- Opowiadanie: vrchamps - Diagnoza strachu

Diagnoza strachu

40. Jarek jest lekarzem, podczas jednego z dyżurów na izbę przyjęć trafia pacjent z ranami na klatce piersiowej i halucynacjami, którego nie udaje się uratować.

 

Dziękuje betującym, za łapanki, uwagi, za rozmowę i za pomoc. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Diagnoza strachu

Piłem kawę, kiedy przyjechali…

Dyżur rozpocząłem o dziewiętnastej i tak naprawdę nie pamiętałem co robiłem przed przyjściem do pracy. Nie mogłem się skupić, zespolić obrazów poukrywanych w oparach mgły, jaka powstaje w wyniku rozpadu ciężkich, ołowianych myśli. Wszystko wydawało mi się obce: puste szpitalne korytarze, sale zabiegowe i moja zasmrodzona papierosowym dymem dyżurka – mały szpital na obrzeżach Torunia.

Tylko ja i pielęgniarka Anita, która zniknęła pół godziny temu i do tej pory nie wróciła.

Coś mi nie pasowało… czułem się jak dziecko, które nie potrafi przepchnąć kwadratowej bryły przez kwadratowy otwór w desce. Nie wołałem mamy, bo nie potrafiłem mówić. Nie szukałem jej, bo nie potrafiłem chodzić. Moja dyżurka stała się większa, a może to ja zmalałem. Padający deszcz za oknem podwoił objętość kropel i przepoczwarzył się z kojącego szumu w nieznośny hałas.

Piłem kawę, gdy rąbnęło.

Znajomy dźwięk jaki tworzy się zawsze, kiedy nosze uderzają w opóźnione, rozsuwane szpitalne drzwi. Spiąłem wszystkie mięśnie w czasie krótszym niż odłożenie kubka na stolik, przez co gorąca zawartość naczynia oparzyła palce trzymające za uchwyt.

– Jest tam kto? – doszedł mnie głos zza drzwi i nagle wszystko wróciło.

Znowu byłem chirurgiem.

Usłyszałem cichy płacz. Łza dorosłego różni się nieco od łzy dziecka – ma zawsze wytyczony tor, który kreślą zmarszczki. Swoista droga życiowych zmartwień i problemów odkształcona przez czas, nawilżona słonym strachem przed tym co może się zdarzyć.

Łza dziecka nie ma pojęcia gdzie spłynąć, można powiedzieć, że przeciera nieznane szlaki, a każda kolejna nieufna, wybiera własną drogę.

Wyskoczyłem na korytarz.

Pacjent żył i płakał.

– Znaleziony na drodze krajowej w stronę Ciechocinka, przy zapomnianym Olenderskim cmentarzu – powiedział jeden z ratowników medycznych. – Możliwe, że naćpany, bo pieprzył coś o kostuchach.

– To nieźle się trzyma – zdziwiłem się trochę za głośno, widząc rozszarpaną klatkę piersiową i bluzę naznaczoną krwią.

– Tak, dycha, ledwo, ale dycha.

Rany były rozległe, zastanawiałem się, co mogłoby spowodować takie obrażenia. 

Rozpłatany tors chłopaka wyglądał, jakby coś od środka chciało się wydostać na zewnątrz.

– Dobra chłopcy, dajcie go na stół, trzecie drzwi po prawej – poinstruowałem.

– Nie możemy pomóc.

– Jak to, kurwa, nie możecie? – Oderwałem wzrok od rannego i spojrzałem na nich po raz pierwszy. – Potrzebuję pomocy przy zabiegu. Trzeba przygo…

– Mamy kolejne zgłoszenie, przykro mi – przerwał ratownik. – Jakby coś, to zawiadomiliśmy policję, mają przysłać najbliższy patrol.

Wyszli, można powiedzieć, wybiegli, a ja zdałem sobie sprawę, że nie zapamiętałem ich twarzy, nie przeczytałem ich nazwisk na kurtkach, co więcej – nie zostawili karty pacjenta. Stopniowo zakrywała ich deszczowa kurtyna zasuwających się za nimi drzwi; obraz odbitego światła szpitalnego holu, w którym stałem nieznacznie zniekształcony, niczym w sali luster.

Znieruchomiałem.

Z lewej strony w odbiciu szyby, za ladą recepcji, wraz z mrugnięciem świetlówki jarzeniowej, pojawiła się Anita. Obejrzałem się szybko.

Byłem jednak sam.

– Dopadła mnie… – zacharczał pacjent, zwracając na siebie uwagę, po czym wypluł tłustą ślinę, niczym wybuchający wulkan lawę. – Niech mi pan niczego złego nie robi.

Odchyliłem się odruchowo, przypadkiem zauważając sierść na jego prawym bucie.

– Dlaczego miałbym ci coś zrobić? Kto cię dopadł? – zapytałem, pchając nosze w kierunku sali operacyjnej. – Miałeś wypadek?

– Kos… To była kostucha. Proszę jej nie wpuszczać, błagam! – Złapał mnie za nadgarstek i ścisnął dość mocno.

– Masz halucynacje. Co ćpałeś? – odparłem, ale nie wiem, czy usłyszał, bo stracił przytomność i nie odpowiedział.

Anita rozpłynęła się… raz tylko wyszedłem jeszcze z zabiegowego na korytarz i zawołałem ją, ale bez odpowiedzi. Wtedy pomyślałem, że robi to, czego nie wolno robić na nocnym dyżurze – odsypia pierwszy etat, jakim jest praca w domu, najpewniej przy dzieciach. Nie mogłem jednak sobie pozwolić na szukanie jej po wszystkich szpitalnych kątach i zakamarkach. Byłem uwiązany niewidzialnym łańcuchem przez naćpanego pacjenta i prawie słyszałem szczęk żeliwnych oczek.

Pominąłem kilka czynności, które zazwyczaj wykonuje się przed zaplanowaną operacją – nie było na to czasu.

Zabrałem się do pracy.

Rozciąłem bluzę pacjenta i… wtedy wykitował – zacharczał dwa, może trzy razy, otworzył oczy, zawieszając spojrzenie nad moją głową. Przez chwilę miałem wrażenie, że coś widzi. Dopadła mnie krótkotrwała chęć, by spojrzeć przez ramię. Nie zdążyłem tego zrobić. Mężczyzna wygiął się na łóżku przybierając kształt naciągniętego łuku, kilka kości chrupnęło, jak gdyby tylko się przeciągał po długim śnie. W tym samym momencie wypuścił z płuc ostatni haust powietrza i jęknął, stawiając kropkę na swoim żywocie. Niektórzy mówią, że to dusza opuszcza ciało. Ja to nazywam „trupim bit-boksem”. Próbowałem jeszcze sztuczki z masażem serca, ale dłonie wpadły mi do środka, jakby żebra mężczyzny były wahadłowymi drzwiami saloonu na dzikim zachodzie..

Przykryłem go folią, następnie prześcieradłem. Musiałem odczekać dwie godziny, po czym sprawdzić jeszcze raz tętno pacjenta, by upewnić się i stwierdzić zgon.

Ruszyłem w stronę dyżurki i przypomniałem sobie o miękkim fotelu i kawie, chyba zostawiłem jeszcze kilka łyków. Zatrzymałem się by spojrzeć na dłonie – przyglądałem się krwi, która krzepła w liniach: życia, serca i głowy. Gdyby ktoś teraz mnie zobaczył, pomyślałby pewnie, że to ja tak urządziłem tego chłopaka.

Stałem w korytarzu, sam nie wiem jak długo. Podniosłem wzrok i wtedy ich zobaczyłem. Kobieta w wejściowym holu podtrzymywana pod ramię przez niższego od niej mężczyznę, patrzyła na mnie z obrzydzeniem.

– Gdzie jest mój syn? – zażądała odpowiedzi, dodając do słów koślawe tupnięcie nogą, a ja miałem wrażenie, że fala uderzeniowa rozchodzi się po całym jej ciele. – Jest pan lekarzem? Czy wszystko z nim dobrze?

– Jestem lekarzem – potwierdziłem.

Uśmiechnąłem się niewinnie, jakbym wierzył, że to może ukoić nerwy kobiety, która właśnie straciła dziecko i która za chwilę się o tym dowie. – Proszę usiąść.

– Proszę mi go pokazać. Nie mam zamiaru siadać, nie mam zamiaru czekać, ani się powtarzać. – Znowu tupnęła nogą, a mężczyzna obok z grymasem bólu spojrzał w dół, gdyż jego palce właśnie zostały zmiażdżone.

– Proszę za mną.

– Co to za prześcieradło, co to za folia? – Podbiegła do stołu, a ja pomyślałem, że gdyby była hipopotamem, to tym najwolniejszym.

Skarciłem siebie za te myśli, a moją uwagę zwrócił mężczyzna, który został na korytarzu.

– Nie wejdzie pan? – Zapytałem.

– Żona tam wie, co i jak, ja się nie mieszam – odpowiedział nieśmiało, drapiąc się po głowie za lewym uchem, przez co tłuste włosy uniosły się i zostały w tej pozycji do końca ich wizyty.

Nie zrozumiałem tej odpowiedzi.

Patrzyłem na jego twarz, odwracając w tym samym czasie głowę w kierunku kobiety. W końcu zerwałem wzrokowy kontakt.

Kobieta całowała chłopaka po woskowej twarzy.

Całus w policzek.

– Pamiętasz? Tak jak na twój roczek… – zapłakała.

Całus w nosek.

– Jak na wakacjach w Kamionkach.

Cmok w czółko.

– Jak wtedy gdy skończyłeś osiemnaście lat.

Całus w oczko.

– Pamiętasz? Tak samo jak wtedy gdy skończyłeś studia.

Nie mogła przestać, opanować się chociaż na chwilę. Pomyślałem, że jej syn mógłby tego nie lubić i gdyby żył, sprzeciwiłby się jej zachowaniu.

Złapałem ją pod ramię.

– On nie żyje, nie odpowie pani. – Czasami tak trzeba, ludzie po stracie bliskich, potrafią zamieniać się w mumie, a ja byłem zmęczony, chciałem to przerwać.

– Zostaw mnie! Nie masz prawa mnie dotykać! – ryknęła z wściekłością, znowu tupiąc nogą i odepchnęła mnie tak mocno, że wylądowałem na kolumnie zasilającej po drugiej stronie sali.

Wyszedłem na korytarz.

– Może pan spróbuje ją przekonać? – zwróciłem się do jej męża.

Ojciec trupa wydawał się nieskory do współpracy. Zrobił oczy jakby pytał się, czy nie zrozumiałem tego, co powiedział nie tak dawno temu, ale powtórzył, tylko, że ciszej… spoglądając ukradkiem na żonę.

– Żona tam wie, co i jak, ja się nie mieszam.

Dałem im czas. Zaakceptowałem ich osobliwe zachowanie i udałem się do dyżurki. Obmyłem ręce, ale nie wszystkie skrzepy spłynęły do zlewu i część z nich uwięzła pod paznokciami. Wróciłem do recepcji zerkając co chwila na korytarz w oczekiwaniu, aż wyjdą.

– Gdzie jesteś Anito? – rzekłem do swojego odbicia w rozsuwanych drzwiach, z nadzieją, że zobaczę w nich pielęgniarkę.

Nagle drzwi sali operacyjnej trzasnęły. Wyjrzałem za róg. Zauważyła mnie.

– Koniec wizyty! – wrzasnęła z wyrzutem, jakbym wcześniej dał jej do zrozumienia, że są niemile widziani. Tupnięcie nogą.

Zachowałem milczenie, choć bardzo drażniło mnie to tupanie.

Chciałem żeby już sobie poszli. Normalnie staram się pocieszać ludzi, dawać im wskazówki, instruować co dalej, ale nie tym razem. Tych tu miałem dość. Zbliżali się do mnie, a ja czułem, że z każdym krokiem, krew w moich żyłach nabiera prędkości. Poczułem zło. O czymś rozmawiali, ale huk zatrzaskiwanych drzwi krążył jeszcze po szpitalnych murach, zagłuszając ich rozmowę. Przeszli obok, kobieta spojrzała na mnie.

– Nigdy nie nauczył się zakładania kapci… bardzo mnie to denerwuje.

Pierdolnięta baba i ojciec flegmatyk. Tak bardzo jej podporządkowany, że nawet bez sznurków wyglądał jak niezdolna do własnych decyzji marionetka.

Nie chciałbym mieć takich rodziców – pomyślałem.

– A ty? – wydarłem się wkurwiony, kiedy wyszli, ale martwy chłopak nie odpowiedział.

 

Obudziłem się o pierwszej w nocy. Nie wiem, jak długo trwało pukanie do drzwi. Najpierw musiałem zadbać o to, by sygnały wysyłane z mózgu do mięśni zaczęły ze sobą współpracować.

– Anita?

To nie była ona.

– Policja! Proszę otworzyć.

Otworzyłem.

– Starszy aspirant Marek, a to posterunkowy Tadeusz – przedstawili się.

I co? To tyle? Jakieś nazwiska? – zdziwiłem się w myślach.

– Proszę usiądźcie – wskazałem wersalkę. – Jestem Jarek, to znaczy ordynator Jarosław – przedstawiłem się złośliwie, w ich stylu.

Też nie chcieli mojego nazwiska, jakby praca obarczona odpowiedzialnością za ludzkie życie, wystarczyła niczym splunięcie na dłonie i przybicie piątki, wiążąc umowę.

– Mamy informacje, że przywieziono tu człowieka z trasy krajowej – oznajmił wąsaty z zaciągniętą na tył głowy furażerką. – Chcielibyśmy porównać go z rysopisem.

– Proszę za mną – zaprosiłem władze. – Coś przeskrobał?

– Jest podejrzewany o zabójstwo małej dziewczynki.

– Można zobaczyć zdjęcie? – zapytałem, nie wierząc, że je otrzymam.

– To rysopis, nie zdjęcie – powiedział ten młodszy, z głosikiem, jakby mutacja u niego rozciągnęła się na lata.

– Milcz młody, mówiłem, że masz się nie odzywać – skarcił go wąsaty i podał mi rysunek.

Poznałem go: łysy, niebieskie oczy, pociągła twarz z wysuniętą szczęką, jak by to była tylko karykatura wizerunku, a nie rzeczywiste odwzorowanie.

– Jest tutaj. – Weszliśmy do zabiegowego, a ja zrozumiałem, że nie zabezpieczyłem ciała prześcieradłem po wizycie rodziców denata. – Ale on…

Policjanci wydawali się nieprzejęci rozbebeszoną klatką piersiową, brzuchem i tym, co mówiłem.

– Uważaj, nie poślizgnij się, młody. – Aspirant wskazał na plamę krwi.

– Przepraszam, panie doktorze – usłyszałem kobiecy głos. – Można na słówko?

Wyrwało mnie to z jakiegoś głębokiego marazmu, który trawił mnie od czasu kiedy rozpocząłem dyżur. Kobiecy głos był jak pstryknięcie palcami, które budzi cię z długiej hipnozy. Obejrzałem się, a w drzwiach stała Anita. Poczułem… lawinę uczuć, które następują po sobie jak egzotyczne smaki w wypalanym cygaro. Początkowo… ogarniającą mnie ulgę, poprzez zdziwienie, kończąc na złości.

– Gdzie byłaś? – zapytałem, tak jakby uczucie ulgi przeważyło.

– Miałam alarm w pokoju trzydzieści cztery na drugim piętrze. Pani Zofia zdążyła go włączyć, ale kiedy dotarłam na miejsce, już nie żyła.

– Dobrze, Anito, zajmiemy się tym później, pomożesz mi?

– Tak, ale ci dwaj… co oni robią? – Zmarszczyła brwi i wyjrzała za moje ramię.

– To policjanci… Porównują chłopaka z rysopisem.

– Panie doktorze… ja pytam poważnie! Co oni robią? – Chwyciła mnie za bark i obróciła.

Ciało leżało na boku, a jelita wyślizgnęły się z ran na podłogę i przypominały teraz makaron, który zwisa z widelca na talerz. Wąsaty zapinał kajdanki na ręce nieboszczyka, a posterunkowy przykładał lufę pistoletu do czoła leżącego.

– Nie ruszaj się, nie ruszaj, bo zajebię… – darł się młody.

Nie wytrzymałem, rzuciłem się na nich, odepchnąłem od stołu operacyjnego, bojąc się po chwili, że mogą to potraktować jako czynną napaść i użyć wobec mnie środków przymusu bezpośredniego.

– Co robicie, durnie? – wykrzyknąłem, kiedy zaskoczeni moim zachowaniem, odskoczyli na bok.

– To on, doktorze, to ten podejrzany – mamrotał aspirant, machając rysopisem przed moją twarzą. – Wszystko się zgadza, proszę się odsunąć, ten człowiek jest niebezpieczny.

– Przecież on… nie widzicie, że nie żyje? – Wskazałem na zwisające flaki.

Policjanci spojrzeli pod stół jak dziecko szukające pod ławką upuszczonego piórnika.

– Rzeczywiście… nie żyje. – Starszy poprawił pas i sprawdził kaburę. – W takim razie to sprawa dla kryminalnych, nie dla nas; myyy… to wie pan… zwyczajna drogówka.

Wyszli, a jeden z nich, trącił mnie łokciem, zostawiając na podłodze krwiste pieczęcie butów.

– Anita? – Wydarłem się w złości.

„Anita?” – usłyszałem pytanie utworzone z echa własnych słów i już miałem zamiar odpowiedzieć, że znowu jej nie ma, gdyby nie pies…

Owczarek niemiecki stał przed głównym wejściem. Wyszczerzył wściekle zęby, z których natychmiast wylał się warkocz śliny. Drzwi nie chciały się rozsunąć. Fotokomórka nie zareagowała na nieznaczną wielkość i masę zwierzęcia.

– Ty też w odwiedziny? – zapytałem. – Należałeś do niego? Czy miałeś porachunki do rozwiązania?

Pies zaczął szczekać, a potem… nagle podkulił ogon i opuścił uszy, zaskomlał i uciekł, kuśtykając na jednej łapie, jakby spotkał go kiedyś nieszczęśliwy wypadek.

– Wołałeś mnie, Jarku?

– O, jesteś, widziałaś tego psa? – zapytałem, spoglądając w stronę drzwi.

– Jakiego psa? – zdumiała się pielęgniarka.

– Ehhh, nieważne, chcesz kawy?

 

Siedzieliśmy oboje w dyżurce i popijaliśmy gorący napój.

– Sprawdzę, kto to – oznajmiła Anita, wyrywając mnie z zamyślenia.

– Dobrze – zamaskowałem z udawanym spokojem stratę czujności, a pukanie do drzwi dotarło do mnie po chwili.

Pielęgniarka wyszła, a ja zostałem sam. Tej nocy ciągle to robiłem: nie rozumiałem, dziwiłem się, nie pamiętałem i… zostawałem sam.

Po paru minutach wpatrywania się w kalendarz, postanowiłem sprawdzić co się dzieje.

Wyszedłem z dyżurki; od strony holu było pusto, kiedy spojrzałem w drugą stronę zauważyłem pielęgniarkę z… dzieckiem na rękach? Tak. Mała dziewczynka patrzyła w moją stronę i śmiała się niewinnie. Miała włosy do ramion – to wszystko co dostrzegłem, pewnie dlatego, że były ciemniejsze od półmroku panującego w tej części korytarza.

– Wszystkim się zajmę – podniosła głos równie rozbawiona Anita. – Przyda się panu odpoczynek.

Zgodziłem się z nią, ale nie miałem zamiaru odpoczywać. Musiałem posprzątać flaki i potrzebowałem towarzystwa. Chłopak zapewni to i to, rozważyłem w myślach.

Jak opisać samotność? – zastanawiałem się, patrząc na wiszący zegar.

Jedyne co jej towarzyszy to czas. Obydwa zjawiska są… kto wie? Może rozpadłyby się bez siebie. Opowiadając o czasie, opowiadam o samotności, a opowiadając o samotności, opowiadam o czasie.

– Popierdolone. – Pokiwałem głową z niedowierzaniem i wszedłem do zabiegowego. – Widzisz, co narobiłeś, głąbie?

Na ziemi zauważyłem telefon częściowo umazany, ale nie we krwi, tylko w zaschniętym błocie. Świecił odblokowany, podniosłem go, nie przestając gadać do zwłok.

– Twoim rodzicom odwaliło, policjanci zgłupieli, przylazł za tobą wściekły pies, a teraz jeszcze ta dziewczynka; zafundowałeś mi dosłownie ostry dyżur. Co my tu mamy…? – powiedziałem, przeglądając zdjęcia w telefonie.

Alufelgi, odpicowane stare BMW na podnośniku, ładna dziewczyna, rozsypana biała ścieżka, dziewczyna i jeszcze jedna ładna dziewczyna, alufelgi, alufelgi, selfie na gołej klacie, durne zdjęcie przed lustrem też na gołej klacie z przybrudzonym na biało nosem, mała dziewczynka z pokrwawioną twarzą, leżąca w liściach z podwiniętą sukienką, mała zasłaniająca się rączkami przestraszona dziewczynka z łzami w oczach, siedząca na obdrapanej i brudnej wersalce, i mała dziewczynka idąca chodnikiem z psem na smyczy.

Bardzo podobny do tego, który stał przed wejściem – Wygrzebałem z pamięci.

“Jest podejrzewany o zabójstwo małej dziewczynki” Przypomniałem sobie słowa policjanta.

– Ty skurwielu! – Zdążyłem wykrzyczeć, a potem… potem się zrzygałem.

To właśnie wtedy samotność i czas się rozłączyły…

Musiałem coś zrobić; podniosłem z podłogi pięciokilową butlę do krioterapii z ciekłym azotem. Uniosłem nad głowę i z całej siły uderzyłem go w ten pusty, głupi łeb. Pusty, głupi łeb wydał pusty dźwięk, nastąpiła chwila ciszy – przerwa, która nie mogła trwać długo.

Żona tam wie, co i jak, ja się nie mieszam” Usłyszałem w pamięci ojca tego mordercy.

Uderzyłem ponownie, a jedna z gałek ocznych obróciła się w oczodole, ukazując zerwany nerw wzrokowy.

Nigdy nie nauczył się zakładania kapci… bardzo mnie to denerwuje” Szepnęła mi stara baba do ucha.

Jeszcze raz. Cios.

Oko wypadło na podłogę.

To on doktorze, to ten podejrzany” Śmiał się aspirant w mojej głowie.

Kolejne uderzenie butlą.

Żuchwa zerwała się ze stawów skroniowo-żuchwowych.

Kos… To była kostucha” Zapłakał trup w mojej głowie, jak wtedy, gdy go przywieźli.

Dyszałem i stałem na dwóch łapach jak niedźwiedź, który rozszarpał człowieka. Odrzuciłem butlę. Zadzwoniła kilkakrotnie na wykafelkowanej podłodze.

Zatrzymałem się.

Wytarłem krew z twarzy w rękaw koszuli. Patrząc w lustro wiszące na przeciwległej ścianie, zrozumiałem, że to nic nie dało, rozmazałem tylko czerwień. Wyglądałem teraz jak indiański wojownik. Spojrzałem na to co zostało z twarzy podejrzanego chłopaka.

Zło. Tak wygląda zło.

Usiadłem na podłodze, schowałem głowę w kolana. Usłyszałem klaskanie.

W drzwiach stała Anita z małą dziewczynką na rękach. Mała klaskała nierówno, nie zawsze trafiając precyzyjnie w swoje dłonie.

Złapałem za telefon, który wyświetlał zdjęcie dziewczynki idącej po chodniku.

– To ona, Anito… zobacz, to ona. – Podbiegłem z telefonem. – Tu, i tu, i tu. – Przesunąłem palce na kolejne zdjęcia. – Ten skurwiel ją zamordował. Widzisz?

– Widzę, doktorze. – Pielęgniarka odłożyła dziecko, a mała, śmiejąc się, uciekła w głąb korytarza. Odwróciła się i pokazała trąbę, złożoną z palców dłoni.

– Ona żyje? – zapytałem, nie będąc pewien, czy chciałbym poznać odpowiedź.

– Nie, nie żyje… ona jest tylko lękiem, Jarku.

– Anita, o czym ty mówisz? Jakim, kurwa, lękiem? – cofnąłem się, poczułem smród padliny.

– Lękiem tego, po którego tutaj przyszłam. – Wskazała na zmaltretowane ciało mordercy dziewczynki.

Nie chciałem tego, ale moja głowa sama obróciła się, by spojrzeć na nieboszczyka. Przypominał kupę wilgotnych szmat, a ja zdałem sobie sprawę, że nie tylko głowę obrałem za cel. Nieznana moc przestała mnie ściskać i wypuściła z niewidzialnej dłoni. Poleciałem kilka kroków do przodu i upadłem na plecy, jak ktoś popchnięty przez silniejszego.

Patrzyłem na drzwi.

Zamiast pielęgniarki, zobaczyłem przygarbiona postać. Mrok spod kaptura całkowicie przysłaniał twarz; był gęsty, chronił się pod płachtą jego matki. Sam materiał postrzępiony i dziurawy w wielu miejscach łopotał jak na wietrze, a ja nie miałem pewności, czy to tkanina, czy zwisające płaty suchej skóry. 

– Ona jest widmem – powtórzyła upiornym głosem. – Przyszła tu za tym człowiekiem jak i inne strachy powstałe w jego głowie. Panika, adrenalina, halucynacje, potrafią tchnąć życie w najbardziej chore wyobrażenia.

 Podeszła bliżej podciągając płaszcz skostniałą dłonią, spod którego wyszedł skulony pies – ten sam, którego widziałem przed wejściem.

– Ratownicy, jego rodzice, policjanci i ten pies, to też widma tego młodzieńca. – Do sali wbiegła dziewczynka, łapiąc kostuchę za wolną rękę.

– Wszyscy powstaliśmy w jego głowie – zaśmiała się, puściła śmierć i skacząc z nóżki na nóżkę, zbliżyła się do mnie. – Od momentu kiedy mnie zgwałcił, a potem zamordował, miał wiele halucynacji, wiesz?

Nie wiem kiedy to się stało, ale w sali pojawili się ratownicy medyczni i ustawili się przy pani śmierci. Następnie matka i ojciec trupa, po nich policjanci.

Dziewczynka spojrzała mi w oczy, złapała za policzek, a ja poczułem uspokajające ciepło.

– Ty i ten szpital też… jesteście jego urojonym strachem.

Rozejrzałem się po gościach z niedowierzaniem. 

Stara tupała co chwilę nogą. Ratownicy widząc to wyszli natychmiast. Jeden z policjantów bawił się bronią, a drugi pokazywał w moją stronę rysopis mordercy. Pies wyczuł swoją sierść na bucie zabójcy i zaczął lizać się po zbolałej łapie.

Pytająco zawiesiłem wzrok na flegmatycznym ojcu, podtrzymującym swoją starą.

– Żona tam wie, co i jak, ja się nie mieszam – odpowiedział.

 

Epilog

 

Piłem kawę, kiedy przyjechali…

Patrzyłem na drzwi od mojej dyżurki czekając, aż ktoś zapuka, zawoła lub wejdzie i powie, że to tylko zły sen. Przecież byłem realny, nieprzezroczysty, odbijałem się w lustrze, męczyłem się, pociłem, a kofeina stawiała mnie z powrotem na nogi.

Ktoś zapukał do drzwi.

– Panie doktorze, przywieźli kolejnego pacjenta – oznajmiła Anita, a potem zniknęła.

 

Koniec

Komentarze

Hej, vrchamps!

 

Komentarz pobetowy ode mnie.

Mi się podobało. I to na tyle, że przy kilkukrotnym czytaniu podczas bety się nie zmęczyłem, więc to coś znaczy. :D

To, w jaki sposób podszedłeś do tematu mnie zaskoczyło i nadało opowiadaniu sporej dozy oryginalności.

Najbardziej przypadła mi do gustu scena z butlą azotową – czuć emocje bohatera, czuć napięcie i całą atmosferę. Masz świetne pomysły, o czym przekonałem się już przy betowaniu Bezduszyciela, a to opowiadanie utwierdziło mnie w moim przekonaniu.

 

Zgłaszam do biblioteki.

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Wow, niezłe. Czytałem z zapartym tchem. Też zgłoszę do biblioteki (chyba już mogę bo mam ponad 50 komentarzy). :-)

 

Kilka fajniejszych momentów:

Podbiegła do stołu, a ja pomyślałem, że gdyby była hipopotamem, to tym najwolniejszym.

Sugestywne i zabawne.

– Żona tam wie, co i jak, ja się nie mieszam – odpowiedział nieśmiało

Jakbym siebie widział. ;) A tak na poważnie – jedno zdanie i już sobie faceta wyobraziłem.

jakby praca obarczona odpowiedzialnością za ludzkie życie, wystarczyła niczym splunięcie na dłonie i przybicie piątki, wiążąc umowę.

yes Fajnie ujęte.

Poznałem go: łysy, niebieskie oczy, pociągła twarz z wysuniętą szczęką, jak by to była tylko karykatura wizerunku, a nie eczywiste odwzorowanie.

Tu brakuje literek.

Nie wiem kiedy to się stało, ale w sali pojawili się ratownicy medyczni i ustawili się przy pani śmierci. Następnie matka i ojciec trupa, po nich policjanci.

Jak aktorzy na koniec przedstawienia w teatrze. :)

Hej Barbarian i Kronos. Dzięki za odwiedziny i miłe słowa. Kiedy zobaczyłem temat nr. 40 odrazu poczułem chemię między nami :) fajnie, że się wam podoba.:)

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Łooooo

Nie jest to zły tekst, ale za gardło nie chwycił.

 

Zasadniczo lubię typ horroru, na który się porwałeś. Coś zwykłego zamienione w coś niezwykłego, narastające poczucie dziwności, oderwania od rzeczywistości. Podczas lektury tego tekstu miałem jednak cały czas poczucie, że zacząłeś zbyt ostro. Ten szpital, ten lekarz, przybycie pacjenta, od początku nic nie ma sensu, nic się nie klei – więc od razu wiedziałem, że to jakiś rodzaj snu/omamów/wizji. W tej konwencji lepiej jest, gdy z początku wszystko wygląda normalnie, potem stopniowo zakrada się coraz więcej dziwności, drobnych niezgodności – jest wtedy czas zbudować nastrój.

Potem dowiadujemy się, że to były majaki. Wzdech. Bardzo nie lubię tego rozwiązania. Ale niech tam. Jednak tutaj stwarza ono dodatkowe problemy. Tego typu rozwiązanie najlepiej sprawdza się, gdy treść majaków mówi nam coś o bohaterze, manifestuje jego lęki/obawy/traumy w fizyczne formy. Stąd znajome, przyjazne otoczenie, które stopniowo przemienia się w krajobraz horroru. Ale tu mamy elementy dziwności, którym nie potrafię nadać sensu nawet po fakcie. Czy dziwne zachowanie policji ma być symbolem strachu przed mundurowymi? Czemu ten szpital jest pusty i tak mało przypomina szpital? Czemu pielęgniarka jest ciągle nieobecna? Itd. Mam wrażenie, że niektóre elementy tej dziwności zostały dodane ot tek, żeby było dziwniej, bez związku z tematyką opowiadania.

No i finałowy twist, że główny bohater jest (lub może nie jest) elementem omamów. To byłoby interesujące, gdyby inaczej to zagrać. Pytanie o naturę świadomości, te sprawy. Ale u ciebie… Nie czułem tego bohatera. Nie potrafię podać jednej jego cechy osobowości. Nie potrafię ocenić, czy był młody czy stary. Jego zachowanie momentami wydawało mi się irracjonalne. Słowem – był dla mnie kukłą z narratorem przyklejonym do pleców. Więc wieść, że to tylko omam nie zrobiła na mnie wrażenia. To tym gorsza wieść, że konkurs miał polegać na “wczuciu” czytelnika w sytuację bohatera.

 

Ponarzekałem, ale nie znaczy to, że opowiadanie nie ma zalet. Podczas lektury zakrada się trochę niepokoju, szczególnie na początku, zanim całość się zbyt bardzo rozkręci. Językowo jest przyzwoicie, mamy tam kilka naprawdę dobrze napisanych kawałków, cały czas się coś dzieje, więc nie ma czasu się zmęczyć czy znudzić.

Podsumowując – to tekst niezły technicznie, ale potencjał pomysłu nie został wykorzystany.

 

Czepy drobne:

– Niech mi pan niczego złego nie robi.

Dość formalne, jak na krztuszącego się krwią, spanikowanego człowieka.

Odchyliłem się odruchowo, przypadkiem zauważając sierść psa na jego prawym bucie.

Lekarz zoolog widzę, na dystans rozpoznaje gatunek zwierzęcia po kilku włosach.

Obmyłem ręce, ale nie wszystkie skrzepy spłynęły do zlewu i część z nich uwięzła pod paznokciami.

Hm… Nawet rękawiczek nie założył?

Hej None:) dzięki za odwiedziny i dające do myślenia uwagi:) to lekarz zrodzony w głowie naćpanego mordercy:) edit: ma gdzieś rękawiczki…:) i procedury…

Trochę mi się wydawało nazbyt porąbane. Ale pomysł z narratorem będącym halucynacją bardzo fajny. I niejako usprawiedliwia wcześniejsze absurdy.

Czytało się w miarę ciekawie, chociaż irytowało mnie, jak tam nic się kupy nie trzyma.

Babska logika rządzi!

Mam nadzieję Finkla, że nie tupałaś przez to nogą?:) Dzięki za odwiedziny i za klika. Dobrej nocy…

Dla mnie takie sobie, ale pewnie dlatego, że po prostu nie do końca lubię taką ,,dziwność” wyzierającą z każdego kąta. Na początku zastanawiałem się, dlaczego to wszystko jest takie pokręcone i mało realistyczne. Dopiero pod koniec, jak podważyłeś realność tego, co się wydarzyło, i samego narratora, przeszły mnie ciarki. No i dość niepokojąca mała dziewczynka. Dzieci w horrorze zawsze straszne. :)

Nie do końca spodobało mi się z kolei przedstawienie postaci śmierci (już kiedy się ujawnia), która jak na historię osadzoną we współczesnych realiach według mnie za bardzo powiela klasyczną ikonografię. Chyba że tak miało być, bo jest wytworem wyobraźni człowieka wychowanego w pewnej kulturze, który tak widzi personifikację śmierci.

Tekst nie jest zły, zwyczajnie nie w moim typie.

 

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

Nie tupałam. Co wcale nie oznacza, że nie mogę być czyjąś halucynacją (jeśli tak, to biedna ta istota).

Babska logika rządzi!

SNDWLKR dzięki za przeczytanie i komentarz. Powiem ci, że długo się zastanawiałem nad panią śmierci; na początku miał być to wilkołak :) zdecydowałem, że poważniej będzie z Anitą, która przeobraża się w kostuche. Myślę, że i tak ja napisałem trochę inaczej niż pierwowzór, zrezygnowałem z kosy, a dałem jej mniej znaną klepsydrę, a no i jest przygarbiona i śmierdzi:) Rozumiem, że nie podpasowało, ale cieszę się, że pojawiły się jednak jakieś emocje. Bo jak czytamy słowo wstępne do konkursu, nie musi być to horror, ważne żeby pojawił się choćby mały niepokój.:) Pozdrawiam.

Finkla , a tak na poważnie to fajnie, że opowiadanie cię irytowało, tzn że poczułaś to co Jarek, który irytował się coraz bardziej tymi dziwnosciami:)

Yo!

Powiem Ci, że to najlepiej napisane opowiadanie Twojego autorstwa, które czytałem. Nie pozwalasz puścić tego kłębka, na który nawijasz nić fabuły, cały czas intrygujesz. Podobało mi się, choć None zwrócił uwagę na te elementy dziwne, które momentami fajnie wynikają z siebie, a momentami wydają się być od czapy, wciśnięte na siłę. Ale to drobiazg, bo całą historia opowiedziana jest dobrze, a końcówka, że to majaki, nie wybroniłaby się, gdyby nie sugestia, że narrator sam jest majakiem umierającego mężczyzny – to naprawdę dobry plot twist, który mnie zaskoczył.

Oczywiście zgłaszam do biblioteki i gratuluję ciekawego opowiadania. No i powodzenia w konkursie, of kors :)

 

PS. Kilka rzeczy, które rzuciły mi się na oczy. Ali już przeczytała, ale zmiany kosmetyczne chyba można wprowadzać.

 

– Jest tam kto? – doszedł mnie głos zza drzwi i nagle wszystko wróciło.

Znowu byłem chirurgiem.

Usłyszałem cichy płacz, dochodzący zza drzwi.

Powtórzenie.

 

– Dopadła mnie… – zacharczał pacjent, zwracając na siebie moją uwagę, po czym wypluł w górę tłustą, czerwoną ślinę, niczym wybuchający wulkan gęstą, pomarańczową lawę. – Niech mi pan niczego złego nie robi.

Przekreślone usunąłbym, a podkreśliłem Ci taką lekką nadprzymiotnikozę ;)

 

Odchyliłem się odruchowo, przypadkiem zauważając sierść psa na jego prawym bucie.

Przypadkowe zauważenie sierści mało wiarygodne. Chyba, że on ma też specjalizację z weterynarii.

 

Byłem uwięziony niewidzialnym łańcuchem przez naćpanego pacjenta i prawie słyszałem szczęk żeliwnych oczek.

A nie “uwiązany”?

 

W tym samym momencie wypuścił z płuc ostatni haust powietrza i jęknął, stawiając kropkę na swoim żywocie.

Dziwne określenie, nie słyszałem wcześniej.

 

Wąsaty zapinał kajdanki na ręce nieboszczyka, a posterunkowy przykładał lufę swojego pistoletu do czoła leżącego.

 

– Rzeczywiście… nie żyje. – Starszy poprawił pas i sprawdził kaburę. – W takim razie to sprawa dla kryminalnych, nie dla nas; myyy… to wie pan… zwyczajna drogówka.

Wyszli trącając mnie łokciem, zostawiając na podłodze krwiste pieczęcie butów.

– Anita? – Wydarłem się w złości i rozejrzałem się po korytarzu.

Wyszli we dwóch, trącając go łokciem. Dziwnie to brzmi, bo czy obaj trącili go łokciami, czy jednym łokciem, nie, u coś jest nie tak. I to się-się brzydko wygląda.

 

Pies zaczął szczekać, a potem… nagle podkulił ogon i opuścił uszy, zaskomlał i uciekł, kuśtykając na jednej łapie, jakby spotkał go kiedyś nieszczęśliwy wypadek.

A nie “kuśtykając na trzech łapach”?

 

Miała włosy do ramion – to wszystko co dostrzegłem, pewnie dla tego, że były ciemniejsze od półmroku panującego w tej części korytarza.

Dlatego.

 

Wytarłem krew z twarzy w rękaw mojej koszuli.

 

Znowu tupnęła nogą, a mężczyzna obok z grymasem bólu spojrzał w dół, gdyż jego palce właśnie zostały zmiażdżone.

Nie podoba mi się to. Jakoś wybiło z rytmu, z konwencji.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Q

Known some call is air am

Hej Outta. Miło, że się podobało. Dzięki za zgłoszenie do biblioteki. Jak wrócę do domu to popoprawiam troszkę.:)

No, niepokój jest ;) Ciekawa perspektywa, spojrzenie na to, co się dzieje z perspektywy halucynacji. Usprawiedliwa kompletnie odjechany przebieg wydarzeń. W sumie fajnie udało Ci się pokazać rodziców, nadopiekuńcza matka, która chyba kompletnie nie rozumie syna i traktuje go jak dziecko, i doskonały ojciec z tym:

– Żona tam wie, co i jak, ja się nie mieszam.

Zresztą cała gromadka bohaterów jest odlotowa :)

Tak się tylko zastanawiam, czy synuś skończyłby studia.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej Irka. Świat jest pełen wykrzyalconych morderców, w których nagle coś pęka i robią złe rzeczy:) Dzięki za odwiedziny. Miłego wieczoru.

Czołem!

 

Interesująco pociągnąłeś swój konkursowy motyw. Jest dziwacznie, brzydko, lepko i niepokojąco. Gdybym miał rzucić skojarzeniem, to chyba byłby to serial “Królestwo” od Larsa von Triera.

Językowo opowiadanie ma kilka naprawdę dobrych momentów, na przykład ta wzmianka o dziecięcych i dorosłych łzach bardzo do mnie trafiła. Było też kilka kosmetycznych błędów, ale chyba wyżej zrobili Ci należytą łapankę. W każdym razie czytałem wczoraj i ciężko mi się już odnieść.

Fabularnie całkiem mi się podobało, chociaż zakończenie (po ujawnieniu, że główny bohater to też halucynacja, bo to bardzo fajne było) nieco mnie emocjonalnie minęło. To znaczy albo bym je skrócił, wywalając epilog, albo pociągnąłbym nieco dalej wątek niepewności bohatera co do jego własnego jestestwa. Ale to nie jest zły finał, absolutnie. Tak sobie dywaguję, co bym wolał, a czego nie :)

Tak więc całkiem opko, zdecydowanie – przynajmniej według mnie – wykorzystałeś swój konkursowy motyw, jest jak najbardziej horrorowo, słowem – wszystko gra, jak trzeba.

 

Pozdrawiam,

fmsduval 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

hej

Dzięki za odwiedziny i za komentarz. Teraz gdy patrzę wstecz, to dałbym sobie czas na poprawienie zakończenia. Też mmi brakuje tego, jak bohater zachowuje się po tym, gdy zdaje sobie sprawę, że jest tylko wymysłem. Wystarczyły by dwie, trzy linijki tekstu i opko pewnie by zyskało:) ale już za późno. Trzymaj się,

Pozdrawiam

Nowa Fantastyka