- Opowiadanie: Anoia - Scheda

Scheda

Opowiadanie napisałam, zanim wszystko się zaczęło, więc kontekst wydarzeń w opowiadaniu to czysty zbieg okoliczności, wybaczcie...

Pięknie dziękuję betującym!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Scheda

Nareszcie wyszli z domu, ślimaki jedne. Wandzia czekała od rana, aż mama i babcia zbiorą jej rodzeństwo i pójdą w gości, i naprawdę nie mogła już wytrzymać. Kiedy Franek w ostatniej chwili oblał się wodą i trzeba było zmienić mu koszulę, ledwie się powstrzymała, żeby go nie kopnąć, ale tak prosto w goleń, gdzie boli najbardziej. Nie po to wymigała się od wizyty u cioci Basi, żeby teraz tracić cenne minuty na głupoty.

Wykręcić się nie było łatwo: gdyby po prostu powiedziała, że nie chce iść, mama na pewno nabrałaby podejrzeń. Ale Wandzia była sprytna! Poprzedniego dnia spędziła dobrą godzinę przy bajorku, łapiąc żaby. Wrzuciła je potem babci do wanny, dzięki czemu zaliczyła podwójne przewinienie: wredny psikus i jeszcze ubłoconą sukienkę. Oczywiście, jak głośno lamentowała, nie było gorszej kary od pozostania w domu, gdy rodzeństwo idzie bawić się z kuzynami.

Udało się! Nikt nic nie podejrzewał i została na cały dzień bez nadzoru. No, z nianią, ale to akurat żaden problem. Pobawiły się chwilę w ogrodzie, żeby wiosenne słońce trochę je rozgrzało, potem zjadły obiad i Wandzia postanowiła poćwiczyć czytanie na głos. Wybrała „O krasnoludkach i o sierotce Marysi”. Nie porywało samo w sobie, a i lektura, nie wiedzieć czemu, szła jej wyjątkowo źle, dzięki czemu niania przysnęła już w połowie trzeciej strony. Wystarczyło potem wymknąć się z pokoju (na wszelki wypadek Wandzia posmarowała wcześniej olejem zawiasy, żeby nie skrzypnęły) i gotowe. Można iść na strych, albo do biblioteczki… Gdzie zacząć szukać? I tak naprawdę, to czego?

Wszystko zaczęło się niedługo po tym, jak wybuchła ta głupia wojna. Wredni Niemcy zaatakowali w pierwszy dzień szkoły i nie minęły dwa dni, jak mama z babcią w pośpiechu spakowały wszystkie potrzebne rzeczy i pożegnały się z tatą i dziadkiem, którzy „byli potrzebni tutaj”. Trzeciego września wieczorem rodzina dotarła do Koziegłów, do domu cioci Stasi. Tyle Wandzia pamiętała. Problem w tym, że pierwszego dnia, gdy obudziła się w swoim nowym pokoju z widokiem na sad, wyraźnie czegoś NIE pamiętała. Próbowała opisać, jak się czuła, ale mama z babcią odwracały tylko wzrok i mówiły, że widocznie od nagłej przeprowadzki trochę pomieszało jej się w głowie. „Nic takiego, samo przejdzie”. Amelka powtarzała po nich jak papuga, a uśmiechała się przy tym z tak okropną wyższością, że Wandzia aż ją ugryzła. Może i w wieku dziesięciu lat już nie wypada, ale kto by to wytrzymał? Jej siostra, raptem trzy lata starsza, wiecznie zadzierała nosa, jakby wiedziała wszystko o wszystkim i była praktycznie dorosła. Bracia też wydawali się tego dnia oszołomieni, ale byli młodsi i szybko dali sobie wmówić, że wszystko w porządku. Wandzia zrozumiała, że z kłopotem musi poradzić sobie sama.

Z czasem zebrała listę rzeczy niewyjaśnionych, które musiały się wiązać z dziurą w pamięci:

Najpierw zwróciła uwagę na bajki i kołysanki, których słuchali przed snem. Wydawały się… niewłaściwe, głupsze i mniej prawdziwe, niż kiedyś były i być powinny. Poprzednich baśni i piosenek nie pamiętała, ale mętnie czuła, że za nimi tęskni. Zresztą, mama jakby niechętnie opowiadała te nowe, z wahaniem, jakby dopiero się ich uczyła.

Poza tym, dorośli często ucinali rozmowy, gdy Wandzia wchodziła do pokoju. Tu też jej się wydawało, że kiedyś było inaczej; coś strasznie ważnego, w czym kiedyś uczestniczyła, teraz przed nią ukrywano. Nabrała nawyku nasłuchiwania pod drzwiami i udawania, że śpi, ale jakby wszyscy zawsze wiedzieli, że tak naprawdę słyszy. Jedyne, co udało jej się wyłapać, to żal mamy, że za późno zaczną ją uczyć. Na ogół ktoś odpowiadał wtedy, że jest jeszcze za mała, by utrzymać język za zębami. A Amelka to niby nie! Ha! Ja im jeszcze pokażę! Wandzia przysięgła sobie, że sama dokopie się do wszystkich sekretów, a potem tak je pięknie utrzyma, że dorośli rozpękną się ze wstydu.

Następna rzecz: „ciocie” Stasia i Rozalia to na pewno nie były żadne ciocie. Mama i babcia dziewczynki zawsze wyglądały młodziej i zdrowiej, niż mamy i babcie jej koleżanek. Stasia wydawała się być bardziej w wieku tych innych babć, a Rozalia już w ogóle cała była zasuszona i pomarszczona. Tu przynajmniej udało się dziewczynce wyłapać jakieś wskazówki: babcia Marysia parę razy powiedziała do Stasi „mamo”, podobnie jak Stasia do Rozalii. Nie słyszała, żeby ktokolwiek miał jeszcze mamę mamy swojej babci; nie wiedziała nawet, jak taką osobę należałoby nazwać. Jedna jej koleżanka w Warszawie miała mamę babci i chyba mówiła o niej „parababcia” czy jakoś tak, ale teraz nie było jak sprawdzić, bo wszyscy okropnie nerwowo reagowali na pytania na ten temat. Z jakiegoś powodu było strasznie ważne, żeby udawać, że to zwykłe ciocie i nic ciekawego się tu nie dzieje.

Kolejne tajemnicze zjawiska Wandzia zaczęła odkrywać, gdy zakolegowała się z dzieciakami ze wsi i zaczęła porównywać ich życie rodzinne ze swoim. U niej w domu nikt nigdy nie chorował, nawet dziur w zębach nie miewali. Babcia przynosiła warzywa z ogrodu do późnej jesieni, gdy wszystko wydawało się już martwe, a i wiosną nowalijki pojawiły się wyraźnie wcześniej, niż u innych w wiosce. No i sprawa kurzu, a właściwie jego braku, chociaż nikt w domu nie tracił czasu na sprzątanie.

Ale najdziwniejsze rzeczy działy się podczas kłótni między ciociami. Kiedy Stasia traciła cierpliwość i wściekała się na utyskiwanie Rozalii, szkło drżało i piszczało, w powietrzu pachniało jak po burzy, na języku czuć było metaliczny posmak… Mama i babcia udawały, że nic nie zauważały, ale zawsze któraś z nich biegła załagodzić spór. Gorzej, że kilka tygodni temu podobne rzeczy zaczęły się dziać, gdy Wandzia wściekła się na Amelkę. Mama skłamała, że wszystko w porządku, ale od tego czasu parzyła młodszej córce nową herbatkę, od której mdliło i kręciło się w głowie. A, właśnie! Takich ziółek, jak u nich, też nigdzie Wandzia nie widziała. Od razu zaczęła kombinować, jakby tu obrzydlistwo wylewać albo wypluwać. W tym tygodniu nie wypiła już chyba ani łyczka!

