- Opowiadanie: kronos.maximus - Chwytaj sol, to ma sens!

Chwytaj sol, to ma sens!

Hi­sto­ria dziew­czy­ny, która bar­dzo chcia­ła do­stać się z Marsa na Zie­mię.

 

Dzię­ku­ję Em­li­sien, Ni­kasz­ko oraz Old­Gu­ard za war­to­ścio­we uwagi oraz in­spi­ra­cje pod­czas bety! 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Chwytaj sol, to ma sens!

Ni­szo­wa twór­czość

 

„Chwy­taj sol, to ma sens!” – po­wta­rzała w my­ślach April Gris, prze­bi­ja­jąc wzro­kiem gę­stwi­nę mroku. Po­zwa­la­ła się pro­wa­dzić, bo pod­pi­sa­ła kon­trakt i mu­sia­ła przy­jąć jego kon­se­kwen­cje. Wiel­ka dłoń szarp­nęła nią i po­cią­gnę­ła w dół. Dziew­czy­na, pró­bując utrzy­mać rów­no­wa­gę na stro­mych scho­dach, lewą ręką, po omac­ku, do­tknęła wil­got­nej ścia­ny.

W końcu ciem­ność ustą­pi­ła, a łapa we­pchnę­ła ją do wiel­kie­go po­miesz­cze­nia. Bo­ga­to zdo­bio­na sala, ze stiu­ko­wy­mi or­na­men­ta­mi su­fi­tu i wy­ło­żo­ny­mi szkar­łat­nym plu­szem ścia­na­mi, wzbu­dziła w April mie­sza­ne uczu­cia. Prze­pych przy­kuwał uwagę, ale wy­ra­fi­no­wa­ny detal od­strę­czał. Po­ja­wiły się mi­gaw­ki z dzie­ciń­stwa: cu­dacz­ne świa­ty baśni ge­ne­ro­wa­nych przez apa­ra­ty roz­sze­rzo­nej rze­czy­wi­sto­ści.

– Roz­bierz się. – Padł roz­kaz z ust krót­ko ostrzy­żo­ne­go, wiel­kie­go męż­czy­zny, który ją przy­tar­gał.

April po­słusz­nie zrzu­ci­ła z sie­bie ubra­nie, zgod­nie z umową, zo­sta­wia­jąc tylko dolną część bie­li­zny.

– Pa­mię­taj, nie od­wra­caj się. I jak naj­mniej się ru­szaj. Naj­le­piej w ogóle.

Męż­czy­zna za­milkł i ob­szedł ją do­oko­ła. April była nie­wy­so­ka. Sze­ro­kie bio­dra, nie­wiel­ki biust i szczu­płe, dłu­gie ra­mio­na, które teraz bez­wład­nie zwi­sa­ły, two­rzy­ły zgrab­ną ca­łość. Przyj­rzaw­szy się jej bla­dej, dzie­cię­cej twa­rzy, ła­god­niej­szym gło­sem dodał:

– Daj znać… jak bę­dziesz po­trze­bo­wa­ła…

April przy­tak­nę­ła ru­chem głowy.

Męż­czy­zna przy­ło­żył otwar­tą dłoń do jej ple­ców. Prze­su­nął ją w górę i w dół, ba­da­jąc fak­tu­rę skóry. Jego dłoń była zimna.

Usły­sza­ła do­cho­dzą­ce z tyłu, od­le­głe brzę­cze­nie me­cha­ni­zmu. Stop­nio­wo dźwięk sta­wał się gło­śniej­szy – ma­szy­na nie­spiesz­nie pod­jeż­dża­ła bli­żej. April za­drża­ła.

Wy­so­ki na metr pro­sto­pa­dło­ścian umiesz­czo­ny był na kwa­dra­to­wej pod­sta­wie, opie­ra­ją­cej się na sze­ściu nie­wiel­kich kół­kach. Apa­ra­tu­ra za­trzy­ma­ła się za ple­ca­mi April, sen­so­ra­mi zba­da­ła swoje po­ło­że­nie, a potem kil­ko­ma szar­pa­ny­mi ru­cha­mi ska­li­bro­wa­ła po­zy­cję. Z przed­niej czę­ści wy­su­nę­ło się me­ta­lo­we ramię z wal­co­wa­tą koń­ców­ką, uzbro­jo­ną w igły, no­ży­ki, szczyp­ce i mini pro­jek­tor. Ma­szy­na przy­stą­pi­ła do ska­no­wa­nia – nie­bie­ski pas świa­tła o sze­ro­ko­ści dwóch cen­ty­me­trów oblał szyję dziew­czy­ny, a potem za­czął prze­su­wać się w dół, wzdłuż krę­go­słu­pa. Na mo­ni­to­rze po­ja­wi­ło się trój­wy­mia­ro­we od­wzo­ro­wa­nie to­po­lo­gii ple­ców.

April nie wi­dzia­ła tego, co dzia­ło się za nią, ale me­ta­licz­ne bu­cze­nie apa­ra­tu draż­ni­ło każdy jej nerw.

– Bę­dzie bar­dzo bo­la­ło? – wy­mam­ro­ta­ła.

– Milcz! – nie­spo­dzie­wa­nie wy­buch­nął męż­czy­zna. Od­ru­cho­wo zła­pał ją za włosy i po­cią­gnął tak, że twarz unio­sła się. – Je­że­li do­trzy­masz umowy, do­sta­niesz całą kwotę. Ale je­że­li po­wiesz słowo, kiedy on się po­ja­wi, opu­ścisz to miej­sce z pu­sty­mi rę­ka­mi.

 Po­now­nie do­biegł ją kle­kot kla­wia­tu­ry, a potem urzą­dze­nie wy­plu­ło z sie­bie rzę­żą­cy dźwięk. In­ten­syw­ny ból wbi­ja­nej w plecy igły wy­krzy­wił twarz dziew­czy­ny. Gło­wi­ca apa­ra­tu drża­ła, po­ru­sza­jąc się w róż­nych kie­run­kach i ka­le­cząc skórę. April sta­ra­ła się opa­no­wać i nie jęk­nąć. Za­mknę­ła oczy i za­ci­snę­ła piąst­ki.

Po­ja­wił się! Wszedł przed­ni­mi drzwia­mi, choć spo­dzie­wa­ła się go z prze­ciw­nej stro­ny. Dzię­ki temu mogła go zo­ba­czyć, a nie tylko usły­szeć.

– Zwa­żyw­szy na szcze­gól­nie sta­bil­ne prze­ja­wy aury pod­czas ak­tu­al­ne­go sola, ośmie­lam się za­ry­zy­ko­wać przed­ło­że­nie hi­po­te­zy, ja­ko­by nasz ar­ty­sta był pod wpły­wem na­tchnie­nia!

Wy­so­kie­mu to­no­wi głosu po­sta­ci to­wa­rzy­szy­ła gro­te­sko­wa ge­sty­ku­la­cja. Wy­so­ki, chudy, odzia­ny w pół­prze­zro­czy­ste, luźno zwi­sa­ją­ce szma­ty, prze­mie­rzał salę drob­ny­mi kro­ka­mi i wy­glą­dał jak mokra cza­pla, którą April znała ze szkol­ne­go pod­ręcz­ni­ka. Wą­skie usta i po­cią­gła twarz, z na­ło­żo­nym cięż­kim ma­ki­ja­żem, wy­ra­ża­ła zbla­zo­wa­nie. Się­ga­ją­ce po­ni­żej bla­dych ra­mion, białe i nie­na­tu­ral­nie pro­ste włosy do­da­wa­ły po­sta­ci upior­ne­go rysu.

– Van Gogh, Ce­zan­ne, Manet? W try­bie przy­pusz­cza­ją­cym, ze wska­za­niem na mało wy­ra­fi­no­wa­ny, ma­so­wy smak na­szych gości. Tym­cza­sem moja skrom­na osoba gu­stu­je w sub­tel­niej­szych prze­ja­wach ak­tyw­no­ści muz, weźmy dla przy­kła­du An­drew Wyeth'a.

– Cie­ka­we – od­burk­nął ope­ra­tor ma­szy­ny nie prze­ry­wa­jąc pracy. W jego gło­sie da­wa­ło się wy­czuć iry­ta­cję. Wbił igłę głę­biej w plecy April. Dziew­czy­na wy­do­by­ła z sie­bie bo­le­sny jęk.

Chuda po­stać aż pod­sko­czy­ła. Skrzy­wi­ła usta, od­wró­ci­ła się i na­chy­li­ła nad głową April ce­dząc przez zęby:

– Warto pod­jąć ból twór­czy! Wszak opór przy­bie­ra­ją­cej formę ma­te­rii jest rze­czą na­tu­ral­ną.

Po­stać wy­pro­sto­wa­ła się i spoj­rza­ła w sufit. Ma­su­jąc pod­bró­dek rze­kła wznio­śle:

– Na­to­miast co do isto­ty sztu­ki w za­kre­sie pojęć bytu i praw­dy – otóż twier­dzę, że sztu­ka to nie tyle spo­sób wy­ra­ża­nia pier­wiast­ka praw­dy, ile modus jej two­rze­nia!

– Nie ina­czej – od­po­wie­dział mru­kli­wie po­tęż­ny męż­czy­zna i zgrzyt­nął zę­ba­mi.

April po­czu­ła do­tkli­we szarp­nię­cie. Ma­szy­na mu­sia­ła tym razem wy­rwać więk­szy ka­wa­łek skóry, bo stru­ga krwi spły­nę­ła po ple­cach, two­rząc na ce­ra­micz­nej pod­ło­dze ka­łu­żę. Dziew­czy­nie zro­bi­ło się żal jej dzie­więt­na­sto­let­nie­go ciała. Pro­ces był nie­od­wra­cal­ny i bli­zny zo­sta­ną do końca życia. „To ma sens, to ma sens, to ma sens…”.

– Ach, zatem bę­dzie też księ­życ? Fan­ta­stycz­nie! Ale który księ­życ? Niech zgad­nę, ten po­twor­ny, stu­rę­ki syn Gai i Ura­no­sa? Celna me­ta­fo­ra. Wiedz, twór­co, że za każ­dym razem, gdy nowe dzie­ło sztu­ki jest do­da­wa­ne do ja­kiej­kol­wiek kul­tu­ry, zna­cze­nie tego, czym jest ist­nie­nie, zmie­nia się nie­od­łącz­nie.

Udrę­ka cie­le­sna oraz mo­no­log tej po­twor­nej po­sta­ci przy­pra­wia­ły April o mdło­ści. Chcia­ła od­wró­cić się, wrza­snąć „dość!” i wy­biec. Ale wy­trzy­ma­ła do sa­me­go końca. „Chwy­taj sol, to ma sens!”.

 

Oj­ciec

 

Za­bu­do­wa­nia wokół ba­se­nu ude­rze­nio­we­go Hel­las na Mar­sie two­rzy­ły opa­skę o śred­ni­cy około dwóch i pół ty­sią­ca ki­lo­me­trów i gru­bo­ści wa­ha­ją­cej się od jed­ne­go do pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów. Nie była to jed­no­li­ta me­ga­struk­tu­ra, ale ty­sią­ce bu­dyn­ków po­gru­po­wa­nych w mniej­sze i więk­sze ze­spo­ły.

Roz­ra­sta­nie się Hel­las Pla­ni­tia re­gu­lo­wał plan za­go­spo­da­ro­wa­nia prze­strzen­ne­go Kom­pa­nii Wy­do­byw­czej Po­łu­dnio­wej He­mis­fe­ry. Była to po­tęż­na kor­po­ra­cja, która wraz z na­miest­ni­kiem z nada­nia ziem­skie­go, okre­śla­ła prawo i za­sa­dy życia obo­wią­zu­ją­ce w mie­ście.

Żeby za­pew­nić ochro­nę przed nie­przy­ja­zną at­mos­fe­rą i pro­mie­nio­wa­niem, każdy z ze­spo­łów za­bu­do­wań przy­kry­wa­ła wiel­ka ko­pu­ła. Pod skle­pie­nia­mi znaj­do­wa­ły się w więk­szo­ści slum­sy – marna na­miast­ka miesz­kań dla kil­ku­na­sto­mi­lio­no­wej rze­szy gór­ni­ków, ro­bot­ni­ków oraz ludzi ob­słu­gu­ją­cych kom­pleks ko­pal­ni złota, pla­ty­ny i osmu. Na ścia­ny ze­wnętrz­ne kopuł użyto czar­nych płyt z amal­ga­ma­tu ce­men­to­we­go, wzmac­nia­ne­go ty­ta­no­wy­mi włók­na­mi i izo­lo­wa­ne­go grubą war­stwą wełny mi­ne­ral­nej.

Wia­tra­ki wy­glą­da­ły jak gi­gan­tycz­ne ważki, które przy­cup­nę­ły na skle­pie­niu. We­ssa­ne do fil­trów po­wie­trze było czysz­czo­ne me­cha­nicz­nie i che­micz­nie, na­wil­ża­ne, wzbo­ga­ca­ne tle­nem, a na­stęp­nie prze­pom­po­wy­wa­ne do niż­szych par­tii bu­dow­li i wy­pusz­cza­ne przez otwo­ry w chod­ni­kach.

– Wię­cej niż jedno drze­wo?

Sze­ścio­let­nia April wie­dzia­ła czym jest przy­ro­da na Ziemi, ale lu­bi­ła, kiedy oj­ciec jej o tym opo­wia­dał. A on, kiedy był w do­brym hu­mo­rze, po­tra­fił snuć opo­wie­ści mimo zmę­cze­nia. Gdy wspominał, młod­niał, jego ka­mien­na twarz przy­bie­ra­ła do­bro­tli­wy wyraz i po­ja­wiał się na niej uśmiech… – sta­wał się zu­peł­nie innym czło­wie­kiem.

– Ale ile? Trzy? Pięć? – dro­czy­ła się z nim.

– Wię­cej. Du­uużo wię­cej. – Po­gła­dził jej włosy dło­nią o gru­bej i po­pę­ka­nej skó­rze.

– Je­de­na­ście? – Oczy sze­ścio­lat­ki za­świe­ci­ły prze­wrot­nie. Rzu­ci­ła się mu na szyję.

Oj­ciec nic nie od­rzekł. Zbyt mocno się wzru­szył.

– Na­praw­dę? Aż tyle? – pra­wie krzyk­nę­ła, ce­lo­wo prze­sa­dza­jąc zdzi­wie­nie. Uwiel­bia­ła wy­obra­żać sobie jak w rze­czy­wi­sto­ści musi wy­glą­dać takie sku­pi­sko.

– I pach­nia­ły? Ojej… A opo­wiedz mi o prysz­ni­cu…

– O czym? Aha…

– To tam jest tyle wody, że leje się z nieba?

Pa­trzy­ła na ojca z po­dzi­wem. Tkwił w nim nie­od­gad­nio­ny pier­wia­stek, obiet­ni­ca in­ne­go świa­ta. Rzad­ko o tym wspo­mi­nał, ale kie­dyś od­wie­dził Zie­mię i wi­dział to wszyst­ko na wła­sne oczy. „A mój tata był na Ziemi!” Po­chwa­li­ła­by się tym fak­tem dzie­cia­kom, gdyby nie obawa, że ich za­zdrość może oka­zać się nie­bez­piecz­na.

Dwa dni póź­niej April pod­pie­ra­ła ścia­nę przed domem i żuła gumę o smaku pep­si-co­li. Ga­pi­ła się w prze­szklo­ną, gi­gan­tycz­ną szcze­li­nę u pod­sta­wy ko­pu­ły przy­kry­wa­ją­cej ich dziel­ni­cę. Szcze­li­na się­ga­ła kil­ka­set me­trów w górę. Wła­śnie o tej porze sola wpa­da­ły przez nią pro­mie­nie słoń­ca. Zja­wi­sko trwa­ło pięt­na­ście minut i April lu­bi­ła w tym cza­sie wy­cho­dzić z domu i przy­glą­dać się grze świa­teł.

Są­siad wra­ca­ją­cy z ko­pal­ni sta­rym ro­we­rem rzu­cał wy­dłu­żo­ny cień, za­baw­nie pod­ska­kujący na każ­dej mi­ja­nej ścia­nie. Prze­mknął obok April i na nią nie spoj­rzał, a zwy­kle uśmie­chał się albo o coś py­tał. Kiedy za­trzy­my­wał się przy bram­ce wej­ścio­wej, zgrzyt ha­mul­ców za­brzmiał jak la­ment.

– Do­brej gwiaz­dy, panie Can­sa­do! – za­wo­ła­ła, przy­jaź­nie spo­glą­da­jąc w jego udrę­czo­ną i brud­ną twarz. Za­miast od­po­wie­dzieć, po­spiesz­nie scho­wał się za ścia­ną od­dzie­la­ją­cą ich domy. Prze­ląkł się małej April? Może krzyk­nę­ła za gło­śno?

Dwie go­dzi­ny póź­niej zja­wi­li się lu­dzie z Kom­pa­nii Wy­do­byw­czej. „Tąp­nię­cie… trzy­dzie­stu sied­miu gór­ni­ków… zro­bi­li­śmy co w na­szej mocy, ale… re­kom­pen­sa­ta bę­dzie opie­wa­ła na…”. W pa­mię­ci April za­cho­wa­ły się strzęp­ki zdań. W jej dziel­ni­cy, fa­ce­ci w ele­ganc­kich ko­stiu­mach za­wsze przy­no­si­li złą no­wi­nę. I to oni okra­dli April Gris z tego, który był dla niej naj­cen­niej­szy.

Zo­sta­ła z matką i sio­strą – nie­mow­la­kiem, który wy­dzie­rał się wnie­bo­gło­sy przy­pra­wia­jąc wszyst­kich o ból głowy. Jak w ta­kich oko­licz­no­ściach mogła ukoić żal i smu­tek?

Matka róż­ni­ła się od ojca. Za­ję­ta zwy­kły­mi spra­wa­mi nie po­tra­fi­ła dać April tego, czego młoda dziew­czy­na po­trze­bo­wa­ła. „A w ba­śniach po­ja­wiał się cza­ro­dziej i wła­dał magią”. Czę­sto wspo­mi­na­ła ojca.

 

Piwot

 

„Chwy­taj dzień, chwy­taj dzień, bo kto wie, co jutro bę­dzie…“ – usły­sza­ła do­cho­dzą­cy zza okna ziem­ski hit.

Był to sol jej czter­na­stych uro­dzin. Za­miast go świę­to­wać, krzą­ta­ła się sa­mot­nie po ob­skur­nym domu, bez celu i na­dziei. Re­fren sły­sza­ła nie­zli­czo­ną ilość razy i może wła­śnie dla­te­go nigdy wcze­śniej nie za­sta­na­wia­ła się nad jego zna­cze­niem.

„Dzień to miara czasu na Ziemi, część sola, trwa­ją­ca mię­dzy wscho­dem a za­cho­dem Słoń­ca”. Przy­po­mnia­ła sobie re­guł­kę ze szko­ły. Na Ziemi lu­dzie żyją w ryt­mie dnia i nocy, a świa­tło sło­necz­ne ma dla nich duże zna­cze­nie. To pięk­ne! Tam wszyst­ko jest lep­sze i praw­dziw­sze.

„Ale jak można zła­pać dzień? Prze­cież czasu nie można…”. Za­śmia­ła się. Chcąc zro­zu­mieć sens tego zda­nia za­czę­ła chwy­tać dło­nią po­wie­trze.

Tak ją to roz­ba­wi­ło, że zatań­czyła. Ob­ra­ca­ła się wokół wła­snej osi, aż do za­wro­tu głowy. Spo­co­na ru­nę­ła na łóżko, cały świat wi­ro­wał. Leżąc na ple­cach otwo­rzy­ła lek­sy­kon sie­cio­wy i od­na­la­zła hasło: „carpe diem”.

– Chwy­taj sol… – szep­nę­ła urze­czo­na swoim od­kry­ciem. – Życie jest krót­kie, trze­ba z niego ko­rzy­stać!

Na­tknę­ła się na ko­lej­ne motto: “być ko­wa­lem swego losu, brać go w swoje ręce”. Wie­dzia­ła kim był kowal, znała to słowo z jed­nej z bajek, które opo­wia­dał jej oj­ciec. Kowal to rze­mieśl­nik wy­twa­rza­ją­cy rze­czy z me­ta­lu, kształ­tu­ją­cy je ude­rze­nia­mi młota. Prze­cież i ona może kształ­to­wać swój los, nawet je­że­li mia­ła­by w tym celu walić mło­tem. Ale kogo i co?

Jej wy­obraź­nia za­czę­ła pra­co­wać. Za­pra­gnę­ła od­rzu­cić smut­ki, biedę i bez­na­dzie­ję, chcia­ła w końcu być szczę­śli­wą, chwy­cić sol!

Ale w slum­sach nie można żyć chwi­lą, bo z czego tu się cie­szyć? Szczę­ście można było od­na­leźć gdzie in­dziej. Może w lep­szej dziel­ni­cy Hel­las Pla­ni­tia, na przy­kład w Del­cie? Albo jesz­cze dalej, na pół­noc­nej he­mis­fe­rze? A może… – April roz­ma­rzy­ła się. – Może na samej Ziemi? Przy­mknę­ła oczy i wy­obra­zi­ła sobie, że znaj­du­je się wła­śnie tam, że prze­cha­dza się po­mię­dzy praw­dzi­wy­mi drze­wa­mi, do­ty­ka kory, bada opusz­ka­mi pal­ców li­ście, roz­ko­szu­je się za­pa­chem. Tak, jak w opo­wie­ściach ojca. Czy mo­gła­by tego do­ko­nać?

– Chwy­taj sol, los bierz w swe ręce. To ma sens! – krzyk­nę­ła pod­eks­cy­to­wa­na. Po­łą­czy­ła zna­le­zio­ne, ziem­skie re­cep­ty na życie, w jedną, cał­kiem nową, która na­bra­ła dla niej szcze­gól­ne­go zna­cze­nia.

Ten sol sta­no­wił w życiu April punkt zwrot­ny. Opu­ścił ją żal i smu­tek, a jego miej­sce za­ję­ła de­ter­mi­na­cja. Sfor­mu­ło­wa­ła cel: “od­wie­dzić Zie­mię” i od tej pory po­sta­no­wi­ła być mu wier­na.

 

Mario

 

– A sły­sza­łaś, że kogoś wcią­gnę­ło przy skle­pie­niu ko­pu­ły i zmie­li­ło na drob­ne ka­wał­ki? A potem z chod­ni­ków wy­try­snę­ła fon­tan­na krwi. A potem czer­wo­ny prysz­nic oblał ludzi…

– Za­mknij się, Maja! Nie opo­wia­daj bred­ni!

– Ale na­praw­dę, tak było! Pod­le­cie­li he­li­kop­te­rem za wy­so­ko i wen­ty­la­tor ich we­ssał…

April miała dość młod­szej sio­stry. W gło­wie tam­tej od ja­kie­goś czasu po­ja­wia­ły się dra­ma­tycz­ne ob­raz­ki. Wpływ no­we­go ko­le­gi z Calle Don Carlo?

Po tym, co prze­ży­ła w prze­klę­tym po­ko­ju hor­ro­rów, nie mogła ścier­pieć nawet naj­bar­dziej nie­win­nej wzmian­ki o bólu. Choć od wy­da­rze­nia mi­nę­ły trzy mie­sią­ce, wspo­mnie­nie sali wy­ło­żo­nej czer­wo­nym plu­szem i brzę­ku me­cha­ni­zmów ma­szy­ny przy­pra­wia­ły ją o mdło­ści.

Na szczę­ście naj­więk­szy ból miała za sobą. Rany się za­go­iły, mogła ostroż­nie po­ło­żyć się na ple­cach. Naj­waż­niej­sze, że do­sta­ła na­leż­ne pie­nią­dze, teraz miały cze­kać ją same przy­jem­no­ści. Na po­dróż na Zie­mię miała wciąż za mało, mimo to, była z sie­bie dumna. W końcu wzię­ła los w swoje ręce, miała plan i nie­dłu­go bę­dzie mogła chwy­cić sol!

Za­mknę­ła drzwi i za­sło­ni­ła dziur­kę od klu­cza. Do tej pory uda­wa­ło jej się ukryć bli­zny i nie chcia­ła, żeby sio­stra od­kry­ła ta­jem­ni­cę wła­śnie dziś, kiedy po­ja­wi­ła się szan­sa, żeby osta­tecz­nie uciec od mar­ne­go życia.

Naga prze­glą­da­ła gar­de­ro­bę. Zde­cy­do­wa­ła się na kre­mo­wą bie­li­znę, oliw­ko­wą su­kien­kę i ele­ganc­ki, be­żo­wy płaszcz. Jej matki nigdy nie by­ło­by na to stać. Spoj­rza­ła w lu­stro – wy­glą­da­ła wy­twor­nie, mogła spodo­bać się każ­de­mu z żoł­nie­rzy.

– To ja już jadę, prze­każ mamie, że wrócę późno – zwró­ci­ła się do sio­stry.

– Ale mama mó­wi­ła, żebyś była na obie­dzie.

– Zjem gdzie in­dziej. Tylko nie wy­chodź z domu i nie szwen­daj się.

– Ale mama mó­wi­ła…

– Za­mknij się!

Spoj­rza­ła na stary zegar ścien­ny. Naj­wyż­szy czas wyjść, ina­czej spóź­ni się na po­ciąg i nici z planu. Się­gnę­ła po buty. Z tan­det­nej szaf­ki od­cho­dzi­ła farba, a drzwicz­ki nie do­my­ka­ły się. “Nie, nie tylko wyjść, ale w ogóle… uciec stąd”. Wy­bie­gła z domu.

Do lo­kal­nej sta­cji miał ją za­wieźć sku­te­rem Mario. Głu­piec, był w niej za­ko­cha­ny i cier­pli­wie cze­kał już pół go­dzi­ny. April wie­dzia­ła, co zro­bić, aby chłop­cy jedli jej z ręki. Nie tylko Mario, ale każdy po­przed­ni, wszy­scy dzia­ła­li po­dług po­dob­ne­go sche­ma­tu. Opa­no­wa­ła go do per­fek­cji. Choć po­sia­da­ła urodę tylko odro­bi­nę po­wy­żej prze­cięt­nej, flirt przy­cho­dził jej na­tu­ral­nie, bez wy­sił­ku, jakby uro­dzi­ła się z wie­dzą, które sznur­ki kiedy na­le­ży po­cią­gać. Była świa­do­ma jak mocno dzia­ła­ją na chłop­ców jej ciem­ne, kon­tra­stu­ją­ce z bladą skórą oczy i pięk­ny uśmiech.

Nowy płaszcz i buty April nie uszły uwa­dze Maria. Nie po­tra­fił ukryć zdzi­wie­nia. Ele­ganc­ka gar­de­ro­ba oraz bilet na po­ciąg hi­per­so­nicz­ny mu­sia­ły kosz­to­wać wię­cej niż jego mo­to­rek!

– Czy ty cho­dzisz za­ra­biać do bar­rio La Pared? – za­py­tał wprost.

– Zwa­rio­wa­łeś?

– To skąd masz pie­nią­dze na…?

– Ty na­praw­dę my­ślisz, że mo­gła­bym się tak po­ni­żyć? – od­po­wie­dzia­ła, uda­jąc ob­ra­żo­ną.

Mario stro­pił się. Chciał ją objąć, ale ode­pchnę­ła go znie­cier­pli­wio­na:

– Nie chcę się spóź­nić.

Pę­dzi­li przez la­bi­ryn­ty slum­sów, a potem wje­cha­li w drogę łą­czą­cą ich dziel­ni­cę z głów­ną ma­gi­stra­lą. Mario przy­spie­szył.

„Teraz mogę mieć dużo wię­cej” – my­śla­ła pod­eks­cy­to­wa­na April, za­ci­ska­jąc ra­mio­na wokół tu­ło­wia chło­pa­ka. „Nie cho­dzi o cie­bie, Mario. Sta­ra­łeś się jak mo­głeś i sporo osią­gną­łeś jak na to, skąd po­cho­dzisz. Na przy­kład masz sku­ter”. Za­chi­cho­ta­ła. “Ale nie znasz ma­gicz­nej for­mu­ły. Dla cie­bie, Mario, «chwy­taj sol» nie ma sensu”.

Na sta­cji zna­la­zła się pół go­dzi­ny przed pla­no­wa­nym od­jaz­dem, aku­rat tyle, żeby prze­do­stać się przez śluzę i wejść na plat­for­mę. W po­cią­gu bę­dzie mogła się od­prę­żyć, bo z tego co sły­sza­ła, po­dróż do lą­do­wi­ska Ga­li­leo jest nie lada grat­ką. Od­le­głość stąd to czte­ry­sta ki­lo­me­trów. Nie­ca­ła go­dzi­na.

 

Żoł­nie­rze z Sa­tur­na

 

Ogrom­ny trans­por­to­wiec eskor­to­wa­ny przez dwie fre­ga­ty zbli­żał się do mię­dzy­pla­ne­tar­ne­go lot­ni­ska. April, wraz z wi­dza­mi zgro­ma­dzo­ny­mi na ta­ra­sie wi­do­ko­wym, wpa­try­wa­ła się w sre­brzy­ste ka­dłu­by. Wiel­kość por­tu ko­smicz­ne­go ją osza­ła­miała.

Żoł­nie­rze wra­ca­li z wojny na Sa­tur­nie. Ubra­ni w ga­lo­we mun­du­ry ze lśnią­cy­mi epo­le­ta­mi, w rów­nych sze­re­gach prze­mie­rza­li roz­le­gły plac. Za nimi cią­gnę­ły się ko­lum­ny czoł­gów i wozów opan­ce­rzo­nych.

– Wojna zo­sta­ła wy­gra­na, a my wi­ta­my was z po­wro­tem w domu… – Tu­bal­ny głos na­miest­ni­ka od­bi­jał się me­ta­licz­nym echem od okrę­tów i ol­brzy­mich ścian lot­ni­ska. Prze­mo­wa nie trwa­ła długo, można było ją spro­wa­dzić do za­chwy­tu nad żoł­nie­rza­mi i pro­mo­cji wła­snej osoby.

Wkrót­ce jego miej­sce zajął przed­sta­wi­ciel Kom­pa­nii Wy­do­byw­czej. Wy­czy­tał na­zwi­ska dzie­się­ciu bo­ha­te­rów, a zgro­ma­dze­ni w spe­cjal­nych lo­żach przed­sta­wi­cie­le me­diów pod­la­ty­wa­li dro­na­mi trans­mi­syj­nymi do gra­ni­cy stre­fy bez­pie­czeń­stwa. Kiedy bo­ha­te­ro­wie dum­nym kro­kiem prze­mie­rza­li prze­strzeń roz­cią­ga­ją­cą się po­mię­dzy fre­ga­ta­mi a ta­ra­sem wi­do­ko­wym, przez zgr­oma­dzo­ną pu­blicz­ność prze­la­ła się fala okla­sków i en­tu­zja­stycz­nych okrzy­ków.

April zwró­ci­ła uwagę na jed­ne­go z wy­róż­nio­nych żoł­nie­rzy, na oko dwu­dzie­stokilkuletniego mło­dzień­ca, o na­zwi­sku Peder Green. Szczę­śli­wie dla niej, Peder po­cho­dził z tego sa­me­go miej­sca co ona – slum­sów na Hel­las Pla­ni­tia. Nie­wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny i dumny wzbu­dził w niej za­in­te­re­so­wa­nie. W na­gro­dę za he­ro­izm, któ­rym się wy­ka­zał na woj­nie, otrzy­mał order Srebr­ne­go Globu, oraz nie­ba­ga­tel­ną sumę pie­nię­dzy. Szcze­gól­nie to dru­gie wzbu­dzi­ło eks­cy­ta­cję April.

– To ma sens – szep­nę­ła do sie­bie ura­do­wa­na.

 

***

 

Nie spra­wi­ło jej trud­no­ści do­tarcie do “Mar­so­we­go Ba­chu­sa”, osła­wio­ne­go lo­ka­lu na ty­łach ter­mi­na­lu Ga­li­leo, gdzie, zgod­nie z tra­dy­cją, żoł­nie­rze opi­ja­li swoje mi­li­tar­ne suk­ce­sy i roz­ko­szo­wa­li się to­wa­rzy­stwem ko­biet. Uda­wa­li się tam ci, któ­rych nie ode­bra­ły żony, dzie­wczy­ny czy ko­chan­ki.

I znowu szczę­ście do­pi­sa­ło April – Peder Green tu był, a ona miała na sobie wy­strza­ło­wą kre­ację. Po­zo­stał flirt, sztu­ka, którą opa­no­wa­ła do per­fek­cji.

 

***

 

Lo­kal­ny, dwu­oso­bo­wy wa­go­nik po­ru­szał się bez­sze­lest­nie. April po­ło­ży­ła głowę na ko­la­nach Pe­de­ra i przy­mknę­ła oczy. Wszyst­ko ukła­da­ło się po jej myśli – zbli­ża­li się do “kra­wę­dzi”, czyli prze­szklo­nej pro­me­na­dy, która bie­gła wzdłuż gi­gan­tycz­ne­go ko­smo­dro­mu. Było to jedno z naj­bar­dziej ro­man­tycz­nych miejsc na Mar­sie.

Kiedy do­tar­li do celu i opu­ści­li wa­go­nik, roz­po­starł się przed nimi fan­ta­stycz­ny widok na ze­spół kra­te­rów. W za­cho­dzą­cym słoń­cu pia­sek skrzył się szkar­ła­tem, a w od­da­li ma­ja­czy­ła czerń kopuł me­ga­struk­tu­ry Hel­las Pla­ni­tia.

April za­plą­ta­ła ra­mio­na wokół szyi Pe­de­ra.

– Chcę wie­dzieć o tobie wszyst­ko. Zdra­dzisz mi swoją ta­jem­ni­cę?

– Ta­jem­ni­cę? – od­parł za­sko­czo­ny żoł­nierz.

– Na pewno jakąś masz.

Spa­ce­ro­wa­li, przy­glą­da­jąc się to­ną­cej za ho­ry­zon­tem tar­czy sło­necz­nej. Do­tar­li do roz­wi­dle­nia ko­ry­ta­rza i zna­leź­li się w od­osob­nio­nym, nie­wiel­kim po­ko­iku wi­do­ko­wym. April zdję­ła płaszcz i od­sunęła bluzę z ra­mie­nia, uka­zu­jąc część ple­ców – skórę po­ry­so­wa­ną gęsto bli­zna­mi. Bli­zny ukła­da­ły się w nie­zgrab­ny wi­ze­ru­nek dłu­go­wło­se­go po­two­ra z wy­ba­łu­szo­ny­mi oczy­ma, po­że­ra­ją­ce­go bro­czą­ce krwią, po­zba­wio­ne głowy i ra­mie­nia, ciało. Peder skrzy­wił się na ten widok.

– Oni mnie skrzyw­dzili – szep­nę­ła.

– Kto? – za­py­tał zdez­o­rien­to­wa­ny Peder.

– Po pro­stu obej­mij mnie. – April ujęła jego cięż­ką dłoń w swoje.

Chciał to zro­bić, ale cof­nął się. Nie był pe­wien, czy uścisk nie spra­wi jej bólu. Była w nim złość i bez­sil­ność.

– Kto ci to zro­bił?

– Nie chcę o tym teraz mówić. I nie chcę już wra­cać do slum­sów.

 

Dom w El­lenth

 

Peder i April po­sta­no­wi­li za­miesz­kać razem. Dom wy­bra­li wspól­nie, za­pła­cił Peder. Duży bu­dy­nek o kla­sycz­nych pro­por­cjach znaj­do­wał się w ko­lo­nii El­lenth. Ob­fi­tu­ją­ca w ho­te­le, parki roz­ryw­ki, wodne mia­stecz­ka i wszel­kie wa­ka­cyj­ne udo­god­nie­nia, szczy­ci­ła się wy­so­ką ja­ko­ścią usług oraz zna­czą­cy­mi zwol­nie­nia­mi z po­dat­ków. Cie­szy­ła się za­in­te­re­so­wa­niem in­we­sto­rów i roz­wi­ja­ła w bły­ska­wicz­nym tem­pie.

April naj­bar­dziej ocza­ro­wa­na była nie­wiel­kim par­kiem z drze­wa­mi, gdzie każde drze­wo było inne. Zwy­kła prze­cha­dzać się po­mię­dzy nimi, obie­cu­jąc sobie, że to tylko przed­smak tego, co czeka ją na Ziemi. Mi­ja­jąc po­szcze­gól­ne drze­wa, po­wta­rza­ła sobie:

– Brzo­za ma korę białą jak wa­pien­ny tynk na ścia­nie domu pana Can­sa­do, li­ście klonu to roz­war­te palce dziec­ka, ga­łę­zie wierz­by przy­po­mi­na­ją włosy mojej matki, a pień dębu to ramię ojca, któ­re­go nigdy nie uda­wa­ło mi się objąć dłoń­mi.

 

***

 

Kilka dni po prze­pro­wadz­ce, April wró­ci­ła do domu ro­dzin­ne­go, za­brać swoje rze­czy. Nie ro­zu­miała czemu matka i sio­stra pła­ka­ły, prze­cież za­mie­rza­ła być z nimi w vi­deo-kon­tak­cie, a nawet cza­sem je od­wie­dzać. To ostat­nie było jed­nak mało praw­do­po­dob­ne, ze wzglę­du na od­le­głość, jaka dzie­li Hel­las Pla­ni­tia od ko­lo­nii El­lenth i zwią­za­ne z tym kosz­ty trans­por­tu.

Poże­gna­ła się też z Mario, który po­ma­gał jej wrzu­cić wa­liz­ki na tył tak­sów­ki.

– Pa­mię­taj te dobre rze­czy, bo było ich mię­dzy nami mnó­stwo – rzu­ci­ła na od­chod­ne i po­ca­ło­wa­ła go w po­li­czek. Nie pła­kał, ale był skon­fun­do­wa­ny, jakby nie mógł uwie­rzyć, że widzi ją po raz ostat­ni. Ucie­kał wzro­kiem i mil­czał.

W końcu wsia­dła do po­jaz­du, po­ma­cha­ła całej trój­ce i ru­szy­li. Cze­ka­ła ją długa droga na pół­noc­ną he­mis­fe­rę.

 

Nie­zna­jo­my

 

Po sze­ściu mie­sią­cach bycia z Pe­de­rem, pod­czas któ­rych dni nie róż­ni­ły się szcze­gól­nie od sie­bie, April za­częła od­czu­wać nudę. Przy­po­mnia­ła sobie, że prze­cież jej celem była nie tyle uciecz­ka ze slum­sów, co prze­pro­wadzenie się na Zie­mię. Peder wi­docz­nie tego nie ro­zu­miał. Nigdy nie od­mówił wprost, ale od­wle­kał de­cy­zję, prze­cią­gał, zwo­dził ją. Była na niego zła. “A może on nie ma pie­nię­dzy? Po­wi­nien sprze­dać dom! Gdyby mnie ko­chał, zro­bił­by to”.

 Nie mogła go opu­ścić, bo mu­sia­ła­by wró­cić do slum­sów. Ale za­do­wo­lo­na nie była. “On nie jest cza­ro­dzie­jem, nie zna się na magii i nie ro­zu­mie co zna­czy «chwy­taj sol»”. Tak my­śla­ła wie­czo­ra­mi, sie­dząc obok niego na sofie i prze­gry­za­jąc ziem­nia­cza­ne czip­sy, na które nigdy nie by­ło­by jej stać na Hel­las Pla­ni­tia.

 

***

 

April po­sta­no­wi­ła wcie­lić w życie nowy plan. Kiedy Peder wy­szedł do pracy, usia­dła z te­le­fo­nem w sy­pial­ni i za­czę­ła prze­glą­dać ofer­ty por­ta­li to­wa­rzy­skich, szcze­gól­nie tych, na któ­rych anon­se umiesz­cza­li bo­ga­ci tu­ry­ści. Sa­mot­nych, za­moż­nych fa­ce­tów przy­la­ty­wa­ło z Ziemi sporo, ale też kon­ku­ren­cja wśród lo­kal­nych ko­biet, go­to­wych do­trzy­mać im to­wa­rzy­stwa, była nie­ma­ła.

Nie­spo­dzie­wa­nie, na ekra­nie po­ja­wi­ła się wia­do­mość od osoby, pod­pi­su­ją­cej się nic­kiem Max.

“Jak bar­dzo chcesz do­stać się na Zie­mię?”

 Za­sko­czo­na April od­ru­cho­wo za­mknę­ła wia­do­mość. Skąd ten czło­wiek mógł wie­dzieć, że chcę od­wie­dzić Zie­mię? Stwier­dziw­szy, że to naj­pew­niej oszust, wró­ci­ła do prze­glą­da­nia pro­fi­li użyt­kow­ni­ków.

“Mogę ci to umoż­li­wić”.

Otwar­ło się nowe okien­ko z wia­do­mo­ścią. Tym razem April za­wa­ha­ła się. Chcia­ła­by bar­dzo, żeby to była praw­da, żeby w końcu zna­lazł się ktoś bez­in­te­re­sow­ny, ktoś, kto mógł­by zro­bić coś tylko dla niej, dla tego jaka jest, albo po pro­stu z czy­ste­go od­ru­chu serca. Wie­dzia­ła jed­nak z do­świad­cze­nia, że nie ma nic za darmo, a życie w Hel­las Pla­ni­tia na­uczy­ło ją, że na­le­ży wy­strze­gać się tego, co wy­glą­da na bez­in­te­re­sow­ne. Usły­sza­ła sy­gnał ko­lej­nej wia­do­mo­ści:

“Sprawdź swoje konto”.

Tym razem nie wa­ha­ła się. Uru­cho­mi­ła apli­ka­cję swo­je­go banku i spoj­rza­ła na ka­me­rę, żeby te­le­fon zi­den­ty­fi­ko­wał jej toż­sa­mość.

War­tość środ­ków na jej kon­cie zo­sta­ła po­więk­szo­na o dzie­sięć mi­lio­nów redów! Za­sko­czo­na April przy­mknę­ła na mo­ment oczy. Ale kwota nie znik­nę­ła. Nie mu­sia­ła robić nic, a suma była więk­sza niż ta, którą otrzy­ma­ła od „twór­cy” za znisz­cze­nie jej ple­ców!

– Chwy­taj sol, to ma sens! Nie ma to jak miesz­kać w El­lenth! – krzyk­nę­ła, za­mknę­ła apli­ka­cję ban­ko­wą i wró­ci­ła do ser­wi­su to­wa­rzy­skie­go.

“Bar­dzo chcę do­stać się na Zie­mię”, wpi­sa­ła po­spiesz­nie i na­ci­snę­ła enter.

 

***

 

Jed­nak nie­zna­jo­my cze­goś od niej chciał. Na­stęp­ne­go dnia, go­dzi­nę po tym jak Peder wy­szedł do pracy, ze­szła w dół i, zgod­nie z tym, co w póź­niej­szej ko­re­spon­den­cji za­le­cił jej Max, od­ebrała nie­wiel­ką prze­sył­kę spod drzwi. W pa­czusz­ce zna­la­zła ma­lut­ki, czer­wo­ny sze­ścian. Kost­ka do gry?

Na­de­szły ko­lej­ne in­struk­cje. Miała przy­ło­żyć sze­ścian do skro­ni Pe­de­ra w cza­sie jego snu.

“Tylko to?”, wy­słała za­py­ta­nie. “A czy to nie jest nie­bez­piecz­ne?”

“Oczy­wi­ście, że nie”. Za­pew­nił ją Max, a ona chęt­nie uwie­rzy­ła.

Wie­czo­rem cier­pli­wie cze­ka­ła, aż Peder za­śnie. Potem – zgod­nie z in­struk­cją – od­mie­rzy­ła dzie­więć­dzie­siąt minut, wzię­ła przed­miot w dwa palce, ob­ró­ci­ła stro­ną, gdzie znaj­do­wał się za­zna­czo­ny mar­ke­rem punkt i przy­sta­wia­ła do jego skro­ni. Trzy­ma­ła ją tak przez równo dzie­sięć minut, a potem, po­spiesz­nie scho­wa­ła do szu­fla­dy. Zbyt gło­śne trza­śnię­cie zbu­dzi­ło Pe­de­ra.

– April? – za­py­tał za­chryp­nię­tym gło­sem, od­wra­ca­jąc się w jej stro­nę.

– Nie mogę za­snąć – od­po­wiedziała pręd­ko. Spe­szo­na wśli­znę­ła się pod koł­drę i od­wró­ci­ła do niego tyłem. Peder objął ją, do­pa­so­wu­jąc się cia­łem. Od­na­la­zła dło­nią jego po­śla­dek i przy­ci­snę­ła moc­niej do sie­bie.

– Może bra­ku­je ci tego?

 

***

 

Dwa dni póź­niej April od­kry­ła krew na pod­ło­dze w kuch­ni i roz­bi­ty kie­li­szek w koszu na śmie­ci. W pierw­szej chwi­li mocno ją to za­nie­po­ko­iło. Jed­nak ko­lej­na wpła­ta, tym razem w wy­so­ko­ści dwu­dzie­stu mi­lio­nów redów, za­dzia­ła­ła uspo­ka­ja­ją­co. Wraz z kwotą zna­la­zła ko­lej­ną wia­do­mość – po­le­ce­nie, aby czyn­ność z kost­ką po­wtó­rzyć.

Tym razem po­szło trud­niej, bo Peder długo nie mógł za­snąć. Wier­cił się w łóżku, prze­wra­cał z boku na bok, mru­czał, jakby coś go opę­ta­ło. April chcia­ła już zre­zy­gno­wać i po­no­wić próbę na­stęp­ne­go wie­czo­ra, kiedy usły­sza­ła jego mia­ro­we sa­pa­nie. W końcu!

Po­zo­sta­ło od­cze­kać pół­to­rej go­dzi­ny, aż wej­dzie w głęb­szy sen. Mi­nu­ty dłu­ży­ły się jej, ogar­nia­ła ją sen­ność, którą trud­no było prze­móc. Nie chcia­ła wy­cho­dzić z łóżka, żeby Pe­de­ra przy­pad­kiem nie zbu­dzić. Le­ża­ła w ciem­no­ści i pró­bo­wa­ła oży­wić się pla­no­wa­niem tego, co zrobi jak już bę­dzie na Ziemi. Bo tego, że w końcu tam trafi była pewna.

Kiedy od­cze­ka­ła swoje, po­wtó­rzy­ła czyn­no­ści z po­przed­nie­go wie­czo­ru. Tym razem męż­czy­zna nie obu­dził się, kiedy wkła­da­ła kost­kę do szu­fla­dy, jego sen był twar­dy.

Dwa dni póź­niej Peder wró­cił z pracy do­pie­ro wie­czo­rem, wy­glą­dał na wy­czer­pa­ne­go, jego spodnie były ubru­dzo­ne i tłu­ste, a ko­szu­la roz­dar­ta. Na czole miał ranę, po­licz­ki po­dra­pa­ne, a oko pod­bi­te. Wpadł do kuch­ni, nalał sobie szklan­kę zim­nej wody i wypił dusz­kiem. Kiedy April – bar­dziej z obo­wiąz­ku niż z au­ten­tycz­nej tro­ski – za­py­ta­ła co się stało, nie od­po­wie­dział, tylko mach­nął ręką. Nie py­ta­ła wię­cej. W nocy po raz trze­ci po­wtó­rzy­ła czyn­ność z przy­kła­da­niem kost­ki do skro­ni.

 

***

 

Po dwóch ty­go­dniach Peder zmie­nił się nie do po­zna­nia. Z rana, przed wyj­ściem do pracy był agre­syw­ny i wy­bu­cho­wy, wie­czo­ra­mi sta­wał się po­nu­ry i mil­czą­cy. Kiedy jadł ko­la­cję, trzę­sły mu się ręce i wy­glą­dał na zdez­o­rien­to­wa­ne­go. W week­en­dy zni­kał na całe dnie, a kiedy wra­cał, nie wie­dział co ze sobą zro­bić.

April miała tego dość. Okła­my­wa­ła samą sie­bie, że to, jaki się stał, nie miało nic wspól­ne­go z dzia­ła­niem kost­ki. Ale w końcu nie wy­trzy­ma­ła. Skon­tak­to­wa­ła się z nie­zna­jo­mym i wy­rzu­ci­ła mu, że to jed­nak było nie­bez­piecz­ne, że Peder się zmie­nił na gor­sze, że ma już tego dość i się boi.

„Sprawdź konto”, było je­dy­ną od­po­wie­dzią. Tym razem kwota opie­wa­ła na pięć­dzie­siąt mi­lio­nów redów! Sze­ro­ki uśmiech roz­świe­tlił jej twarz.

– Chwy­taj sol, to ma sens! – wy­krzy­knęła ra­do­śnie i za­tań­czy­ła, wi­ru­jąc wokół wła­snej osi. A potem rzu­ci­ła się na łóżko. Zbyt szyb­ko, zbyt gwał­tow­nie – nie­za­go­jo­ne bli­zny za­bo­la­ły, przy­po­mi­na­jąc jej o mrocz­niej­szym aspek­cie życia.

Nie prze­szko­dzi­ło to jed­nak April do­ko­nać spon­ta­nicz­ne­go za­ku­pu bi­le­tów na Zie­mię. Tak, to był dobry mo­ment, lep­sze­go nie bę­dzie. Miała dość pie­nię­dzy i miała dość Pe­de­ra. Spa­ko­wa­ła małą wa­liz­kę, wkła­da­jąc do niej tylko naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy i za­mó­wi­ła tak­sów­kę na ko­smo­drom Ga­li­le­usz.

„To nic oso­bi­ste­go, Peder. Sta­ra­łeś się jak mo­głeś i sporo osią­gną­łeś jak na to, skąd po­cho­dzisz”.

 

Szkar­łat­ny pokój

 

Znowu zna­la­zła się w por­cie ko­smicz­nym, tak jak tam­te­go dnia, kiedy po­zna­ła Pe­de­ra. No­stal­gia mie­szała się w niej z po­czu­ciem winy, ale prze­wa­ża­ło uczu­cie pod­nie­ce­nia. Nie­ba­wem speł­ni się jej naj­więk­sze ma­rze­nie – za­miesz­ka na Ziemi!

Skie­ro­wa­ła się na plat­for­mę, z któ­rej od­la­tywać miał jej prom. Jesz­cze tylko wi­zy­ta w to­a­le­cie i bę­dzie mogła usiąść w wiel­kiej po­cze­kal­ni i zre­lak­so­wać się w wy­god­nym fo­te­lu.

Po­dą­ży­ła ko­ry­ta­rzem, któ­re­go ścia­ny zaj­mo­wa­ły ho­lo­gra­ficz­ne re­kla­my wa­ka­cji w El­lenth. Tak jakby los chciał ją za­trzy­mać, a prze­cież jej prze­zna­cze­niem była Zie­mia!

We­szła do pu­ste­go przed­sion­ka to­a­le­ty. Ko­rzy­sta­jąc z tego, że zna­la­zła się tu sama, spoj­rza­ła w lu­stro. Po­pra­wi­ła włosy, wy­pro­sto­wa­ła dło­nią koł­nierz ża­kie­tu, a potem za­czę­ła stro­ić fi­glar­ne miny, uśmie­cha­jąc się na różne spo­so­by, mru­żąc za­lot­nie oczy i uno­sząc lewą brew. Wy­glą­da­ła szy­kow­nie i była sek­sow­na, na Ziemi cze­ka­ło ją wspa­nia­łe życie. Tym razem pla­no­wa­ła zna­leźć fa­ce­ta z klasą, może nawet osobę z wyż­szych sfer. Wszak ona sama po­cho­dzi­ła z El­lenth!

Ktoś otwo­rzył drzwi. W lu­strze uj­rza­ła ogrom­ną po­stać, która cią­gnę­ła wiel­ką wa­liz­kę. Roz­po­zna­ła­by go wszę­dzie, to “twór­ca”, po­twór, który wy­ciął jej bli­znę! Ro­zej­rza­ła się w po­pło­chu. Nie miała gdzie uciec.

Męż­czy­zna oplótł ra­mie­niem jej szyję i przy­warł do niej całym cia­łem. Wbiła palce i zęby w ści­ska­ją­cą ją rękę, szar­pa­ła się i gry­zła z całej siły, ale da­rem­nie, wiel­ka łapa ani drgnę­ła. Za­czę­ło bra­ko­wać jej od­de­chu. Zanim stra­ci­ła przy­tom­ność, zo­ba­czy­ła, że męż­czy­zna wyj­mu­je z kie­sze­ni strzy­kaw­kę i zbli­ża do jej szyi.

 

***

 

– Dzie­ło sztu­ki, żywe dzie­ło sztu­ki!

Zbla­zo­wa­ny głos do­cho­dził do bu­dzą­cej się świa­do­mo­ści April. Po­stać przy­po­mi­na­ją­ca cza­plę sie­działa na tro­nie, naga, z na­ło­żo­nym ma­ki­jażem pier­ro­ta na twa­rzy i z ko­ro­ną na gło­wie.

“A więc to oni, zła­pa­li mnie na lot­ni­sku i tu przy­cią­gnę­li! Tylko czego chcą, wy­wią­za­łam się prze­cież z umowy”.

April roz­po­zna­ła obite czer­wo­nym plu­szem ścia­ny po­ko­ju, w któ­rym ci dwaj psy­cho­pa­ci ro­bi­li jej bli­zny. Była prze­ra­żo­na, chcia­ła ucie­kać, ale tym razem tkwi­ła unie­ru­cho­mio­na w me­ta­lo­wym ste­la­żu. Jej nogi i ręce były roz­cią­gnię­te na wszyst­kie stro­ny i przy­twier­dzo­ne do kon­struk­cji, a do jej ust we­pchnię­to kne­bel.

– Płót­no już za­cnie się za­go­iło, doj­rza­ło, wszak mi­nę­ło dzie­więć mie­się­cy, nad­szedł czas na jego od­biór. A zatem, twór­co, ścią­gaj obraz z no­śni­ka, tylko bacz, al­bo­wiem no­śnik ce­chu­je skóra nader de­li­kat­na. 

– Tak jest, panie! – April usły­sza­ła za sobą znu­dzo­ny głos i cy­nicz­ny chi­chot wiel­kie­go męż­czy­zny, który po­now­nie ją tu przy­tar­gał, tym razem wbrew jej woli.

– Mu­si­my roz­po­znać bo­le­śnie otwie­ra­ją­cy się świat, bez­po­śred­nio go od­sło­nić, za­re­je­stro­wać w całej głębi, uwol­nić magię sztu­ki! – prze­ma­wiał czło­wiek-czapla, stro­jąc przy tym gro­te­sko­we miny. – Ko­lej­ny obraz trafi do na­szej ga­le­rii. Bacz, twór­co, że go­ście od­wie­dza­ją­cy ga­le­rię są ko­ne­se­ra­mi. To lu­dzie nader zacni i sza­no­wa­ni, a ja, jako ku­stosz, je­stem od­po­wie­dzial­ny za to, aby do­star­czyć im ar­tyzm naj­wyż­szej próby, sztu­kę wy­dar­tą z sa­me­go jądra eg­zy­sten­cji!

Pod­parł brodę o wy­pro­sto­wa­ną dło­ń, te­atral­nie mru­gnął ocza­mi i spoj­rzał w sufit, jakby stam­tąd czer­pał na­tchnie­nie:

– Twór­co, acz po­mnij, że obiekt, nie może odejść od zmy­słów zbyt szyb­ko, jako że jest on waż­kim ele­mentem au­ten­tycz­ne­go pro­ce­su twór­cze­go, któ­re­mu nie­odmien­nie to­wa­rzy­szyć musi cier­pie­nie.

Ma­szy­na skrzy­piała i rzę­zi­ła. Nóż wbi­jał się w plecy dziew­czy­ny, przy­stę­pu­jąc do wy­cię­cia wiel­kie­go płata skóry. Łzy ciek­ły April z oczu, a całe ciało ob­lał pot. Pró­bowała się wy­do­stać, szar­pała kom­pul­syw­nie, ale bez skut­ku, więzy trzy­ma­ły mocno.

– Nie ma co się ob­ru­szać na to, co nie­unik­nio­ne, pa­nien­ko. – Czło­wiek-cza­pla z ko­ro­ną na gło­wie wstał z tronu i wziął do ręki le­żą­cy nie­opo­dal ko­lo­ro­wy wach­larz. Roz­ło­żył go i za­czął się osten­ta­cyj­nie wa­chlo­wać.

– Aura, aura! Je­że­li na co­kol­wiek mógł­bym na­rze­kać na Hel­las Pla­ni­tia to by­ła­by to aura! Wy­ba­czy pa­nien­ka mój brak na­le­ży­te­go okry­cia, ale to z po­wo­du nad­mier­ne­go go­rą­ca i zwią­za­ne­go z nim dys­kom­for­tu. Czy pa­nien­ka zgo­dzi się ze mną? – Przy­bli­żył twarz do na wpół przy­tom­nej April. – Do­praw­dy, te wen­ty­la­to­ry… Mam wra­że­nie, że przez za­nie­cha­nia kon­ser­wa­to­rów, przez tę przy­ro­dzo­ną ich kla­sie spo­łecz­nej gnu­śność, rze­sze lo­kal­nej spo­łecz­no­ści cier­pią nie­wy­mow­ne ka­tu­sze. Twór­co, czy po­dzie­lasz opi­nię, ja­ko­by w obec­nych cza­sach ry­cer­sko­ść stała się to­wa­rem de­fi­cy­to­wym?

Krew spły­wała po ple­cach, po­ślad­kach i udach dziew­czy­ny. W ostat­nich chwi­lach przed śmier­cią w jej gło­wie po­ja­wiła się myśl: “Chwy­taj sol… to nie ma sensu”.

Koniec

Komentarze

No, bohaterka bezwzględna, ale i taki jest ten świat. Wykorzystywała i była wykorzystana.

Pierwsza scena się wyjaśniła, ale nadal nie wiem, co robiła kostka. A musiało to być coś interesującego, skoro kasa była wielka.

Czytało się szybko, chociaż nie zawsze przyjemnie – wielu czynów nie akceptowałam.

Znajdował się w kolonii Ellenth, która znanej z turystyki.

Coś się posypało. Masz jeszcze literówki.

Babska logika rządzi!

Witaj Finklo!

 

Poprawiłem to zdanie i literówki (te, które zdołałem odnaleźć). Wątek z kostką i z tym, co stało się Pederowi rozwinę w kolejnym opowiadaniu, bo nie chciałem żeby tekst był zbyt długi. Historia April jest osadzona w tym samym świecie co mój wcześniejszy tekst, p.t. “Dobrzy ludzie”, lecz dzieje się kilkanaście lat wcześniej. W “Dobrych ludziach” również pojawia się Peder Green.

 

Dziękuję za odwiedziny i polecenie do biblioteki!

 

Miłej niedzieli!

No, to było opowiadanie! 

Zacząłeś z wysokiego C, opisem bezprecedensowego okrucieństwa okraszonego artystycznym słowotokiem, aż poczułem to szaleństwo i – kurde – odnalazłem w tym autentyzm. To była niesamowicie inspirująca scena. 

Dalej dostajemy trochę wyjaśnień, więc nieco przygasa magia wynikła z niedopowiedzenia, za to oferujesz nam w zamian historię dziewczyny, która bardzo chce się wyrwać z miejsca, w którym żyje. O niejednej takiej słyszałem, jej zachowanie było bardzo realistyczne.

Przy okazji odnalowujesz nam dystopijny krajobraz i wypada on przekonująco. Mimo, że prezentujesz go tak mimochodem, stanowi integralną część opowiadania. Udało ci się to, co – moim zdaniem – nie wyszło Mortowi w jego ostatnim tekście. Widzę u ciebie tego Marsa i czuję, że stanowi istotny element. 

Dalsze losy bohaterki śledziłem z wielkim zainteresowaniem i choć przeczuwałem, że nic dobrego jej przyszłość nie niesie, kibicowałem jej, by dotarła na tą Ziemię nim los się o nią upomni i fakt, że koniec końców jej to nie wyszło mnie zdołował. Czyli zżyłem się z twoją postacią. 

W zakończeniu powróciłeś do klimatu z początku, to była dobra klamra. Szkoda, że ten moment gorzkiego twistu nie przytrafił się już na Ziemi, bo wtedy pewnie udałoby się mnie oszukać, że może oto udało się dziewczynie dopiąć swego, a wyszłoby na to, że to był tylko specyficzny sposób, by przetransportować dzieło sztuki. Poszedłeś w innym kierunku i też nie mogę marudzić, bo pokazałeś nam, że ostatecznie, choć próbowała, nie dane jej było wyrwać się z miejsca, z którego pochodziła. 

Pozostaje niewyjaśniony motyw zmiany Pedera i tajemniczej kostki… chyba, że czegoś nie wychwyciłem. Chętnie się dowiem, co miałeś na myśli. :P

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Witaj Gekikara!

 

Wielkie dzięki za miłe słowa i klika! Cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało. smiley

Świat marsjański wcale nie musi być idyllą. Moim zdaniem, w razie kolonizacji układu Słonecznego, będzie przeciwnie – to właśnie Ziemia stanie się obiektem marzeń osadników (awanturników, szaleńców, zesłańców?). Brak naturalnego rytmu dnia i nocy, sztuczny mikroklimat i ogólne wyrwanie ludzi z ich naturalnego, ziemskiego “habitatu” prawdopodobnie doprowadzi do różnego rodzaju mrocznych patologii.

April była blisko osiągnięcia swego celu, ale niestety, zaryzykowała zbyt wiele i miała nieszczęście natknąć się na psychopatów.

Szkoda, że ten moment gorzkiego twistu nie przytrafił się już na Ziemi, bo wtedy pewnie udałoby się mnie oszukać, że może oto udało się dziewczynie dopiąć swego, a wyszłoby na to, że to był tylko specyficzny sposób, by przetransportować dzieło sztuki.

O kurczę, to świetny pomysł, aż żałuję, że na niego nie wpadłem!

Pozostaje niewyjaśniony motyw zmiany Pedera i tajemniczej kostki… chyba, że czegoś nie wychwyciłem. Chętnie się dowiem, co miałeś na myśli. :P

Wszystko dobrze wychwyciłeś, motyw z kostką (i ten, kto za nim stoi) pozostał póki co niewyjaśniony. Mam to przemyślane, tylko nie zmieściłoby się w jednym opowiadaniu (tak jak napisałem w komentarzu wyżej dla Finkli). Wyjaśnię to w kolejnym opku. W zamierzeniu ma to być wycinek z tego samego świata, gdzie historie bohaterów będą się na jakimś poziomie splatać i uzupełniać. Jednak chcę, żeby każde opowiadanie stanowiło samodzielną całość i żeby się dobrze czytało samo w sobie. smiley

 

Pozdrawiam!

Wyjaśnię to w kolejnym opku. W zamierzeniu ma to być wycinek z tego samego świata, gdzie historie bohaterów będą się na jakimś poziomie splatać i uzupełniać. Jednak chcę, żeby każde opowiadanie stanowiło samodzielną całość i żeby się dobrze czytało samo w sobie. 

Szkoda, że nie dałeś jakiegoś tropu, choćby mylnego. Obecnie to taka nawet nie otwarta kwestia (to by było ok), co po prostu urwany wątek i to mnie powstrzymuje, by tekst zgłosić w celu wiadomym. 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Kronosie, nie podeszła mi ta historia. Łapanki nie zrobiłam.

Opko ciutkę przypominało mi niektóre sceny z serialu „Expance” (opowieści z Pasa) – pozytyw, reszta wydała mi się niedopracowana, zwłaszcza główny motyw ze sztuką szwankował i samo dziewczę. Przedstawisz wypaczenie artysty, więcej, bo obłęd. Bezwzględnego eksperymentatora i naiwne dziewczę. Jak dziewczę mogło pozostać naiwne: ojciec hodował taką „leliję”, lecz ona nią pozostała, żyjąc na Marsie, czy ona tam żyła? 

Byłeś na jakimś performensie, który Tobą wstrząsnął, i tutaj absolutnie nie bronię twórcy lecz sztuki wyrazu. Psiakostka, cholernie trudne, bo przedstawiłeś horror z gatunku body, czyli ingerencji w ciało, wykorzystania go dla potrzeb artysty. Body opko, film. Kilka w życiu obejrzałam, szykuje się kolejny Cronenberga.

Filmy się pojawiają, a i powieści czytałam z podobnym idee fix. Dla mnie kłopot polega na tym, że nie dajesz wglądu w motywacje: artysty i dziewczyny (enigmatyczny resentyment do Ziemi  z powodu ukochania ojca nie wydaje mi się wystarczający i tkwienie w nim). Zatem napiszę – ten artysta jest niespełna rozumu, zwyrodnialec. Co do dziewczyny – jest kobietką z początków XX wieku, gęsią, przysłowiową blondynką.

 

Rzecz opisana przez Ciebie mogłaby się dziać nie w przyszłości i nie na Marsie, lecz dzisiejszej Ziemi. Kłopot polega na tym, że nie dajesz mi wystarczającego powodu do tego, abym uwierzyła. Dlaczego ten artysta tak się zdegenerował? Dlaczego dziewczynka, ktora stała się kobietą, uwierzyła, że ma chwytać życie i potem utrzymała to przekonanie? A niby na jakiej podstawie? Co chciała robić na Ziemi – odwiedzić ją?

Kostka mnie zdziwiła, rozwiązanie typu deus ex machina.

 

Podsumowując: dla mnie przegadane i okrutność nieuzasadniona; płeć żeńską podmieniłabym na męską, aby wypróbować, jak by zadziałała; świata za bardzo nie widzę, ale – tutaj – cofnę się do wcześniejszego tekstu z tego uniwersum, bo przesłanki istnieją, widzę je!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Witaj Gekikaro!

Trop jest póki co taki, że kostka działa na faceta, kiedy ten wchodzi w głęboki sen i wywołuje w nim zmianę nastroju (staje się agresywny i rozdrażniony, o tym piszę). Facet wychodzi z domu i wraca poraniony. No ale to może za mało. Postaram się pamiętać, żeby następnym razem bardziej dookreślać wątki, albo – tak jak piszesz – dać jeszcze jaśniejszy trop o co chodzi. Z drugiej strony bałem się, że jak powiem za dużo, to będę musiał powiedzieć wszystko, bo to ciągle będzie mało. ;)

Pozdrawiam!

 

Dzień dobry Asylum!

Żałuję, że opowiadanie nie do końca Cię przekonało.

Przedstawisz wypaczenie artysty, więcej, bo obłęd.

Właśnie tak. Jest to jedna z patologii, które pojawiają się w obszarze slumsów na Hellas Planitia. Z jednej strony ludzie żyjący w slumsach to zdesperowani, albo załamani nieszczęśnicy, część z nich to kombinatorzy, jeszcze innym udaje się wydostać ze slumsów jakimś cudem własną pracą, talentem albo odwagą (Peder Green). Z drugiej, istnieje tam nieliczna warstwa zamożnych, spośród których wielu stało się perwersyjnymi okrutnikami i z tej grupy wywodzi się artysta i jego kompan.

Jak dziewczę mogło pozostać naiwne: ojciec hodował taką „leliję”, lecz ona nią pozostała, żyjąc na Marsie, czy ona tam żyła? 

Moim zdaniem dziewczę nie jest naiwne. W pewnym momencie swojego życia trafia na fragmenty z klasycznych “filozofii” w postaci cytatów. Zainspirowana nimi (a nastolatki często “łapią” się ideologii, która wydaje im się czymś przełomowym), chce zmienić swoje życie, wydostać się ze slumsów. W głowie ma opowieści ojca, którego postać zmitologizowała, a który był jednym z nielicznych jasnych punktów w jej raczej smutnym życiu. W wieku dziewiętnastu lat trafia na możliwość szybkiego zarobku – spotyka ludzi, którzy w zamian za zrobienie jej blizn na plecach oferują spore pieniądze. Godzi się na to, podpisuje umowę. Patrząc na koleżanki, które kończą jako prostytutki w dzielnicy La Pared, woli wybrać tę drogę. Zdaje sobie sprawę, że jest to podejrzane i ryzykowne, a jednak decyduje się. Myślę, że to nie jest nieprawdopodobne psychologicznie.

Ponadto, dziewczyna dąży raczej bezwzględnie do celu, manipulując chłopakami, więc nie nazwałbym ją naiwną.

Psiakostka, cholernie trudne, bo przedstawiłeś horror z gatunku body, czyli ingerencji w ciało, wykorzystania go dla potrzeb artysty. Body opko, film. Kilka w życiu obejrzałam, szykuje się kolejny Cronenberga.

Tak, to miał być taki trochę surrealistyczny horror. Nie wiedziałem, że Cronenberg tworzy kolejny film. Zaraz będę guglował. :)

Dla mnie kłopot polega na tym, że nie dajesz wglądu w motywacje: artysty i dziewczyny (enigmatyczny resentyment do Ziemi  z powodu ukochania ojca nie wydaje mi się wystarczający i tkwienie w nim). Zatem napiszę – ten artysta jest niespełna rozumu, zwyrodnialec. Co do dziewczyny – jest kobietką z początków XX wieku, gęsią, przysłowiową blondynką.

Artysta i jego wspólnik – tak, to czystej wody zwyrodnialcy, nie ma wątpliwości. Realizowali swoje chore koncepcje sztuki, a potem wystawiali te “płótna” dla równie chorych “odbiorców sztuki”. A przy tym sporo na tym zarabiali.

Natomiast nie zgodzę się, że dziewczyna to głupia gąska. Przeciwnie. Argumenty powyżej. Ostatecznie, prawie dopięła swego, nie mogła przewidzieć, że ci dwaj “artyści” będą chcieli jej skóry dosłownie. No i imię April miało sugerować beztroską naiwność, ale to tylko pozór, w gruncie rzeczy była bezwzględna.

Rzecz opisana przez Ciebie mogłaby się dziać nie w przyszłości i nie na Marsie, lecz dzisiejszej Ziemi.

No nie do końca. Dziewczyną kieruje chęć zobaczenia przyrody na Ziemi, co jest jednym z głównych motywów. Nie wie co to deszcz, fascynują ją zwykłe drzewa. Mieszka w gigantycznych slumsach przykrytych kopułami, w których panują specyficzne warunki, m.in. brak słońca i dziwny mikroklimat.

Ponadto: żołnierze wracają z wojny na Saturnie, kostka jest oparta o technologię przyszłości, a może nawet jeszcze coś innego.

Myślę, że jak wysilić wyobraźnię, to prawie każde opko SF może dziać się na Ziemi. Star Trek to właściwie przygody okrętu na oceanie Spokojnym (kosmos), który trafia na wyspy z dziwnymi zwyczajami tubylców, albo na potwory morskie (planety, które odwiedzają, obcy), itp.

cofnę się do wcześniejszego tekstu z tego uniwersum, bo przesłanki istnieją, widzę je!

Polecam, bo moim zdaniem to był dobry tekst, który został jakoś przeoczony. laugh

 

Miłego dnia i dziękuję za odwiedziny oraz obszerny komentarz!

Zaciekawiłeś mnie, Kronosie, historią April, która już w dzieciństwie nasłuchawszy się od taty opowieści o Ziemi, dorastała nie przestając o niej marzyć i wszystkie dążenia podporządkowała chęci dostania się na wyśnioną planetę. Niestety, rzeczywistość okazała się okrutna i choć dziewczyna robiła wszystko, by dopiąć swego, jej zamiary nie miały szczęśliwego końca.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

Mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym móc zgłosić opowiadanie do Biblioteki.

 

April po­słusz­nie zrzu­ci­ła z sie­bie ubra­nia… –> April po­słusz­nie zrzu­ci­ła z sie­bie ubra­nie

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie to ubranie.

 

zła­pał za włosy i po­cią­gnął tak, że jej twarz unio­sła się do góry. –> Masło maślane – czy coś może unieść się do dołu? Czy oba zaimki są konieczne?

 

Rosły, chudy, odzia­ny w pół­prze­zro­czy­ste… –> Sprzeczność – ktoś rosły nie może być chudy.

Może miało być: Wysoki, chudy, odziany w półprzezroczyste

Za SJP PWN: rosły «potężnie zbudowany»

 

ten po­twor­ny, stu­-rę­ki syn Gai i Ura­no­sa? –> …ten po­twor­ny, stu­rę­ki syn Gai i Ura­no­sa?

 

We­ssa­ne do fil­tró po­wie­trze… –> Literówka.

 

Młod­niał, jego ka­mien­ne ob­li­cze przy­bie­ra­ło do­bro­tli­wy wyraz, a na twa­rzy po­ja­wiał się uśmiech… –> Czy dobrze rozumiem, że ojciec April, poza kamiennym obliczem, miał także uśmiechniętą twarz?

Proponuję: Młod­niał, jego ka­mien­ne ob­li­cze przy­bie­ra­ło do­bro­tli­wy wyraz i po­ja­wiał się na nim uśmiech… Lub: Młod­niał, jego ka­mien­na twarz przy­bie­ra­ła do­bro­tli­wy wyraz i po­ja­wiał się na niej uśmiech

 

Tylko nie wy­chodź z domu i nie szwę­daj się. –> Tylko nie wy­chodź z domu i nie szwendaj się.

 

Nie, nie tylko teraz wyjść, ale w ogóle… uciec stąd.” –> Nie, nie tylko teraz wyjść, ale w ogóle… uciec stąd.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Po­spiesz­nie wy­bie­gła z domu. –> Zbędne dopowiedzenie – czy mogła wybiec powoli?

 

Dla cie­bie, Mario, «chwy­taj sol» nie ma sensu.” –> Dla cie­bie, Mario, «chwy­taj sol» nie ma sensu.

 

gdzie, zgod­nie tra­dy­cją, żoł­nie­rze opi­ja­li… –> …gdzie, zgod­nie z tra­dy­cją, żoł­nie­rze opi­ja­li

 

Gdyby mnie ko­chał, zro­bił­by to.” –> Gdyby mnie ko­chał, zro­bił­by to”.

 

i nie ro­zu­mie co zna­czy «chwy­taj sol».” –> …i nie ro­zu­mie co zna­czy «chwy­taj sol»”.

 

Mogę ci to umoż­li­wić.” –> Mogę ci to umoż­li­wić.

 

Sprawdź swoje konto.” –> Sprawdź swoje konto.

 

Oczy­wi­ście, że nie.” –> Oczy­wi­ście, że nie”.

 

wy­wią­za­łam się prze­cież z umowy.” –> …wy­wią­za­łam się prze­cież z umowy.

 

a do jej ust we­pchnię­to ma­te­riał. –> Materiał, czyli co? Materiałem może być niemal wszystko.

A może: …a do jej ust we­pchnię­to knebel.

 

z po­wo­du nad­mier­ne­go go­rą­ca i zwią­za­ne­go zeń dys­kom­for­tu. –> …z po­wo­du nad­mier­ne­go go­rą­ca i zwią­za­ne­go z nim dys­kom­for­tu.

Za SJP PWN: zeń «z niego»

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, kronosie!

 

Wessane do filtró(+w) powietrze było czyszczone mechanicznie i chemicznie,

Przemknął obok April i na nią nie spojrzał, a zwykle uśmiechał się, albo o coś pytał.

Bez przecinka przed albo.

 

“Nie, nie tylko teraz wyjść, ale w ogóle… uciec stąd.”

To “teraz” trochę psuje myśl przewodnią.

 

Nie sprawiło jej trudności dostanie się do “Marsowego Bachusa”, osławionego lokalu na tyłach terminalu Galileo, gdzie, zgodnie tradycją, żołnierze opijali swoje militarne sukcesy i rozkoszowali się towarzystwem kobiet. Udawali się tam ci, których nie odebrały żony, dziewczyny czy kochanki.

 

Po sześciu miesiącach bycia z Pederem, podczas których dni nie różniły się szczególnie od siebie, April zaczęła się nudzić. Przypomniała sobie, że przecież jej celem było nie tyle wydostanie się ze slumsów, co przeprowadzenie się na Ziemię.

Skąd ten człowiek mógł wiedzieć, że chcę odwiedzić Ziemię?

Tu albo zamieniłbym “chcę” na “chce”, albo całość wziąłbym w nawias, albo znów dodałbym na końcu “– zastanawiała się”. Bo tak to mamy dość dziwną, jednozdaniową zmianę narracji.

 

Otwarło się nowe okienko z wiadomością. Tym razem April zawahała się. Chciałaby bardzo, żeby to była prawda, żeby w końcu znalazł się ktoś bezinteresowny, ktoś, kto mógłby zrobić coś tylko dla niej, dla tego jaka jest, albo po prostu z czystego odruchu serca. Wiedziała jednak z doświadczenia, że nie ma nic za darmo, a życie w Hellas Planitia nauczyło ją, że należy wystrzegać się tego, co wygląda na bezinteresowne. Usłyszała sygnał kolejnej wiadomości:

 

Korzystając z tego, że znalazła się tu sama (+,) spojrzała w lustro.

Według mnie powinno być z przecinkiem. W ogóle interpunkcja nieco szwankuje w tekście. Oczywiście na tyle, na ile się znam.

 

– Twórco, acz pomnij, że obiekt, nie może odejść od zmysłów zbyt szybko, jako, że jest on ważkim elementem autentycznego procesu twórczego, któremu nieodmiennie towarzyszyć musi cierpienie.

Bez przecinka po “obiekt” i bez przecinka między “jako” i “że”.

 

Co do ogólnych wrażeń – mieszane. Z jednej strony podobała mi się główna bohaterka, jej usilna dążność do realizacji celu. Z drugiej strony jednak odniosłem wrażenie, że wszystko przychodziło jej zbyt łatwo. Każdy kolejny punkt na liście po prostu odhaczała, nie mając żadnych trudności (poza cierpieniem w szkarłatnym pokoju) ani skrupułów. Wydaje mi się, że kreacja April na tym straciła.

Odrębnie można by zastanawiać się, czy jej gorączkowej potrzeby wyrwania się z bagna nie powinno zaspokoić przeniesienie do Ellenth. Jestem jednak w stanie kupić, że a) miała już po prostu obsesję na punkcie Ziemi, b) rozbestwiła się podczas drogi do celu.

Mimo wszystko realizację kolejnych, jak to określiłem, punktów planu April śledziłem z uwagą i zaciekawieniem.

Światotwórstwo było dla mnie optymalne – może bez zachwytu, ale podobało mi się. Operowałeś ładnym, pasującym do realiów słownictwem, również technicznym, więc całość ładnie się kleiła.

Niewątpliwie na plus zaliczyć trzeba zabawę chronologią – dobrze wykorzystałeś ten zabieg.

Najsłabiej według mnie wyszła klamra z “twórcą”. Poza przesłaniem literalnym, brakło w tym jakiejś głębi, czegoś co wbiłoby mnie w fotel. Stworzyłeś po prostu skrzywionych, popapranych złoczyńców, których rolą było zabicie dziewczyny (i stworzenie dzieła na swój użytek). Brakło mi tu jakiejś puenty – być może jej po prostu nie dostrzegłem. Jeśli tak, koniecznie wyjaśnij!

Powyższe uwagi bynajmniej nie przekreślają opowiadania, które uważam za dobre i trzymające poziom. Możesz liczyć na mój głos do biblioteki :)

 

Z pozdrowieniami,

fmsduval

 

 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Dzień dobry regulatorzy!

 

Usterki poprawione! Dziękuję za poświęcony czas na przeczytanie i wyłapanie błędów. Jestem pod wrażeniem Twojego bystrego oka! Muszę pamiętać o kropce po zamknięciu cudzysłowu, bo ten błąd pojawiał się u mnie najczęściej.

Cieszę się, że opowiadanie Cię zainteresowało!

 

Witaj fmsduval!

 

Błędy poprawione, dzięki za łapankę.

Z drugiej strony jednak odniosłem wrażenie, że wszystko przychodziło jej zbyt łatwo.

“Dobre złego początki”. ;) Przychodziło jej łatwo do czasu, w końcu ją dorwali i skończyła marnie, a więc bilans wyszedł na zero. Ale dobra uwaga, powinna bardziej się zmagać, np. z uwiedzeniem Pedera.

Odrębnie można by zastanawiać się, czy jej gorączkowej potrzeby wyrwania się z bagna nie powinno zaspokoić przeniesienie do Ellenth.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Poza tym, jej motywacja opierała się na zmitologizowanej wizji ojca-czarodzieja, który opowiadał jej o “mitycznej” Ziemi i to tę Ziemię chciała zobaczyć, a ucieczka ze slamsów była tylko krokiem pośrednim.

Światotwórstwo było dla mnie optymalne – może bez zachwytu, ale podobało mi się. Operowałeś ładnym, pasującym do realiów słownictwem, również technicznym, więc całość ładnie się kleiła.

Cieszy mnie to niezmiernie!

Stworzyłeś po prostu skrzywionych, popapranych złoczyńców, których rolą było zabicie dziewczyny (i stworzenie dzieła na swój użytek). Brakło mi tu jakiejś puenty – być może jej po prostu nie dostrzegłem.

Oprócz tego, że są skrzywionymi ludźmi, którzy realizują swoje chore wizje “artystyczne” (i w ten sposób też zarabiają), nie ma tu żadnego głębszego przesłania. To po prostu bogaci, zepsuci ludzie (szczególnie Człowiek-czapla), którym odbiło – coś na wzór Kaliguli, Nerona czy Heliogabala.

 

Wielkie dzięki za analizę tekstu i polecenie do biblioteki!

Cieszę się, Kronosie, że doceniasz moje bystre oko, niestety, już nie jest tak bystre jak w czasach młodości. A skoro poprawiłeś usterki, z przyjemnością drepczę do klikarni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A on, kiedy był w dobrym humorze, potrafił snuć opowieści mimo zmęczenia. Młodniał, jego kamienna twarz przybierała dobrotliwy wyraz i pojawiał się na niej uśmiech… – stawał się zupełnie innym człowiekiem.

Czy tutaj nie powinno pojawić się “Gdy o tym opowiadał/wspominał, młodniał(…)”?

 

Opowiadanie mi się podobało, chociaż nie jest to zupełnie mój klimat. Rozumiem, że bohaterka była klasyczną córeczką tatusia, która nigdy nie pogodziła się z jego śmiercią i ta upragniona Ziemia to ostatnia nadzieja dla niej na zbliżenie się do ojca. Podobne motywy są obecne w wielu tekstach i filmach, gdzie dziecko przejmuje dzieło życia lub przyrzeczenie rodzica, jako swoje. Taka forma uhonorowania go, aby odciąć pępowinę, bo po jego śmierci nie była jeszcze na to gotowa, a może wcale się z tą śmiercią nie pogodziła.

Twórca to znów klasyczny zwyrol, który żeruje na biednych. Są w tak beznadziejnych sytuacjach albo tak mocno dążą do zmiany, że są gotowi na bardzo dużo, aby “coś im skapnęło”. Dowodem na to są koleżanki prostytutki. Potrzeba (moim zdaniem) ogromnej desperacji, aby się na to zdecydować. Mnie przekonałeś. Fajnie byłoby dowiedzieć się więcej o jego (zwyrola) motywach, ale wtedy potrzebowalibyśmy dłuższej formy. To jest opowiadanie, a nie książka, więc mi to wystarcza.

Jestem tu za krótko, żeby dać ci punkcika, a chciałabym.

Pozdrawiam!

kronosie, dzięki za wyjaśnienia. :-) 

Tak jak się spodziewałam, wiesz jaką dziewczynę chciałeś pokazać. Pozostał z niej tylko goły szkielet, lekko niekompletny i z tym wiąże się dla mnie szkopuł. Pozostała nieskomlikowana dziunia w strasznym świecie, a każda dziunia jest istota ludzką, ma swoje pragnienia, dążenia, lęki, choć czasami myślimy inaczej oraz ona ma rodzinę (matkę, siostrę), szkole, pracę bądź nie, jest w Twoim świecie umocowana. Kiedy pokazujesz tylko pojedyncze dążenie, redukujesz do jednego wymiaru ją i świat.

Ok, jeśli tak chciałeś, lecz wtedy warto byłoby oświetlić jej adwersarza: zamiary, cele, coś więcej o tej sztuce i osadzeniu  w świecie wyobrażonym. Nie wiemy czy norma, czy black market.

Pozostaje sam akt i miotanie się bohaterki, przecież nawet nie wiemy, po co ona na tę Ziemię chciała pojechać. Wyląduje, zobaczy, dotknie i co…

 

A kostki ciekawe! :-))

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Witaj Zanadro!

Czy tutaj nie powinno pojawić się “Gdy o tym opowiadał/wspominał, młodniał(…)”?

Rzeczywiście, to by upłynniło narrację.

Rozumiem, że bohaterka była klasyczną córeczką tatusia, która nigdy nie pogodziła się z jego śmiercią i ta upragniona Ziemia to ostatnia nadzieja dla niej na zbliżenie się do ojca.

(…)

Twórca to znów klasyczny zwyrol, który żeruje na biednych. Są w tak beznadziejnych sytuacjach albo tak mocno dążą do zmiany, że są gotowi na bardzo dużo, aby “coś im skapnęło”. Dowodem na to są koleżanki prostytutki. Potrzeba (moim zdaniem) ogromnej desperacji, aby się na to zdecydować. Mnie przekonałeś.

Miało być dokładnie tak jak piszesz, więc nie muszę nic dopowiadać. Cieszę się, że Cię przekonałem!

Jestem tu za krótko, żeby dać ci punkcika, a chciałabym.

Dziękuję za chęć kliknięcia, przeczytanie opowiadania i pozytywną o nim opinię! Pozdrawiam! smiley

 

Dzień dobry Asylum!

Pozostał z niej tylko goły szkielet, lekko niekompletny i z tym wiąże się dla mnie szkopuł. (…) Kiedy pokazujesz tylko pojedyncze dążenie, redukujesz do jednego wymiaru ją i świat.

Zgadzam się – postać mogłaby być bardziej zniuansowana, ale… rozmiar opka. :) Jak rozbudowuję postać, to cierpi akcja, albo fabuła, albo świat (i pojawiać się muszą infodumpy). Gdybym chciał pokazać całą złożoność motywów April, klarowność fabuły mogłaby się rozmyć. Pokazuję jej siostrę, ojca, matkę, okoliczności w których wzrastała, brutalny świat… Jej marzenia i desperację. W 30 tysiącach mam wybór: albo, albo. Z czegoś trzeba rezygnować.

Ok, jeśli tak chciałeś, lecz wtedy warto byłoby oświetlić jej adwersarza: zamiary, cele, coś więcej o tej sztuce i osadzeniu  w świecie wyobrażonym. Nie wiemy czy norma, czy black market.

Raczej black market. Ale będzie ciąg dalszy (jako samodzielne opowiadanie).

Pozostaje sam akt i miotanie się bohaterki, przecież nawet nie wiemy, po co ona na tę Ziemię chciała pojechać. Wyląduje, zobaczy, dotknie i co…

Nie mam pojęcia. Może się rozczaruje? Może się zakocha w Ziemi? :)

A kostki ciekawe! :-))

Rozwinę ten motyw.

 

Fajnie, że podjęłaś dyskusję, to mobilizuje umysł do pracy! wink Miłego dnia życzę!

 

Może mało to konstruktywne ale całość dzieła bardzo mi się podobała. Prosto w moje smaki. Poziom przemocy odpowiednio wysoki. Zakończenie pięknie zamyka otwarcie. Ostateczny przekaz odbieram podobnie, jak wniosek z filmu Tożsamość z 2003 roku “Whores don't get a second chance”.

Mars to zło.

Pozdrawiam i trzymam kciuki za bibliotekę!

Witaj Mandalo!

 

Dzięki za odwiedziny i pozytywny komentarz! Cieszę się, że całość Ci się spodobała i trafiła w Twój smak. laugh

Znalazłem na imdb film “Tożsamość” i zdaje się, że go nie oglądałem (choć ta dłoń z piątką palców w formie sylwetek ludzi skądś jest mi znana… hmm…) W każdym razie, obejrzałem trailer i film w moim guście, muszę nadrobić zaległości!

Whores don't get a second chance”.

W rzeczy samej, to mogłaby być puenta opka.

 

Pozdrawiam!

Siemanko. Ciekawe to było. Chyba najbardziej mi się podoba to, że włożyłeś sporo wysiłku w stworzenie naprawdę udanej, bo urozmaiconej scenografii. Wyszło filmowo i plastycznie. Historia mi się podoba, bo sama w sobie kreuje wizję świata, w którym dzieje się mnóstwo małych, paskudnych historyjek, które przytrafiają się nic nie znaczącym ludziom. Bohaterka to urobiony marketingiem prymityw, bardzo dobry koncept. Nie zrozumiałem – dlaczego cały ten numer z kostką i przelewami dla April na podróż na Ziemię? Po co ta gra? Jedyne, co mi nie podeszło, to wykorzystanie słowa "zblazowany". W mojej opinii to pójście na skróty w tworzeniu postaci. Podsumowując – jestem ukontentowany lekturom, dziękuję i pozdrawiam.

Początek trochę dziwny, ale intrygujący, więc będę czytać. I komentować na bieżąco.

 

– Pamiętaj, nie odwracaj się. I jak najmniej się ruszaj. Najlepiej w ogóle.

 

Hm, tutaj chyba lepiej brzmiałaby krótsza forma. Coś w stylu: Nie odwracaj się. Nie ruszaj.

Nadałoby to więcej dynamiki, uderzyło w bohaterkę i czytelnika takimi konkretami.

 

Docieram do momentu, kiedy dziewczynie zostaje wyrwana skóra i ciężko mi uwierzyć, że nie krzyknęłaby z bólu albo chociaż nie syknęła, odruchowo, nie spodziewając się szarpnięcia. Zwłaszcza że widzimy ją jako dziewczynę pytającą „Będzie bardzo bolało?”, co sugeruje, że to nie jest twarda babka, co się bólu nie boi. Oprócz tego w opisie wspomniałeś o „dziecięcej twarzy”, co mnie zbiło z tropu, bo myślałam, że chodzi o dziewczynę tak do około 20 lat, a później pojawiły się „piąstki”, a piąstki to już kojarzą się z dzieckiem i jak w końcu stanęło na tym, że ma 19 lat to znowu to jakoś tak nie zagrało. Przez to ciężko sobie wyobrazić bohaterkę, a co za tym idzie wczuć się w nią i jej emocje, bo inaczej przeżywa coś dziecko, a inaczej nastolatka.

 

Napisałeś, że struga krwi spłynęła po plecach tworząc kałużę. Kałuża sugeruje, że to nie była malutka ranka. Więc tym bardziej brak reakcji jest mało możliwy.

 

Na razie jestem po pierwszej historii… I cóż, no jest dziwnie. Nietypowo i nie do końca wiem, co tam się wydarzyło, więc czytam dalej.

 

Kolejna część zupełnie inna. Podobają mi się opisy, dokładne, ale bez przesady.

 

wyraz i pojawiał się na niej uśmiech… – stawał się zupełnie innym człowiekiem.

 

Wydaje mi się, że te wielokropki zbędne? Czy jest to jakaś zasada odmienna od standardów?

 

Oczy sześciolatki zaświeciły przewrotnie. Rzuciła się mu na szyję.

 

Chyba nie ma sensu znowu podkreślać, że April ma sześć lat. Wystarczyłoby, że oczy April, ew. dziewczynki.

 

przesadzając zdziwienie

 

Ten związek słów wydaje się zbyt dziwaczny, ale może niech wypowiedzą się specjaliści od języka.

 

Trochę za szybki przeskok od relacji April z ojcem do jego śmierci. Ciężko przez to się wczuć. Za to na plus sąsiad na rowerze, jego pośpiech, łańcuch jak lament, życzenie dobrej gwiazdy. Takie smaczki dodają klimatu, budują świat.

 

Trzecia część słabsza od pozostałych i już mówię, czemu mam takie odczucia: jestem Ziemianką, znam ziemskie powiedzonka, miary itd., więc dziewczynka, która je odkrywa i dla której są ciekawe i nowe, mnie specjalnie nie rusza. Tak jak jej zaciekawienie Ziemią. Bo ja to znam, a czytając wolałabym zagłębić się w Twój świat, nie ten znany.

 

Na koniec dość standardowo: chwila ekscytacji i już dziecko obiera za cel odwiedzić Ziemię, co oczywiście zmienia się z marzenia w rzeczywistą potrzebę i podejrzewam, że ostatecznie możliwości się znajdą.

 

Część „Mario” rozpoczyna dialog i to ciekawy, więc od razu na plus. Za to wzmianka, że dla April sala z pluszem i te maszyny to był horror, jakoś mnie nie przekonuje, bo nie widziałam jej silnych emocji, nie odczuwałam ich wystarczająco, zwłaszcza w momencie, gdy oderwano jej kawał skóry, a ona nic.

 

Co do fragmentu o tym, jak to April uwodzi Mario, to nie jestem fanką streszczeń, zawsze mnie rażą w opowiadaniach, zwłaszcza gdy można je pokazać sceną. Fakt, że April ogólnie uwodziła mężczyzn nie ma większego sensu, już lepiej pominąć to streszczenie i zacząć od spotkania z Mario, w którym widzimy, jak April na tego biednego Mario działa.

 

Zwłaszcza że – cóż, w tekście tego nie ma. Samo napisanie, że była świetna we flircie nie wystarczy, trzeba to pokazać, żeby czytelnik mógł uwierzyć.

 

Historia „Żołnierze Saturna” chyba najbardziej mi się spodoba, bo zaczęłam i już się wciągnęłam, pomimo że to głównie opisy, to czytało się przyjemnie. Tylko moment, w którym narrator znowu oświadcza, że April akurat udało się dotrzeć do Greena, którego wypatrzyła z dużą sumą pieniędzy, a jej flirt jest taki super, sprawił, że westchnęłam w duchu. Serio?

 

I znowu: niby taka flirciara, a tak naprawdę w tekście tego nie ma, bo widzimy już moment, jak udało się jej omotać Greena. Za to scena, w której są w pokoju jest świetna, April chce poznać jego tajemnicę i pokazuje potwora na plecach (okej, pierwsza część ma sens i jest przez to naprawdę niezła, szalony pomysł, który wypalił, gratulacje).

 

Hm, tak sobie się poznali, a nagle już mieszkają. Akcja pędzi na łeb, na szyję i przez to traci wiarygodność, a może to wina czegoś innego? Tego, że April tak łatwo poszło?

 

Zaczynam część „Nieznajomy” i początek taki typowy, ale podoba mi się, bo wyczuwam napięcie, jakie powstaje w April, tę chęć zrobienia czegoś, wyrwania się z domu, lotu na Ziemię. Wzmianka o chipsach dobra.

 

Za to fragment o tych przelanych pieniądzach i paczka z sześcianem, polecenie przyłożenia tego do skroni Pedra… Hm. Albo April jest taka głupia, albo zaślepiona, albo nie wiem… Imperatyw narracyjny. No bo kto uwierzy, że przyłożenie czegoś nieznanego do skroni innej osoby, kiedy ta osoba śpi, w zamian za kasę, jest bezpieczne?

 

Bo tego, że w końcu tam trafi była pewna.

 

A przed „była pewna” nie powinien być przecinek? Specem nie jestem, ale bez przecinka jakoś dziwnie mi się czyta.

 

Koniec tego rozdziału pokazuje, jakie z April ziółko, no opętał ją ten lot na Ziemię, obsesja totalna, do tego kasa, więc nie dziwię się, że truła Pedera, i to z premedytacją. Warto może coś wspomnieć o tym wcześniej, bo poprzednio mamy tylko to, że uwierzyła, że to jest bezpieczne, co się kłóci z jej wredną naturą.

 

Odcinek „Szkarłatny pokój” zaczyna się tak, jak się domyślamy, April już prawie udaje się ucieczka, jest tak blisko wylotu… I nagle – pach! – zostaje porwana i przewieziona do tego samego pokoju, co wcześniej. A tutaj, o kurczę, autorze, powiało grozą! Wytną jej ten obraz razem ze skórą, to dopiero pomysł! No chapeau bas, nie spodziewałam się tego i jestem zaskoczona, aż nie wiem, co powiedzieć.

 

Trochę ochłonęłam i muszę przyznać, że człowiek-czapla jest przerażający, wykreowałeś świetną postać. Jego przemowa robi wrażenie, widać, że dopracowana.

 

Jedyny minus to April, która nie wrzeszczy. Mając knebel też można wrzeszczeć, nawet jak dźwięki się nie wydostają. Poprawiłabym ten opis, żeby był jeszcze bardziej podkręcony. Bo tak to moment, kiedy wiemy, co nas czeka jest świetny, ale potem zabrakło ikry na opisy.

 

jakoby w obecnych czasach rycerskości stała się towarem deficytowym?

 

rycerskość?

 

Zakończenie dobre, choć nie wbiło w fotel tak bardzo, jak tekst o tym wycinaniu ze skóry. Podsumowując, pomysł dobry, ale bohaterka trochę za mało nakreślona, zwłaszcza jej obsesja z Ziemią, która nie wynikała z czegoś większego niż dziecięce marzenie. Motyw z kostką niewykorzystany – kto płacił, dlaczego, to trochę nie ma sensu, jakby autor chciał, żeby April znalazła się po prostu w momencie prawie wylotu na Ziemię i zostało jej to brutalnie odebrane, żeby zrobić większe, tekstowe bum.

 

A tak serio, to już lepiej, gdyby ten cały Peder jej opłacił wylot razem z nią, miałoby to większy sens. Trochę szkoda, że nie poznajemy za bardzo życia na planecie i za dużo szczegółów dotyczy Ziemi.

 

Pozdrawiam,

Ananke

 

Witaj Łosiot!

 

Siemanko. Ciekawe to było. Chyba najbardziej mi się podoba to, że włożyłeś sporo wysiłku w stworzenie naprawdę udanej, bo urozmaiconej scenografii. Wyszło filmowo i plastycznie.

Dziękuję za miłe słowa!

Nie zrozumiałem – dlaczego cały ten numer z kostką i przelewami dla April na podróż na Ziemię? Po co ta gra?

Bo to część większej historii ze świata “Hellas Planitia”. Jednocześnie ten tekst stanowi na tyle zamkniętą całość, że postanowiłem je opublikować jako samodzielne opowiadanie. Więcej o tym, czym jest kostka i jakie ma działanie opisane będzie w kolejnym opowiadaniu.

Jedyne, co mi nie podeszło, to wykorzystanie słowa "zblazowany". W mojej opinii to pójście na skróty w tworzeniu postaci.

Rzeczywiście, to trochę pójście na skróty – działanie postaci powinno mówić samo przez się.

Podsumowując – jestem ukontentowany lekturom, dziękuję i pozdrawiam.

Wielkie dzięki za odwiedziny i pozytywny komentarz, który bardzo mnie ucieszył!

 

 

Cześć Ananke!

 

Witam koleżankę ze Szczecina. :) Po pierwsze dziękuję bardzo za rozbudowany komentarz, jest on dla mnie bardzo cenny, bo widzę, gdzie opko wymagałoby jeszcze dopracowania. A mam zamiar je dopracować.

Docieram do momentu, kiedy dziewczynie zostaje wyrwana skóra i ciężko mi uwierzyć, że nie krzyknęłaby z bólu albo chociaż nie syknęła, odruchowo, nie spodziewając się szarpnięcia.

Zgadza się z Tobą. Powstrzymywała się, ale przy tak brutalnej akcji raczej nie dałaby rady nie krzyczeć.

Oprócz tego w opisie wspomniałeś o „dziecięcej twarzy”, co mnie zbiło z tropu, bo myślałam, że chodzi o dziewczynę tak do około 20 lat, a później pojawiły się „piąstki”, a piąstki to już kojarzą się z dzieckiem

Tak, bo ona była niewysoka, drobnej budowy, stąd piąstki. Przemyślę to jeszcze.

Miała dziecięcą twarz jako nastolatka, niektórzy po prostu mają tego typu twarz, nie wiem jak ją opisać, może nieco zaokrągloną, gładką skórę, proporcje zbliżone do twarzy dziecka? Nie chodziło mi o to, że była dzieckiem – tortur na dzieciach nie odważyłbym się opisać (a nawet bym nie chciał, brrr…)

Wydaje mi się, że te wielokropki zbędne? Czy jest to jakaś zasada odmienna od standardów?

Racja, poprawię.

Chyba nie ma sensu znowu podkreślać, że April ma sześć lat. Wystarczyłoby, że oczy April, ew. dziewczynki.

Nie chciałem powtarzać “dziewczynki”, stąd “sześciolatka”. Spojrzę na tekst i zobaczę co najlepiej brzmi.

przesadzając zdziwienie

Ten związek słów wydaje się zbyt dziwaczny, ale może niech wypowiedzą się specjaliści od języka.

Chyba masz rację. Chodziło mi o to, że zdziwiła się w sposób ostentacyjny.

Za to na plus sąsiad na rowerze, jego pośpiech, łańcuch jak lament, życzenie dobrej gwiazdy. Takie smaczki dodają klimatu, budują świat.

Jesteś chyba pierwszą osobą, która zwróciła uwagę na pozdrowienie “dobrej gwiazdy”. Samo “sol” jako miara dobry też jest czymś na Ziemi nie używanym.

Trzecia część słabsza od pozostałych i już mówię, czemu mam takie odczucia: jestem Ziemianką, znam ziemskie powiedzonka, miary itd., więc dziewczynka, która je odkrywa i dla której są ciekawe i nowe, mnie specjalnie nie rusza. Tak jak jej zaciekawienie Ziemią. Bo ja to znam, a czytając wolałabym zagłębić się w Twój świat, nie ten znany.

Jestem w stanie to zrozumieć. Jednocześnie właśnie fakt, że oczywiste rzeczy dla dziewczynki z Marsa są tajemnicze i niesamowite, jest specyfiką tamtego świata. Zgadzam się, że mogłem lepiej mogłem opisać świat marsjański. Myślę nad tym, tzn. ten świat powoli powstaje w mojej głowie.

Za to wzmianka, że dla April sala z pluszem i te maszyny to był horror, jakoś mnie nie przekonuje, bo nie widziałam jej silnych emocji, nie odczuwałam ich wystarczająco, zwłaszcza w momencie, gdy oderwano jej kawał skóry, a ona nic.

Ona przez cały czas cierpiała – ale powtarzała swoją mantrę “chwytaj sol, to ma sens”, i to dawało jej siłę, żeby przetrzymać ból. Ten fragment był dla niej czymś w rodzaju modlitwy, zwrócenia się do marzenia, czegoś wzniosłego, co nadało sensu jej życiu.

Co do fragmentu o tym, jak to April uwodzi Mario, to nie jestem fanką streszczeń, zawsze mnie rażą w opowiadaniach, zwłaszcza gdy można je pokazać sceną. Fakt, że April ogólnie uwodziła mężczyzn nie ma większego sensu, już lepiej pominąć to streszczenie i zacząć od spotkania z Mario, w którym widzimy, jak April na tego biednego Mario działa.

Tak, przyznaję, że miałem kłopot z pokazaniem sztuki flirtu April. Nie potrafiłem się wystarczająco w to wczuć. Może powinienem zrobić real-life research? Tylko akurat mi trochę ciężko. wink

Tylko moment, w którym narrator znowu oświadcza, że April akurat udało się dotrzeć do Greena, którego wypatrzyła z dużą sumą pieniędzy, a jej flirt jest taki super, sprawił, że westchnęłam w duchu. Serio?

Chodzi o to, że za szybko go sobą zainteresowała? Wiesz, on był lekko wstawiony, nie widział kobiety x miesięcy, po skończonej wojnie i odebranej nagrodzie za bohaterstwo zadowolony i wyluzowany, więc łatwo go było omotać… Ale będę myślał nad rozbudowaniem tego fragmentu, bo kilka osób już zwróciło mi na to uwagę.

I znowu: niby taka flirciara, a tak naprawdę w tekście tego nie ma, bo widzimy już moment, jak udało się jej omotać Greena. Za to scena, w której są w pokoju jest świetna, April chce poznać jego tajemnicę i pokazuje potwora na plecach (okej, pierwsza część ma sens i jest przez to naprawdę niezła, szalony pomysł, który wypalił, gratulacje).

Dzięki, widzę jednak, że nie ma co iść na skróty z tym flirtem, ale cieszę się, że chociaż ta scena wypaliła. Miałem na nią pomysł.

Hm, tak sobie się poznali, a nagle już mieszkają. Akcja pędzi na łeb, na szyję i przez to traci wiarygodność, a może to wina czegoś innego? Tego, że April tak łatwo poszło?

Jak wyżej.

Za to fragment o tych przelanych pieniądzach i paczka z sześcianem, polecenie przyłożenia tego do skroni Pedra… Hm. Albo April jest taka głupia, albo zaślepiona, albo nie wiem… Imperatyw narracyjny. No bo kto uwierzy, że przyłożenie czegoś nieznanego do skroni innej osoby, kiedy ta osoba śpi, w zamian za kasę, jest bezpieczne?

Oczywiście, że ona w to nie wierzyła. Ale tak naprawdę przecież ona nie czuła nic do Pedera, tylko do jego pieniędzy. Więc jak ktoś jej zaoferował dużą kwotę, poszła na to oszukując sama siebie (bo ona nie dopuszczała do siebie myśli, że robi coś złego).

Koniec tego rozdziału pokazuje, jakie z April ziółko, no opętał ją ten lot na Ziemię, obsesja totalna, do tego kasa, więc nie dziwię się, że truła Pedera, i to z premedytacją. Warto może coś wspomnieć o tym wcześniej, bo poprzednio mamy tylko to, że uwierzyła, że to jest bezpieczne, co się kłóci z jej wredną naturą.

Otóż to. :) Uwierzyła, bo chciała.

I nagle – pach! – zostaje porwana i przewieziona do tego samego pokoju, co wcześniej. A tutaj, o kurczę, autorze, powiało grozą! Wytną jej ten obraz razem ze skórą, to dopiero pomysł! No chapeau bas, nie spodziewałam się tego i jestem zaskoczona, aż nie wiem, co powiedzieć.

Cieszę się, że ten motyw wypalił.

Trochę ochłonęłam i muszę przyznać, że człowiek-czapla jest przerażający, wykreowałeś świetną postać. Jego przemowa robi wrażenie, widać, że dopracowana.

Tak, to mocno porąbany zwyrol. Bogactwo i kontekst marsjański “produkował” tego typu ludzi.

Jedyny minus to April, która nie wrzeszczy. Mając knebel też można wrzeszczeć, nawet jak dźwięki się nie wydostają. Poprawiłabym ten opis, żeby był jeszcze bardziej podkręcony. Bo tak to moment, kiedy wiemy, co nas czeka jest świetny, ale potem zabrakło ikry na opisy.

Ok, rzucę okiem jak można te fragmenty nieco podrasować, żeby wyszły bardziej przekonująco.

jakoby w obecnych czasach rycerskości stała się towarem deficytowym?

rycerskość?

Rzeczywiście, literówka. :/

bohaterka trochę za mało nakreślona, zwłaszcza jej obsesja z Ziemią, która nie wynikała z czegoś większego niż dziecięce marzenie.

Starałem się nakreślić jej motywację jak najlepiej – śmierć ojca, który kojarzył jej się z dzieciństwem i opowieściami o magicznej krainie, czyli Ziemi, zabrała jej najważniejszą część jej egzystencji. Pozostała pustka życia w biedzie i brak perspektyw. W końcu wzięcie spraw w swoje ręce i odmiana losu w postaci podróży na Ziemię stała się jej obsesją.

Motyw z kostką niewykorzystany – kto płacił, dlaczego, to trochę nie ma sensu, jakby autor chciał, żeby April znalazła się po prostu w momencie prawie wylotu na Ziemię i zostało jej to brutalnie odebrane, żeby zrobić większe, tekstowe bum

Co do motywu z kostką to zarzut powtarza się w komentarzach. Zgadzam się. Jedynie powiem, że to część większej historii, którą opiszę niebawem, z nieco innego punktu widzenia.

A tak serio, to już lepiej, gdyby ten cały Peder jej opłacił wylot razem z nią, miałoby to większy sens. Trochę szkoda, że nie poznajemy za bardzo życia na planecie i za dużo szczegółów dotyczy Ziemi.

No szkoda, niestety. Ale on chyba nie chciał opuszczać Marsa. Jakoś go polubił. wink

Będę myślał nad specyficznymi realiami Marsa i postaram się je lepiej opisać w kolejnym opku z tego świata. Jak już wspomniałem we wcześniejszych kometarzach, na Hellas Planitia dzieje się jeszcze jedna historia, którą opowiedziałem w “Dobrych Ludzach”, gdzie występuje postać Pedera, ale kilkanaście lat starszego i który zmienił imię i nazwisko (na Peter Grimm) – zachęcam do lektury. laugh

Wielkie dzięki za odwiedziny i szczegółowy komentarz! Pozdrawiam!

Na Szczecin mówią „wioska z tramwajami”, a tu się okazuje, że już nie taka wioska, a świat jest – jak w tym oklepanym zwrocie – mały. Nie zauważyłam nawet, że ze jesteś ze Szczecina, tym bardziej mi miło, że komentowałam kogoś z bliska. :)

 

Wiesz, mi chodziło o to, że może ten wiek warto określić na początku, nie musi być dosłownie ile miała lat, ale wystarczą takie szczegóły, których nie dopasujesz do dziecka. Poza tym, skoro miała 19 lat, to pisałabym o niej jak o kobiecie, a nie dziewczynie. Drobna kobieta o dziecięcej urodzie też robi robotę.

 

Nie chciałem powtarzać “dziewczynki”, stąd “sześciolatka”. Spojrzę na tekst i zobaczę co najlepiej brzmi.

Wydaje mi się, że właśnie dość blisko było dwa razy powtórzone, że ma sześć lat, a dziewczynki po drodze nie było.

 

Samo “sol” jako miara dobry też jest czymś na Ziemi nie używanym.

Jasne, że jest nieużywane, ale akurat nie zwracałam na to uwagi, bo w tekście było tego sporo i w sumie to budowało ten tekst, w sensie: często się przewijało. ;)

 

Myślę nad tym, tzn. ten świat powoli powstaje w mojej głowie.

O, jestem ciekawa i na pewno przeczytam jak świat powstanie. :)

 

Ona przez cały czas cierpiała – ale powtarzała swoją mantrę “chwytaj sol, to ma sens”, i to dawało jej siłę, żeby przetrzymać ból.

Jeśli cierpiała, to zabrakło mi tego w tekście. Bo powtarzanie czegoś jak mantry nie sprawia, że nie boli, ale że łatwiej znosić ból i psychicznie ten ból nie jest dla nas tragedią.

 

Nie potrafiłem się wystarczająco w to wczuć. Może powinienem zrobić real-life research? Tylko akurat mi trochę ciężko.

Jeśli nie da się zrobić researchu :) to myślę, że nie zaszkodzi nie wspominać o tym w tekście, bo te znaczące zapewnienia narratora bez wyraźnych scen, potrafią zirytować czytelnika. Myślę, że April nie musiała być mistrzynią flirtu, żeby taki Mario się w niej zakochał, poznajemy ich już jako coś w rodzaju pary, więc motywy nie są istotne.

A co do Greena, to można by pokazać moment, w którym coś go w niej urzeka, i nie musi to być koniecznie flirt. Może ta fascynacja Ziemią? Może niech mu powie, jak bardzo by chciała na Ziemię, że marzy o tym od lat? Może niech mu to powie po kilku głębszych, kiedy razem będą siedzieć w Marsowym Bachusie? Niech mu się wyda piękna przez to, z jaką pasją mówi o Ziemi, o drzewach itd.? A jednocześnie pokazuje mu coś typowo ziemskiego, jakiś zwyczaj na Marsie nieznany? Może to być taniec przed pójściem do łóżka, co jest dla takiego człowieka z Marsa czymś zupełnie dziwacznym a jednocześnie intrygującym, cokolwiek. To tylko luźne pomysły, nie chodzi mi o to, żebyś z nich korzystał (choć jeśli skorzystasz to nie mam nic przeciwko), chcę Ci tylko pokazać, że do uwodzenia facetów nie trzeba być w tekście bohaterką-flirciarką działającą na każdego.

 

Chodzi o to, że za szybko go sobą zainteresowała?

Między innymi, bo oprócz tego, że nie widział kobiety x czasu, to jak już zobaczył, to nagle zamieszkał… I to wszystko jakoś za łatwo dla April się skończyło.

 

Starałem się nakreślić jej motywację jak najlepiej – śmierć ojca, który kojarzył jej się z dzieciństwem i opowieściami o magicznej krainie, czyli Ziemi, zabrała jej najważniejszą część jej egzystencji. Pozostała pustka życia w biedzie i brak perspektyw. W końcu wzięcie spraw w swoje ręce i odmiana losu w postaci podróży na Ziemię stała się jej obsesją.

Wiem, że się starałeś i domyślam się, że w tak krótkim opowiadaniu ciężko jakoś to wszystko zaplanować tak, żeby wyszło, ale samo to, że jako małe dziecko rozmawiała dużo z ojcem i zaciekawiła się Ziemią, nie wystarczy. Potrzeba pewnej głębi, detalu, który przykuje czytelnika, jak choćby te drzewa, które były u Ciebie dobrym wyjściem, ale może coś w stylu szklarni na Marsie, gdzie są rośliny z Ziemi? Na przykład ja tworząc coś takiego, pozwoliłabym bohaterowi poczuć trochę smak tej Ziemi, roślin, no niech się zagłębi w te cuda. I niech ta szklarnia spłonie, a w bohaterce niech zakiełkuje tęsknota za tym, co jest już dostępne tylko na Ziemi. I ta tęsknota za przyrodą może być później obsesją za czymś, co jest inne, czyste, a nie jak w tych slamsach.

 

Odnośnie kostki, to nawet jeśli będziemy mieli wyjaśnienie w innym opowiadaniu, to w tym nadal tego nie będzie, a to chyba istotne, prawda? No wiesz, to jakby pozbawić ludzi sceny, w której Vader mówi do Luke'a to znane „Luke, I am your father” i ogólnie nie wyjaśniać, kim oni byli dla siebie, za to stworzyć część 3, gdzie to się wyjaśnia. ;)

 

Co do polubienia Marsa przez Pedera – okej, ale w tekście nie jest to aż tak podkreślone.

Na pewno zajrzę do historii Pedra pod zmienionym imieniem. :)

 

Pozdrawiam,

Ananke

Hej Ananke!

 

O, jestem ciekawa i na pewno przeczytam jak świat powstanie. :)

To zachęca do dalszej pracy, dzięki!

Myślę, że April nie musiała być mistrzynią flirtu, żeby taki Mario się w niej zakochał, poznajemy ich już jako coś w rodzaju pary, więc motywy nie są istotne.

A co do Greena, to można by pokazać moment, w którym coś go w niej urzeka, i nie musi to być koniecznie flirt. Może ta fascynacja Ziemią? (…)

To tylko luźne pomysły, nie chodzi mi o to, żebyś z nich korzystał (choć jeśli skorzystasz to nie mam nic przeciwko), chcę Ci tylko pokazać, że do uwodzenia facetów nie trzeba być w tekście bohaterką-flirciarką działającą na każdego.

Ok, jak przy edycji tekstu wezmę pod uwagę Twoje uwagi, są dla mnie bardzo cenne!

Na przykład ja tworząc coś takiego, pozwoliłabym bohaterowi poczuć trochę smak tej Ziemi, roślin, no niech się zagłębi w te cuda. I niech ta szklarnia spłonie, a w bohaterce niech zakiełkuje tęsknota za tym, co jest już dostępne tylko na Ziemi. I ta tęsknota za przyrodą może być później obsesją za czymś, co jest inne, czyste, a nie jak w tych slamsach.

Niegłupie, pogłówkuję coś. Ale czuję, że opko powiększy się o kilkanaście tysięcy znaków. :) Tym niemniej, warto, bo fabuła będzie bardziej płynna.

Odnośnie kostki, to nawet jeśli będziemy mieli wyjaśnienie w innym opowiadaniu, to w tym nadal tego nie będzie, a to chyba istotne, prawda? No wiesz, to jakby pozbawić ludzi sceny, w której Vader mówi do Luke'a to znane „Luke, I am your father” i ogólnie nie wyjaśniać, kim oni byli dla siebie, za to stworzyć część 3, gdzie to się wyjaśnia. ;)

Chyba tak, choć ja, gdybym przeczytał czyjeś opowiadanie z jakimś otwartym wątkiem, który wyjaśni się w innym tekście nie byłbym jakoś mocno sfrustrowany. Zwłaszcza, jeżeli nie miałoby to jakiegoś większego wpływu na losy głównego bohatera, czy bohaterki. Niektóre rzeczy mogą zostać niedopowiedziane, można pozostawić pole dla wyobraźni czytelnika. ;)

Co do polubienia Marsa przez Pedera – okej, ale w tekście nie jest to aż tak podkreślone.

Zanotowane i przy edycji tekstu będzie wzięte pod uwagę.

 

 

Wielkie dzięki za komentarze i pozdrawiam! smiley

Chyba tak, choć ja, gdybym przeczytał czyjeś opowiadanie z jakimś otwartym wątkiem, który wyjaśni się w innym tekście nie byłbym jakoś mocno sfrustrowany. Zwłaszcza, jeżeli nie miałoby to jakiegoś większego wpływu na losy głównego bohatera, czy bohaterki. Niektóre rzeczy mogą zostać niedopowiedziane, można pozostawić pole dla wyobraźni czytelnika. ;)

 

Z tym masz rację, nie wszystko musi być dopowiedziane, chodziło mi bardziej o to, że na moje słowa o braku wyjaśnień z kostką, stwierdziłeś, że to jest w innym opowiadaniu. I okej, może być gdzieś indziej, ale nie zmienia to faktu, że w tym nie ma i mi go brakowało. ;) Może dlatego, że byłam ciekawa, o co chodzi z tą kostką, a nie otrzymując wyjaśnień, trochę się rozczarowałam. Niedopowiedzenia lubię otwarte zakończenia też, ale nie wszędzie i nie zawsze. :)

 

Pozdrawiam,

Ananke

Hej Ananke!

 

Tak, zgadzam się, że nie zawsze niedopowiedzenie pasuje. Gekikara miał podobną uwagę, więc coś jest na rzeczy. Ale fajnie, że przynajmniej Cię ten wątek zaciekawił. laugh

 

Miłego wieczoru!

Kronosie, coś na pewno jest na rzeczy. :) Akurat motyw z kostką jest elementem opowiadania sf i fakt, że April w krótkim czasie dostała propozycję zarobienia kasy przez wykorzystanie Pedra w dziwnym eksperymencie, a po otrzymaniu tej kasy próbuje wylecieć, bez wyjaśnienia, o co chodzi z kostką, zahacza o imperatyw narracyjny. ;)

 

No wiesz, coś musiałeś wykombinować, żeby April dostała kasę, więc łatwo o to, kiedy trzeba kogoś zabić/otruć, a że zwykła trucizna to dość pospolity motyw, wymyśliłeś kostkę. Tyle że kostka jest tu przedmiotem bez większej głębi – jest, bo jest i tyle. Dlatego poświęcenie jej należytej uwagi rozmyłoby wizję, jakoby stanowiła tylko pretekst. ;)

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Hej Ananke!

 

No to zupełnie nie tak. :) Kostkę wymyśliłem już dawno i jest ważnym i dopracowanym elementem tego świata. Tylko nie da się tu pokazać zbyt rozbudowanego świata, bo ludzie raczej nie czytają tekstów powyżej 30k znaków. Wrzuciłem “Dobrych ludzi”, którzy mieli 60k i przeczytały chyba trzy osoby. Dopiero potem zajrzało kilka osób więcej. Więc wpadłem na pomysł, żeby ten świat pokazywać w “migawkach”, ale takich, żeby każda była w jakimś stopniu zamkniętą całością. Podjąłem też świadomie ryzyko, że czytelnik może czuć się nie do końca usatysfakcjonowany niedopowiedzeniami, ale nic nie poradzę, po prostu nie mogę wrzucić tekstu na 120k. Alternatywą jest w ogóle nie publikować bardziej złożonych tekstów.

 

Miłego wieczoru!

Kronosie, no to teraz już rozumiem Twoje podejście. :) Tylko że… to nie zmienia oczywiście faktu, że tekst odrobinę na tym ucierpiał, funkcjonując jako osobna całość, opowiadanie bez powiązania. A jak wiadomo, tekst powinien bronić się sam. :) My rozmawiamy, komentujemy, ale jak ktoś zajrzy i tylko przeczyta, ew. skomentuje krótko i nie zapyta o kostkę, to mu tego będzie brakowało. A fakt, że autor coś planował, nie będzie miało wpływu na myślenie o opowiadaniu. ;)

 

Nawzajem, dobrej nocy!

 

 

Kronosie,

 

dotarłam oczywiście z opóźnieniem, ale widzę, że tekst jest już w Biblio, więc moja polecajka nic by nie zmieniła ;)

 

Co do samej historii, czytało się ją dobrze, motywy bohaterki są dla mnie jasne, chociaż może i dla niej cel sam w sobie jest mglisty. Jak wiesz, podoba mi się ta swoista klamra i chociaż brak happy endu, to jednak takie zakończenie mocniej wybrzmiewa :)

 

pozdrawiam

OG

Ananke, tak, masz rację. Będę musiał się zabrać za napisanie tej dopełniającej części, a coś ciężko u mnie ostatnio z weną i z czasem. ;)

 

OldGuard! Zgadzam się, że takie zakończenie jest lepsze. Jeszcze raz dziękuję za pomoc w edycji tekstu podczas bety i za miłe słowa! smiley

Cześć!

 

To będzie nietypowy komentarz, bo po raz pierwszy nie będę starała się kierować portalową modą komentatorską, do której dość nieudolnie usiłowałam się dopasować. Tym razem napiszę po swojemu. No to jedziemy, oto komentarz alicellowy.

 

Kronos, zaczynam czytać Twój tekst. Widzę dziewczynę, nic o niej nie wiem, ale czuję jej strach. Gdy maszyna zbliża się do jej pleców moje serce przyspiesza, wiem, że zaraz będzie bolało, wydarzy się coś strasznego, nie chcę czytać dalej i chcę jednocześnie. Spodziewam się pobrania narządów, takie obrazy podsuwa mi wyobraźnia. Pomieszczenie, w którym jest April, zaczyna blaknąć, a cała moja uwaga jest skupiona na dziewczynie i mechanicznym ustrojstwie. Gdy wchodzi tajemniczy mężczyzna od razu czuję do niego niechęć, jego wypowiedzi są dla mnie niejasne, wiem, że mam do czynienia z szaleńcem. Gdy zdaję sobie sprawę, co się dzieję jestem poruszona. Zatrzymuję się na chwilę, bo połączenie sztuki i okrucieństwa zdaje się tak bluźniercze i tak fascynujące jednocześnie. To zadziwiające jak cienka granica dzieli piękno i odrazę.

Potem malujesz w mojej wyobraźni kolonię na Marsie, ten obraz wywołuje we mnie smutek, zdaje się nieprzyjazny, monotonny. Nie chciałabym żyć w takim miejscu. Działa na mnie porównania wiatraków do ważek, zatrzymuję się na tym zdaniu, podoba mi się to zestawienie mechanicznej struktury z delikatnością jednego z piękniejszych owadów. Fascynujące jest to w jaki sposób latają ważki, nie wiem, czy kiedyś je obserwowałeś. Uwielbiam to jak zawisają w powietrzu, jakby nagle zatrzymywały swój szaleńczy lot, aby podziwiać otaczający świat, jakby szukały chwili refleksji. O czym myślą ważki, gdy tak tkwią nad taflą wody? 

Porusza mnie scena z April i ojcem, to jest taka zwykła rozmowa i waśnie dla takich chwil warto żyć, takie chwile warto wspominać. Najważniejsze w tej scenie są szczegóły: dłonie o popękanej skórze, guma o smaku pepsi-coli, płacz niemowlęcia. Mówisz mi tymi szczegółami wszystko, a jednocześnie nie mówisz nic wprost, dałeś mojej wyobraźni ten cudowny punkt zaczepienia, aby zobaczyć surowego spracowanego mężczyznę, który jednocześnie ma w sobie ciepło. Widzę małą dziewczynkę, która jest zafascynowana i trochę przekorna. Tak to odbieram. A potem pojawia się strata, tragedia. I razem z bohaterką tęsknię za jej ojcem, czuję jej żal i złość.

Dwie godziny później zjawili się ludzie z Kompanii Wydobywczej. „Tąpnięcie… trzydziestu siedmiu górników… zrobiliśmy co w naszej mocy, ale… rekompensata będzie opiewała na…”. W pamięci April zachowały się strzępki zdań. W jej dzielnicy, faceci w eleganckich kostiumach zawsze przynosili złą nowinę. I to oni okradli April Gris z tego, który był dla niej najcenniejszy.

Właśnie takie opisy przemawiają do mojej wyobraźni. Widzę tu bardzo wiele: chęć obwinienia kogoś za nieszczęście, milczące cierpienie, pustkę, której nie wypełni żadna rekompensata.

Kolejną scenę wciąga mnie bez reszty, bo bliskie memu sercu jest carpe diem. Tak trudno jest się cieszyć chwilą obecną, a jednocześnie tak cudownie. W chwili obecnej nie ma lęku, boimy się tego, co będzie albo zadręczamy tym, co było. Próbuję zrozumieć, czym jest carpe diem dla bohaterki. Czy uczepiła się tej myśli rozpaczliwie szukając mentorskich wskazówek, gdy w jej życiu zabrakło ojca? A może postanowiła się nie przejmować? Może szuka w tym ucieczki nieszczęścia i bólu?

Widzę w April determinację, gonitwę za marzeniem, które jest niezrozumiałe dla innych. Dialog o wciągnięciu w wiatrak tak wiele mi mówi o tym świecie i o Mai, w tej krótkiej wymianie zdań widać jakiego rodzaju jest to relacja – raczej zimna, oparta na żalu i niezrozumieniu.

Widzę April na tarasie, z łatwością potrafię sobie to wyobrazić. Atmosfera sceny się zmienia, majestatyczność ceremonii przechodzi w obłudę. W tym wszystkim pojawia się wyrafinowany plan bohaterki. To mnie zastanawia, mam wrażenie zderzenia dwóch wojen tej toczonej przez wojsko i tej, którą toczy April, aby spełnić swoje marzenie, niezależnie od ceny. Obydwie wojny są bezwzględne.

Od momentu opisującego scenę w wagoniku moje odczucia dominuje raczej ciekawość, czy April osiągnie cel. Dostrzegam tu wytrwałość i długie oczekiwanie na spełnienie marzenia. Nasuwa mi się wniosek, że takie jest życie, czasami przewija się po prostu scena po scenie, w oczekiwaniu na coś, co może się nigdy nie wydarzyć. W tym momencie przypuszczam, że April osiągnie cel, ale okaże się on rozczarowaniem, a to co poświęci będzie cenniejsze. 

Zaskakuje mnie motyw z kostką, opowiadanie się w tym momencie zmienia, a April staje się marionetką w jakieś grze. Wiem, że dobrze się to nie skończy. Jestem ciekawa, czym jest kostka i jak działa. Zaczynam sądzić, że jednak April nigdy na Ziemię nie trafi.

Zakończenie jest doskonałe, uwielbiam te momenty, gdy wszystko wskakuje na zwoje miejsce. Czytając ostatnią scenę, czuję smutek. Zachowanie twórcy jest podszyte szaleństwem i przerażające jednocześnie. April staje się zupełnie nieistotna, a jej cały plan, cała walka nic niewarta, bo są więksi i silniejsi, którzy zdecydowali o jej losie. Porusza mnie to, że coś, co zrobiła, aby spełnić swoje marzenie, jednocześnie stało się czymś, co je przekreśliło. Powraca do mnie pytanie czym była kostka i czy był to tylko przypadek i nieszczęśliwy zbieg okoliczności, że April wyszła za mąż za kogoś, kogo “ludzie od kostki” wzięli na cel. To wywołuje we mnie niedosyt, w pewien sposób mi w tym opowiadaniu przeszkadza, zdaje się nie pasować.

Kronos, bardzo Ci dziękuję za to opowiadanie, była to prawdziwa przyjemność.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Witaj Alicello!

 

Bardzo się ucieszyłem, widząc nick Alicella w komentarzach pod moim opkiem! Twoje opinie są dla mnie niezwykle cenne, bo widać, że wkładasz w nie wiele serca. Dodatkowo zaciekawił mnie nowy sposób komentowania, na bieżąco. Jeden tego typu komentarz otrzymałem od Ananke. Jest to o tyle dobre, że można krok po kroku prześledzić, które części opowiadania w jaki sposób działają na czytelnika. Jakbym widział kolejne sceny Twoimi oczyma! Dziękuję.

Znakomitą większość moich intencji odczytałaś tak, jak spodziewałem się, że będą odczytane. Jedyne, co mnie nieco zaskoczyło, to Twoja interpretacja intencji April. Miałem wrażenie, że starasz się dostrzec w niej tylko dobro. Owszem, jej intencje były początkowo szlachetne, ale w pewnym momencie dziewczyna poszła o kilka kroków za daleko.

Wyróżniłbym ten fragment komentarza:

Widzę w April determinację, gonitwę za marzeniem, które jest niezrozumiałe dla innych. Dialog o wciągnięciu w wiatrak tak wiele mi mówi o tym świecie i o Mai, w tej krótkiej wymianie zdań widać jakiego rodzaju jest to relacja – raczej zimna, oparta na żalu i niezrozumieniu.

Jako jedyna zwróciłaś uwagę w komentarzu na chłodną relację April z młodszą siostrą. To było ważne – April nie potrafiła zbudować relacji ani z matką ani z siostrą. Między innymi dlatego chciała uciec. Po śmierci ojca jej świat w zasadzie się rozpadł. Była marzycielką, nie miała zamiaru tkwić w szarej codzienności. Poszukiwała punktu zaczepienia, platformy, od której mogłaby się odbić, żeby zajść dalej. Zasłyszane w radio hasło zrozumiała nieco opacznie, na swój sposób. Jej determinacja okazała się jednak zbyt silna. Straciła kontrolę, pogubiła się, zaryzykowała zbyt wiele (a może po prostu zabrakło jej szczęścia?) i ostatecznie skończyła marnie.

Moim zdaniem taki może być świat na Marsie: mroczny, brutalny, bezwzględny i pełen pułapek.

Fascynujące jest to w jaki sposób latają ważki, nie wiem, czy kiedyś je obserwowałeś. Uwielbiam to jak zawisają w powietrzu, jakby nagle zatrzymywały swój szaleńczy lot, aby podziwiać otaczający świat, jakby szukały chwili refleksji. O czym myślą ważki, gdy tak tkwią nad taflą wody? 

Ważki nad wodą widziałem wiele razy. Zawsze mnie fascynowały – wyglądają tajemniczo i trochę groźnie. Może dlatego po angielsku nazywają się dragonfly?

To ich nagłe zatrzymywanie się, a potem równie niespodziewane przemieszczanie się w jakimś, zdawało by się, przypadkowym kierunku, to totalny obłęd.

Zakończenie jest doskonałe, uwielbiam te momenty, gdy wszystko wskakuje na zwoje miejsce. (…) Powraca do mnie pytanie czym była kostka i czy był to tylko przypadek i nieszczęśliwy zbieg okoliczności, że April wyszła za mąż za kogoś, kogo “ludzie od kostki” wzięli na cel. To wywołuje we mnie niedosyt, w pewien sposób mi w tym opowiadaniu przeszkadza, zdaje się nie pasować.

Odetchnąłem z ulgą, kiedy zobaczyłem, że zakończenie Ci się spodobało i że Twoim zdaniem wiele elementów wskoczyło na swoje miejsce. smiley

Natomiast niedosyt w stosunku do wątku z kostką jest uzasadniony i zrozumiały. Tak miało być. Trochę to był z mojej strony ryzykowny zabieg, i wiele osób wypomniało mi brak dopowiedzenia. Ale postanowiłem tak to zostawić i “rozprawić się” z tym motywem w innym opku (bo temat wymaga porządnego “wyłożenia”). wink

 

Pozdrawiam i życzę miłego, piątkowego wieczoru!

 

Przejdźmy od razu do sedna – trochę nie rozumiem, jak tytuł ma się do fabuły. Mamy dziewczynę, która marzy o podróży na Ziemię, i aby osiągnąć ten cel, posuwa się coraz dalej, a przy tym powtarza tytułową mantrę, jednak nie widzę, żeby próbowała ją w jakiś sposób realizować. Wręcz przeciwnie – podporządkowuje wszystko dotarciu do tego jednego, odległego miejsca. To celowy kontrast? Zwrócenie uwagi na dystans między życiowym mottem a prawdziwym życiem?

Bardzo za to podoba mi się wykreowany przez ciebie świat – inne realia odzwierciedlone przez sposób myślenia mieszkańców oraz używane przez nich zwroty, a także egzotyczne terminy dotyczące codziennych spraw to przykład światotwórstwa z wyższej półki. Nie do końca zgadzam się z przedstawioną wizją, bo do mnie zawsze mocniej przemawiał obraz z filmu ,,Elizjum”, gdzie to bogacze uciekli ze zdewastowanej Ziemi w kosmos, więc twój pomysł na przyszłość wydaje mi się, paradoksalnie, całkiem optymistyczny dla naszej cywilizacji. Jednak nie rozwaliliśmy ekosystemu. ;\

Poza tym, dawno nie widziałem tak interesująco wykreowanego złola. Artysta ogarnięty obłędem to raczej rzadki czarny charakter.

Rekomendacji do Biblioteki już nie potrzebujesz. :)

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

Cześć!

 

Sprawnie napisane opowiadanie, szybko wciągnęło, czytałem ze szczerym zainteresowaniem. Lekko dziewczyna nie miała. Pokazujesz determinację w wychodzeniu z biedy, zakończone wypadkiem ojca dzieciństwo, wreszcie dosyć osobliwą (udaną, tak chyba właśnie miała być) scenę, podczas, której dziewczynie rzeźbią coś na plecach. Ten motyw z “obrazem” to jeden z mocniejszych punktów całości – byłem szczerze ciekaw, jak to się zakończy i bardzo dobrze (choć nie dla bohaterki), że do tego wróciłeś (choć jako motyw to bardziej mi pasuje do fantasy, niż do SF – i jakoś nie do końca współgra mi z reszta tekstu – jest świetny, ale kontrastuje z resztą świata przedstawionego, a pan czapla i twórca stwarzają wrażenie półboskie, ukryci przed światem w swej pracowni)

Trochę zabrakło dokończenia wątku Pedra, chociaż dziewczyna zostawiła go, zamykając kolejny rozdział, to jednak przydałoby się zdanie czy dwa, albo akapit w zakończeniu, bo możemy się tylko domyślać, o co chodziło z kostką i jak bardzo (czy?) chłopak był w to zamieszany.

Bardzo dobrze przedstawiasz bohaterkę i pokazujesz ją czytelnikowi. Wiemy o niej tyle, ile trzeba i poznajemy ją poprzez interakcje i życiowe wybory. Ten element zdecydowanie wyszedł…

Zarzut generalnie mam jeden: gdzie tu jest SF? Z początku nie zwróciłem na to uwagi, bo rozmowa z ojcem robi robotę, ale w miarę jak historia się rozwijała, to zacząłem zapominać, że są na Marsie. Problemy i styl życia bohaterów nie odbiegają od ziemskiego. Tak, mamy kopuły, pierścień, kopalnie, pociągi hipersoniczne, ale stanowią one jedynie tło. Prawa nimi rządzące są takie same, nie pojawia się nic nowego – związanego przykładowo z niższą grawitacją, brakiem słońca, niepewnością życia w utrzymywanym maszynowo środowisku… Najbardziej raziło to przy scenie lądowania żołnierzy, która tym różniła się od realu, że statki zamiast przypłynąć, przyleciały. Wiem, nie o tym jest ten tekst, ale mimo to mam silne wrażenie, że jeżeli historię osadzić by na ziemi i oczyścić z wątków kosmicznych, to wyglądałaby dokładnie tak samo (nie licząc zmiany scenografii) i nic by nie straciła na sile/treści przekazu.

Tyle ode mnie. Dobry tekst, emocjonujący, z pomysłem i nieźle napisany, ale nie poczułem, że to się dziej poza Ziemią, bo elementy SF miały bardzo niewielkie (imho) znaczenie dla całości.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Witaj SNDWLKR!

Przejdźmy od razu do sedna – trochę nie rozumiem, jak tytuł ma się do fabuły. Mamy dziewczynę, która marzy o podróży na Ziemię, i aby osiągnąć ten cel, posuwa się coraz dalej, a przy tym powtarza tytułową mantrę, jednak nie widzę, żeby próbowała ją w jakiś sposób realizować. Wręcz przeciwnie – podporządkowuje wszystko dotarciu do tego jednego, odległego miejsca. To celowy kontrast? Zwrócenie uwagi na dystans między życiowym mottem a prawdziwym życiem?

Ona po prostu to motto inaczej zinterpretowała. Połączyła dwa przysłowia: “być kowalem swego losu” oraz “carpe diem” i stworzyła nowe, na swój użytek. Nie potrafiła cieszyć się życiem w warunkach jakie miała, dlatego zdecydowała, że “chwyci dzień” dopiero na Ziemi. Choć wiem, że to może być mylące, bo zwracała mi na to emlisien podczas bety.

Bardzo za to podoba mi się wykreowany przez ciebie świat – inne realia odzwierciedlone przez sposób myślenia mieszkańców oraz używane przez nich zwroty, a także egzotyczne terminy dotyczące codziennych spraw to przykład światotwórstwa z wyższej półki.

Dzięki, bardzo mnie ucieszył ten komentarz. Starałem się nie narzucać z wypasioną technologicznie wizją przyszłości, raczej pokazać ją poprzez historię, niejako mimochodem.

Nie do końca zgadzam się z przedstawioną wizją, bo do mnie zawsze mocniej przemawiał obraz z filmu ,,Elizjum”, gdzie to bogacze uciekli ze zdewastowanej Ziemi w kosmos, więc twój pomysł na przyszłość wydaje mi się, paradoksalnie, całkiem optymistyczny dla naszej cywilizacji. Jednak nie rozwaliliśmy ekosystemu. ;\

Rozumiem, ale ja myślę, że dużo łatwiej będzie przywrócić Ziemię do ekologicznego porządku, niż terraformować Marsa.

Poza tym, dawno nie widziałem tak interesująco wykreowanego złola. Artysta ogarnięty obłędem to raczej rzadki czarny charakter.

Coś mi za łatwo ostatnio przychodzą te kreacje złoli. To trochę niepokojące. wink

Dzięki za przychylną opinię i pozdrawiam!

 

 

Hej Krar!

Prawa nimi rządzące są takie same, nie pojawia się nic nowego – związanego przykładowo z niższą grawitacją, brakiem słońca, niepewnością życia w utrzymywanym maszynowo środowisku…

Pozwolę nie do końca się zgodzić, patrz komentarz SNDWLKR powyżej o wykreowanym świecie. Tak, sprawy związane z grawitacją zostawiłem póki co na boku, ale już np. o słońcu wspominam – kopuły mają grubą izolacje i ciemny kolor, żeby pozyskiwać energię słoneczną, wysokie i wąskie przeszklenia przy podstawie, które wpuszczają światło dzienne, (poza tym jest światło sztuczne) i to światło dzienne jest bardzo cenne dla mieszkańcó, April specjalnie czeka na te kilkanaście minut, żeby się nim rozkoszować. Mieszkańcy bez implantów siatkówki tracą wzrok po kilku latach, więc te implanty są u nich powszechne (ale ten wątek chyba poruszyłem tylko w tym opowiadaniu, które dzieje się w tym samym uniwersum). Opisałem też system wentylacji, który nie miałby racji bytu na Ziemi. Niepewność życia przekłada się na wszelkiego rodzaju mroczne dewiacje, których artysta i jego pomocnik są przykładem. Natomiast zgadzam się co do lądowania żołnierzy, nie ma tu jakiegoś szczegółowego opisu. Czy April zwróciłaby uwagę na szczegóły techniczne lądowania fregat? Myślę, że pierwszym, co by przykuło jej uwagę byliby sami żołnierze.

Inne elementy SF to chociażby kostka i jej działanie. Poza tym hasło dziewczyny: “chytaj sol” zamiast “chwytaj dzień”, albo pozdrowienie “dobrej gwiazdy”, zamiast “dzień dobry”. Wiem, to szczegóły, ale za ich pomocą powoli chciałem kreować ten świat. Ponadto tęsknota April za naturą i “źródłem”, których nie doświadczyła na Marsie, to raczej coś, czego Ziemianie nie podzielają (a przynajmniej nie powszechnie, bo nawet żyjąc w mieście można się wybrać do parku).

Ale rozumiem co masz na myśli, bo tak się składa, że chyba w tym samym czasie co Ty czytałeś moje opko, ja czytałem Twoje o kapitanie Grancie. Tam rzeczywiście, cała fabuła dzieje się w kosmosie, przy braku grawitacji i sporo jest o technologii (na przykład rakieta, która posiada reaktor atomowy jako silnik oraz wykorzystanie antymaterii do akumulacji energii).

W każdym to był cenny komentarz, bo zwróciłeś mi uwagę na aspekty, których brakuje u mnie.

Ten motyw z “obrazem” to jeden z mocniejszych punktów całości – byłem szczerze ciekaw, jak to się zakończy i bardzo dobrze (choć nie dla bohaterki), że do tego wróciłeś (choć jako motyw to bardziej mi pasuje do fantasy, niż do SF – i jakoś nie do końca współgra mi z reszta tekstu – jest świetny, ale kontrastuje z resztą świata przedstawionego, a pan czapla i twórca stwarzają wrażenie półboskie, ukryci przed światem w swej pracowni)

Ta “czapla” to tylko przenośnia, tak jak się mówi, że ktoś ma “ptasią” twarz itp. W zasadzie facet jest tylko chudy, ma długie włosy i porusza się w specyficzny sposób, jest zmanierowany, stosuje makijaż i ma tendencje do teatralności. To wszystko. Nie jest to pół-człowiek pół-czapla. Po prostu zwyrodnialec, który realizuje swoje chore koncepcje z nudów, dla jeszcze większej kasy, albo po prostu dlatego, że ma “zrytą banię”. Wpływ warunków na Marsie. wink 

Trochę zabrakło dokończenia wątku Pedra, chociaż dziewczyna zostawiła go, zamykając kolejny rozdział, to jednak przydałoby się zdanie czy dwa, albo akapit w zakończeniu, bo możemy się tylko domyślać, o co chodziło z kostką i jak bardzo (czy?) chłopak był w to zamieszany.

Będzie o tym, tylko nie chciałem za dużo wątków wkładać w jedno opowiadanie. ;)

Tyle ode mnie. Dobry tekst, emocjonujący, z pomysłem i nieźle napisany, ale nie poczułem, że to się dziej poza Ziemią, bo elementy SF miały bardzo niewielkie (imho) znaczenie dla całości.

Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz! Będę kombinował na następnych opkach żeby było więcej SF.

Pozdrawiam!

 

Cześć Anet!

Cieszę się, że Ci się spodobało i dziękuję za odwiedziny!

Miłego wieczoru!

Cześć!

 

Wczoraj pisałem na szybko po przeczytaniu i (jak zawsze, kiedy się nastawię na dobry tekst, skupiłem się na niedociągnięciach, zapominając o podkreśleniu mocnych stron). Dlaczego? Primo, tekst został zgłoszony do piórka, secundo, początek jest bardzo dobry i sprawia, że ślinka cieknie. Ale po kolei:

Sceny z ojcem, kiedy April rozmawia z ojcem, robią robotę. Widzimy inność położenia bohaterki, jest SF, jest Mars, jest dobrze. Chwilę później, kiedy widzimy, na co się decyduje, również jest nieźle, bo można domniemywać, że to jest jakiś element tej układanki. Sprawnie pokazujesz bohaterkę, jaj położenie, motywacje i robisz to w taki sposób, że trudno być obojętnym co do jej losu. Nadziej na świetny tekst zostały rozbudzone… I zaczyna się szara rzeczywistość, bardzo podobna do ziemskiej.

Pokazujesz świat z wieloma elementami marsjańskimi: sole, kopuły, kopalnie, ale to wszystko nie odgrywa istotnej roli.

Pozwolę nie do końca się zgodzić, patrz komentarz SNDWLKR powyżej o wykreowanym świecie.

Mi nie chodzi o kreację świata, ale o wykorzystanie tej kreacji, bo świat napisałeś bardzo ciekawy, tylko zabrakło pokazania wpływu tego świata na bohaterkę i otoczenie. Bo życie rodziny April zdaje sią bardzo mocno przypominać życie na ziemi, tylko pociągi inaczej się nazywają a statki latają, zamiast pływać.

Mieszkańcy bez implantów siatkówki tracą wzrok po kilku latach, więc te implanty są u nich powszechne (ale ten wątek chyba poruszyłem tylko w tym opowiadaniu, które dzieje się w tym samym uniwersum)

Dobrze, tylko dlatego nie ma o tym słowa w tym tekście (albo w przedmowie, że warto zapoznać się z innym tekstem, który tego dopełni)? Dobre opowiadanie to takie, która zawiera w sobie wszystko, czego czytelnik potrzebuje, by zrozumieć historię. Zwykłe dwa zdania więcej – nich jej siostra ma przykładowo uszkodzony wzrok – załatwiłyby temat i pokazały wpływ Marsa na ludzi. Zwłaszcza, jeżeli to jest powszechne.

Niepewność życia przekłada się na wszelkiego rodzaju mroczne dewiacje, których artysta i jego pomocnik są przykładem.

Jak najbardziej, ale ja nie odniosłem takiego wrażenia (ale może tylko ja?), zabrakło sugestii, naprowadzenia, które jednocześnie bardziej powiązałyby wątek April i “twórcy”. To się częściowo pojawia, ale dopiero na samym końcu, kiedy dzieje się dużo i przez to traci na sile przekazu. Zabrakło wskazówek, może trzeciej – pozornie przypadkowej interakcji – gdzieś po środku?

Natomiast zgadzam się co do lądowania żołnierzy, nie ma tu jakiegoś szczegółowego opisu. Czy April zwróciłaby uwagę na szczegóły techniczne lądowania fregat? Myślę, że pierwszym, co by przykuło jej uwagę byliby sami żołnierze.

Tu nie chodzi o detale techniczne, ale o położenie nacisku na coś, że to się nie dziej na ziemi i nie dotyczy marynarki. Bo ja przy tej scenie faktycznie się zatrzymałem i zacząłem zastanawiać, gdzie się to dzieje. Warto – imho – pokazać coś takiego, bo tekst zyska, a czytelnik “poczuje”, że ten świat rządzi się nieco innymi prawami.

Ta “czapla” to tylko przenośnia, tak jak się mówi, że ktoś ma “ptasią” twarz itp. W zasadzie facet jest tylko chudy, ma długie włosy i porusza się w specyficzny sposób, jest zmanierowany, stosuje makijaż i ma tendencje do teatralności.

Domyślam się, napisałem skrótowo, bo nie wiedziałem, jak się do niego odnieść ;-)

Po prostu zwyrodnialec, który realizuje swoje chore koncepcje z nudów, dla jeszcze większej kasy, albo po prostu dlatego, że ma “zrytą banię”. Wpływ warunków na Marsie. wink 

Tak, z perspektywy (i po lekturze komentarza) tez tak to widzę, ale bez pośrednio po lekturze tak tego nie odebrałem, zbyt słabo związałeś – imho – wątek bohaterki i “artystów”. Warto mocniej to zaakcentować.

Będzie o tym, tylko nie chciałem za dużo wątków wkładać w jedno opowiadanie. ;)

Dobrze, postaram się przeczytać, ale… Jak wyżej, rozumiem, ale w przedmowie nie ma słowa o tym, że jest to jeden z elementów układanki, więc patrzę jak na pojedyncze opko.

Będę kombinował na następnych opkach żeby było więcej SF.

Kombinuj, bo – imho – potencjał jest duży, co widać już w tym tekście. Jest pomysł, wykonanie jest niezłe a intryga nie nudzi, tylko – jak na SF (przepraszam, ja mam chyba małego fioła na punkcie futurologii i wpływu rozwoju techniki na losy świata i ludzi) to życie na tym Marsie za bardzo przypomina to za oknem, co też nieco kłuci się z wszystkimi smaczkami, które pokazujesz. W tych smaczkach siedzi potencjał.

bo tak się składa, że chyba w tym samym czasie co Ty czytałeś moje opko, ja czytałem Twoje o kapitanie Grancie.

Chyba faktycznie tak się złożyło. Lecę czytać komentarz. 

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Witaj Krar!

 

Rozumiem, dobrze wyjaśniłeś w czym rzecz. Będę miał to w głowie pisząc kolejne opowiadania.

Kombinuj, bo – imho – potencjał jest duży, co widać już w tym tekście.

Bardzo mnie cieszy, że tak uważasz! Dzięki jeszcze raz za odwiedziny i za rozbudowany komentarz. Wszystkie uwagi dokładnie analizuję.

 

Tymczasem idę chwytać sol, póki jeszcze jest na niebie (znaczy, idę pobiegać, wtedy w głowie pojawiają mi się najlepsze pomysły). laugh

 

Pozdrawiam!

Nowa Fantastyka