- Opowiadanie: dorjee - Pomyślała ten świat

Pomyślała ten świat

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Pomyślała ten świat

Pomyślała ten świat. Pomyślała, chociaż Matka Fastylla tyle razy jej przypominała, żeby tego nie robić. Nie wymyślać światów! Nie tworzyć ich w wyobraźni. Nie zapełniać stworzeniami. Na szczęście pomyślała o nim tylko przez chwilę. Przez ułamek sekundy. Ot, kula, podobna do ich własnej planety. Zawieszona w blasku jedynego słońca, na tle głębokiej czerni kosmosu. Była zupełnie naga – tylko szarobrunatna skała, chropowata, oszpecona kraterami, najeżona pasmami gór. Nawet się nie poruszała. Tkwiła tam, cały czas zwrócona tą samą stroną ku słońcu. Tylko tyle. Nic się przecież nie stało.

Pomyślała ten świat tuż po przebudzeniu, kiedy nie panowała jeszcze do końca nad myślami, kiedy czarny niebyt snu zapełniał się dopiero jej ciałem, jej członkami, jej myślami. Nie, to nie była jej wina. Zresztą – nic się przecież jeszcze nie stało. „Jeszcze?” – zadrżała lekko, pytając się w myślach i natychmiast sama się za to zganiła. Pomyślała, że ty tylko taka figura retoryczna. Nic nieznaczące wyrażenie. Wcale nie musiał nastąpić jakiś ciąg dalszy, prawda? Zignorowała tę myśl, zabrała pomyślanemu słowu znak zapytania i zastąpiła go wielokropkiem, a zaraz potem wykrzyknikiem.

Kiedy wstała, Matki krzątały się już po domu. Myły się, sprzątały, przygotowywały śniadanie. Matka Fastylla wróciła właśnie z ogrodu, żeby odegnać chwasty i podlać rośliny. Przed śniadaniem Luczi miała trochę czasu dla siebie. Przeciągnęła się i poczłapała do łazienki. Wodny lis przywitał ją cichym przyjaznym prychnięciem. Cmoknęła do niego zachęcająco, a on zsunął się ze stalaktytu i wpełzł na nią swoim ciepłym, wilgotnym ciałem. Kiwnęła głową, na znak, że może zaczynać. Wodny lis rozwinął swój ogon i zaczął ją myć. Chichotała przy tym, jak zwykle, kiedy dotykał jej kolan i innych złączy, pach pod rękami i pach pod bierkami, otworów gębowych i delikatnych czułków. Uwielbiała ten dotyk, który kojarzył się jej z bezpieczeństwem i w jakiś sposób z wiecznością. Lis tylko parskał wodą i z wielką wprawą kontynuował swoją poranną pracę, aż ciało Luczi zaróżowiło się czystością. Potem wessał swój ogon i wypluł go znów po chwili, namaszczając Dziecko wonnym balsamem. Od jego zapachu zakręciło się Luczi w głowie. Podziękowała lisowi, a on zwinął się z powrotem w puszysty zwój wokół stalaktytu i zapadł w drzemkę.

Śniadanie nie było wyszukane. Jak niemal każdego dnia, z wyjątkiem Świąt Górnego Świata i Koniunkcji Księżyców. Na stole znalazła wypiecz z karminowej pszenicy, tłusty ślizgun, pachnące, dojrzałe pomawory i pikantne parzyce. W kubku perlił się namuł świeżo pobrany z namusznic. Nic wielkiego, ale jakże jej to dzisiaj smakowało. Rzuciła się na jedzenie wszystkimi kończynami i otworami, aż Matki zagrzechotały ze śmiechu, a jedna, najstarsza, dostała nawet czkawki. A Luczi wciąż nie miała dosyć.

– Czy coś się stało? – zapytała Matka Fastylla, jej ulubiona, najczulsza Matka. – Nigdy o poranku nie grzeszyłaś apetytem.

– Nic, Matko – odparła z uśmiechem i zaczęła pochłaniać pokarmy z jeszcze większym zaangażowaniem, żeby zapomnieć, odpędzić wyrzuty sumienia i pozbyć się myśli o porowatej kuli, zawieszonej w bezmiarze kosmicznej próżni, którą rankiem powołała z niebytu. – To pewnie przez wodnego lisa. Wymęczył mnie łaskotkami. A może to z powodu tego pięknego dnia… Nigdy nie widziałam, żeby Karzeł świecił tak intensywną czerwienią.

Ta ostatnia obserwacja skutecznie odwróciła uwagę Matek od niezwykłego apetytu Luczi. Wszystkie, z wyjątkiem tej czkającej, spojrzały przez owalne okno na wznoszące się nad horyzontem pierwsze z Dwóch Słońc. Płonący czerwienią Karzeł sprawił, że jezioro wyglądało jakby stworzono je ze słonecznych płomieni.

– Piękny jak zwykle – powiedziała Matka Lullia, najbardziej racjonalna i rozsądna z nich wszystkich. – Nie wydaje mi się, żeby był piękniejszy niż zwykle. Karzeł to Karzeł, oby świecił przez eony, ale naprawdę nie znajduję w nim dzisiaj niczego szczególnego. 

– Tak, nic w nim nadzwyczajnego – dorzuciła Matka Kotia, której właśnie przeszła czkawka i w końcu mogła przyjrzeć się słońcu. – Za czasów mojej młodości to dopiero bywały świty!

– Nie zaczynaj, Kotio – przerwała jaj Lullia. – Wszyscy wiemy, kiedy byłaś Dzieckiem, Karzeł był dopiero we wczesnej fazie zapaści i musiał świecić intensywniej. Opowiadałaś nam już o tym milion razy.

Matka Kotia machnęła na to bierkami i wróciła do jedzenia. Luczi tymczasem ucieszyła się, że Matki przestały się interesować jej nadzwyczajnym apetytem i dolała sobie namułu, który tak wybornie smakował ze ślizgunem i świeżym wypieczem. Jadła i jadła, aż w końcu poczuła gdzieś w dole korpusu przyjemne uczucie zaspokojenia – rozkoszny ciężar i delikatne mrowienie.

 

Po śniadaniu, Luczi pomagała matkom w obrządku. Miała mnóstwo obowiązków, od których zazwyczaj się wykręcała, ale tego dnia radośnie rzuciła się w wir pracy. Wszędzie jej było pełno – jej kończyn, bierek i rąk, pohukiwań, terkotań i grzechotów wydawanych przez jej otwory również. Matki nie mogły się nadziwić tej niezwykłej pracowitości i zaangażowaniu. Najpierw wyprowadziła wszystkie lisy wodne nad jezioro i porządnie je wyprała. Zużyła niemal cały zapas czystopióru, podczas gdy lisy radośnie szczekały i wyły, wyskakiwały wysoko z jeziora, po czym nurkowały w odmętach wzburzonej, pienistej kipieli. Potem zaprowadziła całe stado z powrotem do domostw i dopilnowała, żeby wspięły się na swoje stalaktyty, gdzie, wyczerpane praniem, zasnęły. Wtedy wzięła się do pracy w ogrodzie. Wypieliła cały zagon pomaworów. Był sezon zbiorów, a chwasty atakowały z zaciekłym kłapaniem i wyciem. Wyszarpywała im zęboty, oślepiała gaplice, odcinała bierkoczujki i przeganiała je najostrzejszym grzechotaniem jakie była w stanie z siebie wydobyć, albo wyrzucała na kupę kompostu, jeśli nie zdążyły odpełznąć w porę. Od czasu do czasu fukała groźnie, ale też z pewnym rozbawieniem, czując, że praca sprawia jej niemal ekstatyczną przyjemność.

Gdy zagon był całkiem czysty, a w zasięgu wzroków nie turlała się ani jedna chwaścia tusza, usiadła na ziemi, by odpocząć. Chyba nigdy dotąd nie zmęczyła się aż tak żadną pracą. Kiedy miechy w jej wnętrzu nieco zwolniły akcję, a oddech się uspokoił, zobaczyła akurat jak w oddali, nad horyzontem nad linią Cichych Gór, wolno wstaje drugie słońce – Brzeszczot. Jego blask wypełzał powoli na równinę, i rozlewał się po niej jak płonąca magnezja. Niedługo, kiedy cała tarcza wzniesie się ponad górami, upał stanie się zbyt duży, by przebywać na zewnątrz. Luczi miała jeszcze kilkanaście minut na powrót do domu. Wstała wolno i otrzepała się z piachu i kurzu. Przyjrzała się swoim spracowanym bierkom i ciągle jeszcze zakurzonym rękom, a uśmiechy wykwitły nie niemal wszystkich jej otworach. Czuła zadowolenie. Czuła pełnię. I wciąż czuła ten przyjemny, łaskoczący ciężar w ciele, który nie opuszczał jej od śniadania.

– Pracowałaś dzisiaj za dwoje – dobiegł ją z tyłu głos Fastylli, która właśnie przyganiała znad jeziora ławicę lotopłotek. – Chodźmy już do domu. Pora na odpoczynek.

 

Kiedy ziemia na zewnątrz skwierczała lekko pod spojrzeniem Brzeszczotu, mieszkanki domostw ułożyły się do śróddniowej drzemki. Cztery godziny, podczas których życie na planecie zamierało – rośliny wciągały swoje wrażliwe pędy w żaroodporne otulinki, zwierzęta chroniły się w podziemnych chlewikach lub norach, jezioro parowało tak gwałtownie, że poziom wody spadał o metr, ale nikt się tym nie przejmował, bo atmosfera oddawała wieczorem ubytek w postaci obfitej ulewy.  

Cztery godziny, zanim Brzeszczota nie przesłoni księżyc Wytchnienie, który na resztę dnia odetnie ziemię od zabójczego gorąca. Domostwa zamknęły szczelnie okiennice, a ich mieszkanki zapadły w głęboki sen. Sen, który na ogół obywał się bez sennych marzeń. Ot, skok w głęboką czerń, wytchnienie nerwowych zwojów, krótka, krzepiąca amnezja. Doświadczyły jej wszystkie, z wyjątkiem Luczi.

Owszem, najpierw była czerń, ale już po chwili na samym dnie przepastnej studni, pojawił się ten świat. Luczi próbowała wymazać go z umysłu, zapomnieć. Przewróciła się gwałtownie na drugi bok, ale świat nie znikł. Co więcej – wraz z obrotem jej ciała i on się obrócił. Zadrżał lekko, jakby w jego wnętrzu zaczął działać jakiś oporny mechanizm, a potem wszedł w powolną, nieustępliwą rotację. Najpierw wokół własnej osi, a po chwili wokół odległej gwiazdy, która nagle objawiła się w tle. We śnie Luczi przez chwilę walczyła ze sobą i z fantomem, który niechcący wprawiła w ruch. Nagła panika ścisnęła jej serca. Chciała uciec, chciała zanurkować w czerń i zapomnieć o majaku. Ale na próżno. Świat wirował i toczył się po długiej orbicie wokół swego pojedynczego słońca. Co teraz? Tym razem nie zdoła tego ukryć przed Matkami. Na pewno nie przed Fastyllą. Ona się domyśli. Przyjrzy się jej uważnie i zrozumie. Na nic zdadzą się kłamstwa i wykręty. Takie myśli kłębiły się w umyśle uśpionej Luczi jeszcze przez kilka chwil. A potem pomyślała z nagłym przypływem ulgi, że tak naprawdę jeszcze nic się nie stało. Świat wyglądał na zupełnie jałową kamienną grudę turlającą się przez bezmiar kosmosu. Ot kawałek skały, meteoryt bardziej niż planeta. Niezamieszkany, nieprzyjazny, pusty. Pozwoli mu wirować, zderzać z kometami, przedzierać przez chmury gwiezdnego pyłu, aż za kilka miliardów obrotów zostanie z niego ledwie podziurawiony niekształtny kamień, który w końcu da się pożreć wybuchającemu słońcu. Ta konstatacja przyniosła rozedrganemu umysłowi Luczi ulgę. Bezwiedne przewróciła się na drugi bok, potem na trzeci, i zapadła w głęboki sen bez marzeń.

 

Kiedy Wytchnienie przesłonił Brzeszczot, Matki zaczęły się budzić ze snu. Ulga przyszła nagle, choć była wyczekiwana jak co dzień. Światło przeciskające się przez szczeliny w okiennicach nagle straciło swoją ostrość, zmatowiało, a potem przemieniło się na powrót w bezpieczną czerwień emitowaną przez Karła.

Luczi również się przebudziła. Ziewnęła przeciągle wszystkimi otworami, rozprostowała bierki, ręce i kończyny. Była w świetnym nastroju. Miała przed sobą jeszcze większą część pięknego, spokojnego dnia. Mogła z nim zrobić, co tylko chciała. Matki przed wieczornym posiłkiem udadzą się jak zwykle na medytację, a ona będzie mogła wykąpać się w jeziorze, pobiec w stronę gór i tropić kozuby, albo wybrać jakąś opowieść z Wielkiego Zbioru i posłuchać jej, karmiąc lotopłotki w jeziorze. Podniosła się z posłania i ruszyła do wielkiego pokoju.

Czekały tam na nią. Wszystkie! Wszystkie dwadzieścia matek. Siedziały wokół owalnego stołu i przyglądały się jej z zaciekawieniem. To nie zdarzyło się nigdy wcześniej.

Serca Luczi zaczęły bić szybciej. Poczuła niepokój. Ale i zaciekawienie. Nigdy wcześniej nie widziała takiego zebrania przed czytaniem Księgi Narodzin, kiedy to po wieczerzy zasiadały w domostwie Matki Darwy, cieszącej się opinią najmądrzejszej i najbardziej błyskotliwej z nich wszystkich, i na zmianę odczytywały kilka rozdziałów świętego skryptu. Nigdy wcześniej wszystkie Matki nie pojawiły się w jej skromnym domostwie. To musiało mieć związek ze snem, pomyślała, a przez jej korpus przebiegł szybki lodowaty dreszcz.

– Czy coś się stało? – zaterkotała cicho i lękliwie. – Ja… nie wiedziałam nic o spotkaniu.

Nikt nie odpowiedział. Matki nadal przyglądały się jej z łagodnym wyczekiwaniem. Żadna się nawet nie poruszyła. Luczi przeskakiwała wzrokiem z jednej do drugiej, w poszukiwaniu odpowiedzi. W końcu odezwała się siedząca u szczytu stołu Fastylla.

– Otwórz okiennice, dziecko. Zrobiło się ciemno.

Luczi podeszła do trzech wielkich okien i posłuszne otworzyła na oścież okiennice. Do środka wpłynęła ciepła czerwień Karła. Łagodna i dodająca otuchy. Luczi od razu poczuła się pewniej.

– Usiądź, dziecko – poprosiła Fastylla i wskazała jej wolne siedzisko po przeciwnej stronie stołu.

Luczi znów wykonała polecenie, choć wolałaby stać i patrzeć na Matki z góry. Nie czułaby się wtedy taka przytłoczona.

– To dla mnie się tu zebrałyście? – zapytała i posłała Matkom wyczekujące spojrzenia. – To przez mój sen, prawda?

– Tak – odpowiedziała Darwa. – Zebrałyśmy się tutaj, ponieważ pomyślałaś świat.

Więc jednak! Wszystko się wydało. Co teraz? Jaka będzie kara? Prawie uległa panice. Prawie. Powstrzymało ją tylko to rozedrgane uczucie ciężaru w dole korpusu, niemal w odwłoku. Nadawało jej stabilności, zakotwiczało ją w chwili obecnej. Migotliwe, czułe, ciężkie i lekkie zarazem.

– Przepraszam – odpowiedziała, spuszczając wzrok. – Ja nie chciałam. Naprawdę…

– Czy wiesz, dlaczego prosiłyśmy cię, żebyś tego nie robiła? – zapytała Fastylla, a kiedy Luczi, nie podnosząc wzroku, pokręciła przecząco głową, kontynuowała: – Chciałyśmy, żebyś nie myślała o światach, byś mogła dłużej cieszyć się dziecięcą beztroską.

Luczi potaknęła głową. To oczywiste, że Matki we wszystkim, co robiły, kierowały się miłością. Nigdy nie miała co do tego wątpliwości.

– Teraz nie ma się czym denerwować – odezwała się Matka Darwa. – Świat jest już pomyślany…

– To na razie tylko jałowa skała – niemal wykrzyknęła Luczi. – Tylko pusta planeta, krążąca wokół niewielkiego słońca.

– To nie ma znaczenia, dziecko – uciszyła ją Darwa. – Jeśli przyjrzysz się jej uważnie, na przykład, gdy usiądziesz dziś z nami do medytacji, zobaczysz, że nie jest już pusta. Puściłaś w ruch machinę, której nic nie zatrzyma. Na twojej planecie na pewno jest już woda. Pojawiły się pierwsze jednokomórkowe organizmy. Niedługo zaczną się losowe transformacje, kolejne próby i błędy, z których, chcesz czy nie chcesz, powstanie zorganizowane, wielokomórkowe życie. Nic tego nie zatrzyma.

– Na pewno nie można tego… zatrzymać? – zapytała nieśmiało Luczi. – Albo po prostu… odmyśleć?

Matki zarechotały i zagrzechotały ze śmiechu, a Kotia znów dostała czkawki.

– Nie, kochanie – zapewniła ją Fastylla. – Nie możesz tego cofnąć. Wiemy, bo próbowałyśmy wiele razy. Wszystkie nosimy w umysłach swoje własne światy, którymi się opiekujemy. Troszczymy się o nie tak, jak potrafimy. Każda z nas.

– Więc co to dla mnie oznacza? – zapytała Luczi.

– Tylko tyle, maleńka – odpowiedziała Kotia w przerwie między jednym a drugim czknięciem – że dzisiaj przestałaś być Dzieckiem.

– Kim więc jestem? Co ze mną teraz będzie?

Fastylla podeszła do niej, objęła ją czule rękami i wzięła w swoje bierki jej głowę.

– Dzisiaj zostaniesz Matką.

W łagodnym uścisku Fastylli coś się w niej nagle skurczyło. Przyjemne mrowienie w dole korpusu ścisnęło się w mały zalążek bólu. Słodkiego i głębokiego bólu. Potem ten ból zaczął wędrować w dół, przez odwłok. Wypełniona tym niezwykłym doznaniem, nie wiedziała, czy ma się bać, czy cieszyć. Z jej otworu wydobył się cichy jęk, kiedy skurcz i ból się pogłębiły. Zdezorientowana, popatrzyła na Fasytllę.

– Zaczęło się – powiedziała Matka.

– Zaczęło się … co? – zapytała Luczi.

 

Wieczorem, kiedy już jajo wydostało się przez odwłok Luczi na świat, wszystkie zgromadziły się nad brzegiem Jeziora. Luczi stała pośrodku kręgu, otoczona przez dwadzieścia pozostałych Matek, trzymając w bierkach niewielki obły kształt. Czuła pulsujące w nim życie, pulsujące w rytmie jej własnych serc, i uśmiechała się wszystkimi niemal otworami. Potem, we wskazanym przez Fastyllę miejscu, wygrzebała rękami niewielki dołek i zakopała jajo w ciepłym piasku. Na znak Darwy, dołączyła do kręgu i zasiadła wraz z pozostałymi Matkami do medytacji.

Każda z nich doglądała własnego świata. Przez kilka godzin, do świtu, robiły co mogły, by powstrzymywać przemoc, ochładzać lub podgrzewać globalny klimat, zażegnywać konflikty zanim przerodzą się w wojnę, chronić najsłabszych, edukować najgłupszych, dzielić po równo. Nie zawsze im się udawało. Właściwie częściej ponosiły sromotną porażkę. Światy żyły już własnym życiem. Choć były wytworami ich umysłów, stały się dawno niezależnymi bytami, na które miały tylko ograniczony wpływ. Często więc nocne medytacje Matek kończyły się łzami. I wówczas wspominały czasy, gdy same były Dziećmi i nie słuchały przestrogi, by nie pomyśleć świata. Ale cóż, taką miały naturę. Od milionów obrotów Ziemi i milionów zaćmień Brzeszczota robiły to co musiały i z rzadka tylko zastanawiały się, kim była Matka, która pomyślała ich świat i jak wyglądała.

O świcie, kiedy pierwsze ciepłe promienie Karła liznęły świat, piasek zaczął się poruszać tworząc mały kopczyk. Potem kopczyk pękł i spod ziemi wyłoniła się malutka różowa bierka. Luczi podeszła do środka kręgu i ostrożnie rozgrzebała piasek. Na dnie jamki leżała miniaturowa istota – nowe Dziecko. Była niezgrabna i jeszcze nie do końca uformowana. Malutka larwa, która dopiero po pierwszej wylince przyjmie kształt. Luczi wyjęła ją ostrożnie z piasku i zaniosła do Jeziora. Tam obmyła ją czule w wodzie i życiodajnych promieniach Karła. Dziecko zakwiliło i zaterkotało cichutko, a kiedy Luczi niosła ją z powrotem do kręgu Matek, wiedziała już, jakie nada jej imię.

 

Koniec

Komentarze

Ładnie napisane, pobudza wyobraźnię i skłania do myślenia o tym, jak to by było, gdyby miało się cały świat pod opieką. Zaciekawiło mnie to, w jaki sposób Matki wpływają na swoje światy – czy manifestują się jakoś inteligentnym istotom, które je zamieszkują? Czy może są jedynie niewidzialnymi siłami, delikatnie sterującymi wszystkim zza kulis? Oczywiście nie musisz tego wyjaśniać, ale myślę, że to dobry znak, gdy tekst skłania do zadawania takich pytań :)

Drogi Anonimie, zdeanonimizuj się proszę, bo bym Cię chciała do biblioteki polecić. 

Bardzo mi się podobały zarówno matki, jak efekty ich myśli. 

Cóż, Anonimie, wrzuciłeś mnie w sam środek świata, którego nie udało mi się zrozumieć. Nie mam pojęcia kim są Matki i nie wiem, dlaczego jest ich dwadzieścia. Opisując je ledwie z grubsza, zataiłeś kim/ czym są i zastanawiam się, dlaczego wszystkie to istoty żeńskie. Ledwie naszkicowanego świata też nie pojmuję.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

żeby za­po­mnieć, że kłam­stwie, od­pę­dzić wy­rzu­ty su­mie­nia i po­zbyć się myśli o po­ro­wa­tej kuli… → Nie bardzo rozumiem.

 

na wzno­szą­ce się nad ho­ry­zon­tem pierw­sze z Dwóch Słońc. Pło­ną­cy czer­wie­nią Ka­rzeł spra­wił, że je­zio­ro nad któ­rym się wolno wzno­sił… → Czy to celowe powtórzenie?

 

Wszę­dzie jej było pełno jej koń­czyn, bie­rek i rąk, po­hu­ki­wań, ter­ko­tań i grze­cho­tów wy­da­wa­nych przez jej otwo­ry rów­nież. → Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

 – Pra­co­wa­łaś dzi­siaj za dwoje– do­biegł ją z tyłu głos Fa­styl­li…-> – Pra­co­wa­łaś dzi­siaj za dwoje. – Do­biegł ją z tyłu głos Fa­styl­li

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi.

 

uło­ży­ły się do śród-dnio­wej drzem­ki. → …uło­ży­ły się do śróddnio­wej drzem­ki.

 

po­de­szła do trzech wiel­kich okien wiel­kie­go i po­słusz­ne… → Brzmi to fatalnie.

 

po­pro­si­ła Fa­styl­la i wska­za­ła jej wolne sie­dzi­sko… → Oba zaimki są zbędne.

 

–Świat jest już po­my­śla­ny… → Brak spacji po półpauzie.

 

– Tylko tyle, ma­leń­ka, – od­po­wie­dzia­ła Kotia… → Przed półpauzą nie stawia się przecinka.

 

– Za­czę­ło się co? – za­py­ta­ła Luczi. → Raczej: – Za­czę­ło się co? – za­py­ta­ła Luczi.

Unikaj w dialogach dodatkowych półpauz. Sprawiają, że zapis staje się mniej czytelny.

 

wspo­mi­na­ły czasy, gdy same była Dzieć­mi… → Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zaciekawiasz Anonimie od samego początku.

Bardzo mi się podobała scena mycia, a w niej bardzo udane pokazanie, że Luczi nie jest homoidem.

I w ogóle, wodny lis jest świetnym pomysłem.

wypiecz z karminowej pszenicy, tłusty ślizgun, pachnące, dojrzałe pomawory i pikantne parzyce. 

Lubię takie słowotwórstwo, niby wiemy co jest co, ale pewności do końca nie mamy.

Wyszarpywała im zęboty, oślepiała gaplice, odcinała bierkoczujki 

To też świetne.

No i przede wszystkim podoba mi się sam pomysł “myślenia światów”.

Z marudzenia to:

Mam wrażenie, że zbyt często wspominasz “otwory, bierki, ręce i kończyny”, a i same “otwory” nie są najszczęśliwiej dobranym słowem.

Od milionów obrotów Ziemi i milionów zaćmień Brzeszczota

Czy na prawdę miałaś na myśli naszą Ziemię? Jeśli tak, to chyba nie zrozumiałem przesłania

Pierwsza cześć zakończenia trochę rozczarowała. Czytelnik wie, że każda matka opiekuje się swoim światem, a fragment:

Właściwie częściej ponosiły sromotną porażkę. Światy żyły już własnym życiem. Choć były wytworami ich umysłów, stały się dawno niezależnymi bytami, na które miały tylko ograniczony wpływ.

Jest taki do bólu konwencjonalny w porównaniu z całym opowiadaniem, że ja bym chciał, abyś cały ten akapit wykasował. 

A wtedy druga część zakończenia, która moim zdaniem jest i ważniejsza i lepsza, wybrzmi o wiele mocniej.

Podobało mi się bardzo i jak mawia Asylum, śpieszę poskarżyć. 

Jeśli komuś się wydaje, że mnie tu nie ma, to spieszę powiadomić, że mu się wydaje.

Już się odanonimowałem. W sumie tak rzadko tu zaglądam, że nie ma to znaczenia czy jestem incognito czy nie… 

Selkie, Ambush, fizyk111 (tak, pomyślę o tym fragmencie!) – wielkie dzięki za przeczytanie. Regulatorzy – jak zwykle kłaniam się nisko, za redakcyjne uwagi – z większością się oczywiście zgadzam :)

Bardzo proszę, Dorjee, bardzo się ciesze, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Owszem, Dorjee, pojawiasz się rzadko, ale nie mogę się zgodzić, że nie jesteś pamiętany. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za pamięć smiley

Dzień doberek, dorjee 

Jakbym miał jednym słowem opisać to opowiadanie, powiedziałbym – enigmatyczne. 

Świat przedstawiony nadaje fajnej atmosfery – dwa słońca, wodne lisy… no ciekawie jest to Pomyślane ;) 

Z drugiej jednak strony, mało o tym świecie wiemy, chociażby dotyczy to ilości matek. Czemu dwadzieścia, czemu w tym świecie brak formy męskiej – nie mam pojęcia i tutaj zastanawiałem się chwilę, ale z racji, że nic nie przyszło mi rozsądnego do głowy, odpuściłem sobie te rozmyślania, akceptując ten dziwny świat taki, jaki jest. 

Technicznie – bez najmniejszych zarzutów. Może faktycznie te “otwory” wspomniane wyżej przez fizyk111 nie najkorzystniej wybrzmiewają i do fajnych wizualizacji dwóch słońc czy wodnych lisków, nie najlepiej mi pasują. Poza tym – świetne wykonanie. 

Tekst spokojny, mało się dzieje, lecz nie uznałbym go za nudny. Po przeczytaniu zostawia on chyba więcej pytań, niż odpowiedzi, ale w tym przypadku jakoś uznaję to za plus. Dlaczego? Bo po przeczytaniu opowiadania, poczułem się jakbym przebudził się z krótkiego snu, a fabuła przez Ciebie zawarta – okazała się tym snem. Jak wiadomo – sny są niejasne, często tajemnicze i często odczytuje się z nich jakieś drugie dno. Tak więc tak odbieram ten tekst – nastrojowy, ładny ale nie do końca jasny sen ;) 

Tu mógłbym skończyć opinię, bo w sumie napisałem już wszystko co miałem do napisania, ale postanowiłem jednak odpłynąć. Mam takie skojarzenie co do tej historii i być może jest to szukanie trzeciego dna, ale co tam – jakbym dostał taki tekst na maturze ustnej z polskiego, na myśl przyszłoby mi pewna interpretacja: 

Na początku opowieści Luczi jest dzieckiem, które wymyśla sobie światy. Z jednej strony żyje w świecie swoich fantazji, natomiast istotne się może wydawać to, co w tych snach/fantazjach robi. Otóż – tworzy światy, co jest hmmm, takim poważnym śnieniem. Nie śni o kolorowych kotach dla przykładu ;) 

Te światy – nowe/nieznane, skojarzyły mi się z dorosłością. Dzieciaki (w tym ja) już za czasów dzieciństwa chcą stać się dorosłymi, trochę nie doceniając beztroskiego czasu w jakim żyją. A dorosłość i tak przychodzi i z biegiem czasu wydaje się, że rach ciach. Wczoraj byłeś dzieckiem, a dzisiaj już nim nie jesteś. Taka myśl naszła mnie po fragmencie narodzin dziecka bohaterki, której jakby dzieciństwo się nagle kończy z przyjściem na świat nowego stworzenia. 

 

– Nie, kochanie – zapewniła ją Fastylla. – Nie możesz tego cofnąć. Wiemy, bo próbowałyśmy wiele razy. Wszystkie nosimy w umysłach swoje własne światy, którymi się opiekujemy. Troszczymy się o nie tak, jak potrafimy. Każda z nas.

– Więc co to dla mnie oznacza? – zapytała Luczi.

– Tylko tyle, maleńka – odpowiedziała Kotia w przerwie między jednym a drugim czknięciem – że dzisiaj przestałaś być Dzieckiem.

I jak wiemy na samym końcu Luczi staje się Matką. I właśnie… czy nadal będzie w niej mała Luczi, która wymyśla światy, czy przestanie to robić podobnie jak jej Matki, opiekując się swoim potomstwem, pozostając przy tym na świecie – tu i teraz. 

Jak mówiłem – tak bym przynajmniej na maturze ustnej z polaka nawijał :P 

Polecę do biblio, za świat, styl i wyobraźnię! 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O - Chada

Ciekawy pomysł. Rozumiem, że wyobrażony świat musi zaistnieć, a to oznacza koniec dzieciństwa. Podoba mi się rozdźwięk między beztroską Luczi jako dziecka (fajna scena z wodnym lisem) i obowiązkami jako matki.

Tekst jest w sumie bardzo tajemniczy, nie wiadomo skąd się wzięły matki, jak mogą się opiekować światami, czy mają wpływ na ich mieszkańców, co się dzieje, gdy jakiś świat umiera. Chętnie wróciłabym do tego uniwersum i przyjrzała się opiece nad jakimś światem ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

NearDeath – poczułem się naprawdę wyróżniony tą okołamaturalną interpretacją – dzięki!

Irka_Luz – kłaniam się nisko.

Cześć!

 

Całkiem udane opowiadanie, podobało mi się światotwórstwo i ciekawe słownictwo, choć trochę mi te “bierki” nie pasowały. Koncepcja myślenia światów i powstawanie matek przypadła mi do gustu. Bardzo ciekawy był pomysł na wodnego lisa. Trochę mi tu zgrzyta fakt, że planeta pojawiła się przed gwiazdą, bo to nieco rozmywa nawiązanie do historii wszechświata. Tekst jest porządnie napisany, więc zgłaszam do biblioteki.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Wielkie dzięki!

Ładny tekst. Niezłą moc sprawczą mają te stworzenia, wystarczy, że sobie coś przypadkiem pomyślą i pyk! nastaje świat. A do tego następuje owulacja.

Fajnie, że są bardzo obce.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo. Owulacja rządzi! smiley

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Aneta – miło mi smiley

Nowa Fantastyka