- Opowiadanie: MordercaBezSerca - Barbórka na Marsie

Barbórka na Marsie

Mia­łem zdą­żyć na 4 grud­nia, ale jak zwy­kle się nie wy­ro­bi­łem. Moja wizja fe­dro­wa­nia Marsa. 

 

ilu­stra­cje wła­sne

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Barbórka na Marsie

 

W kon­fron­ta­cji stru­mie­nia ze skałą, stru­mień za­wsze wy­gry­wa – nie przez swoją siłę ale przez wy­trwa­łość. 

Budda 

 

Głu­che dud­nie­nie pul­su­je w gło­wie mia­ro­wym ryt­mem. Cięż­kie, go­rą­ce po­wie­trze prze­mie­lo­ne przez che­micz­ny re­spi­ra­tor spra­wia, że każdy nawet naj­mniej­szy ruch trze­ba oku­pić ogrom­nym wy­sił­kiem. Zmę­cze­nie ciąży na bar­kach, ple­cach, po­wie­kach… Mija dzie­sią­ta z dwu­na­stu go­dzin zmia­ny wy­do­byw­czej na dwu­ipół­me­tro­wym TBMie – wiel­kim sta­lo­wym ro­ba­ku do drą­że­nia tu­ne­li. 

Robak nie czuje zmę­cze­nia. Pra­cu­je nie­stru­dze­nie sys­te­mem dwa­dzie­ścia czte­ry na dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny, sie­dem dni w ty­go­dniu. W jego wnę­trzu, ni­czym Jo­nasz w wie­lo­ry­bie, sie­dzi stary czło­wiek, który draż­niąc pod­nie­bie­nie be­stii, zmu­sza ją do pre­cy­zyj­nych ru­chów. Ubra­ny w po­ma­rań­czo­wy kom­bi­ne­zon, z pokraczną sko­ru­pą kasku pod­łą­czo­ne­go do ma­szy­ny pę­po­wi­ną prze­wo­dów pod­trzy­my­wa­nia życia, oto­czo­ny wskaź­ni­ka­mi, ekra­na­mi do­ty­ko­wy­mi i blo­ka­mi za­wo­rów, sam zdaje się być jedną z czę­ści skła­do­wych, in­te­gral­nym ele­men­tem ro­ba­ka. Ni­czym prze­kład­nia albo sil­nik elek­trycz­ny, wpa­so­wa­ny w miej­sce, w któ­rym ma wy­ko­nać okre­ślo­ne za­da­nie. I dokładnie tyle miej­sca dla niego prze­wi­dzia­no. Sie­dzi więc bo­kiem na małym skła­da­nym krze­seł­ku i klnie w żywy ka­mień. Każdy ma swój spo­sób na stres, zmę­cze­nie i nie­wy­go­dę. I każdy spo­sób jest dobry. O ile dzia­ła. 

Nasz anioł stróż – teo­do­lit la­se­ro­we­go sys­te­mu na­pro­wa­dza­nia – cy­klo­pim, czer­wo­nym spoj­rze­niem wska­zu­je kie­ru­nek. W lewo, w prawo, w dół, w dół, coraz głę­biej, a wszyst­ko to z teo­re­tycz­ną do­kład­no­ścią do pół mi­li­me­tra na każdy po­ko­na­ny metr. Be­stia prze­gry­za się przez za­sty­głą przed mi­liar­dem lat skałę, mia­ro­wo prze­żu­wa­jąc każdy kęs. Chla­pie czer­wo­nym bło­tem, za­pra­wą ce­men­to­wą, che­mi­ka­lia­mi i wolno po­su­wa się na­przód, wlo­kąc za sobą długi na prze­szło czter­dzie­ści me­trów od­włok kra­tow­ni­co­wych ram. Na nich, ni­czym pąkle na ciele mor­skie­go po­two­ra, wiszą pompy hy­drau­licz­ne, trans­for­ma­to­ry i mie­szal­ni­ki sys­te­mów sta­bi­li­za­cji grun­tu. 

Be­stia za­miast krę­go­słu­pa ma po­daj­nik śru­bo­wy, któ­rym wy­plu­wa po­kru­szo­ne mi­ne­ra­ły na sze­ro­ki prze­no­śnik ta­śmo­wy. Odłam­ki skał błysz­czą me­ta­licz­nie w świe­tle lamp. To na razie pre­lu­dium, zwy­kłe udo­stęp­nie­nie złoża. Kon­cen­tra­cja cen­nych pier­wiast­ków jest jesz­cze zbyt mała, by całe przed­się­wzię­cie miało choć cień szan­sy na zbi­lan­so­wa­nie po­nie­sio­nych wy­dat­ków. Więk­szość z tego, co spad­nie z prze­no­śni­ka na pod­sta­wio­ne po­ni­żej wa­go­ni­ki ko­lej­ki, wróci do jamy ro­ba­ka już za kilka go­dzin. Ruda zo­sta­nie po­kru­szo­na, zmie­lo­na i zra­fi­no­wa­na w prze­twór­ni na pod­szy­biu. Tam spe­cja­li­stycz­ne ma­szy­ny, w pro­ce­sie ci­śnie­nio­wej flo­ta­cji, wy­bio­rą z niej wszyst­kie cenne okru­szy­ny. Dro­bi­ny płon­nej skały zaś od­se­pa­ru­ją, wy­mie­sza­ją z po­li­me­ro­wą ży­wi­cą i ufor­mu­ją w tra­pe­zo­idal­ne tu­bin­gi, które, jesz­cze cie­płe i wil­got­ne, zo­sta­ną przez szyb­ko­bież­ną ko­lej­kę od­sta­wio­ne z po­wro­tem do ko­mo­ry wzno­sze­nia obu­do­wy, ukry­tej głę­bo­ko w trze­wiach ro­ba­ka. Tu hy­drau­licz­ne ramię po­chwy­ci je i usta­wi w od­po­wied­niej po­zy­cji. Wy­bu­du­je ko­lej­ny krąg tu­ne­lu. Od­gro­dzi nas od lo­do­wa­tej śmier­ci, która tylko czyha, by wtar­gnąć do wnę­trza. Robak nas obro­ni. Nie można się bać. Gdy się czło­wiek boi, to spo­ty­ka go coś złego. I nie wolno się spie­szyć. Bo tu po­śpiech koń­czy się za­wsze tak samo. 

Gło­wi­ca skra­wa­ją­ca chro­bo­cze o twar­dą skałę. Robak się nie­cier­pli­wi. I on, i jego Jo­nasz wie­dzą już, czują, że złoże jest bli­sko. Na­daj­ni­ki tkwią­ce w głę­bo­kich od­wier­tach, które bez­za­ło­go­we sondy wy­drą­ży­ły w po­wierzch­ni Czer­wo­nej Pla­ne­ty, jesz­cze zanim się uro­dzi­łem, wska­zu­ją mu cel. Kom­pu­ter nie­za­wod­nie na­pro­wa­dza tępy nos be­stii we wła­ści­wym kie­run­ku. Jesz­cze tylko czte­ry ty­sią­ce osiem­set pięć­dzie­siąt czte­ry metry. Tam, w głębi skal­ne­go płasz­cza, tkwi bo­ga­te złoże me­ta­li „ziem rzad­kich”. Na tyle nie­spo­ty­ka­nych, że rasa ludz­ka musi ich szu­kać da­le­ko od matki Ziemi. Matki coraz bar­dziej zmę­czo­nej i znie­cier­pli­wio­nej po­czy­na­nia­mi swo­ich dzie­ci. Za­chłan­nych, pa­zer­nych, nie­wdzięcz­nych…

Sie­dzę na po­przecz­nym si­łow­ni­ku głów­ne­go na­pę­du, któ­rym be­stia, ni­czym je­de­na­sto­ma od­nó­ża­mi, od­py­cha się od krę­gów obu­do­wy, by wbić zęby w ca­li­znę skały przed sobą. Za ple­ca­mi mam zimną stal pan­ce­rza. Na wi­zjer gór­ni­cze­go kasku kapie woda z ja­kiejś nie­szczel­no­ści. Ilość cie­pła, którą ge­ne­ru­je ponad me­ga­wa­to­wa ma­szy­ne­ria za­mknię­ta w tak cia­snej prze­strze­ni, wy­star­cza, by roz­to­pić wiecz­ną zmar­z­li­nę na kilka me­trów w głąb skały do­oko­ła tu­ne­lu. Nawet nie chce mi się zmie­niać po­zy­cji. Kosz­to­wa­ło­by to mnie za dużo za­cho­du. Mu­siał­bym wziąć głę­bo­ki od­dech, na­brać do płuc sło­no-kwa­śna­wy, do­tle­nio­ny che­micz­nie lotny kon­glo­me­rat  i spró­bo­wać zmu­sić mię­śnie do nie­po­trzeb­ne­go wy­sił­ku. Bo praw­dzi­we­go po­wie­trza tu nie ma. Jest tylko mie­sza­ni­na schło­dzo­nych gazów, tło­czo­na do przod­ka za­wie­szo­nym u stro­pu lut­nio­cią­giem, po to, by zim­nym po­dmu­chem owio­nąć roz­grza­ne trze­wia ro­ba­ka i jemu przy­nieść ulgę. Dla ludzi, tkwią­cych ni­czym bak­te­rie w prze­wo­dzie po­kar­mo­wym be­stii, nie prze­wi­dzia­no tlenu. Mu­si­my ra­dzić sobie po swo­je­mu. Albo pod­piąć się pę­po­wi­ną do sys­te­mu rurek ci­śnie­nio­wych, któ­ry­mi ży­cio­daj­ny gaz jest do­pro­wa­dza­ny z pod­szy­bia, albo ko­rzy­stać z in­dy­wi­du­al­nych che­micz­nych wy­twor­nic. Trze­ciej opcji nie ma. Przy­naj­mniej jeśli chcesz od­dy­chać. 

Każdy na po­cząt­ku wal­czył z od­ru­chem ze­rwa­nia z twa­rzy maski re­spi­ra­to­ra. Na­tu­ral­ną po­trze­bą wzię­cia głę­bo­kie­go od­de­chu, gdy w płu­cach za­bra­kło tchu. Bo jako lu­dzie wy­cho­wa­ni na Ziemi, przyj­mu­je­my od­dy­cha­nie jako coś na­tu­ral­ne­go. Coś, co za­wsze i wszę­dzie po­win­no być moż­li­we. Tu, tak da­le­ko od po­wierzch­ni na­szej tro­skli­wej Ro­dzi­ciel­ki, mu­si­my cią­gle pa­mię­tać, że wcale nie jest to takie oczy­wi­ste. Tu je­ste­śmy zdani na sie­bie. Nikt o nas nie zadba.

Nagle głów­ny sil­nik elek­trycz­ny wy­da­je z sie­bie prze­cią­gły jęk i zdaje ob­ro­ty. W ślad za nim idą wszyst­kie czte­ry na­pę­dy hy­drau­licz­ne, a po nich si­łow­ni­ki. Na ta­bli­cy kon­tro­l­nej za­pa­la się czer­wo­na lamp­ka sy­gna­li­zu­ją­ca spa­dek ci­śnie­nia oleju hy­drau­licz­ne­go. Re­ak­cja ope­ra­to­ra jest bar­dzo szyb­ka i zde­cy­do­wa­na. Wpraw­ny­mi ru­cha­mi sta­re­go wygi prze­sta­wia w sobie tylko zna­nym po­rząd­ku ko­lej­ne dźwi­gnie, sta­ra­jąc się za­trzy­mać wy­pływ dro­go­cen­nej cie­czy przez uszko­dzo­ny prze­wód. Ten swo­isty balet na dwie ręce okra­szo­ny jest so­czy­stym ko­men­ta­rzem na temat na­szych me­cha­ni­ków i ob­słu­gi ser­wi­so­wej. Duża ilość fuck, wy­wrza­ski­wa­nych z li­ver­po­ol­ska jak fok, daje mi do zro­zu­mie­nia, że mogę się po­wo­li zbie­rać do wyj­ścia. Zanim me­cha­ni­cy zejdą do nas na dół i do­bio­rą się do wnętrz­no­ści ro­ba­ka, minie nie mniej niż go­dzi­na. Sama na­pra­wa po­trwa Bóg wie ile. Głów­ny sil­nik padł, ale prze­no­śni­ki i po­daj­nik dalej kle­ko­czą, ro­biąc masę ha­ła­su. Daję na migi znać elek­try­ko­wi i ob­słu­dze pomp pod­sadz­ko­wych, że mo­że­my się zwi­jać. Chło­pa­ki w od­po­wie­dzi po­ka­zu­ją kciu­ki w górę i po­da­ją słowo dalej, do resz­ty za­ło­gi roz­pro­szo­nej na całej dłu­go­ści ro­ba­ka. Każdy z czy­stym su­mie­niem może szu­kać sobie miej­sca na pu­stym wózku do trans­por­tu po­li­me­ro­wych tu­bin­gów. Trze­ba tylko po­cze­kać aż ostat­ni ma­ru­de­rzy z wnę­trza tu­ne­lu do­wlo­ką się do po­cią­gu i bę­dzie­my mogli ru­szyć w stro­nę szy­bów.

Ko­lej­ka sunie głę­bo­ko pod mar­twą po­wierzch­nią Czer­wo­nej Pla­ne­ty. Stu­kot kół na łą­cze­niach torów dzia­ła usy­pia­ją­co. Per­ma­nent­ne nie­do­tle­nie­nie i zmę­cze­nie naj­moc­niej dają o sobie znać wła­śnie w ta­kich chwi­lach. Sie­dzą­cy przede mną elek­tryk, wiel­kie wą­sa­te Szko­ci­sko, chwie­je się i za­ta­cza w ryt­mie stu­ko­tu. Pod­pie­ram mu plecy swoim ko­la­nem i trą­cam lekko na bok, żeby nie spadł. Ręką nie dam rady go do­się­gnąć, bo sam je­stem po­skła­da­ny na chy­bo­tli­wej plat­for­mie jak scy­zo­ryk. Na szczę­ście szyb­ko do­cie­ra­my do pierw­szej śluzy ci­śnie­nio­wej. 

Po szych­cie spę­dzo­nej w pół­mro­ku ma­szy­ny jasne świa­tło nad roz­jaz­dem torów ośle­pia i kłuje ni­czym igły. Nie­waż­ne. Liczy się tylko to, że tu za śluzą, jest już nor­mal­na at­mos­fe­ra. Można wresz­cie ścią­gnąć gu­mo­wy na­mord­nik maski i ode­tchnąć chłod­nym, odu­rza­ją­cym po­wie­trzem. 

Mru­żąc oczy, by osło­nić je od bla­sku, nie­omal po omac­ku gra­mo­li­my się z wóz­ków i ru­sza­my w stro­nę wej­ścia do szybu oso­bo­we­go. Po­ciąg po­je­dzie dalej, do pod­szy­bia głów­ne­go, ukry­te­go w gar­dzie­li głę­bo­kie­go kra­te­ru ki­lo­metr stąd. Tam, gdzie bije na­pę­dza­ne re­ak­to­ra­mi ato­mo­wy­mi serce ko­lo­nii, zrzu­ci swój ła­du­nek skały w za­kła­dzie prze­rób­czym i od­bie­rze z ma­ga­zy­nu ma­te­ria­ły po­trzeb­ne do na­pra­wy ro­ba­ka. Bliź­nia­czy skład wy­peł­nio­ny tu­bin­ga­mi i zbior­ni­ka­mi za­czy­nu pod­sadz­ko­we­go już czeka na są­sied­nim torze. Ma­szy­ni­sta macha do nas i pró­bu­je się do­wie­dzieć, co na­wa­li­ło na na­szej szych­cie. Od­po­wiedź szty­ga­ra jest krót­ka i do­sad­na. W tym jed­nym sło­wie za­wie­ra całą fru­stra­cję, żal i po­iry­to­wa­nie, które na­ro­sły w nim przez ostat­nie kil­ka­na­ście minut. Znowu nie bę­dzie bo­nu­su. Bra­kło trzech me­trów do wy­ro­bie­nia normy. Ja je­stem zbyt zmę­czo­ny, by się zło­ścić. Po pro­stu po­włó­czę no­ga­mi w ślad za resz­tą za­ło­gi. 

Pa­ku­je­my się do klat­ki szy­bo­wej. Ści­śnię­ci jeden przy dru­gim, nie­mal spra­so­wa­ni w wą­skiej prze­strze­ni, cze­ka­my, aż ma­szy­na po­nie­sie nas ku po­wierzch­ni. Nie­któ­rzy ki­wa­ją się sen­nie, inni wier­cą nie­spo­koj­nie. 

Już nie­dłu­go, pró­bu­ję uspo­ko­ić się w my­ślach. Jesz­cze tylko mo­ment. Wizja ze­rwa­nej liny i klat­ki spa­da­ją­cej kil­ka­dzie­siąt me­trów w prze­paść szybu za­wsze do­pa­da mnie w ta­kiej chwi­li.

Winda bez­piecz­nie wy­plu­wa nas we wnę­trzu mo­du­ło­we­go ba­ra­ku gór­ni­cze­go mia­stecz­ka na po­wierzch­ni. Za ma­leń­ki­mi, okrą­gły­mi bu­la­ja­mi pa­nu­je mrok. Do wscho­du słoń­ca po­zo­sta­ło jesz­cze z pół go­dzi­ny. Wśród gwaru śmie­chów i po­sztur­chi­wań idzie­my do szat­ni. Zła krew za stra­co­ny bonus zo­sta­ła gdzieś tam, na dole. Na wier­chu wszyst­ko wy­glą­da ina­czej.

 Roz­sia­dam się wy­god­nie na ławce w kącie, wy­cią­gam przed sie­bie nogi. Błoto na no­gaw­kach spodni po­wo­li wy­sy­cha i od­pa­da ni­czym skóra trę­do­wa­te­go. Albo ra­czej pan­cerz pod­ziem­ne­go stwo­rze­nia. Do­pie­ro tu, na po­wierzch­ni, po­wo­li prze­obra­ża­my się na po­wrót w ludzi. Prze­sta­je­my wy­glą­dać tak samo – jak czer­wo­no-sza­re zjawy, z bez­kształt­ny­mi sko­ru­pa­mi ka­sków na gło­wach. Po wyj­ściu z tego po­miesz­cze­nia każdy znów sta­nie się czło­wie­kiem, prze­sta­nie być czę­ścią ro­ba­ka.

Szkot czę­stu­je mnie pa­pie­ro­sem. Ko­lej­ka do prysz­ni­ca po­wo­li się zmniej­sza. Sie­dzę w bez­ru­chu, kon­tem­plu­jąc kształ­ty przy­bie­ra­ne przez kłęby dymu. Nie mam się do czego spie­szyć. W pu­stym miesz­ka­niu nikt na mnie nie czeka. Po­wo­lut­ku skła­dam na­mord­nik re­spi­ra­to­ra, wyj­mu­ję ba­te­rię pomp­ki po­wie­trza i po­jem­ni­czek ze zu­ży­ty­mi che­mi­ka­lia­mi wy­twor­ni­cy tlenu. Z cięż­kim wes­tchnie­niem wsta­ję i zdaję sprzęt do ozna­czo­nych po­jem­ni­ków. Au­to­mat zaj­mie się wszyst­kim. Świe­że sorty będą cze­ka­ły na mnie przed ju­trzej­szą szych­tą razem z kom­bi­ne­zo­nem, za­sob­ni­kiem wody pit­nej i na­ła­do­wa­ną lampą. Wszyst­kim, co po­trzeb­ne.

W końcu przy­cho­dzi moja kolej, by zrzu­cić z sie­bie pod­ziem­ną skórę i zmyć ro­ba­cze wy­dzie­li­ny po­kry­wa­ją­ce ciało. Trzy i pół mi­nu­ty luk­su­su pod stru­mie­niem le­d­wie cie­płej wody. Na wy­płu­ka­nie pia­sku, po­li­me­ru, błota i smaru z czu­pry­ny nie ma szans. Wła­śnie dla­te­go każdy z nas jest ogo­lo­ny na zero. Prak­tycz­nie.

W czy­stym przy­dzia­ło­wym kom­bi­ne­zo­nie staję na­prze­ciw pa­no­ra­micz­ne­go okna. Słoń­ce, ni­czym ma­leń­ka kro­pel­ka rtęci, wspi­na się po nie­bo­skło­nie coraz wyżej nad linią nie­od­le­głe­go ho­ry­zon­tu. Wiem, że gdzieś tam, w od­da­li, krąży wokół niego nie­bie­ska dro­bi­na. Nasz świat. Na jego po­wierzch­ni, za­mknię­ta w szkla­nej wieży co­dzien­nych spraw, czeka na mnie moja księż­nicz­ka. Czeka, aż robak skoń­czy drą­żyć swoją norę. Aż uzna, że za­gar­nął dość prze­strze­ni i czasu ludzi, któ­rzy stają się jego czę­ścią. Aż po­zwo­li mi wró­cić do domu. Do niej… 

 

Koniec

Komentarze

Opowieść głęboka jak geosynklina;)

Język jest trochę toporny i nie mam na myśli fuck’ów i to się cudownie komponuje z opowieścią.

Mnóstwo technicznych słów układa się w poezję.

 

Napisane technicznie, czyli fajnie. Jednak habitaty na powierzchni nie wydają się zbyt bezpieczne. Bardziej pasowały by tak co najmniej z siedemdziesiát metrów ppm. Z podwójnymi śluzami, zamykanymi automatycznie przy spadkach ciśnienia. Ale co tam mogę się mylić. Meteor pierdut, pozdrawiam :)

N-bio gas turbine reactor. Highvoltage Jet turbine wheel electrostatic generator;)

Kurka, segmenty z żywicy zmieszanej że skałą. No jakoś to przełknę. Jednak jeśliby w środku miała panować nieuciekająca atmosfera dla życia, to wypadałoby zaspoinować to czymś elastycznym ( różnice wymiarów spowodowane rozszerzalnością cieplną) wywiercić skośne otwory i nastrzyknąć elastomerem. Żeby było zabawniej, to znam inżynierów, fachowców roboli którzy potrafili by to zrobić. Czym i jak. Ale to już dziadki. Echh, prawdziwych inżynierów już nie ma:( Tu trzeba patrzeć, nie żeby woda się nie lała, tylko żeby atmosfera nie spier… wy już wiecie co :) pozdrawiam.

N-bio gas turbine reactor. Highvoltage Jet turbine wheel electrostatic generator;)

Cześć Ambush,

Dzięki za przeczytanie i komentarz. Cieszę się, że nie przesadziłem ze słownictwem. Mocno się zastanawiałem, czy nie potrzeba przypadkiem glosariusza, ale jak się dało przełknąć, to plus dla mnie :D.

 

Cześć AstridLundgren,

 

Kurka, segmenty z żywicy zmieszanej że skałą. No jakoś to przełknę. Jednak jeśliby w środku miała panować nieuciekająca atmosfera dla życia, to wypadałoby zaspoinować to czymś elastycznym ( różnice wymiarów spowodowane rozszerzalnością cieplną) wywiercić skośne otwory i nastrzyknąć elastomerem.

No właśnie, kurka, nie trzeba ;]. Całość jest tak pomyślana, że trzyma naprawdę wysokie ciśnienie. TBM bardzo często wprowadza się do szybu końcowego, który zalewa się wodą nawet do kilkudziesięciu metrów powyżej osi tunelu. Ciśnienie jest ogromne, a maszyna i tunel pozostają zupełnie szczelne. Na fotografiach wyraźnie widać, że tubingi mają w centralnej części otwór. Czego nie widać, to że ten otwór ma zawór membranowy, przez który zatłacza się pod ciśnieniem pulpę podsadzkową, tzw. zaczyn cementowy. Wypełnia się tak przestrzeń dookoła tunelu i uzyskuje pełne podparcie z calizną otaczającą wyrobisko, a przy okazji uszczelnia się całość. Krąg obudowy zabudowany wewnątrz maszyny zostaje połączony z poprzednim za pomocą śrub, lub plastikowych łączników zgniatanych. Same segmenty mają kształt trapezoidalny, więc się klinują, a wszystkie krawędzie są zabezpieczone kilkurzędowymi uszczelkami. Gdy krąg zostaje wypchnięty z maszyny siłownikami posuwu [a właściwie, to maszyna się od niego odepchnie, drążąc kolejny metr tunelu], to wszystko się bardzo ładnie schodzi i zostaje czasem tylko kontrolne dociągnięcie śrub o ćwierć obrotu. W czasie drążenia, gdy maszyna przesuwa się do przodu, podłącza się wspomniane wcześniej pompy podsadzkowe pod już wypchnięty krąg i pompuje, bacznie obserwując wzrost ciśnienia, żeby nie wywalić uszczelek. To wszystko :D.

Procedurę iniekcji chemicznej, którą opisujesz stosuje się zwykle w przypadku naprawdę grubego fuckupu ;]. Jeżeli inżynier zmiany to pierdoła, która nie potrafi policzyć prowadzenia obudowy i skoszenia maszyny względem niej, a do tego jest pobłogosławiony nerwowym pilotem TBMa, który jedzie na za dużym ciśnieniu w głównym posuwie, to może rzeczywiście dojść do otwarcia obudowy. Najczęściej dzieje się to na ostrych łukach. TBM za mocno odpycha się od już skoszonych segmentów i następuje wyboczenie i pęknięcie obudowy kilkanaście/kilkadziesiąt metrów w głębi tunelu. Wtedy zwykłe, dodatkowe podsadzanie przez zawory w segmentach może nie wystarczyć i trzeba wiercić trzy/cztery serie otworów iniekcyjnych i jedną/dwie upustowych. Prosta sprawa, tylko dość droga. Kubik zaczynu to są grosze, kubik żywicy akrylowej to parę tysi Euro.

 

Żeby było zabawniej, to znam inżynierów, fachowców roboli którzy potrafili by to zrobić. Czym i jak. Ale to już dziadki. Echh, prawdziwych inżynierów już nie ma:(

 

Też znam kilku inżynierów, którzy potrafią to zrobić, chociaż nie są dziadkami. Jednego nawet oglądam w lustrze codziennie rano przy myciu zębów :P. 

 

pozdro

M.

 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Mars, to przybyłam :) Mocno to techniczne, a co za tym idzie hermetyczne. Trudno było docenić, bo się zwyczajnie nie znam. Tak Bogiem a prawdą nie mam pojęcia, czym się to różni od fedrowania na Ziemi. Myślę, że fajnie wyglądałoby w jakiejś dłuższej bardziej fabularnej niż technicznej opowieści.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć!

 

Zdecydowanie nietypowe jest to opowiadanie, ale mnie wciągnęło. Nie znam się na opisywanych tu kwestiach technicznych, ale wszystko było na tyle sprawnie opisane, że nie czułam się zagubiona. Skupiłam się raczej na “ludzkim” aspekcie i on mi się tu bardzo podoba. Czuć to zmęczenie, monotonię, ryzyko i bycie częścią maszyny. Nie narzekałabym, na rozbudowanie tej koncepcji i dołożenie tu nieco fabuły, ale i tak była to ciekawa lektura. Tekst jest porządnie napisany i wyróżnia się koncepcją, a narracja jest poprowadzona bardzo sprawnie, więc zgłaszam do biblioteki.

Głuche dudnienie pulsuje w głowie miarowym rytmem.

Mnie się wydaje, że dudnienie zawsze jest głuche.

Ubrany w pomarańczowy kombinezon, z bezkształtną skorupą kasku podłączonego do maszyny pępowiną przewodów podtrzymywania życia, otoczony wskaźnikami, ekranami dotykowymi i blokami zaworów, sam zdaje się być jedną z części składowych, integralnym elementem robaka.

Czemu kask jest bezkształtny?

Niczym przekładnia, albo silnik elektryczny, wpasowany w miejsce, w którym ma wykonać określone zadanie.

I tylko tyle tego miejsca dla niego przewidziano.

Siedzi więc bokiem, na małym składanym krzesełku i klnie w żywy kamień.

Drobiny płonnej skały zaś, odseparują, wymieszają z polimerową żywicą i uformują w trapezoidalne tubingi, które, jeszcze ciepłe i wilgotne, zostaną przez szybkobieżną kolejkę odstawione z powrotem do komory wznoszenia obudowy, ukrytej głęboko w trzewiach robaka.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Cześć Irko,

 

Mocno to techniczne, a co za tym idzie hermetyczne.

No to mnie zmartwiłaś. Miałem nadzieję, że nie przesadziłem :/. Jak człeka coś cieszy, to by się tak chciał o tym rozbajać i rozdygresować, pozagłębiać w technikalia. Szkoda, ale wezmę pod uwagę następnym razem :D.

 

Tak Bogiem a prawdą nie mam pojęcia, czym się to różni od fedrowania na Ziemi.

Poza reaktorem nuklearnym, utrudnionym dostępem do tlenu i szerszym wykorzystaniem zaawansowanych materiałów – niczym. Bo tak naprawdę nie ma potrzeby stosowania czegoś innego, niż to, czym fedrujemy na Ziemi. Oczywiście odpuściłem sobie lasery, bajery, strumienie antymaterii i inne wynalazki sf. Jeżeli Elon się nie myli i rzeczywiście w ciągu 30 lat mamy szansę na rozpoczęcie kolonizacji, to technologia będzie wyglądała mniej więcej właśnie tak :D. Przynajmniej tak to widzę. 

 

Cześć Alicello,

 

Dzięki za łapankę. Czem prędzej poprawiam. Tylko tu nie rozumiem:

Mnie się wydaje, że dudnienie zawsze jest głuche.

 

Nie znam się na opisywanych tu kwestiach technicznych, ale wszystko było na tyle sprawnie opisane, że nie czułam się zagubiona.

No to miód na me serce. Irka mnie trochę zmartwiła, ale jeżeli było chociaż zrozumiałe, to już jest nieźle :D. Dziękuję serdecznie za polecenie.

 

Pozdro

M.

 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Tylko tu nie rozumiem:

Mnie się wydaje, że dudnienie zawsze jest głuche.

Chodziło mi o to, że wyszło masło maślane :) Może lepszy byłby inny przymiotnik. Ja bym zmieniła tak: Miarowe dudnienie pulsuje w głowie. Choć teraz się rymuje ;), to może najlepiej bez przymiotnika.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Aaa :D, bo do mnie trzeba prosto i dosadnie :D. W którejś wersji rzeczywiście miałem “miarowe”. Jeszcze się zastanowię :D.

Dzięki! 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Jak człeka coś cieszy, to by się tak chciał o tym rozbajać i rozdygresować, pozagłębiać w technikalia.

Hi, hi, właśnie o to chodzi :) Zrozumiałam, co piszesz. Byłam w kilku kopalniach, także takiej wciąż funkcjonującej, więc ze zrozumieniem nie było problemu. Chodzi właśnie o to, że dla mnie to co najwyżej ciekawostka, która nie wywołuje większych emocji. Wolałabym ją opakowaną w bardziej rozbudowaną historię.

Owszem, na końcu masz emocje bohatera – smutek, tęsknotę za odległym domem i kobietą, zmęczenie, ale dla mnie to ciut za mało, żeby się z nim zżyć, polubić go. Nie mówiąc już o tym, że wszystkie te emocje (przynajmniej te ludzkie) są na końcu.

Ty natomiast masz serce dla maszyny, uczłowieczasz ją, lubisz. I widać, że to twój konik, i mógłbyś tak godzinami ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć.

Dużo technicznego słownictwa było na plus jak i na minus. Fajnie, że występuje, bo pozwala na większą imersję z marsjańskim gruntem, a jednocześnie jego nagromadzenie stanowiło pewną barierę. Trudno to nazwać wadą, a raczej pewnego rodzaju trudnością dla laików górnictwa. :P

Podobał mi się zabieg mechanicznego ożywienia robaka i finałowa tęsknota za ukochaną, po procesie przeistoczenia z trybu podziemnego pracownika z powrotem na tryb “ludzki”.

Ponadto, fotografie to fajny dodatek. ;)

 

PS. Zgłaszam do biblio.

Hej, hej,

 

fajna ta historia. Podobają mi się te ożywienia, maszyna jak robak, toczący ciało planety, “stacja” jak zywy organizm, z sercem i żyłami pędzących wagoników. Bardzo ładnie to wszystko wyszło, mimo, że historia nie jest porywająca i nie ma jakiejśc konkretnej fabuły, wciągnęło i spodobało mi się :)

 

I właściwie jest to też mini zarzut, że jest to taki obrazek z życia a nie pelnoprawna historia. Obrazek bardzo atrakcyjny, ale obrazek.

 

Co do języka – dla mnie ekstra, nie za dużo technikaliów, płynnie i bez zgrzytów.

 

Klikam biblio.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Yo!

 

Jeśli tekst, któremu brak fabuły, w zasadzie brak jakiejkolwiek akcji, w dodatku będący mieszanką następujących po sobie infodumpowego tell i obrazowego show – ale takiego jak z filmu dokumentalnego – mnie wciągnął, to musi to być tekst bardzo dobrze napisany. I tak właśnie jest, bo obrazowość i techniczność opisów jest przebogata, a elementy show pozwalają odczuć normalność, w sensie naturalności, pokazywanej scenki. Jak w świetnie zrealizowanym filmie dokumentalnym właśnie :)

Ciekawie wypada końcówka, bo wcześniej pokazujesz co się dzieje na zewnątrz, opisujesz świat, a na końcu w tych kilku zdaniach przywołujesz konkretne uczucie, jakim jest tęsknota za kimś ukochanym. Ze świata maszyn, precyzyjnych obliczeń i bezdusznych realiów, przechodzisz w sferę emocji, i to zaledwie na przestrzeni kilku zdań. Podoba mi się taki zabieg, choć to nadal scenka bez fabuły ;)

Klikam więc i pozdrawiam serdecznie!

Q

Known some call is air am

Cześć Pany :D

 

Dzięki serdeczne za dobre słowo. Ostatnio mam odbój od pisania i nie ukrywam, że potrzebowałem trochę pozytywnej energii i feedbacku ;]. Od strony technicznej, cieszę się, że udało się złapać równowagę między infodumpem, a narracją. Trochę się bałem, że po prostu będzie nudne jak flaki z olejem hydraulicznym :P.

Ostatnio czytam sporo Zajdli i mocno złapała mnie koncepcja takiej demonizacji technologii. Przedstawienia jej jako istoty obdarzonej świadomością, która tłamsi, zniewala, zmusza człowieka do uległości. Ale samo zakończenie miało sugerować, że mimo wszystko zawsze będzie miejsce dla odrobiny ludzkich uczuć. 

 

Pozdro

M. 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Cześć, Morderco! 

Ależ to opowiadanie jest brudne! Wizja nieco odbiegła od mojej, ale daje do myślenia. Stawiałbym na zapewnienie komfortu pracy, w końcu to pewnie hmm… Który wiek? Ale może faktycznie, skoro trzeba takim robakom zapłacić za delegację na Marsa, to niech fedrują w pyle i brudzie :) ostatecznie musi się zgadzać kasa inwestora…

Bardzo fajnie napisane, obrazowe, z wykorzystaniem różnych zmysłów. Tu nie musiało być jakiejś wielkiej fabuły, żeby wciągnąć. 

 

Pozdrawiam i polecam! 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć Krokusie, 

 

Dzięki za dobre słowo. Wychodzi na to, że potrafię opowiadać o męczącej pracy nie męcząc przy tym Czytelnika :D. 

 

 

Stawiałbym na zapewnienie komfortu pracy, w końcu to pewnie hmm…

Z tymi maszynami jest tak, że im większa tym łatwiej się na nich pracuje. Takie, które drążą metro albo tunele drogowe, mają nawet klimatyzowane pomieszczenia sterowe, a pilot przychodzi do pracy w białym kołnierzyku :P. Ale to jest inna liga inwestycji. Górnik ma zawsze pod górkę. Tu się liczy jak najcieniej, jak najszybciej i jak najtaniej. 

 

Który wiek?

Obstawiam, że technologia nie zmieni się jakoś drastycznie. Główne techniki górnicze zostały wynalezione na przełomie XiX i XX wieku. Do chwili obecnej po prostu je udoskonalamy. Dopóki nie wejdziemy w jakieś lasery-bajery i antymaterię, to wszystko raczej będzie wyglądało tak, jak na ziemi. 

 

pozdro

M.

 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Hmmm. Bardzo techniczny tekst. Fabuła się nie zmieściła, jak wygodny fotel w robaku.

Gdybyś jeszcze wywalił odczucia narratora i jego towarzyszy, to w ogóle zostałaby Ci instrukcja obsługi. No, ładnie wymyśliłeś, jak może wyglądać górnictwo na Marsie, opisałeś. I?

Czy mniejsza grawitacja jakoś wpływa na ich pracę? A malutkie ciśnienie?

Babska logika rządzi!

Cześć Finklo,

 

Gdybyś jeszcze wywalił odczucia narratora i jego towarzyszy, to w ogóle zostałaby Ci instrukcja obsługi.

Za grzechy swoje przyjmuję ;]. Człek techniczny jestem, cóż poradzę? :D

 

Czy mniejsza grawitacja jakoś wpływa na ich pracę? A malutkie ciśnienie?

Ciśnienie możemy wywalić z równania, bo sami możemy sobie ustawić takie, jakie nam pasuje. Wyrobisko wykonane w tej technologii jest zupełnie szczelne. Zdarzają się przypadki, że warunki górniczo-geologiczne wymagają rozszczelnienia wyrobiska i wymuszają np. pracę w nadciśnieniu. Też wykonalne, choć niezbyt przyjemne i bardzo uciążliwe dla załogi. 

Z tego, co Internety podają, na grawitacja marsjańska wynosi 38% ziemskiej. Niskie ciążenie działa teoretycznie na plus.  Łatwiej podnieść 25 litrowy baniak ze smarem, pociągnąć kabel 40kV, czy zbudować wieżę szybową. Z drugiej strony, co się dzieje z układem kostnym, krwioobiegiem, układem nerwowym? Tu już nie jestem taki mądry i po prostu nie wiem, jak ekspozycja na ten czynnik wpływa na człowieka.

 

pozdro

M.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka