- Opowiadanie: surfaceofthesun - Jeśli kwitną truskawki

Jeśli kwitną truskawki

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Jeśli kwitną truskawki

Mogły się zmieniać pory roku, kształty chmur na niebie, czy liczby ludzi zakochanych w innych lub sobie samych, ale nie smak truskawek, które hodował dziadek. Były bardzo duże i soczyste, słodkie, choć niepozbawione lekkiej kwaskowatości – ta kwaskowatość przychodziła na samym końcu, mieszała się z poprzednim smakiem, sprawiając wrażenie, że nie je się owoców tylko bardzo drogie lody z cukierni położonej w samym centrum Paryża, gdzie kelnerzy chodzą w liberiach.

 

Gdyby te dziadkowe truskawki były samochodami, ludzie mówiliby zapewne: „Teraz już nie robi się takich aut. Takie auta, mój panie, robili przed wojną"; jeśli zaś, za sprawą magicznego zaklęcia lub diabelskiej klątwy przekształciłyby się w wesołych chłopców i młode dziewczyny w zwiewnych sukienkach, moglibyście usłyszeć: „No to jest młodzież, proszę pana. Taka właśnie była za naszych czasów, porządna i dobrze wychowana".

Wiktor (chłopiec o delikatnych rysach twarzy i posturze zupełnie niepasującej do chłodnej stanowczości jego imienia) nie lubił jeść, uwielbiał za to owocowe desery i każde wakacje – zarówno zimowe jak i letnie – które spędzał na wsi, stanowiły dla niego istny przyczynek nieba. Poranki rozpoczynał najwcześniej o godzinie dwunastej – a jeśli miał piękny sen, jeden z tych ulatujących zaraz po obudzeniu, zdarzało mu się spać nawet do wpół do drugiej.

Wpadał pędem – jakby mógł biegiem nadrobić stracony czas – do kuchni, niemal na stojąco pożerał truskawki z cukrem, śmietaną lub zapachem beztroski i znikał na dróżce wiodącej wśród drzew, aż do jeziora. Z domu wychodziła wtedy babcia i machała mu wesoło – na jej wargach tańczył uśmiech, a oczy drażniły ziarenka zazdrości i małego smutku. Tego Wiktor nigdy nie zobaczył; walczył już z UFO, odcinał macki ogromnej ośmiornicy, latał, odkopywał skarby krwiożerczych piratów.

Potem wracał – zmęczony, zziajany, z kilkoma nowym zadrapaniami na twarzy i dziurami w starych spodniach. Na stole czekały owoce, a przed domem, wygrzewając pobrużdżoną twarz w wiecznie młodym słońcu, siedział dziadek, gotów wysłuchać wszystkich historii – i może nawet w parę z nich uwierzyć. Czasem opowiadał swoje i balansował między realnością, a baśnią tak sprawnie, że Wiktor wierzył we wszystko – dziury w snach, przez które można spaść do innego świata, cienie z zębami i pajęczyny żyjące własnym życiem.

Tylko, że tak naprawdę chłopca ciekawiła jedna, jedyna opowieść – o truskawkowym krzewie kwitnącym cały rok. I tą jedną, jedyną opowieść dziadek chował w kącie stolarni stojącej na tyłach ogrodu i nigdy, ale to nigdy nie wypuszczał.

 

Brzydka, drewniana szopa kryła się za wysokimi drzewami jabłoni o rozłożystych koronach (trzeba dodać, że wyjątkowo płodnymi drzewami i każdej wiosny starsi ludzie zarabiali na nich kilka dodatkowych groszy odkładanych na czarną godzinę – lub pogrzeb) i jeśli nie podeszło się naprawdę blisko, łatwo ją było przegapić. Wejścia broniła kłódka – zakładana raczej z przyzwyczajenia niż dla rzeczywistej ochrony; babcia mawiała, że klucz zginął wieki temu, gdy na świecie łopotały jeszcze płonące szaty czarownic i Wiktor naprawdę w to wierzył.

Z przodu, na wysokości około dwóch metrów znajdowało się małe okienko, podobne tym, które widnieją w murach fortecy, a tuż przy drzwiach swoją obecność zaznaczył kret. Kopiec był całkiem spory, zupełnie jakby został wykopany przez coś dużo większego niż ślepe zwierzę żyjące tam, gdzie ludzie leżą martwi.

I właśnie to miejsce – dziadek powtarzał, że to „moja, zupełnie moja i niczyja inna komnata" – sklecone niedbale z kilku desek wyrwanych wnętrznościom różnych drzew, fascynowało Wiktora każdego wieczora; dni rezerwował na zabawę i przecieranie łat na kolanach. Zanim zasypiał, wdrapywał się na skrzynię stojącą przy oknie i wypatrywał kłódki, którą czasem bezskutecznie próbował rozhuśtać wiatr. Tkwiła tam jak stary, zgarbiony rycerz w zardzewiałej zbroi, stojący na straży zapomnianego zamku kryjącego tajemniczy skarb w czeluściach lochów. Ileż to razy Wiktor toczył z nim pojedynki – wszystkie zakończone zwycięsko – otwierał wrota i ostrożnie, w obawie przed niosącymi śmierć pułapkami, zaglądał do środka; coraz dalej, coraz dalej, aż wydawało mu się, że coś zaczyna świecić. Świecić blaskiem świata wiedźm i potworów. Najczęściej wtedy się budził, a słoneczna pogoda rozwiewała kuszącą tajemnicę zrodzoną w srebrzystobłękitnej poświacie księżyca.

 

Tak mijały wakacje – sierpień zdążył pogrzebać lipiec i sam stanął nad grobem, gotów ustąpić miejsca wrześniowi. Pozostał jeden dzień, nim przyjadą rodzice, mama wysiądzie z samochodu i powie: „Ależ ten mój chłopiec urósł! Za niedługo przerośniesz tatę!", tata spojrzy na nią, przewróci oczami, a potem wszyscy wrócą do miasta, zamieniając cień drzew na cień wieżowców. Wiktor postanowił zatem dowiedzieć się, co kryje stara szopa.

Odważna, niemal zuchwała decyzja – w umyśle małego chłopca, rzecz jasna – wprawiła go w stan wyjątkowego podniecenia i czuł gorące uderzenia energii szarpiącej całym ciałem, aż po opuszki palców; próbował uśmiercić godziny – wlekące się stanowczo zbyt wolno – pływając w jeziorze, bijąc rekord w podbijaniu piłki, a nawet (co wzbudzało uzasadnione obawy dziadka) pomagając babci.

Wykończony, zasnął na długo przed zapadnięciem zmroku. Nie zdążył zjeść kolacji i może to właśnie głód przerwał jego sen parę minut po północy – Wiktor błyskawicznie zerwał się z łóżka, jakby ktoś właśnie przypalił mu stopy. Wyjrzał przez okno i przełknął ślinę – rogal księżyca przybrał odpychający, ciemnożółty kolor zepsutych zębów. Zdawał się wisieć tuż nad szopą, jakby zapraszając: „Chodź, malutki, przyjdź tu. Oświetlam ci drogę, zobaczysz wszystko, co będziesz chciał. Może nawet więcej…".

Zdeterminowany chłopiec przemknął przez pokój babci i dziadka, choć adrenalina, która towarzyszyła mu przez cały dzień, opuściła go bezpowrotnie, skowycząc przy tym jak zbity pies. Niekiedy przystawał, zdjęty strachem, nie wiedząc, że urywany oddech starszych ludzi częściej zwiastuje śmierć niż przebudzenie. Pamiętał o dwóch deskach przy samych drzwiach, skrzypiących przenikliwym piskiem stawiającym włosy na głowie. Wyobrażał sobie, że to pisk duchów małych, polnych myszy, które wyjątkowo mroźną zimą schroniły się pod podłogą i zginęły pod ciężkimi podeszwami butów taty.

Ostrożnie ominął zdradliwe miejsce, modląc się w duchu, by nic nie przerwało ciszy – każdy najmniejszy dźwięk odebrałby mu całą odwagę do wyjścia na dwór. Bóg – lub ktoś zupełnie inny – łaskawie spojrzał na dzielnego, samotnego podróżnika, spuszczając na wszystko gruby pled milczenia.

Wiktor stanął przed domem. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że wstrzymywał powietrze; wypuścił je przez zęby, sycząc jak wąż szykujący się do ataku i ruszył wzdłuż ściany – dla otuchy sunąc po niej ręką – w kierunku stolarni. Świerszcze grały smutny koncert w trawach, wtórowały im niespokojne liście, drżące ze strachu przed jesienią. Gdy mijał krzewy – sięgające głowy dziadka – mógłby przysiąc, że usłyszał cichy chichot, który umarł w przerażonym westchnięciu.

– Trochę tu strasznie – powiedział i od razu zamilkł.

Nie poznał swojego głosu – przecież to niemożliwe, by zachrypiał jak starzec. Przystanął, zastanawiając się, czy może nie lepiej byłoby wrócić do domu, pod kołdrę, bezpieczną, grubą kołdrę – mimo że było bardzo ciepło, a wilgotna noc kleiła koszulę do ciała.

„Nie!", pomyślał, „Nie teraz, gdy jestem tak blisko". Zacisnął małe dłonie w pięści, wziął głęboki oddech i puścił się biegiem w kierunku szopy, gotów nie zatrzymywać się, choćby stanął przed nim sam diabeł (albo Konrad, który był zbyt duży i silny, i zabierał innym dzieciom pieniądze, i piórniki, a czasem nawet buty).

 

Dotarł bezpiecznie. Sięgnął po kłódkę i niemal natychmiast cofnął rękę. Poparzyła mu palce lodowatym zimnem, choć tu, między drzewami, było jeszcze bardziej duszno – Wiktor pomyślał, że tak musi być w saunie, do której tata często chodzi.

Poczuł, jak w gardle pęcznieje mu jedna z tych wielkich kul karmiących się nerwami i niepewnością. Księżyc łypał z góry, lśniąc brudną żółcią kłów wampira głodnego krwi; chłopiec potrząsnął głową i – był o tym święcie przekonany – przybrał hardą minę, choć tak naprawdę na jego bladej twarzy malowała się niepewność, a w oczach kryły zaledwie chochliki odwagi, gotowe czmychnąć, jeśli tylko zawyje wiatr.

W końcu wziął się w garść na tyle, by zdjąć kłódkę i – jak w swoim śnie – zajrzeć do środka.

Noc kładła się matowym hebanem na całym pomieszczeniu. Wiktor mruknął, że przydałaby mu się latarka i pozwolił, by wyobraźnia pomknęła ku Bożemu Narodzeniu: „Tak, tato, powiedz Świętemu Mikołajowi, że to wspaniała latarka, zawsze chciałem taką mieć. Takie latarki zabijają potwory w szczelinach i pod meblami".

Wszedł do środka – oczekując kolejnej skrzypiącej podłogi, ale powitała go ubita na kamień ziemia. Chłopiec wyciągnął ręce przed siebie i zaczął iść, pomału, ostrożnymi krokami. Jeden, drugi, trzeci, czwarty… Zmarszczył brwi – doliczył do dwunastu, a był pewien, że z zewnątrz szopa wyglądała na mniejszą. Nie natrafił na żadne narzędzia, szafki, czy choćby zwykły stół – zupełnie jakby wpadł w czarną dziurę. Kiedyś oglądał o takiej film – beznamiętny, naukowy język opisujący bezwzględność zjawiska zdołał przerazić go bardziej niż setka horrorów o nieśmiertelnych mordercach z zakrwawionymi nożami. Długo nie mógł potem zasnąć i kilka razy budził się wrzeszcząc, przekonany, iż rodzice przepadali w otchłani kosmosu i już nigdy ich nie zobaczy.

Prawą stopą natrafił na wystające coś, zatoczył się i wpadł do ciasnej skrzyni pachnącej świeżym drewnem. Zamarł. Przez okienko zajrzała pożółkła łuna. Leżał w trumnie. Trumnie, która nie miała prawa opierać się o ścianę, gdzie wisiały liny mogące stworzyć huśtawkę, koło której leżały młotki i gwoździe gotowe do zbudowania sanek – dlaczego w szopie dziadka była trumna?!

Wyskoczył z niej z głuchym krzykiem, zbyt przerażonym, by opuścić gardło. Po twarzy dziecka spłynęła łza, w ślad za nią kolejna, aż zmieniły się w wartki potok smutku, dziwnego rozczarowania i pierwszego strachu przed śmiercią. Pewnie Wiktor płakałby tak długo, płakał z zamkniętymi oczami, mając nadzieję, że gdy je otworzy wszystko okaże się złym snem, gdyby nie znajomy zapach – zapach truskawek.

Niemożliwe… W stolarni, przeklętej stolarni („Nie powinienem był tu wchodzić, mamo, tato, dziadku, nie chciałem, bardzo nie chciałem, jest mi źle") rosłyby jego ukochane owoce? Pociągnął nosem – słodka woń wypełniła nozdrza. Zdążył się przekonać, że to nie złudzenie; przedramię wciąż piekło czerwoną plamką po mocnym uszczypnięciu. Na czworakach, jak zdzierający sobie kolana pielgrzym, popełzł w ich kierunku. Czerwień owoców płonęła intensywnie i czerń wokół zdawała się rzednąć – zupełnie jakby krzak otaczała nikła aura dnia.

„Świecić blaskiem świata wiedźm i potworów."

Chłopiec zbliżył się jeszcze o parę centymetrów, opierając na rękach, nogi ciągnąc za sobą. Truskawki pachniały wiosną, latem, szczęściem, jeziorem, młodością. Sięgnął po jedną z nich i zerwał bez trudu, miał nawet wrażenie, że sama wpadła mu w dłoń. Przegryzł owoc, uwalniając wspaniały smak. Zapomniał o trumnie – jakiej trumnie, przecież tu rosną tylko truskawki, truskawki hoduje dziadek w tajnym miejscu, miejscu dziadka, dziadka, którego nie trzeba się bać.

Siedział na ubitej ziemi, z zamkniętymi oczami, jedząc. Nie myślał o niczym – gdyby to robił, pewnie zachwycałby się własną odwagą i fantastyczną nagrodą, godną bohaterskiego chłopca, który pokonał noc, kłódkę i monstra schowane między trawami.

Wyciągnął rękę, by złapać kolejną i zahaczył dłonią o wyschnięte badyle wystające z ziemi. Drzazga wbiła się w opuszek serdecznego palca. Wiktor spojrzał na nią ze złością i wstał, chcąc wykorzystać światło księżyca do wyciągnięcia zdradliwego kawałka drewna. Ale wtedy, dokładnie wtedy, jakby cały czas czekało na odpowiedni moment – czekało w cieniu, z otwartym pyskiem pełnym zębów i śliną ciągnącą się między kłami – coś zasłoniło, tylko na chwilę, okno. Zaczęły otwierać się drzwi. Nie skrzypiały.

Chłopcu – najzupełniej dosłownie – opadła szczęka, a piasek i suche powietrze wypełniły usta. Przypomniał sobie o trumnie („ Nie mogło jej tu być, nie mogło jej tu być, nie powinno jej tu być, o Boże, przecież jest, cały czas tam stoi, chce mnie wciągnąć do środka") i nowe łzy zastąpiły stare, płynąc mikroskopijnymi koleinami wydrążonymi w twarzy brudnej ziemią i – czerwonym jak krew – sokiem z truskawek.

– Wiktorku, co tu robisz? Dziecko drogie…– powiedział dziadek i przykucnął przy wnuku.

– Dzia… Dziadek? Dziadku! – krzyknął Wiktor i rzucił mu się w ramiona.

Płacz utonął w koszuli.

– Dziadku… Dla… Dlaczego tu jest… Tu jest trumna?

– Wiktorku – powtórzył dziadek i westchnął – Co ja ci mam powiedzieć… Pewnie już wiesz, że nikt z nas nie może zostać na ziemi na zawsze. Pewnie, wszyscy byśmy chcieli…

– Ja bym chciał, żebyście z babcią żyli zawsze – przerwał mu chłopiec, podkulił nogi i objął je rękami.

– Ja też – westchnął dziadek i usiadł na ziemi, odciążając zmęczone, stare stawy. – Niestety, oboje mamy już swoje lata. Przeżyliśmy piękne chwile, naprawdę cudowne i mam nadzieję, że kiedy podrośniesz zdążę opowiedzieć ci o kilku z nich. Wiesz, to takie bardziej dorosłe historie… A ta trumna. Ta trumna, Wiktorku, jest ode mnie dla babci. Żeby nie leżała tam, na dole, zupełnie sama. Żeby miała coś ode mnie, na zawsze.

Spojrzał na wnuka i mimo mroku dostrzegł bezbrzeżny smutek w jego oczach.

– Żeby miała coś ode mnie do czasu, kiedy znów ją zobaczę – zreflektował się.

Siedzieli w szopie jeszcze przez parę minut, przytuleni, związani wspólnym sekretem i tym specjalnym rodzajem miłości, który łączy jedynie wnuków z dziadkami. Było ciepło, świerszcze grały zdecydowanie weselsze melodie, a księżyc już wcale nie przerażał kolorem.

Wiktorowi przeleciała przez głowę myśl, że dobrze byłoby tu tak zostać, że dobrze byłoby, gdyby już nigdy nic nie miało się zmienić, choć trumna uświadomiła mu dobitnie, że wszystko kiedyś się skończy.

W końcu wyszli, a chłopiec obrócił głowę, spoglądając jeszcze na truskawki. Dopiero teraz zauważył kilka – może nawet kilkanaście – martwych, wysuszonych gałęzi otaczających tętniący życiem krzew. Wyglądały jak potępione, widmowe szkielety błagające o litość i dar odejścia w pustkę. Chłopca przeszyły dreszcze i wbiły zardzewiałe haki w podbrzusze – dobry nastrój znikł, by tej nocy już nie powrócić.

 

Rodzice przyjechali późnym popołudniem – to przez korki, tłumaczyli; nie śmieli przyznać, że spędzanie czasu ze starcami zwyczajnie ich nuży, jest zwykłą stratą czasu, a przede wszystkim – pieniędzy. Zdążyli jednak zjeść obiad we wspólnym gronie – chłopiec wymknął się na chwilę, niby w poszukiwaniu zgubionej zabawki. Skłamał; miał zwyczaj pakować się z obsesyjną dokładnością ludzi, którym żal wyrzucić zwykły papier – bo nawet zwykły papier może być niezwykłym wspomnieniem. Wrócił po zaledwie paru minutach, ale tyle mu wystarczyło, by dokonać drugiego – i to w mniej niż dwanaście godzin – niecodziennego wyczynu. Znów zakradł się do szopy, zostawiając tam skromną pamiątkę.

Ucieszony zasiadł przy stole i uśmiechnął się do wszystkich – odpowiedzieli tym samym (uśmiech rodziców wyglądał na wymuszony), a babcia zakasłała – mokro i nieprzyjemnie dla ucha. Na czole dziadka pojawiła się siatka głębokich zmarszczek – jak zawsze, gdy był zdenerwowany. Nagle Wiktor zerwał się krzesła i mocno uściskał starą kobietę, czując do niej ogromną miłość, spotęgowaną dziwnym, kłującym uczuciem w okolicach serca – nie miał pojęcia dlaczego, ale był przekonany, że właśnie dziś, zwykłego dnia, o którym nigdy nie myślał, nad którym nigdy się nie zastanawiał, widzi ją po raz ostatni.

Przeczucie minęło pół godziny później, gdy domu dziadków nie było widać już nawet wtedy, gdy chłopiec z całych sił wychylał się przez tylnią, opuszczoną najniżej jak się dało, szybę samochodu. Mama krzyczała, że zaraz wypadnie i nie dostanie kolacji, ale wcale się tym nie przejmował.

Wiktor pękał z dumy. Wracał myślami do szopy – nie budziła już lęku i był nawet trochę rozczarowany, że drewniana jędza o szponach z grabi wygląda w świetle dnia na śmieszną i szczerbatą.

Wiktor pękał z dumy – i bardzo się cieszył – że zdążył we wnętrzu trumny wydrapać uśmiechniętą buźkę i trzy słowa, najważniejsze, jakie kiedykolwiek napisał: „Kocham cię, babciu". Ot tak, żeby miała też coś od niego, zanim znów się zobaczą.

 

 

 

„Smutek jest jak śnieg" – koślawe litery, z rozlanymi kałużami atramentu zamiast kropek, samotnie tkwiły pośrodku wydartej z zeszytu kartki. Chłopiec siedział przy biurku z głową schowaną miedzy ramionami. „Smutek naprawdę jest jak śnieg", myślał, „ Jest taki zimny i drętwieją przez niego palce, i kiedy jest go za dużo to nie można zobaczyć innych ludzi, i jest się wtedy samotnym i jeszcze smutniejszym".

Babcia odeszła. Umarła – spokojnie i we śnie – trzy tygodnie przed zimowymi feriami. Podobno szyła przez cały dzień swetry dla syna i wnuczka, odłożyła je, zjadła z dziadkiem obiad, po którym ucięli sobie krótką drzemkę (Wiktor miał szczerą nadzieję, że zasnęli przytuleni i szczęśliwi). A potem nie było już nic – obudził się wyłącznie dziadek. Zadzwonił do syna, powiedział: „Mama nie żyje", odłożył słuchawkę. Tata Wiktora powiedział żonie, że głos ojca brzmiał głucho i chłopiec zastanawiał się, co to może znaczyć, ale postanowił nie pytać. Smutek bardzo szybko przyprószył ciekawość.

Na pogrzebie nikt nie płakał, jakby łzy zamarzły w kącikach oczu, by odtajać dopiero, gdy każdy z żałobników zostanie sam. Zamiast stypy – wszyscy poznikali na drogach do swoich domów.

Ojciec zastanawiał się, czy wysyłać Wiktora na ferie do dziadka; w końcu to zrobił, przekonany gorącymi prośbami syna. I kiedy już go odwiózł, zatrzymał się na poboczu, około trzy kilometry przed zjazdem na autostradę. Nie mógł dalej prowadzić, trzęsły mu się ręce uwalniając emocje, które zdołał utrzymać na wodzy tak długo. Wysiadł z auta, pobiegł przez pole i zaczął krzyczeć, przerażony, że na drodze do śmierci ze starości stoi przed nim już tylko jedno osoba; mięśnie nagle zwiotczały, upadł na zmrożoną ziemię, a głos pękł jak lodowa kra.

 

Tydzień później prawdziwy lód załamał się pod Wiktorem.

Jeździł na łyżwach po jeziorze, wykręcając ósemki, bardzo umowne ósemki, i czasem podskakując – najczęściej lądował wtedy na tyłku, ale śmiech przeganiał ból. Dziadek, w starym kożuchu, w którym przypominał zmęczonego niedźwiedzia – śmiał się Wiktor z babcią – stał na molo, opierając o barierkę, dzieląc uwagę między wnuka, a miejsce, gdzie stała szopa. Nie można było jej dostrzec z plaży – las rósł wysoki i gęsty – ale przecież wiedział, gdzie ją postawił, wiedział, co w niej było i zastanawiał się, czy ma w sobie tyle siły lub bezwzględności, by skorzystać z daru, jaki kryła. Zamknął oczy i zacisnął ręce na lodowatej poręczy, czując szron mrożący skórę.

Wtedy pękł lód. Wiktor nie krzyknął, strach błyskawicznie wdarł się do gardła śmiertelnym gulgotem. Mokre ubranie nabrało ciężaru ołowiu, łyżwy zamieniły w cement i pociągnęły chłopca w dół, jak łapa obślizgłej bestii. Zaniepokojone słońce wyjrzało zza chmur, by załamać promienie w przeźroczystej skorupie, zmieniając kolory pod nią z szarych na ciemnozielone; chłopcu, wciąż przytomnemu, opadającemu coraz głębiej, barwa skojarzyła się z nadzieją – na górze jest dziadek, nie pozwoli mi umrzeć, ale muszę walczyć. Trzepotał więc rękami, młócąc wodę, chcąc dosięgnąć twardej powierzchni i rozbić ją w drobne ziarenka zimy.

Bezskutecznie. Obraz – i tak malowany na przydymionym szkle – stracił ostrość, a z ust wypłynęła ostatnia bańka powietrza. Zieleń jeziora zaplątała się w pajęczynie nieprzytomnej czerni.

 

Wiktor znalazł się w kosmosie odartym z gwiazd. Istniał w nicości – nic nie blokowało mu rąk ani nóg, lecz nie wiedział nawet, czy się porusza. „Może to jest jedna z tych czarnych dziur?" pomyślał i zdumiony zrozumiał, że wcale się nie boi – ogarnął go spokój, zwinął się w kłębek i zamknął oczy, próbując zasnąć. Zanim jednak odszedł – tam, gdzie babcia lub gdzieś indziej – w czerni pojawiło się światło. I zapachniało drewnianą podłogą. I truskawkami. Wiktor wyciągnął ręce nieporadnym ruchem, jakby był jeszcze noworodkiem sięgającym rozmazanego kształtu matki, niewyraźnej ostoi bezpieczeństwa. Blask nie zamienił się w tunel, sam też nie pomknął nim ciągnięty nieziemską siłą – wszystko nagle znikło i był w domu, w łóżku, a obok siedział dziadek – przeżegnał się, gdy chłopiec otworzył oczy.

– Wiktorku! Jak się czujesz?! – krzyknął i dotknął twarzy wnuka.

– Nie wiem… Chyba dobrze – odparł Wiktor, rozglądając się po pokoju. Wszystko było na swoim miejscu: duży, choć stary telewizor, który nie za dobrze odbierał większość kanałów i wciąż stał na futurystycznym, szklanym stole, zupełnie niepasującym do starych mebli; materac ciągle zbyt miękki, z małym wgłębieniem, znaczącym miejsce, gdzie najczęściej zasypiał.

Nic się nie zmieniło.

– To tylko sen, dziecko. Tylko sen – odpowiedział starzec, czytając w jego myślach i złożył delikatny pocałunek na czole chłopca. Wargi miał popękane, niemal trupio suche i wnuk mimowolnie drgnął pod ich dotykiem.

 

Dzień wrócił do normy. Z kuchni dobiegało trzaskanie talerzy, chyba upadła patelnia, woda zabębniła o dno garnka. Wiktor usiadł na krawędzi łóżka, pomachał nogami wyobrażając sobie, że biegnie i głupawo zachichotał. Zastanawiał się, czy ulepić bałwana i podpisać się pod nim żółtym zygzakiem, czy może lepiej jeszcze pospać do, na przykład, dwunastej, trzynastej. Nagle uświadomił sobie, że nie wie, która jest godzina.

– Dziadku, widziałeś mój zegarek? – krzyknął, ale jękliwy świst czajnika zagłuszył pytanie.

Wiktor podszedł do spodni rzuconych niedbale na krzesło i sprawdził wszystkie kieszenie. Nic. Zajrzał pod łóżko i znalazł połamany, drewniany mieczyk („zabawy w rycerzy są takie dziecinne!"), parę powyrywanych stron z komiksów i coś, co na początku wyglądało, jak martwy szczur, ale okazało się być zwiniętą w kłębek skarpetką, zesztywniałą ze starości i brudu. Chłopiec zmarszczył brwi – gdzie do licha mógł się podziać, nigdy przecież nie rozstawał się z czasomierzem; słowo „czasomierz" wyczytał w jednej z gazet i często go używał, popisując się przed kolegami swoim wyrafinowanym słownictwem.

Czasomierz – albo po prostu zegarek – był z kolekcji Disney'a, dostał go od babci i teraz, po jej śmierci, spoglądał na niego jeszcze częściej niż zwykle. Myszka Miki – ta najstarsza, ta z czarno-białych filmów, ta pozbawiona stawów, ta o szalonych oczach i szarych spodenkach – miała na nim bardzo długie ręce i jedna z nich pokazywała minuty, druga godziny. Na początku bał się jej; chował na dnie szuflady w obawie, że ześlizgnie się z tarczy i zadusi go tymi łapami jak sznury. Ale później, kiedy ojciec nauczył go odczytywać czas, pękał z dumy, że jest jedynym dzieckiem w całej klasie, mogącym obyć się bez elektronicznych cyferblatów.

Gdy przeszukał już wszystko, zaczął – jak wszyscy ludzie, którzy zgubili coś cennego – poszukiwania w miejscach zupełnie absurdalnych; wdrapał się na krzesło i zajrzał na szafę, znajdując tylko kurz (ten kurz leży tam, od kiedy babcia leży w ziemi); wyjął każdą z szuflad dziadkowego biurka, wreszcie, po raz szósty sprawdził kieszenie spodni.

W końcu ubrał buty, kurtkę i poszedł do miejsca najbardziej absurdalnego ze wszystkich – stolarni. Śnieg skrzypiał pod nogami, a słońce odbijało w mikroskopijnych lusterkach płatków, oślepiając oczy i przypominając o białych ścianach smutku, pomiędzy którymi Wiktor utkwił trzy tygodnie wcześniej. Było rześko, powietrze pachniało ozonem, jak po burzy.

Skrzyp, skrzyp, skrzyp… Chłopiec spojrzał na dobrze mu znaną kłódkę i zdjął ją ostrożnie – była zimna, ale zimna normalną, nie martwą, temperaturą.

Wnętrze szopy zasnęło latem – wszystko wisiało tam, gdzie wisiało, a pudełka z narzędziami stały w równych rzędach pod ścianami. Chociaż nie – nie było już trumny, nie opierała się już smutno o ścianę naprzeciw okna. Wpatrywał się jeszcze przez chwilę w puste miejsce, zastanawiając się, jak to jest leżeć i nie móc wyjść z drewnianego pudła, kiedy jego uwagę przykuło coś jeszcze.

Krzew. Krzew z truskawkami wciąż uginał się od owoców, choć para dobywająca się z ust chłopca dobitnie świadczyła o ujemnej temperaturze, zaś śnieg o porze roku, która wykluczała kwitnięcie jakichkolwiek owoców.

Tup, tup, tup… Kroki na ziemi budziły zaspane echo. Chłopiec przykucnął i zerwał jedną z truskawek. Przymknął oczy. Słodycz i kwas zagrały dobrze znaną, cudowną melodię na smakowych kubeczkach języka.

Ale, jak, jakim cudem, nie mogą rosnąć zimą, może jednak umarłem – myśli galopowały po głowie Wiktora, zostawiając go w końcu sam na sam z tą najgorszą, najstraszniejszą, najbardziej ostateczną.

Śmierć w świetle dnia to wciąż śmierć i jest okropna.

Wybiegł z szopy, zapominając o zegarku, głośno wzywając dziadka, błagając, by zaprzeczył, by tylko powiedział, że to nieprawda, że truskawki rosną z innego powodu. Nie chciał być w niebie, nie chciał być martwy, nie chciał czekać na rodziców. Z hukiem otworzył drzwi domu – zimne powietrze sięgnęło sufitu i zdechło na podłodze.

Dziadek siedział przy stole, z nogą założoną na nogę, trzymając coś w ręce, coś, czego mała część sprawiała, że na suficie tańczyły świetlne zajączki; nic nie mówił, czekał, aż Wiktor podejdzie bliżej i dojrzy… swój zegarek.

Twarz Myszki Miki wykrzywiała się w najdziwaczniejszy sposób, kiedy woda uwięziona w tarczy falowała w rytm ruchów dłoni starca. Łapki zastygły na godzinie piętnastej i chłopiec pomyślał, że czarno-biała postać wygląda, jak ukrzyżowana. Wciąż nic nie mówił – bał się pytania, które dręczyło go podczas biegu, bał się odpowiedzi.

– Żyjesz, Wiktorku – powiedział dziadek. – Żyjesz.

Zamiast ulgi, skrzydła rozwinęła wątpliwość.

– Dlaczego? Jak…

– Usiądź koło mnie – ten stary, teraz obcy człowiek poprosił chłopca i odsunął krzesło na wprost siebie.

Wiktor przycupnął na samym skraju i pomyślał, że zrobiło się tak zimno, jak na dworze. Wciąż czuł chropowate dłonie strachu obejmujące serce.

– Pamiętasz, jak opowiadałem ci o dziurach w naszej rzeczywistości, w snach i dziwnych miejscach, gdzie rzeczy, zamiast w dół, toczą się w górę? – zapytał i wnuk pokiwał głową, bardzo powoli – O tym, że można przedostać się nimi do innego świata? Otóż, Wiktorku, mówiłem prawdę. Odkryłem jedną z nich, kiedy byłem tylko trochę starszy od ciebie. Pewnego lata dużo wspinałem się po drzewach. Boże, uwielbiałem to. Przeskakiwałem z gałęzi na gałąź, wdrapywałem się na same czubki, by potem jak najszybciej, na czas, schodzić w dół. I był taki dzień, kiedy postanowiłem zdobyć stary dąb, bardzo wysoki i, o czym nie wiedziałem, trochę już zmurszały. Byłem pięć, może sześć metrów nad ziemią, kiedy usłyszałem suchy trzask i zanim zdołałem choćby otworzyć usta, leciałem już głową w dół. Ocknąłem się pod wieczór, w czaszce stepowało mi chyba stado podkutych koni, a kiedy dotknąłem bolącego miejsca o mało nie zemdlałem raz jeszcze. Pobiegłem nad jezioro, przestraszony i przekonany, że dostanę od rodziców potężne lanie, jak tylko wrócę do domu. Obmyłem się z krwi, i uwierz, Wiktorku, musiałem krwawić, jak prosiak, bo ciemnoczerwona skorupa zasklepiła mi całe czoło, chowając rozcięcie… To dopiero było rozcięcie, mówię ci – dziadek odgarnął włosy z czoła odkrywając bliznę ciągnąca się przez prawe zakole – Szedłem do domu i bardzo się bałem. Zacząłem wymyślać różne historie, żeby zapomnieć o tym, co na pewno mnie czeka. Droga zdawała się dużo krótsza niż zwykle. Raz, dwa znalazłem się przy drzwiach wejściowych i już, już miałem nacisnąć klamkę, kiedy usłyszałem śmiech. Mój śmiech, mój własny, trochę skrzekliwy, trochę piskliwy śmiech dochodzący z wnętrza domu. Zakradłem się do okna i zajrzałem do środka. Przy stole siedział tata, trzymał mamę za rękę, a naprzeciwko siedziałem ja. Naprawdę ja, identyczny. Oniemiałem i dopiero po chwili zacząłem dostrzegać małe szczegóły, niewidoczne na pierwszy rzut oka. Stół stał za sękatą deską w podłodze, a nie bezpośrednio na niej. Na ścianie wisiały zupełnie inne obrazki niż te, które były tam, gdy wychodziłem. Pojąłem, choć wiem, że gdym zobaczył to samo teraz, mózg odmówiłby mi posłuszeństwa i prędzej zwariowałbym, niż zrozumiał cokolwiek, że jak w „Alicji z krainy czarów" znalazłem się w jakimś innym świecie. Odszedłem, powoli, na palcach, nieufnie rozglądając się dookoła. Chyba spodziewałem się, że jakiś przedziwny stwór wyskoczy z krzaków i rozerwie mi tętnicę. Błądziłem tak po okolicy do późnej nocy, nie mając pojęcia, co robić, jak wrócić do domu. W końcu zgłodniałem i poszedłem do ogrodu, tego samego, który rośnie w naszym świecie. Po cichutku zerwałem kilka truskawek, parę innych wsadziłem do kieszeni i pobiegłem pod dąb. Tam zasnąłem, a kiedy się obudziłem… Nie wiem skąd, ale wiedziałem, że wróciłem do mojego świata, mojego domu. Stało się to tak naturalnie, jakbym nigdy go nie opuścił. I wiesz, myślałem, że to był sen, bardzo rzeczywisty, ale jednak sen. Tak myślałem, jeszcze wtedy, gdy kładłem się spać, ściągałem spodnie i z kieszeni wypadły mi truskawki, trochę wysuszone, ale jak najbardziej prawdziwe. Wpatrywałem się w nie z szeroko otwartą buzią, jakby były zaklęte. Prawdę mówiąc, myślę, że są – Dziadek westchnął, pokręcił głową i Wiktor zastanowił się, czy sam wierzy w to, co mówi – Tak, czy siak, wydłubałem pestki i zasadziłem je obok naszego krzewu. Już następnego dnia pojawiły się świeże zielone pędy, a przed końcem tygodnia mieliśmy dwa identyczne krzaki. Niemożliwe, mówisz? A jednak… Zacząłem je obserwować. Na początku wydawały się identyczne, jakby… Wiesz co to jest klonowanie, prawda? Wiesz, dobrze… Więc wyglądały jak klony. Czasem jadłem owoce z jednego krzaka, czasem z drugiego. Oba smakowały bardzo podobnie, praktycznie nie było różnicy.

W końcu przyszła zima, niezapowiedziana i dużo sroższa niż teraz. Pewnego dnia bez powodzenia usiłowałem ulepić bałwana. Kiedy po raz kolejny głowa wypadła mi z rąk, wziąłem marchewkę, która odpadła z pękniętej, śniegowej czaszki i rzuciłem ze złością przed siebie. Od razu zrobiło mi się jej żal… Nie patrz tak na mnie, naprawdę było mi jej żal! Leżała przy truskawkach, z końcówką wycelowaną w ich stronę, niczym znak drogowy ostrzegający przed niebezpiecznym zakrętem. Spod śniegu jarzyła się czerwień i kiedy potrząsnąłem jedną z gałązek zobaczyłem, że krzak, ten który od zawsze rósł tutaj, wciąż kwitnie. Truskawki bardzo urosły, jedna przypominała nawet małe jabłko. A co z drugim krzewem, pytasz? No właśnie… Też trzymał się nieźle, przynajmniej, jak na tę porę roku. W przeciwieństwie do tamtego wyglądał na zmarznięty, szron i sople lodu obciążały delikatne gałęzie, ale wciąż był. Już nie kwitł, owoce zmarły z zimna, ale właśnie był.

Wiktor nieświadomie ściskał mocno zegarek i wciąż czekał na rozwiązanie, na zapewnienie, że żyje. Dziadek napił się herbaty. Parę kropli zostało na wąsach – kiedy indziej chłopca pewnie by to rozbawiło, ale teraz nic nie mogło go rozśmieszyć.

– Doglądałem tych truskawek przez parę miesięcy, aż w końcu krzew z innego świata usechł na dobre. Nic nie pomogło podlewanie, czy ochrona przed zimnem. Po prostu usechł i z gałęzi zrobiłem małe ognisko! Ha, mało co wtedy nie wywołałem pożaru, ale to chyba opowiem ci innym razem. Wróćmy do truskawek, bo jeszcze nie wtedy, ale wkrótce coś zrozumiałem. Pomyślałem, że może te krzewy były jakby dwoma odbiciami tej samej rzeczy, rozumiesz? Może nawet nie odbiciami, ale czymś w rodzaju złudzenia, taką iluzją, co to wprowadza oko w błąd… A jeśli oko widzi coś, czego nie powinno być, mózg stara się to zabić, wiesz? Stara się zabić to złudzenie, fatamorganę, byleśmy tylko nie oszaleli. I teraz już wiem, że tak dzieje się wtedy, gdy z jednego świata przeniesiesz coś do drugiego. Bóg, Rzeczywistość, nazwij to jak chcesz, Wiktorku, koncentruje się na tym, czego nie powinno być, koncentruje dopóki tego nie zniszczy. Więc jeśli, co jakiś czas polecę tam, do innego świata po nasiona, to nasze truskawki…

-… Nigdy nie umrą? – spytał Wiktor, choć już znał odpowiedź.

Nie bardzo wiedział, czy ma się cieszyć, czy z przerażenia ogryźć paznokcie do krwi.

– Dokładnie – dziadek nachylił się do wnuka i delikatnym ruchem, takim jakim używa się wobec dzikich zwierząt, by ich nie spłoszyć, pogładził po włosach, wciąż jeszcze zimnych i mokrych roztopionym śniegiem. – Truskawki nigdy nie umrą. A teraz chodź, daj mi rękę. Chcę ci coś pokazać.

 

Skrzyp, skrzyp, skrzyp.

Stanęli w miejscu, w którym jeszcze parę miesięcy temu rosły wysokie róże o długich kolcach, w babcinym kąciku, gdzie spędzała ciepłe dni i wieczory. Teraz ziemia wyglądała na spulchnioną, przypominając zaorane pole. Wiktor ścisnął rękę dziadka – pomyślał, że musiało być niełatwo kopać w tak zmrożonej ziemi. Sam zdołał kiedyś połamać trzy łopatki nim zarzucił pomysł wybudowania fosy wokół małego, ulepionego ze śniegu fortu.

Puk, puk, puk, dobiegło spod ziemi. I jeszcze cichutki odgłos czegoś, co brzmiało jak oszalały ze strachu kot zamknięty w drewnianym pudle, rozpaczliwie szarpiący deski pazurami.

– Czy rozumiesz? – spytał dziadek.

– Rozumiem – odpowiedział chłopiec i rzeczywiście rozumiał.

Puk, puk, puk – rozległo się dwa metry dalej, spod kolejnych grudek czarno-białej ziemi. Ręce zacisnęły się w jeszcze mocniejszym uścisku.

– Kiedy babcia um… odeszła, dotarło do mnie, że nie chcę was opuszczać. Że nie chcę ciebie opuszczać. I nie chcę, żebyś ty opuścił mnie. Czy rozumiesz?

– Rozumiem – odpowiedział chłopiec i rzeczywiście rozumiał.

– Chcesz pojeździć na łyżwach? – zapytał dziadek.

Wiktor pokiwał głową i poszli do domu po łyżwy, bo łyżwy powinny już wyschnąć, albo może te łyżwy nigdy nie zmokły. Gdy tak brnęli przez puch, zaczął prószyć śnieg – dużymi, ciężkimi płatkami.

Starzec zastanawiał się, czy powiedzieć Wiktorowi o swoich wątpliwościach. I o tym, że ostatnio jadał bardzo krwiste steki, a od niedawna w ogóle przestał je smażyć. I o tym, że był na zakupach i mijał kobietę, i poczuł jej okres, i poszedł za nią, choć nie wiedział dlaczego, i, że nie wie, co by się stało, gdyby nie wsiadła do auta, kiedy już, już miał ją dotknąć.

Starzec zastanawiał się, czy to dziwne uczucie może być odpowiednikiem owej kwaskowatości truskawek. Zaśmiał się głośno, Wiktor spojrzał na niego zdumiony, ale dziadek tylko pokręcił głową, jakby przypomniał sobie coś bardzo śmiesznego i wcale nie dla dzieci.

 

Szli w kierunku jeziora jeszcze przez parę minut, związani wspólnym sekretem i tym specjalnym rodzajem miłości, który łączy jedynie żywe trupy.

 

Koniec

Komentarze

Świetne opowiadanie (styl i język), gratuluję! :))

Bardzo dziękuję :).

Kolejne opowiadanie, które absolutnie potwierdza twoją pozycję w czołówce piszących na tej stronie. Świetny, plastyczny język, umiejętnie wprowadzony klimat, przemyślana fabuła. Czytałem z przyjemnością.

Bardzo dobre opowiadanie.
Pozdrawiam.

Bardzo się cieszę, że Ci się podobało i - idąc tropem mojego idola Wróża Macieja - dziękuję za uznanie ;).

Po raz kolejny, dobra robota. A zapewniam Cię, że byłem krytyczny i uważny czytając Twoje opowiadanie - zupełnie inaczej czyta się opowiadanie kogoś całkiem nowego, kto wyskakuje nagle jak diabełek z pudełka z naprawdę dobrym tekstem, a inaczej kogoś, kto napisał już kilka całkiem udanych rzeczy. Czy będzie umiał podnieść sobie poprzeczkę jeszcze wyżej i ją przeskoczyć?
No więc, jak dla mnie - umiałeś. Czytając, co rusz zadawałem sobie pytanie, dokąd Ty tak naprawdę zmierzasz w tym opowiadaniu i dopiero pod koniec zorientowałem się, o co chodzi. Plus dla Ciebie za pokazanie, jak czuje i co myśli mały chłopiec (też się bałem czarnych dziur, też wymykałem się nocą z pokoju na bliższe i dalsze wędrówki).
Było kilka mało istotnych potknięć jeżykowych ("tylnia szyba" - tylna szyba, "za niedługo" - niedługo; polonistą nie jestem, ale wiem, że to jakieś regionalizmy są). W ostatnim zdaniu lubisz też stwierdzić oczywistość (tak, jak to było z "Arytmią wspomnień"), jakbyś mniej rozgarniętemu czytelnikowi chciał pokazać, o co tak naprawdę chodzi. Zapętlanie czasu z "Arytmii..", żywe trupy z nowego opowiadania - wszystko wynika z kontekstu.
Gdybym nie uważał, że tekst naprawdę jest dobry, nie pisałbym o takich szczegółach...
Mam nadzieję, że w końcu przestaną dawać Ci brązowe piórka i dadzą wreszcie srebrne.

Jak mówiłem - piórko zasłużone:)

Dziś zawitałem na profil - Ajwen, że Ci się chce takie elaboraty pisać pod moimi tworami, dziękuję Ci bardzo :).
No i za błędy dziękuję osobno, a może przede wszystkim - masz rację z tym "za niedługo", chyba rzeczywiście regionalizm, bo szczerze przyznam, że absolutnie bym nie uznał tego za błąd. Starzeję się chyba, skoro zaczynam "regionalizować" ;). 
I patrz, rzeczywiście piórko wykrakałeś, choć w kolorze brązu :). To napiszę jeszcze tylko, że pracuję nad kolejnym opowiadaniem, w innym stylu niż "Truskawki..." & "Arytmia...". Pisane w czasie teraźniejszym, chyba bardziej realistyczne - bo trochu na faktach oparte - i na pewno dużo bardziej brutalne. Mam nadzieję, że Cię nie zniechęci do mojej osoby, o!
Anyways, aż się chce pisać, kiedy ma się później przyjemność przeczytania takich komentarzy!

Gratuluję piórka, zupełnie zasłużone :)

Wrócę doczytać.
Ech, podłe te studia, człowieka odrywają od przyjemności

Świtnie napisane, zaskakujące zakończenie. Poza samym językiem pisania moją uwagę przykuwała trafność i naturalność odczuć i relacji między bohaterami. Perfekcyjna robota.

Nie mam pytań. Tekst mnie zaczarował. Czołówka, pozamiatane. 5 ode mnie, choć zwykle nie oceniam.

Oceny ocenami, cieszy mnie, że poświęciłeś chwilę na komentarz. Merci.

Surfaceofthesunie, kolejne Twoje opowiadanie, którego lektura okazała się prawdziwą przyjemnością. Doskonale oddałeś klimat zabaw i przemyśleń Wiktora, znakomicie wybrzmiały jego rozmowy z dziadkiem. Dało się wyczuć woń truskawek…

Finał, choć podskórnie spodziewałam się czegoś podobnego, zaskoczył.

Cieszę się, że przede mną jeszcze kilka Twoich tekstów. ;)

Nie robię łapanek w tekstach sprzed mojej ery, ale nie mogłam się powstrzymać przed wytknięciem zdania: W końcu ubrał buty, kurt­kę i po­szedł… –> W co ubrał buty i kurtkę???

Masz szczęście, że to stare opowiadanie, bo pewnie wyznaczyłabym Ci trzygodzinną karę klęczenia na grochu, w kącie, z twarzą zwróconą ku ścianie i rękami w górze!

Mam nadzieję, że dzisiaj już wiesz, że butów i kurtek nie ubiera się.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się to opowiadanie, chociaż czasem miała wrażenie, że jest nieco, no, przegadane :) O wykonaniu nie ma co mówić – po prostu wiesz, co robisz :D

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka