- Opowiadanie: śniąca - Kompania Cór

Kompania Cór

Prze­le­ża­ło w szu­fla­dzie już jakiś czas, za­po­mnia­ne, więc pora wy­pu­ścić na wol­ność. Szko­da, żeby się mar­no­wa­ło. 

 

Jedno ze star­szych opo­wia­dań, ale bar­dzo mocno prze­ro­bio­ne i od­świe­żo­ne, dzię­ki po­mo­cy kilku por­ta­lo­wi­czów, któ­rym z głębi serca dzię­ku­ję. W pierw­szej ko­lej­no­ści Psy­cho­Fi­sho­wi, który wy­le­wał mi na głowę, nie wia­dra, ale całe cy­ster­ny zim­nej wody. To głów­nie dzię­ki niemu zbłaź­ni­łam się tylko przed nim, a nie przed Wami wszyst­ki­mi ;) Póź­niej, przy ko­lej­nej re­kon­struk­cji nie­oce­nio­ne uwagi wnie­śli Bemik, Bel­haj i Ma­ne­Te­kel­Fa­res.

 

 

Miłej lek­tu­ry (mam na­dzie­ję) :) 

 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Kompania Cór

Dzień przed igrzy­ska­mi

 

Ka­pi­tan Sodur scho­dził ciem­nym ko­ry­ta­rzem do lo­chów. W cia­snym przej­ściu rę­ka­wy czar­nej ko­szu­li ocie­ra­ły się o ścia­ny, buty szu­ra­ły w ślad tre­pów idą­ce­go przo­dem gwar­dzi­sty. W ciągu ostat­nich kilku dni ten marsz prze­mie­nił się w po­nu­ry ry­tu­ał.

Straż­nik za­trzy­mał się przed jedną z cel i za­tknął ża­giew w że­la­znym uchwy­cie. Bez słowa od­wró­cił się i od­szedł kilka kro­ków.

Mi­go­czą­cy blask pło­mie­nia zmie­szał się z bla­dym świa­tłem pa­da­ją­cym przez wą­skie okien­ko, umiesz­czo­ne wy­so­ko pod stro­pem lochu. Sodur spo­glą­dał w mil­cze­niu przez kraty na sku­lo­ną w kącie po­stać. Sie­dzia­ła na gołej po­sadz­ce. Dłu­gie, splą­ta­ne w nie­ła­dzie włosy spły­wa­ły na ra­mio­na. Rę­ko­ma opla­ta­ła otu­lo­ne brud­ną ko­szu­lą ko­la­na.

Ko­bie­ta pod­nio­sła błę­kit­ne oczy, spo­glą­da­jąc na przy­by­sza z wy­raź­ną nie­chę­cią.

– Dla­cze­go mi to ro­bisz? Co ja ci złego zro­bi­łam? – spy­ta­ła lekko ochry­płym gło­sem.

Sodur nic nie mówił, tylko wciąż na nią pa­trzył. W końcu wes­tchnął cięż­ko i ode­zwał się:

– Jutro o tej porze wy­stą­pisz na are­nie. Na wi­dow­ni za­sią­dzie ksią­żę­ca para wraz z go­ść­mi oraz ga­wiedź z mia­sta. Wcze­śniej przyj­dą po cie­bie pa­ła­co­we słu­żą­ce, które za­bio­rą cię do łaźni, wy­ką­pią i ubio­rą. Nie mo­żesz wy­glą­dać jak…

– …łach­ma­nia­ra w oczach szla­chet­nych panów? – do­koń­czy­ła z iro­nią. – Dla­cze­go pra­gniesz mojej śmier­ci?

– Nie pra­gnę.

Męż­czy­zna bez­wied­nie po­dra­pał lewe przed­ra­mię.

– To dla­cze­go mnie na nią po­sy­łasz? – W jej gło­sie sły­szal­na sta­wa­ła się coraz ża­ło­śniej­sza nuta. Na So­du­rze, choć uchwy­cił to drże­nie tonu, nie zro­bi­ło ono żad­ne­go wra­że­nia. Głos miał spo­koj­ny, po­zba­wio­ny emo­cji.

– Nie mu­sisz umie­rać na tej are­nie, Mu­er­to.

– Nie je­stem Mu­er­tą. Już z tym skoń­czy­łam. Je­stem teraz inną osobą, na­ro­dzo­ną od nowa. Mam na imię Amena. – Dziew­czy­na za­mil­kła, jakby ocze­ku­jąc re­ak­cji. Po chwi­li ciszy znów się ode­zwa­ła:

– Kie­dyś ura­to­wa­łam ci życie i tak mi się od­wdzię­czasz?

Zmie­rzy­li się spoj­rze­nia­mi.

– Nie za­po­mnia­łem o tym i od­wdzię­czam ci się dobrą radą. Masz wybór, nie mu­sisz umie­rać.

– Nie da­jesz mi żad­ne­go wy­bo­ru – po­wie­dzia­ła po­nu­rym gło­sem.

– Ja wciąż pa­mię­tam, kim na­praw­dę je­steś i dla­te­go nie uwa­żam, że po­sy­łam cię na śmierć.

– To za­wsze jest spo­tka­nie ze śmier­cią. Jaki uło­ży­łeś plan prze­bie­gu tego ża­ło­sne­go wi­do­wi­ska?

– Nie mam żad­ne­go planu. Zresz­tą, or­ga­ni­za­cja igrzysk i tak nie do mnie na­le­ży. Wiem tylko, że wyj­dziesz na arenę. Resz­ta bę­dzie za­le­żeć od roz­wo­ju sy­tu­acji.

Na to nie od­po­wie­dzia­ła już nic, opu­ści­ła tylko głowę. Brud­ne pukle prze­sło­ni­ły twarz. Sodur od­wró­cił się i skie­ro­wał do wyj­ścia z lo­chów. I cho­ciaż twarz męż­czy­zny nie wy­ra­ża­ła ni­cze­go, czuł się, jakby wypił wy­jąt­ko­wo gorz­kie le­kar­stwo, które na do­da­tek wcale nie gwa­ran­tu­je uzdro­wie­nia.

 

Dwa­dzie­ścia dzie­więć dni wcze­śniej

 

Sodur je­chał le­śnym trak­tem oto­czo­ny nie­wiel­ką świtą i za­to­pio­ny w my­ślach nie zwra­cał uwagi na mi­ja­ne kra­jo­bra­zy. Misje po­sel­skie, jak ta, z któ­rej wła­śnie wra­cał, mę­czy­ły go bar­dzo. Był żoł­nie­rzem, nie po­li­ty­kiem czy dy­plo­ma­tą. Nie czuł się naj­le­piej w tej nie­wy­god­nej roli, z ko­niecz­no­ścią pak­to­wa­nia z draż­li­wy­mi pa­niąt­ka­mi. Jed­nak w nie­pew­nych cza­sach, na samym skra­ju wojny, nie­ty­kal­ność posła nie in­te­re­so­wa­ła rze­zi­miesz­ków, dla­te­go le­piej było, gdy po­dróż­nik po­tra­fił sam o sie­bie za­dbać. Mniej­sza, uzbro­jo­na grupa, bez po­wo­zu, była bar­dziej mo­bil­na i spraw­niej­sza niż duży or­szak. Z ta­kich wła­śnie po­wo­dów ksią­żę wy­słał z po­słan­nic­twem jed­ne­go ze swych naj­lep­szych ka­pi­ta­nów z kil­ko­ma ludź­mi w miej­sce dwor­skich urzęd­ni­ków.

Koń So­du­ra par­sk­nął ner­wo­wo. Jeź­dziec od­ru­cho­wo po­ło­żył dłoń na szyi wierz­chow­ca uspo­ka­ja­ją­cym ge­stem, nie prze­ry­wa­jąc roz­my­ślań.

Bez­po­tom­nie zmar­ły król po­zo­sta­wił po sobie nie tylko pusty tron, ale i chaos. Dalsi krew­ni ostat­nie­go mo­nar­chy, ale także nie­spo­krew­nie­ni z nim moż­no­wład­cy two­rzy­li frak­cje, wal­cząc o wpły­wy i ko­ro­nę. Efek­tem tego były je­dy­nie coraz więk­sze znisz­cze­nia i sze­rzą­ce się bez­pra­wie. Otwar­tej wojny jesz­cze nikt nie wsz­czął, ale już za­czę­ły się krwa­we pod­cho­dy. Z za­mie­sza­nia ko­rzy­sta­ły także po­spo­li­te bandy, coraz śmie­lej na­pa­da­jąc słabe i po­zba­wio­ne obro­ny wio­ski oraz po­dróż­nych. Moż­no­wład­cy nie za­przą­ta­li sobie gra­san­ta­mi głów, ich głów­nym celem było zdo­by­cie wła­dzy. Żaden z lor­dów i ksią­żąt nie był jed­nak dość sil­nym, aby w po­je­dyn­kę po­ko­nać kon­ku­ren­tów. Za­czę­li więc po­sy­łać po­słów do sie­bie na­wza­jem i do po­mniej­szej szlach­ty, aby prze­ko­nać in­nych do so­ju­szu. Na razie wy­star­czał pa­pier. Złoto i inne dobra po­pły­ną sze­ro­kim stru­mie­niem po zło­że­niu wszyst­kich pod­pi­sów. I to już nie bę­dzie za­da­nie So­du­ra. „Jesz­cze tylko trzy dni. Trzy dni i zdam re­la­cję księ­ciu i będę mógł od­po­cząć w ko­sza­rach”.

Ka­pi­ta­na z za­my­śle­nia wy­rwa­ło szarp­nię­cie spło­szo­ne­go konia. Któ­ryś z po­zo­sta­łych wierz­chow­ców za­rżał. Żoł­nie­rze, za­wie­rza­jąc in­tu­icji, się­gnę­li po mie­cze.

Z głębi lasu wy­pa­dła uzbro­jo­na zgra­ja, wy­glą­da­ją­ca jak zbie­ra­ni­na nie­do­bit­ków róż­nych armii z róż­nych epok. Ban­dy­ci, wrzesz­cząc nie­skład­nie i wy­ma­chu­jąc mniej lub bar­dziej spraw­nie mie­cza­mi i to­po­ra­mi, ru­szy­li do ataku.

Dzię­ki prze­wa­dze li­czeb­nej, mimo bra­ków w wy­szko­le­niu, wy­bi­li nie­licz­ną eskor­tę posła, jed­ne­go po dru­gim, tra­cąc le­d­wie cząst­kę z wła­snych sił. Gdy Sodur zo­stał już sam, ranny i bez na­dziei na prze­ży­cie, na trak­cie po­ja­wi­ło się kilka po­sta­ci. Pół­przy­tom­ny ka­pi­tan nie za­uwa­żył nawet kiedy i jak. Krew z roz­cię­te­go czoła za­le­wa­ła mu oczy i w pierw­szej chwi­li nie roz­po­znał, któż to przy­łą­czył się do walki. Od­niósł jed­nak wra­że­nie, że nowo przy­by­li wo­jow­ni­cy z za­dzi­wia­ją­cą ła­two­ścią roz­gro­mi­li wa­ta­hę.

Jeden z wojów wziął za­krwa­wio­ne­go So­du­ra za ko­lej­ne­go ban­dy­tę. Ka­pi­tan w ostat­niej chwi­li za­sło­nił się mie­czem. Za­dźwię­cza­ła stal, a siła ude­rze­nia po­wa­li­ła ran­ne­go na plecy. „To ko­niec” – prze­mknę­ło mu przez myśl. Czu­bek mie­cza za­trzy­mał się jed­nak tuż przed od­sło­nię­tym gar­dłem, za­blo­ko­wa­ny przez ko­stur z bia­łe­go drew­na.

Sodur z tru­dem, wierz­chem brud­nej dłoni, prze­tarł oczy z krwi i potu i spoj­rzał nieco przy­tom­niej na ota­cza­ją­ce go po­sta­ci. Były to ko­bie­ty, ubra­ne w mę­skie stro­je z do­brze wy­pra­wio­nej mięk­kiej skóry, nie­krę­pu­ją­ce ru­chów, bez żad­nych ele­men­tów zbroi. Bez wąt­pie­nia po­cho­dzi­ły z róż­nych krań­ców ziemi, z róż­nych ple­mion i rodów, jed­nak wszyst­kie miały tak samo he­ba­no­we oczy, w któ­rych nie dało się od­róż­nić źre­nic od tę­czó­wek. W nie­któ­rych jesz­cze po­bły­ski­wa­ły czer­wo­ne iskry. Każda z wo­jow­ni­czek miała na ku­bra­ku na­szy­tą, nie więk­szą od pię­ści, ki­ro­wą tar­czę her­bo­wą. Gdy ka­pi­tan le­piej się przyj­rzał, do­strzegł haft w o ton ciem­niej­szej czer­ni – czasz­kę nad skrzy­żo­wa­ny­mi dwie­ma ko­sa­mi.

Kom­pa­nia Cór Śmier­ci.

Do­pie­ro teraz prze­niósł spoj­rze­nie wzdłuż kija, opie­ra­ją­ce­go mu się na pier­si. Drugi ko­niec trzy­ma­ła stara ko­bie­ta, przy­gar­bio­na, oku­ta­na w szary płaszcz z kap­tu­rem, teraz lekko zsu­nię­tym na tył po­si­wia­łej głowy. Gdy dziew­czę­ta od­stą­pi­ły, cof­nę­ła kij i za­czę­ła prze­cha­dzać się mię­dzy po­le­gły­mi. Przy każ­dym z nich przy­sta­nę­ła, nad nie­któ­ry­mi się po­chy­li­ła, do­tknę­ła.

Wo­jow­nicz­ki czy­ści­ły oręż.

Sodur, po­zo­sta­wio­ny sam sobie i wi­dząc, że za­gro­że­nie naj­wy­raź­niej mi­nę­ło, wstał cięż­ko, obo­la­ły. Ka­wał­kiem czy­stej tka­ni­ny, wy­cią­gnię­tej z to­boł­ka, który był kie­dyś jego ba­ga­żem, wy­tarł twarz i prze­czy­ścił miecz.

Sta­ru­cha wró­ci­ła do niego. Gdy spoj­rzał jej w twarz, zo­ba­czył, że się zmie­ni­ła. To była wciąż ta sama osoba, ale znacz­nie młod­sza. Jesz­cze chwi­lę temu siwe ko­smy­ki były teraz buj­ny­mi, kru­czo­czar­ny­mi lo­ka­mi, oka­la­ją­cy­mi gład­kie li­co o fio­le­to­wych oczach. Miała wy­gląd ko­bie­ty w sile wieku, jędr­ne ciało nie było już mło­dzień­cze, ale też nie no­si­ło śla­dów zmę­cze­nia cięż­ką pracą i wie­kiem. Gdy się ode­zwa­ła, wą­skie usta roz­chy­li­ły się lekko, uka­zu­jąc śnież­no­bia­łe zęby.

– Pokaż mi lewe przed­ra­mię – roz­ka­za­ła.

Nie śmiał jej od­mó­wić, więc w mil­cze­niu, po­słusz­nie pod­wi­nął rękaw. Unio­sła białą laskę i przy­tknę­ła jeden z koń­ców do skóry. Na przed­ra­mie­niu za­czął po­ja­wiać się czar­ny ry­su­nek. Skóra męż­czy­zny za­pie­kła tak mocno, że aż syk­nął z bólu. Nie cof­nął jed­nak ręki. Gdy ko­bie­ta skoń­czy­ła, na ciele So­du­ra po­ja­wi­ła się ma­leń­ka czasz­ka. Ból ustą­pił miej­sca nie­przy­jem­ne­mu swę­dze­niu. Ko­niec ko­stu­ra opadł po­now­nie na zie­mię, a ka­pi­tan spoj­rzał we fio­le­to­we oczy.

– Pani…

Nie po­zwo­li­ła mu skoń­czyć.

– Nie myśl sobie, że mam takie dobre serce i z tejże do­bro­ci po­zwo­li­łam ci żyć. Je­steś mi po­trzeb­ny. A ten znak bę­dzie gwa­ran­cją wy­ko­na­nia zle­co­ne­go prze­ze mnie za­da­nia.

Po­now­nie spoj­rzał na za­gad­ko­wy ta­tu­aż.

– Jak już za­pew­ne za­uwa­ży­łeś, je­stem Śmier­cią, a to kom­pa­nia moich Cór. Jed­nej mi jed­nak bra­ku­je. Wiem, że obec­nie miesz­ka w twoim mie­ście. Ja nie mogę się po nią udać, nie wy­słu­cha też żad­nej z sióstr. Po­ten­cjal­na sprzecz­ka mię­dzy nimi może się skoń­czyć tra­gicz­nie dla ca­łe­go mia­sta. Bo wszyst­kie moje córy są jed­na­ko­wo dobre i żadna nie po­ko­na innej. Z pew­nych wzglę­dów tylko śmier­tel­nik jest w sta­nie na­kło­nić ją do po­wro­tu. Kom­pa­nia musi być kom­plet­na przed upły­wem mie­sią­ca. Nie może być ani jed­nej mniej, ani jed­nej wię­cej, więc ona musi wró­cić. I twoim za­da­niem bę­dzie ją do tego prze­ko­nać.

– Jak?

– To już twoja spra­wa.

– Jak ją roz­po­znam? Gdzie znaj­dę?

– Gdzie ją znaj­dziesz? – po­wtó­rzy­ła py­ta­nie. Od­po­wie­dzi jed­nak nie udzie­li­ła. – Bę­dziesz mu­siał po­szu­kać. Roz­po­znasz moją Córę. Je­stem pewna, bo już ją raz spo­tka­łeś.

Śmierć mu­snę­ła ko­niusz­ka­mi pal­ców skroń So­du­ra. Do zmę­czo­ne­go mózgu na­pły­nę­ło za­mglo­ne wspo­mnie­nie sprzed wielu lat.

 

Pa­mię­tał do­sko­na­le, gdy jako nie­speł­na sied­mio­let­ni brzdąc wraz z brać­mi i in­ny­mi szlach­ciąt­ka­mi od­gry­wał nad brze­giem rzeki Wiel­ką Bitwę o Czer­wo­ną Twier­dzę. Po­nie­waż w ory­gi­nal­nej ba­ta­lii udział brały nie­prze­li­czo­ne rze­sze wo­jow­ni­ków, zwia­dow­ców, szpie­gów, ofi­ce­rów, a chłop­ców było rap­tem je­de­na­stu, każdy od­gry­wał kilka ról. Mały Sodur raz był ry­ce­rzem, by za mo­ment za­mie­nić się w kwa­ter­mi­strza.

W tam­tej chwi­li był zwia­dow­cą. Wdra­pał się na ro­sną­cą na skra­ju urwi­ska wierz­bę i, ba­lan­su­jąc na po­chy­la­ją­cych się nad nur­tem rzeki ga­łę­ziach, wy­pa­try­wał pły­ną­cych w dół rzeki jed­no­stek wroga. Zie­lo­na ko­ta­ra ob­ro­śnię­tych gę­stym li­sto­wiem witek, którą uznał za dobre schro­nie­nie, jed­nak oka­za­ła się też prze­szko­dą dla niego.

Usi­łu­jąc wyj­rzeć poza cien­kie ga­łąz­ki, zro­bił o jeden krok za dużo. W ostat­niej chwi­li zła­pał kilka witek i za­wisł nad gła­za­mi, po po­wierzch­ni któ­rych prze­le­wa­ły się zwały burej wody. Dzie­cię­ce ręce nie były w sta­nie długo utrzy­mać cię­ża­ru ciała na śli­skich li­ściach. Z prze­ra­że­niem patrzył w zbli­ża­ją­cą się po­wo­li, acz nie­uchron­nie, wzbu­rzo­ną po­wierzch­nię. Bał się moc­niej ode­tchnąć, nie śmiał wydać z sie­bie żad­ne­go głosu. Nawet nie za­uwa­żył, gdy flo­tyl­la wy­dłu­ba­nych z ka­wał­ków drew­na łódek prze­pły­nę­ła tuż obok wi­szą­cych coraz niżej stóp. Po raz pierw­szy w dłu­giej hi­sto­rii zabaw w Wiel­ką Bitwę, Czer­wo­na Twier­dza miała paść tak szyb­ko i łatwo.

Wy­da­wa­ło mu się, że to już ko­niec, że dłu­żej nie wy­trzy­ma. A jed­nak, z bo­le­snym ude­rze­niem o żebra, oto­czył go ol­brzy­mi, że­la­zny hak. Omdla­łe ra­mio­na opa­dły, reszt­ką sił prze­wie­sił się na prę­cie, który za­ko­ły­sał gwał­tow­nie. Chło­piec bał się ru­szyć, spoj­rzeć za sie­bie. Na chwi­lę wręcz nawet za­ci­snął mocno po­wie­ki. Otwo­rzył je, gdy ko­ły­sa­nie usta­ło, a za­czę­ło prze­miesz­cza­nie ponad brze­giem rzeki. Wy­baw­cę miał cały czas za ple­ca­mi i wciąż nie wie­dział, kto go ura­to­wał. Do­pie­ro, gdy sta­nął na ziemi, pu­ścił hak i od­wró­cił się.

Kilka kro­ków od So­du­ra, trzy­ma­jąc ko­niec sta­lo­we­go drąga, stała młoda ko­bie­ta. Wy­cho­wa­ne­mu na ksią­żę­cym dwo­rze chłop­cu wy­da­ła się eks­cen­trycz­na. W mil­cze­niu przy­glą­dał się, z dzie­cię­cą cie­ka­wo­ścią i nie­skrę­po­wa­niem, ubra­nej na czar­no, w męski stój wo­jow­ni­ka, dziew­czy­nie. Żółte, przy­po­mi­na­ją­ce barwą kwia­ty sło­necz­ni­ków, włosy za­ple­cio­ne w war­kocz, były je­dy­nym ko­lo­ro­wym ak­cen­tem. Z bla­dej, jak u szlach­cian­ki, twa­rzy spo­glą­da­ły na chłop­ca nie­spo­ty­ka­ne czar­ne oczy. Gdy w nie spoj­rzał, prze­stra­szył się jesz­cze bar­dziej, niż gdy wi­siał nad nur­tem. Stał jak spa­ra­li­żo­wa­ny i nawet nie po­czuł cie­pła cie­czy, spły­wa­ją­cej po we­wnętrz­nej stro­nie skó­rza­nych spodni.

Jakby dzi­wacz­ność ko­bie­ty nie wy­star­czy­ła, długi hak za­mie­nił się w jej dło­niach w miecz, po­ły­sku­jąc w trak­cie trans­for­ma­cji fio­le­to­wą po­świa­tą.

– To nie był twój czas. Jesz­cze nie. Wra­caj do domu – po­wie­dzia­ła ni­skim, nie­mal mę­skim gło­sem, od­wra­ca­jąc się od niego i wsia­da­jąc na ka­re­go konia, któ­re­go wcze­śniej nie za­uwa­żył.

I cho­ciaż wiele wy­da­rzeń i ludzi z dzie­ciń­stwa za­tarł czas, to tej twa­rzy miał nigdy nie za­po­mnieć.

 

Sodur otrzą­snął się i spoj­rzał po­now­nie przy­tom­nym wzro­kiem na Śmierć.

– Jak dawno opu­ści­ła kom­pa­nię?

– A jak dawno temu skoń­czy­ła się ostat­nia wiel­ka wojna?

Za­sta­no­wił się chwi­lę, li­cząc upływ czasu w my­ślach i błą­dząc za­du­ma­nym spoj­rze­niem po czub­kach butów. Nie­speł­na rok minął od śmier­ci króla. Przez całe jego rządy trwał pokój, ale gdy obej­mo­wał tron… Tak, swe pa­no­wa­nie za­czął od za­pro­wa­dze­nia po­rząd­ku po wiel­kiej woj­nie, dzię­ki któ­rej zresz­tą zdo­był ko­ro­nę. Czyli minęło ja­kieś dwa­dzie­ścia parę lat od ostat­niej wojny. Ponad trzy­dzie­ści od spo­tka­nia. Pod­niósł głowę i spoj­rzał w twarz Śmier­ci.

– Mi­nę­ło sporo lat. Ja byłem wtedy le­d­wie nie­do­rost­kiem, a ona młodą dziew­czy­ną. Teraz bę­dzie już… doj­rza­łą ko­bie­tą. Nie je­stem pe­wien, czy ją po­znam.

Na to od­po­wie­dzia­ła mu jedna z wo­jow­ni­czek, która już od chwi­li przy­słu­chi­wa­ła się roz­mo­wie:

– My się nie sta­rze­je­my ani nie umie­ra­my.

Sodur od­niósł wra­że­nie, że Śmierć chcia­ła coś dodać. Spo­strzegł drgnię­cie wą­skich ust i dziw­ne spoj­rze­nie. In­tu­icja jed­nak pod­po­wia­da­ła mu, by nie pró­bo­wał do­py­ty­wać.

– Z tego, co wiem, Kom­pa­nia zbie­ra się, gdy… – urwał w pół zda­nia, jakby bał się wy­po­wie­dzieć te słowa na głos.

– …na świat przy­cho­dzi wy­jąt­ko­wa wo­jen­na po­żo­ga – do­po­wie­dzia­ła za niego jedna z Cór. – Tak, wo­jow­ni­ku, nad­cho­dzą cięż­kie dla ludzi czasy.

Kiw­nął głową ze zro­zu­mie­niem. Pewne sche­ma­ty w ludz­kiej hi­sto­rii zda­wa­ły się być nie­zmien­ne. Od lo­kal­nych pod­jaz­dów do wojny do­mo­wej był już tylko krok. Do tego, jak do­no­si­li zwia­dow­cy, ościen­ne pań­stwa z uwagą śle­dzi­ły roz­wój wy­pad­ków, jed­no­cze­śnie mo­bi­li­zu­jąc wła­sne siły.

– A to? – Sodur wska­zał na znak.

– Czasz­ka bę­dzie ro­snąć każ­de­go dnia i wy­peł­niać się tru­ci­zną. Jeśli przed upły­wem trzy­dzie­stu dni znaj­dziesz i przy­wró­cisz mi moją Córę, czasz­ka znik­nie, a wraz z nią tru­ci­zna. Bę­dziesz bez­piecz­ny i do­ko­nasz ży­wo­ta w prze­zna­czo­nym ci cza­sie, nie wcze­śniej. Jeśli jed­nak bę­dziesz się ocią­gał, zbyt długo za­sta­na­wiał lub z in­ne­go po­wo­du nie zdo­łasz wy­peł­nić za­da­nia, trzy­dzie­ste­go pierw­sze­go dnia, w jego pierw­szej go­dzi­nie, czasz­ka uwol­ni zgro­ma­dzo­ną tru­ci­znę.

Nie mu­sia­ła nic wię­cej do­da­wać. Serce So­du­ra zmro­zi­ła groza. „Nie­zła za­chę­ta” – po­my­ślał. I jeśli mu życie miłe, to bę­dzie mu­siał zro­bić na­praw­dę wszyst­ko, by prze­ko­nać wo­jow­nicz­kę do po­wro­tu do kom­pa­nii.

Sodur jedną rze­czą w dro­dze do domu nie mu­siał się mar­twić – że ktoś go znów spró­bu­je na­paść. Dwie Córy eskor­to­wa­ły go, by mieć pew­ność, że do­trze spo­koj­nie i w ca­ło­ści do mia­sta. Wo­jow­nicz­ki na zmia­nę wy­szu­ki­wa­ły bocz­ne, nie­uczęsz­cza­ne ścież­ki. Po­lo­wa­ły i tylko raz mu­sia­ły dobyć mie­czy prze­ciw­ko kilku gra­san­tom. Zanim Sodur zo­rien­to­wał się, że zo­sta­li na­pad­nię­ci, one już skoń­czy­ły.

Dru­gie­go dnia, na wie­czor­nym po­pa­sie, gdy już skoń­czy­li opo­rzą­dzać konie i przy­go­to­wy­wać obo­zo­wi­sko, za­sie­dli po dwóch stro­nach nie­wiel­kie­go ogni­ska. Po­cząt­ko­wo ka­pi­tan spo­glą­dał ponad ogniem na ciem­ne syl­wet­ki wo­jow­ni­czek. Gdy prze­łknął ostat­ni kęs, za­czął mówić:

– Kom­pa­nia Cór od nie­pa­mięt­nych cza­sów to­wa­rzy­szy Śmier­ci. Skąd się jed­nak wzię­ły­ście?

Od­po­wie­dzia­ła mu cisza i bez­na­mięt­ne spoj­rze­nia dwóch par ciem­nych oczu, w któ­rych od­bi­ja­ły się pło­mie­nie. Nie­zra­żo­ny kon­ty­nu­ował:

– Krążą o was le­gen­dy i plot­ki. Różne. Jed­nak pewne ele­men­ty po­wta­rza­ją się w nich nie­ustan­nie. Córą zo­sta­wa­ła dziew­czy­na na gra­ni­cy śmier­ci, któ­rej Matka ofia­ro­wa­ła życie wiecz­ne u jej boku w za­mian za służ­bę. Jak do­ko­ny­wa­ła wy­bo­ru, że ta nie­wia­sta tak, a inna nie? Czy to praw­da, że nie pa­mię­ta­cie życia sprzed Kom­pa­nii?

I tym razem żadna z jego to­wa­rzy­szek nie od­po­wie­dzia­ła.

– Nie chcę znać wa­szych ta­jem­nic. Pró­bu­ję tylko dojść, dla­cze­go Mu­er­ta was opu­ści­ła, dla­cze­go jest inna. W ja­kich oko­licz­no­ściach ode­szła? Może ta wie­dza przy­da mi się w po­szu­ki­wa­niach. W prze­ko­na­niu wa­szej sio­stry.

Gdy i tym razem nie do­cze­kał się od­po­wie­dzi, wes­tchnął i dodał, bez więk­szej na­dziei:

– Pytam nie tylko we wła­snym in­te­re­sie – mu­snął lewe przed­ra­mię – ale i wa­szym. Prze­cież chce­cie, żeby Mu­er­ta do was wró­ci­ła, praw­da? Wasza Matka tego chce…

Wo­jow­nicz­ki spoj­rza­ły na sie­bie. Jedna z nich po­wie­dzia­ła:

– Mu­er­ta była na gra­ni­cy, ale jesz­cze jej nie prze­kro­czy­ła, gdy zo­sta­ła Córą. Przez to po­zo­sta­ła w niej iskra czło­wie­czeń­stwa. Wię­cej nie mu­sisz wie­dzieć.

Sodur rze­czy­wi­ście już nic wię­cej od dziew­cząt nie wy­cią­gnął. Za­wi­nął się więc w derkę i za­to­pił w do­my­słach, ocze­ku­jąc na na­dej­ście snu.

Z Có­ra­mi roz­stał się dwa dni póź­niej tuż pod miej­ski­mi mu­ra­mi. Na po­że­gna­nie jedna z nich po­da­ła mu po­dłuż­ny przed­miot, owi­nię­ty w czar­ną płach­tę. Sodur uchy­lił rąbek tka­ni­ny. W jej fał­dach krył się pro­sty, lekki miecz, na oko zwy­czaj­ny. Je­dy­ną ozdo­bę sta­no­wi­ły dwa błysz­czą­ce czer­nią onyk­sy osa­dzo­ne po obu stro­nach gło­wi­cy. Męż­czy­zna wie­dział do­sko­na­le, że wła­da­na przez Córę ta nie­po­zor­nie wy­glą­da­ją­ca broń może znacz­nie wię­cej niż naj­lep­szy ksią­żę­cy oręż w rę­kach wy­traw­ne­go żoł­nie­rza.

– Na­le­ży do Mu­er­ty. Zo­stał stwo­rzo­ny spe­cjal­nie dla niej, więc le­piej, żeby nie ku­si­ło cię, by go użyć. Myślę jed­nak, że może ci pomóc.

 

***

 

Na­tych­miast po po­wro­cie i zda­niu re­la­cji księ­ciu z po­sel­skiej misji Sodur roz­po­czął po­szu­ki­wa­nia za­gi­nio­nej. Pakt ze Śmier­cią był se­kre­tem, któ­re­go nie za­mie­rzał ni­ko­mu zdra­dzać, nawet przez przy­pa­dek. Nie mógł też po­zwo­lić, by jawny po­ścig i py­ta­nia zwró­ci­ły uwagę Córy i wy­pło­szy­ły ją z mia­sta. Sodur nie miał rów­nież ocho­ty wzbu­dzać zbęd­nej cie­ka­wo­ści, wę­dru­jąc w ofi­cer­skim mun­du­rze lub stro­ju szlach­ci­ca po naj­od­le­glej­szych za­ka­mar­kach mia­sta. Dla­te­go po­sta­no­wił dzia­łać in­co­gni­to. W dro­dze za­pu­ścił brodę, któ­rej nie zgo­lił po po­wro­cie, na grzbiet za­rzu­cił lnia­ną ko­szu­lę, skó­rza­ne buty z wy­so­ką cho­lew­ką za­mie­nił na wy­ple­cio­ne z łyka łap­cie, okrył się ob­szar­pa­nym płasz­czem z kap­tu­rem, w cie­niu któ­re­go ukrył twarz, i ru­szył w la­bi­rynt ulic i uli­czek. Za­glą­dał do każ­de­go warsz­ta­tu i pra­cow­ni, do któ­rych tylko udało mu się wśli­znąć, lub choć­by tylko rzu­cić okiem.

Krą­żył tak po mie­ście przez wiele dni, za­ra­bia­jąc kuk­sań­ce i si­nia­ki, nie­raz lą­do­wał na ka­mien­nym bruku, wy­ko­py­wa­ny z ciem­nych wnętrz. Z coraz więk­szym nie­po­ko­jem zer­kał na ro­sną­cą czasz­kę na przed­ra­mie­niu. Z na­ra­sta­ją­cą obawą od­li­czał dni.

Tego dnia Sodur po raz ko­lej­ny wy­lą­do­wał na ulicy. Przy upad­ku zdarł sobie skórę z dłoni, którą pró­bo­wał się po­de­przeć. Zmełł w ustach prze­kleń­stwo i wstał. Za­sta­na­wiał się, w którą stronę iść, gdy tuż przed sobą zobaczył dwukołowy wózek, wy­ła­do­wa­ny po brze­gi gli­nia­ny­mi na­czy­nia­mi, ma­lo­wa­ny­mi w wie­lo­barw­ne wzory. Cią­gnę­ła go fi­li­gra­no­wa, młoda ko­bie­ta o ja­snych wło­sach sple­cio­nych w war­kocz, który wy­sta­wał spod chu­s­ty osła­nia­ją­cej głowę. Kółko wpa­dło w szcze­li­nę i wóz nie­bez­piecz­nie za­chy­bo­tał, po czym sta­nął. Nie­wia­sta po­pra­wi­ła uchwyt i po­cią­gnę­ła, ale wózek ani drgnął.

– Po­mo­gę – mruk­nął Sodur, spo­glą­da­jąc spod kap­tu­ra na drob­ną twarz. – Le­piej przy­pil­nuj garn­ków, żeby nie po­spa­da­ły.

Dziew­czy­na bez słowa kiw­nę­ła głową. Cof­nę­ła się dwa kroki go­to­wa łapać spa­da­ją­ce na­czy­nia. Męż­czy­zna szarp­nął mocno i koło wy­sko­czy­ło ze szcze­li­ny, na­czy­nia za­dzwo­ni­ły, a jeden z dzba­nów prze­to­czył się na skraj i gdy wózek za­ko­ły­sał się na ko­lej­nej nie­rów­no­ści, prze­le­ciał przez kra­wędź. Czuj­na han­dlar­ka szyb­kim ru­chem zła­pa­ła ucie­ki­nie­ra w po­ło­wie drogi do ziemi. Jej re­fleks nie uszedł uwa­dze So­du­ra.

Twarz ko­bie­ty wy­glą­da­ła zna­jo­mo i dzie­cię­ce wspo­mnie­nia za­czę­ły po­now­nie wy­do­by­wać się z głę­bin pa­mię­ci. Wy­glą­da­ła pra­wie do­kład­nie tak samo, jak ją za­pa­mię­tał, może je­dy­nie nieco sta­rzej. Tylko jedno się nie zga­dza­ło – oczy. Córy mają oczy czar­ne jak bez­gwiezd­na noc, a tę­czów­ki dziew­czy­ny lśni­ły czy­stym błę­ki­tem ja­sne­go nieba.

W mil­cze­niu, ob­ser­wu­jąc się na­wza­jem ukrad­kiem, do­cią­gnę­li wspól­nie wózek na plac tar­go­wy, gdzie han­dlar­ka wska­za­ła swoje stałe miej­sce w spo­koj­nym za­kąt­ku.

– Jeśli chcesz za­pła­tę za pomoc, mu­sisz po­cze­kać aż coś sprze­dam. Mo­żesz wró­cić za jakiś czas.

– Wolę za­cze­kać – mruk­nął i przy­siadł w cie­niu, kilka kro­ków od sto­iska. Ko­bie­ta wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i od­wró­ci­ła się w stro­nę pierw­szej klient­ki.

Sodur, ob­ser­wu­jąc tar­go­wi­sko i krę­cą­cych się po nim ludzi, za­sta­na­wiał się, czy Mu­er­ta by­ła­by w sta­nie go roz­po­znać. Mi­nę­ło wiele lat, z dzie­cia­ka wy­rósł na męż­czy­znę. „Nie, to chyba nie­moż­li­we” – mówił sobie w my­ślach. – „Ona się uśmie­cha, roz­ma­wia­jąc z klien­ta­mi, jest pełna praw­dzi­we­go życia i cie­pła, tak ob­cych Córom. Jeśli to na­praw­dę jest Mu­er­ta, to wy­glą­da na to, że opusz­cza­jąc kom­pa­nię, po­zo­sta­wi­ła za sobą nie tylko miecz”.

Po kilku go­dzi­nach na wózku nic nie zo­sta­ło. Widać było, że wie­lo­barw­ne dzba­ny i misy mają wzię­cie. Han­dlar­ka chcia­ła roz­li­czyć się z So­du­rem, ale ten chwy­cił szyb­ko dy­szel i skie­ro­wał się w ulicz­kę, z któ­rej przy­szli wcze­śniej. Po krót­kim wa­ha­niu ru­szy­ła za nim, cho­wa­jąc mie­szek pełen monet głę­biej pod ubra­nie.

Gdy do­szli do miej­sca spo­tka­nia, za­trzy­mał się, nie wie­dząc, dokąd dalej. Wtedy ko­bie­ta wy­prze­dzi­ła go i ru­szy­ła przo­dem. Do­tar­li do jej warsz­ta­tu i zo­sta­wi­li wózek na ze­wnątrz. Izba pełna była gliny i jej za­pa­chu, zmie­sza­ne­go z aro­ma­ta­mi na­tu­ral­nych barw­ni­ków, za­le­ga­ją­cych w sło­ikach i dzba­nach na pro­stych drew­nia­nych pół­kach.

Męż­czy­zna zsu­nął z głowy kap­tur i ro­zej­rzał się z za­cie­ka­wie­niem.

– Tak mi się wy­da­wa­ło, że cię znam – po­wie­dzia­ła go­spo­dy­ni, roz­pa­la­jąc ogień i sta­wia­jąc na kuch­ni że­la­zny czaj­nik na­peł­nio­ny wodą. Się­gnę­ła do sa­kiew­ki i wy­ję­ła kilka monet. Wy­cią­gnę­ła do męż­czy­zny rękę. – Tak teraz za­ra­biasz na życie?

Zdzi­wio­ny zi­gno­ro­wał za­pła­tę. A jed­nak go pa­mię­ta­ła. Na to, że jakoś zi­den­ty­fi­ku­je za­gu­bio­ną Córę, był przy­go­to­wa­ny. Nie li­czył jed­nak, że sam zo­sta­nie roz­po­zna­ny tak szyb­ko. Sły­szał ton w gło­sie, wi­dział spoj­rze­nie – był pe­wien, że nie po­my­li­ła go z nikim innym. Po krót­kiej chwi­li za­wa­ha­nia po­wie­dział:

– Nie za­le­ży mi na tych pie­nią­dzach. Po pro­stu chcia­łem z tobą po­roz­ma­wiać spo­koj­nie, bez świad­ków.

– Za każdą pracę i przy­słu­gę na­le­ży się za­pła­ta.

– Skoro tak, to jest coś, co mo­żesz dla mnie zro­bić. Wróć do Kom­pa­nii.

Przez mo­ment mil­cza­ła, wpa­tru­jąc się w go­ścia z uwagą, bez oka­zy­wa­nia emo­cji. W końcu przy­gry­zła dolną wargę, od­wró­ci­ła wzrok i burk­nę­ła:

– Za dużo ode mnie wy­ma­gasz. Dla­cze­go mia­ła­bym się zgo­dzić na coś ta­kie­go? Jeśli nie chcesz pie­nię­dzy, to może mo­gła­bym zro­bić ozdob­ny dzban, misę, kom­plet kub­ków ude­ko­ro­wa­nych, jak tylko ze­chcesz. Ale wró­cić do kom­pa­nii? Nie.

– Jakiś czas temu spo­tka­łem twoją Matkę. – Słowo śmierć jakoś nie chcia­ło mu przejść przez gar­dło. – Po­pro­si­ła mnie, bym prze­ko­nał cię do po­wro­tu. Po­trze­bu­je cię, twoje sio­stry cię po­trze­bu­ją. Li­czeb­ność kom­pa­nii…

– …za­wsze musi być stała – prze­rwa­ła mu w pół zda­nia. – Prze­cież jest. Ja wciąż ist­nie­ję.

– Matka gro­ma­dzi Córy i po­trze­bu­je też cie­bie. – Po­mi­nął mil­cze­niem jej ostat­nią uwagę.

– Ona nie jest moją matką. Nie dała mi życia. Je­dy­ne, co mi dała, to tylko śmierć i znisz­cze­nie. Spójrz na mnie, czy przy­po­mi­nam ci córę śmier­ci?

Spoj­rzał po­now­nie na drob­ną blon­dyn­kę o nie­bie­skich jak niebo oczach, de­li­kat­nych dło­niach z nie­do­my­ty­mi śla­da­mi farby. Po­dą­żył wzro­kiem za smu­kłym pal­cem, wska­zu­ją­cym na półki pełne przy­go­to­wa­nych dzba­nów i kub­ków o wy­myśl­nych kształ­tach, na warsz­tat z kołem i stół pełen ko­lo­ro­wych klek­sów, wśród któ­rych le­ża­ły pędz­le i pę­dzel­ki.

– Wi­dzisz? Ja two­rzę, nie nisz­czę. Nie je­stem już córą śmier­ci. Je­stem kimś zu­peł­nie innym. Za­czy­nam na­praw­dę żyć, sta­rzeć się. Teraz mam na imię Amena. Je­stem garn­car­ką-ar­tyst­ką. Moje gli­nia­nie dzie­ci mogą prze­trwać nawet stu­le­cia. Moje wcze­śniej­sze dzie­ła na­tych­miast zmie­nia­ły się w pył. Nie prze­ko­nasz mnie w żaden spo­sób. Nie wrócę. Nie znaj­dziesz żad­nych ar­gu­men­tów, które mo­gły­by mnie prze­ko­nać do zmia­ny zda­nia. Le­piej więc wyjdź.

Spoj­rzał na nią po raz ostat­ni i w my­ślach przy­znał jej rację. Żadne słowa nie zdo­ła­ją jej prze­ko­nać. W ten spo­sób ni­cze­go nie wskó­ra. Bez słowa za­rzu­cił kap­tur, od­wró­cił się i wy­szedł.

Wró­cił do warsz­ta­tu wie­czo­rem. Pod płasz­czem trzy­mał scho­wa­ny miecz, wciąż za­wi­nię­ty w tę samą tka­ni­nę. Słowa Córy, która mu go wrę­czy­ła, na­pa­wa­ły go na­dzie­ją, że na widok oręża jaźń Mu­er­ty prze­bu­dzi się z uśpie­nia. Sodur za­pu­kał, po czym za­marł w bez­ru­chu, na­słu­chu­jąc od­gło­sów z wnę­trza. Ni­cze­go jed­nak nie usły­szał. Warsz­tat zda­wał się opusz­czo­ny. Męż­czy­zna pchnął drzwi, które na­tych­miast ustą­pi­ły, i wszedł do środ­ka.

Po­miesz­cze­nie oświe­tla­ła jedna lamp­ka oliw­na, któ­rej pło­mień za­ko­ły­sał się gwał­tow­nie od wy­wo­ła­ne­go na­głym wtar­gnię­ciem po­wie­wu. Na drew­nia­nych ścia­nach za­tań­czy­ły cie­nie dzba­nów na pół­kach. Ko­bie­ty nie było. Jed­nak ani warsz­tat, ani część miesz­kal­na izby nie wy­glą­da­ły na po­rzu­co­ne.

– Co ty tu znów ro­bisz?

Na dźwięk tych słów Sodur od­wró­cił się i sta­nął twa­rzą w twarz z Ameną, która za­trzy­ma­ła się w progu, obej­mu­jąc ra­mio­na­mi wy­peł­nio­ny gliną ce­brzyk. Zanim zdą­żył otwo­rzyć usta, padło na­stęp­ne py­ta­nie:

– Nadal chcesz mnie prze­ko­ny­wać do po­wro­tu?

Amena omi­nę­ła nie­pro­szo­ne­go go­ścia, pod­cho­dząc do koła garn­car­skie­go. Na sto­li­ku obok po­sta­wi­ła wia­der­ko.

– Mu­er­to… – Nie do­koń­czył, gdyż prze­rwa­ło mu wark­nię­cie:

– Mó­wi­łam ci! Nie na­zy­waj mnie tak.

Uma­za­ne gliną dło­nie sto­ją­cej do niego tyłem ko­bie­ty za­ci­snę­ły się w pię­ści. Sodur wyjął spod płasz­cza pa­ku­nek i roz­wi­nął ma­te­riał.

– Mam coś dla cie­bie.

Amena od­wró­ci­ła się. Na ide­al­nie oszli­fo­wa­nej po­wierzch­ni onyk­su odbił się zło­ci­ście pło­mień lamp­ki. Brwi ko­bie­ty unio­sły się nie­znacz­nie, usta roz­chy­li­ły. Sodur mógł­by przy­siąc, że w sze­ro­ko otwar­tych, wpa­trzo­nych w miecz oczach za­lśni­ły iskier­ki po­żą­da­nia. Zro­bił krok do przo­du. Prawa ręka ko­bie­ty drgnę­ła. Palce roz­pro­sto­wa­ły się, ramię unio­sło. Po­wo­li, z wy­raź­nym opo­rem, wy­cią­gnę­ło się w kie­run­ku rę­ko­je­ści.

– Nie!!!

Dłoń Ameny za­miast na broni, wy­lą­do­wa­ła na pier­si So­du­ra. Ka­pi­tan nie spo­dzie­wał się ataku, więc po­pchnię­ty cof­nął się, by utrzy­mać rów­no­wa­gę.

Go­spo­dy­ni się­gnę­ła po mio­tłę, którą na­tych­miast za­czę­ła od­ga­niać in­tru­za. W błę­kit­nych oczach za­lśni­ły łzy. Sodur nie po­tra­fił od­gad­nąć, czy żalu, czy zło­ści.

– Nie dam się sku­sić! Precz! Wynoś się z mo­je­go domu i życia!

Męż­czy­zna wy­co­fy­wał się pod cio­sa­mi pęku ostrych witek. Gdy tylko zna­lazł się za pro­giem, Amena za­trza­snę­ła drzwi.

Sodur nie umiał prze­móc się, by wła­sno­ręcz­nie zro­bić coś wię­cej. Nie po­tra­fił wprost za­ata­ko­wać ko­bie­ty, zwłasz­cza tej. Wes­tchnął, za­wi­nął miecz i po­now­nie scho­wał pod płaszczem. Ta­tu­aż na lewym przed­ra­mie­niu przy­po­mniał o sobie ostrym pie­cze­niem.

Tuż przed świ­tem ko­lej­ne­go dnia Amenę obu­dził łomot. Zanim zdą­ży­ła do­brze oprzy­tom­nieć i się ubrać, drew­nia­ne drzwi, wy­rwa­ne z za­wia­sów, wy­lą­do­wa­ły we wnę­trzu po­miesz­cze­nia. Jedna z półek, po­trą­co­na, za­rwa­ła się i kilka sto­ją­cych na niej na­czyń z trza­skiem roz­bi­ło się na pod­ło­dze. Sko­ru­py za­chrzę­ści­ły pod bu­ta­mi żoł­nie­rzy.

– Co… – pró­bo­wa­ła za­py­tać, ale gwał­tow­ne szarp­nię­cie za ramię wy­rwa­ło z ko­bie­ty syk bólu za­miast słów.

– Idziesz z nami. – Żoł­dak szarp­nął za rękaw ko­szu­li, który się ode­rwał i od­sło­nił białe ramię.

– Dla­cze­go? Co zro­bi­łam? – Gdy nikt nie kwa­pił się, by udzie­lić jej od­po­wie­dzi, kon­ty­nu­owa­ła: – Dokąd mnie za­bie­ra­cie? Daj­cie mi się przy­naj­mniej ubrać! Cho­ciaż buty!

Żoł­nie­rze jed­nak nie zwra­ca­li na jej słowa żad­nej uwagi. Wy­cią­gnę­li Amenę bosą, w po­szar­pa­nej ko­szu­li, za próg warsz­ta­tu. Nie sta­wia­ła oporu. Wy­glą­da­ła na prze­stra­szo­ną. Jeden z wo­ja­ków pchnął ją mocno w stro­nę klat­ki, usta­wio­nej na wozie cze­ka­ją­cym po­środ­ku ulicz­ki. Dziew­czy­na prze­wró­ci­ła się na bruk, jed­no­cze­śnie ude­rza­jąc czo­łem w belkę fury. To mu­sia­ło boleć.

Sodur ob­ser­wo­wał wszyst­ko zza rogu, skry­ty w mroku cie­nia bu­dyn­ku i kap­tu­ra weł­nia­ne­go płasz­cza. „Moc­niej, niech bar­dziej za­bo­li, niech za­cznie się bun­to­wać. Niech się obu­dzi” – my­ślał. Z nie­po­ko­jem zer­k­nął na czar­ny ry­su­nek na przed­ra­mie­niu. Miał na­dzie­ję, że ten za­cznie bled­nąć i w końcu znik­nie. Nic ta­kie­go jed­nak się nie dzia­ło. Męż­czy­zna miał wra­że­nie, że czasz­ka wręcz po­więk­szy­ła się nie­znacz­nie, odkąd spo­glą­dał na nią ostat­ni raz. Za­my­ka­na w klat­ce dziew­czy­na za­szlo­cha­ła.

Gdy wóz od­je­chał, Sodur nie mógł po­wstrzy­mać się przed wej­ściem do opusz­czo­ne­go warsz­ta­tu. W pół­mro­ku spo­glą­dał na sko­ru­py. Pod­niósł z pod­ło­gi koc, pod któ­rym jesz­cze chwi­lę temu spała spo­koj­nie Amena. Rzu­ca­jąc go na ławę, spo­strzegł mię­dzy odłam­ka­mi oca­la­ły kubek. Schy­lił się po niego.

Ob­ra­cał w pal­cach ar­cy­dzie­ło sztu­ki garn­car­skiej. Niby pro­ste na­czy­nie, ale zdo­bią­cy je kwiat sło­necz­ni­ka, spra­wiał wra­że­nie, że trzy­ma mię­dzy pal­ca­mi praw­dzi­wą ro­śli­nę.

Sam nie wie­dział dla­cze­go za­brał na­czy­nie ze sobą.

 

***

 

Sie­dzia­ła w lochu już pięć dni. O wo­dzie i czer­stwym chle­bie. Inni więź­nio­wie otrzy­my­wa­li tre­ściw­sze po­sił­ki, ale on chciał ją zła­mać. Od­wie­dzał ją co­dzien­nie. Co­dzien­nie pro­wa­dzi­li ten sam ja­ło­wy dia­log.

– Dla­cze­go mi to ro­bisz? Co ja ci złego zro­bi­łam? – py­ta­ła za każ­dym razem.

– Za kilka dni wy­stą­pisz na are­nie.

– Dla­cze­go pra­gniesz mojej śmier­ci?

– Nie pra­gnę.

– To dla­cze­go mnie na nią po­sy­łasz?

– Nie mu­sisz umie­rać na tej are­nie, wiesz o tym prze­cież.

– Nie chcę tego robić, już z tym skoń­czy­łam. Je­stem teraz inną osobą, na­ro­dzo­ną od nowa. Kie­dyś, w prze­szłym życiu, ura­to­wa­łam twoje i tak mi się od­wdzię­czasz?

– Nie za­po­mnia­łem o tym i od­wdzię­czam ci się dobrą radą. Masz wybór, nie mu­sisz umie­rać. Ja wciąż pa­mię­tam, kim na­praw­dę je­steś i dla­te­go nie uwa­żam, że po­sy­łam cię na śmierć.

– Nie da­jesz mi żad­ne­go wy­bo­ru poza śmier­cią.

Była sil­niej­sza niż mu się z po­cząt­ku wy­da­wa­ło. A to ozna­cza­ło, że bę­dzie trze­ba po­su­nąć się dalej, może nawet do osta­tecz­no­ści. Do­brze, że ksią­żę dał się na­mó­wić szam­be­la­no­wi na igrzy­ska na cześć za­pro­szo­nych na ro­ko­wa­nia gości. Sodur po­sta­no­wił wy­ko­rzy­stać tę oka­zję i prze­ko­nał or­ga­ni­zu­ją­cych wi­do­wi­sko urzęd­ni­ków do wy­sta­wie­nia Ameny do walki. Krew bę­dzie mu­sia­ła ją w końcu obu­dzić, jej się nie oprze. Taką przy­naj­mniej miał na­dzie­ję i tej myśli roz­pacz­li­wie się trzy­mał.

Wie­dział, kim tak na­praw­dę jest Amena i że nie ma dla niej żad­ne­go za­gro­że­nia. Mimo to czuł się nie­swo­jo. Do tej pory wal­czył z wo­jow­ni­ka­mi, męż­czy­zna­mi. Tym razem nawet świa­do­mość jej praw­dzi­wej na­tu­ry wciąż była oszu­ki­wa­na kru­chym wi­ze­run­kiem za­pła­ka­nej, nie­spra­wie­dli­wie skrzyw­dzo­nej nie­wia­sty.

So­du­rem wciąż tar­gał nie­po­kój, a osta­tecz­ność i nie­uchron­ność kon­se­kwen­cji nie­zre­ali­zo­wa­ne­go za­da­nia tylko wzma­ga­ła strach. Miał na­dzie­ję, że Mu­er­ta nie jest uśpio­na na tyle mocno, by nie po­czuć zewu krwi, a oso­bo­wość Ameny nie jest aż tak silna, by za­głu­szy­ła in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy.

 

Dzień przed igrzy­ska­mi

 

Nad­szedł dzień koń­co­wych przy­go­to­wań do igrzysk. Wiel­mo­że już zje­cha­li, na­jem­ni­cy i gla­dia­to­rzy z róż­nych krain szy­ko­wa­li ulu­bio­ną broń, mo­dląc się do swo­ich bogów o zwy­cię­stwo.

Sodur stał w oknie kom­na­ty, spo­glą­da­jąc z góry na krzą­ta­ni­nę pod mu­ra­mi. Mimo po­zor­ne­go spo­ko­ju ma­lu­ją­ce­go się na twa­rzy, serce biło mu szyb­ciej i moc­niej niż za­zwy­czaj. Czasz­ka na przed­ra­mie­niu była już tak duża i czar­na, że mu­siał nosić ciem­ne ko­szu­le z gru­bych tka­nin, by nie prze­świ­ty­wa­ła przez ma­te­riał. Do końca usta­lo­ne­go przez Śmierć ter­mi­nu zo­sta­ły dwa dni. Tylko jeden do igrzysk. Jeśli na­za­jutrz jego plan za­wie­dzie z ja­kiej­kol­wiek przy­czy­ny, nie bę­dzie miał czasu na żadne ko­lej­ne próby.

Dopił reszt­ki na­pa­ru. Od­wró­cił się ple­ca­mi do okna i po­wo­li ru­szył w stro­nę wyj­ścia, ostroż­nie sta­wia­jąc na stole kubek ozdo­bio­ny ma­lun­kiem sło­necz­ni­ka. Cze­ka­ła go ostat­nia wi­zy­ta w lochu. Ostat­nia roz­mo­wa. Ostat­nia szan­sa na za­ła­twie­nie spra­wy bez roz­le­wu krwi. Szan­sa bli­ska zeru, ale nie wy­ba­czył­by sobie, gdyby jesz­cze ten jeden raz nie spró­bo­wał.

 

Dzień igrzysk

 

Amena, ką­pa­na, cze­sa­na i ubie­ra­na przez dziew­ki słu­żeb­ne, ni­czym księż­nicz­ka, za­sta­na­wia­ła się, czemu za­wdzię­cza te wszyst­kie sta­ra­nia. Co Sodur opo­wie­dział księ­ciu? Co na­z­my­ślał na jej temat? A może po­wie­dział praw­dę? Na co liczą moż­no­wład­ca i jego go­ście? Czego ocze­ku­ją?

Gdy biała suk­nia ze zwiew­ne­go ma­te­ria­łu le­ża­ła już na jej wy­szo­ro­wa­nym ciele, a w roz­cze­sa­nych wło­sach zna­la­zło się kilka eg­zo­tycz­nych kwia­tów, dziew­czę­ta od­stą­pi­ły od Ameny i po­śpiesz­nie opu­ści­ły łaź­nię. Ich miej­sce za­ję­li uzbro­je­ni i mil­czą­cy straż­ni­cy. Ko­bie­ta znów po­czu­ła ogar­nia­ją­cą ją roz­pacz. Drob­nym cia­łem wstrzą­sa­ły dresz­cze.

Z pół­mro­ku ko­ry­ta­rza wy­szła po­wo­li na oświe­tlo­ną po­łu­dnio­wym słoń­cem, nie­wiel­ką arenę. Straż­ni­cy zo­sta­li za jej ple­ca­mi. Amena przy­sta­nę­ła i, mru­żąc oczy, ro­zej­rza­ła się. Try­bu­ny pełne były barw­nie ubra­nych ludzi, a w prze­stron­nej loży za­sie­dli ksią­żę­ca para i grupy ob­cych do­stoj­ni­ków w oto­cze­niu gro­mad­ki dwo­rzan.

Po­środ­ku, na ubi­tej ziemi, wal­czy­ło kilku wol­nych wo­jow­ni­ków – na­jem­ni­ków ma­rzą­cych o sła­wie. Parę kro­ków przed ko­bie­tą, wbity w grunt, tkwił miecz. Wy­po­le­ro­wa­ny onyks błysz­czał w pro­mie­niach słoń­ca.

Amena po­de­szła do mie­cza, spoj­rza­ła w kie­run­ku loży, przy któ­rej stał Sodur, i ła­mią­cym się gło­sem wy­krzy­cza­ła:

– Nie da­jesz mi wy­bo­ru!

Opa­dła na ko­la­na. Bez­li­to­sny, nie zna­ją­cy współ­czu­cia tłum, żądny krwi i walk, nie krył obu­rze­nia i z try­bu­ny roz­le­gły się gwiz­dy.

W po­wsta­łym har­mi­drze nikt nie usły­szał, gdy otwo­rzy­ły się za­pad­nie. Zwie­rzę­ta wy­szły po­wo­li, z uwagą ob­ser­wu­jąc plac. Szu­ka­ły naj­słab­szej ofia­ry, ła­twe­go łupu. Od razu uzna­ły, że sa­mot­na, biała po­stać bę­dzie ide­al­na. Trzy głod­ne lwice za­cho­dzi­ły ko­bie­tę z pra­wej i od przo­du. Z lewej ob­ser­wo­wał je grzy­wia­sty sa­miec.

Naj­młod­sza ko­ci­ca za­ata­ko­wa­ła pierw­sza i jako je­dy­na. Dwie po­zo­sta­łe za­wa­ha­ły się tuż przed sko­kiem, wę­sząc ner­wo­wo. Lwica już w trak­cie skoku jakby zmie­ni­ła zda­nie i za­ma­cha­ła nie­zdar­nie ła­pa­mi w po­wie­trzu. Wy­lą­do­wa­ła nie­zgrab­nie, przy­kry­wa­jąc tu­ło­wiem drob­ną po­stać. Z pi­skiem ty­po­wym dla kil­ku­dnio­we­go ko­cia­ka ze­rwa­ła się na­tych­miast i od­sko­czy­ła od dziew­czy­ny.

Koty, stra­ciw­szy pier­wot­ne za­in­te­re­so­wa­nie ko­bie­tą, od­wró­ci­ły się i ru­szy­ły w kie­run­ku wal­czą­cych.

– Wiedź­ma! – za­wy­ły licz­ne głosy z wi­dow­ni. Amena, nie wsta­jąc, omio­tła spoj­rze­niem tłum.

Jeden z wojów, umię­śnio­ny ol­brzym, jakby tylko na pokaz okry­ty za­le­d­wie kil­ko­ma ele­men­ta­mi zbroi, za­koń­czyw­szy roz­pra­wę z prze­ciw­ni­kiem, za­re­ago­wał na wrzask i obej­rzał się. To ura­to­wa­ło mu życie. W ostat­niej chwi­li wbił sztych w bok ata­ku­ją­ce­go kota. Le­d­wie ciało dra­pież­ni­ka znie­ru­cho­mia­ło, ol­brzym za­uwa­żył Amenę. Ru­szył w jej stro­nę, bo bitwa to bitwa. Nieważne czy w polu, czy na are­nie – wszyst­ko w za­się­gu wzro­ku to wróg. Cóż to jed­nak za szuka, zabić takie chu­cher­ko? Mógł­by zła­mać ją wpół go­ły­mi rę­ka­mi. Roz­pra­wić się z nią szyb­ko, czy de­lek­to­wać?

Ro­zej­rzał się uważ­nie do­oko­ła w po­szu­ki­wa­niu in­ne­go za­gro­że­nia. Po­zo­sta­li wo­jow­ni­cy, chwi­lo­wo po­rzu­ciw­szy po­je­dyn­ki mię­dzy sobą, za­ję­ci byli wspól­nym sta­wia­niem czoła wy­głod­nia­łym be­stiom.

Ol­brzym od­rzu­cił prze­szka­dza­ją­cą mu tar­czę. Po­chy­lił się nad dziew­czy­ną, jedną dło­nią chwy­ta­jąc ją za włosy, drugą wciąż trzy­ma­jąc miecz. „Ta ślicz­na głów­ka bę­dzie ide­al­ną ozdo­bą” – bły­ska­wicz­na myśl prze­mknę­ła przez za­mro­czo­ny sza­łem umysł na­jem­ni­ka. Amena za­ma­cha­ła roz­pacz­li­wie rę­ka­mi na boki. Aż palce mu­snę­ły trzon jej daw­ne­go oręża.

Nikt poza So­du­rem, wy­pa­tru­ją­cym nie­ty­po­wych za­cho­wań i zna­ków, nie za­uwa­żył fio­le­to­wej iskry. A ta po­ja­wi­ła się na jedno mgnie­nie oka na styku ciała i stali. Na scho­wa­nym pod rę­ka­wem przed­ra­mie­niu ka­pi­tan po­czuł ukłu­cie bólu.

Dziew­czy­na zdo­ła­ła po­chwy­cić rę­ko­jeść mie­cza. Oba ostrza za­to­czy­ły łuki w tym samym mo­men­cie. Amena, nie­zbyt płyn­nym ru­chem, ude­rzy­ła, blo­ku­jąc cię­cie wy­mie­rzo­ne w jej szyję. Sztych mie­cza ol­brzy­ma ze­śli­znął się, ude­rza­jąc ko­bie­tę bo­le­śnie w ramię.

Za­sko­czo­ny, nie­spo­dzie­wa­ją­cy się oporu wo­jow­nik pu­ścił dziew­czy­nę. Ta po­now­nie za­mach­nę­ła się, nie cze­ka­jąc, aż na­jem­nik się opa­mię­ta. Ostrze po­zo­sta­wi­ło krwa­wą szra­mę na na­giej czę­ści mę­skie­go torsu i nad­zwy­czaj mięk­ko za­głę­bi­ło się w ele­ment pan­ce­rza, przez który prze­szło z lek­kim tylko zgrzy­tem. Ol­brzym w końcu od­po­wie­dział ude­rze­niem. Amena uchy­li­ła się w ostat­niej chwi­li i tylko ko­smyk blond wło­sów opadł na pia­sek w to­wa­rzy­stwie kilku bla­dych, fio­le­to­wych iskier. Pro­stu­jąc się, dziew­czy­na znów cięła. Wraz z tym ude­rze­niem się­gnę­ła nad­garst­ka prze­ciw­ni­ka, lekko, jakby był po­zba­wio­ny kości.

Na arenę, wciąż za­ci­śnię­ta na trzo­nie mie­cza, opa­dła od­cię­ta dłoń. Amena, igno­ru­jąc ran­ne­go, chwy­ci­ła ją i rzu­ci­ła w kie­run­ku loży. Tłum za­marł w mil­cze­niu. Bez ruchu za­sty­gli po­zo­sta­li przy życiu wo­jow­ni­cy, za­in­try­go­wa­ni nagłą ciszą. Bro­czą­cy krwią ochłap upadł na ko­la­nach księż­nej, która ze­mdla­ła.

– Tym je­steś! Tym wszy­scy je­ste­śmy! Tylko ka­wał­ka­mi mięsa, które osta­tecz­nie skoń­czą w rzeź­ni! – wy­krzy­cza­ła, upusz­cza­jąc broń.

Przez zgro­ma­dzo­ne na try­bu­nach rze­sze prze­szedł szmer, który szyb­ko prze­ro­dził się w ryk. Wśród wiel­mo­żów za­pa­no­wa­ło za­mie­sza­nie. W końcu służ­kom udało się ocu­cić księż­ną i, wciąż sła­nia­ją­cą się na no­gach, wy­pro­wa­dzić z try­bun. Ksią­żę wście­kłym gło­sem wy­krzy­ki­wał roz­ka­zy dla gla­dia­to­rów i dla straż­ni­ków. Było mu obo­jęt­ne, czy pojmą spraw­czy­nię za­mie­sza­nia, czy za­bi­ją ją na miej­scu. W końcu po­dą­żył za żoną. Część szlach­ty i gości wzię­ła przy­kład z wład­cy, część zo­sta­ła, cie­ka­wa dal­sze­go wi­do­wi­ska.

Sodur wciąż stał nie­ru­cho­mo przy samej ba­rier­ce i z uwagą spo­glą­dał na dziew­czy­nę, tkwią­cą na za­krwa­wio­nym pia­sku areny. Ich oczy się spo­ty­ka­ły i do­strzegł, że jasny błę­kit tę­czó­wek zmęt­niał, przy­ciem­niał. W tym samym mo­men­cie po­czuł swę­dze­nie na lewym przed­ra­mie­niu. Pod­wi­nął lekko rękaw ko­szu­li i rzu­cił okiem na ta­tu­aż czasz­ki. Wy­da­ło mu się, że odro­bi­nę zbladł.

Nikt nie prze­jął się sie­dzą­cym na ziemi ran­nym wo­jow­ni­kiem. W kie­run­ku dziew­czy­ny ru­szył ciem­no­skó­ry atle­ta. Jego je­dy­ną zbro­ją była kol­cza ko­szu­la bez rę­ka­wów, a orę­żem wiel­ki, dwu­ręcz­ny miecz. Jed­nak siła atle­ty nie na wiele się zdała, bo za­da­ny z roz­ma­chem cios roz­mi­nął się z szyb­kim i zwin­nym celem. Amena naj­pierw tylko się uchy­la­ła, od­ska­ki­wa­ła. W końcu sama za­czę­ła za­da­wać ciosy. Roz­wia­ne włosy i biała suk­nia fa­lo­wa­ły i fur­ko­ta­ły przy każ­dym ob­ro­cie, nie spusz­cza­ła prze­ciw­ni­ka z oczu. Zda­wa­ło się, że strój jej nie prze­szka­dzał. Sodur mógł­by przy­siąc, że jej miecz sta­wał się odro­bi­nę dłuż­szy z każdą próbą do­się­gnię­cia prze­ciw­ni­ka. Stal ostrza raz po raz zgrzy­ta­ła o stal kol­czu­gi. Na nie­osło­nię­tych, błysz­czą­cych od potu i oliwy skraw­kach ciem­nej skóry coraz czę­ściej po­ja­wia­ły się krwa­we, acz nie­groź­ne rany.

So­du­ro­wi wy­da­wa­ło się z po­cząt­ku, że dziew­czy­na, którą w pierw­szej chwi­li po­nio­sła eu­fo­ria walki, usi­łu­je się teraz ha­mo­wać, że wcale nie chce za­da­wać tych cio­sów.

Jed­nak krew tłumu po­now­nie za­wrza­ła i po­wie­trze prze­szy­wa­ły okrzy­ki, zle­wa­ją­ce się w po­tęż­ny po­mruk. Trud­no było oce­nić komu ki­bi­cu­je ga­wiedź. Roz­e­mo­cjo­no­wa­ni wi­dzo­wie wsta­wa­li ze swo­ich sie­dzeń, wy­ma­chi­wa­li rę­ka­mi. Je­dy­nie Sodur tkwił wciąż w po­zor­nym spo­ko­ju. Tylko mro­wie­nie skóry i rzu­ca­ne od czasu do czasu spoj­rze­nie na wy­raź­nie bled­ną­cą czasz­kę mó­wi­ło mu to, czego nie mógł do­strzec. Że jasne oczy coraz bar­dziej ciem­nie­ją.

Wpraw­ne oko wo­jow­ni­ka nawet z wy­so­ko­ści loży wi­dzia­ło, jak ciało dziew­czy­ny po­ru­sza­ło się z każ­dym chwi­lą coraz swo­bod­niej. Jak miecz coraz le­piej i lżej leżał w drob­nej ręce. Jakby sił wraz z walką jej przy­by­wa­ło, za­miast uby­wać. Przez roz­dar­ty ma­te­riał sukni Sodur wi­dział gra­ją­ce pod białą skórą mię­śnie. Z każ­dym ru­chem Amena ro­bi­ła się dra­pież­niej­sza, walka spra­wia­ła jej coraz więk­szą ra­dość. Naj­wy­raź­niej ba­wi­ła się z prze­ciw­ni­kiem, jak kot z myszą.

W końcu padł ostat­ni cios. Zdo­bio­ny onyk­sem miecz prze­bił kol­czu­gę na wy­so­ko­ści serca. Wiel­kie ciało zwiot­cza­ło i atle­ta runął na zie­mię. Dziew­czy­na od­wró­ci­ła się w stro­nę try­bu­ny i spoj­rza­ła w górę. Gdy ode­zwa­ła się, ton głosu był wy­raź­nie niż­szy niż przed walką. Mimo że nie krzy­cza­ła, dźwięk słów prze­bi­jał się wy­raź­nie przez wrza­ski tłumu.

– Czy tego wła­śnie chcia­łeś? Na to li­czy­łeś? Chcesz być na­stęp­ny?

Nie od­po­wie­dział jej, tylko za­to­pił spoj­rze­nie w ciem­nych oczach. Źre­ni­ce dziew­czy­ny sto­pi­ły się w jedną ca­łość z czar­ny­mi jak smoła tę­czów­ka­mi. Chciał­by po­wie­dzieć wię­cej o spo­tka­niu z jej matką i praw­dę o czasz­ce. Ale nie po­tra­fił.

Po­zo­sta­li trzej gla­dia­to­rzy ru­szy­li do ataku jed­no­cze­śnie. Amena bez wy­sił­ku od­bi­ła trój­ząb i uchy­li­ła się od ciosu to­po­rem. Jed­nak lekko za­krzy­wio­ny kord trze­cie­go wo­jow­ni­ka mu­snął jej bok. Roz­ciął lekki ma­te­riał i za­dra­pał skórę. Na bieli sukni wy­kwi­tła czer­wo­na plama krwi. Dziew­czy­na od­sko­czy­ła. Po­tknę­ła się na wy­cią­gnię­tym drzew­cu trój­zę­bu. Nie zdo­ła­ła utrzy­mać rów­no­wa­gi, ale po kon­tro­lo­wa­nym prze­tur­la­niu o kilka kro­ków, pod­nio­sła się.

Gla­dia­to­rzy ostroż­nie za­czę­li ota­czać prze­ciw­nicz­kę.

Amena spoj­rza­ła na zra­nio­ny bok. Prze­nio­sła wzrok w górę.

– Za­iste, nie dałeś mi wy­bo­ru! – Jej głos był jesz­cze niż­szy i moc­niej­szy niż wcze­śniej. Brzmiał w nim oso­bli­wy, spi­żo­wy ton, od któ­re­go lu­dziom na wi­dow­ni prze­bie­gły po ple­cach ciar­ki. Dziew­czy­na, pa­trząc na So­du­ra, przy­ło­ży­ła miecz do rany. Stal za­lśni­ła lekko, a przez sztych prze­bie­gły krwi­ste nitki. Wy­glą­da­ło jakby poiła miecz wła­sną krwią. W czar­nych źre­ni­cach za­czę­ły po­ja­wiać się czer­wo­ne bły­ski.

„A więc stało się. Mu­er­ta wró­ci­ła” – po­my­ślał Sodur. W jed­nym roz­bły­sku kłu­ją­ce­go bólu czasz­ka znik­nę­ła z jego przed­ra­mie­nia. Nie wie­dział, czy może czuć ulgę, czy po­wi­nien za­cząć się bać.

Od tego mo­men­tu wszyst­ko po­to­czy­ło się bły­ska­wicz­nie.

Gdy nad­cho­dzi­li, pró­bu­jąc oto­czyć ją z trzech stron, Mu­er­ta sta­nę­ła wy­pro­sto­wa­na, wspar­ta na mie­czu. Nie było widać po niej ani odro­bi­ny zmę­cze­nia. Wo­jo­wie, pogrążeni w bitewnym amoku, nie zwró­ci­li na to uwagi.

Pierw­szy do ataku ru­szył gla­dia­tor z za­krzy­wio­nym kor­dem. Miał od­wró­cić jej uwagę od po­zo­sta­łych dwóch. Uła­mek se­kun­dy po nim sie­ciarz za­rzu­cił sieć. Gdy już wy­da­wa­ło się, że dziew­czy­na zo­sta­ła w niej uwię­zio­na i unie­ru­cho­mio­na, stała się rzecz nie­spo­ty­ka­na wcze­śniej na żad­nej ze zna­nych w świe­cie aren. Nikt nie był w sta­nie do­strzec ru­chów, a je­dy­nie mi­go­czą­cy blask. Sieć roz­pa­dła się. Za­krzy­wio­ny mie­czyk wy­le­ciał w po­wie­trze, a kor­pus jego wła­ści­cie­la zwa­lił się na zdep­ta­ny piach. Głowa po­to­czy­ła się kilka kro­ków dalej. We wciąż otwar­tych oczach zdu­mie­nie to­czy­ło walkę z nie­do­wie­rza­niem. To­por­nik wziął za­mach. I nagle roz­luź­nił uścisk. Ol­brzy­mi topór wy­padł z rąk, ude­rza­jąc cięż­ko o zie­mię. Z roz­ora­nej pier­si wo­jow­ni­ka zwi­sa­ły strzę­py mięsa.

Prze­ra­żo­ny sie­ciarz od­rzu­cił trój­ząb i chciał ucie­kać, jed­nak było już za późno. Bły­ska­wicz­ny cios rzu­co­ne­go mie­cza przy­szpi­lił go do ziemi.

Na try­bu­nach za­le­gła cisza. Lu­dzie po­za­sty­ga­li w ta­kich po­zach, w ja­kich za­sko­czył ich ko­niec walki. Sodur za­ci­snął mocno dło­nie na po­rę­czy, aż kost­ki pal­ców zbie­la­ły. Bał się od­wró­cić ple­ca­mi do areny i odejść.

Kilku ksią­żę­cych łucz­ni­ków, wciąż obec­nych na wi­dow­ni i po­mnych roz­ka­zu, wi­dząc po­raż­kę gla­dia­to­rów, wy­pu­ści­ło strza­ły. Żadna nie tra­fi­ła w cel. Strzel­cy spoj­rze­li po sobie ze zdu­mie­niem. Jesz­cze raz na­cią­gnę­li cię­ci­wy. W stro­nę sa­mot­nej wo­jow­nicz­ki po­szy­bo­wa­ły ko­lej­ne po­ci­ski. Wszyst­kie mi­nę­ły ją, nie za­da­jąc ani jed­nej rany. Na­stęp­na próba za­koń­czy­ła się tak samo. W końcu ostrzał się za­koń­czył. Łucz­ni­cy, za­mie­niw­szy mię­dzy sobą kilka słów, wy­co­fa­li się. Kilku z nich czy­ni­ło po kry­jo­mu znaki, ma­ją­ce chro­nić przed cza­ra­mi.

Mu­er­ta po­de­szła do mar­twe­go sie­cia­rza. Wy­ję­ła ze zwłok miecz i z dra­pież­nym uśmie­chem na twa­rzy, po­wo­li ru­szy­ła lek­kim kro­kiem w kie­run­ku loży.

„To już ko­niec” – prze­mknę­ło przez myśl So­du­ro­wi. – „Wy­wi­ną­łem się Śmier­ci, ale przed jej Córką już nie uciek­nę”.

Koniec

Komentarze

Bardzo fajne opowiadanie. Zgrabnie opisujesz sceny walki.

Nieco mniej wiarygodna jest dla mnie delikatność Ameny. Opisujesz ją jako drobną, wręcz kruchą artystkę, co potem nie pasuje do scen rzezi;)

Oczywiście wiem, że magia i że obudziła się w niej ta zła, ale jak dla mnie powinna być nieco silniejsza. 

Niewyjaśniona pozostaje może najciekawsza kwestia, dlaczego córka śmierci zdecydowała się uciec.

 

Z głębi lasu wypadła uzbrojona zgraja, wyglądająca jak zbieranina niedobitków różnych armii z różnych epok.

Ambush, dziękuję za wizytę i komentarz. Moje serducho zawsze się raduje, gdy czytelnik jest zadowolony :)

Pewnie to moja wina, że nie pokazałam tego lepiej, ale ona właśnie nie chciała być silniejsza. To mogłoby obudzić jej ciemną stronę. Dlatego dopóki tylko mogła, trzymała się kurczowo bycia słabą. 

 

Niewyjaśniona pozostaje może najciekawsza kwestia, dlaczego córka śmierci zdecydowała się uciec.

Fakt, nawet lekkie wspomnienie nie całkiem wprost, nie wyjaśnia tej tajemnicy. Tu masz rację, ale jakoś wcześniej na to nie wpadłam. Spróbuję pomyśleć, czy bez wielkiej rewolucji uda mi się coś z tym zrobić. Ale to i tak najwcześniej za kilka dni.

 

A powtórzenie jest zamierzone. Poczekam na inne komentarze, czy jednak za bardzo przeszkadza. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Po lekturze i mnie doskwiera niewiedza, kim są i czemu właściwie służą Córy.  Czy ich przeznaczeniem jest tylko zabijanie? – chyba nie, skoro Muerta uratowała bohatera kiedy był chłopcem. A może coś mi umknęło i teraz sama nie umiem dojść prawdy…

Historia kapitana Sodura poszukującego jednej z Cór okazała się całkiem ciekawa, a choć nie przepadam za opisami potyczek i pojedynków, to tutaj sceny walki w pewien sposób urozmaiciły opowieść.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

po­cho­dzi­ły z róż­nych krań­ców Ziemi… → …po­cho­dzi­ły z róż­nych krań­ców ziemi

 

oka­la­ją­cy­mi do­stoj­ne ob­li­cze o gład­kich li­cach… → Oblicze i lico to synonimy i znaczą to samo, czyli twarz.

Za SJP PWN: oblicze 1. «twarz» lico 1. poet. «twarz»

 

Z prze­ra­że­niem wpa­try­wał się w zbli­ża­ją­cą się po­wo­li… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Z prze­ra­że­niem patrzył w zbli­ża­ją­cą się po­wo­li

 

Czyli mięło ja­kieś dwa­dzie­ścia parę lat… → Literówka, bo nie wydaje mi się, aby coś gniotło rzeczone lata. ;)

 

Za­sta­na­wiał się, w którą stro­nę się zwró­cić, gdy tuż przed nim po­ja­wił się dwu­ko­ło­wy wózek… → Lekka siękoza.

Proponuję: Za­sta­na­wiał się, w którą stro­nę iść, gdy tuż przed sobą zobaczył dwu­ko­ło­wy wózek

 

– …za­wsze musi być stała.Prze­rwa­ła mu w pół zda­nia. → – …za­wsze musi być stała – prze­rwa­ła mu w pół zda­nia.

Tu znajdziesz listę czasowników dla didaskaliów dialogowych.

 

za­wi­nął miecz i po­now­nie scho­wał za pa­zu­chą. → Obawiam się, że mało możliwe jest schowanie miecza za pazuchą, czyli w zanadrzu.

 

Wiel­mo­ża już zje­cha­li… → Wiel­mo­że/ Wielmożowie już zje­cha­li…

Tu znajdziesz odmianę słowa wielmoża.

 

Nie ważne czy w polu, czy na are­nie→ Nieważne czy w polu, czy na are­nie

 

Mógł­by zła­mać ją w pół go­ły­mi rę­ka­mi. → Mógł­by zła­mać ją wpół go­ły­mi rę­ka­mi.

 

Wśród wiel­mo­ży za­pa­no­wa­ło za­mie­sza­nie.Wśród wiel­mo­żów za­pa­no­wa­ło za­mie­sza­nie.

 

Na nie­osło­nię­tych, błysz­czą­cych od potu i oliwy skraw­kach ciem­nej skóry coraz czę­ściej po­ja­wia­ły się krwa­we, acz nie­groź­ne szra­my. → …po­ja­wia­ły się krwa­we, acz nie­groź­ne rany.

Szrama to brzydki ślad po zagojeniu się rany.

 

Pi­ja­ni ad­re­na­li­ną wo­jo­wie nie zwró­ci­li na to uwagi. → Skąd w czasach tego opowiadania wiedziano, co to adrenalina?

 

Na­stęp­na salwa za­koń­czy­ła się tak samo.Salwa to jednoczesny wystrzał z broni palnej. Wiele strzał wypuszczonych z łuków nie jest salwą.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

Jak dla mnie, to nie nieco… 

Ech, aż mi wstyd, że tyle baboli się uchowało… A przecież całkiem świeżym okiem, po długiej przerwie, tuż przed publikacją, jeszcze sprawdzałam i część poprawiłam.

Natychmiast zamieram się za korektę. 

 

Obawiam się, że mało możliwe jest schowanie miecza za pazuchą, czyli w zanadrzu.

Aż się sama z siebie uśmiałam – no raczej, miecz ciut za duży na to jest. Pomroczność jasna mnie chyba dopadła ;) (nie tylko w tym jednym przypadku zresztą)

 

Wielkie dzięki, Reg, za Twoje niezawodne oko i nieocenione uwagi. 

Kolejny głos o zbyt dużych niedopowiedzeniach… Pocieszeniem jest dla mnie, że sceny walki Cię nie odrzuciły, a wręcz uznałaś je za w jakiś sposób ciekawe. 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo proszę, Śniąca. Jest mi niezmiernie miło, że uznałaś uwagi za przydatne. A skoro poprawiłaś usterki, mogę udać się do klikarni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

laugh

Twoje uwagi zawsze są przydatne. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wciągnęło mnie i popieram poprzednie komentarze: też bym chciała wiedzieć więcej o Córach i historii Muerty/Ameny. Więcej o około całe drugie opowiadanie, bo dobrze mi się czytało i nabrałam apetytu ;)

Sceny walki szczęśliwie się nie dłużyły (a mi się na ogół dłużą); zgrabnie przeplatasz je z reakcjami tłumu i myślami Sodura. Gdybym mogła zgłaszać do biblioteki, zgłaszałabym!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Anoia, dziękuję – za komentarz i za chęć klika. Dla mnie sama taka deklaracja liczy się jak klik :)

 

zgrabnie przeplatasz je z reakcjami tłumu i myślami Sodura

Bo walka nie była celem samym w sobie, ale miała doprowadzić do pewnego celu. Dlatego uznałam, że wręcz trzeba pokazać myśli Sodura (w końcu żywo był tym zainteresowany). Plus scenę obserwowało wielu innych ludzi (cała widownia), a sama nie lubię, jak otoczenie “zamiera”, gdy główni bohaterowie coś robią/mówią. Otoczenie też jakoś przecież reaguje i uważam, że trzeba to pokazać, choćby w minimalnym stopniu. Cieszę się, że zyskało to Twoje uznanie. 

 

Więcej o około całe drugie opowiadanie, bo dobrze mi się czytało i nabrałam apetytu ;)

Hmm, niczego nie obiecuję, ale coś mi w głowie zaczyna świtać… ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Teraz zauważyłam, że jeszcze i @Radek tu był, ale nic nie skomentował… :( 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Misiowi się podobało i zapala gwiazdki. Splecione historie Sodura i Muerty znakomicie się uzupełniają i uzasadniają tok wydarzeń. Myśli i działanie tych dwojga pod presją okoliczności zostały przedstawione w naturalny sposób. Sceny walki nie nużą, a wręcz przeciwnie dodają tempa fabule. Finał zapowiada koniec, który czytelnik może sam dopowiedzieć, ale nie musi. Miś chętnie przeczyta dalszy ciąg tej historii. Tymczasem poleca tekst do biblioteki.

Misiu, bardzo dziękuję :) I cieszy mnie niezmiernie, że znów mi się udało zadowolić Twe czytelnicze gusta. 

 

Miś chętnie przeczyta dalszy ciąg tej historii.

Jak wspomniałam – niczego nie obiecuję (bo życie lubi mi mocno krzyżować plany), ale… ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Z góry mówię, że czytałam na tolino i być może w między czacie coś tam dopisałaś, ale też chciałabym wiedzieć, czemu Muerta uciekła. I gdzieś mi się po drodze pojawiło pratchettowe pytanie, czy śmierć w ogóle zabija, czy raczej zabiera życcie, które już się skończyło.

Z marudzenie jeszcze tylko:

Z zamieszania korzystały także pospolite bandy, coraz śmielej napadając słabe i pozbawione obrony wioski oraz podróżnych.

I w tym momencie staje się jasne, że bohater zaraz spotka rzeczonych bandytów ;) Po diabła Ci to tam?

 

No, pokrzywiłam noskiem na tę zapowiedź napadu, pomyślałam: Jakie to przewidywalne. A potem… zaczęłaś zaskakiwać. Opowieść nabrała rozpędu i spodobała mi się. Zakończenie niby przewidywalne, ale mnie zaskoczyło, bo myślałam, że skoro raz zrobiłaś woltę, to zrobisz i teraz, i okaże się na przykład, że to właśnie w wyniku zamieszania związanego z występem Muerty, wybuchnie zapowiadana przez śmierć wojna. A Ty skupiłaś się na osobistej zemście.

Czytało się bardzo fajnie, lekko napisane, klarowne.

Klik :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, dzięki za wizytę, komentarz i klik :D 

 

No, pokrzywiłam noskiem na tę zapowiedź napadu, pomyślałam: Jakie to przewidywalne. A potem… zaczęłaś zaskakiwać.

Hehehe! I to właśnie chodziło :) 

 

I gdzieś mi się po drodze pojawiło pratchettowe pytanie, czy śmierć w ogóle zabija, czy raczej zabiera życcie, które już się skończyło.

Prawda? 

Już w innym tekście (”Praca życia”, który ukazał się w Silmarisie) poruszyłam tę kwestię, dając bardzo wyraźną i jednoznaczną odpowiedź. Nie zastanawiałam się nad tym nigdy, ale takie a nie inne stanowisko u mnie może właśnie wynikać z lektury Świata Dysku, której jestem wielbicielką.

 

też chciałabym wiedzieć, czemu Muerta uciekła

Dajcie mi chwilę czasu, zarys fabuły i konkretne sceny już mi się pod czaszką kształtują. Muszę tylko znaleźć trochę luzu, żeby to napisać. Nie mogę i nie wypada mi zignorować takich życzeń czytelników :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hehehe! I to właśnie chodziło :)

Aaa, czyli to specjalnie. Ładnie tak z czytelnikiem pogrywać? ;D

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

devil

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ło pani, jaki oldschool, opowiadanie faktycznie bardzo mocno “jak za dawnych czasów”, nawet jeśli technikalia zadziwiająco dopieszczone i “czyste”, bardziej pasujące “współczesnemu” pisaniu. Ciekawe połączenie.

Choć powiem Ci szczerze, ze zdecydowanie brakło tu jakiś przemyśleń “co się stanie, jeśli córy się nie zbiorą”, brakło tez jakiegoś wzmocnienia atmosfery końcowych scen.

A mimo to czytało się naprawdę nieźle, szybko, bez dłużyzn, z poczuciem scenerii dokoła postaci.

Klik.

 

A ja tu składam od rana komodę, zamiast zajrzeć najpierw na portal. Lżej by mi praca szła ;) 

 

Wilku, dziękuję bardzo :) I cieszy, że czytelnik zadowolony w ogólnym rozrachunku. 

 

“co się stanie, jeśli córy się nie zbiorą”

Notuję sobie do części drugiej, żeby tam o tym wspomnieć. Aczkolwiek nie mam pojęcia, kiedy mi się uda to napisać. 

 

brakło tez jakiegoś wzmocnienia atmosfery końcowych scen

Czarować nie będę – nic z tym nie zrobię. Wolę się skupić na nowych rzeczach. Ale uwaga zanotowana na zaś – przyglądać się pod takim kątem kolejnym opowieściom. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przyjemne opowiadanie, nawet nie wiem kiedy minęło to 40 tysięcy znaków. Nie jest to może bardzo odkrywczy tekst, ale ze znanych motywów skleiłaś ciekawą historię z żywymi bohaterami.

Spodobało mi się, że Sodur do końca utrzymywał swoje pragmatyczne podejście i nie stał się rycerzem na białym koniu, walcząc o wolność dziewczyny ;) Scena walki, mimo że zajmuje sporo miejsca, jest odpowiednio dynamiczna i plastyczna.

Perruxie, takie słowa to miód na uszy autora :) O to mi przecież chodzi, żeby czytelnikowi zapewnić trochę rozrywki. 

 

nie stał się rycerzem na białym koniu, walcząc o wolność dziewczyny ;)

No cóż, jak to mówią, bliższa ciału koszula… ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka