- Opowiadanie: Gruszel - Którędy do jutra?

Którędy do jutra?

Pisane od sceny do sceny, bez większego pomysłu. Bardzo miłe doświadczenie, gdyż sama dziwiłam się, w którą stronę skręca fabuła ;P A jak wyszło? To już pozostawiam wam do oceny.

Dziękuję betującym, niezmiennie dziwi mnie ile błędów można upchnąć w jednym tekście ;P

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Którędy do jutra?

Znowu? po­my­śla­ła, przy­glą­da­jąc się ta­pe­cie w tę­czo­we jed­no­roż­ce. Dawno ich nie wi­dzia­ła, przy­wo­ły­wa­ły wspo­mnie­nia. Wsta­ła po­wo­li z łóżka, chwiejąc się na dzie­cię­cy­ch stóp­ka­ch. Po­ty­ka­jąc się o po­roz­rzu­ca­ne kloc­ki, w ciem­no­ści od­na­la­zła wyj­ście z po­ko­ju. Sta­jąc na pal­cach, po­cią­gnę­ła za klam­kę. Za­mknę­ła oczy i prze­szła przez próg. Za­wsze tak ro­bi­ła, dzię­ki temu nie miała pro­ble­mów z rów­no­wa­gą, gdy ciało nagle rosło. Kiedy rozchyliła powieki, była wyż­sza, głową się­ga­ła klam­ki.

An­ne­lie za­wsze lu­bi­ła ko­ry­tarz w ro­dzin­nym domu. Pach­niał bez­tro­skim dzie­ciń­stwem, a deski pod­ło­gi miały przy­jem­ną fak­tu­rę praw­dzi­we­go drew­na. Za­skrzy­pia­ły, gdy ru­szy­ła do przo­du, mi­ja­jąc ko­lej­ne drzwi. Zaj­rzy do nich potem, naj­pierw przy­jem­no­ści.

Ze­szła do kuchni, gdzie, jak się spodziewała, świa­tło było jeszcze włączone. Mama za­wsze o tej porze pa­li­ła, czy­ta­jąc książ­kę. An­ne­lie wcią­gnę­ła do płuc ty­to­nio­wy dym. Tej marki nie pro­du­ku­ją już od dawna. Cien­kie men­to­le w nie­bie­skim opa­ko­wa­niu le­ża­ły obok po­szczer­bio­nej po­piel­nicz­ki.

Ko­bie­ta, gdy tylko uj­rza­ła córkę, szyb­ko zga­si­ła pa­pie­ro­sa. Uśmiech­nę­ła się z czu­ło­ścią, a wokół oczu po­ja­wi­ły się zmarszcz­ki. Żółte świa­tło lampy mi­go­ta­ło, jakby na­śla­du­jąc bicie serca.

– Jesz­cze nie śpisz? – spy­ta­ła. – Coś ci się śniło?

– Nie. – Wy­so­ki, dzie­cię­cy głos za­wsze dzi­wił An­ne­lie. Nie lu­bi­ła się od­zy­wać, kiedy była w tym cza­sie.

– Chodź tu do mnie. – Gdy tylko dziew­czyn­ka po­de­szła, matka ob­ję­ła ją w pasie i po­sa­dzi­ła sobie na ko­la­nach. An­ne­lie przy­tu­li­ła się do cie­płe­go ra­mie­nia. Było nie­sa­mo­wi­cie mięk­kie. Na chwi­lę za­mknę­ła oczy, czu­jąc, jak na­pły­wa­ją do nich łzy. Tę­sk­no­ta nigdy tak na­praw­dę nie opusz­cza serca, można ją tylko za­głu­szyć.

Za­pach per­fum matki, zmie­sza­ny z ty­to­nio­wym dymem, za­wsze ko­ja­rzył się jej z dzie­ciń­stwem i bez­pie­czeń­stwem, z cza­sa­mi, kiedy nie miała zmar­twień, a świat obie­cy­wał wszel­kie skar­by, kusił ja­skra­wo­ścią i moż­li­wo­ścia­mi. Kiedy wy­da­wa­ło się, że jest ska­za­na na happy end. Wtu­li­ła się moc­niej, wie­dząc, że zaraz bę­dzie mu­sia­ła pu­ścić.

– Coś się stało? – spy­ta­ła The­re­sa, wpa­tru­jąc się uważ­nie w córkę.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku – od­par­ła dziew­czyn­ka. Otwar­ła oczy, na­bra­ła głębiej po­wie­trza i za­ci­snę­ła piąst­ki. Zsu­nę­ła się z ma­mi­nych kolan wprost na zimne ka­fel­ki. Ostat­ni uścisk matki, znacz­nie wię­cej niż mo­gła­by ocze­ki­wać.

– Opo­wie­dzieć ci bajkę?

– Nie trze­ba, do­bra­noc, mamo.

– Dziel­na dziew­czyn­ka. – The­re­sa nieco za mocno po­tar­mo­si­ła jej włosy. To nic, An­ne­lie wy­star­czy­ło, że była.

Ru­szy­ła z po­wro­tem na górę, sta­ra­jąc się sku­pić na za­da­niu. Zna­leźć jutro. Wró­cić do od­po­wied­nich cza­sów.

Otwar­ła pierw­sze drzwi, pro­wa­dzą­ce do po­ko­ju sio­stry. Znów za­mknę­ła oczy i znów nieco uro­sła. Spoj­rza­ła na sie­bie. Miała teraz kil­ka­na­ście lat, więc to nie tutaj.

Pokój Kate był nieco mniej­szy, urzą­dzo­ny pro­sto, ale z duszą. W rogu szafy wi­sia­ła uprząż do wspi­nacz­ki. Na pół­kach dum­nie lśni­ły pu­cha­ry, od­bi­ja­ją­ce świa­tło ulicz­nej lampy. Nad biur­kiem na­kle­jo­no pla­ka­ty ulu­bio­ne­go ze­spo­łu roc­ko­we­go. Na­dzie­ja na spo­tka­nie sio­stry pry­sła, gdy spoj­rza­ła na po­ście­lo­ne łóżko. Pew­nie aku­rat w tym cza­sie była na jed­nym ze swo­ich obo­zów spor­to­wych.

An­ne­lie ostat­ni raz omio­tła pokój spoj­rze­niem. Za oknem padał śnieg, więc Kate miała jesz­cze wró­cić do domu.

Wy­szła z po­ko­ju, mając na­dzie­ję w końcu od­na­leźć drogę. Czuła lek­kie zde­ner­wo­wa­nie. Za­wsze gdy tu tra­fia­ła, na­stęp­ne­go dnia dzia­ło się coś waż­ne­go. I nie­ko­niecz­nie do­bre­go. Nie ma co się tym teraz przej­mo­wać. By­le­by tylko się obu­dzić we wła­ści­wym cza­sie.

Od razu po prze­kro­cze­niu progu po­czu­ła cię­żar lat. Maska tle­no­wa na twa­rzy chro­ni­ła ją przed ska­żo­nym po­wie­trzem. Zła­pa­ła si­wie­ją­cy ko­smyk wło­sów. W jej wieku głowa matki po­kry­ta była smo­li­stą czer­nią. Spoj­rza­ła na swoje znisz­czo­ne dło­nie. Wciąż miała na nich ob­rącz­kę, więc to też nie tu.

Ko­ry­tarz zmie­nił się zu­peł­nie. Żół­tozie­lo­ne za­rod­ni­ki tań­czy­ły na wie­trze, two­rząc gęstą mgłę. Przez wy­bi­te okno wpa­da­ły je­sien­ne li­ście, a ścia­ny szpe­ci­ły wy­bla­kłe graf­fi­ti. Zasłonięty toksycznymi chmurami księ­życ rzu­cał czer­wo­ne świa­tło na podłogę z prawdziwego drewna. Po­tłu­czo­ne szkło chrzę­ści­ło pod cięż­ki­mi bu­ta­mi An­ne­lie. Za­schnię­ta krew przy­cią­ga­ła wzrok do drzwi schow­ka, jakby ktoś ozna­czał nią za­dżu­mio­ny dom. No tak, to tutaj w pa­ni­ce ukry­ła fiol­kę.

Nie bała się. Wie­dzia­ła, że nic jej nie grozi, musi tylko zna­leźć od­po­wied­ni pokój. Z bie­giem lat przy­cho­dzi­ło jej to coraz trudniej.

Na zbu­twia­łej po­rę­czy przy­siadł wró­bel.

– Janka? – szep­nę­ła drżą­cym gło­sem, po czym zło­ży­ła usta w ru­lo­nik i wy­da­ła dźwięk po­dob­ny do ćwier­ka­nia, nieco za­głu­szo­ny przez maskę tle­no­wą. Ptak od­po­wie­dział jej tym samym.

Po­de­szła do niego naj­ostroż­niej jak się dało. Janka była je­dy­nym ele­men­tem, który róż­nił ten świat, od rze­czy­wi­ste­go. Znaj­do­wa­ła ją wszę­dzie, w każ­dym cza­sie. Tutaj po­tra­fi­ła latać, choć w praw­dzi­wym życiu nigdy się tego nie na­uczy­ła. An­ne­lie nie była zdzi­wio­na, nikt jej tego nie po­ka­zał, i choć sta­ra­ła się być jak naj­lep­szą matką, nie po­tra­fi­ła zu­peł­nie za­stą­pić tej praw­dzi­wej.

Gdy tylko zbli­ży­ła się na wy­cią­gnię­cie ręki, wró­bel od­le­ciał. Zu­peł­nie jej to nie zdzi­wi­ło. Jesz­cze nigdy nie udało się jej po­now­nie do­tknąć Janki. Ona je­dy­na po­zo­sta­wa­ła nie­uchwyt­na, jakby nie chcia­ła spo­tkać się po­now­nie.

Zwró­ci­ła wzrok z po­wro­tem ku drzwiom do jej po­ko­ju. Może jutro jed­nak jest tutaj? Zda­rza­ło się, że mu­sia­ła wejść do tego sa­me­go po­ko­ju dwa razy, by od­na­leźć drogę.

Znów była dziec­kiem, około je­de­na­sto­let­nim. Ta­pe­tę w jed­no­roż­ce za­stą­pi­ła nie­bie­skosza­ra farba, a za­baw­ki ustą­pi­ły miej­sca książ­kom oraz ele­men­tom per­ku­sji. Chcia­ła być do­ro­sła. W po­miesz­cze­niu stał jej oj­ciec, od­wró­co­ny ple­ca­mi, po­chy­lo­ny nad szaf­ką. Nie wi­dział jej, zbyt­nio po­chło­nię­ty grze­ba­niem w świn­ce skar­bon­ce. Wyjął drob­nia­ki, scho­wał do kie­sze­ni i za­marł, od­wra­ca­jąc się.

– No co tam, Ann? – po­wie­dział bez żad­ne­go skrę­po­wa­nia, jakby nic się nie wy­da­rzy­ło.

– Wi­dzia­łam to – od­po­wie­dzia­ła, marsz­cząc gniew­nie brwi.

– Co wi­dzia­łaś, Ann? – spy­tał, pod­cho­dząc bli­żej, a mo­ne­ty w jego kie­sze­ni za­brzę­cza­ły fał­szy­wie.

– Krad­niesz. – Jej dzie­cię­cy głos prze­peł­nio­ny był nie­na­wi­ścią zu­peł­nie nie­ade­kwat­ną do wieku.

– Nie bądź śmiesz­na! Je­stem twoim ojcem, nigdy bym cię nie okradł! Nie wy­ga­duj ta­kich bzdur! – Zła­pał ją za ramię i ści­snął nieco moc­niej, niż po­wi­nien.

– To przez cie­bie do­szło do tego wszyst­kie­go! – Nie mogła się po­wstrzy­mać. – Przez cie­bie Kate szu­ka­ła życia gdzieś in­dziej, przez cie­bie ro­bi­ła wszyst­ko, by jak naj­mniej być w domu!

– O czym ty pie­przysz?! – Jej oj­ciec krzyk­nął, wy­plu­wa­jąc struż­ki śliny. Już wtedy jego wzrok za­mglił się, a myśli zwol­ni­ły. Uścisk sta­wał się coraz moc­niej­szy. – Pra­cu­ję na cie­bie gów­nia­ro! Żebyś mogła do­brze żyć, żebyś miała co jeść, żeby było cie­pło w domu!

– Wy­mów­ki. – Sta­ra­ła się opa­no­wać i zwy­kle się jej to uda­wa­ło. Dzi­siaj nie mogła. – Kate nie chcia­ła tych pie­nię­dzy, chcia­ła ojca.

– Jesz­cze jedno słowo. – Wi­dzia­ła jak po­czer­wie­niał. – Kate ma wszyst­ko, czego by chcia­ła, a ty… 

– Ża­ło­sne – prze­rwa­ła, wy­ry­wa­jąc się z uści­sku. Chwy­ci­ła klam­kę i sko­czy­ła na ko­ry­tarz, zo­sta­wia­jąc za sobą krzy­ki ojca.

Ode­tchnę­ła głę­bo­ko, sta­ra­jąc się uspo­ko­ić roz­sza­la­łe serce. Miała teraz dwa­dzie­ścia trzy lata, a ko­ry­tarz był brud­ny i za­nie­dba­ny. Uschnię­ta pa­prot­ka stra­szy­ła w rogu. Kłęby kurzu ska­ka­ły po pod­ło­dze jak bie­gacz w we­ster­no­wych fil­mach. Kate pa­trzy­ła na nią ze zdjęć pu­stym spoj­rze­niem, oskar­ży­ciel­skim, jak gdyby An­ne­lie miała coś w tej spra­wie do ga­da­nia. Gdzie się nie ob­ró­ci­ła, tam oczy sio­stry prze­wier­ca­ły ją na wylot. Swo­jej po­do­bi­zny ni­g­dzie nie mogła zna­leźć. Zi­gno­ro­wa­ła to, nie za­mie­rza­jąc tra­cić czasu.

An­ne­lie zwol­ni­ła i otwo­rzy­ła drzwi do sy­pial­ni ro­dzi­ców, bio­rąc głę­bo­ki od­dech. Jej wi­zy­ta w tym miej­scu nie­bez­piecz­nie się wy­dłu­ża­ła. To nic, jutro jest pew­nie tuż za ro­giem.

Teraz miała osiem­na­ście lat, i ścię­te na krót­ko włosy, na wzór Kate. Pokój był nie­tknię­ty, do ka­ta­stro­fy zo­sta­ło jesz­cze pa­rę­na­ście lat. Ciem­ność roz­praszała je­dy­nie mała, nocna lamp­ka. Na szaf­ce przy łóżku leżał stos an­ty­de­pre­san­tów.

– Co chcesz, Ann? – Z rogu po­ko­ju usły­sza­ła głos ojca. Sie­dział na fo­te­lu, trzy­ma­jąc matkę za rękę. Jej siwe włosy opa­da­ły bez­ład­nie na oczy. Ściskała w rękach brudną, pokrytą magnezją uprząż, wpatrując się w nią pustym wzrokiem.

Po cie­ple The­re­sy nie zo­sta­ło zu­peł­nie nic. Już do końca po­zo­sta­ła pustą sko­ru­pą, je­dzą­cą wię­cej leków niż nor­mal­ne­go pożywienia. Kilka mie­się­cy wcze­śniej, trze­ciego lipca, dwa ty­sią­ce szó­ste­go roku, mama An­ne­lie umar­ła razem z jej sio­strą. Może gdyby Kate po­sta­no­wi­ła zo­stać przy zwy­kłej wspi­nacz­ce, Ann nadal mia­ła­by ro­dzi­nę. Jednak to nie było w stylu jej sio­stry. Teraz ją ro­zu­mia­ła. Kate mu­sia­ła uciec.

Wciąż nie tutaj, po­my­śla­ła, wy­cho­dząc jak naj­prę­dzej i igno­ru­jąc ojca. To i tak nie ma już zna­cze­nia, nie warto wda­wać się w ko­lej­ne płon­ne roz­mo­wy.

Tym razem na ko­ry­ta­rzu pa­li­ły się świa­tła. Kate spoj­rza­ła na nią, po­pra­wia­jąc na ple­cach po­dróż­ną torbę.

– Nie rób tego – wy­msknę­ło się An­ne­lie, zanim zdą­ży­ła co­kol­wiek po­my­śleć.

– No prze­stań. – Uśmiech­nę­ła się sio­stra. – Nic mi nie bę­dzie.

– Niepraw­da. – Znów nie po­tra­fi­ła się po­wstrzy­mać, choć do­brze zda­wa­ła sobie spra­wę z ab­sur­dal­no­ści sy­tu­acji. – Umrzesz.

– Co ty ga­dasz? – Kate sta­ra­ła się za­brzmieć lekko, ale zaraz ścią­gnę­ła brwi. Po­dra­pa­ła się po karku, uka­zu­jąc umię­śnio­ne ramię. – My­śla­łam, że aku­rat ty zro­zu­miesz. Muszę iść. Zdaję sobie spra­wę z ry­zy­ka, ale po pro­stu nie mogę ina­czej. To… to mnie wzywa, Ann. Na­praw­dę, trudno to opi­sać, ale czuję, jak­bym do­kład­nie wie­dzia­ła, co mam zro­bić, by stać się tym, kim ze­chcę. I mimo nie­bez­pie­czeń­stwa, chcę spró­bo­wać, bo jeśli od­pusz­czę, skąd dowód, że kie­dy­kol­wiek żyłam?

– Mama bę­dzie się mar­twić – po­wie­dzia­ła je­dy­ne, co przy­szło jej do głowy. Kie­dyś jesz­cze miała na­dzie­ję, że jeśli prze­ko­na ją tutaj, może świat jakoś się zmie­ni.

– Wiem – wes­tchnę­ła Kate, uni­ka­jąc jej spoj­rze­nia. – Mam na­dzie­ję, że ona też kie­dyś zro­zu­mie.

Nie zro­zu­mie. Spoj­rza­ła na kwit­ną­ce za oknem drze­wa. Utra­co­ne pięk­no. An­ne­lie z tru­dem od­wró­ci­ła się od sio­stry i ze­szła po scho­dach. Sły­sza­ła, jak schodzi za nią, by wy­mknąć się z domu.

– Dokąd idziesz, Ann? – Matka jak zwy­kle sie­dzia­ła w kuch­ni i pa­li­ła. Skądś wie­dzia­ła o pla­nach Kate. Przez te kilka lat wcale się nie po­sta­rza­ła, i mimo wieku, żaden siwy włos nie zdo­bił jej głowy. – Jest późno.

– Ni­g­dzie. Idę tylko na chwi­lę, zaraz wra­cam. – I tak była zbyt za­ję­ta eska­pa­dą sio­stry, by ją teraz po­wstrzy­my­wać.

Jutro musi być gdzieś na ze­wnątrz, po­my­śla­ła, otwie­ra­jąc drzwi wej­ścio­we. Sta­ra­ła się nie słu­chać kłót­ni mię­dzy matką a sio­strą. I tak jej nie po­wstrzy­ma, Kate za­wsze ro­bi­ła, co chcia­ła. The­re­sa nigdy nie wy­ba­czy­ła sobie, że to była ich ostat­nia roz­mo­wa, An­ne­lie, że nie po­wstrzy­ma­ła sio­stry, a oj­ciec, że go wtedy nie było.

Świat ze­wnętrz­ny przy­wi­tał ją chło­dem desz­czu. Ulica była pusta. Przy kracie kanałowej kruki wy­dzio­by­wa­ły mięso z ciała mar­twe­go psa. Wy­da­wa­ły się nie przej­mo­wać ulewą, An­ne­lie jed­nak wie­dzia­ła, że po dłuż­szej ką­pie­li wy­pa­da­ją włosy, a skóra od­cho­dzi pła­ta­mi. Tym razem jed­nak nie mu­sia­ła się o to martwić. Nie po­bę­dzie tu wy­star­cza­ją­co długo, by po­czuć efek­ty.

Cho­ciaż, cie­ka­wi­ło ją, co by się sta­ło­, gdyby nie zna­la­zła od­po­wied­niej drogi i umar­ła tutaj. Gdzie wtedy by się obu­dziła i czy w ogóle? Za­wsze od­ga­nia­ła te myśli. Le­ka­rze mó­wi­li, że to świa­do­me sny, że nie ma się czego oba­wiać. To przez szok, przez braki, pod­świa­do­mość chcia­ła jakoś to sobie wy­tłu­ma­czyć. Na­pra­wić.

Wy­szła na śro­dek ulicy, sa­mot­na po­stać w tru­ją­cym desz­czu. Ru­szy­ła przed sie­bie, na ślepo, bo ścia­na wody za­sła­nia­ła widok. Znała drogę na pa­mięć, nie trze­ba jej było wzro­ku. Trzy domy dalej, bli­ziut­ko, znajdował się ten, w którym zamieszkała razem z Ethanem.

Drzwi le­d­wie trzy­ma­ły się w za­wia­sach, jed­nak wie­dzia­ła, że za­dzia­ła­ją. Wy­star­czy­ło przej­ście, ja­kie­kol­wiek.

Owionął ją za­pach świe­żego chle­ba. Jej mąż uwiel­biał go piec. Dom, który razem stwo­rzy­li, spra­wiał wra­że­nie przy­tul­ne­go i cie­płe­go. I pew­nie taki był w rze­czy­wi­sto­ści, jed­nak An­ne­lie słabo go pa­mię­ta­ła. W przed­sion­ku mała wy­cie­racz­ka wi­ta­ła ją na­pi­sem „Znowu ty?". Tak, znowu ja, po­my­śla­ła, wie­dząc, że nie po­win­no jej tu być. Wi­dzia­ła stąd salon. Obok te­le­wi­zo­ra stał im­po­nu­ją­cy kwiet­nik, pełen naj­roz­ma­it­szych ro­ślin, głów­nie owa­do­żer­nych. Były trud­ne w ho­dow­li, ale Ethan wkła­dał w nie całe serce.

Nie po­tra­fi­ła ru­szyć się z miej­sca. Zo­staw to za sobą, mó­wi­li le­ka­rze. To tylko sen, nie roz­pa­mię­tuj prze­szło­ści. Mu­sisz żyć dalej. Nie je­steś Kate! – ostat­ni głos na­le­żał do Etha­na. Nie lubił jej krót­kich wło­sów, wolał ją, gdy jesz­cze nie miała tylu zmar­twień, a kucyk za­ha­czał o po­ślad­ki. Jednak mimo tego, nigdy nie od­pu­ścił, choć po­wo­dem pew­nie była Hope.

Po­wo­li zdję­ła buty, czu­jąc się okrop­nie zmę­czo­na. Mu­sia­ła mieć nieco ponad trzy­dziest­kę, więc zo­sta­ło kilka lat, może mie­się­cy, do tra­ge­dii. Usły­sza­ła trzask drzwi na pierw­szym pię­trze, zaraz po scho­dach zszedł Ethan. Spoj­rzał na nią zdzi­wio­ny, jakby zu­peł­nie nie spo­dzie­wał się, że spo­tka ją w domu.

– Annie? Już tutaj? Mia­łaś sie­dzieć do późna w la­bo­ra­to­rium, co się stało? – po­wie­dział, pod­cho­dząc i ca­łu­jąc ją na po­wi­ta­nie.

– Wy­szłam wcze­śniej – od­po­wie­dzia­ła, za­sta­na­wia­jąc się, które drzwi wy­brać. Zimny dreszcz prze­biegł wzdłuż krę­go­słu­pa. Po­win­na już być we wła­ści­wym cza­sie. Nigdy nie prze­by­wa­ła tu tak długo.

– To świet­nie. – Sta­rał się uśmiech­nąć, pa­trząc na jej sińce pod ocza­mi. Na chwi­lę za­milkł, a potem spo­waż­niał. – Śmier­dzisz al­ko­ho­lem. Będę szcze­ry. Annie, ja tak dłu­żej nie wy­trzy­mam. Mu­sisz prze­stać, pro­szę. Dok­tor Wood za­le­cił ci nowe ta­blet­ki, nawet ich nie tknę­łaś. Ra­nisz nie tylko sie­bie, ale i osoby do­oko­ła. Po­myśl o Hope.

Mil­cza­ła, wie­dząc, że roz­mo­wa do­ni­kąd jej nie za­pro­wa­dzi. Zga­dza­ła się z mężem w stu pro­cen­tach. Tylko że do­pie­ro teraz, kiedy to nie miało żad­ne­go zna­cze­nia. Le­piej by­ło­by zo­stać jej matką niż sobą.

– Pro­szę, po­wiedz coś. Annie. An­ne­lie. – Pró­bo­wał zła­pać jej rękę, jed­nak szyb­ko ją schowała. Trze­ba szu­kać jutra, nic in­ne­go się nie liczy.

Wy­bra­ła drzwi pro­wa­dzą­ce do to­a­le­ty. Były po pro­stu naj­bli­żej.

Już od sa­me­go po­cząt­ku wie­dzia­ła, że to znowu nie to. Cof­nę­ła się w cza­sie o ład­nych parę lat. Z sa­lo­nu do­cho­dził gwar roz­mów. Zdję­ła z głowy ko­lo­ro­wą czap­kę w kształ­cie stoż­ka. Pa­mię­ta­ła ten dzień. Opi­ja­li jej dok­to­rat. Matka wy­glą­da­ła wtedy na dumną, ale nawet to nie przy­wró­ci­ło jej uśmie­chu. A ona sie­dzia­ła w to­a­le­cie, nie mogąc znieść po­raż­ki. Za mało. To jesz­cze nie to. Parę mie­się­cy póź­niej od­kry­ła al­ko­hol, a jesz­cze potem, tra­fi­ła do pierw­sze­go te­ra­peu­ty.

Śmiech ojca prze­bi­jał się przez resz­tę roz­mów. To może i okrop­ne, ale zda­wa­ło­by się, że jemu śmierć Kate wy­szła na dobre. Zo­sta­wił wódkę w spo­ko­ju i za­czął żyć. Potem le­ka­rze mó­wi­li, że to on był dla An­ne­lie złym wzo­rem, a ona ich słu­cha­ła. W końcu nie­na­wi­dzi­ła ojca, jak więc słod­ko było zrzu­cić całą winę na niego.

Się­gnę­ła ręką do kie­sze­ni, wy­czu­wa­jąc kilka drob­nia­ków. Serce za­bi­ło jej moc­niej. Wie­dzia­ła, skąd po­cho­dzą, Hope jesz­cze nie po­tra­fi­ła się do­li­czyć. Spoj­rza­ła w lu­stro, zro­bi­ło jej się nie­do­brze. Ści­snę­ła pięść, za­mie­rza­jąc je zbić, ude­rzyć osobę po dru­giej stro­nie, roz­trza­skać jej twarz.

Opu­ści­ła rękę, gdy znów za­uwa­ży­ła Jankę. Przy­sia­dła na uchy­lo­nym oknie i pa­trzy­ła w jej stro­nę, okiem z uszko­dzo­ną po­wie­ką. Taką ją zna­la­zła, naj­wy­raź­niej jako pi­sklę mu­sia­ła wy­paść z gniaz­da, obi­ja­jąc sobie głowę. An­ne­lie długo nie mogła uwie­rzyć, że w ogóle prze­ży­ła. Była jej cudem, jej sen­sem życia, jej pierwszym dzieckiem. Z nią nie my­śla­ła ani o matce, ani o Kate, ani o ojcu. Może to przez to, że czuła się za kogoś od­po­wie­dzial­na? Wy­star­czy­ło, że była, że co­dzien­nie bu­dzi­ła ją dzio­ba­niem w nos, że ćwier­ka­ła w rytm naj­po­dlej­szych, let­nich hitów radia, że za­sy­pia­ła na jej dło­niach. Była taka cie­pła, tem­pe­ra­tu­ra ciała pta­ków sięga ponad czter­dzie­stu stop­ni.

An­ne­lie zro­zu­mia­ła sens wiary w Boga, gdy Janka umar­ła. Nie do­zna­ła ob­ja­wie­nia, po pro­stu myśl, że już nigdy mia­ły­by się nie spo­tkać, była zbyt bo­le­sna, by móc z nią żyć.

To niepraw­da, że czas leczy rany, po­my­śla­ła. A przy­naj­mniej, czę­ścio­wo nie­praw­da. Bo prze­cież, po nich zo­sta­ją bli­zny. Okrop­ne, brzyd­kie bli­zny. Można odwracać od nich wzrok, ale one za­wsze tam będą. Jako nowa część cie­bie. I w pew­nym mo­men­cie, widać po­two­ra, za­miast czło­wie­ka.

Wy­cią­gnę­ła dłoń w stro­nę Janki, jakby za­po­mi­na­jąc o pa­nu­ją­cej tu za­sa­dzie. Gdy tylko się zbli­ży­ła, wró­bel od­le­ciał. Za­wiał wiatr, ktoś za­czął ją wołać. Cof­nę­ła rękę, tłu­miąc tę­sk­no­tę i od­wró­ci­ła się w stro­nę drzwi.

Be­żo­wa farba na ko­ry­ta­rzu za­stą­pi­ła wcze­śniej­szą, chi­rur­gicz­nie białą. Na ścia­nach po­wie­szo­no dzie­cię­cy ry­su­nek, przed­sta­wia­ją­cy coś, co w do­my­śle miało być jed­no­roż­cem.

– No, idź do mamy. – Usły­sza­ła głos Etha­na z sa­lo­nu. Stóp­ki za­tu­po­ta­ły nie­zgrab­nie po pod­ło­dze, a Hope wy­ło­ni­ła się zza rogu.

Pod­bie­gła do matki i przy­tu­li­ła się mocno, pa­trząc na nią du­ży­mi, uf­ny­mi ocza­mi. W tych cza­sach Hope jesz­cze trak­to­wa­ła ją jak bó­stwo. Po­dzi­wia­ła, wiel­bi­ła, uzna­wa­ła za naj­wyż­szy au­to­ry­tet. An­ne­lie po­gła­ska­ła córkę po gło­wie, jak ro­bi­ła to kie­dyś jej wła­sna matka.

– Zo­bacz, co na­ry­so­wa­łam – po­wie­dzia­ła Hope i ru­szy­ła z po­wro­tem do po­ko­ju, by chwy­cić ry­su­nek.

An­ne­lie chcia­ła wy­ko­rzy­stać ten mo­ment, by uciec na górę, wró­cić do po­szu­ki­wań jutra, ale coś przy­ku­ło ją do tego miej­sca. Spoj­rza­ła jesz­cze raz na swoje dziec­ko, na męża, który robił wszyst­ko, by Hope mogła się roz­wi­jać, do­ra­stać w cie­ple i mi­ło­ści.

Mała przy­bie­gła do niej z po­wro­tem, po­ka­zu­jąc ko­lej­ny ob­ra­zek. An­ne­lie sta­ra­ła się uśmiech­nąć, jed­nak zaraz potem, zro­zu­mia­ła ab­surd sy­tu­acji. To już się wy­da­rzy­ło, nie zmie­ni swo­jej re­ak­cji. Nie spra­wi, że córka znów ją po­ko­cha, nie wy­ma­że słów, które wtedy po­wie­dzia­ła, i nie doda tych, któ­rych wy­po­wie­dzieć nie zdo­ła­ła. To, co się zda­rzy­ło, jest per­ma­nent­ne, a jeśli chce na­zy­wać się osobą do­ro­słą, musi zmie­rzyć się z kon­se­kwen­cja­mi, choć cza­sem się za­po­mi­na­ła, pod­da­jąc złud­nej na­dziei, że wszyst­kie błędy da się na­pra­wić.

Od­trą­ci­ła dziec­ko i bez słowa ru­szy­ła na górę, czu­jąc pod sto­pa­mi zimny mar­mur. Sporo na niego wy­da­li, jed­nak jej matce się po­do­bał. Do­szła do drzwi sy­pial­ni i po­cią­gnę­ła klam­kę.

Miała teraz trzy­dzie­ści czte­ry lata, wie­dzia­ła to po za­pla­mio­nym kitlu le­żą­cym na pod­ło­dze i okrop­nym bólu głowy. To wciąż nie tu, po­my­śla­ła, czu­jąc ukłu­cie pa­ni­ki. Po­win­no już być.

Świat wokół wi­ro­wał, a ona za nim nie na­dą­ża­ła. To była ta noc. Chwiej­nym kro­kiem po­de­szła do kitla, po­ty­ka­jąc się o puste bu­tel­ki po winie, usiłując nie zwy­mio­to­wać. Wie­dzia­ła gdzie szu­kać, lewa kie­szeń po we­wnętrz­nej stro­nie. Gdyby wtedy wypiła mniej, gdyby tylko bardziej uważała… może wyczułaby delikatny ciężar, ciągnący kitel w dół a razem z nim, jej życie. Może odłożyłaby pojemnik na miejsce i nic by się nie stało. Do dziś nie poj­mo­wa­ła, jakim cudem wy­szła wtedy z la­bo­ra­to­rium, wy­no­sząc nie­po­zor­ną fiol­kę. Dla­cze­go nikt jej nie za­cze­pił, żaden z ochro­nia­rzy, sprzą­ta­czy czy współ­pra­cow­ni­ków. Gdzieś z tyłu głowy miała od­po­wiedź. Po pro­stu była trze­cia rano, komu by się chcia­ło.

Obej­rza­ła uważ­nie za­war­tość po­jem­nicz­ka. Wy­peł­nia­ła go zie­lo­nożół­ta na­rośl. Nowy ga­tu­nek grzy­ba, wy­do­by­ty z głę­bi­no­wej ja­ski­ni, połączony jeszcze z kilkoma innymi. Miał być cudownym lekiem, uratować wiele istnień. Jak coś tak ma­łe­go, mogło na­ro­bić tylu szkód? Oczy­wi­ście sły­sza­ła o kró­li­czym potopie w Au­stra­lii i ga­tun­kach in­wa­zyj­nych, ale to było nic w po­rów­na­niu z tym, co teraz miała w ręce. To był praw­dzi­wy wy­słan­nik pie­kła, czte­rech jeźdź­ców apo­ka­lip­sy w jed­nym, ślepy, nie­spra­wie­dli­wy sę­dzia.

Wło­ży­ła fiol­kę z po­wro­tem do kie­sze­ni. I tak nic już z tym nie zrobi, grzyb roz­nie­sie się po świe­cie i zmie­ni go na za­wsze. Jutro wsta­nie na po­tęż­nym kacu i przy­pad­ko­wo na­dep­nie na szkla­ny po­jem­ni­czek, a ten pęk­nie i pusz­ka Pan­do­ry się otwo­rzy.

Wsta­ła z klę­czek, by ru­szyć dalej. Nigdy tak długo nie prze­by­wa­ła w tym świe­cie, choć wraz z wie­kiem trudniej jej było go opu­ścić.

Wró­ci­ła na ko­ry­tarz, na­tych­mia­sto­wo czu­jąc zna­jo­my ból w ko­la­nie. Wcią­gnę­ła moc­niej po­wie­trze fil­tro­wa­ne przez maskę i ro­zej­rza­ła się po nie­wy­raź­nym ko­ry­ta­rzu. W po­wie­trzu uno­si­ły się mi­lio­ny za­rod­ni­ków, bar­wiąc je na żół­tozie­lo­no. Spoj­rza­ła na swoją dłoń. Po ob­rącz­ce zo­stał już tylko ślad na palcu. Była bli­sko, lecz to wciąż nie tutaj. Coś jest nie tak, po­my­śla­ła.

Przez chwi­lę prze­mknę­ła jej w gło­wie ab­sur­dal­na myśl, że zo­sta­nie tu już na za­wsze. Serce za­bi­ło moc­niej, ale się uspo­ko­iła. Znaj­dzie wyj­ście, za­wsze znaj­du­je.

Ru­sza­jąc ocię­ża­le, skie­ro­wa­ła się po mar­mu­ro­wych scho­dach na par­ter. To był dobry zakup, po­my­śla­ła, wy­trzy­ma­ły aż do tego dnia. Gruby strój krę­po­wał jej ruchy, sta­rość cią­gnę­ła do tyłu. Mu­sia­ła zła­pać się po­rę­czy, ale w końcu udało jej się zejść. Na ko­ry­ta­rzu do­strze­gła Hope. Prze­szu­ki­wa­ła szaf­kę przy wej­ściu, tak znisz­czo­ną, że sy­pa­ła się w jej rę­kach. Bar­dzo wy­do­ro­śla­ła, była teraz dużo wyż­sza od niej, ale rysy twa­rzy miała Etha­na.

Córka od­wró­ci­ła się na dźwięk ła­ma­nej deski pod no­ga­mi An­ne­lie. Spoj­rza­ła na nią z tą samą po­gar­dą, z którą i ona kie­dyś pa­trzy­ła na ojca.

– Wra­caj do schro­nu – rzu­ci­ła, kontynuując prze­glą­da­nie znisz­czo­nych rze­czy.

– Chodź ze mną. – An­ne­lie miała na­dzie­ję, że spę­dzi z córką choć tro­chę czasu.

– Musi gdzieś tu być. Nie zo­sta­wię tak tego, to je­dy­na pa­miąt­ka po tacie.

– Nie nosił tej ob­rącz­ki od dawna, nie wia­do­mo, czy w ogóle tu jest. Cała góra po­ro­sła grzy­bem, wra­caj­my.

– Nie, do­pó­ki jej nie znaj­dę. Idź, jak chcesz, w końcu co cię to ob­cho­dzi?

An­ne­lie po­de­szła po­wo­li i uści­snę­ła córkę. Po­czu­ła jak sztyw­nie­je, na­pi­na mię­śnie. To nic, po­wta­rza­ła sobie. To nic

Hope po­wo­li od­wró­ci­ła głowę, na­po­ty­ka­jąc wzrok matki. Jej ręce za­drża­ły i po­wo­li, z opo­rem, ści­snę­ła jej ramię. An­ne­lie po­czu­ła na­pływają­ce do oczu łzy.

– Prze­pra­szam – wy­szep­ta­ła. – Prze­pra­szam, Hope.

Jej córka odzie­dzi­czy­ła upór Kate, jed­nak bły­sko­tli­wość umy­słu, miała po matce. Na­zy­wa­li ją na­dzie­ją ludz­ko­ści i An­ne­lie w to wie­rzy­ła. Jeśli była jakaś szan­sa, choć­by naj­mniej­sza, na po­wstrzy­ma­nie apo­ka­lip­sy, to dzier­ży­ła ją Hope. Teraz jed­nak po­rzu­ci­ła swoją na­dzie­ję, pusz­cza­jąc dziec­ko i otwie­ra­jąc drzwi wej­ścio­we. Za­mknę­ła oczy, czu­jąc przy­jem­ny po­wiew wio­sny.

Stała sama, po­środ­ku ulicy, na któ­rej nie­daw­no wi­dzia­ła tru­chło psa. Znów była młoda, miała może osiem lat, a świat uśmie­chał się do niej, piesz­cząc zim­nym bla­skiem księ­ży­ca. Była w swo­jej ulu­bio­nej pi­żam­ce, pa­mię­ta­ła swój płacz, gdy po­dar­ła ją o krzak malin. To wciąż nie tu. Pa­ni­ka prze­kra­dła się do jej serca, nie była w sta­nie już jej po­wstrzy­mać. Była zmę­czo­na, z nie­chę­cią spoj­rza­ła na ko­lej­ne drzwi, ko­lej­ne przej­ścia. Czy to kara? Czy jest ska­za­na na wiecz­ną tu­łacz­kę mię­dzy frag­men­ta­mi jej życia? Za­drża­ła z zimna, w bose stopy bo­le­śnie wbi­jał się ostry ka­mień. Spoj­rza­ła za sie­bie, ale po domu nie zo­stał ślad. No tak, jesz­cze go nie zbu­do­wa­no.

Nie miała po­ję­cia co dalej, chcia­ła tylko uło­żyć się i za­snąć, jed­nak wie­dzia­ła, że nie da rady, do­pó­ki nie od­naj­dzie jutra. To już się wy­da­rzy­ło, nie ma prawa tu wra­cać. Za­ci­snę­ła piąst­ki, czu­jąc bicie serca.

Wtedy usły­sza­ła ćwier­ka­nie. Nie po­my­li­ła­by go z żad­nym innym, głos Janki róż­nił się od in­nych wró­bli. Spoj­rza­ła na gałąź. Mimo mroku do­brze wi­dzia­ła syl­wet­kę ptaka. Po­de­szła bli­żej, za­trzy­mu­jąc się na wy­cią­gnię­cie ręki. Jak zwy­kle, Janka od­le­cia­ła, jed­nak tym razem za­trzy­ma­ła się na po­bli­skim pło­cie, ćwier­ka­jąc, jakby ją wo­ła­ła. An­ne­lie od­po­wie­dzia­ła jej tym samym, po czym ru­szy­ła w jej stro­nę. Znów od­le­cia­ła i znów się za­trzy­ma­ła.

An­ne­lie przy­spie­szy­ła, bie­gnąc ile sił w małym ciele. Skrę­ci­ła w bok, potem w leśną ścież­kę. Po­wo­li za­czy­na­ła ro­zu­mieć, gdzie przybrana córka pro­wa­dzi. Był w lesie taki mały domek, obok niego rósł dziki krzew mi­ra­bel­ki. Tam też ją po­cho­wa­ła.

Za­trzy­ma­ła się na skra­ju po­lan­ki, na któ­rej stał bu­dy­nek. Janka sie­dzia­ła na ga­łę­zi do­kład­nie nad swoim przy­szłym gro­bem. An­ne­lie bała się po­dejść, po­nie­waż po­wo­li do­my­śla­ła się, dla­cze­go nie może zna­leźć jutra. Dla niej ono nie ist­nia­ło. Za­drża­ła, sama nie wie­dząc, czy to z zimna, czy ze stra­chu. Spoj­rza­ła na stare, prze­gni­łe drzwi do chat­ki. A więc tak to wy­glą­da.

Nagle ścią­gnę­ła brwi, za­ci­ska­jąc zęby, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc łzy. Nie, jesz­cze nie. Nie teraz i nie tak. Pa­mię­ta­ła noc, która miała być jej ostat­nią. Po­szła spać po ko­lej­nym sa­mot­nym dniu, spę­dzo­nym wśród ludzi. W za­tło­czo­nym schro­nie trudno było o pry­wat­ność. Tyle spraw po­zo­sta­ło nie­do­mknię­tych, tyle słów nie­wy­po­wie­dzia­nych. Wzrok Hope nigdy się nie zmie­nił, a ob­rącz­ka Etha­na za­gi­nę­ła bez­pow­rot­nie. Chcia­ła cho­ciaż jej po­szu­kać, jeśli nie dla sie­bie, to dla córki. Chcia­ła znowu za­pu­ścić włosy. Jesz­cze wszyst­ko da się na­pra­wić, wy­star­czy tro­chę chęci! Od­wró­ci­ła się ple­ca­mi do Janki, mając za­miar zna­leźć jutro za wszel­ką cenę.

Po­wstrzy­ma­ło ją ćwier­ka­nie. Sa­mot­ne wo­ła­nie, ma­ją­ce dodać jej od­wa­gi. Spoj­rza­ła na wró­bla, czu­jąc, jak opusz­cza­ją ją siły. Po­stą­pi­ła pierw­szy krok w stro­nę domku. Świat wokół się zmie­nił, jako na­sto­lat­ka szła teraz wśród rozkwitających pąków. Ko­lej­ny krok i była młodą, obie­cu­ją­cą stu­dent­ką, za­pa­trzo­ną w pracę, a let­nie niebo skrzy­ło się gwiaz­da­mi, jakby gdzieś w górze trwa­ła uczta. Ko­lej­ny, drze­wa wokół niej na­bra­ły głę­bo­kiej zie­le­ni, na palcu po­ja­wi­ła się ob­rącz­ka, a brzuch na­brał okrą­głego kształ­tu. I ko­lej­ny, li­ście za­czę­ły żółk­nąć, ból głowy po­wró­cił. Za­chwia­ła się, ale usły­sza­ła ćwier­ka­nie, takie bli­skie i tę­sk­ne. Na­stęp­ny, li­ście za­wi­ro­wa­ły wokół niej, a wiatr po­rwał la­bo­ra­to­ryj­ny kitel. I dalej, ude­rzył ją deszcz, a gdzie­nie­gdzie do­strze­gła ślady żół­tozie­lo­ne­go grzy­ba. Na­bra­ła tempa, na bar­kach cią­żył jej kom­bi­ne­zon, a twarz za­kry­wa­ła maska tle­no­wa. Płat­ki śnie­gu le­pi­ły się do ma­te­ria­łu, spa­da­jąc z nieba. Krok, brnę­ła teraz po pas w śnie­gu, le­d­wie idąc. Czuła się stara i zmę­czo­na, ale drzwi były na wy­cią­gnię­cie ręki. Gdy do nich do­tar­ła, nad­cho­dzi­ła od­wilż, a po­wie­trze zgęst­nia­ło od za­rod­ni­ków grzy­ba. Zro­zu­mia­ła, że nie zo­ba­czy już kwia­tów na krze­wie mi­ra­bel­ki, ale nie czuła żalu.

Janka przy­le­cia­ła na jej ramię, pierw­szy raz od tylu lat mogła ją do­tknąć. Ścią­gnę­ła grubą rę­ka­wi­cę, by po­czuć na skó­rze małe pa­zur­ki i de­li­kat­ny puch piór. Zro­zu­mia­ła, że cze­ka­ła na to od dawna.

Uśmiech­nę­ła się pod maską i obie prze­szły przez drzwi.

Koniec

Komentarze

O Mamo, mocne to!

Mam nadzieję, że wyszły i znalazły ten felerny dzień.

Smutna opowieść o tym, jak nieszczęśliwe dzieciństwo układa nas w bonsai i nie pozwala normalnie żyć. Pokręceni ludzie, wychowują pokręcone dzieci i psują świat. A kto jest nie pokręcony…

Dzień doberek. 

To pierwsza część komentarza – taka techniczna. Edytuję/bądź dodam nowy, gdy… komentarz pozna drogę do jutra, a nie chcę by przepadło, więc wstawiam. 

Przez wybite okno wpadały do środka jesienne liście, a ściany szpeciły wyblakłe graffiti.

→ Wywaliłbym, wiedząc, że muszą wpaść do środka, bo inaczej ciężko. 

 

Przez ciebie Kate szukała życie gdzieś indziej,

→ życia 

 

Chwyciła za klamkę i skoczyła na korytarz, zostawiając za sobą krzyki ojca.

→ Niepotrzebne. 

 

Miała teraz dwadzieścia parę lat, a korytarz był brudny i zaniedbany.

→ To narrator nie wie ile dokładnie? Skandal!

 

– Nieprawda. – Znów nie potrafiła się powstrzymać, choć dobrze zdawała się sprawę z absurdalności sytuacji. – Umrzesz.

→ dobrze zdawała sobie sprawę. 

 

– Mama będzie się martwić. – powiedziała jedyne, co przyszło jej do głowy.

→ bez kropy po “martwić”.

 

Annelie z trudem odwróciła się plecami do siostry i zeszła po schodach.

 

→ Ciężko nie odwrócić się czymś innym niż plecami… a nie, jest jednak jeszcze coś… 

 

 

 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O - Chada

Hej Ambush!

O Mamo, mocne to!

Bardzo się cieszę, że mocne ;P

 

Mam nadzieję, że wyszły i znalazły ten felerny dzień.

Raczej już nie znalazły ;P To chyba były ich ostatnie drzwi.

 

Smutna opowieść o tym, jak nieszczęśliwe dzieciństwo układa nas w bonsai i nie pozwala normalnie żyć. Pokręceni ludzie, wychowują pokręcone dzieci i psują świat. A kto jest nie pokręcony…

I niestety, koło się toczy, a przerwać je niezwykle ciężko. Ranimy, bo ktoś nas zranił, nieco to dziwne.

 

Hej NearDeath!

 

dzięki za uwagi, już poprawione ;)

Cześć ;)

Generalnie mi się podobało. Całkiem sprawnie napisane, motyw błądzenia między pokojami w poszukiwaniu jutra udany i ciekawy. Myślałem, że tekst opierać się będzie jedynie na tych czasowych przeskokach i problemach/relacjach ludzkich, Ty jednak dołożyłaś jeszcze motyw tajemniczego grzyba, który sprowadził na świat zagładę. Nie mówię, że to źle, wręcz czułem się w pewnym momencie bardzo pozytywnie zaskoczony, że jest w tej historii taki element, jednak…

No właśnie, według mnie potraktowany zbyt ogólnikowo. Niedopowiedzenia oczywiście nie są czymś złym, ale w tym przypadku chciałbym dowiedzieć się cokolwiek więcej o tym czymś. Bo niby potrafię sobie wyobrazić, że coś rozprzestrzenia się na skale światową, ale sugerujesz, że fiolka rozbiła się w pokoju. Dodatkowo za sprawą bohaterki, która była doktorantką i pracowała w laboratorium. Nie mogła tego jakkolwiek zabezpieczyć? Działać od razu? No chyba, że to coś przechodziło na ludzi, ale z tekstu odczytałem, że jednak zniszczyło naturę.

Pomijając wyżej opisany aspekt tekst był na tyle sprawny, a i emocje potrafił wzbudzić, że biblioteka się należy.

Pozdrawiam!

Hej Realuc!

 

Co do niedopowiedzeń, po prostu bałam się że zabraknie mi wiedzy i cała ta “apokalipsa” wyjdzie nienaturalnie ;P To też nie było głównym wątkiem opowieści, nie widziałam więc sensu w dopowiadaniu o morderczym grzybie. Liczyło się tylko jak wpłynął na życie Annelie, więc nie chciałam zbytnio odbiegać od tego tematu.

Dzięki za komentarz, kliczka i uwagi!

Pozdrawiam!

Cześć,

 

na początek garść uwag:

 

Złapała siwiejący kosmyk włosów. W jej wieku głowa matki pokryta była smolistą czernią.

Przyznam, że mogłam czegoś nie zrozumieć, więc nie wiem, czy to błąd, czy nie ;) W każdym razie, pojawia się sugestia, że gdy jej matka była w tym wieku, co ona, to miała nadal smoliście czarne włosy. Jakiś czas potem, przy scenie w pokoju rodziców (wiekowo wcześniejszej dla Annie) matka ma już posiwiałe włosy?

 

Serce zabiła jej mocniej.

Literówka.

 

że ćwierkała w rytm najpodlejszych hitów letniego radia, że zasypiała na jej dłoniach. Była taka ciepła, temperatura ciała ptaków sięga ponad czterdziestu stopni.

To letnie radio nie bardzo, może letnich hitów z radia? 

Annelie zrozumiała sens wiary w Boga, gdy Janka umarła. Nie doznała objawienia, po prostu myśl, że już nigdy miałyby się nie spotkać, była zbyt bolesna, by móc z nią żyć.

Wiem, że ludzie różnie reagują, ale dlaczego tak w przypadku śmierci ptaka, nie siostry?

 

Wróble żyją 3 lata – nie wiem, czy ten specjalnie jest taki długowieczny? 

 

Motyw podróży w czasie bardzo lubię, tutaj został ciekawie ujęty, ogólnie czytało mi się przyjemnie. Parę razy musiałam wrócić do wcześniejszych akapitów, bo temat pętli czasowej nie jest łatwy, ale wydaje mi się, że udźwignęłaś :)

 

Moment, w którym Annie uzmysławia sobie, dlaczego nie może znaleźć jutra jest przykry, mocno ze mną rezonuje. Jeszcze nie mogę polecać, ale polecałabym :)

Hej OldGuard!

 

Przyznam, że mogłam czegoś nie zrozumieć, więc nie wiem, czy to błąd, czy nie ;) W każdym razie, pojawia się sugestia, że gdy jej matka była w tym wieku, co ona, to miała nadal smoliście czarne włosy. Jakiś czas potem, przy scenie w pokoju rodziców (wiekowo wcześniejszej dla Annie) matka ma już posiwiałe włosy?

Żeby się w tym wszystkim nie gubić, notowałam sobie wiek poszczególnych postaci w danych okresach, ale chyba i tak coś mi umknęło. Matka Annelie była dosyć stara, kiedy ją rodziła (nie chodzi mi tu o podeszły wiek ogółem, tylko podeszły do rodzenia). W scenie w której mówisz Annelie ma 50+ lat, a jej matka osiwiała jakoś koło 60. Ale racja, zagmatwane to wszystko, muszę jeszcze raz to zrewidować xD

 

To letnie radio nie bardzo, może letnich hitów z radia? 

No fakt, zaraz poprawię.

 

Wiem, że ludzie różnie reagują, ale dlaczego tak w przypadku śmierci ptaka, nie siostry?

 

Wróble żyją 3 lata – nie wiem, czy ten specjalnie jest taki długowieczny? 

Siostra umarła gdy Annelie była dość młoda, z Janką “miała lepszy kontakt”, że się tak wyrażę ;P Gdzieś czytałam że wróble dożywają nawet dwudziestu lat, ale ile w tym prawdy?

 

Cieszę się że mimo tego przyjemnie Ci się czytało ;) Dzięki za uwagi, każda jest na wagę złota!

Druga część komentarza, więc dzień doberek. Postaram się jakiś komentarza wyskrobać.

 

Tapetę w jednorożce zastąpiła niebiesko-szara farba, a zabawki ustąpiły miejsca książkom oraz elementom perkusji.

→ Tak średnio mi wybrzmiało. Znalazłbym jakiś zamiennik na któreś z tych wyrażeń. 

 

Powstrzymało ją ćwierkanie. Samotne wołanie, mające dodać jej odwagi.

→ Powrót do korzeni? Rymy wracają do łask, w końcu! 

 

Zgubiłem jeszcze kilka uwag, ale niestety teraz nie mogę sobie przypomnieć jakich, kiedy czytałem to opowiadanie. Zatem ogólnie jest w porządku, ale bywają jakieś średnie zdania z dziwnie brzmiącym szykiem. Dość często też pojawia się tu określenie “odwrócić się plecami do…” (chyba w każdej rozmowie się tak odwracają do siebie) no tak brzmi kulturalniej, niż tyłek, no tak. Dobrze, że nie odwracali się brzuchami :P 

Początek opowiadania dość intrygujący – mamy dzieciaka, który opuszcza swój pokój i rośnie nam w oka mgnieniu. Widzimy jego rodzinę, a każda postać z osobna dostaje swoje pięć minut – to jest dobre, bo nam tych bohaterów jakoś budujesz. No i ten nostalgiczny klimat, swoiste wspomnienia rodziny robią tu niezłą atmosferę tego tekstu. Co prawda przeważa tu smutek, ale to dobrze, biorąc pod uwagę cały ton tekstu. 

***Czas na chwilowy brak powagi, bo nie będę tylko na poważnie gadał:

– To świetnie. – Starał się uśmiechnąć, patrząc na jej sińce pod oczami. Na chwilę zamilkł, a potem spoważniał. – Śmierdzisz alkoholem. Będę szczery. Annie, ja tak dłużej nie wytrzymam. Musisz przestać, proszę.

→ No… Ten Ethan to taka “żona” nam się zrobiła. I chleb upiecze i powie byś nie pił, a później jeszcze o wizycie/tabletkach od lekarza przypomni. 

*** Wracamy do powagi. 

Poznajemy tu pewne dramaty i konsekwencje przeszłości na przyszłość. Zrozumieć można bohaterkę, która nieco nam podupadła i po latach nabiera cech ojca. Spodobała mi się scena, w której bohaterka ma pieniądze w kieszeni i spogląda z zażenowaniem w lustro. Fajne odwrócenie ról. 

To co mi się w tym tekście najbardziej nie podobało, to:

Dum… dum – dialogi. 

Odniosłem wrażenie, że są one dość mocno przerysowane i niekiedy bije od nich sztucznością. Przykład rozmowy z ojcem.

***

!!!EDIT!!!

Przybył NearDeath z przyszłości. Gdzieś tam poniżej, gdzieś później, nie do końca jasno się wyrażę. Zatem sprostowanko:

Przeczytałem komentarz Finkli ( no bo jak żeby inaczej ;)) i chciałem tylko powiedzieć, że zachowania bohaterki, która próbuje wykorzystać tę wiedzę z przeszłości odczytałem tak samo, tylko źle to ubrałem w słowa. No bo przecież nie pomyślałbym, że w normalnym życiu w rozmowie z siostrą, jedna drugiej powie złowrogie – Umrzesz. No, tak więc gdybym tego nie łapał nie zrozumiałbym o co tu w ogóle chodzi. Ale sam fakt według mojej oceny – małej sztuczności wynika właśnie z tych rozmów. Bo nie wiem, czego oczekiwałaby bohaterka rozmawiając z rodziną w ten sposób. Jeśli widziałbym przyszłość, że ktoś zginie, to zapewne powiedziałbym mu “Umrzesz”, aby nic z tym nie zrobić, a mnie uznać za wariata. 

Tak więc zamysł rozumiem, tylko nie pasowały mi zachowania bohaterki. Czy to właśnie w rozmowie z ojcem – bo co ona chciała tym osiągnąć? Poza upustem emocji nie widzę innego powodu, czy we wcześniej wspomnianej rozmowie z Kate. Takie sprostowanie do tego co powygaduje NearDeath ze wczoraj. 

!!!KONIEC EDIT!!!

– Kradniesz. – Jej dziecięcy głos przepełniony był nienawiścią zupełnie nieadekwatną do wieku.

– Nie bądź śmieszna! Jestem twoim ojcem, nigdy bym cię nie okradł! Nie wygaduj takich bzdur! – Złapał ją za ramię i ścisnął nieco mocniej, niż powinien.

– To przez ciebie doszło do tego wszystkiego! – Nie mogła się powstrzymać. – Przez ciebie Kate szukała życia gdzieś indziej, przez ciebie robiła wszystko, by jak najmniej być w domu!

→ Dla mnie to najsłabszy punkt tekstu. Bohaterka przyłapuje ojca na kradzieży i praktycznie od razu wyrzyguje mu w dość oklepany sposób sztampową formułkę. Ojciec reaguje zresztą na jedno słowo “kradniesz” jeszcze bardziej sztampowym ględzeniem. Na jedno słowo “kradniesz” rozgadał się w mdły sposób. Hmmm, ten dialog wygląda, jakby bohaterowie dobrze zdawali sobie sprawę, że ktoś ich czyta i chcą mieć pewność, że tym bardziej zrozumieją :P 

Tak więc nie będę wszystkiego przytaczał, ale dialogi dla mnie to zdecydowanie najsłabszy punkt opowiadania. Myślę, że gdybyś nad nimi bardziej przysiadła to wyszłoby nieco lepiej, bo pisać historię potrafisz, więc nie wątpię. 

Sam tytuł – tym razem dla mnie świetny. Ma on solidne odzwierciedlenie w tekście i w sumie coś z niego wynika. Opowiadanie jest trochę z tych “emocjonalnych”, co akurat ja upatruję na plus, bo one momentami i potrafią zadziałać. Motyw ptaszko-Janki ładnie się wkomponował, a samo zakończenie jest symboliczne, a wiem, że w takie symboliczne nuty to grać lubisz. Koniec końców, nadzieja chyba jakaś pozostała.

Sam trochę podpiąłbym się do Realuca co do tego grzyba itd. Ale sam od siebie powiem Ci, że tę całą apokalipsę bym z tekstu wypierniczył na zbity pysk bo ani z niej za dużo wynika, ani w niej konkretów. Jest bo jest – by było efektownie :P? Sam motyw przechodzeniem przez pomieszczenia wydaje mi się dość wystarczającą fantastyką. I to podkreślam, bo to Ci wyszło bardzo fajnie i głównie ten motyw trzymał mnie przy czytaniu opowiadania widząc jak bohaterka dorasta, widząc jej traumy i jak z tego wybrnie, bądź też nie. Czy znajdzie te swoje jutro, lub nie. I to jest fajne i to mnie ciekawiło. Skoro nie miałaś na ten tekst większego planu, to Twoja wyobraźnia poszła swoją drogą i pokierowała to wg. swojego spontanicznego scenariusza. 

Podsumowując – było dobrze, z drobnymi ALE ;)

Tak więc tyle ode mnie.

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O - Chada

Cześć!

Poruszające i wciągające, dobrze mi się czytało. Przejrzałabym przecinki bo np.:

I w pewnym momencie, widać potwora, zamiast człowieka. – tu oba są zbędne.

W kwestii “grzybowej” – rozumiem, że apokalipsa jest jakoś powiązana z tym świadomym śnieniem/wizjami i dlatego jest nam potrzebna, ale chyba brakowało mi wyraźniejszego połączenia tych elementów. Mamy żrący deszcz, grzybokalipsę, fenomen świadomego śnienia (na tyle powszechny, że lekarze wiedzą, o co chodzi). Zabrakło mi też wyjaśnienia, dlaczego ona właściwie zabrała fiolkę do domu. Już w laboratorium była do tego stopnia pijana? To by raczej nie przeszło, wysoko funkcjonujący alkoholicy na ogół sprawnie oddzielają takie rzeczy. Może przydałby się jakiś powód.

Natomiast sam pomysł przeskoków czasowych i pokazania w ten sposób historii życia bohaterki podobał mi się bardzo; jak dla mnie, opowiadanie jest świetne nawet tak, jak jest.

Pozdrawiam!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Siemanko, to moze trochę dziwne, ale lubie historie o smutnych ludziach, postacie wydają mi się z tej perspektywy bardziej ludzkie i namacalne.

Wpleciony w to wszystko wątek apokalipsy wydaje mi sie troche zbędny, ladnie zazebia sie z bohaterka, ale w gruncie rzeczy na tyle dobrze poprowadziłas te historie ze nic moim zdaniem nie zmienił. To trochę jak paradoks z Poszukiwaczami zaginionej Arki, bez udziału Indiany zakonczenie byłoby takie samo; tu może znalazłoby się pare różnic, ale zakładam ze nad bohaterka ciążyło pewne rodzinne fatum (wszystko zostaje w rodzinie, co?)

koniec końców przyjemnie sie czytało, dałem sie porwać lekturze 

tyle ode mnie, pozdrawiam :) 

Zawsze coś da się poprawić

Fajny pomysł na podróże w czasie, z tym przechodzeniem przez drzwi.

W rozmowie z “Kradniesz” mam wrażenie, że tutaj wykorzystuje swoją wiedzę z przyszłości, w rozmowie z siostrą też – próbuje ją namówić do zrezygnowania z wyprawy. A przy spotkaniu z córką i rysunkiem nie może nic zmienić w przeszłości, chociaż by chciała.

Wydaje mi się, że to podróżowanie w czasie to technologia, skoro bohaterka tak dobrze zna zasady. Zwykły czy nawet świadomy sen mi nie bardzo pasuje, bo wtedy nie potrzebowałaby drzwi. A czy w pogrzybowym świecie ludzie mają środki i energię na takie luksusy? Wiadomo, że siedzą w schronach. Nie koncentrują się na przetrwaniu własnym i życia na Ziemi, tylko robią sobie wycieczki?

Opuściła rękę, gdy znów zauważyła Jankę. Przysiadła na uchylonym oknie i patrzyła w jej stronę, okiem z uszkodzoną powieką.

Kto jest podmiotem w drugim zdaniu? By wygląda, że Ann.

Babska logika rządzi!

Hej NearDeath!

Dzięki za drugą część komentarza!

 

→ No… Ten Ethan to taka “żona” nam się zrobiła. I chleb upiecze i powie byś nie pił, a później jeszcze o wizycie/tabletkach od lekarza przypomni. 

Trochę tak, ale kto mu zabroni? xD

 

Jeśli widziałbym przyszłość, że ktoś zginie, to zapewne powiedziałbym mu “Umrzesz”, aby nic z tym nie zrobić, a mnie uznać za wariata. 

Ona wie że to nie dzieje się naprawdę i nie ma wpływu na przyszłość/przeszłość, a ciężko sobie nie pogadać, mimo że to bez sensu.

 

Dla mnie to najsłabszy punkt tekstu. Bohaterka przyłapuje ojca na kradzieży i praktycznie od razu wyrzyguje mu w dość oklepany sposób sztampową formułkę. Ojciec reaguje zresztą na jedno słowo “kradniesz” jeszcze bardziej sztampowym ględzeniem. Na jedno słowo “kradniesz” rozgadał się w mdły sposób. Hmmm, ten dialog wygląda, jakby bohaterowie dobrze zdawali sobie sprawę, że ktoś ich czyta i chcą mieć pewność, że tym bardziej zrozumieją :P 

W sumie jak się tak teraz zastanowię, to te dialogi nie były do końca potrzebne, może stąd ta sztuczność. Zazwyczaj kiedy piszę nastawiam się albo na opisy, albo dialogi i to jedno mi wychodzi dobrze, kiedy drugie kuleje ;P Jakoś nie mogę tego połączyć.

 

Ale sam od siebie powiem Ci, że tę całą apokalipsę bym z tekstu wypierniczył na zbity pysk bo ani z niej za dużo wynika, ani w niej konkretów. Jest bo jest – by było efektownie :P?

Też się nad tym długo zastanawiałam, ostatecznie zostawiłam, sama nie wiem czemu. Kilka osób powiedziało że jest ok, może też zbytnio się zasugerowałam? No i mnie to opowiadanie wydało się jakieś… taki puste, bez tego. Chciałam żeby Hope miała co ratować, żeby chociaż ona mogła naprawiać zamiast niszczyć ;P

 

Dzięki za tak obszerny komentarz, dał do myślenia ;)

 

Hej Anoia!

 

Przejrzałabym przecinki bo np.:

I w pewnym momencie, widać potwora, zamiast człowieka. – tu oba są zbędne.

Racja, wybacz. W kółko poprawiam a ich tylko przybywa ;P

 

W kwestii “grzybowej” – rozumiem, że apokalipsa jest jakoś powiązana z tym świadomym śnieniem/wizjami i dlatego jest nam potrzebna, ale chyba brakowało mi wyraźniejszego połączenia tych elementów.

Bardzo nie chciałam mocniej rozpisywać się na grzybowy temat ;P Wolałam żeby pozostał tłem, chociaż chyba coś zepsułam.

 

Zabrakło mi też wyjaśnienia, dlaczego ona właściwie zabrała fiolkę do domu. Już w laboratorium była do tego stopnia pijana?

Właściwie to tak, ale faktycznie może jakiś lepszy powód by się przydał?

 

Fajnie że mimo błędów opowiadanie Ci się podobało! ;)

 

Hej Kulosławie!

 

Wpleciony w to wszystko wątek apokalipsy wydaje mi sie troche zbędny, ladnie zazebia sie z bohaterka, ale w gruncie rzeczy na tyle dobrze poprowadziłas te historie ze nic moim zdaniem nie zmienił.

Ok, coś z tą apokalipsą jest na rzeczy ;P

 

koniec końców przyjemnie sie czytało, dałem sie porwać lekturze 

tyle ode mnie, pozdrawiam :) 

Cieszę się, ostatecznie to chyba najważniejsze ;P

 

Hej Finklo!

 

Wydaje mi się, że to podróżowanie w czasie to technologia, skoro bohaterka tak dobrze zna zasady. Zwykły czy nawet świadomy sen mi nie bardzo pasuje, bo wtedy nie potrzebowałaby drzwi. A czy w pogrzybowym świecie ludzie mają środki i energię na takie luksusy? Wiadomo, że siedzą w schronach. Nie koncentrują się na przetrwaniu własnym i życia na Ziemi, tylko robią sobie wycieczki?

Fenomenu podróżowania w czasie nie chciałam zbytnio wyjaśniać, ale bohaterka dobrze zna zasady, bo nie pierwszy raz musi jutro odszukać. Czy to technologia? To zależy od Ciebie, jednak nie myślałam o tym w ten sposób podczas pisania. Większość osób oczywiste stara się przetrwać, ale Annelie ma już swoje lata ;)

 

Kto jest podmiotem w drugim zdaniu? By wygląda, że Ann.

Racja, do poprawy ;)

 

Cieszę się że podobało się i tobie ;P 

 

 

Dziękuję wszystkim za komentarze. Znalezione błędy poprawię, apokalipsy już niestety, nie usunę, ale mam nauczkę na przyszłość ;)

Nie wiem, przez które drzwi przeszedłem, że tu trafiłem, ale nie żałuję! Opowiadanko bardzo mi się spodobało, bardzo zgrabnie napisane, jak większość twoich tekstów. xD

W pewnym momencie zacząłem podejrzewać, w którym kierunku to zmierza, ale i tak końcówka, choć trochę smutna, to nadal satysfakcjonowała. Ale w sumie bohaterka przez przypadek zniszczyła świat. :)

Widać przypadki chodzącą po ludziach w parze z nieszczęściem.

Hej ZigiN!

 

Co tu dużo mówić, cieszę się że Ci się spodobało ;) 

Cześć!

 

Trochę powtórzę komentarz z bety, trochę dodam :). Fajne to opowiadanie, podobało mi się, choć momentami odczuwałam lekkie znużenie kolejnymi przejściami, nie widzę jednak żadnego elementu, który byłby na tyle nieistotny, aby go usunąć. Bardzo sprawnie odkrywasz kolejne zdarzenia z życia bohaterki, jej obraz i problemy z jakimi się zmierzyła stopniowo układają się w całość. Jest to historia jakich wiele, ale opisana w interesujący sposób. Minusem może być to, że fabuła wygląda jak błądzenie we śnie, co trochę zniechęca, ale zakończenie jest na tyle ciekawe i zaskakujące, że wrażenie ogólne jest bardzo dobre. Zgłaszam do biblioteki.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Hej Alicello!

 

Cieszę się, że wpadłaś i że ostatecznie Ci się spodobało ;)

 

Minusem może być to, że fabuła wygląda jak błądzenie we śnie, co trochę zniechęca,

Czemu błądzenie we śnie zniechęca? Ja tam lubię takie klimaty ;P Chociaż masz rację, wydaje mi się że trochę brak tu napięcia, jakiegoś zagrożenia. W końcu wiemy że bohaterka ogląda przeszłość i raczej nic jej nie grozi, stąd trudno się o nią faktycznie martwić. Mam nadzieję że końcówką nadrobiłam, mnie też się podoba ;)

Dzięki za komentarz i klika!

To nie jest złe opowiadanie, ba!, jest pewnie dobre, tylko mnie niestety wynudziło. Widać, nie jestem targetem. Bo to w sumie taki obyczaj, podszyty fantastyką. Pozdrawiam.

Hej RebelMac!

Nie każde opowiadanie jest dla każdego, to wiadome ;P Fajnie że jednak wpadłeś i postanowiłeś zostawić coś po sobie. 

Obecnie przychodzę jakiś pisarski kryzys tożsamościowy i nie wiem o czym tak właściwie chcę pisać. Sama zdziwiłam się, zdając sobie sprawę, że to fantastyczna obyczajówka. Może w przyszłości stworzę coś bardziej wpisującego się w fantastykę i wtedy Ci podejdzie?

Dzięki za komentarz!

Cześć, Gruszel!

 

że nie powstrzymała siostry(+,) a ojciec, że go wtedy nie było.

przecinek

wydziobywały mięso z ciała martwego psa.

Mam nadzieję, że to nie Ty go zabiłaś…

gdyby nie znalazła odpowiedniej drogi(-,) i umarła tutaj.

a ten chyba zbędny

Wciągnęła mocniej powietrze(-,) filtrowane przez maskę

ten chyba też

– Wracaj do schronu – rzuciła jej, kontynuując przeglądanie zniszczonych rzeczy.

bez tego “jej” byłoby chyba ładniej

Była w swojej ulubionej piżamce, pamiętała swój płacz, gdy podarła go o krzak malin.

piżamkę – ją

 

Podobało mi się :) historia Annelie opowiedziana w interesujący sposób, choć jeszcze sporo ukryłaś. Cały świat niemal ukatrupiłaś przez nałóg, z którym borykała się jedna osoba – nigdy nie wiadomo, jakie konsekwencje będą miały nasze czyny.

W pewnym momencie kolejne przejścia zaczęły mnie nużyć i stanąłem rozkrokiem ze swoimi oczekiwaniami – z jednej strony spodziewałem się, że zakończenie będzie spokojne, a z drugiej stwierdziłem, że jak już dokładasz kolejne klocki, i kolejne, to zakończy się jakimś mocnym bam! Wybrałaś pierwsze rozwiązanie i zostawiłaś mnie przez to z wieloma pytaniami. Jest trochę niedosytu po lekturze.

Ale napisane sprawnie, na początku zaciągnęłaś haczyk i później już nie można było czytania zostawić ;) Biblio już jest, a klikałbym też :)

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej Gruszel!

Bardzo fajne i przyjemne opowiadanie. Oryginalny pomysł z przejściami pasuje do okruchów życia, które przedstawiasz. Jestem pełen podziwu wobec wewnętrznej spójności i łatwości z jaką podąża się za bohaterką pomimo pociętej linii czasu.

Co do kwestii apokalipsy to wydaję mi się, że rozumiem dlaczego zdania są nieco podzielone. Sam temat pomaga, opowiadanie zyskuje dzięki tak odmiennej zmianie w ekspozycji. Pozwala to zatrzymać świeżość przechodzeniu przez kolejne drzwi, które w pewnym momencie może nużyć (choć akurat ja tego nie odczułem), a także ułatwia rozróżnianie chronologii. Apokalipsa jako zmienne tło wydarzeń pasuje mi świetnie, przeszkadza jednak pierwszoplanowy udział bohaterki. Osobiście zastąpiłbym tę scenę tym, że pijana matka pozwala dziecku wyjść na toksyczny deszcz na samym początku owej apokalipsy (czy czymś podobnym). Dalej robiłaby coś bardzo złego jednak nadal w klimacie bycia człowiekiem, a nie “super naukowca”. Wydaje mi się, że forma opowiadania jest zbyt krótka i ogólnie wątek bycia zaczątkiem apokalipsy nie ma czasu wybrzmieć, zresztą nieco rozmywa przyczynę nienawiści córki.

Była taka ciepła, temperatura ciała ptaków sięga ponad czterdziestu stopni.

Jakoś tak nie pasuje mi to zdanie. Może dlatego, że rozumiejąc coś sami sobie o tym w kółko nie przypominamy, a może dlatego, że przecież nie zawsze chodzi o temperaturę, czasem chodzi o bliskość.

 

Scenie, w której bohaterka ma w kieszeni pieniądze córki. Brakuje mi w niej nieco wytłumaczenia, sami przed sobą zawsze mamy jakiś powód. Szczególnie gdy tak ładnie wychodzi Ci oddawanie emocji bohaterki tu jakoś mi tego zabrakło. Szczególnie, że złość na samą siebie zaraz potem wybrzmiała bardzo ładnie.

 

Dialogi mogłyby być nieco mniej sugestywne, nieco bardziej żywiołowe, ale to już parę osób zauważyło wcześniej.

 

Ogólnie oceniam na 4,5 , byłoby więcej gdyby nie ten jeden wątek, który w kulminacyjnym momencie opowiadania prowadzi w sumie donikąd. Emocjonalna fantastyka wybrzmiewa wyśmienicie, oryginalna koncepcja i spójna narracja. Czytało się bardzo przyjemnie.

 

Pozdrawiam Serdecznie

Dragonin

 

Hej Krokusie!

 

Miło że wpadłeś ;) Dzięki za uwagi, pozwól że poprawię je za kilka dni. Chwilowo, w trakcie naukowego maratonu, mózg mi uchem wypływa.

 

Cieszę się że Ci się podobało i rozumiem że w pewnym momencie może nużyć. Starałam się przyciąć, ale jak wspomniała Alicella, nie bardzo było co, a przynajmniej Ja dostrzec nie potrafiłam.

W pewnym momencie kolejne przejścia zaczęły mnie nużyć i stanąłem rozkrokiem ze swoimi oczekiwaniami – z jednej strony spodziewałem się, że zakończenie będzie spokojne, a z drugiej stwierdziłem, że jak już dokładasz kolejne klocki, i kolejne, to zakończy się jakimś mocnym bam! Wybrałaś pierwsze rozwiązanie i zostawiłaś mnie przez to z wieloma pytaniami. Jest trochę niedosytu po lekturze.

Bardzo chciałam żeby historia pozostała otwarta. Tak jak życie Annelie jest tylko skrawkiem w historii świata, gdzie nie zna ani początku, ani końca. Niedosyt to skutek uboczny, ale przecież my też naszym życiem nie będziemy w stanie objąć wszystkiego czego byśmy chcieli. Więc ono zapewne także zakończy się niedosytem ;P

Dzięki za komentarz, wiem że zawsze da się coś napisać lepiej, ale Ja osobiście nie zmieniłabym nic. To chyba pierwsze opko które jako tako mi się podoba, więc będę bronić ;P Gdybym poprawiła, pewnie powstałyby nowe błędy. A tak, chociaż Ja je lubię ;)

 

Hej Dragoninie!

 

Bardzo fajne i przyjemne opowiadanie. Oryginalny pomysł z przejściami pasuje do okruchów życia, które przedstawiasz. Jestem pełen podziwu wobec wewnętrznej spójności i łatwości z jaką podąża się za bohaterką pomimo pociętej linii czasu.

Dziękuję, bardzo bałam się że czytelnik zgubi się w tekście, więc to dla mnie świetna wiadomość.

 

. Apokalipsa jako zmienne tło wydarzeń pasuje mi świetnie, przeszkadza jednak pierwszoplanowy udział bohaterki. Osobiście zastąpiłbym tę scenę tym, że pijana matka pozwala dziecku wyjść na toksyczny deszcz na samym początku owej apokalipsy (czy czymś podobnym). Dalej robiłaby coś bardzo złego jednak nadal w klimacie bycia człowiekiem, a nie “super naukowca”. Wydaje mi się, że forma opowiadania jest zbyt krótka i ogólnie wątek bycia zaczątkiem apokalipsy nie ma czasu wybrzmieć, zresztą nieco rozmywa przyczynę nienawiści córki.

Bardzo długo zastanawiałam się czy w ogóle warto ją dodawać. Oczywiście, nie chodziło mi o bycie “super naukowcem”, raczej Annelie pracowała w zespole, co może powinnam bardziej podkreślić? Gdyby apokalipsa nie była przynajmniej w części jej udziałem, byłaby jeszcze bardziej bezsensowna. Gdzieś czytałam i nadal się do tego stosuję, że pierwsze złe wydarzenie z życia bohatera może nie być jego winą, ale cała reszta już musi. Czemu? Ponieważ najciekawsze jest śledzenie wyborów bohatera i ich konsekwencji. Więc jeśli już apokalipsa, to tylko z udziałem bohaterki ^^

Apokalipsa miała być czymś, co pozostawi zakończenie otwarte, bo przecież, mimo śmierci Annelie, świat dalej pędzi do przodu i jak nie ona, to ktoś inny będzie musiał końcowi świata zaradzić ;P Chodziło o pozostawienie pewnego “spadku”, czy to dobrego, czy nie, przyszłym pokoleniom. To czy Hope da sobie radę, to już zupełnie inna historia ;)

Jakoś tak nie pasuje mi to zdanie. Może dlatego, że rozumiejąc coś sami sobie o tym w kółko nie przypominamy, a może dlatego, że przecież nie zawsze chodzi o temperaturę, czasem chodzi o bliskość.

Racja, powinnam to zmienić. Dzięki.

 

Scenie, w której bohaterka ma w kieszeni pieniądze córki. Brakuje mi w niej nieco wytłumaczenia, sami przed sobą zawsze mamy jakiś powód. Szczególnie gdy tak ładnie wychodzi Ci oddawanie emocji bohaterki tu jakoś mi tego zabrakło. Szczególnie, że złość na samą siebie zaraz potem wybrzmiała bardzo ładnie.

Annelie na pewno to sobie jakoś tłumaczyła, ale wcześniej, gdy faktycznie miała te trzydzieści parę lat i okradała własne dziecko. Teraz jest już starszą osobą która widzi swoje błędy, więc tłumaczenie byłoby niezgodne z jej aktualnym charakterem. 

 

Dialogi mogłyby być nieco mniej sugestywne, nieco bardziej żywiołowe, ale to już parę osób zauważyło wcześniej.

Tak, muszę przyznać, tutaj poległam. Zbytnio skupiłam się na opisach ;(

 

Ogólnie oceniam na 4,5 , byłoby więcej gdyby nie ten jeden wątek, który w kulminacyjnym momencie opowiadania prowadzi w sumie donikąd. Emocjonalna fantastyka wybrzmiewa wyśmienicie, oryginalna koncepcja i spójna narracja. Czytało się bardzo przyjemnie.

Całkiem wysoko, dzięki! Widziałam że tekst Krokusa, któremu kibicuję do piórka, dostał 4,6-4,7 więc to dla mnie duża pochwała ;) Chodzi o wątek apokalipsy? 

No i też uwielbiam emocjonalną fantastykę, wydaje mi się że można w niej przekazać więcej niż w romansach czy obyczajówkach, jeśli dobrze się ją poprowadzi ;)

 

Dzięki za komentarz! ;)

Przez kilka dni nie było misia na NF. Dzisiaj zaczął czytanie od Twojego opowiadania i nie żałuje. Czasem ma sny ‘wspomnieniowe’ z wcześniejszego życia. To jest podobne do przechodzenia przez drzwi w Twoim tekście . Będzie pamiętał to opowiadanie długo. Gwiazdki.

Hej misiu!

 

Dzisiaj zaczął czytanie od Twojego opowiadania i nie żałuje.

Będzie pamiętał to opowiadanie długo.

Miód na moje serce heart Dziękuję!

 

Czasem ma sny ‘wspomnieniowe’ z wcześniejszego życia. To jest podobne do przechodzenia przez drzwi w Twoim tekście .

Ciekawa sprawa. W poprzednim wcieleniu musiałam być jakimś chomikiem z krótką pamięcią, bo żadnym takich snów nie mam, a szkoda. Zazdroszczę, pewnie dużo dobrych pomysłów się tam kryje ;P

 

Dzięki za komentarz!

Hej Gruszel!

Świetne opowiadanie. Popłynąłem z tekstem, dlatego nawet jeżeli linia czasowa się nie zgadzała, to zupełnie tego nie zauważyłem.

Tym “świadomym snem” wpuściłaś mnie w maliny. Przyznam, że nie do końca rozumiem dlaczego. Wyglądało jakby bohaterka była tam już nie raz, a jednak brakowało mi więcej informacji na ten temat. Może po prostu źle zinterpretowałem tekst.

 

Zasłużona biblioteka. Gratulacje i pozdrawiam :)

Gruszel, żebyśmy się dobrze zrozumieli :)

Dzięki za komentarz, wiem że zawsze da się coś napisać lepiej, ale Ja osobiście nie zmieniłabym nic. To chyba pierwsze opko które jako tako mi się podoba, więc będę bronić ;P Gdybym poprawiła, pewnie powstałyby nowe błędy. A tak, chociaż Ja je lubię ;)

Nawet nie pomyślałem, że “to można było napisać lepiej” – pisałem raczej o oczekiwaniach, które przyszły w trakcie tekstu. Z jednej strony rosnące wciąż napięcie, a z drugiej nieco za dużo tych przejść – to się we mnie zakotłowało. Koniec wyszedł jednak naturalnie. I też nie dostrzegam rzeczy, które mogłabyś przyciąć :) po prostu nie wszystkim w pełni dogodzisz ;) mi dogodziłaś tak prawie zupełnie :P

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej Ramshiri!

 Super że się podobało ;P

 

Tym “świadomym snem” wpuściłaś mnie w maliny. Przyznam, że nie do końca rozumiem dlaczego. Wyglądało jakby bohaterka była tam już nie raz, a jednak brakowało mi więcej informacji na ten temat. Może po prostu źle zinterpretowałem tekst.

Świadome śnienie miało być jakimś racjonalnym wytłumaczeniem lekarzy na ten fenomen i sugestią, że Annelie gdzieś z tym była. Ale oczywiście, furtka czy według czytelnika to było świadome śnienie pozostaje otwarta ;P

 

Krokusie

 

Nawet nie pomyślałem, że “to można było napisać lepiej” – pisałem raczej o oczekiwaniach, które przyszły w trakcie tekstu. Z jednej strony rosnące wciąż napięcie, a z drugiej nieco za dużo tych przejść – to się we mnie zakotłowało. Koniec wyszedł jednak naturalnie. I też nie dostrzegam rzeczy, które mogłabyś przyciąć :) po prostu nie wszystkim w pełni dogodzisz ;) mi dogodziłaś tak prawie zupełnie :P

Chyba źle się wyraziłam ;P Nie chodziło mi o to, że sugerujesz mi konieczne poprawki, raczej o to, że akceptuję nieidealną wersję swojego tekstu, jako że idealnej raczej nie ma. Oczywiście, nie w każdego gusta trafię, temu raczej nie da się zapobiec. Dzięki że napisałeś o swoich oczekiwaniach, teraz w przyszłych tekstach mogę mieć to na uwadze ;) To dla mnie bardzo ważne, pomagasz mi się rozwijać heart

Hej Gruszel!

Co do apokalipsy, jeżeli stanowiłaby ona jedynie Twoją scenografię i odzwierciedlała to przez co przechodzi bohaterka to wtedy nie brakowałoby tej aktywnej części z działania bohaterki o której wspominasz. Dla mnie osobiście zabrakło miejsca by ten wątek wybrzmiał choć sprawdził się właśnie jako odświeżające, zmieniające się tło wydarzeń, ale to Ty jesteś autorką tekstu i ostatecznie to Twoja artystyczna wizja :).

Co do uzasadnienia mojej oceny to tak skrótowo:

Na PLUS:

pomysł i wykonanie (tak ogólnie jako ciekawy koncept)

– wewnętrzna spójność poszarpanej chronologii i łatwość z jaką rozumie się te wydarzenia

– przedstawienie emocji bohaterów wyszło całkiem sprawnie i wiarygodnie

 

Na Minus:

– bohaterka jako sprawczyni Apokalipsy

– dialogi

 

pozdrawiam serdecznie :)

Dobre :) Wyobrażałam sobie bohaterkę leżącą pod jakąś aparaturą podtrzymującą życie i we własnej głowie poszukującą jutra, którego nie ma, bo sama go zniszczyła. Apokalipsa mi pasowała. Wspomnienia podane w taki sposób wyszły świetnie. Zakończenie – chyba nie mogło być inaczej, choć jednocześnie miałam nadzieję, że Nadzieja coś zdziała ;) Smutny był los powtórzony Annelie, gesty, które wcześniej były gestami ojca.

Klikłabym, ale już nie potrzebujesz :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej Dragoninie!

Rozumiem twój punkt widzenia, jednak wciąż będę się upierać ;) Raczej nie ma tu dobrej odpowiedzi, jednemu się spodoba tak, innemu nie. Dzięki za opinię, fajnie że tyle plusów się nazbierało, a co do dialogów, będę bardziej na nie uważać ;)

 

Hej Irko!

Fajnie że wpadłaś ;) Jeszcze fajnie że Ci się podobało. Możliwe ze Nadzieja jeszcze coś zdziała, ale tego Annelie już nie ujrzy. Chyba jedna z najgorszych rzeczy która może nam się przytrafić, to rozpoznać znienawidzoną osobę w samej sobie. Choć, ponoć właśnie za to nienawidzimy te osoby – reprezentują cząstkę nas której nie cierpimy.

Cieszę się że byś klikała, dajesz mi kopa do dalszego pisania ^^ Dzięki za komentarz!

Miewam problemy z pojęciem opowieści traktujących o snach, także tych śnionych świadomie, jak i poruszaniu się w czasie, i pewnie dlatego nie wszystko do mnie dotarło – nie wiem dlaczego Annelie starała się znaleźć jutro i dlaczego w tej wędrówce trafiała na tak różne etapy swojego życia.

Jednakowoż muszę wyznać, że opowiadanie czytało się nieźle, nawet z pewnym zaciekawieniem, choć wolałabym, aby było napisane nieco lepiej.

 

Za­wsze tak ro­bi­ła, dzię­ki temu nie miała pro­ble­mów z rów­no­wa­gą, gdy ciało nagle rosło. Kiedy je otwo­rzy­ła, była wyż­sza, głową się­ga­ła klam­ki. → Czy dobrze rozumiem, że otworzyła

ciało???

 

Ze­szła na dół. Jak się spo­dzie­wa­ła, w kuch­ni jesz­cze świe­ci­ło się świa­tło. → Zbędne dopowiedzenie – Czy mogła zejść na górę? Powtórzenie.

Proponuję: Ze­szła do kuchni, gdzie, jak się spo­dzie­wa­ła, światło było jesz­cze włączone.

 

Otwar­ła oczy, na­bra­ła moc­niej po­wie­trza i za­ci­snę­ła piąst­ki. → Raczej: Otwar­ła oczy, na­bra­ła głębiej po­wie­trza i za­ci­snę­ła piąst­ki.

 

Maska tle­no­wa na jej twa­rzy chro­ni­ła przed ska­żo­nym po­wie­trzem. → Czy pierwszy zaimek jest konieczny?

 

Żół­to-zie­lo­ne za­rod­ni­ki tań­czy­ły na wie­trze… → Żół­tozie­lo­ne za­rod­ni­ki tań­czy­ły na wie­trze

 

Ta­pe­tę w jed­no­roż­ce za­stą­pi­ła nie­bie­sko-sza­ra farba… → Ta­pe­tę w jed­no­roż­ce za­stą­pi­ła nie­bie­skosza­ra farba

 

– No co tam, Ann?– po­wie­dział… → Brak spacji po pytajniku.

 

Jej siwe włosy opa­da­ły bez­wład­nie na oczy. → Czy tu aby nie miało być: Jej siwe włosy opa­da­ły bez­ład­nie na oczy.

 

Na­praw­dę, cięż­ko to opi­sać→ Na­praw­dę, trudno to opi­sać

 

Trzy domy do przo­du, bli­ziut­ko… → Raczej: Trzy domy dalej, bli­ziut­ko

 

Omiótł ją za­pach świe­żego chle­ba. → Zapach nie omiata.

Proponuję: Owionął ją za­pach świe­żego chle­ba.

 

Na przed­sion­ku mała wy­cie­racz­ka… → W przed­sion­ku mała wy­cie­racz­ka

 

Małe stóp­ki za­tu­po­ta­ły nie­zgrab­nie… → Zbędne dopowiedzenie – stópki są małe z definicji.

 

Wy­peł­nia­ła go zie­lo­no-żół­ta na­rośl. → > Wy­peł­nia­ła go zie­lo­nożół­ta na­rośl.

 

choć wraz z wie­kiem cię­żej jej było go opu­ścić. → …choć wraz z wie­kiem trudniej jej było go opu­ścić.

 

W po­wie­trzu uno­si­ły się mi­lio­ny za­rod­ni­ków, bar­wiąc je na żół­to-zie­lo­no. → W po­wie­trzu uno­si­ły się mi­lio­ny za­rod­ni­ków, bar­wiąc je na żół­tozie­lo­no.

 

Spoj­rza­ła na nią z tą samą po­gar­dą, z którą ona sama kie­dyś pa­trzy­ła na swo­je­go ojca. → Czy wszystkie zaimki są konieczne? Powtórzenie.

 

W za­tło­czo­nym schro­nie cięż­ko było o pry­wat­ność. → W za­tło­czo­nym schro­nie trudno było o pry­wat­ność.

 

szła teraz wśród kwit­ną­cych pąków. → Pąk, by kwitnąć, musi się rozwinąć, ale wtedy już nie jest pąkiem.

Proponuję: …szła teraz wśród rozkwitających pąków.

 

a brzuch na­brał okrą­głych kształ­tów. → …a brzuch na­brał okrą­głego kształ­tu.

Chyba że brzuch nabrał kilku kształtów.

 

do­strze­gła ślady żół­to-zie­lo­ne­go grzy­ba. → …do­strze­gła ślady żół­tozie­lo­ne­go grzy­ba.

 

nie zo­ba­czy już kwit­ną­cych kwia­tów na krze­wie mi­ra­bel­ki… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …nie zo­ba­czy już kwia­tów na krze­wie mi­ra­bel­ki

 

Uśmiech­nę­ła się przez maskę i obie prze­szły przez drzwi. → Raczej: Uśmiech­nę­ła się pod maską i obie prze­szły przez drzwi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej Reg!

Nie powiem, czekałam na twój komentarz i miałam nadzieję, że zawitasz ;) Błędy poprawione a zebrało się ich sporo. Dzięki!

Jednakowoż muszę wyznać, że opowiadanie czytało się nieźle, nawet z pewnym zaciekawieniem, choć wolałabym, aby było napisane nieco lepiej.

Świetnie! Dla mnie to duży komplement ;) W przyszłości postaram się, by w końcu jakiś mój tekst ci się spodobał!

 

Dzięki za komentarz ;P

Nie powiem, czekałam na twój komentarz i miałam nadzieję, że zawitasz ;)

No cóż, staram się czytać na bieżąco, ale to nie zawsze się udaje, więc kolejkuję teksty, a kolejka stale rośnie…

 

W przyszłości postaram się, by w końcu jakiś mój tekst ci się spodobał!

Jestem pewna, że tak się stanie. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No cóż, staram się czytać na bieżąco, ale to nie zawsze się udaje, więc kolejkuję teksty, a kolejka stale rośnie…

Ciężko pewnie przeczytać wszystko, a tym bardziej skomentować i zrobić tak dokładną łapankę, nie wymagam tego od Ciebie, ale wciąż cieszę się że miałaś czas i chęci zajrzeć do mnie ;)

 

Jestem pewna, że tak się stanie. :)

Mam nadzieję że Cię nie zawiodę ;P

W takim razie, Gruszel, o zobaczenia pod Twoim kolejnym opowiadaniem. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W takim razie, Gruszel, o zobaczenia pod Twoim kolejnym opowiadaniem. ;)

heart

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Hej Anet!

Cieszę się i dzięki za komentarz ;)

Podoba mi się sposób w jaki piszesz. Fabuła trochę zakręcona, ale przekonująca. Toksyczne grzyby pasują do onirycznego charakteru opowiadania.

Fabułę odczytałem tak, że poszukiwanie jutra to poszukiwanie życia, bo bohaterka umiera, a ten sen, z flashbackami, to jest jej ostatni sen (przed śmiercią staje jej przed oczami całe życie). Wróbel Kate może być symbolem jej duszy.

Uśmiechnęła się pod maską i obie przeszły przez drzwi.

Nie wiem z jakiego powodu umiera, ale to nie jest zarzut, bo pozostawiasz pole do interpretacji.

 

 

 

detal:

Przy kracie kanałowej szpaki wydziobywały mięso z ciała martwego psa.

Szpaki kojarzą się z ogołacaniem czereśni, czasem dziobną jakiegoś robaka, ale psa? Może wrony, kruki?

 

 

 

Hej kronosie!

 

Fajnie, że się podobało, to dla mnie najważniejsze ;)

 

Fabułę odczytałem tak, że poszukiwanie jutra to poszukiwanie życia, bo bohaterka umiera, a ten sen, z flashbackami, to jest jej ostatni sen (przed śmiercią staje jej przed oczami całe życie).

Dobrze odczytałeś ;) Wcisnęłam tutaj trochę symboliki, więc i wróbel swoje przedstawia ;)

 

Nie wiem z jakiego powodu umiera, ale to nie jest zarzut, bo pozostawiasz pole do interpretacji.

Wolę zostawić to niedopowiedziane, choć jest kilka wskazówek. Jej sposób śmierci po prostu nie wpływa na fabułę, więc i nie warto o nim wspominać ;P

 

Szpaki kojarzą się z ogołacaniem czereśni, czasem dziobną jakiegoś robaka, ale psa? Może wrony, kruki?

Racja, jakoś nie pokojarzyłam, dzięki!

 

Dzięki za odwiedziny i komentarz!

Nowa Fantastyka