- Opowiadanie: Sonata - Przezroczysta

Przezroczysta

Opo­wia­da­nie uczest­ni­czy w kon­kur­sie „Tu był las” pro­jek­tu Za­po­mnia­ne Sny:

 https://www.zapomnianesny.pl

Jeśli po­do­ba Ci się ta ini­cja­ty­wa, roz­waż da­ro­wi­znę na sto­wa­rzy­sze­nie Pra­cow­nia na rzecz Wszyst­kich Istot: https://pracownia.org.pl

 

Dzię­ku­ję Mor­te­ciu­so­wi za betę!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Przezroczysta

Po­wy­gi­na­ne ściany lśni­ły bielą. W za­gię­ciach i wgłę­bie­niach po­wsta­wa­ły fio­le­to­we, błysz­czą­ce na brze­gach cie­nie. Kiedy Lumi się do nich zbli­ża­ła, roz­pierz­cha­ły się, ma­le­jąc i nik­nąc.

Wę­dro­wa­ła po nie­rów­no­ściach, wy­pa­tru­jąc, czy w ja­kimś za­ka­mar­ku nie zo­sta­ło cho­ciaż jedno. Cie­nie ucie­ka­ły, po­zo­sta­wia­jąc po sobie pustkę. Nic. 

Nie wie­dzia­ła, skąd ten brak. Ostat­nim wy­da­rze­niem z jej pa­mię­ci była szkol­na prze­rwa. 

Prze­cież rosły tu za­wsze… 

 

*** 

 

Nie mogła ode­rwać wzro­ku. Naj­pierw ziar­no, z któ­re­go wy­glą­dał ma­leń­ki kie­łek. Prze­obra­żał się coraz szyb­ciej, by po chwi­li zmie­nić w pół­prze­zro­czy­sty kwiat. Obok spa­da­ły inne ziar­na, umiesz­cza­ne z roz­my­słem. Otwie­ra­ły się ni­czym błysz­czą­ce oczy, two­rząc kwie­ci­ste linie, pętle i spi­ra­le łą­czą­ce się w więk­sze struk­tu­ry. 

Kiedy wy­kluł się ich ty­siąc, obraz był skoń­czo­ny. Mie­nią­cy się, cią­gle zmien­ny kwiat stwo­rzo­ny z mniej­szych wer­sji sie­bie. 

Lumi pa­trzy­ła jak urze­czo­na. Jej serce drga­ło w ryt­mie zmie­nia­ją­cych się ko­lo­rów. 

Kie­dyś na­uczy się ma­lo­wać tak samo.

 

*** 

 

Gdy uj­rza­ła pierw­sze drze­wo, zmro­ził ją strach. 

Nie wie­dzia­ła, do czego służy kom­na­ta pełna tań­czą­cych cieni, ale lu­bi­ła łą­czyć się z tą ko­mór­ką swo­jej oso­bo­wo­ści. Ucie­ka­ła tu zwy­kle po wy­lo­go­wa­niu się ze szko­ły.

– Po­dziel­cie się na grupy. 

Słowa były bez­li­to­sne. Lumi wie­dzia­ła, że nie ma od­wro­tu. Nie mogła się wy­lo­go­wać, bo po ostat­nich in­cy­den­tach na­ło­żo­no jej blo­ka­dę i po­łą­cze­nie ze szko­łą mogła prze­rwać do­pie­ro po lek­cjach. 

Z prze­ra­że­niem pa­trzy­ła, jak klasa łączy się w grup­ki. 

Zo­sta­ła sama. 

Gdy wresz­cie mogła się wy­lo­go­wać i zna­leźć w bez­piecz­nych kom­na­tach wła­sne­go umy­słu, nogi same po­pro­wa­dzi­ły ją do sali z cie­nia­mi. Nie­na­wi­dzi­ła szko­ły i in­nych sy­mu­la­cji pu­blicz­nych, gdzie prze­wi­ja­ły się dzie­siąt­ki ob­cych oso­bo­wo­ści. Nie mogła nie za­uwa­żać naj­pierw bla­dych ko­lo­rów zdzi­wie­nia, a na­stęp­nie zim­nych barw stra­chu. A tu, w jej umy­śle, nie było ni­ko­go, tylko ona. 

Z po­cząt­ku my­śla­ła, że to jeden z cieni. Ale gdy pod­cho­dzi­ła, nie zni­kał, a czer­niał i roz­ra­stał się bar­dziej. 

Wy­glą­dał jak jakiś wy­bryk, no­wo­twór, coś, czego nie po­win­no tu być. Do­pie­ro po chwi­li za­uwa­ży­ła zna­jo­mą pra­wi­dło­wość. 

To było drze­wo. 

Po­de­szła bli­żej. Stało się prze­zro­czy­ste. Teraz wy­glą­da­ło… jak Lumi. Tak, jak widzą ją inni. Prze­zro­czy­sta, bez wi­docz­nych emo­cji. Inna, więc trze­ba do niej pod­cho­dzić ostroż­nie. Bo nie wia­do­mo, co sie­dzi w jej umy­śle. Bo może być nie­bez­piecz­na. 

Nagle drze­wo roz­bły­sło fe­erią cie­płych barw. Błę­ki­tem spo­ko­ju, zie­le­nią na­dziei, różem sło­dy­czy.

Pod Lumi ugię­ły się nogi. 

Uczu­cia, które za­wsze chcia­ła mieć. I chcia­ła, żeby inni mogli je zo­ba­czyć. 

Ro­dzi­ce nigdy nie po­wie­dzie­li, dla­cze­go, wi­dząc błąd w kieł­kach jej oso­bo­wo­ści, nie ska­so­wa­li ich, by stwo­rzyć nowe. Prze­cież wtedy jesz­cze ni­cze­go nie mogła czuć, więc nawet by nie za­uwa­ży­ła, a oni stwo­rzy­li­by iden­tycz­ną wer­sję wy­ma­rzo­ne­go dziec­ka, tylko po­zba­wio­ną ano­ma­lii. 

By­ła­by taka sama. Tylko nie mu­sia­ła­by zno­sić stra­chu i po­dejrz­li­wo­ści ata­ku­ją­cych ją ze wszyst­kich stron. 

– Na­tych­miast by cię prze­lo­go­wy­wa­no do psy­chia­try­ka, gdyby tylko za­uwa­żo­no w tobie ja­kieś nie­pra­wi­dło­we uczu­cie – mówił oj­ciec. – Nor­mal­ność to życie w cią­głym stra­chu, czy nie czuje się cze­goś nie­le­gal­ne­go. 

Ale Lumi ma­rzy­ła o tej nor­mal­no­ści. Była zła na ro­dzi­ców, że nie za­re­ago­wa­li, gdy do­strze­gli ano­ma­lię. 

– Wtedy nie by­ło­by cie­bie, moja wy­jąt­ko­wa iskier­ko – po­wta­rzał cie­pły głos matki. – Za­miast cie­bie żyłby ktoś inny, a ty byś nie ist­nia­ła. 

Ale prze­cież tak by­ło­by le­piej – pod­po­wia­da­ło coś Lumi. 

 

*** 

 

Drze­wa rosły wszę­dzie – mniej­sze i więk­sze, wy­sta­wa­ły z ziemi, ścian i su­fi­tu. Prze­róż­ne. Jedne, o czer­wo­nej korze, o ko­ro­nach mie­nią­cych się ogniem, gdy pod­cho­dzi­ła bli­żej, zmie­nia­ły się w pro­jek­cje chłop­ców, w któ­rych się skry­cie ko­cha­ła. Inne, ko­lo­ra­mi, kształ­tem i uło­że­niem ga­łę­zi, przy­po­mi­na­ły sy­mu­la­cje, z któ­ry­mi za­wsze chcia­ła się po­łą­czyć, lecz jej ro­dzi­ców nie było na to stać. Jedno z ma­łych drze­wek miau­cza­ło jak kot, inne, dużo więk­sze, które ko­ja­rzy­ło jej się ze szko­łą, po­kry­wa­ły kody ano­ma­lii unie­moż­li­wia­ją­cych po­łą­cze­nie się z sa­la­mi lek­cyj­ny­mi. 

Lumi uwiel­bia­ła cho­dzić po­mię­dzy ma­ły­mi drzew­ka­mi oraz przy­pa­try­wać się tym dużym, o sę­ka­tych ga­łę­ziach i szu­mią­cych ko­ro­nach. Ko­cha­ła pa­trzeć na to naj­pięk­niej­sze – za­miast liści po­sia­da­ją­ce barw­ne, pół­prze­zro­czy­ste kwia­ty.

Ale za­wsze naj­bar­dziej przy­cią­ga­ło ją to naj­więk­sze. Gó­ro­wa­ło nad wszyst­ki­mi in­ny­mi. To, które po­ja­wi­ło się tu pierw­sze. 

 

*** 

 

Lumi za­mknę­ła oczy, pró­bu­jąc le­piej przy­po­mnieć sobie szkol­ną prze­rwę.

Kie­dyś na każ­dej po pro­stu się wy­lo­go­wy­wa­ła, ale od kiedy na­ło­żo­no na nią blo­ka­dę, prze­rwy spę­dza­ła na trwa­niu w nie­mym stra­chu, mając na­dzie­ję, że jej prze­zro­czy­stość upodob­ni ją do ścia­ny szkol­ne­go ko­ry­ta­rza. 

Dziś się nie udało. 

– Jak tam, Prze­zro­czy­sta? 

Głos brzmiał ostro, roz­cho­dził się po umy­śle jak żrąca tru­ci­zna. 

– Nadal nie chcesz po­ka­zać swo­ich uczuć? Jak my­śli­cie, jeśli wku­rzy­my ją na maksa, to wtedy wresz­cie bę­dzie je widać? 

 

*** 

 

Nie mogła wyjść i przej­rzeć sali pa­mię­ci. Zo­sta­ła za­mknię­ta w jed­nej z ko­mó­rek swo­je­go umy­słu. Ktoś tu grze­bał i ska­so­wał jej wspo­mnie­nia ze szkol­nej prze­rwy. 

Oraz wy­kar­czo­wał las. 

Czas mijał, a ona cze­ka­ła. Gdyby teraz mogła nor­mal­nie po­ka­zy­wać emo­cje, to i tak wy­glą­da­ła­by tak samo, jak od za­wsze.

 

*** 

 

Nie wie­dzia­ła, ile mi­nę­ło dni. W końcu ścia­ny roz­bły­sły i roz­legł się stłu­mio­ny, zna­jo­my głos. 

– Tato? – za­wo­ła­ła, pod­ry­wa­jąc się z pod­ło­gi. 

– Lumi. Po­zwo­lo­no mi się po­łą­czyć tylko na chwi­lę. – Głos stał się wy­raź­niej­szy i nie mu­sia­ła wi­dzieć pro­jek­cji, by wie­dzieć, że oj­ciec czuje ulgę. – Wresz­cie cię zna­la­złem. Nie po­dej­rze­wa­łem… 

– Co się dzie­je, tato?

– Spo­koj­nie, już nie­dłu­go stąd wyj­dziesz. 

– Dla­cze­go tu je­stem? 

Oj­ciec mil­czał przez długą chwi­lę. 

– Wiesz, do czego służy ta sala? – za­py­tał w końcu. 

– Nie… – od­po­wie­dzia­ła cicho. 

– To nie jest żadna część two­je­go umy­słu. – Oj­ciec za­milkł na chwi­lę. – To psy­chia­tryk. 

– Co? – wrza­snę­ła Lumi. – Nie­moż­li­we… – Osu­nę­ła się z po­wro­tem na pod­ło­gę. 

– Nie martw się, to nic złego – wy­tłu­ma­czył. – Każdy ma tego typu salę. I tylko dla sie­bie. Więk­szość osób jej nigdy nie używa. Mogą ją zna­leźć tylko ci, któ­rzy po­trze­bu­ją. A wtedy, ob­ser­wo­wa­ni przez psy­chiatrę, mogą wy­two­rzyć w niej, co tylko chcą, żeby móc tam uciec od rze­czy­wi­sto­ści.

Po­czu­ła, jak wszyst­ko się tłu­cze. Jak lu­stra myśli opa­da­ją na prze­zro­czy­ste płyt­ki uczuć, jak chęci, cele i wspo­mnie­nia za­mie­nia­ją się w wir dro­bi­nek. 

Coś za­szu­mia­ło i ścia­ny wy­ga­sły. Za­pa­dła cisza. 

Nagle Lumi wsta­ła po­now­nie, roz­glą­da­jąc się po sali. Sali, która kie­dyś wy­da­wa­ła się prze­cież in­tym­ną czę­ścią jej umy­słu, jej uciecz­ką od wszyst­kie­go, a oka­za­ła się… cho­ler­nym fil­mem dla psy­chiatry, w któ­rym Lumi grała. 

Las nadal ist­niał. Wie­dzia­ła o tym. Ale wresz­cie za­bra­ła go tam, gdzie po­wi­nien być. Do swo­je­go umy­słu. Żeby nikt nie wi­dział jej uczuć. Już nigdy. 

Koniec

Komentarze

Ciekawe studium delikatnego i wrażliwego umysłu w bogatym w niuanse świecie. Podoba mi się światotwórstwo, że symulacja nie jest po prostu kopią współczesnego świata ale w wersji wirtualnej, a zamiast tego jest tutaj kilka fajnych punktów zaczepienia, podbijających “obcość” tego miejsca.

Słowa ojca i matki Lumi, gdy wyjaśniają, dlaczego nie zresetowali jej umysłu, wypadły imo poruszająco.

Końcówka satysfakcjonująca, ze zwrotem akcji. Aż dreszcz mną wzdryga, gdy pomyślę, że tak prywatna sfera jak umysł mogłaby być przez kogoś podglądana.

Klikam pierwszy, ale kolejne cztery kliki na pewno szybko wpadną. ;)

Hej, MrBrightside! Dziękuję za komentarz :) Zawsze się szczególnie stresuję pierwszym komentarzem, a tu tak miło <3 Starałam się zbudować świat oparty na znanym schemacie, ale z kilkoma oryginalnymi elementami. Cieszę się, że tekst się podobał!

Hej, Sonato! Pozwól, że jak zwykle się troszkę przyczepię (tak dla podtrzymania tradycji): "Wędrowała po nierównościach, wypatrując, czy w jakimś zakamarku nie zostało chociaż jedno." – oczywiście później domyśliłam się, że chodzi o drzewo, ale przez chwilę mi się umysł zawiesił, bo z kontekstu pasowały tylko te śliczne fioletowe cienie, ale nie zgadzała się odmiana, może jeszcze się nad tym zastanów, żeby było bardziej zrozumiale; "(…) a oni stworzyliby identyczną kopię wymarzonego dziecka, tylko pozbawioną anomalii." – no to skoro pozbawioną anomalii, to jednak nie identyczną, poza tym (proszę mnie poprawić, jeśli się mylę), kopia z definicji jest identyczna ;) No, ale to tyle z czepialstwa. Tak ślicznie odmalowałaś obraz przestrzeni w tych kilku pierwszych akapitach, że Twój świat od razu mnie wessał. Bardzo fajny pomysł, na dodatek smacznie podany :) No i zwrot zaskakujący, co wyszło bardzo na plus. A ostatecznie zakończenie jest w pewien sposób pogodne, więc generalnie jest ślicznie :) Podobało mi się. Pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

Ładnie namalowane opowiadanie, Sonato. Dosłownie. Opierasz się na kolorach, ale czuć, jak zamiast przy pomocy klawiatury zdania powstawały za pomocą pędzla. [Mod Filozofa: OFF] :D

Oryginalny pomysł, ładnie napisany. Trochę to wszystko smutne, ale tak to już pewnie w większości w tym konkursie będzie. Fajnie, że użyłaś drzew w mniej dosłowny sposób, spodobało mi się to, jaką funkcję pełniły w tej historii. 

Ciekawe, czy kiedyś też będzie widać nasze emocje… Oglądałem wczoraj Nie patrz w górę i tam jest motyw nowych smartfonów, które wyczuwają nasz nastrój i w związku z nim proponują konkretne rozwiązania. Myślę, że to całkiem prawdopodobne…

Tak czy siak, klik ode mnie i powodzenia w konkursie :)

Bardzo misiowi się spodobało. Masz gwiazdki od misia. Nie potrafi pisać ‘merytorycznych’ komentarzy zwłaszcza o takich tekstach, więc tylko gwiazdki, a nie klik.

Bardzo ładne opowiadanie, chociaż z wieloma odcieniami smutku. Jest tu i melancholia, i apatia, i rozgoryczenie, i depresja, i jeszcze wiele innych synonimów oraz wyrazów bliskoznacznych. Moim zdaniem tu najważniejszy jest przekaz emocji – albo do czytelników trafi albo nie trafi. Do mnie trafił bardzo mocno.

NaNo, dziękuję za komentarz :) Słuszna uwaga z tą identyczną kopią, zmieniłam na “wersję”. Zabieg z “nie zostało chociaż jedno” jest celowy, nie za bardzo wiem, jak zmienić, nie ruszając limitu, a jest dokładnie 1000 słów. Cieszę się, że świat Cię wessał :)

 

Realuc, Tobie również dziękuję za komentarz i odwiedziny :) Starałam się właśnie, aby drzewa nie były takimi zwyczajnymi drzewami. Miło, że Ci się spodobały.

 

Koala75, również dziękuję :) Cieszę się, że się spodobało!

 

Mortecius, dziękuję za odwiedziny i jeszcze raz za betę! Super, że przekaz do Ciebie mocno trafił :)

Szalenie interesująca opowieść. Kupiła mnie rodzajem wrażliwości i konceptem. Pastelowy, delikatny jak stara koronka świat. 

Miejscami wygładziłabym ( w jednym miejscu "to", w innym "je")

 

Kilka drobiazgów podrzucam:

Przestrzeń raczej nie może być powyginana. W ogóle miałam kłopot z wyobrażeniem sobie zniekształconej przestrzeni, ponieważ wygląda na co najmniej trójwymiarową. Gdyby była dwuwymiarowa, jak Flatlandia, wtedy nie miałaby wgłębień. Kwadrat nie mógłby tak spostrzegać świata.

,w jakimś zakamarku nie zostało chociaż jedno

Chyba "został chociaż jeden", bo cień? Przeczytałam wyjaśnienie z komentarza i teraz rozumiem, lecz zostawiłam w swoim komentarzu, ponieważ i mnie zmyliło. ;-)

,Jedno z małych drzewek miauczało jak kot, inne, dużo większe, które kojarzyło jej się ze szkołą, pokrywały anomalie uniemożliwiające połączenie się z salami lekcyjnymi. 

Tu chyba coś nie gra?

 

Skarżypytuję do biblio, klikam. :-)

 

Fot. A. Wajrak, nasza puszcza i soplówka (niezwykły grzyb), tzw. paliwo rakietowe dla mózgu. Podobno stymuluje grupy białek obecnych w obwodowym i centralnym UN – nazwane Czynnikiem Wzrostu Nerwów (za jego odkrycie – NGF, Nobel 1986, prof. Rita Levi– Montalcini). 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Interesujące podejście do konkursu.

Trochę się czułam nieswojo w tym klimacie. Heloł, no jak można dyskryminować dziecko, które nie chce okazywać emocji?! Winnetou w grobie się przewraca, Old Shatterhand wyje pośmiertnie. Co za chory świat! A dzieci autystyczne wsadza się od razu pierdla?

Mimo pewnego zagubienia w oniryzmie i awersji do świata, doceniam pomysł.

Edytka: I nie mogę narzekać na pokazywanie emocji przy pomocy barw, bo sama to kiedyś wykorzystałam.

Babska logika rządzi!

Asylum, dziękuję za odwiedziny! Cieszę się, że zainteresowało. Poprawki wprowadziłam, prócz “jedno”, bo nie wiem, co z tym zrobić, nie chciałabym mówić od razu o drzewach :) Ciekawe z tym grzybem, choć od wzrostu nerwów lepiej trzymać się z daleka :)

 

Finklo, również dziękuję! Dyskryminacja w tekście jest spowodowana tym, że bohaterka jest inna niż wszyscy. Z przejawów “inności” śmieją się rówieśnicy w szkole, a ludzie mijani “na ulicy” się boją. Osoby, które jakoś odstają od reszty, nigdy nie mają łatwego życia, nawet jeśli przejawy ich inności nie są same w sobie złe. Cieszę się, że doceniasz pomysł :)

Przejmująca historia. Bardzo żal mi Lumii. 

Zakończenie niepokojące i smutne.

Jak dla mnie kilka powtórzeń Lumii można by uniknąć;)

Ambush, dziękuję za opinię :) 

Inność chyba zawsze była problemem tych, którzy w jakiś sposób się wyróżniali. Gorzej, kiedy tę inność podkreślają i wytykają inni. Ładnie to napisane, ale szkoda, że tyle tu smutku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, dziękuję za odwiedziny i komentarz :)

Cześć!

 

Bardzo ciekawe studium samotności i niezrozumienia. Las jest tu mocno metaforyczny, ale dobrze pasuje do tej roli. Przeplatasz obecne położenie bohaterki z sytuacjami ze szkoły, w których wolała być przeźroczysta. Wspominasz też coś o niedoskonałości (wysoka wrażliwość?), o której wiedzieli rodzice, a której bohaterka nie lubi (mimo, że jednocześnie się nią czuje).

Napisane zgrabnie, plastycznie, tekst zdecydowanie nastawiony na wywołanie (przypomnienie może) emocji u czytelnika, i to zdecydowanie wyszło. Skupiony na świecie wewnętrznym, czas i miejsce są tu tylko małoznaczącą otoczką, tłem dla dramatu.

Nie do końca rozumiem zakończenie, w którym bohaterka orientuje się, dokąd trafiła, ale widać muszę to nieco pokminić. Tu jeszcze jedna uwaga: jeżeli trafiła do “psychiatryka”, to raczej po to, by pomógł jej psychiatra, a nie psycholog.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć, Krar! Dziękuję za rozbudowany komentarz. W zakończeniu bohaterka orientuje się, że to, co wydawało jej się czymś prywatnym, bez jej zgody zostało udostępnione innej osobie. Chciałam przedstawić tu jakby “wchodzenie z butami” w czyjąś prywatność.

Tu jeszcze jedna uwaga: jeżeli trafiła do “psychiatryka”, to raczej po to, by pomógł jej psychiatra, a nie psycholog.

Poprawione!

Cieszę się, że tekst się podobał :)

Hej, hej

Bardzo ładne. Trochę surrealistyczne, trochę cyberpunkowe. Udało Ci się zmieścić spory świat w malutkim limicie, do tego dołożyłaś wiele uczuć bohaterki i jej kolejne perypetie z własnym umysłem. Piękny styl, idealnie pasujący do tego opowiadania.

Świat, w którym nawet własny umysł przestaje być oazą prywatności to przerażająca wizja.

 

Hej, Sonato, trochę się pogubiłam w pierwszym akapicie:

Powyginane ściany lśniły bielą. W zagięciach i wgłębieniach powstawały fioletowe, błyszczące na brzegach cienie. Kiedy Lumi się do nich zbliżała, rozpierzchały się, malejąc i niknąc.

Wędrowała po nierównościach, wypatrując, czy w jakimś zakamarku nie zostało chociaż jedno. Cienie uciekały, pozostawiając po sobie pustkę.

Czy ona szukała w zakamarkach fioletowych cieni? Bo jeśli tak, to: czy nie został chociaż jeden (cień). Domyślam się, że te cienie to drzewa właśnie, ale o nich wspominasz później i powstało zdanie, które gramatycznie nie trzyma się kupy i powoduje, że zaraz na początku lektury czytelnik się gubi.

 

Przraża mnie świat, który stworzyłaś. Widoczne emocje i zamykanie w psychiatryku osób, które przeżywają emocje niemile widziane. To musi być straszne. Możliwość grzebania już nie tylko w genach, ale psychice jest chyba jeszcze bardziej przerażająca. No, i obserwacja przez psychiatrę w bardzo intymnych sytuacjach, gdy człowiek nawet nie wie, że jest obserwowany. Nie chciałabym żyć w takim świecie.

Inność, która wzbudza podejrzenia i strach to akurat nic nowego, ale w takim świecie musiało to być dla Lumi podwójnie trudne. Rozumiem, że poczuła się zdradzona, gdy dowiedziała się, że jest obserwowana. Domyślam się, że w czasie wykasowanej przerwy okazała emocje w sposób fizyczny i dlatego wylądowała w psychiatryku. Zniszczenie lasu, czyli jedynego miejsca, w którym dziewczynka czuła się bezpiecznie, wydaje mi się okrutne i pozbawione sensu, nawet w świecie, który wykreowałaś. Ciekawam, czy jej dręczycieli spotkała podobna kara?

Smutne i dołujące opko Ci wyszło, ale bardzo piękne jednocześnie.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nowa Fantastyka