ty indywiduów” – “indywiduum” kojarzy się z kimś podejrzanym, brzmi dziwnie w tym kontekście.

 

Powyższe to tylko szczegóły, które nie zmieniają mojego pozytywnego odbioru całości. Mocne strony opowiadania, moim zdaniem, to solidna fabuła (wyłączając niejasną końcówkę) i operowanie platycznymi obrazami. Koncepcja Hildy, dziewczyny nieczułej na śmierć bliskich i skupionej na pisaniu, której demon (bo tak odebrałem postać Frymëzima) przekazuje “pałeczkę”, i która ostatecznie zamienia się w niebieskoskórą oblakinię, mnie przekonała. Co też zachęca mnie do przeczytania “Tęsknicy”.

Podobał mi się szczegółowy opis wyglądu i ubioru Frymëzima. Jego towarzysze w postaci sępa i hieny, również na miejscu. Daję klika.

 

Krew splamiła czubki jej butów, lecz na to nie zważała

Krew to w ogóle na niewiele zważa.

 

Stał przy nim… płaszcz. Stary, nadżarty przez mole płaszcz unosił się kilka stóp nad ziemią i pochylał nad blatem.

 

Nie poddawała się, ani na chwilę nie przerywając szaleńczej gonitwy

Jak na ofiarę wychłodzenia i dwutygodniowego postu, to ma w sobie sporo życia.

 

 złocistą tarczę kałkana

Kałkan to rodzaj tarczy, więc chyba po prostu złocisty kałkan.

 

Na widok wojownika Hilde zmiękły nogi.

( ͡° ͜ʖ ͡°)

 

– Brat mój. Łapczywy i głodny wiecznie, Crvenicę pustoszył. Niedługo czekać, a i małą Ellenai obdarzył względami. Tyluż braci nadgryzło jej kości, tyleż sióstr karmiło się jękiem z jej krtani, a ta żyła wciąż, mimo wszystko. Hrabia uczynił, co czynić zwykł dotąd w podobnych wypadkach. Gońców posłał, pokvara szukać kazał. Jak już domyślasz się pewnie, gońcy wrócili z niczym. Że pokvar na północ ruszył, świat plugawić długi i szeroki, tak ojcu zbolałemu rzekli. Hrabia raz po raz słał gońców, jak obłąkany coraz cięższe sakwy im do siodeł trocząc. Lecz pokvar nie wrócił. I posłańcy wkrótce przestali wracać. A Ellenai zmarła, nie doczekawszy dwunastej wiosny.

– Nie wierzę – szepnęła Hilde.

 Łykała łzy, wpatrując się w nagrobną płytę.

– Świadectw ci trzeba? – zapytał demon z niesmakiem. –  Spocznij przy rzeźbie, wyciągnij nogi. Hrabia zawsze tu wraca. Przynosi lilie, wciąż mokre i pachnące jeziorem. Dogląda ich z grząskiego dna, wzdychając ku minionym czasom.

Mam wrażenie, że ta historia jest bardziej rozbudowana i istotniejsza dla fabuły, niż ta, którą opowiadasz.

 

Pięknie to jest napisane, w ogóle nieodmiennie jestem pod wrażeniem twojego warsztatu i stylu, nit każdy tak pisać umie a wielu nigdy się nie nauczy. Tekst stoi opisami i każdy z nich jest klarowny i pełen smaku, nawet jeśli akurat opisujesz czaszki i kości. Bardzo umiejętnie przedstawiłeś wizyjne zdolności bohaterki – tak subtelnie, dawkując informacje, że z czasem dowiadujemy się, jak to działa. Brawo!

Ciekawe wybrałeś źródła inspiracji, chociaż przyznam szczerze, że poematu “Anheli” nie czytałem i kojarzę tyle o ile, bo ma powiązanie z pewnym pięknym obrazem Malczewskiego, zresztą imię bohaterki tego dzieła wykorzystujesz w tekście.

Tak więc wiem, że dzwonią, ale nie wiem, w którym kościele i pewnie wielu ukrytych przez ciebie nawiązań, motywów i znaczeń odczytać nie mogę.

Fabuły jest tu niewiele, powiedziałbym nawet, że w aptecznych ilościach została nam podana – i trochę szkoda. Śledzimy losy postaci, która podąża skądś dokądś w celu bliżej nieokreślonym, albo i bez celu, towarzyszymy jej, przy ucieczce, by w sumie całą historię poznać w monologu demonicznego rycerza.

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

kronosie,

 

Tekst był dosyć trudny w odbiorze, klimat ciężki, a sceny z unoszącą się nad ziemią krwią, piszczelami, kośćmi itp. wywołały u mnie jakieś dziwnie nieprzyjemne uczucia (co w sumie może być poczytane jako pozytyw, bo chyba taki był zamiar autora).

Taki był zamiar, bo i konkurs wymaga przynajmniej fragmentarycznej grozy :) Tak więc cieszę się, że tekst wywołał u Ciebie nieprzyjemne wrażenia. Zgadzam się też z tym, że nie jest to opowiadanie najprostsze w odbiorze.

 

Jeżeli chodzi o metaforę natchnienia, pisarza jako hieny żerującej na krzywdzie innych itd., to było to dla mnie przy pierwszym czytaniu nieczytelne, choć kiedy teraz o tym myślę, to istotnie, można, przy odrobienie dobrej woli, tak to odczytywać.

Nauka na przyszłość – bardziej eksponować drugie tło opowiadania :) Mam z tym problemy, jakby ambicji nie do końca dorównywał jeszcze warsztat. Obiecuję poprawę!

 

Bardziej interesujące wydały mi się inspiracje poematem “Anhelli” J. Słowackiego. Właściwie nawiązania do “Anhelli” były dwojakiego rodzaju: a) podobieństwo w atmosferze (wzniosłej, mrocznej i romantycznej) oraz, b) bezpośrednie, jak wykorzystanie imienia Ellenai (chociaż w poemacie Ellenai nie była dzieckiem), białe lilie na grobie, czy cytaty.

O, cieszę się, że trafił się ktoś, kto zna poemat. Ciekaw byłem wrażeń z tego połączenia i cieszę się, że wydało Ci się interesujące.

 

“Zerwała się z miejsca rozkopując śnieg” – nie widzę tego. Dla mnie zerwać się z miejsca to wstać. Chyba, że wstała, potem pochyliła się (kucnęła?) i zaczęła rozkopywać śnieg.

Potem patrzy na jakieś zwłoki, które obnażył jej upadek. Rozumiem, że jak upadła, to zsunął się śnieg i odkryte zostały zwłoki. Ale po co w takim razie odkopywała śnieg? Bo to wyglądało tak, jakby z jakiegoś powodu rozkopywała ten śnieg. Cały ten fragment jest ciężki do zrozumienia.

Zamysł był taki, że upadła w śnieg, a potem – przestraszywszy się – gorączkowo zerwała z miejsca, a że było ślisko, to zanim udało jej się wstać, rozkopała nieco śniegu tu i tam. Rzeczywiście może trochę za bardzo zawoalowane :)

 

“Takich jak ty indywiduów” – “indywiduum” kojarzy się z kimś podejrzanym, brzmi dziwnie w tym kontekście.

Tutaj chyba do głosu dochodzi Twój osobisty gust, bo ja na przykład w ogóle takiego skojarzenia nie mam i nawet po Twojej uwadze tak tego nie odczytuję.

 

Powyższe to tylko szczegóły, które nie zmieniają mojego pozytywnego odbioru całości. Mocne strony opowiadania, moim zdaniem, to solidna fabuła (wyłączając niejasną końcówkę) i operowanie platycznymi obrazami. Koncepcja Hildy, dziewczyny nieczułej na śmierć bliskich i skupionej na pisaniu, której demon (bo tak odebrałem postać Frymëzima) przekazuje “pałeczkę”, i która ostatecznie zamienia się w niebieskoskórą oblakinię, mnie przekonała.

Dziękuję raz jeszcze, bardzo się cieszę z pozytywnego odbioru tekstu.

 

Co też zachęca mnie do przeczytania “Tęsknicy”.

Widziałem, że już się za nią zabrałeś :)

 

Podobał mi się szczegółowy opis wyglądu i ubioru Frymëzima.

Opłaca się chodzić do muzeów, bo o kałkanach i kindżałach wcześniej wiedzy nie miałem :)

 

Daję klika.

Wielkie dzięki! Tak za lekturę, jak i komentarz oraz polecajkę do biblio.

 

Pozdrawiam,

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Geki,

 

Krew to w ogóle na niewiele zważa.

To prawda, jakaś taka roztrzepana z niej dziewczyna.

 

Jak na ofiarę wychłodzenia i dwutygodniowego postu, to ma w sobie sporo życia.

Myślę, że w takiej sytuacji mogła coś niecoś jeszcze z siebie wykrzesać :)

 

Kałkan to rodzaj tarczy, więc chyba po prostu złocisty kałkan.

Ewidentnie poszedłem tym utartym już sformułowaniem “złocista tarcza słońca” :D W życiu bym nie spostrzegł, jak to durnie brzmi.

 

Pięknie to jest napisane, w ogóle nieodmiennie jestem pod wrażeniem twojego warsztatu i stylu, nit każdy tak pisać umie a wielu nigdy się nie nauczy.

Bardzo dziękuję, to dla mnie ważny komplement :)

 

Tekst stoi opisami i każdy z nich jest klarowny i pełen smaku, nawet jeśli akurat opisujesz czaszki i kości. Bardzo umiejętnie przedstawiłeś wizyjne zdolności bohaterki – tak subtelnie, dawkując informacje, że z czasem dowiadujemy się, jak to działa. Brawo!

Subtelność to moje drugie imię. Czasami lubię ją łączyć z nieklarownością, niezrozumiałym bełkotem i innymi takimi :P Cieszę się, że doceniasz wskazane przez siebie elementy.

 

Ciekawe wybrałeś źródła inspiracji, chociaż przyznam szczerze, że poematu “Anheli” nie czytałem i kojarzę tyle o ile, bo ma powiązanie z pewnym pięknym obrazem Malczewskiego, zresztą imię bohaterki tego dzieła wykorzystujesz w tekście.

I ja od obrazu Malczewskiego zacząłem :) W Krakowie mamy go na wystawie czasowej w Muzeum Narodowym, no wziąłem i się zachwyciłem. Piękna rzecz. Za poemat chwyciłem tuż po powrocie do domu.

 

Tak więc wiem, że dzwonią, ale nie wiem, w którym kościele i pewnie wielu ukrytych przez ciebie nawiązań, motywów i znaczeń odczytać nie mogę.

Starałem się, żeby związek z “Anhellim” był dość luźny, to znaczy czytelny dla tych, co go znają, ale obojętny dla lektury tych, którzy z nim nie mieli styczności. Czy się udało? Nie wiem :) Natomiast w komentarzach omawiam jeszcze jedną warstwę tekstu, czyli metaforę duszy pisarza. Jeśli chcesz, to zerknij (o ile już tego nie zrobiłeś albo sam nie wychwyciłeś akurat tej metafory).

 

Fabuły jest tu niewiele, powiedziałbym nawet, że w aptecznych ilościach została nam podana – i trochę szkoda. Śledzimy losy postaci, która podąża skądś dokądś w celu bliżej nieokreślonym, albo i bez celu, towarzyszymy jej, przy ucieczce, by w sumie całą historię poznać w monologu demonicznego rycerza.

Masz trochę racji, nie powiem, że nie. Ale i tak monolog ten uległ sporej przemianie na plus, pierwotnie był wręcz sprawozdawczy i – krótko mówiąc – nudny.

 

Cieszę się, że mimo mankamentów znalazłeś w “Oblakinii” jasne punkty. 

 

Dzięki za lekturę, komentarz i kliczka!

 

 

 

 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Początek wydał mi się nieco kanciasty i miałam do niego sporo uwag, potem albo pisanie było gładsze, albo wciągnęłam się w lekturę. Dość, że już mnie nie haczyło;)

Mam ambiwalentne uczucia do emocjonalnej warstwy opowieści, bo z jednej strony nieco brakowało mi głębszych przeżyć, a z drugiej to mi się podobało. Chodzi mi o to, że kiedy wymieniasz te wszystkie nieszczęścia, to nieco dziwi obojętność Hilde, ale może za dużo przeszła, żeby głęboko odczuwać.

 

Garstka czepiania:

 

To usypianie co kilka kroków, jakieś nie przekonujące.

 

Nie podnosiła się jednak, trwając w wykręconej pozie.

Wykręcona poza mi się nie podoba.

 

Wzięła kilka głębokich wdechów i przekręciła się na grzbiet.

I znowu skręty…

 

Trochę pomieszanie krwi i kości mnie razi, bo albo mamy świeże trupy i krew, albo miednice w pyle;)

 

Ambush,

 

Początek wydał mi się nieco kanciasty i miałam do niego sporo uwag, potem albo pisanie było gładsze, albo wciągnęłam się w lekturę. Dość, że już mnie nie haczyło;)

Wybieram opcję numer 1 :)

 

Mam ambiwalentne uczucia do emocjonalnej warstwy opowieści, bo z jednej strony nieco brakowało mi głębszych przeżyć, a z drugiej to mi się podobało. Chodzi mi o to, że kiedy wymieniasz te wszystkie nieszczęścia, to nieco dziwi obojętność Hilde, ale może za dużo przeszła, żeby głęboko odczuwać.

Powiedziałbym, że Hilde odczuwa – stąd wizje – i to odczuwa głęboko, ale stara się od tego uciekać w jedyne, co zna, czyli w pisarstwo. Gdyby nie była wrażliwa, żadnych z tych wizji (a raczej wyobrażeń) by nie miała. Zważ zresztą, że przecież opowieść o Ellenai ją łamie i dopiero po jej zasłyszeniu Hilde staje się pełnowartościową oblakinią-pisarką :) Więc coś tam się w niej musi tlić, co czekało na uwolnienie spod lęku i eskapizmu.

 

To usypianie co kilka kroków, jakieś nie przekonujące.

Mnie przekonuje, ale przyjmuję odmienną opinię :)

 

Trochę pomieszanie krwi i kości mnie razi, bo albo mamy świeże trupy i krew, albo miednice w pyle;)

Tyle że nie mamy tu przedstawionego rzeczywistego elementu świata, a jedynie wizję/wyobrażenie śmierci – a tu i krew, i piszczele jak najbardziej skojarzeniowo w rachubę wchodzą. Przynajmniej w moim odczuciu. 

 

Cieszę się, że mimo wszystko finalnie Ci się podobało.

 

Dzięki za lekturę i komentarz!

 

Pozdrawiam,

fmsduval

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Lektura wydała mi się zajmująca, przede wszystkim ze względu na klimat opowieści. Fabuła jest tu rzeczywiście śladowa, choć niepozbawiona znaczenia. Chyba najtrudniejsza w odbiorze wydała mi się scena w karczmie, nastrojowa jak najbardziej, ale jej istotny sens umyka. A potem historia Ellenai, osiowa dla całej konstrukcji tekstu, zarazem kłopotliwie zamglona. Zdrada pokvara (niby zdefiniowany w narracji, ale może i w słowniczku przydałby się?) jakoś nie wybrzmiała: nie wiemy nic o tym człowieku (?), więc trudno zorientować się, czemu ni stąd, ni zowąd czytamy, że “poszedł na północ, świat plugawić długi i szeroki”. Plugawienie świata nie jest czynnością, którą podejmuje się spontanicznie ze środy w noc na czwartek. Może ta wiadomość to jakaś sztuczka, kłamstwo demonów, zmanipulowani posłańcy? Wziąwszy tak niewyraźną opowieść Frymëzima, pobudzającą do wysiłku intelektualnego raczej niż silnych uczuć, trudno też pojąć, czemu aż tak wstrząsnęła Hildą. I na domiar muszę przyznać, że Ellenai – choć rozpoznałem miano z Anhellego – mimo woli kojarzyła mi się uparcie z Emilką Chopin: imię nawet podobne, dziewczynka słabego zdrowia, nękana demonami natchnienia (utalentowana może bardziej od brata), zmarła tak samo w wieku jedenastu lat (autokorekta: czternastu), epoka romantyzmu – wszystko pasuje!

W sprawie warstw tekstu, o których wspominasz w jednym z komentarzy… Drugą (metaforę psychiki pisarza) w pewnym stopniu uchwyciłem, ale dość późno (”wraziwszy końcówkę pióra w pierś”) i nie w każdym szczególe. Konkretnie: umknął mi w pierwszej chwili wątek przejścia od pisarstwa padlinożerczego (ang. muse abuse?) do czystego, a przecież niewątpliwie tam jest. Ciekawe, czy ktoś bieglejszy ode mnie mógłby go od razu zauważyć. Co do warstwy trzeciej – dialogu literackiego z Anhellim – sprawa trudniejsza. Nie da się przeoczyć imienia Ellenai, ale gdyby nie ono, nie potrafiłbym powiedzieć bez sprawdzenia w źródłach, czyś wziął wyimki z Anhellego, z Ksiąg narodu i pielgrzymstwa czy może zgoła od jakiegoś mało znanego romantyka krajowego. Oprócz tej powierzchownej płaszczyzny tekstualnej samego dialogu jak na lekarstwo, a może ja go nie umiem dostrzec? Nie widzę, abyś nawiązywał do problematyki poruszanej w Anhellim czy może podejmował z nim polemikę, trudne by to zresztą było, bo zdążył się zdezaktualizować.

Pod względem językowym zrobione całkiem solidnie, może tu i ówdzie wyłuskałbym na upartego parę przecinków, ale drastyczny błąd znalazłem tylko jeden:

Kopnęła coś nieopacznie.

Opaczny to działający odwrotnie niż zwykle w dziedzinie, w której jest to mało wydajne, niekorzystne lub niemoralne. Opaczny może być zamysł lub ołtarz, opacznie można korzystać ze schodów ruchomych. W Ankh-Morpork mamy Bramę Opaczną (wychodzącą na stronę przeciwną do kierunku ruchu obrotowego Dysku). Można by sobie nawet wyobrażać odległy związek etymologiczny z opakowaniem, skoro chyba u Kochanowskiego spotykamy frazę “związać komu opak ręce” (paczyć – pakować od wspólnego pnia “pak”?). Tymczasem opatrzny (a dziś prawie wyłącznie nieopatrzny) ma związek z opatrznością, dawniej wszelką ostrożną opieką, obecnie raczej tylko w znaczeniu boskiej.

 

Przypomniał mi się na koniec raczej mało znany autofanfic do Anhellego, napisany przez Słowackiego na prośbę jakiejś miłośniczki:

I wstał Anhelli z grobu – za nim wszystkie duchy,

Szaman, Eloe… cała ćma z grobów wstawała

I wszystkie brały dawno porzucone ciała.

 

A Sybir był zaćmiony jakby zawieruchy

Gęstemi… i powietrze się ciągle mięszało,

I grady szły, i gęsto błyskało i grzmiało.

 

Wstaliśmy i ku Polszcze szli… a na cmentarzu

Zatrzymał Szaman onych strasznych duchów zgraję

I spytał głośno: – Kogo z mogilnych nie staje?

 

A wszyscy byli. Straszny i zimny grabarzu,

Śmierci, gdzież jest twój oścień? gdzie zwycięstwo twoje?

Wszyscyśmy byli – i krwi naszej poszły zdroje.

Podsumowując, mimo trudności z odbiorem zupełnie mi się podobało. Chętnie polecam do Biblioteki i pozdrawiam!

Ja też miałem wrażenie, że to historia rodem z którejś z gier FromSoftware. Nie chodzi mi tu o nawiązania do tamtej mitologii (choć znam ją słabo, więc i tak bym się nie poznał), ale o klimat. Jest niepokojąco, dziwnie, trochę strasznie. Wszystko doprawione wiszącą w tle tajemnicą, która, w moim odczuciu, pogłębia się z każdym kolejnym akapitem. Oczywiście kluczowa jest tu językowa stylizacja, którą posłużyłeś się sprawnie.

Co do fabuły – szanuję utwory, które można rozmaicie interpretować. Zwłaszcza, jeśli różne sposoby na odczytywanie tekstu nie opierają się na garści skojarzeń, ale są przez autora starannie i logicznie zawarte w historii. Tak jest w tym wypadku, ale, niestety, obawiam się, że nie wszyscy, ze mną na czele, zdołają ,,od strzała" dobrać się do głębszych warstw Twojego opowiadania. Ale czy większa dosłowność wyszłaby temu tekstowi na dobre? Przyznam, że nie wiem.

W każdym razie mam za sobą intrygującą, wielowarstwową opowieść, którą z przekonaniem dobijam do biblioteki.

Pozdrawiam!

Ślimaku,

 

przede wszystkim dziękuję za wizytę! Miło Cię znowu u mnie widzieć, wszak witałeś mnie na portalu jako jeden z pierwszych :)

 

Lektura wydała mi się zajmująca, przede wszystkim ze względu na klimat opowieści.

Bardzo się cieszę.

 

Chyba najtrudniejsza w odbiorze wydała mi się scena w karczmie, nastrojowa jak najbardziej, ale jej istotny sens umyka.

Ona jest w zasadzie odpowiednikiem sceny z łąką kości – to i to jest wizją, wyobrażeniem, przebłyskiem natchnienia zduszonego pojawieniem się hieny. I na tym kończy się sens sceny w karczmie. Przyznam się, że po prostu bardzo chciałem wpleść płaszcz łkający nad kontuarem :)

 

Zdrada pokvara (niby zdefiniowany w narracji, ale może i w słowniczku przydałby się?) jakoś nie wybrzmiała: nie wiemy nic o tym człowieku (?), więc trudno zorientować się, czemu ni stąd, ni zowąd czytamy, że “poszedł na północ, świat plugawić długi i szeroki”.

To jest niestety pokłosie tego, że usilnie próbowałem powiązać “Oblakinię” z poprzednim tekstem, “Tęsknicą”. Pokvar jest tam głównym bohaterem, chciałem, by tu pojawił się chociaż jako echo przeszłości. Chyba nie do końca mi wyszło, ale cieszę się, że nie zniechęciło i nie popsuło Ci całkowicie lektury.

 

I na domiar muszę przyznać, że Ellenai – choć rozpoznałem miano z Anhellego – mimo woli kojarzyła mi się uparcie z Emilką Chopin: imię nawet podobne, dziewczynka słabego zdrowia, nękana demonami natchnienia (utalentowana może bardziej od brata), zmarła tak samo w wieku jedenastu lat (autokorekta: czternastu), epoka romantyzmu – wszystko pasuje!

Przyznam, że postać Emilki Chopin jest mi znana jedynie mgliście, może pora się bliżej zapoznać? Kto wie. Gdybym miał zdobyć się na szczerość, to moim najmocniejszym skojarzeniem jest jednak Urszulka Kochanowskiego, więc już w ogóle inne czasy, inne klimaty.

 

Drugą (metaforę psychiki pisarza) w pewnym stopniu uchwyciłem, ale dość późno (”wraziwszy końcówkę pióra w pierś”) i nie w każdym szczególe. Konkretnie: umknął mi w pierwszej chwili wątek przejścia od pisarstwa padlinożerczego (ang. muse abuse?) do czystego, a przecież niewątpliwie tam jest.

Ta końcówka pióra w piersi była moją ostatnią deską ratunku, gdyby pozostałe wskazówki okazały się czytelne tylko dla mnie :) Dobrze, że chociaż ten fragment zadziałał, jak należy.

 

Oprócz tej powierzchownej płaszczyzny tekstualnej samego dialogu jak na lekarstwo, a może ja go nie umiem dostrzec? Nie widzę, abyś nawiązywał do problematyki poruszanej w Anhellim czy może podejmował z nim polemikę, trudne by to zresztą było, bo zdążył się zdezaktualizować.

Zgodzę się, że inspiracja jest tutaj luźna, to znaczy nie siliłem się na polemikę z utworem Słowackiego. Zaczerpnąłem z niego klimat, część postaci – Frymëzim występuje tu w roli podobnej tak do Szamana, jak i rycerza z końca poematu, z kolei Hilde, gdyby należycie odczytać część cytatów z kolejnych fragmentów tekstu, można uznać za żeńskiego Anhellego. Choć ostatni cytat dotyczy stricte Ellenai, a zdaje się opisywać Hilde (gdyby w interpretacji przyjąć śmierć bohaterki w finale, ma to interesujący wydźwięk).

 

Opaczny to działający odwrotnie niż zwykle w dziedzinie, w której jest to mało wydajne, niekorzystne lub niemoralne. Opaczny może być zamysł lub ołtarz, opacznie można korzystać ze schodów ruchomych. W Ankh-Morpork mamy Bramę Opaczną (wychodzącą na stronę przeciwną do kierunku ruchu obrotowego Dysku). Można by sobie nawet wyobrażać odległy związek etymologiczny z opakowaniem, skoro chyba u Kochanowskiego spotykamy frazę “związać komu opak ręce” (paczyć – pakować od wspólnego pnia “pak”?). Tymczasem opatrzny (a dziś prawie wyłącznie nieopatrzny) ma związek z opatrznością, dawniej wszelką ostrożną opieką, obecnie raczej tylko w znaczeniu boskiej.

Dzięki! Poprawię. Zupełnie nie byłem świadom. Naukę przyswoję i zapamiętam.

 

Podsumowując, mimo trudności z odbiorem zupełnie mi się podobało. Chętnie polecam do Biblioteki i pozdrawiam!

Bardzo się cieszę i dziękuję za lekturę, komentarz i polecajkę!

 

Pozdrawiam,

fmsduval

 

 

 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

adamie_c4,

 

Ja też miałem wrażenie, że to historia rodem z którejś z gier FromSoftware. Nie chodzi mi tu o nawiązania do tamtej mitologii (choć znam ją słabo, więc i tak bym się nie poznał), ale o klimat. Jest niepokojąco, dziwnie, trochę strasznie. Wszystko doprawione wiszącą w tle tajemnicą, która, w moim odczuciu, pogłębia się z każdym kolejnym akapitem. Oczywiście kluczowa jest tu językowa stylizacja, którą posłużyłeś się sprawnie.

Skojarzenie z Soulsami pozostaje mi zatem czytać jako komplement :) Za który, jak i za docenienie stylizacji, dziękuję.

 

Co do fabuły – szanuję utwory, które można rozmaicie interpretować. Zwłaszcza, jeśli różne sposoby na odczytywanie tekstu nie opierają się na garści skojarzeń, ale są przez autora starannie i logicznie zawarte w historii.

Również prezentuję takie podejście. I jako czytelnik, i jako autor. Będąc tym drugim, staram się popełniać teksty nie na “na raz”, gdzie przedstawiona historia jest tylko tym, co wprost odczytujemy z tekstu, ale próbuję tworzyć coś głębszego, pobudzającego do refleksji, a wręcz niekiedy do powtórnej lektury.

 

Ale czy większa dosłowność wyszłaby temu tekstowi na dobre? Przyznam, że nie wiem.

Szczerze powiedziawszy, i ja nie znam odpowiedzi na to pytanie. Być może powinienem był uwypuklić niektóre wskazówki, może inaczej rozłożyć akcenty, ale w tekstach tego typu granica między niezrozumiałością a łopatologią jest niesamowicie cienka. Na pewno dalej będę kombinował, by tworzyć wielowarstwowo, ale zarazem przejrzyście.

 

W każdym razie mam za sobą intrygującą, wielowarstwową opowieść, którą z przekonaniem dobijam do biblioteki.

Cieszę się, że nie zawiodłem oczekiwań i że nie straciłeś czasu na kiepską lekturę. Bardzo dziękuję za miłe słowa i klika!

 

Pozdrawiam,

fmsduval

 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Całkiem fajne opowiadanie 

To się całkiem cieszę :)

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Hej,

a mi się bardzo, ale to bardzo podobało. Podobał mi się pompatyczny i poetyczny styl, na który tak wiele czytelników tutaj narzekało. Taki styl nadaje romantycznych cech utworom, a takie lubię, choć sama nie potrafię ich pisać :)

Nie widzę też problemu z tym, że metafora nie jest do odgadnięcia po pierwszym przeczytaniu. Ja zawsze najpierw interpretuję tekst na miarę własnych potrzeb, a potem zaglądam w interpretacje i wyjaśnienia. Bardzo rzadko rozumiem przesłanie autora i uważam, że jest to naturalne. Każdy z nas ma własną plątaninę myśli i skojarzeń, więc fakt, że nie trafiamy z interpretacją w dziesiątkę, jest dla mnie jak najbardziej naturalny.

Mam nadzieję, że takich opowiadań będzie pojawiało się więcej i że kiedyś też tak będę fajnie pisać :)

Pozdrawiam :)

HollyHell91,

 

a mi się bardzo, ale to bardzo podobało. Podobał mi się pompatyczny i poetyczny styl, na który tak wiele czytelników tutaj narzekało. Taki styl nadaje romantycznych cech utworom, a takie lubię

To ja się bardzo, ale to bardzo cieszę :) Nie ukrywam, że w taki romantyzm tutaj celowałem.

 

Nie widzę też problemu z tym, że metafora nie jest do odgadnięcia po pierwszym przeczytaniu. Ja zawsze najpierw interpretuję tekst na miarę własnych potrzeb, a potem zaglądam w interpretacje i wyjaśnienia. Bardzo rzadko rozumiem przesłanie autora i uważam, że jest to naturalne. Każdy z nas ma własną plątaninę myśli i skojarzeń, więc fakt, że nie trafiamy z interpretacją w dziesiątkę, jest dla mnie jak najbardziej naturalny.

Mam podobne zdanie. Ogólnie jestem typem czytelnika, który gdy nie rozumie, to szuka przyczyny na pierwszym miejscu w sobie, a dopiero następczo w samym tekście. Może to kwestia pokory, może doświadczenia, ale to dość rzadkie stanowisko i wydaje mi się, że jesteśmy w zdecydowanej mniejszości. Choć sondażu oczywiście nie przeprowadzałem :)

 

Mam nadzieję, że takich opowiadań będzie pojawiało się więcej i że kiedyś też tak będę fajnie pisać :)

Nie jest to znowu jakieś arcydzieło. Być może Twój kolejny napisany tekst znacznie przerośnie moje widoczne tu dokonania :)

 

Dzięki za miłe słowa!

 

Pozdrawiam,

fmsduval

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Cześć, Fmsduval!

 

Wracam po becie :) Moje narzekania znasz, więc teraz kilka dobrych słów.

Opowiadanie klimatem stoi – nie dzieje się zbyt dużo, ale malujesz tu przeróżne obrazy, które działają na wyobraźnię. Wszystkiemu sprzyja język, momentami wzniosły, poetycki, co z jednej strony może niektórych czytelników odstraszać, a z drugiej jest bardzo spójne z tekstem.

Wielki szacun za wzięcie na tapet mitologii bałkańskiej, bo nigdy wcześniej nie miałem z nią styczności.

Jeśli chodzi o przesłanie, to wciąż nie jestem pewien czy dałbym radę sam do niego dojść, nie mniej jednak jeśli już zna się ogólny zamysł, to czytanie nabiera kolorytu i można tutaj znaleźć sporo ciekawych odwołań i dodatkowych znaczeń.

 

Nie ma co już klikać, zatem powodzenia w konkursie!

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej fmsduvalu!

 

Wreszcie dotarłam ;) I muszę przyznać, czyta się bardzo dobrze, jednak i mnie zajechało soulsami (a bardzo je lubię, więc to raczej na plus). Zdaje mi się, że nie wszystko zrozumiałam, możliwe nawet, że niewiele. Domyśliłam się, że chodzi o pisarstwo jakoś w połowie, potem słowniczek potwierdził domysły. Nie wszystkie sceny zrozumiałam i choć początkowo miałam kilka uwag, końcówka ładnie mi je wyjaśniła ;) Możliwe, że to przez czytanie wszystkiego na dwa razy, niestety, mocno oddzielone od siebie w czasie ;/

Za to bardzo podobał mi się klimat, wizja mroczna ale na swój sposób urokliwa i spokojna, a przez to tak przerażająca. Masz bogate słownictwo i dobrze go używasz.

Kilka uwag:

– Dlaczego? Dlaczego zmarła? – spytała Hilde, a serce zabiło jej mocniej.

 Jak jej zmarła przy porodzie matka,

Jak dla mnie niefortunne powtórzenie zabiło tą scenę.

 

Dodatkowo, czasem nazywasz emocje, zamiast je opisać. Możliwe, że to przez stylistykę, ale dla mnie to raczej słabe wyjaśnienie, ponieważ nie mogłam poczuć tego, co bohaterka. O tutaj na przykład:

 

Opowiedziana historia poruszyła ją do głębi.

Ją poruszyła, mnie nie, gdyż w tym momencie byłam bardzo “daleko” od bohaterki. Nie wiem, czy to ma sens, oczywiście nie musisz się ze mną zgadzać ;)

 

Dziękuję za lekturę!

 

Krokusie,

 

Opowiadanie klimatem stoi – nie dzieje się zbyt dużo, ale malujesz tu przeróżne obrazy, które działają na wyobraźnię. Wszystkiemu sprzyja język, momentami wzniosły, poetycki, co z jednej strony może niektórych czytelników odstraszać, a z drugiej jest bardzo spójne z tekstem.

Cieszę się, że tak uważasz. Na tym rzeczywiście skupiła się lwia część moich wysiłków.

 

Wielki szacun za wzięcie na tapet mitologii bałkańskiej, bo nigdy wcześniej nie miałem z nią styczności.

To zapraszam do przyszłych tekstów, bo zamierzam ją nadal eksplorować :) Szalenie mnie interesuje, muszę przyznać. Aż szkoda, że tak mało jest opracowań stricte na jej temat.

 

Jeśli chodzi o przesłanie, to wciąż nie jestem pewien czy dałbym radę sam do niego dojść, nie mniej jednak jeśli już zna się ogólny zamysł, to czytanie nabiera kolorytu i można tutaj znaleźć sporo ciekawych odwołań i dodatkowych znaczeń.

Wiem, muszę się bardziej skupiać na przejrzystości przekazu. Jestem zbyt subtelny, a przez to i momentami niezrozumiały. Widzę tu ewidentne pole do poprawy.

 

Nie ma co już klikać, zatem powodzenia w konkursie!

Wielkie dzięki za betę i komentarz!

 

Pozdrawiam i do miłego,

 

fmsduval

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Gruszel,

 

Wreszcie dotarłam ;)

No, kurde, czekałem na rewanż już odkąd skomentowałem “Siewka”! Oczywiście miło Cię u mnie widzieć i mam nadzieję, że to nie ostatni raz :)

 

Domyśliłam się, że chodzi o pisarstwo jakoś w połowie, potem słowniczek potwierdził domysły.

To bardzo dobrze, bo subiektywnie obliczałem, że w głowie czytelnika zacznie coś świtać właśnie na tym etapie (jak pokazują komentarze, co do zasady przeszacowałem, ale cieszę się, że są wyjątki :p)

 

Nie wszystkie sceny zrozumiałam i choć początkowo miałam kilka uwag, końcówka ładnie mi je wyjaśniła ;)

Fantastycznie. Dobrze wiedzieć, że ten finał może spełniać należytą rolę. Kamień z serca!

 

Za to bardzo podobał mi się klimat, wizja mroczna ale na swój sposób urokliwa i spokojna, a przez to tak przerażająca.

Dziękuję, o taki klimat właśnie chodziło :)

 

Jak dla mnie niefortunne powtórzenie zabiło tą scenę.

Sto procent racji. Przerabiałem ten fragment nie pamiętam ile razy, a finalnie zostało z powtórzeniem. No cóż, czasem tak chyba po prostu musi być :D

 

Dodatkowo, czasem nazywasz emocje, zamiast je opisać. Możliwe, że to przez stylistykę, ale dla mnie to raczej słabe wyjaśnienie, ponieważ nie mogłam poczuć tego, co bohaterka.

Wiesz, ja akurat nie do końca postrzegam to jako wadę, o ile nie jest to narzędzie częste czy wręcz, broń Boże, jedyne. Wydaje mi się, że to się u mnie nie wydarzyło, ale zapamiętam uwagę jako cenną i będę ostrożny. Dzięki!

 

Dziękuję za lekturę!

To ja dziękuję – i za lekturę, i za obszerny komentarz :)

 

Pozdrawiam,

fmsduval

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Nowa Fantastyka