- Opowiadanie: Gruszel - Tam, gdzie mieszka kosmiczny Kocur

Tam, gdzie mieszka kosmiczny Kocur

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Tam, gdzie mieszka kosmiczny Kocur

Gdyby Dawid powiedział komukolwiek, dlaczego jest w kosmosie, zostałby natychmiast wyrzucony z misji i obwołany szaleńcem. Całe szczęście, lata praktyki nauczyły go nie wspominać ani słowem o Kocurze.

Na chwilę oderwał się od pracy, by ruszyć do części wspólnej. Teleskop na pokładzie Oriona 2 był jednym z najlepszych na świecie, a mimo to Dawid wolał swojego Widocznika, jak pieszczotliwie go określał. Choć miał skupić się na Neptunie, jego myśli ciągle wracały do o wiele bliższego Marsa. A ostatnimi minutami, coraz bardziej do jedzenia.

 Brzuch burczał od dłuższego czasu, ale Dawid nauczył się go ignorować. W pewnym momencie zapominał, że jest głodny i mógł pracować dalej. Tym razem jednak powinien bardziej o siebie dbać, zanik mięśni i kości w kosmosie wciąż był sporym problemem.

Ruszył wzdłuż krótkiego korytarza, by zaraz znaleźć się w jadalni. W środku, jak zwykle, przypięte pasami, siedziały Kate z Ksenią i trajkotały o czymś między sobą, jakby nie miały nic lepszego do roboty. Niesamowite, jak szybko zdołały się poznać, polubić i pokochać. Rudowłosa Rosjanka i ciemnoskóra Amerykanka, ciekawe połączenie. 

Dawid poleciał w stronę kontenera z jedzeniem, wyciągnął meksykańską tortillę i ostrą zupę w tubce. Przez zatkany nos i tak mało co miało smak. 

Usłyszał, jak drzwi rozsuwają się akurat, gdy podrzucił kawałek tortilli w górę.

– Nie słyszałeś, że to nieładnie bawić się jedzeniem? – spytała Lena, kolejna Amerykanka.

– Słyszałem, ale mam to gdzieś – odpowiedział Dawid, goniąc za tortillą. Kate i Ksenia spojrzały na niego jak na półgłówka. A niech myślą co chcą, idiotki, nie mój interes.

– Brakuje mi tu coli – zaczęła Lena, podchodząc do kontenera i szukając czegoś do zjedzenia. – Albo czegokolwiek gazowanego.

– To nie najlepszy pomysł – wtrąciła się Ksenia, mówiąc z tym okropnym, ruskim akcentem.

– Wiem. – Lena wybrała tę samą zupę co Dawid, oraz, dzięki błogosławionej Lavazzie, kawę. Dawid nie wyobrażał sobie, jak musiały wyglądać pierwsze loty w kosmos, z tymi wszystkimi tubkami jak po farbie. – Jak obserwacje Neptuna?

– Naprawdę dziwnie się zachowuje – mruknął Dawid, siłując się z zupą. – Zaobserwowałem znaczne odchylenie od standardowej orbity, a dodatkowo coś jakby… sygnały? Są kompletnie bez sensu, nie potrafię ich rozszyfrować, ale są wysyłane w nieregularnych odstępach. Trochę zagłusza je mikrofalowe promieniowanie tła, ale jak już podlecimy bliżej, może coś uda się ustalić. Ogółem, dziwna sprawa, mam złe przeczucia.

Kilka miesięcy temu Neptun zwariował. Żaden ziemski jajogłowy nie potrafił wyjaśnić jego zachowania, zupełnie przeczącego prawom fizyki czy choćby rozsądku. Dlatego też wysłali misję załogową, aby podleciała jak najbliżej, by dopiero potem stwierdzić, że też nie wiedzą o co chodzi.

– Dziwna to mało powiedziane – powiedziała Ksenia. – Nie martwi was, że każda z wysłanych sond wariowała w pobliżu Neptuna?

– Dobrze, że nie jesteśmy w bardzo elektronicznym statku który będzie tam wariować – odparł Dawid.

– Aj tam, nas to nie szkoda. Może dlatego kapitanem jest Bhatt – zaśmiała się Kate.

– A te dziwne wiadomości? – drążyła dalej Ksenia. – Ostatnia złapana przez Voyagera 4 brzmiała, że zacytuję “To nigdy nie jest twoja wina”.

– Mnie najbardziej zaintrygowała: “Mamusia miała co do ciebie rację” – zaśmiała się Lena, choć nieco nerwowo. Niby mieli nie podlatywać tak blisko Neputna, ale kto wie? – Chyba dostaliśmy ją na kilka godzin przed utratą łączności. A odszyfrowanie tych wiadomości zajęło wieki. To cud, że w ogóle się udało. Albo ktoś sobie robi jaja, albo…

– Kosmici? – spytała Kate, chociaż na moment odrywając wzrok od Rosjanki.

– Chyba nie zdajesz sobie sprawy z powagi sytuacji – wtrącił się Dawid. – To co teraz robi Neptun jest nienormalne. A więc albo mamy jakiś inny obiekt, na tyle masywny by zmienić orbitę planety tak dużej, jak Neptun, albo cała nasza wiedza będzie musiała zostać zweryfikowana.

– A ciemna materia? – Ksenia najwyraźniej miała nieco więcej oleju w głowie od swojej tępej kochanki. – Albo… masywny statek kosmiczny!

– Możliwe, że ciemna materia potrafi gromadzić się w jednym miejscu, ale to nie miałoby sensu. – Dawid nie miał pojęcia, czemu próbuje nawiązać z nimi dialog. Nudy? A może nerwy? – Innym wytłumaczeniem mogłaby być zmodyfikowana dynamika Newtonowska, albo grawitacja kwantowa, jak teoria strun. Sam nie wiem, zresztą…

Dźwięk z głośnika przerwał wypowiedź Dawida.

“Wszyscy natychmiast stawić się na mostku na odprawę!” ryczał głos Bhatta.

– To by było na tyle – powiedziała Lena, wyciskając resztki zupy z tubki.

Dawid ruszył jako pierwszy. Komu jak komu, ale jemu bardzo zależało na tej misji. Tylko od jej powodzenia zależały szanse, na ponowne ujrzenie Kocura i dotarcie w pobliże Marsa.

 

*

 

 Biegł ile sił w nogach, omijając co większe asteroidy. Łapy krwawiły od obtarć, sierść przygasła. Cel wydawał się tak daleki, Neptun był ledwie małą kropką, jednak nawet stąd wyglądał inaczej niż zwykle. Ciągle zmieniał kolory, by za chwilę skurczyć się, po czym znów rozpęcznieć. Kocur nie potrafił tego określić, ale czuł cały Układ Słoneczny jak własne członki, znał wszystkie jego troski, rozumiał co mu dolega. I stąd wiedział, że z Neptunem jest coś bardzo nie tak.

 Wydobył resztki sił. Nie dobiegnie, nie zdąży! Zwolnił nieco, tuż przy końcu pasa asteroid. Zdusił chęć nabrania tchu, w końcu znajdował się w zimnej pustce kosmosu. Ciężko było mu się przyzwyczaić, nawet jeśli już tego nie potrzebował, podobnie jak ciepła. Pobrał trochę unoszącej się masy z pyłu, zamienił ją w energię i naprężył ciało.

 Po chwili wziął się w garść i ruszył dalej.

 

*

 

Po raz pierwszy Dawid zobaczył Kocura na obozie harcerskim. Stojąc samotnie na warcie, otoczony nocą, dostrzegł niesamowity blask przebijający się przez korony drzew. Wiedziony dziecięcą ciekawością, ignorując strach, poszedł za światłem, tak nienaturalnie jaskrawym na tle ciemnego nieba.

 Zachłysnął się powietrzem i przełknął ślinę. Stanął, gdy dotarł do granic obozu. Spojrzał na las, teraz mroczny i pełen potworów. Coś zaszeleściło w krzakach, gdzie indziej usłyszał pisk. Zerknął w stronę bezpiecznego ogniska, przy którym spał jego kolega, mający trzymać wartę razem z nim. Byli tu za karę, po tym, jak kolega, w środku nocy, wstawił całkiem głośną syrenę alarmową do namiotu znienawidzonej drużyny i ją włączył. Jeden z harcerzy w panice pozrywał wszystkie linki, przez co inni zaplątali się w materiał.

Dawid podreptał w miejscu i zdecydował. Opuścił granice obozu, mijając namiot drużynowego. Szedł wzdłuż rzeki, nasłuchując żabiego rechotu i szumu drzew, co rusz podskakując i wypatrując straszliwych monstrów, kreowanych dziecięcą wyobraźnią.

 Polanę, na której wylądował Kocur, okrywała mgła. O tej porze księżyc odbijał się w rzecznej toni, a pałki wodne uginały na wietrze, niosącym zapach mułu rzecznego. 

 Gruby Kocur przycupnął na piaszczystej plaży i zupełnie jak zwykły dachowiec, kocim zwyczajem, niespiesznie wygiął grzbiet. Jego sierść zaświeciła niczym obsypana brokatem, rzucając refleksy na całą polanę. Ogon, długi jak całe ciało, wyglądał niczym część spadającej gwiazdy, błyskając karmazynem, lazurem, burgundem oraz seledynem. Przez chwilę wyglądał jakby był zupełnie płaski, jakby egzystował jedynie w dwóch wymiarach, by potem zafalować i przejść do trzech.

 Dawid, ukryty za młodą wierzbą, wstrzymał oddech, czując jak łzy zapełniają mu oczy. Jest kilka chwil w życiu człowieka, gdy niesamowity widok, dźwięk bądź wydarzenie, wprawiają w stan niemej fascynacji, ukazują piękno tak niesamowite, że niemalże nierealne, dotykające tej cienkiej granicy między prawdą a fikcją. Na długo po takim zdarzeniu człowiek się zastanawia, czy to był sen, jawa, a może coś pomiędzy, gdy zmęczony umysł płatał mu figle, jak wtedy gdy widzi się w kącie pokoju potwora z ubrań. 

Z otwartymi ustami obserwował, jak wielki kot najpierw obchodzi polanę, pomrukując cicho, potem łasi się do ziemi, a na koniec – niewiarygodne – wstaje na dwie łapy i miaucząc, żywo gestykuluje. Kocur zatańczył, ledwie muskając ziemię, zamachał długim ogonem, podskoczył, wykonał obrót, zadrobił łapami wzbijając w górę piach i trawę. 

Zaraz jednak zatrzymał się w bezruchu, niczym tancerz po występie. Dawid poczuł ciarki na skórze. Mimo chłodu nocy, zrobiło mu się gorąco, a policzki nabrały rumieńców.

 Przez chwilę nic się nie działo, a potem mgła ustąpiła i ziemia wydała jakby zadowolony pomruk. Jeszcze przez chwilę Kocur łasił się do białego piachu, ocierał o twarde kamienie i tarzał, gdy głośne westchnienie Dawida, zwróciło jego uwagę.

 Kocur zerwał się na cztery łapy, wpatrując szeroko rozwartymi oczyma. Futro na grzbiecie podniosło się, świetliste pazury wysunęły. Przez moment wszystko zastygło, nawet pałki wodne ani rzeka nie śmiały drgnąć, jakby zamarł sam czas. Dawid nabrał tchu i zastygł. Wszystkie mięśnie napięły się w oczekiwaniu, jedynie serce przyspieszyło.

Wstał powoli, niepewnie poprawił harcerski beret i ruszył w stronę kota.

– Kici kici? – Zaryzykował, wyciągając drżącą dłoń. 

Kot zamiauczał cicho, po czym skoczył w górę i odbijając się od powietrza jak od poduszki, powędrował w stronę kosmosu, zlewając z gwiazdami.

Dawid stał jeszcze długo, wbijając wzrok w niebo, aż rosa nie osiadła na jego ramionach, a chłód wypędził do obozu.

Nikt, oczywiście, nie uwierzył w tę historię, a z biegiem czasu i on sam zaczął wątpić.

 

*

 

– Powtórzę jeszcze raz, bo tutaj słowa mają inny wydźwięk niż na Ziemi – mówił Bhatt, podstarzały Hindus który jakimś cudem został kapitanem statku. – Żadnego alkoholu, używek ani intymnych relacji! Jesteśmy profesjonalistami i tak mamy się zachowywać. Zrozumiano?

 Czwórka załogantów niechętnie mruknęła coś w stylu: “Tak jest”. Ksenia wymieniła wymowne spojrzenia z Kate. Ciemnoskóra amerykanka przygryzła wargę. 

Spotkania miały odbywać się codziennie, na mostku. Kapitan, stojący, a raczej unoszący się, pod oknem, wyglądałby całkiem malowniczo na tle kosmosu, gdyby nie ta gęba orangutana. Przelatywali obok Marsa, czerwona planeta była już całkiem wyraźna.

 – Dawidzie Kruczyński – Bhatt ledwie wymówił jego nazwisko – chcę mieć codzienny raport na temat aktywności Neptuna. Obserwacje prowadzisz od teraz.

 – Tak jest – odpowiedział Dawid, który już od kilku dni przesiadywał w laboratorium. Tamci mogą narzekać, on nie zamierzał. Jeśli teraz dobrze się zaprezentuje, ma dużą szansę na kolejne misje. Z całej załogi, tylko on i Lena zasłużyli na ten lot. Ksenię wpuścili, bo Rosja naciskała, a wciąż produkowali silniki dla NASA. Kate sponsorowała telewizja, a Bhatt… a cholera go wie. Zerknął tęsknie w stronę Marsa. Był tak blisko.

 – Leno Pratt, każda, nawet najmniejsza usterka ma być natychmiast meldowana.

 Lena kiwnęła głową, by po chwili potwierdzić, już raźniej. Bhatt przypominał Dawidowi drużynowego, z tą różnicą, że jego nie dało się nie lubić, a kapitan już z daleka zajeżdżał bufonadą. Napięty jak plandeka na żuku, podrażniony jak pachy po goleniu. A do tego ten wąs, gdzie on wyczytał, że nie będzie wyglądał z nim jak klaun?

Kapitan nie odpuszczał, kolejni członkowie załogi musieli, chyba po raz setny, potwierdzić zakres obowiązków i głośno przytaknąć. Znudzony Dawid wbił wzrok w Marsa. Żadne ze zdjęć nie jest w stanie oddać tego, co czuje się będąc na miejscu. To coś jak stanąć na szczycie góry i spojrzeć na małe miasta, pomalowane na niebiesko przez perspektywę powietrzną. Poczuć tę wysokość, to zdumienie z mieszanką strachu i fascynacji. Dla tego widoku warto było poświęcić życie na Ziemi. Tam i tak nie ma nikogo wartościowego.

– A Monika? – cichy głosik gdzieś w głębi umysłu znów odezwał się wtedy, kiedy nie powinien. Wbrew woli Dawida, przypomniał mu się obraz roześmianej kobiety i wspólnych wypraw na lody, jedynych momentów, gdy nie myślał o Kocurze.

Odgonił głosik jak najszybciej i skupił się na Marsie.

Widział ciemną siatkę kanałów marsjańskich, kratery, wulkany, doliny, kaniony i polarne czapy lodowe. Kiedyś mówiono o nim, że był potencjalnym środowiskiem życia. Dziś nikt nie miał złudzeń, sama woda nie wystarczała. A może nawet, wcale nie była potrzebna?

Westchnął ukradkiem, starając się nie zwrócić na siebie uwagi Bhatta. Spojrzał na równie znudzoną Lenę, podobnie jak on podziwiającą Marsa. I wtedy dostrzegł rodzące się na twarzy zdumienie. Podążył wzrokiem za jej spojrzeniem i włosy stanęły mu na karku.

To był on! Kocur, jak gdyby nigdy nic, lewitował gdzieś na krawędzi wzroku!

– Widzicie?! – wykrzyknął, palcem wskazując okno.

Cała załoga natychmiast spojrzała w tę stronę, ale po Kocurze nie został nawet ślad. Zapadła cisza, zagłuszana jedynie szumem urządzeń. Dawid przełknął głośno ślinę i spojrzał błagalnie na Lenę, ale ta odwróciła głowę. Zastygł na moment, ale kobieta nie ustępowała. Odbił się więc od siedzenia i popłynął w stronę okna.

– Dawidzie Kruczyński – Bhatt spojrzał na niego surowo – co się dzieje?

Dawid zupełnie go zignorował. Zajrzał w zimną pustkę kosmosu, starając się dojrzeć, czy Kocur nie siedzi na kadłubie statku. Usłyszał szepty za plecami, przypominające młodzieńcze czasy, gdy mówił o Kocurze.

– Dawidzie Kruczyński. – Głos kapitana nabrał surowości. – Natychmiast zamelduj mi co widzisz.

Nic, cholera, nic nie widzę! Ale jeszcze przed chwilą widziałem, jestem pewien!

– Muszę wyjść na zewnątrz – oznajmił Dawid, ignorując pomruki zdziwienia reszty załogi. Starał się utrzymać opanowany ton, choć zdradzało go trzęsienie dłoni.

– Zabraniam ci. – Bhatt napiął mięśnie pod koszulką. – Kseniu Petrova, sprawdź kamery.

Rosjanka, zgrabnie podpłynęła do terminala i zaczęła wstukiwać komendy. Dawid natychmiast znalazł się przy niej. Cholerny ekran ukazywał jedynie pustkę kosmosu.

– Nic tu nie ma – odpowiedziała po chwili Ksenia.

Dawid miał ochotę zgnieść ten komputer.

– Musiało się coś nagrać – nalegał.

– Kseniu, sprawdź. – Bhatt również podpłynął bliżej.

Po chwili ekran ukazał nagrania sprzed paru minut. Na jednym z nich, niewyraźna plamka przybrała kształt kota.

– Mówiłem! – Niemal krzyknął Dawid. – To on!

Kątem oka dostrzegł, jak Lena przybliża się do stanowiska. Ze złośliwą satysfakcją stwierdził, że rozdziawia gębę.

– To? – spytał Bhatt, wskazując niewyraźny obraz Kocura. – Jaki on? To jakaś smuga, Dawidzie Kurczyński. Przywidziało ci się.

Tym razem to Dawid rozdziawił usta. Przecież tu jest, w końcu ma dowód, czarno na białym! Spojrzał na Lenę, ta znów odwróciła głowę. Rozejrzał się po pozostałych.

– Nie widzicie?!

– Pieprznięty – cicho zaśmiała się Kate, wymieniając spojrzenia z kochanką. Ją też najchętniej by zgniótł.

– Dawidzie Kruczyński. – Niezwykłym talentem Bhatta było zawieranie najgorszych znanych ludzkości gróźb w zaledwie tonie głosu.

– Przewidziało mi się – powiedział w końcu Dawid, choć wyraźnie czuł jak się czerwieni, a szczęka zaciska.

– Rozumiem – powiedział kapitan, choć wyraz twarzy wskazywał coś zupełnie przeciwnego. – W takim razie, rozejść się! 

Nie umknęło uwadze Dawida, że jako pierwsza mostek opuściła Lena. O nie, nie wywiniesz się tak łatwo. 

 

*

 

Drugi raz, Kocur ukazał się Dawidowi, gdy ten obserwował gwiazdy na szkolny konkurs. Wymknął się wtedy na dach budynku gospodarczego, choć mama zabraniała mu tam wchodzić. Zawsze zrzędziła, że spadnie, a Dawid wiedział, że stąd ma najlepszy widok.

Wyjął z kieszeni rysunek Kocura, który zrobił tuż po pierwszym spotkaniu. Przypomniały mu się wszystkie drwiny kolegów i całe to piekło przez które musiał przechodzić, by wreszcie nauczyć się trzymać gębę na kłódkę.

– Ten twój Kocur jest równie prawdziwy jak Budda! – powiedział mu kiedyś szkolny geniusz. I tacy potem rządzą krajem…

Prychnął, zmiął rysunek w dłoniach i wyrzucił.

Bywały chwile kiedy zaczynał wątpić w swoje działania, a im starszy się stawał, tym łatwiej było mu zgonić całą sytuację na wyobraźnię. Był dzieckiem, takie rzeczy się zdarzają, zwłaszcza stojąc samemu w lesie, w środku nocy. Tak mówili wszyscy wokół, więc czemu im nie wierzyć? Nikt poza nim nie widział tego cholernego kota.

Z rezygnacją przyłożył oko do okularu i zaczął kalibrować teleskop, kiedy coś przykuło jego uwagę. Serce niemal wyskoczyło mu z piersi, gdy dostrzegł ten sam, niesamowity blask co kiedyś.

Tym razem Kocur sunął po niebie, tak samo majestatyczny jak za pierwszym razem. Błyszczące futro powiewało na wietrze, a ogon, jak kometa, kreślił jasną smugę. Był całkiem blisko, jakoś w ziemskiej stratosferze.

Dawid podskoczył, gdy zadzwonił telefon. Wyjął go z kieszeni i spojrzał. Monika. No tak, był z nią umówiony, jeśli teraz nie wyjdzie to ucieknie mu autobus. Burknął coś pod nosem i wyciszył telefon.

Gdy znowu spojrzał w niebo, Kocur leniwie zakręcił się wokół własnej osi, wykonał kilka beczek, po czym spojrzał wprost na Dawida. Chłopak nie wiedział, czy to, co dostrzegł w kocich ślepiach było radosnym ognikiem czy zwykłym przywidzeniem, jednak zaraz Kocur skoczył do góry i ruszył przed siebie, prosto w kosmos.

Dawid drżącymi rękami nastawiał ostrość teleskopu i śledził Kocura. Ten pomknął, odbijając się od pustki, w stronę Marsa. Powoli znikał z oczu obserwatora, a amatorski sprzęt tracił zasięg.

Gdy postać Kocura już prawie zlała się z kosmosem, ten odwrócił się i puścił w stronę chłopaka oczko. Tak, Dawid był tego pewien, naprawdę to zrobił!

Pisnął cicho i chwycił telefon, czując jak serce wyrywa mu się z piersi. Jedyne ekscytujące chwile były tymi, gdy miał wrażenie, że ponownie go znalazł. Wyjął komórkę, na ekranie pojawiło się wiele nieodebranych połączeń od Moniki. Cmoknął z niecierpliwością i włączył aparat.

 Kiedy już miał podłączyć telefon do teleskopu, Kocur znikł. Gorączkowo szukał go przez następną godzinę, jednak po kocie nie został ani ślad.

To, zresztą, nie było istotne. Spędził wiele tygodni obliczając, na jakim kursie znajdowały się wszystkie ciała niebieskie. Jeśli przyjąć, że Kocur nie zmienił drogi, musiał zderzyć się z Marsem, a przynajmniej przelecieć obok. Od tej pory Dawid miał cel.

 

*

 

Okrążał Jowisza, byleby tylko nie wpaść w jego pole grawitacyjne. Nie miał teraz czasu się z nim użerać, a wiedział jak humorzasty potrafił być.

Śmierdziało czymś pomiędzy palonymi oponami a prochem strzelniczym. Kosmos nie jest tak urokliwym miejscem, jak się wydaje.

 Tu droga była gładka, okazjonalnie spotykał większe asteroidy, częściej pył kosmiczny. Zerknął w stronę Neptuna. Musi znaleźć się w jego pasie o właściwej porze, inaczej miną się i nigdy nie zdąży. Jeśli jeszcze było to możliwe, przyspieszył.

 

*

 

Starając się zachować spokój, opuścił mostek chwilę za Leną. Kątem oka dostrzegł, że zmierza w stronę laboratoriów. Skręcił więc w drugą stronę, udając, że idzie do części mieszkalnej. Zamiast jednak wejść do swojej kapsuły, minął ją i poleciał dalej. Przy okazji zobaczył, że ma połączenie od Moniki. No tak, akurat na tym statku musieli zamontować terminale do kontaktu z rodziną. Że niby polepszają stan psychiczny załogantów. Ekran migał nachalnie, domagając się odsłuchania wiadomości.

Zawsze w takich momentach.

Potem się tym zajmie, teraz są ważniejsze sprawy.

Dopadł Lenę w pomieszczeniu technicznym, sprawnie zablokował drzwi i stanął przed nią.

– Też go widziałaś, nie pieprz głupot! – powiedział bez ogródek, patrząc prosto w oczy. Jak się spodziewał, ujrzał w nich strach.

– Co ty gadasz? – Próbowała jeszcze się bronić. – Masz jakieś urojenia. Nie wiem, jakim cudem wybrano cię do tej misji, ale po tej akcji wylecisz, to mogę obiecać. – Próbowała brzmieć pewnie, ale ton głosu ją zdradzał.

Zaśmiał się.

– Nie strasz, na nikim nie robisz wrażenia.

– A może jednak? – Głosik znowu ożył. – Zastanów się, stracisz wszystko, łącznie z szansą dostania się w pobliże Marsa.

Dawid potrząsnął głową, jakby odganiał się od much i wymamrotał coś pod nosem. Dostrzegł zdziwione spojrzenie Leny, posłał jej wrogie spojrzenie.

– I co zamierzasz zrobić? Tu są kamery, idioto. – Lena szybko wróciła do siebie.

Racja, dobrze, że wspomniała. Podpłynął do terminala i przełączył się na ręczne sterowanie. Na małym ekranie wyświetliły się widoki z kilku kamer. Już miał włączać terminal, kiedy coś przykuło jego uwagę.

– To on! – wykrzyknął w stronę Leny.

– O, Boże…

Jedna z kamer rejestrowała wyraźną sylwetkę Kocura. Oglądany przez ekran nieco stracił na majestacie, ale Dawid poczuł jak ściska go w gardle. Kocur, swoim zwyczajem, zapląsał leniwie, patrząc wprost w obiektyw kamery. Potem uśmiechnął się i machnął łapą, jakby zachęcając ich, by podążyli za nim. Czmychnął z gracją w stronę wyłaniającego się zza Marsa Fobosa.

– Widzisz to? – Dawid złapał Lenę za ramiona i ścisnął mocno. – Widzisz, tak? Nie oszalałem! On istnieje!

Nie musiała nic mówić, zdumiony wyraz twarzy ukazywał wszystko. Śmiech wyrwał się Dawidowi z gardła.

– Chce, żebyśmy za nim ruszyli! Zobacz! – Niemalże przytknął jej twarz do ekranu.

– Puszczaj mnie! – Wyrywała się. – Jesteś szalony!

Opanował się. Nie ma teraz czasu, nie wiadomo kiedy Kocur znowu zniknie. Teraz, albo nigdy, wiedział, że w programie kosmicznym jest już spalony.

Rzucił się do drzwi, następnie, jak najszybciej, do kapsuł ratunkowych. 

– Poczekaj! – znowu głosik. – Pomyśl o matce, czeka tam na ciebie!

– Gdy byłem dzieckiem, śmiała się najgłośniej – odpowiedział Dawid, odpychając się od ścian statku.

– A Monika? Pamiętasz, powiedziałeś jej o tym i mimo to została.

– Ale też nie uwierzyła! Chciała mnie posłać do psychiatry, nie wpuściliby mnie przez to na pokład!

Za jego plecami rozległy się krzyki Leny. Już otrząsnęła się z szoku.

– Masz… masz jeszcze chomika… głosik nabrał desperackiego tonu.

– No… chomiczka szkoda – mruknął Dawid, na chwilę zwalniając. – Nie, nie! Chomiki żyją trzy lata, a Pimpek ma dwa i pół, nie warto!

 Myśli Dawida przysłonił Kocur, ta magiczna noc na polanie, następnie na dachu domu. Pokręcił głową i przyspieszył. 

Usłyszał za sobą szczekliwy głos Bhatta. A niech się drze, to i tak nie ma znaczenia.

Wsunął się do środka i szczelnie zamknął drzwi. Niemal natychmiast uruchomił procedurę startu. Czuł, jak drżą mu ręce, ale z ust nie schodził uśmiech. To bilet w jedną stronę, kapsuła nie ma dość paliwa, by wrócić z Fobosa na statek, a nawet jeśli, nie wierzył, że przyjmą go z powrotem.

– A jeśli naprawdę jesteś obłąkany? – Głosik znowu dołożył swoje. 

– Wszystko, albo nic! – krzyknął.

– Pamiętasz te reakcje, gdy opowiadałeś ludziom o Kocurze? Jak każdy z nich mógłby się mylić?

– Zamknij się!

Kapsuła uszczelniła śluzę, wypięła haki i zaczęła powoli oddalać się od statku. Dawid zerknął przez okno. Kocur nadal tam był! Czekał na niego! Czyli Fobos!

Zaśmiał się głośno i odpalił silniki. Dostrzegł, jak Kocur zaczyna biec w stronę księżyca Marsa. Zapraszał go, kusił od tylu lat, by teraz się z nim spotkać.

Wszelkie wahania Dawida natychmiast się rozwiały.

 

*

 

O tym, że było źle, Kocur wiedział już wcześniej. Teraz dowiedział się również, że jest tragicznie. Wenus puszczały nerwy, czuł jej drgania. Jeszcze trochę, a opuści orbitę i zacznie spadać w kierunku Słońca.

Przyspieszył, niemal osiągając prędkość światła. Przy takich odległościach bieg i tak zajmie mu kilka godzin.

Minął Jowisza, pierścienie Saturna były coraz bliżej.

Zacisnął powieki i skupił się na biegu.

 

*

 

Radio włączyło się, okropny głos Bhatta wypełnił przestrzeń kapsuły.

– Ty zasrany idioto, wracaj natychmiast, to może nie wypchniemy cię w przestrzeń!

Dawid z uśmiechem włączył mikrofon i odpowiedział krótko:

– W dupie mam wasz statek i pieprzonego Neptuna. Wal się. Ach byłbym zapomniał, z tym wąsem wyglądasz jak mój pijany wujek!

Po czym wyłączył radio, zaśmiał się głośno i dodał mocy silnikom. Warto było. Pieprzyć ich wszystkich, te rozbawione spojrzenia, szepty za plecami, traktowanie jak obłąkanego.

– One na ciebie czekają. – Głosik nie ustępował. – To co robisz jest samolubne.

– Milcz! – Ryknął do kapsuły. – Samolubne było, gdy zamiast mnie wysłuchać, z góry uznały za szalonego! Obie się, cholera, zgadały! Samolubne było, jak matka opowiadała ludziom o Kocurze, śmiejąc się za moimi plecami! Moja! Własna! Matka! Przez nią nauczyłem się nikomu o tym nie opowiadać, już za dzieciaka musiałem to wszystko tłamsić w sobie!

Czerwona planeta była coraz bliżej, aż w końcu zajęła prawie całą widoczną przestrzeń. Lekko skręcił, by ujrzeć niekształtnego Fobosa. Mała, świecąca kropka na jego tle była Kocurem. Ogon błyszczał tak pięknie w kosmicznej pustce. Zaraz zniknął w jednym z kraterów, chyba Grildrigu.

Skierował tam kapsułę, pilnując, by zachować wystarczająco paliwa na lądowanie. Potem się już nie przyda. Gdy znajdował się zupełnie blisko, dostrzegł nierówność w lodowo-skalnym podłożu. Resztkami paliwa wylądował tuż obok.

Założenie skafandra w malutkim kokpicie zakrawało na cud, nawet przy najnowszych modelach, niewymagających asystentów. Właśnie siłował się z plecakiem, gdy usłyszał głośne pukanie o kadłub. Zamarł na moment, po czym szybko włączył widok z kamer.

Przed kapsułą stał mały, człowiekopodobny osobnik, zamiast głowy mający coś na kształt akwarium dla złotej rybki. Nosił sprane ubranie, wykonane z dziwnego, falującego materiału, którego kształt umykał percepcji Dawida. Jakby był utkany z czegoś pomiędzy dymem, cieczą i skondensowanym światłem.

 Podpierał się o laskę i okropnie garbił.

– Wyłaź, tu można oddychać. – Kula na jego głowie zamigotała, gdy mówił szorstkim, ochrypłym głosem. – Czekaliśmy na któreś z was, ale pojawiasz się na styk. Gdyby Bastien nie zachęcił cię do lotu, pewnie nawet byś nie ruszył dupy.

Dawid otworzył usta, po czym je zamknął. Zamarł, z jednym ramiączkiem od plecaka na ramieniu.

– No idziesz czy nie? Naprawdę nie mamy czasu!

– I-idę – powiedział, ostatecznie porzucając plecak i zdejmując hełm. Bez butli z tlenem i tak byłby bezużyteczny.

Oblizał usta i powoli otworzył śluzę. Odruchowo nabrał w płuca powietrza. Drzwi zasyczały i owionął go zimny wiatr, ale, ku swojemu zdumieniu, oddychał. Fobos pachniał jak coś, co od dłuższego czasu przypala się na piecu. Był dość zimny, ale skafander chronił ciało Dawida, jedynie policzki smagał mroźny wiatr.

Zaśmiał się obłąkańczo, wbijając wzrok w powierzchnię Fobosa. I co teraz, co? Miałem rację!

– Nie mamy wieczności, pośpiesz że się! – Mały osobnik, nie czekając, poszedł w stronę nierówności. 

Dawid szybko zszedł po schodach kapsuły i ruszył po lodowo-skalnej powierzchni za przewodnikiem. Podłoże chrzęściło pod butami, wiatr rozwiewał włosy.

Nierówność okazała się sprytnie zamaskowaną bramą. Kulogłowy osobnik wyjął z tylnej kieszeni pęk kluczy i otworzył drzwi. Gestem zaprosił Dawida do środka.

– Wybacz szczerość, ale myśleliśmy, że to będzie Lena – powiedział mężczyzna, zamykając za Dawidem bramę. 

– Nie bardzo rozumiem… – mruknął Dawid rozglądając się na boki. Bogato ustrojony hol lśnił czystością, połyskujące poręcze ozdabiał kształt rybich ości. Kafelki tworzyły mozaikę przedstawiającą śpiącego kota, a kryształy żyrandola przypominały myszy. Dosłownie wszystko, każdy centymetr pomieszczenia, zawierał jakiś koci motyw.

Dawid skrzywił się, zażenowany.

– Kandydatów były setki – kontynuował przewodnik, ruszając schodami na piętro. – Z nich wszystkich, tak daleko zabrnąłeś tylko ty i Lena Pratt, z czego myśleliśmy, że jest bardziej stuknięta od ciebie. Zobacz, jakie to życie przewrotne. A co do stuknięcia, czy mógłbyś przestać się tak trząść? Denerwuje mnie to.

Dawid dopiero teraz zrozumiał, że uśmiecha się jak głupi i drobi nogami. 

– Ile ty masz lat? – spytał głosik.

Natychmiast się uspokoił, choć uśmiechu nie umiał opanować.

W panującej ciszy, stukanie laski dozorcy, odbijało się echem od ścian.

– A ty… kim jesteś? – Dawid starał się nie wywrócić na o wiele za wąskich schodach.

Piętro nie zmieniło swojego tematu przewodniego, wciąż wszędzie mógł dostrzec motywy kota, myszy czy ryby. Szli długim korytarzem, którego koniec znajdował się gdzieś absurdalnie daleko.

– Dozorcą. Niewdzięczna praca, ale potrzebowali kogoś na pełen etat. Kogoś, kto i zajmie się warunkami na Fobosie i uprzątnie kocią kuwetę. – Z kuli wydostało się coś na kształt prychnięcia.

– Ale czemu Fobos? – Dawid porzucił kocie wizerunki i skupił się na Dozorcy. Ten ledwie sięgał mu pasa, ale miał coś w sobie, co od razu budziło szacunek. Może to przez akwarium na głowie?

– Bo kto się nim interesuje? Mały księżyc, o kształcie ziemniaka czy innego badziewia…

Przez chwilę szli w milczeniu. Drzwi na końcu korytarza stawały się coraz większe, stąd Dawid mógł już rozpoznać żenujący wizerunek bawiących się kociaków namalowany na drewnie.

– Czemu ja? – spytał w końcu.

– Szczerze? – odparł Dozorca. – Przez przypadek. Widziałeś Bastiena w akcji i zafiksowałeś się na jego punkcie. Można więc powiedzieć, że to ty znalazłeś nas.

– Ale inni go nie widzieli…

– A tam nie widzieli. – Dozorca machnął ręką. – Nie chcieli widzieć, zamiast tego dostrzegali odbicia lamp, komety, niewyraźne powidoki. Smugi. No cóż, ich sprawa. Dobra, trzeba przyspieszyć. Neptun jest już na skraju wytrzymałości.

– Ja się chyba trochę gubię…

– Bastien wytłumaczy, no już, właź do środka.

Dozorca znów wyjął pęk kluczy i otworzył masywne drzwi. Po ich drugiej stronie znajdował się wielki pokój, po brzegi wypełniony wszelkiego rodzaju drapakami, leżankami i kocimi zabawkami. A na środku, na górze poduszek, leżał Kocur, wpatrując się świetlistymi oczami w Dawida.

– Wreszcie jesteś! – Kot zeskoczył z posłania i łapą odprawił Dozorcę. Ciężkie drzwi trzasnęły. – Już myślałem, że żadne z was nie przyleci, a wtedy byłoby naprawdę nieciekawie.

– Przez tyle lat… – Głos uwiązł w gardle Dawida. Wreszcie mógł zobaczyć Kocura z bliska. Taki piękny… Chciał podejść, wyciągnąć rękę, ale się zawahał. Żaden mięsień nie chciał drgnąć, łzy napłynęły do oczu, mimo że usilnie starał się je powstrzymać. – Czemu? – wydusił w końcu, podejrzanie wysokim tonem.

– Jestem już stary – odpowiedział Kocur, przeciągając się jak zwykły dachowiec. – I nie mogę tak latać. Potrzebuję następcy.

– Mnie? Wiesz co przez ciebie przeszedłem? 

– A jednak tu jesteś.

– Tyle lat nazywania mnie obłąkanym… – Dawid zacisnął pięść, patrząc gniewnie na Kocura. – Sam zaczynałem w to wierzyć… że oszalałem.

– Ależ ty jesteś szalony. – Kocur podszedł bliżej, zamachał wspaniałym ogonem. Był tak jasny, że Dawid musiał zmrużyć oczy. – Jak najbardziej. W końcu kto normalny poświęciłby życie gonieniu za snem? Kto normalny opuściłby bezpieczny statek, porzucając świetną karierę i lecąc w jedną stronę, tylko dla mglistej obietnicy? Nie patrz tak – zaśmiał się. – To dobrze, potrzebujemy tu takich, bo i zakres obowiązków nieco odstaje od normy.

– Zakres… obowiązków? – wymamrotał Dawid, starając się pamiętać, by zamykać usta.

– Wybacz, że rzucę cię tak na głęboką wodę, normalnie mamy okres szkolenia, ale sytuacja jest wyjątkowa. – Kocur spoważniał. – Zacznijmy może od tego, że planety mają swoje osobowości i bardzo często są one… dość wybuchowe. Gdy porządnie się zdenerwują, potrafią nawet zmienić orbitę! Wiesz, do czego to może doprowadzić?

Dawid jedynie pokiwał głową.

– I tutaj pojawiamy się my. Pocieszamy, przytulamy, uspokajamy. Słowem, pilnujemy, by wszystkie zostały na swoim miejscu i zbytnio nie marudziły. Rozumiesz?

Po prawdzie, Dawid nie rozumiał, choć próbował. Kocie oczy świdrowały go, nie pozwalając się skupić. Rozejrzał się jeszcze raz, wbił spojrzenie w wielkie akwarium.

– Ale dlaczego koty? – spytał w końcu.

– A kto nie lubi kotów? – Bastien, gdzieś na granicy wzroku, uśmiechnął się i zamachał ogonem. – Są słodkie, mięciutkie i ciepłe. Idealne, by zredukować stres i załagodzić konflikty.

Złota rybka w akwarium próbowała ugryźć ogon czerwonej koleżanki.

– Są jeszcze… jacyś inni? No wiesz, w innych układach słonecznych.

– Oczywiście, jest ich wielu. To duża organizacja, czasami zamiast kotów są psy, króliki, owce, a w Mizarze mają pająki. – Kocur prychnął. – Tamtejsze planety zawsze były nieco dziwne. Jest też wiele układów ze stworzeniami, o których nie masz pojęcia.

Dawid wolno pokiwał głową, jakby to były zupełnie normalne, powszechnie znane informacje.

– A czemu się spieszymy? – spytał po chwili.

– Widzisz, Neptun jest byłym Wenus. Od dłuższego czasu żyją w separacji, ale okazjonalnie potrafią się nieźle pożreć. I teraz znowu to się stało, Wenus mocno nadepnęła mu na odcisk. Ale spokojnie, tutaj czas płynie nieco inaczej, więc mamy chwilę na rozmowę. Niestety, krótką.

– I pozwoliliście, żeby to tak wszystko wisiało na włosku?

– Gdybyś wiedział, ile rzeczy tak wisiało, osiwiałbyś. – Dawid nie wiedział, czy Kocur żartuje, czy mówi poważnie.

Czerwona rybka odgryzła się, zaganiając złotą do zameczku.

– Czyli te wszystkie dziwne zachowanie Neptuna… on jest po prostu zły? – Dawid w końcu oderwał wzrok od akwarium.

– W dużym skrócie tak. 

– Ale to trwa od miesięcy! 

– To są planety! One mają miliardy lat! Wiesz, jak długo idzie informacja z Wenus do Neptuna? – Kocur przybrał mądry wyraz pyszczka. – Naprawdę przepraszam, ale nie mamy czasu, właśnie wyczuwam, że znowu się kłócą, a czas leci nawet tutaj. Przystąpmy więc do formalności. – Kocur wyjął zza jednego z drapaków wielką kartkę papieru. – Dawidzie Kruczyński – nabrał formalnego tonu – czy zgadzasz się zostać nowym Kotem Stróżem?

– Kim? – zdziwił się głosik. Dawid nie miał najmniejszej ochoty go słuchać.

– Tak… – podniósł niepewnie rękę i zaczął czytać warunki umowy. Przerwał przy piątym punkcie. – Tak!

Za dużo przeszedł, żeby teraz odmówić. Bo i do czego wracać? Bhatt zabije go za tą uwagę o wąsie.

– A dobra, rób co chcesz, przecież i tak nie mamy wyjścia.

Dawid uśmiechnął się szeroko. Wyjście jest zawsze, tylko niekoniecznie korzystne.

– Świetnie, odciśnij więc tu swoją dłoń – Kocur łapą wskazał mu miejsce na podpis. – Praca nie jest zła, choć płatnego urlopu mało.

Dawid bez słowa chwycił umowę, zamoczył dłoń w tuszu i złożył podpis. W tym samym momencie poczuł, jak wyrasta mu futro, a ciało nabiera kocich kształtów.

– Nie panikuj! Poza linieniem, to całkiem wygodne być kotem! I powodzenia! – Kocur uśmiechnął się, założył hawajską koszulę i ruszył do drzwi.

 

*

 

 – Jak do tego doszło?! – Bhatt był na skraju załamania. Centrala wydzwaniała jak szalona, na razie zabronił odbierać. – Pratt, masz przesrane! Miałaś go zatrzymać!

– Co ja niby mogę? – Lena starała się nie patrzeć na czerwonego z wściekłości kapitana. Ta cała misja to żart, jak można było dobrać tak nieodpowiednią załogę?

Postawił całą trójkę pod oknem, jakby ktokolwiek miał próbować ucieczki. Chociaż, w tej sytuacji Fobos wydawał się nawet kuszący, tym bardziej, że to bilet w jedną stronę. Bez Bhatta i reszty problemów.

– Gówno możesz, w tym problem! 

Lena skrzywiła się. W kosmosie kropelki śliny nie opadały w dół, tylko powoli i nieubłaganie leciały w stronę ofiary.

Rozległ się dźwięk połączenia, Ksenia ruszyła do komputera.

– Nie odbierać, czy ja mówię do idiotów?! – Bhatt zastąpił jej drogę.

Rosjanka, z miną skrzywdzonego dziecka, powoli wycofała się pod bezpieczne okno.

– Mamy przesrane, nie rozumiecie?! – ryknął. – Mamy, cholernie przeje…

Zamilkł na chwilę, wlepiając spojrzenie w punkt za nimi. Wszyscy obejrzeli się jednocześnie.

Gdzieś daleko, pośród kosmicznej pustki, gnał świetlisty kot. Nie oglądał się na boki, biegł jak mógł najprędzej, prosto w stronę Neptuna.

– Słodki Jezu… – Ksenia przeżegnała się i chwyciła Kate za rękę.

 

*

 

Dawid, a raczej Kocur, gnał jak oszalały. Neptun tracił cierpliwość, Wenus zaczęła gniewnie przyspieszać rotację. Jeszcze trochę…

Wiedział co robić, wraz z kocim ciałem dostał również wiedzę poprzedników. Trzeba tylko dobiec i ugłaskać Neptuna, Wenus zazwyczaj uspokajała się, gdy robił to jej były.

– Radzę się pospieszyć. Bez nas cały układ Słoneczny runie. – odezwał się głosik.

– A kim ty… – wysapał Dawid – kim ty w ogóle jesteś?

– Śmieszne, że pytasz dopiero teraz – zaśmiał się głosik. – Jestem twoim szaleństwem i rozsądkiem. To nie są przeciwieństwa, w każdym szaleństwie jest odrobina racjonalności i w każdym rozsądku kryje się szaleństwo.

– Chyba nie rozumiem…

– Spokojnie, w końcu zrozumiesz. Na razie, skup się na biegu, bo się nam planety zderzą.

Dawid kiwnął głową.

Czuł, jak gaz w Neptunie wariuje, a pole grawitacyjne to się rozszerza, to maleje. Jeszcze kilka skoków.

W końcu dotarł na miejsce.

 

*

 

– Uspokoił się – mruknęła Kate, obserwując Neptuna.

– Jakim cudem? – Bhatt już trochę ochłonął. Wciąż nerwowo miętosił koszulkę, ale przynajmniej nie krzyczał.

– Pojęcia nie mam. Co piszemy w raporcie?

– Prawdę, oczywiście. – Kapitan odwrócił się do niej plecami. – Samą prawdę, poza tą zbiorową halucynacją. Wszyscy byliśmy zestresowani, zdarza się.

 

*

 

– Wiadomość z ostatniej chwili – mówiła wystrojona prezenterka, poważnym wzrokiem patrząc w kamerę. – Członek wyprawy badawczej, astronauta Dawid Kruczyński i pasażer statku kosmicznego Orion 2, który osiemnastego marca ruszył z misją załogową, by zbadać anomalie na Neptunie, wsiadł do kapsuły ratunkowej i poleciał w stronę Fobosa, księżyca Marsa. Podejrzewa się go o ciężkie zaburzenia psychiczne związane ze stresem. Na razie nie wiadomo, kto podjął decyzję o jego kandydaturze na stanowisko załoganta. Prokuratura bada sprawę. A tymczasem zajmijmy się sprawą dzika, który wdarł się do domu jednorodzinnego w Pabianicach, wypił wino i zasnął pośrodku kuchni. Zastraszeni mieszkańcy boją się wyjść z domów.

Bastien odwrócił łeb od telewizora, przeciągnął na wygodnym kartonie po leżance i dokończył drinka z kocimiętką. Historię piszą zwycięzcy? Bzdura! Historię pisze ten, kto akurat ma pod ręką pióro, a że najczęściej to właśnie zwycięzcy, to już temat na inną historię.

 

Koniec

Komentarze

Hej, Gruszko!

 

Jako beta jestem bardzo dumny, że dzielnie pracowałaś nad tekstem i go opublikowałaś!

Humorystyczny tekst to coś, czego ten konkurs potrzebował. Nie jestem w stanie przewidzieć dokładnie, ale podejrzewam, że raczej opowiadania będą poważne(ish) (ale róbcie zrzuty ekranu, najwyżej będziecie mnie męczyć, jak się okaże, że jednak większość to śmieszne opka xD).

 

Historia Dawida, który podąża za czymś, co mogłoby być określone mrzonką jest fajnym spojrzeniem na uparte dążenie do bardzo oddalonych celów (naprawdę bardzo), do których ostatecznie bohater dociera – chociaż wiąże się to z wieloma wyrzeczeniami i poświęceniem ziemskiego życia.

 

To nie jest hard sci-fi, plus jest to zabawny tekst, więc myślę, że można wybaczyć kilka niedociągnięć czysto logicznych, tekst i tak czyta się płynnie, przyjemnie, a fabularnie satysfakcjonuje.

 

Zgłaszam do biblio. :3

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Hej Barb!

Jeszcze raz wielkie dzięki za betę, cierpliwość i porady ;) I, oczywiście, za klika! <3

Chochlik trochę narozrabiał.

trajkotały coś między sobą,

Usłyszał, jak drzwi rozsuwają się akurat(+,) gdy podrzucił kawałek tortilli w górę.

Dobrze, że wcale nie jesteśmy w bardzo elektronicznym statku który wcale nie będzie wariować przy Neptunie

Chyba chciałaś powiedzieć:

Dobrze, że jesteśmy w statku który wcale nie będzie wariować przy Neptunie

albo

Dobrze, że nie jesteśmy w bardzo elektronicznym statku który by wariował przy Neptunie

 

Dawid zacisnął pięść, patrząc gniwenie na Kocura.

Klik do biblioteki, takie to Fajne :) (na lic. Anet). Jeżeli taki komentarz nie wystarczy, to zacznę się wymądrzać. I powodzenia w konkursie.

 

Hej misiu!

 

Dzięki za wskazanie chochlików, usterki poprawione ;P Dzięki też za klika <3

Bardzo dobre opowiadanie, które czyta się z prawdziwa satysfakcją.

Sam pomysł na wykorzystanie w konkursie Nyan-cata mnie rozwalił i rozbawił. To naprawdę zagrało, przynajmniej dla mnie. Nie wiem jak do tego podejdzie jury, ale według mnie było to błyskotliwe.

Dobrze wyszła przeplatana fabuła, bo przemieszane wątki pozwalają skupić się na Kocurze, a jednocześnie zamyka je ta sama scena. :)

Tekst dowcipny, lekki, z zaskakującą pointa na koniec.

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Hej Geki!

 

Przede wszystkim, dzięki za betę, dużo się od Ciebie dowiedziałam, o tworzeniu ciekawych konstrukcji fabularnych ;P

Sam pomysł na wykorzystanie w konkursie Nyan-cata mnie rozwalił i rozbawił. To naprawdę zagrało, przynajmniej dla mnie. Nie wiem jak do tego podejdzie jury, ale według mnie było to błyskotliwe.

Nie wiesz, jak mnie to cieszy ;)

 

Tekst dowcipny, lekki, z zaskakującą pointa na koniec.

Aww <3

 

Dzięki za betę, odwiedziny i klika!

 

 Cześć!

 

Częściowo powtórzę opinię z bety. Tekst na planety, ale nie do końca SF. Bo trudno powiedzieć, co to jest, ale zdecydowanie jest to fantastyka, w dodatku napisana nieźle i z humorem, który jest jednym z mocniejszych punktów tekstu imho. Miejscami miałem wątpliwości, czy to ma być jednak SF czy raczej żarcik (ale nie ma kategorii SF, więc obstawiam żarcik), ale kompletnie mi to nie przeszkadzało w czytaniu, a raczej intrygowało co będzie dalej. Dobry tekst, z fantastyką i z pomysłem (i z kotami).

Trochę zgrzytało miejscami zbytnie (jak na taki tekst) skupienie na słownictwie naukowym, ale to pewnie tylko mi. Za to zręcznie wybrnęłaś z kwestii wyprawy załogowej. Trochę technicznie, trochę humorystycznie i do tego te komunikaty:

Mamusia miała co do ciebie rację

Zwiastują lekko, ale pasują do lekkości bytu. Obserwując składa załogi, zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem jakiś Hindus nie podpadł Ci w pracy, bo za taką uwagę o wąsach rzeczywiście można zginąć ;-)

 

3P dla Ciebie: Pozdrawiam, Polecam do biblioteki i Powodzenia w konkursie!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Cześć,

 

Całym szczęściem, lata praktyki nauczyły go nie wspominać ani słowem o Kocurze.

Całym szczęściem? Chyba bez odmiany

 

 Brzuch burczał od dłuższego czasu, ale Dawid nauczył się go ignorować.

Ignorować brzuch czy burczenie?

 

Mam problem z rozmową w kuchni. W podróży są już od jakiegoś czasu, w konkretnym celu, a rozmawiają o tym wszystkim, co się wokół nich dzieje, jakby po raz pierwszy. Taka ekspozycja kojarzy mi się zawsze z tym kawałkiem 

 

“Wszyscy natychmiast stawić się na mostku na odprawę!” ryczał głos Bhatta, kapitana statku.

Niepotrzebne, bo bylo już info, że Bhatt jest kapitanem

 

Ogon, długi jak całe ciało, wyglądał jakby był częścią spadającej gwiazdy, błyskając karmazynem, lazurem, burgundem oraz seledynem. Przez chwilę wyglądał jakby był zupełnie płaski, jakby egzystował jedynie w dwóch wymiarach, by potem zafalować i przejść do trzech. Dawid, ukryty za młodą wierzbą, wstrzymał oddech, czując jak łzy zapełniają mu oczy.

Powtórzenia (wgl przez cały tekst przewija się dużo tych jak/jakby – czasem je trudno zastąpić, ale trzeba tępić :))

 

Ksenio

Kseniu

 

– Przewidziało mi się – powiedział w końcu Dawid, choć wyraźnie czuł jak się czerwieni a szczęka zaciska.

czegoś tutaj zabrakło

 

Wymknął się wtedy na dach gospodarczego, choć mama zabraniała mu tam wchodzić.

tu też

 

Prychnął, zmełł rysunek w dłoniach i wyrzucił.

Zmielił go w dłoniach? Czy zmiął?

 

Bywały chwile kiedy zaczynał wątpić w swoje działania, a im starszy się stawał, tym łatwiej było mu zgonić całą sytuację na wyobraźnię.

takie potoczne to bardzo

 

Chłopak nie wiedział, czy to, co dostrzegł w kocich ślepiach było radosnym ognikiem czy zwykłym przywidzeniem, jednak zaraz Kocur skoczył do góry i ruszył przed siebie, prosto w kosmos.

Dawid drżącymi rękami nastawiał ostrość teleskopu i śledził Kocura. Ten pomknął, odbijając się od pustki, w stronę Marsa. Powoli znikał z oczu chłopaka, a amatorski sprzęt tracił zasięg.

Gdy postać Kocura już prawie straciła ostrość, ten odwrócił się i puścił w stronę chłopaka oczko. Tak, Dawid, był tego pewien, naprawdę to zrobił!

 

powtórzenia

 

Wszystko, albo nic!

bez przecinka 

 

Wszystko, albo nic! – krzyknął.

– Pamiętasz te wszystkie reakcje, gdy opowiadałeś ludziom o Kocurze? Jak oni wszyscy mogliby się mylić?

powtórzenia

 

– Bo kto się nim interesuje? Mały księżyc, nawet bez konkretnego kształtu…

 

Kształtu Fobos raczej nie zmienia, więc jest on konkretny. 

 

Dawid mógł już rozpoznać żenujący wizerunek bawiących się kociaków namalowany na drewnie.

czemu żenujący

 

Gdy porządnie się zdenerwują, potrafią nawet zmienić orbitę! Wiesz, do czego to może doprowadzić?

to zdanie sugeruję, że już takie wydarzenie miało miejsce, może zamiast tego tryb przypuszczający – mogłyby nawet zmienić orbitę.

 

– Radzę się pospieszyć. Bez nas cały układ Słoneczny runie. – odezwał się głosik.

bez kropki po runie 

 

Z uwag tyle. Opko przyjemne, lekkie, co sugerował już tytuł. Tekst mógł troszkę dłużej poleżeć, to pewnie sama byś wyłapała kilka błędów powyżej, ale pomimo tego czytało się nieźle.

 

Pozdrawiam

OG

 

 

 

Sympatyczne, wesołe podejście. Trochę nietypowe, ludzkość obstawiała SF, a tu nieoczekiwana zmiana miejsc, bo tak.

Trochę nie widać, co by się stało, gdyby Dawid nie zdążył. Przecież Bastian nie umierał ani nic. Dlaczego nie mógł kontynuować warty?

Ciekawam, jak Wenus i Neptun zdołały/zdołali rozkręcić ten romans. Oczywiście, że można kochać się na odległość, ale pod warunkiem, że odległość jest mniejsza od długości. ;-)

Rudowłosa rosjanka i ciemnoskóra amerykanka,

Ej! Rozumiem, że ruskich ostatnio nikt nie lubi, a amerykanka może być meblem, ale jednak ortografia wolałaby w tym wypadku duże litery.

Neptun był ledwie małą kropką, jednak nawet stąd wyglądał inaczej niż zwykle. Ciągle zmieniał kolory, by za chwilę skurczyć się, po czym znów rozpęcznieć. Nie potrafił tego określić, ale czuł cały Układ Słoneczny jak własne członki,

Co jest podmiotem pod koniec i dlaczego Neptun?

Babska logika rządzi!

Hej krarze!

 

3P dla Ciebie: Pozdrawiam, Polecam do biblioteki i Powodzenia w konkursie!

Miło mi <3

 

Wielkie dzięki za betę, odwiedziny i kliczka!

 

Hej OldGuard!

 

Ależ wyłapałaś baboków. Jednak nie ze wszystkimi się zgodzę ;P

 

Ignorować brzuch czy burczenie?

Brzuch, bo jest “go” a jeśli byłoby burczenie, byłoby “je”.

 

Mam problem z rozmową w kuchni. W podróży są już od jakiegoś czasu, w konkretnym celu, a rozmawiają o tym wszystkim, co się wokół nich dzieje, jakby po raz pierwszy. Taka ekspozycja kojarzy mi się zawsze z tym kawałkiem 

Ach, całkiem to możliwe, wybacz.

 

czegoś tutaj zabrakło

Czego? Szczęka się zaciska, co tu dodawać? Chyba, że przecinka po czerwieni, to się zgodzę xD

 

takie potoczne to bardzo

Staram się ogarnąć deep pov, to dlatego ;P Nwm czy to dobrze jeszcze, niektórzy lubią, inni nie.

 

Kształtu Fobos raczej nie zmienia, więc jest on konkretny. 

Konkretny, chodziło mi, że określony. Fobos jest dość mały i nie ma kształtu elipsoidy.

 

 czemu żenujący

Bo go żenował ;) W deep pov starasz się wartościować, żeby być bliżej bohatera ;)

 

to zdanie sugeruję, że już takie wydarzenie miało miejsce, może zamiast tego tryb przypuszczający – mogłyby nawet zmienić orbitę.

Bo miało, ale w innych układach.

 

Dzięki za odwiedziny i tak porządne przeczytanie tekstu ;)

 

Hej Finklo!

 

Trochę nie widać, co by się stało, gdyby Dawid nie zdążył. Przecież Bastian nie umierał ani nic. Dlaczego nie mógł kontynuować warty?

Gdyby nie zdążył, Neptun wyleciałby z orbity, wpadł w pole grawitacyjne innej planety i po ptokach ;)

Nie mógł, bo był stary i nie domagał, ale faktycznie, można by to lepiej umotywować.

 

Ej! Rozumiem, że ruskich ostatnio nikt nie lubi, a amerykanka może być meblem, ale jednak ortografia wolałaby w tym wypadku duże litery.

Czyli miałam dobrze, poprawiłam na źle xD

 

Co jest podmiotem pod koniec i dlaczego Neptun?

Ajć, poprawiam!

 

Dzięki za klika, komentarz i odwiedziny! ;)

Oki, włączam tryb dyskusja ^^

 

Ignorować brzuch czy burczenie?

Brzuch, bo jest “go” a jeśli byłoby burczenie, byłoby “je”.

Tak, wiem, do czego się to odnosiło, ale pytanie brzmi: ignorował brzuch czy burczenie? Jeśli brzuch, to dlaczego, skoro ignorował oznaki głodu, czyli burczenie ;)

 

Staram się ogarnąć deep pov, to dlatego ;P Nwm czy to dobrze jeszcze, niektórzy lubią, inni nie.

Oki, ma to sens, tylko pojedyncza wrzutka to nie jest jeszcze deep pov, zabrakło mi konsekwencji 

 

Konkretny, chodziło mi, że określony. Fobos jest dość mały i nie ma kształtu elipsoidy.

tak, wiem, że było to użyte jako synonim, tylko nadal – jeśli Febos ma jakiś kształt, który się nie zmienia, to znaczy, że jest określony ;)

 

Ok, resztę argumentów pokornie uznaję ;) 

Tak, wiem, do czego się to odnosiło, ale pytanie brzmi: ignorował brzuch czy burczenie? Jeśli brzuch, to dlaczego, skoro ignorował oznaki głodu, czyli burczenie ;)

Bo to brzuch wysyła sygnały, tak jak ignoruję kogoś, a nie dźwięki które wydaje. 

 

Oki, ma to sens, tylko pojedyncza wrzutka to nie jest jeszcze deep pov, zabrakło mi konsekwencji 

Gdyż staram się ogarnąć ;) I nie, dalej było o żenujących obrazkach i możliwe, że jeszcze coś by się znalazło, ale mistrzem deep pov nie jestem ;P

 

tak, wiem, że było to użyte jako synonim, tylko nadal – jeśli Febos ma jakiś kształt, który się nie zmienia, to znaczy, że jest określony ;)

Kurczę, teraz nie wiem. Chodziło o to, że ciężko go opisać, ale w szumie, Fobos, ma kształt Fobosa, a to już coś konkretnego. Chyba muszę zasięgnąć języka.

 

Ok, resztę argumentów pokornie uznaję ;) 

Pokornie dziękuję, za wskazanie tych, które jednoznacznie były błędami ;P 

 

 

To może kształt regularny albo typowy?

Edytka: albo napisz wprost, że ma kształt ziemniaka.

Babska logika rządzi!

To może kształt regularny albo typowy?

Ok, mamy zwyciężczynię. Tak będzie bezpieczniej ;)

 

Edytka: albo napisz wprost, że ma kształt ziemniaka.

 to chyba jeszcze lepsze xDD

kształt DHBW

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Ciekawe, przyjemne w odbiorze opowiadanie, bardzo dobry pomysł z tymi kosmicznymi zwierzakami, choć jako uniwersalne poprawiacze humoru koty wydają mi się bardziej ryzykowne niż psy, bo mają dość niezależny charakterek i nie każdego polubią i pomogą. Ale to skrzywienie niepoprawnej psiary pewnie hah.

Co do pisowni z małej wyłapałam jeszcze hindusa, o ile pamiętam jeśli nie miałaś na myśli wyznawcy hinduizmu, tylko chodziło o narodowość, to też z wielkiej. BTW, wyobraziłam sobie kapitana jako pijanego wujka który zbytnio się opalił pieląc pomidory na działce. Zrobiło mi to dzień :)

Główny bohater też mi podszedł, lubię takich pasjonatów skupionych na jednym celu.

Hej Jeremio!

 

Miło mi, że wpadłaś i jeszcze milej, że tekst Ci się spodobał ;)

 

choć jako uniwersalne poprawiacze humoru koty wydają mi się bardziej ryzykowne niż psy

Kosmiczne koty jakoś bardziej do mnie przemawiają niż psy, to dlatego ;P

 

BTW, wyobraziłam sobie kapitana jako pijanego wujka który zbytnio się opalił pieląc pomidory na działce. Zrobiło mi to dzień :)

Tym bardziej mnie to cieszy!

Koty. <3

Fajny tekst, taki niespodziewanie optymistyczny. Tylko dobór narodowości członków załogi wydał mi się trochę sztampowy – wiem, że w takich fabułach pasuje wybierać bohaterów pochodzących z krajów, które miały własny program kosmiczny, ale jakoś skojarzyło mi się to z amerykańskimi filmami, w których postacie są z państw, o których słyszał przeciętny Amerykanin.

Ale to tylko takie moje przemyślenia, ogólnie mi się podobało.

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

Hej SNDWLKR!

 

Koty. <3

<3

 

Tylko dobór narodowości członków załogi wydał mi się trochę sztampowy – wiem, że w takich fabułach pasuje wybierać bohaterów pochodzących z krajów, które miały własny program kosmiczny, ale jakoś skojarzyło mi się to z amerykańskimi filmami, w których postacie są z państw, o których słyszał przeciętny Amerykanin.

Akcja dzieje się w niedalekiej przyszłości, więc zapewne wiele pod względem kosmonautyki się nie zmieniło. Stąd też narodowości ;P

 

Ale to tylko takie moje przemyślenia, ogólnie mi się podobało.

Bardzo się cieszę, dzięki za odwiedziny i komentarz!

 

Слава Україні!

xD Kocham

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Cieszę się, bo długo zajęło mi wycinanie tego kocura:P

Слава Україні!

Jak tworzyłam Kocura to myślałam o tym kocie właśnie, więc idealnie trafione ;P

Ja wciąż mam wizję, że chodziło o NyanCata…

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Gdyby nie ty, Barb, nie domyśliłabym się, że to może być NyanCat, ale teraz to wydaje się takie oczywiste xD

Pomysł sam w sobie, bardzo ciekawy. Wszystkie elementy idealnie z sobą współgrają, i nawet kot stróż nie boli, a muszę przyznać, że koty dla mnie są ideałem wyjątkowo przemyślanego egoizmu. 

Z drugiej strony czy opanowanie szalejących planet, po to by nie zniszczyły swymi humorami całego układu nie jest dobrze pojętym egoizmem? 

No, kurcze, zdecydowanie poprawiłaś mi humor Twoim kocurem, aż mi się gębula uśmiechnęła. Do uspokajanie koty nadają się doskonale. Co prawda mają swoje humorki, ale kiedy widzą, że ktoś ich potrzebuje, dają z siebie wszystko ;)

Bardzo fajny pomysł, zupełnie odbiegający od tego, czego wszyscy spodziewali się po konkursowych opkach. Dobrze napisany, dobrze przemyślany, z dobrym zakończeniem. Głosik mi się podobał. Leny mi szkoda, nie wie, głupia, co straciła. Planety z humorkami – rozbrajające. Romans Neptuna z Wenus mnie rozbawił, choć zastanawiam się, jak oni romansowali tak na odległość.

Generalnie bardzo fajne opko. I cieszę się, że jeszcze zdążę kliknąć :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej MPJ 78!

 

Pomysł sam w sobie, bardzo ciekawy. Wszystkie elementy idealnie z sobą współgrają, i nawet kot stróż nie boli, a muszę przyznać, że koty dla mnie są ideałem wyjątkowo przemyślanego egoizmu. 

W takim razie bardzo mnie to cieszy ;) I za ostro oceniasz koty, one potrafią być miłe (jak chcą ;P).

 

Z drugiej strony czy opanowanie szalejących planet, po to by nie zniszczyły swymi humorami całego układu nie jest dobrze pojętym egoizmem? 

Czemu miałoby być egoizmem?

 

Dzięki że wpadłeś ;)

 

 

Hej Irko!

 

No, kurcze, zdecydowanie poprawiłaś mi humor Twoim kocurem, aż mi się gębula uśmiechnęła. Do uspokajanie koty nadają się doskonale. Co prawda mają swoje humorki, ale kiedy widzą, że ktoś ich potrzebuje, dają z siebie wszystko ;)

To dla mnie najważniejsze ;)

 

Bardzo fajny pomysł, zupełnie odbiegający od tego, czego wszyscy spodziewali się po konkursowych opkach.

Bardzo lubię łamać konwencje i unikać najbardziej oczywistej drogi ;) Zobaczymy, czy wyjdzie mi to na dobre ;D

 

Dobrze napisany, dobrze przemyślany, z dobrym zakończeniem. Głosik mi się podobał.

Och heart

 

Leny mi szkoda, nie wie, głupia, co straciła.

Mogła być kotem i do końca życia fascynować się spychaniem przedmiotów z półek ;)

 

Romans Neptuna z Wenus mnie rozbawił, choć zastanawiam się, jak oni romansowali tak na odległość.

No wiesz, kiedy oboje byli jeszcze kosmicznym pyłem…

 

Generalnie bardzo fajne opko. I cieszę się, że jeszcze zdążę kliknąć :)

Bardzo dziękuję więc za klika, odwiedziny i komentarz! <3

Hej, Gruszel!

 

Pomarudzę, bo przecież kto nie marudzi, ten nie żyje.

Asteryski masz raz pomiędzy dwoma pustymi linijkami, raz pusta linijka jest nad, a czasami pustych linijek brak i gwiazdka zlewa się z tekstem. Ja jestem asteryskowym freak’iem, stąd zwracam uwagę :P

Dawid nabrał tchu i zastygł. Wszystkie mięśnie napięły się w oczekiwaniu, jedynie serce przyspieszyło.

 Dawid wstał powoli

Taka powtórka, moim zdaniem drugi Dawid jest niepotrzebny, albo można go zamienić na “chłopak”.

Kot zamiauczał cicho, po czym skoczył w górę i odbijając się od powietrza jak od poduszki, powędrował w górę, zlewając z gwiazdami.

I chwilę później taka powtórka

 

 – Powtórzę jeszcze raz, bo tutaj słowa mają inny wydźwięk niż na Ziemi – mówił Bhatt, podstarzały Hindus który jakimś cudem został kapitanem statku. – Żadnego alkoholu, używek ani intymnych relacji! Jesteśmy profesjonalistami i tak mamy się zachowywać. Zrozumiano?

 Piątka załogantów niechętnie mruknęła coś w stylu:

W wielu miejscach, tak jak tu, ale teżprzy powtórce z Dawidami masz zbędne spacje przed akapitami. Jak robisz wcięcia akapitowe w wordzie (czy innym programie)? Linijką na górze, czy tabulatorem? Bo może to jest przyczyną.

 Piątka załogantów niechętnie mruknęła coś w stylu

Dawid, Lena, Ksenia, Kate i Bhatt – kogoś pominąłem? W takim razie odpowiedziałaby jedynie czwórka załogantów, bo kapitan sam do siebie nie powie “Tak jest” :P

Monika. No tak, był w nią umówiony

z nią

a amatorski sprzęt tracił zasięg.

Gdy postać Kocura już prawie straciła ostrość,

powtórka

– O(+,) Boże…

przecinek

– Poczekaj! - znowu głosik.

na środku dywiz zamiast półpauzy

– One na ciebie czekają. – Głosik nie ustępował. To co robisz jest samolubne.

Zapis wypowiedzi “głosiku” jest trochę dziwny – Najpierw jest półpauca, wypowiedź, potem opis, a po kropce leci dalsza część wypowiedzi – to trochę mylące.

Potem się już nie przyda. Gdy znajdował się już zupełnie blisko

powtórka

Dawid mógł już rozpoznać żenujący wizerunek bawiących się kociaków namalowany na drewnie.

Ej, dlaczego żenujący?

Wciąż nerwowo miętosił koszulkę, ale chociaż nie krzyczał.

“chociaż” mi tu zgrzyta – lepiej “przynajmniej”, albo…. “bynajmniej” <evil_laugh>

 

Z marudzeństwa jeszcze dodam, że dialog tłumaczący głosik wyszedł skrótowo i infodump’owo.

 

A teraz pochwały, a jakże!

Ależ to było przyjemne i wciągające! Od pierwszych słów (a nawet od tytułu!) mówisz w jakiej konwencji jest tekst i trzymasz się tego bardzo konsekwentnie. A jest nie do końca poważnie, ale też nie infantylnie, czy dziecinnie.

Tajemnica Kocura wciąga od samego początku, a do tego fajnie budujesz relacje między postaciami. Lena wyszła świetnie. No i obowiązkowy w konkursie homoromans :P choć tutaj bym się zastanowił nad wycięciem Kate, bo robi głównie za tło.

Motyw Planet jak dla mnie świetnie uchwycony i to nie przez pryzmat science-fiction, a przez taką gwiezdną fantasy. Jurko mają pewnie na to swoje spojrzenie, ale mi bardzo to przypadło do gustu pod kątem konkursu.

W ogóle, to napisane bardzo fajnie. Czytałem na dwie-trzy raty, ale szedłem przez tekst płynnie. Naprawdę solidna robota.

Nie jest to może tekst, w którym zawarłaś jakieś przemyślenia o życiu, zastanawiam się na ile go zapamiętam. Myślę, że jakoś mocno w głowie siedzieć nie będzie, żebym budził się w nocy z Kocurem przed oczami, ale z pewnością jak mi się przypomni za pół roku, to pod nosem się uśmiechnę :)

Nie dziwota, że szybciutko wpadł do biblio, jak na taką objętość :)

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej Krokusie!

 

Ależ baboli ;)

 

Asteryski masz raz pomiędzy dwoma pustymi linijkami, raz pusta linijka jest nad, a czasami pustych linijek brak i gwiazdka zlewa się z tekstem. Ja jestem asteryskowym freak’iem, stąd zwracam uwagę :P

Racja, coś musiało się popsuć ;V Albo to ja popsułam?

 

W wielu miejscach, tak jak tu, ale teżprzy powtórce z Dawidami masz zbędne spacje przed akapitami. Jak robisz wcięcia akapitowe w wordzie (czy innym programie)? Linijką na górze, czy tabulatorem? Bo może to jest przyczyną.

Zazwyczaj siedzę na docsie, bo skończyła mi się licencja i mam tylko writera, a już docs lepszy xD No i robię tabem, ale techniczne trochę leżę i kwiczę ;P

 

Dawid, Lena, Ksenia, Kate i Bhatt – kogoś pominąłem? W takim razie odpowiedziałaby jedynie czwórka załogantów, bo kapitan sam do siebie nie powie “Tak jest” :P

Och, wygrzebałeś całą ciekawą historię załoganta widmo. A więc, usiądź wygodnie, zaparz sobie kawę i laciemy!

Była ciemna, grudniowa noc, gdy John złożył aplikację. Sam w siebie nie wierzył, jego rodzice też nie, ale byli bogaci, więc po prostu zasponsorowali kosmiczną ekspedycję w nadziei, na wystrzelenie krnąbrnego syna w kosmos. Udało się, John był na pokładzie. Niestety, po drodze przystanęli w maczku a John skoczył do toalety i odfrunęli bez niego.

Niesamowite, Krokusie, że udało Ci się odblokować sekretną historię załoganta widmo!

W bonusie dostajesz prawdę: John nie miał zastosowania, więc w którymś momencie go usunęłam. Jak widać, nie do końca, bo John wciąż nawiedza ten tekst xD

 

 

Z marudzeństwa jeszcze dodam, że dialog tłumaczący głosik wyszedł skrótowo i infodump’owo.

Infodumpów trochę tu było ;P

 

Nie jest to może tekst, w którym zawarłaś jakieś przemyślenia o życiu, zastanawiam się na ile go zapamiętam.

Jeśli o to chodzi, powiem co miałam na myśli pisząc Kocura ;P

Całość w podsumowałam w końcówce:

 

Historię piszą zwycięzcy? Bzdura! Historię pisze ten, kto akurat ma pod ręką pióro, a że najczęściej to właśnie zwycięzcy, to już temat na inną historię.

Czyli chodziło mi o to, że prawda nie zawsze się przebije, a ludzie słuchają tego, kto akurat stoi przy mikrofonie/głośniej krzyczy ;P I tak samo ludzie usilnie nie chcą wierzyć w coś, co zniszczyłoby im światopogląd i kazało wyjść ze swojej informacyjnej bańki. Przecież wszyscy Kocura widzieli, ale nikt nie zauważał. Tak samo Lena, która przecież również była kandydatką na Kota Stróża, dobrze o nim wiedziała, a mimo to, gdy znalazła się pośród ludźmi, odwróciła głowę nie chcą widzieć. Wiedziała, że skończy jak Dawid i uznają ją za szaloną, więc nawet przed sobą udawała, że Kota nie ma.

Pod koniec przecież cało załoga widzi Kocura, a mimo to, mimo posiadania dowodów dosłownie tuż przed nosem, wybierają kłamstwo. Jak często widzimy to w naszej rzeczywistości, czy to w sprawach religijnych, czy politycznych, czy jeszcze innych. Ludzie po prostu nie lubią zmieniać zdania.

 

Ok, napisałam się ;P

Dzięki za obszerny komentarz i wizytę!

 

 

Niesamowite, Krokusie, że udało Ci się odblokować sekretną historię załoganta widmo!

Ma się ten skill cool

Infodumpów trochę tu było ;P

no właśnie nie, choć to zawsze kwestia tego, co uważasz za infodump – dla mnie jest wtedy, jak stajesz przed koniecznością wyłożenia jakichś informacji czytelnikowi prosto z mostu i wychodzi to nienaturalnie. W moim odczuciu infodumpem był właśnie dialog z głosikiem, a reszta poszła gładko i naturalnie.

Pod koniec przecież cało załoga widzi Kocura, a mimo to, mimo posiadania dowodów dosłownie tuż przed nosem, wybierają kłamstwo. Jak często widzimy to w naszej rzeczywistości, czy to w sprawach religijnych, czy politycznych, czy jeszcze innych. Ludzie po prostu nie lubią zmieniać zdania.

W zasadzie, to tak – w tym tekście widać to bardzo dobrze. Ja chyba przyjąłem to już za tak naturalną część żyćka, że nie odcisnęło już żadnego piętna na mym zdegenerowanym umyśle…. ech…. :(

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

W zasadzie, to tak – w tym tekście widać to bardzo dobrze. Ja chyba przyjąłem to już za tak naturalną część żyćka, że nie odcisnęło już żadnego piętna na mym zdegenerowanym umyśle…. ech…. :(

Możliwe, że jednak powinnam bardziej to wyeksponować ;P No i też nie jest to jakieś bardzo oryginalne czy ciekawe przemyślenie, że prawda nie jest istotna przy tym, co wszyscy wierzą. Pisał o tym już Orwell, a i pewnie ktoś duuużo, dużo wcześniej, więc pewnie trochę się spóźniłam z tą moją rewolucyjnością xD Raczej klepię banały ;P

Nowa Fantastyka