- Opowiadanie: mcraptorking - Orzeszynowa brama

Orzeszynowa brama

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Orzeszynowa brama

Mknął z ogrom­ną pręd­ko­ścią, lecz róż­no­ko­lo­ro­we pasma cią­gnę­ły się jed­no­staj­nie mimo upły­wa­ją­cych se­kund, minut, go­dzin, two­rząc ilu­zję trwa­nia w bez­ru­chu. Się­ga­ły w dal tak od­le­głą, że z po­zo­ru wy­peł­nia­ły prze­strzeń do cna, jed­nak on wie­dział, że zmie­rza do­kądś, gdzieś poza wszyst­kie te barwy. Nie­przy­jem­ne ciar­ki prze­cho­dzi­ły go od stóp do głów. Uszy wy­peł­nia­ło ciche bzy­cze­nie. Wtem roz­bły­sła w nim nowa myśl: celem po­dró­ży jest on sam. Ni­czym wy­strze­lo­ny po­cisk prze­ci­nał nie­wy­obra­żal­ne od­le­gło­ści, będąc coraz bli­żej i bli­żej sie­bie.

– Kac­per! – za­brzmiał ko­bie­cy głos. – Kac­per!

Ze­rwał się i ro­zej­rzał onie­mia­ły. Wzro­kiem na­po­tkał twarz skry­tą w pół­mro­ku. Po­czuł dotyk na skro­ni. Roz­legł się trzask.

– Au! – Magda jęk­nę­ła, od­su­wa­jąc rękę.

Kac­per ma­chi­nal­nie prze­tarł oczy. Ocie­ra­nie się skóry o pi­ża­mę skut­ko­wa­ło ko­lej­ny­mi wy­ła­do­wa­niami. Syk­nął z bólu. Przy każ­dym ruchu tuzin mi­kro­sko­pij­nych bły­ska­wic ude­rzał w jego ciało. Wysuwając się spod kołdry, odniósł wrażenie, że iskry idą. Otrzą­snął się raz i drugi, zmierz­wił na­stro­szo­ne włosy. Spoj­rzał na żonę, oświe­tlo­ną przez nocną lamp­kę. Za­spa­na marsz­czy­ła brwi.

– Idę napić się wody – rzekł.

Mi­ja­jąc pokój chłop­ców, spraw­dził, czy się cza­sem nie obu­dzi­li. Na całe szczę­ście nie. Sto­jąc w progu, przyj­rzał się ich bu­ziom. Star­szy, Tadek, skoń­czył sześć lat, Staś czte­ry. On i Witek w jakim wieku byli, gdy się stało tamto? Skończyli sie­dem albo sześć lat.

Zmie­rza­jąc do kuch­ni, wspo­mi­nał. Zo­ba­czył smu­kły, czar­ny kształt po­środ­ku zbo­żo­we­go pola. Po­włó­czy­ste, ciem­ne szaty Tu­ła­czy i ich okrą­głe hełmy, skry­wa­ją­ce ob­li­cza nie z tego świa­ta. Usły­szał od­gło­sy brzmią­ce jak ryt­micz­ne dud­nie­nie od­bi­ja­ją­ce się od ścian gór­skiej ja­ski­ni.

I te świa­ty, które im po­ka­za­li: kra­jo­bra­zy za­peł­nio­ne obcą florą i fauną, ja­ło­we pust­ko­wia bądź nie­zmie­rzo­ne wody, a nad nimi skle­pie­nia w prze­róż­nych bar­wach oraz księ­ży­ce i słoń­ca w róż­nej licz­bie. Nie­kie­dy ga­zo­wy ol­brzym przy­sła­niał gwiaz­dy. Mary zle­wa­ły się ze sobą, roz­pa­da­ły pod wpły­wem do­ty­ku, jak pa­pie­ry w sta­ro­żyt­nym ar­chi­wum.

Od­czu­wał wiel­ką chęć roz­trzą­sa­nia tych wspo­mnień. Z jed­nej stro­ny fa­scy­no­wa­ły, z dru­giej wy­wo­ły­wa­ły nie­po­kój i wstyd. Poza tym to wy­da­rzy­ło się tak dawno temu. Kac­per oba­wiał się, że za­cznie sobie coś do­po­wia­dać.

Usiadł za sto­łem ze szklan­ką wody. Są­czył po­wo­li, wy­glą­da­jąc przez okno na czwar­tym pię­trze. Sen z każdą upły­wa­ją­cą se­kun­dą za­cie­rał się, tra­cąc na zna­cze­niu. Jakby fak­tycz­nie był snem… A to niby jest ina­czej? Czym jeśli nie snem? Praw­dą? Tak, prze­cież wi­dzie­li na wła­sne oczy! Byli tam we dwóch – Witek wszyst­ko po­twier­dzi!

Nie, to nie wy­star­czy. Każdy psy­chia­tra orzek­nie, że wpa­ja­li sobie na­wza­jem au­ten­tycz­ność wy­two­rów dzie­cię­cej fan­ta­zji. Pra­gnął przy­tak­nąć tej dia­gno­zie, po­go­dzić się, za­po­mnieć, lecz gdzieś z tyłu głowy po­zo­sta­wa­ło prze­świad­cze­nie, któ­re­go nijak nie mógł wy­ple­nić. Spo­tka­nie z Tu­ła­cza­mi miało miej­sce.

Na ze­ga­rze do­cho­dzi­ła piąta nad ranem. Ile czasu tu sie­dzi? Po­wi­nien wra­cać, bo jesz­cze Magda się zmar­twi i za­cznie za­da­wać py­ta­nia. Wy­krę­cił­by się, ale mę­czy­ła go sama per­spek­ty­wa okła­my­wa­nia jej. Dopił wodę dusz­kiem.

Wcho­dząc do sy­pial­ni, przy­po­mniał sobie, że w ostat­niej se­kun­dzie snu coś do niego do­tar­ło. Coś na­praw­dę nie­zwy­kłe­go. Wy­tę­żał umysł, pró­bu­jąc przy­wo­łać ten stan.

– Co z tobą? – za­py­ta­ła Magda.

– Do­brze… – od­parł pół­gęb­kiem, za­nad­to za­ję­ty tym, co w umy­śle.

Przy­po­mniał sobie, jak prze­by­wał w dwóch miej­scach: tu, w łóżku, obok niej na Ziemi i gdzieś tam, nie­wy­obra­żal­nie da­le­ko, w ko­smo­sie, jed­no­cze­śnie skra­ca­jąc dy­stans do pierw­sze­go sie­bie. Ro­zu­miał, co to ozna­cza.

 

***

Pa­trzył w sufit kró­cej, niż się spo­dzie­wał – za­snął dość szyb­ko.

Po­ra­nek prze­biegł bez odstępstw od zwy­czaj­nej ru­ty­ny. Nie za­po­mniał o wizji, jed­nak co miał robić? Sie­dzieć i się za­sta­na­wiać? To bez sensu. Magda nie wspo­mnia­ła o na­elek­try­zo­wa­niu, za­pew­ne zrzu­ciw­szy winę na nową po­ściel, więc o tym też nie roz­ma­wia­li. Po­sta­no­wił, że jeśli spra­wa nie prze­sta­nie go drę­czyć, skon­tak­tu­je się z Wit­kiem.

Sta­rał się nie za­my­ślać. Jadąc tram­wa­jem, sku­piał uwagę na mie­ście za szybą. Na po­cząt­ku dnia pracy po­ja­wi­ło się znu­że­nie, po czę­ści spo­wo­do­wa­ne nie­wy­spa­niem. Jed­no­cze­śnie obo­wiąz­ki księ­go­we­go, w po­rów­na­niu z nie­zwy­kły­mi per­spek­ty­wa­mi, przy­nie­sio­ny­mi przez sen, pre­zen­to­wa­ły się ra­czej jako płyt­kie i zwy­czaj­nie nudne.

Zli­czał kwoty na fak­tu­rach, roz­pra­sza­ny przez fakt, że przed­sta­wi­cie­le cy­wi­li­za­cji za­awan­so­wa­nej o wiele bar­dziej niż ludz­ka, zmie­rza­li w stro­nę Ziemi i ob­wiesz­cza­li to wła­śnie jemu. Ta­be­le i ze­sta­wie­nia przy­sła­nia­ły ko­lo­ro­we, ja­skra­we bądź sza­ro­bu­re, żywe lub mar­twe świa­ty.

Do­trwał do prze­rwy, pod­czas któ­rej na­stą­pił prze­łom. Ma­chi­nal­nie prze­żu­wał ka­nap­kę, na nowo roz­trzą­sa­jąc wizję. Wtedy do ka­fe­te­rii we­szło dwóch jego ko­le­gów. Jeden zwie­rzał się dru­gie­mu na temat cięż­kie­go stanu zdro­wia swo­je­go ojca:

– Sta­ru­szek oklapł, aż żal pa­trzeć. Ope­ra­cja do­pie­ro za mie­siąc. – Twarz miał bladą i smut­ną.

Kac­per pra­wie za­krztu­sił się prze­ły­ka­nym kęsem. Do­oko­ła roz­gry­wa się praw­dzi­we życie, tym­cza­sem on fan­ta­zjuje o kosmicznych ludkach – prze­cież to śmiesz­ne! Wstyd ­po­mógł mu za­mieść ten wątek życia z po­wro­tem pod dywan. Kac­per to samo uczy­nił z żalem wy­wo­ła­nym przez wyrzeknięcie się cząst­ki sie­bie. I z po­trze­bą na­pi­sa­nia do Witka.

Ich drogi ro­ze­szły się dawno temu – ta przy­jaźń, choć nie­gdyś bar­dzo za­ży­ła, na­le­ża­ła do prze­szło­ści. Co, jeśli Wi­told nie do­znał żad­nej wizji i na opis prze­żyć Kac­pra za­re­agu­je py­ta­niem za­da­nym z wy­ba­łu­szo­ny­mi ocza­mi: „Chło­pie, ty wciąż tym ży­jesz?” – Kac­pro­wi, cze­ka­ją­ce­mu na po­wrot­ny tram­waj, inny roz­wój wy­pad­ków wy­da­wał się mało praw­do­po­dob­ny.

Pod dy­wa­nem nadal od­sta­wa­ły różne wzgór­ki – wspo­mnie­nia tam­te­go dnia, wy­rzu­ty su­mie­nia, po­czu­cie, że zbli­ża się coś nie­zwy­kłe­go i on to prze­ga­pi – ale zaraz ugnia­tał je zdro­wym roz­sąd­kiem. Wdra­pu­jąc się na czwar­te pię­tro, stwier­dził osta­tecz­nie, że to wszyst­ko ob­ja­wy tę­sk­no­ty za dzie­ciń­stwem, chęci od­zy­ska­nia utra­co­nej bez­tro­ski i nie ma po co dłu­żej drą­żyć. A na­elek­try­zo­wa­niu winna była po­ściel albo pi­ża­ma, nic in­ne­go. Kac­per po­czuł dumę ze swo­jej chłod­nej głowy.

– Coś do cie­bie przy­szło – po­wie­dzia­ła Magda po przy­wi­ta­niu się z nim. – Te­le­gram. Leży na stole w kuch­ni. – Spojrzała na niego py­ta­ją­co.

– Te­le­gram?

Gło­śno prze­łknął ślinę. Nie zdej­mu­jąc płasz­cza, szyb­kim kro­kiem po­szedł spraw­dzić. Ro­ze­rwał ko­per­tę. Raz po raz prze­bie­gał wzro­kiem po kilku sło­wach: SEN. LECĄ. PRZY­JEDŹ. DWO­REK. CZERW­CE. WITEK.

 

***

– O co cho­dzi? – Magda za­py­ta­ła z wy­rzu­tem.

Z rę­ka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­si, stała wspar­ta o ku­chen­ną szaf­kę, cze­ka­jąc na od­po­wiedź.

– Stary zna­jo­my – rzekł w końcu Kac­per – przy­słał mi za­pro­sze­nie do swo­je­go dwor­ku. Chyba opo­wia­da­łem ci o tym Witku. Wiesz, on po­cho­dzi ze szlach­ty. Jesz­cze przed wojną jego ro­dzi­na or­ga­ni­zo­wa­ła ko­lo­nie dla dzie­ci z za­przy­jaź­nio­nych ro­dzin.

– Ach! – wes­tchnę­ła nagle roz­pro­mie­nio­na. – Wy­bie­rze­my się na wieś?

Po­de­szła bli­żej. Kac­per nie­zręcz­nie za­krył te­le­gram.

– No i cóż znowu? – Sta­nę­ła nad nim z kwa­śną miną. – To jakaś ta­jem­ni­ca?

– Nie… – wy­ją­kał i podał świ­stek Mag­dzie. – Pro­szę.

– Co to zna­czy? – Wo­dzi­ła ocza­mi po sło­wach, usi­łu­jąc od­gad­nąć ich sens.

– Takie nasze dzie­cin­ne szy­fry – za­śmiał się sztucz­nie. – To przy­ja­ciel z na­praw­dę za­mierz­chłych cza­sów. Nie od­zy­wa­li­śmy się do sie­bie od…– wy­li­czał, mam­ro­cząc pod nosem. – Od ośmiu lat. A nie wi­dzie­li­śmy z je­de­na­ście.

– Cie­ka­we – stwier­dzi­ła, po czym wró­ci­ła do stu­dio­wa­nia te­le­gra­mu. – Ale co ozna­cza „sen”? „Lecą”? Kto leci?

– Rzecz w tym, że już nie pa­mię­tam. – Roz­ło­żył ręce. – Może coś sko­ja­rzę, pokaż.

Za­brał jej wia­do­mość. Po­cie­rał pod­bró­dek, uda­jąc, że się na­my­śla. Na­praw­dę po­wi­nien dać Mag­dzie jakąś sen­sow­ną od­po­wiedź, jeśli za­mie­rzał utrzy­mać pozór. Gdy wzię­ła się za przy­go­to­wy­wa­nie obia­du, z jej pręd­kich, zde­cy­do­wa­nych ru­chów wy­czy­tał, że już go przej­rza­ła i nie ma szans na wyj­ście z tego bez szwan­ku. Nagle od­wró­ci­ła się i spy­ta­ła:

– Nie go­rą­co ci?

Wciąż miał na sobie płaszcz. Na­tych­miast się ze­rwał, prze­tarł czoło usia­ne kro­pel­ka­mi potu. Wy­szedł do przed­po­ko­ju z te­le­gra­mem w ręce. Wró­ciw­szy za stół, ma­so­wał pod­bró­dek jesz­cze przez kilka se­kund. Wresz­cie po­wie­dział z re­zy­gna­cją:

– Nie ma szans, nie przy­po­mnę sobie.

– W takim razie co za­mie­rzasz?

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Może prze­ja­dę się do Czerw­cy. Wy­ba­dam, czy jest moż­li­wość, że­by­śmy się wy­bra­li wszy­scy razem, jakoś póź­niej…

Nic nie od­po­wie­dzia­ła. Do­pie­ro po po­sta­wie­niu przed nim ta­le­rza, rze­kła:

– Słu­chaj, a to nad ranem… Te prądy. Co ci się stało?

Za­stygł z wi­del­cem przy ustach.

– Sam nie wiem… To chyba przez po­ściel albo pi­ża­mę, bo cóż in­ne­go? – Wró­cił do je­dze­nia jakby nigdy nic.

Magda wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Cie­ka­we… – wy­szep­ta­ła do sie­bie.

 

***

Przez resz­tę wie­czo­ru Kac­per cho­dził jak stru­ty. Z żoną po­ro­zu­mie­wał się pół­słów­ka­mi. Niby nie do­szło mię­dzy nimi do kon­fron­ta­cji, lecz ta­ko­wa wi­sia­ła w po­wie­trzu, więc trzy­mał się na dy­stans.

Głowę zaj­mo­wał mu, rzecz jasna, te­le­gram od Witka. Na­le­ża­ło pod­jąć de­cy­zję, czy po­je­chać do Czerw­cy. Wa­ha­nie utrud­nia­ło mu za­śnię­cie do­tkli­wiej niż wizje z ko­smo­su. Za­mknąw­szy oczy, bez­wol­nie sza­co­wał moż­li­we re­zul­ta­ty. To dep­tał dywan, to go pod­wi­jał, z dumą pre­zen­tu­jąc, co ukry­te.

Za­snął uwi­kła­ny w myśli.

Zna­lazł się wśród zbo­żo­wych pól. Wokół rosły kępy drzew i krze­wów – ide­al­na prze­strzeń do za­ba­wy w cho­wa­ne­go. Wszedł mię­dzy cia­sno sple­cio­ne ga­łę­zie dwóch lesz­czyn, wzy­wa­ny ryt­micz­nym dud­nie­niem. Po­czuł mro­wie­nie na całym ciele. Wy­ła­do­wa­nie trza­snę­ło koło ucha. Zbu­dził się nad ranem, przed wszyst­ki­mi. Tym razem na­elek­try­zo­wa­nie tylko mu się przy­śni­ło.

Sta­nął przy oknie w kuch­ni ze szklan­ką wody w ręce. Gwiaz­dy bły­ska­ły na ja­śnie­ją­cym nie­bie. Wzy­wa­ła go prze­szłość i ta­jem­ni­ce ko­smo­su. Jak mógł to zi­gno­ro­wać?

 

***

Zbu­dził chłop­ców dwa­dzie­ścia minut wcze­śniej niż zwy­kle. Po śniadaniu po­wie­rzył Sta­sia Mag­dzie, tak wła­ści­wie to bu­dząc ją i zajął się od­pro­wa­dze­niem Ta­dzia.

Od­sta­wiw­szy nie­wy­spa­ne­go, na­dą­sa­ne­go syna do przed­szko­la, Kac­per udał się na pocz­tę, nadać te­le­gram: SO­BO­TA. DWO­REK. RANO. BĘDĘ. Podał eks­pe­dient­ce opła­tę oraz kopertę, którą otrzy­mał wczo­raj.

Po­zo­sta­ło prze­trwać dwa dni pracy i po­wia­do­mić żonę o wy­jeź­dzie. Niech się wście­ka, trud­no. Kac­pro­wi ani nie było jej żal, ani nie cie­szył się z tego, że po­sta­wił na swoim. Po pod­ję­ciu de­cy­zji zo­bo­jęt­niał na wszyst­ko. Prze­sta­ła go ob­cho­dzić te­raź­niej­szość, cze­kał wy­łącz­nie na so­bot­nią po­dróż.

Obo­wiąz­ki wy­ko­ny­wał jak au­to­mat, ale na tyle spraw­nie, by nikt się nie przy­cze­pił. W domu z rzad­ka uży­wa­no peł­nych zdań – w za­sa­dzie to po usły­sze­niu: „W so­bo­tę rano wy­by­wam” Magda za­mil­kła cał­kiem. Z po­nu­rą miną ocze­ki­wa­ła chyba, aż Kac­per za­cznie się tłu­ma­czyć. No cóż, nie za­mie­rzał. Tylko no­ca­mi cięż­ko mu było za­snąć, gdy po­zba­wia­ny in­nych roz­pra­sza­czy wsłu­chi­wał się w jej od­dech. No­wych wizji nie do­świad­czył.

Otę­pia­ły, jak po za­ży­ciu opium, do­trwał do so­bot­nie­go świtu, kiedy to z małą wa­liz­ką w ręce opu­ścił miesz­ka­nie i udał się na sta­cję ko­le­jo­wą. Po­dróż trwa­ła prze­szło trzy go­dzi­ny. Pró­bo­wał zająć się lek­tu­rą, lecz nie wy­cho­dzi­ło mu to – prze­my­kał wzro­kiem po tek­ście, za­nad­to roz­tar­gnio­ny, by co­kol­wiek pojąć. W pew­nym mo­men­cie za­snął.

Wkrót­ce po­wi­nien do­trzeć do końca roz­cią­ga­ją­cych się przed nim róż­no­barw­nych pasm. Nie­cier­pli­wił się i lękał, wie­dząc, że może na­po­tkać kres drogi w każ­dej nad­cho­dzą­cej se­kun­dzie. Lada chwi­la do­trze do sie­bie. Mro­wie­nie prze­ra­dza­ło się w ból, elek­trycz­ne wiąz­ki zda­wa­ły się prze­bi­jać skórę. Ra­nio­ny za­czął krzy­czeć, lecz w tu­ne­lu z pasm sły­chać było tylko ciche bzy­cze­nie.

Ktoś nim po­trzą­snął. Bu­dząc się, usły­szał ostat­nią nutę wła­sne­go jęku. Uj­rzał wą­sa­tą twarz ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi. Wzdry­ga­jąc się w prze­stra­chu, Kac­per spo­wo­do­wał serię wy­ła­do­wań. Trza­ska­ły jedno po dru­gim, kłu­jąc go w ra­mio­na i plecy. Za­sy­czał.

– Co panu? – wy­krzyk­nął zdu­mio­ny wą­sacz.

Ubra­ny w kra­cia­sty gar­ni­tur, naj­praw­do­po­dob­niej był innym po­dróż­nym, który do­siadł się pod­czas drzem­ki Kac­pra.

– Młody czło­wie­ku, halo! – Wą­sacz pstry­kał pal­ca­mi. – Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Kac­per dźwi­gnął się z sie­dze­nia, elek­try­zu­jąc ni­czym jakiś trans­for­ma­tor. Minął je­go­mo­ścia, uwa­ża­jąc, by się o niego nie otrzeć. Na ko­ry­ta­rzu otrzą­snął się, prze­cze­sał włosy.

Za oknem roz­cią­ga­ły się pola oświe­tlo­ne ina­czej niż gdy ostat­nio im się przy­glą­dał.

Nie wra­cał do prze­dzia­łu, wy­pa­tru­jąc na­stęp­nej mi­ja­nej miej­sco­wości, no i chcąc unik­nąć pytań wą­sa­te­go po­dróż­ne­go. W od­da­li po­ja­wi­ły się za­bu­do­wa­nia, a przed nim znak: „Pąśno”. Och, to jesz­cze dwie sta­cje. Nie ma stra­chu – nie prze­spał.

Ster­czał na ko­ry­ta­rzu do końca trasy, jed­nak­że mu­siał wejść do prze­dzia­łu, żeby za­brać bagaż. Na nie­szczę­ście oka­za­ło się, że wą­sacz też wy­sia­da w Łó­żeń­cu – mie­ście opo­dal Czerw­cy. Gdy razem opusz­cza­li po­ciąg, po­dróż­ny zbie­rał się, by za­cze­pić Kac­pra. Ten za­uwa­żyw­szy to, rzu­cił krót­kie: „Do wi­dze­nia” i przy­śpie­szył kroku.

Na sta­cji wy­ku­pił miej­sce w po­wo­zie, zmie­rza­ją­cym do dwor­ku. I tu nie­spo­dzian­ka: wą­sacz w kra­cia­stym gar­ni­tu­rze po­dą­żył za nim. Za­pła­ciw­szy stan­gre­to­wi, usa­do­wił się na­prze­ciw­ko Kac­pra.

– Pan też do pen­sjo­na­tu? – za­py­tał, uśmie­cha­jąc się nie­pew­nie.

Ach, więc ro­dzi­na Witka wy­naj­mu­je po­ko­je w po­sia­dło­ści – to była po­pu­lar­na prak­ty­ka wśród byłej szlach­ty.

– Znam się z wła­ści­cie­lem. To mój zna­jo­my z daw­nych lat – oznaj­mił Kac­per.

– Z tym Niem­cem? – Po­dróż­ny uniósł brwi. – My­śla­łem, że on stale u sie­bie sie­dzi. Czy panu cho­dzi o dzie­dzi­ca, co od­sprze­dał dwo­rek parę lat temu?

Kac­per za­mru­gał onie­mia­ły.

– Swoją drogą, Ju­lian Rem­czyk. – Wą­sacz wy­cią­gnął rękę.

– Kac­per Wal­czuk.

– Pan wy­ba­czy cie­ka­wość, ale… Jakim cudem się pan tak na­elek­try­zo­wał, śpiąc?

– Nowy gar­ni­tur, praw­da… – wy­bą­kał Kac­per.

– Gdzie tam, gar­ni­tur? Żeby aż tak trza­ska­ło? Poza tym pan się jakoś bar­dzo nie ob­cie­rał, tylko leżał spo­koj­nie. No, do pew­ne­go mo­men­tu. Przy­czy­na musi więc być inna: albo stycz­ność z wcze­śniej na­elek­try­zo­wa­nym obiek­tem bądź też… in­duk­cja. – Rem­czyk roz­wa­żał, gła­dząc za­rost. – Do­praw­dy, cie­ka­we.

Kac­per nie od­po­wie­dział i roz­mo­wa się urwa­ła.

Mi­ja­ły ko­lej­ne mi­nu­ty wy­peł­nio­ne kle­ko­ta­niem kół po­wo­zu. Na widok zna­jo­mych lasów, pól, choć nie za­ro­słych zbo­żem, tylko zo­ra­nych, no­stal­gia ude­rza­ła Kac­pro­wi do głowy, ni­czym mocny sa­mo­gon. Ry­chło w czas, za­czął rów­nież roz­my­ślać o Witku.

Przez ostat­nie dwie doby jego tok ro­zu­mo­wa­nia wy­glą­dał na­stę­pu­ją­co: jest Wi­told i trze­ba do niego po­je­chać. Lecz tak na­praw­dę, co to za Wi­told? Na prze­strze­ni lat toż­sa­mość przy­ja­cie­la nie­chyb­nie ule­gła takim prze­mia­nom, że po­win­no się go uznać za ob­ce­go czło­wie­ka. Szcze­gól­nie, bio­rąc pod uwagę re­we­la­cję, którą Rem­czyk ura­czył Kac­pra, czyli sprze­daż po­sia­dło­ści. Dawny Witek, na zabój przy­wią­za­ny do Czerw­cy, za żadne skar­by nie prze­ka­zał­by jej w cudze ręce.

Wtem cichy trzask wy­rwał go z za­du­my. Prze­stra­szo­ny, że znów za­czy­na się elek­try­zo­wać, gwał­tow­nie po­de­rwał głowę. Jesz­cze raz roz­legł się ów dźwięk i Kac­per pojął, że to coś zu­peł­nie in­ne­go. Ju­lian Rem­czyk, zwró­co­ny w stro­nę pól, przy­kła­dał do twa­rzy małe, czar­ne pu­deł­ko ze złotą wy­pust­ką na prze­dzie. Po­maj­stro­wał przy po­krę­tłach na wierz­chu, na­ci­snął przy­cisk i urzą­dze­nie po­now­nie trza­snę­ło, jakby ktoś na­dep­nął na suchą ga­łąz­kę. Woź­ni­ca – na oko pięć­dzie­się­cio­let­ni, krępy pro­sty człek – za­cie­ka­wio­ny nie­ty­po­wy­mi od­gło­sa­mi spoj­rzał przez ramię.

– O, a cóż to za ustroj­stwo, pro­szę pana? – zwró­cił się do Rem­czy­ka.

– To jest Leica – od­parł wą­sacz, nie kry­jąc dumy.

– Lejka?… – woź­ni­ca się skrzy­wił.

– Apa­rat – wy­ja­śnił Rem­czyk. – Robi zdję­cia.

– Taki drob­ny? Prze­cie apa­rat to wiel­ki sprzęt, na czte­rech no­gach wspar­ty. Wi­dzia­łem nie raz.

– Po­stęp, miły panie. Po­stęp!

Woź­ni­ca prych­nął, po czym zajął się tym, za co mu pła­co­no, czyli pa­trze­niem na drogę i po­pę­dza­niem koni. Rem­czyk kon­ty­nu­ował uwiecz­nia­nie kra­jo­bra­zów przy po­mo­cy Leici. Kac­per, chcąc nie chcąc, po­wró­cił do roz­my­ślań.

 

***

 Powóz to­czył się pro­stą drogą. Wtem zza wi­docz­ne­go w od­da­li lasu wy­ło­ni­ła się biel fa­sa­dy dwor­ku. Kac­per wziął głę­bo­ki wdech – ileż to lat mi­nę­ło?

W parku, za me­ta­lo­wą bramą, prze­cha­dza­ły się lub prze­sia­dy­wa­ły na ław­kach ele­ganc­ko odzia­ne po­sta­cie. Woź­ni­ca zatrzy­mał konie przed scho­da­mi pro­wa­dzą­cy­mi do głów­ne­go wej­ścia po­sia­dło­ści. Kac­per i Rem­czyk, po­że­gnaw­szy się z po­wo­żą­cym, we­szli po stop­niach do holu pen­sjo­na­tu. Rem­czyk zajął się roz­mo­wą z re­cep­cjo­ni­stą, tym­cza­sem drugi po­dróż­ny, z lekka oszo­ło­mio­ny, wo­dził wzro­kiem do­ko­ła.

Wiele zmian za­szło w Czerw­co­wym Dwor­ku: ścia­ny od­świe­żo­no nową war­stwą farby, wy­mie­nio­no meble. Pa­pro­cie w du­żych gli­nia­nych do­ni­cach oży­wia­ły wnę­trze. Po­zo­sta­wio­no je­dy­nie ob­ra­zy – por­tre­ty szes­na­sto-, sie­dem­na­sto­wiecz­nych panów, a także sceny po­lo­wań i uczt pod­kre­śla­ły szla­chec­ką ge­ne­alo­gię po­sia­dło­ści.

Rem­czyk skoń­czył się mel­do­wać i ustą­pił Kac­pro­wi miej­sca przy la­dzie. Ten prze­czy­taw­szy cen­nik, wi­szą­cy za re­cep­cjo­ni­stą, ledwo po­wstrzy­mał się przed wy­ba­łu­sze­niem oczu. Spy­tał tylko:

– Gdzie tu znaj­dę ka­fe­te­rię?

Pra­cow­nik pen­sjo­na­tu ob­ja­śnił mu drogę. Kac­per po raz drugi pożegnał Rem­czy­ka, na­stęp­nie udał się we wska­za­nym kie­run­ku.

Ko­ry­ta­rze, po któ­rych bie­gał w dzie­ciń­stwie, utra­ci­ły dawny wyraz – to już nie był dom po­tom­ków sta­re­go rodu, w ogóle ni­czyj dom. Pa­nu­ją­ca tu czy­stość i po­rzą­dek, brak, dajmy na to, książ­ki z za­kład­ką po­zo­sta­wio­nej na ko­mo­dzie, bądź ja­kiejś ki­czo­wa­tej ozdo­by nie­wy­rzu­co­nej wy­łącz­nie ze wzglę­du na sen­ty­ment, do­bit­nie przy­po­mi­na­ły, że dwór stał się in­sty­tu­cją, spie­nię­ża­ją­cą swego ducha, tym samym go uni­ce­stwia­jąc.

Ka­fe­te­ria znaj­do­wa­ła się w nowej przy­bu­dów­ce. Było to nie­wiel­kie po­miesz­cze­nie z prze­szklo­ną ścia­ną z wi­do­kiem na par­ko­wy staw. Wy­cień­czo­ny po­dró­żą Kac­per zde­cy­do­wał, że wy­pi­je kawę i coś prze­ką­si, cze­ka­jąc na Witka.

Oka­za­ło się, że wcale nie bę­dzie mu­siał. Przy jed­nym ze sto­li­ków nad fi­li­żan­ką kawy i krzy­żów­ką sie­dział bro­da­ty, drob­ny je­go­mość. Pod­niósł wzrok na drzwi wej­ścio­we. Ścią­gnął brwi, za­mru­gał. Uśmiech­nął się i po­ma­chał Kac­pro­wi.

 

***

– Jan „Bez…”, bur­gundz­ki ksią­żę. Na sześć liter.

– Nie znam – po­wie­dział Kac­per, po czym upił łyk z fi­li­żan­ki.

– No nic. – Witek wzru­szył ra­mio­na­mi i prze­szedł do na­stęp­nej ru­bry­ki.

Na pierw­szy rzut oka, prócz za­pusz­cze­nia brody, nie zmie­nił się zbyt­nio, ale im dłu­żej Kac­per lu­stro­wał przy­ja­cie­la, tym wy­raź­niej do­strze­gał jego nie­ naj­lep­szy stan: bla­dość, wory pod ocza­mi, przy­gar­bio­ną syl­wet­kę. Ręce mu drżały, a mętny wzrok plą­sał po krzy­żów­ce, od czasu do czasu ukrad­kiem prze­ska­ku­jąc na Kac­pra.

– Ósma pla­ne­ta na­sze­go ukła­du gwiezd­ne­go. – Witek prze­czy­tał to py­ta­nie na­tu­ral­nym tonem, zu­peł­nie jakby go spe­cjal­nie nie wy­szu­kał.

Kac­per po­czuł ucisk w krta­ni.

– Nep­tun – od­parł głu­cho.

– Nam po­ka­za­li pier­ście­nie Sa­tur­na.

Kac­per ski­nął, ukrad­kiem ły­piąc na boki, czy aby nikt ich nie słu­cha. Witek odło­żył krzy­żów­kę i dłu­go­pis, po­cią­gnął ostat­ni łyk kawy.

– Przej­dzie­my się? – za­py­tał.

Kac­per się zgo­dził. Na ze­wnątrz Wi­told wy­do­był pa­pie­ro­śni­cę zza pa­zu­chy sza­rej kurt­ki. Po­czę­sto­wał kom­pa­na, ale ten od­mó­wił. Przez mi­nu­tę lub dwie w mil­cze­niu szli par­ko­wą dróż­ką.

– W po­cią­gu mi się przy­snę­ło – pod­jął Kac­per. – Są coraz bli­żej.

– Szczę­ścia­rzu! – Witek klep­nął go w ramię. – Ja przez ostat­nie dni zu­peł­nie roz­re­gu­lo­wa­łem zegar bio­lo­gicz­ny. Ro­bi­łem sobie drzem­ki, żeby tylko tra­fić, jak będą nada­wać. Nie udało się. A ty przy­pad­kiem… – Za­cią­gnął się pa­pie­ro­so­wym dymem.

– Ano.

Kac­per wspo­mniał, jak to mając te sie­dem czy osiem lat pró­bo­wał za­sy­piać w ciągu dnia z na­dzie­ją na wy­ła­pa­nie trans­mi­sji. Noce czę­sto nie przy­no­si­ły chłop­com no­we­go skraw­ka ko­smo­su do uj­rze­nia, bo jak się oka­za­ło, Tu­ła­cze zsy­ła­li wizje o prze­róż­nych po­rach. Wów­czas Kac­per i Witek za­czę­li szu­kać spo­so­bów na wy­mu­sza­nie drze­mek.

Zwy­kłe le­że­nie z za­mknię­ty­mi ocza­mi nie przy­no­si­ło re­zul­ta­tów. Szyb­ko wy­kon­cy­po­wa­li tak­ty­kę za­mę­cza­nia się bez­sen­sow­nym bie­ga­niem, wy­wo­łu­ją­cym krzy­we spoj­rze­nia ze stro­ny do­ro­słych. Kil­ku­krot­nie chłop­com fak­tycz­nie udało się za­snąć i wspól­nie prze­żyć ten sam sen. Po prze­bu­dze­niu w naj­lep­sze dys­ku­to­wa­li o tym, co wi­dzie­li, choć za­wsze bra­ko­wa­ło im słów. „I to takie, takie okrą­głe…”, „I takie wiel­kie, ko­lo­ro­we!”, „Fuj, okrop­ne!” „Tak! I jesz­cze to wiesz… no takie o!” – brzmia­ły ich opisy.

Kac­per pra­wie uśmiech­nął się do mi­nio­nych dni. Coś go jed­nak po­wstrzy­my­wa­ło: rap­tem przed­wczo­raj pra­gnął zo­sta­wić to za sobą, pod­wa­żyć, od­rzu­cić. Teraz, pod wpły­wem no­stal­gii, z tkli­wo­ścią pa­trzył na ma­łe­go sie­bie i czuł szczę­ście oraz wdzięcz­ność. Tak, wdzięcz­ność wzglę­dem Tu­ła­czy za uczy­nie­nie dzie­ciń­stwa o wiele barw­niej­szym. Ale to takie nie­po­ko­ją­ce, obce.

– Chodź­my na pola – za­pro­po­no­wał Witek. – Tam bę­dzie co wspo­mi­nać.

– Do­brze… – Kac­per po­ki­wał głową.

Prze­szli przez park, do bocz­nej furt­ki. Oka­za­ło się, że za­mknię­to ją na kłód­kę.

– No nic, trze­ba prze­sko­czyć. – Witek spoj­rzał za sie­bie.

W za­się­gu wzro­ku nie było ży­we­go ducha. Zła­pał za pręty, za­darł nogę z ci­chym stęk­nię­ciem, z gło­śniej­szym pod­cią­gnął się i prze­sa­dził prze­szko­dę. Kac­per, po chwi­li ocią­ga­nia oraz pa­ro­krot­nym spraw­dze­niu, czy aby nikt nie nad­cho­dzi, podał wa­liz­kę Wit­ko­wi i po­dą­żył w jego ślady.

Dróż­ka za furt­ką prze­ci­na­ła pola po­kry­te gru­da­mi zmo­kłej zie­mi i prze­cho­dzi­ła obok za­gaj­ni­ka. To tam zmie­rza­li Witek i Kac­per – do miej­sca, gdzie roz­po­czy­na­ła się każda par­tia naj­przed­niej­szej za­ba­wy z dzie­ciń­stwa, czyli cho­wa­ne­go. Ileż to go­dzin spę­dzi­li na ukry­wa­niu się wśród zbóż i traw, w ko­ro­nach drzew i za­ro­ślach. Za­rów­no szu­ka­ją­cym, jak i ukry­wa­ją­cym się nie­ustan­nie to­wa­rzy­szył dresz­czyk emo­cji: da­le­kie wę­drów­ki poza wy­zna­czo­ne przez ro­dzi­ców gra­ni­ce, za­kra­da­nie się, prze­my­ka­nie z kry­jów­ki do kry­jów­ki, au­ten­tycz­ne tro­pie­nie i za­cie­ra­nie śla­dów. Znój, spie­ko­ta, za­dra­pa­nia, upad­ki, otar­cia – tego wszyst­kie­go do­świad­cza­li i nic nie było im strasz­ne.

Pew­ne­go razu Kac­per i Witek ukry­wa­li się razem. Za­ba­wa trwa­ła już jakiś czas, zo­sta­li ostat­nią dru­ży­ną do od­na­le­zie­nia. Znu­dze­ni cze­ka­niem w kry­jów­ce po­sta­no­wi­li się prze­mie­ścić. Spraw­nie uni­ka­jąc szu­kają­cych, wró­ci­li do punk­tu star­to­we­go. Za­pu­ści­li się w głąb za­gaj­ni­ka, gdzie we­szli mię­dzy dwie nie­po­zor­ne orze­szy­ny sple­cio­ne ze sobą ga­łę­zia­mi. I wtedy po­czu­li mro­wie­nie, jakby ob­la­zło ich stado mró­wek. Wy­ła­do­wa­nia elek­trycz­ne, w akom­pa­nia­men­cie gło­śnych trza­sków, szczy­pa­ły skórę. Włosy sta­nę­ły im dęba. Chłop­cy z krzy­kiem po­szli w długą. Po­ty­ka­jąc się, bie­gli, aż wy­pa­dli spo­mię­dzy drzew.

W zbożu spo­czy­wał czar­ny, smu­kły kształt. Długi na ja­kieś sześć me­trów, uwy­pu­klo­ny po­środ­ku i zwę­ża­ją­cy się na krań­cach, po­chła­nia­jąc każdy pro­mień słoń­ca, pre­zen­to­wał się niby wyrwa w prze­strze­ni. Pa­trząc na pole wcze­śniej, nie do­strze­ga­li go.

Za­cie­ka­wie­ni chłop­cy po­de­szli, wy­cią­gnę­li ręce i za­czę­li do­ty­kać śli­skiej po­wierzch­ni fan­ta­stycz­ne­go obiek­tu. Wtem od­sko­czy­li, za­sko­cze­ni gło­śnym dud­nie­niem. Ale to nie obiekt je wydał. Kac­per i Witek po­wo­li zza niego wychynęli. Po prze­ciw­nej stro­nie pola coś po­ru­sza­ło ga­łę­zia­mi ja­łow­ców po­ra­sta­ją­cych mie­dzę.

Po­dmuch wia­tru na­sy­co­ny chłod­ny­mi kro­pel­ka­mi przy­wo­łał Kac­pra do chwi­li obec­nej. Wraz z Wit­kiem stali na skra­ju za­gaj­ni­ka, wpa­tru­jąc się w punkt na za­ora­nym grun­cie, gdzie ponad dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej za­sta­li po­jazd Tu­ła­czy. Potem unieśli wzrok na mie­dzę. Ja­łow­ce sko­szo­no, jed­nak wy­obraź­nia z ła­two­ścią umiej­sco­wi­ła je tam z po­wro­tem, tak samo, jak po­sta­cie kry­ją­ce się mię­dzy krze­wa­mi.

Męż­czyź­ni nie szli dalej, bo uto­nę­li­by w bło­cie. Poza tym wiatr się wzma­gał i przy­no­sił coraz grub­sze kro­ple desz­czu. Ze wscho­du nad­cią­ga­ła ciem­na chmu­ra. Trze­ba było wra­cać.

Ze­ska­ku­jąc z furt­ki do parku, Kac­per po­czuł lekki opór, po czym usły­szał bar­dzo nie­przy­jem­ny i nie­po­żą­da­ny od­głos pru­cia. Za­wa­dził połą płasz­cza o me­ta­lo­wy pręt. Z za­ci­śnię­tą szczę­ką okrę­cił się, by oce­nić uszkodzenia. Pu­ści­ły szwy pod prawą pachą. Za­klął pod nosem. To był świą­tecz­ny pre­zent od Magdy.

Witek nie ko­men­to­wał wy­pad­ku. Stał i spo­glą­dał z wy­cze­ki­wa­niem wy­ma­lo­wa­nym na bla­dej, brzyd­kiej twa­rzy. Wiatr mierz­wił mu czu­pry­nę i za­rost. Kac­per zdu­sił w sobie iry­ta­cję, mach­nął ręką.

– Co teraz? – Kiw­nął na Witka.

– My­śla­łem – pod­jął tam­ten – żeby się wy­brać do mia­sta i sko­czyć na piwko. Tutaj to drogo wyj­dzie. – Wska­zał na dwo­rek, swój dawny dom.

Jak zwy­kle nie bez wa­ha­nia Kac­per przy­stał na pro­po­zy­cję przy­ja­cie­la.

 

***

Po przej­ściu burzy wró­ci­li do Łó­żeń­ca. Naj­pierw udali się do miesz­ka­nia Wi­tol­da, by Kac­per zo­sta­wił tam bagaż, póź­niej do cen­trum, gdzie przy­wi­ta­ły ich za­dy­mio­ne wnę­trza ta­nich knaj­pek. Wy­chy­li­li pierw­szą ko­lej­kę, drugą ko­lej­kę, trze­cią, czwar­tą i tak to szło. Za­gry­za­li śle­dzia­mi i su­szo­ny­mi śliw­ka­mi. Lica czer­wie­nia­ły, a ję­zy­ki zy­ski­wa­ły słod­ką wol­ność. Na nowo za­cie­śnia­ły się ze­rwa­ne przed laty więzi.

– Jak ona ma na imię? – Witek pa­trzył na ob­rącz­kę na palcu Kac­pra.

– Magda. Po­zna­li­śmy się na stu­diach.

– A dzie­ci?

– Dwóch syn­ków: Ta­dzio i Sta­ni­sław. – Kac­per wy­cią­gnął zdję­cia z port­fe­la, podał je Wit­ko­wi. – Sześć i czte­ry lata.

– No, no… – Witek rzekł z uzna­niem. – Ład­nie, ci po­wiem. Bar­dzo ład­nie się urzą­dzi­łeś…

– A ty co?

Witek wy­ko­nał prze­czą­cy gest rę­ko­ma.

– Była taka jedna – za­czął. – Ale to… – prze­rwał, bo mu się od­bi­ło. – Dawno temu to było – wy­raź­nie po­smut­niał.

– Nie bój nic, bra­cie. – Kac­per klep­nął przy­ja­cie­la w ramię. – No, zdro­wie. – Uniósł kufel.

Pili i pa­li­li, snu­jąc opo­wie­ści z życia. Witek wy­ja­wił hi­sto­rię sto­ją­cą za utra­tą dwor­ku: jako że nie­dłu­go po woj­nie szlach­ta utra­ci­ła przy­wi­le­je, jego oj­ciec pró­bo­wał wmie­szać się w różne in­te­re­sy, jed­nak przez brak obe­zna­nia i opie­sza­łość, na­ro­bił tylko wię­cej dłu­gów. Za­czął sła­bo­wać, po­ja­wi­ły się u niego pro­ble­my z ser­cem. Witek jako je­dy­ny syn po­wi­nien prze­jąć ini­cja­ty­wę w spra­wach fi­nan­so­wych, ale jak sam szcze­rze przy­znał, nie po­tra­fił, a do­rad­com nie za­ufał­by nigdy – wolał od­stą­pić od in­te­re­sów i sprze­dać dwo­rek niż dać się mamić ban­dzie krę­ta­czy. Poza tym ich usłu­gi kosz­to­wa­ły­by kro­cie, po­że­ra­jąc znacz­ną część ewen­tu­al­nych przy­cho­dów.

Tym­cza­sem ro­dzi­na Czer­wic­kich pil­nie po­trze­bo­wa­ła środ­ków na le­cze­nie ojca oraz, ogól­nie rzecz uj­mu­jąc, na godny byt. Po­sta­no­wi­li więc od­po­wie­dzieć na ofer­tę zło­żo­ną im nie­gdyś przez pew­ne­go prze­my­słow­ca z za­cho­du. Za wstęp­ną opła­tę oraz nie­wiel­ki pro­cent póź­niej­szych zy­sków, Nie­miec prze­jął dwo­rek i prze­ro­bił na pen­sjo­nat w szla­chec­kim stylu.

Kac­per, uwraż­li­wio­ny przez pro­cen­ty krą­żą­ce we krwi, oka­zał przy­ja­cie­lo­wi zro­zu­mie­nie i przy­siągł do­zgon­ne wspar­cie.

W pew­nym mo­men­cie przy­łą­czy­li się do ekipy sta­łych by­wal­ców – bo jak mówi po­rze­ka­dło: „Nie­zna­jo­my to przy­ja­ciel, któ­re­go jesz­cze nie po­zna­łeś”, a al­ko­hol znacz­nie uła­twia na­wią­zy­wa­nie kon­tak­tów, na przy­kład po­przez szczo­dre sta­wia­nie ko­le­jek. Kac­per bez wy­rzu­tów su­mie­nia opróż­niał pu­gi­la­res.

Jed­nak owa kom­pa­nia nie­dłu­go póź­niej na­po­tka­ła drugą, nie­zbyt przy­jaź­nie na­sta­wio­ną. Wy­mie­nio­no kilka uwag co do pro­wa­dze­nia się matek człon­ków oby­dwu ekip i lada chwi­la miało dojść do rę­ko­czy­nów, więc Witek i Kac­per czmych­nę­li nim wcią­gnię­to ich w utarcz­kę. Zgod­nie po­sta­no­wi­li, że dość włó­cze­nia się i naj­wyż­sza pora na spo­czy­nek.

W miesz­ka­niu Witek wy­cią­gnął z barku na­lew­kę wi­śnio­wą. Polał po kie­lisz­ku, tak na dobry sen. Osta­tecz­nie roz­pra­co­wa­li pół ka­raf­ki.

– Po­cze­kaj, no… Po­cze­kaj se­kund­kę – wy­beł­ko­tał go­spo­darz. Sta­ra­jąc się iść pro­sto, opu­ścił salon.

Kac­per po­zo­sta­wio­ny sam ro­zej­rzał się po wi­ru­ją­cym po­ko­ju. Po­ra­żo­ny świa­tłem ża­rów­ki zwie­sił głowę. Nagle coś go tknę­ło. Ścią­gnął płaszcz z opar­cia krze­sła. Za­czął ner­wo­wo badać szwy pod pachą. Stęk­nął. Ze­rwa­ne. Głupi był i znisz­czył taki pięk­ny płaszcz. Żaden kra­wiec tego nie ura­tu­je, a przy­naj­mniej nie w przy­zwo­itej cenie. Kac­per rzu­cił okry­cie na pod­ło­gę, nalał sobie kie­li­szek, wypił łap­czy­wie.

Witek wró­cił, nio­sąc jakąś kart­kę. Wrę­czył ją Kac­pro­wi. Ry­su­nek przed­sta­wiał kra­jo­braz: białe pust­ko­wie po­prze­ci­na­ne bruz­da­mi, w któ­rych pły­nę­ła krwi­sta ciecz. Tu i ów­dzie wy­ra­sta­ły gej­ze­ry, bu­cha­ją­ce ró­żo­wą parą. W jej kłę­bach od­zna­cza­ły się ogrom­ne, po­dłuż­ne, roz­ga­łę­zia­ją­ce się kon­tu­ry, jakby ko­na­ry drze­wa wiel­kie­go ni­czym góra. To był ry­su­nek wy­ko­na­ny przez Kac­pra jesz­cze za cza­sów stu­denc­kich, przed­sta­wia­ją­cy jeden ze świa­tów od­wie­dzo­ny przez Tu­ła­czy. Kac­per wy­słał ry­su­nek Wit­ko­wi wraz z jed­nym z ostat­nich li­stów, nim ich ko­re­spon­den­cja się urwa­ła, bo i Tu­ła­cze prze­sta­li nada­wać.

Mil­czał przez dłuż­szą chwi­lę, ana­li­zu­jąc linie i barwy swego dzie­ła. Przy­pra­wia­ły go o za­wrót głowy.

– Za­prze­pa­ści­li­śmy dar – rzekł Wi­told, nie kry­jąc roz­go­ry­cze­nia. – Wi­dzie­li­śmy rze­czy, któ­rych nie wy­śni­li­by naj­więk­si fan­ta­ści i… i nic! Ja to ja, ale ty z takim ta­len­tem po­wi­nie­neś…

– Oj, skończ już! – Kac­per od­rzu­cił kart­kę na sto­lik. – Pró­bo­wa­łem, zga­dza się? I nic! No, do­kład­nie: nic! Nie­stwo­rzo­ne dziwy nam się śniły cza­sa­mi, racja, ale kon­kur­so­wych jurorów nie za­do­wa­la­ły moje… te no, re­kon­struk­cje, czy jak zwał tak zwał! Raz wy­gra­łem… – prze­rwał, wes­tchnął cięż­ko. – Po dru­gie utrzy­maj się za to.

Witek par­sk­nął:

– Pie­nią­dze? Są waż­niej­sze kwe­stie. – Się­gnął po ka­raf­kę. – Są cele, ide­ały, et ce­te­ra.

– Jasne. Tobie to łatwo mówić, pa­ni­czy­ku. – Kac­per uśmiech­nął się krzy­wo. – Nudzi ci się, to twórz! Pisz, czy co tam lu­bisz. Ja mam żonę i dzie­ci.

– Mą­drzej nie wspo­mi­nać o tych moich wy­po­ci­nach! Żad­nych ma­rzeń, żad­nych ma­rzeń! – Prze­rwał. – No tak… – Coś roz­bły­sło w jego źre­ni­cach. – Ale co do cie­bie, to po­wiedz szcze­rze: co było pierw­sze? Jajko, czy kura?

– Słu­cham?

Wi­told po­cią­gnął łyk z kie­lisz­ka.

– Po­rzu­ci­łeś ry­so­wa­nie, bo tak bar­dzo pra­gną­łeś za­ło­żyć ro­dzi­nę i ją utrzy­my­wać, czy może – po­chy­lił się w stro­nę przy­ja­cie­la – nie było już od­wro­tu, co? – wy­szep­tał z nutą za­do­wo­le­nia, jak po od­gad­nię­ciu pil­nie strze­żo­nej ta­jem­ni­cy.

– Hę? – Kac­per wy­pro­sto­wał się po­bu­dzo­ny przy­pły­wem gnie­wu. – Że co pro­szę? – za­py­tał ostro.

Witek zro­bił minę, mó­wią­cą: „Od po­cząt­ku wie­dzia­łem”. Roz­parł się na sofie, wy­piął brzuch, napił się na­lew­ki.

– Ech, chyba czas na sen. – Od­wró­cił głowę w stro­nę okna, za któ­rym skrzy­ły się gwiaz­dy. – A nuż po­ka­żą nam po­stę­py w dro­dze.

– No, czas naj­wyż­szy – przy­tak­nął Kac­per. – Zmę­czo­ny je­steś i bzdu­ry za­czy­nasz pleść.

– Niech ci bę­dzie, mój przy­ja­cie­lu. – Witek od­chy­lił głowę, za­mknął oczy, udał, że chra­pie. Za mo­ment roz­chy­lił po­wie­ki, wstał, mach­nął na Kac­pra. – Chodź, po­ka­żę ci, gdzie się po­ło­żyć.

Kac­per wstał z tru­dem. Po­dą­żył za go­spo­da­rzem do ma­łe­go po­ko­iku, skrom­nie ume­blo­wa­ne­go – znaj­do­wa­ły się tam: po­je­dyn­cze łóżko, pro­ste biur­ko oraz wie­ko­wa ko­mód­ka, a na niej opa­słe to­misz­cza w ko­lo­ro­wych opra­wach. Witek wska­zał na po­sła­nie, po­wie­dział: „Do­bra­noc”, po czym wy­szedł.

Po kilku mi­nu­tach walki ze sprzącz­ką paska, na­stęp­nie z no­gaw­ka­mi spodni, przez które stopy nie chcia­ły się za nic prze­śli­zgnąć, wresz­cie po od­pusz­cze­niu roz­pię­cia, drob­nych jak ma­czek, gu­zi­ków ko­szu­li, Kac­per padł na łóżko. Tuląc się do świe­żo wy­pra­nej po­ście­li, cał­kiem wy­czer­pa­ny za­snął na­tych­miast.

 

***

Rzecz jasna, kwe­stią czasu po­zo­sta­wa­ło, kiedy żo­łą­dek ze­chce po­zbyć się wy­so­ko­pro­cen­to­wej mie­szan­ki, wtła­cza­nej weń przez kilka do­brych go­dzin. Kac­per, wy­bu­dzo­ny przez okrut­ne nud­no­ści, nie był w sta­nie na nowo po­grą­żyć się we śnie. Za­wisł gdzieś mię­dzy nim a jawą – przy­sy­piał na krót­ką chwi­lę, zaś gdy ta mi­ja­ła, wra­cał do od­czu­wa­nia bodź­ców i tak w kółko. Ma­ja­ki oka­zu­ją się wów­czas naj­wy­ra­zist­sze.

Nie ode­brał sy­gna­łu od Tu­ła­czy, za to na­wie­dzi­li go Magda i Witek. Ona była wszech­obec­na, nie spusz­cza­ła wzro­ku z męża choć­by na uła­mek se­kun­dy po­trzeb­ny by mru­gnąć, z kolei przy­ja­ciel po­wta­rzał wciąż jedno i to samo zda­nie: „Nie było już od­wro­tu, co?”.

Do­pro­wa­dzo­ny do wście­kło­ści przez szum, w który prze­ro­dził się Wit­ko­wy głos, przez stale wi­szą­cy nad nim, niby ostrze gi­lo­ty­ny, osąd żony, no i żo­łąd­ko­we re­wo­lu­cje, Kac­per za­czął wić się w po­ście­li jak po­tę­pie­niec. Przy tym nadal cy­klicz­nie od­pły­wał w pół­sen i naj­wi­docz­niej nie prze­sta­wał się wtedy ru­szać, gdyż w końcu ock­nął się, spa­da­jąc. Ude­rzył o pod­ło­gę z głu­chym ło­mo­tem. Jęk­nął, za­klął. Zbita kość po­licz­ko­wa pod lewym okiem pul­so­wa­ła bólem tak prze­okrop­nym, że aż znie­ru­cho­miał.

Upa­dek przy­wró­cił mu peł­nię przy­tom­no­ści. Ode­tchnął z ulgą – stu­krot­nie wolał sińce od po­czu­cia osa­cze­nia.

Leżąc na twar­dych pa­ne­lach, oczy­ma przy­zwy­cza­jo­ny­mi do ciem­no­ści do­strzegł, wsu­nię­ty głę­bo­ko pod łóżko, nie­wiel­ki, drew­nia­ny fu­te­rał ze zło­ty­mi klam­ra­mi. Przed­miot ten wydał się Kac­pro­wi zna­jo­my. Co zmie­ści­ło­by się w puz­der­ku o ta­kich wy­mia­rach? Szyb­ko na­su­nę­ła mu się od­po­wiedź: pi­sto­let! To fu­te­rał na sta­re­go ka­pi­szo­now­ca – pa­miąt­kę z cza­sów Po­wsta­nia. Dzia­dek Witka strze­lał z niego do pu­szek w czerw­co­wym parku. Cie­ka­we, czy jesz­cze dzia­ła. Rano za­py­ta wła­ści­cie­la.

Z takim postanowieniem zamknął po­wie­ki. Po wy­ko­na­niu kilku mia­ro­wych wde­chów i wy­de­chów za­snął.

Uno­sił się nad po­grą­żo­nym w mroku pół­okrę­giem, po któ­re­go po­wierzch­ni su­nę­ły jasne, obłe plamy. Pod jedną z nich, da­le­ko, da­le­ko w dole był on sam, ocze­ku­ją­cy. Spo­glą­dał ku sobie, aż zza linii pół­okrę­gu wy­pry­snę­ła ja­sność. „Jesz­cze jeden i pół ob­ro­tu” – za­brzmia­ła nowa myśl.

 

***

– Aleś się urzą­dził – to były pierw­sze słowa, ja­ki­mi go­spo­darz ura­czył swego go­ścia, przy­szedł­szy go zbu­dzić.

Do­cho­dzi­ła je­de­na­sta. Wi­told po­mógł przy­ja­cie­lo­wi usiąść na łóżku.

– Wi­dzia­łeś? – za­py­tał.

Kac­per wydał z sie­bie po­twier­dza­ją­cy po­mruk – nie star­czy­ło mu siły by choć­by ski­nąć. Bolał go każdy cen­ty­metr ciała. I po co było ucie­kać przed miej­ski­mi ban­da­mi, skoro i tak skoń­czył po­tur­bo­wa­ny?

– To już jutro – głos Witka drżał od eks­cy­ta­cji – jutro!

Kac­per mruk­nął. Potem za­rzę­ził ża­ło­śnie i zła­pał się za brzuch. Witek, nie prze­jąw­szy się jego cier­pie­niem, pod­szedł do ko­mód­ki, za­czął prze­pa­try­wać grzbie­ty ksiąg.

– Przez więk­szość życia – pod­jął tę­sk­nie – pró­bo­wa­łem do­ciec, na czym opie­ra się dzia­ła­nie ich tech­no­lo­gii. Po­dró­żu­ją z ogrom­ną pręd­ko­ścią, wy­ko­rzy­stu­jąc tu­ne­le cza­so­prze­strzen­ne, te tę­czo­we, wiesz… Skąd czer­pią tę nie­mal­że nie­skoń­czo­ną ener­gię? – Się­gnął po jeden z tomów opra­wio­ny na nie­bie­sko, otwo­rzył na za­ło­żo­nej stro­nie. – Albo wizje, któ­rych do­zna­je­my. Bło­go­sła­wień­stwo, dar. Na ja­kiej za­sa­dzie dzia­ła po­łą­cze­nie z na­szy­mi umy­sła­mi?

– Nie­ste­ty nie po­do­ła­łem fi­zy­ce. Całe wie­czo­ry ślę­cza­łem nad teo­ria­mi i wzo­ra­mi, bijąc się po gło­wie. Nic mi z tego nie przy­szło. Tak samo, jak z roz­mów z pro­fe­so­ra­mi. – Któ­reś ze wspo­mnień spra­wi­ło, iż prych­nął z iry­ta­cją. – Mu­sia­łem za­da­wać ogól­ni­ko­we py­ta­nia, bo prze­cież… no, wiesz. A ta banda próż­nia­ków wy­ko­rzy­sty­wa­ła to jako pre­tekst do po­wy­mą­drza­nia się, za­bły­śnię­cia spe­cja­li­stycz­nym żar­go­nem. Kiedy do­py­ty­wa­łem o zna­cze­nie nie­zro­zu­mia­łe­go ter­mi­nu, pa­trzy­li na mnie po­błaż­li­wie zza swo­ich szkie­łek. Ach, stra­ta czasu! – Mach­nął ręką.

– Pra­gną­łem le­piej po­znać Tu­ła­czy, zro­zu­mieć ich, wy­ko­rzy­stu­jąc ma­te­ria­ły do­stęp­ne tutaj, na Ziemi. Może i mam za słaby rozum do wy­peł­nie­nia tego za­da­nia, jed­nak­że prze­czu­wam, że gdy­bym uro­dził się dru­gim Ga­li­le­uszem i tak nie po­jął­bym taj­ni­ków fan­ta­stycz­nej tech­no­lo­gii, z którą ob­co­wa­li­śmy – od­chrząk­nął, ode­tchnął głę­bo­ko.

To nie był ko­niec mo­no­lo­gu. W Wi­tol­dzie od­zy­wa­ły się nie­zre­ali­zo­wa­ne za­pę­dy li­te­rac­kie. Niewy­klu­czo­ne, że cy­to­wał któ­reś ze swo­ich ama­tor­skich dzie­łek.

– Tak, cy­wi­li­za­cja, z któ­rej wy­wo­dzą się Tu­ła­cze, wy­prze­dza ludz­ką w stop­niu tak da­le­kim, że funk­cjo­no­wa­nie wszel­kich urzą­dzeń tech­nicz­nych, po­jaz­dów, et ce­te­ra, na­le­ży okre­ślać mia­nem nie­wy­tłu­ma­czal­ne­go, czyli magii, a jej użyt­kow­ni­ków czar­no­księż­ni­ka­mi. Czar­no­księż­ni­ka­mi z ko­smo­su. – Do do­peł­nie­nia te­atral­no­ści wy­wo­du za­bra­kło tylko ukło­nu ze stro­ny mówcy.

– Wody… daj mi… – wy­dusił Kac­per.

Witek z wy­rzu­tem za­mknął nie­bie­ską księ­gę, wło­żył ją mię­dzy inne tomy.

– Chodź, śnia­da­nie zjemy – rzekł.

Wy­cią­gnął rękę w stro­nę przy­ja­cie­la, po­mógł mu się dźwi­gnąć.

Czła­piąc przez ko­ry­tarz, Kac­per po­sta­no­wił przej­rzeć się w okrą­głym lu­ster­ku, wi­szą­cym na ścia­nie. Wzdry­gnął się, sta­nąw­szy przed twa­rzą o bar­wie po­pio­łu, na­pu­chłą, wy­ra­ża­ją­cą prze­moż­ne zmę­cze­nie ścią­gnię­ty­mi ku do­ło­wi usta­mi oraz opad­nię­ty­mi po­wie­ka­mi. Dłoń Kac­pra ma­chi­nal­nie po­wę­dro­wa­ła w stro­nę sińca pod lewym okiem. Jęk­nął, za­sko­czo­ny jego tkli­wo­ścią.

– No, żem się urzą­dził… – stwier­dził ochry­ple.

 

***

Po po­si­le­niu się i od­by­ciu to­a­le­ty do­le­gli­wo­ści nieco ze­lża­ły. Witek chyba wy­ga­dał się dość, bo pod­czas śnia­da­nia mil­czał.

Kac­per zna­lazł swój płaszcz na pod­ło­dze w sa­lo­nie. Ści­snę­ło go w żo­łąd­ku na widok zmię­te­go okry­cia. Wło­żył je ostroż­nie, mając na uwa­dze nad­szarp­nię­te szwy.

Pa­no­wie wy­by­li na mia­sto, by prze­wie­trzyć umy­sły. Ulice Łó­żeń­ca wy­peł­nia­ła at­mos­fe­ra nie­dziel­nej nudy. Nie­licz­ni prze­chod­nie – w głów­nej mie­rze ro­dzi­ny z dzieć­mi albo pary pro­wa­dzą­ce się pod rękę – spa­ce­ro­wa­li po chod­ni­kach za­la­nych bla­dym świa­tłem je­sien­ne­go słoń­ca, od­zy­wa­jąc się do sie­bie ra­czej rzad­ko. Dla więk­szo­ści prze­chadz­ka sta­no­wiła oka­zję, by stra­wić różne oso­bi­ste kwe­stie. Nie ina­czej było w przy­pad­ku Kac­pra i Wi­tol­da. Kro­cząc ramię w ramię, z po­wa­gą na prze­mę­czo­nych twa­rzach, pa­trzy­li przed sie­bie sku­pie­ni na cięż­kiej pracy try­bów mię­dzy skro­nia­mi.

– Muszę iść na sta­cję, spraw­dzić roz­kład na dziś wie­czór – rzekł Kac­per, prze­ry­wa­jąc ciszę.

– Dziś wie­czór? – po­wtó­rzył zdu­mio­ny Witek. – O czym ty?… Prze­cież… – słowa grzę­zły mu w ści­śnię­tym gar­dle.

Kac­per od­parł bez­na­mięt­nie:

– Jutro rano za­czy­nam zmia­nę. Nie mogę za­nie­dbać, bo mnie po pro­stu zwol­nią.

Witek wydał z sie­bie chi­chot pod­szy­ty go­ry­czą.

– Pro­szę bar­dzo! – za­wrzał. – Droga wolna! Skoro ma­mo­nę sta­wiasz nad naj­waż­niej­szym wy­da­rze­niem w dzie­jach ludz­ko­ści…

– Czy­ich dzie­jach? – wtrą­cił Kac­per. – Chyba w dzie­jach nas dwóch, po­wiem tyle! Otwórz oczy, chło­pie. Ży­jesz sobie w kom­plet­nym ode­rwa­niu. Po­chło­nię­ty tymi bzde­ta­mi o magii za­prze­pa­ści­łeś ro­do­wy ma­ją­tek!

Witek do­sko­czył do niego z za­ci­śnię­ty­mi pię­ścia­mi.

– Co ty wy­pra­wiasz? – Kac­per się wy­prę­żył, pod­kre­śla­jąc swe więk­sze ga­ba­ry­ty. – Lu­dzie pa­trzą…

– Wła­śnie – ce­dził Wi­told – lu­dzie pa­trzą! Leć im się kła­niać, ty… – urwał. – Wiel­ce nor­mal­ny pan. A jaki za­rad­ny, pro­szę bar­dzo. Ro­dzi­na, dzie­ci, praca i ani grama fał­szu w tym wszyst­kim!

Kac­per uśmiech­nął się z po­li­to­wa­niem.

– Nie kom­pro­mi­tuj się.

Witek od­stą­pił o krok, się­gnął po pa­pie­ro­śni­cę. Ster­cze­li tak w po­nu­rym mil­cze­niu, mą­co­nym je­dy­nie za­cią­ga­niem się pa­lą­ce­go i od­gło­sa­mi prze­la­tu­ją­cych go­łę­bi. Kac­per, gło­śno prze­łknąw­szy ślinę, po­wie­dział:

– Po­słu­chaj, ja też pra­gnę ich uj­rzeć, ale zro­zum… Co mi z tego przyj­dzie w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku? Oni od­le­cą, ja zo­sta­nę i będę mu­siał żyć dalej. A o pracę teraz cięż­ko.

Witek wy­pu­ścił z ust kłąb si­ne­go dymu.

– Płyt­kiś, przy­ja­cie­lu.

Krew w ży­łach Kac­pra za­wrza­ła. Czuł, jak z jego porów wy­do­by­wa­ją się opary za­la­tu­ją­ce al­ko­ho­lem. Skra­pla­ły się na skro­niach, dło­niach, pod ko­szu­lą.

– I co, tak po pro­stu wy­je­dziesz? – Witek nie po­tra­fił się po­go­dzić z tym fak­tem. W ner­wo­wym od­ru­chu stu­kał pan­to­flem o bruk.

Kac­per wy­lą­do­wał na wiel­kim pust­ko­wiu myśli. W gar­dle mu za­schło, po­lu­zo­wał kra­wat. Na ho­ry­zon­cie za­świ­ta­ła oaza. Jed­nak, gdy przyj­rzał się z bli­ska jej wodom, zwąt­pił, czy ze­chce z nich za­czerp­nąć. Nie był to miraż, a naj­praw­dziw­sze rozwiązanie, o któ­rego ist­nie­niu wie­dział od za­wsze, lecz wolał uni­kać choć­by spo­glą­da­nia w jego kie­run­ku. Pod­niósł oczy na Witka, osnu­te­go pa­pie­ro­so­wą mgłą.

– Chyba, że… – za­czął.

– Hmm? – W Witku mo­men­tal­nie roz­bły­sła na­dzie­ja, na to, że przy­ja­ciel po­szedł po rozum do głowy i zo­sta­nie.

Praw­da nie była tak pro­sta ani przy­jem­na.

– W nocy po­wie­dzia­łeś, że zmar­no­wa­li­śmy dar. Masz rację. Je­ste­śmy zbyt słabi, zbyt mali… Po­trze­bu­je­my po­mo­cy.

Wi­told wy­trzesz­czył oczy.

– Ty su­kin­sy­nu! – Wska­zał na Kac­pra drżą­cym pal­cem, ni­czym ka­zno­dzie­ja po­tę­pia­ją­cy bluź­nier­cę. – Nie po­zwo­lę! Chcesz się do­ro­bić, sprze­dać ich. Po moim tru­pie!

– Pro­szę cię… – wy­du­sił z sie­bie Kac­per, wy­ko­nu­jąc uspo­ka­ja­ją­ce gesty, lecz na ta­ko­we było już za późno.

Wi­told rzu­cił nie­do­pa­łek na chod­nik, od­wró­cił się na pię­cie i ru­szył szyb­kim kro­kiem. Kac­per pa­trzył za nim, nie­chęt­ny po­ści­go­wi. Jed­nak zaraz przy­po­mniał sobie o wa­liz­ce za­mknię­tej w miesz­ka­niu – nie daj Boże, go­spo­darz gdzieś się za­wie­ru­szy i Kac­per nie od­zy­ska ma­nat­ków. Pu­ścił się bie­giem.

– Ej, gdzie cię nie­sie? – za­py­tał, do­ga­nia­jąc Witka.

– Nie twoja rzecz. – Tam­ten nie zwal­niał. – Wra­caj, skądś przy­je­chał.

– Wa­liz­ka…

Witek, wciąż w truch­cie, wsa­dził rękę do kie­sze­ni kurt­ki, skąd wyjął brzę­czą­cy pęk klu­czy.

– Pro­szę bar­dzo! – Upu­ścił je. Upa­dły pod sto­pa­mi Kac­pra.

 Kac­per ze ści­śnię­tym gar­dłem schy­lił się po pęk. Sta­jąc pro­sto, po­krę­cił głową na boki, spoj­rzał przez ramię. Witek znik­nął za win­klem. Da­le­ko w tyle prze­cha­dza­ło się mał­żeń­stwo z dwój­ką dzie­ci.

Kac­per wziął głę­bo­ki wdech. Zre­ali­zo­wał się naj­gor­szy sce­na­riusz – wsty­du najadł się przez tę wy­ciecz­kę i nic poza tym. Do­praw­dy, nic poza tym.

 

***

Wkro­czył do sa­lo­nu, sta­ra­jąc się nie spo­glą­dać na sto­lik, z któ­re­go nie sprząt­nę­li ka­raf­ki, kie­lisz­ków, po­piel­ni­cy ani ry­sun­ku. Chwy­cił za rącz­kę scho­wa­nej pod bla­tem wa­liz­ki, zro­bił w tył zwrot i pra­wie wy­szedł. Jed­nak każdy prze­by­ty krok przy­śpie­szał bicie jego serca.

Wró­cił do sto­li­ka. Wziął ry­su­nek w dło­nie. Klat­kę pier­sio­wą ści­snął gor­set żalu. Kac­per runął na krze­sło i za­szlo­chał.

Łzy spadły na spę­ka­ną glebę od­ma­lo­wa­ną przy po­mo­cy bia­łej i czer­wo­nej pa­ste­li. Przeszło mu przez myśl, by po­drzeć kart­kę, wy­rę­czyć w tym Witka, lecz osta­tecz­nie za­nie­chał. Wola, osła­bio­na przez kaca, była kom­plet­nie bez­rad­na wobec po­czu­cia stra­ty. Uryw­ki z życia, jasne i wy­raź­ne, przy­sła­nia­ły wizję Kac­pra.

Waga wy­da­rzeń, w któ­rych brał udział, osia­dła mu na bar­kach. Przy­znał Wit­ko­wi rację – na­zwał się płyt­kim i uza­leż­nio­nym od apro­ba­ty ogółu, do tego fał­szy­wym. Dla głu­piej po­sa­dy ban­kie­ra był gotów po­rzu­cić oka­zję do spo­tka­nia przed­sta­wi­cie­li obcej cy­wi­li­za­cji. Jed­no­cze­śnie wciąż wy­da­wa­ło mu się, że śni albo osza­lał. Po­czuł na sobie wzrok Magdy, ten sam co we śnie, su­ro­wy i oce­nia­ją­cy. Czy on rze­czy­wi­ście ją kocha? Za­łkał ża­ło­śnie.

Roz­kra­czył się nad przepaścią, to chcąc prze­sko­czyć na jeden brzeg, to na drugi. Na oby­dwu cze­ka­ła swego ro­dza­ju słusz­ność, ale i ka­tu­sze. Czas ucie­kał – na­le­ża­ło pod­jąć de­cy­zję: wró­cić do domu, czy za­ry­zy­ko­wać? Za jeden dzień nie­dy­spo­zy­cji fak­tycz­nie wy­le­ci, czy jest szan­sa? Gdyby kilka mie­się­cy temu nie wziął cho­ro­bo­we­go, może uga­dał­by sze­fo­stwo. W obec­nej sy­tu­acji czekała go co najmniej degradacja. Żadne za­wia­da­mia­nie nic tu nie da. I jak jej to wy­ja­śni? „Stra­ci­łem pracę, bo mu­sia­łem się zo­ba­czyć ze sta­ry­mi zna­jo­my­mi, ko­smi­ta­mi swoją drogą, wiesz Magda?”. Uciek­nie z dzieć­mi i Kac­per zo­sta­nie sam. Gdyby mógł to jakoś udo­wod­nić… Za­wia­do­mić kogoś, ale kogo? Po­li­cję? Dzien­ni­ka­rzy? I co im powie? „Pa­no­wie chodź­cie za mną, na pole, za dwo­rek”? I co? Pójdą? Prę­dzej po­pa­trzą się krzy­wo, po­pu­ka­ją w czoła.

Trza­snął się w twarz spo­co­ną dło­nią. Dość miał tej go­ni­twy. Zgrzy­tał zę­ba­mi, prawa noga drga­ła mu usta­wicz­nie, a w ustach za­schło. Zło­żył ry­su­nek, wsa­dził go do kie­sze­ni płasz­cza. Wstał i wy­szedł. Klucz scho­wał pod wy­cie­racz­kę.

Po scho­dach ka­mie­ni­cy scho­dził przy­gar­bio­ny i otę­pia­ły. Stru­mień myśli pły­nął bez ustan­ku, po­mi­mo usil­nych prób za­ta­mo­wa­nia. Ulgi nie przy­niósł ani po­wiew świe­że­go po­wie­trza po opusz­cze­niu za­śmier­dłej klat­ki scho­do­wej, ani pro­mie­nie słoń­ca.

Ru­szył tro­tu­arem w kie­run­ku sta­cji. Po prze­mie­rze­niu za­le­d­wie kilku kro­ków sta­nął jak wryty. Na­pię­ły się mię­śnie jego zo­bo­jęt­nia­łej twa­rzy. W stru­mie­niu, ni­czym sa­mo­ro­dek złota, za­bły­sła dro­bin­ka sensu, na­dziei. Po­chwy­cił ją łap­czy­wie.

 

***

Wy­na­jął po­ko­ik w tanim mo­te­lu o na­zwie „Kró­le­stwo”. Nie mógł za­snąć i mały w tym był udział twar­de­go ma­te­ra­ca oraz szorst­kiej po­ście­li. Prze­wra­ca­jąc się z boku, na bok, robił to, co przez cały dzień, czyli gdy­bał. Na okrą­gło roz­pa­try­wał po­wzię­ty plan, brał pod lupę każdy moż­li­wy roz­wój wy­pad­ków. Za­brnął za da­le­ko, szan­sa na od­wrót prze­mi­nę­ła. Trze­ba kon­ty­nu­ować, ale jakiż to okrop­ny wy­si­łek, kon­ty­nu­owa­nie.

Ko­niec koń­ców usnął, lecz spo­czy­nek ten róż­nił się od po­przed­nie­go, je­dy­nie lżej­szy­mi bó­la­mi żo­łąd­ka oraz, tylko po czę­ści, tre­ścią kosz­ma­rów. Magda i Witek drę­czy­li go na stare, spraw­dzo­ne spo­so­by: osą­dem oraz szy­der­stwem. Ukrył się przed nimi w krze­wach ja­łow­ca. Na­ra­stać za­czę­ło dzie­cię­ce kwi­le­nie jego synów. Prze­my­kał od krze­wu do krze­wu, aż wybył na ma­lo­wa­ne zło­tem zbo­żo­we pola. Z góry wolno opa­dał czar­ny, elip­tycz­ny kształt.

Kac­per wło­żył rękę do kie­sze­ni płasz­cza. Ura­do­wał go chłód chro­po­wa­tej po­wierzch­ni pod pal­ca­mi. Pod­szedł do lą­du­ją­ce­go po­jaz­du. Witek już tam stał z pa­pie­ro­sem w ustach. Za­pro­po­no­wał jed­ne­go Kac­pro­wi, lecz ten od­mó­wił. Z czer­ni we­hi­ku­łu wy­ło­ni­li się Ta­dzio oraz Staś. Kac­per dys­kret­nie wy­su­nął Leicę z kie­sze­ni, wci­snął guzik. Apa­rat trza­snął. Na szczę­ście nikt się nie zo­rien­to­wał. Sy­no­wie we­so­ło po­wi­ta­li się z Wi­tol­dem, okrzyk­nę­li go swym wuj­kiem. Kac­per wy­ko­nał ko­lej­ne zdję­cie. Ta­dzio zwró­cił ku ojcu prze­ni­kli­we spoj­rze­nie. Z chło­pię­cych uste­czek wy­do­był się cięż­ki od­głos dud­nie­nia. Strach ści­snął klat­kę pier­sio­wą Kac­pra, aż do bez­de­chu.

Wy­bu­dził się zlany potem i zdy­sza­ny jak po dłu­giej go­ni­twie. Po­dob­ne ma­ja­ki na­wie­dzi­ły go kil­ku­krot­nie w prze­cią­gu nocy. Nad ranem stwier­dził, że nie ma ocho­ty wra­cać do kra­iny snów. Do­cze­kaw­szy do szó­stej, po­szedł na sta­cję.

Już go­dzi­nę póź­niej wsiadł do po­wo­zu. Pod­czas po­dró­ży błę­kit nieba za­sło­ni­ły gra­na­to­we kłęby, ze­rwał się wiatr, za­czę­ło mżyć. Woź­ni­ca po­ga­niał konie coraz za­ja­dlej. Po­jazd pod­ska­ki­wał na ko­le­inach, błoto bry­zga­ło pod ko­ła­mi.

Bły­ska­wi­ce prze­cię­ły pod­brzu­sza chmur, a z za­da­nych ran lunął rzę­si­sty deszcz. Nie do­je­cha­li do dwor­ku. Woź­ni­ca wstrzy­mał konie przy pierw­szych na­po­tka­nych do­mo­stwach. Znał się z miesz­kań­ca­mi wsi. We­dług nie­pi­sa­nej umowy po­win­ni oni za­pew­nić schro­nie­nie jemu oraz po­dróż­nym.

Kac­per sie­dział na zydlu, jak na szpil­kach, wsłu­cha­ny w szum dłu­żą­cej się ulewy. Przy­szło mu do głowy, by za­ofe­ro­wać po­wo­żą­ce­mu do­dat­ko­wą opła­tę w za­mian za wzno­wie­nie jazdy, jed­nak po­zo­sta­ło mu nie­wie­le pie­nię­dzy, a wy­sta­wie­nie się na tak ob­fi­ty deszcz za­pew­ne wią­za­ło­by się z nie­ma­łą sumą. Tym­cza­sem w sto­li­cy roz­po­czął się dzień pracy – ko­le­dzy Kac­pra, przygar­bie­ni przy swo­ich biur­kach zli­cza­li bank­no­ty, a on prze­sia­du­je w wiej­skich cha­tach, w dro­dze na spo­tka­nie z przy­by­sza­mi z ko­smo­su.

Go­spo­dy­ni po­czę­sto­wa­ła ich her­ba­tą. Zdą­ży­li wypić napar i po­cze­kać jesz­cze z dobre pół go­dzi­ny, nim chmu­ry od­sło­ni­ły słoń­ce.

Próg pen­sjo­na­tu prze­kro­czył nie­ca­ły kwa­drans przed dzie­wią­tą. Po­zo­sta­ło od­na­leźć wą­sa­te­go je­go­mo­ścia i prze­ko­nać go do wy­po­ży­cze­nia apa­ra­tu. Za­gad­nąć, jakby nigdy nic, że za­pra­gnę­ło się uwiecz­nić pięk­ne miej­sce opo­dal dwor­ku i już, spra­wa za­ła­twio­na. Męż­czy­zna po­zna­ny w po­dró­ży wy­warł na Kac­prze wra­że­nie po­czciw­ca – po­wi­nien się zgo­dzić. Jak mu tam było? Ju­lian?… Ju­lian Niem­czyk? Kac­per za­py­tał re­cep­cjo­ni­stę o to na­zwi­sko.

– Nie­ste­ty, nikt taki ak­tu­al­nie u nas nie wy­naj­mu­je. – Pra­cow­nik pen­sjo­na­tu nie­uf­nie zmie­rzył przy­by­sza.

– Ach! – Kac­per po­tarł brodę. – Przed­wczo­raj przy­je­cha­li­śmy tu razem. Taki ni­ska­wy, szczu­pły, z wą­sa­mi…

– Aha, to bę­dzie pan Rem­czyk. Ale o co cho­dzi?

– Mam do niego pilną spra­wę. Roz­li­czyć się chcia­łem. – Za­czer­wie­nił się, łga­jąc.

– Hmm… – re­cep­cjo­ni­sta się wahał. W końcu rzekł z wy­czu­wal­ną re­zy­gna­cją: – Może nadal prze­by­wa u sie­bie. Pokój numer osiem. Scho­da­mi po pra­wej na pię­tro i do końca ko­ry­ta­rza. Ewen­tu­al­nie pro­szę spraw­dzić w ka­fe­te­rii. Albo nie wiem gdzie, może wy­szedł i mi to umknę­ło. – Roz­ło­żył ręce.

Mi­nu­tę póź­niej Kac­per stał pod drzwia­mi ozna­czo­ny­mi złotą ósem­ką. Nie­gdyś mie­ścił się tu zi­mo­wy ga­bi­net hra­bie­go Czer­wic­kie­go. Za­pu­kaw­szy, po­sły­szał po dru­giej stro­nie różne szme­ry i sze­le­sty. Na szczę­ście za­stał Rem­czy­ka. Prze­krę­co­no klu­czyk w zamku, drzwi się uchy­li­ły.

– Słu­cham?… – za­py­ta­ła za­spa­na wą­sa­ta twarz.

– Dzień dobry, panie Niem… zna­czy Rem­czyk. Wal­czuk Kac­per. Pa­mię­ta mnie pan? W so­bo­tę je­cha­li­śmy razem po­cią­giem, potem po­wo­zem.

– Aha – Rem­czyk po­zna­wał. – Pan na­elek­try­zo­wa­ny – uśmiech­nął się ser­decz­nie, lecz mina zaraz mu zrze­dła. – Co się panu stało? – Wska­zał pal­cem na lewy po­li­czek.

– Upa­dłem… – od­parł Kac­per, nieco zbity z tropu, bo za­po­mniał o sińcu.

– W czym rzecz, panie Wal­czuk?

– Miał­bym proś­bę. Ten pań­ski sprzęt… Leica, o ile do­brze pa­mię­tam? Wy­pa­trzy­łem ładne miej­sce nie­da­le­ko stąd i po­my­śla­łem, że można by wy­ko­nać fo­to­gra­fię.

– Ano, można by. Z Leicą to żaden pro­blem. Pan po­cze­ka, ubio­rę się i pój­dzie­my – po­wie­dział i od­stą­pił od drzwi.

– Do­brze… – bąk­nął Kac­per.

Po se­kun­dzie lub dwóch przy­szła re­flek­sja wy­krę­ca­ją­ca trze­wia. Prze­cież nie może za­brać ze sobą świad­ka! Nie wiadomo jak zareaguje Witek, gdy spostrzeże kogoś niewtajemniczonego – czy coś głupiego nie strzeli mu do głowy.

– Prze­pra­szam. – Zaj­rzał do po­ko­ju. – Ja bym wolał sa­me­mu… – wy­szcze­rzył zęby. – Zna­czy się, to chwi­lę zaj­mie i ka­wa­łek trze­ba przejść. Nie chciał­bym pana kło­po­tać.

Wą­sacz, ster­czą­cy przy sza­fie w nie­do­pię­tej ko­szu­li, zmarsz­czył czoło.

– Ależ pro­szę się nie mar­twić. Chęt­nie się prze­spa­ce­ru­ję. – Wró­cił do za­pi­na­nia gu­zi­ków. – Na brak czasu nie na­rze­kam. Je­stem na urlo­pie.

Kac­per po­sta­wił krok na­przód.

– Po­ra­dzę sobie, za­pew­niam pana – silił się na uprzej­mość, jed­nak gołym okiem do­strze­gał, jak z Rem­czy­ka ucho­dzi za­ufa­nie. Gu­zi­ki wy­śli­zgi­wa­ły się spo­mię­dzy drżą­cych pal­ców męż­czy­zny.

– Pan wy­ba­czy, ale to nie jest tania rzecz – rzekł pod­de­ner­wo­wa­ny wą­sacz, wska­zu­jąc na pa­ra­pet, gdzie le­ża­ło czar­no-zło­te urzą­dze­nie. – Nie mogę ot tak po­wie­rzyć jej komuś nie­zna­jo­me­mu.

– Tak, ro­zu­miem – Kac­per przy­ta­ki­wał skwa­pli­wie, wkra­cza­jąc do po­miesz­cze­nia głę­biej i głę­biej. – Mam po­mysł! – wy­krzyk­nął, ze stre­su tra­cąc pa­no­wa­nie nad gło­sem. – Zo­sta­wie panu port­fel. Mam tam do­ku­men­ty, go­tów­kę. – Wy­cią­gnął szczu­pły skó­rza­ny pu­gi­la­res z kie­sze­ni płasz­cza. – Taki za­staw, wie pan.

Cera Rem­czy­ka wy­bla­kła. Wą­sacz od­dy­chał mia­ro­wo przez roz­chy­lo­ne usta.

– Nie, nie… – mam­ro­tał z po­cząt­ku cicho, lecz nagle wy­rzu­cił z sie­bie: – Wy­klu­czo­ne! Ile pan tam ma niby? Mam wy­mie­nić sprzęt za setki na pusty port­fel? Nie­do­cze­ka­nie!

– Ciii… – Kac­per przy­ło­żył palec do ust.

Obej­rzał się na otwar­te drzwi. Cof­nął się, by je za­mknąć.

– Co pan robi? – Rem­czyk krzyk­nął gło­śniej. Na­ra­sta­ły w nim agre­sja oraz strach. – Pro­szę stąd wyjść!

– Prze­pra­szam… – Kac­per scho­wał port­fel, zło­żył dło­nie, jak do mo­dłów i za­czął kajać się przed wą­sa­czem. – Do­praw­dy, naj­moc­niej pana prze­pra­szam, ale to spra­wa życia i śmier­ci. Po­trze­bu­ję apa­ra­tu. Oddam, klnę się na wła­sną ro­dzi­nę. – Jedną rękę uniósł, drugą przy­ło­żył do pier­si. – Zwró­cę panu Leicę po po­łu­dniu.

 Rem­czyk ruszył w stronę drzwi, pró­bu­jąc minąć in­tru­za, lecz Kac­per cał­kiem bez­wied­nie zła­pał go za koł­nierz. Wąsacz pi­snął, szarp­nął się, ale nic mu z tego nie przy­szło. Kac­per nie zwal­niał uści­sku. Gwał­tow­nie przy­cią­gnął do sie­bie mniej­sze­go, słab­sze­go męż­czy­znę. Zbli­żyw­szy twarz do jego twa­rzy, wy­szep­tał:

– Spo­koj­nie, spo­koj­nie…

Rem­czyk wcią­gnął haust po­wie­trza, go­tu­jąc się do wrza­sku o pomoc, lecz Kac­per, po­now­nie bez zbęd­nych prze­my­śleń, za­sło­nił mu usta ręką mocno i szczel­nie – tak, że nie prze­ci­snął­by się naj­cień­szy pisk. Zy­skał wła­dzę nad dy­go­cą­cą, bez­rad­ną masą, z któ­rej skła­dał się drugi czło­wiek. Za­pa­no­wał nad cu­dzym losem. Opu­ści­ły go lęki oraz zwią­za­ne z nimi na­pię­cie, jakby po­chwy­ciw­szy Rem­czy­ka, po­chwy­cił w garść całe ist­nie­nie – nic nie było mu strasz­ne.

– To po­ży­czy pan apa­rat, czy nie? – za­py­tał bez za­jąk­nię­cia, pew­nie i czy­sto, jak chyba nigdy w życiu.

Tam­te­go prze­szły dresz­cze. Mruk­nął coś i na tym skoń­czy­ła się roz­mo­wa. Kac­per wes­tchnął. Stwier­dziw­szy, że in­ne­go wyj­ścia nie znaj­dzie, pu­ścił koł­nierz wą­sa­cza, wziął za­mach. Przy ze­tknię­ciu się pię­ści ze smukłym nosem, za­brzmiał głu­chy trzask. Nim Rem­czyk upadł i na­ro­bił ha­ła­su, Kac­per pod­trzy­mał go. Ude­rzył drugi raz, pro­sto w lewą skroń, po czym ostroż­nie uło­żył na pod­ło­dze nie­mal­że bez­wład­ne ciało.

– No trud­no, trud­no – wy­szep­tał na widok krwi.

 Prze­kro­czył nie­przy­tom­ne­go Rem­czy­ka, by zgar­nąć Leicę z pa­ra­pe­tu. Chłod­na, chro­po­wa­ta po­wierzch­nia apa­ra­tu była do­kład­nie ta­ka, jaką wy­śnił tej nocy. W oczy rzu­cił mu się jesz­cze klu­czyk le­żą­cy na stole.

Wy­sta­wiw­szy głowę za drzwi, ro­zej­rzał się po ko­ry­ta­rzu, a także nad­sta­wił ucha, czy cza­sa­mi ktoś nie nad­cho­dzi. Było czy­sto. Wy­śli­zgnął się z po­ko­ju numer osiem i prze­krę­cił klucz w zamku.

W pierw­szej chwi­li miał za­miar od razu udać się na pola, jed­nak wcze­sna go­dzi­na go znie­chę­ci­ła. Wstą­pił do ka­fe­te­rii, gdzie spo­żył śnia­da­nie. Mury pen­sjo­na­tu opu­ścił za dzie­sięć po dzie­sią­tej. Lek­kim kro­kiem prze­szedł przez park. Do­tarł­szy do furt­ki, nie­zmien­nie za­mknię­tej na kłód­kę, upew­nił się co do braku ob­ser­wa­to­rów. Nie­ste­ty, na ławce nie­opo­dal sie­dzia­ła ele­ganc­ko ubra­na da­mul­ka. Zaj­mo­wa­ła się lek­tu­rą ja­kie­goś cien­kie­go to­mi­ku, acz­kol­wiek nie wia­do­mo było, czy aby cze­goś nie usły­szy.

Kac­per od­cze­kał chwi­lę, lecz coś pod­po­wia­da­ło mu, że da­mul­ka, nie­chyb­nie ko­rzy­sta­ją­ca z po­lep­sze­nia aury, odej­dzie nie­pręd­ko. Znie­cier­pli­wio­ny wspiął się na pręty. Wy­lą­do­wał dość twar­do i gło­śno. Wsta­jąc z kolan, spoj­rzał na tamtą. Ko­bie­ce oczy ode­rwa­ne od stro­nic spo­glą­da­ły wprost na niego. Kac­per nie­wie­le się tym prze­jął. Naj­pro­ściej w świe­cie kon­ty­nu­ował wę­drów­kę do celu, to jest za­gaj­ni­ka, w któ­rym dwie ro­sną­ce przy sobie lesz­czy­ny sta­no­wi­ły łuk bramy pro­wa­dzą­cej do kra­iny ta­jem­nic.

 

***

Wszedł­szy mię­dzy drze­wa, Kac­per wy­tę­żył zmy­sły. Spo­dzie­wał się na­po­tkać tu Witka, Bóg jeden raczy wie­dzieć jak uspo­so­bio­ne­go. Trzy­ma­jąc dłoń na skry­tym w płasz­czu apa­ra­cie, bacz­nie wo­dził wzro­kiem po gę­stwie do­ko­ła. Przy usłyszeniu najmniejszego szmeru, czy trzasku przechodziły go dreszcze.

Od­czuł silną po­ku­sę sfo­to­gra­fo­wa­nia orze­szy­no­wej bramy, lecz, rzecz jasna, po­wstrzy­mał się. Czerwicki mógł się gdzieś czaić, a ob­na­że­nie przed nim Leici stwarzało zbyt dużo ryzyko. Najpewniej zaatakowałby Kacpra, próbując zniszczyć aparat. Zdję­cia trze­ba wy­ko­nać z ukry­cia, co bę­dzie wy­ma­ga­ło nie lada zręcz­no­ści, tym­cza­sem Kac­per mógł się tylko do­my­ślać zasad dzia­ła­nia urzą­dze­nia. Mimo to nie opusz­cza­ła go pew­ność swego. Zdro­wy roz­są­dek nie od­wo­dził już od wy­trwa­nia przy pod­ję­tym za­mia­rze.

Zre­zy­gno­wał z fo­to­gra­fo­wa­nia, ale za to dał upust in­ne­mu pra­gnie­niu. Wci­snął się mię­dzy ga­łę­zie lesz­czyn. To z czym mały chło­piec ra­dził sobie bez prze­szkód, do­ro­sły męż­czy­zna oku­pił walką. Zry­wał opla­ta­ją­ce go pną­cza, grub­sze od­no­gi łamał, za co ro­śli­ny re­wan­żo­wa­ły się ska­le­cze­nia­mi oraz śla­da­mi na płasz­czu, któ­re­go oglę­dzi­na­mi Kac­per nie za­przątał sobie głowy.

Tu­ła­cze wciąż znaj­do­wa­li się gdzieś na or­bi­cie, więc nie ob­la­zł go elek­trycz­ny rój. Przedar­cie się przez chasz­cze miało cha­rak­ter czy­sto sym­bo­licz­ny, za­spo­ko­iło sen­ty­men­ty Kac­pra.

Brnął dalej przez za­gaj­nik, czuj­nie wy­pa­tru­jąc Witka. Osta­tecz­nie wy­szło na to, że stre­so­wał się nie­po­trzeb­nie. Sam na­szedł Czer­wic­kie­go, drze­mią­ce­go pod pa­ra­so­lem z upstrzo­nych igła­mi ga­łę­zi świer­ku, ro­sną­ce­go na skra­ju za­drze­wie­nia, tuż przy polu. Wi­told miał na sobie tę samą szarą kurt­kę, co przez ostat­nie dwa dni, do tego grubą weł­nia­ną czap­kę, sze­ro­kie spodnie, wci­śnię­te w ka­ma­sze. Spo­czy­wał na spo­rych roz­mia­rów wa­liz­ce.

Kac­per roz­ba­wio­ny tym ob­raz­kiem, po­now­nie na­brał ocho­ty uwiecz­nie­nia chwi­li na ta­śmie. A gdyby tak?… Już do­by­wał Leicę, lecz wtem Witek drgnął, roz­chy­lił po­wie­ki. Widok Kac­pra roz­bu­dził go na­tych­miast.

– Mhm – mruk­nął, bez cie­nia za­sko­cze­nia. – Czyli jed­nak…

– Ano. Jak widać – od­rzekł Kac­per, nie szczę­dząc prze­ką­su. – Wy­bie­rasz się gdzieś?

– Ano – Wi­told siadł pro­sto, prze­czy­ścił gar­dło. Szy­ko­wa­ła się dłuż­sza wy­po­wiedź. – Sam po­wie­dzia­łeś: oni od­le­cą, a życie bę­dzie to­czyć się dalej. Przy­zna­ję ci rację. Tyle że ty masz dla kogo i po co tu zo­sta­wać, Kac­per. Umiesz prze­trwać w tym świe­cie, w prze­ci­wień­stwie do mnie… – Za­sto­so­wał za­bieg dra­ma­tycz­nej pauzy. Wej­rzał w pust­kę.

– Utra­ci­łem ro­do­we dzie­dzic­two, nie mam ta­len­tów, do pracy się nie na­da­ję – cią­gnął smęt­nie – mi­ło­ści nie zna­la­złem… Po­zo­sta­ło mi ulot­nić się stąd, w jakiś spo­sób… – tu przy­brał wy­jąt­ko­wo po­nu­ry ton. – Ich przy­by­cie to dla mnie ostat­nia szan­sa. Po­pro­szę, by mnie za­bra­li.

Kac­per usiadł na wil­got­nej ziemi, wziął Witka pod ramię.

– Trzy­mam za cie­bie kciu­ki, bra­cie! – za­wo­łał en­tu­zja­stycz­nie.

– Dzię­ku­ję – Wi­told od­po­wie­dział nie­pew­nie, chyba zmie­sza­ny.

Umil­kli. Mi­nu­ty mi­ja­ły po­wo­li jak to za­wsze w bez­czyn­no­ści. Kac­per za­nu­cił jakąś jaz­zo­wą me­lo­dyj­kę, za­sły­sza­ną w radiu. Witek odpiął suwak kurt­ki. Za­chcia­ło mu się palić, jed­nak się­ga­jąc po pa­pie­ro­śni­cę, na­po­tkał inny przed­miot, o któ­rym na śmierć za­po­mniał.

– O, zo­bacz co mam! – Szturch­nął Kac­pra.

Zza pa­zu­chy wy­cią­gnął pi­sto­let ka­pi­szo­no­wy z ciem­ną drew­nia­ną rę­ko­je­ścią, sre­brzy­stą lufą oraz zło­co­nym zam­kiem, ka­błą­kiem i spu­stem.

– Ożeż ty! – Kac­per pal­nął się w czoło. – Wi­dzia­łem fu­te­rał pod łóż­kiem w twoim po­ko­ju. Jak le­ża­łem na pod­ło­dze, wiesz… – uśmiech­nął się krzy­wo. – Mia­łem za­py­tać, czy dzia­ła, ale po prze­bu­dze­niu ledwo żyłem i jakoś mi umknę­ło, a potem żeśmy się po­kłó­ci­li.

– Ro­zu­miem, ro­zu­miem. Wy­da­je mi się, że po­wi­nien dzia­łać. – Ob­ró­cił pu­kaw­kę w dło­niach. – Dzia­dek bar­dzo o niego dbał. Czy­ścił, kon­ser­wo­wał i tak dalej. Ja nie strze­la­łem od kilku lat. Teraz nie ma co, bo jesz­cze ktoś się przy­pa­łę­ta.

– Świę­ta racja – Kac­per zgo­dził się całym sobą.

– Chcesz po­trzy­mać?

– Jasne. – Wziął pi­sto­let w ręce, obej­rzał do­kład­nie z każ­dej stro­ny.

Ładna, za­byt­ko­wa rzecz, warta bar­dzo dużo, jeśli fak­tycz­nie spraw­na. Wy­żło­bio­ne w me­ta­lu nu­me­ry se­ryj­ne, znaki fa­brycz­ne oraz data Po­wsta­nia, po­twier­dza­jąc au­ten­tycz­ność i bo­ga­tą hi­sto­rię, ze sporą na­wiąz­ką re­kom­pen­so­wa­ły ła­god­ne ślady ko­ro­zji.

– I my­ślisz, że ci się to przy­da tam na górze?

– Ko­smos spra­wia wra­że­nie peł­ne­go nie­bez­pie­czeństw.

– Prze­cież w wi­zjach nie po­ka­za­li ni­cze­go agre­syw­ne­go – za­uwa­żył Kac­per. – Żad­nych ko­smicz­nych pi­ra­tów, roz­bój­ni­ków – tu się za­śmiał. – Nie­któ­re kra­jo­bra­zy były strasz­ne, zgoda.

Z kie­sze­ni wyjął zło­żo­ną kart­kę. Po roz­pro­sto­wa­niu jej rzekł:

– To wiel­kie… Nie wia­do­mo co. Ro­śli­na?… Cho­le­ra wie, ale ołów ra­czej na nie­wie­le się prze­ciw temu zda.

– W takim razie uznaj­my, że pi­sto­let za­bie­ram w cha­rak­te­rze pa­miąt­ki. Sen­ty­men­tal­ny je­stem, wiesz o tym. – Wi­told wsa­dził fajka mię­dzy zęby. – Życzy pan sobie? – Pod­su­nął Kac­pro­wi pa­pie­ro­śni­cę.

– A daj.

Dla za­bi­cia czasu prze­cha­dza­li się po za­gaj­ni­ku, spa­la­jąc pa­pie­ro­sa za pa­pie­ro­sem. Po raz wtóry za­trzy­ma­li się przy krze­wach lesz­czy­ny. Skoro obaj wie­dzie­li do­sko­na­le, że myślą o tym samym, nie od­czu­li po­trze­by gło­śnej roz­mo­wy. Wró­ci­li na skraj pola, by spraw­dzić jego stan po nie­daw­nym desz­czu. Witek wszedł na zaoraną ziemię. Zło­żyw­szy cały cię­żar na sto­pach, za­padł się po­wy­żej ko­stek. Kac­per po­dą­żył za nim. Nijak nie prze­jął się no­gaw­ka­mi spodni oka­la­ny­mi przez lep­kie błoto, o pan­to­flach i skar­pe­tach nie wspo­mi­na­jąc.

Męż­czyź­ni za­dar­li głowy i tak ster­cze­li na pod­mo­kłym polu, śle­dząc ruch słoń­ca, zbli­ża­ją­ce­go się do naj­wyż­sze­go punk­tu swej wę­drów­ki. Ileż to minut zo­sta­ło? Nie­speł­na go­dzi­na? Za­pa­li­li. Pa­pie­ro­śni­ca opu­sto­sza­ła nie­mal w zu­peł­no­ści, jed­nak­że Wi­told wy­znał, że wy­pchał ty­to­niem i bi­buł­ka­mi po­ło­wę wa­li­zy. Ten zapas wydał się Kac­pro­wi o wiele uży­tecz­niej­szy niż dziad­ko­wy ka­pi­szo­no­wiec. Nie to żeby wie­dział co­kol­wiek o pa­le­niu w prze­strze­ni ko­smicz­nej – jak to jest z za­cią­ga­niem się w heł­mie i tak dalej. Bo bez hełmu to ra­czej ani rusz, czyż nie? I za to nie dałby sobie ręki uciąć. Co może wie­dzieć taki pro­sty, płyt­ki ban­kier?

Nuda sta­wa­ła się nie­zno­śna, roz­my­śla­nia coraz mniej ko­he­rent­ne, lecz wresz­cie wska­zów­ki ze­ga­ra spo­tka­ły się na jego szczy­cie. Po­wie­trze wy­peł­ni­ło ci­chut­kie bzy­cze­nie. Kac­pro­wi serce po­de­szło do gar­dła. Spoj­rzał na Witka bla­de­go z prze­ję­cia. Przez ciała męż­czyzn prze­my­ka­ły ła­sko­czą­ce prądy, a włosy sta­nę­ły im dęba. Naj­mniej­szy ruch wy­wo­ły­wał silne, bo­le­sne wy­ła­do­wa­nia. Za­sty­gli sku­le­ni.

Kilka me­trów nad ich gło­wa­mi zma­te­ria­li­zo­wa­ła się wiel­ka czar­na elip­sa, przy­wo­dzą­ca na myśl kocią źre­ni­cę, długą na sześć me­trów. Opa­da­ła po­wo­li, do mo­men­tu, w któ­rym dolny ko­niec nie­mal­że do­tknął ziemi. Wów­czas za­czę­ła od­chy­lać się w tył, aż pła­sko za­wi­sła nad bło­tem. Po dwóch se­kun­dach okla­pła w nie z do­no­śnym plu­skiem.

Z czer­ni we­hi­ku­łu wy­chy­nę­ła okrą­gła wy­pust­ka, za­krę­ci­ła się do­ko­ła. Za­trzy­maw­szy okien­ko wi­zje­ra na Kac­prze i Witku, za­dud­ni­ła we­so­ło. To był hełm Tu­ła­cza. Obok wy­rósł drugi i rów­nież za­dud­nił na po­wi­ta­nie przy­ja­cio­łom. Ze stat­ku wy­ło­ni­ły się barki, tu­ło­wia odzia­ne w luźne ciem­no­sza­re togi. Ko­smi­ci uka­za­li swe praw­dzi­we roz­mia­ry – prze­szło dwa metry wzro­stu. Do pasa zatopieni w wehikule za­dud­ni­li po­now­nie. Py­ta­li: „Jak się macie?”.

– Do­brze… – wy­du­sił z sie­bie Witek.

Kac­per od­dy­chał płyt­ko. Oni ist­nie­ją – do­tar­ło do niego z całą siłą. Miał ich przed sobą, na wy­cia­gnię­cie ręki. Ni­cze­go sobie nie wmó­wił, oni za­wsze byli gdzieś tam w prze­strze­ni i pa­mię­ta­li o nim. Nie za­po­mnie­li po­mi­mo upły­wającego czasu, po­mi­mo prze­by­tych mi­lio­nów lat świetl­nych. To on po­wi­nien ich wy­cze­ki­wać, dzię­ko­wać za łaskę, jaką mu okazali. Za­miast tego bił się po gło­wie, gryzł w zwąt­pie­niu. Sam był swoim naj­więk­szym prze­śla­dow­cą i przed samym sobą ukry­wał się całe życie.

Pod­szedł do Tu­ła­czy, trzy­ma­jąc przed sobą roz­ło­żo­ny ry­su­nek. Za­dud­ni­li z dumą, wle­wa­jąc w jego serce jesz­cze wię­cej cie­pła. Wi­told nie­śmia­ło wy­ło­żył swą proś­bę. Nie mówił za wiele – ko­mu­ni­ka­cja po­mię­dzy całą czwór­ką zgro­ma­dzo­ną na polu prze­bie­ga­ła gdzieś ponad sło­wa­mi.

– Bła­gam. – Witek padł na ko­la­na.

Tu­ła­cze za­dud­ni­li z żalem. Po po­licz­kach Czer­wic­kie­go po­cie­kły łzy. Kac­per objął przy­ja­cie­la.

– Wy­bacz – wy­szep­tał, w my­ślach wy­mie­nia­jąc swe grze­chy, przy­rze­ka­jąc po­pra­wę i do­zgon­ne wspar­cie.

Witek wy­ba­czył i za­szlo­chał. Wtem po­ru­szył się nie­spo­koj­nie.

– Co ty masz w kie­sze­ni? – za­py­tał.

At­mos­fe­ra zgęst­nia­ła, oto­cze­nie jakby po­ciem­nia­ło. Roz­le­gło się dud­nie­nie, tym razem gwał­tow­ne, wzbu­rzo­ne.

Kac­per dobył Leicę, uniósł ją do góry, by Tu­ła­cze mogli się przyj­rzeć, po czym ci­snął apa­ra­tem w błoto i przy­dep­nął. Aura wró­ci­ła do normy.

Z czy­sty­mi su­mie­nia­mi, prze­ję­ci cza­rem wspo­mnień, snuli się po oko­li­cy. Prze­szli tam, gdzie dawno temu rosły krze­wy ja­łow­ca, mię­dzy któ­ry­mi skry­li się ko­smicz­ni po­dróż­ni­cy, nim do­szło do pierw­sze­go spo­tka­nia. Na­stęp­nie dwaj Zie­mia­nie po­ka­za­li Tu­ła­czom splą­ta­ne lesz­czy­ny. Pró­bo­wa­li do­ciec, czemu to mię­dzy ga­łę­zia­mi tych dwóch krze­wów zna­la­zła się luka w ba­rie­rze roz­ta­cza­nej przez we­hi­kuł.

Tu­ła­cze za­dud­ni­li mię­dzy sobą w żar­go­nie nie­poj­mo­wal­nym dla Kac­pra i Witka. Roz­ma­wia­li o wła­snej tech­no­lo­gii, o magii, przy­glą­da­jąc się orze­szy­nom z każ­dej stro­ny. Po dłuż­szej chwi­li orze­kli, iż na razie nie znają od­po­wie­dzi na to py­ta­nie, za­rze­ka­jąc się rów­nież, że nie za­pla­no­wa­li kon­tak­tu. To prze­zna­cze­nie, jakiś nie­ty­po­wy błąd apa­ra­tu­ry splótł ich losy, ale to w ni­czym nie umniej­sza tej za­ży­ło­ści. Zie­mia­nie zgo­dzi­li się w pełni, po­dzię­ko­wa­li za szcze­rość, nie mogąc się na­dzi­wić, że nawet tak za­awan­so­wa­ny sprzęt po­peł­nia po­mył­ki. Tym razem dud­nie­nie było grom­kie, przy­po­mi­na­ło śmiech. „Szwan­ku­je ustroj­stwo” – Tu­ła­cze do­da­li z prze­ką­sem.

Prze­cię­li za­gaj­nik, wy­szli na ścież­kę, gdzie koń­czył się za­sięg ba­rie­ry. Z da­le­ka spo­glą­da­li na Czerw­co­wy Dwo­rek. Witek przy­to­czył hi­sto­rię swego życia, potem to samo uczy­nił Kac­per. Wyjął z port­fe­la zdję­cia synów. Tu­ła­cze dud­ni­li ze wzru­sze­niem, tkli­wie.

Gdy na­stał czas po­że­gnań, obe­szło się bez smut­ku, wszak każdy z nich uzy­skał pew­ność, że ta przy­jaźń prze­trwa naj­cięż­sze próby. Uwiecz­nia­nie cze­go­kol­wiek na ta­śmie prze­sta­ło być ko­niecz­ne.

Tu­ła­cze za­dud­ni­li po raz ostat­ni: „Do zo­ba­cze­nia”. Wnik­nę­li w po­jazd. Kac­per i Witek po­ma­cha­li od­la­tu­ją­cej elip­sie. Gdy ta znik­nę­ła, od­czu­li za­wro­ty głowy. Która go­dzi­na? Wszyst­ko od­by­ło się tak szyb­ko. Kac­per uniósł wzrok na słoń­ce. Prze­su­nę­ło się nie­znacz­nie – nie mi­nę­ły wię­cej niż dwie go­dzi­ny. Nie­opo­dal za­szcze­ka­ły psy.

– Ej! To ten! – krzyk­nął ktoś.

Na ścież­ce przy polu stały trzy po­sta­cie: jedna mniej­sza i dwie bar­dzo duże, bar­czy­ste, trzy­ma­ją­ce za smy­cze, na któ­rych koń­cach mio­ta­ły się uja­da­ją­ce charty. Kac­per roz­po­znał pra­cow­ni­ka re­cep­cji, a ci więk­si to naj­praw­do­po­dob­niej jacyś ochro­nia­rze.

– Po­szczuć go! – re­cep­cjo­ni­sta wydał roz­kaz.

Draby wy­pu­ści­ły smy­cze z rąk. Charty po­pę­dzi­ły przez pole.

– Ucie­kaj! – za­wo­łał Witek.

Roz­piął kurt­kę, dobył ka­pi­szo­now­ca. Po­cią­gnął za kurek.

– No dalej! – po­na­glił Kac­pra.

Padł wy­strzał. Z pi­sto­le­tu buch­nę­ła chmu­ra dymu o ostrej woni. Psy sta­nę­ły jak wryte, stro­sząc uszy. Kac­per pu­ścił się bie­giem przez błot­ni­ste ko­le­iny. Po­ty­kał się i za­ta­czał, ale nie dawał za wy­gra­ną. Do­po­ma­ga­jąc sobie rę­ka­mi, pręd­ko wsta­wał. Mo­men­ta­mi gnał na czwo­ra­kach. Siły przy­da­wa­ło mu na­ra­sta­ją­ce mla­ska­nie łap za­nu­rza­nych w grzą­skim pod­ło­żu, psie dy­sze­nie i uja­da­nie.

Szczę­ki za­ci­snę­ły się na jego udzie, prze­bi­ja­jąc płaszcz, biu­ro­we spodnie. Za­wył­by z bólu, lecz, upa­da­jąc, za­nur­ko­wał w brei. Wy­tre­so­wa­ne charty nie gry­zły wię­cej, niżby to było ko­niecz­ne. Krą­ży­ły do­ko­ła upo­lo­wa­nej ofia­ry, war­cząc groź­nie.

Para mo­car­nych rąk po­chwy­ci­ła Kac­pra, skrę­po­wa­ła. Rosły ochro­niarz tasz­czył go przez pole. Drugi zaj­mo­wał się Wi­tol­dem. Przy­ja­cie­le spoj­rze­li sobie w oczy. Żaden nie za­stał w dru­gim stra­chu, czy wsty­du. Tylko iskry bra­ter­skiej mi­ło­ści.

Koniec

Komentarze

Nie będę się, compadre, powtarzał, ale komentarza z bety nie przekleję ;)

 

Pomysł jest niezły, ale całe opowiadanie niestety jest przegadane. Nie do końca udało się też oddanie klimatu epoki, niemniej jednak lektura nie sprawiła przykrości, ciut się jednak miejscami dłużyła. Nie do końca też jestem przekonany, że wiem, o czym chciałeś opowiedzieć.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Q

Known some call is air am

Miś przeczytał, choć długie, bez bólu, pod drodze trochę przelatując. Trochę popsuły końcowe wrażenie harty bez c.

:O

okropne

To musiał być chochlik. Polecam mój sposób na łobuza.

I nikt z betujących też nie zwrócił uwagi. Może byli już za bardzo znużeni ;d.

Nowa Fantastyka