- Opowiadanie: kronos.maximus - Sygnał SOS

Sygnał SOS

Tekst luźno in­spi­ro­wa­ny wy­kła­dem An­drze­ja Dra­ga­na o ta­chio­nach.

 

Dzię­ku­ję be­tu­ją­cym: Asy­lum, za po­pra­wie­nie stylu i struk­tu­ry tek­stu. Em­li­sien, za zniu­an­so­wa­nie po­ka­zy­wa­nej hi­sto­rii i bo­ha­te­rów. Fmsdu­va­lo­wi, za wska­za­nie, w któ­rych miej­scach tekst wy­ma­gał upłyn­nie­nia.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Sygnał SOS

– Liam, nie mo­że­my ich… – Głos Hanny ledwo prze­bi­ja się przez wycie alar­mu.

– Nie mamy wyj­ścia. – Zer­kam ner­wo­wo na parę Ko­re­ań­czy­ków, upew­nia­jąc się, że ni­cze­go nie po­dej­rze­wa­ją.

– Przy­le­cie­li pomóc, ska­fan­dry na­le­żą do nich.

– Oni albo my.

– Liam… to lu­dzie, tacy sami jak my, to bę­dzie… – Słowo “mor­der­stwo” nie chce jej przejść przez usta. Wiem, że to ni­skie, ale je­stem gotów zro­bić wszyst­ko, aby tylko ura­to­wać wła­sną skórę. Han­na pa­trzy mi w oczy. – Bar­dzo boisz się śmier­ci?

– Ty nie? Po­myśl o swo­ich cór­kach – pra­wie krzy­czę, wzbu­dza­jąc po­dej­rze­nia Ko­re­ań­czy­ka. Uspo­ka­jam go uśmie­chem, ści­szam głos. – Mu­si­my zde­cy­do­wać, w tej se­kun­dzie, albo oni to zro­bią.

Przy­myka oczy. Chcia­ła­by, żeby po ich otwar­ciu wszyst­ko oka­za­ło się złym snem. Zga­dza się ski­nie­niem głowy.

Ap­tecz­ka Ko­re­ań­czy­ków stoi otwar­ta tuż obok, wy­star­cza­ją­co cięż­ka, żeby ogłu­szyć. Kiedy facet się od­wra­ca, się­gam ukrad­kiem po skal­pel.

 

***

 

Dy­żur­ny nie za­pu­kał. Szyb­kim kro­kiem prze­mie­rzył ga­bi­ne­t kie­row­ni­ka sek­cji ra­tun­ko­wej Cen­trum Kon­tro­li Lotów. Zo­sta­wił za sobą otwar­te drzwi. Włą­czył pro­jek­cję, wska­zał ciągi zna­ków i nie­re­gu­lar­ny wy­kres:

– Do­sta­li­śmy sy­gnał SOS!

Sie­dzą­cy przy biur­ku sześć­dzie­się­cioletni męż­czy­zna spoj­rzał na pod­wład­ne­go zmę­czo­nym wzro­kiem. Był po­nie­dzia­łek rano, wła­śnie za­ma­wiał bi­żu­te­rię dla ko­chan­ki i wtar­gnię­cie dy­żur­ne­go było dla niego jak zimny prysz­nic.

– Kto wy­słał sy­gnał?

– Wła­śnie, cho­dzi o to, że… iden­ty­fi­ka­tor stat­ku nie daje się od­ko­do­wać.

– Jak to “nie daje się od­ko­do­wać”? Suma kon­tro­l­na sy­gna­łu się zga­dza?

Pod­wład­ny przy­tak­nął.

– To iden­ty­fi­ka­tor musi być do od­czy­ta­nia, po­sta­raj­cie się bar­dziej. A co z lo­ka­li­za­cją?

– Sy­gnał wy­sła­ny był sied­mio­krot­nie, z Ga­ni­me­de­sa.

– Jo­wisz?! Prze­cież tam mało kto lata – zdzi­wił się kie­row­nik. – Je­że­li to sta­tek mi­li­tar­ny, to nie nasza spra­wa.

– Kod SOS jest cy­wilny, cer­ty­fi­ko­wa­ny. – Dy­żur­ny nie dawał za wy­gra­ną.

– W takim razie to stat­ek ba­daw­czy. Kręcą się tam, wier­cą w każ­dej pie­przo­nej skale, robią eks­pe­ry­men­ty z cho­le­ra wie czym. Ponoć kom­bi­nu­ją coś z neu­tri­na­mi w ma­gne­tos­fe­rze. Ta cie­ka­wość kie­dyś zgubi ludz­kość, dy­żur­ny. Wie­cie, ile razy mo­ment ma­gne­tycz­ny Jo­wi­sza jest sil­niej­szy od ziem­skie­go?

– Sto?

– Dużo wię­cej, dy­żur­ny, do­edu­kuj­cie się. – Kie­row­nik uśmiech­nął się. Zmie­sza­na mina pod­wład­ne­go była pre­zen­tem w po­nie­dział­ko­wy ranek. Młody, nad­gor­li­wy, nie­wie­le jesz­cze wie o eto­sie pracy.

Po­wró­cił do za­ku­pów. Otwo­rzył okien­ko z nową ko­lek­cją bły­sko­tek sieci Lau­ren­ca Graf­fa: kol­czy­ki, branso­le­ty, na­szyj­nik. Nie od­wra­ca­jąc oczu od mo­ni­to­ra za­py­tał:

– A spraw­dzaliście cen­tral­ny re­jestr?

– Tak. Ofi­cjal­nie żaden sta­tek nie za­gi­nął, nie ma też zgło­szeń.

– No wi­dzi­cie, dy­żur­ny, po­stą­pi­my zatem zgod­nie z pro­ce­du­rą, która…

Za­wie­sił głos, bo jego uwagę przy­ku­ła atrak­cyj­na cena kolii z po­dwój­nym, bry­lan­to­wym mo­ty­lem. Klik­nął i wy­obra­ził sobie pół­na­gą Sarę przy­mie­rza­ją­cą bi­żu­te­rię przed lu­strem. Od­ru­cho­wo przy­gła­dził gęstą brodę, z któ­rej był dumny. Gdyby nie pie­nią­dze, kil­ka­na­ście lat spę­dzo­nych w cen­trum na Mar­sie za­li­czył­by do stra­co­nych. Na szczę­ście do za­słu­żo­nej eme­ry­tu­ry po­zo­sta­ło mu nie­wie­le. Spę­dzi ją na Ziemi, z Sarą, nie my­śląc o ni­czym.

Pora za­koń­czyć spra­wę z rze­ko­mym sy­gna­łem SOS:

– Bez iden­ty­fi­ka­to­ra nie mamy obo­wiąz­ku wy­słania ekipy ra­tun­ko­wej. Ale mu­si­my dać znać jed­nost­kom znaj­du­ją­cym się naj­bli­żej źró­dła sy­gna­łu.

Dy­żur­ny zro­bił zbli­że­nie trój­wy­mia­ro­wej mapy. Wle­pił wzrok w dwa nie­bie­skie pik­se­le, które po­wo­li po­ru­sza­ły się wraz z to­wa­rzy­szą­cy­mi im pa­ra­me­tra­mi.

– Naj­bli­żej Ga­ni­me­de­sa są dwa stat­ki, “Hope” oraz “Sido“. Pierw­szy ame­ry­kań­ski, drugi pół­noc­no­ko­re­ań­ski i zdaje się, że… – za­wie­sił głos, wczy­tu­jąc się w drob­ne li­te­ry na wy­świe­tla­czu. – Tak jak pan mówił, oba ba­daw­cze.

– To na co cze­ka­cie, dy­żur­ny? Daj­cie im znać, niech lecą.

Kie­row­nik wrzu­cił na­szyj­nik z mo­tyl­ka­mi do za­ku­po­we­go ko­szy­ka i z ucie­chą ude­rzył dłoń­mi o uda, jakby wła­śnie roz­wią­zał skom­pli­ko­wa­ne su­do­ku. W tym samym mo­men­cie sys­tem po­in­for­mo­wał, że do­kład­nie to za­mó­wie­nie zo­sta­ło zre­ali­zo­wa­ne przez niego kilka go­dzin wcze­śniej. Zdzi­wio­ny uniósł brwi. Co u licha? Ko­rzy­sta­jąc z pół­otwar­tych drzwi, wy­chy­lił się zza mo­ni­to­rów i krzyk­nął:

– Czy ktoś mi przy­nie­sie tę cho­ler­ną kawę?!

 

***

 

Zmo­dy­fi­ko­wa­łem kurs “Hope”, kie­ru­jąc nas na Ga­ni­me­de­sa. Swoją drogą, cie­ka­we kto się tam za­pu­ścił? Nie moja spra­wa, do­sta­li­śmy po­le­ce­nie z Cen­trum Kon­tro­li, to le­ci­my. Kor­po­ra­cja otrzy­ma po­kaź­ny zwrot kosz­tów, a my pre­mię. Trak­tu­ję to jak przy­go­dę, zmia­nę nud­nej co­dzien­no­ści wi­sze­nia na or­bi­cie Jo­wi­sza i ru­ty­no­wej ana­li­zy pró­bek.

Wy­sła­li też Ko­re­ań­czy­ków. Trud­no co­kol­wiek o nich po­wie­dzieć na pod­sta­wie pię­cio­mi­nu­to­we­go po­łą­cze­nia wideo, za­aran­żo­wa­ne­go w celu ko­or­dy­na­cji kur­sów. Nie spy­ta­łem nawet nad czym pra­cu­ją. Facet mruk, a ko­bie­ta chyba by­stra. Zu­peł­nie jak u nas.

Re­lak­su­ję się przy pa­ne­lu for­te­pia­nowym, ro­biąc prze­rwy na są­cze­nie po­żyw­ki z wi­ta­mi­na­mi. “Träume­rei” Schu­mmana zwy­kle wpro­wa­dza mnie w ro­dzaj hip­no­tycz­nej za­du­my, ale tym razem dzia­ła orzeź­wia­ją­co. Gra­nie przy­cho­dzi mi bez wy­sił­ku, palce bie­gną po kla­wia­tu­rze swo­bod­nie, dawno nic nie spra­wia­ło mi ta­kiej fraj­dy.

Han­na sie­dzi od dwóch go­dzin na most­ku i pró­bu­je roz­ko­do­wać sy­g­nał SOS. Skoro ob­słu­ga cen­tra­li nie od­czy­ta­ła iden­ty­fi­ka­to­ra, szan­se, że jej się uda są zni­ko­me. A jed­nak! Wsta­je znad pul­pi­tu z ołów­kiem w ręku, unosi brew i pa­trzy na mnie re­zo­lut­nie. Tak zwy­kle spo­glą­da, gdy do­ko­na­ cze­goś, co innym zda­wa­ło się nie­moż­li­we. Albo gdy utrze komuś nosa. Nie do­ce­ni­łem jej in­te­li­gen­cji albo prze­ce­ni­łem moż­li­wo­ści cen­tra­li. Przy­wo­łu­je mnie ręką.

– Nie uwie­rzysz… to ci Ko­re­ań­czy­cy, lu­dzie z “Sido”!

– Wy­sła­ni wraz z nami na ra­tu­nek?

– Zo­bacz sam.

We­ry­fi­ku­ję jej ob­li­cze­nia, raz, drugi, mija tro­chę czasu, wszyst­ko się zga­dza. Iden­ty­fi­ka­tor stat­ku “Sido” jest au­ten­tycz­ny, nie ma mowy o po­mył­ce.

– Po­wiedz… – Puls mi przy­spie­sza. – Jak to moż­li­we, że nadaw­cą sy­gna­łu SOS jest jed­nost­ka wy­sła­na wraz z nami na ra­tu­nek?

Hanna nagle milk­nie, spo­glą­da ponad moje ramię. Jej źre­ni­ce roz­sze­rza­ją się, jak przy­sło­na obiek­ty­wu przy zmia­nie na­świe­tle­nia. Od­wra­cam się i do­strze­gam pio­no­wy walec świa­tła, o pół­me­tro­wej śred­ni­cy, się­ga­ją­cy od pod­ło­gi do su­fi­tu.

Obiekt po­wo­li prze­mie­rza prze­strzeń stat­ku, zbli­ża się do nas i stop­nio­wo zmie­nia formę. Przy­bie­ra po­stać przy­po­mi­na­ją­cą zde­for­mo­wa­ną, po­zba­wio­ną szcze­gó­łów syl­wet­kę czło­wie­ka. Wy­cią­ga w naszą stro­nę coś, co jawi nam się jako wy­dłu­żo­ne ręce. Lewą do­ty­ka mo­je­j szyi, prawą kła­dzie na gło­wie Hanny. Wszyst­ko wokół za­czy­na wi­rować, gubię po­czu­cie czasu i prze­strze­ni.

 

***

 

Puł­kow­nik nie zwykł od­bie­rać po­łą­czeń w cza­sie lun­chu. Dla dok­to­ra zro­bił wy­ją­tek, opusz­kiem palca uru­cho­mił im­plant przy uchu. Wyż­szy niż zwy­kle głos na­ukow­ca wska­zy­wał na wy­jąt­ko­wy cha­rak­ter spra­wy:

– Do­sta­li­śmy cynk z Cen­trum Kon­tro­li Lotów od na­sze­go czło­wie­ka. Ode­bra­li nie­ty­po­wy SOS z Ga­ni­me­de­sa. Agent utrzy­mu­je, że wy­stą­pi­ła in­te­rferen­cja iden­ty­fi­ka­to­rów.

– Ma to ja­kieś zna­cze­nie dla bez­pie­czeń­stwa pro­jek­tu?

– Jesz­cze to spraw­dza­my, ale ten ro­dzaj ano­ma­lii wska­zu­je na roz­her­me­ty­zo­wa­nie się mem­bra­ny Do­ho­ro­vit­za.

Woj­sko­wy prze­łknął ślinę.

– Od po­cząt­ku mia­łem wąt­pli­wo­ści, czy po­win­ni­ście roz­po­czy­nać ten pro­jekt.

– Za­pew­niam pana, że za­dba­li­śmy o wszel­kie nie­zbęd­ne za­bez­pie­cze­nia. Jeśli chce­my po­znać na­tu­rę ta­chio­nów i otwo­rzyć drogę do kwan­to­wej gra­wi­ta­cji, nie ma in­ne­go spo­so­bu. A neu­trina po­wi­nny po­zo­stać sta­bil­ne, nawet przy de­wia­cjach pola. Przy­ję­li­śmy duży mar­gi­nes błędu…

– Zatem, jak mogło dojść do roz­sz­czel­nie­nia?

– Nie wiemy jesz­cze, czy do cze­go­kol­wiek do­szło. Ow­szem, teo­re­tycz­nie mogła wystą­pić nie­cią­głość w di­po­lo­wym mo­men­cie ma­gne­tycz­nym Jo­wi­sza, co z kolei za­bu­rzy­ło na­tę­że­nie od­dzia­ły­wań sła­bych ato­mów mem­bra­ny. Spin któ­re­goś z neu­tri­n mógł się od­wró­cić, po­cią­ga­jąc za sobą spiny ko­lej­nych. Gdyby do tego do­szło, izo­la­cja roz­sy­pa­ła­by się jak domek z kart.

– Pro­szę mi oszczę­dzić na­uko­we­go beł­ko­tu. Czy wy­miar mógł się otwo­rzyć?

Dok­tor po­czuł się ura­żo­ny. Za­miast od­po­wie­dzieć, prze­szedł do kontr­ofen­sy­wy:

– Zdaje się, że pan mi o czymś nie po­wie­dział. Do­szły do mnie słu­chy, że w są­siedz­twie eks­pe­ry­men­tu po­ja­wił się nie­au­to­ry­zo­wa­ny obiekt.

Woj­sko­wy od­chrząk­nął.

– Istot­nie, wy­kry­li­śmy sta­tek ba­daw­czy z Korei Pół­noc­nej. Wy­sła­li­śmy ostrze­że­nie, na które nie za­re­ago­wał. Zgod­nie z pro­ce­du­rą ze­strze­li­li­śmy go.

– Czyż­by? Z tego co wiem, zdo­łał uciec. Pan jest od­po­wie­dzial­ny za bez­pie­czeń­stwo pro­jek­tu!

– Na pewno tra­fi­li­śmy, znik­nął z ra­da­rów. – Puł­kow­nik przy­jął po­sta­wę de­fen­syw­ną.

– Wiąz­ka la­se­ro­wa nie spra­wia, że obiekt roz­sy­pu­je się w pył. Nie mógł po pro­stu znik­nąć z ra­da­rów. A wy po­win­ni­ście upew­nić się…

– Znam swoje obo­wiąz­ki, dok­to­rze! Przy­zna­ję, spra­wa z ko­re­ań­skim stat­kiem jest nie­ja­sna, otrzy­ma­łem nie­spój­ne ra­por­ty…

Puł­kow­nik za­milkł. Tech­no­kra­ci i ich eks­pe­ry­men­ty! Gdy to wszyst­ko przedosta­nie się do opi­nii pu­blicz­nej… Wy­obra­ził sobie rze­sze in­flu­en­ce­rów ćwier­ka­ją­cych do setek mi­lio­nów sub­skry­ben­tów o ano­ma­liach, spi­sku i końcu świa­ta. Woda na młyn dla po­pu­li­stów. Sy­tu­acja łatwo może wy­mknąć się spod kon­tro­li, a świat cze­ka po­li­tycz­na de­sta­bi­li­za­cja. Cały Pax Sola, całe trzy­sta lat kwit­ną­cej go­spo­dar­ki mię­dzy­pla­ne­tar­nej może pójść w dia­bły.

Po­my­ślał o swo­jej eska­drze dwu­na­stu fre­gat ato­mo­wych, z któ­rych każda uzbro­jo­na była w osiem­dzie­siąt ła­dun­ków ter­mo­ją­dro­wych, po pięć­dzie­siąt me­ga­ton… Dzie­sięć mi­lio­nów ki­lo­me­trów od Jo­wi­sza, przy pręd­ko­ści stu ty­się­cy ki­lo­me­trów na go­dzi­nę, do­tar­cie tor­ped do mem­bra­ny Do­ho­ro­vit­za zaj­ęłoby… Prze­rwał kal­ku­la­cje i zwró­cił się do mil­czą­ce­go cier­pli­wie dok­to­ra:

– W razie czego po­zo­sta­je de­struk­cja tego co wy­do­sta­nie się z wy­mia­ru.

Śmiech, który usły­szał, prze­szył go do szpi­ku kości.

– Pro­szę o tym za­po­mnieć. Je­że­li do­szło do jego otwar­cia nie mo­że­my zro­bić ab­so­lut­nie nic.

 

***

 

– Han­na?

Wy­cho­dzę z sy­pial­ni tyłem, z twa­rzą zwró­co­ną do niej, jak­bym się cze­goś oba­wiał, ale nie pa­mię­tam czego. Czuję pie­ką­cy ból w oko­li­cy szyi.

Obcy tu cią­gle jest, ledwo wi­docz­ny, wy­smu­kła zjawa oscy­lu­ją­ca na gra­ni­cy re­al­no­ści. Mam wra­że­nie, że zaraz roz­pły­nie się w pla­mie kwar­ko­wych pik­se­li. Siada przy for­te­pia­nie i ude­rza świe­tli­sty­mi pal­ca­mi w kla­wi­sze. Roz­po­zna­ję ten utwór, ka­wa­łek Schu­man­na, lecz nie­któ­re dźwię­ki brzmią ina­czej. Me­lo­dia ma dziw­ną kon­sy­sten­cję, wi­bru­je, wpro­wa­dza w hip­no­zę. Nuty na­bie­ra­ją zna­cze­nia, są jak li­te­ry, skła­da­ją­ce się w wia­do­mość:

– Prze­móż ciało i wy­zwól się z cyklu.

Obcy unosi nad kla­wia­tu­rę długą dłoń, za­koń­czo­ną wą­ski­mi pal­ca­mi. Wska­zu­je kie­ru­nek – Ga­ni­me­des.

 Zle­cam przy­bli­że­nie. Z su­fi­tu opusz­cza się ramię z gru­bym oku­la­rem. Przy­kła­dam oczy do szkła, kie­ru­ję sen­so­ry w stro­nę wska­za­ną przez ob­ce­go, ale nic nie do­strze­gam. A może nie chcę?

Ak­ty­wu­ję zoom kil­ku­krot­nie, by wresz­cie zo­ba­czyć sta­tek. Czy są tam lu­dzie, czy wy­ma­ga­ją ra­tun­ku? Chciał­bym, żeby od­po­wiedź brzmia­ła “nie”, wów­czas mogli­by­śmy się stąd jak naj­szyb­ciej wy­nieść. Ale obcy po­ta­ku­je głową, a potem znika, za­bie­ra­jąc pa­mięć o sobie.

 

***

 

Lą­du­je­my pięć ki­lo­me­trów od stat­ku. Iden­ty­fi­ka­tor wciąż jest nie­czy­tel­ny, ana­li­za po­twier­dza obec­ność ludzi, ale nie ma z nimi łącz­no­ści.

Po­spiesz­nie scho­dzi­my na dolny po­kład. Udaje nam się za­ło­żyć ska­fan­dry w za­le­d­wie trzy­dzie­ści minut. Wsia­da­my do ła­zi­ka. Brama wjaz­do­wa opada po­wo­li, od­sła­nia­jąc niebo z frag­men­tem Jo­wi­sza, a potem tchną­cy wro­go­ścią kra­jo­braz kra­te­rów ude­rze­nio­wych. Nasz sze­ścio­ko­ło­wy po­jazd wy­do­sta­je się na ze­wnątrz, zjeż­dża­jąc po otwar­tej bra­mie, która opie­ra­jąc się górną kra­wę­dzią o po­wierzch­nię pla­ne­ty two­rzy rampę.

Sys­tem po­jaz­du ana­li­zu­je rzeź­bę te­re­nu i przy­czep­ność do po­wierzch­ni. Bio­rąc pod uwagę przy­spie­sze­nie gra­wi­ta­cyj­ne, kie­ru­je bocz­ne dysze w górę i od­pa­la je z ade­kwat­ną mocą. Dzię­ki temu nie ska­czemy po nie­rów­nościach, jazda jest płyn­na. Han­na wy­cią­ga ze schow­ka ap­tecz­kę i na wszel­ki wy­pa­dek spraw­dza jej za­war­tość.

– Wi­dzisz to? – Po­ka­zu­ję Han­nie biały trój­kąt na nie­bie, da­le­ko, od­ci­na­ją­cy się na tle Wiel­kiej Cze­rwonej Plamy.

Hanna za­dzie­ra głowę.

– Nie mam po­ję­cia co to może być. Wy­glą­da jak… pło­ną­cy ża­giel.

– Trud­no oce­nić wiel­kość, ale musi być ogrom­ne.

– Czy to nie w tym re­jo­nie za­in­sta­lo­wa­no mem­bra­nę Do­ho­ro­vit­za?

Do­cie­ra­my do celu. Przed nami sta­tek, któ­re­go część jest uszko­dzo­na, bra­ku­je dużej czę­ści osło­ny. Nieco dalej, wid­nie­je ry­su­nek – cze­rw­ony pro­sto­kąt z gwiaz­dą tego sa­me­go ko­lo­ru po­środ­ku i z dwoma gra­na­to­wy­mi pa­sa­mi. Flaga Korei Pół­noc­nej. Sta­tek jest ob­ró­co­ny w taki spo­sób, że wej­ście do niego znaj­du­je się wy­so­ko. Mu­sie­li lą­do­wać awa­ryj­nie.

Opusz­cza­my łazik. Re­gu­lu­jąc ostroż­nie moc ple­ca­ków ra­kie­to­wych uno­si­my się na wy­so­kość włazu. Dron wiel­ko­ści ko­li­bra miga nie­bie­ska­wym okiem raz i drugi, ak­cep­tu­je nas, właz się otwie­ra.

We­wnątrz śluzy na­stę­pu­je de­kom­pre­sja. Han­na spraw­dza skład po­wie­trza, wy­da­je się w po­rząd­ku, ale nie wiemy co czeka nas dalej. Pa­trzy­my po sobie i de­cy­du­je­my póki co po­zo­stać w heł­mach. Mi­ja­my ciem­ny ko­ry­tarz i ko­lej­ne, okrą­głe drzwi, za któ­ry­mi za­le­wa nas świa­tło. Roz­glą­damy się.

Dwój­ka ludzi o azja­tyc­kiej uro­dzie, znaj­du­ją­cych się po­środ­ku po­miesz­cze­nia, wy­da­je się być wy­stra­szo­na naszą obec­no­ścią. Męż­czy­zna leży na pod­ło­dze, a sie­dzą­ca przy nim ko­bie­ta obej­mu­je jego głowę dłoń­mi, jakby chcia­ła go ochro­nić. Wy­ko­nu­ję uspo­ka­ja­ją­cy gest, Hanna wska­zu­je na ap­tecz­kę. Do­cie­ra do nich, że chce­my im pomóc. Zdej­mu­je­my hełmy.

Azjat­ka po­ma­ga męż­czyź­nie usiąść. Drżą­cą dło­nią wska­zu­je ja­sno­zie­lo­ny opa­tru­nek na jego szyi.

Prze­pusz­czam Hannę przo­dem. Wy­cią­ga apa­rat dia­gno­stycz­ny, ska­nu­je tkan­kę ciała, a potem trans­fe­ru­je wy­ni­ki do sys­te­mu. Urzą­dze­nie przy­go­to­wu­je mie­szan­kę środ­ków znie­czu­la­ją­cych, an­ty­bio­ty­ków oraz en­zy­mów, po czym wy­peł­nia nią am­puł­kę. Po­ma­gam męż­czyź­nie zdjąć opa­tru­nek, osa­dzam na­czyn­ko w strzy­kaw­ce i robię in­iek­cję.

Nasz robot chi­rur­gicz­ny wcho­dzi do rany, pe­ne­tru­je i na­pra­wia uszko­dzo­ne tkan­ki. Po kilku mi­nu­tach wy­do­sta­je się na ze­wnątrz, do­ko­nu­je oczysz­cze­nia i za­bie­ra się do zszy­wa­nia skóry na­now­łók­na­mi. Po skoń­czo­nej pracy wraca do ap­tecz­ki.

– Nie wsta­waj – mówi Han­na, ale Ko­re­ań­czyk jej nie słu­cha, pod­cho­dzi do au­to­ma­tu z wodą.

– Mam… imię Na-Han. – Głos Ko­re­an­ki drży, jakby się bała. Za­uwa­żam, że jej ko­smyk wło­sów jest zle­pio­ny krwią. Kiedy Han­na chce ją zdia­gno­zo­wać, tamta od­su­wa się i po­trzą­sa prze­czą­co głową. – Dra­śnię­cie.

– Co się stało?

– Me­te­or, chło­dze­nie, re­ak­tor uszko­dzo­na, ma­ga­zyn uszko­dzo­na… – od­po­wia­da ła­ma­nym an­giel­skim. – Lą­do­wa­nie.

– Mu­sie­li­ście lą­do­wać? A on?

– On, imię Am-Li.

– Zo­sta­li­ście ranni pod­czas lą­do­wa­nia?

Na-Han ner­wo­wo chi­chocze i spo­glą­da na nas po­dejrz­li­wie. Do­cie­ra do mnie, że dziew­czy­na jest w szoku i wy­ma­ga sta­bi­li­za­cji psy­chicz­nej. Han­na po­da­je jej środ­ki uspoka­ja­ją­ce.

 

***

 

– Nie macie ska­fan­drów? – Nie mogę w to uwie­rzyć, ale Am-Li po­twier­dza­:

– Me­te­or, ma­ga­zyn.

Teraz ro­zu­miem. Próż­nia wy­ssa­ła za­war­tość ko­mo­ry ma­ga­zy­no­wej. Tylko nie wie­rzę, że to me­te­or. Kra­wę­dzie otwo­ru są zbyt re­gu­lar­ne, jakby od­cię­te la­se­rem.

– My po­sia­da­my dwa – kon­ty­nu­uję i do­cie­ra do mnie, że ura­to­wa­nie ich zaj­mie wię­cej czasu niż są­dzi­łem. – Zatem, ja i Han­na udamy się do na­sze­go stat­ku, a potem jedno z nas wróci z do­dat­ko­wym ska­fan­drem. A potem to po­wtó­rzy­my, okay?

Sta­ram się brzmieć spo­koj­nie. Ko­re­an­ka kiwa po­ta­ku­ją­co głową, ale czuję, że coś z nią jest nie w po­rząd­ku. Spo­glą­da ukrad­kiem na czer­wo­ny pasek su­ną­cy na dole ekra­nu kom­pu­te­ra po­kła­do­we­go. In­for­ma­cja jest dla mnie nie­zro­zu­mia­łym stru­mie­niem hie­ro­gli­fów. Włą­czam trans­la­tor:

– Stan re­ak­to­ra kry­tycz­ny. Eks­plo­zja o sile jed­nej ki­lo­tony na­stą­pi za około trzy go­dzi­ny. Ak­tu­ali­za­cja czasu na bie­żą­co. Nakaz na­tych­mia­sto­wej ewa­ku­acji.

Do­cie­ra do mnie, że w tym cza­sie nie zdą­ży­my wszy­scy prze­nieść się do na­sze­go stat­ku. Han­na jest prze­ra­żo­na.

Włą­cza się dźwięk alar­mu. Tamci dwoje od­cho­dzą na bok i ner­wo­wo dys­ku­tu­ją.

Nie za­uwa­ży­łem, kiedy do nas po­de­szli. Na-Han stoi za Hanną, z unie­sio­ną nad jej głową ap­tecz­ką i z wy­ra­zem de­spe­ra­cji na twa­rzy. Chcę krzyk­nąć, ostrzec Hannę, ale prze­szy­wa mnie bo­le­sne ukłu­cie i wy­do­by­wam z sie­bie tylko jęk. Od­ru­cho­wo przy­kła­dam dło­nie do szyi, cie­pła krew ciek­nie mi przez palce. Osu­wam się na pod­ło­gę. Am-Li stoi obok z za­krwa­wio­nym skal­pe­lem, wy­stra­szo­ny tym, co zro­bił. Kątem oka do­strze­gam, że Ko­re­an­ka ogłu­sza Hannę.

Je­stem pół­przy­tom­ny. Widzę jak przez mgłę, że ścią­ga­ją ze mnie kom­bi­ne­zo­n. Do dia­bła, my przy­le­cie­li­śmy ich ura­to­wać, a oni…

Ubra­ni w białe ska­fan­dry od­wra­ca­ją się i wy­cho­dzą po­spiesz­nie. Za chwi­lę zni­ka­ją za za­mkniętym lu­kiem śluzy. Spa­dam w ot­chłań. Save Our Souls.

 

***

 

– Na-Han?

Wy­cho­dzę z sy­pial­ni tyłem, z twa­rzą zwró­co­ną do niej, jak­bym się cze­goś oba­wiał, ale nie pa­mię­tam czego. Czuję ból w szyi.

Obcy jest pół­prze­zro­czy­sty. Wy­smu­kły gwi­sin oscy­lu­ją­cy na kra­wę­dzi rze­czy­wi­sto­ści, mam wra­że­nie, że zaraz prze­kształ­ci się w chmu­rę tań­czą­cych czą­ste­czek.

Nuci stare “Ari­rang”, nie otwie­ra­jąc ust. Nie­któ­re dźwię­ki są inne, wy­brzmie­wa­ją zna­cze­niem, tak jakby kryła się w nich wia­do­mość. Prze­móż­cie ciało i wy­zwól­cie się z cyklu.

Na-Han wy­cho­dzi z sy­pial­ni, staje w drzwiach, ma za­mknię­te oczy, mówi jak w tran­sie:

– Śnił mi się ta­chion. Po­ja­wił się zni­kąd i po­ru­szał w dwóch kie­run­kach naraz. Czas od­bi­ł się od tafli wiel­kie­go je­zio­ra. Za­mie­nił się miej­scem z prze­strze­nią. Je­ste­śmy tym samym.

 

***

 

Po za­cho­wa­niu Ame­ry­ka­nów widzę, że dzie­je się coś złego. Na ekra­nie kom­pu­te­ra po­kła­do­we­go prze­wi­ja się cze­rw­ony pasek tek­stu, in­for­ma­cja, którą do­strze­gam do­pie­ro teraz:

– Stan re­ak­to­ra kry­tycz­ny. Eks­plo­zja o sile jed­nej ki­lo­tony na­stą­pi za około trzy go­dzi­ny. Ak­tu­ali­za­cja czasu na bie­żą­co. Nakaz na­tych­mia­sto­wej ewa­ku­acji.

W tym cza­sie nie zdą­ży­my wszy­scy ewa­ku­ować się do na­sze­go stat­ku. Na-Han jest prze­ra­żo­na.

Nie­dłu­go potem włą­cza się dźwięk alar­mu. Ame­ry­ka­nie od­cho­dzą na bok i ner­wo­wo dys­ku­tu­ją.

Nie za­uwa­ży­łem, kiedy się do nas zbli­ży­li. Ame­ry­kan­ka stoi za Na-Han, z unie­sio­ną nad jej głową ap­tecz­ką. Na jej twa­rzy ma­lu­je się de­spe­ra­cja. Chcę krzyk­nąć, ostrzec Na-Han.

Ale nie trze­ba, Ame­ry­kan­ka zmie­nia za­mia­ry. Od­kła­da przed­miot na zie­mię i opusz­cza ręce. Do­pie­ro teraz za­uwa­żam, że męż­czy­zna sto­ją­cy obok ści­ska w ręku skal­pel. Chciał mnie ugo­dzić, ale nie zro­bił tego.

– Ucie­kaj­cie, póki jest jesz­cze czas – zwra­ca się do mnie.

– Może… razem… może… – wy­bą­ku­je Na-Han, nie mając za­mia­ru się stąd ru­szać. Ame­ry­kan­ka ją obej­mu­je.

– Gwi­sin tu jest. – Na-Han szep­ce jej po­uf­nie do ucha. – Ty, ja… on widzi jedno… Liam, Am-Li…

– Wszyst­ko bę­dzie do­brze. – Ame­ry­kan­ka ją po­cie­sza, ale sy­tu­acja jest bez­na­dziej­na. Mam wra­że­nie, że Na-Han po­pa­da w obłęd. Od­py­cha Hannę, otwie­ra sze­ro­ko oczy i krzy­czy:

– Prze­bił mem­bra­nę! Nad­szedł z dru­giej stro­ny tafli je­zio­ra!

Jej okrzy­ki stop­nio­wo cich­ną. Moja per­spek­ty­wa zmie­nia się, widzę całą scenę z innej po­zy­cji, jak­bym wszedł w głowę Ame­ry­ka­ni­na. Je­stem nim? Targa mną zwie­rzę­cy strach, który prze­ła­muję wolą. Je­ste­śmy igrasz­ką losu, a jed­nak coś od nas za­le­ży.

W oczach Hanny roz­po­zna­ję spoj­rze­nie Na-Han. Znowu jest w jej ra­mio­nach, spo­koj­na. Już do­brze.

Obcy sunie po­śród mebli, do­cie­ra do ścia­ny i prze­ni­ka przez nią jak przez mgłę. Jego syl­wet­ka jest wi­docz­na, mimo że zna­lazł się w innym po­miesz­cze­niu. Śle­dzę wzro­kiem, jak sunie w kie­run­ku rdze­nia po­jaz­du.

Wcho­dzi do re­ak­to­ra, obej­mu­je go ra­mio­na­mi, a potem wnika do środ­ka. Jak go­rą­ce iskry ude­rza­ją w tka­ni­nę, wy­pa­la­jąc w niej dziu­ry i ga­snąc, tak cząst­ki alfa tra­fia­ją w ciało ob­ce­go i de­ma­te­ria­li­zu­ją się. Tłu­miąc pro­ces, obcy staje się coraz bar­dziej prze­zro­czy­sty, jego blask stop­nio­wo ga­śnie i osta­tecz­nie cał­kiem za­ni­ka.

Wiemy, że re­ak­cja roz­sz­cze­pie­nia jest już pod kon­tro­lą, eks­plo­zja nie na­stą­pi.

 

***

 

Dy­żur­ny wró­cił z biura sfru­stro­wa­ny. Nie zdą­żył zła­mać kodu SOS, choć był od tego o krok. Drę­czy­ła go świa­do­mość, że żaden z wy­sła­nych stat­ków po do­tar­ciu w oko­li­ce Ga­ni­me­de­sa ni­cze­go nie wy­krył. Kie­row­nik skwi­to­wał całą spra­wę stwier­dze­niem, że sy­gnał mu­siał być błę­dem, de­for­ma­cją in­ne­go sy­gna­łu. O całej spra­wie za­po­mniał w chwi­li, gdy – jak stwier­dził – “zo­sta­ła w pełni do­cho­wa­na na­le­ży­ta sta­ran­ność w pro­ce­du­rach”.

Nie miało to sensu. Usiadł przy biur­ku, po­ło­żył przed sobą ta­blet z kodem sy­gna­łu, kart­kę oraz ołó­wek i za­brał się do pracy.

Sy­gnał zo­stał wy­sła­ny sie­dem razy, z do­kład­nie tego sa­me­go miej­sca na po­wierzch­ni Ga­ni­me­de­sa. Kiedy o dru­giej trzy­dzie­ści w nocy od­ko­do­wał, że pierw­szy sy­gnał wy­słał “Sido”, ołó­wek pra­wie wy­padł mu z ręki. Bzdu­ry, po­my­ślał, bli­ski tego, żeby wszyst­ko odło­żyć w dia­bły i iść spać.

Lecz nie zro­bił tego. Roz­szy­fro­wał drugi sy­gnał i oka­za­ło się, że tym razem nadaw­cą był “Hope”. Skon­fu­ndo­wa­ny, po­dra­pał ołów­kiem czoło.

Trze­ci i piąty sy­gnał wy­sła­ny zo­stał przez “Sido”, a czwar­ty i szó­sty przez “Hope”.

– Mu­sia­ła zajść jakaś aber­ra­cja cza­so­prze­strzen­i – wy­szep­tał, wie­dząc, że to nie wy­ja­śnia ab­so­lut­nie nic.

Frag­ment ostat­nie­go, siód­me­go sy­gna­łu okre­śla­ją­ce­go iden­ty­fi­ka­tor stat­ku był naj­dziw­niej­szy. Dy­żur­ny pocił się nad nim kilka go­dzin. Cha­otycz­ny ciąg liczb nie miał sensu i nie po­ma­ga­ła żadna ze zna­nych mu metod ana­li­zy.

Do­pie­ro kiedy pierw­sze pro­mie­nie słoń­ca uka­za­ły się na ho­ry­zon­cie, oświe­tla­jąc po­kre­ślo­ne no­tat­ki, do­strzegł, że kod jest sumą iden­ty­fi­ka­to­rów obu stat­ków! In­ter­fe­ren­cja sy­gna­łów? Jakby na sam ko­niec się ze sobą sto­pi­ły!

Nie po­czuł się ani o cal mą­drzej­szy. Stwier­dził, że prze­ło­żo­ny miał rację, że to jed­nak mu­siał być błąd. Zdjął oku­la­ry, otarł pot z czoła i spoj­rzał na ze­ga­rek. Wska­zów­ka se­kund­ni­ka co­fa­ła się.

 

Koniec

Komentarze

Miś przeczytał. Czysta fikcja, czy prawdopodobieństwo niezerowe? Miś się doucza. Zmusiło do myślenia, to plus. Reakcja na zakodowane sygnały taka ‘ludzka’, zachowania astronautów też – brr. Całość interesująca. Warto przeczytać.

Hej kronos.maximus

Ciekawe. Zdecydowanie warte przeczytania. Zgubiłem się w jednym miejscu, ale tak właśnie miało być – wszystko się finalnie wyjaśniło.

Pozdrawiam

Cześć, Kronosie!

 

Hmm… ja się trochę pogubiłem :P Tzn. mam wrażenie, że brakuje mi takiej tyci-tyci ilości wiedzy o tych tematach, żeby to ogarnąć do końca, ale póki co wiszę gdzieś w niepewności co jest czystą fikcją, a co ma swoje poparcie w nauce.

Kim był obcy i dlaczego ich uratował?

Ale jeśli odrzucić te wątpliwości, to mamy tu całkiem fajny tekst – napisany sprawnie, a do tego żonglowałeś punktem widzenia i czasem narracji, ale wyszło to całkiem dobrze, imo. Początkowe dialogi ocierały się o infodumpy – to chyba największy problem tekstów SF – przekazać informacje w sposób naturalny. Wg. mnie zostałeś jeszcze po właściwej stronie balansu, ale brakło niewiele.

Fajna zagrywka z imionami, choć zastanawiam się, czy astronauci nie powinni być do siebie podobni, podobnie jak statki kosmiczne. Próbuję znaleźć konotację pomiędzy nazwami “Hope” i “Sido” – jest jakaś?

Pozdrawiam i powodzenia w krokusie!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Witaj Koalo! To raczej fikcja, choć kto wie jak będą wyglądały badania naukowe za x lat. Tachiony to cząstki hipotetyczne, a prędkości nadświetlne teoretycznie mogą istnieć, tylko, że prowadziłoby to do paradoksów, albo po prostu trudnych do wyobrażenia sobie zjawisk. W opku chciałem pokazać: “A co gdyby?” :) Ludzie dochodzą do momentu, w którym eksperyment wymyka się im spod kontroli i zaczyna być “dziwnie”. Są na tym świecie rzeczy, które się nie śniły filozofom. ,)

Cieszę się, że wpadłeś i zerknąłeś przychylnym okiem!

 

Hej Ramshiri! Przyznaję, można sie w w fabule trochę pogubić. Bohaterowie też są zagubieni i starają się zorientować co i jak, ale na koniec co nieco się wyjaśnia. Fajnie, że opowiadnie dało satysfakcję i uważasz, że jest warte przeczytania! Pozdrawiam!

Witaj Krokusie!

 

wiszę gdzieś w niepewności co jest czystą fikcją, a co ma swoje poparcie w nauce.

Nie jest to hard SF, raczej pewna “artystyczna wizja”, na temat tego, co mogłoby się dziać, gdyby nasze postrzeganie rzeczywistości zostało zaburzone, gdyby podważyć związek przyczynowo-skutkowy, gdyby ktoś albo coś zaczęło manipulować nasza pamięcią i postrzeganiem rzeczywitości.

Czy interpretacja nauki ostatecznie nie sprowadza się do mniej lub bardziej poetyckich metafor? Kwark dziwny, czarowny, spodni… Fala prawdopodbieństw… Pole elektromagnetyczne… Zjawiska, którym nadajemy nazwy coś dla nas znaczące, tworzymy plastyczne metafory, żeby zrozumieć rzeczywistość, ale ona ostatecznie sprowadza się do nieintuicyjnej matematyki.

Kim był obcy i dlaczego ich uratował?

Ludzie przeprowadzają eksperyment w pobliżu Jowisza, wykorzystując jego pole magnetyczne. Jest to ryzykowne przedsięwzięcie, związane z otwarciem bliżej nieokreślonego “wymiaru”. Ten wymiar kontolują poprzez membranę, która zostaje z jakiegoś powodu rozszczelniona i wydostaje się obcy, pojawiają się anomalie czasoprzestrzenne.

Obcy jest na innym poziomie rozumienia rzeczywistości, dla niego świat materialny nie ma większego znaczenia, całkowicie nad nim panuje. Dla niego istotny jest tylko wymiar moralny. Ludzi widzi jako jednego “człowieka”, nie ma dla niego znaczenia czy to Amerykanin, czy Koreańczyk (Liam, Am-Li). Z perspektywy obcego, ludzie ciągle uwikłani są w rzeczywistość “cielesną”, pododują nimi biologiczne instynkty, typu strach przed śmiercią itp. i z tego powodu podejmują czyny wątpliwe moralnie. Dlatego obcy zamyka ich w cyklu czasoprzestrzennym, gdzie powtarza się to samo zdarzenie, do momentu, aż wybiorą inaczej, aż przełamią swoją słabość, wyjdą poza determinizm (”przemogą” swoje ciało) i dokonają czynu szlachetnego. Wtedy im pomaga i wszystko kończy sie dobrze. wink

 

Próbuję znaleźć konotację pomiędzy nazwami “Hope” i “Sido” – jest jakaś?

“시도”, czytane “Sido” znaczy “próba”, attempt. Chodziło mi o kolejne cykle i na nowo podejmowane próby wyzwolenia się kosmonautów z pętli czasowej. Ok, to trochę jak z koncepcją karmy – jestśmy splątani z materią i wychodzimy z niej stopniowo poprzez nasze czyny, coraz większą świadomość umowności świata materialnego… Wiem, to może niejasne w tekście, ale trudno mi było znaleźć proporcje pomiędzy wyłożeniem “kawy na ławę”, a zachowaniem niedopowiedzenia.

 

Ale jeśli odrzucić te wątpliwości, to mamy tu całkiem fajny tekst – napisany sprawnie, a do tego żonglowałeś punktem widzenia i czasem narracji, ale wyszło to całkiem dobrze, imo

Wielkie dzieki za miłe słowa i za klika! Pozdrawiam! laugh

Fajnie pokazałeś tę ,,Krainę Czarów”, jeśli mogę tak ją nazwać, do której powstania doprowadziło otwarcie przejścia między wymiarami. Temat paradoksów czasoprzestrzennych jest niesamowicie interesujący.

Skojarzenie pętli czasowej z kręgiem samsary również jest ciekawe (chociaż z tekstu trochę trudno to wyczytać). Można odnieść wrażenie, że w ciągu opowiadania, każdy z astronautów jest inną osobą w pewnym momencie tego cyklu. Zastanawiam się, co się z nimi stało. Zostali w tamtym miejscu? Przenieśli się gdzieś? Osiągnęli wyższy stopień ewolucji, jak tamten kosmita?

Patrząc na imiona bohaterów, pod koniec pomyślałem, że ,,sido”, to może być po koreańsku ,,nadzieja”, ale jednak nie.

I żeby nie było tak miło:

Znowu jest w jej ramionach, spokojna. uż dobrze.

Co to znaczy? Albo co to miało znaczyć?

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

Napisane na tyle zgrabnie i lekko, że, nawet nie przepadając za SF, przeczytałam z przyjemnością. :) Historia i bohaterowie ciekawi, granicą pomiędzy Amerykanami i Koreańczykami zaciera się w niektórych momentach, ale zapewne tak miało być. Pozdrawiam!

To bardziej filozofia (albo przynajmniej etyka) niż fizyka :) Przybysz z innego wymiaru silnie skojarzył mi się z Bogiem, który poddaje próbie ludzi. Przeciągnęłeś ich przez tę ścieżkę zdrowia wszystkich i tak się zastanawiam, co by się stało, gdyby przynajmniej jedno z nich nie było w stanie sprostać owej próbie? Giną wszyscy?

Czy odpętlenie nie powinno jednocześnie wykasować sygnałów SOS?

Pomysł fajny, czytało się dobrze. Podobało mi się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej SNDWLKR!

“Kraina czarów”, ładnie to ująłeś. Kosmonauci po doleceniu do miejsca rzekomej katastrofy (źródła sygnału SOS) zobaczyli, że nic tam nie ma. :) Natomiast to co się działo z nimi w pętli czasowej pamiętali jak bardzo zamazany sen, właściswie tylko pozostało im jakieś przeczucie. Otwarcie się wymiaru powoduje, że dzieją się dziwne rzeczy z czasem i z pamięcią. Anomalii będzie coraz więcej, świat się zmieni na nieco inny, ale myślę, że będzie dobrze, bo obcy nie chce źle. A może? W końcu nie siedzę mu w głowie. wink

P.S.: Miało być: “Już dobrze”.

 

Witaj Adora! Dzięki za odwiedziny. Fajnie, że przeczytałaś z przyjemnością mimo, że to nie Twój gatunek. Granica między Koreańczykami i Amerykanami miała się zacierać, bo w oczach obcego oni się zlewali w jeden typ istoty, zwanej “człowiek”. Bądź tu mądry z tymi ufolami…

 

Irko_Luz! Miło, że wpadłaś i wielkie dzięki za pozytywny komentarz i klika!

Może być etyka, opko to chyba taki trochę stylistyczny crossover.

Co do obcego to jest on elementem świata, który pojawia się wraz z otwarciem bliżej nieokreślonego “wymiaru”. To “nowe coś” powoduje serię anomalii w Układzie Słonecznym w postaci np. zaburzeń pamięci (kierownik nie pamięta, że kupił już naszyjnik), zaburzeń przyczynowości (sygnał SOS pochodzi od statku, który został wysłany na ratunek, sekundnik zegarka cofa się), lokalnych pętli czasowych itp.

Obcy jest z tego dziwnego świata i sprawnie się w nim porusza. Co do kwestii etycznej: on przecież nie zostawia tych ludzi żeby zginęli, tylko zamyka w pętli czasowej. Gdyby tego nie zrobił, nastąpiłaby eksplozja i dwoje z nich na pewno by zginęło. Ale masz rację, jest to ingerencja w “naturalny” przebieg wydarzeń – on ich więzi i w pewnym sensie poddaje próbie, co jest z moralnego punktu widzenia dyskusyjne (a może oni wolą zginąć niż istneć w nieskończoność?). Motywy obcego są niejednoznaczne, pewnie nie rozumie do końca ludzi.

Hej Kronos. Przeczytane. Powiem ci, że nie tylko Liam i pianino mamy podobne. Całe opowiadania mają podobny klimat. Może między nami autorami stało się coś podobnego do tego, co wydarzyło się w twoim i moim opowiadaniu. Może właśnie jesteśmy świadkami, że rzeczy opisane w naszych opowiadaniach stały się faktem:) Twoje sci-fi jest takie jakie ja lubię czytać i pisać. Jeżeli zostaniesz wyróżniony w tym konkursie to pozwól, że to będzie też moje wyróżnienie – skoro już jesteśmy tak splątanii:) klik.

Może między nami autorami stało się coś podobnego do tego, co wydarzyło się w twoim i moim opowiadaniu

laugh Kto wie? Bywa, że rzeczywistość zaskakuje bardziej niż szaleństwa wyobraźni.

 

Twoje sci-fi jest takie jakie ja lubię czytać i pisać. Jeżeli zostaniesz wyróżniony w tym konkursie to pozwól, że to będzie też moje wyróżnienie – skoro już jesteśmy tak splątanii:) klik.

Wielkie dzięki za przychylną opinię, vrchamps! To dużo dla mnie znaczy.

Cześć, kronosie!

 

Opowiadanie jest interesujące, zaciekawiasz od samego początku, a chaos (na który na becie nieco narzekałem) w istocie jest chaosem na Twojej smyczy, którym posługujesz się całkiem wprawnie.

Teksty oparte na pomyśle “ja to ty, a ty to ja” bywają trudne tak do zrozumiałego napisania, jak i – w wypadku słabego autora – do odczytania zamiarów twórcy. Uważam, że Tobie ta sztuka się w większej części udała. Ta mniejsza część wynika z oparcia opowiadania o nauki ścisłe i wynikające z nich teorie, na których się zwyczajnie nie znam. Dlatego czytelnik, będący w dziedzinie fizyki laikiem, może się po prostu na tej płaszczyźnie wyłożyć i umknie mu sens wielu scen opowiadania. Ale o tym była już mowa na becie, więc nie będę się powtarzał.

Tekst napisany sprawnie, ładnym językiem, opowieść czyta się gładko i bez potknięć. Historia jest zajmująca i oparta na interesującym pomyśle.

Nie pozostaje nic innego, jak zgłosić do biblio.

 

Pozdrawiam,

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Kronosie!

 

Wciągnęło mnie. Tachiony to niewątpliwie ciekawy temat, więc plus za wybór motywu. Do tego aberracje czasoprzestrzenne i zmiana perspektywy pomiędzy pozornie tymi samymi bohaterami – podobało mi się! Zabieg z imionami wyszedł nieźle, podobało mi się zwrócenie uwagi na to, że każdy z nich jest tylko człowiekiem, z pozoru takim samym. Pętle czasoprzestrzenne, z których wyrwać nas może tylko wybranie inaczej są ciekawe, przypomina mi to grę Twelve Minutes (polecam).

No i czytało się oczywiście dobrze. ^^

Masz klika ode mnie.

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Cześć fmsduval!

 

Myślałem trochę nad tym opkiem, mając nadzieję, że chaos jest względnie kontrolowany. Jak zawsze w tekstach z “zakręceniem” trudno jest określić ile wyłożyć “kawę na ławę”, a ile zostawić niedopowiedziane. Bardzo cieszy mnie Twoja opinia i miłe słowa. Jeszcze raz dzięki za betę. I fajnie, że zgłosiłeś tekst do bilbioteki! Pozdrawiam!

 

Witaj Barbarzyńco!

 

Cieszę się, że historia kosmonautów Cię wciągnęła! Tak, koncepcja cząstek pędzących szybciej niż światło i co z tego wynika, to ciekawe zagadnienie, choć to są póki co teoretyczne spekulacje. Akurat coś do wykorzystania na opko SF. ;) Ale jeżeli zajrzałeś do wiki, żeby sprawdzić hasło tachiony, to już mnie to cieszy.

Dobrze wyłapałeś treści, które chciałem przemycić! Nie znam gry Twelve Minutes, ale chętnie sprawdzę co i jak. Ogólnie mam poważne opóźnienie w doedukowywaniu się, dopiero zaczynam oglądać “Love, death and robots”. :) Dziękuję za klika. Również życzę powodzenia w konkursie! Pozdro!

Dobry tekst, zainteresował mnie i wciągnął. Klimat i kolejność fabularnych zwrotów akcji przypomina mi trochę klasyki filmowe thrillera s-f typu “Event Horizon”. Językowo bardzo zgrabnie, choć mam wrażenie, że czasami zbyt skrótowo. Jakby czasem zostawało zbyt dużo dla domysłów. Na szczęście to nie przeszkadzało w odbiorze, tak mi się tylko pomyślało po lekturze tekstu. Te czasoprzestrzenne fikołki, spotykanie samego siebie, zmyłki w perspektywie mogły być karkołomną pułapką, ale w tym wypadku poszło bardzo sprawnie. Koncepcja i opis obcego też im się podobała, szczególnie w scenie z pianinem.

Ogólnie – całość bardzo fajna. Dziękuję za taką lekturę!

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Opowiadanie inspirowane obcą mi koncepcją, ale zachęciło do zgłębienia tematu – już za to duży plus. Sam tekst czyta się bardzo dobrze, udało ci się przejrzyście poprowadzić narrację, dzięki czemu mi udało się nie zgubić w trakcie czytania. Naprawdę pozytywne odczucia po lekturze. Powodzenia w konkursie.

Witaj Caern! Miło słyszeć, że tekst Ci przypadł do gustu! Właśnie miałem dylemat ile i gdzie przyciąć, a gdzie rozszerzyć i co zostawić w domyśle czytelnikowi. Tekst jest przemyślany, ale nie ma potrzeby wnikać w jego logiczne meandry, bardziej chodziło mi o oddanie kliamtu nieoczywistości, kiedy stykamy się z czymś, co przekracza nasze rozumienie świata. Cieszę się, że obcy Ci się spodobał. Wyobraziłem sobie takie dziwne coś grające na pianinie i w ten sposób podejmujące próbę kontaktu z ludźmi. Właściwie to chodziło mi o to, że obcy będzie próbował znaleźć platformę porozumienia w tym, co danemu człowiekowi jest najbliższe – dla Liama (Am-Li) była to muzyka, dla Na-Han, sny i przeczucia.

 

Haj bjkpsrz! Jeżeli opowiadanie zachęciło do zgłębienia tematu to jestem szczęśliwy. Dziękuję za miłe słowa pod adresem tekstu. Zwykle unikam nielineranie prowadzonej fabuły, ale tutaj ten sposób konstrukcji współgrał z tematem. Tym bardziej się cieszę, że nie zagubiłeś się w trakcie czytania. Dzięki za odwiedziny!

Zakręcone jak koreańskie literki. No, ale nie mogło być inaczej, jeśli istota o boskich mocach spotkała się z tachionami. Podobało mi się. Fajna zabawa z imionami. I te sztuczki z czasem. Widać, że tekst nie był pisany na kolanie.

Babska logika rządzi!

Witaj Finklo!

Zakręcone jak koreańskie literki.

W tym szaleństwie jest metoda! ;)

 

Widać, że tekst nie był pisany na kolanie.

No trochę wymęczyłem betujących, ale z rezultatu jestem zadowolony. :)

 

Dzięki za zerknięcie na tekst i miłe słowa!

Tekst kompletnie odjechany :D Ale w tym dobrym sensie. Cały czas trzyma w napięciu, a czytelnik próbuje ogarnąć co się dzieje, czuję że taki był zamiar, czekam na ciąg dalszy :>

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Слава Україні!

Włączył projekcję i wskazał ciągi znaków i nieregularny wykres:

→ Włączył projekcję, wskazał ciągi znaków i nieregularny wykres:

albo:

→ Włączył projekcję i wskazał ciągi znaków oraz nieregularny wykres:

 

 

Siedzący przy biurku, sześćdziesięcioletni mężczyzna spojrzał na podwładnego zmęczonym wzrokiem.

Bez przecinka.

 

Gdyby nie pieniądze, kilkanaście lat spędzonych w centrum na Marsie, zaliczyłby do straconych.

Bez drugiego przecinka.

 

– W razie czego pozostaje destrukcja tego, co wydostanie się z wymiaru.

 

Śmiech, który usłyszał, przeszył go do szpiku kości.

 

Podobało mi się, choć w pewnym momencie czułam się trochę zagubiona, musiałam przewijać do początku tekstu… ale to tylko świadczy o tym, jak dobrze musiał zostać przemyślany i skonstruowany.

Jedyne, co mi nie pasuje, to wspomnienie o żonie czy tam kochance kierownika, Sarze. Po przeczytaniu całego opowiadania wydaje mi się ta wspominka zbędna, nic nie wnosi. A może wnosi, tylko nie wprost i ja tego nie dostrzegam..?

 

Życie mnie mnie, a Cię mnie?

Witaj HollyHell!

 

Fajnie, że wpadłaś i że tekst Ci się spodobał, mimo “zakręcenia”! Przecinki poprawione, dziękuję za ich wskazanie.

Co do zagubienia się w fabule, to nie dziwię się, bo w pewnym momencie można się poczuć zdezorientowanym tą wymianą bohaterów. Miałem nadzieję, że jednak nie jest to całkiem nieczytelne. Byłem świadom, że takie pętle czasowe, tudzież inne “anomalie”, są ryzykownym tematem, który wymaga adekwatnej kostrukcji tekstu.

Chciałem pokazać postać kierownika, który ma swoje życie, nie jest tylko manekinem uszytym na potrzeby fabuły. Może rzeczywiście za dużo o tej Sarze? Druga rzecz, która mi przyświecała, to pokazanie jak reagują ludzie, kiedy napotkają na coś niezrozumiałego. Jeden się przejmie, weźmie to na poważnie (dyżurny), inny uzna to za rzecz nieistotną, bo są ważniejsze, a w ogóle to najchętniej by już przeszedł na emeryturę (kierownik), jeszcze inny (pułkownik) będzie obawiał się destabilizacji ładu politycznego i pomyśli o szybkim i siłowym “załatwieniu sprawy” (fragaty atomowe).

 

Miłego dnia!

Przyznam się, że musiałam przeczytac dwa razy, żeby w miarę ogarnąc, o co chodzi. Ale opowiadanie jest zdecydowanie warte przeczytania dwa razy, więc nie narzekam :) Językowo jeśli jakieś usterki były, to nie przeszkadzały w odbiorze.

Poza ciekawym pomysłem postaci są dużym plusem. Mimo że tekst niedługi to wszystkie postaci są wyraźnie zarysowane, mają swoje charaktery.

Druga rzecz, która mi przyświecała, to pokazanie jak reagują ludzie, kiedy napotkają na coś niezrozumiałego.

Udało się :)

Hej mindenamifaj!

Dzięki za ten komentarz, ucieszył on mnie niezmiernie! Szczególnie, że wskazałaś na postaci, którym starałem się nadać trochę kolorytu i nie byłem pewien czy nie wychodzę za bardzo poza rdzeń opowiadania (szczególnie z tym kierownikiem). Tym bardziej cieszy, że uważasz to za plus!

Pozdrawiam i fajnie, że zajrzałaś!

Nowa Fantastyka