- Opowiadanie: Kulosław - Pióro jest silniejsze od miecza

Pióro jest silniejsze od miecza

Chciałbym bardzo mocno podziękować @Ambush za betę, która doprowadziła ten tekst do porządku. 

Tym samym właśnie betującym dedykuję ten tekst, za bycie drugą parą oczu i dobre rady.

Opowiadanie opowiada historię pisarza — Jurka, w momencie przełomu jego kariery literackiej. 

Zachęcam do lektury i czekam na wasze opinie :)

Pozdrawiam

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Pióro jest silniejsze od miecza

W branży literackiej nazwisko to ważna składowa sukcesu. W pewnym sensie jest to udowodnione naukowo; psychologowie kognitywni wykazali, że mózg rejestruje informacje linearnie.

Wygląda to tak:

Czytelnik będąc w księgarni jest otoczony przez tysiące pozycji, ale wyjdzie z zaledwie kilkoma sztukami. Nie mając czasu na przeglądanie każdego opisu z tyłu okładki, w pewnym stopniu zdaje się na przeczucie. Na potrzebę czytelnej analogii można powiedzieć, że klient księgarni jest jak ryba w wodzie, która daje się złapać na najatrakcyjniejszy dla niej wabik.

Główną robotę w takim połowie – co nie ulega wątpliwości – odwala tytuł. Istnieją setki koncepcji jak nazwać ukończone dzieło; swoboda jest ogromna, ale cel zawsze ten sam: musi chwycić.

Na tym etapie najczęściej wychodzi na jaw życzeniowe myślenie debiutantów. Są przekonani, że chwytliwy tytuł kończy robotę. Wystarczy szarpnąć żyłkę i cyk! Kolacja gotowa. To błąd. Każdy wytrawny wędkarz potwierdzi, że ofiarę należy zmęczyć przed właściwym atakiem, co zwielokrotnia szanse powodzenia.

Dlatego, jeżeli rolę wabika przyjmuje tytuł, to za porządną wędkę możemy uznać nazwisko autora. W sumie, to chrzanić tę metaforę, robi się zbyt zagmatwana. Wyłożę to wprost: Czytelnik łapiąc chemię z konkretnym tytułem, siłą rzeczy zainteresuje się kim jest twórca. Jeżeli wywnioskuje, że ma do czynienia z osobą poważną (lub przeciwnie, z kimś absolutnie niepoważnym, tyle że żart musi być naprawdę klarowny by chwycił, a to śliski temat), dopiero ściągnie książkę z regału.

I dopiero tutaj, robota jest wykonana! Po tym, gdy czytelnik weźmie powieść do ręki, pałeczkę przejmują warsztat autora, jego wyobraźnia i magia marketingu. Stephen King na tym patencie sprzedał trzysta pięćdziesiąt milionów egzemplarzy swojej twórczości (ponad ćwierć miliarda!), więc nie są to puste dyrdymały.

Głoszę te swoje teorie nie dla własnej satysfakcji, a ku przestrodze przyszłym autorom, życząc z całego serca jak najwyższych nakładów. Mnie nikt nie wyłożył tych podstaw, gdy zaczynałem w dwa tysiące siódmym… a nazywam się Jerzy Ogór.

Już za dzieciaka nie miałem łatwo. Po szkole krążyła nawet rymowanka na mój temat: „Jerzy Ogór, co się za nim ciągnie gówna odór”; konsekwencja przykrego wypadku na obozie szermierczym i zaufania niewłaściwej osobie. W okresie dojrzewania było tylko gorzej, ale nie chcę się rozwarstwiać; dzieci są okrutne i tyle w temacie.

Najłatwiej byłoby nie zwracać na to uwagi. Skupić się na sobie, przeć do przodu i takie tam. Ale ja tak nie potrafiłem. Musiała minąć dekada, nim nabrałem znieczulicy na wbijane zewsząd szpile. Posunęło się to do tego stopnia, że właściwie zapomniałem, że mam tak na nazwisko. A gdy już trafił się cwaniaczek z wrednym poczuciem humoru, zbywałem go śmiechem. To zresztą ważna część dojrzewania; zrozumienie, że nie na wszystko można mieć wpływ, a do pewnych elementów własnego Ja lepiej nabrać dystansu, niż wszczynać wojnę ze światem. Ta ogólnikowa formuła filozofii zen pomogła mi lepiej żyć i nabrać pokory… A wszystko szlag trafił właśnie w zero siedem.

Napisałem książkę, znalazłem wydawcę, który zakontraktował mnie bez mrugnięcia okiem, a potem powieść znalazła się na półkach księgarni. Po kilku tygodniach umówiliśmy się na rozmowę w cztery oczy, by podsumować sprzedaż.

Pięćset egzemplarzy. Pięćset. Pieprzonych. Egzemplarzy. Ależ to było żałosne. Cała pewność siebie, zbudowana w trakcie kilku minionych miesięcy rozprysła się na drobne kawałeczki. Siedząc zdruzgotany na starym fotelu, chciałem utonąć gdzieś w jego zakamarkach. Czułem, że potrzebuję pocieszenia; słów w rodzaju: „Wiesz młody, nie przejmuj się. Mało kto zaczyna od jedynki w empiku. Rozkręcisz się”. Ale pan Janusz nie miał litości:

– Słuchaj, misiu. Jest tragedia! Nawet pościelówy nie zaczynają tak słabo! Wiesz ile mamony przez ciebie straciłem?! Druk, dystrybucja, reklama, myślisz że to wszystko na piękne oczy?! Kasa, misiu, kasa! Myślisz, że ten gabinet to za co? Za dzięgi?! – Pan Janusz dopalił papierosa, wcisnął go w gąszcz niedopałków w popielniczce i zapalił kolejnego. – Posłuchaj bardzo uważnie: albo następnym razem się przyłożysz, albo z księgowym zrobię takie czary mary, że nie dostaniesz złamanego grosza! I jeszcze będziesz mi dopłacać do interesu, żeby pokryć straty! Wiesz ilu ludzi wydałem? Przez to wydawnictwo przewinęło się więcej pisarzy, niż ty miałeś frytek w mordzie, ale żaden mnie tak nie rozczarował! Żeby tylko mnie! Czytałeś recenzje? Chociaż jedną? Kurwa, zastanawiam się czy potrafisz czytać, bo co do pisania mam spore wątpliwości. Józefie i Maryjo! Co ja wam uczyniłem, że tak mnie pokaraliście?! – Ostatni raz zaciągnął się papierosem, upchnął go w już przepełnionej popielniczce i zapalił jeszcze jednego. – Trzeba też następnym razem maksymalnie ukryć twoje nazwisko. Ogór… Jakbym miał przeczytać instrukcję odkurzacza. Grafik od okładki myśli podobnie, ludzie z dystrybucji też. Źle im się to kojarzy. Trzeba było, młody, myśleć przed kontraktem.

Mówił tak jeszcze kilka minut, po czym zgasił papierosa i zapalił kolejnego.

Nienawidziłem go. Stary krętacz i stały bywalec krajowego rejestru długów. Wchodząc na rynek wydawniczy obrał bardzo precyzyjny kurs prowadzenia interesu. Jeden: brać wszystkich jak leci. Dwa: oszczędzać tam, gdzie nikt nie pomyśli, żeby oszczędzać. I trzy: wyciskać autorów jak sok z cytryny. Darzyłem go szczerą i czystą nienawiścią, która jedynie w jego obecności, ustępowała miejsca przerażeniu.

Po powrocie do domu i wypłakaniu wszystkich emocji w poduszkę, podszedłem do sprawy na chłodno. Znalazłem proste rozwiązanie problemu. Wziąłem telefon i zaproponowałem zakończenie umowy za porozumieniem stron i podpisanie takiej, która pozwoliłaby wydawać kolejne rzeczy pod pseudonimem. Pan Janusz stanowczo odmówił i rozłączył się.

Dopiero wtedy wczytałem się w umowę i ze skupieniem przebrnąłem przez meandry prawniczego żargonu. Zrozumiałem, dlaczego pan Janusz, chce dobrnąć do końca naszego kontraktu. Przy okazji doszło do mnie, kto tu ściąga spodnie i jest rżnięty. Rozumiecie, że zgodnie z umową, w przypadku sprzedaży pierwszych pięciu tysięcy egzemplarzy, wydawca zyskiwał możliwość do wydzierżawienia prawa do wznowienia wydruku wraz z dystrybucją drugiemu podmiotowi, żeby w torcie do podziału pominąć mój udział?

Cały mój zapał do tworzenia przeminął. Tylko jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Jego przytyk odnośnie kiepskich recenzji. Przejrzałem je wszystkie; pan Janusz trochę to wyolbrzymił, choć nie rozminął się od końca z prawdą. Były w nich wymienione wady, których sam faktycznie nie zauważyłem, ale jedno zdanie – w mniej lub bardziej zmienionej formie – pojawiało się nad wyraz często. Mianowicie: „Jest to jakiś kawał fantasy, ale warsztatowo niedopieszczony”.

Tego już nie potrafiłem przyjąć do wiadomości. Wielokrotnie sprawdzałem tekst przed puszczeniem do druku. W pewnym momencie znałem na pamięć rozmieszczenie każdej kropki czy przecinka (pan Janusz oczywiście nie zatrudniał redaktora, przez co ciężar przemielenia tekstu i naniesienia poprawek spadał na moje barki), ale punktu zapalnego w moim odczuciu nie było. Taka opinia wyglądała mi na nic innego jak recenzencki bełkot; próbę rzucania mięsem dla poklasku, bo Polacy uwielbiają gdy komuś powija się noga. Wziąłem sobie za cel wyjaśnienie wszystkim, jak bardzo się mylą.

 

Minął rok. Premiera drugiej książki wyglądała lepiej (dwa tysiące egzemplarzy w pierwszych dwóch miesiącach… dlaczego ten wynik mnie tak satysfakcjonował?!), ale odczucia recenzentów pozostawały niezmienne. Wciąż coś im śmierdziało, ale tak jak wcześniej w kwestii nazwiska, znieczuliłem się. Co więcej, wmówiłem sobie, że nie potrafią poznać się na oryginalnym stylu; że boli ich wielki Jerzy Ogór.

Nowa pewność siebie nie podnosiła słupków sprzedaży, ale okazała się niezbędna do ukończenia trzeciej książki. Wtedy wszystko się zmieniło.

 

***

 

Był grudzień dwa tysiące dziewiątego roku. Spadł pierwszy śnieg, co oczywiście sparaliżowało połowę polskich miast, w tym moją rodzinną mieścinę. Na ulicy przechodnie z wyraźnym deficytem witaminy D przeklinali pogodę, rozkopane drogi, idące w górę ceny nieruchomości i co tam jeszcze mogła ślina na język przynieść. Byłem tego przeciwieństwem. Nawet gdybym się dowiedział, że to początek epoki lodowcowej, nie straciłbym dobrego humoru.

Siedziałem spokojnie w mieszkaniu, popijając gorącą herbatę. Zegar naścienny wskazywał dopiero dwunastą; miałem dzień wolny na uczelni i byłem jeszcze nieco upalony po porannym blancie. Słuchając, jak drukarka w pocie czoła wypluwa z siebie trzysta stron skończonego tekstu kręciłem kolejnego bata. Nie miałem tak dobrego dnia, chyba odkąd dostałem się na politechnikę.

Moja trzecia powieść (tym razem padło na kryminał; nie potrafiłem do końca spełnić się w fantastyce), była kluczem do oswobodzenia się z kajdan kontraktu. Jeszcze przed uruchomieniem Worda powziąłem decyzję, by nie wysyłać później książki pocztą – pan Janusz oczywiście nie korzystał z internetu. Chciałem wejść do jego gabinetu, rzucić druk na biurko, pozdrowić środkowym palcem i delektować się wolnością, w oczekiwaniu na przelew.

Ta wizja była motorem napędowym pracy twórczej; nigdy wcześniej nie pisałem tak szybko i z takim zapałem. Jasne, że czasem z tyłu głowy odzywał się szatan i szeptał komentarze w stylu: „warsztatowo niedopieszczony”, ale ponowne odkrycie kojących właściwości konopi indyjskich było jak znalezienie szalupy na tonącym okręcie. Miałem przeczucie nadchodzącego przełomu.

Gdy drukarka po długiej pracy zamilkła, zgarnąłem tekst do plecaka, tłustego batata do kieszeni i wyszedłem na mróz.

 

Biurowiec był w rzeczywistości pozostałością po komunistycznych zakładach produkcyjnych. Miasto nie miało pieniędzy na zburzenie takiego molocha, więc jakiś urzędas zaproponował prawny myk, polegający na przemianowaniu tej ruiny na strefę biznesu. Z wad pomysłu: zainteresowany był zobligowany do wyremontowania wynajmowanej części, zgodnie z odgórnie narzuconym projektem. Z plusów: czynsz był skandalicznie niski.

Stróżówkę przy szlabanie zagradzającym drogę na teren zakładu zajmował Remek, emerytowany górnik, któremu lepiej było w ciasnej budce, niż w otrzymanej lata wcześniej od zakładu klitce. Mieliśmy bardzo dobry kontakt.

– Dzień dobry, Jurku. Ale pogoda, co?

– Nie do życia. Winda już działa?

– Oddali ją do użytku jakoś tydzień temu. Do pana Scrooge'a, co?

Uśmiechnąłem się. W całej strefie plotkowano na temat pana Janusza, i jak zazwyczaj takie pogłoski okazują się wyssane z palca, tak w tym przypadku doskonale oddawały rzeczywistość.

– Ostatni dzień niewoli egipskiej.

– To chyba musimy to uczcić!

Sięgnął do jednej z szuflad i zaoferował się ćwiartką wiśniówki. Jak tu odmówić, gdy jest taka okazja do świętowania?

Pociągnęliśmy z flaszki, pijąc za zdrowie wszystkich prywaciarzy.

– Dopiero co skończyłem twoją poprzednią książkę, a ty już przynosisz następną – zagadał ochroniarz.

– Przeczytałeś? I jak?

– Cóż…

Zrobił dłuższą pauzę szukając odpowiednich słów, ale tyle mi wystarczyło. Podejrzewałem, że będzie to owinięty w aksamit banał, niemający wiele wspólnego ze szczerą opinią. Nawet dziś nie lubię, gdy ludzie zmuszają się do udawanej serdeczności.

– Dokończysz innym razem. Biegnę, zanim Janusz podpisze za mnie kolejny kontrakt.

Wskoczyłem do windy. Kabina ruszyła w górę, a do mnie zaczęło docierać, co właściwie się szykuje. Czułem, jak lepkie od potu są moje dłonie. Przed przekroczeniem bramy zakładu miałem ułożony plan idealny: wejść, rzucić tekst na biurko, splunąć w twarz Januszowi, wyjść. Cztery proste punkty. Ale w tej metalowej puszce, z każdym centymetrem w górę, plan zdawał się coraz bardziej absurdalny.

Ding! – drzwi windy rozwarły się na oścież.

Szybkim krokiem przemierzałem labirynt korytarzy. Serce waliło w klatce piersiowej nadając tym samym dziki rytm rozgrywanej wewnątrz wojnie. Jedno Ja szło w zaparte, pragnąc za wszelką cenę uwolnić się od Janusza. To drugie wydawało się bardziej rozsądne, zadając trafne pytanie: kto będzie chciał cię wydać?

Byłem bliski załamania nerwowego. Kilka ostatnich metrów pokonałem prawie biegnąc. Wpadłem do gabinetu pana Janusza. Drzwi zatrzasnęły się za mną z hukiem. Zamknąłem oczy, pewny wybuchu niekontrolowanego gniewu.

Ale coś się nie zgadzało.

„Kupił odświeżacz powietrza?”

Ta myśl naszła mnie nim otworzyłem oczy. To był dosłownie ułamek sekundy. Pierwszy impuls w mózgu. A myśl wynikała z tego, że każdej wizycie w jego biurze towarzyszył szturmujący nozdrza smród wypalonych petów i taniej wody kolońskiej. Wtedy było zupełnie inaczej, w dodatku bardzo znajomo; jakbym znów miał sześć lat i spacerował za rękę z matką, plażą nad Bałtykiem.

Otworzyłem oczy; poczułem zawrót głowy. Wykonałem kilka chwiejnych kroków, przez co momentalnie napadły mnie mdłości. Wydawało mi się, że podłoga się rusza.

„Jestem jeszcze zjarany. Na bank”.

To wyjaśnienie tłumaczyłoby nie tyle potencjalne problemy z błędnikiem, co drastyczną zmianę wystroju. Szarą i smutną tapetę zastąpiła zbitka obsmarowanych smołą, grubych desek. Zniknęły wszystkie okna. Jedynym źródłem światła były zawieszone na belkach lampiony, z jakimi dzieci chodzą do kościoła w okresie adwentowym. Wyparowały wysłużone meble. Zastąpiły je dziesiątki skrzyń, każda z nich oznaczona wymyślną inskrypcją. Gdy oczy przyzwyczaiły się do słabego, pomarańczowego światła, udało mi się odczytać napis: Kompania wydawniczo-redakcyjna.

„Ktoś robi Januszowi konkurencję. I to tuż pod nosem”.

Chciałem wyjść z powrotem na korytarz, nim ktoś mógłby mnie zauważyć. Szarpnąłem klamkę, ale drzwi ani drgnęły. Użycie wszystkich sił nie przyniosło większych efektów. Zatrzasnęły się na dobre.

Wtedy na końcu pomieszczenia zauważyłem biegnące w górę schodki, tak wąskie że bardziej przypominały drabinę. Wyglądały na jedyne wyjście. Nie miałem najmniejszej ochoty myszkować po reszcie pomieszczenia. Bałem się, jak ktoś mógłby zareagować na mój widok, w szczególności ochrona. Żeby poruszać się na terenie obiektu konieczny był identyfikator, którego w pospiechu zapomniałem wziąć od Remka.

„Pewnie to wyjście na schody pożarowe. W najgorszym wypadku ucieknę. Stąd nie może być daleko do gabinetu Janusza”.

Drabino-schody prowadziły do włazu. Klapa była cholernie ciężka, ale w końcu skrzypiące zawiasy puściły. Gdy tylko wychyliłem głowę, by rozejrzeć się gdzie trafiłem, zaparło mi dech w piersiach.

„Co do…”

Przetarłem oczy ze zdumienia. Znalazłem się na okręcie. Wspaniałym okręcie! Wielkością musiał przypominać gdyński Dar Młodzieży, ale o znacznie praktyczniejszym przeznaczeniu. Pokład był brudny i starty od taszczonych po nim skrzyń; przy którejś burcie (nigdy nie rozróżniam bak– od sterburty) stały armaty, a dookoła krzątało się ludzkie mrowie. To nie byli Azjaci z aparatami fotograficznymi, tylko prawdziwi marynarze. Obdarci, zarośnięci i często wytatuowani od stóp do głów.

„Tyle mi wystarczy”.

Chciałem się ukryć, ale ktoś złapał mnie za plecak i wyciągnął z przejścia jakbym był szmacianą lalką. Osiłek, który to zrobił miał w łapach krzepę. Bez najmniejszego wysiłku ciągnął mnie po pokładzie, szybkim krokiem uniemożliwiając godne zachowanie. Pokonawszy kilka zakręconych stopni rzucił mnie na deski pod nogi siedzącej przy stole kobiety.

Na jej widok o mało co nie dostałem zawału. Dałbym sobie rękę uciąć, że to moja nauczycielka polskiego, z czasów podstawówki. Była mocno przy kości, miała te same kręcone loki koloru słomy, a nawet identyczny wyraz twarzy gdy się skupiała; w tym przypadku nad skrobanym listem.

– Znalazłem pasażera na gapę, pani kapitan!

– Dziękuję, Rzekłow – odpowiedziała, nie odrywając oczu od tekstu.

„Kobieta-kapitan?” – przyszło mi do głowy. Sam nie wiem dlaczego akurat to było największym zaskoczeniem. W końcu te kilka ostatnich minut to bliżej niewyjaśniony haj w motywie późnego Tima Burtona, ale z klimatem “Piratów” Polańskiego… ale mnie w tym wszystkim najbardziej zaskoczyła kobieta na stanowisku kapitana. Walka o równouprawnienie była jednak konieczna.

– Wytłumaczysz swoją obecność na moim okręcie, nim zagonię cię do szorowania pokładu?

– Kapitanie… pani Kapitan… Ja tylko chciałbym, żeby ktoś mi ten… otworzył drzwi na dole. Pod pokładem w sensie.

To było najbardziej połamane zdanie, jakie w życiu wydukałem. Ale wystarczyło, by ją zaintrygować. Odłożyła gęsie pióro i zaszczyciła mnie spojrzeniem. Jej twarz rozpromieniała, jakby zobaczyła starego przyjaciela.

– Tymi drzwiami można wyjść w dowolnym momencie, panie Ogór.

– Nie wydaje mi się… Skąd? 

– To później do tego przejdziemy. Jak miło, że nareszcie pan do nas trafił! Zaczynałam mieć poważne obawy.

– Nareszcie?

– Niechże pan da mi w końcu klucz i zejdziemy do ładowni.

– Klucz?

– Do pana skrzyni. Czeka już od bardzo dawna.

– Skrzyni?

– Pan jest idiotą, panie Ogór?

– Nie, pani kapitan. Nie jestem.

I była to jedyna odpowiedź, której byłem pewny. Jednakże, zmarszczka między brwiami pani kapitan sugerowała, że jest odmiennego zdania. Zerwała się z krzesła.

– Siadaj, panie Ogór. Diddy Scalié! Do mnie! – krzyknęła na całe gardło.

Posłusznie wykonałem jej polecenie. Moje zaskoczenie raz przybierało na sile, raz malało. Chciałem zadać parę pytań… Tfu! – mnóstwo pytań! Ale bardzo szybko zjawił się chudy chłopak, może kilka lat starszy ode mnie, z pyszną miną, ubrany w purpurowy surdut. Z miejsca go nie polubiłem.

Oboje odwrócili się do mnie plecami, choć nie wiem w jakim celu. Rozmawiali na tyle głośno i wyraźnie, że zrozumiałem każde słowo.

– Diddy, on twierdzi że nie ma klucza.

– Cóż, to nietypowe, ale możliwe – odpowiedział nadąsanym tonem, jakby znał każdą tajemnicę wszechświata. Jeszcze bardziej go nie lubiłem.

– Właśnie, że nie. To niemożliwe, Diddy. Jesteśmy punktem kulminacyjnym prostego opowiadania, którego bohater dostał w spadku po dziadku klucz, do największego skarbu jaki tylko można sobie wyobrazić…

– Którym prawie zawsze musi być prawda o samym sobie, najczęściej dość banalna.

– Dobrze wiesz, że chodzi o coś więcej. To przyjemna historia, trochę familijna, o odnajdywaniu własnego ja. Ten schemat się nie zmienia, a Ogór-gówna-odór, jak ma skrzynię to musi mieć i klucz.

„Ałć, to zabolało”.

– Wydaje mi się, że klucz pojawi się w faktycznym punkcie kulminacyjnym. Przy odpowiednim pomyśle, motyw dziadka mógł zostać jedynie marginalnie nakreślony, lub w ogóle usunięty. Rozwijając tę tezę, pokuszę się o stwierdzenie, że w tym opowiadaniu zostaliśmy wzniesieni do pozycji osi akcji. 

– Co ty pleciesz, Diddy? Oś akcji? Kto to napisał?

– Kulosław.

– Chryste… facet ma problemy z kompozycją utworów.

– To prawda. Dlatego sądzę, że powinniśmy skończyć dyskusję, żeby akt zbytnio się nie rozwlekł.

– Niech będzie. Trzeba robić, co do nas należy.

 

***

 

Pani kapitan oddała mnie pod opiekę chłopaka. Jako, że okazała się kiepskim źródłem informacji, przemogłem niechęć i zalałem Diddy'ego falą pytań. Nie odpowiedział na żadne. W zamian oprowadził mnie po statku, szerokim łukiem omijając jedynie dziób okrętu.

– To miejsce, w którym pani kapitan wyjawia bohaterowi, jak bliski dla niej był jego dziadek. Ciebie to nie dotyczy.

Zapoznał mnie również z załogą. Muszę przyznać, że była to ciekawa zgraja o dziwnych imionach. Z każdym wymieniłem uścisk dłoni i kilka słów. Wydawali się serdeczni i przyjacielscy. Przy jednej grupce zatrzymaliśmy się nieco dłużej. Ćwiczyli szermierkę, a gdy zauważyli moje zainteresowanie zaproponowali sparing. Diddy nie odzywał się, a ja stwierdziłem, że nie mam nic do stracenia.

Walczyliśmy na drewniane kije. Fatalnie wyważone, z rękojeścią pozostawiającą mnóstwo drzazg. Pierwsze dwa sparingi skończyłem w pięciu, może sześciu ruchach. Ostatni z majtków, widząc to, obrał bardziej defensywną strategię. Wystarczyły trzy ruchy. Ucieszyło mnie, że mięśnie dobrze pamiętają lekcje z przeszłości. A jeszcze bardziej mnie ucieszyło, gdy zaczęli prosić o wskazówki i porady.

 

Po dwóch godzinach znałem statek lepiej niż własne mieszkanie. Zacząłem się nieco niecierpliwić, za to Diddy uparcie powtarzał: “Coś się powinno stać… Coś się powinno wydarzyć”. W końcu postanowił, że powtórzymy wszystkie czynności, zmieniając ich kolejność. To przelało czarę goryczy.

– Słuchaj. Nie chcę tu zostać. Mam książkę do zdania, spieszy mi się. Pani kapitan powiedziała, że przez te drzwi…

Tap! – coś spadło na mój bark. Starłem to palcami…

„Fuj!”

Jedna z mew ubarwiła moją kurtkę. Spojrzałem w górę, szukając tego szkodnika, i zauważyłem chmarę ptaków. Nie wydawały żadnego odgłosu, ani jednego: „Kekek! Kekek!”. Zupełnie jakby przed czymś uciekały; osobliwe zjawisko.

Odwróciłem się. Przez chwilę myślałem, że na wschodnim horyzoncie są góry. Wtedy wiatr gwałtownie szarpnął żaglami. Po pokładzie niósł się szmer załogi, głośniejszy z każdą chwilą. Góry rosły w oczach i uświadomiłem sobie, że to musi być sztorm. Ale bardzo daleko, w samym jądrze tej ciemności, znajdował się niewielki punkt. Wyglądał na statek.

– Diddy, co to?

Chłopak przystanął przy relingu i wyciągnął zza pasa lunetę. Głęboko westchnął, nim zdobył się na wyjaśnienie.

– Zawiązanie akcji, panie Ogór.

 

Razem z panią kapitan i przemądrzałym chłopakiem zajęliśmy rufę. Wszyscy zdawali się wiedzieć, co nas czeka. Wszyscy, z wyjątkiem mnie.

– Ktoś mi wytłumaczy, o co chodzi?!

– Cóż, panie Ogór – zaczęła pani kapitan. – Pana obecność sprowadziła na nas piratów.

– Piratów? – powtórzyłem jak papuga.

– Jeśli mnie oczy nie mylą – podjął Diddy, chowając za pas lunetę – to Szybko Mknąca Mary, Nebulo.

– Graif von Manique. Parszywe bydlę – uzupełniła pani kapitan. – Jego załoga to najgorsze łajdaki, jakich można spotkać. Trzeba się dobrze przygotować. To nie będzie łatwa przeprawa.

– Nie będzie? – zapytałem coraz bardziej przerażony.

– Graif nie ma w zwyczaju brać jeńców, panie Ogór – odpowiedział Diddy.

– To może zdołacie im uciec? Po co się przygotowywać?

– Mary jest najszybszą łajbą na tych wodach, panie Ogór. Pod tym względem, jesteśmy bez szans.

„Świetnie”.

Pani kapitan chwyciła za ster. Łapiąc wiatr w żagle, manewrowała okrętem, próbując ustawić nas w najlepszej pozycji. Obserwowałem w tym czasie załogę. Ich ruchy wydawały się gorączkowe; widziałem, jacy są spięci. Ale widziałem również, jak dobrze zostali przygotowani na taką ewentualność. Część z marynarzy ładowała armaty i ustawiała je w dwóch szeregach przy relingu. Inni wyposażali się w broń; brali szable, sztylety i toporki. Rzekłow – ta kupa mięśni – krążył między kamratami rozsypując po pokładzie piasek. Diddy wziął od jednego z marynarzy butelkę rumu, z której sam chętnie skorzystałem. Wydano mi również szablę. Przez chwilę myślałem, że to żart, w końcu do czego mogła być mi potrzebna, ale wyraz twarzy Diddy'ego nie pozostawiał wątpliwości.

„Chyba faktycznie, lepiej nie stać z pustymi rękami”.

Spadł deszcz. Wraz z nim pojawiły się rozświetlające niebo pioruny. Fale przybierały na sile, raz za razem próbując przewrócić okręt, zalewając przy tym pokład słoną wodą. Wydawałoby się, że na załodze nie robi to żadnego wrażenia. Stali cisi i skupieni na wyznaczonych pozycjach, podczas gdy pani kapitan coraz rozpaczliwiej szarpała się ze sterem. Piratom żywioł najwidoczniej szedł na rękę. Byli już tak blisko, że widziałem ich żądne mordu spojrzenia.

Pani kapitan wyczekała moment do granic opłacalności.

– Ognia!

Powietrze przeszył ogłuszający huk. Błysnął piorun, a grom zawtórował oddanej salwie. Marynarze ładowali armaty, podczas gdy druga grupa ostrzeliwała wrogi okręt. Działali jak w zegarku, co pół minuty serwując wrogowi kolejną porcję niszczycielskich kul. To było jak gradobicie. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak jakikolwiek obiekt, mógłby wyjść z tego cało. Piratom ta sztuka nie tylko się udała, ale nie utracili przy tym zawrotnej szybkości. Mary bardzo szybko skróciła dzielący nas dystans.

 

Byłem pewien, że nas staranują i pójdziemy na dno. W ostatniej chwili Graif von Manique zakręcił sterem, jakby wprowadzał samochód w poślizg. Szybko Mknąca Mary wykonała zwrot o dziewięćdziesiąt stopni i zderzyła się kadłubem z naszym statkiem. Tych, którzy nie zdążyli znaleźć podparcia ścięło z nóg. 

Zbłąkany ładunek elektryczny błysnął niebezpiecznie blisko, ale nie usłyszałem grzmotu. Zagłuszył go kapitan piratów:

– Do abordażu!

Pani kapitan nie pozostawała mu dłużna:

– Do broni, panowie!

Rozpętało się piekło. Horda identycznych, obdartych chudzielców wdzierała się na pokład po zarzuconych rampach i przy użyciu lin. Zaatakowali jak dzikie zwierzęta; rąbiąc i siekając przypominali tornado z mięśni i żelaza. Nie było w tym żadnego stylu, tylko bezwzględna siła. Wszystkie lekcje odebrane lata wcześniej, godziny spędzone na trenowaniu wypadów i nienagannej pozycji, bledły w starciu z prymitywną i dziką energią. Ta świadomość uwolniła pokłady adrenaliny, która nie bez powodu, nazywana jest hormonem ucieczki.

„Co ja tutaj robię?!”

Spanikowałem.

Puściłem się biegiem przez śliski pokład. Pani kapitan mówiła, że drzwiami można wyjść w dowolnym momencie. To był mój dowolny moment! Unikając ze wszystkich sił nadziania na wrogie ostrze zbliżałem się do klapy w podłodze. Burza rozszalała się na dobre. Piorun uderzył w maszt statku Kompanii, rozrywając bocianie gniazdo na drobne kawałeczki. Piratów z każdą chwilą przybywało. Starcie przypominało walkę osy z rojem mrówek.

Przed samym zejściem straciłem równowagę. Padając na ziemię skręciłem sobie nadgarstek, ale mózg nawet tego nie odnotował. W całości pochłonął mnie widok sztywnego ciała Rzekłowa. To na plamie jego krwi się przewróciłem. Wydawało mi się, że osiłek jedynie odpoczywa, że zaraz wstanie i podniesie mnie znów za plecak. To już nigdy nie miało się wydarzyć. I niewiele brakowało, bym skończył podobnie.

Za moimi plecami rozległ się bojowy okrzyk. Gdy się odwróciłem było już za późno. Obszarpany pirat z uniesionym toporem szarżował w moim kierunku. Być może to dziwne, ale jego widok mnie uspokoił. Nie miałem żadnej szansy uniknięcia śmierci. Pewność wydarzeń potrafi przynieść ukojenie.

Czas zwolnił. Zawsze sądziłem, że w takich chwilach przed oczami przelatuje całe życie. Ja zobaczyłem tylko, jak Diddy Scalié pojawia się znikąd i blokuje szablą zabójcze uderzenie.

Zastygłem. Sam nie wiem, co było bardziej szokujące. To, że przeżyłem, czy to, że obronił mnie najbardziej znienawidzony członek załogi. W każdym razie, nie potrafiłem ruszyć się z miejsca. Ani w stronę luku, ani by pomóc Diddy'emu, który okazał się fatalnym szermierzem. Po tym jak zablokował uderzenie, udało mu się wyprowadzić kontratak, ale odsłonił przy tym swój bok, co przeciwnik momentalnie wykorzystał rozłupując jego żebra. Diddy padł na ziemię. Gdyby nie jego odwaga, sam bym tak skończył.

To było dla mnie zbyt wiele. Na widok rannego chłopaka wpadłem w szał. Wkurwiłem się. To uczucie było czymś nowym i nieznanym.

Podniosłem się z pokładu. Ciało było lekkie jak piórko. Szabla w dłoni również. Natarłem na pirata i wziąłem szeroki zamach. Osłonił się, ale co z tego? Dysponowałem nadludzką siłą. Wybiłem mu topór z rąk i natychmiast ciąłem z drugiej strony, posyłając szumowinę na deski. Moja krew była gorąca; czułem, że jestem w stanie wyciąć wszystkich piratów w pień. Ale to wrażenie szybko minęło. Dostałem potężnych drgawek. Zwymiotowałem na deski.

„Kurwa… czy ja go zabiłem?! Naprawdę to zrobiłem?!”

– Panie… Ogór… – zawołał mnie Diddy.

Rzuciłem się na kolana przy chłopaku. Moje rozterki moralne musiały zaczekać. Potrzebował mnie kompan.

– Diddy, cholera, wyjdziesz z tego!

– Na pewno. – Przerwał mu duszący kaszel. Chłopak splunął krwią. Coraz mniej wierzyłem w nasze wspólne kłamstwo. – Taką miałem rolę do odegrania. Musisz ich pokonać!

– Jak? Diddy, jest ich za dużo! Jak mam to niby zrobić?!

– Pióro… jest silniejsze… od miecza… kurwa, jak boli!

– Co? Mam coś napisać?!

Chłopak wolną ręką złapał mnie za koszulkę i spojrzał głęboko w oczy.

– Broń… Boże – wydusił z siebie.

Walki ustały. Podniosłem głowę; piraci byli gotowi do dalszej rzezi, ale coś ich powstrzymywało. Moi kamraci wyglądali przy nich jak po kilku nocach bez snu; osiągnęli granicę wytrzymałości. Wtedy na jedną z ramp wszedł wysoki mężczyzna, z burzą fioletowych włosów i gęstą zieloną brodą. Miał opaskę na oku, sięgający kostek ciężki płaszcz, kilka kilogramów złota na karku i hak w zastępstwie lewej dłoni. Ten stereotypowy wygląd pozwolił mi odgadnąć z kim mam do czynienia. Graif von Manique.

– Panie Ogór! Dziękuję za zaproszenie! – krzyknął, kłaniając mi się w pas.

„Dlaczego on mi dziękuje? I skąd wszyscy znają moje imię?”

Wtedy poczułem ukłucie w sercu. Nie dosłowne, tylko metaforyczne. Układanka nabierała kształtów.

„Graif von Manique… Graivonmanique… Szybko Mknąca Mary… Kompania wydawniczo-literacka… Recenzje… Remek ze stróżówki… Nawet przeklęty Janusz… Wszyscy mają rację?”.

Rzuciłem szablę. Przyjmując za pewnik słowa Diddy’ego, broń zdolna do przechylenia szali, kryła się w plecaku. 

Wyciągnąłem tekst, moje wybawienie od Janusza. Piraci nawet nie drgnęli, tylko złowrogi kapitan przyglądał się zaniepokojony. To sprawiło mi większą przykrość; potwierdzało jedynie przypuszczenie.

Wziąłem losową kartkę. Krople deszczu moczyły stronicę, ale wystarczyło mi sprawdzić pierwszy lepszy akapit. 

Arek złapał w swoje silne ramiona Katarzynę, po czym przywarł do niej swoimi ustami, ponieważ jej usta były tak ponętne, że nie wierzył, że ktokolwiek na świecie, ma siłę oprzeć się im…”

„O kurwa… to ja tak piszę?”

Podarłem kartkę na drobne kawałeczki.

Między okrętami wybuchł gejzer, wstrząsając złączonymi statkami. Kilku piratów, ustawionych zbyt blisko relingu, wypadło za burtę. Pod powiekami gromadziły się łzy. Wziąłem inną kartkę.

Arek klęczał na kolanach przy wielkiej plamie krwi, która przypominała mu kałużę, ale była czerwona. To było miejsce zbrodni i Arek to wiedział, tylko nie wiedział tego, kto tą zbrodnię popełnił…

Podarłem kolejną stronicę. Piorun uderzył w dziób Szybko Mknącej Mary, niszcząc zawieszoną tam figurę syreny. Piraci zrozumieli co się dzieje. Wybuchła wśród nich panika, zaczęli uciekać z okrętu; Graif próbował przywrócić dyscyplinę, ale porwał go potok chudych ciał.

Nie zaprzestałem nawet gdy wszyscy uciekli. Drżącymi rękami unicestwiałem swoje ostatnie dzieło na kawałki, czując jak umieram od środka. Gdy zamieniłem w konfetti ostatnią stronę tej… szmiry, potężna fala rozdzieliła nasze okręty. Piracki statek, jak na pstryknięcie magicznych palców, złapał wiatr w żagle i zaczął szybko się oddalać. Członkowie załogi nawet nie pomyśleli, by wszcząć pościg, lub oddać salwę z armat. Wszyscy trwali w uniesieniu. Skandowali moje imię, zupełnie jakbym zrobił coś wielkiego. A było wręcz przeciwnie.

 

***

 

Załoga otwierała kolejne butelki rumu, gdy ja stałem na dziobie, obserwując skaczące delfiny. Było to na swój sposób kojące. Figlujące zwierzęta, bez osobistego celu w życiu; tylko jedzenie, sen i kopulacja. Zastanawiałem się, czy też tak potrafię; nie dążyć nigdzie.

Pani kapitan zajęła miejsce obok mnie.

– Diddy wyliże się z tego. Może nie wygląda, ale jest twardy – zagadała.

– Szkoda Rzekłowa.

– Cóż, był już archaizmem. Na każdego przychodzi czas.

Przez chwilę towarzyszyła nam cisza. Kapitan Nebula wyciągnęła w tym czasie fajkę i niespiesznie ją rozpaliła. Bałem się zapytać, czy Graif von Manique mówił prawdę. Czy to wszystko przeze mnie. Zrobiłem to chyba tylko po to, żeby się bardziej zdołować.

– Jak nas znaleźli?

– Graif jest jak rekin. Z wielu kilometrów wyczuje zły tekst. To go przyciąga.

– Czyli to wszystko moja wina.

– Nie myśl o tym w ten sposób. Taki jest schemat bohatera. Musiałeś w sposób symboliczny narodzić się na nowo. Wszyscy przez to przechodzą…

– I stają się bohaterami! Ja zostałem nikim.

Wypuściła gęstą chmurę dymu.

– Chodź za mną.

Nie dała mi zaprotestować. Delfiny zdążyły już odpłynąć, więc co innego miałbym zrobić?

Przeszliśmy wspólnie do luku, od którego wszystko się zaczęło. Wzięła jedną z lamp i podchodziła do każdej ze skrzyń. Gdy znalazła właściwą, przywołała mnie gestem.

– Ta jest dla pana.

– Przecież już mówiłem, nie mam klucza! – odpowiedziałem poirytowany.

– Na pewno? Może jednak upewnisz się?

Zrezygnowany i poirytowany wywróciłem plecak na drugą stronę; sprawdziłem i przetrząsnąłem każdą kieszeń, od spodni po kurtkę, ale oczywiście niczego nie znalazłem. Wtedy sięgnąłem do miejsca, w którym wcześniej schowałem blanta. Moje palce zacisnęły się na metalowym przedmiocie. 

Wyciągnąłem z kieszeni złoty, staroświecki klucz.

– To zioło jest kluczem?

– Co? Nie! Cholera. Po prostu otwórz skrzynię.

Klęknąłem przed ładunkiem; przekręciłem kluczem i otwarłem wieko. W środku było kilkadziesiąt oprawionych książek. Wydawało mi się to bardzo złośliwe.

– To było chamskie i niepotrzebne. Już wiem, że nie potrafię pisać. Po prostu wypuść mnie stąd i daj mi się załamać.

– Panie Ogór, pan jednak jest idiotą. To pana książki!

– Słucham?

– A raczej pana przyszłe książki. Te, które napisze pan w przyszłości. Kilka z nich to naprawdę świetne pozycje. Reszta jest na bardzo dobrym poziomie.

– Przecież, ja nie potrafię pisać…

– To prawda. Nie potrafi pan. I tylko dzięki temu, może pan się nauczyć.

Zabrakło mi słów. Po policzkach spłynęły łzy, ale starłem je wierzchem dłoni.

„Droga bohatera, tak?”

– Mam zabrać całą skrzynię, czy mogę przychodzić po każdą po kolei?

– Panie Ogór… – odparła zrezygnowanym tonem i wzięła głęboki oddech. – Wszystkie są w pana głowie.

Nie miałem więcej pytań. Podziękowałem jej za wszystko, co dla mnie zrobiła, i kazałem doprowadzić Diddy'ego do porządku. Powiedziała mi tylko, żebym nie przedłużał niepotrzebnie aktu i w końcu wrócił do swojego świata. Uścisnęliśmy sobie dłonie na pożegnanie; tyle, żadnych ckliwych czułości. Tym razem drzwi były otwarte.

 

Oczy zaszły mi łzami od papierosowego dymu. Pan Janusz siedział przy biurku i rozwiązywał krzyżówkę. Wszystko wyglądało po staremu. Zerknąłem z powrotem za drzwi, ale moja głowa znalazła się na korytarzu biurowca.

– Co chcesz? – zagadał szorstkim głosem.

– Mam książkę…

– To dawaj ją i spadaj. Jestem zajęty.

Automatycznie ściągnąłem plecak, po czym uświadomiłem sobie, że przecież powieść bezpowrotnie przepadła. A jednak, w środku był plik kartek. Wyciągnąłem go.

Niewyjaśniona śmierć w Opolu – tytuł rzucał się w oczy. Na pierwszej stronie przyklejona została żółta karteczka, o następującej treści: „Naniosłam tyle poprawek ile się dało – Kapitan Nebula”. Uśmiechnąłem się pod nosem.

– Co się tak cieszysz, cymbale? Dawaj to i zawijaj się.

Zrobiłem jak kazał. Nie wypełniłem swojego genialnego planu. Nie pokazałem środkowego palca, ani nie powiedziałem co myślę o nim. Nawet nie splunąłem. Zrobiłem znacznie, znacznie więcej. Przestałem bać się tej gnidy. W końcu, jeżeli człowiek przeżyje piracki atak, ocierając się przy tym kilka razy o niechybną śmierć, to jakim zagrożeniem może być facet ze zbyt wysokim ciśnieniem?

 

Wróciłem do domu. Zaparzyłem herbatę i nim wystygła, uruchomiłem Worda. Nic wielkiego tam nie naskrobałem, jedynie tytuł: Wieża Milczenia. Brzmiało to – i brzmi wciąż – w moim odczuciu całkiem nieźle. Przez resztę dnia leżałem na kanapie, czytając książkę. Pierwszy raz dostrzegałem takie rzeczy jak styl autora, nietypowy szyk zdań lub inne ciekawe zabiegi. Przyjemne uczucie, wejść głębiej w tę wodę.

 

Tak minęło mniej więcej pół roku. Książka, przez długi pana Janusza, wyszła kwartał wcześniej i zapewniła mi pierwsze pochlebne opinie. Nakład pięciu tysięcy rozszedł się błyskawicznie; księgowy wydawnictwa przed puszczeniem przelewu zadzwonił z gratulacjami i życzył powodzenia na przyszłość. Chyba czuł, co się święci.

Okres tych sześciu miesięcy poświęciłem nie tylko na pochłanianie kolejnych książek, ale również na telefonowanie. W pewnym momencie czułem się jak telemarketer, palce mi spuchły od wybierania numerów i pisania wiadomości. Na przełomie czerwca i lipca, moje działania zrodziły owoce.

Rozdzwonił się telefon. Sprawdziłem wyświetlacz.

Janusz – wydawca

Odebrałem.

– Halo?

– Co ty sobie, kurwa, myślisz?!

– Proszę chwilę zaczekać.

Odłożyłem telefon na bok, podczas gdy mój wydawca zdzierał sobie gardło. Nie mogłem powstrzymać ekscytacji. Ostatnie tygodnie minęły mi na szukaniu pisarzy, którzy zaczynali pod skrzydłami Janusza. Gdy usłyszeli z czym dzwonię, nie musiałem więcej tłumaczyć. Każdy z nich przekonał swojego wydawcę, by nie wchodzili w żadne szemrane układy. Zapewniono mi solidarność od Gdańska po Zakopane. 

Skręciłem sobie gibona. Odpaliłem. Buszek, drugi, trzeci. Byłem gotowy na tę rozmowę.

– Co jest, misiu? – zagadałem, czując jak usta wykrzywiają mi się w uśmiech.

– Jak ty się do mnie odzywasz?! A zresztą, co to kurwa ma być?! Robisz jakieś układy za moimi plecami? Wiesz, kim ja jestem?!

– Nikim, człowieku. Ty jesteś nikim.

– Czy ty się dobrze czujesz?! Wiesz, co ja mogę?!

– Nic nie możesz. Nie wykiwasz mnie. Jeśli zaczniesz kombinować, skontaktuje się z tobą prawnik. Żegnam.

Rozłączyłem się. Przez chwilę nie mogłem uwierzyć, co się stało. Kajdany zrzucone, Goliat na ziemi, tyrania Janusza runęła. Roztrzęsiony emocjami paliłem i patrzyłem, jak na ulicy mieszkańcy narzekają na upały, pijaną młodzież, rosnące ceny nieruchomości i co tam jeszcze ślina na język przyniesie.

 

Od tamtego momentu wszystko zaczęło się układać. Rzuciłem politechnikę i zapisałem się na prawo w Warszawie. W dwa tysiące dwunastym, gdy już było pewne, że nie nastąpi koniec świata, napisałem pierwszą po przerwie powieść. Jest naprawdę dobra.

I żeby być konsekwentnym, wydaję teraz pod pseudonimem. Pragnąc upamiętnić dzień, kiedy wszystko się zmieniło, stworzyłem coś niepowtarzalnego. To naprawdę mocny pseudonim. Słuchajcie: Remigiusz Mróz.

Czujecie dreszcze?

 

Koniec

Komentarze

Kilka fajnych pomysłów – darcie łacha z grafomanów, z selfpubu, z utartych schematów, przełamywanie czwartej ściany… Całość sympatyczna. Pseudonim na końcu zacny.

Wydaje mi się, że trzy tysiące sprzedanych egzemplarzy to świetny wynik jak na debiut.

bo polacy uwielbiają gdy komuś powija się noga.

Ej, ale czemu małą?

Babska logika rządzi!

Oł, Polacy już poprawieni…

Szczerze mówiąc odnośnie debiutu nie robiłem bardzo dokładnego riserczu, gdzieś kiedyś znalazłem informacje, ze ktoś zadebiutował z ilością 50k egzemplarzy, co uznano za bardzo dobry wynik – Wiec stwierdziłem, ze 3k to musi byc mało ;p Dzięki za opinie i pozdrawiam 

Zawsze coś da się poprawić

Pewnie zależy, w jakiej dziedzinie. Co innego kryminał, co innego książka popularnonaukowa o filozofii…

Babska logika rządzi!

Przypomniało mi się skąd wziąłem ten wynik. To była „emigracja” Marcolma XD, twórcy legendarnej pasty o fanatyku wędkarstwa. Wiem, ze miał wyrobiona renomę i poszedł w obyczajówkę, ale skoro jego wynik był satysfakcjonujący, a nie wybitny, to te 3k może nie były taka przesadą

Zawsze coś da się poprawić

“– Choć za mną.” – Chodź powinno być.

 

Podobało mi się, choć nie jestem targetem tego typu opowiadań. Wyszło Ci na tyle zgrabnie, że w pewnym momencie nawet prawie uwierzyłam (zwątpiłam przy sprzedanych 3k debiutu… kiedyś w czasie koleżeńskiej rozmowy z wydawczynią dowiedziałam się, że pewien debiut zszedł jej w nakładzie sztuk… 8. 3000 sprzedanych egzemplarzy to wydawca Ogóra po rękach powinien całować ;)).

Ładnie wplotłeś to “łamanie 4 ściany”, nie zazgrzytało ani przy opowiadaniu o skarbie, ani przy statku piratów ani nawet przy otwieraniu skrzyni ;)

Puenta też cudna. Klikam :)

Wprowadzę zaraz aktualizacje, moje wyobrażania na temat debiutujących pisarzy były jednak mocno przesadzone… dziękuje za opinie i tym bardziej mi miło, ze spodobało ci się, pomimo tego że rozwinąłem się z twoim typem tekstów :) 

Zawsze coś da się poprawić

Opowiadanie mogłoby się znaleźć również w wątku publicystyka. No może nie całe.

Podoba mi się przeplatanie dwóch kompletnie różnych wniosków. 

Zakończenie powala, ale i tak piraci są moim ulubionym kawałkiem. Ładnie operujesz językiem.

Hej Ambush, jeszcze raz dziękuję ci za betę i udzielenie mi kilku fajnych wskazówek, które w przyszłości też się przydadzą :) Mam nadzieję, że nie wymęczyłem cię zbytnio…

A teraz dzięki za ostateczną opinię i ciepłe słowa, miło mi że opko przypadło do gustu :)

Zawsze coś da się poprawić

Hej Kulosław.

Opowiadanie super. Czwarta ściana runęła nie raniąc nikogo ani po tej, ani po tamtej stronie, gratuluję, to wymaga odwagi. Płynna narracja, przeczytałem z przyjemnością i bez potknięcia. Humor i absurd – super, uśmiałem się setnie. Dziękuję. Kliknąłbym, gdybym mógł. smiley

 

Mam nadzieję, że nie poczytasz tego za impertynencję, ale mam kilka propozycji natury technicznej (wielokropki pominąłem z lenistwa):

 

dziewiątego roku. Spadł pierwszy tego roku śnieg – powtórzyło się, może: „Spadł pierwszy śnieg”?

 

odkrycie na powrót kojących właściwości – może: „ponowne odkrycie kojących właściwości”?

 

bak od sterburty – chyba zabrakło dywizu: „bak– od sterburty”, lub: „bakburty od sterburty”, tu chyba można powtórzyć.

 

szybki krokiem – zjadło „m”

 

nauczycielka z polskiego, z czasów podstawówki –  troszkę „z”grzyta – może „nauczycielka polskiego z podstawówki”?

 

Pan jest idiotą, panie Ogór? – tu może inwersja?

 

wypytywać o wskazówki i porady – może: „prosić o”?

 

Zupełnie jakby uciekały przed czymś – może: „Zupełnie jakby przed czymś uciekały” ?

 

pas lunetę. – to Szybko – tu można: albo bez kropki albo „to” z wielkiej.

 

w trakcie gdy pani kapitan – może: „podczas gdy”?

 

Podniosłem się z ziemi. – wiadomo o co chodzi ale może: „z pokładu” ?

 

Dysponowałem nadludzką siłę – litrówka: „siłą”

 

by puścić pościg – tu brzmieniowo chyba za blisko – może „by ruszyć w pościg”, chyba, że zamierzone, to zwracam honor. smiley

 

Wszyscy byli uniesieni – brzmi magicznie, może: „trwali w uniesieniu”?

 

rzucał się w oczy tytuł – może: „tytuł rzucał się w oczy”?

 

„Naniosłam tyle poprawek ile się dało – Kapitan Nebula. – tu zjadło drugi cudzysłów po nazwisku.

 

Brzmiało – i brzmi wciąż – to w moim odczuciu całkiem nieźle – no dobra, nie potknąłem się, ale zahaczyłem smiley może: „W moim odczuciu brzmiało to – i wciąż brzmi – całkiem nieźle”.

 

kwartał wcześniej, i – może bez przecinka?

 

A na przełomie czerwca – może bez „A”?

 

Jeszcze raz, dzięki serdeczne za dobrą lekturę.

 

Zdravim

Al

Niezłe opisanie wyboistej drogi współpracy Jerzego Ogóra z wydawcą, a potem okoliczności, które sprawiły, że pisarz nie tylko zdołał wyjść na prostą, ale osiągnął sukces.

Byłaby to całkiem satysfakcjonująca lektura, gdyby nie wykonanie pozostawiające nieco do życzenia.

 

Wy­star­czy szarp­nąć za żyłkę i cyk! → Wy­star­czy szarp­nąć żyłkę i cyk!

 

Wzią­łem za te­le­fon i za­pro­po­no­wa­łem→ Wzią­łem te­le­fon i za­pro­po­no­wa­łem

 

Wzią­łem sobie za cel wy­ja­śnie­nie wszyst­kim, jak bar­dzo wszy­scy się mylą. → Czy to celowe powtórzenie?

 

(dwa ty­się­ce eg­zem­pla­rzy… → Literówka.

 

Jesz­cze przed uru­cho­mie­niem worda→ Jesz­cze przed uru­cho­mie­niem Worda

 

Gdy dru­kar­ka od­da­ła ostat­nią po­słu­gę… → Na czyj pogrzeb udała się drukarka?

 

Stró­żów­kę przy szla­ba­nie pro­wa­dzą­cym na teren za­kła­du… → Czy szlaban może prowadzić dokądkolwiek?

Proponuję: Stró­żów­kę przy szla­ba­nie zagradzającym drogę na teren za­kła­du

 

plażą nad bał­ty­kiem. → …plażą nad Bał­ty­kiem.

 

Wy­ko­na­łem kilka pi­ja­nych kro­ków… → Jak upijają się kroki?

Proponuję: Wy­ko­na­łem kilka chwiejnych kro­ków…

 

„Je­stem jesz­cze zja­ra­ny. Na bank” → Brakuje kropki po zamknięciu cudzysłowu. Winno być: „Je­stem jesz­cze zja­ra­ny. Na bank”.

 

„Ktoś robi Ja­nu­szo­wi kon­ku­ren­cję. I to tuż pod nosem” → Jak wyżej.

 

Szarp­ną­łem za klam­kę, ale drzwi ani drgnę­ły. → Szarp­ną­łem klam­kę, ale drzwi ani drgnę­ły.

 

„Pew­nie to wyj­ście na scho­dy po­ża­ro­we. W naj­gor­szym wy­pad­ku uciek­nę. Stąd nie może być da­le­ko do ga­bi­ne­tu Ja­nu­sza” → Brak kropki.

 

Po­kład był brud­ny i star­ty od tasz­czo­nych po nim skrzy­ni→ Po­kład był brud­ny i star­ty od tasz­czo­nych po nim skrzy­ń

 

(nigdy nie roz­róż­niam bak od ster­bur­ty) → (nigdy nie roz­róż­niam bak- od ster­bur­ty)

 

To nie byli azja­ci z apa­ra­ta­mi… → To nie byli Azja­ci z apa­ra­ta­mi

 

„Tyle mi wy­star­czy” → Brak kropki.

 

szyb­ki kro­kiem unie­moż­li­wia­jąc godne za­cho­wa­nie. → Literówka.

 

że to moja na­uczy­ciel­ka z pol­skie­go… → …że to moja na­uczy­ciel­ka od pol­skie­go

 

Pani Ka­pi­tan → Dlaczego wielka litera?

 

– Jeśli mnie oczy nie mylą – pod­jął Diddy, cho­wa­jąc za pas lu­ne­tę. – to Szyb­ko Mkną­ca Mary, Ne­bu­lo. → Zbędna kropka po didaskaliach.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi.

 

– Jego za­ło­ga to naj­gor­sze łaj­da­ki, jakie można spo­tkać. → – Jego za­ło­ga to naj­gor­sze łaj­da­ki, jakich można spo­tkać.

 

„Świet­nie” → Brak kropki.

 

„Chyba fak­tycz­nie, le­piej nie stać z pu­sty­mi rę­ka­mi” → Jak wyżej.

 

Pani ka­pi­tan nie po­zo­sta­wa­ła mu winna: → Czy tu aby nie miało być: Pani ka­pi­tan nie po­zo­sta­wa­ła mu dłużna:

 

Pod­nio­słem się z ziemi. → Na statku była ziemia?

A może: Pod­nio­słem się z pokładu.

 

Zwy­mio­to­wa­łem na zie­mię. → ?

 

– Broń… boże – wy­du­sił z sie­bie.– Broń… Boże – wy­du­sił z sie­bie.

 

ale po­rwał go potok chu­dych ciał.

Nie prze­rwa­łem nawet gdy wszy­scy ucie­kli. Drżą­cy­mi rę­ka­mi roz­ry­wa­łem swoje… → Nie brzmi to najlepiej.

 

Człon­ko­wie za­ło­gi nawet nie po­my­śle­li, by pu­ścić po­ścig… → Człon­ko­wie za­ło­gi nawet nie po­my­śle­li, by wszcząć po­ścig

 

Wszy­scy byli unie­sie­ni. → Co ich uniosło?

A może miało być: Wszy­scy trwali w uniesieniu.

 

Po­licz­ka­mi spły­nę­ły łzy… → Po po­licz­ka­ch spły­nę­ły łzy

 

Nie­wy­ja­śnio­na śmierć w Opolu” rzu­cał się w oczy tytuł. → Używamy albo kursywy, albo cudzysłowu. Nie używamy ich jednocześnie. Tytuł winien brzmieć: Nie­wy­ja­śnio­na śmierć w Opolu Lub: „Nie­wy­ja­śnio­na śmierć w Opolu”  

 

i nim wy­sty­gła, uru­cho­mi­łem worda. → …i nim wy­sty­gła, uru­cho­mi­łem Worda.

 

Ja­nusz – wy­daw­ca” → Albo kursywa, albo cudzysłów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Al, nie mógłbym się oburzyć o wskazanie błędu, dzięki za obszerną łapankę – oczywiście już poprawione. I bardzo się cieszę, że że wszystko się zgrało i opowiadanie sprawiło przyjemność :D

 

@Reg, błędy już poprawione, kilka z wskazanych sprawiło, że mam ochotę walić głową w ścianę, nie wiem jakim cudem tego nie zauważyłem – a znam ten tekst prawie na pamięć! Liczę, że następnym razem będziesz mogła po prostu przeczytać i ocenić, bez załamywania się nad stanem technicznym. 

 

Pozdrawiam was oboje :) 

Zawsze coś da się poprawić

Kulosławie, nie miej do siebie zbyt wielkich pretensji, bo najłatwiej przeoczyć usterki we własnym tekście, a zwłaszcza takim, który, jak sam twierdzisz, znasz niemal na pamięć.

I ja mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą napisane coraz lepiej. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Heja

No to super, cała przyjemność po mojej stronie, cieszę się, że mogłem pomóc. 

 

@Reg: Sito gęste, że ledwo się powietrze przedarło. smiley

 

Dzięki.

 

Trzymajcie się.

Al

Al, dziękuję za uznanie, choć moje sito to zwykły durszlak. Prawdziwe sito ma Tarnina, która potrafi rozebrać opowiadanie do naga. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Potwierdzam. Miałem przyjemność zobaczyć ją w akcji z moim opowiadaniem. Tarnina to John Wick literackiej łapanki…

Zawsze coś da się poprawić

Heja

A, nie miałem jeszcze przyjemności poznać, ale już sam nick sugeruje ciężkie przeprawy. smiley

Kliknęliśmy prawie w tym samym momencie – taki leniwy, zimowy wieczór przy herbacie. smiley

Pozdrawiam Was serdecznie.

Al

To ja doklikam.

Zabawny, pomysłowy tekst, (plus kilka gorzkich uwag, ale to tym lepiej) po wprowadzeniu poprawek sugerowanych przez przedpiśców zupełnie sprawnie napisany.

Tekstów o męczarniach początkującego tfurcy jest na pęczki, ale ten się wyróżnia, jest przesympatyczny :-) Poza tym naprawdę doceniam odwagę , to nieprzeciętny coming out, panie Remku!

Biurowiec, zmieniający się w okręt żaglowy oczywiście skojarzył mi się z tym:

https://youtu.be/lNlYBNTCBG8

Co tylko podbiło urok tekstu :-)

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Cóż, moje wyobrażenie statku miało chyba więcej wspólnego z opowieściami z Narni XD Ale dziękuje za opinie i kliczka, bardzo doceniam :) 

klaniam się, remek (wiadomo który)

Zawsze coś da się poprawić

Cześć!

 

Przyjemna, nieco ironiczna historia. Piszesz lekko, ale sama fabuła niezbyt mnie wciągnęła. Początek wydaje mi się trochę przerysowany. Fajnie zaplanowałeś przemianę głównego bohatera. Mnie bardziej podobałaby się ta historia bez przebijania czwartej ściany, bo w obecnej formie nie odczułam napięcia podczas pobytu bohatera na statku. Zgłaszam do biblioteki.

Technicznie jest w porządku, choć interpunkcja trochę niedomaga, jest sporo brakujących przecinków przed imiesłowami. Kilka przykładów:

Ostatni z majtków[+,] widząc to[+,] obrał bardziej defensywną strategię.

Jako, że nie była zbyt wylewna w zaznajomieniu mnie z sytuacją, przemogłem niechęć i zalałem Diddy'ego falą pytań.

“Wylewna w zaznajamianiu” to trochę dziwna konstrukcja.

Spojrzałem w górę[+,] szukając tego szkodnika, i zauważyłem chmarę ptaków.

– Ktoś mi wytłumaczy[+,] o co chodzi?!

Łapiąc wiatr w żagle, manewrowała okrętem[+,] próbując ustawić nas w najlepszej pozycji.

Ich ruchy wydawały się gorączkowe, widziałem[+,] jacy są spięci.

Przez resztę dnia leżałem na kanapie[+,] czytając książkę.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Muszę przeczytać jakaś ksiazke w stylu „przecink – wszystko co musisz o nim widzieć”, bo to nie pierwszy raz kiedy zaliczam taka wtopę… 

bardzo dziękuje za kliczka i opinie :) to był jednorazowy eksperyment z czwarta ściana, wiec może następnym razem bardziej przypadnie ci do gustu :)

Zawsze coś da się poprawić

Bardzo interesujący tekst, z fajnym humorem, niebanalnym bohaterem oraz dobrze poprowadzoną historią. Jedynie, co chrobotało, to wykonanie – i to nieraz mocno.

Tak więc bardzo dobry koncert fajerwerków, ale literówki i inne błędy mocno bolą.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Siemanko, dzięki za opinię i uwagi, miło słyszeć, że pokaz się udał… pomijając aspekt techniczny. Robię sobie chwilową przerwę w pisaniu na czas sesji, ale mam nadzieję wrócić z czymś zdecydowanie bardziej dopracowanym i liczę, że następnym razem to będzie dla ciebie już tylko czysta przyjemność. 

Pozdrawiam 

Zawsze coś da się poprawić

Przyjemnie się czytało :)

Przynoszę radość :)

Zabawne, pomysłowe. Dobrze się czytało misiowi. Pójdzie spać usatysfakcjonowany. yes

@Anet dzięki ze wpadłaś :) 

@koalo,dzieki za opinie bardzo mi miło :)

Zawsze coś da się poprawić

Nowa Fantastyka