Dziewczynka postanowiła zacząć od pokoju mamy. Nauczyła się stawiać stopy jak najbliżej ściany, więc skrzypiące schody nie zbudziły niani. Przez drzwi słyszała, jak Rozalia narzeka, że wszystkie suknie jej zszarzały i w domu od dawna nie było gości.

Świetnie, będą się sprzeczać i nie pomyślą, aby sprawdzić, co robi… parawnuczka. Czy coś. Jest biblioteczka!

Na półkach były same powieści o przystojnych dziedzicach i wzdychających paniach, do których mama zabraniała jej zaglądać, poradniki i książki podróżnicze. Nuu-daa. Wandzia nie pamiętała oczywiście, jakich książek szukała, ale była pewna, że nie tych. Poszła do sypialni mamy i rozejrzała się. Może pod łóżkiem coś było? Na podłodze nic nie widziała.

W tym momencie usłyszała, że drzwi od sypialni starszej z cioć się otwierają i na wszelki wypadek wsunęła się pod łóżko. Rozalia narzekała skrzeczącym głosem:

– Już ja wiem, że wy na mnie oszczędzacie! W całym domu ciepło, tylko u mnie wiecznie zimno! I nawet porządnego pledu matce nie dasz, tylko jakieś… wytarte szmaty mi tu! Zabić mnie chcecie, starą kobietę! Na śmierć przeziębić!

Spod łóżka Wandzia widziała tylko nogi Stasi, które weszły do sypialni, zatrzymały się koło krzesła i wyszły z pledem. Drzwi parababciowej sypialni zamknęły się z łoskotem. Dziewczynka wypuściła powietrze i zaczęła się wysuwać spod mebla, kiedy zobaczyła – wzdłuż dolnej granicy ramy przymocowana była półeczka, na której leżały książki – właśnie te, których nie mogła sobie przypomnieć. Złapała szybko najbardziej obiecującą. Gdzie mogła się z tym schować, żeby dali przejrzeć w spokoju? Jeśli wyjdzie na dwór, nie usłyszy, jak niania zacznie jej szukać, i narazi się na kolejną aferę. Z drugiej strony, w domu mogła na nią przypadkowo wpaść parababcia. Strych! Próbowała się tam zakraść już wcześniej, ale zawsze któraś z dorosłych łapała ją najdalej w połowie drabiny. Tym razem musiało się udać.

Wejście po szczeblach było nie lada sztuką, zwłaszcza z takim tomiszczem w rękach. Jednak nie po to z dzieciakami ze wsi uczyła się wspinać na drzewa, żeby teraz nie dać rady. Barkiem uchyliła klapę; przez szczelinę wsunęła książkę i potem już swobodnie weszła na górę.

Cokolwiek utrzymywało porządek na dole, tutaj działało już słabiej, bo na podłodze osiadła warstwa kurzu. Nic strasznego, ale żeby ukryć, że się tu chowała, będzie musiała starannie otrzepać sukienkę. Wstała i rozejrzała się wokół siebie. Wszędzie porozstawiane były wielkie skrzynie i wory; nic nie wyglądało specjalnie zachęcająco. W rogu zobaczyła ładny, kolorowy kuferek, który musiał być kiedyś własnością dziecka. Zatliła się w niej nadzieja, że są tam zabawki. Wieko było zamknięte, ale szczęśliwie Wandzia wymusiła kiedyś na starszym bracie przyjaciółki lekcję obsługi wytrychów. Lubiła zdobywać nowe umiejętności – zwłaszcza takie, które oburzyłyby mamę. Pomacała w kieszeni fartuszka – dwa sznurki, ładny kamyk znaleziony rano, patyk obdarty z kory… był i wytrych! Pobiedziła się chwilę nad zamkiem i wreszcie otworzyła wieko.

W tym momencie huknęło tak, że cała podskoczyła. Przez cienki strop usłyszała gniewny syk Stasi.

– Mamo! Na wszystkich bogów podziemnych, co ty wyprawiasz? Dziurę w podłodze chcesz wywalić?!

Oho! Awantura na dole nabierała tempa, a przez strop wszystko było doskonale słychać. Na szczęście niania drzemała w pokoju po drugiej stronie domu, więc może się jeszcze nie zbudziła.

Wandzia skierowała uwagę z powrotem na skrzynię. Kolorowe szmatki, pudełko z kredkami, flecik… I coś dużego owinięte w kolorowe gałganki. Lalka! Nawet z porcelaną tu i ówdzie ukruszoną i potarganymi miodowymi loczkami, nadal była najwspanialszym znaleziskiem, jakie Wandzia mogła sobie wyobrazić. Zawsze zazdrościła koleżankom ich cudnych, wystrojonych „córeczek” i „siostrzyczek”, ale nigdy nie mogła mieć własnej. Nie pamiętała powodu – znowu coś, co musiało zniknąć z jej głowy po przyjeździe do Koziegłów. Nieważne! Grunt, że wreszcie miała własną, śliczną przyjaciółkę. Zamknęła kuferek, ustawiła lalkę na skrzyni i usiadła koło niej, żeby razem mogły poczytać wielką księgę mamy.

Problem w tym, że nic nie mogła zrozumieć. Większość tekstu była w dziwnym języku, a na dokładkę część zapisano znakami, których w ogóle nie rozpoznawała. Nie były to ani te litery, których nauczyła się w szkole, ani cyrylica… Wszystko bez sensu, tyle starań i miała się niczego nie dowiedzieć? Zaczęła nerwowo przerzucać kartki. O! Były obrazki! Najpierw różne skomplikowane wzorki, jakieś dziwne zwierzątka i rośliny, a tu chyba figurka ludzika?

Wandzia poczuła, że podłoga lekko drży. Rozejrzała się – kurz unosił się miejscami z podłogi i wirował w powietrzu. To chyba znaczyło, że Stasia była już naprawdę zła, chociaż akurat jej dziewczynka nie słyszała. Tylko głos Rozalii monotonnie wyliczał wystawne dania, które serwowano, kiedy jeszcze była panią tego domu. Młodsza z parababć ograniczyła się do zdawkowego przypominania, że wszyscy jedli skromniej, bo trwała wojna. Nie było teraz w domu nikogo, kto mógłby staruszki uspokoić… Ale skoro tyle lat wytrzymały razem, to nic strasznego nie powinno się stać.

Wandzia znalazła w księdze jeszcze kilka rysunków ludzików. Różniły się znaczkami, którymi miały ozdobione buzie, czasem też ręce albo inne części ciała. Jeden taki duży znaczek wydał się dziewczynce wyjątkowo śliczny, więc postanowiła narysować go na czole swojej nowej, lepszej „siostrzyczki”. Wyjęła z kuferka kredki, wybrała najładniejszą, fioletoworóżową, i zaczęła starannie kopiować symbol z książki, ignorując przy tym metaliczny posmak, który właśnie poczuła na języku. Stasia najwyraźniej zaczynała tracić cierpliwość, ale skoro nikt Wandzi nie raczył wyjaśnić, czemu to było groźne, to teraz same powinny sobie z tym poradzić.

Kolejne pętle krzyżowały się i zachodziły na siebie, wzór wymagał dużego skupienia, a szkło piszczące w świetliku zdecydowanie nie pomagało. Dziewczynka wbrew sobie zaczęła się trochę bać, co jeszcze może zrobić złość parababci. Pomyślała, że może jednak wymyśli pretekst i do nich zejdzie. Rozalia co prawda zwykła udawać, że dzieci nie istnieją, ale jej córka lubiła parawnuki i zawsze łagodniała w ich towarzystwie. Tylko najpierw Wandzia chciała skończyć zdobienie lali. Jeszcze ostatni zawijas na środku…

W Stasi coś w końcu musiało pęknąć, bo dom aż zatrząsł się od jej krzyku:

– Ty wredna, stara krowo! Naprawdę nie widzisz, jak się dla ciebie poświęcamy? Jak JA się poświęcam? Zostałam tu z tobą, nigdy nie wyjechałam, mimo że Heniek cię nie znosił! Marnuję mnóstwo mocy na to, żeby przedłużać to twoje żałosne życie, tylko po to, żebyś dalej zatruwała moje?! Jak śmiesz sugerować, że za mało ci dajemy!

Wandzia pomyślała, że musi się pospieszyć, bo dom chyba jednak tego nie wytrzyma. Ostatnia pęteleczka i biegnę na dół.

– Gdybyście tak się nie trzęsły nad tymi bachorami, to mogłybyście spokojnie uwolnić mnie od chorób i zrobić, żebym nie była pomarszczona jak stara śliwka! Wcale nie chcę nic wielkiego za moje lata poświęceń: tylko tyle, żeby znowu ładnie wyglądać i żeby nic mnie nie bolało! – jęczała Rozalia tonem ciężko pokrzywdzonej.

Szkło w świetliku rozprysło się w drobny mak, a głos Stasi wypełniła nienawiść:

– Całe życie byłaś tylko pustą lalką i nie dałaś nam nic! Masz wobec tej rodziny taki dług, że teraz drugie życie powinnaś go spłacać!

W tym momencie Wandzia skończyła rysować. Rozległ się ogłuszający huk i błysnęło, jakby w strych uderzył piorun. Potężna siła odrzuciła ją daleko do tyłu; dziewczynka boleśnie spadła na pupę i przewróciła się na plecy. Z dołu dobiegł przerażony krzyk Stasi.

– Mamo! Mamo!!! Co ci jest? Mamo, błagam cię, otwórz oczy! Ja nie chciałam… Mamooo!!! – Staruszka zawyła i zaniosła się łkaniem.

Wandzi dzwoniło w uszach i kręciło się w głowie, więc trudno jej było zrozumieć, co właśnie usłyszała. Ostrożnie wstała i zobaczyła swoją lalę, nadal jakby nigdy nic siedzącą na kuferku. Tylko pieczołowicie narysowana na czole ozdoba nie była już różowa – wydawała się świecić błękitnym światłem. Dziewczynka podeszła, nachyliła się z uwagą i dotknęła lśniącego znaczka. Auć! Musiała trafić na rysę w porcelanie, bo skaleczyła się w palec. Zdziwiona, zobaczyła kroplę krwi, która powoli rozpływała się wzdłuż linii na czole zabawki. Usłyszała głębokie łupnięcie i znów odrzuciło ją na pupę. Pomyślała, że jeśli te przygody skończą się laniem, będzie bolało trzy razy bardziej.

Lala już nie siedziała. Przez chwilę unosiła się w powietrzu, lizana przez błękitne płomienie, które wygładziły porcelanę i ślicznie ułożyły jasne loczki, po czym wylądowała na nóżkach na podłodze. Niebieskie oczka zamrugały, główka pochyliła się i zabawka zdawała się oglądać swoje ciałko. Podniosła spojrzenie na Wandzię, cienkie brewki zeszły się na środku, rozchyliła różowe usteczka i wydobyła z nich skrzekliwy wrzask:

– Do ciężkiej cholery, głupie dziecko, coś ty zrobiła?!

Stasia musiała to usłyszeć przez strop, bo przestała lamentować.

– Mamo? Mamo?! – Na dole trzasnęły drzwi i głos młodszej z parababć niebezpiecznie zbliżył się do wejścia na strych.

Wandzia z reguły unikała pomocy dorosłych, zanim sama nie rozeznała się w sytuacji. Zwłaszcza jeśli mogła spodziewać się potem kary, bo sama przyczyniła się do powstania problemu. A na ogół się przyczyniała.

– Cicho bądź! – syknęła do zabawki, której usta natychmiast się zamknęły.

Malowane brwi wyrażały głębokie oburzenie, ale najwyraźniej komendy Wandzi były wiążące, bo lala nic nie mówiła. Tymczasem słychać było, że Stasia wspina się po drabinie.

– Chodź tutaj – szepnęła dziewczynka do zabawki.

Polecenie zostało wykonane natychmiast, sztywnymi ruchami, które sugerowały opór. Pierwszy raz w życiu to nie Wandzia była do czegoś zmuszana, tylko sama mogła porządzić! Musiała szybko stąd uciec, żeby nie zabrali jej lali. Rozejrzała się desperacko, ale nie widziała żadnej kryjówki. Pod nosem jęknęła:

– Musimy się schować!

Porcelanowe dłonie wykonały kilka skomplikowanych ruchów i dziewczynka poczuła, że podłoga się pod nią rozstępuje i razem spadają… Wylądowały w miękkim sianie w stodole Stasi. Wandzia odetchnęła. W głowie wirowały jej tysiące pytań, ze zwykłym „Co teraz?” na czele. Rozważyła luźną fantazję, że może kazałaby się zabrać nad morze i doszła do niej wątpliwość, czy wykorzystywanie w ten sposób innej osoby nie jest Bardzo Złym Zachowaniem. Jeśli dobrze zrozumiała, w lali była teraz jej własna parababcia Rozalia, a przecież starszych miała zawsze szanować, nawet, jeśli byli okropnie wredni… Po chwili na czoło tej kawalkady myślowej wysunął się wniosek, że musi sobie szybko przypomnieć, o czym zapomniała, bo to na pewno poprawi jej orientację w całej sprawie.

– Gdy tu przyjechałam, zabrałyście mi coś z pamięci. Przypomnij mi wszystko.

Buzia zabawki wykręciła się w wyrazie niechęci, główka kręciła się przecząco, ale polecenie nie dawało lalce wyboru. Małe rączki ponownie wykonały kilka szybkich gestów i położyły się na czole Wandzi. Przez chwilę nic się nie działo, po czym umysł dziewczynki przytłoczyła potężna fala wspomnień.

***

Kiedy Wandzia obudziła się w miękkiej pościeli, nie miała siły, by otworzyć oczy. Najpierw zdziwił ją śpiew ptaków za oknem i uświadomiła sobie, że spodziewała się raczej pisków tramwaju. Poza tym, dopiero co było okropnie gorąco, a tu przez okno wpadało przyjemnie chłodne powietrze… Tym razem fala wspomnień nie była aż tak gwałtowna, ale nadal trudna do wytrzymania: historia rodziny, ich pieśni, zaklęcia… ten wieczór pół roku temu, gdy całą rodziną wróżyli losy wojny i mama zemdlała, bo zobaczyła bombę spadającą na ich kamienicę. Obietnica złożona tacie, ostatnia przed opuszczeniem miasta, że będzie bardzo ostrożna, bo Niemcy będą szukać rodzin takich jak ich… To dlatego mama i babcie zabrały pamięć jej i braciom. Żeby łatwiej im było się ukryć.

Wandzia usiadła na łóżku i starła łzy, które nie wiedzieć kiedy zalały jej twarz. W nogach łóżka stała lala-Rozalia z fochem wymalowanym na porcelanowej twarzyczce. Obok wezgłowia siedziała mama, która natychmiast wzięła twarz dziewczynki w dłonie i zajrzała jej w oczy.

– Jak się czujesz, kochanie? Wiesz, gdzie jesteś? – spytała cicho.

Pytania tylko Wandzię zirytowały. Nic by jej teraz nie było, gdyby wcześniej zostawiły jej głowę w spokoju! Mama nie powinna teraz udawać, że się troszczy.

– Boli mnie głowa i jest mi bardzo smutno! Jestem w Koziegłowach w domu parababci Stasi i pararababci Rozalii, którą niechcący zaklęłam w lalkę, bo nie wiedziałam, że jestem czarownicą! – Pociągnęła nosem, co jeszcze bardziej ją rozzłościło. Nie chciała więcej płakać.

Mama westchnęła, uśmiechnęła się lekko i podała jej kubek parującego płynu.

– Wypij, to pomoże na ból. To tylko rumianek z lipą, żadnych sztuczek, obiecuję. Udowodniłaś, że nie dasz się na dłuższą metę powstrzymać. Bezpieczniej będzie cię po prostu wszystkiego nauczyć.

Do Wandzi powoli docierało, że ktoś gdzieś właśnie powinien na nią krzyczeć i wyznaczać karę, tymczasem mama wyglądała raczej na rozbawioną… i chyba trochę dumną. Nawet dodała jej dużo miodu do naparu, w sam raz tak, jak dziewczynka lubiła.

– Zaklęłam pararababcię w lalę… Nie jesteś zła?

– Nie zrobiłaś tego sama, to prababcia i praprababcia własnymi siłami ułożyły klątwę. Przy okazji udzieliły ci cennej lekcji, dlaczego czarownice muszą uważać na słowa. W ramach kary czeka na ciebie długa lista zadań przy pogrzebie, bo musimy coś zrobić z ciałem. Tak czy inaczej, wygląda na to, że praprababcia musi cię teraz słuchać, nie może zrobić ci krzywdy… – mama rzuciła lali znaczące spojrzenie, na co ta szybko odwróciła wzrok – ani nawet oddalać się zbytnio od ciebie. Czarować też może tylko na twoje polecenie. Zanim znalazłyśmy cię w stodole, gruntownie to wszystko sprawdziła.

– Chciałaś mi zrobić krzywdę?! – Wandzia może nie potraktowała staruszki najlepiej, ale tego się nie spodziewała.

– Chciała wytoczyć trochę krwi, żeby pokombinować z czarem. Ale nic ci nie odpowie, bo chyba nie może mówić. Wszystko wyciągałyśmy z niej telepatycznie.

Dziewczynka musiała chwilę pomyśleć.

– To przeze mnie! Na strychu kazałam jej być cicho!

Lala wykrzywiła buzię i przewróciła oczami, a mama roześmiała się głośno i radośnie pierwszy raz od wybuchu wojny.

– Trzy pokolenia tej rodziny próbowały to zrobić bez skutku, a tobie udało się ot, tak. Wygląda na to, że wszyscy dostali to, czego chcieli, nawet jeśli trochę przewrotnie, więc jak już skończysz karę, prababcia Stasia chyba wymyśli ci jakąś nagrodę. A teraz przywróć, proszę, głos praprababci, bo głupio ją trzymać zakneblowaną.

Wandzia zastanowiła się chwilę; w końcu miała uważać na słowa.

– Lalo, możesz mówić każdą miłą, pomocną rzecz, jaką tylko chcesz.

Zabawka otworzyła buzię, ale żaden dźwięk się z niej nie wydobył. Zmarszczyła czoło i spróbowała jeszcze raz, bez skutku. Na jej twarzy wymalowały się gniewne rumieńce.

– Ty mała… mądra dziewczynko… ja ci jeszcze pokażę… wszystko, czego tylko zechcesz się nauczyć.

 

Koniec

Komentarze

Bardzo podoba mi się pomysł na współczesne czarownice i perypetie rezolutnej Wandzi, która dzięki sprowokowanemu zbiegowi okoliczności dołączyła do grona szczególnych pań w swojej rodzinie. A starsze panie, zaiste, zasługują na miano wyjątkowych i nieszablonowych parababć. Ich krótka wymiana zdań narobiła mi ochoty na wysłuchanie dłuższych rozmów Stanisławy i Rozalii. A gdyby jeszcze włączyła się do nich babcia, której nie dane mi było poznać, bo z córką i wnukami udała się z wizytą do ciotki… Nie miałabym nic też przeciw temu, gdyby Scheda okazała się pierwszym opowiadaniem z dłuższego cyklu historii o Wandzi i jej szczególnych antenatkach. Mam też wrażenie, że Wandzia byłaby bardziej wiarygodna, gdyby miała jakieś dziesięć lub jedenaście lat, a nie osiem. ;)

Mam nadzieję, Anoiu, że poprawisz usterki, bo chciałabym móc odwiedzić klikarnię.

 

mama z bab­cią w po­śpie­chu spa­ko­wa­ły miesz­ka­nie… → Jak można spakować mieszkanie?

A może miało być: …mama z bab­cią w po­śpie­chu spa­ko­wa­ły wszystkie potrzebne rzeczy

 

Świet­nie, będą się sprze­czać i nie po­my­ślą spraw­dzać→ Czy tu aby nie miało być: Świet­nie, będą się sprze­czać i nie po­my­ślą, aby spraw­dzać

 

Zła­pa­ła szyb­ko naj­bar­dziej obie­cu­ją­ca. → Literówka.

 

ję­cza­ła Ro­za­lia tonem cięż­kie­go po­krzyw­dze­nia. → …ję­cza­ła Ro­za­lia tonem cięż­ko po­krzyw­dzonej.

 

– Mamo! Mamo!!! Co ci jest? Mamo, bła­gam cię, otwórz oczy! Ja nie chcia­łam Ma­mo­!  – sta­rusz­ka za­wy­ła i za­nio­sła się łka­niem. → Mamo! Mamo!!! Co ci jest? Mamo, bła­gam cię, otwórz oczy! Ja nie chcia­łam Ma­mo­!  – Sta­rusz­ka za­wy­ła i za­nio­sła się łka­niem.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi.

 

Tak czy ina­czej, wy­glą­da na to, że pra­pra­bab­cia musi cię teraz słu­chać, nie może zro­bić ci krzyw­dy… – Mama rzu­ci­ła lali zna­czą­ce spoj­rze­nie, na co ta szyb­ko od­wró­ci­ła wzrok. – ani nawet od­da­lać się da­le­ko od cie­bie.Tak czy ina­czej, wy­glą­da na to, że pra­pra­bab­cia musi cię teraz słu­chać, nie może zro­bić ci krzyw­dy… – mama rzu­ci­ła lali zna­czą­ce spoj­rze­nie, na co ta szyb­ko od­wró­ci­ła wzrok – ani nawet od­da­lać się zbytnio od cie­bie.

Zwróć uwagę na punkt 23 (czynność wykonywana w trakcie wypowiedzi) poradnika o zapisywaniu dialogów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg,

dziękuję bardzo za wizytę, przemiłą recenzję i łapankę, wszystko już wprowadzone. Bardzo się cieszę, że trafiłam w Twój gust. Rozważam dalsze opowiadania o tej rodzinie; biją się o miejsce w kolejce z innymi pomysłami.

Nad wiekiem Wandzi długo się zastanawiałam, porównując dzieci znane mi z pracy zawodowej i prywatnie. Wyszło mi, że taka ośmiolatka jest już możliwa, ale nikt by się jeszcze nie spodziewał, na co ją stać – dokładnie tak, jak potrzebowałam do opowiadania!

Pozdrawiam

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Bardzo proszę, Anoiu, i niezmiernie mi miło, ze mogłam się przydać. ;)

 

Nad wiekiem Wandzi długo się zastanawiałam, porównując dzieci znane mi z pracy zawodowej i prywatnie. Wyszło mi, że taka ośmiolatka jest już możliwa, ale nikt by się jeszcze nie spodziewał, na co ją stać – dokładnie tak, jak potrzebowałam do opowiadania!

Rozumiem Twoje podejście do sprawy i nie chciałabym się wymądrzać ani narzucać Ci czegokolwiek, jednak mam nieodparte wrażenie, że znane nam dziś ośmioletnie dzieci chyba trudno porównywać z tymi, które żyły niemal sto lat temu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem ciekawa, przyjemna lektura, dziękuję!

Miejscami mocno trąciło mi Makuszyńskim wzbogaconym magią. Zdaje się, że gdzieś się u niego przewijało imię “Wandzia”, co mogło wzmocnić skojarzenie, ale nie tylko to – sam klimat zagadek detektywistycznych w wiejskim dworku lat międzywojennych (czy też, tutaj, początku wojny).

Podobnie jak przedmówcy, nie mam przekonania co do wieku głównej bohaterki. Nie rozumuje jak ośmiolatka, choćby nad wiek rozwinięta. Mogę jedynie domniemywać, że odziedziczone zdolności magiczne tak na nią wpływają. Mimo wszystko – bardzo niewiele ośmiolatków jest w ogóle zdolnych do myślenia abstrakcyjnego, a ona odgaduje na drodze dedukcji własną ciężką amnezję ukrywaną przez otoczenie oraz konstruuje spójne, wielowarstwowe plany. Chociaż pojawiają się też aspekty wskazujące na jej niedojrzałość emocjonalną, jak ten ładny kamyk w kieszeni czy przemożny pociąg do lalki. Zwróć jeszcze uwagę na chronologię: jeżeli teraz ma osiem lat, podczas powstania warszawskiego będzie 12–13, co Ci mocno ogranicza możliwości fabularne w sequelach. Dodasz choćby dwa lata i będzie mogła wtedy, od biedy, uchodzić za dorosłą.

Z drobnych uwag interpunkcyjnych…

Jeśli wyjdzie na dwór, nie usłyszy, jak niania zacznie jej szukać i narazi się na kolejną aferę.

Albo to niania narazi się na aferę, albo domknij wtrącenie przecinkiem.

A teraz przywróć proszę głos praprababci, bo głupio ją trzymać zakneblowaną.

“Proszę” to także wtrącenie, obustronnie wydzielić przecinkami.

ja ci jeszcze pokażę… wszystko czego tylko zechcesz się nauczyć.

Zdanie podrzędne, przecinek przed “czego”.

 

Polecam do Biblioteki i pozdrawiam!

Znowu misiowi podoba się to, co napisałaś. Ostatnio mało czyta. Słucha niemal bez przerwy tvn24. Twoje opowiadanie przyniosło sympatyczne odprężenie. Miś nie wymyśli dzisiaj ‘merytorycznego’ komentarza uzasadniającego klik, więc tylko gwiazdki. :)

Reg,

masz rację, nie uwzględniłam tego, że to było ponad 80 lat temu. Dziękuję za sugestię!

Ślimaku,

Dzieci nieprzeciętnie zdolne pojawiały się zawsze i niektóre są na poziomie operacji formalnych już w tym wieku (zwłaszcza w obszarach, na których im zależy), ale opowieść jest zupełnie nie o tym, więc wiek Wandzi tylko rozprasza czytelnika. Macie z Reg rację, postarzyłam ją o dwa lata. Chociaż do Powstania Warszawskiego jako tematu nie mam odwagi się zbliżać i nie wiem, czy kiedykolwiek będę miała.

Dziękuję Ci bardzo za kliczka i uwagi (wprowadziłam).

O Makuszyńskim nie myślałam, ale pewnie lektury z dzieciństwa odzywały się z tyłu głowy podczas pisania. Dla mnie to bardzo miłe skojarzenie :) Imię “Wandzia”, jak i specyficzna osobowość praprababci zostały zainspirowane przez moją własną prababcię – czego by o niej nie mówić, na pewno była postacią, ekhem, barwną.

Misiu,

dziękuję Ci bardzo, cieszę się, że chociaż trochę pomogłam. Polecam narzucenie sobie zasady: za każde pół godziny straszenia się, godzina działań produktywnych, nawet jeśli to tylko spacer. Siły zła chcą, żebyśmy się bali. Dbając o samopoczucie, pokazujesz figę Putinowi ;)

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Bardzo przyjemna lektura! Dosłownie przed chwilą czytałem inne opowiadanie o czarownicy, więc w pewnym sensie miałem zachowany ciąg tematyczny ^^

 

Umieszczenie magii w latach 30’ XX wieku jest ciekawym zabiegiem, który otwiera Tobie ścieżkę do sequeli, które z chęcią bym przeczytał.

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Barbarzyńco, dziękuję za wizytę i cieszę się, że się podobało. Sequele rozważam :) Pozdrawiam!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Wpadam późno, bo jakoś mnie rzeczywistość przerosła. 

Natomiast Twoje, nomen omen, wojenne opowiadanie jest fajne i ciepłe.

Zaczyna się tajemniczo i zmienia, co daje dużą przyjemność czytania. 

Podoba mi się magiczność, również ta nie do końca świadoma.

No i bardzo lubię laleczkę;)

Cześć, Anoia!

 

Przyjemne :) Ogólnie ekipa ze sporym potencjałem – kilka czarownic na wsi, w tym jedna pod postacią posłusznej lalki – aż się prosi, by zaangażowały się w partyzantkę :P Mogą z tego wyjść przygody w stylu tych, jakie przeżywał Franek Dolas.

W całym opowiadaniu mógłbym zamarudzić, że niewiele się dzieje – masz dość długie wprowadzanie w świat i wspomnienia Wandzi.

Lektura jednak przyjemna, choć szybko ogarnąłem, że to czarownice :P z ciekawością odkrywałem jednak tajemnice razem z Wandzią.

 

Klikam i pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Ambush,

dziękuję za kliczka, cieszę się bardzo, że się podobało! Na cieple mi zależało, więc cieszy mnie, że je poczułaś :)

 

Krokusie,

Dziękuję za kliczka i cieszę się, że było przyjemnie!

Zależało mi na tym, żeby było niespiesznie i być może trochę przeholowałam ;) Zagadka faktycznie była łatwa dla czytelnika; bardziej interesowała mnie dynamika międzypokoleniowa i wysiłki Wandzi, żeby nie dać się z niej wykluczyć. Skoro wczułeś się w jej poszukiwania, to znaczy, że mi się udało :D

Pozdrawiam!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Cześć!

 

Zaczyna się niewinnie, ale im dalej w las tym lepiej. Temat wojny jakoś dziwnie aktualny, może przez to właśnie nie miałem problemu z identyfikowaniem się z bohaterką. Niby dosyć szybko odkrywasz karty, wiemy czego się spodziewać, ale robisz to z rozmysłem i ani na chwile nie przestaje być ciekawie. Smaczki kamienicą, lalą i zrzędliwymi babkami dobrze dopełniają obraz sytuacji, zarazem pozwalając zobaczyć szersze spektrum wydarzeń. Niby banalna opowieść o dziewczynce wchodzącej w dorosłość, ale napisana z rozmysłem i wciągająca. Napisane dobrze, nic mi nie zgrzytało specjalnie.

 

2P dla Ciebie: Pozdrawiam i Polecam do biblioteki!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Cześć, Krarze!

Dziękuję pięknie za wizytę i doklikanie mnie do biblioteki!

Z wojną trafiłam zupełnie przypadkiem, albo nieświadomie reagując na to, co wisiało w powietrzu. Potrzebna mi była jako coś, co z jednej strony popycha do polegania na sobie nawzajem, ale z drugiej – na różne sposoby pozbawia poczucia ciągłości, które trzeba potem przywracać. Cieszę się bardzo, że udało mi się to ciekawie spisać i dosmaczyć :)

Pozdrawiam!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Hej, opowiadanie bardzo na plus – całkiem w moim guście. ;) Takie bardzo “martokisielowe” – oczywiście w pozytywnym sensie. Myślę, że napisanie go było o wiele trudniejsze, niż się czytelnikowi wydaje – moim zdaniem dziecięca psychologia Wandzi jest całkiem dobrze uchwycona (chociaż dziewczyna rzeczywiście jest bystra jak na swój wiek – ale czy to grzech?).

 

A teraz będę się czepiać. laugh

 

1. Podniosła spojrzenie na Wandzię, cienkie brewki zeszły się na środku, rozchyliła różowe usteczka i wydobyła z nich skrzekliwy wrzask:

– Do ciężkiej cholery, głupie dziecko, coś ty zrobiła?!

Stasia musiała to usłyszeć przez strop, bo przestała lamentować.

– Mamo? Mamo?! – Na dole trzasnęły drzwi i głos młodszej z parababć niebezpiecznie zbliżył się do wejścia na strych. – Nie wiem, może to kwestia mojej osobistej osoby, ale ja nie zorientowałam się na tym etapie, że w lalkę wstąpiła Rozalia – myślałam, że lalka po prostu zyskała własną świadomość i to ją tak oburzyło – na zasadzie “co do cholery?!”. Dlatego zdziwiło mnie, że Stasia woła “mamo, mamo”, zbliżając się do wejścia na strych – myślę sobie: “kurde, przecież “mama” leży tam martwa czy bez zmysłów”… Myślę, że jaśniejsze dla czytelnika byłoby coś takiego: 

Podniosła spojrzenie na Wandzię – cienkie brewki zeszły się na środku czoła/czółka – i z jej różowych usteczek dobył się skrzeczący głos, który do złudzenia przypominał głos Rozalii: – itp. :)

 

  1. Wydaje mi się, że cierpisz na ten sam syndrom, co ja – to znaczy chcesz, żeby wszystko było bardzo logiczne i dokładnie wyjaśnione, a przez to wdajesz się w niepotrzebne szczegóły. To nie tak, że coś jest źle, że coś razi i kłuje w oczy – po prostu warto się zastanowić, czy bez tego nie byłoby lepiej. – Mówię tutaj przede wszystkim o NIANI. Być może zabrzmi to obrazoburczo – ale mogłabyś całkowicie wyrzucić ją z tego opowiadania i nic, ale to nic by na tym nie straciło, a może nawet by zyskało (choćby to, że byłoby krótsze). [Chyba że rzeczywiście planujesz jakąś większą serię i ta niania jest Ci do czegoś potrzebna.] Ale wydaje mi się, że jeżeli 10-letnia dziewczynka zostaje z dwiema prababciami, chyba całkiem sprawnymi, to wynajmowanie niani jest już po prostu zbędne… Potem musiałaś opisywać to całe wykradanie się – i tutaj właśnie roiło się od szczegółowego, rozwlekłego “krok po kroku”. Ponieważ sama przejawiam takie tendencje, od razu zwróciłam na to uwagę. xD Przecież skradać mogłaby się również wtedy, gdyby zostały w domu w trójkę – byłoby to szybsze, bardziej skondensowane. [Aha, i tak sobie teraz myślę – nawet gdybyś miała dla tej niani jakieś wakaty na przyszłość, nadal możesz wprowadzić ją po prostu później, w kolejnym utworze.] IMO. Mam nadzieję, że nie odczytasz tej uwagi jako nadmiernej impertynencji. ^^’

A tak poza tym – lalka po opętaniu przez Rozalię po prostu świetna. ;) Podoba mi się też główna bohaterka – taki mały urwis, trochę chłopczyca – oraz ogólna atmosfera opowiadania. :)

 

Pozdrawiam :)

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

DHBW,

dziękuję za przemiły komentarz! Prezentowanie psychiki postaci to akurat ten aspekt pisania, który daje mi największą frajdę. Dla mnie trudności dotyczą raczej osadzania wydarzeń w świecie, bo wpędza mnie to w niekończący się research. Próby ustalenia, jaka była pogoda w Polsce w kwietniu 1940 zajęły mi więcej czasu, niż cokolwiek innego w tym opowiadaniu :)

Odnośnie czepnięć:

Ad 1. Piszę z perspektywy Wandzi, która też w pierwszej chwili nie skojarzyła, że lala brzmi podobnie do prababci – zakładam, że w przeciwnym razie zareagowałaby trochę inaczej. Co do środka czoła – nawet się nad tym zastanawiałam :) Środek czoła jest, jakby nie patrzeć, ponad miejscem, w którym stykają się brwi, więc “brwi spotkały się na środku czoła” odmalowuje w mojej głowie obraz zdeczko dziwaczny. Ale może to tylko ja.

Ad 2. Uwagi nie są impertynencją, to ważne, by mieć różne perspektywy. Nie chciałam się w tym opowiadaniu spieszyć. Dla mojej bohaterki, tak jak ją sobie wyobraziłam, każdy kolejny krok wykonywany byłby z namaszczeniem i dumą, że tak to sprytnie wymyśliła. Poza tym, nie tyle lubię mieć wszystko dokładnie wyjaśnione w tekście, co staram się unikać nielogiczności. Dziewczynka jest niesforna, czasem niespodziewanie przejawia moc, którą usiłują ukryć, a dom ma sekrety, do których ma nie mieć dostępu – na bank nie zostawiono by jej całkiem samej. Praprababcia udaje, że dzieciaki nie istnieją, a prababcia całkowicie poświęca się opiece nad praprababcią, więc się nie liczą. Plus założyłam, że taka rodzina miałaby nianię na stałe. Więc niestety, niania musi być. I tak, mam dla niej dalsze plany :)

Jeszcze raz dzięki za obszerny komentarz i pozdrawiam!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Hm… Właściwie z tym czołem masz rację, to nie do końca jest “czoło”. Na szczęście – na pomoc przychodzi Google. :D

Nie wiem, czy tutaj obecni fantaści znają ten trik i z niego korzystają – ale ja robię tak:

Wpisuję w Google frazę w cudzysłowie –-> Wybieram “Książki”

Teraz wpisałam “brwi zeszły się” – i jest jakiś tuzin wyników.

Kraszewski napisał w 1876, że brwi “zeszły się nad oczyma”. Są, a i owszem – wyniki, że brwi zeszły się na czole. Zeszły się też nad nosem… I jest też, że zeszły się ze sobą. “Zeszły się” samo w sobie oznacza, że ze sobą, ale to jednak tak jakoś lepiej brzmi. Więc może: zeszły się ze sobą? :> Bo to obecne “na środku” naprawdę prosi się o jakieś dopełnienie. ;)

 

Natomiast, co do Ad 2. <chrząka nerwowo> Teraz jeszcze bardziej utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że niani nie powinno tam być. ;)

czasem niespodziewanie przejawia moc, którą usiłują ukryć, a dom ma sekrety, do których ma nie mieć dostępu

niespodziewanie przejawia moc, którą usiłują ukryć – czy w takim razie wynajmowanie obcej niani jest dobrym pomysłem…? Chyba wręcz przeciwnie. Zwłaszcza, że taka “zwykła” niania nie mogłaby w razie czego odpowiednio zareagować. Chyba że niania jest “niezwykła” – ale w takim razie wypadałoby rzucić jakimś hintem na ten temat. :>

No, a skoro już tę nianię wynajęli… To taką, która przysypia podczas zleconej roboty? ;)

“dzięki czemu niania przysnęła już w połowie trzeciej strony” – To naprawdę nie brzmi przekonująco. Skąd Wandzia wiedziała, że przyśnie? Jeżeli stąd, że ją znała, bo niania była tam już wcześniej – to warto by przynajmniej wspomnieć, że miała takie drzemki w zwyczaju, dlatego Wandzia mogła na coś takiego liczyć. Ale znowu – czy szczególnie wyczulona mama nie zauważyłaby, że niania przysypia, zamiast pilnować jej niebezpiecznie utalentowanej córki? ;)

 

Wstyd mi trochę, że taka jestem upierdliwa, ale skoro ja zwróciłam na to uwagę, to inny czytelnik też może ją zwrócić – a jemu nie będziesz miała szansy tego wyjaśnić. ;)

 

A co do researchu – taaaak…. Moje ulubione laugh laugh laugh laugh Piszę książkę – i kiedyś wzięłam TYDZIEŃ urlopu, żeby wreszcie poważnie zabrać się za pisanie. Uznałam, że dobrze byłoby zacząć od narysowania sobie mapy – a w tym celu warto byłoby coś wiedzieć o geografii (klimat, pogoda, góry, skały, szata roślinna itp.). No więc zaczęłam czytać…

Czytać…

Czytać…

Okazało się, że nic nie wiem crying A że uznałam za stosowne temat zgłębić, to spędziłam CAŁY tydzień na studiowaniu geografii. crying CAŁY. TYDZIEŃ. URLOPU. Także rozumiem – i współczuję crying xD

 

Pozdrawiam, znowu mam nadzieję, że nie jestem zbyt impertynencka.

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Nie wiem, czy tutaj obecni fantaści znają ten trik i z niego korzystają – ale ja robię tak:

Ja osobiście bardziej ufam korpusowi sjp pwn, bo google podrzuca również literaturę kiepsko napisaną czy fatalnie przetłumaczoną. Dla mnie to “na środku” dopełnienia już nie potrzebuje, więc o ile nie trafi mnie inspiracja, chyba to tak zostawię, bo żadna alternatywa mnie nie przekonuje.

 

Natomiast, co do Ad 2.

Tu z kolei ja nie chcę rozpisywać wszystkiego w aż takich szczegółach. Nigdzie nie napisałam, że niania jest obca, ani wynajęta na tę okazję, a że opowiadanie dzieje się 64 lata przed założeniem niania.pl i w czasach, gdy nianie w większości były stałe i mieszkały z rodzinami, to uznałam, że czytelnicy jakoś podołają ;) Piszę z perspektywy Wandzi i na tym etapie jeszcze nie przeszłam do rzucania hintów, a i ona tego aspektu swojej niani nie zauważyła.

Poza tym, jest naprawdę szeroki margines pomiędzy “dziecko można zostawić samopas” i “dziecko trzeba mieć cały czas na oku”, podobnie jak pomiędzy “Niania rutynowo przysypia” i “Niania po hasaniu na słońcu i najedzeniu się może przysnąć pod wpływem nudnego wykonania i tak już drętwej lektury”. Uznałam, że to zacny żart, bo taką sekwencją na ogół dorośli układają do drzemki dzieci (albo przynajmniej ja tak robiłam) i stąd Wandzia zapewne wytrzasnęłaby ten pomysł ;)

No, a skoro już tę nianię wynajęli… To taką, która przysypia podczas zleconej roboty? ;)

Ileż to razy widziałam, jak jakaś niania była wielce oburzona, że jej mały podopieczny wywalił się i ryczy na drugim końcu placu zabaw, przerywając jej siedzenie na smartfonie / opalanie się / ploty z inną nianią. Niezawinione przyśnięcie to przy tym pikuś ;)

 

A co do researchu – taaaak….

Najważniejsze, to przed przystąpieniem do researchu określić dokładnie, co faktycznie jest ci potrzebne – a jeśli nie da się tego dowiedzieć, to czy da się to jakoś obejść. Gdybym chciała sprawdzać wszystko, nigdy nie napisałabym nic.

Życzę powodzenia przy książce!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Korpus PWN jest niestety bardzo ograniczony, nie wszystko da się tam znaleźć – i chyba trochę brakuje tam najnowszych tekstów, a język przecież ewoluuje (z drugiej strony, pewnie kiedyś bardziej pilnowano jakości i poprawności). Ale owszem, ja również PWN ufam bardziej. ;)

 

Co do niani – jak wolisz, starałam się pomóc.

 

Powodzenia w pisaniu kolejnych części, chętnie poczytam. ;)

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Bardzo mi się spodobała historia Wandzi, rezolutna z niej dziewczynka, świetnie sobie poczynała. Pomysł z parababciami bardzo zacny, dobrze, że Wandzi udało się (choć mimochodem) rozwiązać rodzinny problem. Mam nadzieję, że jeszcze poczytam o przygodach Wandzi, bo szkoda by było, gdybyś nie wykorzystała tak fajnej postaci :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Podoba mi się płynna narracja, jest w niej lekkość, która sprawiła, że naprawdę byłam ciekawa, co wydarzy się dalej. Bardzo trudno jest zachować taki zgrabny język, dlatego tym bardziej podziwiam efekty pracy. Świetnie się czytało i chętnie poznałabym dalsze losy bohaterek. Wykreowane kobiety mają duży potencjał fabularny, można z nich stworzyć naprawdę pełnokrwiste bohaterki powieści. 

 

Podziwiam zapał do robienia researchu, sama też lubię zbierać informacje przed przystąpieniem do pisania, ale z czasem zdałam też sobie sprawę z tego, że trzymanie się na siłę faktów blokuje mnie twórczo. Czy Ty, Anoia, próbując ustalić pogodę w kwietniu 1940 roku, nie zatrzymałaś się nagle gdzieś w środku pisania? Ja mam tak, że jedna nowa wiadomość pociąga za sobą konieczność szukania kolejnej i kończy się na tym, że fabuła staje w miejscu. Są informacje, bez których oczywiście w ogóle nie zaczniemy opowieści, umieszczając ją w danym okresie czasowym, ale mało kto doceni, że ktoś odwzorował pogodę. Zdaje mi się, że to tylko fajny zabieg dla autora, który miał świadomość, że przeszukał niebo i ziemię w poszukiwaniu faktów i ciekawostek. Nie neguję, jeśli ktoś lubi pracować w ten sposób, a tym bardziej tworzy ciekawe teksty, to świetnie, niezależnie od tego, ile czasu “marnuje” na czynności uważane przez innych za zbędne czy bezsensowne. Zastanawiam się tylko, czy nie przychodzą takie momenty w pisaniu, kiedy dążenie do wierności wydarzeniom historycznym staje się balastem, ciężarem i zniewala fabułę?

Irka,

cieszę się, że się podobało! Jeszcze będzie szansa o całym klanie poczytać, tylko na razie walczę z kolejnym rozdziałem dla Helenki, więc proszę o cierpliwość ;)

 

Fishandchips,

Cieszę się, że dobrze się czytało, dziękuję za miłą recenzję!

Jeśli chodzi o research – sprawdzam tylko to, co wydaje mi się istotne. Rozważałam opisanie rytuału na dworze, stąd kwestia pogody, ale nie dominuje mi to specjalnie procesu twórczego. Po pół godziny poszukiwań poddałam się, a opowiadanie, jak widzisz, i tak powstało. Na ogół podczas takiego researchu natykam się na mnóstwo innych informacji i mogę lepiej wczuć się w dany moment historyczny, co inspiruje mnie do nowych rozwiązań fabularnych, więc mojemu pisaniu to chyba służy (albo przynajmniej tak mi się wydaje).

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Anoia, jakby co (tak na przyszłość) – o pogodzie możesz pisać dość swobodnie. Klimat – to rzecz bardziej skomplikowana, powiedzmy – stała. Natomiast pogoda może się trafić praktycznie każda, mogą być anomalie itp. Na pewno nikt nie zwróci uwagi, jeśli napiszesz, że kwietniowy dzień był upalny. ;)

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

DHBW,

normalnie – oczywiście, że tak. Jednak akurat na początku II WŚ pogoda wykazała się zmysłem decorum i najpierw był wyjątkowo gorący koniec lata, a potem zima stulecia. Nie byłam pewna, czy trend się nie utrzymał i np. w kwietniu nie było jeszcze śniegu po kolana. Osoby interesujące się bardziej tym okresem (a jest ich sporo) zapewne to wiedzą, bo pogoda ma duży wpływ na losy wojen, a poświęcenie czasu na sprawdzenie tego specjalnie mnie nie bolało, bo przy okazji wczułam się w ogólny klimat (nomen omen) tego okresu.

Czytelnika, który obraziłby się, że źle opisałaś skały w swojej powieści, też raczej sobie nie wyobrażam ;)

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

No ok, nie wiedziałam o tym. A co do skał – ja muszę w to wierzyć, to mi daje pewność siebie. ;) Są przypadki, gdy research jest niezbędny – np. obsydian jest skałą wulkaniczną i gdyby na moim kontynencie wulkanów nie było, nie powinnam raczej o nim pisać. Ale – żeby o tym wiedzieć, trzeba wcześniej poczytać… :) Zresztą geografia to gospodarka, a gospodarka to już Coś przez wielkie “c”.

Zresztą w moim researchu bardziej chodziło mimo wszystko o klimat, prądy morskie, szatę roślinną, zwierzęta. I właśnie wtedy przeczytałam, że pogoda jest od klimatu o wiele mniej “sztywna”. Toteż dzielę się przeczytaną informacją.

 

Pozdrawiam :)

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Czytam drugi raz a dalej czyta się to opowiadanie tak samo przyjemnie . Jeżeli mogłabym tu zadać pytanie z gatunku takich nie na temat opowiadania to czy ktokolwiek ze starszych użytkowników portalu mógłby mnie poinstruować jak dodaje się tutaj opowiadania i czy można dłuższe historie opisywać w tzw. Częściach ? Przepraszam jeżeli mogę pytanie kogoś zdziwi ale od niedawna mam tutaj konto więc niewiele jeszcze wiem

Sysia,

dziękuję, super, że Ci się podobało.

Hurra, teraz mogę się poczuć jak starsza użytkowniczka :D Polecam Portal dla żółtodziobów, cudo autorstwa Drakainy. Ogólnie w sekcji Poradniki (w dziale “Publicystyka”) znajdziesz pomoc wszelaką.

Aby wrzucić opowiadanie, wchodzisz w dział “Opowiadania”. Pomiędzy pierwszym i drugim jasnoszarym polem pojawi Ci się napis “Dodaj opowiadanie” – klikasz i działasz.

Pozdrawiam!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Opowiadanie jest ciepłe, miłe i lekkie. Wyraźnie czuć klimat. Podoba mi się pomysł z wiedźmami na początku wojny. Wygląda to jako zapowiedź dalszych opowiadań o losach Wandzi i mam nadzieję że tak się stanie :)

Onufry, dziękuję za przemiły komentarz! Tak, kolejne opowiadanie już czeka w kolejce na napisanie, tylko ile mi się jeszcze zejdzie, to nie wiem…

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Zupełnie niepotrzebnie bałaś się skojarzeń z wojną. Samo opowiadanie bardzo przyjemne i przyniosło mi chwilę, miłe spędzonego czasu:)

Vr,

publikowałam ten tekst 3 dni po rozpoczęciu inwazji, wtedy sprawy wyglądały znacznie bardziej dramatycznie (nie to, żeby teraz było dobrze). Cieszę się, że opowiadanie sprawiło ci przyjemność i dziękuję za komentarz :)

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Przyjemnie się czytało :)

Przynoszę radość :)

Sympatyczne. Nietuzinkowy punkt spojrzenia na wiedźmy – dziewczynka, w której właśnie zaczyna budzić się moc. Cóż, zawsze uważałam, że dzieci widzą i słyszą o wiele więcej niż dorośli podejrzewają, więc lepiej od razu wytłumaczyć niż ściemniać. Może dlatego, że sama w wieku przedszkolnym opowiedziałam babci sprośny kawał. Do końca go nie rozumiałam, ale i tak był fajny. :-)

Czytało się przyjemnie. Lubię bystrych bohaterów i Wandzia radziła sobie całkiem nieźle.

Babska logika rządzi!

Anet,

dziękuję!

 

Finkla,

co do dzieci, należy zakładać, że nawet jak nie rozumieją, to i tak rozumieją ;)

Cieszę się, że tekst Ci się spodobał, dzięki za komentarz!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

A nawet jeśli absolutnie nic nie zrozumieją, to powtórzą najmniej odpowiedniej osobie – ksiądz chodzący po kolędzie, pan redaktor w telewizji…

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka