- Opowiadanie: raczej_flegmatycznie - Skaza na szkle

Skaza na szkle

Do czego byś się posunął, żeby uciec przed losem gorszym od śmierci? 
Co byś zrobił mając wątpliwości czy otaczający Cię świat jest prawdziwy? 
Jak byś się czuł nie wiedząc czy to co widzisz wywołuje choroba psychiczna, a może realne zagrożenie z innego czasu i przestrzeni? 
I co byś czuł patrząc w lustro, w którym nie dostrzegasz siebie?

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Skaza na szkle

 

Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła. Było po pierwszej w nocy, nic więc dziwnego, że się przestraszyłem. Wstałem i zerknąłem przez okno. Blask latarni nie mógł się przebić przez nieprzeniknioną ciemność. Zero wiatru czy burzy dlatego też awaria prądu nie wchodziła w grę. Panowała głucha cisza. Tak jakby szklany brzdęk tylko mi się przyśnił.

Powoli uklęknąłem i wygrzebałem kij bejsbolowy spod łóżka. Skierowałem kroki do miejsca, skąd jak mi się wydawało, mógł dobiegać hałas. Po schodach schodziłem ostrożnie. Najmniejsze skrzypnięcie mogłoby zawiadomić potencjalnego włamywacza o moich zamiarach. Przez to, że jestem fanem powieści grozy do mojej głowy wpadło multum najstraszniejszych momentów z horrorów, które czytałem w swoim życiu.

Drzwi do kuchni zastałem lekko uchylone. Starałem się dostrzec cokolwiek przez szparę ale była zbyt wąska. Wpadła mi do głowy głupia myśl, że może jakaś szklanka zsunęła się z suszarki i stąd ten odgłos. Mimo tego jak bardzo to tłumaczenie było irracjonalne (bo zawsze przed spaniem wkładam naczynia do zmywarki i nie zostawiam ich przy zlewie), dodało mi nieco odwagi. Dlatego też pewnym ruchem otworzyłem je na oścież.

Omiotłem wzrokiem podłogę przy zlewie i tak jak się można było spodziewać, nie było tam żadnych rozbitych naczyń. Poczułem jak moje tętno przyspiesza. Nie mogłem jednak stać całą noc przed kuchnią. Zebrałem się w sobie i wszedłem do pomieszczenia. Od razu uderzył mnie podmuch chłodnego wiatru. Dziwne, że wcześniej nie usłyszałem charakterystycznego gwizdania powietrza ocierającego się

o fragmenty okna. Dokładnie tak. Fragmenty. Szyba została zbita. Na szczęście otwór był zbyt mały by ktoś mógł przez niego przejść. Nigdzie jednak nie widziałem odłamków szkła. Sugerowało to jednoznacznie, że uderzono ją od wewnątrz i wszystkie leżą na podwórku. Nie odważyłem się jednak wyjść w mrok panujący poza domem. Posprawdzałem za to pozostałe pokoje, drzwi i zamki. Przeszukałem nawet wszystkie szafy. Wszystko było na swoim miejscu. Gdy miałem pewność, że jestem sam, wróciłem do łóżka. Jednak całą noc miałem z głowy. Każdy najmniejszy szmer powodował u mnie dreszcze.

 

***

 

Był weekend. Miałem więc możliwość naprawić szkody wyrządzone przez… no właśnie. W dziennym świetle przyjrzałem się uważnie zniszczeniom. Wcześniej podejrzewałem, że odłamki szkła znajdują się na zewnątrz. Mocno się pomyliłem. Nie znalazłem ani kawałeczka szyby. Długo nad tym myślałem ale nie było sensu wzywać policji. Nie miałem żadnych śladów wskazujących na to, że ktoś obcy kręcił się przy moim domu.

Wymiana okna zajęła mi sporo czasu. Na szczęście wieczór upłynął bez żadnych dziwnych wydarzeń. Przed snem zabrałem się za nową książkę i to trochę pozwoliło mi zapomnieć o problemach zeszłej nocy. Lecz gdy układałem się do snu poczułem niepokój, że i tym razem stanie się coś podobnego.

 

***

 

Obudził mnie dźwięk rozbijanego szkła. Za oknem panował totalny mrok. Podniosłem kij bejsbolowy. Czułem jak kiełkuje we mnie strach. Byłem pewien, że hałas dochodził z łazienki. Przyłożyłem ucho do drzwi i nasłuchiwałem. Nic. Zero dźwięków. Otworzyłem je szybkim ruchem gotowy do działania. Wtedy moje oczy napotkały czarny, rozlany kształt. Ścisnęło mnie w klatce i krzyknąłem. Zniknął zaraz po tym jak odważyłem się mrugnąć. Pomyślałem, że przez nadmiar stresu doznałem dziwnego przywidzenia. Gdy odwróciłem się by odejść, poczułem silny nacisk na szyi, a oczy jakby zalano mi plamami gęstego atramentu.

Poderwałem się na swoim łóżku. Promienie słońca wpadały przez okno. Odetchnąłem z ulgą, że to tylko sen wywołany wczorajszymi wydarzeniami. Chcąc o tym jak najszybciej zapomnieć, poszedłem na poranną toaletę. Gdy stanąłem przed lustrem nogi zamieniły mi się w watę. Moje odbicie było roztrzaskane na milion kawałków.

 

***

 

Trwało to przez kolejny tydzień. Nie budził mnie w nocy hałas ale każdego dnia znajdowałem rozbite szklane elementy. Okno, szyba w kredensie, lustra, szklanki. Zdawało mi się, że wariuję. Schudłem, źle sypiałem, zacząłem zaniedbywać pracę i znajomych. Przestałem brać udział w koleżeńskich wyjściach. Powoli mi odbijało. Szukałem w domu myszy i szczurów obwiniając te stworzenia o skradanie się po nocy, tłuczenie rzeczy i zabieranie odłamków. Bo codziennie przed spaniem słyszałem ciche drapanie.

Poprosiłem mojego przyjaciela, żeby pomieszkał ze mną kilka dni. Wyśmiał mnie gdy wszystko mu opisałem. Jednak kiedy zobaczył moją desperację i pełną powagę, zdecydował się mi pomóc. Przez pierwsze trzy noce nic się nie działo. Po kolejnej namówił mnie na wizytę u psychologa. Chętnie skorzystałem z takiej propozycji mając nadzieję, że wszystko dzieje się w mojej głowie. Specjalista brał wszystkie zdarzenia za wynik stresu i nerwicy. Bardzo chciałem mu wierzyć.

Terapia, mimo że nie trwała długo, przynosiła efekty, co zaskoczyło przede wszystkim mnie. Zdecydowanie mi się polepszyło. Jednak gdy zaczęła zbliżać się chwila samotnej nocy, dostałem ataku paniki. Przyjaciel starał się mnie uspokoić, aż w końcu obiecał, że zostanie ten ostatni raz. Zasnąłem spokojny.

 

***

 

Męczyło mnie pragnienie. Zszedłem z piętra nie paląc światła by nie obudzić kumpla. Mijając salon zobaczyłem jego kształt leżący na kanapie. Nalewałem wodę do szklanki i wtedy dobiegł do moich uszu szmer z miejsca gdzie spał. Obruszyłem się gwałtownie. Po chwili dołączyło wyraźne skrzypienie. Uznałem, że obudził się przez moje szwendanie. Nie wychodząc z kuchni powiedziałem:

– Przepraszam, że Cię obudziłem. Strasznie mnie suszyło. Też chcesz wody?

Drogi czytelniku. Z jednej strony żałuję, ponieważ możesz mi nie uwierzyć, a z drugiej niezmiernie się cieszę, że nie doznasz dźwięku jakiego nieszczęście miały słyszeć moje uszy. Chciałbym jak najdokładniej go opisać ale i tak nie jestem w stanie oddać oryginału. Wiedziałem, że nie jest to mój przyjaciel. Ale co to było? Wtedy nie mogłem stwierdzić. Głos, jeżeli mogę go tak nazwać, nie wydobywał się z gardła, nawet nie z przepony. Nie był tworem ludzkich strun głosowych. Brzmiał jakby pochodził z bardzo odległego miejsca, a jednocześnie był wykrzykiwany wprost do mojego ucha. Bulgoczący, skrzeczący, szumiący jak wściekły ocean i bzyczący jak chmara komarów. Jednak bardziej przerażające było to, że pomimo tych bluźnierczych cech jego artykulacja była tak wyraźna, że rozumiałem każdą literę z osobna. Były jak kule gradu dźwięcznie uderzające o dach. Sumując to wszystko mógłbym zaryzykować stwierdzenie, że tak brzmi jęk potępionych w czeluściach piekielnych. Ale nie był to krzyk umęczonych dusz, a powoli wypowiedziane zdanie, które do dzisiaj odbija się echem w mojej głowie.

– Umrzesz by żyć nie żyjąc, gdy ja wrócę i żyć będę za Ciebie.

Wtedy szklanka, którą wciąż trzymałem w ręce, wybuchła, a ja upadłem bezwładnie na podłogę.

Obudził mnie mój „przyjaciel”. Przestał nim być w momencie gdy wymknął się w nocy z domu. Chciał mi udowodnić, że mój strach jest irracjonalny. Więc to nie jego kształt widziałem na kanapie w salonie. Postanowił do mnie przyjechać bo przez cały ranek nie odbierałem telefonu. Leżałem w kałuży wody, krwi i roztrzaskanego szkła. Odłamki poraniły mi ręce lecz na szczęście żadna rana nie była na tyle głęboka by nadawała się do szycia. Sam zrobiłem sobie opatrunki.

Przez kolejne dni chodziłem otępiały i bez życia. Zdarzenie, które miało miejsce kompletnie wytrąciło mnie z równowagi. Do pracy zaniosłem L4 od psychiatry, który przepisał mi też tabletki na sen. W niczym nie pomogły. Łóżko opuszczałem tylko w wyjątkowych sytuacjach takich jak potrzeby fizjologiczne. Po jakimś czasie niechętnie wróciłem na terapię. Psycholog był wobec mnie coraz bardziej podejrzliwy. Nie ufałem już jego metodom i zrezygnowałem z dalszych wizyt. Wiedziałem, że gdybym kontynuował leczenie próbowałby wysłać mnie do zakładu zamkniętego.

A ja sobie tego nie wymyśliłem! Tam nie miałbym szans uciec od głosu z otchłani. Co noc budziłem się zlany potem i z krzykiem na ustach przez sny o nienaturalnym bycie będącym właścicielem szatańskiego głosu.

Wypadki ze szkłem zmniejszyły intensywność, jednak każdej nocy leżąc w łóżku słyszałem regularne drapanie i stukanie w okno. A przecież sypialnię mam na piętrze! Towarzyszyło mi to gdziekolwiek nie poszedłem. Zaczynałem się bać wszystkiego co szklane.

 

***

 

Postanowiłem działać na własną rękę i zmierzyć się z koszmarem. Odrzuciłem wszystkie logiczne wyjaśnienia i pierwszy raz pozwoliłem zadziałać instynktowi

i szaleństwu. Skontaktowałem się z księdzem z mojego miasteczka. Zrobiłem to bardzo opornie. Nie mam dobrej opinii o duchownych. Byłem jednak zdesperowany. Opowiedziałem mu całą historię. Miałem szczerą nadzieję, że poleci mi jakiegoś egzorcystę lub łowcę duchów (jeżeli w rzeczywistości by taki zawód istniał). Oznajmił mi jednak, że mimo tego jak bardzo niepokojąco brzmi moja historia, wątpił żeby kłopoty sprawiał mi tzw. duch lub demon. Zaproponował mi jednak, że zostanie u mnie na noc by być naocznym świadkiem zdarzeń i wtedy gdy pozna ich naturę, będzie mógł wydać precyzyjną opinię. Zgodziłem się niechętnie, uprzedzając go wcześniej, że dotychczas te rzeczy dzieją się tylko wtedy gdy jestem sam. Jasno dałem mu też do zrozumienia, że jego nocowanie nie jest dla mnie komfortowe. Przemogłem się jednak bo obiecałem sobie, że spróbuję wszystkiego, byleby tylko uwolnić się od problemu. Mimo braku pewności co do natury dręczącego mnie koszmaru, po przyjeździe odmówił modlitwę i poświęcił dom.

Tak jak podejrzewałem noc minęła bez przygód. Z powrotem zaczynałem wierzyć, że to wszystko moja choroba psychiczna. Przy śniadaniu ksiądz polecił mi zamontowanie kamer. Że też sam na to wcześniej nie wpadłem. Tego samego dnia pojechałem do sklepu. Za pięć kamer zapłaciłem niemałą sumkę, ale sprzedawca zarzekał się, że ten konkretny model jest obecnie jednym z najlepszych na rynku. Po powrocie umieściłem sprzęt w pomieszczeniach o największej aktywności zjawisk.

Noc minęła spokojnie, co oznaczało, że prawdopodobnie nie uwieczniłem żadnych dowodów na egzystencję bytu. Po południu zabrałem się za przeglądanie materiałów. Z początku nic nie znalazłem ale przynajmniej nie oszukano mnie w sklepie bo obraz był w bardzo dobrej jakości. Nie zamierzałem się jednak poddawać. Musiałem być pewien, że nie oszalałem.

Gdy doszedłem do nagrań z sypialni po plecach przebiegł mi zimny dreszcz. Wyraźnie było słychać drapanie i stukanie o szybę. Mimo niepokoju trochę mi ulżyło. Miałem dowód, że nie zwariowałem. Potrzebowałem jednak czegoś więcej. Jakiegoś niezbitego potwierdzenia. Zacząłem analizować film w programie do edycji. Zmieniałem filtry, kontrast, jasność, efekt ziarna. W pewnym momencie na nagraniu coś mignęło.

Cofnąłem.

Znowu mignięcie. Zwolniłem materiał. Zacząłem wyostrzać.

Pauza.

Jest. Przy oknie. On. Ona. Ono. To. Ciemna plama. Nie była kształtu człowieka. Ani zwierzęcia. Plama. W normalnym tempie pojawiała się na lekko ponad sekundę. Spowolniłem nagranie do maksimum.

Odtwarzam.

Plama. Bezkształtna, a jednak zachowująca kontury. Czarna, a jednak prześwitująca. Mglista, a jednocześnie o konsystencji bagna. Pękały na niej bąble jak gdyby miała sto stopni Celsjusza. Niby nic, a jednak… plama. Jakieś przeczucie podpowiadało mi jednak, że to nie ona jest właścicielem głosu z otchłani. Nie mogła być. Musiał on należeć do najpotworniejszej kreatury jaką może zrodzić wszechświat. To wyglądało na pozostałość. Ślad. Jak odcisk palca czy stopy na miejscu zbrodni. Zapisałem moje odkrycie i skontaktowałem się z księdzem.

Po obejrzeniu nagrań przez jakiś czas milczał. Potwierdziły się jego domysły. Nie było to coś z czym on lub jemu podobni byliby w stanie sobie poradzić. Obiecał, że będzie się za mnie modlił. Nie podniosło mnie to na duchu. Szczerze mówiąc miałem w dupie jego modlitwy. Chciałem tylko uwolnić się od tego czegoś. Znów zostałem sam. Byłem przynajmniej pewien, że nie oszalałem. Że teraz ktoś inny to zobaczył. Miałem ochotę zanieść nagranie do mojego psychologa ale na pewno by stwierdził, że je sfabrykowałem. Musiałem wymyślić coś innego.

 

***

 

Już wcześniej zacząłem szukać w Internecie tematów powiązanych z moim problemem. Wtedy nic nie znalazłem, ale tym razem dzięki nagraniom mogłem zawęzić moje poszukiwania. Domyślałem się, że to co mi się przytrafia, raczej nigdy wcześniej nie zostało wpisane na żadną stronę internetową czy blog. Było zbyt dziwne, zbyt regularne i zbyt szczegółowe. Starałem się więc znaleźć przez Google starsze książki o powiązanej tematyce w bibliotekach i antykwariatach. Niestety w moim miejscu zamieszkania nie było pozycji traktujących o sprawach nadprzyrodzonych.

Po długich poszukiwaniach natrafiłem na Wojewódzką Bibliotekę w Krakowie. Tam znalazłem książkę Banye z 1616 roku przetłumaczoną na polski, autorstwa szamana voodoo – Nyamekye Siisi Kwamena. Z jej opisu wynikało, że pisarz opowiada o istnieniu międzywymiarowych bytów. Biblioteka oferowała wypożyczenie z dowozem do domu. Skorzystałem z tej opcji, zamawiając jeszcze kilka innych pozycji takich jak Okultyzm (Parapsychologja) Henryka Wołodkowicza, czy Glossarjusz okultyzmu Alojzego Krzysztofa Gleica. Do tego kilka dzieł innych autorów w języku angielskim.

Po dwóch dniach odebrałem przesyłkę z paczkomatu. Wynajmowałem pokój w hotelu by choć na chwilę odpocząć od problemów w moim domu. Przyniosło to pożądany skutek. Zjawiska na chwilę ustały, a ja w spokoju mogłem się zabrać za lekturę. Tak jak podejrzewałem pewne odpowiedzi przyniosła mi Banye. Autor opisywał byty z innych wymiarów. Nazywał je Wygnanymi naprzemiennie z Zapomnianymi. Zasugerował, że istoty te zamieszkiwały kiedyś Ziemię, gdy czasem rządził Chaos.

Z pojawieniem się człowieka rozumnego zostały wygnane do innych wymiarów za pomocą krwawych rytuałów i inkantacji. Zachodziłem w głowę dlaczego zamiast tego ludzie po prostu ich nie zabili. Dopiero w trakcie czytania dowiedziałem się, że prawdopodobnie są nieśmiertelne. Szaman napisał, że z roku na rok bariery między naszym światem a ich słabną. To stare zaklęcia, które nie wiadomo jak długo wytrzymają. Z tego powodu te istoty szukają luk aby przenikać do naszego świata. Nie mogą tego zrobić w formie fizycznej, więc zatruwają umysły ludzi pokazując im najobrzydliwsze obrazy. Podsuwają okropne myśli, a nielicznym ukazują swoją wstrętną formę. Ci co ich zobaczyli całkiem oszaleli. Zostali zamknięci w szpitalach psychiatrycznych albo się zabili.

W książce były ryciny pokazujące prawdopodobne podobizny Zapomnianych. Dziesiątki istot tak potwornych, że człowiek nie jest w stanie objąć ich bytu rozumem. Z początku nie chciałem w to wierzyć. Uważałem, że to bazgroły jakiegoś szaleńca. Jednak tak wiele rzeczy znajdowało potwierdzenie, że z każdą stroną nabierałem pewności z czym mam do czynienia.

Mój wzrok zatrzymał się na mocno pożółkłej stronie przedstawiającej wizerunek powykręcanej kreatury. Jak wspomniałem wcześniej, podobizny były spekulowane. Zostały sporządzone na podstawie zbioru doniesień od nieszczęśników, którzy nie zdążyli sobie odebrać życia przed wsadzeniem do psychiatryka. Podpis brzmiał: Aicibodam Rotekinent. Myślałem, że to po łacinie, jednak był to język nieużywany od setek lat nie mający chyba nawet swojej własnej nazwy. Na szczęście autorowi i późniejszym badaczom udało się przetłumaczyć wiele zwrotów na angielski. Dlatego też na kartkach było pełno tekstu dopisanego ludzką ręką. Interesująca mnie nazwa oznaczała mniej więcej: Ten, który nie ma odbicia. Wąski tułów przypominający literę „S”. Cztery ramiona wyrastające w nieregularnych odstępach. Palce zakończone haczykowatymi szponami. U góry odstająca od reszty ciała cienka nitka zakończona kształtem, którego nigdy nie widziałem na lekcjach geometrii. Na dolnej części tułowia coś w rodzaju nabrzmiałego ciążowego brzucha. Na jego środku pomarszczone fałdy przypominające poprzecznie ułożone oko. Do poruszania dwie kończyny wystające z „brzucha”, zakręcone jak sprężyny.

Cieszę się, że przez całe życie moja wyobraźnia nie była w stanie wykreować tak spaczonego i obrzydliwego monstrum. Wedle zapisków ta kreatura należała do pierwszego legionu bestii rzuconych w inny wymiar. Byłem prawie pewien, że to właśnie jej ziemskie echo mnie prześladuje. Główną poszlaką była niechęć demona do wszystkiego co pokazuje odbicie. Sam go nie posiadał, więc kierowany gniewem niszczył zwierciadła, kielichy, szyby. Niektóre rzeki zmieniły swój bieg bo ten wrzucał głazy do wody wściekły, że nie może się przejrzeć.

Zapisano, że opętywał wybranego przez siebie człowieka lub zwierzę by podziwiać swój wygląd. Mógł tak trwać parę miesięcy, aż ciało nieszczęśnika nie doznało okrutnej przemiany. Natomiast w międzyczasie świadomość opętanego zajmowała miejsce Wygnanego w wymiarze z którego uciekł. Była torturowana przez inne bluźnierstwa siedzące w tamtej otchłani. Po śmierci ciała pozostawała tam na zawsze.

Czując, że czeka mnie taki los, że Ten, który nie ma odbicia chce ukraść moje życie, postanowiłem walczyć.

W księdze zostały podane zaklęcia i rytuały mogące umocnić barierę pomiędzy naszymi światami. Dlaczego nie zostały użyte? Nie mam pojęcia. Może dlatego, że większość została spisana w języku do którego szaman nie zamieścił nawet fonetycznego tłumaczenia. Dopiero teraz o tym pomyślałem. Wtedy działałem w amoku.

Zgłosiłem się do specjalistów w tej dziedzinie. Magów, okultystów, egzorcystów, demonologów. Wielu z nich było zwykłymi szarlatanami ale istniały też jednostki godne zaufania. Niestety nikt nie podjął się zadania uwolnienia mnie od przekleństwa. Część twierdziła, że księga Banye jest zwykłą fikcją literacką, a inni, że nie zamierzają ryzykować. Mogliby źle odprawić zaklęcie i sprowadzić na nasz świat ogromną klęskę. Tylko jedna osoba spróbowała mi pomóc – antropolog, lingwista i okultysta, który postarał się jak najlepiej zapisać wymowę zaklęć. Co prawda słono sobie za to policzył ale nie miałem alternatywy. Musiałem się ratować.

