- Opowiadanie: michalovic - Buty i trupy

Buty i trupy

Ten tekst powstał w ramach eksperymentu, czy z kilku wybranych losowo słów jestem w stanie sklecić jakąś historią i napisać całość w mniej niż tydzień. Słowa te to “kot”, “kradnie”, “pole”. Efektem jest dość osobliwy retelling znanej zapewne wielu bajki La Fontaine’a. Moja żona i znajomi polubili to opowiadanie i ciekaw jestem co o nim myśli Forum :)

PS. niektóre z błędów językowych i dziwnych słów są zabiegiem zamierzonym ;)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Użytkownicy IV, Finkla

Oceny

Buty i trupy

– Ładne masz pantofelki, kochasiu. Pokaż no je.

Uniosłem jeden but i przyjrzałem mu się uważnie. Całkiem niezła, solidna skórka, cholewka do pół łydki, od razu znać, że towar nie byle jaki, nie to co moje łapcie. Prawda, cały był utaplany w błocie i gównie, ale nic to przecież. Wszystko się wytrze i doczyści, a błota i gówna wszędzie pod dostatkiem – nie ma wyjścia, jak tylko przywyknąć.

Popatrzałem na właściciela buta. Liczko gładko ogolone, zęby w otwartej gębie raczej wszystkie, oczy szare jak kamienie, napierśnik lśniący, choć tak jak i buty cały zapaskudzony. Musi jakiś szlachcic, taki ładny, dopiero co pasowany. Żeby jeszcze nie ta rana na łbie, aj… Paskudna sprawa, czaszka zapadła się do środka, krew i mózg wytrysnęły na wszystkie strony, a potem zakrzepły, jak czarny czepiec. Buzdygan pewnie, takie rany zostawia buzdygan. Któryś musiał podjechać do niego, zamach wziąć od góry i jeb… Skończyło się wojowanie.

– Trzeba było pilnować hełmu, mości rycerzyku – mruknąłem.

Chwyciłem but w obie ręce, nogę oparłem o lędźwie młodzieniaszka, pociągnąłem raz, drugi. Ciężko było, ale poszło. Jeszcze raz przymierzyłem zacny obuw do swojej stopy, tak dla pewności. Chwyciłem za drugi.

– Ty. Zostaw.

Ale żem, kuźwa, podskoczył, jakby mi pięty żelazem przypalali. Patrzę ogłupiały na rycerza, ale temu gęba nawet nie drgnęła przecież. Ki czort, myślę. Wtedy dostrzegłem we mgle ten rudy łeb.

– Zostaw, mówię, myszojadzie jeden – powiedział Rudy, podchodząc. – Bo ci zaraz więcej pręg na pysku dorobię.

Pokazał mi kord w wyciągniętej dłoni, a ja odruchowo złapałem się za gębę, która już kiedyś oberwała takim nożykiem. Plasnęło z cicha – to but opadł z powrotem w błoto.

– Nie trzeba – powiedziałem, niewyraźnie, z łapami wciąż wokół twarzy. – Już zostawiam.

Takie ładne buty szlag trafił, no. Tak by mi się przydały. Ale nic to, pomyślałem, łatwo przyszło, łatwo poszło. A to co nazbierałem i tak wystarczy…

– Torbę też zostaw – usłyszałem, już odwrócony od tamtego plecami.

To sukinsyn, lis cholerny, ruda morda przeklęta… Ale cóż było zrobić? Zdjąłem torbę z ramienia, zważyłem w dłoniach po raz ostatni. Cała była pękata od dobra. Gdy upadła obok stóp tamtego w środku zagrzechotała biżuteria, klamry pasów, ryngrafy, krzyże i różańce – cały dorobek dzisiejszego dnia.

Rudy przerzucił sobie torbę przez ramię, kordelas wsunął do pochwy przy pasie, złapał za but i zajął się wyciąganiem z niego nogi rycerza. Na mnie nie zwracał uwagi. Ja za to począłem uważnie mu się przypatrywać. Szopa rudych kudłów, pod nią blada pociągła gęba pokryta czerwonymi krostami, na grzebiecie fikuśny płaszcz z kołnierzem z futra, na dupie żółte pantalony z haftem… Przypatrywałem się, przypatrywałem i coraz mniej miałem wątpliwości, że to jakiś cudak, gołowąs i głupek.

Ale ten płaszczyk – niczego sobie, muszę przyznać.

– Nie gap się – powiedział rudy, przerywając na chwilę siłowanie się z butem.

– Hę?

– Nie gap się na mnie, mówię. Drzaźnisz mnie.

Rękawem otarł zroszone potem czoło.

– Wybaczenia upraszam – powiedziałem. – Pomocy nie trzeba aby?

– Nie trzeba. Idź stąd.

To rzekłszy wyprostował się, zmarszczył czoło, dłoń położył na kordzie wetkniętym teraz do pochwy. Chciał wyglądać groźne, ale głos go zdradził.

Uśmiechnąłem się szeroko.

– Ależ chętnie pomogę, w naszym fachu tylko na siebie możemy liczyć, no tak czy nie?

Podszedłem bliżej, krok miałem pewny, ale barki i grzbiet i tak spięły się odruchowo w gotowości do obrony. Kto go tam wie, może faktycznie chciał mnie sieknąć przez gębę, dopiero by było. Nic jednak takiego się nie stało. Podniosłem nogę rycerzyka, oparłem stopę o jego nieruchome biodro, pociągłem. But faktycznie jakoś tak mocniej siedział, widać tamtego goleń już spuchnąć zdążyła. W końcu się udało, zerwałem cholewę, a tak przy tym się targnąłem, żem się prawie obalił plecami w błocko.

– Proszę.

Rudy przez chwilę patrzył to na mnie, to na but wyciągnięty w jego stronę. Wreszcie wziął go do ręki.

– Dzięki – wybąkał.

Prawie klasnąłem w dłonie z uciechy. Rudy sprawnie zrzucił własne buty i po chwili już miał na stopach oficerki po trupie. Na oko były dla niego za duże, tak łatwo się w nie wsunął. Zrobił w nich kilka kroków, a kolebał się przy tym jak pijany flisak na tratwie we wietrzny dzień.

– Wypcha się szmatą na czubku i będzie jak ulał – powiedziałem.

Pokiwał na to głową, uśmiechnął się głupkowato. Co za bałwan, patrzcie go, no.

– Tam pod lasem – powiedział, wskazując dłonią gdzieś w głąb mgły – leży kufer. Pewnikiem pełen kosztowności.

Przez chwilę patrzyłem na niego cierpliwie.

– Zamknięty? – spytałem.

– Ano.

– I za ciężki, żeby go przenieść.

Pokiwał głową.

– No. To może pomogę?

– Ano. Idziemy.

Wyprostowawszy się dumnie, z moją torbą na ramieniu i dłonią zaciśniętą na rękojeści miecza ruszył przez mgłę. Podążyłem za nim, błocko cmokało pod naszymi stopami. Po drodze mijaliśmy więcej trupów, całe mnóstwo, trup na trupie, ludzkie, końskie, babskie – wszystkie ponakłuwane jak poduszka na igły. Mogłem sobie znaleźć w tym bałaganie coś ostrego i poderżnąć liskowi gardło, ale kto wie… Może ten kufer to faktycznie nie taki głupi pomysł. Poza tym nie trza się śpieszyć, będzie jeszcze czas na rozlewanie krwi.

We mgle zarysowała się gęsta palisada drzew, przed nimi bryczka ze strzaskaną jedną osią. Wóz ciągnęły dwa konie, ale jeden z nich musiał wyrwać się z zaprzęgu – drugi leżał z kopytami wycelowanymi w niebo, z bebechem rozpłatanym od kłębu aż do jajec. Na wozie były jeszcze trup woźnicy z kapalinem na łbie. Tak mi się przynajmniej zdawało, bo ciało i łeb w kapalinie leżały w dwóch różnych miejscach.

Dookoła ani żywej duszy. Tylko kruki przycupnięte na koronach drzew, drą na nas mordy, żeśmy im przerwały biesiadę.

Obeszlimy wóz dookoła i wtedy go zobaczyłem. Kufer wielki jak trumna, cały z ciemnego drewna, a stalowe okucia na szerokość dłoni. Podszedłem, zapukałem w wieko. Głucho, solidna robota. Chwyciłem za jedno z uch i szarpnąłem. Nawet nie drgnął. Choćby było nas i sześciu, to i tak byśmy go stąd nie ruszyli.

– Myślę, że siekierą by go porąbać – stwierdził lis, wciąż z łapą na koncerzu, ale i z lekką nutką niepewności w głosie.

– Aha. Świetny pomysł. Poszukajmy siekier i porąbmy na kawałki. Trza nam tylko pół dnia, żeby rozwalić wzmocnienia. Takie kufry zawsze mają wzmocnienia, metalowe sztaby od środka, co by ich się nie dało tak łatwo roztrzaskać.

Lis mruknął, spochmurniał.

– Nie ma na to czasu – orzekł wreszcie. – Trzeba otworzyć zamek.

Skwapliwie przyznałem mu rację. Widziałem, że mu się to podoba.

Na liczku zamka wygrawerowany była tarcza herbowa, dwa niedźwiedzie stojące naprzeciw siebie z wyciągniętymi pazurami, a między nimi badyl. Nic mi to nie powiedziało o tym, do kogo należy ten kufer, heraldyka nigdy mnie nie interesowała. Ale łacno było poznać, że i zawartość kufra jest warta obejrzenia.

– Ech, gdybyśmy tylko mieli klucz…

Rudy nagle sprężył się jakby coś go ukłuło między półdupki i dziarsko przystąpił do przeszukiwania leżących na wozie trupów.

– Ten wieśniak bez głowy – powiedziałem. – Tak, na pewno on ma klucz.

Tamten nawet na mnie nie spojrzał, ale widocznie jakaś zastawka musiała przeskoczyć mu w czerepie, bo zostawił zwłoki furmana, i jął węszyć przy tych lepiej ubranych, zbrojnych, ze złoconymi krzyżami wybitymi na napierśnikach. Z takim zapałem się do tego zabrał, że aż trochę przykro było patrzeć jak wraca. Minę miał nietęgą.

– Gówno – poskarżył się. – Gówno znalazłem.

– Olaboga! – zaintonowałem. – I co teraz? Teraz nic tylko włamać się, no bo co innego?

– Musimy otworzyć bez klucza – stwierdził rudy z miną profesjonała. – Umiesz coś takiego?

Co za bałwan, jak mamcię kocham.

– Tak po prawdzie to umiem. Ale łapska już nie te, co kiedyś.

Na dowód uniosłem obie grabie i zatrzepotałem mu nimi przed oczami.

– I słuch też nie taki. A to precyzyjna robota, dla młodych, zwinnych dłoni i ucha wrażliwego.

– W takim razie ja to zrobię. A ty powiesz mi jak.

Zgodnie z jego życzeniem i moim planem, przystąpiliśmy do roboty. Najpierw wytłumaczyłem mu co i jak, wyjaśniłem jak zbudowany jest zamek, dałem domowej roboty napinacz i wytrych i pokazałem, jak ma nimi manipulować. Patrzył na mnie z otwartą gębą i zmarszczonym w skupieniu czołem, kiwał głową, potakiwał, ale czort jeden wie, czy pod tą jego rudą czupryną w ogóle pojawiła się jakaś iskra zrozumienia. Wreszcie wziął się do roboty. A ja stałem z boku, dławiąc się śmiechem.

– Ostrożnie, jeśli łaska, trudno dziś o dobry wytrych.

Z wywalonym jęzorem i czołem zroszonym potem, Lis nieudolnie gmerał przy zamku. A klął przy tym…! Ale cierpliwości odmówić mu nie sposób, bo choć zapadki zamka co chwila wracały na swoje miejsce, to nie przestawał.

Klik, klik, trzask. Klik, klik, klik…

– Odpocząć by się przydało – mówię, po kolejnej nieudanej próbie. – Ręcom dać chwilę odsapnąć.

Lis przerwał dłubaninę, popatrzył na mnie. 

– Ten zamek jest zepsuty jakiś – stwierdził, po czym klapnął tyłkiem na wieko kufra i otarł czoło rękawem fikuśnego płaszcza – Zepsuty. Ileż razy próbowałem go otworzyć? Z dwadzieścia będzie na pewno.

– Na pewno – przytaknąłem ochoczo. – Ale pierwsze koty za płoty, jak to mówią.

– Taaa… Koty.

To rzekłszy łypnął na mnie, obejrzał od góry do dołu moje szmaty i twarz wykrzywił mu lekki uśmieszek.

– Kim ty w ogóle jesteś, co? – spytał.

– Ja? Nikim szczególnym. Prosty ze mnie włóczykij, chodzę sobie tu i tam, podziwiam piękno świata i przyrody.

Ramieniem zatoczyłem łuk w stronę powoli rzednącej już mgły.

– No i zbieram różne takie duperelki. Nic specjalnego.

– Aha. Taki z ciebie obieżyświat to i pewnie umiesz sobie radzić w świecie, hę?

Obieżyświat, no no, jakie słownictwo.

– Radzić? A co tu radzić? Jak coś potrzeba, to brać. A jak zrobi się gorąco, tedy nogi za pas. Tyle.

Lis nagle wybuchł szyderczym śmiechem. A ja śmiałem się razem z nim na myśl o tym, jak urywam mu ten nadęty, głupi łeb.

– Nogi za pas – chichotał rudzielec, klepiąc się przy tym po kolanie – Pyszne…! Ale i zdumiewające, że będąc tak ograniczonym, z całym szacunkiem oczywiście, dożyłeś tak sędziwego wieku, przyjacielu. Ha! Ewe… eweneme…. ewemenent, doprawdy, no.

Chwila. Sędziwego?

– Bo ja, nie chwaląc się wcale, znam tysiące sposobów, jak sobie poradzić w każdej sytuacji, czy to w lesie, czy na królewskim dworze. Połowę mego życia spędziłem na nauce. Ba! Cały czas się czegoś uczę, gdyż ostry umysł to broń lepsza od najostrzejszego miecza.

– No, no, godne podziwu – zagwizdałem. – To i mnie tutaj udziwiłeś, bo o ile mnie wzrok nie myli… a nie myli, choć sędziwy… to przy całej tej swojej mądrości i kieszeniach wypchanych fortelami, tak jak ja taplasz się teraz w gnoju i okradasz nieboszczyków. Jak hiena jakaś, a nie lew salonowy. Z całym szacunkiem, oczywiście.

Aż rudemu piegi na gębie pobladły ze złości.

– Chwilowa niedogodność. – Nadął się. – Los mnie akurat rzucił w takie okoliczności, cóż zrobić. Ale nie bój nic. Wkrótce ja znowu wedrę się na szczyt, wrócę do miasta, a to, co tu znajdę, zamienię w fortunę. A ty, mój drogi, dalej będziesz brał i uciekał, brał i uciekał.  

Zapadła cisza, w której słychać było jedynie cichy szelest wiatru w polu. Wrony widocznie w końcu się krakaniem zmęczyły i umknęły gdzieś dalej, we mgłę, szukać lepszych kąsków z trupich oczu i wypatroszonych bebechów.

Wreszcie lis oparł dłonie o uda i dźwignął się z wieka.

– Łup dzielimy wedle zasług – powiedział, unosząc wytrych i napinacz – Dwie części moje, jedna twoja.

– Jakże?

– Ano. Ja znalazłem kufer, ja go otwieram, bo twoje łapy już stetryczały. Twoja zasługa w tym jedynie, żeś mi powiedział jak. Dwie części moje, jedna twoja.

Jednym ruchem wyrwałem mu z dłoni narzędzia, nawet nie zdążył drgnąć.

– Gówno będziesz miał, waćpan, a nie skarb.

Przez chwilę patrzył na mnie wzburzony, warga lekko mu zadrżała.

– Po połowie – mruknął wreszcie. A ja oddałem mu narzędzia.

Plan był prosty. Poczekać aż rudy otworzy skrzynię, a wtedy palnąć go w łeb kamieniem, który w międzyczasie włożyłem sobie do kieszeni. Potem tylko wybrać ze środka co cenniejsze i chyłkiem się oddalić, rozpłynąć we mgle. Tak bardzo mi się ten pomysł podobał, że wreszcie zacząłem trzymać za łajdaka kciuki. A on, z językiem wywalonym tak mocno, że mógłby sobie nim czyścić dziurki nosa, gmerał przy zamku z coraz większą zawziętością. I szło mu coraz lepiej.

Klik, klik, klik…

Aż wreszcie pięć kliknięć ułożyło się w jeden rytm. Zapadki ustawiły się w jednej linii, bęben zamka pod naporem napinacza obrócił się lekko, zatrzeszczał. Obaj zamarliśmy. Cały świat nagle wydał się jakby cały utkany ze szkła, najmniejszy ruch, najdelikatniejszy oddech mógł go zamienić w chmurę pyłu. Walcząc z drżeniem dłoni, lis dalej przekręcił napinacz zmuszając bęben do obrotu. Rozległ się wreszcie donośny zgrzyt.

Kufer stał przed nami otworem. Zacisnąłem dłoń wokół kamienia.

– Ej – mruknął lis, nie patrząc w moją stronę – Co to? Słyszysz?

Zastrzygłem uszami. Słuch, prawda, nie ten co dawniej, ale tak, wyłapał coś, jakiś dziki skowyt napływający zza kurtyny mgły. Włosy zjeżyły mi się na ciele zanim w ogóle poczułem spływający na mnie strach.

– Otwieraj ten kufer!

Rudy szarpnął pokrywę, zawiasy zaskrzypiały koszmarnie. Spojrzeliśmy w głąb skrzyni. Żaden z nas nie powiedział tego na głos, ale jakoś nie miałem wątpliwości, że obaj pomyśleliśmy o tym samym. Żeby odstąpić swoją część skarbu towarzyszowi, z miłą chęcią.

Odepchnąłem lisa i z hukiem zatrzasnąłem wieko.

– W nogi! – szepnąłem.

I popędziłem przed siebie, w las, byle dalej od macek przeklętej mgły i wrzasku, który z każdą chwilą coraz głębiej wgryzał mi się w mózg. Tylko raz obejrzałem się przez ramię. Lis podążał za mną, w za dużych butach, pobrzękując skarbami w mojej torbie. Za nim, w białym obłoku zamajaczyły ciemne sylwetki. A potem rozległ się tętent kopyt. Mają konie, pomyślała jakaś trzeźwa cząstka mojego umysłu. No, to przesrane.

Widząc, że pieszo nie ucieknę, dopadłem do najbliższego mi drzewa. W płucach miałem już ogień, w mięśniach igły, ale nie powstrzymało mnie to. Odrywając płaty kory, począłem wdrapywać się po szerokim pniu. Była szansa, że tamci dorwą rudego, a mnie, jeśli będę siedział cicho w koronie, zaniechają. Była taka szansa… Usadziwszy się na grubym konarze, skryty za masą liści zacząłem wypatrywać rudzielca. A gdy go zauważyłem, zamarłem ze zgrozy.

Durniu, syknąłem w myślach, znajdź se inne drzewo!

Lis, znalazłszy się już pode mną podniósł twarz, nasze spojrzenie się spotkały. Nie wiem, co dostrzegł w moim, ale ja w jego widziałem tylko bezrozumną, zwierzęcą panikę.

Nim zdążył się choćby dobrze chwycić pnia i podciągnąć, pierwszy z pościgu zwalił się na niego. Chłopak wrzasnął krótko, upadając, ale zaraz zerwał się z powrotem, odskoczył od napastnika, na oślep młocącego ramionami jak dwoma cepami. Wtedy dopiero zauważyłem, że między tymi ramionami, długimi i żylastymi, utytłanymi w błocie i gównie nie ma głowy. Musi została w wozie i teraz sama drze mordę, bo nic innego jej nie zostało…

Wkrótce pojawiło się więcej upiorów, zakutych w zbroje, poprzebijanych na wylot, z pomiażdżonymi gębami. Chłopy, baby, psy i konie. Był tam też rycerzyk, któremu ukradliśmy buty, kuśtykał na bosaka, a miecz, wciąż tkwiący w zaciśniętej pięści, żłobił za nim cienką koleinę w ściółce.

– No dalej – szepnąłem. – Użyj swoich forteli. Usiecz ich swoich ostrymi umysłem.

Rudy jednak nie zrobił nic podobnego, tylko znowu wrzasnął, gdy monstra natarły na niego, otoczyły, przygniotły jak fala. To był ostatni głos, jaki wydobył się z jego gardła. Co z nim zrobili, nie wiem, zamknąłem oczy. Ale uszu zamknąć nie mogłem, a to co słyszałem… Jeszcze mocniej zacisnąłem powieki, a pod nimi znowu ją ujrzałem.

Ciało miała całe pokryte płatami strupów i gotującymi się od żółci wrzodami. Skóra, ciemna, sucha i pomarszczona jak kora drzewa poruszała się obrzydliwie, jakby zamiast mięśni kłębiło się pod nią stado węży i splecionych w węzły robaków. Grube czarne pasy oplatały ją ciasno, trzeszcząc przy każdym ruchu. Tors, ramiona, nogi… Wszystko odcięte od siebie, pokawałkowane, ale wciąż żywe, wijące się jak w diabelskim tańcu. Tak samo jak głowa, wiercąca się niespokojnie, przeszywająca nas spojrzeniem zasnutych bielmem, przekrwionych oczu, mieląca w bezzębnej paszczy jakieś nieme słowa. Jak przywołanie.

Śmierć. Tak, tak, to jasne. W kufrze zamknięta była śmierć. A my popatrzyliśmy jej prosto w twarz.

Gdy już ucichły trzaski łamanych kości i mlaśnięcia rozrywanej skóry i mięśni, spojrzałem ponownie w dół. Wciąż tam byli. I gapili się na mnie. Na ich twarzach, brudnych od zakrzepłej krwi, ziemi i żółci, nie malował się żaden ból, żadna wściekłość, żądza czy głód. Tylko tępa  cierpliwość. Dla martwych przecież czas już nie istnieje.

To już trzeci dzień. Nie czuję nóg, nie czują rąk, mój żołądek pożarł sam siebie. Ale dalej siedzę na drzewie, przytulony do jego zimnego, chropowatego pnia. Dalej patrzę śmierci prosto w jej twarze. Nieważne, czy mam oczy otwarte, czy zamknięte z całych sił, wciąż na nią patrzę i nie mogę przestać. A ona patrzy na mnie. I czeka.

Koniec

Komentarze

Znakomity tekst i nieźle się przy nim ubawiłam.

Obaj włóczykije ciekawi. Każdy inny, każdy na swój sposób nadęty, nieszczęsny, nieuczciwy, a dumny.

Zarówno scena z butami, jak ta ze skrzynią, no i oczywiście drzewo bardzo fajnie pomyślane.

Jedynie nie podobało mi się to współczesne “Stresujesz mnie.”

 

A już miałam się czepiać, że klient tak spokojnie poddaje się obdukcji obuwniczej;)

Znakomity tekst

 

No, takiego określenia na to opko się nie spodziewałem. Ale i tak ogromnie się cieszę, że przypadło Ci do gustu, Ambush :D Dzięki za komentarz :)

Ot, taka sobie scenka, opowiadająca o tym, jak to trafił złodziejaszek na złodziejaszka i żaden z nich dobrze na tym nie wyszedł. No cóż, przeczytałam bez przykrości, ale i bez szczególnej satysfakcji, albowiem nie przepadam za przaśnym humorem opowiastek o cwaniaczkach.

Ciekawi mnie tylko, kto zamknął śmierć w kufrze.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

na­pier­śnik lśnią­cy, choć tak jak i buty cały w syfie. → Skąd bohater zna pojęcie syfu?

 

Jesz­cze raz przy­mie­rzy­łem zacny obuw do swo­jej stopy… → Obuw, moim zdaniem, brzmi zbyt współcześnie.

 

Po­ka­zał mu kord w wy­cią­gnię­tej dłoni… → Literówka.

 

– Nie gap się na mnie, mówię. Stre­su­jesz mnie. → Skąd w czasach tego opowiadania wiedziano, co to stres?

 

Ale cier­pli­wo­ści od­mó­wił mu nie spo­sób… → Literówka.

 

zdu­mie­wa­ją­ce, że będą tak ogra­ni­czo­nym… → Literówka.

 

przy całej tej swo­jej mą­dro­ści i kie­sze­ni wy­pcha­nych for­te­la­mi… → Albo: …i kie­sze­ni wypchanej for­te­la­mi… Albo: …kie­sze­niach wy­pcha­nych for­te­la­mi

 

wresz­cie za­czą­łem łaj­da­ko­wi ki­bi­co­wać i trzy­mać kciu­ki. → Obawiam się, że to słowo nie było znane w czasach, o których piszesz.

 

Co z nimi zro­bi­li, nie wiem… → Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za komentarz, regulatorzy 

 

Poprawki wprowadziłem, nawet się nie zastanawiałem, że “syf” może być nieodpowiednim słowem ale sprawdziłem i przyznaję Ci rację :)

 

 

Bardzo proszę, Michalovic. Miło mi, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem sympatyczna scenka (choć nie dla bohaterów, hehe), nieźle przedstawiona i z klimatem.

Całkiem fajne, miejscami zabawne, aż do zkończenia, gdzie już przestało być zabawnie. W sumie szkoda, że tylko scenka, bo sporo można tu jeszcze podziałać.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Zygfryd89, Irka_Luz, dzięki za komentarze :) Od początku taki był zamiar, żeby to była tylko scena – krótko i bez zagłębiania się w świat przedstawiony ;)

OK, jest jakiś pomysł, nieźle się czytało.

Jeśli śmierć jest zamknięta w kufrze, to dlaczego dookoła takie pobojowisko? To ile ich jest? Chyba że narrator przesadził z określeniem. Albo nie śmierć, tylko zombiactwo…

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka