- Opowiadanie: BarbarianCataphract - Wyrok człowieczeństwa

Wyrok człowieczeństwa

Czy lu­dzie tracą swoje czło­wie­czeń­stwo? Coraz wię­cej nas po­świę­ca swoją emo­cjo­nal­ność, aby zna­leźć swoje miej­sce w tym świe­cie.

Opo­wia­da­nie o po­mo­cy w od­na­le­zie­niu sensu życia wśród za­mie­ra­ją­ce­go świa­ta.

 

Chciałbym podziękować z głębi serca:

- ANDO

- Alicelli

- kronosowi maximusowi

- GregMajowi

 

Za betę <3 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Wyrok człowieczeństwa

Po­lu­ją na mnie. Chcą mnie zła­pać, stłam­sić, znisz­czyć. Nie po­do­ba im się, że ktoś wciąż wal­czy o praw­dzi­wość ludz­ko­ści. Nie chcą, żeby lu­dzie od­kry­wa­li możliwości własnych umysłów. Je­stem dla nich prze­szko­dą, pchłą na gar­gan­tu­icz­nym ciel­sku spa­czo­ne­go sys­te­mu.

Już długo nie mia­łem oka­zji do­tknąć czy­jejś duszy. Bra­ko­wa­ło mi tego. Moż­li­wość zaj­rze­nia w głąb czło­wie­ka jest tym, co mnie de­fi­niu­je. Chcę im po­ma­gać. Chcę to zmie­nić. Chcę zmie­nić to wszyst­ko, co nas ota­cza i nisz­czy.

Jest coraz trud­niej ko­go­kol­wiek zna­leźć. Więk­szość jest albo po praniu mózgu, albo nie ma na tyle de­ter­mi­na­cji, żeby chcieć co­kol­wiek ze sobą zro­bić. Zmie­nić na lep­sze. Ale ja się nie pod­dam. Będę za wszel­ką cenę łamał tę zmar­z­li­nę, po­wsta­łą przez dzia­łal­ność nas sa­mych.

 

***

 

Do­tar­łem wresz­cie do domu ro­dzi­ny Ja­śnia­ków. Droga była trud­niej­sza, niż ostat­nio, ale nie zniechęcało mnie to. Punk­ty kon­tro­l­ne mi­li­cji roz­sta­wio­ne co drugą prze­czni­cę po­wo­do­wa­ły, że szu­ka­łem coraz wy­myśl­niej­szych tras.

A miało być tylko go­rzej. 

Pani Ja­śniak prze­ka­za­ła mi, żebym wszedł do ich domu przez piw­ni­cę. Drzwicz­ki kryły się we­wnątrz przy­do­mo­wej szopy. Naj­waż­niej­sza była dys­kre­cja, nie mo­głem dać się przy­ła­pać podczas wkradania na po­se­sję moich klien­tów.

Jed­nych z ostat­nich.

Roz­chy­li­łem stare, drew­nia­ne drzwi do­bu­dów­ki i zna­la­złem się w ciem­nym po­miesz­cze­niu, słu­żą­cym za ma­ga­zyn na­rzę­dzi ogrod­ni­czych. Wy­jąt­ko­wo jasne świa­tło sztucz­ne­go księ­ży­ca wpa­da­ło przez ma­lut­kie okien­ko, oświe­tla­jąc de­li­kat­nie wej­ście do piw­ni­cy.

Ude­rzy­łem pię­ścią kilka razy, w usta­lo­nym z Ja­śnia­ka­mi ryt­mie. Za­brzmiał dźwięk od­pi­na­nej kłód­ki i klapa uchy­li­ła się z ci­chym, prze­cią­głym ję­kiem nie­na­oli­wio­nych za­wia­sów.

– Dobry wie­czór, panie As­sent. – W szpa­rze po­ja­wi­ła się para du­żych oczu Ja­śnia­ko­wej. – Pro­szę wejść. Trud­no było się tu do­stać?

Po­sta­wi­łem nogę na szcze­blu dra­bi­ny, pro­wa­dzą­cej do przy­zie­mia. Po chwi­li zna­la­złem się w za­tę­chłej piw­nicz­ce, któ­rej po­wie­trze wy­peł­niał znany mi już za­pach wil­go­ci. Zwi­sa­ją­ca na kablu ża­rów­ka ema­no­wa­ła wą­tłym, po­ma­rań­czo­wym świa­tłem, po­zwa­la­jąc mi na roz­róż­nia­nie naj­waż­niej­szych kon­tu­rów.

Pani Ja­śniak wy­cią­gnę­ła ku mnie dłoń i z prze­ję­ciem w gło­sie po­wie­dzia­ła:

– Je­ste­śmy na­praw­dę wdzięcz­ni, że po­mi­mo tych… prze­ciw­no­ści losu dał pan radę przyjść.

Uci­sną­łem jej rękę, jed­no­cze­śnie wpa­tru­jąc się w oczy, któ­rych ką­ci­ki powoli wypełniały łzy. Czu­łem jej emo­cje. Ich ener­gia płynęła przez ramię ko­bie­ty, prze­ni­ka­jąc przez opusz­ki pal­ców do mojej duszy.

– Jak się czuje Rafał? – za­py­ta­łem, bo nie wi­dzia­łem mo­je­go pa­cjen­ta od do­brych kilku ty­go­dni. Rząd za­ostrzał dzia­ła­nia ma­ją­ce na celu zniszczenie mo­je­go fachu, więc każda próba do­sta­nia się do kogoś w po­trze­bie mogła być próbą sa­mo­bój­czą.

– Tro­chę le­piej niż na samym po­cząt­ku, ale wciąż… wciąż cier­pi. – Łza spły­nę­ła po roz­pa­lo­nym po­licz­ku ko­bie­ty i za­koń­czy­ła po­dróż w ką­ci­ku ust. – Po­lu­bił pana i tylko z panem chce roz­ma­wiać. Nam rzad­ko kiedy co­kol­wiek mówi, izo­lu­je się… mam obawy, że w końcu za­cznie za­da­wać py­ta­nia poza domem i to skieruje go na… pan wie co.

– Pro­szę się nie mar­twić na zapas – od­po­wie­dzia­łem, pró­bu­jąc cho­ciaż tro­chę uspo­ko­ić matkę mo­je­go pa­cjen­ta. – Jeśli widać po­pra­wę, to zna­czy, że je­ste­śmy na do­brej dro­dze. Na­praw­dę. Po­sta­ram się zro­bić wszyst­ko, co w mojej mocy, żeby pomóc Ra­fa­ło­wi z tego wyjść.

Ko­bie­ta przy­tak­nę­ła, ocie­ra­jąc mokre po­licz­ki chu­s­tecz­ką, po czym za­pro­si­ła mnie na pię­tro do po­ko­ju chło­pa­ka. Mi­nę­li­śmy po dro­dze wy­jąt­ko­wo cichy par­ter, ską­pa­ny w mroku. Za­wsze o tej porze wi­dy­wa­łem pana Ja­śnia­ka, oglą­da­ją­ce­go od­móż­dża­ją­ce pro­gra­my w te­le­wi­zji.

– Mogę za­py­tać, gdzie jest teraz pani mąż? Za­zwy­czaj sie­dział tutaj w sa­lo­nie, oglą­da­jąc naszą ko­cha­ną pro­pa­gan­dę…

Na­stał mo­ment nie­zręcz­nej ciszy, prze­ry­wa­nej je­dy­nie skrzy­pie­niem scho­dów. Po­czu­łem ukłu­cie w sercu.

Ja­śnia­ko­wa za­trzy­ma­ła się w pół kroku, ob­ró­ci­ła na mo­ment i po­wie­dzia­ła tylko:

– Za­bra­li go ty­dzień temu.

O cho­le­ra! Wie­dzia­łem, że moja nie­wy­pa­rzo­na gęba w końcu komuś spra­wi pro­ble­my, a wła­śnie temu mia­łem prze­ciw­dzia­łać. Bąk­ną­łem tylko ,,Och, prze­pra­szam” i kon­ty­nu­owa­łem drogę w ciszy.

Czyli pan Ja­śniak za­czął otwar­cie po­wąt­pie­wać w sys­tem, a teraz sie­dzi w ,,za­kła­dzie po­praw­czym”, w któ­rym pró­bu­ją go wy­le­czyć z wła­snych prze­my­śleń. Ha! Głup­ki z rządu myślą, że swo­imi bar­ba­rzyń­ski­mi spo­so­ba­mi mogą pomóc stra­pio­nym umy­słom oby­wa­te­li. Za­chcia­ło im się mie­szać w du­szach, gnoj­kom jed­nym.

We­szli­śmy na pierw­sze pię­tro i sta­nę­li­śmy w dłu­gim, bar­dzo do­brze mi zna­nym, ko­ry­ta­rzu. Na samym jego końcu widać było lekko uchy­lo­ne drzwi, zza któ­rych wy­do­by­wa­ło się cie­płe świa­tło lamp­ki biur­ko­wej. ,,Cie­ka­we jak się dzi­siaj czuje”, po­my­śla­łem, po­dą­ża­jąc za Ja­śnia­ko­wą do po­ko­ju jej syna.

Ko­bie­ta za­pu­ka­ła de­li­kat­nie.

– Rafał, ko­cha­nie, pan As­sent przy­szedł na wi­zy­tę.

Miło, że nie­któ­rzy wciąż do­ce­nia­li moją pracę.

Ina­czej.

Miło, że nie­któ­rzy wciąż byli w sta­nie ją do­ce­niać, bo po­szu­ki­wa­nia zwo­len­ni­ków mo­je­go nurtu na­bra­ły szcze­gól­nej in­ten­syw­no­ści w ostat­nich mie­sią­cach.

Coraz wię­cej osób, szu­ka­ją­cych praw­dy o wła­snych du­szach tra­fi­ło do za­kła­dów kar­nych, a stam­tąd nie wy­cho­dzi się czło­wie­kiem.

Przy­kła­dem tego jest pan Ja­śniak, któ­re­go los jest dla mnie enig­mą. Do­brze, że nie zła­pa­li też jego żony i syna. Im wię­cej ich tracę, tym sil­niej­szą czuję de­ter­mi­na­cję.

 

***

 

Pa­mię­tam, jak pierw­szy raz ode­bra­no mi pa­cjen­ta. Po­cząt­ki praw­dzi­we­go re­żi­mu, któ­re­go pier­wot­nie jesz­cze tak się nie bano – aż nie zro­bi­ło się za późno. Wtedy jesz­cze lud­ność na­sze­go kraju miała do­stęp do świa­tła sło­necz­ne­go, ale już za­czę­to bu­do­wać gi­gan­tycz­ny panel, któ­re­go celem było cał­ko­wi­cie za­sło­nię­cie nieba i ma­ni­pu­la­cja na­stro­jem oby­wa­te­li, po­przez sztucz­nie in­du­ko­wa­ną po­go­dę i inny temu po­dob­ny syf. Cho­ciaż nikt się tego nie spo­dzie­wał.

Sie­dzia­łem pew­ne­go dnia z jedną z naj­bliż­szych mi pa­cjen­tek, roz­ma­wia­jąc z nią o tych aspek­tach życia w spo­łe­czeń­stwie, które nę­ka­ły ją szcze­gól­nie mocno w ostat­nich ty­go­dniach.

Do na­grza­ne­go ga­bi­ne­tu, przez uchy­lo­ne okno wpa­da­ło nieco późnowio­sen­ne­go po­wie­trza, na­da­ją­ce­go po­miesz­cze­niu wię­cej świe­żo­ści. Nie zdą­ży­łem jesz­cze za­dzwo­nić po speca, który na­pra­wił­by mi kli­ma­ty­za­cję. Mu­sia­łem po­ma­gać sobie na­tu­ral­nym wie­trze­niem.

Rita sie­dzia­ła w fo­te­lu, któ­re­go od­chy­lo­ne opar­cie miało dawać trochę więcej komfortu – nie fizycznego, ale mentalnego. Wpa­try­wa­ła się w obraz, wi­szą­cy za mną na ścia­nie. Ma­lu­nek przed­sta­wiał wschód słoń­ca na plaży.

Nic spe­cjal­ne­go, ale za­wsze przy­ku­wa­ło uwagę osób, które tutaj przy­cho­dzi­ły. Nie­któ­rzy pew­nie pró­bo­wa­li usil­nie roz­róż­nić, czy na ob­ra­zie przedstawiony był ko­niec dnia, czy wręcz prze­ciw­nie. Taki du­alizm w pro­sto­cie.

Sta­łem za nią i po­ło­ży­łem dło­nie na jej bar­kach. Za­mkną­łem oczy i po kilku se­kun­dach prze­nio­słem się duszą do świa­ta wy­kre­owa­ne­go przez umysł Rity. Za­wsze w ten spo­sób wień­czy­li­śmy każdą sesję. Roz­po­czy­na­li­śmy w na­szym świe­cie, a pod­su­mo­wa­nia ro­bi­li­śmy już w wy­mia­rze du­cho­wym.

Mój wzrok przy­zwy­cza­jał się chwi­lę do no­we­go oto­cze­nia, ale już po kilku sekundach roz­ma­za­ny obraz wy­ostrzył się na tyle, żebym mógł roz­po­znać kra­jo­braz.

Znaj­do­wa­łem się na plaży. Twarz mia­łem zwró­co­ną w stro­nę bez­kre­sne­go oce­anu, iden­tycz­ne­go jak na ob­ra­zie z mo­je­go ga­bi­ne­tu. Ni­skie grzbie­ty fal opa­da­ły spo­koj­nie na pia­sek, ob­my­wa­jąc grunt pod moimi sto­pa­mi. De­li­kat­na bryza mu­ska­ła moje po­licz­ki.

Spoj­rza­łem na słoń­ce. Wi­sia­ło nad ho­ry­zon­tem, na­da­jąc niebu po­ma­rań­czo­wą barwę. Nie wie­dzia­łem jed­nak, czy wła­śnie za­cho­dzi­ło, czy roz­po­czy­na­ło nowy dzień.

Kątem oka za­uwa­ży­łem Ritę, która sta­nę­ła obok mnie i tak samo jak ja wbiła wzrok w gra­na­to­we wody akwe­nu. Przez chwi­lę trwa­li­śmy w ciszy.

– Panie As­sent… – za­czę­ła mówić.

– Tak?

– Czy ludz­kość zmie­rza ku upad­ko­wi?

Ty­po­we py­ta­nia od­no­śnie eg­zy­sten­cji i cy­wi­li­za­cji czło­wie­ka. Za­da­wa­ło je wielu z moich roz­mów­ców, jed­nak ona naj­czę­ściej.

– To już za­le­ży od tego jak in­ter­pre­tu­je­my upa­dek. W końcu gdy coś się koń­czy, to coś no­we­go się za­czy­na, praw­da? Ko­niec jed­nej osi czasu daje po­czą­tek cze­muś świe­że­mu, być może lep­sze­mu. 

– Ale czy uważa pan, że to, co do­tych­czas stwo­rzy­li­śmy… zgi­nie? – Pod­nio­sła wzrok i nasze spoj­rze­nia się spo­tka­ły.

– Wszyst­ko ma swój, że tak to okre­ślę, ter­min przy­dat­no­ści. W końcu ten twór bę­dzie mu­siał ulec na­tu­ral­ne­mu roz­kła­do­wi, żeby prze­ka­zać swą ma­te­rię przy­szło­ści. Warto mieć wiarę w to, co przyj­dzie.

– Jak to się panu udaje? – Py­ta­nia, do­ty­czą­ce moich oso­bi­stych prze­żyć za­wsze były trud­ne, być może nie­wy­god­ne. Nigdy nie mia­łem spo­koj­ne­go i sta­bil­ne­go życia. Wi­dzia­łem wiele zmian, byłem świad­kiem re­wo­lu­cji glo­bal­nych i pry­wat­nych.

– Kwe­stia pracy nad sobą. Sens na­szych ist­nień mu­si­my sobie sami stwo­rzyć, nawet w ob­li­czu hi­po­te­tycz­ne­go końca. Warto żyć w ja­kimś okre­ślo­nym celu, praw­da?

Wielu na­zy­wa­ło nas prze­wod­ni­ka­mi. Nie mo­głem za­prze­czyć, sta­ra­li­śmy się kie­ro­wać ludzi na lep­sze ścież­ki. Na­szym za­da­niem było… jest… po­ma­ga­nie innym w tym, aby mogli po­praw­nie ko­rzy­stać z po­ten­cja­łu swo­ich uczuć.

Do do­brych celów oczy­wi­ście. Ta­kich jak cho­ciaż­by kre­owa­nie lep­sze­go świa­ta. Brzmi bar­dzo ogól­nie, praw­da? Ale wła­śnie lep­sze­go świa­ta nam po­trze­ba. Teraz nawet bar­dziej, niż kie­dy­kol­wiek.

Spoj­rza­łem po­now­nie na słoń­ce. Scho­wa­ło się głę­biej za oce­anem.

A jed­nak.

Do­tkną­łem jej dłoni. Była gład­ka jak mar­mur. Tak na­praw­dę to Rita cała wy­glą­da­ła, jak gdyby wy­ku­to ją z mar­mu­ru. Pięk­na jak rzeź­ba. Ko­bie­ta, za­nu­rzo­na w bez­kre­sie smut­ku, jed­nak ide­al­na w tej ot­chła­ni. W każ­dym razie taka była moja wizja.

Ocean uspo­ko­ił się. Tafla wody sta­nę­ła w miej­scu, upodob­ni­ła się do je­zio­ra. Po­chy­li­li­śmy się nad akwe­nem i uj­rze­li­śmy wła­sne od­bi­cia. Klę­cze­li­śmy. Moja twarz w wo­dzie była taka, jaką ją wi­dzia­ła Rita. Ja zaś ob­ser­wo­wa­łem jej wła­sne wy­obra­że­nie samej sie­bie.

Zmie­ni­ła się. Nie wi­dzia­łem już pięk­ne­go po­są­gu. Teraz pa­trzy­łem na roz­pa­da­ją­cą się isto­tę, po­cho­dzą­cą rodem z kosz­ma­rów, któ­rych ofia­rą była Rita. Twarz mojej pa­cjent­ki jakby mi­go­ta­ła, prze­cho­dząc mię­dzy za­pła­ka­ną a… żadną. Mo­men­ta­mi wszel­kie ele­men­ty jej ob­li­cza zni­ka­ły, po­zo­sta­wia­jąc je­dy­nie pustą skórę.

Bladą, znisz­czo­ną, roz­pa­da­ją­cą się. Po­mi­mo spę­dze­nia w za­wo­dzie już wielu lat, taki widok wciąż mną wstrzą­sał.

Po­ło­ży­łem dłoń na jej ra­mie­niu. Ści­sną­łem.

Drugą rękę uło­ży­łem na twa­rzy Rity. Nie wal­czy­ła. Wie­dzia­ła, że to dla jej dobra. Trzy­ma­łem wła­śnie należącą do niej duszę i mo­głem z nią zro­bić to, co chcia­łem. A chcia­łem pomóc. Wygenerowałem du­cho­wą ener­gię, która prze­pły­nę­ła przez moje opusz­ki i roz­la­ła się po gło­wie mojej pacjentki. Wzdry­gnę­ła się. De­li­kat­ny wstrząs wzbu­dził jej ciało, ale po chwi­li już była spo­koj­na. Po­ło­ży­łem ją na pia­sku, a na twa­rzy Rity ma­lo­wał się wyraz bło­go­ści.

Obu­dzi­li­śmy się oby­dwo­je, opusz­cza­jąc w ten spo­sób ,,lep­szy świat”, po czym usia­dłem na fo­te­lu przed moją pa­cjent­ką.

– Nasza sesja do­bie­ga końca, Rito. Po­staw­my tutaj krop­kę. – Nigdy nie lu­bi­łem koń­czyć spo­tkań prze­ry­wa­jąc roz­mo­wę. Mia­łem in­nych klien­tów, mu­sia­łem trzy­mać się gra­fi­ku.

– Do­brze. Dzię­ku­ję, panie As­sent. – Twarz Rity roz­pro­mie­nił wątły uśmiech. Chwy­ci­ła wia­trów­kę, prze­wie­szo­ną przez opar­cie fo­te­la, rzu­ci­ła jesz­cze raz okiem na obraz i, ma­cha­jąc mi na po­że­gna­nie, wy­szła z ga­bi­ne­tu.

Z okna można było ob­ser­wo­wać ulicę, pro­wa­dzą­cą do bu­dyn­ku, w któ­rym znaj­do­wał się mój ga­bi­net. Opar­łem się na pa­ra­pe­cie, chwy­ci­łem kubek zim­nej już kawy i wzią­łem łyk pa­skud­nej lury.

Zo­ba­czy­łem sto­ją­cą przed bu­dyn­kiem czar­ną jak moja kawa fur­go­net­kę. Świa­tło sło­necz­ne od­bi­ja­ło się od la­kie­ru, draż­niąc oczy. Przez przy­ciem­nia­ne szyby nie dało się ni­cze­go zo­ba­czyć. Nie wi­dzia­łem, kto sie­dział w środ­ku.

Drzwi wej­ścio­we do bloku otwo­rzy­ły się i zo­ba­czy­łem ciem­ne włosy Rity. W tym samym mo­men­cie jakiś po­dej­rza­ny typ wy­szedł z sa­mo­cho­du i pod­szedł do mojej pa­cjent­ki. Nie sły­sza­łem co mówią. Mo­głem się je­dy­nie do­my­ślać, że po­pro­si­li ją, żeby wsia­dła do auta.

Wi­dzia­łem, że od­mó­wi­ła.

Na­pa­ko­wa­ny goryl chwy­cił ją za bark, szarp­nął i siłą wpa­ko­wał do po­jaz­du.

Wyplułem kawę, zo­sta­wia­jąc czar­ne za­cie­ki na szy­bie.

Po­bie­głem ku drzwiom tak szyb­ko, jak mo­głem. Zbie­głem po wą­skich scho­dach z trze­cie­go pię­tra i wy­le­cia­łem na chod­nik przed bu­dyn­kiem.  

Oczy­wi­ście, że auta już nie było. Rity też nie.

Wy­ją­łem te­le­fon z kie­sze­ni i drżą­cy­mi pal­ca­mi wy­stu­ka­łem numer ra­tun­ko­wy. Chcia­łem zgło­sić po­rwa­nie. Za­czą­łem tłu­ma­czyć, co się stało, gdzie i kiedy. Ko­bie­ta po dru­giej stro­nie wy­da­wa­ła się bar­dzo po­ru­szo­na spra­wą i z prze­ję­ciem wy­py­ty­wa­ła mnie o każdy szcze­gół.

Aż za­da­ła mi py­ta­nie, kim je­stem z za­wo­du.

Zdzi­wi­łem się. Za­tka­ło mnie, bo kto nor­mal­ny pyta w ta­kiej sy­tu­acji o to, czym się ktoś zaj­mu­je? Cho­le­ra, do­szło do po­rwa­nia!

Chwi­la ciszy.

– A co to ma do rze­czy? – za­py­ta­łem, czu­jąc dziw­ny ścisk w żo­łąd­ku.

Gdy ope­ra­tor­ka za­czę­ła po­now­nie mówić jej głos był… inny. Zu­peł­nie inny. Jakby spo­koj­niej­szy, cie­plej­szy, ale aż tak, że czu­łem wy­le­wa­ją­cą się sztucz­ność ze słu­chaw­ki. ,,Od razu kogoś przy­śle­my, pro­szę się nie mar­twić” i tego typu bzde­ty. Roz­łą­czy­łem się.

Oczy­wi­ście, że nikt nie przy­je­chał.

Ta­kich sy­tu­acji było wię­cej. Moi ko­le­dzy po fachu mieli iden­tycz­ne prze­ży­cia, kilku moich pa­cjen­tów też znik­nę­ło, to spod mo­je­go bloku, to ze swo­ich domów. Jesz­cze zanim pro­pa­gan­da de-emo­cjo­na­li­za­cji za­czę­ła być po­wszech­na, to do­my­śli­łem się – ob­ser­wo­wa­li nas i za­bie­ra­li ich wła­śnie gdy byli emo­cjo­nal­nie wraż­li­wi. Wie­dzie­li, że wtedy jest naj­lep­szy mo­ment, żeby za­ata­ko­wać.

Cho­le­ra. Dzia­ła­łem lek­ko­myśl­nie.

Po­zo­sta­wia­my po sobie ŚLAD DU­CHO­WY. Tak, jak w po­pkul­tu­rze ślad du­chów za­zna­czo­ny jest ek­to­pla­zmą, to my… też mamy swój ro­dzaj ek­to­pla­zmy. Każda sesja emo­cjo­nal­na, każde za­głę­bie­nie się w czy­jąś duszę – to wszyst­ko wią­za­ło się z oto­cze­niem miej­sca mo­je­go po­by­tu astral­ną aurą, wy­czu­wal­ną, jak my­śla­łem do tego momentu, tylko dla nas.

Oka­za­ło się, że ci-na-gó­rze od­kry­li spo­sób, żeby tę aurę na­mie­rzać. Tak właśnie chcie­li zro­bić ze mnie i moich ko­le­gów wro­gów sa­mych sie­bie.

 

***

 

Za­czę­ło się spo­koj­nie. Naj­pierw ude­rzy­li w sek­tor edu­ka­cji. Szko­ły prze­siąk­nę­ły pro­pa­gan­dą, ja­ko­by od­naj­dy­wa­nie ory­gi­nal­no­ści w samym sobie było czymś złym. Naj­pro­ściej ma­ni­pu­lu­je się dzieć­mi, praw­da?

Na­uczy­cie­lom ka­za­no karać wszel­kie od­chy­ły od norm. W przy­pad­ku prób za­cho­wa­nia wszel­kiej otwar­to­ści umy­sło­wej przez bel­fra koń­czy­ło się to z re­gu­ły ,,wy­ma­za­niem” ta­kiej osoby z rze­czy­wi­sto­ści. Czyli naj­pro­ściej mó­wiąc – śmier­cią.

I było to lepszym wyjściem.

Cho­ciaż po­wi­nie­nem po­wie­dzieć – mniej bo­le­snym.

Mó­wio­no, że przy­ję­te­go stan­dar­du trze­ba się trzy­mać za wszel­ką cenę. Tą ceną były dusze nas wszyst­kich. W miej­scach pracy za­czę­to po­wo­ły­wać spe­cjal­ne ko­mi­sje za­cho­waw­cze, a ich człon­ków nazwano Ku­ra­to­ra­mi. Stali się czymś w ro­dza­ju nad­zor­ców osób za­trud­nio­nych. Z po­cząt­ku do­ty­czy­ło to je­dy­nie więk­szych kor­po­ra­cji, lecz po krótkim cza­sie było już czymś po­spo­li­tym, nawet w mniej­szych fir­mach.

Gdy w ta­kich miej­scach do­cho­dzi­ło do nad­mier­nej eks­pre­sji sa­me­go sie­bie – Ku­ra­to­rzy przy­by­wa­li i brali czło­wie­ka na przy­mu­so­wą ,,lo­bo­to­mię”. To nie był ten za­bieg, który sto­so­wa­no przed laty, ale tak samo, albo nawet go­rzej wy­nisz­czał czło­wie­ka.

Ka­so­wał duszę.

Tak, jak już wcześniej wspomniałem – za­czę­to bu­do­wać prze­po­tęż­ne pa­ne­le, ma­ją­ce na celu za­sło­nię­cie na­tu­ral­ne­go nieba. Stwier­dzono, że ła­twiej bę­dzie ma­ni­pu­lo­wać spo­łe­czeń­stwem, gdy rządy dzier­żyć będą moc ste­ro­wa­nia wa­run­ka­mi at­mos­fe­rycz­ny­mi. Obrzy­dli­we.

Gdy nawet psy­chia­trzy i psy­cho­lo­go­wie za­czę­li być otwar­cie prze­śla­do­wa­ni, po­ja­wi­ło się za­in­te­re­so­wa­nie moim fa­chem. Fa­chem emo­cjo­ni­stów, zwa­nych także Prze­wod­ni­ka­mi. Wielu od wie­ków uzna­wa­ło nas za szar­la­ta­nów, cza­row­ni­ków, od­da­nych siłom nie­czy­stym, jak gdyby na­szym celem nie było uzdra­wia­nie stra­pio­nych umy­słów.

Je­dy­nie my je­ste­śmy w sta­nie do­tknąć czy­jejś duszy, po­sma­ko­wać jej, po­czuć jej za­pach, uj­rzeć jej kształt, kolor… Dzię­ki temu mo­że­my od­na­leźć wszel­kie uster­ki, wpę­dza­ją­ce ludzi w ,,dołki”. W skró­cie – na­pra­wia­my ludz­kie dusze, na­kie­ro­wu­jąc emo­cje na wła­ści­wą ścież­kę. Tak, jak gdyby były na­rzę­dzia­mi do ma­ni­pu­la­cji du­chem.

Gdy prag­ma­tycz­ne spo­so­by od­na­le­zie­nia sa­me­go sie­bie za­wio­dły, to ludz­kość po­now­nie zwró­ci­ła się ku nam z proś­bą o pomoc. Z po­cząt­ku biu­ro­kra­ci się nami nie in­te­re­so­wa­li, uzna­wa­li nas za oszu­stów i nie wi­dzie­li w nas za­gro­że­nia.

A w końcu za­czę­li nawet wy­ko­rzy­sty­wać Emo­cjo­ni­stów do od­naj­dy­wa­nia tych, któ­rzy za wszel­ką cenę chcie­li uchro­nić dusze przed za­tra­ce­niem.

To, co czyni każ­de­go z nas czło­wie­kiem, oka­za­ło się nie­le­gal­nym to­wa­rem, za któ­re­go znisz­cze­nie wzię­ły się rządy państw ca­łe­go świa­ta.

 

***

 

– Cześć, Rafał. Do­brze cię wi­dzieć.

Chło­pak sie­dział na fo­te­lu. Opie­rał się o biur­ko. Jego po­li­czek spo­czy­wał na za­ci­śnię­tej w pięść dłoni, a sam Rafał wy­glą­dał na za­nu­rzo­ne­go w gi­gan­tycz­nej ot­chła­ni wła­snych myśli. Po krót­kiej chwi­li od­wró­cił wzrok od bli­żej nie­okre­ślo­ne­go obiek­tu i spoj­rzał na mnie.

– Długo pan nie przy­cho­dził, za­czy­na­łem się mar­twić. – Głos Ra­fa­ła, który kie­dyś prze­peł­nio­ny był zre­zy­gno­wa­niem, smut­kiem i całą gamą przy­krych uczuć, teraz brzmiał obo­jęt­nie.

– Wiem, wy­bacz. Coraz trud­niej jest po­ru­szać się po mie­ście, ci na górze nie dają za wy­gra­ną i pró­bu­ją… no cóż, wy­tę­pić nas, emo­cjo­ni­stów. – Rafał był bar­dzo in­te­li­gent­nym dzie­cia­kiem, ro­zu­miał pro­ble­my ota­cza­ją­ce­go go świa­ta nawet po­mi­mo mło­de­go wieku. Miał do­pie­ro szes­na­ście lat. Chcia­łem trak­to­wać go jak do­ro­słe­go. W każ­dym razie, oka­zał się na­dzie­ją na lep­szą przy­szłość dla tej za­wszo­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Pod­sze­dłem do fo­te­la, sto­ją­ce­go na­prze­ciw­ko chłop­ca, i usa­do­wi­łem się w wy­god­nym sie­dzi­sku. Lamp­ka, która słu­ży­ła Ra­fa­ło­wi przy nauce, oświe­tla­ła de­li­kat­nie nasze twa­rze. Sku­pi­łem się na jego ob­li­czu, uka­zu­ją­cym chłop­ca za­nu­rzo­ne­go w my­ślach.

– Co cię dzi­siaj trapi? – rzu­ci­łem py­ta­nie, ty­po­we dla każ­de­go spo­tka­nia. Po­mi­mo spę­dze­nia z Ra­fa­łem wielu go­dzin na roz­mo­wach, wciąż roz­po­czy­na­łem każdą sesję tą samą re­guł­ką.

– Pan wie, panie As­sent. Za­wsze jest to samo. 

Mar­twi­ła mnie jego obo­jęt­ność. Jego matka odbierała to jako poprawę, jednak wiedziałem, że nie prowadzi do niczego lepszego. Mia­łem wra­że­nie, że Rafał, za­miast dążyć do osią­gnię­cia swo­bo­dy emo­cjo­nal­nej sta­cza się w dół i ulega pro­pa­gan­dzie sys­te­mu. Nie wie­dzia­łem, czy to moja wina, czy wszech­ogar­nia­ją­cej sza­ro­ści, wsią­ka­ją­cej w życie każ­de­go oby­wa­te­la jak bez­względ­ny pa­so­żyt.

– Roz­wiń, pro­szę. – Czu­łem, że po­wta­rza­nie tego sa­me­go sche­ma­tu może nie było zbyt atrak­cyj­ne dla pa­cjen­tów, ale po­zwa­la­ło mi na sku­tecz­ne ro­ze­zna­nie się w sy­tu­acji, z którą mia­łem się zmie­rzyć.

Na­sta­ła chwi­la ciszy, prze­ry­wa­nej spo­ra­dycz­nie sy­gna­łem ra­dio­wo­zu, wy­wo­łu­ją­cym u mnie ciar­ki, i ledwo sły­szal­nym bu­cze­niem ża­rów­ki lamp­ki biur­ko­wej. Ob­ser­wo­wa­łem wyraz twa­rzy Ra­fa­ła, pró­bu­jąc wy­ła­pać nawet naj­mniej­sze zmia­ny.

– Tracę na­dzie­ję. Po pro­stu.

Tak jak są­dzi­łem, wszyst­ko za­czy­nało się sypać.

– Wobec po­ten­cjal­nej po­pra­wy na­sze­go świa­ta?

– Po­ten­cjał na tę po­pra­wę ude­rzył w zie­mię i się pod nią za­padł, a przy­naj­mniej tak to widzę. – Twarz chłop­ca wciąż po­zo­sta­wa­ła bo­le­śnie neu­tral­na, próż­ne było szu­ka­nie w niej emo­cji. A tak bar­dzo chcia­łem je uj­rzeć…

– Jeśli do­brze ro­zu­miem, to nie wi­dzisz szans na lep­szy świat, tak? – Głu­pio mi było za­da­wać te py­ta­nia, bo od­po­wie­dzi do­my­śla­łem się od razu i nie­ste­ty w więk­szo­ści wy­pad­ków tra­fia­łem pro­sto w punkt.

– Panie As­sent… ma pan in­nych pa­cjen­tów, poza mną?

To zda­nie mnie za­sko­czy­ło. Nigdy wcze­śniej nie po­wie­dział ni­cze­go ta­kie­go.

Nie mo­głem kła­mać, a bar­dzo chcia­łem w tej chwi­li to zro­bić. Jak za­re­ago­wał­by, gdy­bym mu od­po­wie­dział, że jest ostat­nim? Za­wsze mogą być inni, jak ja, któ­rzy sta­ra­ją się na­kie­ro­wy­wać za­gu­bio­nych uczu­cio­wo ludzi, już wy­mie­ra­ją­cych, o któ­rych po pro­stu naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie wie­dzia­łem.

Ale w tym mie­ście, być może nawet w tym kraju, mogło już ni­ko­go ta­kie­go nie być. Czy to wie­dzia­łem? Nie, ale się do­my­śla­łem.

– N-nie… – od­po­wie­dzia­łem, czu­jąc, jak fala chło­du prze­pły­wa przez moje ciało.

– Więc uważa pan, że jest sens to kon­ty­nu­ować?

– Sens jest za­wsze. – Nie wie­dzia­łem, czy teraz to ja prze­słu­chu­ję Ra­fa­ła, czy on mnie. Po­czu­łem, jak gdy­bym, z po­mo­cą chło­pa­ka, za­czął za­pę­dzać sie­bie sa­me­go w kozi róg. – Jeśli sami nie po­dej­mie­my walki z tymi pro­ble­ma­mi, to nikt tego za nas nie zrobi. Ostat­ni czy nie ostat­ni… za­wsze tli się pło­myk na­dziei, przy­naj­mniej we­dług mnie.

– Wie pan, je­stem świa­dom, że dzie­je się coraz go­rzej.

– To praw­da, sy­tu­acja się po­gar­sza. Dla­te­go tym bar­dziej uwa­żam, że po­win­ni­śmy nad tym po­pra­co­wać.

– Mówią, że na­dzie­ja jest matką głu­pich…

– Tak twierdzą jedynie ci, którzy próbują deprymować szukających poprawy, dążących do niej i pragnących ją osiągnąć.

Mu­sia­łem na mo­ment przy­sto­po­wać, żeby się uspo­ko­ić. Nie mo­głem po­zwo­lić sobie na pod­da­nie się emo­cjom, nie wtedy, gdy mia­łem być opoką dla kogoś in­ne­go.

– Warto, że­by­śmy do­ce­ni­li to, co się w nas osta­ło. Ta cząst­ka duszy, która czyni nas ludź­mi, jest naj­waż­niej­szym ele­men­tem na­szych oso­bo­wo­ści. – Wie­rzy­łem w to, co mó­wi­łem. Sta­ra­łem się, żeby moje słowa wy­pły­wa­ły z serca, ale spraw­dza­ne przez filtr umy­słu.

– Wie­rzy pan w duszę? – Py­ta­nie Ra­fa­ła wy­bi­ło mnie z rytmu. Spoj­rza­łem mu pro­sto w oczy. Oczywiście, że w nią wierzę. W końcu mogę ją ujrzeć, dotknąć i zmienić jej konformację.

– Może po­win­ni­śmy spoj­rzeć na duszę nie jak na ete­rycz­ną isto­tę, ale jak na nasze umy­sły. Cha­rak­ter każ­dej osoby, myśli… to wszyst­ko skła­da się w pewną ca­łość – od­po­wia­da­łem jed­nym tchem, pró­bu­jąc przed­sta­wić chłop­cu moją wizję tego, co na­pę­dza każ­de­go z nas.

– Hmm… – Rafał przy­tak­nął, po­ki­wał głową kilka razy i dodał coś od sie­bie: – Tak, też tak uwa­żam. Do tego sądzę, że każda dusza dzie­li się na pewne pod­od­dzia­ły. Ten po­dział jest jed­no­cze­śnie tym, co czyni nas roz­dar­ty­mi od środ­ka. Ten kon­flikt my­ślo­wy, wpę­dza­ją­cy czło­wie­ka w chaos, bo nie po­tra­fi przy­jąć jed­nej kon­kret­nej wizji rze­czy­wi­sto­ści…

– Tak.

Ko­lej­na chwi­la nie­zręcz­nej ciszy, cho­ciaż byłem przy­zwy­cza­jo­ny do ta­kich pauz. W końcu spę­dzi­łem już kil­ka­na­ście lat w za­wo­dzie, zanim idea me­ry­to­rycz­nej po­mo­cy lu­dziom kop­nę­ła w ka­len­darz i rząd po­sta­no­wił zro­bić ze wszyst­kich pod­le­głe pu­st­ce emo­cjo­nal­nej ma­rio­net­ki.

– A nie­któ­rzy… nie­któ­rzy nie mogą zna­leźć ba­lan­su, po­mię­dzy tymi frak­cja­mi, praw­da? Na przy­kład ja? – Rafał spoj­rzał na mnie prze­ję­tym wzro­kiem. Coś w jego twa­rzy ule­gło zmia­nie, na­bra­ła wy­raź­niej­szych barw. Tak, jakby do­szło do ja­kie­goś prze­bu­dze­nia, tam w środ­ku.

– I nie tylko ty, nie martw się. Naj­waż­niej­sze jest to, że wal­czysz. Więk­szość ludz­ko­ści nie­ste­ty już się pod­da­ła, ule­gła fał­szy­we­mu prze­ka­zo­wi.

– Są­dzi­li, że ła­twiej bę­dzie pod­dać się swoim sła­bo­ściom, praw­da? Że le­piej pójść na ła­twi­znę, dać tym na górze strze­lić sobie dłu­tem w mózg… bo tak bę­dzie ła­twiej. Na pewno pro­ściej jest nie czuć emo­cji. Przy­naj­mniej nie cier­pi się aż tak.

– Jed­nak czy takie jed­nost­ki wciąż mogą na­zy­wać się ludź­mi? – rzu­ci­łem py­ta­niem, które dry­fo­wa­ło gdzieś na gra­ni­cy zwy­kłe­go za­py­ta­nia i re­to­rycz­ne­go. – Czy po­rzu­ca­jąc czę­ści na­szej duszy, po­zo­sta­je­my wciąż sobą?

Za­wsze wie­rzy­łem w pięk­no każ­de­go umy­słu z osob­na. Ory­gi­nal­ność oso­bo­wo­ści wśród ludzi była tym, co skie­ro­wa­ło mnie na tę, a nie inną ścież­kę życia. Nie zo­sta­ło wielu emo­cjo­ni­stów, na pewno nie było już żad­ne­go w oko­li­cy. De-emo­cjo­na­li­za­cja spo­łe­czeń­stwa przy­spie­szy­ła dra­stycz­nie na prze­strze­ni ostat­nich ty­go­dni, po­zo­sta­wia­jąc je­dy­nie wy­pra­ne z po­czu­cia wła­snej war­to­ści sko­ru­py.

– Za­pew­ne nie. Cho­ciaż… może warto po­świę­cić nieco swo­je­go czło­wie­czeń­stwa, żeby osią­gnąć spo­kój?

– Względ­ny spo­kój, Ra­fa­le. Trud­no jest to na­zwać praw­dzi­wą oazą, jeśli nie je­ste­śmy w sta­nie od­na­leźć praw­dzi­we­go sie­bie w tym pro­ce­sie. A na tym po­le­ga nasze życie.

Nigdy nie chcia­łem ulec temu ga­da­niu, że życie po­zba­wio­ne re­flek­sji na temat wła­snej osoby jest lep­sze i wy­daj­niej­sze. Jasne, pew­nie ła­twiej wy­ko­ny­wać na­rzu­co­ne z góry, wręcz nie­wol­ni­cze za­ję­cia, ale co to za życie? Może pro­ściej jest pro­wa­dzić pro­sto­li­nij­ny żywot, ale nigdy taka wizja do mnie nie prze­ma­wia­ła.

– Moż­li­we. Ale czy nie ła­twiej by­ło­by od­rzu­cić po pro­stu roz­te­rki tego świa­ta?

Ko­lej­ny ra­dio­wóz prze­mknął ulicą obok domu Ja­śnia­ków i po­now­nie po­czu­łem nie­pew­ność… A co, jeśli znowu tutaj zaj­rzą? Za­bio­rą Ra­fa­ła, Ja­śnia­ko­wą… i może mnie?

Swoją drogą dziw­ne, że nie zgar­nę­li od razu całej ro­dzi­ny, gdy za­bie­ra­li ojca chło­pa­ka. Czyż­by aż tak do­brze ma­sko­wa­li to, co czuli? Nie wy­kry­to w nich nad­mier­nej otwar­to­ści emo­cjo­nal­nej? Może dla­te­go Rafał stał się tak wy­ob­co­wa­ny, żeby obro­nić się przed wi­szą­cą nad nim ręką re­żi­mu?

– Pew­nie by było, ale nikt nie czuł­by się wtedy speł­nio­ny. Czy ci, któ­rzy przy­stą­pi­li do de-emo­cjo­na­li­za­cji mogą od­czu­wać praw­dzi­wą sa­tys­fak­cję? Jeśli ktoś jest w sta­nie czuć we­wnętrz­ny ból, to tym bar­dziej ma moż­li­wość osią­gnię­cia eu­fo­rii. Ale musi być zdol­ny do roz­róż­nia­nia tych dwóch sta­nów, żeby od­na­leźć złoty śro­dek.

Prze­ka­zy­wa­łem teraz dok­try­ny mo­je­go świa­to­po­glą­du, w na­dziei, że tra­fią do serca Ra­fa­ła i od­no­wią jego zapał. Zapał do życia.

I od­na­le­zie­nia sa­me­go sie­bie.

Ledwo skoń­czy­łem mo­no­log o sen­sie życia i usły­sza­łem dzwo­nek do drzwi. Gło­śni­czek za­dryn­dał prze­cią­gle, prze­ga­nia­jąc reszt­ki fi­lo­zo­ficz­nych prze­my­śleń z mojej głowy. Tylko oni mogli od­wie­dzić to do­mo­stwo o tak póź­nej porze.

,,Czyli przy­po­mnie­li sobie o resz­cie do­mow­ni­ków, ge­nial­nie” po­my­śla­łem, wpa­tru­jąc się w ciem­ną pust­kę ko­ry­ta­rza.

– Przy­szli po mnie, praw­da? – Rafał za­ło­żył kap­tur, wstał z krze­sła i pod­szedł do ko­mo­dy, która są­sia­do­wa­ła z drzwia­mi do po­ko­ju. – Strych. Wej­dzie tam pan i uciek­nie da­chem. Może pana nie za­uwa­żą.

Da­chem? Cho­le­ra, naj­lep­sze lata już za mną. Wizja ze­śli­zgnię­cia się z da­chó­wek i zła­ma­nia sobie kilku kości przy upad­ku nie na­pa­wa­ła mnie opty­mi­zmem.

– A ty? Po­ra­dzisz sobie z taką uciecz­ką?

Usły­sza­łem, jak na par­te­rze roz­le­gły się od­gło­sy kro­ków kilku par cięż­kich butów. Ja­śnia­ko­wa pró­bo­wa­ła ich za­trzy­mać, jed­nak bru­tal­na siła mu­sia­ła wy­grać. 

Rafał wy­su­wał już dra­bi­nę z su­fi­tu, która pro­wa­dzi­ła na pod­da­sze. Od­wró­cił głowę w moim kie­run­ku i wła­śnie wtedy zo­ba­czy­łem to, na co w głębi serca cze­ka­łem.

Na jego twa­rzy wy­ma­lo­wał się praw­dzi­wy, szcze­ry smu­tek. Emo­cje! Nie ne­ga­tyw­ne, nie fał­szy­we – trud­ne, oczy­wi­ście, ale praw­dzi­we. Bra­ko­wa­ło au­ten­tycz­no­ści uczuć w tych cza­sach, a każda ich krzta była na wagę złota.

– Nie idę. 

Serce spa­dło mi na dno klat­ki pier­sio­wej, od­bi­ło się, we­szło pod samo gar­dło i wró­ci­ło na miej­sce.

– Hę? Rafał, nie pieprz głu­pot, nie ma na to czasu. Właź na tę dra­bi­nę. – Po­zwo­li­łem emo­cjom prze­jąć wodze i po­pro­wa­dzić mnie przez ten mo­ment. – Po­słu­chaj ra­cjo­nal­nych myśli.

Scho­dy za­skrzy­pia­ły, wtó­ru­jąc ude­rze­niom cięż­kich, pod­ku­tych po­de­szw. Byli coraz bli­żej, a my wciąż tkwi­li­śmy w po­ko­ju, nie­mal­że kłó­cąc się, kto ma stąd ucie­kać.

– Musimy walczyć, Rafał! Samemu nie dam rady! Ty też! – do­da­łem, mając na­dzie­ję, że mnie jed­nak po­słu­cha. Nie mo­głem po­zwo­lić ko­lej­nej oso­bie odejść, nie w taki spo­sób.

Spoj­rzał na mnie. Smut­ne, lecz pełne de­spe­ra­cji nie­bie­skie oczy za­czę­ły po­wo­li na­peł­niać się de­ter­mi­na­cją. Klep­nął mnie w plecy, chwy­cił scy­zo­ryk i klucz do po­ko­ju, le­żą­ce na ko­mo­dzie i ru­szył ku drzwiom. Za­mknął je i do­łą­czył do mnie.

Wspię­li­śmy się na pod­da­sze, po czym wcią­gnę­li­śmy dra­bi­nę. Ktoś pró­bo­wał wy­wa­żyć drzwi. Po chwi­li było ich już wię­cej; jeszcze chwila, i wleją się do pokoju.

Za­mkną­łem klapę pod­da­sza. Pod­bie­głem do okna, i pró­bu­jąc po­wstrzy­mać ci­sną­ce się do oczu łzy szczę­ścia, otwo­rzy­łem wyj­ście na dach. Pła­ka­łem, bo na­praw­dę my­śla­łem, że Rafał zrobi taką głu­po­tę, jak bo­ha­ter­skie rzu­ce­nie się w wir bez­ce­lo­wej walki.

Wy­peł­złem na dach i chwy­ci­łem się da­chów­ki. Za­wia­ło. Po­czu­łem prze­ni­kli­wy chłód, który o mało nie zrzu­cił­ mnie na zie­mię.

Prze­sko­czy­łem na są­sied­ni dach i, ku wła­sne­mu zdzi­wie­niu, nie po­śli­zgną­łem się i nie wy­rżną­łem z kilku me­trów twa­rzą w grunt. Kilka bu­dyn­ków dalej zsze­dłem na zie­mię i za­czą­łem ucie­kać już po sta­bil­nej po­wierzch­ni. Rafał był tuż obok mnie.

Nagle do­tarł do mnie prze­ra­ża­ją­cy od­głos. Szum sil­ni­ków mi­li­cyj­ne­go drona sta­wał się coraz gło­śniej­szy, a gi­gan­tycz­ne re­flek­to­ry ob­my­ły nas po­tęż­nym stru­mie­niem świa­tła.

– Za­trzy­maj­cie się i nie sta­wiaj­cie oporu! – wy­brzmiał głos z gło­śni­ka, umiesz­czo­ne­go w ka­dłu­bie ma­szy­ny. – Je­ste­ście oto­cze­ni! Nie macie dokąd ucie­kać!

Bie­głem tak, jak nie bie­głem jesz­cze nigdy, aż wiatr hu­czał mi w uszach. Wbie­gli­śmy w la­bi­rynt cia­snych uli­czek po­mię­dzy ka­mie­ni­ca­mi. Prze­ska­ki­wa­li­śmy ponad pło­ta­mi, klu­czy­li­śmy mię­dzy bu­dyn­ka­mi w na­dziei, że uda nam się zgu­bić po­ścig.

W końcu sy­gnał mi­li­cyj­nych ra­dio­wo­zów znik­nął w od­da­li. Zo­sta­li­śmy je­dy­nie ja, chło­pak, wiatr i cisza noc­ne­go, po­zba­wio­ne­go toż­sa­mo­ści mia­sta.

W gło­wie mia­łem ka­ska­dę myśli, nie wie­dzia­łem, co po­cząć. To na pewno nie był ko­niec. Wie­dzia­łem, że byłem zo­bli­go­wa­ny nieść dalej pomoc, a Rafał był gotów mnie w tym wes­przeć.

Kon­ty­nu­owa­li­śmy po­dróż do mojej kry­jów­ki, gdzie pro­wa­dzi­łem po­szu­ki­wa­nia ko­lej­nych ludzi, chcą­cych od­kryć po­ten­cjał swo­ich dusz. Nie mo­głem się pod­dać, mu­sia­łem przeć do przo­du.

Emo­cjo­ni­stów nie ma już wielu, za to wciąż jest nie­zli­czo­na ilość po­ła­ma­nych oso­bo­wo­ści, które po­trze­bu­ją ukie­run­ko­wa­nia. Ja w końcu odej­dę z tego świa­ta, a ktoś musi prze­jąć moją rolę.

 

***

 

Niby to ja byłem tym, który miał ukształtować chło­pa­ka, ale w głębi serca czu­łem, że on także uświa­do­mił mi wiele rze­czy.

Naj­waż­niej­sza była wy­trwa­łość. Mó­wi­łem to wielu moim pa­cjen­tom, sa­me­mu w głębi serca w to wąt­piąc. Jed­nak teraz to po­czu­łem.

Z tą myślą po­bie­głem dalej, na­pę­dza­ny nową na­dzie­ją.

Być może słoń­ce kie­dyś jesz­cze raz wzej­dzie nad tym świa­tem.

Koniec

Komentarze

Cześć,

 

najpierw łapanka:

 

Droga była trudniejsza, niż ostatnio, ale nie dałem się zniechęcić.

Zmieniłabym na nie zniechęciłem się.

 

Pani Jaśniak wyciągnęła ku mnie prawą dłoń i z przejęciem w głosie powiedziała

Czy ma to jakieś znaczenie, że wyciągnęła prawą dłoń?

 

Ucisnąłem jej rękę, jednocześnie wpatrując się w oczy, których kąciki zaczynały napełniać się łzami.

Może, których kąciki powoli wypełniały łzy – pozwoli to uniknąć kolejnego się w zdaniu.

 

– Mógłbym zapytać, gdzie jest teraz pani mąż? Zazwyczaj siedział tutaj w salonie, oglądając naszą kochaną propagandę…

Mogę, bo mógłbym to tryb przypuszczający i jakoś mnie tu razi.

 

Jaśniakowa zatrzymała się wpół kroku, obróciła na moment i powiedziała tylko:

To wpół kroku sugeruje nagłe zatrzymanie, co jest ok, ale po pytaniu jednak przeszli trochę, więc nie był to dla niej szok.

 

Rita siedziała w fotelu, którego odchylone oparcie miało dawać pacjentom trochę więcej nie tyle komfortu fizycznego, co mentalnego.

Trochę pokraczne to zdanie. Może – dawać trochę więcej komfortu – nie fizycznego, ale mentalnego.

 

Wpatrywała się w obraz, wiszący za mną na ścianie. Malunek przedstawiał wschód słońca widziany z plaży.

Nic specjalnego, ale zawsze przykuwało uwagę osób, które tutaj przychodziły. Niektórzy pewnie próbowali usilnie rozróżnić, czy na obrazie widać było koniec dnia, czy wręcz przeciwnie. Taki dualizm w prostocie.

Widziany przez kogo? Może po prostu wschód słońca na plaży. To samo niżej – “widać” można wyrzucić.

 

Mój wzrok przyzwyczajał się chwilę do nowego otoczenia, ale już po kilku sekundach rozmazany najpierw obraz wyostrzył się na tyle, żebym mógł rozpoznać krajobraz.

– To już zależy od tego jak interpretujemy upadek. W końcu gdy coś się kończy, to coś nowego się zaczyna, prawda? Koniec jednej osi czasu daje początek czemuś świeżemu, być może lepszemu. 

To już rozważania filozoficzne i bardzo subiektywne, ale chyba niekoniecznie. Czasami (albo zazwyczaj), jak coś się kończy, to się po prostu kończy.

 

Położyłem dłoń na jej ramieniu. Ścisnąłem.

Drugą rękę ułożyłem na jej twarzy. Nie walczyła. Wiedziała, że to dla jej dobra. Trzymałem właśnie jej duszę i mogłem z nią zrobić to, co chciałem. A chciałem pomóc. Przesłałem duchową energię przez przedramię, przepłynęła przez moje opuszki i rozlała się po jej głowie. Wzdrygnęła się. Delikatny wstrząs wzbudził jej ciało, ale po chwili już była spokojna. Położyłem na piasku, a na jej twarzy malował się wyraz błogości.

Baaaardzo dużo tego.

 

Oplułem się kawą, zostawiając czarne zacieki na szybie.

To opluł siebie czy okno?

 

Mam problem z rozmową z dyspozytorką numeru alarmowego. Jeśli była podstawiona, to czemu na początku się emocjonowała? Jeśli nie była, to po co pytanie o zawód? 

 

Chłopak siedział na fotelu. Opierał się o biurko. Jego policzek spoczywał na zaciśniętej w pięść dłoni

W jaki inny sposób można zacisnąć dłoń? ;)

 

Martwiła mnie jego obojętność. Miałem wrażenie, że Rafał, zamiast dążyć do osiągnięcia swobody emocjonalnej stacza się w dół i ulega propagandzie systemu. Nie wiedziałem, czy to moja wina, czy wszechogarniającej szarości, wsiąkającej w życie każdego obywatela jak bezwzględny pasożyt.

Dlaczego martwiła? Z wcześniejszych zdań wywnioskowałam, że poczynił postępy, bo kiedyś był w głębokiej depresji, teraz jest obojętny, czyli chyba szczebelek wyżej?

 

 

Hmm, mam trochę problem z tym opowiadaniem, bo z jednej strony mi się podoba (to akurat nie problem), z drugiej ma trochę potknięć (takich jak wymienione wyżej, ale od któregoś momentu przestałam je wyciągać) i styl trzeba doszlifować. 

 

Całość pachnie mi Orwellem i Huxley’em, ale trochę się w tym gubiłam. Przyjemniej czytało mi się pierwszą połowę, od momentu wejścia do Rafała zaczęło się sypać, a monolog taki mocno łopatologiczny.

 

Mimo wszystko coś w tym jest i sam pomysł mi się spodobał. 

 

Pozdrawiam

OG

Hej, OldGuard!

Cieszę się, że przybyłaś, przeczytałaś i komentarz zostawiłaś. ;)

 

To już rozważania filozoficzne i bardzo subiektywne, ale chyba niekoniecznie. Czasami (albo zazwyczaj), jak coś się kończy, to się po prostu kończy.

To prawda. Taki był mój cel w każdym razie.

 

Baaaardzo dużo tego.

U, a to umknęło i mi, i betom. :P

Dzięki, od razu poprawię.

 

Mam problem z rozmową z dyspozytorką numeru alarmowego. Jeśli była podstawiona, to czemu na początku się emocjonowała? Jeśli nie była, to po co pytanie o zawód? 

Gdyby to było zwykłe porwanie, to jak najbardziej wysłaliby kogoś i zaczęli śledztwo. Tutaj swoim zaangażowaniem miała nie wzbudzić podejrzeń u Assenta, po czym uderzyć z pytaniem, licząc na to, że wypapla i dzięki temu będą wiedzieć, że wszystko było zaplanowane.

Jego reakcja wzbudziła podejrzenia operatorki, które potwierdziły się „za sceną”.

 

Dlaczego martwiła? Z wcześniejszych zdań wywnioskowałam, że poczynił postępy, bo kiedyś był w głębokiej depresji, teraz jest obojętny, czyli chyba szczebelek wyżej?

Bo tak jego matka to określiła. Wg. niej obojętność była czymś lepszym, niż trudne, depresyjne emocje, jednak Assenta to martwiło. Chciał rozpalić w Rafale iskierkę nowej nadziei, a nie zobojętnić go na wszystko dookoła.

Trochę tak, jak jest z lekoterapią przeciwko depresji (w niektórych przypadkach). Często prowadzi do stanu, który można określić pewną pustką emocjonalną. Niemożnością odczuwania jakichkolwiek emocji. Coś takiego.

 

Hmm, mam trochę problem z tym opowiadaniem, bo z jednej strony mi się podoba (to akurat nie problem), z drugiej ma trochę potknięć (takich jak wymienione wyżej, ale od któregoś momentu przestałam je wyciągać) i styl trzeba doszlifować. 

Oczywiście poprawki stylistyczne, językowe i tym podobne poprawię od razu i dziękuję za ich wskazanie.

Odnośnie fabuły – mam nadzieję, że odpowiedzi trochę Tobie rozjaśniły niektóre aspekty opowiadania. ;)

 

Mimo wszystko coś w tym jest i sam pomysł mi się spodobał. 

Cieszy mnie bardzo, że pomysł się Tobie spodobał. ^^

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Ach, chciałbym jeszcze dodać, że imiona – Rita i Rafał – wcale nie są przypadkowe. ;)

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Hejka,

 

ja sama jestem tutaj nowicjuszką i do tej pory opublikowałam raptem parę opowiadań, więc nie będę się zbytnio wymądrzać :) zdecydowałam się więc na wytknięcie fragmentów, których konstrukcja uniemożliwiła mi płynne czytanie oraz błędów, których jestem pewna i sprawdziłam je też w słowniku dla stuprocentowej pewności.

 

Czułem jej emocje. Ich energia przepływała przez przedramię kobiety, przenikając przez opuszki palców do mojej duszy.

Jak dla mnie za dużo tego “prze-“, dziwnie się to czyta. Polecam po napisaniu opowiadania przeczytać go na głos, żeby wyczuć rytmikę i płynność tekstu.

 

że w końcu zacznie zadawać pytania poza domem i skieruje go to na… pan wie co

i to skieruje go na... – chyba lepiej brzmi.

 

Typowe pytania odnośnie egzystencji cywilizacji człowieka.

 Ee.. to w końcu egzystencji czy cywilizacji? Czy miało być egzystencji i cywilizacji?

 

Przesłałem duchową energię przez przedramię, przepłynęła przez moje opuszki i rozlała się po głowie mojej pacjentki.

To samo, co wcześniej: za dużo “prze-”. Może lepiej by było: “Słałem duchową energię przez ramię, przepłynęła po moich opuszkach/palcach i rozlała się po/w głowie mojej pacjentki”.

 

Światło słoneczne odbijało się od lakieru, drażniąc oczy. Przez przyciemniane szyby nie dało się niczego zobaczyć

Hm, może się nie znam na przyciemnianych oknach, ale wydaje mi się, że skoro są przyciemniane, to słońce by już tak nie drażniło…?

 

Widziałem, że odmówiła.

Można widzieć, że ktoś coś powiedział, czy słyszeć?

Proponuję:

Po ruchu ust domyśliłem się, że odmówiła.

Albo:

Jej gesty/reakcja wskazywała na odmowę.

 

To było to lepsze wyjście.

Proponuję: I było to lepsze wyjście.

 

W każdym razie, okazał się być nadzieją na lepszą przyszłość dla tej zawszonej rzeczywistości

Czasownik “okazać się” wymaga tylko dopełnienia rzeczownikiem lub przymiotnikiem, “być” jest zbędne.

 

Tak twierdzą jedynie ci, którzy próbują deprymować tych, szukających poprawy, dążących do niej i pragnących ją osiągnąć.

 

Dziwnie wygląda ta konstrukcja zdania. Ja bym zmieniła na:

Tak twierdzą jedynie ci, którzy próbują deprymować szukających poprawy, dążących do niej i pragnących ją osiągnąć.

 

 

W końcu mogę ujrzeć, dotknąć jej i zmienić jej konformację.

 Trochę dużo tego. Usunęłabym pierwsze “jej”.

 

to wszystko składa się na pewną całość

→ To wszystko składa się w pewną całość

 

Ledwo skończyłem monolog o sensie życia o usłyszałem dzwonek do drzwi.

Oho, literówka :)

 

 

Ogólnie opowiadanie mi się podobało, bo sama często łapię się na rozmyślaniach dotyczących filozofii, sensu życia, a także propagandy i reżimu (ostatnio mocno siedzę w temacie Korei Północnej). Lubię też opowiadania dystopijne i (post)apokaliptyczne, więc opowiadanie jak najbardziej przypadło mi do gustu :)

Hej, HollyHell!

 

Miło mi, że wpadłaś z lekturą i komentarzem. :3

Nowicjusz czy nie – każdy komentarz jest dla mnie bardzo ważny i cieszy!

 

 Ee.. to w końcu egzystencji czy cywilizacji? Czy miało być egzystencji i cywilizacji?

Zgubiłem i, możliwe, że gdzieś przy edytowaniu przypadkiem usunąłem. :P

 

Hm, może się nie znam na przyciemnianych oknach, ale wydaje mi się, że skoro są przyciemniane, to słońce by już tak nie drażniło…?

Szyby samochodu były przyciemnione, nie gabinetu. ^^

Dlatego przez szyby auta nie widział nic, jednak lakier tego samego samochodu odbijał promienie słoneczne i raził go w oczy.

 

Można widzieć, że ktoś coś powiedział, czy słyszeć?

Proponuję:

Po ruchu ust domyśliłem się, że odmówiła.

Albo:

Jej gesty/reakcja wskazywała na odmowę.

Te gesty mają sens, racja.

 

Czasownik “okazać się” wymaga tylko dopełnienia rzeczownikiem lub przymiotnikiem, “być” jest zbędne.

 

O, racja, w kolejnych opowiadaniach już tego unikam; tutaj zapomniałem usunąć. Dzięki za wskazanie!

 

Oho, literówka :)

Ach, zawsze się jakieś wkradają :P

 

Ogólnie opowiadanie mi się podobało, bo sama często łapię się na rozmyślaniach dotyczących filozofii, sensu życia, a także propagandy i reżimu (ostatnio mocno siedzę w temacie Korei Północnej). Lubię też opowiadania dystopijne i (post)apokaliptyczne, więc opowiadanie jak najbardziej przypadło mi do gustu :)

Bardzo się cieszę, że przypadło Ci do gustu! Fajnie, że odnalazłaś jakąś namiastkę swoich własnych myśli w moim opowiadaniu. Pomaga to nawiązać jakiś kontakt między tekstem, a czytelnikiem. :3

 

Poprawki oczywiście naniosę. :>

 

Pozdrawiam i dziękuję jeszcze raz!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Trudny tekst, dużo filozofii. Podajesz całą koncepcję człowieczeństwa i trudno nie zgodzić się, że trzeba mieć emocje, żeby pozostać istotą ludzką. Tam, gdzie ich brakuje, zaczynają się tragedie.

W sugestywny, plastyczny sposób opisujesz totalitarny świat, który skojarzył mi się z niedawną historią, ale też z “Rokiem 1984” Orwella. Dlaczego władza tak bardzo chce zniszczyć emocje? Myślę, że rozum łatwiej kontrolować.

Podoba mi się postać bohatera, który prowadzi rodzaj terapii z pacjentami w sytuacji, gdy stary, lepszy świat wydaje się chylić ku końcowi. Jednak postać Rafała przynosi nadzieję, podobnie, jak zakończenie. Być może, pojawią się następcy emocjonisty. Zgadzam się z tezą, że można obudzić w drugim człowieku emocje (poza zatwardziałymi psychopatami i innymi, ciężkimi zaburzeniami), a być może, że te emocje ciągle tam są, tylko stłumione. 

Biegnę do wątku bibliotecznego.

ANDO!

 

Tak. Pomysł na ten tekst zrodził się z trudnego dnia, podczas którego miałem dużo rozmyślań filozoficznych, okraszonych piosenką „The Good Doctor” zespołu Haken. Toteż sam tekst także okazał się być całkiem ciężkim opowiadaniem.

Właśnie celowałem w klimaty orwellowsko-camusowskie, z początku trochę podświadomie, z czasem już coraz bardziej świadomie. 

Bardzo mnie cieszy to, że spodobała Ci się postać doktora Assenta. Starałem się uczynić go jak najbardziej autentycznym, dzięki czemu czytelnik mógłby się przynajmniej częściowo z nim utożsamić. Widząc pozytywny odbiór protagonisty pozostało mi być z niego dumnym. ^^

Z Rafałem zresztą było podobnie. Wielu z nas przeżyło bądź przezywa etap, gdzie czują się podobnie, jak właśnie ten szesnastolatek.

Dziękuję jeszcze raz za betę i za klika, doceniam bardzo mocno! <3

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Bardzo czuć tu Orwella (Huxleya mniej, bo mamy dyktaturę strachu, nie przyjemności). Mnie akurat te rozważania filozoficzne nie wydały się ciężkie, całość czytało się lekko – może to dlatego, że mam już trochę dystopii za sobą ;) Z tego też powodu będę trochę surowsza w ocenie – jest to dobrze i starannie napisany tekst, ale zabrakło mi w nim oryginalności i czegoś mocniejszego w finale ;) Z drugiej strony takie odniesienia do naszej rzeczywistości zawsze są cenne, bo mówią o nas i o tym, kim się stajemy (a mam wrażenie, że skaczemy od skrajności do skrajności – „lecz się na wszystko” albo „weź się w garść”).

W kwestiach stylistycznych znów widzę u Ciebie postęp, więc należą się brawa :)

 

Pozdrowionka!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Hej, nati!

 

Mnie akurat te rozważania filozoficzne nie wydały się ciężkie, całość czytało się lekko

To w sumie dobrze! Rozmyślania filozoficzne czuć, ale dla osoby bardziej zakorzenionej w literaturze, obracającej się wokół dystopii nie będzie to aż takie ciężkie.

 

Z tego też powodu będę trochę surowsza w ocenie – jest to dobrze i starannie napisany tekst, ale zabrakło mi w nim oryginalności i czegoś mocniejszego w finale ;)

Rozumiem. ^^

Chciałem dodać coś od siebie, pisałem zgodnie z tym, co mi serce podpowiadało, ale rozumiem. Poczułem, że może motyw „Emocjonisty” będzie chociaż trochę oryginalniejszy niż inne wątki z literatury dystopii – i chyba wyszło całkiem całkiem.

 

Z drugiej strony takie odniesienia do naszej rzeczywistości zawsze są cenne, bo mówią o nas i o tym, kim się stajemy (a mam wrażenie, że skaczemy od skrajności do skrajności – „lecz się na wszystko” albo „weź się w garść”).

Tak! Cieszy mnie to, że poczułaś powiązanie treści opowiadania z otaczającą nas rzeczywistością. Właśnie tak jest – skoki od skrajności do skrajności, od pozostawiania człowieka samemu sobie, uzasadniając to „naturalną selekcją”, czy tym, że „życie jest ciężkie, przyzwyczaj się, srutututu, ogarnij się”, do „absolutnie nie możesz czuć negatywnych emocji (a lepiej je nazywać trudnymi), możesz tylko odczuwać dobre emocje, wstawanie o 6 rano, bieganie, siłownia i smoothie z awokado”. :P

 

W kwestiach stylistycznych znów widzę u Ciebie postęp, więc należą się brawa :)

A to tak naprawdę cieszy mnie najbardziej, bo jeśli postęp jest zauważalny, to znaczy, że nie stoję w miejscu, ani się nie cofam. Dziękuję, nati <3

 

Dziękuję za lekturę i pozdrówka!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Poczułem, że może motyw „Emocjonisty” będzie chociaż trochę oryginalniejszy niż inne wątki z literatury dystopii

Tak, tu się zgodzę, że mimo wszystko wymyśliłeś coś innego i swojego ;)

 

możesz tylko odczuwać dobre emocje, wstawanie o 6 rano, bieganie, siłownia i smoothie z awokado”. :P

Dyktatura sukcesu, tak! Nikt mi nie wmówi, że wstawanie o świcie uczyni mnie lepszym człowiekiem ;P

 

Pozdrowienia!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Doktor Assent na pewno walczyłby zaciekle z „kołczami” xD

 

Pozdrowionka jeszcze raz :3 

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Hej, zacznę od tego, że bardzo mi się ten tekst podobał. To takie sf, jakie lubię najbardziej. Tak jak wskazali przedmówcy: dużo tu Orwella, dystopia pierwsza klasa. Nie jestem pewien, czy wyczerpałeś temat, ale trudno też mi wskazać, czego konkretnie mogłoby być więcej. Ciekawa fabuła i bardzo ładnie napisane opowiadnie. Super :)

 

I trochę łapanki ode mnie :D

 

Jaśniakowa zatrzymała się wpół kroku

czy nie powinno być: w pół kroku https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Kiedy-w-pol-a-kiedy-wpol;18619.html 

 

Kątem oka zauważyłem Ritę, która stanęła obok mnie i tak samo jak ja wbiła wzrok w granatowe wody akwenu

czy to akwenu na końcu jest konieczne? Skoro wody, to chyba wiadomo? :)

 

przechodząc między zapłakaną, a… żadną

zbędny przecinek.

 

Fachem Emocjonistów, zwanych także Przewodnikami

w Przewodnikach rozumiem wielką literę, ale czy emocjoniści nie są tu po prostu zawodem (wtedy mała litera) – jak psychiatrzy? Zresztą w dalszej części tekstu są pisani małą. ;)

 

W każdym razie, okazał się być nadzieją na lepszą przyszłość dla tej zawszonej rzeczywistości. 

zbędny przecinek i zbędne być. Powinno być: W każdym razie okazał się nadzieją na lepszą przyszłość…

 

Ostatni, czy nie ostatni

zbędny przecinek.

 

Nigdy nie chciałem ulec temu gadaniu, że życie, pozbawione refleksji na temat własnej osoby, jest lepsze i wydajniejsze.

zbędne przecinki. Wystarczy: Nigdy nie chciałem ulec temu gadaniu, że życie pozbawione refleksji na temat własnej osoby jest lepsze i wydajniejsze.

 

To tyle. Myślę, że kawał dobrej roboty. :)

Hej, beninie!

 

czy nie powinno być: w pół kroku https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Kiedy-w-pol-a-kiedy-wpol;18619.html 

Tak, masz rację. Już poprawiłem!

 

w Przewodnikach rozumiem wielką literę, ale czy emocjoniści nie są tu po prostu zawodem (wtedy mała litera) – jak psychiatrzy? Zresztą w dalszej części tekstu są pisani małą. ;)

Chciałem w tym miejscu zrobić pewne wzmocnienie, ale w sumie to faktycznie lepiej będzie zrobić to z małej litery. :)

 

Dzięki za łapankę!

 

Teraz odnośnie reszty komentarza. ;)

 

Hej, zacznę od tego, że bardzo mi się ten tekst podobał. To takie sf, jakie lubię najbardziej.

Bardzo się cieszę, że trafiłem w Twoje gusta :D

To opowiadanie było trochę eksperymentem z mojej strony, ale jak widać – wyszedł całkiem dobrze!

 

Nie jestem pewien, czy wyczerpałeś temat, ale trudno też mi wskazać, czego konkretnie mogłoby być więcej.

Pewnie można by jeszcze trochę to rozwinąć, ale uznałem wraz z betami, że rozwinięcie fabuły do tego etapu będzie wystarczające. :3

Ale rozumiem, jak najbardziej.

 

Ciekawa fabuła i bardzo ładnie napisane opowiadnie. Super :)

Dziękuję Ci bardzo serdecznie. <3

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Hej, BarbarianCataphrat! Pierwszy raz występujemy razem w takich rolach – ja jako czytelnik, ty jako autor – więc ma wstępie powiem, że zdarza mi się być marudą. Twój tekst jest porządnie napisany, sposób prowadzenia fabuły, dialogi, realizacja pomysłu prezentuje mocną średnią portalową. Czy w takim razie opowiadanie powinno znaleźć się w bibliotece? Dam mu szansę i dorzucę swój głos. 

Ale jest inne, ważniejsze pytanie: czy zależy ci na pisaniu tekstów na takim poziomie? Czy chcesz pisać opowiadania jak najlepsze? Odpowiem: chcesz pisać lepiej i to lepiej niż wszyscy inni. 

Dlatego postanowiłem podzielić się moim czytelniczym marudzeniem – nie mylic z opinią ekspercką, czy, broń Boże, obiektywną oceną. To są tylko moje odczucia. 

Po pierwsze – interesująca koncepcja. Bohater uprawia jakąś szarlatanerię, jedyny problem w tym, że ona rzeczywiście działa. I tu zastanawiam się, czy mocniejszego wyrazu tekst nie nabrałby, gdyby profesja bohatera nie była tak mistycznie rozmyta (bo co on właściwie robi z tymi duszami? naprawia, ok, ale szczegółów podajesz nam niezmiernie mało), a gdyby był to konkretny, przyziemny zawód, zrozumiały dla czytelnika: ot, choćby psycholog. Bo i rozmowa, jaką toczy z Rafałem, zalatuje taką popularną wizją pracy psychologa. Bohater byłby bliższy i dystopia byłaby mocniej zaakcentowana bez wątku paranormalnego. Oczywiście, moim zdaniem. 

Nie ukrywam, że co chwila powtarzające się formułki o duszy, prawdzie i człowieczeństwie, o ile na początku z lekka zalatywały patosem, o tyle na końcu już wyraźnie irytowały. Głównie dlatego, że każde z tych zdań mówiło w gruncie rzeczy o tym samym, prezentowało nam jedną myśl, tylko ubraną w inne słowa. 

To z kolei wywołało u mnie takie wrażenie, że chociaż chcesz nadać tekstowi głębi, to w zawiłości swojego pomysłu sam nie dość się zagłębiles i w całej tej ponurej historii o dehumanizacji w gruncie rzeczy ślizgasz się po powierzchni. Tekst ma sprawiać wrażenie trudnego i filozoficznego, ale brakuje mi tam bardziej rozbudowanej refleksji. 

I ta refleksja wcale nie musi być ubrana w dialog, czy podana przez narratora w formie sentencji gotowych do oprawienia w ramkę, by je powiesić nad łóżkiem i czytać każdego ranka. Czasem lepiej czegoś nie powiedzieć, ale to pokazać. Dać czytelnikowi odczuć to, jak ludzie są zdehumanizowani, jak ci, którzy się opierają, targani są emocjami. Bo mówienia o emocjach mamy w tekście sporo, ale samych emocji niewiele.

Bohaterowie rozmawiają, kilka razy główny bohater jest zaskoczony (chociaż nikt nigdy nie zadawał mu takiego podstawowego pytania, jak o to, w co on wierzy?), ale rozmowa wygląda tak, jakby stale były powtarzane te same hasła. Aż zaczyna to przypominać manifest.

Właśnie, narrator jako nadbudowę fabuły streszcza nam pewną część historii twojego świata i opisuje realia w jakich przyszło funkcjonować bohaterom. I dobrze, że to robi. Źle, że robi to w sposób wyjątkowo łopatologiczny, tak jakby odhaczał punkty na liście. Czasem lepiej pewne informacje rozproszyć, gdzieś posłużyć się ogólnikami, w innym miejscu powiązać konkretne wydarzenie z jakąś zasadą świata przedstawionego, o której można napomknąć. Słowem: trzeba zachować równowagę, by tekst nie stał się streszczeniem pomysłu. I wcale nie krytykuję tu tej konkretnej formy, celowo w mojej uwadze nie padło słowo na "i". Po prostu pisać opowiadanie skupione ma przemyśleniach narratora jest niełatwą sztuką. A jeśli już tak ma być, to lepiej pozwolić myślom płynąć, zamiast porządkować je do tego stopnia, że wyglądają jak cytat z kroniki. 

To, w połączeniu z długą (za długą czy raczej zbyt monotonną) rozmową z Rafałem powoduje, że choć z radością przyjąłem element akcji, który później nastąpił, to rozczarowałem się, że po zawiązaniu akcji zakończenie przyszło tak szybko. Jakbyś skupił się na tym, jakie słowa chcesz bohaterom wepchnąć w usta, czyli jakimi przemyśleniami podzielić się z czytelnikiem, a resztę potraktował jako nieistotną. 

Tyle ode mnie. 

Wiem, jestem okropny i pewnie przyjdzie mi za to płacić, ale ma swoją obronę powiem, że sam chciałeś. 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Cześć, Geki!

 

Doczekałem się Twojego komentarza. Kolejny kamień milowy odhaczony!

Twój tekst jest porządnie napisany, sposób prowadzenia fabuły, dialogi, realizacja pomysłu prezentuje mocną średnią portalową. Czy w takim razie opowiadanie powinno znaleźć się w bibliotece? Dam mu szansę i dorzucę swój głos. 

Dziękuję Ci bardzo. <3

Bardzo się cieszę, że w taki sposób widzisz to opowiadanie. Tym bardziej utwierdza mnie to w tym, że warto robić postęp, zamiast się poddawać/tkwić w miejscu. Jeszcze mocniej cieszy to, że klik wleciał od takiego marudy. :D

Ale jest inne, ważniejsze pytanie: czy zależy ci na pisaniu tekstów na takim poziomie? Czy chcesz pisać opowiadania jak najlepsze? Odpowiem: chcesz pisać lepiej i to lepiej niż wszyscy inni. 

Tak jak wspomniałem wyżej – każda oznaka postępu w rozwijaniu moich umiejętności pisarskich jest świetną wiadomością, bo czuję, że nie marnuję czasu ani energii na pisaniu. Fajnie, gdy hobby jest jednocześnie sposobem na rozwijanie siebie, a nie tylko czymś, będącym wyłącznie przerwą od monotonii pracy.

Staram się. I super, że to widać. Porównując to, jak piszę teraz, a co udostępniałem rok temu w marcu (bo mniej więcej wtedy skończyłem swoje pierwsze opowiadanie) – niebo a ziemia. Głównie językowo, trochę też patrząc na budowę świata.

I będę się starał dalej.

 

Po pierwsze – interesująca koncepcja. Bohater uprawia jakąś szarlatanerię, jedyny problem w tym, że ona rzeczywiście działa. I tu zastanawiam się, czy mocniejszego wyrazu tekst nie nabrałby, gdyby profesja bohatera nie była tak mistycznie rozmyta (bo co on właściwie robi z tymi duszami? naprawia, ok, ale szczegółów podajesz nam niezmiernie mało), a gdyby był to konkretny, przyziemny zawód, zrozumiały dla czytelnika: ot, choćby psycholog. Bo i rozmowa, jaką toczy z Rafałem, zalatuje taką popularną wizją pracy psychologa. Bohater byłby bliższy i dystopia byłaby mocniej zaakcentowana bez wątku paranormalnego. Oczywiście, moim zdaniem. 

Pierwszy koncept zakładał, że Assent jest jedynie psychoterapeutą. I w takim zamyśle powstał pierwszy draft.

Jednak… podczas bety doszliśmy do wniosku, że może warto by było dodać trochę fantastyki do tego, wyodrębnić nieco postać protagonisty, żeby mógł wnieść coś oryginalnego od siebie.

Rozumiem to, że wolałbyś psychologa. Taka wizja też była atrakcyjna, a jak wiemy – nie każdemu się niestety da się dogodzić. Zresztą, świat byłby nudny, gdyby każdy miał identyczne opinie. :P

 

Nie ukrywam, że co chwila powtarzające się formułki o duszy, prawdzie i człowieczeństwie, o ile na początku z lekka zalatywały patosem, o tyle na końcu już wyraźnie irytowały. Głównie dlatego, że każde z tych zdań mówiło w gruncie rzeczy o tym samym, prezentowało nam jedną myśl, tylko ubraną w inne słowa. 

To z kolei wywołało u mnie takie wrażenie, że chociaż chcesz nadać tekstowi głębi, to w zawiłości swojego pomysłu sam nie dość się zagłębiles i w całej tej ponurej historii o dehumanizacji w gruncie rzeczy ślizgasz się po powierzchni. Tekst ma sprawiać wrażenie trudnego i filozoficznego, ale brakuje mi tam bardziej rozbudowanej refleksji. 

To jest kwestia, nad którą muszę zwracać uwagę w takich niezależnych tekstach. Wyrok człowieczeństwa był (jest) eksperymentem. Eksperymentem, którego na podstawie wyników będę wiedział, na co brać poprawkę w przyszłości. I dzięki takim opiniom wiem, na co zwracać większą uwagę. Chciałem przedstawić pewny światopogląd, może filozofię i rozumiem, że mogło wyjść trochę powierzchownie.

 

Właśnie, narrator jako nadbudowę fabuły streszcza nam pewną część historii twojego świata i opisuje realia w jakich przyszło funkcjonować bohaterom. I dobrze, że to robi. Źle, że robi to w sposób wyjątkowo łopatologiczny, tak jakby odhaczał punkty na liście. Czasem lepiej pewne informacje rozproszyć, gdzieś posłużyć się ogólnikami, w innym miejscu powiązać konkretne wydarzenie z jakąś zasadą świata przedstawionego, o której można napomknąć. Słowem: trzeba zachować równowagę, by tekst nie stał się streszczeniem pomysłu. I wcale nie krytykuję tu tej konkretnej formy, celowo w mojej uwadze nie padło słowo na "i". Po prostu pisać opowiadanie skupione ma przemyśleniach narratora jest niełatwą sztuką. A jeśli już tak ma być, to lepiej pozwolić myślom płynąć, zamiast porządkować je do tego stopnia, że wyglądają jak cytat z kroniki. 

To też taka rzecz, na którą muszę zwracać większą uwagę. W tym przypadku mogło to się wziąć z tego, że to rozwinięcie “tła” świata powstało podczas bety, bo wcześniej było tego za mało. Starałem się, żeby nie wyszło infodumpowo, zwracając uwagę na to, czy podane przez narratora informacje faktycznie wnoszą coś do tego w jaki sposób czytelnik odbiera świat przedstawiony. I cieszę się, że nie uznałeś tego za infodump. Wiem, na co muszę patrzeć, ale też wiem, że jest lepiej niż było.

 

Wiem, jestem okropny i pewnie przyjdzie mi za to płacić, ale ma swoją obronę powiem, że sam chciałeś. 

 

To prawda, chciałem! W tym całym Twoim “okropieństwie” są słowa, które podnoszą na duchu, a jednocześnie zwracasz uwagę (subiektywnie, bo subiektywnie [ale z pewną dozą obiektywności], ale nie ma tym nic złego oczywiście) na elementy, które mogłyby być przedstawione w lepszy sposób.

Myślę, że widać zamysł tekstu. Są to refleksje, przedstawione w otoczce dystopijnego świata dla podkreślenia wagi danego problemu, z którym przyszło nam się zmierzyć. Fakt, że mogło być trochę więcej akcji (będę o tym myślał), chociaż samo opko miało być raczej przedstawieniem rozterek bohaterów i pewnych przemian, mających miejsce w społeczeństwie i życiu każdego człowieka z osobna.

 

Gekikaro, dziękuję Ci za lekturę, klika i tak obszerny komentarz. Konstruktywnie skrytykowałeś moje opowiadanie, a właśnie taka krytyka jest bardzo wartościowa dla twórcy.

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Bo tak jego matka to określiła. Wg. niej obojętność była czymś lepszym, niż trudne, depresyjne emocje, jednak Assenta to martwiło. Chciał rozpalić w Rafale iskierkę nowej nadziei, a nie zobojętnić go na wszystko dookoła.

Trochę tak, jak jest z lekoterapią przeciwko depresji (w niektórych przypadkach). Często prowadzi do stanu, który można określić pewną pustką emocjonalną. Niemożnością odczuwania jakichkolwiek emocji. Coś takiego.

 

Właśnie ten fragment mnie zastanawiał, bo obojętność traktowałam jako jeden stopień wyżej, swoistą poprawę stanu, most pomiędzy depresją a entuzjazmem, ale teraz bardziej rozumiem Twoją wizję ;)

Cieszę się, że udało mi się rozwiać Twoje wątpliwości. ^^

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Cześć!

 

Szybki komentarz pobetowy :) Podobała mi się koncepcja emocjonistów i kreacja głównego bohatera. Udało Ci się stworzyć postać, która nie jest płaska. W tle wybrzmiewa zmiana w funkcjonowania społeczeństwa wywołana propagandowymi działaniami. I to jest element, który można by rozwinąć, bo w tym tekście poznajemy bohatera w świecie po przemianach, a wydaje mi się ciekawe to w jaki sposób doszło do takiej sytuacji. Zgłaszam do biblioteki :)

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Hej, Alicello!

 

Dziękuję jeszcze raz za betę i lekturę!

Cieszę się, że postrzegasz protagonistę jako bohatera, który nie jest płaski. I do tego bardzo mi miło, że spodobała Ci się ogólna koncepcja. Dzięki Twoim uwagom udało mi się rozwinąć świat przedstawiony do czegoś znacznie lepszego i szerszego, niż to było na początku.

 

Wielkie dzięki za klika do biblioteki. <3

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Cześć!

 

Pomysłowy i nieco niepokojący tekst. Zastanawiam się, na ile fantazjowałeś a na ile chciałeś zwrócić uwagę na problemy trawiące rzeczywistość.

Poprawnie pokazujesz bohatera, nie mówiąc początkowo kim jest, a jedynie pokazując jego pracę. Szybko można złapać, czym się zajmuje, ale pełne znaczenie jego roli pojawia się dopiero, kiedy poznajemy lepiej jego położenie. Ciekawe ujęcie tematu: emocjonalista.

Zabrakło nieco szerszej wizji świata, bo mamy jedynie uciskający aparat państwowy, ale w zasadzie nic o nim nie wiemy. Walczą z okazywaniem emocji, robią coś gorszego od lobotomii, mocne słowa. W tak długim opku przydałoby się zdanie lub dwa by ukazać szerszy kontekst. Tak samo szarzyzna świata jest jakaś tak słabo oddziaływująca (chociaż może to akurat zasługa tekstu Outty)

Czytało się bez większych zgrzytów, środek nieco się dłużył, ale ogólnie czytało się dobrze aż do zakończenia, kiedy to nieco na siłę (imho) i zbyt pospiesznie dajesz nadzieję serwując happy end. Ale całość wygląda całkiem nieźle, a koncept jest zdecydowanie fantastyczny. Można by się do tych paneli przyczepić, ale w takim tekście można je potraktować całkowicie symbolicznie.

Tyle. Udany tekst, pisz i fantazjuj, a będzie jeszcze lepiej.

 

2P dla Ciebie: Pozdrawiam i Polecam do biblioteki!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Hej, krar!

 

Dobrze Cię tutaj widzieć. Dzięki za wizytę i komentarz.

Pomysłowy i nieco niepokojący tekst. Zastanawiam się, na ile fantazjowałeś a na ile chciałeś zwrócić uwagę na problemy trawiące rzeczywistość.

Trochę tego i tamtego. :P

Pomysł na opowiadanie powstał podczas jazdy autem, przy słuchaniu piosenki The Good Doctor zespołu Haken, przy rozmyślaniach na temat ludzkiej natury i kontemplacji otaczającej nas rzeczywistości. Zapisałem w notatkach temat, po czym usiadłem prawie od razu, żeby nad nim popracować. Wyszło nawet lepiej, niż się spodziewałem. :3

 

Poprawnie pokazujesz bohatera, nie mówiąc początkowo kim jest, a jedynie pokazując jego pracę. Szybko można złapać, czym się zajmuje, ale pełne znaczenie jego roli pojawia się dopiero, kiedy poznajemy lepiej jego położenie. Ciekawe ujęcie tematu: emocjonalista.

Dziękuję, naprawdę. Cieszę się, że tyle osób uznaje bohatera jako duży atut opowiadania – stworzenie autentycznego protagonisty jest nie lada wyzwaniem, a zadowolenie czytelnika w ten sposób jest czymś naprawdę podnoszącym na duchu.

 

Zabrakło nieco szerszej wizji świata, bo mamy jedynie uciskający aparat państwowy, ale w zasadzie nic o nim nie wiemy. Walczą z okazywaniem emocji, robią coś gorszego od lobotomii, mocne słowa. W tak długim opku przydałoby się zdanie lub dwa by ukazać szerszy kontekst. Tak samo szarzyzna świata jest jakaś tak słabo oddziaływująca (chociaż może to akurat zasługa tekstu Outty)

Faktycznie, to też rzecz, na którą zwróciło więcej osób uwagę. Skupiłem się mocno na protagu, nieco może pomijając świat go otaczający. Postaram się na przyszłość rozwijać oba tematy po równo. :D

 

Czytało się bez większych zgrzytów, środek nieco się dłużył, ale ogólnie czytało się dobrze aż do zakończenia, kiedy to nieco na siłę (imho) i zbyt pospiesznie dajesz nadzieję serwując happy end. Ale całość wygląda całkiem nieźle, a koncept jest zdecydowanie fantastyczny. Można by się do tych paneli przyczepić, ale w takim tekście można je potraktować całkowicie symbolicznie.

Tu też dziękuję za miłe słowa i za uwagi odnośnie treści. Z tym happy endem – zastanawiałem się, jak to rozwinąć. W pierwszej wersji opka Rafała złapano, a Assent uciekał samemu, męcząc się wyrzutami sumienia. Zdecydowałem się to zmienić – odbiór tego zakończenia to (stety niestety :P) kwestia subiektywna i rozumiem Twoje spojrzenie na to. Nie chciałem jednak tworzyć aż tak depresyjnego tekstu.

 

Tyle. Udany tekst, pisz i fantazjuj, a będzie jeszcze lepiej.

Dziękuję zarówno za “udany tekst” i “pisz i fantazjuj, a będzie jeszcze lepiej”. <3

Potwierdzam tezę wielu osób – najlepszym sposobem na rozwijanie umiejętności pisarskich jest… pisanie.

 

2P dla Ciebie: Pozdrawiam i Polecam do biblioteki!

Wielkie dzięki za oba P, szczególnie za to drugie! :D

 

Pozdrawiam ^^

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Hej Barbarian!

Ogółem, podobało mi się. Doceniam pomysł, dystopijną wizję przyszłości, w której trudno być sobą. Kojarzyło mi się nieco z Orwellem albo Bradburym, z tym drugim chyba nawet bardziej. Przedstawiłeś tu kilka ciekawych koncepcji.

Ale, oczywiście, mam uwagi ;P Po pierwsze, styl. Nie czytało się źle, powiedziałabym nawet, że dość szybko przebrnęłam przez tekst. Jedyne, co mnie zatrzymywało, to zaimkoza. Bardzo często napotykałam się, na niepotrzebne zaimki. Przykład:

Z początku biurokraci się nami nie interesowali, uznawali nas za oszustów i nie widzieli w nas zagrożenia. 

Co do fabuły, jedno mnie zastanawia. Czemu rząd wyłapywał pacjentów, a nie emocjonalistów? Przecież pacjenci bez nich i tak nie daliby sobie rady, więc łatwiej byłoby się zabrać za źródło problemu. Z tego co wiem, Assent niezbyt się krył.

I trochę dużo infodumpów. Całą historię powstawania dystopii mamy jako podaną jako dygresję. Assent wspomina jak było, bardzo dużo opowiadasz, a nie pokazujesz, jak na przykład opis Rafała. Zamiast pokazać go dialogiem, czynami itp. ty po prostu napisałeś, że był mądry, kiedy jest to wiadome z tekstu.

Ok, napisałam się. Wybacz, że są tu prawie same oskarżenia. Po prostu, o rzeczach dobrych nie ma co pisać, bo i po co?

Mi się podobało, mam nadzieję, że masz uzupełniony fragment reprezentatywny, bo zgłaszam do biblio ;)

Dziękuję za lekturę!

Hej, Gruszel!

 

Cieszę się, że wpadłaś i przeczytałaś. :D

Ogółem, podobało mi się. Doceniam pomysł, dystopijną wizję przyszłości, w której trudno być sobą. Kojarzyło mi się nieco z Orwellem albo Bradburym, z tym drugim chyba nawet bardziej. Przedstawiłeś tu kilka ciekawych koncepcji.

Trafienie w czyjeś gusta jest cudownym uczuciem. ^^

Tym bardziej, jak czytelnik odnajduje powiązania z światem rzeczywistym, czy wyłapuje inspirację.

 

Jedyne, co mnie zatrzymywało, to zaimkoza.

To jest mój największy nemesis. xD

Od zarania dziejów walczę z zaimkozą, jest coraz lepiej, jednak wciąż trochę mi brakuje do perfekcji. Ale wciąż pracuję nad tym! Dzięki, że o tym wspomniałaś.

 

Co do fabuły, jedno mnie zastanawia. Czemu rząd wyłapywał pacjentów, a nie emocjonalistów? Przecież pacjenci bez nich i tak nie daliby sobie rady, więc łatwiej byłoby się zabrać za źródło problemu. Z tego co wiem, Assent niezbyt się krył.

Emocjoniści chcąc nie chcąc nakierowywali rząd na pacjentów, ułatwiając tamtym niszczenie kolejnych osobowości. Jasne, ci ludzie, walczący z własną negatywnością mogliby sami się wykończyć, ale przez to ci-u-góry straciliby potencjalne ręce do pracy, prawda? Już woleliby ich złapać i zniszczyć jakikolwiek ognik buntu emocjonalnego w zalążku oraz wykorzystać ich na swój sposób, aniżeli tracić potencjalnych “niewolników”.

 

Druga sprawa to fakt, że Assent był buntownikiem – jego celem stało się stworzenie pokolenia osób, które nie musiałyby bać się okazywania własnych emocji, dlatego też woleli wpierw pozbyć się potencjalnych dzieci rewolucji, żeby na samym końcu dobić ich ojca.

 

I trochę dużo infodumpów. Całą historię powstawania dystopii mamy jako podaną jako dygresję. Assent wspomina jak było, bardzo dużo opowiadasz, a nie pokazujesz, jak na przykład opis Rafała. Zamiast pokazać go dialogiem, czynami itp. ty po prostu napisałeś, że był mądry, kiedy jest to wiadome z tekstu.

Właśnie, ech, wiem. Dyskutowałem o tym też z Gekikarą, i wiem już na przyszłość, żeby jednak starać się pokazywać świat czynami, aniżeli samym słowem. Ten fragment, który opisuje ogólnie świat został dopisany przeze mnie już podczas bety i muszę przyznać, że trochę go zaniedbałem.

Dlatego też w, chociażby, Polowaniu na stwórcę postarałem się pokazać świat i bohatera bardziej obrazowo, poprzez wydarzenia. ^^

 

Ok, napisałam się. Wybacz, że są tu prawie same oskarżenia. Po prostu, o rzeczach dobrych nie ma co pisać, bo i po co?

„Oskarżenia” w końcu pomagają udoskonalić warsztat, więc dzięki za uwagi. :3

 

Mi się podobało, mam nadzieję, że masz uzupełniony fragment reprezentatywny, bo zgłaszam do biblio ;)

Dziękuję za lekturę!

To ja dziękuję zarówno za to, że wpadłaś przeczytać (po mojej potężnej próbie autoreklamy na SB xD) i tym bardziej dziękuję za klika do biblio. <3

Tym piątym zgłoszeniem pomogłaś mi (razem z resztą klikaczy) osiągnąć kolejny kamień milowy. :D

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Dobra robota, Barbarian. yes

Nie będę się rozpisywał, bo napisałem już wystarczająco na becie (nota bene podobne komentarze do Gekikary). Zgłosiłem do biblioteki.

Dziękuję kronosie jeszcze raz za betę, za miły komentarz i za klika. <3 

 

 

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Dobre. Przypomina, że między innymi dzięki emocjom jesteśmy ludźmi. Niepokojące i dobrze, bo od czasu do czasu tak trzeba.

Dziękuję, Misiu. Cieszę się, że Ci się podobało i zauważasz źródło człowieczeństwa w każdym z Nas.

Czasem warto zwrócić na to uwagę, nawet jeśli spotyka się to z trochę smutniejszą narracją.

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Joł, heloł :D Najpierw łapanka :D

 

Z okna można było obserwować ulicę, prowadzącą do budynku, w którym znajdował się mój gabinet.

Eee… A może po prostu: okno gabinetu wychodziło na ulicę? ^^’

 

czułem wylewającą się sztuczność ze słuchawki.

czułem wylewającą się ze słuchawki sztuczność…? Podobnie: drabinę z sufitu –-> z sufitu drabinę.

 

zawiodły, to ludzkość

Proponowałabym bez “to”.

 

Nie wiedziałem, czy teraz to ja przesłuchuję Rafała, czy on mnie.

Hm… Terapeuci raczej nie “przesłuchują”. Może: czy to ja badam Rafała, czy on mnie…?

 

Czułem, że powtarzanie tego samego schematu może nie było zbyt atrakcyjne dla pacjentów, ale pozwalało mi na skuteczne rozeznanie się w sytuacji, z którą miałem się zmierzyć.

Trochę za dużo się tutaj “tłumaczysz”. IMO spokojnie można by ten fragment wyrzucić.

 

Być może słońce kiedyś jeszcze raz wzejdzie nad tym światem.

Coś mi tu nie brzmi, wygładziłabym, zwłaszcza, że to ostatnie zdanie i ma być mocne.

Być może kiedyś słońce raz jeszcze wzejdzie nad światem…?

 

A teraz wrażenia. Po pierwsze: ten tekst jest sto razy lepszy niż poprzednie opowiadanie Twojego autorstwa, które czytałam. Może to kwestia tematyki, ale też napisałeś je tak jakoś lepiej, składniej, “płynniej”. Początek mi się nie podobał, wydawał mi się nadmiernie dramatyczny, ta scena z przenikaniem do piwnicy – trochę oklepana. Potem zrobiło się ciekawiej, aczkolwiek trochę za dużo tu tego powtarzania i tłumaczenia, co się dzieje na świecie, jak bardzo ludzie są wyprani z emocji, kim jest emocjonista itp. Momentami byłeś zbyt szczegółowy, ale w porównaniu do tamtego opka – niebo a ziemia. ;) Troszeczkę za dużo tu dla mnie patosu, jak dla mnie troszeczkę “za smętnie”, ale na pewno widzę postęp w porównaniu do tego, co czytałam wcześniej. :)

 

Gratuluję biblioteki :) I pozdrawiam :D

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Barbarian!

Gratulacje!

Cieszę się, że udało Ci się wyważyć drzwi, do których tak długo pukałeś. Czuję delikatną nutkę dumy.

 

Co do samego opowiadania to jestem jego wielkim fanem. Uważam, że świat w nim kreowany ma potencjał na coś więcej.

Uroczy Ziemniaczku!

 

Dziękuję Ci za lekturę i uwagi! <3

Trochę za dużo się tutaj “tłumaczysz”. IMO spokojnie można by ten fragment wyrzucić.

Tak, to jest mój duży problem, z którym zacząłem teraz mocniej walczyć (szczególnie w opowiadaniu na Planety). Muszę pozbyć się tej głupiej maniery :P

 

A teraz wrażenia. Po pierwsze: ten tekst jest sto razy lepszy niż poprzednie opowiadanie Twojego autorstwa, które czytałam. Może to kwestia tematyki, ale też napisałeś je tak jakoś lepiej, składniej, “płynniej”.

Kłaniam się niziutko – bardzo się cieszę. :D

W końcu postęp to jest to, na czym nam zawsze zależy, a gdy go widać – podnosi to człowieka na duchu.

 

Początek mi się nie podobał, wydawał mi się nadmiernie dramatyczny, ta scena z przenikaniem do piwnicy – trochę oklepana. Potem zrobiło się ciekawiej, aczkolwiek trochę za dużo tu tego powtarzania i tłumaczenia, co się dzieje na świecie, jak bardzo ludzie są wyprani z emocji, kim jest emocjonista itp. Momentami byłeś zbyt szczegółowy, ale w porównaniu do tamtego opka – niebo a ziemia. ;) Troszeczkę za dużo tu dla mnie patosu, jak dla mnie troszeczkę “za smętnie”, ale na pewno widzę postęp w porównaniu do tego, co czytałam wcześniej. :)

To się pokrywa właśnie z tym, o czym wyżej wspomniałem i Ty tak samo. :P

Ale mogę zapewnić, że w kolejnych opowiadaniach już tego nie uświadczysz! Przynajmniej nie w takim stopniu.

W Pradawnym zwoju, wihajstrze i betaliście tego tak naprawdę nie ma, a w opku na Planety też powinno być całkiem sprawnie. :3

 

Gratuluję biblioteki :) I pozdrawiam :D

Dziękuję jeszcze raz i też pozdrawiam! :D

 

Greg!

 

Dziękuję Tobie za komentarz i betę. <3

Możesz być z siebie dumny – w końcu przyczyniłeś się do tego. :D

Dziękuję za miłe słowa oraz za to, że widzisz potencjał w opisanym świecie. Raczej nie będę tego pomysłu dalej rozwijał, ale zapewne jakieś dystopijne teksty jeszcze się pojawią. ^^

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Ciekawy koncept i dobrze napisany. Płynnie się czytało.

Świetna sceną z odbiciem w wodzie, choć tekst jako całość mnie nie porwał. 

 

Co mnie zatrzymało:

 

"Oczywiście, że auta już nie było. Rity też nie." 

 

 To Oczywiście bym zmienił na coś innego lub wyrzucił że.

 

"Tak, jak już wcześniej wspomniałem – zaczęto budować…" 

 

Wydaje mi się, że nie powinno się przypominać czytelnikowi wprost o tym co było w tekście wcześniej. 

 

 

"Większość jest albo po praniu mózgu, albo nie ma na tyle determinacji, żeby chcieć cokolwiek ze sobą zrobić."

 

Pierwsze albo bym wyrzucił.

 

Dzieki za lekturę. Czuć włożoną w tekst pracę.

 

Wieczne pozdrowienia.

Wieczny!

 

Dziękuję bardzo za poświęcony czas i miły komentarz.

Bardzo się cieszę, że Ci się spodobało, zwłaszcza scena z odbiciem. Miała być okraszona emocjami i zabieg ten mi całkiem nieźle wyszedł. ^^

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Nowa Fantastyka