- Opowiadanie: mortecius - Prawdziwa opowieść wigilijna ZOZI

Prawdziwa opowieść wigilijna ZOZI

Czekam na nominację do piórka, bo inaczej uznam, że nie macie dystansu. Co, nie podobało się to gów... to znaczy, moje dzieło? Pomyślcie, że kilkoma głosami możecie zmusić całą Lożę do przeczytania. To będzie dla nich najlepszy prezent świąteczny! Wesołych świąt!

 

A teraz wymogi konkursowe:

 

Słowa z puli, których użyłem:

choinka

pierniki

karp

Święty Mikołaj

gwiazda betlejemska

prezenty

rodzina

śnieg

kolędy

bombki

renifer

sople

sanie

odkupienie

wigilia

dzwonki

król

narodziny

pasterz

wiara

śnieżyca

anioł

żłób

pierogi

niezapowiedziany gość

Pasterka

opłatek

Dziadek Mróz

elf

jemioła

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Prawdziwa opowieść wigilijna ZOZI

Pamięci Gieni, najwspanialszej pajęczycy, jaką w życiu miałem.

Żadne z nas nie było wierzące, więc może zamiast spoczynku w pokoju tym razem zagram kartą wiecznego polowanka na tłuściutkie karaczany.

 

 

Choinka przełożyła pień przez barierkę, odruchowo poprawiła lampki i triumfalnie spojrzała w stronę swoich zdębiałych przyjaciół.

– Tylko nie zdębiałych! – krzyknęła z niesmakiem srebrzysta jodła. Śnieżyca, pierniki i brzoza smoleńska pokiwały głowami.

– Pierdolę to! – krzyknęła choinka. – Mam was dość, skaczę. I tak mnie zrzucą na wiosnę, co za różnica, teraz czy kilka miesięcy później?

– Poczekaj. – Jako autor postanowiłem zainterweniować. – Może nie tak szybko, co? Skoro dynamiczny, zaskakujący wstęp do opowiadania mamy już za sobą, wrzućmy teraz jakąś retrospekcję. I ekspozycję. I nabijmy jeszcze ze dwa słowa z puli, bo póki co tekst się nam nie kwalifikuje.

– No, czemu nie – zgodziła się choinka po chwili namysłu. – W końcu żyję tylko tak długo, jak to piszesz.

– I wtedy, kiedy ludzie czytają – dodałem.

 

*

 

Gwiazda betlejemska siedziała za zasłoną z przydymionego szkła. Sople, śnieg i odkupienie siadły strategicznie po drugiej stronie stołu. Nie czuły się pewnie i obawiały się przedwczesnych roztopów. Odkupienie przysrało się do nich tak na trzeciego, bo taki miało styl. Lubiło się narzucać i wpierdalać tam, gdzie nikt nie chciał.

Wigilia miała standardowy przebieg. Pierniki smakowały jak gówno zmieszane z kredkami świecowymi, bezgłowy karp zostawiał w ustach poczucie winy zmieszane z nutką niezapowiedzianego gościa, chociaż mógł to być po prostu martwy noworodek, z którego zrobiono szczepionkę dla ryb. Pierogi zeschły i rozmawiały radośnie z dzwonkami, bo przy części stołu z kutią i pokrojonym królem panowała tradycyjna pustka. W innych częściach salonu panowała jednak świąteczna atmosfera i trwały liczne rozmowy:

– No, to kiedy ślub, co? Nie wstyd wam tak żyć na kocią łapę? Moglibyście się w końcu pobrać! Zrobimy niewielkie wesele, jakieś czterysta, może pięćset osób…

– Kiedy dzieci? No co, hehe, nie wiesz, jak się do tego zabrać? Wujek ci wszystko pokaże i wytłumaczy, reniferku! A może te rogi to nieprzypadkowe, co? Hehe! Polej wódeczki lepiej!

– I po co ci były te studia, co? Co ty po nich masz? Pracę? Wykształcenie? Mieszkanie? Za moich czasów to człowiek wchodził do rynsztoka i czekał, aż ktoś w końcu wyleje do niego gówno z pomyjami! A jakie święto było, jak trafił się tampon! Tydzień żeśmy ssali z niego krew, a jak się człowiek cieszył, kiedy trafił się taki ze strupami…

 

– Córcia, mówię ci: nie ma się po co szczepić, naprawdę, tam martwe płody tylko wstrzykują, a kto wie, czy na lewaka potem nie wyrośniesz! Maszty pińć-gie, to jest prawdziwe zagrożenie, a nie jakaś PLANDEMIA! Szmaty na mordzie nie będę nosić, bo nie!

– Kredyt? Jaki kredyt? Kiedy byłem młody to nic się nie kupowało, dopóki się nie uzbierało! Co prawda straciłem w ten sposób wszystkie oszczędności kilka razy, no i po drodze była jakaś inflacja, jakaś denominacja, no trafiło się… ale żadnych kredytów, co zrobisz, jak podrosną ci nogi procentowe? W dupie będziesz, ot co! Popatrz na mnie, żyjemy z żoną i dziewięćdziesięcioma sześcioma dziećmi w pokoju u rodziców i jakoś dajemy radę!

– Skurwysyny, rozkradły nam kraj…

Choinka nie wytrzymała napięcia. Rano wypiła cały zapas sosnówki, jaki został jej w domu. Miała pewność, że nikt nic nie wyczuje, w końcu sanie, wiara czy żłób nie miały nosów. Pozostała jednak zbyt trzeźwa, by jakoś przetrzymać te tortury, jakim było siedzenie z rodziną i znajomymi. Wkleiła dwa znaczki, zjadła osiem pieczarek, ale ból nie chciał odejść. Napierdolona jak szpadel podczas koncertu Dizzee’ego Rascala postanowiła, to, co powiedział kiedyś papież: dość. Wstała od stołu, kiwnęła elegancko pasterzowi, przelizała anioła pod jemiołą i poszła się zrzygać. W pijackim widzie nie trafiła jednak do odpowiedniego pomieszczenia, tylko wyszła na balkon. Tam zobaczyła coś, co wstrząsnęło nią do głębi.

Na balkonie stała stara, sztuczna sosna. Z plastiku.

– Jodła, ty skurwysynuuuuu! – wydarła się, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Jodła miał inną, sądząc po brakujących igłach swawolił od lat, ale żaden znajomy nie odważył się powiedzieć choince, że ma silikonową… pardon, plastikową rywalkę.

Koniec, pomyślała. Koniec, kurwa. Nawet mu się nie chciało jej schować porządnie. Nawet nie próbował ukryć przed rodziną, bo przecież elf, niezapowiedziany gość i opłatek wychodzili co chwilę na szluga.

Choinka przełożyła pień przez barierkę, odruchowo poprawiła lampki i triumfalnie spojrzała w stronę swoich zdębiałych przyjaciół.

– Tylko nie zdębiałych! – krzyknęła z niesmakiem srebrzysta jodła. Śnieżyca, pierniki i brzoza smoleńska pokiwały głowami.

– Pierdolę to! – krzyknęła choinka. – Mam was dość, skaczę. I tak mnie zrzucą na wiosnę, co za różnica, teraz czy kilka miesięcy później?

– Poczekaj. – Jako autor postanowiłem zainterweniować. – Może nie tak szybko, co? Skoro dynamiczny, zaskakujący wstęp do opowiadania mamy już za sobą, wrzućmy teraz jakąś retrospekcję. I ekspozycję. I nabijmy jeszcze ze dwa słowa z puli, bo póki co tekst się nam nie kwalifikuje.

– No, czemu nie – zgodziła się choinka po chwili namysłu. – W końcu żyję tylko tak długo, jak to piszesz.

– I wtedy, kiedy ludzie czytają – dodałem.

– No dobra, ale ten fragment już był. Mogłeś go chociaż przyciąć – skrzywił się jodła.

– Po co? Limit jest spory, pomieścimy się jakoś.

– No i co teraz? Choinka stoi w pół drogi od kilku minut, bo musisz popisywać się pseudośmiesznym opisem tradycyjnej, polskiej wigilii. Plujesz w twarz ludziom, którzy naprawdę wierzą w święta, w odkupienie, w literackie wartości na Nowej Fantastyce…

– Pozerzy! – krzyknął ktoś z tłumu.

– W skrócie, chcemy akcji. Krwi.

– A ty? – zapytałem choinki. – Też chcesz krwi?

– Chcę – odparła.

Mocą autorskiego piórka zepchnąłem choinkę z balkonu, a ona spadła i rozbiła sobie swój głupi ryj.

– Dość – rzuciłem szybko, zanim w salonie zaczęła się wrzawa i krzyki. – Ruszać dupy i wstawać. Znudził mi się ten opis, teraz będziemy zabijać. Ubierać kurtki, płaszcze dla Sonaty i walonki.

 

*

 

Pierwszy święty Mikołaj umarł od uderzenia wielką, cukrową laską. Czerwono-biała broń rozbiła mu potylicę, z której wypłynęła karminowa krew. Kolejny cios wgniótł czaszkę do środka, a fioletowy mózg prysnął na wszystkie strony.

– Niezły cios – pochwaliłem Dziadka Mroza, który kiwnął mi głową z uśmiechem.

A potem rozpętało się piekło.

Ludzie w galerii handlowej darli się wniebogłosy, rzucali prezentami, kasetami z kolędami i bombkami. Ale skoro postanowili obchodzić narodziny kogoś, kogo imienia tu nie napiszę, bo nie ma go w wymogach, skoro postanowili nie iść na pasterkę, która jest ostatnim słowem z listy, którego brakowało jeszcze w tym tekście, tylko spędzić czas na zakupach, to im się należało.

– Wojna na żarcie! – krzyknęły pierogi. Wyciągnęły zza pazuchy Panzerfausta i odpaliły w szklany sufit. W powietrzu zaroiło się nagle od elegancko ubranych kobiet z korporacji, które odpalały atomowe wrotki i podlatywały coraz wyżej, ku niebu. Spadające kawałki dachu zmieniły tor lotu i postanowiły uderzyć na Toruń, bo wykonawca sprowadził materiały z Bydgoszczy. Ludzie w galerii nie oberwali więc zbyt mocno.

– Dość tego! – krzyknął Gwiazdor. – Chcę wiedzieć, dlaczego Dziadek Mróz chodzi wszędzie z odstawioną dziunią!

– To moja wnuczka! – zaprotestował starzec. Stojąca za nim Śnieguraczka uśmiechnęła się uroczo i zatrzepotała rzęsami, po czym skoczyła na Gwiazdora z nożem do filetowania ryb. Udało jej się odciąć mu rękę i przygotować dwa zestawy sushi, które z miejsca zaczęły pałaszować korposzczury.

– Wolałem owocowe czwartki – mruknął jeden.

– I bakaliowe środy!

– A gdzie moja karta multisport?

– Co prawda zarabiam najniższą krajową, ale za to mam możliwość rozwoju w młodym i dynamicznym zespole!

– Dobra, do rzeczy! – krzyknąłem, korzystając z mojej mocy jako autora. – Mówiłem, mam godzinę, żeby to napisać, a to jakieś bzdury są. Czas zaraz minie, a trzeba przecież wypełnić limit po brzegi! Pamiętacie, jak byłem w jury? Był taki konkurs, Dobrze Być Złym! Fantastyczny, tyle wspaniałych tekstów… I ten genialny twist z Grand Prix i trzyosobowym podium… I pisanie tych zasranych komentarzy jurorskich, na które potem ludziom nie chciało się odpowiadać… Nawiasem mówiąc, FilipieWiju, jeszcze raz przyjmij moje przeprosiny za tamten komentarz, naprawdę nieco tam przesadziłem, a tekst nie był aż taki zły… O, wiem, polecę go teraz ludziom tutaj. Albo nie, w sumie polecę im Drogę na Skróty, to jednak lepsze.

 

*

 

Fragment niesponsorowany

 

*

 

Serio, przeczytajcie Drogę na Skróty FilipaWija. Powtarzam, FilipWij, Droga na Skróty. Fajny tekst. I zmyślny całkiem. I dobry tam pomysł był, i weszło dobre meta. Polecam. Powtórzę ponownie, Droga na Skróty i FilipWij. Pewnie i tak nie przeczyta tego opowiadania, więc mu nie mówcie, że poleciłem, niech ma niespodziankę. Podlinkuję go w ogóle w przedmowie, albo lepiej w pierwszym komentarzu, nikomu się nie będzie chciało przewijać tam na samą górę. W ogóle betowałem ten tekst, wiecie? W sensie, nie ten, tu pewnie nie zdążę, tylko Drogę na Skróty betowałem. Szczerze mówiąc za dużo tam nie było do czyszczenia nawet. Śmieszna sprawa, tak w ogóle, najpierw skrzywdziłem kolegę FilipaWija nieprzemyślaną opinią jurorską, potem poprztykaliśmy się jeszcze trochę w komentarzach, a potem nagle on mnie betował, a ja jego. Kibicowałem mu, kiedy został Dyżurnym, ale coś go nie widuję ostatnio. A trochę szkoda, przecież to dzięki niemu Krokus ma swój podpis na NFie. No i fajny ten avek FilipaWija, wije są spoko! Hodowałem trochę owadów w życiu, ale skolopendry nigdy. W ogóle wiecie, że jak macie w domu skolopendrę i Wam nawieje, to trzeba wiać, aż się kurzy? Naprawdę, zanim się ucieknie trzeba rozrzucić trochę kurzu, prochów czy czego tam, bo jak się nie będzie kurzyć, to skolopendra wyjdzie z kąta i Was zje.

Tak naprawdę to nie. Ale serio, jak już hodujecie skolopendry, to uważajcie. Piękne skurwysyny, ale groźne jak picie wody z kranu bez przegotowania. I jadowite. Żeby nie było, że mój tekst nie ma żadnej wartości, napiszę teraz, co należy zrobić, jak Wam ucieknie skolopendra:

1. Uważacie. Jak jasna cholera. To jest podstawa. Ale skoro macie w domu groźnego, wielkiego owada to pewnie to już wiecie. Jednak musiałem napisać.

2. Bierzecie wilgotną szmatę. Jeśli nie macie akurat pod ręką Pawła Kukiza, możecie użyć koszulki albo spodni. Ważne, żeby zmoczyć je nieco pod bieżącą wodą.

3. Dajecie szmatę, koszulkę czy co tam wzięliście do kąta pomieszczenia. Najlepiej, żeby w pobliżu nie było mebli, to ułatwi jeden z kolejnych kroków.

4. Opuszczacie mieszkanie. Jeśli macie w nim inne zwierzęta najlepiej zabrać je ze sobą. Chyba, że niezbyt je lubicie.

5. Wracacie rano. Żeby nie było, bo dla każdego „rano” to coś innego, to nieco uściślę: najlepiej tak typu ósma, może dziewiąta. Bierzecie jakiś długi kij, może być od szczotki czy coś. Ten punkt łatwo zapamiętać, bo rymuje się z „wij”, a skolopendra to w końcu wij. I sprawdzacie, czy skolopendra się złapała. Lubią wilgotne miejsca, jest spora szansa, że się tam schowała w nocy. Jak tam jest to nie próbujcie jej utłuc kijem, to dumne i piękne zwierzęta, szkoda ich życia na takiego gamonia, który nie upilnował i dał uciec. Weźcie wiadro, miednicę czy co tam macie w domu i przykryjcie szmatę od góry.

6. Zadzwońcie po kogoś, kto będzie umiał zająć się skolopendrą, adoptuje ją, da jej nowy dom, a potem będzie łożyć na utrzymanie, pośle na studia, może nawet da na wkład własny na mieszkanie. Ewentualnie solennie obiecajcie, że nigdy więcej nie będziecie tak lekkomyślni. Mi kiedyś uciekł pająk, ale skurczysyn był cwany jak cholera: miał odpowiednie terrarium i wszystko, ale ani w sklepie, ani w internetach nie ostrzegli mnie, że Acanthoscurria geniculata potrafi kolcami jadowymi stopić plastik gruby na pół centymetra i wyjść na przechadzkę po mieszkaniu. To były dość nerwowe trzy tygodnie. Potem obiecałem pajęczycy (to była ona), że poprawię się i sprawdzę wszystko po kilka razy. I żyliśmy długo w zgodzie, karmiłem ją karaczanami madagaskarskimi, aż w końcu opuściła ten padół łez.

Szczerze mówiąc nadal trochę mi jej brakuje.

 

*

 

A, to tam wyżej to totalnie dlatego, że jak mi ktoś potem zarzuci, że napisałem tekst bez żadnej wartości, to będę mógł bez żenady zaprzeczyć i powiedzieć, że przynajmniej teraz już wie, co robić, jak mu ucieknie skolopendra.

 

*

 

– Dobra – powiedziałem jako autor – co prawda nadal mamy nieco wolnego limitu, ale kończy się czas na pisanie, a jest tuż przed świętami, więc nie będzie kiedy nic dopisać. I tak bym chciał to jeszcze sprawdzić, przecież nikt tu nie wpadnie z łapanką, a potem te błędy zawisną na wieki. Kończymy, panowie!

– Ale jak to? – jęknęli zgodnie Dziadek Mróz, Gwiazdor, Śnieguraczka, anioł, jodła, sople i cała reszta słów kluczowych, których nie chce mi się przepisywać.

– A tak! – powiedziałem triumfalnie.

A potem z nieba przyleciał wielki meteoryt i rozpierdolił całą galerię w drobny mak, zabijając wszystkich na miejscu. Powalane gównem jelita, borsucze sutki sprzedawane jako smakołyk, zęby mleczne i tanie, chińskie skarpety wzbiły się w powietrze. Przetrwała tylko śnieżyca, bo podczas akcji wyskoczyła na moment na kebab.

 

– O, mam jeszcze nieco miejsca – zauważyłem. – Serio, z 2k luźno. Skopiuję coś na koniec, może nie zauważą?

 

A potem z nieba przyleciał wielki meteoryt i rozpierdolił całą galerię w drobny mak, zabijając wszystkich na miejscu. Powalane gównem jelita, borsucze sutki sprzedawane jako smakołyk, zęby mleczne i tanie, chińskie skarpety wzbiły się w powietrze. Przetrwała tylko śnieżyca, bo podczas akcji wyskoczyła na moment na kebab.

– O, mam jeszcze nieco miejsca – zauważyłem. – Serio, ponad 1k luźno. Skopiuję coś na koniec, może nie zauważą?

 

A potem z nieba przyleciał wielki bambusowy kij do skrobania pleców i rozpierdolił całą galerię w drobny mak, zabijając wszystkich na miejscu. Powalane gównem jelita, borsucze sutki sprzedawane jako smakołyk, zęby mleczne i tanie, chińskie skarpety wzbiły się w powietrze. Przetrwała tylko śnieżyca, bo podczas akcji wyskoczyła na moment na kebab.

 

– O, mam jeszcze nieco miejsca – zauważyłem. – Serio, jeszcze luźno. Skopiuję coś na koniec, może nie zauważą? I w ogóle w tym ostatnim zmieniłem jedno słowo. Komuś chce się sprawdzić?

 

A potem z nieba przyleciał wielki bambusowy kij do skrobania pleców i rozpierdolił całą galerię w gruboziarnisty pieprz, przyprawiając wszystkich na miejscu. Pachnące lawendą jelita, borsucze pazury sprzedawane jako pasta do zębów, ekologiczne mleko migdałowe i kurewsko drogie skarpety z Norwegii wpadły do oceanicznej wody. Przetrwała tylko śnieżyca, bo podczas akcji miała czerwone lica jak nietoperzyca co po łące wesoło kica.

 

Dobra, serio, wystarczy. Życzę wesołych świąt.

 

P.S. CM, czekam na Twój komentarz. I jakiś fajny link, ostatnio był średni. I weź coś napisz nowego w końcu.

Koniec

Komentarze

O, cholera! Przeczytałem to.

 

Nie ma wymaganej puli słów do komentarzy więc użyję własnej:

Bulbulator,

Kosiarka,

Dyfuzja,

Kaczka,

Dekapitacja,

Pinokio,

Obdzieranie ze skóry

 

Tyle pewnie nie wystarczy, ale mam to już gdzieś.

 

Nie pamiętam co było pierwsze – opowiadanie Wija, czy mój podpis, ale na pewno pojawiły się w podobnym czasie.

 

Mort, taki ze mnie znawca absurdu, jak z Wija celebryta, ale porównując do “Księżniczki w opałach”, tutaj były jedynie momenty. Co nie znaczy, że się nie uśmiechnąłem ;)

 

No i na uwagę zasługuje praktyczna strona opowiadania, jakże rzadko spotykana, a niezwykle cenna.

 

Tyle pewnie nie wystarczy, ale mam to już gdzieś.

 

Co nie znaczy, że się nie uśmiechnąłem ;) jak z Wija celebryta O, cholera! czy mój podpis, porównując do “Księżniczki w opałach”, na uwagę zasługuje praktyczna strona opowiadania, Mort, taki ze mnie znawca absurdu

.

Degrengolada jest ostatnim słowem, którego brakuje w tym komentarzu.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Siema, Krokus! Dzięki za wizytę! Kaczka fajna, kosiarka niefajna, ale ogółem na plus! Degrengolada ;)

Chciałbym też skorzystać z prawa nominowania do biblioteki – w regulaminie i zasadach nie ma żadnego punktu, paragrafu ani zapisu, który uniemożliwiałby autorom zgłaszania własnych tekstów. Z uwagi na to zostawiam pod swoim tekstem merytoryczny komentarz.

No, nie da się ukryć, że to opowiadanie jest nieco nietypowe! Przyznam szczerze, że nieco ciężko było mi śledzić fabułę, wydawała mi się miejscami wręcz pretekstowa, ale udało mi się jakoś dobrnąć do samego końca. Nieco gubiłem się w gąszczu bohaterów, dodatkowo nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób śnieżyca zjadła kebab. Czy zjadła go w sposób metaforyczny, schładzając do tego stopnia, że zamarzł na kość i nie był dalej możliwy do skonsumowania, czy raczej w dosłowny? Czy mamy tu do czynienia z uosobieniem/personifikacją, a śnieżyca jest po prostu bożkiem, awatarem zjawiska pogodowego w ciele kobiety? Niestety, pytanie pozostaje bez odpowiedzi.

Korzystając z okazji, chciałbym też sobie serdecznie podziękować za nominację!

 

Edit: jak się okazuje, mogę również nominować do Piórka, co niniejszym czynię.

Jak byłam gdzieś tak w połowie i zaczęłam czytać o choince, co przełożyła pień przez barierkę i chciała skakać, to miałam takie fajne deja-vu. Ładnie to wkomponowałeś, bo się zorientowałam dopiero później ;) Ale ten manewr to jest dobry raz, późniejsze fragmenty copy-paste już takie fajne nie były. W ogóle, limit dolny jest niższy niż górny i tak naprawdę, to nie musiałeś…:P

Podobał mi się motyw wspominania użytych słów kluczowych. Za każdym razem coś mnie w nim rozśmieszało. Najmniej podobała mi się reklama opka FilipaWija, ale może dlatego, że nie lubię reklam w ogólności :P

Kolorowy robaczek ładny, żałuję tylko, że nie dałeś zdjęcia pajęczycy Gieni. Wielka i śliczna musiała być, jak umiała sobie poradzić z grubym plastikiem *-*. Zdjęcie poglądowe w każdym razie cudne. Głaskałabym po tych 8 nóżkach, takie śliczne i kosmate :) I tak ładnie posegmentowane.

I w zasadzie, to nie wiem po co piszę długi komentarz, skoro kliknąć mogę sama :>

No, nieźle tu pojechałeś. Dobrze, że dałeś tag “bizarro”. :D

Szalone opowiadanie, fajnie, lekko napisane, z humorem czarnym i nieczarnym, z przepalanką przeplatanką smaczków typu. brzoza smoleńska. 

Faktycznie trochę za dużo tego Wija (też nie jestem fanką reklam, wzmianka by mi wystarczyła :P, tak czepiam się, nawet ja się czasem czepiam :D), jednak gdyby nie ta wzmianka, to czy można by było nazwać to opowiadanie pouczającym i wartościowym? A no nie, bo wzmianka o wiju, a potem o skolopendrze sprawia, że opowiadanie jest wartościowe i pouczające, no bo wiesz… już wcześniej wiedziałam, że norweskie skarpetki są drogie, a chińskie jadą wonią taniochy (oidrin, jeśli tu jesteś, nie bij, chińskie jest dobre, chińskie jest ładne, nie wywołujmy wojny japońsko-chińskiej o jakość skarpet ;))

Podsumowując: podobał mi się absurdalny humor, podobała mi się perspektywa, choinka jako bohaterka wyszła super, Autor również i w ogóle całe to towarzystwo, no może oprócz tych korposzczurów pożerających obcięte ramię. ;)

Genia jest naprawdę urocza. :>

Jeśli chodzi o skolopendrę, to nie chciałabym mieć tego w domu. :p

Idąc za: Yokai. Tajemnicze stwory w kulturze japońskiej: 

Mukade jest gatunkiem skolopendry (potocznie nazywanej stonogą): istniejącym naprawdę stawonogiem, uważanym równocześnie za yōkai.”

 

Good job!

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Hej, Żurawinku!

Zaczęło się sympatycznym absurdem, ale później przekroczyłeś moją tolerancję na absurd. A potem jeszcze zdublowałeś sam siebie w tym przekroczeniu.

Na pewno opowiadanie jest nietypowe, to na plus. Ale za daleko odjechane od tego, co uważam za normę.

Babska logika rządzi!

Mocne, ale nie za mocne. Psiakrew, mogłoby być naprawdę niezłe, jest przekombinowane. Trza byłoby pewnie jakieś fragmentami skorygować, wyciąć, co zbędne, zostawiając potrzebne, lecz momenty niebywałego sztosu są! ^^ 

W zasadzie zaczyna się lekko sypać od Jodły-jodły i w chodzi w oscylację anharmoniczną, staje się hermetyczne z nieprzewidywalnym  czasem drgań. ;-) 

Przeplatanka z Autorem misię! Fenomenu Zozi nie znałam, teraz już poznałam. 

Jakby co, ze skolopendrą już wiem, jak postępować, gdy przypadkiem zobaczę ją schowaną w ubraniach. 

Sprawne pisanie. :D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Pięknie dziękuję Czytającym, chciałem tu teraz wrzucić jakiś absurdalny żart albo coś w tym stylu, ale jestem spompowany z energii po świętach. Bardzo więc proszę, wyobraźcie sobie teraz coś dziwnego i subtelnie śmiesznego, albo jeśli wolicie to coś subtelnie dziwnego i śmiesznego, typu mnie w stroju żurawiny (Finkla ;)) albo żurawinę w moim stroju, i umówmy się, że zaliczone ;p Ewentualnie możecie zjeść coś komuś z lodówki i zwalić na mnie, nie będę oponował.

Tekst bardzo meta, jest w tym kotle wszystko, co się zmieściło i jeszcze więcej, a przy tym napisane tak sprawnie, że leci się przez to jak śnieżyca (ta, co wyskoczyła na kebaba). Jest tu kilka takich perełek, przy których uśmiechnęłam się szczerze (bo nie będę ściemniać, że sztywniak taki jak ja śmiał się do monitora), ale których nie chce mi się szukać i wklejać w komentarz. No ale wspominam, że są, byś czuł się doceniony. Dodatkowe +10000 punktów za wspomnienie o konkursie na złola. Poza tym doceniam instrukcję łapania zbiegłej skolopendry. Zapewne nigdy nie stanę przed takim problemem, ale nie po to ma się mózg, żeby nie pamiętać żadnej bezużytecznej informacji.

Masz w tekście nieuzasadnioną japę (znaczy się, linijkę odstępu w środku sceny), wysłałam Ci screena, więc ogarnij się, człowieku.

No. Takie bizarro to ja mogę czytać!

Doceniam tagi i akcję z nominacjami. O takich użytkowników tego portalu nic nie robiłam.

xD (obowiązkowe iks de)

Idę nominować do biblio

No, cudnie mi się czytało. Pomysł na samobójstwo choinki – odjechany, jej droga ku tej decyzji – życiowa, niestety. Przy ostatniej kropli goryczy mi się uśmiechnęło (wrednam, prawda?) Pojawienie się autora we własnej osobie i dokonany przez niego zamach… No, nie lubię przestępców, ale kto z nas bez winy… W każdym razie kamieni nie mam pod ręką ;)

Przeskok do galerii – też dobry, ale za krótki, bo… (rozszerzę później).

Oklapłam przy reklamie. W telewizji reklamy są potrzebne i przydatne, bo zawsze można podskoczyć do kuchni i herbatkę zrobić, albo pobiec do kibelka. Przy tekście niby też można, ale kiedy człowiek wraca, reklama nadal tam jest. Szczęściem krótka była, i nawet zainteresowała, bo nic tak nie podkręca czytającego, jak dobra rozpierducha, a wyglądało na to, że pod reklamowanym produktem takowa była. Miałeś jednak rację, nie chciałoby mi się lecieć do góry i szukać linka. Problem w tym, że w dół też mi się nie chciało ;)

Nawet bym reklamę przełknęła, ale po niej płynnie przeszedłeś do bloku edukacyjnego. Nie żebym nie lubiła, dobry dokument zawsze u mnie wygra z filmem, ale muszę przyznać, że skolopendra jakoś mnie nie zainteresowała. Co innego acanthoscurria geniculata, ale jej poświęciłeś mniej miejsca, a szkoda. Poza tym, jak nie jestem fanatyczną wyznawczynią zasady show don’t tell, to tym razem chętnie był zabaczyła i poczuła te trzy koszmarne tygodnie ;)

I już tłumaczę, czemu scena w galerii była za krótka. A bo zdążyłam o niej zapomnieć po tym bloku niesponsorowanym. I chwilkę trwało, nim zorientowałam się, o co chodzi z meteorytem.

Kliczka dam, bo rozbawiłeś mnie całokształtem (wliczając wstęp i komentarze), ale od razu zaznaczam, że w razie W będę na nie :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dobra, żeby poprzednie Komentujące nie czuły się pominięte, odpowiadam teraz na wszystkie zaległe komentarze ;p

 

Bella:

I w zasadzie, to nie wiem po co piszę długi komentarz, skoro kliknąć mogę sama :>

No jak to, żeby otrzymać tzw. REAL FOTO Gieni innym kanałem xD

 

Sara:

(oidrin, jeśli tu jesteś, nie bij, chińskie jest dobre, chińskie jest ładne, nie wywołujmy wojny japońsko-chińskiej o jakość skarpet ;))

Czekam na wojnę. Obiecuję być w miarę bezstronny*

*jeśli otrzymam takie same łapówki od obu stron

 

Poza tym oidrin wszystko wie, wszystko widzi i wszystko osądza xD

 

Idąc za: Yokai. Tajemnicze stwory w kulturze japońskiej: 

Mukade jest gatunkiem skolopendry (potocznie nazywanej stonogą): istniejącym naprawdę stawonogiem, uważanym równocześnie za yōkai.”

A za to dziękuję, mega fajne~!

 

Finkla,

dzięki za wolontaryjną wizytę!

Hej, Żurawinku!

Że serio to pamiętasz xD

Zaczęło się sympatycznym absurdem, ale później przekroczyłeś moją tolerancję na absurd. A potem jeszcze zdublowałeś sam siebie w tym przekroczeniu.

Na pewno opowiadanie jest nietypowe, to na plus. Ale za daleko odjechane od tego, co uważam za normę.

Biorę to jako komplement!

 

Asylum:

W zasadzie zaczyna się lekko sypać od Jodły-jodły i w chodzi w oscylację anharmoniczną, staje się hermetyczne z nieprzewidywalnym  czasem drgań. ;-) 

Wesołe ;)

Przeplatanka z Autorem misię! Fenomenu Zozi nie znałam, teraz już poznałam. 

Bawiąc-uczy.

 

Silva,

Tekst bardzo meta, jest w tym kotle wszystko, co się zmieściło i jeszcze więcej, a przy tym napisane tak sprawnie, że leci się przez to jak śnieżyca (ta, co wyskoczyła na kebaba).

I sushi.

Jest tu kilka takich perełek, przy których uśmiechnęłam się szczerze (bo nie będę ściemniać, że sztywniak taki jak ja śmiał się do monitora)

Wiadomo

ale których nie chce mi się szukać i wklejać w komentarz.

Wiadomo!

No ale wspominam, że są, byś czuł się doceniony.

Dzięki xD

Dodatkowe +10000 punktów za wspomnienie o konkursie na złola.

DBZ FTW

Poza tym doceniam instrukcję łapania zbiegłej skolopendry. Zapewne nigdy nie stanę przed takim problemem, ale nie po to ma się mózg, żeby nie pamiętać żadnej bezużytecznej informacji.

Różnie bywa w życiu…

Masz w tekście nieuzasadnioną japę (znaczy się, linijkę odstępu w środku sceny), wysłałam Ci screena, więc ogarnij się, człowieku.

Teraz to zostawię na złość.

 

Irka,

jeżu hrywno, jaki długi komentarz! Ale miło ;)

Nawet bym reklamę przełknęła, ale po niej płynnie przeszedłeś do bloku edukacyjnego. Nie żebym nie lubiła, dobry dokument zawsze u mnie wygra z filmem, ale muszę przyznać, że skolopendra jakoś mnie nie zainteresowała.

Poczekaj poczekaj, jeszcze zobaczysz, jak nam się klimat ociepli, a komuś hodowla wymknie spod kontroli…

Co innego acanthoscurria geniculata, ale jej poświęciłeś mniej miejsca, a szkoda. Poza tym, jak nie jestem fanatyczną wyznawczynią zasady show don’t tell, to tym razem chętnie był zabaczyła i poczuła te trzy koszmarne tygodnie ;)

Tak dla zabawy masz teraz możliwość strzału, gdzie znalazła się Gienia. Naprawdę nietypowe miejsce xD Jak trafisz, to się przyznam!

I już tłumaczę, czemu scena w galerii była za krótka. A bo zdążyłam o niej zapomnieć po tym bloku niesponsorowanym. I chwilkę trwało, nim zorientowałam się, o co chodzi z meteorytem.

Zawsze chciałem skończyć opowiadanie meteorytem, ale oczywiście na koniec przypałętał mi się CM i nie do końca wyszło ;x

Kliczka dam, bo rozbawiłeś mnie całokształtem (wliczając wstęp i komentarze), ale od razu zaznaczam, że w razie W będę na nie :)

Ależ nie liczyłbym na nic innego niż komplet NIEtów (względnie Нетов)! Raz, że to nie jest opowiadanie pisane, żeby cokolwiek zdobyć, a dwa, że może zostańmy na razie przy razie ;)

Doceniam, że pojawiłaś się tu bez aktywnej nominacji ;)

 

 

No jak to, żeby otrzymać tzw. REAL FOTO Gieni innym kanałem xD

To brzmi jakbyś mi potajemnie przesłał arachnoporno ;)

To niepokojące, że lekkim piórem da się sprzedać treści nawet tak losowe. Z zaskoczenia nie tylko dotarłam do końca tekstu, ale też podążyłam za reklamą i dałam się dokształcić w zakresie hodowli pareczników. Jestem rozbawiona i pod wrażeniem :)

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Bella,

To brzmi jakbyś mi potajemnie przesłał arachnoporno ;)

E, porno to tylko z pterodaktylami.

 

Anoia, dzięki za wizytę i cieszę się, że reklama zadziałała chociaż na jedną osobę ;p

Przeczytane.

Pojechane mocno. Zazdroszczę wyobraźni.

P.S. CM, czekam na Twój komentarz.

Piszesz, masz. ;-)

I nie, ta reguła nie działa za każdym razem. :D

 

Z zapisków czytelnika, czyli fragment pamiętników z wyprawy jednoosobowej grupy malkontentów i hipochondryków przez konkurs świąteczny:

 

W trakcie wyprawy przez konkurs świąteczny udało się trafić na osobliwe zjawisko. Wstępne oględziny wskazują, że jest to prawdopodobnie opowiadanie bez sternika z rodziny tysiąc i jeden drobiazgów w tekście. Przy pierwszej próbie wyceny owego znaleziska zwróciłem uwagę na wartościowy, przyciągający wstęp ze sporą, acz nieprzesadzoną dawką absurdu. W tako dalszych prac badawczych udało się odkryć rzadką umiejętność zabawy formą oraz ciekawy pomysł na wyjście poza sztywne ramy opowiadaniowych schematów w postaci wstawek autorskich.

Tekst zdradza pewne oznaki literackiej patologii, co tłumaczy się negatywnym wpływem tagów, w szczególności “bizaroo”, które w niektórych kręgach bywa uważane za gatunek/tag z literackiego marginesu. ;)

Opowiadanie, pozbawione sternika, wydaje się konstrukcyjnie upośledzone, co wynika zarówno z przyjętej konwencji, jak i pewnej biedy czasowej (jaka ów tekst ściskała, aż piszczało), co objawia się koniecznością występowania u czytelnika odporności na absurd w skrajnie dużym stężeniu. Tekst zdradza również pewne braki kondycyjne, gdyż w drugiej części ewidentnie zaczyna mu już brakować witalności i energii, jaką prezentował w pierwszych akapitach.

 

I jakiś fajny link, ostatnio był średni.

Skoro gardzisz świnkami, to może koń Ci podejdzie.

https://www.youtube.com/watch?v=e9InGnQPlts

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Siem ANDO i MTF, mam nadzieję, że nie nanieśliście za wiele błota

 

Jest i CM!

 

Piszesz, masz. ;-)

I nie, ta reguła nie działa za każdym razem. :D

;x jeszcze zobaczymy

 

Z zapisków czytelnika, czyli fragment pamiętników z wyprawy jednoosobowej grupy malkontentów i hipochondryków przez konkurs świąteczny:

Fajne to wyszło xD

 

 

Tekst zdradza pewne oznaki literackiej patologii, co tłumaczy się negatywnym wpływem tagów

xD nie spodziewałem się, że ktoś czyta tagi, a to już trzecia osoba tutaj!

, w szczególności “bizaroo”,

a co to za błąd ;x

które w niektórych kręgach bywa uważane za gatunek/tag z literackiego marginesu. ;)

;x

Opowiadanie, pozbawione sternika, wydaje się konstrukcyjnie upośledzone, co wynika zarówno z przyjętej konwencji, jak i pewnej biedy czasowej (jaka ów tekst ściskała, aż piszczało), co objawia się koniecznością występowania u czytelnika odporności na absurd w skrajnie dużym stężeniu. Tekst zdradza również pewne braki kondycyjne, gdyż w drugiej części ewidentnie zaczyna mu już brakować witalności i energii, jaką prezentował w pierwszych akapitach.

Niestety musiałem iść do pracy ;x

 

I jakiś fajny link, ostatnio był średni.

Skoro gardzisz świnkami, to może koń Ci podejdzie.

https://www.youtube.com/watch?v=e9InGnQPlts

A to spoko, weszło dobrze xD

Dla mnie trochę zbyt dziwaczne. Ale nie czytało się źle ;)

Przynoszę radość :)

Anet,

Ale nie czytało się źle ;)

Fajnie ;)

Hahahaha!!1!jeden!11 XDXD

O kutwa, człowieku, jak ja się śmiałem w kilku momentach, to nawet nie wiesz. Może to dlatego, że jestem aktualnie spizgany, ale wydaje mi się, że gdybym nie był, to też bym się śmiał. Poleciałeś tutaj takim absurdem, w dodatku podlanym świetnymi nawiązaniami do tego i owego (i rozwaliła sobie ten głupi ryj :D), burzeniem czwartej ściany, piątej ściany, ściany płaczu i ściany deszczu, a potem zrobiłeś to co robi każdy szanujący się dicopolowiec, czyli zapętliłeś końcóweczkę, żeby jeszcze poumcała do limitu, dodając do niej tylko kilka rzępnięć na kibordzie tu i ówdzie.

To je dobre, to je smaczne, to je durne i dziwaczne, klikałbym gdybym musiał, ale ktoś już wcześniej przybył, ocenił i docenił, więc nie muszem.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Dzięki piękne xD życzę całkowitego braku kaca!

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nowa Fantastyka