- Opowiadanie: Gruszel - Druga strona ekranu

Druga strona ekranu

Ser­decz­nie dzię­ku­ję be­tu­ją­cym: Ne­ar­De­ath, Go­lodh i Sa­gitt. Bez nich do­sta­li­by­ście nie­straw­ną, nie­zro­zu­mia­łą, nie­faj­ną i ogó­łem wszyst­kie przy­miot­ni­ki na nie, opo­wiast­kę. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Druga strona ekranu

W pod­ręcz­ni­kach do hi­sto­rii ten dzień na­zwa­no Dniem Zro­zu­mie­nia. Zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie, a nazwa, moim zda­niem, pro­si­ła się o po­mstę do nie­bios. Oczy­wi­ście, nie chcę umniej­szać jego rangi, był prze­ło­mo­wy w hi­sto­rii świa­ta. Re­li­gie ma­so­wo upa­da­ły, inne prze­ży­wa­ły roz­kwit. Lu­dzie sza­le­li; sta­ra­li się za­ak­cep­to­wać nową rze­czy­wi­stość, bądź szu­kać do­wo­dów aby móc jej za­prze­czyć. Sło­wem – świat sta­nął na gło­wie.

 Ale wtedy, kilka ty­go­dni wcze­śniej, nikt nie po­tra­fił prze­wi­dzieć kon­se­kwen­cji na­szych po­czy­nań. Ani tym bar­dziej tego, jak wiele one zmie­nią.

*

Życie jest nie­spra­wie­dli­we, my­śla­łam, pa­trząc na dzie­ci gra­ją­ce w piłkę. Za­wsze za­sta­na­wia­łam się jak to jest bie­gać. Czu­jesz wiatr we wło­sach, zmę­cze­nie w mię­śniach, kłu­cie w płu­cach? Kie­dyś po­dob­no to ro­bi­łam, ale nie po­tra­fię udzie­lić od­po­wie­dzi. Cho­ciaż bie­gać to może za dużo po­wie­dzia­ne, ale cho­dzi­łam na wła­snych no­gach, nawet jeśli przez chwi­lę, bo potem prze­sia­dłam się na wózek.

Pro­ble­my za­czę­ły się, gdy mia­łam dwa lata. Inne dzie­ci po­ru­sza­ły się już spraw­nie, ja za­wsze byłam w tyle, le­d­wie sta­wia­jąc kroki. Mama mó­wi­ła, że byłam "wiot­ka". Ze mną i tak nie jest naj­go­rzej. SMA3 to sto­sun­ko­wo ła­god­ny objaw rdze­nio­we­go za­ni­ku mię­śni. Mia­łam szczę­ście, moi ro­dzi­ce za­re­ago­wa­li szyb­ko. Te­ra­pia ge­no­wa nie na­pra­wi­ła wy­rzą­dzo­nych szkód, jed­nak za­trzy­ma­ła roz­wój cho­ro­by. Wiem, że już nigdy nie wsta­nę, jed­nak po­cie­szam się myślą, że po­tra­fię sama sie­dzieć, jeść czy od­dy­chać.

Od­wró­ci­łam wzrok od gro­mad­ki roześmianych dzie­ci i ru­szy­łam dalej. Mój przy­ja­ciel nie miesz­kał da­le­ko, a ja lu­bi­łam do niego jeź­dzić. Ob­ser­wo­wać po dro­dze ludzi za­ję­tych sobą, ich małe ka­ta­stro­fy. Ktoś obok mnie za­trą­bił klak­so­nem; ro­we­rzy­sta, po­ka­zu­jąc środ­ko­wy palec, szyb­ko skrę­cił na bok jezd­ni. Jakiś chłop­czyk gło­śno pła­kał, szar­piąc matkę za spodnie. Młoda dziew­czy­na sta­ra­ła się we­pchnąć prze­chod­niom ulot­ki. Mnie jakby nie wi­dzia­ła.

Skrę­ci­łam w bok, wje­cha­łam po kład­ce przed drzwi bloku i za­dzwo­ni­łam do­mo­fo­nem. Na szczę­ście bu­dy­nek miał windę. Chwi­lę potem byłam już w przed­sion­ku ma­łe­go miesz­ka­nia Pa­try­ka.

– No wresz­cie. – Uśmiech­nął się na mój widok. Wy­glą­dał jesz­cze go­rzej niż zwy­kle, ciem­ne sińce zna­czy­ły jego oczy, a koszulka zwi­sa­ła z ra­mion. – Właź szyb­ko, muszę ci coś po­ka­zać.

– Kiedy ostat­nio spa­łeś? – spy­ta­łam, gdy koła wózka minęły próg. Nigdy się nie wi­ta­li­śmy i nigdy nie że­gna­li­śmy. Nie wiem skąd się to wzię­ło, ale lu­bi­łam ten zwy­czaj. Jak­by­śmy nie roz­sta­wa­li się na tyle długo, by było warto to mówić, cho­ciaż praw­da pre­zen­to­wa­ła się zu­peł­nie ina­czej. Mo­je­go przy­ja­cie­la wi­dzia­łam po raz pierw­szy od mie­sią­ca. Ostat­ni­mi czasy za bar­dzo zaj­mo­wa­ła go nauka.

– Sen jest nie­istot­ny w kon­tek­ście tego, co udało mi się zro­bić. – Pa­tryk za­mknął drzwi wej­ścio­we i po­pę­dził ko­ry­ta­rzem, by zro­bić miej­sce na prze­jazd. – Pro­mo­tor pad­nie z wra­że­nia, od razu awan­su­ją mnie na dok­to­ra. Ha, co ja mówię, będę pro­fe­so­rem!

– Pro­fe­so­rem? Za nisko się ce­nisz – mruk­nę­łam, wjeż­dża­jąc do jego pra­cow­ni. Par­sk­nę­łam, marsz­cząc nos. Wszę­dzie do­oko­ła wa­la­ły się pusz­ki po ener­ge­ty­kach, stosy brud­nych kub­ków oraz ta­le­rze z przy­schnię­tym je­dze­niem.

– Śmiej się póki mo­żesz. Zaraz zo­ba­czysz moje cu­deń­ko – po­wie­dział, pod­cho­dząc do sto­ją­ce­go na biur­ku mo­ni­to­ra.

Spoj­rza­łam na ekran z cie­ka­wo­ścią. W gę­stym lesie bie­ga­ły lu­dzi­ki, fi­zjo­no­mią i ubio­rem przy­po­mi­na­ją­ce ja­ski­niow­ców. Wy­glą­da­ły tak re­ali­stycz­nie, mo­gła­bym przy­siąc, że to na­gra­nie z ja­kiejś ka­me­ry. Wi­dzia­łam jak grup­ka ko­biet roz­ma­wia­ła mię­dzy sobą, pod­czas ple­ce­nia koszy z dłu­gich traw, czy opra­wia­nia zwie­rząt. Wokół bie­ga­ły dzie­ci, a męż­czyź­ni szy­ko­wa­li się na po­lo­wa­nie.

– Zro­bi­łeś grę? – za­py­ta­łam.

– Le­piej. – Pa­tryk z dumą usiadł na wy­słu­żo­nym ga­min­go­wym fo­te­lu, chwy­cił mysz­kę i prze­cią­gnął obraz, tak że wi­dzia­łam całą kra­inę z lotu ptaka. – Zro­bi­łem sy­mu­la­cję. I to jaką! Przed­sta­wiam ci Zie­mię dwa zero. W końcu się kom­pi­lu­je. Żad­nych błę­dów, nie wy­wa­la wy­jąt­ków, tylko kilka war­nin­gów, ale kto by się przej­mo­wał? Cud miód ko­dzik, a co naj­lep­sze, dzia­ła!

– Nie­źle. – Wpa­try­wa­łam się w mo­ni­tor. Każdy mały detal wy­glą­dał jak praw­dzi­wy, od roz­ło­ży­stych drzew, aż po ko­lo­nię mró­wek. Ca­łość wy­da­wa­ła się ide­al­nie współ­grać, aż nie­do­wie­rza­łam, że za wszyst­kim stoją li­nij­ki zna­ków kodu.

– Ale nie to jest naj­lep­sze. Zo­bacz, mogę zmie­niać pa­ra­me­try, cho­ciaż z tym to ostroż­nie. Da się też coś stwo­rzyć, wy­wo­łać burzę, ba! Nawet ste­ro­wać jed­nost­ka­mi.

Pa­tryk włą­czył kon­so­lę, wpi­sał kilka po­le­ceń i nad jedną z wio­sek za­czął padać deszcz. Zdzi­wio­ne lu­dzi­ki na­tych­miast po­ucie­ka­ły do chat.

– Od czasu do czasu wy­wo­łu­ję jakąś ka­ta­stro­fę czy za­ra­zę. Sztucz­na in­te­li­gen­cja musi mieć nowe bodź­ce, by się roz­wi­jać. Pod­sta­wą ucze­nia ma­szy­no­we­go jest do­star­cza­nie no­wych pró­bek. Wiesz, ja­kichś za­gro­żeń z któ­rymi po­ra­dzi sobie tylko kilka obiek­tów. I wła­śnie one będą pra­wi­dło­we, resz­ta to od­stęp­stwa. I tak nie da­ły­by sobie rady.

Chcąc po­twier­dzić wła­sne słowa, prze­cią­gnął mysz­ką na pole obok. Ple­mię, które mi po­ka­zał, było pra­wie wy­mar­łe. Na skra­ju obo­zo­wi­ska le­ża­ły gni­ją­ce trupy, przy­cią­ga­jąc pa­dli­no­żer­ców. W środ­ku przy ogni­sku sie­dzia­ło kilka osób, wy­chu­dłych, ale ży­wych.

– Mają gen, który po­ma­ga im prze­trwać – wy­ja­śnił Pa­tryk. – Dzię­ki temu uczą się jak prze­żyć ka­ta­stro­fy, wal­czyć o sie­bie. Muszą się stale roz­wi­jać, ina­czej wymrą. Naj­lep­sze jed­nost­ki zo­sta­ją, te gor­sze od­pad­ną. Sztucz­na in­te­li­gen­cja się uczy, sama prze­bu­do­wu­je swój kod!

Pa­tryk spoj­rzał na mnie, dumny z osią­gnię­cia. Z uzna­niem po­ki­wa­łam głową. Ci, któ­rzy prze­ży­li w obo­zie, już wy­twa­rza­li broń, by wal­czyć z dra­pież­ni­ka­mi. Za­cię­cie w ich oczach zdra­dza­ło de­spe­rac­ką chęć życia.

– Na­uczy­łem ich wy­twa­rzać na­rzę­dzia i upra­wiać rolę dzię­ki stwo­rze­niu po­trze­by – kon­ty­nu­ował, z uśmie­chem na ustach. – Ich celem jest się roz­mna­żać, prze­ka­zy­wać kod dalej. Cho­ciaż pod wzglę­dem ilo­ści osob­ni­ków ga­tun­ku psze­ni­ca wy­gra­ła, to lu­dzie też mają się nie­źle. Po­wo­li prze­cho­dzą na osia­dły tryb życia. Jest ich coraz wię­cej, ale kom­pu­ter wy­trzy­ma. Ob­cią­że­nie CPU jest po­tęż­ne, dla­te­go część ob­li­czeń wy­ko­nu­ją inne urzą­dze­nia. Zro­bi­łem apkę, po­bie­rasz i twój kom­pu­ter przej­mu­je nie­któ­re pro­ce­sy, a w za­mian za to od czasu do czasu robię stre­ama z po­stę­pów. Stron­ka po­wo­li się roz­ra­sta, lu­dzie chęt­nie oglą­da­ją Zie­mię dwa zero.

– Nie­źle – po­wtó­rzy­łam, wy­chy­la­jąc się z fo­te­la. – Nie bar­dzo ro­zu­miem, ale oni będą bu­do­wać mia­sta? Jak nor­mal­ni lu­dzie?

– Po­win­ni – przy­tak­nął Pa­tryk. – To się jesz­cze sta­bi­li­zu­je, cza­sa­mi muszę in­ge­ro­wać, ale w przy­szło­ści mam za­miar ich zo­sta­wić. Wiesz, oni na­praw­dę myślą. Chwi­lo­wo przy­bie­ram po­stać bogów, żeby nie sza­le­li, ale jak zmą­drze­ją bę­dzie mi go­rzej. Wy­obraź sobie, że teraz ktoś two­rzy w środ­ku mia­sta wiel­ki głaz. Lu­dzie by po­wa­rio­wa­li. Ale kiedy nie ma in­ter­ne­tu ani me­diów, można wszyst­ko, in­for­ma­cja nie po­nie­sie się da­le­ko, a i tak nie bę­dzie cie­kaw­sza niż to, co sami wy­my­ślą. No wiesz, zgi­nie w tłu­mie in­nych plo­tek.

– Ale skoro sy­mu­la­cja jest w cza­sie rze­czy­wi­stym, miną stu­le­cia, zanim dotrą tak da­le­ko – za­uwa­ży­łam. – Ze­sta­rze­je­my się zanim tamci zro­bią coś cie­ka­we­go.

– O to się nie martw, z cza­sem to przy­spie­szę, jak tylko doj­dzie mi chęt­nych do po­mo­cy. Na razie pro­ce­sy były dość pro­ste, więc do czasu ewo­lu­cji małp w ludzi, le­cia­łem na ogrom­nej pręd­ko­ści. U nich mi­nę­ły już mi­lio­ny lat, teraz tylko jest za­stój, bo za­czę­li się roz­mna­żać i dużo my­śleć – par­sk­nął, pu­sząc się jak paw.

– No, tym razem za­sko­czy­łeś. – Nie mo­głam ode­rwać wzro­ku od mo­ni­to­ra. Obraz za­trzy­mał się na skra­ju po­la­ny. Ja­kieś wiel­kie zwie­rzę wła­śnie jadło coś, co pew­nie kie­dyś było sarną. Nie tylko lu­dzie po­trze­bu­ją roz­wo­ju, ruch to życie, sta­gna­cja to śmierć.

– Jest jesz­cze le­piej – rzu­cił, po­now­nie wpi­su­jąc coś w kon­so­lę. – Można się cał­kiem nie­źle bawić. Zo­bacz, to moje ulu­bio­ne ple­mię. Jako ich bóg, ka­za­łem skła­dać krwa­we ofia­ry. Teraz za każ­dym razem jak kogoś porwą, rąbią na ka­wał­ki i od­da­ją mi w darze. Jeśli nie do­peł­nią obo­wiąz­ków, zsy­łam im klą­twy. A to wyślę ja­kie­goś zwie­rza, a to desz­czu nie do­sta­ną przez kilka ty­go­dni. Można na­kar­mić we­wnętrz­ne­go dia­beł­ka – za­śmiał się. – Tro­chę jak w tej grze, "Black and White", je­steś do­brym bo­giem albo złym.

– Nie kusi cię, żeby spra­wić sobie ja­kie­goś fan­ta­stycz­ne­go cho­wań­ca? Smoka, na przy­kład? – za­żar­to­wa­łam.

– Nie, nie, wy­klu­czo­ne. Ma być jak naj­bli­żej na­szej rze­czy­wi­sto­ści. Chciał­bym, żeby osta­tecz­nie sy­mu­la­cja nie róż­ni­ła się zbyt­nio od świa­ta w któ­rym ży­je­my. Nawet kon­ty­nen­ty prze­nio­słem takie same.

Mruk­nę­łam je­dy­nie na zgodę, za­pa­trzo­na w ro­dzą­cą ko­bie­tę. Po chwi­li na świat przy­szedł nowy czło­wie­czek. Zle­pek pik­se­li na ekra­nie mo­ni­to­ra, ciąg zer i je­dy­nek.

 

*

 

– Nie­moż­li­we, co to się na świe­cie dzie­je – wes­tchnę­ła matka, wpa­tru­jąc się w te­le­wi­zor.

Wokół re­por­te­ra le­ża­ło pełno śmie­ci, bla­sza­nych czę­ści czy ka­wał­ków muru. Drze­wa zła­ma­ły się wpół, a stra­ża­cy uwi­ja­li się jak w ukro­pie. Oca­le­ni sie­dzie­li, okry­ci kocem; star­szy pan ze łzami w oczach ści­skał małe kocię. Jakaś ko­bie­ta za­wi­ja­ła sobie po­dar­tą bluz­ką ranę na gło­wie. 

Hu­ra­gan, nawet nie wiem jaką nada­li mu nazwę, znisz­czył kilka miast – oczy­wi­ście tam, gdzie le­d­wie wiążą ko­niec z koń­cem. Pomoc już wy­sła­na, zdję­cia do ka­me­ry zro­bio­ne, za­pła­ka­ne dzie­ci wci­na­ją obiad. A potem spra­wa przy­cich­nie, zrobi się nie­ak­tu­al­na, i kto wie co się dalej sta­nie? A kogo to zresz­tą ob­cho­dzi? Będą nowe ka­ta­stro­fy, pil­niej­sze, cie­kaw­sze.

Spu­ści­łam głowę, wpa­tru­jąc się w ta­lerz. Na mnie też była zbiór­ka. Udała się, wię­cej od losu wy­ma­gać nie mogę, mam dług wobec tylu ludzi. Chwy­ci­łam wi­de­lec, o mało nie wy­padł mi z rąk. To nic, można się przy­zwy­cza­ić, zwłasz­cza nie zna­jąc in­ne­go życia.

– Hu­ra­ga­ny czę­sto na­wie­dza­ją tę stre­fę. Tak bywa – po­wie­dział tata, koń­cząc ko­tle­t i spo­koj­nie po­pi­ja­jąc wodą. – Nie mamy na to wpły­wu.

– Jak­bym mogła, to bym za­trzy­ma­ła te ka­ta­stro­fy. – Mama wciąż wpa­try­wa­ła się w ekran. – Jak­bym tylko miała taką moc.

– Dzia­łal­ność czło­wie­ka – wy­ja­śnił tata, in­ży­nier z krwi i kości. Za­wsze wi­dział spra­wy w prak­tycz­ny spo­sób. – Inny kli­mat. Szko­da mi ich, ale mają pecha. Po pro­stu.

Mają pecha, po­my­śla­łam. Ni­czy­ja wina, tak się po pro­stu dzie­je, nikt nie jest pe­wien jutra, nikt nie wie, kiedy bę­dzie mieć pecha. Pró­bo­wa­łam pod­nieść szklan­kę, za­miast tego, po­trą­ci­łam ją i wy­la­łam na obrus. Mama wsta­ła bez słowa i po­szła po ścier­kę. Bar­dzo chcia­łam jeść sama, więc przy­zwy­cza­iła się już do za­bru­dzo­nych ubrań, czy le­pią­cych się od soku mebli. Czu­łam się winna, ale nie chcia­łam re­zy­gno­wać z tej na­miast­ki sa­mo­dziel­no­ści.

– Prze­pra­szam – wy­mam­ro­ta­łam pod nosem, swoim zwy­cza­jem. Po­czu­łam uścisk i po­ca­łu­nek w czoło. Uśmiech­nę­łam się gorz­ko. Nigdy nie dam sobie rady sama, i nie wiem co bę­dzie, kiedy ich za­brak­nie, albo nie będą w sta­nie mi po­ma­gać.

Czy wtedy, także będę mieć pecha?

 

*

 

– Zo­bacz jak się roz­wi­nę­li! – rzu­cił Pa­tryk. Po pik­se­lo­wym por­cie uwi­ja­ła się chma­ra lu­dzi­ków. Małe, me­ta­lo­we stat­ki pod­ska­ki­wa­ły, ko­ły­sa­ne fa­la­mi. Nie­zna­ne mi mia­sto za­snu­wa­ły opary dymów, wy­do­by­wa­ją­cych się z wiel­kich, fa­brycz­nych ko­mi­nów. Po­cią­gi mknę­ły po to­rach, za­si­la­ne pa­ro­wy­mi sil­ni­ka­mi. Kom­pu­te­ro­wy świat wła­śnie prze­ży­wał re­wo­lu­cję prze­my­sło­wą.

– Prze­pi­sa­łem nieco kodu do as­sem­ble­ra – mruk­nął. – Okrop­ny język, ale jak wszyst­ko przy­spie­sza.

Fak­tycz­nie, minął le­d­wie jeden dzień, by cy­fro­wa cy­wi­li­za­cja roz­wi­nę­ła się gwał­tow­nie.

– W takim tem­pie nie­dłu­go do­brniesz do na­szych cza­sów – za­uwa­ży­łam. – A co bę­dzie potem?

– Prze­wi­dzi­my przy­szłość! – stwier­dził pół żar­tem, pół serio, prze­cie­ra­jąc oczy. Wy­glą­dał okrop­nie i cu­dow­nie jed­no­cze­śnie. Nigdy nie wi­dzia­łam, by czymś tak się eks­cy­to­wał. Za­wsze trzy­mał się na ubo­czu, może to wła­śnie nas do sie­bie zbli­ży­ło. Oboje by­li­śmy gdzieś poza spo­łe­czeń­stwem, z tą tylko róż­ni­cą, że on z wy­bo­ru, ja z przy­mu­su.

– Swoją drogą, nie­źle przy­by­ło mi pa­tro­nów. – Wy­raź­nie dumny Pa­tryk szyb­ko po­kli­kał mysz­ką i moim oczom uka­za­ła się im­po­nu­ją­ca lista na­zwisk. – A wiesz co im się po­do­ba naj­bar­dziej? Ach, zresz­tą, po­ka­żę ci.

Wstu­kał kilka ko­mend w kla­wia­tu­rę i ka­me­ra po­pę­dzi­ła w stro­nę sa­mot­nie pły­ną­ce­go stat­ku, pra­wie na samym środ­ku morza.

Na kon­so­li wy­wo­łał funk­cję obiek­tu We­ather, jako ar­gu­men­ty po­da­jąc kilka pa­ra­me­trów. Zaraz na morzu wez­bra­ły fale, a ciem­ne chmu­ry przy­sło­ni­ły widok. Pa­tryk przy­bli­żył ka­me­rę, tak, że mo­gli­śmy swo­bod­nie ob­ser­wo­wać sta­tek.

Lu­dzi­ki za­czę­ły w pa­ni­ce bie­gać po po­kła­dzie, de­spe­rac­ko sta­ra­jąc się ra­to­wać życia. Nie mieli żad­nych szans, pierw­sza fala zmyła kilku ma­ry­na­rzy. Usły­sza­łam ich krzy­ki, prze­bi­ja­ją­ce się przez wście­kłe wycie wia­tru, gdy Pa­tryk włą­czył gło­śni­ki. Uśmiech­nął się, za­do­wo­lo­ny z efek­tu. Wie­dzia­łam, że to tylko sy­mu­la­cja, ale ciar­ki mnie prze­szły. Oto na moich oczach gi­nę­li lu­dzie, nie­waż­ne, że sztucz­ni.

– Prze­stań – po­wie­dzia­łam, jesz­cze zanim zdą­ży­łam się nad tym do­brze za­sta­no­wić. Przy­po­mnia­łam sobie dzi­siej­sze wia­do­mo­ści. No tak, ma­ry­na­rze także mieli pecha.

– No co ty? – Pa­tryk spoj­rzał na mnie z mie­szan­ką zdzi­wie­nia i roz­cza­ro­wa­nia. Wzbu­rzo­ne fale po­ry­wa­ły coraz wię­cej osób, wy­glą­da­ło na to, że sta­tek cał­ko­wi­cie za­to­nie. – Spo­koj­nie, to nie jest praw­dzi­we. Nigdy nie usu­wa­łaś simom dra­bi­ny z ba­se­nu?

Za­mil­kłam, spe­szo­na, nie wie­dząc co od­po­wie­dzieć. W końcu mój przy­ja­ciel miał rację, oni tak na­praw­dę nie żyją, to obraz na ekra­nie. Re­ali­stycz­ny, ale wciąż obraz.

– Dobra, po­szu­kaj­my cze­goś in­ne­go. – Pa­tryk znowu do­rwał się do kon­so­li, prze­no­sząc nas na za­tło­czo­ne ulice brud­ne­go mia­sta.

Setki ro­bot­ni­ków w wypłowiałych strojach zmie­rza­ło tam we wszyst­kie stro­ny. Co chwi­la ktoś uska­ki­wał przed kon­nym po­wo­zem. Jakiś dzie­ciak wył wnie­bo­gło­sy, sta­ra­jąc się sprze­dać ga­ze­ty. Inny, z prze­ję­ciem pu­co­wał buty. Za­uwa­ży­łam coś jesz­cze, cza­ją­ce­go się w cie­niu bocz­nej ulicz­ki, przy­kry­te­go brud­ny­mi szma­ta­mi.

Czło­wiek, bar­dzo niski. Kulił się pod cię­ża­rem garbu, a jedną rękę, po­dej­rza­nie małą, przy­ci­skał do sie­bie.

– A to co? – spy­ta­łam, wska­zu­jąc na niego.

– To? – Pa­tryk za­szczy­cił uwagą szafę, byle tylko nie pa­trzeć mi w oczy. – No wiesz, żeby kod się roz­wi­jał, kilka razy musi za­brnąć w ślepą ulicz­kę. – Za­milkł, ważąc słowa. – Zmia­na osob­ni­ków wy­stę­pu­je na ślepo, więc kilku bę­dzie uda­nych, a kilku nie.

Teraz już wi­dzia­łam wy­raź­nie, że spo­glą­da na mnie, nie­zręcz­nie dra­piąc się po karku. Zna­łam ten gest, Pa­tryk za­wsze wolał uda­wać, że nie za­uwa­ża mojej cho­ro­by.

– Ja tak muszę, to ina­czej nie pój­dzie do przo­du. To je­dy­ny spo­sób – tłu­ma­czył, zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie. – No wiesz, to tylko taki pro­jekt…

– Wiem – prze­rwa­łam mu. – Wiem do­brze.

 

*

 

Przez kilka dni nie roz­ma­wia­łam z Pa­try­kiem. Nie byłam na niego zła, ro­zu­mia­łam. Jed­nak to wciąż bo­la­ło. Mam pecha, życie musi się roz­wi­jać, choć­by me­to­dą prób i błę­dów.

Raz we­szłam na jego stro­nę. Nie było trudno ją zna­leźć, Zie­mia dwa zero zy­ska­ła już po­pu­lar­ność w sieci. Stąd wie­dzia­łam, że sy­mu­la­cja nie­źle się roz­wi­nę­ła, i była na naj­lep­szej dro­dze do cza­sów współ­cze­snych. Pa­tryk już pra­wie wcale nie in­ge­ro­wał w jej życie, na stro­nie pisał, że sta­wa­ła się sta­bil­na. Świę­to­wał suk­ces.

Wy­da­wać by się mogło, że już nic nie za­bu­rzy jego za­do­wo­le­nia, nic go nie za­sko­czy, w końcu sy­mu­la­cja rozwinęła się już wstarczająco.

Było późne po­łu­dnie, gdy do mnie za­dzwo­nił. Przez długi czas mil­czał, jakby za­sta­na­wiał się czy po­wi­nien mi o tym po­wie­dzieć, mnie jed­nak zże­ra­ła cie­ka­wość. Nie dałam za wy­gra­ną, aż w końcu pękł.

– Do­brną­łem do cza­sów współ­cze­snych. Jest bar­dzo po­dob­nie jak u nas, z ma­ły­mi tylko róż­ni­ca­mi – wy­mam­ro­tał Pa­tryk, po czym znowu za­milkł na dłuż­szy mo­ment.

– I co? – do­py­ty­wa­łam.

– Zro­bi­łem stre­ama, lu­dzie bar­dzo chcie­li po­oglą­dać po­stę­py, a ja nie mo­głem za­wieść spon­so­rów. Po­ka­zy­wa­łem im więc mia­sto, róż­nych ludzi, no, takie tam. I coś za­uwa­ży­łem… – Znów za­milkł, jakby zbie­ra­jąc się w sobie.

– No mówże wresz­cie o co cho­dzi! – po­na­gli­łam go.

– Oni… stwo­rzy­li sy­mu­la­cję. Taką samą jak moja.

– Nie ro­zu­miem… – mruk­nę­łam, pró­bu­jąc po­łą­czyć wątki. – Sy­mu­la­cja zro­bi­ła sy­mu­la­cję?

– Tak. I wiesz co to ozna­cza? Skoro oni byli w sta­nie ją zro­bić, to skąd pew­ność że… no wiesz, że sami nie je­ste­śmy… w ro­dza­ju ta­kiej pętli…

Przez chwi­lę mnie za­tka­ło, cho­ciaż w gło­wie już ukła­da­łam plan. Bo jeśli to praw­da, jeśli jest szan­sa, choć­by naj­mniej­sza. W końcu Pa­tryk robił z lu­dzi­ka­mi co ze­chciał, z ła­two­ścią mógł zmie­nić im kod, prze­pro­gra­mo­wać, ulep­szyć.

Zro­zu­mia­łam, że mogło być do­brze. Że to wszyst­ko, cały ten świat, nie musi tak wy­glą­dać, wy­star­czy tylko odro­bi­na do­brych chęci.

– Hej, je­steś tam? – prze­rwał mi roz­my­śla­nia. – Jest jesz­cze coś. Od­kry­łem to na stre­amie, oglą­da­ło mnie ty­sią­ce osób. Już wy­bu­chła pa­ni­ka, na razie tylko w in­ter­ne­cie, ale to prze­cież kwe­stia czasu, zanim na­gra­nie trafi do te­le­wi­zji. Wiesz, co to może ozna­czać?

Nie wie­dzia­łam, ale czas po­ka­zał, że i on nie miał po­ję­cia. Potem, na­zy­wa­li ten dzień Dniem Zro­zu­mie­nia, a Pa­tryk stał się ważną osobą, tylko co z tego, skoro nic już nie wy­glą­da­ło jak daw­niej? 

 

*

 

Biu­ro­wiec na skra­ju mia­sta był naj­wyż­szym bu­dyn­kiem, na który dało się wejść. Nie zdo­ła­łam zna­leźć więk­sze­go, ten mu­siał wy­star­czyć. Wi­dzia­łam stąd morze świa­teł, roz­jaśniających nocne drogi. Mia­łam przy sobie kilka fa­jer­wer­ków, tyle mu­sia­ło wy­star­czyć, by zwró­cić ich uwagę. Jeśli w ogóle ktoś jest i jeśli aku­rat pa­trzy.

Nie in­te­re­so­wał mnie wy­wo­ła­ny od­kry­ciem chaos. W ta­kich chwi­lach, każdy zaj­mo­wał się sobą.

Ni­ko­mu nie po­wie­dzia­łam co pla­nu­ję. I tak by mnie wy­śmia­li, mimo ca­łe­go ab­sur­du sy­tu­acji. Naj­trudniej było sa­me­j spo­rzą­dzić ta­blicz­ki z wia­do­mo­ścią, na­pi­sać ją wy­raź­nie. Ro­biąc to, czu­łam się idio­tycz­nie, ale co mi szko­dzi? Wi­dzia­łam w te­le­wi­zji osoby, po­stę­pu­ją­ce głu­piej na wieść o od­kry­ciu Pa­try­ka, mimo iż eks­per­ci za­pew­nia­li, że nie ma żad­nej pew­no­ści, nie wia­do­mo czy teo­ria jest praw­dzi­wa. Cie­ka­we, na ile chcie­li uspo­ko­ić tę burzę, a na ile prze­ko­nać sa­mych sie­bie. W gąsz­czu dez­in­for­ma­cji praw­da nie miała zna­cze­nia, albo nawet nie ist­nia­ła. Li­czy­ło się tylko to, co każdy uwa­żał za słusz­ne.

Wiatr za­dął moc­niej, roz­wie­wa­jąc włosy. Ode­tchnę­łam głę­bo­ko.

Od­pa­le­nie knota oka­za­ło się dużo trud­niej­sze niż my­śla­łam, kilka z fa­jer­wer­ków upa­dło i już nie zdo­ła­łam ich pod­nieść. Trud­no, za­ję­łam się tymi które po­zo­sta­ły. Pa­trzy­łam jak strze­la­ją w górę i wy­bu­cha­ją na nie­bie, skrząc się ko­lo­ra­mi, jakby chcia­ły do­się­gnąć ad­re­sa­tów. Wie­dzia­łam jak bar­dzo jest to ab­sur­dal­ne, jed­nak głu­pia na­dzie­ja każe robić rze­czy bez­sen­sow­ne, byle tylko trzy­mać się ilu­zji. Kiedy ostat­ni z ogni zgasł na nie­bie, pod­nio­słam jak naj­wy­żej mo­głam duży kar­ton, z od­ręcz­nym na­pi­sem. Da się żyć szczę­śli­wie, można to wy­bła­gać. A jeśli nie, to może cho­ciaż nogi. Cho­ciaż nogi.

Żeby wstać i bie­gać, jak resz­ta.

Może tym razem, za­miast pecha, będę mieć szczę­ście.

Koniec

Komentarze

Cześć,

 

dobre opowiadanie, technicznie i fabularnie, chociaż w tym drugim przypadku zastanawia mnie tylko panika. To teoria, jakich mamy wiele, czy faktycznie tak by poruszyła społeczeństwo? Zwłaszcza że społeczeństwo neguje nawet niepodważalne fakty.

 

Taka myśl krążyła mi po głowie, gdy czytałam opowiadanie:

Zrozumiałam, że mogło być dobrze. Że to wszystko, cały ten świat, nie musi tak wyglądać, wystarczy tylko odrobina dobrych chęci.

W sumie my zazwyczaj też, kreując nasze małe fikcyjne światy, nie oszczędzamy ich. 

 

 

Może niezbyt odkrywcze, ale za to fajnie przedstawione. Ot klasyczna powiastka szkatułkowa. Kto wie, może znany nam wszechświat jest krótkim momentem wybuchu granata wyrzuconego przez Ganimedejskiego galareciaka w ramach zalotów, w kierunku skłlorkkocza? Kurka, chyba jednak jestem nieuleczalną romantyczką;)

Let adrenaline bring you focus and blissful calmness

Hej OldGuard, fajnie że się podobało ;P Chwilowo eksperymentuję, więc nie wszystko wyszło idealnie. No i masz rację, może panika niewspółmierna do odkrycia?

Hej AstridLundgren, odkrywcze raczej nie ;P Możliwe że nasz wszechświat to moment wybuchu, kto wie?

No to przybywam z krótką opinią, żeby móc zajść jeszcze do klikarni.

Opowiadanie jest ubraniem na nowo tego samego pomysłu w swój oryginalny sposób. Sprawnie napisane, potrafi zaciekawić (jak w momencie poznania ludzików), kompozycyjnie jest to w miarę rozplanowane i rzeczywiście w jakiś sposób zbiega do końca – twist na końcu jest rzeczywiście osadzony w tekście, a nie znikąd wzięty. No i trochę przewidywalny dla każdego, kto takie teksty już czytał. Ale ogólnie fajnie :)

Dzięki za opinię, choć dłuższą wysłuchałam już wcześniej ;P Tak, końcówka przewidywalna, ale, jak już pisaliśmy, ciężko o inną, a przynajmniej ja nie widzę takiego wyjścia.

No i masz rację, może panika niewspółmierna do odkrycia?

Uzasadniona fabułą, ale może mocniej by to wybrzmiało w dłuższym opowiadaniu. Sam eksperyment – zarówno Twój z opowiadaniem, jak i Patryka – można jednak zaliczyć do udanych ;)

Dobra, to teraz ja. 

Dzień doberek. 

Na becie już się rozpisałem, więc teraz tak ogólnikowo: 

Widzę tu plusy i minusy, jednak w ostatecznym rozrachunku te pierwsze nieco przeważają. Do plusów zaliczyłem ogólny pomysł na Matrix ludzików i konsekwencje związane z tym światem na świat rzeczywisty – jeśli w ogóle można tak powiedzieć, bo ups [SPOJLERY] nasza bohaterka jak i Patryk i ludzie dookoła nich, również żyją w pewnej symulacji. Całość ogólnie zaciekawia mimo przewidywalnego zakończenia, o które nie chcę Cię już męczyć, bo wystarczająco już pomęczyliśmy Cię o to na becie. 

Jak był plus, warto i nadmienić jakiś minus, no a jak! 

A brzmi on – bohaterowie i ich motywacje. Zdecydowanie widziałbym bohaterkę w roli stwórcy symulacji, niż Patryka, który nie posiada w moim odczuciu jakiś cech osobowości – jest po prostu nudny, nic o nim nie wiemy, oprócz kwestii zaburzenia snu. Bohaterka biernie się przygląda całej historii, przez co nie mamy kogoś, z kim można się nie tylko utożsamić, ale i zainteresować. Bo gdyby główną bohaterkę wyciąć z historii i wprowadzić narrację trzecio osobową to przebieg, skutek historii byłby taki sam. 

Napisane było całkiem okej, co poczytuję jako plus i wygodę, że nie wymęczyło mnie to opowiadanie do reszty. Więc technicznie – też gra gitarka. 

Tak więc – z dotychczas opublikowanych tekstów, widzę progres, a ten tekst zaliczam do wartych tutejszej biblioteki, tak więc również pacnę klika. 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O - Chada

Bardzo interesująco napisane. Myśl chodząca po głowie już od pierwszych gier ‘kreacjonistycznych’. Splot z reakcją i działaniem chorej dziewczyny dał nowy ‘smak’ tej historii. Klik!

Uzasadniona fabułą, ale może mocniej by to wybrzmiało w dłuższym opowiadaniu. Sam eksperyment – zarówno Twój z opowiadaniem, jak i Patryka – można jednak zaliczyć do udanych ;)

OldGuard możliwe. Z pewnością wiele rzeczy dałoby się tutaj opowiedzieć lepiej.

 

Tak więc – z dotychczas opublikowanych tekstów, widzę progres, a ten tekst zaliczam do wartych tutejszej biblioteki, tak więc również pacnę klika. 

NearDeath, ważne że progres jest, można być spokojnym ;P Dzięki za betę i za klika!

 

Koalo, super że się spodobało ;P Mam nadzieję że w końcu dorosnę do poziomu tego portalu ^^

Koncepcja życia w symulacji nie jest nowa, to temat poruszany już w literaturze (np. lemowskie “Dziwne skrzynie profesora Corcorana”), więc w chwili, gdy padło słowo o pracy nad symulacją, w zasadzie wiedziałam, w którą stronę opowieść będzie zmierzać. Natomiast podobało mi się to, co dodałaś od siebie – chorą bohaterkę, która wcale nie chce zbawiać świata, tylko chce z tej symulacji coś dla siebie i próbuje, jak umie (niemniej, skoro obserwowała reakcje kolegi na to, co się działo w symulacji, to nadzieja, że “autor symulacji” okaże łaskę jest nieco naiwna, ale z kolei dobrze też pokazuje jej desperację). Czytałam z zaciekawieniem, co wyciśniesz z tego tematu. Klikam biblio.

Hej Bellatrix, super że wpadłaś! :D

 

niemniej, skoro obserwowała reakcje kolegi na to, co się działo w symulacji, to nadzieja, że “autor symulacji” okaże łaskę jest nieco naiwna, ale z kolei dobrze też pokazuje jej desperację

Z tym że jej kolega nie wiedział jak podobna do prawdziwego życia jest symulacja ;P Może złagodniał po swoim odkryciu? ;P Wcześniej nie wkładał w projekt emocji, robił wszystko by rozwinąć symulację. Dla niego to było coś w stylu gry, a kto z nas nie gnoił simów czy urządzał rzeź NPC’om, niech pierwszy rzuci kamieniem xD Możliwe że potem, już doświadczając na własnej skórze jak to jest być na łasce kogoś innego, zmieni zdanie. A może i nie, może zabraknie mu współczucia. 

Dzięki za klik <3

a kto z nas nie gnoił simów czy urządzał rzeź NPC’om, niech pierwszy rzuci kamieniem xD

No to rzucam. Nigdy celowo nie urządziłam rzezi NPCom. Raz tylko w Might&Magic VI wybiłam miasto, ale niechcący, bo rzuciłam w podziemiach jakiś armageddon, a się okazało, że to miało działanie na większy obszar, niż myślałam.

No to rzucam.

*Obrywa kamieniem*

No anioł, nie człowiek ;P Ja tam topiłam simów w basenie i urządzałam rzezie w Fable, by potem kupić domy zamordowanych i na tym zarabiać ;D Okej, nie przewidziałam że są jeszcze ludzie o czystym sercu xD 

Prawdą jest, że wszystko już było, ale Twoje opowiadanie robi wrażenie.

Spojrzenie na ludzi z poziomu osoby chorej i gracza, relacje bohaterów i desperackie działania na końcu poruszyły mnie.

Bardzo ładnie napisane.

 

Dziękuję bardzo ;D Opowiadanie nie aspirowało bo bycia awangardą, ale cieszę się że i tak coś wniosło ;P

No to ja też z pewną taką nieśmiałością rzucę kamyczkiem. Nigdy nie uśmierciłam żadnego simsa ani nic takiego, bo miałam coś znacznie lepszego ;) “SINDICATE” produkcja Bullfroga ze wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Porywa się w niej z ulicy osobniki płci obojga nadające się do przeróbki na cyborgi. W kolejnych misjach podbija się kolejne państwa, przedstawione jako stosunkowo niewielkie mapki w rzucie izometrycznym. Dysponujemy składem od jednego do czterech cyborgów. W podbitych państwach mamy określony udział oraz ilość cywili i criminals, zdarza się też natknąć na siły policyjne, jak i cyborgi konkurencyjnych syndykatów. Po podbiciu państwa, możemy zmniejszyć lub zwiększyć w nim podatki, które z kolei możemy wykorzystać na resarch broni i komponentów do naszych cyborgów, możemy kupić im nowe mózgi, klatki, nogi, serca, ramiona, które to z kolei wpływają na ich prędkość udźwig broni i percepcję. Te z kolei regulujemy im za pomocą nieskomplikowanego menu pozwalającego na bieżącą ich regulację w trakcie misji, np: dopływu adrenaliny za której transmisję są odpowiedzialne Heart v1, v2 aż po v3. Odpowiednio za percepcję odpowiada Brain. oczywiście też v, raz, dwa, trzy :D Startujemy z gołymi cyborgami wyposażonymi w pistol :) . Potem mamy resarch wielu ciekawych broni jak uzi, long range aż po gauss gun. Nową broń możemy też oczywiście zdobyć na criminals. Policjantach czy też obcych cyborgach. Maksymalnie uproszczone menu. Realistyczna grafika… Może to i ramotka, ale moim zdaniem wyprzedza swoje czasy. Do tej pory stoi u mnie w kącie zakurzony komp i zapewniam że nic nie poprawia tak humoru jak wrzaski biegnącego, potraktowanego Flamethrowerem wrogiego cyborga. Ale simsom czy innym takim krzywdy nigdy bym nie zrobiła ;D Sorki że trochę nie na temat, ale nie mogłam się powstrzymać, stara już jestem i ramotki ludziom wciskam. Ehh, przypadłość wieku, przepraszam.

Let adrenaline bring you focus and blissful calmness

Astrid, nie ma sprawy ;P Gra brzmi ciekawie, gdybym miała więcej czasu pewnie bym pograła. 

Ok, ale serio NIKT nie topił simów? Czyli tylko ja jestem taki zwyrolem? Proszę, chociaż jedna osoba niech się przyzna, to żaden wstyd usuwać im drabinki xD

Bardzo sympatyczne opowiadanie Gruszel. Mam nadzieję, że naprawili jej te nogi. Fajnie by było gdyby nikt się tym odkryciem nie przejął. Ona by dostała nogi, a z dachu wieżowca obserwowała by jak ludziki toną w nagłej powodzi.:) Hehe pozdrawiam.

Dzięki vrchamps, fajnie że zawitałeś ;D

Racja, mieliby kolejny potop ;D Usunąć im drabinki jak simom!

Gruszel, mam po lekturze dwoiste odczucia – z jednej strony nie pojmuję tego, co robił Patryk, albowiem zupełnie się na tym nie znam, a z drugiej czytałam z pewnym zainteresowaniem, ciekawa, co z tego wyniknie. Innymi słowy – sprawy opisane w opowiadaniu są dla mnie mało zrozumiałe, jednakowoż czytało się nieźle.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Od­wró­ci­łam wzrok od ro­ze­śmia­nej gro­mad­ki dzie­ci i ru­szy­łam dalej. → Od­wró­ci­łam wzrok od gro­mad­ki roześmianych dzie­ci i ru­szy­łam dalej.

Przypuszczam, że roześmiane były dzieci, nie gromadka.

 

Wy­glą­dał jesz­cze go­rzej niż zwy­kle, ciem­ne sińce zna­czy­ły jego oczy, a bluz­ka zwi­sa­ła z ra­mion. → Bluzka jest strojem damskim. Chłopcy i mężczyźni noszą koszule, koszulki, T-shirty, bluzy.

 

spy­ta­łam, gdy koła wózka prze­kro­czy­ły próg. → Nie wydaje mi się, aby koła mogły coś przekroczyć.

Proponuję: …spy­ta­łam, gdy koła wózka minęły/ przetoczyły się przez próg.

 

 – Zro­bi­łem sy­mu­la­cję. I to jaką! Przed­sta­wiam ci Zie­mię2.0. → – Zro­bi­łem sy­mu­la­cję. I to jaką! Przed­sta­wiam ci Zie­mię dwa zero.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

 Wiesz, ja­kichś za­gro­żeń z któ­rym po­ra­dzi sobie… → Wiesz, ja­kichś za­gro­żeń,któ­rymi po­ra­dzi sobie

 

lu­dzie chęt­nie oglą­da­ją Zie­mię2.0. → …lu­dzie chęt­nie oglą­da­ją Zie­mię dwa zero.

 

po­wie­dział tata, koń­cząc ko­tle­ta… → …po­wie­dział tata, koń­cząc ko­tle­t

 

 Setki wy­pło­wia­łych ro­bot­ni­ków zmie­rza­ło… → Co to znaczy, że robotnicy byli wypłowiali?

 

Kulił się pod cię­ża­rem garba→ Kulił się pod cię­ża­rem garbu

 

– Zmia­na osob­ni­ków wy­stę­pu­je na ślepo, więc kilka bę­dzie uda­nych, a kilka nie. → Piszesz o osobnikach, którzy są rodzaju męskiego, więc: – Zmia­na osob­ni­ków wy­stę­pu­je na ślepo, więc kilku bę­dzie uda­nych, a kilku nie.

 

Nie było cięż­ko ją zna­leźć… → Nie było trudno ją zna­leźć

 

w końcu sy­mu­la­cja była go­to­wa.

Było późne po­łu­dnie… → Nie brzmi to najlepiej.

 

I coś za­uwa­ży­łem… – znów za­milkł, jakby zbie­ra­jąc się w sobie.I coś za­uwa­ży­łem… – Znów za­milkł, jakby zbie­ra­jąc się w sobie.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi.

 

– Hej, je­steś tam? – Prze­rwał mi roz­my­śla­nia Pa­tryk. → Wiemy, kto mógł przerwać rozmyślania, więc wystarczy:– Hej, je­steś tam? – prze­rwał mi roz­my­śla­nia.

Tu znajdziesz listę czasowników dla didaskaliów dialogowych.

 

Wi­dzia­łam stąd morze świa­teł, roz­świe­tla­ją­cych nocne drogi. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Wi­dzia­łam stąd morze świa­teł, rozjaśniających nocne drogi.

 

Naj­cię­żej było sa­me­mu spo­rzą­dzić ta­blicz­ki z wia­do­mo­ścią→ Najtrudniej było samej spo­rzą­dzić ta­blicz­ki z wia­do­mo­ścią

 

Wiatr za­wiał moc­niej, roz­wie­wa­jąc moje włosy. → Nie brzmi to najlepiej. Czy zaimek jest konieczny?

Może wystarczy: Wiatr zadął moc­niej, roz­wie­wa­jąc włosy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wow, zawsze jestem pod wrażeniem twojej wiedzy, regulatorzy. Cenne uwagi, poprawię jak najszybciej. Dziękuję za spędzony czas i chęci! heart Teraz wydają mi się oczywiste, ale wcześniej nie widziałam tych błędów. Ach, jeszcze długa droga przede mną ;D Dziękuję raz jeszcze! Cieszę się ze wpadłaś ;)

Gruszel, dziękuję za uznanie. :)

Niezmiernie mi miło, że mogłam się przydać i że uznałaś uwagi za przydatne. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niezmiernie mi miło, że mogłam się przydać i że uznałaś uwagi za przydatne. :)

Twoje uwagi są na wagę złota ;P

Ech, Gruszel, czuję się bardzo doceniona, ale mam też wrażenie, że mocno przesadzasz. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie sądzę bym przesadzała ;P Powie ci to wiele użytkowników nfu ;) Zawsze jestem zdziwiona jak wiele uchybień mają moje opowieści które przecież tak “dokładnie” przejrzałam. Pomagasz rozwijać się nie tylko mnie, ale i wielu innym osobom.

Gruszel, mam pełną świadomość, że przydaję się tutaj, ale choć miło czyta się pochwały, to nie ukrywam, że pochwał tych nadmiar szalenie mnie deprymuje. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Och, w takim razie, od czasu do czasu mogę napisać ci kontrolne “a fe”, jeśli chcesz xD Nadmiar pochwał raczej bierze się z wdzięczności, więc nic tylko się cieszyć ^^

Zgodzę się z przedpiścami pod wieloma względami. Oczywiście, że można przewidzieć istnienie kolejnego poziomu symulatorów. Tak, reakcja bohaterki jest o wiele ciekawsza. Zastanawiam się, czy przerzucenie akcji nie o jeden szczebel w drabince w górę, ale o dwa, coś by zmieniło.

Nigdy nie grałam w Simy. Moje rodzeństwo to lubiło, ale mnie jakoś nie ciągnęło. Wolałam gry, gdzie dostajesz od razu całą gospodarkę (Settlersi, Cywilizacja), a nie urządzasz ludzikom chałupy. Tam, owszem, zabijało się, ale tylko wrogów. W ogóle nie było opcji, żeby zaatakować swojego. O istnieniu NPC dowiedziałam się dopiero na portalu, z jakiegoś tekstu. Tak że tego…

Babska logika rządzi!

Tekst z początku mnie uwiódł. Co prawda motyw jest popularny i nie zaskoczył mnie obrót spraw (a może i trochę zaskoczył, bo myślałem, że potraktujesz temat mniej standardowo), ale dobrałaś świetną parę bohaterów i idealnie wyważyłaś proporcje między wątkami fantastycznym i obyczajowym. Już w pewnej chwili myślałem, że tekst zgłoszę do piórka, tak wsiąkłem w twoją wizję… a tu nagle ciach! i się urwała. Szkoda, wielka szkoda, bo wydaje mi się, że zakończyłaś tekst w najlepszym momencie historii. 

 

Nie zdążyłem dać klika, bo mnie Finkla ubiegła. :(

Rzutem na taśmę… :-)

Babska logika rządzi!

Hej Finklo, super że wpadłaś ;P

 

Zastanawiam się, czy przerzucenie akcji nie o jeden szczebel w drabince w górę, ale o dwa, coś by zmieniło.

Mogłabyś doprecyzować? Jakoś prościej, dla mojego prostego umysłu ;P

 

Tak że tego…

Ok, trzy osoby pod rząd powiedziały że nie męczyły NPC’ów. Może to ze mną jest coś nie tak? xD

 

Hej Gekikaro

 

Już w pewnej chwili myślałem, że tekst zgłoszę do piórka

Oh… czytałam kilka piórkowych tekstów, stąd wiem że ten się nie nadaje. Ale sam fakt, że pomyślałeś… dziękuję. Obrosłam w piórka hehe xD Pewnie jeszcze nie w tym opku, nie w następnym i następnym też nie, ale w końcu pójdę po to piórko, choć nie wiem ile czasu mi to zajmie ;P To moja brzydka, arogancka zapowiedź ;P

 

Szkoda, wielka szkoda, bo wydaje mi się, że zakończyłaś tekst w najlepszym momencie historii. 

Wiem, ale w sumie nie mam pojęcia jak pociągnąć historię dalej. Bardzo nie chciałam dać odpowiedzi, czy odzyskała sprawność, czy też nie. Nawet oczywistych, dobitnych dowodów na to, że faktycznie żyją w symulacji, też wolałam nie dać, chociaż tutaj akurat mocno zasugerowałam ;P

 

 

Hej, Gruszel!

 

Nie za szybko do tej biblioteki wpadłaś? Jak to mówił żółw po zderzeniu ze ślimakiem – “Panie władzo, to był moment”.

Fajne to było. Zrobiłaś obyczajówkę mieszając trochę Matrixa z Truman Show (swoją drogą – uwielbiam ten film). Choć i wiele innych przykładów filmów i tekstów by się znalazło.

Dałaś przy tym fajną perspektywę poprzez główną bohaterkę i aż żal, że nie wiadomo co było dalej.

Bardzo mi się podobało.

 

Aż szkoda, że nie mogę dać kliczka ;)

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej Krokusie!

 

Nie za szybko do tej biblioteki wpadłaś?

Za szybko ;P 

 

Dałaś przy tym fajną perspektywę poprzez główną bohaterkę i aż żal, że nie wiadomo co było dalej.

Miałam nadzieję że każdy dopowie sobie co będzie chciał. Nie nie tak to powinno wyglądać?

 

Aż szkoda, że nie mogę dać kliczka ;)

Postaram się jeszcze stworzyć okazję ;P

 

Pozdrawiam ;)

Zastanawiam się, czy przerzucenie akcji nie o jeden szczebel w drabince w górę, ale o dwa, coś by zmieniło.

Mogłabyś doprecyzować? Jakoś prościej, dla mojego prostego umysłu ;P

No, każdy się spodziewa nawiązania do ludzi, którzy stworzyli naszą symulację. Ale gdybyś wplątała w opowieść ludzi, którzy zasymulowali naszych twórców, to może dałoby się zaskoczyć.

Babska logika rządzi!

Ale gdybyś wplątała w opowieść ludzi, którzy zasymulowali naszych twórców, to może dałoby się zaskoczyć.

Genialne! Nie pomyślałam o tym. Dzięki ^^

Nic odkrywczego nie powiem, ale sam tekst mi się podobał, osobiście lubię oklepane pomysły opowiedziane w nietuzinkowy sposób lub z perspektywy nietuzinkowych bohaterów. Z jednej strony chciałoby się przeczytać tego więcej, ale z drugiej myślę, że zakończyłaś w dobrym momencie. Ogólnie mocno na plus.

Hej elprophetov!

Fajnie, że tekst się podobał, mi też wydaje się że gdybym opowiedziała trochę więcej, nie zostawiłabym miejsca na domysły ;P Pomysł oklepany, ale jakoś tak mi podszedł, że nie mogłam nie napisać ;D Dzięki że wpadłeś.

Cześć!

 

Dobrze napisane i bardzo ciekawe opowiadanie. Wciąga, trzyma w napięciu. Trochę zgrzytała mi tu perspektywa niepełnosprawnej bohaterki, ale wykorzystujesz to w końcówce w dosyć budujący (dający nadzieję) sposób, więc ma to sens. Początkowo nie rozumiałem, co chcesz przez to powiedzieć i bałem się, że to ma tylko “ukontrowersyjnić” tekst zahaczając o pomijany przez mainstream temat. Obrazowo i sugestywnie pokazujesz jej położenie, to zdecydowanie wyszło.

Pomysł i przedstawienie koncepcji symulacji super, trochę szkoda, że nie poszłaś głębiej w realizm i nie urealniłaś bardziej całości, bo taka symulacja na domowym komputerze to… Tak trochę niefizycznie imho (Przepraszam, takie moje zboczenie zawodowe):

Skoro oni byli w stanie ją zrobić, to skąd pewność że… no wiesz, że sami nie jesteśmy… w rodzaju takiej pętli…

Koncept przeciekawy, natomiast gorzej z detalami. Komputer do “symulowania” planety Ziemi w czasie ważyłby pewnie znacznie więcej niż sama planeta i potrzebowałby DUŻO prądu. A tu teraz jeszcze robią to nieco szybciej, tak że kilka tyś lat przelatuje w kilkanaście dni… Koncept ciekawy, natomiast spójne z obecna wiedzą techniczną to to nie jest.

 

I jeszcze ten szok społeczny:

Potem, nazywali ten dzień Dniem Zrozumienia,

Jesteś pewna, że kogokolwiek zainteresowałoby takie odkrycie? Bo ja mam niestety raczej wrażenie, że byłoby jak z huraganem. Słuchasz z ciekawością a potem zmieniasz kanał, albo idziesz się zająć resztą swojego życia. Pokazujesz tu potężną (imho zbyt potężną) wiarę w to, że takie nieweryfikowalne informacje cokolwiek zmieniają. Większość ludzi nie przywiązuje żadnej wagi do spraw, które nie mają bezpośredniego, weryfikowalnego przełożenia na ich własne życie.

Koncepcja symulacji nie jest niczym nowym, powstała zapewne kilka lat po tym, jak ludzkość zaczęła być w stanie robić symulacje numeryczne ale póki co jest tylko kolejna absolutnie nieweryfikowalną koncepcją.

 

Podsumowując, bardzo dobre opowiadanie, spójna i ciekawa kreacja świata (choć teoria symulacji to nic nowego), przystępnie napisane i wyważone.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć krarze!

Fajnie że wpadłeś, trochę się pobronię, ale tylko troszeczkę ;P

 

Pomysł i przedstawienie koncepcji symulacji super, trochę szkoda, że nie poszłaś głębiej w realizm i nie urealniłaś bardziej całości, bo taka symulacja na domowym komputerze to… Tak trochę niefizycznie imho (Przepraszam, takie moje zboczenie zawodowe):

Tak, zgadzam się, mi też zgrzytało, więc próbowałam nieudolnie załatać tą dziurę stroną internetową. W zamyśle to miało działać jak coś typu koparki kryptowalut – pewne obliczenia robiłyby inne komputery. To wciąż nie zadziała, wiem, nic lepszego nie wymyśliłam.

 

Jesteś pewna, że kogokolwiek zainteresowałoby takie odkrycie?

Już wcześniej mi to wytykano, i akurat tego nie mam jak wybronić. Masz rację, ostro przesadziłam. Chciałam zasugerować, że “bogowie” wyżej dali później jakiś znak, potwierdzenie, ale nie pisać o tym wprost. Nie wyszło, mea culpa.

 

Brakuje mi wiedzy naukowej, żeby pisać z sensem. Remedium to więcej książek i więcej nauki ^^ Daj mi tylko trochę czasu (od kilku do kilkunastu lat ;P).

 

Mimo wszystko cieszę się że się podobało ;D

 

Pozdrawiam!

 

Tak po prawdzie, to cały pomysł jest z założenia w pewnym stopniu nienaukowym. Jak chcemy robić takie szkatułkowe symulacje, to ilość obliczeń z każdą kolejną rosłaby eksponencjalnie, a zasoby do przeprowadzania obliczeń mamy w przyrodzie ograniczone. Dlatego ja bym chyba przymknął na to oko ;) Bo zresztą, to ten typ historii, gdzie takie rzeczy można wybaczyć.

Chociaż można pociągnąć też i taką myśl i zastanowić się, jak różniłyby się kolejne iteracje rzeczywistości przy ograniczonych zasobach. Bo – skoro każda niższa cywilizacja miałaby odpowiednio mniej zasobów obliczeniowych – to wpłynęłoby to na ich odbieranie rzeczywistości. Która musiałaby być trochę prostsza, matematyka zapewne mniej rozwinięta… To rzecz jasna materiał na zupełnie inną historię; może ktoś w taki sposób właśnie odkryłby naturę świata jako symulacji? Zresztą przy pracach nad superinteligencją bierze się takie czynniki pod uwagę :P

Oho, też ciekawy pomysł ;D Na samym końcu świat byłby w 2D, i popylałyby po nim takie ludziki jak z Mario. Godne rozważenia, i jako komedia i może coś poważniejszego? Także no, darmowy pomysł do brania, kto pierwszy ten lepszy ;D

No i przypomniałem sobie, że to już było xP

https://en.wikipedia.org/wiki/Extremis_(Doctor_Who)

 

SPOILER ALERT!

Jak komuś nie chce się oglądać: obca cywilizacja tworzy symulację całego świata, żeby zaplanować podbój Ziemi. Niestety – zasymulowany Doktor ogarnia, że jest symulacją i przesyła ostrzeżenie do prawdziwego Doktora.

Doktor Who, z tego co widzę, to odpowiedź na wszystko ;D Muszę się kiedyś wziąć za oglądanie. Ale jednak, ktoś tu jest prawdziwy, a co jeśli pętla jest nieskończona, i wszyscy są symulacją wszystkich xD? Nie w dół, oczywiście, bo zasoby, ale górę? Czy ma to sens?

Na pewno byłoby to możliwe :P

 

Doktor Who, z tego co widzę, to odpowiedź na wszystko ;D

Doctor Who i Philip Dick. Każdy tekst SF został wcześniej napisany przez Dicka albo scenarzystów DW :P

Doctor Who i Philip Dick. Każdy tekst SF został wcześniej napisany przez Dicka albo scenarzystów DW

Dobrze wiedzieć ;P Muszę kiedyś sięgnąć po Dicka, sf to dla mnie niezbadany teren ;P Na razie zacieram ręce na Lema.

Gruszel

 

Brakuje mi wiedzy naukowej, żeby pisać z sensem.

Nie, idź dalej w fantazje. Trochę wybiegnij w przyszłość, wprowadź komputer kwantowy, cokolwiek, co ma ręce i nogi, a jednocześnie jakoś koresponduje pojęciowo ze światem naukowy. Wtedy nie będzie tak zgrzytać.

 

 

 

Golodh

 

Dlatego ja bym chyba przymknął na to oko ;) Bo zresztą, to ten typ historii, gdzie takie rzeczy można wybaczyć.

Wiem i rozumiem, ale (niestety) mam takie zboczenie zawodowe. Szukam tego, co nie zadziała i wiem conieco o symulacjach numerycznych. Czasem, na komputerze, który ma kilkaset rdzeni przez pół roku “liczy się” model wtrysku paliwa do cylindra. Mechanika płynów i wymiana ciepła, niby znany i poznany proces, a zajmuje to dużo czasu, a rozdzielczość modelu jest grubo powyżej atomowej.

Niestety – zasymulowany Doktor ogarnia, że jest symulacją i przesyła ostrzeżenie do prawdziwego Doktora.

Dobre ;-) Sami zaprogramowali jak zniweczyć własne przedsięwzięcie.

Każdy tekst SF został wcześniej napisany przez Dicka albo scenarzystów DW :P

Coś w tym jest.

 

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Nie, idź dalej w fantazje. Trochę wybiegnij w przyszłość, wprowadź komputer kwantowy, cokolwiek, co ma ręce i nogi, a jednocześnie jakoś koresponduje pojęciowo ze światem naukowy. Wtedy nie będzie tak zgrzytać.

W sumie miałam tak zrobić, ale z jakiegoś powodu pomysł zagubił się w tłumie innych. Niedobrze, na przyszłość powinnam być bardziej czepliwa do swoich tekstów. Dzięki że zwróciłeś mi na to uwagę, mam nadzieję, że dzięki temu w następnych tekstach będę mieć się na baczności ;P

Ładne, dobrze napisane. Temat może nie całkiem świeży, ale końcówka sprawiła, że wniosłaś do niego coś nowego. Podobała mi się wizja bohaterki, która wśród powszechnej paniki zwraca się wprost do twórców. Ktoś wcześniej napisał, że po tym, co obserwowała u Patryka, nie powinna liczyć na pomoc, ale wydaje mi się, że przeciwnie, a to z uwagi na to, że była pierwsza, więc możliwe, że udałoby jej się zwrócić uwagę :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej Irko!

 

Cieszę się że wpadłaś. 

Ładne, dobrze napisane.

To betom trzeba dziękować ;D

 

Podobała mi się wizja bohaterki, która wśród powszechnej paniki zwraca się wprost do twórców.

Trochę się bałam że wkraczam na wody których nie rozumiem. Temat choroby to jednak ciężka sprawa i miałam nadzieję że nie będzie wyglądać to tak, jakbym wrzuciła jej chorobę tylko dla taniego dramatyzmu.

Bardzo się cieszę że ci się podobało ;)

 

Dziękuję za komentarz heart

Hej, Gruszel!

Obiecałem, że wpadnę. Po przeczytaniu – żałuję, że tak późno, bo opowiadanie bardzo mi się podobało.

Przyjemnie mi się czytało. Wydaje mi się, że gdyby bohaterka była stwórcą, to historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. Na początku mylnie odczytałem Twoje intencje i spodziewałem się, że historia właśnie pójdzie innym torem.

 

Mimo, że prostota mi się podobała, to miałem wrażenie, że stworzenie takiej symulacji jest zbyt proste w tym tekście. Jeszcze przepisywanie jej na assembler w czasie działania symulacji – wydaje się szaleństwem :) Klikasz “kompiluj” i jak coś się wywali, to wszyscy ludzie na ziemi giną i rozmnażać się muszą raz jeszcze.

Swoją drogą, polecam: “Cykl życia oprogramowania” ze zbioru opowiadań “Wydech”.

Przekierowanie mocy na inne komputery, było dobrym rozwiązaniem – na początku zastanawiałem się jak on chce to pociągnąć na swoim PCcie :)

 

Świetne – pisz tak dalej!

Pozdrawiam

Hej Ramshiri!

Fajnie że tekst się podobał ;P Co do assemblera – miałam nadzieję że choć trochę usprawiedliwię czemu to w ogóle działa xD Wiem że to wciąż nierealne, ale może chociaż nieco bliżej ;)

Nowa Fantastyka