Mijały kolejne dni, a odkąd wróciłem do domu koszmary się nasilały.. Zacząłem mieć okropne wizje, w mojej głowie szeptały niewyraźne głosy nie z tego świata, a dziwne zjawiska nie zamierzały ustąpić.

Podjąłem najgorszą decyzję w moim życiu. Postanowiłem sam odprawić rytuał. Wbrew pozorom znalezienie potrzebnych rzeczy wcale nie było trudne. Nie była to lista z klasycznego horroru, gdzie trzeba złożyć w ofierze dziewicę, wypić krew kozła czy odciąć część swojego ciała. Chyba tylko dlatego, że był ochronny bo z tego co wyczytałem ludzie musieli mocno pobrudzić sobie ręce, żeby pozbyć się tych potworów.

Musiałem poczekać na odpowiednią porę. Mianowicie rytuał można było odprawić od dziesiątego do trzynastego listopada, między pierwszą, a trzecią w nocy. Podobno wtedy nasz świat najbardziej zbliża się do tamtego. Potrzebowałem kredy by wyrysować na ziemi znak w którym miałem stać przez cały proces. Miał za zadanie wzmocnić zaklęcia. Na jego krawędziach poustawiałem świece czekające na zapalenie. Pozostało czekać.

 

***

 

Wybiła pierwsza. Zabrałem się do pracy. Byłem przygotowany na najgorsze.

A tak mi się przynajmniej wydawało. Uważałem, że po wizjach które mnie nawiedzały, snach i wiedzy jaką posiadłem, poradzę sobie ze wszystkim. Wykonałem zapisane polecenia krok po kroku i wtedy… nic się nie stało.

Nie było dla mnie sensu próbować drugi raz. Nagle uleciała ze mnie cała pewność siebie i nadzieja. Istniała możliwość, że źle wypowiedziałem zaklęcia. A może po prostu inni mieli rację? Byłem chory. Poczułem to w kościach. Poczułem, że to ja stanowię problem. Stwierdziłem, że następnego dnia sam zgłoszę się na leczenie. Wolałem jednak, żeby to wszystko okazało się prawdą, a nie moimi złudzeniami. Nikt nie chce sobie uświadomić, że jest chory psychicznie. Nie było jednak powodu dłużej z tym walczyć.

 

***

 

Poszedłem spać. Pierwszy raz od dawna miałem spokojną noc. Może jednak to wszystko miało dobry skutek. Odprawiając rytuał odpędziłem ze swojej głowy złe myśli. Idealny efekt placebo. Lecz i tak udałem się do zakładu psychiatrycznego. Często słyszałem historie jak bardzo zwodnicze potrafią być dobre nastroje gdy jest się chorym.

Przyjęto mnie z otwartymi ramionami. I portfelami. Dostałem swój pokój, łóżko, półkę z książkami i codzienną opiekę lekarza. Chodziłem na spotkania, rozmawiałem z innymi pacjentami. Było mi lepiej. Naprawdę.

Ta idylla trwała tydzień. Koszmary powróciły. Czułem jak Ten, który nie ma odbicia łapie mnie swoimi powykręcanymi łapami. Słyszałem jak jego sprężynowe nogi szarpią za miękko wyłożoną podłogę. Z potężnym trudem zerwałem się z łóżka. Usiadłem cały zlany potem. Podszedłem do umywalki, żeby przemyć twarz zimną wodą. Przejrzałem się w lustrze i zobaczyłem worki pod oczami. Zrozumiałem, że jak tak dalej pójdzie to się wykończę.

Wtedy zamarłem. Jak mogłem się przejrzeć, skoro w moim pokoju wcześniej nie było lustra? Usłyszałem za sobą cichy charkot. Odwróciłem się i wtedy… o Boże. Gdy o tym myślę przechodzą mnie dreszcze. Zobaczyłem to. Stał tam. Pojawiał się

i znikał jakby był zakłóceniem na nagraniu. Obrzydliwa, ponad dwumetrowa kreatura. Jego pomarszczone oko łypało na mnie. Miało żółto-pomarańczowy odcień. Wyglądał jeszcze gorzej niż na rysunkach. Jego skóra była szara, gdzieniegdzie jakby zgniła, usiana krostami i bąblami. Czy to w ogóle była skóra? Wyciągnął do mnie pomarszczoną łapę z pazurami. Krzyczałem tak długo, aż wbiegli pielęgniarze. Wtedy zemdlałem.

 

***

 

Lekarz dał mi leki uspokajające. Cały dzień płakałem. I płaczę nadal uzupełniając ten dziennik. Popełniłem błąd. Nie powinienem odprawiać rytuału. Musiałem coś pomylić. Może użyłem zupełnie innego zaklęcia. Nie wiem. Ale wiem, że nie jestem chory. Jeden z Zapomnianych wrócił. Ja go wpuściłem. Mój rytuał zamiast umocnić bramy przyzwał go wprost do mnie. To mógł być jego plan. Chciał mnie do tego skłonić tymi wszystkimi wizjami i nawiedzeniami. A może to On opętał tego badacza? Może to On był księdzem? Może to On podszył się pod psychologa? Może to On udawał mojego przyjaciela? Może to On jest moim psychiatrą! Może… może On już jest mną.

Zbliża się noc. Drżącą ręką piszę słowa, które najpewniej są mymi ostatnimi. Nie wiem kto przeczyta ten tekst ale proszę Cię o jedno. Rozpowszechnij go. Powiedz komu się da. Niech przestrzegają się Wygnanych. Nie można ich lekceważyć. Nie można zapomnieć, że gdzieś tam są i czekają na nasze potknięcia. Bramy są coraz słabsze. Niech ktoś odpowiedni je umocni. Dla mnie jest już za późno. Siedzę wtulony w kąt i czekam, aż po mnie przyjdzie.

Nie! Nie pozwolę! Nie weźmie mojego ciała! Będę walczył. To moje życie. To ciało należy tylko do mnie i tylko ja mogę o nim decydować. Nie ma innego wyjścia. Zrobię to. Już słyszę drapanie o szyby, których tu nie ma. Stuka w miękkie ściany. Rozpoznaję jego tembr głosu. Coś do mnie mówi. Wypływa z ogromnej pustki. Chce mnie pochłonąć.

Nie! To moje życie. Podjąłem decyzję. Żegnajcie.

Ma anielski głos. Jest taki piękny. Tak cudnie połyskuje. Co? Chce tylko się przejrzeć? Tylko mnie przytulić? Być moim przyjacielem? Ja… jestem samotny

i smutny. Więc może…

 

Od redaktora

Otrzymałem ten rękopis od znajomego, który pracujące w klinice psychiatrycznej. Ze względów prawnych nie mogę ujawnić niczyich danych osobowych ani pełnej nazwy placówki. Po lekturze, mimo że wyglądało to na zwyczajny bełkot szaleńca, przeczucie podpowiadało żebym nie porzucał tej sprawy. W toku śledztwa udało mi się dotrzeć do bardzo ciekawych materiałów, których nie mogę jeszcze opublikować. Podzielę się natomiast opisem rozmowy przeprowadzonej z pracownikami kliniki. Nie jestem w stanie stwierdzić w stu procentach, że słowa przez nich wypowiadane są prawdą. Prawdopodobnie w ogóle by ze mną nie porozmawiali gdyby nie ów znajomy. Znam się jednak trochę na ludziach i czuję kiedy kłamią. U tych osób widziałem jedynie niepokój i niepewność. Nie mam żadnych danych od lekarza, który doglądał pacjenta. Krótko przed umówionym spotkaniem poinformował, że nie da rady się stawić. Więcej nie udało mi się z nim skontaktować.

Na razie nie podejmę oficjalnego stanowiska w tej sprawie. Zachęcam jednak wszystkich do głębokiego zastanowienia się nad tym, czy człowiek faktycznie zajmuje główne miejsce we wszechświecie.

 

*Krótki opis rozmowy z pracownikami w Prywatnej Klinice Leczenia Chorób

Psychicznych*

 

Dwóch pielęgniarzy weszło rankiem do pokoju pacjenta X. Zobaczyli rozbite lustro i zakrwawiony kawałek szkła. Nie wiedzą jaki cudem znalazło się ono w pokoju, gdyż nikt z podopiecznych nie ma w swoich pokojach luster. Ślad krwi ciągnął się do łóżka. Był nieregularny. Wyglądało jak gdyby chory stoczył z kimś walkę.

Personel zastał X śpiącego jak niemowlę. Oświadczył, że lustro nie było jego, on jedynie znalazł je pod materacem. Sugerował, że zostawił je poprzedni mieszkaniec pokoju. Chciał je przenieść w inne miejsce ale wypadło mu z ręki i potłukło się raniąc mu przy tym ręce i nogi. Jednakże krwi było o wiele więcej niż wskazywały rany. Mieli wrażenie, że X podczas wypowiedzi co chwilę zmienia brzmienie swojego głosu. Jakby sam słyszał się po raz pierwszy. Dziwili się, że dyrektor nic z tym nie zrobił. Wyjaśnienie było bardzo naciąganie.

Dodatkowo pacjent zmienił się diametralnie. Przyszedł cierpiący na nerwicę, zaburzenia lękowe i depresję. Zapytali o to lekarza prowadzącego. Oto co im powiedział: „Chłopaki, nie przejmujcie się. Nie było powodu by go dłużej trzymać. Po dogłębnych badaniach wynika, że wszystkie objawy choroby zniknęły. Przyznaję, że to dziwne i pierwszy raz spotkałem się z czymś takim. Po pięciu dniach wypisał się na własne życzenie. Oczywiście nie ma mowy o natychmiastowym odstawieniu leków. Będzie też umawiany na wizyty kontrolne. Ale trzymanie go na terenie kliniki w jego obecnym, zdrowym stanie, byłoby wbrew przepisom.”

Przez resztę swojego pobytu był bardzo zadowolony. Ciągle szukał okazji by się w czymś przejrzeć. Zawsze szeroko się przy tym uśmiechał. Dobry humor go nie opuszczał i bezustannie zanosił się śmiechem. Przed wyjściem polecili mu wizytę

u gastrologa. Zauważyli, że oczy pana X przybrały kolor brudnej żółci. Mają nadzieję, że to nie żółtaczka ani nic równie poważnego.

Koniec

Komentarze

Dzień doberek! 

 

Nigdzie jednak nie widziałem odłamków szkła. Sugerowało to jednoznacznie, że uderzono ją od wewnątrz i wszystkie leżą na podwórku. Nie odważyłem się jednak wyjść w mrok panujący poza domem. Posprawdzałem za to pozostałe pokoje, drzwi i zamki. Przeszukałem nawet wszystkie szafy. Wszystko było na swoim miejscu. Gdy miałem pewność, że jestem sam, wróciłem do łóżka.

→ Cooo? Gość widzi, że wyłupano jego okno i to w dodatku podejrzewa, że od wewnątrz i wraca sobie do łóżka? Nie może być! 

 

W tekście często używasz takich oklepanych wyrażeń, jak "nogi z waty" "ucisk w klatce" "ucisk w gardle". Można tak, bo technicznie to nie błąd, ale takie wyrażenia trochę odbierają powagę sytuacji i sprawiają, że znacznie nudniej się to czyta. Zwróciłbym na to uwagę na przyszłość, choć wiem, że niekiedy one aż nasuwają się na klawiaturę :) 

 

– Przepraszam, że Cię obudziłem. Strasznie mnie suszyło. Też chcesz wody?

→ Ważna uwaga, bo pewien mankament pojawia się w tekście wielokrotnie – "Cię" to w listach :) a w kwestiach dialogowych z małej literki. 

 

Oznajmił mi jednak, że mimo tego jak bardzo niepokojąco brzmi moja historia, wątpił żeby kłopoty sprawiał mi tzw. duch lub demon. Zaproponował mi jednak, że zostanie u mnie na noc by być naocznym świadkiem zdarzeń i wtedy gdy pozna ich naturę…

→ Po pierwsze – nadmiar zbędnych zaimków, sam zobacz. 

Po drugie: 

Ten ksiądz jest creepy. W sumie to wątpię, aby jakiś ksiądz tak pochopnie zaproponował nocne oględziny w sprawie demona, ale… ten w opowieści nie wierzy bohaterowi… Nie wierzy, a proponuje, że spędzi u niego noc… Oookej :D 

 

Obiecał, że będzie się za mnie modlił. Nie podniosło mnie to na duchu. Szczerze mówiąc miałem w dupie jego modlitwy.

→ To jest kapitalny fragment i mówię to śmiertelnie poważnie :D 

 

Mijały kolejne dni, a odkąd wróciłem do domu koszmary się nasilały..

→ na końcu wystarczy jedna kropa.

 

 

No i skończyłem opowieść. 

Powiem tak – mimo technicznych niedoskonałości i według mnie logicznych dziur – historia mnie zaciekawiła. Tylko nie z tego Horrowatego punktu widzenia. W pierwszej części opowiadanie odebrałem jako horror połączony z elementami groteskowymi. Nie wiem czy taki był zamiar, ale to moje subiektywne odczucie. Szaleństwo bohatera jest widoczne, bo czego my tu nie mamy – psychiatrzy, psycholodzy, księża, egzorcyści, szamani. I mówiąc zupełnie szczerze szaleństwo bohatera było ciekawe, choć mnie nieco też ubawiło. I to w tym pozytywnym aspekcie, gdyż wybiłem sobie z głowy, że czytam Horror, a po prostu niesklasyfikowane opowiadanie i z tym nastawieniem czytało mi się znacznie lepiej. Przyznam też, że jeśli już musimy mówić o Horrorze, to idziesz w tym kierunku nieco bardziej w tej drugiej części. Dla mnie szaleństwo bohatera połączone z pewną groteską było tu niezłe. 

Jest co podszkolić, jest co ulepszyć i następni czytelnicy zapewne coś wyłapią, ale byle do przodu i powodzenia przy następnej pracy! 

Pozdro! 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O - Chada

Początek, owszem, zaintrygował, ale dość szybko można się zorientować, że powody nocnych koszmarów nie będą łatwe do zdiagnozowania. I rzeczywiście, bohater podejrzewał u siebie chorobę psychiczną, ale też nie wykluczał działania sił nadprzyrodzonych i począł zgłębiać temat na własną rękę, ze skutkiem łatwym do przewidzenia.

Pod koniec opowiadania jest zdanie: I płaczę nadal uzupełniając ten dziennik. – a skoro to dziennik, przydałoby się dodać jakieś daty i pod nimi zamieszczać kolejne wpisy. Dałoby to jaśniejszy obraz tego, jak długo bohater zmaga się z problemem, łatwiej byłoby też zauważyć, że problem narasta.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia – przeszkadzają błędy i usterki, nadmiar zaimków, kilka zbędnych enterów, nie zawsze poprawnie złożone zdania, że o nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą jeszcze ciekawsze i zdecydowanie lepiej napisane. :)

 

Skie­ro­wa­łem kroki do miej­sca… → A może zwyczajnie: Podszedłem do miej­sca

 

hor­ro­rów, które czy­ta­łem w swoim życiu. → Wystarczy: …hor­ro­rów, które przeczy­ta­łem.

Czy mógł coś czytać w cudzym życiu.

 

Po­czu­łem jak moje tętno przy­spie­sza. → Zbędny zaimek – czy czułby cudze tętno?

 

gwiz­da­nia po­wie­trza ocie­ra­ją­ce­go się

o frag­men­ty okna. → Zbędny enter.

 

Wy­mia­na okna za­ję­ła mi sporo czasu. → Raczej: Wstawienie szyby zajęło mi sporo czasu.

Stłuczona szyba nie jest powodem, aby wymieniać okno.

 

Przed snem za­bra­łem się za nową książ­kę… → Przed snem za­bra­łem się do nowej książki

 

Wtedy moje oczy na­po­tka­ły czar­ny, roz­la­ny kształt. → A może zwyczajnie: Wtedy zobaczyłem czar­ny, roz­la­ny kształt.

 

Ści­snę­ło mnie w klat­ce i krzyk­ną­łem. → Miał w łazience klatkę? A może miało być: Poczułem ucisk w klat­ce piersiowej i krzyk­ną­łem.

 

Po­de­rwa­łem się na swoim łóżku. → Zbędny zaimek.

 

po­sze­dłem na po­ran­ną to­a­le­tę. → Jak się chodzi na toaletę?

Proponuję: …poszedłem się umyć.

 

i wtedy do­biegł do moich uszu szmer z miej­sca gdzie spał. → Raczej: …i wtedy, z miejsca w którym spał, usłyszałem szmer.

 

– Prze­pra­szam, że Cię obu­dzi­łem.– Prze­pra­szam, że cię obu­dzi­łem.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

pierw­szy raz po­zwo­li­łem za­dzia­łać in­stynk­to­wi

i sza­leń­stwu. → Zbędny enter.

 

żeby kło­po­ty spra­wiał mi tzw. duch lub demon. → …żeby kło­po­ty spra­wiał mi tak zwany duch lub demon.

Nie używamy skrótów.

 

Po po­łu­dniu za­bra­łem się za prze­glą­da­nie ma­te­ria­łów. → Po po­łu­dniu za­bra­łem się do przeglądania ma­te­ria­łów.

 

obraz był w bar­dzo do­brej ja­ko­ści. → …obraz był bar­dzo do­brej ja­ko­ści.

 

w spo­ko­ju mo­głem się za­brać za lek­tu­rę. → …w spo­ko­ju mo­głem się za­brać do lektury.

 

Z tego po­wo­du te isto­ty szu­ka­ją luk […] Ci co ich zo­ba­czy­li cał­kiem osza­le­li. → Piszesz o istotach, więc:  Ci, którzy je zo­ba­czy­li, cał­kiem osza­le­li.

 

język nie­uży­wa­ny od setek lat nie ma­ją­cy chyba… → …język nie­uży­wa­ny od setek lat, niema­ją­cy chyba

 

Mo­gli­by źle od­pra­wić za­klę­cie… → Mo­gli­by źle wymówić za­klę­cie

Zaklęcie można rzucić, wypowiedzieć, ale zaklęcia nie można odprawić.

 

a odkąd wró­ci­łem do domu kosz­ma­ry się na­si­la­ły.. → Jeśli zdanie miał kończyć wielokropek, brakuje jednej kropki, a jeśli kropka, jest o jedną kropkę za dużo.

 

Za­czą­łem mieć okrop­ne wizje, w mojej gło­wie szep­ta­ły… → Zbędny zaimek.

 

Pod­ją­łem naj­gor­szą de­cy­zję w moim życiu. → Jak wyżej.

 

Po­trze­bo­wa­łem kredy by wy­ry­so­wać na ziemi znak… → Raczej: Po­trze­bo­wa­łem kredy, by wy­ry­so­wać na podłodze znak

Czy na ziemi można coś narysować kredą?

 

po­usta­wia­łem świe­ce cze­ka­ją­ce na za­pa­le­nie. Po­zo­sta­ło cze­kać. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …po­usta­wia­łem świe­ce i cze­ka­łem by móc je zapalić.

 

Po­ja­wiał się

i zni­kał jakby był za­kłó­ce­niem na na­gra­niu. → Zbędny enter.

 

Miało żół­to-po­ma­rań­czo­wy od­cień.Miało żół­topo­ma­rań­czo­wy od­cień.

 

Niech prze­strze­ga­ją się Wy­gna­nych.Niech wystrzegają się Wy­gna­nych.

 

Ja… je­stem sa­mot­ny

i smut­ny. Więc może… → Zbędny enter.

 

od zna­jo­me­go, który pra­cu­ją­ce w kli­ni­ce psy­chia­trycz­nej. → …od zna­jo­me­go, który pra­cu­je w kli­ni­ce psy­chia­trycz­nej.

 

by­ło­by wbrew prze­pi­som.” → …by­ło­by wbrew prze­pi­som”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Przed wyj­ściem po­le­ci­li mu wi­zy­tę

u ga­stro­lo­ga. → Zbędny enter.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pomysł interesujący, ale opko troche przegadane. Wygląda na to, że gość rzucił pracę, jakim cudem stać go było na te badania? W sumie o samym bohaterze nie napisałeś zbyt wiele i pewnie dlatego trudno się z nim identafikować. Jednocześnie, ponieważ jest to tylko jego punkt widzenia, czytelnik nie wie, co się w końcu zdarzyło. A że sam bohater zastanawia się nad własnym zdrowiem psychicznym, trudno uwierzyć, że wszystko dzieje się naprawdę.

Trudno też uwierzyć w wydarzenia w szpitalu psychiatryczny, chyba że lekarz też był pod wpływem Wygnanych, ale tego już nie precyzujesz. A żółtaczka jest chorobą zakaźną, przy podejrzeniu, że gość może być chory, raczej nie skończyłoby się na poradzeniu wizyty u gastrologa.

Popraw babole, które wskazali przedpiśćcy.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Widzę mocne inspiracje Lovecraftem. Nie mogę powiedzieć, że jestem zadowolona po lekturze, bo była bardzo przewidywalna. No i kwestionowanie w taki sposób swojego zdrowia psychicznego nie należy do oryginalnych. Brakowało napięcia, elementów zaskoczenia, ale też atmosfery niepokoju. I to co mnie jednak bardzo razi – brak researchu, albo taki po łebkach. Lovecraft żył w takich czasach, że łatwo było zawiesić niewiarę i zaakceptować, że np. bohater ma kontakt z czymś złowieszczym. U Ciebie jednak akcja jest w naszych czasach. Np. kontakt z księdzem – ksiądz by zaproponował, aby się bohater spotkał z egzorcystą, a nie zostawił samego. Zamawianie książek – raczej padały starsze rzeczy, stawiałabym, że je szybko by znalazł w Internecie, w postaci skanów etc. Jest tego sporo w zasięgu ręki. Zresztą w wątkach okultystycznych, nie lubię łopatologii. Wszystko podałeś jak na talerzu, nie pozostawiając niczego interpretacji. Ale spokojnie, to nie są łatwe tematy i wymagają dużej ilości pracy. Mam nadzieję, że nie porzucisz tych motywów i jeszcze będziesz z tym eksperymentował. 

Nowa Fantastyka