- Opowiadanie: koriat - Dwa spojrzenia. Baśń.

Dwa spojrzenia. Baśń.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Dwa spojrzenia. Baśń.

 

Dla Joanny

 

 

Kiedyś i gdzieś – bardzo daleko od znanych nam miejsc i czasów (które wszakże nie mają dla tej historii żadnego znaczenia), stał niewielki zamek, zupełnie zagubiony w zielono-czarnym bezmiarze ogromnej puszczy. Mówiono o nim, że powstał dawno, dawno temu, by chronić okoliczne ziemie przed Hunem Attylą. Być może to prawda, choć równie dobrze mógł zostać zbudowany dla obrony przed Germanami, Słowianami, Awarami czy Scytami – nikt bowiem nie zliczy najeźdźców, którzy przetoczyli się przez tę krainę; przychodzili kolejnymi falami, jedni po drugich, nie różniący się niczym.

Jednak w czasach tej opowieści wszystkie najazdy były już tylko blaknącym powoli wspomnieniem, podobnym do wspomnienia złego snu. Zamek, stojąc na niewysokim wzgórzu, pochylał się nad lasem łagodnie i cicho, jakby po tylu stuleciach niepokojów zdołał wreszcie spokojnie zasnąć.

Panem na owym zamku był pewien rycerz, którego imię zaginęło. Miał nieliczną służbę i niewielu więcej poddanych, rozsianych po nieco mniej dzikich rejonach puszczy wokół zamku, a także nadwornego astrologa, który jednak kilka lat wcześniej oślepł i nie mógł już patrzeć w gwiazdy.

Miał też niewielką salę tortur, umieszczoną, jak na porządną salę tortur przystało, w najgłębszym lochu. Czasami lubił tam schodzić i patrzeć, jak mdłe światło kaganka pełza po ścianach, formując straszliwe kształty – pałubę dziewicy norymberskiej, podobne do fortecy krzesło inkwizytorskie, rzędy haków, szczypiec i bocianów – były tam wszystkie instrumenty, jakie tylko wymyślono do zadawania bólu. Rycerz odziedziczył je po znanych z okrucieństwa przodkach, a użył tylko raz, dawno temu.

Poddał torturom pewnego minstrela, którego sprowadził z dalekich stron dla swojej młodej, pięknej żony, by pustkowie, pośrodku którego przyszło jej żyć, nie pożarło całkiem jej duszy.

Minstrel najpierw zawłaszczył całą jej uwagę, potem serce, a wreszcie i łoże.

Rycerz kazał położyć go na madejowym łożu i własnoręcznie kręcił kołowrotem, zaś żonę polecił trzymać obok dwóm krzepkim pachołkom – jeden krępował jej ręce, drugi zaś podtrzymywał głowę i powieki, tak, by widziała każdy szczegół męki swojego kochanka. W chwili, w której minstrel wydał ostatnie tchnienie dziewczyna zemdlała. Przez następne trzy dni nie wróciła do zmysłów, a jej kruche, blade ciało trawiła gorączka. W końcu jednak odzyskała przytomność; tylko na chwilę, akurat dość długą, by spojrzeć w oczy męża, siedzącego u jej łoża – uczyniwszy to zmarła.

Rycerz nigdy nie odgadł, jakie znaczenia kryły się w tym spojrzeniu. Ale już ani razu nie wziął nikogo na tortury (poddanych, na których ciążyły jakieś winy kazał od razu wieszać), ani nie wypowiedział słowa, które nie byłoby konieczne.

I tak mijały lata. Rycerz przygarbił się i posiwiał, a jego zamek jakby głębiej zapadł w swoje wzgórze i porósł mchem; poza tym nie działo się nic. I było tak do dnia, w którym doniesiono, że w odległym zakątku puszczy zamieszkał smok.

Przez pewien czas rycerz ignorował te wieści. Początkowo zwyczajnie nie dawał im wiary, potem natomiast uznał, że puszcza pełna jest najrozmaitszych potworów i trudno oczekiwać, by przejmował się każdym z nich. W końcu jednak szkody wyrządzone przez bestię wieśniakom okazały się zbyt duże (mówiąc dokładniej stało się to w chwili, gdy smok przeszedł od pożerania krów i palenia szop do pożerania ludzi i palenia domów) i rycerz postanowił zasięgnąć rady swojego astrologa, który, choć ślepy, był przecież uczonym.

Astrolog oczekiwał tej wizyty od wielu dni, bowiem w głębi serca gardził swoim panem, a jednocześnie obawiał się go.

– Panie mój – powiedział, starając się, by jego głos brzmiał gładko i uniżenie, a jednocześnie roztropnie. Przyszło mu to z łatwością, bowiem zawsze był lepszym aktorem niż astrologiem – Dość już długo trwasz w grzechu. Nie dość, żeś przyprawił o śmierć swą żonę, toś jeszcze nigdy nie wyrzekł się dawnych win i nie obmył skalanej duszy w świętych sakramentach. Nie trzymasz nawet na dworze księdza, pozwalając, by twój lud rozlewał ofiarną krew przed bałwanami. A Pan Nasz, Bóg Jedyny, jest bogiem sprawiedliwym, i takie występki karze surowo do siódmego pokolenia. I oto teraz zesłał na nas za twoje grzechy smoka. I tylko ty możesz nas ocalić. Ukorz się przed Panem, pożałuj swoich win, a potem przywdziej zbroję, weź miecz pradziada, ten miecz, którym przelano krew Hunów i Awarów, i rusz na smoka. Jesteś wszak rycerzem.

Gdy wybrzmiały te słowa rycerz zadumał się głęboko. Od śmierci żony nie zależało mu na duszy i zbawieniu, niezbyt też często myślał o Bogu, ale coś musiał przecież uczynić, a żadne inne rozwiązanie nie przychodziło mu do głowy. Poza tym śmierć w walce ze smokiem nie wydawała mu się zbyt straszna – nie mogła być przecież bardziej bolesna niż śmierć minstrela na madejowym łożu, a zamek i puszcza zdążyły go już przez te wszystkie lata znudzić.

Nazajutrz wstał przed świtem i, rezygnując z korzenia się i żałowania za grzechy, przywdział zbroję, przypasał miecz pradziada, miecz, który pił krew Hunów i Awarów, a potem wziął włócznię, dosiadł konia i ruszył w stronę miejsca, gdzie, jak mówiono, smok urządził swe leże.

Dotarł na miejsce godzinę przed zmierzchem, kiedy po lesie rozpełzał się już cień.

Smok mieszkał w jaskini wydrążonej w zboczu skalistego wzgórza, otoczonego przez pradawne dęby. Musiał posłyszeć stąpanie konia, bowiem wychynął z otworu gdy tylko rycerz zbliżył się doń na odległość celnego strzału z łuku.

Zbliżył się i oniemiał.

Smok był najpiękniejszym, co rycerz w życiu widział, przewyższał w tym względzie nawet zacierający się stopniowo obraz żony, przechowywany w najciemniejszym zakamarku umysłu.

Nie był zbyt wielki, wężowate ciało było może czterokrotnie dłuższe od dużego konia. Smukły, skrzydlaty, pokryty łuską, która przyjmowała kolor to starego złota, to lipowego miodu, to znów wschodzącego słońca, smok wydawał się samą esencją życia, życia takiego, jakim powinno być. Ale był też potworem, więc rycerz opuścił włócznię i spiął konia do galopu.

Smok ani drgnął, pozwalając rycerzowi podjechać naprawdę blisko. A wtedy, w ostatniej chwili zwinął się, sprężył, zamachał skrzydłami, krusząc doszczętnie włócznię przeciwnika, a jego samego wysadzając z siodła i posyłając w powietrze.

Rycerz uderzył w pień drzewa i zsunął się na ziemię z hurgotem giętej blachy. Leżał przez chwilę, bardziej zdziwiony niż zły czy obolały, a potem wstał, dobył miecza i ponownie ruszył w kierunku smoka.

Gad również nieco się zbliżył i przywarował przy ziemi jak kot czający się na mysz. Rycerz pomyślał, że to dobre porównanie, rozumiał już bowiem, że nie ma w tej walce żadnych szans.

Skoczyli ku sobie równocześnie, rycerz z uniesionym mieczem i okrzykiem na ustach, a smok ponownie wijąc się i młócąc skrzydłami, rozmazując się w złotą plamę. Rycerz nie zauważył nawet, kiedy i w jaki sposób potwór owinął się wokół niego ciasnymi splotami, rozwierając paszczę tuż przed pobladłą twarzą.

Ale zanim owa paszcza pochłonęła jego głowę i życie, rycerz zdołał jeszcze spojrzeć w ogromne, czarne oko bestii.

Spojrzał i zrozumiał, że to, co zobaczył na jego dnie było tym samym, co kryło się w ostatnim spojrzeniu jego pięknej, bladej żony, i że był to smutek, który zawsze towarzyszy miłości, i przed którym nie ma ucieczki.

 

Strasbourg – Kraków 26.04.2010

 

 

Koniec

Komentarze

Fajne opowiadanie. Po drodze pare powtórzeń się znalazło, ale jakoś specjalnie nie raziły, bo czytało się przyjemnie. Tylko puenta trochę jak dla mnie kaprawa. Wnioskuję z niej, nie wiem czy dobrze, że to żona była tym smokiem... Reasumując ode mnie 4.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

No coś takiego! Po polsku, praktycznie bezbłędnie (jednego myślnika wytykał nie będę)...
Rzadkość. Dziękuję, gratuluję.

P.S. Chyba że nie zauważyłem, pochłonięty czytaniem, ale to następny plus.

Bardzo sympatyczna baśń i do tego sprawnie napisana. Czytałem z przyjemnością.

Dobrze napisana baśń, według mnie na 5.

Baśń niedługa, ale treściwa. Całkiem miła lekturka przed snem. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. A do mnie nie przemówiło. Temat starszy od węgla, a zakończenie takie jakieś sentymentalne. Widocznie to nie moja bajka.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka