- Opowiadanie: Outta Sewer - Eleos

Eleos

To chyba najbardziej depresyjny tekst, który napisałem, więc ostrzegam, że może okazać się wyjątkowo ciężkostrawny. Tym razem nie dodałem większości tagów, bo choć (wyjątkowo!) istnieją odpowiednie, to nie chcę niczego sugerować w kwestii interpretacji.

Tekst powstał na bazie fragmentu na jedno z wyzwań, a forma jest celowa, nie zacinał mi się miejscami – jak sugerowała Kam – enter ;)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Eleos

Wczoraj postawili przed blokiem eutanazer.

Srebrna obudowa przypominającego jajko urządzenia błyszczy nowością. Górna część korpusu opatrzona jest logiem medkorpu Kyrios, na dolnej wytłoczono słowo Eleos, nazwę modelu. Boczne panele dotykowe mrugają zachęcająco obrazkami szczęśliwej rodziny: dwójka dorosłych i dwoje dzieci, siedzą na kanapie przed stolikiem, uśmiechając się znad pękatej urny ustawionej na środku blatu. Nie mam pojęcia co ten obrazek ma wspólnego z usankcjonowanym samobójstwem. Skąd to szczęście?

Nie ma już takich rodzin. Szczęścia też już nic nie zostało.

Przyjdź, zabij się, będzie ci lżej.

Do zapomnienia jeden krok, jeden, jedyny krok…

Jest ich coraz więcej. Idąc przez pełne ludzkich cieni miasto, nie sposób nie natknąć się na któreś, czy to przed smutną galerią handlową, przy odczłowieczonym rynku, pod opustoszałą szkołą lub na zapomnianym kościelnym placu. Tak jak kiedyś automaty vendingowe albo paczkomaty, teraz przyszedł czas na trupomaty.

Jeden, jedyny krok, nic więcej.

Nie śpię. Siedzę w kuchni, skąd mam dobry widok. Z nosem przyklejonym do szyby, obserwuję czy ktoś zdecyduje się skorzystać.

W środku nocy pojawia się grupka ludzi, tych prawdziwych, w kapturach naciągniętych głęboko na głowy. Chcą być anonimowi, boją się rozpoznania, choć to przecież żadne przestępstwo. Jeden podchodzi do panelu, niepewnie klika, potem stoi tam dłuższą chwilę. Czyta informacje, które maszyna usłużnie wyświetla mu w wesolutkich barwach, na tle zdjęć kojarzących się ze szczęściem i błogością.

Tylko czyta.

O czym myśli?

Sam kiedyś zdecydowałem się podejść do jednej z tych maszyn i zapoznać się z jej działaniem. Zarzuciła mnie informacjami marketingowymi, poradnikami, całym cholernym pakietem bełkotu dla konsumenta. A zrobiłem to tak, jak oni – w nocy, z maską zasłaniającą twarz, bacznie rozglądając się, czy nikt mnie nie widzi. Ciemna postać w kapturze, stojąca naprzeciw błyszczącego ustrojstwa, po wejściu do którego można spotkać inną ciemną postać w kapturze.

Tyle, że ta druga ma kosę, co błyszczy nowością. Jak eutanazer.

Dopóki kusi nocy mrok, do zapomnienia jeden krok.

Przed trzecią w nocy zakapturzeni odchodzą, a po siódmej opuszczam stanowisko obserwacyjne. Obmywam twarz, krople osadzają się na wargach. W ustach czuję dziwny posmak, przez który przestałem pić wodę z kranu, nawet przegotowaną.

Źle się czuję, to pewnie przez odwodnienie. Ostatnia zgrzewka mineralnej skończyła się w sobotę, nie miałem kiedy kupić nowej. Więc nie piłem. Tylko kawę wczoraj rano, ledwo przełknąłem, ale inaczej nie dałbym rady zwlec się z łóżka. No i jeszcze herbata wieczorem, równie ohydna.

Przebieram się w drugi komplet ubrań roboczych i wychodzę.

Powietrze też pachnie inaczej niż kiedyś.

Przed pracą odwiedzę matkę.

 

***

 

– Przepraszam – bąkam, potrącając w autobusie wysokiego mężczyznę w czarnym kombinezonie.

Odwraca się w moją stronę, i już wiem, że nie ma sensu się kajać.

To nie prawdziwy człowiek, tylko jeden z butelkowych robotów hodowanych na farmach ludzi, pod bacznym okiem koncernów farmaceutycznych. Trochę jak u Huxleya. Setkami wypuszcza się stamtąd jednostki bite od genetycznej sztancy.

Jednostki, dobre sobie. Tyle dobrze, że tych nie warunkuje się do wykonywania konkretnych obowiązków, jedynie wyglądają podobnie.

Uśmiecha się jak debil.

Takich jak on jedzie ze mną kilkudziesięciu. Prawdziwych ludzi mogę policzyć na palcach jednej ręki. Tamci, sztuczni, oni nie rozmawiają, ale my też już nie rozmawiamy. Oni są przyszłością, a my jesteśmy anachronizmami. Oni szczerzą się jak kretyni, a na wymalowane na naszych twarzach zmęczenie nie da się patrzeć. Dlatego nie patrzymy. Rejestrujemy otoczenie, ale wzrok kierujemy do środka. Do wspomnień.

I obaw.

Wysiadam z burego autobusu na burym przystanku, w burym mieście pod ołowianym niebem.

Drzwi mieszkania są otwarte, matka jak zwykle siedzi w kuchni, czyta książkę. Taką prawdziwą, papierową. Uśmiecha się.

– Cześć, mamo – odzywam się, zaskakując ją swoją obecnością.

– O! Dawno cię u mnie nie było. Zjesz coś? Ugotowałam jajka.

Przywołuję na twarz blady uśmiech. Tylko matka potrafi zacząć rozmowę od tak zwyczajnego, a jednocześnie wyrażającego troskę, pytania. Powinienem być wdzięczny, że mogę je usłyszeć, ale już nie potrafię. Ten uśmiech, sztuczny jak u manekina, to jedyne, na co mnie stać. A i tak jest szczerszy od chemicznych uśmiechów tamtych dronów, których coraz więcej wokół. Ale czy im ta szczera radość jest potrzebna? Czy mnie jest potrzebna? Kiedyś była.

– Dzięki, ale nie jestem głodny – kłamię, choć nie jadłem od wczoraj. – Co słychać?

– Chyba dobrze. Na pewno niczego nie zjesz? Marnie wyglądasz.

– Nie, wszystko w porządku.

W porządku, mamo.

Wszystko w porządku.

Oprócz tego, że w fabryce muszę wyrabiać normę taką samą jak butelkowi, przez co nie schodzę na przerwy.

I tego, że nie stać mnie na życie, bo opłacam mieszkanie, w którym dogorywam, udając, że sobie radzę.

Oraz oprócz tego, że coraz częściej myślę o śmierci.

Ale tak w ogóle, to wszystko w jak najlepszym porządku, mamo.

Nie musi wiedzieć.

– Pamiętasz panią Borowską? Tę z parteru?

Całe szczęście zmienia temat.

– Tę od wiecznie ujadającego ratlerka?

– Pikusia. Tak.

– Co z nią?

– Przedwczoraj była u mnie. Długo rozmawiałyśmy. Wiesz, o życiu, o tym jak jest teraz, a jak było kiedyś.

– Uhum.

Milknie na chwilę. Dokądś zmierza. Tylko dokąd?

Podczas mojej poprzedniej wizyty mówiła o tym co przeczytała. I o niskiej emeryturze, która ledwo starcza na przeżycie.

A tak naprawdę wcale nie starcza. Na to wspomnienie żółć podchodzi mi do gardła.

To ja płacę za tę norę! Nie ma żadnego funduszu mieszkaniowego dla emerytów, mamo!

Przepraszam. Nie musisz wiedzieć.

– Wczoraj skorzystała z eutanazera.

Jeszcze niedawno byłbym… Poruszony? Trochę.

– A co z Pikusiem?

Pytanie jest chyba nie na miejscu. W końcu ona mówi o śmierci człowieka, a ja dopytuję o psa.

– Zdechł miesiąc temu.

Ona też. Mama też już niewiele czuje.

Powiedziała to tak swobodnie, z uśmiechem melancholii, bez pretensji, że interesuje mnie los Pikusia, a nie jej przyjaciółki.

– Nie ma po co tego ciągnąć. Jej słowa. Wszystko jest teraz inne, a najgorsze, że inni są ludzie. Bez prawdziwych uczuć, szczerych emocji.

– To butelkowi, mamo. Są jeszcze prawdziwi ludzie.

– Nie uważasz… Nie uważasz, że stajemy się tacy sami jak oni? Popatrz na siebie. Na mnie. Czujesz jeszcze coś szczerego, co wyrywa się na wolność? Bo jest prawdziwe? Radość. Żal. Troskę. Czujesz jeszcze smutek?

Niczego już nie czuję, mamo. Niczego, oprócz smutku.

Nie odpowiadam.

– Muszę już iść – kłamię ponownie. – Spóźnię się do pracy.

Odwracam się, opuszczam kuchnię, łapię za wytartą do gładkości klamkę obdrapanych drzwi wejściowych.

– Kocham cię, mamo – rzucam przez ramię i wychodzę w burość.

Nie ścigają mnie żadne słowa.

 

***

 

Znów snuję się po mieście.

Do rozpoczęcia zmiany w fabryce zostały dwie godziny.

Coś się gromadzi, coś dojrzewa we mnie, co było ledwie nutką rzewną…

Miasto jest ciche, nie ma w nim prawdziwie miejskiego gwaru.

Wokół słychać jednostajny warkot samochodów, szuranie stóp po chodnikach, szum tramwajów. Mnóstwo dźwięków, a mimo to, czuję się jakby otaczała mnie niczym niezmącona cisza. To przez mechaniczność tych dźwięków, maszynowość, powtarzalność, która po jakimś czasie zamienia się w tło, a ostatecznie przestaje się ją słyszeć.

Nie ma, tak jak kiedyś, pisków opon, klaksonów, silników piłowanych na wysokich obrotach. Brakuje gwaru rozmów, dzwonków telefonów, muzyki dochodzącej z wnętrz mieszkań oraz lokali.

Jest tylko mechaniczna cisza.

Powietrze dziwnie pachnie.

Nie czuję się najlepiej.

W pobliżu podziemnego przejścia, w centrum, dostrzegam żebraka. To nie pierwszy raz, kiedy go widzę. Facet w wieku mojej matki, zaniedbany, z brudną czupryną posklejanych włosów, w znoszonym ubraniu, z wytartym od patrzenia w pustkę wzrokiem. Butelkowi nie zwracają na niego uwagi, a prawdziwi ludzie odwracają głowy i przyspieszają kroku.

To nie żadna znieczulica.

To strach.

Boją się, że skończą jak ten biedak.

A skończą. Wszyscy skończymy, każdy jeden, kto nie jest wyhodowany, kto nie przyjmuje sephir, kto nie jest szczęśliwy chemicznym szczęściem. Jeszcze się trzymają tego swojego człowieczeństwa, ale ono już odjeżdża, zostawiając ich na peronie przeszłości, spóźnionych, zdezorientowanych, czekających na skład, który nigdy nie nadjedzie. Wiedzą to, podskórnie czują, ale nadzieja nie pozwala na racjonalizm. Dlatego się boją.

To właśnie dla nich są eutanazery. Nie dla żebraka, bo on mimo wszystko jeszcze się nie poddał.

Ciekawe ilu z nich się złamie i w najbliższym czasie zacznie przyjmować tabletki szczęścia. Jak wielu z nich jest już na skraju, dosłownie jeden, jedyny krok od ostatecznego zakwestionowania celowości swojego istnienia w nowym świecie?

Stawiam, że większość. Sephiry zamienią ich w zombie podobne butelkowym ludziom. Szczęście kosztem prawdy, brak trosk w cenie indywidualizmu.

Ci, którzy nie będą chcieli zapłacić, skorzystają z możliwości pozbycia się problemów za pomocą kilku kliknięć i wygodnego ułożenia się we wnętrzu trupomatu.

Takich jak ten żebrak nie będzie wielu.

A ja? Nie wiem. Źle się czuję.

Będę w pierwszej czy w drugiej grupie?

Odchodzę, odwracam się od biedaka. Idę do pracy.

Po drodze wstąpię do sklepu.

Minę kilka eutanazerów.

I kilkadziesiąt sephiromatów.

Królestwo. Fundament. Chwała. Zwycięstwo. Harmonia. Srogość…

Nie, Gewura nie. Ona jest dostępna wyłącznie w aptekach, razem z Miłością.

Bina i Chochma z dostawą do klienta – tych nigdy nawet nie widziałem na żywo. Tylko dla najzamożniejszych, ekskluzywnie.

A Keter?

 

***

 

Taśma porusza się za szybko.

Biorę łyk wody z butelki, kosztem przepuszczenia kolejnych paczek.

Źle się czuję.

Do przerwy ponad godzina. Wtedy będę miał czas na zapakowanie spiętrzonych pudełek, które umknęły mi od początku zmiany. Jest ich więcej niż zazwyczaj, nie mam szans usiąść choćby na minutę.

Uśmiechy butelkowych, pracujących przy taśmach obok, bledną coraz bardziej. Tak samo u prawdziwych, którzy poddali się sephirom. Na przerwie wezmą Malchut i znów będą szczęśliwi. Ci z dozoru wezmą swoje pigułki, Jesod, z kolei ci nad nimi Hod, Necach jest dla…

 

***

 

Otwieram oczy.

Blask razi, zaczynam łzawić. W nozdrza uderza woń środków czystości i ten specyficzny zapach, który można wyczuć w gabinetach lekarskich. Zapach pustki przeplatanej niechętną obecnością tych, którzy muszą.

Ktoś do mnie podchodzi, słyszę kroki, przez łzy widzę ciemniejszą plamę na tle jasności. Ten ktoś łapie mnie za przedramię, czuję ciepły dotyk na skórze, chwilę potem chłód plastiku.

– Wygląda na to, że już wszystko w normie.

Kobiecy głos, mówi chyba do mnie. Przecieram oczy drugą ręką, ciemna plama nabiera szczegółów, ogniskuję wzrok na jej rozmazanej łzawymi smugami twarzy. Brunetka o ostrych, ptasich rysach i bladych, ledwo widocznych ustach, szczerzy się do mnie chemicznie, groteskowo, jak pozbawiony warg truposz. Zerka na urządzenie, które przykłada do mojej ręki.

– Jak to się stało, że zapomniał pan wziąć Malchut?

Mrugam kilkukrotnie, zanim reszta otoczenia staje się wyraźna, a do mnie dociera sens zadanego pytania. Ale i tak go nie rozumiem.

– Ja… Ja nie biorę. Jestem czysty – dukam, zwilżając językiem spierzchnięte usta.

I oto nadszedł czas na niezrozumienie z jej strony.

– Chyba jeszcze pan nie wydobrzał po omdleniu spowodowanym odstawieniem. Poziom Malchut we krwi powoli wzrasta, niech pan jeszcze poleży.

Jak wygląda, czym objawia się panika? Bo raczej nie bieganiem z uniesionymi rękami, nie mam na to najmniejszej ochoty, a chyba właśnie panikuję. Jednocześnie w głowie czuję lekkość, co pewnie jest efektem działania sephiry, a to z kolei sprawia, że panikuję jeszcze bardziej. Podali mi pigułkę? Pieprzoną pigułkę?! Pigułkę gwałtu na wolności?!

– Kierownik polecił panu przekazać, że dzisiejszą dniówkę może pan odrobić po godzinach. – Stoi do mnie tyłem i gada, a ja duszę się ze strachu. – Za podany Malchut potrącimy panu z przyszłej wypłaty.

Nie. Ona nie rozumie. Ja przecież jestem czysty. Byłem czysty. Weźmiesz raz i nigdy nie możesz przestać, bilet w jedną stronę, inaczej umrzesz. Smycz medkorpów dla produktów swoich farm, do której od lat próbują przekonać też naturalnie urodzonych. Według ostatnich danych zostało nas już mniej niż dziesięć procent, z czego ponad połowa dała się zniewolić sephirom. Ale nie ja.

Zawsze byłem czysty.

Prędzej rozważyłbym samobójstwo niż zażycie pigułki.

Rozważałem samobójstwo.

Nie rozważałem zażywania pigułek.

To jakiś obłęd.

Pomyłka.

– Ja naprawdę nigdy nie brałem. – Brzmię żałośnie, zdaję sobie z tego sprawę. – Czemu podaliście mi to świństwo?

 

***

 

Siedzę przy oknie.

Podwórze na zewnątrz jest takie samo jak zawsze, bure i nijakie, jestem tego pewien, ale dziś jawi mi się jakby weselsze. To Malchut, nie mam co do tego wątpliwości.

Rozważam samobójstwo. A w przerwach tych rozważań wsłuchuję się w siebie, w to, co się we mnie zmieniło od podania pigułki. Obserwuję jak działa. A potem zastanawiam się, czy te lepsze, dla wyższych klas, działają podobnie. Necach, Tiferet, Chochma. Zwycięstwo, Harmonia, Mądrość. I pozostałe.

Nie wezmę Malchut, nie zażyję kolejnej pigułki. Umrę.

Mógłbym kupić Hod w aptece, wydać wszystkie oszczędności. Na Chesed nie byłoby mnie stać. Bo o to w tym chodzi: po tej drabinie możesz się piąć, aż do Chochmy, lub poniechać dalszej wspinaczki na którymś ze szczebli, zadowalając oczy widokiem, który się z niego roztacza. Droga w dół to śmierć.

Ale dlaczego nie ma Keter? Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś mówił o Keter inaczej, niż w gdybaniach na temat jej istnienia. A jeśli istnieje, to dla kogo? Dlaczego to drzewo nie ma Korony?

Przez brudną szybę spoglądam na błyszczący owal eutanazera.

Jajko, uniwersalny symbol życia – czegoś co się zaczyna, z czego rodzi się nowe. Wypaczony, przeinaczony. Forma zgwałcona przez funkcję. Drwina.

Ciekawe, czy ktoś już z niego skorzystał?

 

***

 

Powinienem być w pracy, a mimo to nadal siedzę na stanowisku przy oknie.

Podwórze już nie wydaje mi się weselsze, w końcu minęło prawie dwadzieścia godzin od wczorajszego powrotu do domu.

Nie czuję już tej lekkości, co przedtem. Wróciło złe samopoczucie.

Chce mi się pić, więc wstaję ostrożnie i podchodzę do kuchennego zlewu. Kiedy wyszedłem z ambulatorium od razu pojechałem do domu, nie wziąłem plecaka z zakupami. Wszystko zostało w szafce.

Nalewam wodę do kubka. Ma ten sam okropny smak co ostatnio, ale to już nie ma znaczenia, za niedługo zemdleję. A potem umrę.

Opróżniam naczynie do samego dna, napełniam ponownie i wracam do stołu.

To już niedługo.

 

***

 

Rozklejam oczy i podnoszę głowę z kuchennego blatu. Musiałem przysnąć, czekając na śmierć, może nawet zemdleć. Nie pamiętam kiedy mnie odcięło.

Krzywię się w grymasie bólu, spowodowanym zdrętwiałym przedramieniem, na którym opierałem głowę, spoglądam na zegarek. Nie dowierzam i wpatruję się jeszcze przez kilkanaście sekund w tarczę, zanim dociera do mnie, że jest ósma rano, a ja nadal żyję. Nie czuję się najlepiej, suchość w ustach zapijam resztką wody ze szklanki.

Czemu żyję? Nie wziąłem Malchut.

Biję się z myślami.

Może wcale nie trzeba brać? Albo tak naprawdę nie podali mi narkotyku? Tylko po co w fabryce mieliby kłamać? Nic tu nie ma sensu.

Iść do pracy? Muszę odpracować wczorajszy dzień.

Kłębki myśli toczą się w mojej głowie, skotłowane, z końcem i początkiem umykającym przed próbami rozplątania chociażby jednego. I tak przez kilka długich godzin, aż wreszcie podejmuję decyzję, że przedwczorajszy incydent powinienem uznać za jakąś kuriozalną pomyłkę – błąd w systemie, albo coś podobnego – i jeszcze przez jakiś czas pociągnąć tę żałosną wegetację, tak jakby nic nadzwyczajnego nie zaszło.

 

***

 

Z każdą godziną czuję się coraz gorzej. Paczki suną po taśmie, segreguję, nie nadążam.

Pociągam łyk z butelki, razem z powietrzem wysysam ostatnie krople wody.

Butelka zapada się, cienki plastik strzela i trzeszczy, kurczy się, a razem z nim kurczy się moja świadomość.

Czuję, że odpływam.

Deja vu?

 

***

 

Otwieram oczy.

Blask razi, zaczynam łzawić. Poznaję ten zapach.

Ona podchodzi do mnie, słyszę jej kroki, łapie mnie za przedramię.

– Parametry w normie. – Jej głos jest mechaniczny, nie ma w nim choćby odrobiny ciepła i troski. – Nie zażył pan…

Wiem co będzie dalej.

Zrywam się z łóżka, odpycham ją. Kątem oka dostrzegam jak upada, uderzając głową o regał, ale mnie już tam nie ma, jestem na zewnątrz. Biegnę do szatni, zabieram plecak i wynoszę się z tej przeklętej fabryki.

Więcej tu nie wrócę.

 

***

 

Umieram.

Teraz już na pewno.

Ogarnia mnie coraz większa słabość, próbuję nie zemdleć.

I ten ból… Zaczęło się od głowy. Jakby ktoś wbijał w nią gwoździe – ostre szarpnięcie i moment ulgi, po chwili kolejne. Ucisk w płucach przeszkadza w oddychaniu, jelita skręcają się w warkocze, bolą nawet zęby, oczy, język.

Drżącymi rękami łapię ostatnią butelkę wody, odkręcam korek, rozlewając zawartość zbliżam ją do ust. I kiedy udaje mi się upić pierwszy łyk, przychodzi zrozumienie.

Nie brałem nigdy sephir.

Nigdy nie piłem wody z kranu.

 

***

 

Ból jest nie do zniesienia.

Już blisko, jeszcze tylko kilka kroków. Srebrne jajko czeka na mnie. Lepiej tak, niż w cierpieniu…

Dotykam panelu urządzenia, wybieram procedurę uproszczoną, wystarczy podpisać oświadczenie. Ręka drży, ale daję radę i Eleos otwiera się, zapraszając mnie do wnętrza. Kilka osób przystaje i obserwuje moje samobójstwo. Niech patrzą, mnie już wszystko jedno.

Gdy pokrywa opada, wnętrze rozjaśnia się miękkim, złotym blaskiem, a panującą wewnątrz ciszę przerywa muzyka – spokojna, kojarząca się ze szczęściem. Opieram plecy o miękką okładzinę, a ta zaczyna puchnąć, otulając mnie coraz szczelniej i unieruchamiając. Cichy syk, z ukrytych gdzieś poza moim wzrokiem dysz, powinien mnie niepokoić, ale przecież na to czekałem, po to tu wszedłem.

Biorę głęboki wdech, świadom, że w płuca, razem z powietrzem, wciągam truciznę.

Już nie boli, jest dobrze.

Skupiam wzrok na włazie naprzeciw, na trzech słowach wytłoczonych po wewnętrznej stronie pokrywy, i wybucham śmiechem.

A więc tutaj się ukryłaś, Korono.

Nicość, a po tobie już tylko nieskończoność.

Nie idę ku światłu, staję się światłem.

Kyrios Eleos Terminal.

Usłysz mnie. Wysłuchaj.

Koniec

Komentarze

Jeśli czegoś nie rozumiem w Twoim tekście, to z pewnością godziny publikacji :)

Jeśli czegoś mi brakuje, to nutki optymizmu, ale taki wybrałeś temat, więc tak to poszło…

Ortografii nie sprawdzam, technikę masz – nic nowego. Gdzieś po drodze pachniało takim zamknięciem fabuły, ale nie pointą. Czytało się nieźle i w sumie chyba jednak mi się podobało.

Niezły tekst, choć trochę smutny.

Za to pierwsze mam ochotę dać klika, za drugie zgłosić do Administracji…

Muszę pomyśleć.

PS.

Tak się zastanawiam, choć to opowiadanie tylko uchyliło szafkę, w której to moje zastanawianie się schowało jakiś czas temu, czy rzeczywiście powtarzająca się względnie często wizja przyszłości z masowo produkowanymi osobowościami, korporacyjnym ujednolicaniem i “szarzeniem” społeczeństwa jest uzasadniona?

My też jesteśmy przyszłością kogoś z dawnych lat, a wciąż zachowujemy odrębność i różnorodność. Ale to tylko moje rozmyślania nad sztafażem, które tekstowi nic nie ujmują.

Witam niemal sąsiada :) 

Świetny tekst, dystopia na wysokim poziomie. Szalenie pesymistyczna wizja, niczym u przywołanego w tekście Huxleya. Klimat jest cudowny (a właściwie: cudownie koszmarny), a budowanie napięcia i nabieranie tempa od drugiej połowy mistrzowskie. Bardzo dobrze się czyta.

"Jak wygląda, czym objawia się panika?" – pytasz i w tym właśnie fragmencie idealnie ten stan odtworzyłeś, sam poczułem niepokój i niezgodę.

Jeśli miałbym jakiekolwiek uwagi, to właściwie tylko jedno zwróciło moją uwagę:

"A i tak jest szczerszy od chemicznych uśmiechów tamtych dronów, których coraz więcej wokół." – nie jestem pewny, czy "drony" to odpowiednie określenie w tym przypadku, bo rozumiem, że odnosisz się do tych humanoidów?

A podsumowaniem niech będzie ten cytat:

"Jeszcze się trzymają tego swojego człowieczeństwa, ale ono już odjeżdża, zostawiając ich na peronie przeszłości" – piękny.

Z pozdrowieniami, b. 

Outto, opisałeś sytuację bohatera w sposób niezwykle przygnębiający, wręcz odbierający chęć przeżycia kolejnego dnia. I jeszcze to urządzenie pod oknem… No cóż, decyzja bohatera nie zaskakuje, bo ta historia od początku sugerowała właśnie taki finał.

Cieszy bardzo porządne wykonanie. :)

Eleos zasługuje na Bibliotekę.

 

zno­szo­nych ubra­niach… → …zno­szo­nym ubra­niu

Odzież, którą ktoś ma na sobie to ubranie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Yo!

 

@Seener

 

Jeśli czegoś nie rozumiem w Twoim tekście, to z pewnością godziny publikacji :)

Jeśli czegoś mi brakuje, to nutki optymizmu, ale taki wybrałeś temat, więc tak to poszło…

Pracuję na trzy zmiany i w nocy mam najwięcej czasu, żeby coś pisać, poprawiać albo nawet czytać, stąd ta nieludzka godzina :) A brak optymizmu jest wyborem podyktowanym faktem, że kiedy zacząłem pisac ten tekst, miałem wyjątkowo zwarzony humor i taj jakoś poszło… ;)

 

Czytało się nieźle i w sumie chyba jednak mi się podobało.

To w sumie dobrze.

 

Tak się zastanawiam, choć to opowiadanie tylko uchyliło szafkę, w której to moje zastanawianie się schowało jakiś czas temu, czy rzeczywiście powtarzająca się względnie często wizja przyszłości z masowo produkowanymi osobowościami, korporacyjnym ujednolicaniem i “szarzeniem” społeczeństwa jest uzasadniona?

Myślę, że to tylko sztafaż, dzięki któremu stosowane środki wyrazu nabierają dodatkowego sensu, ale nic takiego nam na szczęscie nie grozi. Zresztą, jak sam zauważyłeś, takie wizje są snute od bardzo dawna, i choć pesymistyczne przewidywania tracą termin ważności, to nic nie stoi na przeszkodzie żeby zetrzeć z nich kurz, wypłukać w solance i wepchnąć z powrotem na sklepową ladę :)

 

@benin

 

Cześć, my się jeszcze nie znamy, więc witam tym bardziej serdecznie :) No i z Chorzowa kolega, więc to po sąsiedzku. Mój ostatni dłuższy tekst nosi tytuł “Ruch jest życiem” i wilk-zimowy (forumowy kolega z Tychów) zażartował nawet, czy to ma coś wspólnego z Twoim miastem :)

 

Szalenie pesymistyczna wizja, niczym u przywołanego w tekście Huxleya. Klimat jest cudowny (a właściwie: cudownie koszmarny)

Jak pisałem w przemowie – wyjątkowo depresyjna wizja. Myślę, że sposób kompozycji tekstu, który zastosowałem, te krotsze akapity, pojedyncze zdania na koniec każdego z akapitów, sprzyjają nastrojowi beznadziei i w pewien sposób wpływają na odbiór.

Cieszy mnie również, że podoba Ci się ten tekst o peronie, bo wplotłem go dopiero przy końcowych poprawkach, niemal przed samą publikacją :)

Aha, co do dronów, to je zostawiam, bo dron oznacza bezwolną maszynę, wykonująca określone czynności, dlatego to słowo mi tutaj pasuje.

 

@Reg

 

Ciebie zawsze miło widzieć pod swoim tekstem, a pochwała o porządnym wykonaniu od Ciebie jest warta co najmniej tyle co piórko :) Ostatnio odszedłem od mechanizmu betowania swoich tekstów, chcę żeby było po mojemu, bo kilka razy zdarzyło mi się, że za czyjąś sugestią wyrzuciłem jakiś motyw i potem tego żałowałem. Myślę, że to naturalne. Teraz na betę wrzucam tylko teksty, w których chcę operować terminologią z jakiejś dziedziny, w której czuję się niepewnie, zapraszając do betowania sprawdzonych użytkowników, którzy szerszą wiedzę z tej dziedziny posiadają. Chcę przez to powiedzieć, że ten jeden kiks, który wykryłaś cieszy mnie tym bardziej, że tekst nie przeszedł przez sito betaczytaczy skupiających się na wyłapywaniu literówek i językowych potknięć :) Fajnie, że w tej karuzeli depresji, która jest to opowiadanie potrafimy znaleźć coś, co nas cieszy, choć nie w samym tekście, to jednak :D

 

Dziękuję Wam, Seener, Benin, Reg, za wizytę i podzielenie się opinią w komentarzach :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Hej!

 

Dobrze napisany tekst, chociaż klimat depresyjny. Przeczytałem go wczoraj, kilkanaście minut po tym jak go opublikowałeś, ale postanowiłem poczekać z komentarzem.

 

Zgadzam się z jedną z poprzednich opinii, że często w opowiadaniach pojawia się wątek schyłkowości i myślę, że to częściowo dobra diagnoza współczesnego świata. Tak na marginesie, liczba samobójstw w krajach Europy zachodniej jest najwyższa w Belgii (18,3 osoby na 100k), gdzie istnieje najbardziej liberalne prawo dotyczące samobójstw w asyście lekarza.

 

Nie do końca zrozumiałem o co chodziło z Malchutem, czy mu go podali, czy nie. Mam podejrzenia, że coś jest w wodzie z kranu.

Outto, bardzo rozumiem Twoją chęć samodzielnego tworzenia dzieł, zwłaszcza – co widać na załączonym obrazku – potrafisz się pięknie wypisać. Podjęta decyzja budzi mój szacunek i mogę obiecać, że chętnie przeczytam wszystko, co napiszesz. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Eeee, tego… patrz niżej. A na dodatek mam akurat doła.

Ale dobra, podobało mi się. Na swój sposób, bo to bardzo ponura wizja przyszłości. Mam nadzieję, że się nie ziści.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Postanowiłem odskoczyć na chwilę od grafomańskiego szaleństwa i zajrzeć tutaj, bo pamiętam Twoje smutki na SB, że zły moment na publikację sobie wybrałeś. xD

 

Opowiadanie bardzo zbliżone tematem do tego, które akurat mam na betaliście (i niedługo opublikuję – gdy kurz Grafomanii opadnie). Dystopia, kontrola emocji, utrata człowieczeństwa przez ludzi na rzecz sztucznej masy, mającej wykonywać polecenia.

Z jednej strony wizja maszyn, dających spokojne samobójstwo kusi odrobinę.

Cholernie trudne i dziwne czasy nastały.

A z drugiej warto jednak walczyć o autentyczność jednostki w tym popapranym świecie.

 

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Hej!

 

@kronos

 

Właśnie na mechanizmie dobrowolnej eutanazji, usankcjonowanego samobójstwa, bazowałem. Ja jestem za, jeśli ktoś nie chcę żyć z powodu bólu albo podobnego, a medycyna nie jest w stanie mu pomów, uważam, że taka osoba powinna mieć wybór. Tylko że tutaj, w tym tekście, wybór niby jest, ale tak naprawdę powoli go już nie ma, bo życie jednostki, która nie realizuje polityki elit staje się nie do zniesienia. Z tą wodą masz rację, dobrze odczytałeś intencję :)

 

@Reg

 

O nie, nie, moja droga, szacunek to należy się Tobie za chęci, wiedzę, za to że jesteś dobrym duchem portalu i w ogóle za wszystko :)

 

@Irka

 

Wolałabyś coś optymistycznego. Hmm, teraz mamy Grafomanię, tam sporo optymizmu i zabawy jest, a w przedmowie ostzregałem o depresyjności tekstu, więc wiedziałaś jakiego kota się w tym worku spodziewać ;) Dzięki za klika i łączę się w nadziei, że nie ziści się ta wizja.

 

@BC

 

No to wpadnę do Ciebie, kiedy opublikujesz, tylko daj znać bo ostatnio rzadziej bywam na forum, takie fale chciejstwa i niechciejstwa się pojawiają. Dzięki za podzielenie się uwagami, a o autentyczność i indywidualizm zawsze warto walczyć, pod warunkiem, że nie stoi w sprzeczności z zasadami współżycia społecznego i moralnymi:)

 

Dzięki za wizytę i zostawienie po sobie śladu.

Pozdrawiam serdecznie :)

Q

Known some call is air am

Outto, nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy wszyscy szanowali się wzajemnie. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I za to mogę wypić bez wyrzutów sumienia, Reg :)

Known some call is air am

Hej, Outta.

Pierwszym zdaniem rozbijasz bank swoim eutanazerem, ale zaraz w drugim tracisz wszystko. Mógłbym skopiować klika zdań z komentarza pod opowiadaniem Edwarda. Nie rozumiem dlaczego wyobrażacie sobie ten przyszły świat, który jeśli już będzie gorszy, to będzie też głupszy. Myślę, że to najwłaściwsze słowo, które w potoku myśli ciśnie mi się na usta. Zgadzam się z Tobą, z Wami, że może być to świat gorszy, upadły, wyznający zupełnie nieakceptowalne przez nas zasady moralne i obyczajowe. Eutanazer pewnie powstanie, nie uważam tego za zupełną fikcję. Ale nie zgadzam się, że przyszły świat będzie groteskowy. Tym samym nie wierzę, że ktoś nazwie eutanazery “Terminalami miłosierdzia”, a hospicja “deathgate’ami” albo “openheaven’ami”.

Wierzę w ludzkość i wierzę w ludzką inteligencję. To może, choć nie musi, być inny świat pod względem moralnym i etycznym, ale to nie będzie świat głupszy niż teraz. Przyszłe pokolenia mogą negować obecne normy, zmieniać je, ale nie będą ich deptać. Nie chcę zabrzmieć tu histerycznie, ale to trochę tak jakbyś nie wierzył we własne dzieci i wnuki.

Tak, rozpisałem się na temat jednego hasła, ale to ważne hasło, którym nadajesz jednokierunkowy charakter opowiadania. I choć dalej dobrze rozpisałeś swojego bohatera, nadałeś solidne ramy wykreowanemu światu, wrzuciłeś kilka ciekawych medykamentów, to mały niesmak pozostał.

Ostatecznie jednak dobrze się bronisz. Przestawiona dystopia jest racjonalna, upadek Twojego bohatera następuje etapami, jest spójny i logiczny.

Na koniec jedno pytanie i jedno spostrzeżenie.

W środku nocy pojawia się grupka ludzi, tych prawdziwych, w kapturach naciągniętych głęboko na głowy. Chcą być anonimowi, boją się rozpoznania, choć to przecież żadne przestępstwo. Jeden podchodzi do panelu, niepewnie klika, potem stoi tam dłuższą chwilę. Czyta informacje, które maszyna usłużnie wyświetla mu w wesolutkich barwach, na tle zdjęć kojarzących się ze szczęściem i błogością.

Tylko czyta.

O czym myśli?

Sam kiedyś zdecydowałem się podejść do jednej z tych maszyn i zapoznać się z jej działaniem. Zarzuciła mnie informacjami marketingowymi, poradnikami, całym cholernym pakietem bełkotu dla konsumenta. A zrobiłem to tak, jak oni – w nocy, z maską zasłaniającą twarz, bacznie rozglądając się, czy nikt mnie nie widzi.

Dlaczego uważasz, że ludzie będą się wstydzić zainteresowania (chęci użycia) eutanazerem?

Jeśli chodzi o spostrzeżenie, to uważam, że ludzie nic nie będą czytać na eutanazerach. Raczej skrolować w dół jak na przeglądarce google czy telefonie i wciskać “zgadzam się”.

Pozdrawiam.

 

hej Outta

Trochę boje się tego, co napisze w komentarzu.

Ja w przeciwieństwie do innych czuje za mało przygnębienia i choć to co w duszy głównego bohatera gra, jest opisane perfekt, to brakuje mi opisu otoczenia, przygnębiającego otoczenia. Może powiewających foli zabezpieczających, na rusztowaniu remontowanego budynku, przy którym nikt już nie pracuje. Może bycia świadkiem morderstwa lub po prostu przemocy. Może wyjaśnienia i ukazania w scence co się dzieje z ciałem wyciągniętym z Jaja. Wtedy byłbym szczęśliwy czytając to opowiadanie:) Tak jestem “tylko”, bardzo zadowolony. Lubię takie przygnębiające klimaty, bo choć mam trójkę dzieci i kochającą żonę, to uwielbiam być samotnikiem. Fajnie, że rozwinąłeś to ćwiczenie. Choć już wtedy ludzkie farmy bardzo rozszerzyły mi ten świat. 

 

ps.

Nie wiem czy mój grafomański komentarz zostanie uznany za merytoryczny:), ale poszedł klik.

Cześć,

 

powiem Ci, że Twój tekst wywołał u mnie dość sprzeczne odczucia.

 

Pierwsza rzecz, o jakiej wspomnę, to skojarzenie. Nie wiem, czy miałeś okazję oglądać “Mechanika” z Ch. Bale’em, ale Twoje opowiadanie klimatem, a i po części fabułą skoncentrowaną na umęczonym człowieku bardzo mi ten film przypomina. To oczywiście uwaga na plus, gdybyś miał wątpliwości.

Podoba mi się, że postawiłeś na kameralność. W tekstach opisujących dystopię często sięga się po wielkie idee, zagładę milionów, zniszczenie całego świata. U Ciebie mamy cichutki dramat, bohater jest bardzo blisko – patrzy przez okno być może sąsiedniego bloku, oddalonego jedynie upływem lat. Facet jest namacalny, to na pewno. Podobnie jak jego szary światek.

Mankamentem Twojego opowiadania jest, według mnie, brak subtelności pojawiający się w niektórych fragmentach. Stosujesz tu zbędną dobitność, która wytrącała mnie z rytmu. Przez słowa bohatera zaczynał przenikać autor, który bardzo chciał napisać bardzo przygnębiające opowiadanie. Przykłady:

 

Tak jak kiedyś automaty vendingowe albo paczkomaty, teraz przyszedł czas na trupomaty.

 

Tyle, że ta druga ma kosę, co błyszczy nowością.

Myślę, że łatwo domyślić się z wcześniejszego zdania, że masz na myśli śmierć.

 

Nie czuję się najlepiej

Powtarzasz to zdecydowanie za często, przez co zaczynam wątpić w prawdziwość tej informacji.

 

Takich zbędnych elementów jest więcej. Być może to rzecz gustu, lecz mnie to akurat raziło.

 

Oprócz tego, w rozmowie z matką, co do zasady wiarygodnej i płynnej, w pewnym momencie skręcasz w wypowiedź wręcz teatralną. Nie mogłem się nie skrzywić. Mowa o tym fragmencie:

 

Tylko w książkach i filmach można zobaczyć, co zgubiliśmy gdzieś po drodze, na szlaku ku lepszemu jutru.

 

Ale były też fragmenty, które bardzo mi się podobały, np.

 

Jajko, uniwersalny symbol życia – czegoś co się zaczyna, z czego rodzi się nowe. Wypaczony, przeinaczony. Forma zgwałcona przez funkcję.

 

W kreacji świata mam obiekcje co do wstydu, z jakim ludzie podchodzili do eutanazatorów. Jeśli były na każdym rogu, jak paczkomaty, to wręcz narzuca supozycję o ich spowszednieniu. Wynika to też z rozmowy bohatera z matką, gdzie wprost piszesz, że bardziej obchodzi ich piesek niż sąsiadka, która skorzystała z trupomatu. Widzę tu zasadniczą sprzeczność.

Na plus za to pigułki i pragnienie bohatera, by być od nich wolnym. Wybór między “zapigułkowaniem” a śmiercią interesujący, droga wiodąca do samobójstwa jest odpowiednio wyboista, czuć opresyjność sytuacji. Podobało mi się.

Chyba tyle ode mnie. Ogólne wrażenie jest jak najbardziej pozytywne, przeczytałem z przyjemnością. Tekst budzi refleksję, zostaje w głowie po lekturze, pozostawia uczucie brudu. Cel więc niewątpliwie osiągnąłeś. Sugerowałbym jednak – jeśli moje uwagi wydadzą Ci się słuszne – nieco spuścić momentami z tonu, odrobinę wytłumić przekaz, zrobić miejsce dla myśli czytelnika. Wtedy z dobrego opowiadanie stanie się bardzo dobre :)

 

Pozdrawiam,

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Mega dobrze napisane opowiadanie. Czapki z głów.

Jedyne do czego możnaby się przyczepić to trochę za mało motywu obaw bohatera o los jego matki, jeśli ten umrze, w końcu oznacza to dla niej utratę miejsca do życia ergo los analogiczny do losu opisanego bezdomnego. 

Dawid syn Tadeusza

Bardzo fajny motyw z powszechnie dostępnym eutanazerem. Komu zależy na takich maszynach? Dlaczego? Kto płaci za ich instalowanie i serwis?

Świat straszny, faktycznie ma wiele z “Brand New World”.

Trochę się gubiłam w pastylkach i substancjach. Dużo na raz ich wprowadzasz. Nie jestem także pewna, czy dobrze zrozumiałam olśnienie bohatera, ale wszystko wydaje się pasować, więc chyba tak.

Fajnie, że rozwinąłeś ćwiczenie, chyba można rozwijać dalej, bo świat ma potencjał. Co na to religie – nowe i te konserwatywne? Dlaczego elitom tak zależy na pozbyciu się niższych warstw? Bez dołów społecznych wyżyny tracą punkt odniesienia. No, dużo rozważań da się tu wepchnąć.

Babska logika rządzi!

Sporo osób powyżej już powiedziało, że tekst dobry, mogę się tylko podpisać – efektowny, dobrze napisany, z konsekwentnie budowanym klimatem.

Wrodzone wścibstwo każe mi zapytać, skąd idea nazwania kolejnych zmieniających świadomość substancji od poziomów sefir w kabale? To ma jakieś głębsze znaczenie dla Ciebie czy po prostu fajnie, efektownie brzmi i spasowało? (Bo przyznam, że z racji zboczenia zawodowego oczywiście usiłowałam się tego znaczenia doszukać)?

[oraz, zaraz mi przyszedł do głowy tekst-lustrzane odbicie, ale w sumie niefantastyczny, gdzie byłaby sugestia, że świat wcale tak odrażający nie jest – tylko bohater odmawia brania nie środków, które go pozbawią człowieczeństwa, tylko leków, które mu są potrzebne na ciężką depresję; i gdzie czytelnik do końca by nie wiedział, jak jest naprawdę).

Gratuluję tekstu.

Świetny tekst. Brakuje paru przecinków, ale za dobrze mi się czytało, żeby to odnotowywać.

Właściwie jedyne, co mi tu leciutko zgrzytnęło, ale to dość blisko kosmetyki, to takie lekko deusexmachinowe wprowadzenie motywu pastylek. Ponieważ mają one egzotyczne nazwy (tak mi hebrajsko brzmiały, a ninedin potwierdziła powyżej to skojarzenie), to uderzają czytelnika bardzo mocno, a wcześniej nic nie ma. Ale to drobiazg, całość jest okropnie dołująca i przygnębiająca, ale naprawdę bardzo dobra.

http://altronapoleone.home.blog

Po lekturze wstępu, który bardzo mi się spodobał, byłem ciekaw, jak poprowadzisz tę historię. Nie zawiodłem się. Udało Ci się wykreować przygnębiającą rzeczywistość, umiejętnie zbudowałeś klimat. Udzieliło mi się to ciągłe zmęczenie bohatera. Chandra, wysuszony na wiór język, bezradność i tłumiona złość – brrr. Pojawienie się pastylek nieco mnie zaskoczyło i z początku nie byłem pewien, czy ten zabieg wyjdzie historii na dobre. Ale ostatecznie czuję się przekonany. Zdumiewa zatwardziała postawa bohatera, dla którego wzięcie cukierka szczęścia to prawdziwa tragedia. Długo wzbraniał się przed tą drogą bez powrotu i szkoda, że w końcu spalono za nim most. Smutne to i mocne.

Pozdrawiam!

Nie ma już takich rodzin. Szczęścia też już nic nie zostało.

Przyjdź, zabij się, będzie ci lżej.

Do zapomnienia jeden krok, jeden, jedyny krok…

Jest ich coraz więcej. Idąc przez pełne ludzkich cieni miasto, nie sposób nie natknąć się na któreś

Zgubił się podmiot. 

 

– Nie ma po co tego ciągnąć. Jej słowa. Wszystko jest teraz inne, a najgorsze, że inni są ludzie. Bez prawdziwych uczuć, szczerych emocji. Tylko w książkach i filmach można zobaczyć, co zgubiliśmy gdzieś po drodze, na szlaku ku lepszemu jutru.

Pokaż, nie mów. 

To się prosi o scenę. A brzmi trochę tak, jakbyś ustami matki chciał wypowiedzieć kwestię narratora. 

 

– Nie uważasz… Nie uważasz, że stajemy się tacy sami jak oni? Popatrz na siebie. Na mnie. Czujesz jeszcze coś szczerego, co siedzi w tobie i wyrywa się na wolność? Bo jest prawdziwe? Radość. Żal. Troskę. Czujesz jeszcze smutek?

Wydawało mi się, że matka będzie zachowywać pozory. 

 

co było ledwie nutką rzewną…

Aż z bohatera wyłazi poeta, ale tylko w tym jednym momencie. 

 

Ciekawe ilu z nich się złamie i w najbliższym czasie zacznie przyjmować tabletki szczęścia. Jak wielu z nich jest już na skraju, dosłownie jeden, jedyny krok od ostatecznego zakwestionowania celowości swojego istnienia w nowym świecie

A czemu to kwestia "złamania się"? Co poświęcają, zażywając te tabletki? 

Ludzie posiłkują się farmakologią, by zachować homeostazę. W przypadku depresji także, a ta staje się, albo już jest, chorobą cywilizacyjną. Albo innych zaburzeń. Czemu miałoby to być moralnie napiętnowane? 

 

Sephiry zamienią ich w zombie podobne butelkowym ludziom. Szczęście kosztem prawdy, brak trosk w cenie indywidualizmu.

Czyli, że co? Ich indywidualizm jak na razie opiera się na nihilizmie, przygnębieniu i pławieniu w negatywnych emocjach. Jaką prawdę tracą? 

 

Nie, Gewura nie. Ona jest dostępna wyłącznie w aptekach, razem z Miłością.

Bina i Chochma z dostawą do klienta – tych nigdy nawet nie widziałem na żywo. Tylko dla najzamożniejszych, ekskluzywnie.

Używasz sefir, to zamiast Miłość napisałbym Chesed. 

No i jeśli mieliby coś przyjmować, to chyba Tiferet. 

A Keter to by im mózg zlasowal. :P

 

Nie. Ona nie rozumie. Ja przecież jestem czysty. Byłem czysty. Weźmiesz raz i nigdy nie możesz przestać, bilet w jedną stronę, inaczej umrzesz

Takie to… meh… 

Skoro po jednej aplikacji środka trzeba go brać, a w świadomości publicznej istnieją ludzie nie biorący pigułek (w końcu dla nich są eutanazery), to musiałyby funkcjonować jakieś procedury, by nie podać pigułki komuś, kto jej nie chce. 

A jeżeli jest to jakiś przymus i odmawiający brania medykamentow są wyrzuceni poza nawias i uzależniani przy pierwszej okazji, to lepiej byłoby nam to wcześniej nakreślić, bo okazuje się istotne dla fabuły. I to bardziej niż eutanazer. 

 

Podwórze na zewnątrz jest takie samo jak zawsze, bure i nijakie, jestem tego pewien, ale dziś jawi mi się jakby weselsze. Tak działa Malchut, nie mam co do tego wątpliwości.

Rozważam samobójstwo

Ej, miał się stać zombie, a tu przeżywa dylematy egzystencjalne. Wcale jakoś mocno ta pigułka nie wpłynęła. Co najwyżej jak lampka wina i tabliczka czekolady. 

 

Nie czuję już tej lekkości, co przedtem. Wróciło złe samopoczucie.

Żebyśmy się zrozumieli: bohater odmawia zażywania środka, którego działanie jest od biedy podobne do antydepresantów, bo sobą czuje się tylko wtedy, gdy otacza go ponurość i ma złe samopoczucie? 

 

A więc tutaj się ukryłaś, Korono.

Ja wiedziałem, że tak będzie. 

 

Zacznę od tego, że tekst wypada pochwalić. Jest dobry. Może nawet bardzo dobry? Jeden z lepszych portalowych postapo, które wygrywają nuty transhumanizmu, albo depopulacji (tu wspominam np. świąteczne opowiadanie Sary, opowiadanie nie pamiętam kogo z bohaterem oczekującym kuriera, który rozwoził racje żywnościowe i kilka innych). Pytanie, czy ten tekst ma coś, czego brakowało tamtym? Coś, co go wyróżnia na tyle, aby dać tego TAKa w głosowaniu? 

Zacznijmy od początku. 

Pierwszym zdaniem uwodzisz. Czytam je i wpadam bez reszty. Chcę poznać tę historię i od razu czuję podskórnie, że będzie dobra. Za to należą ci się brawa. Możnaby jeszcze akapit napisać o tym, jak pieknie zestawiłeś w nim zwykłą codzienność i budzącą trwoge przyszłość. 

Potraktowałem to jako obietnicę. 

I, niestety, nie czuję, abyś jej dotrzymał. 

Pokazujesz nam eutanazer, który zaraz schodzi ze sceny na rzecz innego pomysłu: tabletek odwołujących się do kabalistycznego Drzewa Życia.

Z jednej strony trochę szkoda, bo tak zacny motyw (eutanazer) zostaje sprowadzony do rekwizytu, dekoracji, która ma zbudować klimat we wstępie (tak, potem łączysz obydwa pomysły i bronisz się, o tym za chwilę). Nie poznajemy etycznych i społecznych konsekwencji istnienia takiej maszyny. Wiemy, że jest. Wiemy, do czego służy. Ale czym ona się różni od skoku z mostu, rzucenia się pod pociąg, czy ołowianej kulki w skroń? Rozważać samobójstwo można i bez eutanazera. Zaraz zresztą ten motyw znika ze sceny i trochę zacząłem odczuwać, że jako autor nie do końca panowałeś nad tym,.o czym chcesz pisać. A czystość kompozycji jest dla mnie ważnym elementem. 

Oczywiście, eutanazer wraca w zakończeniu. Musiał wrócić, tego byłem pewien, w myśl zasady, że jeżeli w środku opowieści pojawi się broń wisząca na ścianie, to przed zakończeniem musi wystrzelić. I to się dzieje, mogę wtedy tylko pokiwać głową, uznać swoją pomyłkę i stwierdzić, że jednak wiedziałeś, dokąd zmierzasz. Jednak pozostaje fakt, że eutanazer – ten haczyk, którym mnie złapałeś – został zepchnięty na drugi plan. 

Z drugiej strony: został zepchnięty na drugi plan przez cholernie intrygującą koncepcję gnostycznych tabletek. Jaki to jest błyskotliwy, genialny wręcz pomysł! Ale ja ci go zazdroszczę! Widzę oczyma wyobraźni jaki jest wielki, widzę mnogość dróg, egzystencjalnych i kosmologicznych zakrętów, którymi może prowadzić… Tym boleśniej zderzam się ze sposobem, w jaki go (nie)wykorzystałeś. 

Sefiry wymieniasz tylko z nazwy. W zasadzie niczego nie dowiadujemy się o działaniu tych zamkniętych w formie tabletki esencji boskiego drzewa. Oczekiwać możemy sporo. Gnostyczna ekstaza, błogość, ograniczone w czasie wszechzrozumienie, mistyczna podróż przed oblicze Boga i z powrotem. Tymczasem jedyna tabletka-sefira, którą nam pokazujesz, ma działanie tak nijakie, że zaczynam się zastanawiać skąd biorą się te opory głównego bohatera przed jej zażywaniem. 

Nawet jeżeli koniec końców droga poznania prowadziłaby do wiedzy, że ostatecznym celem życia jest śmierć, przed którą ludzie naturalnie chcą się chronić, to aż się prosi, by tę drogę pokazać.

No i mamy jeszcze trzeciego grzyba w barszczu, czyli sztucznych ludzi. Wątek całkiem pominięty. Jasne, podkreśla beznadziejne położenie zwykłych ludzi, ale czy z punktu dylematu głównego bohatera jest jakkolwiek istotny? Co by się zmieniło w jego rozterkach "brać albo nie brać", gdyby sztuczni ludzie nie istnieli, a przewagę w działaniu pokazywali ci, którzy biorą? Czy jest to niezbędny element kompozycji, czy dosztukowany? Przyznam, że tu się waham. 

Pomysłu to ja tu widzę na dwa opowiadania i każde dłuższe niż 18tys. znaków – i wiesz, co mnie najbardziej wkurza? To, że wiem, że mógłbyś z tego wycisnąć o wiele więcej. Nie zgasić tak potencjału. 

A tak to mamy zaledwie dobre/bardzo dobre postapo, ale bez tego, co by pozwoliło mu błyszczeć na tle pozostałych opowiadań z tego gatunku. 

Będę na NIE i weź ty rozwiń tem pomysł sefir w pastylkach, bo jest genialny. Wiem, że jesteś mega utalentowany i że możesz napisać taki tekst, że spadnę z krzesła i będę rwać włosy z głowy, czemu to nie ja jestem autorem. Pomysł już masz. 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Hej! Wybaczcie, ale jakoś nie miałem weny na nic innego, niż wspaniała portalowa grafomania, dlatego tak późno odpowiadam,

 

@Darcon

 

Miło Cię widzieć, jak zawsze zresztą :)

Zacznijmy od tego, że usunąłem to drugie zdanie. Z mojej strony głupota, żeby je wstawiać tuż przed publikacją, tylko po to, żeby słowo “Terminal” nie pojawiało się na końcu opowiadania z czapy. Mea culpa, już odculpiona ;)

 

Nie rozumiem dlaczego wyobrażacie sobie ten przyszły świat, który jeśli już będzie gorszy, to będzie też głupszy. Myślę, że to najwłaściwsze słowo, które w potoku myśli ciśnie mi się na usta. Zgadzam się z Tobą, z Wami, że może być to świat gorszy, upadły, wyznający zupełnie nieakceptowalne przez nas zasady moralne i obyczajowe. Eutanazer pewnie powstanie, nie uważam tego za zupełną fikcję.

Nie zastanawiałem się nad tym za wiele, Darconie, ale widząc trendy na tiktoku, którego nawet nie mam, ale non stop ktoś chce mi coś pokazać, obserwując jaranie się influencerami, jutuberami, patostreamerką, z zaskoczeniem czytając o kolejnej, świeżo utworzonej, federacji najgłupszego sportu, którym jest MMA, rozmawiając ze współpracownikami, konfiarzami, twierdzącym, że Bucza to pic na wodę-fotomontaż, to ja takim optymistą nie byłbym. Tutaj jest społeczeństwo zniewolone, klepiące nowych ludzi od sztancy, narzucające im określony sposób życia. To okropna wizja, totalitarna, mało prawdopodobna globalnie, ale lokalnie możliwa.

Nie chcę zabrzmieć tu histerycznie, ale to trochę tak jakbyś nie wierzył we własne dzieci i wnuki.

Czasem nachodzą mnie takie wątpliwości… Ale tylko czasem i wierzę, że będzie dobrze :)

 

Dlaczego uważasz, że ludzie będą się wstydzić zainteresowania (chęci użycia) eutanazerem?

W zasadzie skorzystanie z niego jest równoznaczne z poddaniem się, a ludzie nie lubią być postrzegani jako ci, którzy się poddali, kiedy inni wciąż walczą. Nawet podejście do eutanazera i zaznajomienie się z interfejsem jest jak rzucenie sugestii, że warto może byłoby rozważyć kapitulację. Nie do końca racjonalny wstyd, taki podobny do tego, który czasem towarzyszy kupowaniu prezerwatyw ;)

 

Jeśli chodzi o spostrzeżenie, to uważam, że ludzie nic nie będą czytać na eutanazerach. Raczej skrolować w dół jak na przeglądarce google czy telefonie i wciskać “zgadzam się”.

Masz rację, i, którzy będą zdecydowani skorzystać tak zrobią, ale ciekawscy, którzy nie chcą skorzystać, ale zobaczyć co to jest, jak to działa, będą :)

Cieszę się, że ostatecznie, pomimo niekompatybilnej z Twoimi przemyśleniami, wizji, oraz tej wpadki z drugim zdaniem, uznajesz tekst na plus :) Bo tak to odczytuję :)

 

@vrchamps

 

Nie bój nic, pisz prawdę, tak jak ją widzisz :)

brakuje mi opisu otoczenia, przygnębiającego otoczenia. Może powiewających foli zabezpieczających, na rusztowaniu remontowanego budynku, przy którym nikt już nie pracuje. Może bycia świadkiem morderstwa lub po prostu przemocy. Może wyjaśnienia i ukazania w scence co się dzieje z ciałem wyciągniętym z Jaja. Wtedy byłbym szczęśliwy czytając to opowiadanie:)

Tutaj masz trochę racji, bo tło jest dość skąpe. Ale Twoje propozycje nie pasowałyby do opowiadania – zauważ, że tam nie ma żadnej gwałtownej sceny, wszystko jest spokojne, monotonne, a jakikolwiek akt przemocy (jest tylko jeden w tekście, kiedy bohater ucieka z gabinetu – całe dwa zdania :)), albo chociaż widok trupa zburzyłby tempo.

 

Lubię takie przygnębiające klimaty, bo choć mam trójkę dzieci i kochającą żonę, to uwielbiam być samotnikiem.

Mam podobnie. “Wydrążony człowiek” Simmonsa i “Droga” McCarthy’ego – przeczytaj je, jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś. Będziesz zachwycony :)

Dzięki za odwiedziny i klika.

 

@fmsduval

 

Nie wiem, czy miałeś okazję oglądać “Mechanika” z Ch. Bale’em,

Wiem o czym to, ale nie widziałem.

 

U Ciebie mamy cichutki dramat, bohater jest bardzo blisko – patrzy przez okno być może sąsiedniego bloku, oddalonego jedynie upływem lat. Facet jest namacalny, to na pewno. Podobnie jak jego szary światek.

Cieszę się, że tak to widzisz, bo to właśnie miał być wycinek świata z kilkoma podstawowymi drogowskazami, bez szczegółów.

 

Oprócz tego, w rozmowie z matką, co do zasady wiarygodnej i płynnej, w pewnym momencie skręcasz w wypowiedź wręcz teatralną. Nie mogłem się nie skrzywić. Mowa o tym fragmencie:

Masz rację :) Trochę przegiąłem, zaraz naprawię.

Co do Twoich pozostałych uwag, zastanowię się nad nimi, to cenne spostrzeżenia, za które dziękuję :)

W kreacji świata mam obiekcje co do wstydu, z jakim ludzie podchodzili do eutanazatorów.

W odpowiedzi do Darcona, tam wyżej, poruszyłem tę kwestię, jeśli masz ochotę, możesz się do tamtego odnieść :)

Dzięki za odwiedziny!

 

@aTucholka

 

Jedyne do czego możnaby się przyczepić to trochę za mało motywu obaw bohatera o los jego matki, jeśli ten umrze

Hmm, racja. Mogłem coś dorzucić, ale jakoś nie uznałem tego za potrzebne. W jednej z wersji początkowych, to matka korzystała z eutanazera, a nie bohater, więc chyba z rozpędu pominąłem cały wątek z nią, kiedy zmieniłem podstawowe założenie tekstu.

Dzięki za odwiedziny i pozostawienie miłego komentarza!

 

@Finkla

 

Komu zależy na takich maszynach? Dlaczego? Kto płaci za ich instalowanie i serwis?

To jest to drugie dno, może nie do końca, ale ściśle wiąże się z głównym założeniem, które wykluło się w mojej głowie i dorobiłem do niego resztę tekstu.

 

Fajnie, że rozwinąłeś ćwiczenie, chyba można rozwijać dalej, bo świat ma potencjał. Co na to religie – nowe i te konserwatywne? Dlaczego elitom tak zależy na pozbyciu się niższych warstw? Bez dołów społecznych wyżyny tracą punkt odniesienia. No, dużo rozważań da się tu wepchnąć.

Dzięki :) Pytasz co na to religie? To jest religia, wytłumaczę później w odpowiedzi do Gekiego, drakainy i ninedin. Ale to ju nie dziś, czas spać, jutro mam ciężki dzień.

Dzięki, że wpadłaś i kliknęłaś, Finklo :)

 

Reszcie odpowiem jutro, bo na dziś kończę, ledwo trafiam palcami w klawiaturę.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Cześć Outta!

 

To chyba najbardziej depresyjny tekst, który napisałem, więc ostrzegam

Nie no, ten o Łazarzu był bardziej dołujący ;-)

 

Za dużo powodów do radości tu nie ma, chociaż nie, jest jeden: wykonanie zachwyca. Czuć szarość, nieuchronność i pętlę, która powoli zaciska się wokół szyi bohatera. Dyżur przy oknie, norma w fabryce i ta woda… Lepiej się powiesić. Nie wiem dlaczego, ale przez cały czas miałem wrażenie, że on w tych paczkach pocięte zwłoki sortuje (co dołowało jeszcze bardziej).

Wypatrywałem jakiegoś twistu albo promyka nadziei, może nawet nutki absurdu, która wniosłaby jakieś kolory. Nic z tego, kolorowe są tu tylko tabletki, kończy się tak, jak sugeruje początek (choć chciałem, aby skończyło się inaczej, udało ci się zbudować bohatera, z którym łatwo się zidentyfikować i trudno być wobec niego obojętnym). Choć droga do tego była tylko z grubsza przewidywalna (swoista równia pochyła), to losy bohatera nie są przewidywalne.

Bardzo sugestywnie wypadła rozmowa z matką. Taka niby o niczym, a jednak wiadomo, do czego prowadząca, niepokojąca i wywołująca ciarki na plecach. Sick, sad world.

Jeżeli czegoś mi tu zabrakło, to jakiejś szerszej wizji co i dlaczego się stało. Cóż to spowodowało, że od stanu obecnego ludzkość skręciła w taki sposób? Pokazujesz to skrótowo – koncerny farmaceutyczne. Ok, rozumiem, złe korpo, ale może warto by to nieco rozwinąć. Choć mam też świadomość, że pisanie takich rzeczy “wpływa na głowę” i jeżeli tekst byłby długi…

Podsumowując: Świetne dystopijne opowiadanie, bardzo dobrze napisane. Przed 24 lutego czytałoby się doskonale, po czyta się nadal bardzo dobrze, ale cóż. Punkt widzenia zależy trochę od punktu siedzenia ;-)

 

Pozdrawiam!

 

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Hej!

 

Miałem baaaardzo długi komentarz, ale szlag go trafił, dawno się tak nie wkurzyłem :(

Spróbuję raz jeszcze, ale krócej.

 

@ninedin

 

Wrodzone wścibstwo każe mi zapytać, skąd idea nazwania kolejnych zmieniających świadomość substancji od poziomów sefir w kabale? To ma jakieś głębsze znaczenie dla Ciebie czy po prostu fajnie, efektownie brzmi i spasowało? (Bo przyznam, że z racji zboczenia zawodowego oczywiście usiłowałam się tego znaczenia doszukać)?

Na to odpowiem póniej, w komentarzu do Gekiego, który zadał kilka pytań odnośnie fabuły, ale pokrótce to jest tak: raz, że pasowały, a dwa, że na jakimś poziomie, trochę powykręcanym, mają znaczenie.

 

oraz, zaraz mi przyszedł do głowy tekst-lustrzane odbicie, ale w sumie niefantastyczny, gdzie byłaby sugestia, że świat wcale tak odrażający nie jest – tylko bohater odmawia brania nie środków, które go pozbawią człowieczeństwa, tylko leków, które mu są potrzebne na ciężką depresję; i gdzie czytelnik do końca by nie wiedział, jak jest naprawdę

Ale to musiałoby być studium choroby w jakimś stopniu, a ja bałbym się tak głeboko wchodzić w postać, bo depresja to choroba, i jakbym tego nie napisał, nawet dbając o wiarygodność, to pewnie pojawiłyby się jakieś zarzuty. Dobry pomysł, ale ja bym się nie podjął.

Dzięki za wizytę i miły komentarz :)

 

@drakaina

 

Właściwie jedyne, co mi tu leciutko zgrzytnęło, ale to dość blisko kosmetyki, to takie lekko deusexmachinowe wprowadzenie motywu pastylek.

Trochę tak, choć są jednym z najwazniejszych elementów fabuły. Tutaj wychodza niedobory w komponowaniu tekstu, ale popracuję nad tym :)

Dziękuję za wizytę i miły komentarz :)

 

@adam_c4

 

Udzieliło mi się to ciągłe zmęczenie bohatera. Chandra, wysuszony na wiór język, bezradność i tłumiona złość – brrr.

Wybacz, nie chciałem. No, może trochę chciałem, albo nawet liczyłem na takie odczucia ;)

 

Długo wzbraniał się przed tą drogą bez powrotu i szkoda, że w końcu spalono za nim most. Smutne to i mocne.

To jest właśnie ta tragedia – odebrano mu wolnośc wyboru, narzucając określony sposób życia, z którego on ostatecznie nie korzysta, woląc odejść.

Dzięki za wizytę i miłe słowa :)

 

@Geki

 

Pisałem do Ciebie przez ostatnie półtorej godziny, i kiedy byłem juz na finiszu, szlag trafił komentarz. Odpiszę Ci jutro, bo nie mam siły drugi raz się dzisiaj produkowac, poza tym, wciąż jestem zły, że tyle tekstu poszło się paść :(

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

Pisałem do Ciebie przez ostatnie półtorej godziny, i kiedy byłem juz na finiszu, szlag trafił komentarz. Odpiszę Ci jutro, bo nie mam siły drugi raz się dzisiaj produkowac, poza tym, wciąż jestem zły, że tyle tekstu poszło się paść :(

Uhu, czyli to musiał być obszerny komentarz. 

Rozumiem Twoje uczucia, to jest najgorsze, jak taki komentarz zniknie. :<

 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Dobra, postaram się odtworzyć to, co pisałem wczoraj, ehh. Miejmy nadzieję, że dziś nie zeżre.

 

@Geki

 

Pokaż, nie mów. 

To się prosi o scenę. A brzmi trochę tak, jakbyś ustami matki chciał wypowiedzieć kwestię narratora. 

Trochę to już stonowałem, ale żeby pokazać śmierć sąsiadki, albo rozmowę z nią, musiałbym zmienić chronologię wydarzeń, zrobić jakiegoś fikołka z retrospekcją albo coś, a to mi nie pasuje.

 

Wydawało mi się, że matka będzie zachowywać pozory. 

Nie do końca rozumiem o co Ci chodzi. Że na nia działa Malchut i powinna inaczej się zachowywać? Malchut w wodzie jest rozrzedzone, działa słabiej, ale i tak uzależnia organizm. Matka pyta bohatera, czy zauważył, że ona się zmienia, jest inna, staje się taka jak tamci, butelkowi. Ona jest spokojna, nie ma depresji, siedzi sobie i czyta, potem wchodzi bohater, ona do niego zagaja, a potem, żeby podtrzymać konwersację – a rozmawiać nie bardzo już mają o czym – wspomina panią Borowską. I dopiero to wspomnienie budzi w niej nostalgię, każe się nad czymś zastanowić w obecności drugiej osoby, zapytać, czy też czuje to, co ona. Chyba, że chodzi Ci o coś innego :)

 

Aż z bohatera wyłazi poeta, ale tylko w tym jednym momencie. 

Akurat to nawiązanie do piosenki “Do zakochania jeden krok”. Już wcześniej pojawia się w tekście “do zapomnienia jeden krok”, a te słowa, które zacytowałeś to dalszy jej ciąg:

 

Coś się gromadzi, coś dojrzewa w nas

Co było ledwie nutką rzewną

A czemu to kwestia "złamania się"? Co poświęcają, zażywając te tabletki? 

Ludzie posiłkują się farmakologią, by zachować homeostazę. W przypadku depresji także, a ta staje się, albo już jest, chorobą cywilizacyjną. Albo innych zaburzeń. Czemu miałoby to być moralnie napiętnowane? 

A nie jest to kwestia złamania się? Pójścia tą wygodniejszą drogą, obiecującą więcej kolorów i sztucznego zadowolenia? Pytasz, co oni poświęcają – wolnośc wyboru, Geki, wolność obrania własnej ścieżki, nie narzuconej przez nikogo, z której można będzie zejść, a tego sephiry nie oferują, nie pozwalają na to. Widzę, że nie do końca łapiesz chyba mój zamysł: to nie on jest chory, tylko świat w którym żyje. Otoczenie jest chore, wykręcone podstawy funkcjonowania świata wprowadzają go w taki stan, bo widzi, że trzymając się swojej ścieżki nie będzie szczęsliwy, ale nie chce z niej rezygnować, bo nie chce żyć na smyczy medkorpu Kyrios. On widzi świat taki, jakim jest, samemu będąc realistą, więc wie też o implikacjach swoich wyborów. Osoba z depresją widzi świat poprzez pryzmat swojej choroby, bohater tekstu widzi świat prawdziwy, odrzuca chemiczny pryzmat, który go finalnie pozbawi możliwości patrzenia na prawdę.

 

Czyli, że co? Ich indywidualizm jak na razie opiera się na nihilizmie, przygnębieniu i pławieniu w negatywnych emocjach. Jaką prawdę tracą? 

To nie jest indywidualizm, którego chciałby, ale to jedyny dostępny. Jaką prawdę tracą? Geez, Geki, jeszcze pytasz? Odnosząc to do wojny ukraińsko-rosyjskiej, powiedz mi, jaką prawdę utraciłbyś wierząc w kłamstwa Kremla? Jaką prawdę utraciłby świat? Nie lepiej byłoby uwierzyć putlerowcom i ich pryncypałowi, że na Ukrainie są faszyści, że to ukraińcy mordują swoich, że mniejszoś rosyjskojęzyczna wymaga uwolnienia ich spod reżimu Zełenskiego? Gdybyśmy to przyjęli za prawdę, to dalej handlowalibyśmy z Rosją, nie przejmowali się mordami, bo to przecież nie u nas, a tam wszystko jest cacy, przecież nas o tym rosyjskie władze zapewniają. To kłamstwa, w które warto byłoby uwierzyć? Bo przecież prawda jest niewygodna, boli, wprowadza niepokój, czemu by jej nie odrzucić? Dziwny to zarzut, Geki, naprawdę, a odpowiedź na Twoje pytanie zdawała mi się oczywista.

 

Używasz sefir, to zamiast Miłość napisałbym Chesed. 

No i jeśli mieliby coś przyjmować, to chyba Tiferet. 

A Keter to by im mózg zlasowal. :P

To celowe. A Keter – cóż, Keter to pierwsza emanacja Boga, tak? potem są kolejne, w drodze w dół drzewa, aż do Malchut, czyli Stworzenia. Droga do Boga wiedzie w odwrotną stronę, od Malchut ku górze, do Keter, po której jest już tylko Nieskończoność (czyli Bóg). Keter jest więc tutaj ostateczną bramą, przez którą należy przejśc, by trafić do Boga, do Nieskończoności, do ostatecznego poznania, więc utożsamiłem ją ze śmiercią: Kyrios Eleos Terminal = K.E.Ter

Do Keter w końcu trafią wszyscy, niezaleznie od tego, czy wierzyli, jak żyli i jak długo żyli, czy przyjmowali sephiry, czy nie, czy brali tylko Malchut, czy może wraz z rozwojem kariery i zamożności, mogli pozwolić sobie na coś wyżej, na przykład Tiferet (to jest podejście korporacyjne do religii, które tutaj umieściłem, ale o tym za moment). Czym więc jest eutanazer? Miłosierdziem medkorpu dla tych, którzy nie chcą brać, nie chcą być sztucznie szczęśliwi, a nie mają już siły żyć. Samobójstwo to grzech, chyba, że przez eutanazer. Pamiętasz nazwę? Kyrios Eleos Terminal.

Kyrios (za wikipedią)– Kyrios (gr. Κυριος, hebr. Adonai) albo Pan – tytuł chrystologiczny pochodzenia biblijnego stosowany w tekstach Nowego Testamentu do Jezusa Chrystusa tak samo, jak w odniesieniu do Boga Ojca

Eleos (z greckiego) – miłosierdzie

Od tych dwóch słów pochodzi znane Ci pewnie: Kyrie Eleison, czyli Zmiłuj się Panie. Ostatnie słowa tekstu odwołują się z kolei do słów Litanii Loretańskiej:

Kyrie eleison, Christe eleison, Kyrie eleison.

Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.

Ojcze z nieba, Boże, – zmiłuj się nad nami.

 

Takie to… meh… 

Skoro po jednej aplikacji środka trzeba go brać, a w świadomości publicznej istnieją ludzie nie biorący pigułek (w końcu dla nich są eutanazery), to musiałyby funkcjonować jakieś procedury, by nie podać pigułki komuś, kto jej nie chce. 

A jeżeli jest to jakiś przymus i odmawiający brania medykamentow są wyrzuceni poza nawias i uzależniani przy pierwszej okazji, to lepiej byłoby nam to wcześniej nakreślić, bo okazuje się istotne dla fabuły. I to bardziej niż eutanazer. 

A po co miałyby istnieć jakieś procedury? Przecież to na rękę medkorpowi, żeby każdy brał. To jest to podejście korporacyjne: marketing, uzależnianie od swoich produktów, nawet w sposób etycznie wątpliwy, przywiązanie do porducenta i jego produktu. Medkorp hoduje sobie ludzi, których już uzależnia od siebie i swoich pastylek na etapie niemowlęctwa, jednocześnie starając się przekonać tych nie butelkowych do tego, że to dobra droga, jedyna słuszna, prowadząca do szczęścia. Wiesz jaka procedura u nas, bez Twojej zgodu i wiedzy nawet, próbuje Cię wtłoczyć w sztywne ramy jedynie słusznej idei? Chrzest. Tylko Tobie wolno się zbuntować i odrzucić go, a w świecie z opowiadania nie można, bo odrzucenie oznacza śmierć, krótka piłka wprost do Keter, z pominięciem życia i wszystkich stadiów pośrednich (sephir) w drodze do poznania i końca w domenie Boga, czyli Nieskończoności.

I nie mogłem tego wcześniej nakreślić, bo bohater dopiero na końcu odkrywa, że w wodzie jest Malchut. A jesli Ci tego mało to popatrz na to z tej strony: w pracy podano mu Malchut, bo w jego organizmie wykryto Malchut, tylko w niskim stężeniu, więc żeby go odratować podano mu specyfik. To chyba logiczne?

 

Ej, miał się stać zombie, a tu przeżywa dylematy egzystencjalne. Wcale jakoś mocno ta pigułka nie wpłynęła. Co najwyżej jak lampka wina i tabliczka czekolady. 

Po pierwsze – Malchut służy do kontroli mas, żeby były szczęsliwe i nie generowały niepokojów społecznych. Ona jest dla klasy robotniczej, dlatego jej działanie nie jest specjalnie silne, choć jest na tyle, żeby działało to tak, jak chcą tego medkorpy.

Po drugie – pierwszemu zażyciu substancji psychoaktywnej towarzyszy strach i niepewnośc, przez co jej działanie może być osłabione. Tutaj tym bardziej, bo bohater tego nie chciał, boi się, stara się z tym walczyć, jednocześnie obserwując reakcję swojego organizmu na sephirę. Jego odczucia są – z punktu widzenia statystyki – niemiarodajne.

 

Żebyśmy się zrozumieli: bohater odmawia zażywania środka, którego działanie jest od biedy podobne do antydepresantów, bo sobą czuje się tylko wtedy, gdy otacza go ponurość i ma złe samopoczucie? 

Po raz trzeci – one zakłamują obraz rzeczywistości, tego jak jest naprawdę. Serio, chciałbyś być trzymany w kolorowym bąbelku, z którego nie wolno Ci wyjśc, bo na zewnątrz jest świat, który nie jest tak prosty jak wewnątrz? Odnieśmy to do portalu, nawet tej dyskusji: lepiej jest klepać autora po plecach, pisząc mu, że dobrze pisze, jeśli pisze źle, czy lepiej powiedzieć mu prawdę? Postarać się wskazać ścieżkę, która pozwoli mu na rozwój?

Pamiętaj, że bohaterem tego opowiadania jest jeden człowiek, taki, który jest o krok od przepaści i samobójstwa, nie wiesz czy to reprezentatywny przypadek. Są ludzie, którzy walczą, którzy się nie poddają, mają nadal nadzieję na lepsze jutro, bez sephir i narzucania cudzej drogi.

 

Pokazujesz nam eutanazer, który zaraz schodzi ze sceny na rzecz innego pomysłu: tabletek odwołujących się do kabalistycznego Drzewa Życia.

Tabletki oraz eutanazer stanowią dwa główne rekwizyty na których stoi ten pomysł. Są ze sobą związane. Przedstawiam na początku eutanazer, póżniej sephiry, i na końcu wracam do eutanazera. Co w tym złego, Geki? Czy, pisząc opowiadanie o poszukiwaniach zagubionego statku kosmicznego, opisanie jednostki na początku, celem wprowadzenia, i zakończenie opowieści odnalezieniem tej jednostki, byłoby błędem? Czy po drodze musiałbym wrzucac tam i siam jakieś motywy z nią związane, żeby czytelnik o niej nie zapomniał? W jakimś stopniu rozumiem Twój zarzut, ale… Nie, to tak musi zostać :)

 

Ale czym ona się różni od skoku z mostu, rzucenia się pod pociąg, czy ołowianej kulki w skroń?

Pisałem o tym wyżej.

trochę zacząłem odczuwać, że jako autor nie do końca panowałeś nad tym,.o czym chcesz pisać.

Trochę to Twoje odczucie mylne :P Od początku, kiedy już całą koncepcja przestała się mieszać i konstytuować w trwałą, niezmienialną i ostateczną formę, wiedziałem o czym chcę napisać, tylko nie znałem jeszcze wszystkich środków, które mi posłużą do zrobienia tego.

 

Tym boleśniej zderzam się ze sposobem, w jaki go (nie)wykorzystałeś. 

Dobrze, nie chciałem tłumaczyć, ale w sumie już sporo wytłumaczyłem wyżej, więc niech będzie. Ale to w komentarzu niżej, który będzie później, bo jestem w pracy i muszę się zająć jedną pilną sprawą :) Tam też będzie odniesienie się do kilku kolejnych, poruszonych przez Ciebie kwestii, a także odpowiedź dla krara :)

Known some call is air am

Nie do końca rozumiem o co Ci chodzi.

Uwagi pod cytatami spisuję na bieżąco, w trakcie lektury, więc wtedy nie wiedziałem nic o żadnym malchut w kranie. ;)

Chodziło mi o to, że najpierw matka wydawała mi się zdystansowana, potem nagle się otwiera przed synem. Zwal tę uwagę na karb moich stosunków rodzinnych. :P

 

Akurat to nawiązanie do piosenki “Do zakochania jeden krok”. Już wcześniej pojawia się w tekście “do zapomnienia jeden krok”, a te słowa, które zacytowałeś to dalszy jej ciąg:

Nie pamiętam tej piosenki, więc mi to zazgrzytało.

Swoją drogą nie wiem, czy trzeba ją wplatać w ten tekst, ale szanuję wybór autora.

 

Pytasz, co oni poświęcają – wolnośc wyboru, Geki, wolność obrania własnej ścieżki, nie narzuconej przez nikogo, z której można będzie zejść, a tego sephiry nie oferują, nie pozwalają na to. Widzę, że nie do końca łapiesz chyba mój zamysł: to nie on jest chory, tylko świat w którym żyje.

Rozumiem w pełni, ale dla mnie nie istnieje coś takiego jak obiektywna prawda. Świat jest taki, jaki wierzymy, że jest. Ale rozumiem, co chciałeś przekazać – bohater widzi prawdziwy świat i nie chce stracić go z oczu.

Problem w tym, że różnice między jednym światem a drugim są… kosmetyczne. A przynajmniej tak nam je pokazałeś. jasne, rozumiem, że:

Tutaj tym bardziej, bo bohater tego nie chciał, boi się, stara się z tym walczyć, jednocześnie obserwując reakcję swojego organizmu na sephirę. Jego odczucia są – z punktu widzenia statystyki – niemiarodajne.

Ale to przecież Ty jesteś autorem i zobaczymy to, co zechcesz nam pokazać. Można to sobie tak argumentować, jak powyżej, ale w efekcie nie widzimy prawdziwego działania malchut. A te, które widzimy, no to serio, czy ono aż tak wypacza obraz świata? Postrzeganie bohatera się nie zmienia, nie zmieniają się jego dyspozycji psychiczne, zmienia się tylko jego nastrój.

To właśnie oznaczało moje pytanie: jaką prawdę tracą?

Zabrakło mi tu właśnie przede wszystkim większego kontrastu.

 

Po raz trzeci – one zakłamują obraz rzeczywistości, tego jak jest naprawdę. Serio, chciałbyś być trzymany w kolorowym bąbelku, z którego nie wolno Ci wyjśc, bo na zewnątrz jest świat, który nie jest tak prosty jak wewnątrz?

Tylko, że nam tego bąbla nie pokazałeś. Między zamknięciem w iluzji, a:

Podwórze na zewnątrz jest takie samo jak zawsze, bure i nijakie, jestem tego pewien, ale dziś jawi mi się jakby weselsze.

jest ogromna różnica.

 

 

Odnosząc to do wojny ukraińsko-rosyjskiej…

Za wcześnie na argumentum ad Ukrainum. ;)

 

Czym więc jest eutanazer? Miłosierdziem medkorpu dla tych, którzy nie chcą brać, nie chcą być sztucznie szczęśliwi, a nie mają już siły żyć. Samobójstwo to grzech, chyba, że przez eutanazer. Pamiętasz nazwę? Kyrios Eleos Terminal.

Bardzo fajna koncepcja, ale nie pokazałeś jej w tekście. Gdybyś rzeczywistość bohatera – poza nazwami tabletek i marką eutanazera – otoczył taką właśnie otoczką z teologii moralności, posunął ją do dystopii, opisał te przemyślenia w tekście, to byłby sztos.

A tak, to nie odczuwa się – mówię tu tylko za siebie – że mamy tam do czynienia z korporacyjna formą teokracji. Ani bohater, ani ludzie, których spotyka, nie odnoszą się w swoich wypowiedziach i postępowaniu do religijnej wykładni moralności. Eutanazery podobnie – niby istnieją i jest na nie przyzwolenie, ale ludzie podchodzą do nich zamaskowani.

Chciałbym zobaczyć właśnie te dwoistość, jakąś scenke, wstawke, dialog, który napiętnowałby normalne samobójstwo, a jednocześnie pokazałby skorzystanie z eutanazera jako moralnie dobre i zbliżające do Boga.

 

A po co miałyby istnieć jakieś procedury? Przecież to na rękę medkorpowi, żeby każdy brał. To jest to podejście korporacyjne: marketing, uzależnianie od swoich produktów, nawet w sposób etycznie wątpliwy, przywiązanie do porducenta i jego produktu.

Skoro tworzą maszynę mającą być aktem miłosierdzia dla tych, co nie biorą, to jakoś powinni to regulować, tak mi się wydaje. Nie będę się upierać, w końcu to twój świat. Z resztą późniejsze odkrycie, że malchut jest w wodzie, troche więcej mi powiedziało o tym świecie.

 

Wiesz jaka procedura u nas, bez Twojej zgodu i wiedzy nawet, próbuje Cię wtłoczyć w sztywne ramy jedynie słusznej idei? Chrzest.

Świetna paralela do umieszczenia w tekście. ;)

 

Przedstawiam na początku eutanazer, póżniej sephiry, i na końcu wracam do eutanazera. Co w tym złego, Geki? Czy, pisząc opowiadanie o poszukiwaniach zagubionego statku kosmicznego, opisanie jednostki na początku, celem wprowadzenia, i zakończenie opowieści odnalezieniem tej jednostki, byłoby błędem? Czy po drodze musiałbym wrzucac tam i siam jakieś motywy z nią związane, żeby czytelnik o niej nie zapomniał? W jakimś stopniu rozumiem Twój zarzut, ale… Nie, to tak musi zostać :)

Jak to ująć, Outta… stałeś się ofiara własnego talentu. Gdybyś użył jakiegoś rekwizytu, jak ten który wymieniłeś, takiego typowego, to czytelnik by gładko przeszedł przez ten zabieg. Ale tez zainteresowanie na początku wywołałbyś mniejsze. Poszukiwanie zaginionego statku od razu jawi sie jako pretekst, to nic odkrywczego.

Za to eutanazer – to było mocna uderzenie. Pomysł maksymalnie intrygujący. Dlatego też potraktowanie go w podobny sposób wywołało inna reakcję (u mnie). W sumie moge powtórzyć to co napisałem wczesniej:

Oczywiście, eutanazer wraca w zakończeniu. Musiał wrócić, tego byłem pewien, w myśl zasady, że jeżeli w środku opowieści pojawi się broń wisząca na ścianie, to przed zakończeniem musi wystrzelić. I to się dzieje, mogę wtedy tylko pokiwać głową, uznać swoją pomyłkę i stwierdzić, że jednak wiedziałeś, dokąd zmierzasz. Jednak pozostaje fakt, że eutanazer – ten haczyk, którym mnie złapałeś – został zepchnięty na drugi plan. 

 

Dobrze, nie chciałem tłumaczyć, ale w sumie już sporo wytłumaczyłem wyżej, więc niech będzie. Ale to w komentarzu niżej, który będzie później, bo jestem w pracy i muszę się zająć jedną pilną sprawą :) Tam też będzie odniesienie się do kilku kolejnych, poruszonych przez Ciebie kwestii, a także odpowiedź dla krara :)

Can’t wait!

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

To jeszcze nie teraz, teraz tylko jedna kwestia, odpowiedź dla krara, a potem wyjaśnię zamysł ;)

 

No i mamy jeszcze trzeciego grzyba w barszczu, czyli sztucznych ludzi. Wątek całkiem pominięty. Jasne, podkreśla beznadziejne położenie zwykłych ludzi, ale czy z punktu dylematu głównego bohatera jest jakkolwiek istotny? Co by się zmieniło w jego rozterkach "brać albo nie brać", gdyby sztuczni ludzie nie istnieli, a przewagę w działaniu pokazywali ci, którzy biorą? Czy jest to niezbędny element kompozycji, czy dosztukowany? Przyznam, że tu się waham. 

No, przede wszystkim ma podkreślać. Ważne jest też w kontekście prawdopodobieństwa uzależnienia tego niebutelkowego społeczeństwa. Czy dałoby się tak omamić społeczeństwo, nie mając solidnej bazy do tego? Byłoby ciężko, tak sobie pomyślałem, więc dodałem ten motyw, bo gdyby wymienić częśc populacji na sztucznie wyhodowaną, już uzależnioną, bardziej szczęśliwą, bo zażywającą narkotyk, to znalazłyby się niebutelkowe jednostki, które spróbowałyby. Pewnie najpierw kilka osób, ale w końcu ruszyłaby lawina. Na jakim etapie jest to społeczeństwo, na jakim są medkorpy, w swoich próbach wymiany społeczeństwa? W scenie w autobusie bohater zauważa, że butelkowych jedzie w autobusie kilkudziesięciu, a prawdziwych można policzyć na palcach jednej ręki, można więc mniej więcej wywnioskować, jak rozkłada się podział społeczeństwa na tych urodzonych naturalnie, i na tych wyhodowanych. Zakładałem takie last days, ostatnią fazę modelowania społeczeństwa, trupomaty jako coś relatywnie nowego, ale już na tyle znanego, że spowszedniałego. Faza usuwania prawdziwych, żeby zakończyć proces, na dwa sposoby: uzależnianie nieświadomych ludzi poprzez dodawanie Malchut do wody, oraz miłosierne usuwanie tych upartych dzięki eutanazerom, agresywnie reklamowanym i stawianym gdzie popadnie, żeby nie tyle ułatwić dostęp, tylko postawić na widoku, przed oczami, żeby codziennie uparci musieli na niego trafiać, oglądać go, żeby nie został zepchnięty do formy odległego elementu tła. To też takie korporacyjne, agresywne podejście i, cytując klasyka (:)) chłyt małketindody, a nawet płychołogiczny ;)

 

@krar

 

Nie wiem dlaczego, ale przez cały czas miałem wrażenie, że on w tych paczkach pocięte zwłoki sortuje (co dołowało jeszcze bardziej).

O kurde, dobry motyw :) Ale ja coś innego sobie umysliłem, chociaż w tekście tego nie ma: on sortuje pudełeczka z opakowaniami sephir :P Pracuje z tym, czego najbardziej się wzbrania, taka pozostawiona w głowie przewrotność ;)

 

udało ci się zbudować bohatera, z którym łatwo się zidentyfikować i trudno być wobec niego obojętnym

Podobno dajemy naszym bohaterom kawałek siebie, czegoś co znamy, żeby się na tym oprzeć. Wynikałoby z tego, że im więcej ma bohater z nas, tym bardziej jest wiarygodny, i teraz nie wiem czy to dobrze świadczy o mnie, a konkretniej o moim zdrowiu psychicznym :/

 

Choć droga do tego była tylko z grubsza przewidywalna (swoista równia pochyła), to losy bohatera nie są przewidywalne.

Wielce mnie cieszy ta opinia, krarze :) Koniec do przewidzenia, ale sama droga do odkrycia, fajnie, że tak to widzisz.

Dzięki za pochlebny komentarz, cieszy mnie, że opowiadanie przypadło Ci do gustu:)

Jeszcze tylko jedno:

 

Punkt widzenia zależy trochę od punktu siedzenia ;-)

Masz rację. Najbardziej mnie zmartwiło to, że Keter, czyli Korona, może zostać odniesiona do znanego wszystkim wirusa, a zupełnie nie to miałem na myśli :)

Known some call is air am

Cyt. O kurde, dobry motyw :) Ale ja coś innego sobie umysliłem, chociaż w tekście tego nie ma: on sortuje pudełeczka z opakowaniami sephir :P Pracuje z tym, czego najbardziej się wzbrania, taka pozostawiona w głowie przewrotność ;) – dokładnie nie możesz ćpać jak chcesz być dilerem:)

No dobra, zebrałem się w sobie i teraz odpowiem o co kaman :)

 

Zacznijmy od tego, że Medkorp Kyrios jest jak kościół, a eutanazer Eleos to akt miłosierdzia dla tych, którzy nie chcą stać się częścią tego, co z ludźmi chce Kyrios zrobić. Sephiry to narkotyki, sposób kontroli swoich wyznawców, bo odbierają im wybór – Malchut jest dla każdego, Jesod jest dla tych, którzy są nieco wyżej, zarówno w korporacyjnej hierarchii, jeśli chodzi o status społeczny i materialny, a także są przez to bliżej Boga. Potem są Hod, Necach i tak dalej. To korporacyjne, biznesowe podejście do religii, gdzie ten co ma więcej, może więcej, pozwala mu się na więcej, ale nadal ma kogoś/coś nad sobą. Sephiry to emanacje Boga, zaczynając od Keter i idąc w dół, aż do Malchut – więc by zbliżyć się do Boga, trzeba podjąć wędrówkę w odwrotną stronę, od Malchut do Keter. Keter utożsamiłem tutaj z ostatnią bramą, czyli również śmiercią, za którą jest już tylko Bóg/nieskończoność, a śmierć (Keter) pozwala na pójście do niego i zmianę wiary w pewność, zrozumienie. Wolne jednostki nie chcą nawet Malchut, więc Malchut podaje im się w wodzie, zmusza się ich do wiary/założenia smyczy Kyrios. Ci, którzy nawet tego odmówią, mogą skorzystać z eutanazera, przeskoczenia od razu do Keter, bez konieczności zaliczania nawet Malchut. To jest jak ten szczery akt skruchy, który może przed śmiercią wyrazić nawet największy zbrodniarz lub przeciwnik wiary, a dostąpi i tak łaski pańskiej – samobójstwo jest grzechem, usankcjonowane samobójstwo za pomocą Eleos jest aktem skruchy.

Po co mi ci butelkowi już powiedziałem, ale odnieś to również do aktu chrztu – bierze się nieświadomą jednostkę, niemowlaka, i wtłacza się go w ramkę religii, zakłada smycz, potem pcha na lekcje religii, do kościoła co niedziela, msze szkolne, roraty, rekolekcje, komunia, bierzmowanie, urabia się go, by zasilił stadko. My mamy wybór, możemy to odrzucić w każdej chwili, jeśli tego będziemy chcieli, lecz Kyriosowi to nie jest na rękę, dlatego w świecie opowiadania to poszło o krok dalej – ludzi się hoduje, od niemowlęcia podając Malchut, zakładając smycz, której zdjęcie jest możliwe tylko poprzez śmierć. Niebutekowi mogą przyjąć chrzest i zacząć zażywać, stając się tacy jak tamci, ale nie zmusza się ich do tego siłą, tylko agresywnym marketingiem, a w ostatniej fazie (a to już jest prawie sam koniec, czego echa mozna znaleźć w opowiadaniu) “chrzci” się ich bez ich wiedzy, poprzez wodę z kranu, do której dodaje się sephiry.

Dopisałem w jednym miejscu w opowiadaniu kilka linijek, które miały się tam znaleźć od początku, ale o nich zapomniałem. W skrócie mówią o tym, że masz tylko drogę w górę, od Malchut, przez Jesod i tak dalej, jednak nie wolno ci zejść niżej. W ujęciu korporacyjnym: awansujesz, idąc coraz wyżej, jednak w karierze (życiu) możesz sie na którymś ze szczebli zatrzymać, bo nie wszyscy moga być dyrektorami przecież, jednak gdy już się na dane “stanowisko” wespniesz, to musisz się umieć tam utrzymać, nie ma drogi w dół – awans, stała zatrudnienie na danym stanowisku, albo zwolnienie. W ujęciu religijnym: dostępujesz coraz większego oświecenia, możesz dostąpić większego, lub żyć z tym, którego już dostąpiłeś, nie można od oświecenia odstąpić, bo to zaprzeczenie wierze, więc i potępienie. Jednak i tutaj jest wyjście, którym jest okazanie skruchy – akt Miłosierdzia dla tych co zwątpili, czyli eutanazer.

Ja wiem, że to jest grubo popieprzone i czasem wydaje mi się, że pisząc, piszę to tylko dla siebie, bo tylko ja to odczytam tak, jak chcę, by to było odczytywane <ulubiona_emotka_Baila>

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Wreszcie wzięłam się za Twoje opowiadanie, Outta. Jak tylko zaczęło się nazewnictwo z sefirotami, od razu moja głowa zaczęła pracować o co może Ci chodzi. A to bardzo lubię – możliwość refleksji i interpretacji. Tekst jest bardzo pesymistyczny i muszę przyznać się wprost (uwaga, totalna subiektywność), że nie podoba mi się wykorzystanie elementów Kabały jako korporacyjnej siły, a element chrześcijański jako objaw formy zbawienia. Jeszcze raz podkreślam, to jedynie moje osobiste odczucie i kwestia własnych preferencji. A samo opowiadanie jest spójne, skłaniające do myślenia i nawet posunę się do stwierdzenia, że z powodu zastosowanej symboliki, treść się całkowicie broni. Chociaż śladowa ilość bardzo podstawowej wiedzy na temat poszczególnych sefirot (czy to w ujęciu bezpośrednio mistyki żydowskiej lub Kabały Hermetycznej – osobista wkrętka, totalnie fuj) pozwala na myślowe wędrówki. Można powiedzieć, że jestem bardzo na tak z Twoim opowiadaniem, ale z powodu wykorzystanych metafor jednak na nie ;)

Cześć, Outta!

 

Dopóki kusi nocy mrok, do zapomnienia jeden krok.

Przed trzecią w nocy zakapturzeni odchodzą,

powtórka

A i tak jest szczerszy od chemicznych uśmiechów tamtych dronów, których coraz więcej wokół.

“dron” to bezzałogowy statek powietrzny, może “android”, albo “droid”

 

Mówią, że pierwsze zdanie jest najważniejsze, a ja nie będę pierwszym, które je chwali. Z drugiej strony po lekturze przedmowy, pierwsze zdanie zdradza również zakończenie. Dobrze jednak tę drogę pokazałeś, choć niewiele było tu inicjatywy bohatera – płynął z rzeką, poddał się już na samym początku, a po podaniu Malchutu właściwie chciał już tylko godnie umrzeć. Z tego względu nie mogę powiedzieć, żeby opowieść mnie wciągnęła i zaangażowała.

Fragmentami tekst kojarzył mi się z “Różańcem” Kosika.

Ostatecznie bardzo fajnie łączysz z pozoru nieistotne rzeczy w jedną całość. Udało Ci się zakamuflować strzelby, które ostatecznie strzelają – bardzo lubię takie zabiegi.

Gdybym miał podsumować, to właściwie sparafrazowałbym Twoją przedmowę.

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Yo!

 

@Deirdriu

 

Masz rację, że Kabalistyczny motyw Sefirot wykorzystałem do własnych celów, bardzo szczątkowo wykorzystując symbolikę boskich emanacji. Ten pomysł z sefirami miałem kiedyś stworzony pod inny tekst, motyw eutanazera pod jeszcze inny, a finalnie doprowadziłem do ich fuzji i powstało to opowiadanie. Rozumiem, że dla kogoś, kto interesuje się kabałą, ta szczątkowość może być rozczarowująca, cieszę się jednak, że mimo to uznałaś tekst za ciekawy. A zamiast sefir mogłem użyć, jako nazw narkotyków, imion siedmiu krasnoludków na przykład ;)

 

@Krokus

 

To powtórzenie jest celowe, ponieważ pierwsze zdanie to wers piosenki, drugie to już słowa bohatera. Dron, w znaczeniu pejoratywnym, to ktoś działający bez udziału własnej woli, sterowany z zewnątrz, zaprogramowany do konkretnych zadań, czyli taki robot, stąd uzycie tego słowa i chyba przy tym zostanę :)

Fragmentami tekst kojarzył mi się z “Różańcem” Kosika.

Serio? No, to poczytam za komplement, bo “Różaniec” bardzo lubię. W ogóle to lubię pisanie Kosika, którego uważam za jednego z ciekawszych polskich autorów.

 

Gdybym miał podsumować, to właściwie sparafrazowałbym Twoją przedmowę.

Hehe :)

 

Dziękuję Wam, Deidriu i Krokusie, za wizytę, lekturę i podzielenie się wrażeniami po lekturze :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

Bardzo dobrze napisane, ale bardzo smutne, wręcz dołujące, Następnym razem, gdy uprzedzisz w przedmowie, odmaszeruję jak najdalej nie czytając. Jednak nie żałuję… 

Wybacz, Misiu, że Cię zasmuciłem, ale ostrzegałem :( Następny tekst postaram się, dla równowagi, napisać zabawny. Tylko musi mi coś wpaść do łba, co by to mogło być. Dziękuję również za wizytę i lekturę. Pozdrawiam serdecznie – Q :)

Known some call is air am

Wracam w związku z nominacją, bo wypadałoby Ci coś więcej napisać. Tekst jest autentycznie dołujący. Niby w moim przypadku zdołowanie jest stosunkowo łatwe, bo szybciutko udziela mi się nastrój tego, co czytam (tego, co piszę zresztą też), ale w tym przypadku klimat zbudowałeś naprawdę świetnie. Opko jest kameralne, ot zmagania z życiem jednego faceta, ale pokazujesz go tak, że tej rozpaczy, beznadziejności i jednocześnie niezgody na to, co się wokół niego dzieje nie sposób nie poczuć. I to jest olbrzymi plus opka. Facet chce być sobą w świecie, w którym staje się to niemożliwe. W świecie, który, jak się okazuje już jest sztuczny.

Wstyd przed publicznym zbliżeniem się do eutanazera rozumiem, śmierć już jest czymś wstydliwym, a przyznanie się do porażki, a tym IMO właśnie jest zainteresowanie eutanazerem, tym bardziej. Skoro ktoś nie potrafi żyć, to poniósł klęskę, a rany liże się w samotności. Słowa, które bohater znajduje wewnątrz wydają mi się wręcz szyderstwem z ludzi.

Nawiązać do kabalistycznego Drzewa życia nie wyłapałam, bo w ogóle o nim nie wiedziałam, stąd ta mistyczna otoczka pozostała dla mnie niewidoczna. Mimo tego opko się broni, działa i bez tej wiedzy. Zaryzykowałabym nawet twierdzenie, że bez tej wiedzy odbiór jest nawet lepszy. A ponieważ opko działa i wciąż je pamiętam to tak :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witaj, Outta!

Według mnie, zaserwowałeś porządne opowiadanie. Czyta się to jednym tchem, a poszatkowane enterami akapity dbają o dynamikę w tym paradoksalnie bardzo statycznym tekście. Bardzo dobry pomysł.

Prowadząc ekspozycję, od samego początku prezentujesz eutanazer jako rekwizyt, rezygnując z całej otoczki dochodzenia do faktu czym on jest i dlaczego stoi tam, gdzie stoi. Jest to ryzykowne, ale efektowne, bo podbija ciekawość. Tutaj zdecydowanie sprawdziło się. Stoi zatem ten Eleos i logicznym wydaje się, że główny bohater ma dwie opcje do wyboru: dać się zabić albo uniknąć śmierci. Do przesady dołujące środowisko zdaje się promować opcję numer jeden i ona też ostatecznie staje się faktem. Tutaj można by rzec, że pojawia się pewien niedosyt, że ta przewidywalność nie została w żaden sposób przełamana, z drugiej jednak strony nasunęły mi się tutaj przebłyski rodem z “Roku 1984”, gdy Winston z bólem odkrywa jak masywne są tryby systemu, któremu próbował się przeciwstawić i jak jego działania były bezcelowe. W “Eleosie”, jeśli dobrze rozumiem, ludzi oszukuje się, dodając środki psychoaktywne do wody, czyniąc z nich substancje niemal równie niezbędne do życia, co ta woda. Co ciekawe, już teraz joduje się sól, a w krajach skandynawskich dodaje się witaminę d do mąki.

Motyw z nazwami narkotyków pozostał dla mnie niejasny. Ktoś wyżej wspomniał, że ma to związek z kabałą, a ja związków z kabałą nie mam żadnych. Mam nadzieję, że ta wiedza nie zmienia jakoś diametralnie odbioru opowiadania, bo odbiór, który mam, podoba mi się. :>

Z minusów, dochodzenie do szaleństwa w końcówce, uważam za zbyt rozwlekłe. W finale to już naprawdę jest miejsce na kilka-kilkanaście zdań-petard, które ostatecznie podbiją bębenek. Uważam, że w takim miejscu nie ma co się rozwadniać.

Nowa Fantastyka