- Opowiadanie: Starycjusz - Ciepło Ciemności

Ciepło Ciemności

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Ciepło Ciemności

– To co zawsze – poprosił Leto. – Dorzuć do tego hot doga.

Gruby Alfred przeszedł do stanowiska obok, by przygotować zamówienie. Mężczyzn oddzielała gruba stalowa krata. Leto lubił ten mały zakątek. Co prawda sam się tu ledwie mieścił, ale nie mógł odmówić uroku kioskowi, w którym półki uginały się od towaru, a telewizor w kąciku urozmaicał czas Alfredowi.

– Mamy najświeższe informacje odnośnie jednego z najbogatszych ludzi na świecie, Roberta D. – poinformowała prezenterka.

Leto oparł się na ladzie, czekając na hot doga, a dziennikarka ciągnęła:

– Potwierdziły się doniesienia o jego kontakcie z istotami piekielnymi. Trwa dochodzenie, czy miało to wpływ na jego biznesowe sukcesy. Grozi, a raczej czeka go kara śmierci, jednak to od śledztwa zależy, jak bardzo bolesna ona będzie.

– Pieprzeni milionerzy – zagrzmiał gruby Alfred. – Okazuje się, że bez pomocy magii nic nie są w stanie osiągnąć.

– Zależy, co nazywasz magią – stwierdził Leto, zacierając ręce na widok pierwszego w tym dniu posiłku. – Daj mi spinacz, a też ci pokażę magiczną sztuczkę.

Alfred uniósł brew i zrobił to, o co został poproszony. Leto chwycił spinacz wolną ręką, wyprostował go przy pomocy zębów i pogmerał nim chwilę przy zamku w kracie. Nie minęły dwie sekundy, kiedy rozległo się żałosne skrzypnięcie i panowie stanęli twarzą w twarz.

– To niebezpieczna okolica – przypomniał Leto, chowając papierosy do kieszeni płaszcza. – Musisz lepiej o siebie zadbać.

– Zjeżdżaj mi z oczu. – Alfred zatrzasnął kratę. – Jeszcze jeden taki numer i możesz zapomnieć o zniżkach, detektywie.

– Alfredzie, nie rozumiesz? – Leto wsunął hot doga do ust i wyszedł na zewnątrz, prosto w rzęsisty deszcz. – Jesteśmy na siebie skazani.

To była ta przyjemniejsza część dnia. Nie pochwalił się Alfredowi, że prowadzącym sprawę piekielnego biznesmena jest właśnie on.

Kwadrans później Leto przemierzał policyjny korytarz, delektując się przyjemnym dymem. Pozostali detektywi łypali na niego spode łba. Leto słyszał plotki na swój temat, lecz nawet gdyby bardzo tego chciał, nie mógł ani ich potwierdzać, ani im zaprzeczać.

– Wiesz, że nie można tu palić? – Zza rogu wyskoczył na niego komendant. – Musisz wszystkich drażnić? Nie możesz raz po prostu wykonać swojej roboty, nie odstawiając przy tym pajaca?

Leto wzruszył ramionami i wypuścił gęsty dym. Bardzo chętnie zastosowałby się do tej rady, lecz wtedy zaczęto by zwracać uwagę na inne aspekty, którymi już nie tak chętnie chciał się dzielić. Oczywiście tego też nie mógł wyjawić.

Został zaprowadzony do pokoju przesłuchań. Stanął przed lustrem weneckim i obserwował podejrzanego. Mężczyzna po czterdziestce, żyjący w luksusie – co widać po ubraniu, mimo że podarte, i zadbanej brodzie. Jego twarz została zniekształcona przez chorobę genetyczną, którą miał od narodzin. Wyglądała, jakby została wywrócona na drugą stronę i ktoś nią zamieszał w kotle z gotującą się potrawką. Urody nie poprawiał siniak pod okiem. Z raportu wynikało, iż mężczyzna stawiał opór przy aresztowaniu.

– Podobno prosił o darowanie bestii życia – wyznał kapitan, stojąc z boku. – To albo ostatnie tchnienie człowieczeństwa, albo pierwszy promień czegoś odwrotnego.

– Jak wszystko, co związane z ludźmi – rzucił Leto w zamyśleniu. – A ten drugi to kto?

– Kevin.

Detektyw spojrzał na kapitana, czekając na więcej informacji. Czekał bardzo długo, aż w końcu westchnął i kręcąc głową, wszedł do środka.

– Jestem detektyw Leto – oznajmił, dostrzegając, iż Robert ledwie zwrócił na niego uwagę. – To ode mnie zależy, czy zostaniesz uznany za winnego kontaktów ze światem piekielnym i wykorzystania go do wzbogacenia się.

– Co tu badać, detektywie? – odezwał się Kevin z szelmowskim uśmiechem. – Podejrzewałem go od dawna. Zakradłem się do apartamentu, zabiłem bestię. Chyba trudniej o bardziej jednoznaczny dowód.

– Tak, trudniej. Chciałoby się rzec, że wszystko jest aż nazbyt oczywiste.

Kevin nagle spochmurniał. Leto podszedł do wpółleżącego na podłodze, wspartego o ścianę Roberta. Detektyw przysiadł, starając się nie buchnąć podejrzanemu w twarz papierosowym dymem, i powiedział:

– Wydaje mi się, że ten typ nie przepada za tobą.

Robert nie odpowiedział. Jedyne, co można było wyczytać z jego twarzy, to bezkresna wściekłość. Leto zbliżył się do Roberta na tyle blisko, by nikt inny go nie usłyszał, i wyszeptał mu na ucho:

– Daj spokój, człowieku. To twoja ostatnia szansa, by udowodnić swoją niewinność. Zaraz po mnie wezmą się za ciebie naukowcy, a wierz mi, będzie to mało przyjemne doświadczenie. Zostawi bliznę na twojej duszy.

– Nic, co powiem, cię nie przekona – wychrypiał, jakby zapomniał, jak używać głosu. – Co chcesz ode mnie usłyszeć?

– Na twoim miejscu nie skreślałbym tej szansy. – Leto wskazał ręką na Kevina. – Ten gość nie będzie ostatni. Jestem teraz twoim jedynym przyjacielem. Powiedz mi chociaż, dlaczego to zrobiłeś.

– Nic, co powiem, nie zmieni mojej sytuacji. – Uronił łzę, którą próbował wytrzeć, lecz nie potrafił przyzwyczaić się do skutych dłoni, więc Leto go wyręczył. – Nie jesteś w stanie zajrzeć mi w duszę.

– Tutaj się z tobą nie zgodzę. – Ujął w dłonie twarz Roberta. Obejrzał się, czy na pewno Kevin nie słyszy jego słów. – Widzisz, jesteś już praktycznie martwym człowiekiem, więc mogę podzielić się z tobą moim sekretem. Ja też mam pewien dar.

Robert jęknął. Dym z papierosa zatrzymał się, właściwie to cały świat stanął w miejscu. Zakuty w kajdanki mężczyzna poczuł, jak niewidzialna siła napiera na jego umysł. Postawił mur, lecz im bardziej się opierał, tym brutalniejsza stawała się ta siła.

– Nie walcz ze mną – usłyszał głos detektywa. – To nie będzie bolesne, o ile sam się nie postarasz, by takie było.

Przepuszczenie Leto przez barierę okazało się nie lada wyzwaniem. Umysł Roberta mówił „tak”, lecz jego ciało instynktownie się opierało. W końcu się przemógł, choć kosztowało go to sporo wysiłku.

Znów był dzieckiem. Wpadłby w panikę, gdyby nie fakt, że nie miał kontroli nad swym ciałem. Gdzieś w głębi wyczuwał obecność detektywa, który już więcej się nie odzywał.

Dzieciństwo było najgorszym okresem w życiu Roberta. Przez chorobę dzieciaki nieustannie przypominały mu, jakim jest brzydalem. Teraz na nowo przeżywał wszystkie drwiny, wyzwiska i wytykania palcami. Oczywiście z tym był w stanie sobie poradzić, lecz niektórzy poszli o krok dalej.

Nietypowa szpetota zwróciła na niego uwagę szkolnych dręczycieli. Szybko dokuczanie Robertowi szybko stało się dla nich sportem i rozrywką. Po skończonych lekcjach pozwalano mu wrócić na osiedle ogromnych betonowych bloków. Odliczano dokładnie pięć minut i zaczynano polowanie.

Z początku Robertowi zazwyczaj udawało się docierać do domu, lecz szybko rozpoznano jego trasę i ta droga była pierwszym miejscem, gdzie szukali go prześladowcy.

– Jeśli nie złapiemy cię przez pół godziny – słyszał okrzyki, kuląc się w krzakach – to spuścimy ci lżejsze lanie, co ty na to?

– Co ci to robi za różnicę? – dodał ktoś inny. – Przez tę twarz i tak pewnie nic nie czujesz.

Chwilę później ktoś przeszedł obok kryjówki Roberta. Chłopiec stłumił oddech, czuł, że się trzęsie. Miał ochotę popuścić w spodnie, lecz wyobrażał sobie, co by z nim zrobili, jeśli by sobie na to pozwolił. Prześladowca obrócił się w jego stronę – widział to po jego butach. Robert zamarł przerażony. Po chwili jednak dręczyciel zrobił w tył zwrot i odszedł. Robert bardzo powoli wypuścił powietrze.

– A byłeś tak blisko, ha, ha! – rzucił ktoś zapijaczonym głosem.

Robert zwrócił uwagę, iż jakiś człowiek w pobliskim oknie przyglądał mu się, gdy był skryty w krzakach.

– Zimno, zimno, cieplej, ach, gorąco – instruował prześladowcę podglądacz.

Pojawiła się dłoń, która chwyciła Roberta i wyszarpnęła go na zewnątrz. To był wódz dręczycieli – on wymyślił całe to polowanie.

– Kevin – syknął Robert. – Kiedyś odpłacisz mi za to wszystko.

– Nie – odparł z uśmiechem na twarzy. – Zawsze będziesz ofiarą, a ja zawsze będę tym, który będzie czerpał z tego rozrywkę.

W stronę Roberta poleciał pierwszy cios. Zatrzymał go i wyprowadził kontratak. Kevin był jednak od niego dwa lata starszy i o wiele cięższy. W walce jeden na jednego miał przewagę, z tym że walka nigdy nie odbywała się w tak małym gronie.

– Mam go! – krzyknął Kevin z triumfem w głosie. – Szybko, jeśli nie chcecie, by ominęła was cała zabawa.

Po chwili przybiegła reszta bandy. Głównie inni chłopcy, w większości starsi, ale nie brakowało też dziewczyn, i to nawet młodszych. Robert opierał się, ile mógł, choć zawsze, prędzej czy później, polowanie kończyło się tak samo.

Leżał zwinięty w kłębek, zasłaniając się przed kopniakami. Nie płakał, bo gdyby się ugiął, dostałby cięższe lanie, ale ile by dał, by chociaż we łzach znaleźć ukojenie!

– Dawać go, mocniej! – krzyczał mężczyzna z okna. – Chyba nie odpuścicie mięczakowi?

Nie odpuścili. Rozładowali na nim skumulowaną przez cały dzień energię. Dopiero gdy się zmęczyli, rozeszli się do domów. Robert dalej leżał, zwijając się w sobie i jakby nie zauważając, że już po wszystkim.

Wstał i otrzepał się z kurzu, jakby miało to w ogóle pomóc. Ruszył, powłócząc nogami. Wszedł do klatki i wystukał numer. Rozległ się dzwonek, lecz nikt się nie odezwał. Kiedyś miał klucze, lecz po pierwszej stracie nie otrzymał nowych. Oparł się o zimne skrzynki pocztowe i czekał.

Był już wieczór, kiedy wróciła matka Roberta. Nadal ubrana w biały fartuch pielęgniarski rzuciła mu oskarżycielskie spojrzenie. Otworzyła drzwi i weszła pierwsza. Ruszyła do przodu, nie sprawdziwszy nawet, czy Robert zdążył przejść. Przebyli drogę na dziewiętnaste piętro bez jednego słowa, towarzyszyły im jedynie dźwięki windy i otwieranych zamków.

– Znowu zniszczyłeś ubranie? – rzuciła matka, gdy już znaleźli się w mieszkaniu. – Liczysz na to, że dostaniesz nowe? Zapomnij.

Robert nie odpowiedział. Przysiadł przy stoliku, który funkcjonował jako biurko, i wyciągnął książki. Pogrążył się w myślach, marząc o innym życiu, w którym ktoś stanąłby u jego boku i pomógł mu odeprzeć napastników. Ktoś, kto by się nim zainteresował.

Następnego dnia cała sytuacja miała się powtórzyć. W oddali pojawiały się nawoływania, a Robert stanął przed dylematem, w którym kierunku podążyć. Rozejrzał się, lecz jeszcze żaden z oprawców się nie zbliżył. Podbiegł do pierwszego bloku z brzegu i zadzwonił pod ostatni numer z listy.

– Kurier – krzyknął, starając się przybrać dorosły ton. – Sąsiad nie odbiera.

Rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. Robert wszedł do środka i skierował się do windy. Czekając, wyjrzał na zewnątrz i wtedy zauważył Kevina, który spoglądał w jego kierunku. Krzyknął on coś, czego Robert już nie dosłyszał, chociaż nie miał wątpliwości, iż zaraz zbierze się reszta bandy.

Zrezygnował z windy i wbiegł na półpiętro. Zatrzymał się i uświadomił sobie, że to ślepa droga i zaraz znajdzie się w pułapce. Przypomniał sobie, iż czasem klatki są ze sobą połączone piwnicą.

Nie zastanowiwszy się dwa razy, zbiegł na dół, przeskakując po dwa schodki na raz. Banda już kierowała się w stronę bloku. Robert złapał klamkę drzwi do piwnicy i nie trudząc się ich zamknięciem, ruszył prosto w objęcia ciemności. Przebiegł przez jeden korytarz, potem przez drugi. Powinien widzieć już wyjście po drugiej stronie, lecz droga się nie kończyła. Z tyłu słyszał odgłosy pościgu, coraz bliższe. Zaparł się i zaczął korzystać z nóg, byleby tylko zgubić prześladowców.

Po kwadransie zdał sobie sprawę, iż słyszy jedynie własne kroki i sapanie. Oparł się o ścianę, łapiąc oddech i rozglądając się po otoczeniu. Widział zamknięte komórki z numerami różnych mieszkań.

Było zimno, więc aby nieco ogrzać dłonie, położył je na rurze ciepłowniczej. Ruszył wzdłuż niej, uważając, by jego chód był bezgłośny. Znalazł się w kolejnym korytarzu, bez żadnych drzwi czy chociażby rur odprowadzających ścieki.

Nagle usłyszał pojedynczy stukot. Spojrzał gwałtownie za siebie, spodziewając się pościgu, lecz nikogo tam nie było. Zrobił krok naprzód, lecz znów usłyszał ten dźwięk. Przylgnął do ściany i powoli przesuwał się w kierunku przeciwnym do tego, z którego przyszedł.

Robiło się coraz duszniej, gdy doszedł do rozwidlenia. Z lewej ziała ciemność, a z prawej dobiegało światło i przyjemne ciepło. Robert wybrał tę drugą opcję, nie zważając na kolejne stukoty. Zatrzymał się dopiero, gdy usłyszał gardłowe bulgotanie, a następnie głos prosto z piekieł:

– Odejdź, póki możesz.

Robert przełknął ślinę. Był pewien, że prędzej czy później trafi tu z powrotem. Jednak gdy tylko o tym pomyślał, zakręciło mu się w głowie. Wytarł łzę i drżącym głosem oznajmił:

– Jeśli masz mnie zabić, zrób to. – Nie potrafił dłużej się powstrzymywać i dał upust zgromadzonemu smutkowi. Upadł na kolana i płakał, aż zabrakło mu powietrza. – Zrób to szybko, proszę.

Stukot się zbliżał, a wraz z nim kojące ciepło. Pojawił się cień spowijający ogromną postać. Ledwie mieściła się w niewielkim korytarzu. Wśród ciemności tkwiła para żółtych oczu z pionowymi źrenicami, które wwiercały się w Roberta aż do samej duszy.

– Nie boisz się? – Głos brzmiał, jakby ściany miały za chwilę runąć. Postać wysunęła się z cienia. W połowie człowiek, w połowie rogata bestia. – Wielu uciekało przede mną z krzykiem.

– Tak jak i przede mną.

Potwór trzymał się za bok pokryty krwią. Chłopiec podszedł bliżej, by mu się przyjrzeć.

– Jestem Robert. Obiecuję, że zaraz sobie pójdę, muszę się tylko upewnić, że się znudzili.

Bestia nie odpowiedziała. Obróciła się z trudem, zahaczając czarnymi skrzydłami o ściany. Zaprowadziła go do swej kryjówki, kilku kostek betonu ułożonych w coś na kształt legowiska. Potwór runął ze stęknięciem i przypatrzył się chłopcu.

– Brzydal z ciebie – ocenił.

Robert zamknął oczy i oparł głowę o ramię.

– A z ciebie nie?

Demon odchrząknął, a na jego twarzy pojawiło się coś, co zapewne miało być uśmiechem.

– Co tu robisz? – zapytał chłopiec.

– Nie spodobałem się moim… – zamyślił się na dłuższą chwilę – kolegom. Jak widzisz, trochę mnie pokiereszowali, i musiałem uciekać. – Spróbował usadowić się wygodniej. Wyciągnął spod siebie kawał betonu i sapnął z westchnieniem. – Dziwny z ciebie człowiek. Inni od razu próbowaliby pytać, jak to jest w piekle.

– Wiem, jak ono wygląda. – Robert usiadł z boku. – Potrzebujesz pomocy?

– Niezupełnie. – Wyciągnął skrzydło, by chłopiec mógł na nim wygodnie spocząć. – My, demony, potrafimy w gorszym stanie wytrzymać całe miesiące. Nic mi nie będzie, potrzebuję tylko czasu.

– Czy to prawda, że jesteście źli? – Robert przytulił się do bestii, nim usłyszał odpowiedź. – Ty mi nie wyglądasz na złego.

– Nie jesteśmy gorsi od ludzi. – Demon próbował objąć chłopca, lecz rozmyślił się i niezauważenie schował rękę. – A ty za jakiego się uważasz?

– Jak z taką twarzą mógłbym być dobrym człowiekiem? – Wytarł łzy w rękaw. – Prawdopodobnie jestem z nich najgorszy.

– Nic mi nie zrobiłeś – wskazał na ranę – więc chyba nie jest tak źle.

Gawędzili przez dobrą godzinę. Według Roberta czas pędził na złamanie karku. Najchętniej nie opuściłby tego miejsca, lecz głód przypomniał mu o świecie na zewnątrz. Tuż przed wyjściem odwrócił się i ze strachem zapytał:

– Będziesz tu jutro?

Demon skinął głową.

– Nie powiedziałeś mi, jak się nazywasz – uświadomił sobie Robert.

– Tael. – Wskazał palcem, by chłopiec podszedł bliżej. – Masz podarte ubranie. Nie jestem w stanie wiele zdziałać w tym świecie, ale tym akurat mogę się zająć.

Demon wykonał ruch ręką, a po chwili nie było śladu po rozdarciu. Robert jeszcze raz uścisnął nowego przyjaciela i wybiegł na zewnątrz. Następnego dnia w szkole nie mógł się doczekać ponownego spotkania z Taelem. Nie zważał nawet na kolejne polowanie. Wszedł do podziemi przez inny blok, nie zauważył jednak przyglądającego mu się Kevina.

Gdy Robert szedł korytarzem, od czasu do czasu się zatrzymywał i nasłuchiwał, czy nikt go nie śledzi. Kevin był jednak sprytniejszy. Tak samo jak jego ofiara nasłuchiwał kroków. Jak tylko cichły, dawał znak towarzyszom, by i oni przystanęli na chwilę.

W pewnym momencie w Robercie pojawiła się iskierka paniki. Któryś raz znalazł się w tym samym miejscu, zdając sobie sprawę, iż błędnie zapamiętał drogę. Jeszcze raz skręcił w stronę, której był pewien, lecz rezultat był taki sam.

– Pokieruję cię – zabrzmiał głos Taela, chociaż nie było go nigdzie w pobliżu. – Skoro i tak mnie szukasz, to chyba zaufanie mi nie będzie problemem?

Robert przytaknął. Skręcił w tę samą stronę co wcześniej, lecz przy następnym skrzyżowaniu korytarzy wybrał inną drogę. Nie słyszał już więcej słów demona, był po prostu pewien drogi, którą podążał, chociaż wydawało mu się, iż poprzedniego dnia wyglądała inaczej.

– W końcu – wysapał, gdy znalazł się już u celu. – Dzięki za pomoc.

– Dobrze cię widzieć.

Chłopiec zrobił się czerwony na twarzy, upodabniając się do przyjaciela.

– Nie miałeś dzisiaj problemów z pościgiem? – zapytał Tael.

– Właściwie to poszło zadziwiająco gładko. – Sięgnął do plecaka, skąd wyciągnął dwie pokiereszowane poduszki. – Co dziwne, bo do tej pory nie odpuszcz…

Przerwał, gdy dobiegł do niego odgłos zbliżających się kroków. Tael posłał chłopcu wymowne spojrzenie, lecz ten tylko wzruszył ramionami. Jednak wraz z uświadomieniem sobie sytuacji na jego twarzy pojawiło się przerażenie. Stał niemal w bezruchu, drżały mu tylko dłonie, a oczy prawie wyszły z orbit. Robert nie zareagował na żaden gest demona.

– W porządku – rzekł w końcu Tael, dźwigając się z trudem z posłania. – Zostaw to mnie.

Kroki zatrzymały się, a w ich miejsce pojawił się stukot kopyt. Tael wyszedł z kryjówki, po czym rozbrzmiały pierwsze krzyki. Robert przysłuchiwał się wszystkiemu, zbyt przestraszony, by samemu wyjrzeć.

Kevin przeklął w duchu towarzyszy, którzy pierzchnęli, gdy tylko pojawiły się te dziwne dźwięki. Sam wziął głęboki wdech i ruszył naprzód, lecz nie zdążył zrobić nawet kroku, gdy ujrzał tę postać. Próbował się cofnąć, ale potknął się o wystającą rurę i poleciał jak długi.

– Co jest? – zaśmiał się Tael. – Nie poznajesz starego druha? Codziennie mnie ścigasz i poniżasz, nie zdając sobie nawet sprawy, jak bardzo mnie to wzmacnia. Tutaj w końcu mogę ci pokazać moją prawdziwą potęgę, którą sam stworzyłeś.

– Czym ty jesteś? – wydukał Kevin, czując, jak w spodniach robi mu się ciepło. – Nie możesz być Robertem!

– Jednak oto jestem. – Rozpostarł skrzydła na tyle, na ile pozwalał mu korytarz. – Uciekaj. Jeszcze raz mnie tknij, a zakradnę się do ciebie w nocy i pożrę cię żywcem.

Kevin nie potrzebował większej zachęty. Puścił się biegiem, aż się za nim kurzyło. Tael wrócił, sycząc z bólu. Wyprostowanie rozerwało gojącą się ranę i na nowo wypłynęła z niej stróga krwi.

– Teraz rozniesie wszystkim o tobie – wyjąkał Robert. – Dlaczego to zrobiłeś? Chcesz, bym więcej tu nie przychodził?

– Kto mu uwierzy, że w piwnicy zagnieździł się demon? – Tael z ulgą usadowił się na przyniesionych poduszkach. – Zobaczysz, jeszcze dzisiaj zabiorą go do wariatkowa. Nie może nawet rozpowiadać, jak się tutaj dostał, bo wtedy musiałby się przyznać do tego, co ci robił każdego dnia.

Chłopiec analizował jego słowa przez dłuższą chwilę, po czym przytulił szkaradną bestię, a ona odwzajemniła uścisk.

Kevin już więcej nie niepokoił Roberta. Tak jak przewidział Tael, nikt mu nie uwierzył. Z czasem przestał już nawet próbować.

– Jest mi go żal – wyznał Robert dziesięć lat później. – Ciągle ciąży na nim widmo szaleńca i nikt nie chce się z nim zadawać. W sumie nie jest nawet taki zły, pomógł mi z nauką do ostatniego sprawdzianu.

Tael chrząknął, sadowiąc się wygodniej. Kryjówka już wcale nie przypominała tej z czasu, gdy poznał Roberta. Chłopiec systematycznie dbał u udogodnienia i teraz demon mógł odpocząć na prawdziwej kanapie. Miał całe sterty książek do czytania, a nawet telewizję, z której jednak nie za chętnie korzystał.

– Nie obawiasz się podstępu? – zapytał po namyśle demon. – Taka nienawiść może się skrywać i narastać latami.

– Niech tylko spróbuje. – Robert rozkładał podręczniki, zabierając się do nauki. – Zresztą poza mną nie ma nikogo. Czy to nie smutne? Ja przynajmniej mam ciebie.

– Pamiętasz, co ci zrobił?

Robert zastygł.

– Tacy ludzie się nie zmieniają – stwierdził Tael.

– Uważasz, że źle robię? – Spojrzał demonowi w oczy. – Dając mu drugą szansę?

– Masz rację. – Odwrócił się, by Robert nie ujrzał jego twarzy. – Też nie byłem święty. Ba, nie bez powodu wylądowałem w piekle, a nawet tam mnie nie chcieli.

– Być może nie powinienem tego mówić, ale… – Zamilkł na chwilę, zastanawiając się, czy to aby na pewno dobry pomysł, by mówić o tym otwarcie. – Cieszę się, że tak się stało. Bez ciebie nie dałbym rady. Byłeś przy mnie, kiedy nikt inny nie chciał na mnie nawet spojrzeć.

– Chociaż tyle mogłem zrobić – mruknął Tael, pochylając się nad szkolnymi materiałami. – Bez ciebie mój pobyt tutaj byłby męczarnią. Po co ci to wszystko? – Wskazał podręcznik do matematyki.

– Muszę osiągnąć sukces – wyznał, wypinając pierś. – Należy zacząć od dobrych ocen. Później zrobię karierę i zapewnię ci takie warunki, na jakie zasługujesz. W dodatku – dodał niemal szeptem – nikomu nie przeszkadza to, że milionerzy nie wyglądają zbyt pięknie.

Demon poklepał chłopca po plecach, znając jego upór i wiedząc, iż tak właśnie będzie.

Mijały lata, a Robert systematycznie wdrapywał się po szczeblach kariery. Z czasem stać go było na własną posiadłość, gdzie przygotował nową kryjówkę dla swojego przyjaciela.

Mimo iż na temat Roberta krążyło wiele plotek, nikt nie odkrył jego sekretu. Wynikało to z faktu, że mężczyzna nigdy nie założył rodziny, choć ze względu na fortunę nie brakowało mu kandydatek na żonę. Ogólnie wiadomo było, iż biznesmen jest niesamowicie skrytym człowiekiem chroniącym każdy szczegół swego życia. Nastał jednak czas, gdy miało to nie wystarczyć.

– Musimy porozmawiać o tym, co się z tobą stanie, gdy mnie już zabraknie – oznajmił Robert, trzymając się za biodro, które z wiekiem zaczęło mu dokuczać. – Nie robię się młodszy i nie będę w stanie wiecznie cię chronić.

– Przeżyłem z tobą dobre lata. – Tael położył mężczyźnie dłoń na ramieniu. Demon się nie starzał, oprócz zaleczonej rany wyglądał dokładnie tak jak wtedy, kiedy Robert zobaczył go po raz pierwszy. – Wrócę do piekła, licząc że nastąpiły zmiany w hierarchii.

– Spotkamy się tam? – W głosie mężczyzny pojawiła się nadzieja. – Odnajdziesz mnie, prawda?

– Przyjacielu, wątpię, byś tam trafił.

Na twarzy Roberta zagościło rozczarowanie, więc demon obiecał:

– Jeśli jednak tak się stanie, masz moje słowo.

– Dziękuję. – Mężczyzna objął demona, lecz szybko odstąpił, prostując plecy i sycząc z bólu. – Pamiętasz, że jutro zostajesz sam? Muszę wyjechać w interesach. Nie wychodź, proszę, z ukrycia. Kevin zaproponował doglądanie domu, a ja nie znalazłem wymówki, by mu odmówić.

– Wiem, że to twój przyjaciel, ale na pewno mu ufasz?

Robert posłał Taelowi wymowne spojrzenie.

– Koniec końców on jeden wie o moim istnieniu – przypomniał demon.

– Jest mi prawie jak brat. – Puścił do Taela oczko, by podnieść go na duchu. – Być może kiedy nadejdzie czas, to on będzie mógł cię dalej chronić.

Demon chrząknął, ale nie drążył tematu. Następnego dnia, zgodnie z planem, Robert opuścił swą posiadłość i udał się na lotnisko. Był już późny wieczór, kiedy zadzwonił do niego Kevin.

– Witaj, mój drogi brzydalu.

Roberta nagle ogarnęła panika. Nie był to głos jego dobrego przyjaciela – należał do dawnego prześladowcy.

– Myślisz, że zapomniałem o tym, co się stało w tamtej piwnicy? – zapytał Kevin. – Naprawdę sądziłeś, że ci wybaczyłem i połączyła nas przyjaźń? Do tej pory nie wierzę, że ktoś, kto zbudował takie imperium, jest jednocześnie tak naiwny.

– Czego chcesz? – warknął, pokazując podwładnym, iż mają zawrócić samolot. – Pieniędzy? Ile?

– Po co mi pieniądze, kiedy jestem już stary? – zaśmiał się, a Roberta przeniknęły dreszcze przywodzące na myśl dawne krzywdy. – Myślisz, że zwlekałem całe życie, aż mi bezgranicznie zaufasz po to tylko, by się wzbogacić? Jesteś bardziej żałosny, niż myślałem. Zakładam, że już jesteś w drodze do domu, czekam tu razem z twoim skrytym przyjacielem.

Robert nie mógł się skupić, panika ogarnęła go całkowicie. Podwładni zauważyli jego nietypowe zachowanie, lecz niczego im nie zdradził. Jedyne, co mogli dla niego zrobić, to wbrew przepisom wylądować na pasie zieleni niedaleko posiadłości. Robert zostawił im portfel, razem z pinem do karty płatniczej, i pognał, ile sił w nogach, nie bacząc na to, ile go to kosztowało.

W domu czekał na niego suto zastawiony stół, a na jego końcu siedział on, sprawca nieszczęścia. Po bokach czaili się najemnicy gotowi rzucić się do ataku. Robert posłusznie usiadł po drugiej stronie.

– Nie spróbujesz? – zaczął Kevin, wskazując na złote misy. – Byłoby szkoda, gdyby mój wysiłek poszedł na marne.

– Powiesz w końcu, czego ode mnie chcesz? – wycedził Robert, nie odrywając oczu od byłego przyjaciela. – Napawać się tą chwilą? Naprawdę jedno wydarzenie z dzieciństwa doprowadziło do tego wszystkiego?

– Gdyby nie to, że już zwyciężyłem, dołożyłbym ci. – Na skrytej w cieniu twarzy Kevina gościł gorzki uśmiech. – Na szczęście mam ten luksus.

– Odpowiesz? – Paznokcie Roberta zostawiły głębokie bruzdy na poręczy fotela. – Co mam zrobić, żebyś wypuścił Taela?

– To coś ma imię? – Rozległ się wymuszony śmiech. – W sumie nie powinno mnie to dziwić, skoro nawet takie wynaturzenie jak ty ma jakieś. Co masz zrobić? Naprawdę myślisz, że ściągnąłem cię tu, by dać ci szansę na odwrócenie sytuacji? – Sięgnął ponad stołem do srebrnej pokrywy. – Już po wszystkim. Jedyne, co ci pozostało, to rozpacz. – Podniósł pokrywę, odsłaniając głowę demona.

Jęzor wyciągnięty, oczy wydłubane, wszelka godność usunięta. Robert krzyknął i rzucił się na Kevina, lecz w mig został obezwładniony. Rzucał się i złorzeczył, a jedyne, co słyszał, to triumfujący śmiech swojego prześladowcy.

– Jesteś niewinny – stwierdził Leto. – Nigdy nie użyłeś demona do wzbogacenia się.

Robert zamrugał. Znów był w komisariacie, gdzie pochylał się nad nim detektyw. Kevin wszystkiemu bacznie się przyglądał, chociaż jego wyraz twarzy nie świadczył o tym, by cokolwiek zauważył.

– Problem w tym – kontynuował Leto – że nikt ci w to nie uwierzy. Nie ma żadnych dowodów. Jest tylko jedna rzecz, którą mogę dla ciebie zrobić.

Robert pytająco spojrzał na detektywa. W oczach Leto kryło się to, czego nienawidził prawie tak samo jak Kevina – litość. Nagle dłonie detektywa znalazły się na nadgarstku Roberta, majstrując przy kajdankach.

– Dlaczego podejrzany nie jest skuty? – rzucił Leto w kierunku lustra, a do Roberta szepnął: – Masz trzy sekundy na podjęcie decyzji.

Nim ktokolwiek zdążył zareagować, nastąpiła szarpanina. Robert nie miał pojęcia, co się dzieje, w jednej chwili kajdanki opadły na podłogę, w następnej detektyw chwycił jego ręce. Mimo iż udawał przepychankę, to lufa została wyraźnie skierowana w kierunku Kevina.

– Jeden – szepnął Leto.

Robert pojął, o co mu chodzi, lecz pomimo wściekłości nie pociągnął za spust. Przypomniał sobie słowa Taela, gdy wspominał o miejscu, do którego można podążyć po śmierci. Jeśli nie chciał trafić do piekła, był to idealny moment, by udowodnić, iż na nie nie zasługuje.

Z drugiej strony, mimo przerażających obrazów, właśnie tam czekał na niego Tael. Nie mógł też odpuścić takiej zbrodni.

– Dwa – przypomniał detektyw.

Mieszanina uczuć niemal rozerwała Roberta, lecz wiedział, iż mimo wszelkich przeciwwskazań nie może podjąć innej decyzji. Zdecydował.

Koniec

Komentarze

Zanosiło się na szczególną opowieść z udziałem detektywa, milionera i demona, a skończyło się na opisie nietypowej przyjaźni prześladowanego w szkole chłopca i istoty, której obecność w blokowej piwnicy pozostaje dla mnie zagadką. Brakło mi opisu świata, w którym ludzie parają się magią i mają kontakty z istotami piekielnymi, za co grozi kara śmierci.

No i nie bardzo chce mi się wierzyć, że jeden z najbogatszych ludzi na świecie jest zdany wyłącznie na człowieka, który prześladował go w dzieciństwie, że nie czuwa nad nim i jego majątkiem cały sztab specjalistów wszelkich dziedzin.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

te­le­wi­zja w ką­ci­ku uroz­ma­ica­ła czas Al­fre­do­wi. → …te­le­wi­zor w ką­ci­ku uroz­ma­ica­ł czas Al­fre­do­wi.

 

– Mamy naj­śwież­sze in­for­ma­cje od­no­śnie do jed­ne­go z naj­bo­gat­szych→ – Mamy naj­śwież­sze in­for­ma­cje od­no­śnie/ w sprawie jed­ne­go z naj­bo­gat­szych

 

Leto oparł się na la­dzie, cze­ka­jąc na swo­je­go hot doga… → Zbędny zaimek – czy czekałby na cudzego hot doga?

 

Leto wzru­szył ra­mio­na­mi i wy­pu­ścił gęstą parę. → Palący papierosa wypuszcza nie parę, a dym. Para i dym to dwie różne substancje.

 

ży­ją­cy w luk­su­sie – co widać po ubra­niach, mimo po­dar­tych… → …ży­ją­cy w luk­su­sie – co widać po ubra­niu, mimo że po­dar­te

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś ma na sobie, to ubranie.

 

Jego twarz zo­sta­ła wy­krę­co­na przez cho­ro­bę ge­ne­tycz­ną… → Raczej: Jego twarz zo­sta­ła zniekształcona przez cho­ro­bę ge­ne­tycz­ną

 

De­tek­tyw spoj­rzał na ka­pi­ta­na w ocze­ki­wa­niu na wię­cej in­for­ma­cji.De­tek­tyw spoj­rzał na ka­pi­ta­na, czekając na wię­cej in­for­ma­cji.

 

Leto pod­szedł do le­żą­ce­go na ziemi i opar­te­go o ścia­nę Ro­ber­ta. → Skoro był oparty o ścianę, to chyba nie całkiem leżał, a wpółleżał. A skoro rzecz miała miejsce w pokoju przesłuchań, to raczej nie było tam ziemi.

Proponuję: Leto pod­szedł do wpółle­żą­ce­go na podłodze, wspar­te­go o ścia­nę Ro­ber­ta.

 

Dym z pa­pie­ro­sa za­trzy­mał się w bez­ru­chu… → Masło maślane – czy dym może zatrzymać się i nadal się poruszać?

 

Szyb­ko do­ku­cza­nie Ro­ber­to­wi stało się dla nich… → Do­ku­cza­nie Ro­ber­to­wi szybko stało się dla nich

 

Ro­bert za­marł w prze­ra­że­niu. → Raczej: Ro­bert za­marł przerażony/ z prze­ra­że­nia.

 

przy­glą­dał mu się, gdy ukry­wał się w krza­kach. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …przy­glą­dał mu się, gdy był skryty w krza­kach.

 

Prze­by­li drogę na dzie­więt­na­ste pię­tro bez ani jed­ne­go słowa… → Prze­by­li drogę na dzie­więt­na­ste pię­tro bez jed­ne­go słowa

 

Przy­siadł przy sto­li­ku, które funk­cjo­no­wa­ło jako biur­ko→ Stolik jest rodzaju męskiego, więc: Przy­siadł przy sto­li­ku, który funk­cjo­no­wa­ł jako biur­ko… Lub: Przy­siadł przy sto­li­ku pełniącym funkcję biurka

 

ma­rząc o innym życiu, gdzie ktoś sta­nął­by… → …ma­rząc o innym życiu, w którym ktoś sta­nął­by

 

prze­ska­ku­jąc po dwa schod­ki na raz. → …prze­ska­ku­jąc po dwa schod­ki naraz.

 

Ro­bert zła­pał za drzwi do piw­ni­cy→ Ro­bert zła­pał klamkę drzwi do piw­ni­cy

 

Wi­dział za­mknię­te piw­ni­ce z nu­me­ra­mi in­nych blo­ków. → Czy dobrze rozumiem, że w piwnicy bloku, w którym się schronił, były komórki innych bloków?

A może miało być: Wi­dział za­mknię­te komórki z nu­me­ra­mi różnych mieszkań.

 

Ru­szył jej śla­dem, uwa­ża­jąc, by jego chód był bez­gło­śny. → A może: Ru­szył wzdłuż niej, uwa­ża­jąc, by poruszać się jak najciszej.

 

Nagle do jego uszu do­biegł po­je­dyn­czy stu­kot. → A może: Nagle usłyszał po­je­dyn­czy stu­kot.

 

Obej­rzał się gwał­tow­nie za sie­bie… → Masło maślane – czy mógł obejrzeć się przed siebie?

Wystarczy: Obej­rzał się gwał­tow­nie… Lub: Spojrzał gwał­tow­nie za sie­bie

 

znów roz­legł się ten dźwięk. Przy­kle­ił się do ścia­ny i po­wo­li prze­su­wał się w kie­run­ku… → Lekka siękoza.

Proponuję: …znów usłyszał ten dźwięk. Przy­lgnął do ścia­ny i po­wo­li prze­su­wał się w kie­run­ku

 

i pła­kał, aż nie za­bra­kło mu po­wie­trza. → …i pła­kał, aż za­bra­kło mu po­wie­trza.

 

Stu­kot się zbli­żał, a wraz z nim zbli­ża­ło się ko­ją­ce cie­pło. → Powtórzenie.

Może wystarczy: Stu­kot się zbli­żał, a wraz z nim ko­ją­ce cie­pło.

 

ro­ze­rwa­ło go­ją­cą się ranę i na nowo wy­pły­nę­ła z niej stróż­ka krwi. → Czy na pewno z rany wypłynęła kobieta pilnująca krwi?

Sprawdź, co różni stróżkę od strużki.

 

– Jest mi go żal – wy­znał Ro­bert de­ka­dę póź­niej.Dekada to okres dziesięciu dni, tygodni, miesięcy, lat. O jakiej dekadzie jest mowa w zdaniu?

 

– Masz rację – od­wró­cił się, by Ro­bert nie uj­rzał jego twa­rzy. → Brak kropki po wypowiedzi. Didaskalia wielka literą. Winno być:

– Masz rację.Od­wró­cił się, by Ro­bert nie uj­rzał jego twa­rzy.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi.

 

Wska­zał na pod­ręcz­nik do ma­te­ma­ty­ki. → Wska­zał pod­ręcz­nik do ma­te­ma­ty­ki.

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

Nie wy­chodź, pro­szę, z ukry­cua. → Literówka.

 

Pa­znok­cie Ro­ber­ta zo­sta­wi­ły głę­bo­kie bruz­dy na po­rę­czy krze­sła. → Krzesła nie mają poręczy, poręcze mają fotele.

A swoja drogą – z czego była zrobiona rzeczona poręcz, skoro można ją było głęboko zarysować paznokciami?

 

Znów był na ko­mi­sa­ria­cie→ Znów był w ko­mi­sa­ria­cie

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki regulatorzy za komentarz. Jak widać, długa droga jeszcze przede mną.

Bardzo proszę, Starycjuszu.

 

…długa droga jeszcze przede mną.

Wszak każda droga, nawet najdłuższa, kiedyś się kończy. Dasz radę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podpowiem Ci, ze betowanie to fajna opcja. Twoje opowiadanie jest mocno nierówne. Są w nim naprawdę wciągające kawałki, wnikliwe obserwacje, a potem jakiś krzywulec wybija z rytmu.

Mnie również początek nastawił na klimat Chandlera, a potem było już inaczej.

Wykorzystaj łapankę Reg i nanieś poprawki, chyba że się z czymś nie zgadzasz. Poprawiony tekst będzie łatwiejszy i przyjemniejszy do czytania.

Dziękuję Ambush za komentarz. Następnym razem na pewno skorzystam z betowania. :)

Fakt, początek jest niespójny, nauczka odebrana.

Dziwny tekst – zmiana tematu w środku mocno wybiła mnie z czytania. Operacja bardzo śmiała, ale wymaga kunsztu. Ja niestety w jej trakcie zgubiłem zainteresowanie tekstem i do końca już niestety go nie odzyskałem.

Definitwynie jest tu pomysł, a i masz przemyślany plan. Jednak na razie zabrakło własnie umiejętności, które sprawiłyby, że kupiłbym tę zmianę w opowieści.

Na definitywny plus – początek mnie chwycił. Haczyk u początku i obietnica dla czytelnika zadziałały :)

Na koniec przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Opis funkcjonowania portalu i tutejszych obyczajów autorstwa Drakainy:

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842842 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka