- Opowiadanie: Gekikara - Pani Metamorfoz

Pani Metamorfoz

To opo­wia­da­nie po­wsta­ło pra­wie rok temu, a w końcu krętą drogą tra­fia tutaj. :)

 

Ser­decz­nie dzię­ku­ję za betę Dra­ka­inie, Ma­ra­so­wi, Ni­ne­din, Si­lvie i Za­na­iso­wi (ko­lej­ność al­fa­be­tycz­na).

Pier­wot­nej wer­sji tek­stu już nie ma, więc tylko w ten spo­sób mogę ich wy­mie­nić.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Pani Metamorfoz

„O nic nie bła­gaj, bo próż­ne ma­rze­nia,

by czło­wiek uszedł swego prze­zna­cze­nia”

– So­fo­kles

 

Ży­wio­ły były nie­spo­koj­ne. Pompy hy­do­ru pra­co­wa­ły pełną mocą, pyr roz­grze­wał tłoki do czer­wo­no­ści, ge za­py­cha­ła sprę­żar­ki, aer na­pę­dzał tur­bi­ny ledwo wy­trzy­mu­ją­ce tempo ob­ro­tów, a arche – pod­sta­wo­wy bu­du­lec wszech­rze­czy – trzesz­cza­ła w ru­rach. Ko­bie­ta przy apa­ra­tu­rze wal­czy­ła z za­wo­ra­mi i dźwi­gnia­mi, mio­ta­jąc gniew­nie za­klę­cia, by wy­rów­nać po­zio­my pię­ciu ele­men­tów.

Gdy już uchroniła świat od ka­ta­stro­fy, chcia­ła jesz­cze upew­nić się, że praca sfer prze­bie­ga zgod­nie z ocze­ki­wa­nia­mi – wszak mi­nę­ło wiele czasu, odkąd po raz ostat­ni spraw­dza­ła, jak wyglądają spra­wy za mu­ra­mi Pa­ła­cu Form.

Po­le­ciw­szy au­to­ma­to­nom in­for­mo­wać o naj­mniej­szych od­chy­le­niach w pracy me­cha­ni­zmu, za­mknę­ła za sobą drzwi ma­szy­now­ni i we­szła do windy. Mogła, co praw­da, użyć magii, by prze­nieść się w prze­strze­ni aż na sam szczyt wieży, jed­nak zła­ma­ła­by tym jedną ze świę­tych zasad fi­zy­ki, a to gro­zi­ło ko­lej­nym wy­pa­cze­niem. W miej­scu tak waż­nym, jak Pałac Form, nie mogła sobie na to po­zwo­lić.

– Na szczyt – rzu­ci­ła do ma­chi­no­sa ob­słu­gu­ją­ce­go windę, a ten ski­nął bla­sza­ną głową, prze­sta­wił waj­chę i za­czę­li się wzno­sić ku szczy­to­wi wieży Pa­ła­cu Form, która po praw­dzie wcale nie była wieżą, a osią świa­ta, sa­mot­nym fi­la­rem pod­trzy­mu­ją­cym fir­ma­ment. Nie miała więc wierz­choł­ka – jej naj­wyż­sze pię­tra nik­nę­ły w nie­biań­skim oce­anie.

Pani Me­ta­mor­foz wy­szła na bal­kon ostat­niej z kom­nat, która nie była za­la­na przez zimne wody noc­ne­go nieba. Wy­su­nę­ła rękę, by za­nu­rzyć w nich palce, i za­to­czy­ła trzy kręgi. Wzbu­rzo­ne fale ro­ze­szły się po nie­bo­skło­nie. Kilka po­bli­skich gwiazd roz­bły­sło.

– Wy, które ob­ser­wu­je­cie świat na pół­no­cy, po­łu­dniu, wscho­dzie i za­cho­dzie, przyjdź­cie na me we­zwa­nie – wy­po­wie­dzia­ła in­kan­ta­cję, a czte­ry gwiaz­dy zmie­ni­ły się w złote ryby i po­pły­nę­ły ku wieży, wpra­wia­jąc tym w zdu­mie­nie wszyst­kich astro­lo­gów, pró­bu­ją­cych z ruchu ciał nie­bie­skich wy­czy­tać przy­szłość.

– Opo­wiedz­cie, co wy­da­rzy­ło się pod­czas mojej nie­obec­no­ści? – za­py­ta­ła Pani Me­ta­mor­foz.

Gwiaz­dy mó­wi­ły o krwa­wych woj­nach i kru­chych ro­zej­mach, o su­szach i po­wo­dziach, o gło­dzie i la­tach do­stat­ku, o trzę­sie­niach ziemi i cza­sach po­ko­ju. Tylko jedna mil­cza­ła. Gdy po­zo­sta­łe skoń­czy­ły, przy­szła kolej i na nią.

– Na za­cho­dzie lu­dzie żyją w spo­ko­ju i do­stat­ku, a wy­pa­cze­nie nie po­ja­wia­ło się tam od po­ko­leń. Pola pełne są plo­nów, a lu­dzie zdro­wi i szczę­śli­wi. Jedno tylko zmar­twić cię może…

– Mówże! – po­na­gli­ła ją Pani Me­ta­mor­foz, a gwiaz­da, ob­ra­żo­na jej tonem, po­czer­wie­nia­ła i nie­mal wy­nu­rzy­ła się z nie­biań­skiej toni, po­wstrzy­maw­szy się w ostat­nim mo­men­cie. Wi­dzia­ła wszak, że pierw­szy, kto ujrzy ją spa­da­ją­cą, bę­dzie miał prawo do ży­cze­nia.

– Spo­tka­li się. I to już dawno wedle ludz­kiej miary – od­po­wie­dzia­ła i po­mknę­ła przez niebo ni­czym ogni­sta strza­ła, by zająć swoje miej­sce.

 

*

 

Ciem­ność. Ciem­ność i wil­goć. I twar­da skała. Ostre kra­wę­dzie ra­nią­ce ciało, gdy tra­fiał na nie, idąc po omac­ku. I cisza. Ciem­ność, wil­goć, skała i cisza.

Wę­drów­ka trwa­ła długo. Go­dzi­ny? Dni? Ty­go­dnie? Nie spo­sób było to okre­ślić, bo nie spo­sób było od­mie­rzyć czas. Sam kon­cept czasu wy­da­wał się czymś obcym i tylko mgli­ście poj­mo­wal­nym, re­lik­tem z in­ne­go, za­po­mnia­ne­go życia.

Męż­czy­zna szedł. Nie­stru­dze­nie parł na­przód, co i raz po­ty­ka­jąc się, upa­da­jąc, ka­le­cząc się o ostre kra­wę­dzie skał. Ból był dobry. Dzię­ki niemu czuł swoje ciało, miał pew­ność, że ist­nie­je w for­mie czło­wie­ka. Cho­ciaż tyle.

Wsta­wał i bez wa­ha­nia szedł dalej, choć nie pa­mię­tał celu wę­drów­ki.

Coś jed­nak sobie przy­po­mi­nał.

Wspo­mnie­nie ma­ja­czy­ło na kra­wę­dzi świa­do­mo­ści, ulot­ne, kru­che, umy­ka­ją­ce, gdy się na nim sku­piał. Za to przy­bie­ra­ło na sile, kiedy o nim nie my­ślał, skon­cen­tro­wa­ny na kro­kach obo­la­łych stóp.

Wi­dział w nim twarz. De­li­kat­ną, o kla­sycz­nych ry­sach i pięk­ną tak, jakby ju­trzen­ka od­bi­ła w niej swoją formę. Bu­dzi­ła w nim uczu­cia…

Po raz pierw­szy uj­rzał ją na dwo­rze króla Anak­syn­ran­dek­sa­sa. Tań­czy­ła wśród ma­chi­no­sów, prze­my­ka­ła mię­dzy ob­ra­ca­ją­cy­mi się tar­cza­mi ze­ga­rów, wsłu­chi­wa­ła się w szum pomp hy­do­ru i plą­sa­ła w rytm wi­bra­cji arche wtła­cza­nej w me­cha­ni­zmy polis. Ona. Tech­no­dria­da. Nimfa ze­ga­ro­wa.

– Dikke – wy­szep­tał jej imię, które uto­nę­ło w bez­mia­rze ciem­no­ści, nie po­zo­sta­wia­jąc po sobie nawet echa.

Dikke tań­czy­ła, a on, przy­siadł­szy w pa­ła­co­wym oknie, wy­gry­wał me­lo­dię na kla­wi­szach pięk­nie rzeź­bio­nej liry kor­bo­wej, którą otrzy­mał z rąk sa­me­go Kar­ci­cie­la za trzy cykle wier­nej służ­by w walce z Wy­pa­czeń­ca­mi, a dźwięk jego gry wpro­wa­dzał w bło­go­stan każ­de­go, kto go usły­szał.

 

*

 

Ta, którą zwali Wiedź­mą, nie mogła ot tak opu­ścić pa­ła­cu.

Do­glą­da­nie me­cha­ni­zmu świa­ta nie było jej je­dy­nym obo­wiąz­kiem. Nie było nawet głów­nym za­da­niem, prze­cież ro­bi­ła to tylko pod nie­obec­ność De­miur­ga.

Pani Me­ta­mor­foz strze­gła form. Ide­ałów wszel­kich przed­mio­tów, zwie­rząt, ludzi i abs­trak­tów, któ­ry­mi De­miurg po­słu­żył się, by nadać prawa i po­rzą­dek wszech­rze­czy. Były wzor­cem, który od­bi­jał się w każ­dej ze swo­ich kopii wy­kro­jo­nych z cha­osu. W pa­ła­cu znaj­do­wa­ły się one wszyst­kie – to zna­czy wszyst­kie poza tymi, które zbie­gły, dając tym samym po­czą­tek Pierw­sze­mu Wy­pa­cze­niu.

Jej szla­chet­ny mał­żo­nek pod­jął się próby schwy­ta­nia ucie­ki­nie­rów, jed­nak, raz wy­rwa­ne spod jarz­ma woli, formy były silne i wojna z Wy­pa­cze­nia­mi trwa­ła już dzie­sięć cy­klów me­temp­sy­cho­zy. Lu­dzie przy­cho­dzi­li na świat, umie­ra­li i ro­dzi­li się na nowo, De­miurg nie wra­cał, ży­wio­ły były nie­spo­koj­ne, a Pani Me­ta­mor­foz czuła się więź­niem wła­snej formy.

Dla­te­go tym razem mu­sia­ła wy­grać.

Ta, którą zwali Wiedź­mą, nie mogła ot tak opu­ścić pa­ła­cu… Jed­nak, z dru­giej stro­ny, któż miał­by ją po­wstrzy­mać?

Gdy otwo­rzy­ła drzwi staj­ni, Hip­pos już na nią cze­kał. Za­wsze w pełni sił, za­wsze go­to­wy do drogi, sta­no­wił wiecz­ny ideał konia, który od­bi­jał się we wszyst­kich ko­piach, po­wsta­ją­cych i od­cho­dzą­cych w nie­pa­mięć w miarę upły­wu czasu. Na­ro­wi­sty, nie do końca ujarz­mio­ny, stał w błę­kit­no­bia­łej po­świe­cie, gotów pę­dzić w dal ni­czym wi­cher, który za­wsze roz­wie­wał jego grzy­wę; gotów cwa­ło­wać poza gra­ni­ce świa­ta, jeśli Wiedź­ma nie na­rzu­ci­ła­by mu swej woli. Ich umy­sły star­ły się, ale krót­ka była to walka.

Kiedy opusz­cza­ła pałac na grzbie­cie wierz­chow­ca ­– na poły dla ostroż­no­ści, a na poły dla re­ali­za­cji swego planu – nada­ła im kształt, który nie rzu­cał się w oczy. Wszak nie na darmo była Panią Me­ta­mor­foz.

 

*

 

Tunel zda­wał się nie mieć końca. Próż­no było szu­kać szcze­lin, przez które mógł­by wpaść choć­by po­je­dyn­czy pro­mień świa­tła. Nie do­cie­ra­ły tu żadne dźwię­ki, nie czuć było po­wie­wu wia­tru.

Po go­dzi­nach, ty­go­dniach czy może mie­sią­cach wę­drów­ki męż­czy­zna zdał sobie spra­wę, że po­wo­li, lecz stale, zmie­rza w górę, oraz że po­wo­li, lecz stale, tunel staje się szer­szy, a zdra­dli­we skały trud­niej­sze do po­ko­na­nia. Gdyby mógł spoj­rzeć na swoje stopy i dło­nie, naj­pew­niej zo­ba­czył­by krwi­ste stru­py, sińce i wy­bro­czy­ny.

Ale z cier­pie­niem wią­za­ła się na­gro­da.

Choć nie­pa­mięć za­zdro­śnie strze­gła swo­ich se­kre­tów, sta­ra­jąc się utrzy­mać wła­dzę nad formą męż­czy­zny, ko­lej­ne ob­ra­zy wy­nu­rza­ły się z od­mę­tów jego umy­słu. Zdar­te pięty i po­kłu­te ręce pro­mie­nio­wa­ły bólem, ale droga da­wa­ła na­dzie­ję i przy­wra­ca­ła wspo­mnie­nia.

Pa­mię­tał już lata służ­by u Kar­ci­cie­la. Dzie­siąt­ki sto­czo­nych bitew z cen­tau­ra­mi, sa­ty­ra­mi, chi­me­ra­mi. Setki po­nie­sio­nych ran. Ty­sią­ce uśmier­co­nych Wy­pa­czeń­ców, któ­rzy wal­czy­li w imię nie­ujarz­mio­nych form. Pa­mię­tał bez­miar go­dzin spę­dzo­nych z lirą na ko­la­nach, me­lo­die wy­gry­wa­ne przy obo­zo­wych ogni­skach i w kró­lew­skich pa­ła­cach, kiedy armia go­ści­ła w polis.

Jed­nak naj­le­piej pa­mię­tał ją. Dikke. Pia­stun­kę ze­ga­rów. Mi­łość, z którą złą­czy­ły go nie­zba­da­ne ścież­ki me­cha­ni­zmu świa­ta. Lata razem spę­dzo­ne w kró­le­stwie Anak­syn­ran­dek­sa­sa, wszyst­kie szczę­śli­we i do sie­bie po­dob­ne, ja­wi­ły mu się ni­czym błogi sen. Ona strze­gła me­cha­nicz­nych gajów i przy­no­si­ła po­myśl­ność tech­no­lo­gom. On grał na lirze kor­bo­wej, któ­rej ma­gicz­na moc przy­no­si­ła lu­dziom szczę­ście.

Wszyst­ko się zmie­ni­ło, gdy spo­tka­li sta­rusz­kę pro­wa­dzą­cą rów­nie le­ci­we­go osła.

Wy­bra­li się wów­czas da­le­ko za mia­sto, w miej­sce wo­do­spa­dów pyru, któ­re­mu ponoć sama Pani Me­ta­mor­foz nada­ła kształt po­dob­ny wo­dzie. Płyn­ny ogień roz­le­wał się w ogrom­ne je­zio­ro. Fe­nik­sy wi­ją­ce gniaz­da w ko­ro­nach oko­licz­nych drzew krą­ży­ły tuż ponad taflą pło­mien­nej cie­czy, wy­pa­tru­jąc ryb dy­mo­wych. Co i raz któ­ryś z nich ob­ni­żał lot, a potem znów wbi­jał się w po­wie­trze bez zdo­by­czy.

On i Dikke lu­bi­li tam cha­dzać. Wy­jąt­ko­wość tego miej­sca po­zwa­la­ła im czuć się zwy­klej­szy­mi i bar­dziej po­dob­ny­mi sobie, niż byli w isto­cie.

Sta­rusz­ka zna­la­zła ich sie­dzą­cych na kli­fie, za­pa­trzo­nych na po­lu­ją­ce ptaki.

– Nie chce­cie może wróż­by? – wy­chry­pia­ła. – Każda para za­ko­cha­nych cie­ka­wa, czy im życie w szczę­ściu pi­sa­ne.

– Nie trze­ba nam znać przy­szło­ści. Jaka by nie była, razem damy sobie z nią radę – od­parł, chcąc od­pra­wić ko­bie­tę tam, skąd­kol­wiek przy­szła.

Ta jed­nak nie ustę­po­wa­ła.

– Miej­cie serce. Nie od­mó­wi­cie chyba nędz­nej sta­ro­wi­nie może ostat­niej oka­zji, by się do cze­goś zdać na tym świe­cie?

– O co pro­sisz w za­mian? – za­py­ta­ła nimfa, ule­gł­szy na­mo­wom ko­bie­ty, bo wie­dzia­ła, że każdy ro­dzaj magii wy­ma­gał opła­ty. Tym więk­szej, im bar­dziej na­gi­nał świę­te prawa.

– Nie­wie­le, wy­star­czy mi me­lo­dia we­so­ła. Obola też nie od­mó­wię.

Dikke się­gnę­ła po mie­szek, a on za­czął krę­cić korbą liry i wy­braw­szy od­po­wied­ni ton, wy­gry­wał na kla­wi­szach spo­koj­ną me­lo­dię. Sta­rusz­ka tym­cza­sem wy­cią­gnę­ła z juków nie­wiel­ki ze­ga­rek i roz­bi­ła go o skały. Tech­no­dria­da skrzy­wi­ła się na sam widok, ale była to ko­niecz­na ofia­ra, by po­znać ko­le­je losu.

Sta­rusz­ka po­chy­li­ła się nad reszt­ka­mi ze­gar­ka, chwy­ci­ła po­zo­sta­ło­ści jesz­cze ty­ka­ją­ce­go me­cha­ni­zmu i ob­ró­ci­ła je w dło­niach. Jej twarz spo­chmur­nia­ła.

– Nie jest pi­sa­ny wam szczę­śli­wy żywot – za­czę­ła, a mu­zy­ka uci­chła. – Do dwóch świa­tów na­le­ży­cie i po­dług dwóch miar wasz czas pły­nie. Jeśli razem osta­nie­cie, zły los i śmierć was nie omi­nie.

– To fał­szy­wa wróż­ba – wtrą­ci­ła Dikke, marsz­cząc część czoła. Druga, me­cha­nicz­na, jak za­wsze wy­ra­ża­ła spo­kój. – Rzut oka wy­star­czy, by po­znać, że je­stem tech­no­dria­dą, a więc nie sta­rze­ję się i nie umie­ram – mó­wiąc to, skrzy­żo­wa­ła ra­mio­na: jedno ufor­mo­wa­ne z ciała, dru­gie z że­la­za i brązu. Wy­su­nę­ła też do przo­du me­ta­lo­wą nogę, do­sko­na­le teraz wi­docz­ną w się­ga­ją­cym bio­der roz­cię­ciu tu­ni­ki. – Je­śli­by nawet czas nas roz­dzie­lił, to od­naj­dę cię w ko­lej­nym cyklu me­temp­sy­cho­zy – czule zwró­ci­ła się do uko­cha­ne­go. Od­po­wie­dział peł­nym mi­ło­ści uśmie­chem.

Sta­rusz­ka ze­bra­ła roz­rzu­co­ne czę­ści i ci­snę­ła je w ogni­stą ciecz. Dy­mo­we ryby wy­pły­nę­ły, by się po­ży­wić i spa­dła na nie para po­lu­ją­cych fe­nik­sów.

– To nie twego wy­bran­ka, ale cie­bie wróż­ba się tyczy – od­par­ła ko­bie­ta, z za­ska­ku­ją­cą jak na jej wiek lek­ko­ścią wska­ku­jąc na osła. – Je­śli­ście mą­drzy, in­ne­go szu­kać bę­dzie­cie szczę­ścia, niż to ze sobą.

To rze­kł­szy, od­je­cha­ła i zaraz okrył ją czar­ny, smo­li­sty dym, który roz­szedł się po oko­li­cy jako znak uda­ne­go po­lo­wa­nia fe­nik­sów.

Za­ko­cha­ni nie da­wa­li wiary wróż­bie tu­łacz­ki, jed­nak forma przy­jem­nej bez­tro­ski zła­ma­ła się pod na­po­rem jej słów, które przy­po­mnia­ły od­rzu­ca­ną praw­dę o tym, co ich róż­ni­ło. Po­sta­no­wi­li więc wró­cić już do polis.

Nim do­tar­li do murów, wier­ny ma­chi­nos słu­żą­cy w kró­lew­skim pa­ła­cu wy­je­chał im na­prze­ciw. Twarz skry­wał za kap­tu­rem, bo takim jego rodzajowi nie wolno było jeź­dzić wierz­chem. Szka­pa pod nim, zmu­szo­na do ga­lo­pu z takim cię­ża­rem na grzbie­cie, była biała od piany.

– Ucie­kaj­cie! – krzyk­nął. – Ajxio­lo­ajos za­ata­ko­wał znie­nac­ka, za omen wo­jen­ne­go zwy­cię­stwa bio­rąc czer­wo­ną gwiaz­dę. Szu­ka­li cię wszę­dzie, szla­chet­na Dikke, boś kró­lo­wi lata spo­ko­ju i do­bro­by­tu prze­wi­dzia­ła, a jak cię nie zna­leź­li, uzna­li, żeś w spi­sku brała udział. Na wschód za wami ru­szy­li, bo wielu przy­ja­ciół macie, któ­rzy po­ścig go­to­wi zmy­lić, ale kryć się mu­si­cie, bo was do­pad­ną. – Ze­sko­czył z konia i podał im lejce. – Jedź­cie, czasu mało!

 

*

 

Szyb­szy niż wi­cher Hip­pos mknął z po­wro­tem ku Pa­ła­co­wi Form, a z każ­dym ude­rze­niem kopyt na­bie­rał pręd­ko­ści. W po­ło­wie drogi grzmot roz­legł się po oko­li­cy – to koń naj­do­sko­nal­szy, rumak skoń­czo­ny, wy­prze­dził dźwięk. Gdyby biegł tak od­po­wied­nio długo, wy­prze­dził­by w końcu i świa­tło, tylko świat był zbyt mały, by mógł się tak roz­pę­dzić, więc tę­sk­no­ta do nie­skoń­czo­nych prze­strze­ni wy­peł­nia­ła stale jego serce.

Zaś serce Wiedź­my biło jak sza­lo­ne i to wcale nie z po­wo­du pręd­ko­ści, z jaką gnał wierz­cho­wiec. Tym razem pewna była zwy­cię­stwa.

Nie­mal zła­ma­ła za­sa­dy, jed­nak nie po­wie­dzia­ła im nic, co nie by­ło­by praw­dą i czego z roz­trza­ska­ne­go ze­gar­ka nie wy­czy­ta­ła­by każda wieszcz­ka. Rów­nie do­brze kto­kol­wiek inny mógł im wy­wró­żyć przy­szłość.

 A że Pani Me­ta­mor­foz taką formę nada­ła swoim sło­wom, by za­pa­dły głę­bo­ko w ich serca i dusze… Któż o tym bę­dzie wie­dzieć?

Uspo­ko­iw­szy się, zdo­ła­ła wpro­wa­dzić Hip­po­sa do staj­ni, choć ten pró­bo­wał na­rzu­cić jej swoją formę, pod­su­wa­jąc pra­gnie­nia nie­skrę­po­wa­ne­go pędu, go­ni­twy i wol­no­ści za­klę­tej w biegu przez bez­kre­sne zie­lo­ne rów­ni­ny. Walka z nimi nawet dla Pani Me­ta­mor­foz nie była rze­czą łatwą, wszak wol­ność była tym, czego po­żą­da­ła naj­moc­niej. Ale nie ta­kie­go ro­dza­ju wol­ność sta­no­wi­ła jej ma­rze­nie, nie bez­tro­ska, nie wiecz­na tu­łacz­ka i bez­u­stan­ny ruch, a wol­ność od formy, w którą za­pa­dła.

Gdy tylko Wiedź­ma otwo­rzy­ła wrota, tłum ma­chi­no­sów wy­biegł jej na po­wi­ta­nie, a każdy miał wia­do­mość nie­cier­pią­cą zwło­ki.

– Moja pani, ci­śnie­nie hy­do­ru wzro­sło po­wy­żej normy.

– Moja pani, sztorm wy­buchł w szes­na­stym kwa­dra­cie fir­ma­men­tu.

– Moja pani, formy bliź­niąt znów po­kłó­ci­ły się o to, które było pierw­sze. Dzie­ci mogą po­du­sić się w brzu­chach cię­żar­nych, jeśli szyb­ko nie…

– Moja pani, osiem au­to­ma­to­nów zde­for­mo­wa­ło się przy pracy w kom­na­tach. Dwóm wy­ro­sły żmi­jo­we głowy, jeden przy­brał kształt sze­ścia­nu, trzy zro­sły się od­nó­ża­mi i…

– Moja pani…

– Moja pani…

Już go­to­wa była za­mie­nić ich wszyst­kich w ka­mie­nie, kiedy roz­legł się krzyk me­cha­nicz­ne­go so­ko­ła i słu­dzy za­mil­kli, pa­trząc, jak ko­łu­je tuż pod skle­pie­niem prze­past­nej sali – tak wy­so­kiej, że miała nawet wła­sne chmu­ry – a potem opada ku tłu­mo­wi ma­chi­no­sów, by przy­siąść na gło­wie jed­ne­go z nich, sto­ją­ce­go naj­bli­żej Wiedź­my. Wszy­scy wie­dzie­li, co to ozna­cza.

Szla­chet­ne­mu Panu udało się po­chwy­cić ko­lej­ną zbun­to­wa­ną formę i trans­port był już w dro­dze.

 

*

 

Męż­czy­zna szedł dalej, nie­stru­dze­nie brnąc z ciem­no­ści w ciem­ność, wsłu­cha­ny w echa dawno usły­sza­nych słów, które od­bi­ja­ły się w jego gło­wie, a tunel prze­szedł w grotę – przy­naj­mniej takie można było od­nieść wra­że­nie, bo ścia­ny i sufit ucie­kły poza za­sięg ra­mion, po­zo­sta­wia­jąc je­dy­nie czerń i pust­kę. Rzecz jasna, pust­kę tylko po­zor­ną – świę­te za­sa­dy jasno wska­zy­wa­ły, że nie­byt jako taki ist­nieć nie może, a gdy jedno ciało zmie­nia po­ło­że­nie, inne, wy­par­te przez ruch ele­men­tów, zaj­mu­je jego miej­sce. To była pod­sta­wa pracy me­cha­ni­zmu świa­ta, który ob­ra­cał się wokół Pa­ła­cu Form, sta­no­wią­ce­go jego cen­trum, oś łą­czą­cą niebo i zie­mię.

Tam wła­śnie Dikke po­sta­no­wi­ła się udać.

– Tylko jedna isto­ta zła­mać może naszą klą­twę – mó­wi­ła nimfa, gdy ogar­nia­ły go wąt­pli­wo­ści. – Los nam nie sprzy­ja, bo je­ste­śmy z in­nych form od­bi­ci, ale Pani Me­ta­mor­foz bę­dzie mogła dać ci ciało, które nie umie­ra, ani się nie sta­rze­je.

Jed­nak każdy, kogo spo­tka­li na swo­jej dro­dze, ra­dził im za­wró­cić.

– Po­wia­da­ją, że kto do Wiedź­my idzie, już sobą nie wraca – prze­strze­ga­li ich wie­śnia­cy, czy­niąc przy tym znaki od­pę­dza­ją­ce zły urok.

– Strzeż­cie się nawet sa­me­go pa­ła­cu. Ponoć formy czy­ste tam spa­ce­ru­ją, a spoj­rzeć czło­wie­ko­wi na taką, to śle­po­ta, śmierć albo jesz­cze co gor­sze, kiedy forma od­bi­je się w nim i prze­kształ­ci na wła­sne po­do­bień­stwo – ra­dzi­li im wę­drow­cy spo­ty­ka­ni na szla­ku, splu­wa­jąc przez lewe ramię.

– Naj­lep­sze życie dla ta­kich jak my, to życie z dala od spoj­rze­nia wiel­mo­żów. Z ich uwagi nic do­bre­go wy­nik­nąć nie może. Ani się czło­wiek obej­rzy, już jest jeno kukłą w ich rę­kach – prze­ko­ny­wa­li, przyj­mu­jąc ich w go­ści­nę.

Nie­któ­rzy, za­uro­cze­ni grą na lutni oraz tań­cem nimfy, pro­si­li nawet, by zo­sta­li z nimi na stałe.

I były takie chwi­le, gdy sta­wa­li z Dikke na popas, a on obej­mo­wał uko­cha­ną i szep­tał jej do ucha obiet­ni­ce szczę­śli­we­go życia do końca ich wspól­nych dni, gdzieś po­śród zie­lo­nych łąk, wśród pa­ste­rzy i ludzi pro­stych, pod któ­rych formą nie ukry­wa się chci­wość i zdra­da. Wtedy za­my­ka­ła mu usta po­ca­łun­kiem.

– Tech­no­dria­dy też mają swoje opo­wie­ści i w nich Pani za­wsze daje lu­dziom to, na co za­słu­gu­ją, choć nie za­wsze to, czego pra­gną – za­pew­nia­ła. – Ko­cha­my się praw­dzi­wie i mamy czy­ste serca, nie po­trze­ba nam nic prócz sie­bie, więc na pewno wy­słu­cha na­szych bła­gań.

Nawet je­że­li te słowa nie wy­star­cza­ły, by go prze­ko­nać, chciał wie­rzyć w to, w co wie­rzy­ła Dikke. Chciał dzie­lić z nią na­dzie­ję. Tak do­tar­li do miej­sca, w któ­rym koń­czy­ła się Do­me­na Czło­wie­ka, a za­czy­na­ła Kra­ina Wiedź­my.

– Zwy­kły człek nie po­do­ła stro­mym szczy­tom, śnie­ży­com po­tęż­nym i wi­chrom zdra­dli­wym, a w roz­pa­dli­nach i tu­ne­lach pod gó­ra­mi za­gu­bić się można tak, że i życia nie wy­star­czy, żeby wyj­ście od­na­leźć. Za­wróć­cie le­piej, bo na śmierć tam idzie­cie – ostrze­gał ich sta­rzec, któ­re­mu w go­spo­dzie, tuż na gra­ni­cy gór, ofia­ro­wa­li konia w za­mian za cie­pły po­si­łek i noc w wy­god­nym łóżku.

Ale Dikke nie była strasz­na wę­drów­ka przez góry.

Tech­no­dria­dy nie­śmier­tel­ność za­wdzię­cza­ły swo­jej pół­me­cha­nicz­nej na­tu­rze. Dzię­ki niej ro­zu­mia­ły dzia­ła­nie wszel­kich urzą­dzeń, za­pew­nia­ły po­myśl­ność i bez­u­ster­ko­wość każ­dej ma­chi­nie, którą po­bło­go­sła­wi­ły, ale to nie był ko­niec listy ich nad­ludz­kich przy­mio­tów. Każda z nich była zwią­za­na z dzia­ła­niem wszech­me­cha­ni­zmu, czuła rytm jego pracy jak bicie jed­ne­go, wspól­ne­go serca, oraz po­tra­fi­ła zna­leźć skró­ty i przej­ścia ta­jem­ne, które pro­wa­dzi­ły do niego ni­czym żyły i tęt­ni­ce.

Nie­dłu­go wę­dro­wa­li na po­wierzch­ni, nim wy­bra­ła jedną z ja­skiń. Mając py­ro­wą lampę za źró­dło świa­tła, pro­wa­dzi­ła ich w głąb ziemi, aż za­czął się nie­po­ko­ić, czy uda im się wró­cić na górę, jed­nak zaraz od­na­leź­li ukry­ty po­śród skał ru­ro­ciąg, krwio­obieg świa­ta.

– Nie bez po­wo­du kra­ina wokół Pa­ła­cu Form to la­bi­rynt dolin i gór – wy­ja­śnia­ła nimfa pod­czas wspi­nacz­ki na ko­lej­ne zbo­cze. – Pani Me­ta­mor­foz taki kształt dla niej wy­bra­ła, by utrud­nić prze­do­sta­nie się do ludz­kich kró­lestw zbun­to­wa­nym for­mom, gdyby ja­kieś ucie­kły z pa­ła­cu, jak się stało u po­cząt­ków Wy­pa­cze­nia.

Męż­czy­zna o Wy­pa­cze­niu wie­dział aż na­zbyt wiele. Trzy wcie­le­nia spę­dził na woj­nie z mon­stra­mi, jakie zro­dzi­ło, i pró­bo­wał schwy­tać formy, które zbie­gły na ru­bie­że świa­ta. Nigdy jed­nak nie eskor­to­wał ich do pa­ła­cu.

Pew­nej nocy, którą spę­dza­li w płyt­kiej ja­ski­ni da­ją­cej im schro­nie­nie przed desz­czem, udało mu się za­uwa­żyć ziem­ną sówkę, któ­rej forma po­zwa­la latać w ge tak, jak jej ku­zyn­ki prze­mie­rza­ją prze­stwo­rza. Zwie­rzę wy­nu­rzy­ło łepek z su­fi­tu ja­ski­ni, przy­pa­try­wa­ło się parze wę­drow­ców przez kilka chwil, a potem znik­nę­ło rów­nie nie­spo­dzie­wa­nie, co się po­ja­wi­ło.

Póź­niej ko­cha­li się tak, jakby miał być to ich ostat­ni raz.

Na­stęp­ne­go dnia znów ze­szli pod zie­mię.

Prze­mie­rza­li wnę­trze ko­lej­nej góry, kie­ru­jąc się w stro­nę źró­dła arche. Rura, którą pły­nął piąty ele­ment, sta­wa­ła się coraz grub­sza, ni­czym gałąź prze­cho­dzą­ca w pień, co sta­no­wi­ło znak, że są już bli­sko. W pew­nym mo­men­cie znów znik­nę­ła w skale na roz­wi­dle­niu pod­ziem­nych tu­ne­li.

Mu­sie­li wy­brać jeden z nich.

Wy­bra­li źle.

Tra­fi­li na rzekę ge, któ­rej nada­no formę hy­do­ru. Piasz­czy­ste, suche wody po­rwa­ły ich da­le­ko w dół. Ostat­kiem sił trzy­ma­li się za ręce, ale wart­ki nurt roz­dzie­lił ich, a brą­zo­wa, gry­zą­ca w oczy i chrzęsz­czą­ca w zę­bach toń za­nio­sła ku mrocz­nej, pod­ziem­nej głębi.

On, sta­ra­jąc się, by cenna lira nie ule­gła znisz­cze­niu, zdo­łał prze­krę­cić prze­wie­szo­ny na ukos przez tułów pas i za­mknąć in­stru­ment w ob­ję­ciach. Ude­rze­nie o twar­dą po­wierzch­nię litej skały oznaj­mi­ło, że wy­pły­nął na brzeg.

Wstał, plu­jąc zie­mią i trąc za­piasz­czo­ne oczy, ro­zej­rzał się wkoło, szu­ka­jąc uko­cha­nej, jed­nak po jed­nej stro­nie wi­dział tylko ciem­ność a po dru­giej, w od­da­li, jasny pro­sto­kąt bieli.

– Dikke! – za­wo­łał. – Dikke! – krzy­czał, po­pa­da­jąc w roz­pacz. Czar­na, zimna i lepka, przej­mo­wa­ła jego myśli, od­ci­ska­jąc swoją formę.

Szedł ku świa­tłu, bo mu­siał prze­cież wy­brać kie­ru­nek, wy­pa­try­wał tech­no­dria­dy, po jed­nej stro­nie mając rzekę ge, po dru­giej me­ta­lo­wą, po­je­dyn­czą szynę, pro­wa­dzą­cą do wy­lo­tu groty.

Był już bli­sko wyj­ścia, kiedy usły­szał szum prze­sy­pu­ją­ce­go się pia­sku. Od­wró­cił się i za­uwa­żył frag­ment po­ły­sku­ją­ce­go brązu, póź­niej coś jakby blask lampy prze­bi­ja­ją­cy przez cien­ką war­stwę hy­do­ro­wej ziemi.

Rzu­cił się w tym kie­run­ku, od­gar­nął na­pły­wa­ją­cy pia­sek, a potem chwy­cił tech­no­dria­dę za wy­nu­rza­ją­ce się ramię i wy­cią­gnął ją na bez­piecz­ną po­wierzch­nię nie­zde­for­mo­wa­nej skały. Dikke od­kaszl­nę­ła zie­mią, z tru­dem usia­dła, wy­sy­pa­ła dro­bi­ny pia­sku z me­cha­nicz­nych czę­ści ciała, jed­nak gdy ru­szy­li w kie­run­ku wyj­ścia, zia­ren­ka kwar­cu chrzę­ści­ły w jej nodze.

Pod­trzy­my­wał uko­cha­ną bar­dziej z czu­ło­ści niż rze­czy­wi­stej po­trze­by i tak, obej­mu­jąc się, szli przez jedną z wielu nie­za­miesz­ka­nych dolin kra­iny Wiedź­my, po­dą­ża­jąc rów­no­le­gle do sa­mot­nej szyny, która bie­gła pro­sto przez łąki, lasy i stru­mie­nie, nik­nąc do­pie­ro w ka­mien­nym ciele na­stęp­ne­go szczy­tu.

Po­ko­na­li po­ło­wę sze­ro­ko­ści do­li­ny, gdy usły­sze­li ło­skot do­cie­ra­ją­cy z wnę­trza góry, którą po­zo­sta­wi­li za sobą. Dźwięk na­bie­rał na sile aż do in­ten­syw­no­ści grzmo­tu i nim zdą­ży­li po­my­śleć, by uciec da­le­ko od szyny, do­strze­gli coś zbli­ża­ją­ce­go się do nich z wiel­ką pręd­ko­ścią. Już mieli rzu­cić się w bok, gdy metal za­wi­bro­wał i przy­cią­gnął me­cha­nicz­ną nogę Dikke.

Tech­no­dria­da nie mogła jej wy­swo­bo­dzić. Próby po­mo­cy zda­wa­ły się na nic. Nad­cią­ga­ją­cy obiekt był już na tyle bli­sko, by roz­po­zna­li w jego kształ­cie rząd bez­kon­nych, po­zba­wio­nych kół ry­dwa­nów, które uno­si­ły się nad szyną i cią­gnę­ły za sobą ogrom­ną, sta­lo­wą klat­kę za­sło­nię­tą ko­ta­ra­mi ze wszyst­kich stron. Pierw­szy ry­dwan wy­ha­mo­wał tuż przed nimi. Ko­lej­ny ude­rzył w jego tył, a w niego na­stęp­ny i tak dalej – na ostat­ni wpa­dła klat­ka.

Mię­dzy szyną a spodem ry­dwa­nów za­iskrzy­ło i utrzy­mu­ją­ca je w po­wie­trzu siła gdzieś zni­kła, a ma­chi­ny opa­dły na zie­mię. Tyle do­bre­go, że Dikke mogła już ode­rwać nogę od me­ta­lu.

– Na Wy­pa­cze­nie, co tutaj ro­bi­cie?! – wrza­snął woź­ni­ca i ze­sko­czył z ry­dwa­nu, a za nim tak po­stą­pił cały od­dział. Dło­nie żoł­nie­rzy za­sty­gły tuż przy rę­ko­je­ściach py­ro­wych strzelb. Zaraz po­ja­wi­li się też jeźdź­cy, pę­dzą­cy tuż za sznu­rem ry­dwa­nów.

– Po­win­ni­śmy was ze­trzeć na mia­zgę! Świa­do­mi je­ste­ście, jak ważną misję… – krzy­czał ten, który mu­siał być do­wód­cą.

Prze­rwał mu ło­skot i szczęk me­ta­lu. To uszko­dzo­ny pod­czas zde­rze­nia zamek klat­ki ustą­pił i z wnę­trza wy­biegł lam­part, bę­dą­cy ide­ałem wszyst­kich dzi­kich dra­pież­ców. Wy­so­ki w kłę­bie na sie­dem łokci, skóra po­ły­sku­ją­ca ni­czym złoto, cętki wy­glą­da­ją­ce jak lśnią­cy onyks, śle­pia pło­ną­ce czy­stym pyrem. Be­stia roz­dzia­wi­ła pasz­czę, uka­zu­jąc dia­men­to­we kły, a po­tęż­ny ryk, jako wy­do­był się z jej gar­dzie­li, ścią­gnął la­wi­ny ze wszyst­kich gór w pro­mie­niu kilku sta­dio­nów.

Lam­part wsko­czył na dach klat­ki, prze­cią­gnął pa­zu­ra­mi po gru­bym me­ta­lu, sy­piąc na wo­jow­ni­ków snopy iskier, ro­zej­rzał się wkoło, po­słał nie­na­wist­ne spoj­rze­nie pa­ła­co­wej wieży gó­ru­ją­cej nad kra­iną – a potem ru­szył do ataku.

 

*

 

Przez ostat­nie ty­go­dnie Pani Me­ta­mor­foz nie za­zna­ła wy­tchnie­nia. Wszech­me­cha­nizm znów się roz­re­gu­lo­wał i po­zio­my pię­ciu ele­men­tów wy­ma­ga­ły zrów­na­nia, jeśli świat miał nie uto­nąć pod wyż­szy­mi od gór fa­la­mi hy­do­ru, nie spło­nąć w py­ro­wym desz­czu, nie zo­stać spu­sto­szo­ny przez gi­gan­tycz­ny, nie­koń­czą­cy się hu­ra­gan, albo nie być po­chło­nię­ty przez roz­stę­pu­ją­cą się zie­mię. Apa­ra­tu­ra szwan­ko­wa­ła coraz czę­ściej, więc jeśli De­miurg wkrót­ce nie wróci, nie­dłu­go nie bę­dzie miał do czego.

W do­dat­ku za­mknię­te formy, jakby prze­czu­wa­jąc, kto zo­stał po­chwy­co­ny i wraca do pa­ła­cu, bu­dzi­ły się coraz czę­ściej wście­kłe, zdzi­cza­łe i zde­cy­do­wa­ne, by wal­czyć o do­mi­na­cję, co w naj­lep­szym wy­pad­ku skut­ko­wać mogło po­ja­wia­niem się i zni­ka­niem ab­sur­dal­nych mód, jak ta na stoły z trze­ma no­ga­mi albo na de­mo­kra­tycz­ne rządy, a w naj­gor­szym po­mo­rem no­wo­rod­ków, klę­ska­mi głodu, za­gła­dą ludz­ko­ści, lub nawet ko­lej­nym Wy­pa­cze­niem.

Pani Me­ta­mor­foz udało się jed­nak nad tym za­pa­no­wać, wszak była do tego po­wo­ła­na.

Kiedy już miała wsia­dać do windy, by spraw­dzić czy po­wiódł się jej plan wobec nie­szczę­snej pary ko­chan­ków – któ­rym jakąś czę­ścią sie­bie współ­czu­ła, wszak po­dob­nie jak ona sama byli przed­mio­tem bo­skie­go targu – me­cha­nicz­ny ptak usiadł jej na ra­mie­niu. Nie był to jed­nak sokół męża, a zwy­kły na­krę­ca­ny gołąb ja­kie­go uży­wa­li po­słań­cy.

Ten niósł bła­ga­nie o pomoc.

Trans­port z formą dzi­kiej furii roz­bił się le­d­wie dwa­na­ście sta­dio­nów od Pa­ła­cu Form. Złoty lam­part Agrios zbiegł z klat­ki, prze­zwy­cię­żyw­szy za­bez­pie­cza­ją­ce za­klę­cia.

Wiedź­ma po­bla­dła, gdy od­czy­ta­ła wia­do­mość, po­nie­waż ozna­cza­ło to naj­pew­niej, że prze­woź­ni­cy już nie żyją – za­bi­ci przez lam­par­ta, lub przez sie­bie na­wza­jem, kiedy forma prze­ję­ła nad nimi wła­dzę i pod­su­nę­ła pra­gnie­nia krwa­wej rzezi – a Agrios już jest w dro­dze do naj­bliż­szych ludz­kich osie­dli, by wsz­cząć praw­dzi­wy ka­ta­klizm.

Nie mogła stra­cić ni chwi­li, więc pomna ry­zy­ka, jakie nio­sła ze sobą te­le­por­ta­cja z pa­ła­cu, sku­pi­ła arche i wy­po­wie­dzia­ła za­klę­cie, by w jed­nej se­kun­dzie znik­nąć z ko­ry­ta­rza i po­ja­wić się tuż nad miej­scem wy­pad­ku, gdzie, ku jej ucie­sze, od­dział żoł­nie­rzy nadal dawał odpór be­stii.

Wokół roz­brzmie­wa­ła pro­sta, żoł­nier­ska me­lo­dia.

Wiedź­ma prze­śli­znę­ła się spoj­rze­niem po polu bitwy. Do­strze­gła lam­par­ta, ostrze­li­wa­ne­go z py­ro­wych strzelb, a każda kula tra­fia­ła do­kład­nie w czuły punkt mię­dzy spo­ina­mi jego zbroi, co wzma­ga­ło wście­kłość be­stii, ale nie po­zwa­la­ło jej zbli­żyć się do żoł­nie­rzy.

Za­uwa­ży­ła od­dział pie­chu­rów uło­żo­ny w dwa pier­ście­nie – we­wnętrz­ny, strze­la­ją­cy w lam­par­ta, i ze­wnętrz­ny, zma­ga­ją­cy się z dzi­ki­mi zwie­rzę­ta­mi wszel­kiej maści, które przy­by­ły na jego we­zwa­nie. Jeźdź­cy krą­ży­li wokół po­two­ra, pró­bu­jąc go roz­pro­szyć, by nie wie­dział, kogo ata­ko­wać, ale jego sługi ata­ko­wa­ły coraz wście­klej. Wilki ude­rza­ły o tar­cze, szczu­ry i węże pró­bo­wa­ły za­kraść się do stóp wo­jow­ni­ków, nawet trawa stro­szy­ła swoje li­ście, by ciąć żoł­nie­rzy po kost­kach i spi­jać krew ni­czym słod­ką rosę.

Tak wy­glą­da­ła walka pod wpły­wem formy Agrio­sa.

Lu­dzie, choć pod­no­si­li gniew­ne okrzy­ki, byli jed­nak zbyt zdy­scy­pli­no­wa­ni i strze­la­li zbyt cel­nie, jakby forma lam­par­ta nie mogła zdo­być nad nimi pełni wła­dzy. Po­win­ni już dawno rzu­cić się sobie do gar­deł.

Wiedź­ma ob­ni­ży­ła lot i wtedy uj­rza­ła dwój­kę ludzi w środ­ku kręgu. Or gra­ją­cy na lirze kor­bo­wej za­klę­tej przez sa­me­go Kar­ci­cie­la. Dikke, tech­no­dria­da, bło­go­sła­wią­ca każ­dej py­ro­wej strzel­bie. To dzię­ki tej dwój­ce bitwa nie za­koń­czy­ła się ma­sa­krą – ale ich sta­ra­nia nie zda­dzą się na zbyt długo. Jeźdź­ców było coraz mniej, spa­da­li z osza­la­łych koni, lub gi­nę­li pod szpo­na­mi i dzio­ba­mi pta­ków. Ze­wnętrz­ny pier­ścień strzel­ców kur­czył się w oczach, a Agrios roz­szar­py­wał gar­dło za gar­dłem, za­bi­ja­jąc tych, któ­rzy pod wpły­wem jego formy, zła­maw­szy roz­ka­zy do­wód­cy, rzu­ca­li się na wroga w opę­tań­czym szale. Wkrót­ce za­brak­nie żoł­nie­rzy, by chro­nić lek­ko­myśl­ną parę przed ich prze­zna­cze­niem.

A prze­cież je­że­li oni zginą, Wiedź­ma rów­nież prze­gra i bę­dzie mu­sia­ła cze­kać, aż koło me­temp­sy­cho­zy za­to­czy pełen obrót, by znów mieć szan­sę – na to nie mogła po­zwo­lić!

Spa­dła ni­czym me­te­or w śro­dek wal­czą­cych, siłą ude­rze­nia od­rzu­ca­jąc na boki ludzi i zwie­rzę­ta. Ge pod jej sto­pa­mi prze­szła w formę szkła, a aer roz­grzał się tak mocno, jakby tam, gdzie stała Wiedź­ma, za­pło­nął żar stu ognisk. Jed­nym ru­chem roz­pę­dzi­ła chmu­rę pyłu, by nie za­sła­nia­ła wi­do­ku. Wy­pro­sto­wa­na, dumna, w zło­tej ko­ro­nie o szpi­cza­stych, dłu­gich na stopę zę­bach prze­ple­cio­nych przez włosy, uka­za­ła się żoł­nie­rzom w peł­nej kra­sie.

Pani Me­ta­mor­foz. Kró­lo­wa tego, co ufor­mo­wa­ne z ma­te­rii. Czci­god­na mał­żon­ka wład­cy wszyst­kie­go, co nie­ma­te­rial­ne.

Tak o niej my­śle­li.

Ostat­nie okre­śle­nie mogli sobie da­ro­wać.

Agrios za­ry­czał, ale nie ru­szył z miej­sca. Miast tego skrzy­żo­wał spoj­rze­nie swo­ich pło­ną­cych ślepi z chłod­nym ni­czym dwie błę­kit­ne gwiaz­dy wzro­kiem Wiedź­my. Arche, sta­no­wią­ce pra­ma­te­riał i bu­du­lec wszech­rze­czy, skłę­bi­ła się i za­fa­lo­wa­ła, ukła­da­jąc się w kręgi mię­dzy dwój­ką nad­na­tu­ral­nych istot, ni­czym że­la­zne opił­ki pod­da­ne dzia­ła­niu dwóch ma­gne­sów.

 

*

 

Tunel znów się zwę­żał, co ozna­cza­ło, że męż­czy­zna do­tarł do końca groty. Teraz le­d­wie mie­ści się w przej­ściu, nie było mowy o roz­po­star­ciu ra­mion.

Coraz wię­cej chwil krót­kich jak oka­mgnie­nie wy­ła­nia­ło się z po­mro­ków nie­pa­mię­ci i wska­ki­wa­ło na miej­sca, two­rząc mo­zai­kę prze­szło­ści – choć naj­waż­niej­szych ka­wał­ków, tych, które przy­nio­sły­by mu od­po­wie­dzi, wciąż bra­ko­wa­ło.

Z wy­sił­kiem się­gał do twa­rzy, by otrzeć pot spły­wa­ją­cy z czoła, gdy wszedł w stre­fę skał py­ro­wych. Ogień palił w stopy, stare rany ode­zwa­ły się nowym ro­dza­jem bólu, w noz­drza ude­rzył go za­pach przy­pa­la­nej skóry.

Uj­rzał w pa­mię­ci bitwę, którą mu­siał nie­daw­no sto­czyć…

Wpływ wal­czą­cych form naj­pierw dało się od­czuć jako roz­cho­dzą­ce się fale żaru, który piekł w skórę i topił włosy. Żoł­nie­rze zła­ma­li szyk, by­le­by uciec przed mor­der­czym skwa­rem. Roz­pierz­chły się rów­nież zwie­rzę­ta, pę­dząc poza za­sięg aeru, który de­for­mo­wał się w pyr.

Biegł też on i Dikke. Nimfa wciąż nie była w pełni sił, nadal od­ka­sły­wa­ła pia­chem i skrzy­pia­ła me­cha­nicz­ny­mi koń­czy­na­mi, stra­ci­ła zwin­ność i lek­kość ru­chów. On, dzier­żąc w dłoni miecz otrzy­ma­ny od jed­ne­go z żoł­nie­rzy, raz po raz ciął kłę­bią­ce się w usy­cha­ją­cej tra­wie szczu­ry, węże i jasz­czur­ki, które po­na­wia­ły próby ataku.

Bu­rzo­we chmu­ry ze­bra­ły się nad wal­czą­cy­mi. Pio­ru­ny biły w zie­mię opo­dal zma­ga­ją­cych się form, przy­cią­ga­ne przez me­ta­lo­wą szynę i zbite w jeden sznur bez­kon­ne ry­dwa­ny. Ulewa za­la­ła do­li­nę wo­do­spa­da­mi zim­ne­go jak lód hy­do­ru. Zie­mia za­czę­ła się trząść w rytm grzmo­tów.

Pod­czas służ­by w armii Kar­ci­cie­la wi­dział już po­dob­ne star­cia i wie­dział, że naj­gor­sze jed­nak miało do­pie­ro na­dejść.

Arche wi­bro­wa­ła pod na­po­rem mocy Wiedź­my i lam­par­ta wal­czą­cych o do­mi­na­cję – co­kol­wiek do­sta­wa­ło się w ich klesz­cze, ule­ga­ło wy­pa­cze­niu. Jeźdź­cy na spło­szo­nych ko­niach zde­for­mo­wa­li w cen­tau­ry, garst­ka wal­czą­cych z naj­dzik­szy­mi wil­ka­mi prze­obra­zi­ła się w sa­ty­rów, uja­da­ją­cym dzi­kim psom wy­ra­sta­ły do­dat­ko­we głowy, wrony i ja­strzę­bie trans­for­mo­wa­ły w har­pie, które spa­da­ły z nieba, nie mogąc udźwi­gnąć cię­ża­ru ciała.

Na próż­no sta­rał się zna­leźć drogę uciecz­ki, by ochro­nić Dikke – chaos ży­wio­łów objął cała do­li­nę i roz­le­wał się po gó­rach, a oni, sma­ga­ni po­dmu­cha­mi go­rą­ce­go aeru i bi­cza­mi lo­do­wa­te­go hy­do­ru to mar­z­li, to cier­pie­li z go­rą­ca. Wokół uno­si­ły się nie­prze­rwa­nie kłęby pary.

Be­stia wy­da­wa­ła się mniej­sza o kilka stóp, jed­nak Wiedź­ma też stra­ci­ła część swo­je­go do­sto­jeń­stwa. Go­dzi­ny, a nawet dni mogły minąć, nim za­koń­czy się ta walka na wy­czer­pa­nie – w tym cza­sie wszy­scy w do­li­nie zginą, a my­śląc wszy­scy, miał przed ocza­mi jedną twarz i sły­szał w gło­wie jedno imię. Nie­wie­le jed­nak mógł zro­bić.

Ale nie­wie­le nie zna­czy nic.

Zdjął z ple­ców lirę, uspo­ko­ił od­dech oraz bicie serca tak, jak to robił wiele razy w cza­sie służ­by u Kar­ci­cie­la, za­krę­cił z wolna korbą, wy­da­jąc z in­stru­men­tu jeden, cią­gną­cy się le­ni­wie ton – a potem za­czął grać na kla­wi­szach. Snuł me­lo­dię ko­ją­cą i senną, ko­ły­san­kę dla nie­spo­koj­nych dusz, pły­ną­cą po­śród traw, gwiż­dżą­cą na wie­trze, da­ją­cą wy­tchnie­nie roz­wście­czo­nym lu­dziom, zwie­rzę­tom, a także tym, któ­rzy byli czymś mię­dzy jed­nym a dru­gim.

Grał i pa­trzył na be­stię, i wy­da­wa­ło się, że jego wy­sił­ki nie przy­no­szą żad­ne­go efek­tu, ale po­wo­li chaos pię­ciu ele­men­tów tra­cił na sile, a ogień w śle­piach lam­par­ta przy­ga­sał.

– Graj! Graj dalej! – prze­mó­wił wład­czy, ko­bie­cy głos we wnę­trzu jego głowy i do­my­ślił się, że to wo­ła­ła Wiedź­ma, więc po­dwo­ił sta­ra­nia i grał, grał, grał, po­grą­żył się w dźwię­kach.

Nie za­uwa­żył, jak do stóp Dikke pod­kra­dła się od­cię­ta głowa żmii, któ­rej pod wpły­wem wy­pa­cze­nia wy­ro­sły pa­ję­cze od­nó­ża.

 

*

 

Po­ja­wi­li się opo­dal Pa­ła­cu Form.

Pani Me­ta­mor­foz nie ry­zy­ko­wa­ła trans­fe­ru do kom­nat, wy­bra­ła miej­sce od­da­lo­ne o pół sta­dio­nu, tuż za mo­stem prze­wie­szo­nym nad prze­pa­ścią, któ­rej dno ob­my­wa­ły ciem­ne wody Lete.

Wiedź­ma szła pierw­sza, cią­gnąc na smy­czy ma­łe­go lam­par­ta. Or po­dą­żał za nią z po­sęp­ną twa­rzą, na rę­kach niósł Dikke, która pod wpły­wem wy­pa­czo­ne­go jadu za­pa­dła w sen po­dob­ny do śmier­ci. Me­cha­nicz­na część jej ciała była znisz­czo­na przez roz­sza­la­łe ele­men­ty.

– Uzdrów ją, pani – bła­gał Or, gdy Wiedź­ma zwy­cię­ży­ła nad Agrio­sem. – Uzdrów przez wzgląd na mą pomoc.

I Wiedź­ma za­mie­rza­ła speł­nić tę proś­bę, choć tak wiel­ki dar wy­ma­gał znacz­nie więk­szej opła­ty. Ale miała już po­mysł, czego za­żą­dać, by samej też od­nieść ko­rzyść. Wszak gdy jeden obrót me­cha­ni­zmu za­my­ka drzwi, drugi może otwo­rzyć okno.

Za­trzy­ma­ła się u wrót i spoj­rza­ła na śmier­tel­ne­go idą­ce­go krok za nią.

– Gdy prze­kro­czy­my próg pa­ła­cu, twoje ży­cze­nie zo­sta­nie speł­nio­ne – oznaj­mi­ła, chwy­ciw­szy za ko­łat­kę. – Moc tego miej­sca przy­wró­ci pier­wot­ną formę two­jej uko­cha­nej. To za­szczyt sta­nąć w tym miej­scu i nie­wie­lu śmier­tel­nych go do­stą­pi­ło, a jesz­cze mniej mogło potem wró­cić.

– Ro­zu­miem, pani – od­parł, skło­niw­szy się.

– Nie mówię tego dla two­jej wdzięcz­no­ści – rzu­ci­ła chłod­no. – Zda­jesz sobie za­pew­ne spra­wę, że za wszyst­ko, co cenne, trze­ba za­pła­cić. – Or nie od­po­wie­dział, ale skło­nił się jesz­cze niżej, więc kon­ty­nu­owa­ła, bio­rąc to za znak zro­zu­mie­nia. – Twoja uko­cha­na bę­dzie mu­sia­ła zo­stać w pa­ła­cu, tobie jed­nak każę odejść.

Męż­czy­zna wy­po­wie­dział tylko dwa słowa:

– Jak długo?

– Trzy cykle koła me­temp­sy­cho­zy. Wy­ko­rzy­staj swoją szan­sę i znajdź wła­sne szczę­ście. Nie jest wam pi­sa­ne wspól­ne życie.

– Już to sły­sza­łem – od­parł Or i za­pa­trzył się na po­grą­żo­ną w le­tar­gu Dikke, bo mógł być to ostat­ni raz, kiedy ją widzi. – Do­brze – ode­zwał się w końcu. – Je­stem gotów.

Wiedź­ma za­ko­ła­ta­ła do wrót, a te otwar­ły się i wpu­ści­ły ich do środ­ka.

We­szli do prze­past­nej sali, która cią­gnę­ła się w nie­skoń­czo­ność, zdol­na po­mie­ścić w swoim wnę­trzu chyba cały świat. Nie­zli­czo­ne ko­ry­ta­rze roz­cho­dzi­ły się od niej w oby­dwu kie­run­kach.

Zna­la­zł­szy się w środ­ku Pa­ła­cu Form, tech­no­dria­da otwo­rzy­ła oczy. Naraz znik­nę­ły wszel­kie rany i uszko­dze­nia, któ­rych do­zna­ła.

– Or? – wy­szep­ta­ła gło­sem wy­bu­dzo­nej z głę­bo­kie­go snu. Męż­czy­zna po­ca­ło­wał ją w czoło, tam, gdzie spo­ty­kał się metal i ludz­kie ciało. Nimfa sta­nę­ła na nogi, ale uprzy­tom­niw­szy sobie zaraz, że znaj­du­je się w obec­no­ści Pani Me­ta­mor­foz, padła na ko­la­na.

– O szla­chet­na… – roz­po­czę­ła, chcąc pro­sić o po­słu­cha­nie, ale Or prze­rwał jej, po­ło­żył rękę na ra­mie­niu i wy­ja­śnił, jaką umowę za­warł z Panią Me­ta­mor­foz. Kiedy nimfa padła mu w ra­mio­na, łzy pły­nę­ły z oby­dwu jej oczu, cie­le­sne­go i me­cha­nicz­ne­go, które jak dotąd za­wsze po­zo­sta­wa­ło nie­wzru­szo­ne.

– Znaj­dę cię – po­wie­dzia­ła, gdy minął czas po­że­gna­nia. – Kim­kol­wiek bę­dziesz, roz­po­znam cię – obie­cy­wa­ła i oby­dwo­je chcie­li wie­rzyć tym za­pew­nie­niom, choć dłu­gość trzech żyć po­tra­fi­ła zmie­nić wiele za­rów­no w duszy śmier­tel­ni­ka, jak i nie­śmier­tel­nej.

Pani Me­ta­mor­foz dała znak, wrota po­now­nie roz­war­ły się wpusz­cza­jąc do środ­ka chłód gór­skich szczy­tów, ale dło­nie ko­chan­ków przy­war­ły na­wza­jem do ich ciał, a sple­cio­ne spoj­rze­nia nie chcia­ły się roz­dzie­lić.

– Już czas – po­na­gli­ła ich Wiedź­ma.

Wtem prze­strzeń zwi­nę­ła się ni­czym ro­pu­szy język, za­fa­lo­wa­ła, a potem nagle roz­prę­ży­ła i już nie stali u wej­ścia do pa­ła­cu, tylko w samym środ­ku sali tro­no­wej. Or i Dikke spoj­rze­li z prze­stra­chem zmie­sza­nym z na­dzie­ją na Panią Me­ta­mor­foz, ale jej twarz zdra­dza­ła za­sko­cze­nie.

– To nie bę­dzie ko­niecz­ne – roz­brzmiał głos z pie­de­sta­łu. Tam, gdzie przed se­kun­dą był pusty tron, po­ja­wił się rosły męż­czy­zna trzy­ma­ją­cy w rę­kach hełm w kształ­cie psiej głowy.

– Panie ge­ne­ra­le! – wy­krzyk­nął Or, wy­ko­nu­jąc salut i sta­jąc na bacz­ność.

– Nie spo­dzie­wa­łam się cie­bie – po­wie­dzia­ła Wiedź­ma z kiep­sko skry­wa­ną nie­chę­cią. – Trans­fer ma­te­rii. Do pa­ła­cu? Takie po­gwał­ce­nie zasad…

– Ogrom­ne wzbu­rze­nie arche na­peł­ni­ło mnie nie­po­ko­jem, wszak wy­sła­łem do cie­bie nie­bez­piecz­ną formę – od­parł Pan Wcie­leń, zszedł­szy z tronu. – Widać nie­po­trzeb­nie się oba­wia­łem, to­wa­rzy­szył ci mój naj­wpraw­niej­szy pie­śniarz.

Wiedź­ma do­brze wie­dzia­ła, że to, co chciał jej po­wie­dzieć, ukrył mię­dzy sło­wa­mi. Ich wspól­na forma znaj­do­wa­ła się da­le­ko od zgod­ne­go mał­żeń­stwa, bliż­sza im była za­ży­łość od­wiecz­nych ry­wa­li.

– Tych dwoje nie musi się roz­sta­wać – kon­ty­nu­ował Kar­ci­ciel – jeśli po­do­ła­ją pró­bie wy­trwa­ło­ści, wier­no­ści i za­ufa­nia. I jeśli nimfa po­rzu­ci nie­śmier­tel­ność, by ich formy były toż­sa­me.

Chłód spoj­rze­nia, jakie po­sła­ła mu Wiedź­ma, roz­szedł się po sali tro­no­wej, szro­nem zdo­biąc okna.

– Co­kol­wiek roz­ka­żesz – za­de­kla­ro­wał Or, dłoń w pięść ści­śnię­tą skła­da­jąc na pier­si.

Dikke nie wy­po­wie­dzia­ła ni słowa.

– Do­brze – Pani Me­ta­mor­foz wy­ce­dzi­ła przez zęby i prze­strzeń od­kształ­ci­ła się po­now­nie, roz­plo­tła nici trzech wy­mia­rów, a gdy na po­wrót ze­szły się tam, gdzie wcze­śniej był tron, jego miej­sce za­ję­ła pust­ka i ciem­ność tu­ne­lu.

Mru­żąc oczy i za­ci­ska­jąc szczę­ki, gdy tylko jej spoj­rze­nie padło na szla­chet­ne­go mał­żon­ka, wład­czy­ni ma­te­rii ob­ja­śni­ła sens cze­ka­ją­ce­go ko­chan­ków za­da­nia:

– Osob­no wej­dzie­cie, osob­no wyjść mu­si­cie. Do­trze­cie do końca, a już razem po­zo­sta­nie­cie. Wa­ru­nek jest jeden: co­kol­wiek usły­szy­cie, nie mo­że­cie spoj­rzeć wstecz, za­wró­cić, ani się za­trzy­mać. Ina­czej stra­ci­cie wszyst­ko, o co warto wal­czyć.

Jesz­cze nim skoń­czy­ła mówić, Or bez wa­ha­nia wkro­czył w mrok ja­ski­ni, całym ser­cem wie­rząc w to, że Dikke pój­dzie za nim.

 

*

 

Ciem­ność. Ciem­ność i wil­goć, cza­sem ciem­ność i żar. I twar­da skała. Ostre kra­wę­dzie ka­le­czy­ły go, gdy na­tra­fiał na nie, idąc po omac­ku.

A gdy szedł już na tyle długo, by ciało zmie­ni­ło formę w jeden, wszech­ogar­nia­ją­cy, wiecz­ny ból, gdy prze­pra­wa była coraz trud­niej­sza i miast iść pra­wie wspi­nał się po stro­miź­nie, gdy my­ślał, że przy­po­mniał sobie już wszyst­ko, za­uwa­żył świa­tło.

Drob­ny, biały punkt wiel­ko­ści zia­ren­ka pia­sku, ma­ja­czą­cy w od­da­li. Naj­pierw świa­tło ośle­pi­ło go, po­nie­waż oczy przy­wy­kły do nie­koń­czą­cej się ciem­no­ści. Póź­niej zro­zu­miał, co ono ozna­cza.

– Or… – po­chwy­cił szept do­bie­ga­ją­cy zza ple­ców. – Sły­szysz mnie? Or…

– Dikke – wy­po­wie­dział imię uko­cha­nej. Jak dawno nie sły­szał słod­kiej me­lo­dii jej głosu. Wez­bra­ło w nim pra­gnie­nie, by od­wró­cić się i objąć tech­no­dria­dę, ale pa­mię­tał słowa Wiedź­my.

– Już nie­da­le­ko – po­wie­dział, przy­spie­sza­jąc, by oprzeć się po­ku­sie.

Świa­tło było coraz bli­żej, biały okrąg dawał na­dzie­ję na bli­ski ko­niec próby.

– Or… – po­wta­rza­ła ko­bie­ta. – Or… Nie dam rady, nie pójdę za tobą dalej… Or­fe­uszu!

„Co­kol­wiek usły­szy­cie, nie mo­że­cie spoj­rzeć wstecz, za­wró­cić, ani się za­trzy­mać” prze­strze­gła go Pani Me­ta­mor­foz.

„Jeśli nie spro­stasz pró­bie, Eu­ry­dy­ka na za­wsze zo­sta­nie w Kra­inie Umar­łych” za­wy­ro­ko­wał wład­ca Ha­de­su.

– Eu­ry­dy­ka? – po­wtó­rzył imię. Obce, a jed­no­cze­śnie zna­jo­me, jakby, jakby…

Są­dził, że pa­mię­ta już wszyst­ko. Mylił się.

Wspo­mnie­nia z życia, które kie­dyś prze­żył, w innym cza­sie i innym świe­cie, wra­ca­ły jedno po dru­gim, wy­peł­nia­ły jego głowę, która nie była w sta­nie ich po­mie­ścić, mie­sza­ły się i łą­czy­ły w cha­otycz­nej anam­ne­zie. Przy­po­mniał sobie wię­cej, niż po­wi­nien i nie wie­dział już, czy prze­mie­rza tu­ne­le wy­bie­ga­ją­ce z Pa­ła­cu Form, czy pró­bu­je opu­ścić Hades i wró­cić z uko­cha­ną do Tra­cji, czy może jest jesz­cze gdzie in­dziej, w jed­nej z bez­li­ku wer­sji swo­je­go ży­wo­ta.

Dikke/Eu­ry­dy­ka wo­ła­ła. Ciało pie­kło i krwa­wi­ło. Za­sło­nił uszy rę­ko­ma i rzu­cił się bie­giem, po­ty­ka­jąc się i ra­niąc o skały, by czym prę­dzej do­trzeć do końca tu­ne­lu.

– Or!

– Or­fe­uszu!

Świa­tła było coraz wię­cej i gdyby teraz się od­wró­cił… Za­mknął oczy, by nie ulec pra­gnie­niom.

Prze­wró­cił się i roz­bił głowę, krew spły­wa­ją­ca po czole za­la­ła mu twarz, ale biegł dalej. Biegł, aż po­czuł cie­płe pro­mie­nie słoń­ca na skó­rze. Padł wtedy na zie­mię i spoj­rzał w głąb ja­ski­ni.

– Eu­ry­dy­ka! – wy­krzyk­nął.

Był jed­nak sam.

 

*

 

Pałac skła­dał się z nie­skoń­czo­nej licz­by kom­nat, a każda z nich prze­zna­czo­na była dla form – jed­nej lub wielu, za­leż­nie od ich ro­dza­ju. W jed­nym z ta­kich po­miesz­czeń trwa­ły w uśpie­niu formy wszyst­kich ludzi, któ­rzy ist­nie­li, ist­nie­ją albo będą ist­nieć.

– Mo­żesz już się po­ka­zać, Ha­de­sie – wy­po­wie­dzia­ła Pani Me­ta­mor­foz, sto­ją­ca nad kap­su­ła­mi, w któ­rych le­że­li po­grą­że­ni w le­tar­gu męż­czy­zna i ko­bie­ta, pa­mię­ta­ni w bez­mia­rze hi­sto­rii pod wie­lo­ma imio­na­mi.

W jed­nej chwi­li obok Wiedź­my po­ja­wił się męż­czy­zna trzy­ma­ją­cy w dło­niach hełm z psiej skóry.

– Prze­gra­łaś nasz za­kład, uko­cha­na Per­se­fo­no – ogło­sił trium­fal­nie. – Znowu… Który to już raz? Forma śmier­ci i cier­pie­nia za­wi­sła nad tą dwój­ką. Nie zmie­nisz tego, co już się do­ko­na­ło. Po­prze­stań i żyjmy jak daw­niej.

– Czy nie wi­dzisz, Ha­de­sie, kim je­ste­śmy? Nie wi­dzisz czemu nas wy­brał? To nie arka, a trum­na! Gdzie są inni spo­śród nas? Co robią? Czemu nie mo­że­my stąd odejść?! Me­cha­nizm roz­pad­nie się, nim De­miurg wy­bie­rze nową pla­ne­tę, by ją prze­for­mo­wać!

Hades pod­szedł do kap­suł, oparł się o jedną z nich i rzu­cił okiem na śpią­ce­go męż­czy­znę.

– Czy nie taki był po­czą­tek na­szej umowy? Do­wiedź, że forma tych dwoj­ga może ulec zmia­nie, a przy­znam ci rację.

– Ob­ser­wo­wa­łeś go. –  Słowa w ustach bo­gi­ni brzmia­ły jak oskar­że­nie. – Za­pla­no­wa­łeś to wszyst­ko, mam rację? Co po­ka­za­łeś jej w tu­ne­lu, że zde­cy­do­wa­ła się za­wró­cić?

Hades ro­ze­śmiał się w głos.

– Czy to nie iro­nia losu, że aku­rat cie­bie na­zy­wa­ją Panią Me­ta­mor­foz? Wierz lub nie, ale nic nie mu­sia­łem robić, wszyst­kie­go do­ko­na­łaś sama. Im bar­dziej pró­bu­jesz się uwol­nić, tym moc­niej za­pa­dasz w swoją formę. To twoje dzia­ła­nia ścią­gnę­ły na nich gniew Anak­syn­ran­dek­sa­sa, twoja prze­po­wied­nia spro­wa­dzi­ła ich tutaj i twoje słowa za­pa­dły nim­fie w pa­mięć. Widać nie­skoń­czo­na mi­łość nie była jej bliż­sza od nie­skoń­czo­ne­go życia.

– Prze­szedł przez tunel. Nie od­wró­cił się i nie za­trzy­mał. Tym razem mu się udało – za­uwa­ży­ła Per­se­fo­na, nie­sko­ra by uznać swoją po­raż­kę, lecz Hades tylko wzru­szył ra­mio­na­mi.

– To nigdy nie był wła­ści­wy wybór. Na­zbyt ufasz mitom – od­parł, po czym na­ło­żył swój ma­gicz­ny hełm i znik­nął.

Koniec

Komentarze

Hej, hej

Ach, pamiętam to opowiadanie! Pięknie napisana opowieść o miłości w osobliwym czasie i miejscu. Tak mi to opowiadanie wtedy zaimponowało, że Technodriada stała się jedną z inspiracji do postaci księżniczki w moim “Spleć z głosów…”.

Jest tu wszystko, co trzeba: garść patosu, trochę słowotwórstwa, bogaty świat i niespodziewany twist na koniec. Postacie budzą sympatię, szczególnie Dikke, którą przedstawiłeś z jednej strony jako ludzką i pragnącą miłości, z drugiej widać jej “inność”, jako dziwnego połączenia mechaniki oraz ciała. Takie poplątanie steampunka z mitami nie mogło mi się nie podobać.

To opowiadanie, wraz “Księżycowym księciem”, na którego głosowałem w plebiscycie, to moje ulubione teksty spod Twojego pióra.

Oczywiście, klikam.

Oczywiście, nominuję.

Hej, Zanais

Ach, pamiętam to opowiadanie! Pięknie napisana opowieść o miłości w osobliwym czasie i miejscu. Tak mi to opowiadanie wtedy zaimponowało, że Technodriada stała się jedną z inspiracji do postaci księżniczki w moim “Spleć z głosów…”.

To zaszczyt, że mogłem dołożyć cegiełkę inspiracji do tak dobrego opowiadania. :) 

 

Takie poplątanie steampunka z mitami nie mogło mi się nie podobać.

Wiesz, nawet mi się to ze steampunkiem nie skojarzyło (brak tu pary a przynajmniej takiej jak w steampunku :P). Bardziej celowałem we wszelką greckosc, od mitologii, przez postrzeganie świata i platonizm, po spotęgowanie takich zdobyczy techniki, jak mechanizm z Antykithiry. 

 

To opowiadanie, wraz “Księżycowym księciem”, na którego głosowałem w plebiscycie, to moje ulubione teksty spod Twojego pióra.

A to nie wiedziałem, że ci się aż tak podobało! 

Ale wiesz, ja też jestem z tego tekstu bardzo zadowolony. Dlatego nim umieściłem go tutaj, wysłałem go w parę miejsc – bez odzewu, a nie należę do najcierpliwszych pod tym względem. W końcu piszemy po to, żeby nas czytali. :P

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Pieknieś tego Orfeusza i Eurydykę Dukajem przerobił.

Bardzo pomysłowy tekst. Inteligentnie pogrywa mitami, umieszczając je w innych realiach, niejako maskując mityczną fabułę realiami z fantasy, które są tu więcej niż dekoracją (piękna ta scena ze złożeniem zegarka w ofierze!). Zachowuje swój mityczny nastrój, a jednocześnie pisze mit na nowo (ha, ledwie co miałam prelkę o nowych wersjach mitu Hadesa i Orfeusza!). Językowo ładnie pogrywający koncepcjami podobnymi do tych z “Innych pieśni” Dukaja, fabularnie spójny, zwarty, dobrze skonstruowany. No brawo, wow.

Pieknieś tego Orfeusza i Eurydykę Dukajem przerobił.

Miło słyszeć od kogoś, kto zjadł zęby na greckiej mitologii. :)

 

 fantasy, które są tu więcej niż dekoracją (piękna ta scena ze złożeniem zegarka w ofierze!

Sam się dziwię, że mi taka scena do głowy przyszła. Czasem utwór jest lepszy od autora. :P

 

Językowo ładnie pogrywający koncepcjami podobnymi do tych z “Innych pieśni” Dukaja

Za pomoc językowa ślicznie dziękuję, a co do Dukaja, to nasze źródło inspiracji było takie samo – platońskie formy, arystotelesowska arche itp. – więc siła rzeczy użyte zwroty są te same. :)

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Bardzo dobrze napisana baśń. Bo właśnie klasyczną baśń mi twój tekst przypominał bardziej niż opowiadanie science-fantasy czy swój mitologiczny pierwowzór. Do końca nie wiem czemu, ale od razu historia skojarzyła mi się z “Królową Śniegu” Andersena.

Ciekawa konstrukcja świata. Poruszasz interesujące motywy, takie jak determinizm, wolna wola czy konformizm społeczny (a przynajmniej ja jako czytelnik takie dostrzegłem :-P). Wydaje mi się, że nieco więcej czasu mogłeś poświęcić postaci Ora. W sumie poza tym że gra na lirze i kocha Dikke nie dowiadujemy się o nim niczego. W ekspozycji postaci mogło się znaleźć coś więcej o jego motywacjach, historii itd. Najmniej podobał mi się fragment opowiadający o podróży kochanków z ważnego dla wydarzeń miejsca A do B. W porównaniu z początkiem i kulminacją wydał mi się mniej udanym wypełniaczem.

Przyjemnie się to czytało Gekikara. Choć zrobiłeś z tego adaptację konkretnego mitu, to mam nadzieję, że jeszcze wrócisz do tego świata, gdyż szkoda by się zmarnował :-)

Naprawdę nie sądziłem, że mitologia potrafi mnie jeszcze urzec, a jednak siedzę tu i powstrzymuję się przed przeczytaniem wszystkiego jeszcze raz, żeby posiedzieć tu jeszcze dłużej. 

Więc posiedziałem sobie trzy minuty, myśląc, jak tu się najzgrabniej porozpływać nad tym tekstem i nadal jestem w tym samym miejscu. Więc będzie niezgrabnie. Polubiłem postaci na tyle, żeby szczerze im kibicować. Polubiłem wszystkie miejsca, dzięki ich opisom. Na dobrą chwilę zatrzymałem się na walce z lampartem, żeby wyobrazić sobie wszystko słowo po słowie i sam się zdziwiłem, jak łatwo mi to przyszło, jakby to była bardziej pieśń niż opowiadanie. Polubiłem trik z imionami za to, że mnie złapał.

 

Jedna z przyjemniejszych lektur, jakie było mi dane ostatnio przeczytać. Któregoś dnia na pewno przeczytam jeszcze raz, żeby wychwycić te drobne smaczki, które teraz mi umknęły.

Bardzo dobrze napisana baśń. Bo właśnie klasyczną baśń mi twój tekst przypominał bardziej niż opowiadanie science-fantasy czy swój mitologiczny pierwowzór. Do końca nie wiem czemu, ale od razu historia skojarzyła mi się z “Królową Śniegu” Andersena.

krzkocie, nie powiem, ciekawe skojarzenie. :)

 

Wydaje mi się, że nieco więcej czasu mogłeś poświęcić postaci Ora. W sumie poza tym że gra na lirze i kocha Dikke nie dowiadujemy się o nim niczego. W ekspozycji postaci mogło się znaleźć coś więcej o jego motywacjach, historii itd.

Historia Ora kręci się wokół Dikke – jak pierwowzór, jest poświęcony miłości bez reszty. I to też główna siła napędzająca go do działania, więc nie odszedł daleko od pierwowzoru. :)

Fakt, że o jego przeszłości trochę się dowiadujemy, ale to, co wspomina w tunelu – czy przypomina sobie na zasadzie anamnezy – dotyczy spraw dla niego najistotniejszych, a więc patrz wyżej.

 

Najmniej podobał mi się fragment opowiadający o podróży kochanków z ważnego dla wydarzeń miejsca A do B. W porównaniu z początkiem i kulminacją wydał mi się mniej udanym wypełniaczem.

A widzisz, a mnie się wydawało, że fragment podróży dużo mówi o relacji Or-Dikke, trochę o samym Orze, a przede wszystkim przedstawia nam świat. Trochę tego świata warto zobaczyć. :)

 

Przyjemnie się to czytało Gekikara. Choć zrobiłeś z tego adaptację konkretnego mitu, to mam nadzieję, że jeszcze wrócisz do tego świata, gdyż szkoda by się zmarnował :-)

Dzięki za wizytę. :) Czy do tego świata wrócę? Nie wiem. Aczkolwiek mitologia grecka jest bogata i niejeden heros Hades odwiedzał :)

 

Naprawdę nie sądziłem, że mitologia potrafi mnie jeszcze urzec, a jednak siedzę tu i powstrzymuję się przed przeczytaniem wszystkiego jeszcze raz, żeby posiedzieć tu jeszcze dłużej.

Witaj, Kordylianie – cieszę się, że wpadłeś na dłużej.

 

Polubiłem postaci na tyle, żeby szczerze im kibicować. Polubiłem wszystkie miejsca, dzięki ich opisom. Na dobrą chwilę zatrzymałem się na walce z lampartem, żeby wyobrazić sobie wszystko słowo po słowie i sam się zdziwiłem, jak łatwo mi to przyszło, jakby to była bardziej pieśń niż opowiadanie.

To świetnie! Zwykle moje pisanie jest oszczędne w opisy, ale tu – tu musiało być inaczej, właśnie po to, by należycie pokazać ten świat.

 

Jedna z przyjemniejszych lektur, jakie było mi dane ostatnio przeczytać. Któregoś dnia na pewno przeczytam jeszcze raz, żeby wychwycić te drobne smaczki, które teraz mi umknęły.

Serdecznie zapraszam. :)

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Świetnie napisane! Czytałem jeszcze Twoje “Czas wyczekiwania” i zaskoczyło mnie jak bardzo te dwa opowiadania są różne. Na wszelki wypadek sprawdziłem, czy napisała je ta sama osoba. ;) “Pani metamorfoz” bardziej mi przypadła do gustu, więcej tu natchnienia i klimatu. Jestem pod wrażeniem stworzonego świata. Postać Technodriady Dikke ładnie narysowana.

 

Jeżeli coś mi nie do końca pasowało, to niektóre elementy fabuły. Np. nie jestem pewien czy zrozumiałem końcówkę. Wydawało mi się początkowo, że Pani Metamorfoz nie chce, żeby Ci dwoje byli szczęśliwi i działa na ich niekorzyść.

– Na zachodzie ludzie żyją w spokoju i dostatku, a wypaczenie nie pojawiało się tam od pokoleń. Pola pełne są plonów, a ludzie zdrowi i szczęśliwi. Jedno tylko zmartwić cię może…

(…)

– Spotkali się.

 Zrozumiałem to tak, że spotkanie tych dwojga oznacza dla Pani Metamorfoz jakieś nieszczęście, i przez większą część tekstu sądziłem, że ona jest przeciwna ich miłości.

– To nie twego wybranka, ale ciebie wróżba się tyczy – odparła kobieta, z zaskakującą jak na jej wiek lekkością wskakując na osła. – Jeśliście mądrzy, innego szukać będziecie szczęścia, niż to ze sobą.

Dlaczego staruszka (Persefona) chciała ich rozdzielić, jak to rozumieć w kontekście jej późniejszego zakładu z Hadesem?

 

Kiedy już miała wsiadać do windy, by sprawdzić czy powiódł się jej plan wobec nieszczęsnej pary kochanków – którym jakąś częścią siebie współczuła, wszak podobnie jak ona sama byli przedmiotem boskiego targu – mechaniczny ptak usiadł jej na ramieniu.

A może ona zmieniła swoje nastawienie do nich? Może po tej walce z Furią?

 

– Nie mówię tego dla twojej wdzięczności – rzuciła chłodno. – Zdajesz sobie zapewne sprawę, że za wszystko, co cenne, trzeba zapłacić. – Or nie odpowiedział, ale skłonił się jeszcze niżej, więc kontynuowała, biorąc to za znak zrozumienia. – Twoja ukochana będzie musiała zostać w pałacu, tobie jednak każę odejść.

Znowu Wiedźma chce ich rozdzielić. Wygląda na to, że Hades daje im szansę na bycie razem, czego Persefona nie chce. A na końcu Hades jest zadowolony, że im się nie udało, twierdząc, że Persefona przegrała zakład…

Staruszka zebrała rozrzucone części i cisnęła je w ognistą ciecz. Dymowe ryby wypłynęły, by się pożywić i spadła na nie para polujących feniksów.

Scena przy wodospadzie z feniksami i dymowymi rybami jest genialna.

 

Świetnie napisane! Czytałem jeszcze Twoje “Czas wyczekiwania” i zaskoczyło mnie jak bardzo te dwa opowiadania są różne. Na wszelki wypadek sprawdziłem, czy napisała je ta sama osoba. ;)

Poprzednie opowiadanie to trochę niereprezentatywny fragment twórczości, poza tym mam różne opowiadania, nie zawężam się do danego gatunku czy stylu. :)

 

Jeżeli coś mi nie do końca pasowało, to niektóre elementy fabuły. Np. nie jestem pewien czy zrozumiałem końcówkę. Wydawało mi się początkowo, że Pani Metamorfoz nie chce, żeby Ci dwoje byli szczęśliwi i działa na ich niekorzyść.

Chyba przyjąłes błędne założenie, że szczęście = życie dwójki bohaterów razem. ;)

Pani Metamorfoz chce wygrać zakład – nic więcej. By to zrobić, musi zmienić przeznaczenie Ora i Dikke. Może im współczuć, bo w sumie znajdują się w podobnej sytuacji co ona, co właśnie Pani Metamorfoz stwierdza. Pośrednio wiąże się z tym, by byli szczęśliwi, ale, jak wiadomo, razem szczęścia nie zaznają i to też jest po wielokroć powiedziane. Najłatwiej doprowadzić do ich rozdzielenia, o czym mówi chociażby tu:

– Trzy cykle koła metempsychozy. Wykorzystaj swoją szansę i znajdź własne szczęście. Nie jest wam pisane wspólne życie.

Takich momentów tekście, które ukazują jej motywacje, jest całkiem sporo, tak mi się wydaje. :P

Za to Hades proponuje im test, który dopełni ich przeznaczenie.

Kiedy jest po wszystkim, Pani Metamorfoz chwyta się ostatniego argumentu w sporze z Hadesem, czyli tego, że tym razem Or(feusz) przeszedł całą drogę nie odwracając się, czyli coś jednak uległo zmianie.

Co jej na to Hades odpowiada, to już zakończenie. ;)

 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Hej, Geki!

 

a arche – podstawy budulec wszechrzeczy – trzeszczała w rurach.

Tutaj nie powinno być podstawowy?

 

 

Ostre kra­wę­dzie ra­nią­ce ciało, gdy tra­fiał na nie, idąc po omac­ku.

 

Nie­stru­dze­nie parł na­przód, co i raz po­ty­ka­jąc się, upa­da­jąc, ka­le­cząc się o ostre kra­wę­dzie skał.

Wiemy już to, więc imo lepiej by było skupić się na tym drugim zdaniu, bo mamy odniesienie do tego, jak to wpływa na jego emocje.

No chyba, że tak ma po prostu być, żeby jakoś zwrócić uwagę na ten fakt.

 

więc tę­sk­no­ta to do nie­skoń­czo­nych prze­strze­ni wy­peł­nia­ła stałe jego serce.

 

po­dą­ża­jąc rów­no­le­gle do sa­mot­nej szyny, która bie­gła pro­sto przez łąki, lasy i stru­mie­nie, aż do na­stęp­nej góry. Po­ko­na­li po­ło­wę sze­ro­ko­ści do­li­ny, gdy usły­sze­li ło­skot do­cie­ra­ją­cy z wnę­trza góry, którą po­zo­sta­wi­li za sobą.

 

 

Ciekawa lektura. Wykorzystujesz znany mit, traktujący o wytrwałości i miłości.

Fajnie przedstawione zostało przeniesienie tegoż właśnie mitu do innego świata, pozornie podobnego, gdzie główne motywy zostały zachowane, lecz także na swój sposób drastycznie innego. W końcu mamy do czynienia z czymś w rodzaju mitologicznego steampunku.

Bogowie, bawiący się losem ludzi i innych istot, by coś sobie udowodnić. Brutalne, lecz na swój sposób trafne, patrząc na treść wielu legend i historii o panteonach bóstw starożytnych kultur.

Czuć też platońską jaskinię i to bardzo mocno, a to na plus, bo uwielbiam tę część filozofii naszego pulchnego Greka. Formy, jako idee, Demiurg, stwórca świata, jaskinia też na swój sposób może zostać odebrana jako podróż ze świata kłamstw do prawdy (jednak ta podróż dla zwykłego śmiertelnika jest niemożliwa do ukończenia).

 

Dzięki!

 

Pozdrawiam :3

 

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Cześć, BC, dzięki za uwagi. :)

 

 W końcu mamy do czynienia z czymś w rodzaju mitologicznego steampunku.

Bardziej jakiś zegarpunk. :P

 

Bogowie, bawiący się losem ludzi i innych istot, by coś sobie udowodnić. Brutalne, lecz na swój sposób trafne, patrząc na treść wielu legend i historii o panteonach bóstw starożytnych kultur.

To jest motyw, który odbija się we większości greckich mitów. Przecież sama wojna trojańska wybuchła w gruncie rzeczy z kaprysu bogów.

 

Czuć też platońską jaskinię i to bardzo mocno, a to na plus, bo uwielbiam tę część filozofii naszego pulchnego Greka. Formy, jako idee, Demiurg, stwórca świata, jaskinia też na swój sposób może zostać odebrana jako podróż ze świata kłamstw do prawdy (jednak ta podróż dla zwykłego śmiertelnika jest niemożliwa do ukończenia).

Ciesze się, że to czuć. :)

 

Fajnie przedstawione zostało przeniesienie tegoż właśnie mitu do innego świata, pozornie podobnego, gdzie główne motywy zostały zachowane, lecz także na swój sposób drastycznie innego.

Właśnie o to chodziło, by to było takie same – a inne. I to nawet nie tyle przeróbka, co sequel.

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

To jest motyw, który odbija się we większości greckich mitów. Przecież sama wojna trojańska wybuchła w gruncie rzeczy z kaprysu bogów.

Dokładnie tak. Bogowie mają swoje sprzeczki i humorki, więc rozstrzygają te spory przy pomocy „ludzkiego robactwa”. :P

 

Ciesze się, że to czuć. :)

Ja się cieszę, że to w ten sposób przedstawiłeś. :3

 

Właśnie o to chodziło, by to było takie same – a inne. I to nawet nie tyle przeróbka, co sequel.

W sumie racja – bo to, co znamy z greckich mitów już się stało na osi czasu Twojego świata, a tutaj Persefona i Hades dalej próbowali coś sobie udowodnić.

 

 

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Już Ci kiedyś pisałem, Geki, że ta wersja jest lepsza, tylko tego mechanicznego przydupasa bohatera mi teraz brakuje, bo fajny był ;)

Opowiadanie oczywiście kreacją świata stoi, bo pokusiłeś się o twórcze rozwinięcie pewnych starożytnych idei. Przytoczę może swoje pierwsze wrażenie z bety: „Pierwsza myśl? Fantasy (science fantasy?) w całkowicie autorskim i oryginalnym uniwersum/anturażu (chociaż zaświtało mi już na wstępie motto z Sofoklesa i ta pieczona chimera i zaczynałem jarzyć, że Or to od Orfeusza) – chciałem napisać po pierwszych akapitach, ale potem pojawiły się tłumnie postacie z mitów greckich (a w drugiej części tekstu istny wysyp terminów z greckiej starożytności). Co myślałem potem? Orfeusz, Eurydyka, ale i chyba metamorfozy kojarzące się z Owidiuszem (błędnie), formy kojarzące się z platonizmem (chyba), bo ta podróż Ora to jakby ucieleśniona platońska amneza bohatera, a jeszcze ten anty czy nie anty mechanizcyzm jakby z Platona”.

Jak pisałem wówczas, za cienki jestem z greckiej kultury, żeby wszystko to ogarniać i w pełni docenić, ale i pomysł na historię lepiej pojąłem z czasem. Bo w tej drugiej wersji jakby się to wszystko wyklarowało, a wędrówka, starania bohaterów/pionków w grze bóstw, nabrały sensu i się uwypukliły.

I żadne to science fantasy ostatecznie z tego nie wyszło, tylko zabawa mitem w świecie platońskich idei potraktowanych dosłownie (i żaden to steampunk tylko raczej jakiś ejdospunk czy może eterpunk). I Tak jak dosłownie Dukaj traktował koncepcje Materii i Formy z teorii Arystotelesa i Empedoklesa we wspomnianych przez Ninedin „Innych Pieśniach” czy Chiang prawa entropii i termodynamiki w opowiadaniu „Wydech”, gdzie mamy również bohaterów zmechanizowanych i do tego jeszcze wszechświat będący dosłownie zbiornikiem.

Pytałem podczas bety o ten Twój świat, bo wydawał się w pierwszej wersji i pierwszej chwili jakby nieskładny, ale „potem okazało się, że to wszystko to jednak jest specyficzny Hades/Tartar jakoś tam utkany z mitów i myśli filozofów greckich. Że to rzeczywiście Orfeusz po drugiej stronie i przed wyjściem z podziemi, że amnezja, że to wszystko tak naprawdę gra Persefony i Hadesa”.

Zatem tak jak wspomniałem przy pierwszej wersji tego opowiadania: „ciekawa wizja, intrygujące połączenie mechanicznych akcentów, szczypty luźnych (nie takiej szczypty i nie tak znów luźnych jak się wydawało) nawiązań do filozofii, zabawa bogów, cykle itd.”, tyle że teraz wszystko lepiej się zazębia. 

No i już nie tylko samo światotwórstwo i konsekwencja w dosłownym realizowaniu platonicznych wizji rzeczywistości zwracają uwagę, ale również ciekawa, melancholijna nieco opowieść o tęsknocie pary bohaterów, przenikająca z mitu w tę historię, zwraca uwagę czytelnika. A także dobry warsztat, detale świata i językowa kreatywność.

I może nie widzę tutaj (jak widzi Ninedin) aż tak czystego literackiego powinowactwa z „Innymi Pieśniami”, bo skala przedsięwzięcia jednak znacznie mniejsza, a i Ty jesteś zdecydowanie bardziej ostrożny i nieśmiały na wielu płaszczyznach od Dukaja, ale to przecież nie umniejsza tekstowi.

Klika daję i zaskoczony jestem, że to opowiadanie jeszcze wymaga jakichś klików. I jednocześnie uważam, że dobrze się stało, że Twoja opowieść zostanie poddana ocenie Loży.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Już Ci kiedyś pisałem, Geki, że ta wersja jest lepsza, tylko tego mechanicznego przydupasa bohatera mi teraz brakuje, bo fajny był ;)

Poprzednia spłonęła w ogniu Twojej krytyki, ale tym lepiej, bo ta jest o wiele lepsza. :) 

A teraz bym mechanicznego przydupasa może użył zamiast zegarka. 

 

I żadne to science fantasy ostatecznie z tego nie wyszło, tylko zabawa mitem w świecie platońskich idei potraktowanych dosłownie (i żaden to steampunk tylko raczej jakiś ejdospunk czy może eterpunk).

Tak, dokładnie. To świat przyszłości mitów greckich, w którym dosłownie funkcjonują założenia Platona. 

 

No i już nie tylko samo światotwórstwo i konsekwencja w dosłownym realizowaniu platonicznych wizji rzeczywistości zwracają uwagę, ale również ciekawa, melancholijna nieco opowieść o tęsknocie pary bohaterów, przenikająca z mitu w tę historię, zwraca uwagę czytelnika. A także dobry warsztat, detale świata i językowa kreatywność.

Cieszę się, że doceniłeś też element fabularny. 

 

I może nie widzę tutaj (jak widzi Ninedin) aż tak czystego literackiego powinowactwa z „Innymi Pieśniami”, bo skala przedsięwzięcia jednak znacznie mniejsza, a i Ty jesteś zdecydowanie bardziej ostrożny i nieśmiały na wielu płaszczyznach od Dukaja, ale to przecież nie umniejsza tekstowi.

Z Dukajem czerpaliśmy z tego samego źródła. Jednak ja zaczerpnąłem greckich mitów, podział na żywioły (bardziej z anaksymandrowym arche niż – jak u Dukaja – z Arystotelesowskim porządkiem żywiołów i eterem wypełniającym kosmos oraz pitagorejskim kultem liczby), ciutke (anty) mechanicyzmu, a przede wszystkim dramatyczne fatum. Najmocniej (poza tymi żywiołami) łączy nas nacisk na formy, jednak i te są u nas różne – i tu mi się wydaje, że potraktowałem je bardziej dosłownie niż Dukaj, bo w Pałacu Form mieści się platoński świat idei, nawet pojawia się przytaczany przez Platona koń, którego odbiciem są wszystkie inne konie.

Skala to nawet nie rząd ale z dwa rzędy wielkości mniejsza, wszak Inne Pieśni to powieść i to nie najkrótsza, a co do nieśmiałości… hmm… Dukaj miał więcej znaków, by swój świat opisać. ;) 

 

Klika daję i zaskoczony jestem, że to opowiadanie jeszcze wymaga jakichś klików. I jednocześnie uważam, że dobrze się stało, że Twoja opowieść zostanie poddana ocenie Loży.

Mogę pomarudzic, jak pod pewnym opowiadaniem z tamtego roku, że portal już chyba się mną zmęczył. I nic w tym dziwnego. Zdążyłem już pokazać jak wygląda moje pisanie i teraz czas znaleźć bardziej interesujących autorów. 

A co do twojej opinii o nominacji, traktuję ją za dobrą monetę. :) 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Imponujące światotwórstwo. Mnie też kojarzyło się z “Innymi pieśniami”, ale koniec końców poszedłeś we własną stronę.

Fajne, że połączyłeś nietypowe elementy: grecką filozofię, mity, mechanicyzm… Wyszło ciekawie.

Wielka, przezwyciężająca wszystko miłość… No cóż, ten kawałek mnie nie uwiódł. Wolałam pierwszą część, gdzie jeszcze nie było tak strasznie słodko (tę do otrzymania zadania).

Ci bogowie to jednak podli są. Hmmm, władza korumpuje.

Opisy dobre, zwłaszcza lampart nieźle wypadł. Feniksy polujące na już uwędzone rybki też. ;-)

Arche. Nie wiedziałam, że ona była traktowana jako piąty żywioł. Raczej kojarzyła mi się z czymś ponad żywiołami.

Mam słabość do starożytnej Grecji, więc zyskałeś dodatkowego plusa.

Jestem na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Imponujące światotwórstwo

Podziękował. :) 

 

Wielka, przezwyciężająca wszystko miłość… No cóż, ten kawałek mnie nie uwiódł. Wolałam pierwszą część, gdzie jeszcze nie było tak strasznie słodko (tę do otrzymania zadania).

Ej, ale zauważyłaś na końcu, że jednak ta miłość nie była ani taka wielka, ani przezwyciężająca, bo Dikke wybrała jednak nieśmiertelność? ;) 

 

Ci bogowie to jednak podli są. Hmmm, władza korumpuje

Ok tak. To jest chyba największy element realizmu w mitach greckich. 

 

Arche. Nie wiedziałam,  że ona była traktowana jako piąty żywioł. Raczej kojarzyła mi się z czymś ponad żywiołami

 

A, to szczerze mówiąc, różnie bywało. Fakt, że raczej piątym elementem był ten arystotelesowski eter.

Arche to taki pierwotny budulec wszystkiego.

 

Mam słabość do starożytnej Grecji, więc zyskałeś dodatkowego plusa

Oglądało się Herkulesa i Xene. ;D

 

Jestem na TAK, czyli.

Podziękował raz jeszcze. :) 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Ej, ale zauważyłaś na końcu, że jednak ta miłość nie była ani taka wielka, ani przezwyciężająca, bo Dikke wybrała jednak nieśmiertelność? ;) 

Co potwierdza moją opinię, że zakochany facet to straszliwy idiota. Dikke zachowała odrobinę rozsądku.

Oglądało się Herkulesa i Xene. ;D

Znaczy, że Ty oglądałeś czy ja?

Babska logika rządzi!

Co potwierdza moją opinię, że zakochany facet to straszliwy idiota

Sama prawda. 

 

Znaczy, że Ty oglądałeś czy ja?

Wszyscy oglądali (choć nie każdy się przyznaje).

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Tylko, wiesz, ja nie znoszę głupich bohaterów.

Herkules. Hmm. Byłam kiedyś z dzieciakami z rodziny w kinie na animowanym Herkulesie, ale Xeny sobie nie przypominam. Nie przyznaję się, czyli.

Babska logika rządzi!

No, światotwórstwo faktycznie przednie. Nie kojarzyło mi się z Innymi pieśniami, bo nie czytałam, ale zrobiło wrażenie. I też mi się podoba połączenie różnych elementów, które na pierwszy rzut oka posują do siebie, jak pięść do nosa, a Tobie się, kurczę, udało zrobić z nich przekonujący świat.

Plusa jak stąd na Krym masz za pomysł, aby do ukąszenia Dikke doszło nie przez działania kogoś konkretnego, ale samą ideę przemocy. To robi wrażenie. Chapeau bas.

Zabieg z wprowadzeniem oryginalnych postaci z mitu z jednej strony ciekawy, ale chyba wprowadza trochę chaosu. Historia Orfeusza i Eurydyki jest archetypem, IMO opowiada o tym, że miłość nie zwycięży śmierci. I nawet tutaj, choć Dekki jest teoretycznie nieśmiertelna, na swój pokrętny sposób miłość przegrywa ze śmiercią. Im się po prostu nie mogło udać i dziwne, że pani Metamorfoz tego nie rozumie. I IMO to nie ma nic wspólnego z determinizmem.

Na razie daję ostatniego kopa, a nad resztą pomyślę.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

I też mi się podoba połączenie różnych elementów, które na pierwszy rzut oka posują do siebie, jak pięść do nosa, a Tobie się, kurczę, udało zrobić z nich przekonujący świat.

Kłaniam się w pas. :) 

 

Zabieg z wprowadzeniem oryginalnych postaci z mitu z jednej strony ciekawy, ale chyba wprowadza trochę chaosu

Mnie się wydaje, że ich wprowadzenie jest mocno ugruntowane. To w sumie kolejna z greckich idei, mocno zresztą związana z orfizmem (od Orfeusza), który postulował wędrówkę dusz (metempsychozę). 

 

Historia Orfeusza i Eurydyki jest archetypem, IMO opowiada o tym, że miłość nie zwycięży śmierci. I nawet tutaj, choć Dekki jest teoretycznie nieśmiertelna, na swój pokrętny sposób miłość przegrywa ze śmiercią. Im się po prostu nie mogło udać i dziwne, że pani Metamorfoz tego nie rozumie

Skoro im się nie mogło udać, to jest w tym pewien determinizm. 

Zresztą wiara w fatum jest grekom nieodłączna (czy to Mojry, czy antyczny dramat), jam ją tylko z formami powiązał. A Pani Metamorfoz zresztą nie chce ich w żaden sposób zeswatać, ona chce ich rozdzielić, by spowodować, że wzajemnie nie sprowadzą na siebie cierpienia. Wszak umrze każdy, ale życie można przeżyć szczęśliwie i nie zwinąć się z tego świata przedwcześnie. ;) 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Tu się nakładają dwie różne interpretacje. Ty idziesz w orfizm i wędrówkę dusz, ja patrzę na mit jako archetyp. Dwie różne rzeczy. A to nie jest starożytna Grecja, więc takie spojrzenie jest jak najbardziej na miejscu. Choć może jak tu wpadnie Tarnina, to zrobi mi z komentarza jesień średniowiecza ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Geki! Krążyłam wokół tego opowiadania i krążyłam, bo ciężko mi znaleźć czas, żeby coś na portalu poczytać, a jednak coś mnie tu do Ciebie ciągnęło. I w końcu trafiły się idealne warunki – miałam pracować, no to usiadłam do lektury :D

Na początek powiem, że miewałam problem z językową stroną tekstu. Czasem niektóre zdania zdawały się mieć jakby ziarenko piasku w łożysku, nie był to zgrzyt (bo to już nie Twój poziom, myślę, by słowem niecelowo zgrzytać), ale pewien dyskomfort… a czasem stylizacja bardzo do mnie trafiała. Ponieważ poczucie towarzyszyło mi przez cały tekst, uznaję, że taki po prostu styl przyjąłeś, a więc i ja takim, jaki jest, go przyjmuję.

Sama istotą istotę opowiadania stanowią dla mnie dwa elementy – reinterpretacja mitu, czy też wyniesienie go na jakiś metapoziom, wydestylowanie samej idei czy archetypu oraz osadzenie go w wykreowanym przez Ciebie świecie. Oczywiście nie mogą one istnieć bez siebie nawzajem, więc o samym wyłuskaniu mitu krótko – troszkę szkoda mi było, że na koniec tak dosłownie wróciłeś do greckich podstaw, jakby to one stanowiły jednak ten metapoziom, a nie były tylko jedną z iteracji. Ale ja lubię niedopowiedzenia, może to dlatego.

Dość narzekań jednak, czas na perełki, czyli stworzony przez Ciebie świat, w którym pożeniłeś technologię (nasuwają mi się skojarzenia z “Wydechem” Chianga czy Cyberiadą) z uniwersum greckich mitów i nutką filozofii. Cudowny to mariaż, pięknie odmalowany szczegółami, takimi jak wróżenie z zegarka czy postać technodriady – absolutnie cudowne słowo. Wrażenie zrobiło na mnie wykorzystanie ucieleśnień platońskich idei, próbujących odciskać swoje piętna na otoczeniu – ale nie formą, a ideą właśnie: dzikością lamparta, tęsknotą za wolnością rumaka itd. Chyba po prostu spodobało mi się zobaczenie ich “w akcji”, a nie tylko jako filozoficzne, nomen omen abstrakcyjne, rozważanie. 

Podsumowując – podobało się bardzo. I, co najważniejsze, dzięki kreacji świata chyba mi ten tekst zapadnie w pamięć.

 

Hej Geki!

Początkowo napiszę to, co reszta. Dobra kreacja świata, nawet bardzo dobra, bo i jest tu moje ulubione słowotwórstwo, i steampunk ;) Ale i tak się przyczepię ;D Dla mnie nie wszystko było idealnie jasne. Chodzi głównie o miejsca w których znajdowali się bohaterowie, myślałam, że Dikke od początku mieszkała w Pałacu Form, potem jednak do niego szła. Możliwe, że po prostu coś przegapiłam, bo czytałam na raty. Może zabrało nieco opisów?

Kolejny zarzut, to wątek form. I jak bardzo mi się podobał, był ciekawy i oryginalny, tak dla mnie nieco nierozstrzygnięty. Rozumiem, nie to jest główną treścią tekstu, ale wydawało mi się, że ten wątek jest na tyle istotny, by jakoś go rozwiązać. Może czegoś nie załapałam, ale wydawało mi się, że dzikie formy są tylko dla sceny z lampartem. 

I ostatni z zarzutów. Całość początkowo wydała mi się nieco chaotyczna. Tzn. najpierw mamy Panię form, potem nieznajomego mężczyznę a potem drugiego, prawdopodobnie tego samego, ale jeszcze nie wiadomo (to przeszłość, przyszłość, w ogóle ktoś inny?). I każdy wątek rozgrywa się jakby rozłącznie, przez co powstaje nieco chaosu. Potem, gdy można się domyślić że mężczyzna to ta sama osoba, powstaje wrażenie dygresji, ale nie wiadomo które z wydarzeń jest wcześniejsze, przez co opowieść nieco traci na mocy.

I trochę małych błędów (przy tak długim opowiadaniu, to i tak imponująco mało). Przykład:

pływ walczących form najpierw dało się odczuć jako rozchodzące się fale żaru, który piekł w skórę i topił włosy

Nie jestem pewna, ale nie powinno być skórę?

 

I zalety ;) Poza światotwórstwem oczywiście, świetny styl który aż miło czytać. Pani Metamorfoz wyszła Ci bardzo zgrabnie, tak samo Dikke ;D Fajnie przedstawiony mit, podoba mi się jego interpretacja. Dużo dodałeś od siebie, dzięki czemu wybrzmiewa inaczej. Co tu się dużo rozpisywać, podobało mi się ;) 

Dziękuję za lekturę!

Hej, to mój piewrszy komentarz, jeszcze nie mam wprawy. Może być krotko? Fajne, samo sie czyta. Jedyne co pozostawia niedosyt to wprowadzenie mnóstwa nowych słów z których tylko część udało mi się przyporządkować do czegoś. Pewnie starzy wyjadacze się ze mną nie zgodzą. Podsumowując podobało mi się. Pozdrawiam.

Tu się nakładają dwie różne interpretacje. Ty idziesz w orfizm i wędrówkę dusz, ja patrzę na mit jako archetyp. Dwie różne rzeczy.

Mieliśmy swego czasu taki konkurs – nawet dwie edycje – gdzie przerabialiśmy mity lub używaliśmy postaci z mitów. Nie sądzę, by archetypy były przez to poszkodowane. :P

 

Cześć, Geki! Krążyłam wokół tego opowiadania i krążyłam, bo ciężko mi znaleźć czas, żeby coś na portalu poczytać, a jednak coś mnie tu do Ciebie ciągnęło. I w końcu trafiły się idealne warunki – miałam pracować, no to usiadłam do lektury

Najlepiej się czyta w czasie pracy! 

 

Ponieważ poczucie towarzyszyło mi przez cały tekst, uznaję, że taki po prostu styl przyjąłeś, a więc i ja takim, jaki jest, go przyjmuję.

Tekst na pewno jest napisany z jakąś manierą, bo może styl to za duże słowo, która – przynajmniej mi – pomagała wczuć się w to, o czym traktuje opowiadanie i w jego świat. Aczkolwiek odbiór może być tu różny, więc rozumiem. 

 

troszkę szkoda mi było, że na koniec tak dosłownie wróciłeś do greckich podstaw, jakby to one stanowiły jednak ten metapoziom, a nie były tylko jedną z iteracji

Ja do nich nie wróciłem, całe opowiadanie zbudowane jest na greckich podstawach. 

Ba! Nawet od nich trochę odszedłem, bo przeniosłem postaci bogów w realia kosmiczne. :P

 

Ale ja lubię niedopowiedzenia, może to dlatego.

Uwielbiam niedopowiedzenia, ale wydaje mi się, że bez ostatniego fragmentu, czy ogólnie bez powiązania Ora z Orfeuszem historia straciłaby to, o czym traktuje, czyli tę niemożność przełamania formy. To by była opowieść o jednym Orze i tym, co go spotkało, a nie o bezliku wersji jego żywota, w których powtarza się jego (archetypowy ;)) 

 

Podsumowując – podobało się bardzo. I, co najważniejsze, dzięki kreacji świata chyba mi ten tekst zapadnie w pamięć

Taki też był mój zamiar. :) 

Dzięki za komentarz! 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Dla mnie nie wszystko było idealnie jasne.

No widzisz, a na Nir za jasne, Nie dogodzisz. :P

 

Chodzi głównie o miejsca w których znajdowali się bohaterowie, myślałam, że Dikke od początku mieszkała w Pałacu Form, potem jednak do niego szła. Możliwe, że po prostu coś przegapiłam, bo czytałam na raty. Może zabrało nieco opisów?

Hmmm… Dikke pojawia się pierwszy raz we wspomnieniach Ora związanych z dworem króla Anaksynrandeksasa. Dwa razy podane jest wprost to miejsce, nie ma wzmianki o tym, jakoby Dikke miała mieszkać gdzie indziej. I opisane obydwie lokacje też są. ;)

 

Kolejny zarzut, to wątek form. I jak bardzo mi się podobał, był ciekawy i oryginalny, tak dla mnie nieco nierozstrzygnięty. Rozumiem, nie to jest główną treścią tekstu, ale wydawało mi się, że ten wątek jest na tyle istotny, by jakoś go rozwiązać. Może czegoś nie załapałam, ale wydawało mi się, że dzikie formy są tylko dla sceny z lampartem. 

Formy – dzikie i niedzikie – mają zasadnicze znaczenie, aczkolwiek same łowy Hadesa na zbiegłe z Pałacu formy już tego zasadniczego znaczenia nie mają, to raczej żmudna codzienność Hadesa w pracy na Arce niż Oś fabuły. Nie tylko scena z Lampartem się tu przewija, bo też poznajemy przeszłość Ora; wiemy, dlaczego Hadesa nie ma w Pałacu; możemy poznać formy i ich wpływ na otoczenie, co też potrzebne by w ostatnim fragmencie zrozumieć rolę jaką mają Hades i Persefona.

 

I ostatni z zarzutów. Całość początkowo wydała mi się nieco chaotyczna. Tzn. najpierw mamy Panię form, potem nieznajomego mężczyznę a potem drugiego, prawdopodobnie tego samego, ale jeszcze nie wiadomo (to przeszłość, przyszłość, w ogóle ktoś inny?). I każdy wątek rozgrywa się jakby rozłącznie, przez co powstaje nieco chaosu.

Chaos jest tu zamierzony. Mnie osobiście opowieści prowadzone jak po sznurku niepomiernie nudzą i zdaje mi się, że trochę domysłów, przynajmniej na początek, czytelnikowi nie zaszkodzi. :) Podobnie lubię jak na pozór niepowiązane se sobą sceny zaczynają się ze sobą splatać, więc musisz to zrzucić na karby preferencji autora.

 

Nie jestem pewna, ale nie powinno być skórę?

W sumie też nie jestem pewien. Może obydwie formy są poprawne?

 

Jedyne co pozostawia niedosyt to wprowadzenie mnóstwa nowych słów z których tylko część udało mi się przyporządkować do czegoś.

Cześć, Nova! Dzięki za lekturę! Co do mnóstwa nowych słów, to wydaje mi się, że aż tak wiele ich nie ma i zdecydowanie każde do czegoś można przypisać. Moge być w błędzie. :)

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Hej,

 

Ale to jest super! Nic dziwnego, że trafiło do biblioteki. Wszystkie elementy, które mnie interesują, są chyba zawarte: steampunk, mitologia grecka, platońskie nawiązania.

Mam nadzieję, że też tak kiedyś będę pisać :)

Nie jestem jeszcze super doświadczona w pisaniu, więc mi tutaj nic nie zgrzytało, a i tekst czytało się płynnie.

 

Tylko jedno pytanie:

 

więc tęsknota do nieskończonych przestrzeni wypełniała stałe jego serce

tak miało być czy chodziło o “stale”?

 

Pozdrawiam!

 

No widzisz, a na Nir za jasne, Nie dogodzisz. :P

Nie ma tak łatwo. Jak po lekturze nie mam mentalnej zadyszki, to żadne tam czytanie!

 

Ja do nich nie wróciłem, całe opowiadanie zbudowane jest na greckich podstawach. 

Ba! Nawet od nich trochę odszedłem, bo przeniosłem postaci bogów w realia kosmiczne. :P

Uwielbiam niedopowiedzenia, ale wydaje mi się, że bez ostatniego fragmentu, czy ogólnie bez powiązania Ora z Orfeuszem historia straciłaby to, o czym traktuje, czyli tę niemożność przełamania formy. To by była opowieść o jednym Orze i tym, co go spotkało, a nie o bezliku wersji jego żywota, w których powtarza się jego (archetypowy ;)) 

Oczywiście, że jest zbudowane na greckich podstawach i takie być musi, bo z tych wystrzelonych w kosmos podstaw musiało oczywiście wrócić na grecką ziemię. W moim idealnym świecie byłby to jednak powrót ot, zasugerowany – że w milionach innych żyć i cykli byli Orfeuszem i Eurydyką. Taka krótka, niby to mimochodem wrzucona wstawka zawierałaby dla mnie cały impet odkrycia, że oto mamy do czynienia z mitem opowiedzianym na nowo. Ale naturalnie nie od tego jest Twoja twórczość, by spełniać moje marzenia – bo jak widać, co czytelnik, to i marzenia inne. A większość moich czytelniczych marzeń i tak przecież spełniłeś!

 

No widzisz, a na Nir za jasne, Nie dogodzisz. :P

To chyba jedna z zasad pisarstwa ;P

 

Hmmm… Dikke pojawia się pierwszy raz we wspomnieniach Ora związanych z dworem króla Anaksynrandeksasa. Dwa razy podane jest wprost to miejsce, nie ma wzmianki o tym, jakoby Dikke miała mieszkać gdzie indziej. I opisane obydwie lokacje też są. ;)

Możliwe, że źle się wczytałam.

 

Formy – dzikie i niedzikie – mają zasadnicze znaczenie, aczkolwiek same łowy Hadesa na zbiegłe z Pałacu formy już tego zasadniczego znaczenia nie mają, to raczej żmudna codzienność Hadesa w pracy na Arce niż Oś fabuły. Nie tylko scena z Lampartem się tu przewija, bo też poznajemy przeszłość Ora; wiemy, dlaczego Hadesa nie ma w Pałacu; możemy poznać formy i ich wpływ na otoczenie, co też potrzebne by w ostatnim fragmencie zrozumieć rolę jaką mają Hades i Persefona.

Tak, mają duże znaczenie, ale po prostu myślałam, że to do czegoś zmierza, bo jakby stworzyły napięcie, ale go nie rozwiązały.

 

Chaos jest tu zamierzony. Mnie osobiście opowieści prowadzone jak po sznurku niepomiernie nudzą i zdaje mi się, że trochę domysłów, przynajmniej na początek, czytelnikowi nie zaszkodzi. :) Podobnie lubię jak na pozór niepowiązane se sobą sceny zaczynają się ze sobą splatać, więc musisz to zrzucić na karby preferencji autora.

Mnie też. Tylko że, nie wiem dlaczego, tutaj akurat wydawało mi się, że wkradł się chaos i trochę się gubiłam. Niestety, brak mi sprytu, żeby wskazać dlaczego. Ale to nie tak, że tekst mi się nie podobał. Wręcz odwrotnie był bardzo dobry, może nawet piórkowy.

W dodatku zamknięte formy, jakby przeczuwając, kto został pochwycony i wraca do pałacu, budziły się coraz częściej wściekłe, zdziczałe i zdecydowane, by walczyć o dominację, co w najlepszym wypadku skutkować mogło pojawianiem się i znikaniem absurdalnych mód, jak ta na stoły z trzema nogami albo na demokratyczne rządy, a w najgorszym pomorem noworodków, klęskami głodu, zagładą ludzkości, lub nawet kolejnym Wypaczeniem.

Przeczytałem, ale opinię dostaniesz jutro (może) :P Marudzenia nie będzie wiele, bo nie ma za bardzo nad czym marudzić, nominacja do piórka na pewno się należy (tak zaznaczam, żebyś wiedział, że to je dobre), a najpoważniejsza uwaga to ta, dotycząca powyższego fragmentu i zaznaczonego kawałka. No to co jest z tym nie tak? Paaaanie, wylazłeś z onirycznej konwencji mitów greckich splątanych z clockpunkiem (tak, jest taki podgatunek steampunku, w którym mechanizmy działają głównie na sprężynę, są nakręcane), i wdepnąłeś w konwencję zupełnie inną. Całość przypomina “Inne pieśni”, ale pisane na modłę “Póki mamy twarze” Lewisa, a w tym miejscu to wygląda, jakby ktoś wkleił fragment wycięty z Pratcheta. Nie podoba mi się to, zepsuło mi ten melancholijny nastrój, w który wprowadzasz przez całą resztę opowiadania. Dobra, miałem tylko uwagę na pisać jedną, a klepię kolejne znaki, kończę więc, reszta jutro, albo nawet dziś, tym bardziej, że o tej godzinie moje jutro to Twoje dziś będzie – tak działają nocne zmiany :P

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Outta, co tu dużo mówić, masz rację z tą łyżką Pratchetta w beczce miodu, ale, ale… no po prostu nie mogłem się powstrzymać. 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Miś przeczytał z zaciekawieniem i przyjemnością. Nie będzie się ‘wymądrzał’. Mądrzejsi od niego zabrali głos. Daje gwiazdki.

Yo!

 

Są tacy ludzie, którzy potrafią napisać nawet instrukcję obsługi bulbulgatora (albo nawet mniej ambitnych rzeczy, jak “365 dni”) w taki sposób, że słowa potrafią wessać, choćby nawet fabuła była do kitu. A jesli do tego pisania jest jeszcze dobra fabuła, ciekawy klimat i jakaś pożywka dla wyobraźni, wówczas wychodzi bardzo dobry tekst. I taki właśnie wczoraj przeczytałem. A potem przeczytałem Twoje opowiadanie. Dobra, głupi żart ;) No punisher intendent, czy jakoś tak.

Nie dziwię się, że padło tu już niejednokrotnie nawiązanie do “Innych pieśni” Dukaja, bo pomysł wyjściowy masz podobny, ale ugryzłeś temat od innej strony, nie zrobiłeś tylu fikołków co pan Dukaj, jednak to nie zmienia faktu, że podobieństwo jest bardzo wyraźne. Tylko klimat inny. A ten z kolei kojarzył mi się co i rusz z “Póki mamy twarze” C.S. Lewisa, bo bawisz się w retelling mitu.

Naprawdę świetnym pomysłem było wszczepienie w przedstawiany świat elementów kojarzących się ze steampunkiem. Technodriada naprawdę mocno działa na wyobraźnię, na niej opierasz część fabuły, więc ten steampunkowy element kładzie się na odbiorze mocnym akcentem. Baśniowość opowieści zyskuje dzięki temu jeszcze głębszy wymiar fantazji, dziwności i cudowności. Udany pomysł, zdecydowanie.

Najsłabiej w moim odczuciu wypada końcówka, gdy odkrywasz karty. Trochę mi się pomieszały na moment motywy, kierujące Panią Metamorfoz i jej małżonkiem, ale dałem radę to sobie poukładać. Co mi się jednak w niej najmniej podoba, to przeniesienie środka ciężkości, z Ora i Dikke, na Panią Metamorfoz i jej męża. Chodzi mi o to, że porzucasz te dwie postacie – których losy na przestrzeni tych czterdziestukilku tysięcy znaków nie pozostawiają czytelnika obojętnym, bo można je polubić i zacząć im kibicować – i pozwalasz ostatnie słowo mieć bogom. Jasne, rozumiem, że taki był zamiar, bo to w końcu tekst o Pani Metamorfoz, a poza tym po rozgrywce uprzejmości wymienić mogą szachiści a nie bierki, jednak jakoś mnie to nieco rozczarowało. To nie jest żaden zarzut pod kątem opowiadania, tylko informacja na temat moich osobistych preferencji :)

No i nie lubię detrminizmu. Eleos świadkiem ;)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

PS. Obstawiam piórko :)

Known some call is air am

Yo!

 

Są tacy ludzie, którzy potrafią napisać nawet instrukcję obsługi bulbulgatora (albo nawet mniej ambitnych rzeczy, jak “365 dni”) w taki sposób, że słowa potrafią wessać, choćby nawet fabuła była do kitu. A jesli do tego pisania jest jeszcze dobra fabuła, ciekawy klimat i jakaś pożywka dla wyobraźni, wówczas wychodzi bardzo dobry tekst. I taki właśnie wczoraj przeczytałem. A potem przeczytałem Twoje opowiadanie.

 

Naprawdę świetnym pomysłem było wszczepienie w przedstawiany świat elementów kojarzących się ze steampunkiem. Technodriada naprawdę mocno działa na wyobraźnię, na niej opierasz część fabuły, więc ten steampunkowy element kładzie się na odbiorze mocnym akcentem. Baśniowość opowieści zyskuje dzięki temu jeszcze głębszy wymiar fantazji, dziwności i cudowności. Udany pomysł, zdecydowanie.

Ktoś użył terminu clockpunk i ten w sumie bardziej mi pasuje. :)

 

Trochę mi się pomieszały na moment motywy, kierujące Panią Metamorfoz i jej małżonkiem, ale dałem radę to sobie poukładać.

To jak dałeś rade, to chyba zrozumiałe, nie? :P

Zresztą wydaje mi się, że motywy są wyłożone bardzo jasno:

– Trzy cykle koła metempsychozy. Wykorzystaj swoją szansę i znajdź własne szczęście. Nie jest wam pisane wspólne życie.

[…]

– Przegrałaś nasz zakład, ukochana Persefono – ogłosił triumfalnie. – Znowu… Który to już raz? Forma śmierci i cierpienia zawisła nad tą dwójką. Nie zmienisz tego, co już się dokonało. Poprzestań i żyjmy jak dawniej.

 

Chodzi mi o to, że porzucasz te dwie postacie

A gdzieżby!

Or i Dikke dokonali wyboru, towarzyszymy im do końca ich wspólnej drogi. Ostatni fragment, gdzie zmiana bohaterów (też nie do końca, bo połowa tekstu jest napisana z perspektywy Pani Metamorfoz – więc i ona powinna doczekać się zakończenia), to ledwie 2tys. znaków, które domykają wątek Pani Metamorfoz. A od niej też się tekst zaczyna. ;)

Jakbym policzył znaki, to nawet zdaje mi się, że więcej miejsca jest jej poświęcone.

 

Zresztą co tu gadać, sam napisałeś: po rozgrywce uprzejmości wymienić mogą szachiści a nie bierki ;)

 

No i nie lubię detrminizmu.

No to źle trafiłeś. xD

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

długość trzech żyć potrafiła zmienić wiele za równo w duszy śmiertelnika, jak i nieśmiertelnej.

 

Witaj, Gekikaro!

Zacznę od technikalium – pierwszy akapit imo bardzo nieciekawy. Zaczynasz od wyliczenia, że coś robi coś, a każda składowa zdania zbudowana jest w ten sam sposób. Wpada tu sporo nazw własnych, wszystkie te aery szmery bajery sugerują, że dalej może być ciężko i w sumie zapowiedzią są słowną.

Bogactwo słowotwórstwa i świata przedstawionego, cały ten steampunk, przyjąłem raczej chłodno. To po prostu totalnie nie moje klimaty. Jakiś czas temu z ciekawości puściłem sobie audiobook “Neuromancera”, gdzie dużo bardziej roiło się od nazw i wynalazków, tyle że cyberpunkowych, a ja wszystko wpuszczałem jednym uchem i wypuszczałem drugim. Zwyczajnie żaden ze mnie punk, a od scenografii wolę historię. :x

Tutaj historia długo jest niewdzięczna, niejasna – ale może to wynikać z przyjętej konwencji. W końcu na scenie bez żenady pojawiają się Orfeusz i Eurydyka, co w kontraście do poprzednich fragmentów nie pasowało mi do tej jednej wielkiej metafory, jaka tu ma miejsce. W tym momencie niby już było wiadomo, co czeka postaci, jednak sprawdziło się to i nie sprawdziło jednocześnie. Bardzo ciekawe rozwiązanie.

Uważam, że opowiadanie jest dość hermetyczne. Żeby nie użyć słowa: wytrawne. Nie ma tutaj wiele rozrywki, zwłaszcza w takim mainstreamowym wydaniu, jest natomiast sporo jakości. Wnoszę to m.in. po komentarzu Ninedin, która zajmuje się od lat zawodowo starożytną Grecją. Mój prosty rozumek, pamiętający tylko, że Orfeusz stracił Eurydykę, bo się spojrzał za siebie, nie wyłapał z pewnością znacznej liczby nawiązań.

Zatem podsumowując: czy czytało mi się przyjemnie? Niezbyt. :p Uważam przy tym jednak, że takie opowiadanie z powodzeniem mogłoby się pojawić na łamach NF (z wszelkimi zaletami i wadami tego stwierdzenia). Jest to także jakość, która z powodzeniem mogłaby reprezentować forum w wielkim świecie, co mam nadzieję, że nastąpi. :>

Witaj, MrB, jakże to nieoczekiwane spotkanie. :P

Zacznę od technikalium – pierwszy akapit imo bardzo nieciekawy. Zaczynasz od wyliczenia, że coś robi coś, a każda składowa zdania zbudowana jest w ten sam sposób. Wpada tu sporo nazw własnych, wszystkie te aery szmery bajery

W sumie to żadne nazwy własne, tylko greckie określenia żywiołów/elementów. :)

Przy okazji od razu startujemy z pozycji mechanizmu świata, bo mamy rurki inne kurki (nie mylić z kurkami ani z kurkami).

że dalej może być ciężko i w sumie zapowiedzią są słowną.

Aż tak ciężko to chyba nie było…

To po prostu totalnie nie moje klimaty. Jakiś czas temu z ciekawości puściłem sobie audiobook “Neuromancera”, gdzie dużo bardziej roiło się od nazw i wynalazków, tyle że cyberpunkowych, a ja wszystko wpuszczałem jednym uchem i wypuszczałem drugim. Zwyczajnie żaden ze mnie punk

…no chyba że.

Ale ten “punk” tutaj, to ani steampunk, ani otoczka/scenografia, bo on ściśle wynika z wykorzystania materiału grecko-antycznego i jest jego rozwinięciem, wprowadzeniem w życie.

Tutaj historia długo jest niewdzięczna

No ale żeby tak?

Nie ma tutaj wiele rozrywki, zwłaszcza w takim mainstreamowym wydaniu

Wróżenie z zegarków, feniksy i dymowe ryby, konie pędzące niemal jak światło, mechaniczne jastrzębie, bitwy z bestiami – nie? :(

 

Zatem podsumowując: czy czytało mi się przyjemnie? Niezbyt. :p Uważam przy tym jednak, że takie opowiadanie z powodzeniem mogłoby się pojawić na łamach NF (z wszelkimi zaletami i wadami tego stwierdzenia).

Podsumowując: dobre – nie podobało mi się! xD

 

No to żeś mnie zostawił w punkcie z niemiecka zwanym “jein”.

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Steampunk, Cyberpunk, Solarpunk, Clockpunk, Dieselpunk… Pamiętam jedną rozmowę, na którymś z forów o erpegach, dotyczącą systemu Hellas. Próbowano go jakoś zaklasyfikować, jednak po burzliwej dyskusji niewiele z tego wyszło, a potem jeden forumowicz zaproponował określenie Sandalpunk XD Przyjęło się wtedy.

Known some call is air am

Steampunk, Cyberpunk, Solarpunk, Clockpunk, Dieselpunk… Pamiętam jedną rozmowę, na którymś z forów o erpegach, dotyczącą systemu Hellas. Próbowano go jakoś zaklasyfikować, jednak po burzliwej dyskusji niewiele z tego wyszło, a potem jeden forumowicz zaproponował określenie Sandalpunk XD Przyjęło się wtedy.

Hellas to chyba też coś w stylu antycznej Grecji? W każdym razie wole ejdospunk, które się pojawiło w komentarzu marasa, chociaż brzmi po innopieśniowemu. :P

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Ejdospunk też ładnie :)

Known some call is air am

Cześć!

 

Mniemam, iż był to tekst na wiedźmy. Pomysłowy. Czytając, patrzyłem na całość z perspektywy “Spleć z głosów…”, bo pewne elementy wydały mi się nadzwyczaj podobne. Z kolei dziki kot mocno przypominał mi gonitwę bogów z tekstu Finkli. Ale jak przeczytałem całość, to rzuciłem jeszcze raz okiem na przedmowę i na komentarz Zanaisa i odkryłem co nieco (między innymi to, że coraz mniej czytam ostatnio poza NF i coraz częściej jakieś motywy przypominają mi jakiś tekst z forum, a nie ze świata z poza. Niedobrze, trzeba czasem bardziej się rozejrzeć, muszę wrócić do audiobooków)

Kawał szalonego, pięknie napisanego światotwórstwa pachnącego mitologią. Elementy, feniksy, przepiękny opis walki, kiedy to powstawały ograniczone jedynie wyobraźnią stwory, wirujące w śmiertelnym tańcu. Za takie motywy lubię Twoje teksty.

Zastanawiałem się też, czy w końcówce wyłożysz kawę na ławę czy jedynie zachęcisz czytelnika dla którego mitologia nie jest akurat dobrze rozpoznanym obszarem do poszukiwań. Jednak odkryłeś karty, ukazując przy okazji małżeńskie gierki Hadesa i Persefony. Wyszło ciekawie, spójnie i nieco okrutnie, ale przesłanie bardzo dobrze wpisuje się w obraz bogów olimpijskich.

Bardzo udany tekst, sporo radości z czytania i natchnienia do wykorzystania (tylko kiedy, czerwcu – przybywaj). Odezwę się jeszcze – pewnie jutro i pomyślę nad nominacją.

 

Pozdrawiam!

 

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Mniemam, iż był to tekst na wiedźmy

Nie pomyliłeś się. :) 

 

“Spleć z głosów…”, bo pewne elementy wydały mi się nadzwyczaj podobne […] to rzuciłem jeszcze raz okiem na przedmowę i na komentarz Zanaisa 

Nie widzę zbyt wielu tych wspólnych elementów, poza postacią zanaisowej księżniczki, co jest maszyną, ale tak, udało mi się Zanaisa trochę zainspirować z czego jestem dumny. :) 

 

 kolei dziki kot mocno przypominał mi gonitwę bogów z tekstu Finkli

Coś dzwoni, ale trudno mi sobie przypomnieć tem tekst. Oni tam nie zmieniali postaci w trakcie wyścigu? Bo nie kojarzę, żeby literalnie tam się lampart ścigał… No i w sumie u mnie wyścigu nie ma. :P

 

między innymi to, że coraz mniej czytam ostatnio poza NF i coraz częściej jakieś motywy przypominają mi jakiś tekst z forum, a nie ze świata z poza

Też się na tym łapię. 

 

Kawał szalonego, pięknie napisanego światotwórstwa pachnącego mitologią. Elementy, feniksy, przepiękny opis walki, kiedy to powstawały ograniczone jedynie wyobraźnią stwory, wirujące w śmiertelnym tańcu. Za takie motywy lubię Twoje teksty.

:)) 

 

Zastanawiałem się też, czy w końcówce wyłożysz kawę na ławę czy jedynie zachęcisz czytelnika dla którego mitologia nie jest akurat dobrze rozpoznanym obszarem do poszukiwań.

Trochę mnie kusiło, by mie wykładać kawy na ławę, ale wątek Pani Metamorfoz wymagał domknięcia. Bez tego jek motywacje i działania pozostałyby niewiadome. 

 

Bardzo udany tekst, sporo radości z czytania i natchnienia do wykorzystania (tylko kiedy, czerwcu – przybywaj).

Mam nadzieję, że znów przyniesie to świetny tekst. :) 

 

Odezwę się jeszcze – pewnie jutro i pomyślę nad nominacją

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Sama dobrze nie pamiętam, ale chyba zmieniali formy. I materiał, z którego były ulepione.

Babska logika rządzi!

Chodzi o tego piwnego skarabeusza? Tak, zmieniali formy :)

Known some call is air am

Sama dobrze nie pamiętam, ale chyba zmieniali formy.

Finkla, weź nie udawaj, że nie pamiętasz zacnego motywu z własnego tekstu. Trzeba chwalić się swoimi doskonałymi pomysłami. Zmieniali formy i materiał i wypadło to naprawdę dobrze (mi przynajmniej zostało w pamięci). Scena i sytuacja jest tu inna, ale zwyczajnie jedno z drugim mi się skojarzyło. Chyba przesiąkam tą fantastyką (i jakoś mi z tym dobrze).

 

Nie widzę zbyt wielu tych wspólnych elementów

Ale klimat podobny i mechanizmy też. Tu jest Or, tam był Ur. Widmo katastrofy wiszące nad bohaterami z różnych światów, których połączyła miłość, ale jednak nie do końca.

 

Trochę mnie kusiło, by mie wykładać kawy na ławę, ale wątek Pani Metamorfoz wymagał domknięcia. Bez tego jek motywacje i działania pozostałyby niewiadome. 

Nawet zastanawiam się, czy pod kątem konkursu nie pokazałeś tego zbyt skrótowo. Bo tekst – jak każdy Twój w zasadzie – wymaga uwagi i zbierania rozrzuconych tropów, by w pełni się weń zanurzyć. To procentuje, o ile czytelnik ma na to ochotę, bo jak akurat szuka klasycznego spiskuj, czaruj, ratuj księżniczkę & ubij smoka to historia może mu się wydać nieprzystępna i zbyt zagmatwana.

 

Końcowy etap wędrówki ładnie pokazuje stan, do którego bogowie doprowadzili bohatera. Droga sprawiła, że zapomniał, kim jest… Ten moment, kiedy coraz bardziej ewidentnie pokazujesz, kim on jest, przypominanie sobie imienia, zlewanie się rzeczywistości. Wplotłeś tu tego swojego konika i wyszło to sugestywnie. Czuć zmęczenie.

Kawał dobrej roboty, nominuję więc do piórka bo zdecydowanie warto.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Finkla, weź nie udawaj, że nie pamiętasz zacnego motywu z własnego tekstu. Trzeba chwalić się swoimi doskonałymi pomysłami. Zmieniali formy i materiał i wypadło to naprawdę dobrze (mi przynajmniej zostało w pamięci). Scena i sytuacja jest tu inna, ale zwyczajnie jedno z drugim mi się skojarzyło. Chyba przesiąkam tą fantastyką (i jakoś mi z tym dobrze).

No teraz sobie przypominam!

Pamiętam, że nawet to opowiadanie zgłosiłem do Piórka.

 

Tu jest Or, tam był Ur

Tego nie powiązałem.

 

Widmo katastrofy wiszące nad bohaterami z różnych światów, których połączyła miłość

W życiu bym tego tak nie porównał. Wydawało mi się, że jednak clou historii Zanaisa jest zupełnie inne i w ogóle od tej strony nie interpretowałem jego historii. :O

 

Nawet zastanawiam się, czy pod kątem konkursu nie pokazałeś tego zbyt skrótowo. Bo tekst – jak każdy Twój w zasadzie – wymaga uwagi i zbierania rozrzuconych tropów, by w pełni się weń zanurzyć. To procentuje, o ile czytelnik ma na to ochotę, bo jak akurat szuka klasycznego spiskuj, czaruj, ratuj księżniczkę & ubij smoka to historia może mu się wydać nieprzystępna i zbyt zagmatwana.

E tam, po prostu inne teksty się bardziej spodobały. U mnie proporcje “dziania się” względem innych elementów są zwykle zaniżone, nie każdy to lubi… chociaż w sumie mam masę tekstów prostych, pisanych dla rozrywki. :P

 

Wplotłeś tu tego swojego konika

Czasami człowiek musi, inaczej się udusi. :)

 

Kawał dobrej roboty, nominuję więc do piórka bo zdecydowanie warto.

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Finkla, weź nie udawaj, że nie pamiętasz zacnego motywu z własnego tekstu.

Krarze złoty, ja tu mam coś koło półtorej setki tekstów. Z ręką na sercu – nie pamiętam wszystkich. Tym bardziej, że przeczytanych mam od cholery.

Babska logika rządzi!

Nie widzę zbyt wielu tych wspólnych elementów

Ale klimat podobny i mechanizmy też. Tu jest Or, tam był Ur. Widmo katastrofy wiszące nad bohaterami z różnych światów, których połączyła miłość, ale jednak nie do końca.

Gwarantuję, że jedynym natchnieniem z tego opowiadania była postać księżniczki. Ur zawdzięcza swoje imię głównie małej ilość znaków, co pozwoliło nawiązać walkę z limitem :P Poza tym, zawsze staram się unikać podobieństw imion.

No i Spleć miał jednak inny klimat.

Też uważam, że twój tekst, Zan, jest całkiem inny. A to z wyborem imienia dobre. :P

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Gwarantuję, że jedynym natchnieniem z tego opowiadania była postać księżniczki.

Zanais, ja nie sugeruję, że któreś opko jest w jakimś sensie kalką któregoś, a jedynie dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Tekst różnią się wieloma aspektami, intryga jest nieco inna, o przesłaniu nie mówiąc, ale zwyczajnie podczas czytania opka Gekikary kilkukrotnie przypominał mi się Twój tekst.

Czy spleć miało inny klimat – pewnie i tak i nie. Dla mnie klimat jest podobny, ale to raczej kwestia gustu i na pewno można wskazać kilka istotnych różnic.

A to z wyborem imienia dobre. :P

Tak… i aż korci, by w kolejnym tekście jeden z istotnych bohaterów miał dwuliterowe imię ;-)

 

Pozdrawiam!

 

 

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Cześć, Geki!

 

Wiem, że przybywam z opóźnieniem, ale przecież fakt się liczy, a nie data!

 

Gdy udało się jej uchronić świat od katastrofy, chciała jeszcze upewnić się, że praca sfer przebiega zgodnie z oczekiwaniami – wszak minęło wiele czasu, odkąd po raz ostatni sprawdzała, jak się mają sprawy za murami Pałacu Form.

Siękoza

 

Pani Metamorfoz wyszła na balkon ostatniej z komnat, która nie była zalana przez zimne wody nocnego nieba.

Bardzo ładne określenie.

 

Setki poniesionych ran

Wydaje mi się, że właściwsze byłoby “odniesionych”. Poniesienie kojarzy mi się raczej z konsekwencją ran, tzn. ze śmiercią. Poniósł śmierć w wyniku odniesionych ran.

 

Twarz skrywał za kapturem, bo takim jak on nie wolno było jeździć wierzchem. Szkapa pod nim, zmuszona do galopu z takim ciężarem na grzbiecie, była biała od piany.

Pewnej nocy, którą spędzali w płytkiej jaskini dającej im schronienie przed deszczem, udało mu się zauważyć ziemną sówkę, której forma pozwala latać w ge tak, jak jej kuzynki przemierzają przestworza. Zwierzę wynurzyło łepek z sufitu jaskini, przypatrywało się parze wędrowców przez kilka chwil, a potem zniknęło równie niespodziewanie, co się pojawiło.

Później kochali się tak, jakby miał być to ich ostatni raz.

Nie wiem, czy to tylko ja mam coś nie tak z głową, ale w pierwszej chwili zrozumiałem, że kochali się z sówką :D

 

skutkować mogło pojawianiem się i znikaniem absurdalnych mód, jak ta na stoły z trzema nogami albo na demokratyczne rządy

Uśmiechnąłem się :)

 

Nie zauważył, jak do stóp Dikke podkradła się odcięta głowa żmii, której pod wpływem wypaczenia wyrosły pajęcze odnóża.

Tak czułem, że to jakaś reinterpretacja mitu Orfeusza i Eurydyki. Bardzo się cieszę, bo mit ten szalenie lubię.

 

Trzy cykle koła metempsychozy. Wykorzystaj swoją szansę i znajdź własne szczęście. Nie jest wam pisane wspólne życie.

Cholera, wydało mi się to bardziej bolesne, niż gdyby odpowiedź brzmiała “na zawsze”. Mocne zdanie, panie Geki.

 

Mężczyzna pocałował ją w czoło, tam, gdzie spotykał się metal i ludzkie ciało.

Bardzo ładne.

 

łzy płynęły z obydwu jej oczu

“obu” podobałoby mi się bardziej.

 

Dikke/Eurydyka wołała. Ciało piekło i krwawiło. Zasłonił uszy rękoma i rzucił się biegiem, potykając się i raniąc o skały, by czym prędzej dotrzeć do końca tunelu.

– Or!

– Orfeuszu!

Światła było coraz więcej i gdyby teraz się odwrócił… Zamknął oczy, by nie ulec pragnieniom.

Przewrócił się i rozbił głowę, krew spływająca po czole zalała mu twarz, ale biegł dalej. Biegł, aż poczuł ciepłe promienie słońca na skórze. Padł wtedy na ziemię i spojrzał w głąb jaskini.

– Eurydyka! – wykrzyknął.

Był jednak sam.

Bardzo emocjonujące, brawo!

 

– To nigdy nie był właściwy wybór. Nazbyt ufasz mitom – odparł, po czym nałożył swój magiczny hełm i zniknął.

Piękny finał!

 

No, Geki, Planeta Woda zdetronizowana w moim osobistym rankingu :) Raz, że mitologia – jak może wiesz, jestem jej miłośnikiem. A tutaj nie dość, że jest jej pełno, to wykorzystujesz ją w bardzo nowatorski, całkowicie autorski sposób. Nie jest to mit o Orfeuszu i Eurydyce w nowym opakowaniu, a udany retelling z masą własnego światotwórstwa (cenię zwłaszcza cały wątek form). Nawet nie wiem, jak do końca określić, cóżeś Ty tu popełnił. Jakiś ancientpunk chyba.

Dwa, opko jest napisane bardzo sprawnie, z nienachalną acz wyraźną stylizacją, która jest płynna i wypada naturalnie, co jest zadaniem trudnym. Są też zdania czy sformułowania, które aż się proszą, by je zapamiętać.

Fabuła kroczy niespiesznie, rzucasz dużo informacji i terminologię, z którą szary czytacz niekoniecznie jest zaznajomiony, ale to żaden minus. Na mnie zrobiło to bardzo duże wrażenie, bo świat i rozgrywające się w nim wydarzenia oparte są na solidnych fundamentach, a nie na umowności.

Najjaśniej świeci jednak mimo wszystko końcówka, kiedy pięknie schodzą się nam wszystkie wątki. Bardzo bałem się, żebyś jej nie zmarnował, ale wybrnąłeś po mistrzowsku. Orfeusz, któremu w końcu udaje się nie obrócić i fakt, że nie ma za to żadnej nagrody – przykre, ale życiowe. Eurydyka, która wybiera siebie zamiast ukochanego to także doskonałe rozwiązanie. W ogóle fantastycznie, że zdecydowałeś się wyjść nieco za mit i przedstawić alt-ścieżkę, a nie to, co już znamy, tyle że w nieco zmienionej formie. Takie decyzje wymagają odwagi, bo łatwo się ośmieszyć. Fajnie też, że zawiesiłeś losy Ora w próżni, mimo że oryginalny mit ukazuje jego smutny koniec. Dzięki temu pozostawiasz lekki niedosyt, a że mitu się nie trzymałeś w sposób ścisły, to nie można wyrokować, co się z Orem finalnie stało.

 

Jednym słowem – gratulacje. Zazdroszczę Ci tego opowiadania, bo jest naprawdę bardzo dobre. Żaden Twój tekst nie podobał mi się tak bardzo jak ten.

Mam nadzieję, że dostaniesz piórko i żałuję, że nie przyczyniłem się do tego nominacją. Liczę, że mi jednak wybaczysz :)

 

Z pozdrowieniami,

 

fmsduval

 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Wiem, że przybywam z opóźnieniem, ale przecież fakt się liczy, a nie data!

Matury z historii to byś nie zdał. :P

 

Nie wiem, czy to tylko ja mam coś nie tak z głową, ale w pierwszej chwili zrozumiałem, że kochali się z sówką

Myślałem, że wrzucenie zdania w oddzielny akapit rozwieje wątpliwości, poza tym podmiot w liczbie mnogiej miał sugerować wykonawcę czynności… ale jak widać, pomyliłem się. :P

 

No, Geki, Planeta Woda zdetronizowana w moim osobistym rankingu :)

Ale że aż tak? Planetę Wodę i jej kontynuację (bo traktuje te dwa opowiadania jako całość w głowie) trudno mi sklasyfikować razem z resztą mojej pisaniny. To całkiem inne opowiadania, zarówno jeśli chodzi o objętość, jak i research, motywy, ja które położyłem nacisk itp.

 

Nawet nie wiem, jak do końca określić, cóżeś Ty tu popełnił.

;D

 

Na mnie zrobiło to bardzo duże wrażenie, bo świat i rozgrywające się w nim wydarzenia oparte są na solidnych fundamentach, a nie na umowności.

Ogólnie jestem zwolennikiem podejścia, by świat opowiadał bohatera, to jest było go tyle, ile potrzeba dla historii (tak, nie jestem fanem Tolkienowskich dłużyzn xD). Ale czasem lubię postąpić nieco inaczej i wyjść od budowy świata. Tu właśnie tak zrobiłem. 

 

Najjaśniej świeci jednak mimo wszystko końcówka, kiedy pięknie schodzą się nam wszystkie wątki. Bardzo bałem się, żebyś jej nie zmarnował, ale wybrnąłeś po mistrzowsku.

Kłaniam się w pas. 

 

Orfeusz, któremu w końcu udaje się nie obrócić i fakt, że nie ma za to żadnej nagrody – przykre, ale życiowe. Eurydyka, która wybiera siebie zamiast ukochanego to także doskonałe rozwiązanie

Obie te rzeczy są boleśnie realne. 

 

Dzięki temu pozostawiasz lekki niedosyt, a że mitu się nie trzymałeś w sposób ścisły, to nie można wyrokować, co się z Orem finalnie stało.

Szkoda chłopa. Mam nadzieję, że jeszcze coś go dobrego spotka. :P

 

Jednym słowem – gratulacje. Zazdroszczę Ci tego opowiadania, bo jest naprawdę bardzo dobre. Żaden Twój tekst nie podobał mi się tak bardzo jak ten

Bardzo mi to schlebia i dzięki jeszcze raz! 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Widzę tu dużo świetnych pomysłów – postać technodriady, zegarkowe wróżby, wypaczenia, Pani Metamorfoz od materii i jej niematerialny partner, wszystko podlane steampunkowym klimatem. Czytałam z zaciekawieniem (choć czasem czułam się nieco przytłoczona rozmachem i bogactwem świata – ale nie poczytuję tego za wadę), natomiast, gdy doczytałam do końca i zobaczyłam, że to wszystko wykorzystałeś do opowiedzenia historii, sprowadzającej się do retellingu mitu, poczułam się rozczarowana (tym, że Pani Metamorfoz to Persefona – to wręcz oszukana;)). Przeczytałam za jakiś czas ponownie, już ze świadomością, o czym jest fabuła i wciąż mam wrażenie, że miałeś znakomity pomysł na świat i postaci kobiece, ale już nie na pełnokrwistą historię, więc wykorzystałeś ‘gotowca’ w postaci zabawy mitem. Imo, szkoda, z co najmniej dwóch powodów. 1 – dla osób nie znających/nie pamiętających Orfeusza i Eurydyki, końcówka jest niejasna, wręcz niezrozumiała, a tekst powinien się bronić jako byt samodzielny. 2 – fabuła nie dorasta do rozmachu świata, to trochę, jakbyś stworzył przepiękną i dopracowaną w najdrobniejszym szczególe scenografię pałacu z setką komnat, tylko po to, żeby pokazać jak w jednej z nich księżniczka odrzuca adoratora.

Trochę też miałam wrażenie nie do końca trafionej konstrukcji. Na początku skupiłeś się na ekspozycji tytułowej Pani Metamorfoz, poświęcając dwie obszerne sceny na wprowadzenie jej postaci (i nakreślenie świata) oraz pokazanie, jak “przebiera się” za wróżbitkę, natomiast relacji Ora i Dikke w zasadzie nie pokazałeś wcale (założyłeś, że czytelnik dopowie sobie sam na podstawie mitologii?), w związku z tym nie uwierzyłam Ci, że to głęboka, trwająca pokolenia miłość (choć może w świetle zakończenia i słusznie, bo wcale taka nie była ;), napędzająca bohaterów. Również ten przeskok w zakończeniu, gdzie Or i Dikke się żegnają na te trzy pokolenia – a tu nagle dostają szansę (którą Dikke zaprzepaszcza – właściwie dlaczego? Jeszcze chwilę temu była pewna, że chce czekać na Ora przez długość trzech żyć, a rozmyśliła się w przeciągu paru chwil) trochę mi zaburzył rytm opowieści.

Najbardziej podobała mi się postać Dikke – z całą tą jej ‘półmaszynowością’. Bardzo plastycznie opisana i konsekwentnie pokazywałeś jej ludzką i mechaniczną stronę. Bardzo fajny też pomysł z wróżbami z zegarków. Niestety, do mnie nie trafiło wykorzystanie oryginalnego i ciekawego świata do odgrzewania mitologicznej opowieści i nie mogę z czystym sumieniem głosować za piórkiem. Za to chętnie bym przeczytała w pełni autorskie opowiadanie z tego świata.

 

Cześć, Bella!

Dzięki za komentarz, bo to jest moim zdaniem ważne, żeby jednak te komentarze lożowskie pozostawiać. :)

 

natomiast, gdy doczytałam do końca i zobaczyłam, że to wszystko wykorzystałeś do opowiedzenia historii, sprowadzającej się do retellingu mitu, poczułam się rozczarowana

Sprowadzenie tej historii do retellingu to zbyt daleko idące uproszczenie, bo – przynajmniej w moim odczuciu, a kilka osób wcześniej to potwierdziło :) – to nie jest na nowo opowiedziana historia Orfeusza i Eurydyki, tylko przeniesienie tej opowieści na jakiś meta-poziom, który obrazuje niezmienność fatum, które ciąży nad bohaterami.

Nie wyobrażam sobie zresztą innych bohaterów. Więcej sądzę, że umieszczenie w tych rolach postaci wymyślonych na potrzeby tej historii, odarłoby opowiadanie z całego elementu, który z mitem koresponduje. No kto inny miałby doświadczać metempsychozy, elementu ofrizmu, jak nie sam Orfeusz? ;)

To samo zmaganie przeżywa Persefona/Pani Metamorfoz (i swoją drogą nie wiem, czemu czujesz się tu oszukana :P), co pokazuje, że mimo boskiej natury nie jest w stanie uciec od formy.

 

ale już nie na pełnokrwistą historię, więc wykorzystałeś ‘gotowca’ w postaci zabawy mitem

A to mnie trochę ubodło, bo jestem zdania, że jednak wyszedłem tu daleko poza mit, a nie tylko ubrałem gotowca w dekoracje. W ogóle wykorzystanie materiału źródłowego nie umniejsza w mojej ocenie żadnej twórczości, mieliśmy zresztą kilka konkursów opierających się na tym zabiegu (i w sumie bardzo mi się to spodobało). :)

Ale rozumiem, tak to odbierasz, ok.

 

2 – fabuła nie dorasta do rozmachu świata, to trochę, jakbyś stworzył przepiękną i dopracowaną w najdrobniejszym szczególe scenografię pałacu z setką komnat, tylko po to, żeby pokazać jak w jednej z nich księżniczka odrzuca adoratora.

No, to trochę (nawet bardzo) o czym innym historia, także ten…

Cały świat jest skonstruowany na elementach czysto greckich, więc tak samo jest też skonstruowana fabuła, dla mnie to była jakby naturalna konsekwencja tego stanu rzeczy.

 

1 – dla osób nie znających/nie pamiętających Orfeusza i Eurydyki, końcówka jest niejasna, wręcz niezrozumiała, a tekst powinien się bronić jako byt samodzielny

Czy są w naszym kręgu kulturowym osoby nie znające jednego z najpopularniejszych mitów, najlepiej znanej i najczęściej wałkowanej mitologii?

Wybacz, ale dla mnie taka argumentacja jest dalece niezrozumiała. Ileż to dzieł kultury sięga po powszechnie znane postaci – nawet nie archetypy, tylko same postaci – czy to po anioły/diabły, czy to po bogów/herosów, czy to po postacie magiczne Merlin/Morgana.

Owszem, teksty takie zawsze mają pewien próg wejścia, ale to nie oznacza ich niesamodzielności, tylko bazuje na wiedzy czytelnika i zaufaniu, że on ją posiada.

 

Zaś co do zakończenia, to rozmowa Hadesa i Persefony w sposób dość bezpośredni opisuje warunki ich zakładu – gdybym opisał to bardziej szczegółowo, to bym już poszedł z łopatologię. :P

 

Również ten przeskok w zakończeniu, gdzie Or i Dikke się żegnają na te trzy pokolenia – a tu nagle dostają szansę (którą Dikke zaprzepaszcza – właściwie dlaczego? Jeszcze chwilę temu była pewna, że chce czekać na Ora przez długość trzech żyć, a rozmyśliła się w przeciągu paru chwil) trochę mi zaburzył rytm opowieści.

Sęk w tym, że wcale się nie pożegnali – tylko zostali poddani testowi Hadesa.

A dlaczego Dikke się rozmyśliła? W sumie odpowiem cytatem z tekstu, bo na to pytanie odpowiedziałem wprost, tak wprost, że bardziej się na da:

– Tych dwoje nie musi się rozstawać – kontynuował Karciciel – jeśli podołają próbie wytrwałości, wierności i zaufania. I jeśli nimfa porzuci nieśmiertelność, by ich formy były tożsame.

[…]

twoje słowa zapadły nimfie w pamięć. Widać nieskończona miłość nie była jej bliższa od nieskończonego życia.

Dikke wybrała nieśmiertelność. Była w stanie poczekać na Ora, aż się trzy razy odrodzi, ale sama już umierać nie miała w zamiarze. ;)

 

Niestety, do mnie nie trafiło wykorzystanie oryginalnego i ciekawego świata do odgrzewania mitologicznej opowieści i nie mogę z czystym sumieniem głosować za piórkiem. Za to chętnie bym przeczytała w pełni autorskie opowiadanie z tego świata.

Nie mam na celu Cię przekonywać, ale może dzięki moim odpowiedziom spojrzysz na historię nieco inaczej. Jeśli nie – też dobrze, wszak nie wszystko musi podobać się wszystkim, a wręcz nie powinno. :)

Za to będę się upierać przy tym, że to nie jest odgrzewanie mitologicznej opowieści – to jest napisana opowieść urzeczywistniająca greckie spojrzenie na świat, mity, koncepcje. I to nawet nie jest historia miłosna, tylko z góry skazana na niepowodzenie walka z formą, która dotyczy i pary kochanków, i bogów.

Osobiście tez uważam się w pełni za autora tego tekstu (:P), a inne opowiadanie – z wymyślonymi bohaterami – w tym świecie uważałbym za pozbawione sensu. Jeśli już, to z bohaterami nawiązującymi do innego mitu i rozbudowującymi to uniwersum korespondujące z mitami. Ale widać tu mamy całkiem inne spojrzenia. ;)

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Dzięki za szczegółowe wyjaśnienia :)

 

Czy są w naszym kręgu kulturowym osoby nie znające jednego z najpopularniejszych mitów, najlepiej znanej i najczęściej wałkowanej mitologii?\

Tu byś się zdziwił. Ja sama nie pamiętałam, o co chodziło (jedynie imiona Orfeusz i Eurydyka kojarzyłam, że to z mitologii greckiej), zapytałam kilka osób (wszyscy z wyższym wykształceniem, niekoniecznie humanistycznym) i żadna z pytanych nie potrafiła powiedzieć, o czym był ten mit. Imo, pasjonaci literatury klasycznej rozpoznają nawiązania, ale “przeciętny zjadacz fantastyki” już niekoniecznie. Ja się o ten próg wejścia potknęłam, ale żeby sprawiedliwie ocenić, przeczytałam i przypomniałam sobie ten mit.

M.in. dlatego Twoje opowiadanie odebrałam jako retelling, główne elementy fabuły są te same – oryginalny Orfeusz jest tak samo zakochany w Eurydyce, Eurydyka zostaje ukąszona przez żmiję i umiera, Orfeusz chce ją odzyskać i zostaje poddany próbie. W Twojej wersji (inaczej niż w oryginale) Orfeusz przechodzi próbę, ale efekt jest ten sam – Eurydyki nie ma (i tak, to, że wybrała nieśmiertelność to zrozumiałam, nie zrozumiałam, po co w ogóle była ta próba, skoro ona i tak się nie chciała tej nieśmiertelności zrzec, czemu nie była szczera z – podobno – ukochanym). W kwestii fabularnej nie otrzymałam nic poza odwróceniem zakończenia (że to Eurydyka rezygnuje, a nie Orfeusz ulega pokusie), stąd moje wrażenie retellingu.

Po Twoich wyjaśnieniach, że świat przedstawiony czerpie z nawiązań do kultury greckiej poguglałam – i przyznaję Ci tu rację, faktycznie zaczerpnąłeś sporo pojęć z greki, (choć chyba bardziej mi się podobało, gdy myślałam, że to Twoje oryginalne pojęcia, stworzone na potrzeby opowiadania). To z jednej strony uzasadnia wybór mitycznych postaci jako bohaterów (a na łatwiznę, to poszedłeś – skoro to od Orfeusza się wzięło pojęcie orfinizm a z niego metempsychoza :P), ale z drugiej jeszcze bardziej utrudnia odbiór czytelnikom ‘nie siedzącym w temacie’. Bez dyskusji z Tobą i bez guglania, zbyt wiele elementów było dla mnie czymś innym a wyjaśnienia ani choćby wskazówek w samej treści opowiadania nie da się znaleźć.

 

PS. Nie doszperałam się tego, więc spytam, czy elementy, które najbardziej mi zapadły w pamięć (driada pół-człowiek, pół-mechanizm, wróżby z zegarków) są też zaczerpnięte z mitologii?

 

Nie, to. Ie jest zaczerpnięte z mitologii, aczkolwiek wiedza i myśl grecka były tu inspiracją. Szczególnie mechanizm z Antykithiry. :) 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Nowa Fantastyka