- Opowiadanie: michalovic - Królestwo Wiatrów

Królestwo Wiatrów

Vinderrike - Królestwo Wiatrów – to kraina, która niegdyś cieszyła się bogactwem, a teraz jest odludziem. Dwójka bohaterów przemierza ją i stopniowo odkrywa, co stało za upadkiem. Tyle o fabule. Opowiadanie to raczej klasyczne fantasy – magia, dziwne stwory, średniowieczne klimaty – choć dotyka kwestii dość istotnych w naszym świecie. 

Za betowanie dziekuję państwu @MordercaBezSerca oraz @Alicella :)

Rysunek mojego autorstwa ;)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Królestwo Wiatrów

 

Teraz

 

Byli ledwie kilka jardów od bramy, kiedy dostrzegli na podwórku psa, popielata sierść kryła go w sinej mgle poranka. On sam zdawał się na nich czekać, musiał już wcześniej pochwycić zapach niesiony przez spływający ku dolinie wiatr. Tkwił nieruchomo, niepewny co dalej. Podejdą bliżej, czy zawrócą?

Podeszli. Pies poderwał łeb i zaniósł się ochrypłym szczekaniem, ściany domu, stodoły i chlewu odbiły jego głos. Nikt nie wyjrzał, by sprawdzić co się dzieje. Zaszczekał więc jeszcze raz i ponownie odpowiedziała mu głucha cisza. Ale przynajmniej intruzi zatrzymali się przed granicą posesji.

– Ci też się wynieśli – westchnął Ceandric.

Przez chwilę przyglądał się zabudowaniom z czerwonej cegły. Ładne gospodarstwo, duże. Widać bogate. Było…

– Burka zostawili – odparła Isbel.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Jedna gęba mniej do wykarmienia.

Od skórzanej obroży psa odchodził i wił się między nogami długi kawał sznura z postrzępionym końcem. Reszta liny leżała w błocie pod ścianą stodoły. Z początku biedny kundel sądził pewnie, że jego pan wraz z rodziną wrócą, czekał więc wiernie, zjadał resztki kości, które jeszcze gdzieś znajdował wokół budy, zlizywał zaledwie wspomnienie smaku z już dawno wypolerowanej na połysk michy, popijał wodą z kałuż. Raz czy dwa udało mu się złapać dżdżownicę i czuł się wtedy największym szczęściarzem na świecie. W końcu jednak dotarło do niego, że został sam. Nikt nie przyjdzie, by go nakarmić. Długie godziny spędził na gryzieniu i szarpaniu liny, kalecząc sobie dziąsła na szorstkich włóknach, wyrywając stare zęby. Głód był silniejszy niż ból, ale słabszy niż psie poczucie obowiązku.

– Dobry pies – mruczał Ceandric, zbliżając się do niego powoli. – Wciąż pilnujesz swojego domu, co, staruszku? No, no, nie bój się.

Wysunął przed siebie dłoń.

– Dobry, dobry pies…

Szczeknięcia powoli stawały się coraz cichsze, coraz mniej przekonywające. Wreszcie pies umilkł i po chwili wahania sam, na ugiętych – ni to ze strachu, ni to ze słabości – nogach zbliżył się do mężczyzny. Obwąchał obcą dłoń, która nie pachniała chyba aż tak złowrogo, jak z początku sądził. Dotknął pyskiem spoczywający na niej pasek suszonego mięsa, chwycił go z miękkim kłapnięciem szczęk.

– Powoli, powoli – poradził Ceandric – bo się zaraz porzygasz. Trzymaj.

Drugi kawałek wołowiny, tak jak i poprzedni, błyskawicznie zniknął w paszczy.

– Nie licz na to, że będę się z tobą dzielić swoim żarciem! – rzuciła Isbel, przyglądając się wszystkiemu nieco z tyłu.

– Dam sobie radę. A ty co, jeszcze byś zjadł?

Pół pajdy chleba, dwa kęsy twardego sera i tłusty płat wędzonej ryby później pies wyraźniej się rozochocił. Z jego gardła nie płynęło już szczekanie i powarkiwania, lecz ciche popiskiwanie. Ogon nieśmiało kiwał się na boki, a duże, niewidzące już zbyt dobrze oczy ufnie wpatrzyły w twarz klęczącego przed nim człowieka, jeszcze przed chwilą intruza. Nie miał już nic przeciwko temu, żeby duża, twarda dłoń spoczęła na jego głowie, przejechała po brudnej sierści, podrapała za uszami, gdzie już od tak dawna nie był w stanie podrapać się sam. Przy każdym ruchu błogie rozluźnienie ogarniało sztywne mięśnie, bijące od niej ciepło powoli topiło drzemiące między starymi kośćmi zmęczenie.

– Spokojnie, spokojnie, już wszystko jest dobrze…

Nie rozumiał słów, ale przecież nie musiał. Wystarczył cichy, kojący ton, by pozwolił się objąć szerokimi ramionami, przytulić.

– Wszystko dobrze…

Isbel podeszła, gdy odgłosy wydawane przez zwierzę ucichły.

– Coś ty, do diabła, zrobił?

Ceandric wyprostował się, cały czas obejmując martwe ciało. Głowa psa zwisała mu przez łokieć pod dziwnym kątem.

– To, co trzeba było zrobić – westchnął ciężko. A po chwili ciszy, jakby nagle ocknął się ze snu, dodał: – Chodź, poszukamy jakiegoś szpadla.

 

Kiedyś

 

Jarl Hakon w milczeniu i z uwagą przyglądał się leżącemu przed nim truchłu. W pierwszej chwili skrzywił się na widok pomarszczonej, różowej skóry, szerokich łapek z zalążkami szponów i stożkowatego, pozbawionego oczu łebka, jednak z każdą kolejną coraz wyraźniej na jego twarzy rysowało się zaciekawienie.

– Jeszcze raz: co to za szkarada? – spytał wreszcie.

– Buroł, wasza miłość – padła błyskawiczna odpowiedź.

Ceandric z ukosa spojrzał na Yunę i uśmiechnął się. Jeszcze do niedawna poza magiczki, na każdym kroku zaznaczającej, że to ona jest tu Wiedzącą, wydawała mu się irytująca. Teraz już tylko się uśmiechał.

– Szczenię buroła, ściślej rzecz ujmując – powiedział.

Hakon podniósł na niego wzrok.

– Nigdy nie słyszałem o takich bestiach.

– Nic dziwnego. Buroły nie występują naturalnie w tych rejonach, są dość powszechne na południu, w strefie podzwrotnikowej.

– To skąd w takim razie wziął się ten tu, o?

– Jego matka przywędrowała tutaj w poszukiwaniu ciepła i jedzenia.

Yuna parsknęła cichym śmiechem.

– Wasza miłość, za pozwoleniem. Mamy uwierzyć, że jakieś biedne, samotne stworzenie zabłądziło kilkaset mil od swojego domu, przebyło taki kawał drogi tylko po to, żeby się tu rozmnożyć? Z całym szacunkiem, ale to jest niedorzeczne.

Jarl wodził oczami między nimi. Po jego minie – uniesionych brwiach i przygryzionych lekko wargach – nietrudno było zgadnąć, że znowu niewiele rozumiał.

– Wiemy tylko o jednym – mruknął Ceandric. – To różnica. Z czasem usłyszymy o kolejnych. Poza tym…

– Prawdopodobnie ktoś go tu przywiózł i wypuścił. – przerwała mu tamta, jakby w ogóle go nie słyszała. – Albo uciekł z klatki.

– Buroły to szkodniki, nie zwierzęta cyrkowe. Ich się nie łapie, tylko tępi.

Hakon ożywił się nagle.

– Szkodniki?

– Ryją tunele w ziemi, niszczą uprawy. Jak krety, tyle że dorosłe osobniki osiągają rozmiary dużego psa. Przy tym są agresywne jak diabli. Nigdy w życiu nie słyszałem, żeby ktoś je łapał. – Ceandric spojrzał na magiczkę. – Widziałem za to dzieci, które potraciły nogi i ręce w spotkaniu z nimi – dodał.

Yuna wytrzymała spojrzenie, nawet jej brew nie drgnęła.

– Wasza miłość. Wiem, jak ta hipoteza brzmi, ale pragnę zauważyć, że jedynym jej potwierdzeniem, są te oto zwłoki. Na takiej podstawie nie można niczego zakładać, bądźmy poważni. Nadto, nawet jeśli już przyjmiemy, że faktycznie mamy do czynienia z masową migracją tych stworzeń na nasze ziemie, to przecież nie jest to problem, z którym nie można sobie poradzić. Południowcy mają wszak skuteczne sposoby zwalczania burołów, możemy je stosować… Ba, możemy je ulepszyć! Uważam, że nasz przyjaciel celowo wyolbrzymia całą sytuację, aby po prostu nas nastraszyć.

Ceandric westchnął.

– Nastraszyć was? Nie, nie. Jedynie próbuję przemówić wam do rozumu. Mówiłem to już wielokrotnie, ale powiem raz jeszcze – przeceniacie swoje możliwości. Igracie z siłami, których nawet nie pojmujecie i nad którymi prędzej czy później stracicie panowanie. A im później, tym gorzej. To – wskazał palcem na ciało, obsiadłe już przez kilka tłustych much – to zaledwie początek. Zapamiętajcie to dobrze i potraktujcie jako symbol.

Po tych słowach zapadło milczenie. Przez długą chwilą słychać było jedynie jak świszczy wiatr. Jak hula po dziedzińcu Vinderrike, wypełnia go ciepłem i zapachem zbóż z pobliskich pól.

Jarl przeciągnął dłonią po twarzy, jakby wraz z potem chciał ściągnąć z niej zmęczenie.

– I co ja mam z tym zrobić? – spytał nie patrząc na nikogo, wszyscy wiedzieli jednak, do kogo kierował to pytanie.

Zarządca, do tej pory trzymający się nieco na uboczu i jedynie przysłuchujący rozmowie bez zabierania głosu, podszedł bliżej.

– Żniwa niedawno się zaczęły, mój jarlu – powiedział. – Ponadto majster Kjell niedawno zgłosił pewne problemy przy budowie wschodniego skrzydła zamku…

– Masz rację. – Hakon zwrócił się już do Yuny i Ceandrica. – Wy znacie się na tych magiczno-przyrodniczych kwestiach lepiej niż ja, załatwcie to więc jakoś. Ja nie mam do tego głowy, muszę zająć się innymi sprawami. Rany boskie, co za upał, pani Yuno, trwa to już zbyt długo, może pani coś z tym…? Tak? Dziękuję.

To rzekłszy odszedł, schował się w chłodnym wnętrzu zamku, a za nim udał się zarządca wraz z resztą skromnej świty.

– Idiota – syknęła Yuna, sądząc zapewne, że nie zostanie usłyszana.

Ceandric uśmiechnął się pod nosem. Dokładnie to samo pomyślał, chociaż zdawał sobie sprawę, że decyzja Hakona, by nie podejmować właściwie żadnej decyzji była mu na rękę. A w każdym razie była mniej szkodliwa, niż wzięcie strony magiczki. Jarl był młody, z głową nabitą ideałami, ale wcale nie głupi, Ceandric wciąż miał jeszcze nadzieję, że da się przekonać, że…

– Jesteś wrzodem na dupie, druidzie.

– Wrzody są objawem choroby – odparł natychmiast, wzruszając ramionami.

– Nie ma w tym kraju żadnych chorób. A wiesz dlaczego? Bo nie ma w nim też głodu, nie ma biedy ani bezhołowia. I wszystko to, nieskromnie mówiąc, moja zasługa.

– Wkrótce za to będzie w nim więcej burołów. Wszystko to twoja zasługa.

Yuna uśmiechnęła się samymi kącikami ust.

– Poradzimy sobie. Od lat sobie radzimy ze wszystkim. Sami, bez pomocy obcych mędrców i ich światłych uwag. Dziękuję za troskę, ale naprawdę jej tu nie potrzebujemy, możesz spróbujesz gdzie indziej? A teraz wybacz, przyjacielu, ale ja również mam ważniejsze sprawy na głowie, niż martwe szkodniki.

– Musisz to przerwać. Musisz…

Yuna już go minęła, raźnym krokiem maszerując w kierunku bramy wiodącej za mury, lecz te wypowiedziane cichym głosem słowa sprawiły, że zatrzymała się w pół kroku, jak wrośnięta w ziemię, odwróciła w jego stronę. Wyraz jej twarzy nie zmienił się, wciąż była lekko uśmiechnięta. Jedynie oczy, duże i przypominające dwa orzechy, zalśniły zimnym blaskiem, niczym światłem odbitym od ostrza noża.

– Nigdy nie mów mi, że coś muszę.

Okręciła się na pięcie i odeszła. Jeszcze dobrą chwilę po tym, jak zniknęła za bramą, Ceandric czuł odurzający zapach jej perfum, niemal słyszał jak powietrze trzeszczy od unoszących się w nim ładunków mocy, uwolnionych przez czarownicę w krótkim akcie przypływie. W zamyśleniu pogładził włoski na przedramionach, które magiczna energia postawiła na sztorc.

– Wybacz, malutki – mruknął pod nosem. – Miałem nadzieję, że mi pomożesz. Chodź, odprowadzę cię do mamy.

Muchy poderwały się z oburzonym bzyczeniem, kiedy podniósł blade ciało z ziemi. Przez chwilę jeszcze go goniły, ale szybko dały sobie spokój. Jakby wiedziały, że czeka go długa droga.

 

Teraz

 

Przeszukali całe obejście, nigdzie nie znaleźli jednak ani szpadla, ani haczki, ani nic, co jakkolwiek przydałoby się do wykopania dołu. Isbel obstawała przy tym, żeby zostawić psa wronom do zjedzenia, Ceandric jednak się uparł. Nożem rozciął warstwę darni na tyłach domu, a ziemię spod niej wydobył gołymi rękami, wspomagając się przy tym nieprzydatną już nikomu, wylizaną na połysk miską. Trochę to trwało.

– Była ich piątka. Matka i czwórka szczeniaków…

– Jak na druida masz bogate doświadczenie w zabijaniu żywych stworzeń – burknęła Isbel.

– To chłopi dorwali matkę – odparł spokojnie, odrzucając na boki garści gleby. – W tamtej okolicy już od jakiegoś czasu mówiło się o cudacznych stworach, które ryją na polach, niszczą uprawy. Któregoś dnia do wioski przybiegła córka jednego z gospodarzy, zapłakana, bo diabeł wyskoczył na nią spod ziemi. No to się ludzie wreszcie skrzyknęli, zaczęli szukać… Okrutnie ją pokłuli. Matkę, rzecz jasna, nie dziewczynkę. Jakoś im uciekła i żyła jeszcze, kiedy ją znalazłem, ale ledwo. Maluchy i tak by długo bez niej nie przeżyły, dzień, dwa i albo ludzie znaleźliby ich gniazdo, albo lisy. Nie było potrzeby, żeby się męczyły w oczekiwaniu na śmierć.

Wyprostował się, złożył psa do grobu, bardzo delikatnie. Zwierzę wyglądało, jakby spało skulone w kłębek.

– A skąd ty wiedziałeś, gdzie szukać jej gniazda?

– Powiedziała mi. Wszystko mi powiedziała.

– Kto?

– Matka.

– Ach, tak…

Nic nie robił sobie z jej sarkastycznego tonu. Bez pośpiechu począł zagarniać ziemię z powrotem do dołu.

– Tak, zwierzęta mają wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia. Ważnych rzeczy. A ludzie nie potrafią słuchać nawet siebie nawzajem.

Psie ciało powoli niknęło pod coraz grubszą warstwą ciemnych grud, najpierw zad, potem łapy i tors. Kiedy ziemia wypełniła już cały dół, Ceandric poklepał ją lekko i wstał, otrzepując dłonie.

– Gdyby magiczka mi wtedy nie przerwała – rzekł – dowiedziałaby się, że ta samica nie przebyła wcale setek mil, sama urodziła się bowiem zaraz za granicą gór, jej matka zaś nieco dalej na południe, a matka matki jeszcze trochę dalej… Migrowały w tę stronę już od kilku pokoleń.

– Ach, tak… A ten kundel? On też ci powiedział coś ważnego?

– Powiedział.

– A co na przykład?

– A na przykład, że na zachód stąd, tam o, w głąb doliny, w lesie stoi wieża.

Isbel spojrzała w kierunku wskazywanym przez jego wyciągniętą rękę.

– Co za wieża?

– Wieża, którą musisz zobaczyć.

Dziewczyna, zdaje się, chciała spytać o coś jeszcze, ale nie dał jej szansy. Idąc we wskazanym przez psa kierunku, słuchał już tylko szumu wiatru i nadciągającego za nim deszczu.

 

Kiedyś

 

Głęboki pomruk stoczył się w dół doliny, narastał stopniowo, długo opadał jak fala. Na ten dźwięk mieszkańcy Jabłonicy podnieśli głowy, znieruchomieli wpatrzeni w ciemne chmury wiszące za łańcuchem gór na wschodzie. Musieli wiedzieć, że już po wszystkim, że teraz już nie mają się czego bać, a mimo to w ich oczach dało się dostrzec jakiś nabożny lęk. Dopiero gdy pomruk wybrzmiał, jak odczarowani wyrwali się z bezruchu i wrócili do pracy. Nikt się już nie ociągał, bo choć była niedziela, a dzień święty należy święcić, mieli mnóstwo pracy, która nie mogła czekać do jutra. Odzywano się mało, czasem tylko ktoś ochrypłym, pustym głosem wykrzyknął jakieś przekleństwo, ktoś inny po chwili załkał cicho.

Ceandric, który wraz z kilkoma innymi mężczyznami rozbierał zniszczoną więźbę dachową jednej z nielicznych ocalałych chat, nie mówił nic. Od czasu do czasu odrywał jednak wzrok połamanych belek, toczył nim po okolicy – wtedy wzdychał cicho na wspomnienie tego jak Jabłonica wyglądała wcześniej. Gdy zobaczył je po raz pierwszy, ukwiecone jabłonie i grusze w pełnym słońcu przypominały mu puchate chmury. To było w południe. Teraz słońce chyliło się ku zachodowi, a po białych kwiatach nie było ani śladu.

Nim skończyli z dachem, ścieżką od strony doliny nadjechało kilku konnych. Jechali szybko, ale tuż przed wioską zwolnili, jakby oszołomieni tym, co ujrzeli. Ceandric od razu rozpoznał jeźdźca na przedzie. Bez słowa zszedł z chaty i zbliżył się do jednego z miejscowych.

– Gości macie, sołtysie – powiedział.

Tamten uniósł na niego spojrzenie ledwie przytomnych, szklistych oczu, po czym zwrócił się w stronę ścieżki, pokiwał głową. Razem wyszli konnym naprzeciw.

– Dzień dobry, Eyrling – przywitał dowódcę drużyny Ceandric.

– Pochwalony – mruknął tamten, lekko zdumiony na jego widok. – Co się tu, u licha, stało?

Sołtys przez dobrą chwilę nie mówił nic, nawet się nie poruszył, a kiedy już otworzył usta, słowa uwięzły mu w gardle.

– No? – ponaglił Eyrling. – Mówże, człowieku…

– Ja… nie wiem… Burza… Nie…

Więcej już nic nie powiedział, twarz wykrzywił mu grymas rozpaczy. Ceandric klepnął go w ramię, szepnął coś do ucha, na co starszy pokiwał głową i odszedł powoli, ocierając twarz ze spływających po niej łez. Druid zaś odwrócił się do Eyrlinga.

– Burza? – spytał tamten. – Zwykła burza zrobiłaby… coś takiego?

– Widocznie to nie była zwykła burza.

Dowódca rzucił swoim ludziom kilka krótkich rozkazów. Dwóch konnych zawróciło i odjechało do garnizonu, reszta pozsiadała z wierzchowców i zabrała się do pomocy w porządkowaniu wioski. Eyrling również zsiadł, zbliżył się do druida.

– A wyście tu byli? Widzieliście, co się stało?

– Byłem. Ale wiele nie widziałem.

Bo w istocie, trudno było zobaczyć cokolwiek, siedząc zamkniętym w piwnicy, w ciemności, w ciasno zbitej gromadzie ludzi. Wiele za to słyszał między zlęknionymi westchnieniami, drżącymi głosami recytującymi słowa modlitwy i dziecięcymi pochlipywaniami. Słyszał trzask łamanych belek i zrywanych dachów, ryk oszołomionych, uwięzionych w stodołach zwierząt, rozpaczliwe krzyki tych, którzy nie schowali się na czas lub uparcie próbowali ratować cokolwiek. Nade wszystko jednak słyszał upiorne wycie wichru i huk gromów, jeden za drugim uderzających ze wściekłością, jakiej w tych stronach – był tego pewien – nie poznał nigdy nikt.

– To nie była zwykła burza – powtórzył.

Eyrling nadgarstkiem otarł spływający mu po czole pot. Było duszno jak w łaźni.

– Zwykła, niezwykła, trza by powiadomić panią Yunę, co tu zaszło. Ona coś poradzi.

– Myślę, przyjacielu, że pani Yuna już o wszystkim wie.

Zaraz okazało się, że miał rację. Ruszyli w głąb wioski, zobaczyć co jeszcze można zrobić, i tam, pod ruderą, która jeszcze niedawno była czyimś domem, dostrzegli magiczkę pomagającą w opatrywaniu rannych. Ta również ich dostrzegła, ale zaszczyciła jedynie przelotnym spojrzeniem. Ani na moment nie przerwała inkantacji. Wypowiadane cichym, melodyjnym głosem słowa uciszały jęki bólu, sprowadzały kojący sen, tamowały krwotoki, a wybite stawy i połamane kości zmuszały do powrotu na swoje miejsce. Kobiety, które wcześniej przejęły na siebie rolę sanitariuszek, teraz tylko przyglądały się temu i zapamiętale żegnały raz za razem. „Cud, cud!”, szeptały między sobą, a w ich głosach ulga mieszała się z trwożliwą czcią. „Dobrodziejko, Bóg cię nam zesłał w najczarniejszą godzinę!”.

Co za ironia, myślał Ceandric, przyglądając się tej scenie jak z obrazu. Magia naprawia to, co magia zniszczyła.

Gdy Yuna skończyła i wypowiedziała ostatnie sylaby zaklęcia, zachwiała się, oklapła bezwładnie, jakby pękły niewidzialne sznury, który do tej pory podtrzymywały jej ciało. Kobiety zaraz pospieszyły jej z pomocą, posadziły na ziemi, podały wodę, zaczęły wachlować czym która akurat miała pod ręką. Magiczka szybko poczuła się lepiej. Wciąż blada na twarzy, odpędziła je od siebie, wstała i podeszła do Ceandrica.

– Musimy porozmawiać. W cztery oczy.

– Musimy – przyznał, choć dość niechętnie, bowiem w jej oczach już płonął piekielny ogień. Eyrling chyba też to dostrzegł, bo skwapliwie oddalił się i tylko co jakiś czas łypał w ich stronę.

– Spytam tylko raz – zgrzytnęła Yuna. – Odpowiedz szybko, to może zostaniesz w jednym kawałku. Co zrobiłeś z wieżą?

Odpowiedział szybko.

– Nic.

Na brzuchu poczuł dotyk ciepła. Spuścił oczy i dostrzegł wycelowaną w niego otwartą, drobną dłoń, jak ostrze miecza gotowego do sztychu. Smukłe palce otaczały wstęgi światła.

– Nie kłam.

– Nie wiem nawet, o czym mówisz.

Drgnął i syknął, jak po ukłuciu rozżarzonym gwoździem. Paznokcie magiczki ledwie musnęły jego koszulę.

– Mówię o wieży na wschód stąd. Mojej wieży meteorologicznej, uściślając. Niedawno, nie dalej niż kilka godzin temu, ktoś na nią wlazł i rozpieprzył kryształ na jej szczycie. Ledwie udało mi się go naprawić. Wszyscy w królestwie wiedzą, żeby się do tych wież nie zbliżać. Tylko tobie zależałoby na tym, by tam wejść i coś zniszczyć, tylko tobie wszystko się nie podoba, prawda? I akurat tak się składa, że jesteś blisko miejsca zbrodni, akurat dziś. Gadaj więc, bo upiekę ci wątrobę. Co zrobiłeś?

Skrzywił twarz w grymasie ni to bólu, ni ponurej satysfakcji.

– Nic. Nic nie musiałem.

Złapał ją za przedramię, mocno, tak że teraz to jej twarz wykrzywiła się w bolesnym grymasie.

– Po prostu tracisz kontrolę.

Szarpnąwszy gwałtownie wyrwała się z uścisku i zatoczyła do tyłu. Z trudem ustała na nogach, odgarnęła z czoła i oczu niesforne loki, prychnęła. Szalona, pomyślał Ceandric, widząc, jak znowu wyciąga w jego stronę dłoń, jak światło między jej palcami gęstnieje. I choć w jej oczach cały czas płonęła furia, nie wypowiedziała zaklęcia.

– Dziesiętniku!

Eyrling, akurat odwrócony plecami, nie widział zajścia, jednak na wezwanie zerwał się błyskawicznie i w kilku szybkich krokach znalazł tuż obok nich.

– Tak, pani Yuno?

– Aresztujcie tego człowieka.

Mężczyzna zamarł. Tylko jego oczy pozostały w ruchu, wędrowały od twarzy magiczki do druida i z powrotem.

– Proszę? – wydusił z siebie w końcu.

– Zabierzcie go do aresztu, powiedziałam. Czy niewyraźnie mówię?

Eyrling nie poruszył się, co prawda, ale coś się w nim zmieniło. Jakby stężał. Jak bryła miękkiej stali nagle zanurzona w zimnej wodzie.

– Wyraźnie – przyznał zupełnie innym głosem. – Acz nie dosłyszałem, „proszę”.

I wciąż tkwił w miejscu, patrząc już wyłącznie prosto w twarz magiczki, ona również patrzyła tylko na niego. Trwało to chwilę, może dwie, a mogłoby trwać pewnie i dłużej, gdyby magiczka bez żadnego słowa nie obróciła się na pięcie i odeszła.

„A jednak wie, kiedy odpuścić”, pomyślał Ceandric, czując niejaką ulgę.

– Dziękuję – zwrócił się do dziesiętnika.

– Dajcie spokój – Tamten machnął ręką. – Niczym żeście nikomu nie zawinili, znam was przecież i wciąż pamiętam, jak pomogliście mojej córze. To jakże ja miałem was aresztować, no jak? Tak bez powodu? Nadto, dla mnie rozkaz to słowo setnika jeno, albo samego jarla. Nie macie tedy za co dziękować.

– Dziękuję i tak. A jak się miewa Rite?

– Ona? Ledwie żyć nam daje – zaśmiał się cicho Eyrling. – Wszędzie jej teraz pełno. Ale zdrowa jest i wesolutka, nie tak jak wcześniej, zanim… Ech, panie, co tu gadać, gdyby nie wy…

– Cieszę się. Pozdrów ją.

– Pozdrowię. Z Bogiem.

Ścieżką, którą niedawno nadjechał dziesiętnik ze swoją drużyną, Ceandric udał się w stronę doliny. Uszedł zaledwie kilka stajań od wioski i jej rozszarpanych brutalnym wiatrem, jeszcze niedawno białych sadów, kiedy za plecami usłyszał ponownie znajomy pomruk. Odwrócił się w stronę ciemnych chmur, teraz już głęboko schowanych za grzbiet gór. Tych samych gór, zza których wcześniej się wyłoniły.

– A więc to tak – mruknął z cicha.

Teraz już wiedział, o czym mówiła Yuna.

 

Teraz

 

Poszukiwania wieży trwały długo, tymczasem deszcz rozpadał się na dobre, a sarkazm i narzekania Isbel przybrały na sile.

– Może spytaj ptaków? Albo wiewiórek? Spytaj, gdzie jest ta przeklęta wieża, bo widocznie tamten pies wpuścił nas w maliny. Może wiedział, że chcesz mu skręcić kark, jak myślisz?

W końcu jednak trafili na miejsce. Oboje wtedy zrozumieli, dlaczego nie mogli dostrzec wieżycy z daleka, choć według Ceandrica powinna być znacznie wyższa od otaczających ją drzew. Kiedyś faktycznie musiała być, teraz jednak zaledwie jej połowa wciąż tkwiła w gruncie. Reszta konstrukcji utworzyła na ziemi pas wielkich, poprzerastanych mchem i trawą kamiennych brył. Między nimi mężczyzna od razu dostrzegł to, czego szukał.

– Co to takiego? – spytała dziewczyna, podchodząc bliżej.

– Gniazdo – odparł Ceandric. – Yuna trzymała w takich swoje kryształy.

– Ale… po co?

Ceandric kucnął nad misą. Choć również wykonana z kamienia, całkiem nieźle zniosła upadek wieży, a potem kilka dekad erozji. Mężczyzna przesunął palców po chropowatym dnie o kształcie stożka po czym podniósł je do oczu. Błękitny pyłek zaszklił mu się na opuszkach, lecz po chwili znikł, zmyty przez deszcz.

– Długo tego nie wiedziałem – powiedział. – Sama nigdy mi tego nie wyjaśniła. Ale ktoś przecież musiał wiedzieć. Zacząłem więc pytać, szukać, aż znalazłem człowieka, który zbudował dla niej te wieże. Dziesięć tuzinów wież, rozstawionych wzdłuż granic królestwa. To był bardzo mądry człowiek, dużo rozumiał.

– Aha…

Wytarł dłonie o płaszcz, wyprostował się.

– Powiedział mi, że kryształy na wieżach to soczewki magicznej energii, połączone ze sobą niewidzialnymi nićmi, które zbiegały się w węzeł w jednym punkcie. Przez ten węzeł Yuna mogła manipulować mocą, kształtować ją wokół kamieni jak tylko chciała, rozumiesz, mogła, żeby tak rzec…

– Panować nad pogodą?

Druid uśmiechnął się z uznaniem.

– Mogła sprawiać – snuła dalej Isbel, zachęcona jego milczeniem – że powietrze wokół wieży stawało się zimne i ciężkie albo ciepłe i lekkie. Wprawiała je więc w ruch, kierowała tym ruchem, sprowadzała ciepłe wiatry, ściągała deszcze, kiedy tylko była potrzeba, odganiała mróz… To dlatego burza nad Jabłonicą, choć nadeszła ze wschodu, nie poszła dalej w głąb kraju, lecz zawróciła za góry?

Przytaknął. Dziewczyna naciągnęła kaptur płaszcza głębiej na głowę.

– Nie rozumiem w takim razie – wyznała po dłuższej chwili milczenia.

– Czego?

– Tego, że się nie udało. Przecież to było… takie proste. Co się stało? Sprowadziła w te strony wieczne lato i…

– Ukradła je – przerwał jej. – A to nie mogło się udać.

Dziewczyna spojrzała na niego, wyraźnie zaskoczona oschłym nagle tonem.

– Ta burza powinna dać jej do zrozumienia. W końcu wyszło na jaw, że kryształu nikt nie zniszczył, sam pękł rozsadzony przez rosnącą w nim skazę. Gdy to się stało w tym murze, który Yuna zbudowała, powstał wyłom. Rozumiesz? Natura znalazła sobie wreszcie furtkę, przez którą mogła wejść i uderzyć z całą, powstrzymywaną do tej pory siłą.

Odetchnął ciężko, czując jak złość ściska mu pierś. Przypomniał sobie widok ukwieconych jabłoni i grusz.

– Mówiłem jej – wycedził. – Tyle razy jej mówiłem, że w końcu wszystko zacznie się rozpadać, a wtedy przyjdą konsekwencje. No, i miałem rację. Przyszły. Bardzo tłumnie.

 

Kiedyś

 

Zarządca zdradził mu, że może znaleźć Yunę w jej lokum na szczycie północnej wieży.

– Już prawie w ogóle nie schodzi. I dobrze.

Ton słów zarządcy w ogóle nie zdziwił Ceandrica. W ostatnim czasie wszyscy na zamku mówili – i czuli się – podobnie. Ponuro, niechętnie, gniewnie… Wszyscy, którzy jeszcze zostali, oczywiście.

Na drzwiach prowadzących do wieży wisiała mosiężna kołatka o kształcie niedźwiedziego łba, herbu Vinderrike. Ceandric chwycił kółko zwisające spomiędzy wyszczerzonych zębów zwierza, uderzył nim ledwie raz, na co drzwi uchyliły się z przeciągłym skrzypieniem zawiasów. Zdziwiło go to. To było zaproszenie? Czy może wiedźma miała po prostu dość arogancji, by zostawiać swój dom otworem przed każdym, nawet teraz, kiedy na zamku wszyscy byli przeciwko niej. A może ktoś już ją…

Pokręcił głową, odganiając te myśli. Nie było sensu tego rozważać, skoro i tak za chwilę wszystkiego się dowie. Wszedł na ślimakowate schody.

Wyobrażał sobie, że komnata Yuny przypominać będzie królewską sypialnię. I choć faktycznie była przestronna, to urządzona raczej skromnie. Żadnych ozdób, żadnych luksusów. Tylko proste łóżko, skrzynia, biurko, kilka krzeseł i jakieś magiczne sprzęty, cudaczne aparaty. Wielu z nich druid nie był w stanie nazwać, nie mówiąc już o określeniu, do czego mogą służyć.

Magiczkę dostrzegł na balkonie. Stała nieruchomo, wpatrzona w dal. Mroźny wiatr szarpał czarne jak węgiel loki.

– Ładny widok – powiedział od progu.

Odwróciła się do niego. Nie wyglądała na zaskoczoną jego obecnością.

– Ładny. Przy dobrej pogodzie widać stąd nawet wzgórza Kaltland.

Nagle zachichotała. Nigdy nie słyszał, żeby chichotała.

– Chcesz zobaczyć? Czekaj, zaraz przegonię te chmury, zaraz znowu zrobi się widno i słonecznie… A w ogóle to wiesz, co znaczy Vinderrike? Królestwo Wiatrów. Kiedyś nazywało się Vinterrike, Królestwo Zimy. Niesamowite, co może taka malutka zmiana, prawda…? Czekaj, czekaj, już biorę się za te chmurzyska…

Stanął obok niej. Na kamiennej, szerokiej balustradzie zobaczyła ciemną, pękatą butelkę. W środku nie pozostało już wiele płynu.

– Dziękuję – odparł. – Nie ma takiej potrzeby.

– A, jak tam sobie chcesz…

Zamilkli oboje. Nie patrzyli na siebie, tylko na rozciągające się wokół zamku, jeszcze niedawno złociste, teraz jednak pozbawione jakiegokolwiek koloru pola.

– Wiesz – powiedziała po chwili Yuna. – Mój ojciec pracował na roli. A twój?

– Nie wiem. Nie znałem go.

– Ach… No więc, mój robił w polu. I chyba to jest pierwsze moje wspomnienie z dzieciństwa. Jak mój staruszek robi w polu. Jak całymi dniami zasuwa, bo zawsze coś było do roboty. Wstaje o świcie, zjada kawałek chleba i zapija zsiadłym mlekiem, wychodzi z domu i wraca dopiero koło zmroku. Byle tylko mieć co do garnka włożyć. Ale było ciężko. Srogie zimy, krótkie lata, gleba bogata wyłącznie w kamienie. A przecież jeść trzeba. I pić. Chcesz trochę?

Podniósł dłoń, pokręcił głową. Yuna wzruszyła ramionami i sama przytknęła butelkę do ust.

– Pamiętam też – mówiła dalej – jak starsi z osady wspominali, że za ich czasów było lepiej, ludzie tak nie głodowali. Słuchałam ich, patrzyłam na mojego ojca i tak powoli, powoli w głowie zakiełkowała mi myśl, że kiedyś coś z tym zrobię. Że naprawię to jakoś, sprawię, by było jak dawniej, lepiej… Bo nie może być przecież tak, że człowiek wypruwa z siebie flaki, goni jak jakieś zwierzę, a i tak ledwie żyje, żywi się suchym chlebem, kiedy inni opływają w bogactwa, nie muszą się martwić co włożyć do gara na następny dzień. I to tylko dlatego, że mieli szczęście i urodzili się w innym miejscu, nie na tym skrawku martwej ziemi na końcu świata… To niesprawiedliwe, cholera.

– Po co mnie wezwałaś?

– Powiedz, jak myślisz? Zgadzasz się ze mną, że to niesprawiedliwe?

– To, co myślę, jest bez znaczenia.

– No proszę, a to nowość. Od tygodni raczysz mnie akurat tym, co myślisz, czyż nie?

– Po co mnie wezwałaś ? – spytał ponownie. – Bo chyba nie po to?

Spojrzała na niego, jakby dopiero co zauważyła, że stoi tuż obok, zaraz jednak twarz jej się rozjaśniła.

– A tak, tak, tak. Istotnie, wzywałam. Dobrze się mój kruk spisał, co? Chwilunia…

Pociągnęła kolejny, solidny łyk z flaszki, skrzywiła się.

– Zabawne – rzekła, odzyskawszy oddech. – Wybacz, ale gdy jeszcze byłam trzeźwa, wydawało mi się, że proszenie cię o pomoc, to dobry pomysł. A teraz, kiedy tu jesteś i kiedy… no… – Uniosła butelkę i potrząsnęła nią. Na dnie chlupotały już wyłącznie resztki. – odnoszę wrażenie, że jednak niepotrzebnie cię fatygowałam… Mam rację?

– Masz.

Yuna zaśmiała się, ale w jej oczach zalśniły łzy.

– Cóż, nie mogę powiedzieć, żeby mnie to dziwiło… – burknęła po chwili.

– To nic osobistego – powiedział. – Nie pomogę ci, ponieważ to nie jest możliwe. Ze wszystkich rzeczy, które są w mojej mocy, żadna niczego nie naprawi, a może tylko zaszkodzić. Albo jedynie odwlec nieuniknione. A tego, czego ode mnie oczekujesz, nie mógłbym zrobić, nawet gdybym chciał.

– Rozumiem.

Przyłożyła butelkę do ust, gwałtownie przechyliła ją do końca, równie gwałtownie opuściła, kiedy w środku nie zostało już nic. Przez chwilę wyglądała, jakby miała zamiar roztrzaskać naczynie o podłogę lub cisnąć daleko, gdzieś w wijące się w dole uliczki grodu, odstawiła je jednak na balustradę.

– Rozumiem – powtórzyła. Łzy ciekły jej teraz po bladych policzkach grubymi strumieniami, ale twarz nie wyrażała smutku, czy nawet gniewu. Nie wyrażała właściwie niczego. – Dziękuję, że przyszedłeś, mimo wszystko.

– Żal jest jak burza – powiedział Ceandric cicho.

Yuna zamrugała oczami, zaskoczona tym dziwnym zdaniem.

– Bo niszczy wszystko?

– Nie. Bo kiedyś mija. Trzeba tylko poczekać, aż znowu wyjdzie słońce.

– Bywaj, druidzie.

– Bywaj, czarodziejko.

Opuścił balkon i komnatę, odprowadzany jedynie echem własnych kroków na kamiennych schodach, zszedł z wieży. Przebył dziedziniec, mijając po drodze kilka osób, nikt jednak nie zwrócił na niego uwagi, nikt o nic nie pytał, wszyscy ponurzy i zajęci własnymi, pilnymi sprawami. Na podgrodziu kilkukrotnie ktoś go zaczepiał, czyjeś ręce wyciągały się ku niemu prosząc o grosz albo cokolwiek do jedzenia, nie zatrzymywał się jednak, nie rozglądał na boki. Nie zwalniając kroku ani na chwilę, przeszedł przez bramę miasta i długo szedł traktem, przez podupadające bądź już całkowicie opustoszałe osady.

Dopiero kiedy przed oczami zostały mu już tylko rozległe łąki, las i pasmo odległych gór, przystanął, usiadł na przydrożnym pniu. Odetchnął ciężko, poruszył barkami, jakby chciał zrzucić z nich jakiś niewidzialny ciężar. Odpoczywał tylko kilka zdrowasiek, po czym westchnął jeszcze raz, klepnął się w kolana i wstał. Miał zamiar dotrzeć na południe tak szybko, jak to możliwe. Tęsknił za latem. Prawdziwym latem.

 

Teraz

 

Dwoje dużych, przypominających orzechy oczu wpatrywało się nieruchomo w niebo. Burza długich loków okalała gładką, dostojną twarz. Mimo rwącego wiatru, ani oczy, ani włosy nie poruszały się.

– To ona? – spytała Isbel. – Musieli ją tu bardzo lubić, skoro stawiali jej pomniki.

– Tak było – odparł Ceandric, również przyglądając się kamiennej figurze na szczycie dawno wyschniętej fontanny. – Przynajmniej do czasu.

– Co się z nią stało?

– Kto to wie… Może odebrała sobie życia, a może ukryła gdzieś na odludziu…

Wiatr zadął gwałtowniej, jakby dając do zrozumienia, że sami muszą znaleźć schronienie przed nadchodzącym wieczorem. Nie sprawiło im to żadnego problemu. Domy otaczające plac z fontanną co do jednego stały otworem, zamieszkałe wyłącznie przez myszy i robactwo.

– Przykre to – odezwała się Isbel, kiedy już urządzili się w jednym z nich. Na zewnątrz zapadł zmrok, wiatr zelżał, deszcz cały czas spokojnie bił w dach.

– Co?

– No, to wszystko. Starała się zrobić coś dobrego dla swoich ludzi…

– Kosztem innych – mruknął druid, łamiąc pod butem stare meble i dorzucając drewniane ułomki do kominka. – Za wszystko, co zrobiła cenę ponieśli inni. W końcu przyszli odebrać to, co ich.

–  Nie mogła wiedzieć, że to się tak źle skończy – odparła dziewczyna. – No, bo skąd niby? Komu by przyszło do głowy, że taka mała rzecz, zmiana kierunku głupiego wiatru skończy się w taki sposób? Najpierw plaga szkodników wielkich jak psy, potem kataklizmy i zniszczone wioski, a na wojna, która pustoszy cały kraj…

–  Mi przyszło. Ale nikt nie słuchał.

– Może gdybyś nie mówił półsłówkami i zagadkami, ktoś w końcu by posłuchał.

Odwrócił wzrok od płonącego ognia.

– Nie ma w tym żadnych zagadek. Zasada jest tylko jedna i bardzo prosta: we wszystkim musi być równowaga. Nie można zabić krowy i dalej ją doić. Yuna próbowała wymusić zmianę klimatu w tej dolinie wbrew naturalnemu porządkowi rzeczy. Udało jej się, prawda, jej lud zaczął wreszcie żyć w dobrobycie, nikt nie cierpiał głodu, kraj zaczął się rozwijać. I wszyscy byli tak tym zachwyceni, że nikt nie zwrócił uwagi, że głód i bieda nie zniknęły ze świata, a po prostu przeniosły się gdzie indziej. Yuna wierzyła, że dzięki swemu intelektowi i artefaktom będzie w stanie utrzymać porządek, który stworzyła. Jak to się skończyło – już wiesz…

Wrzucił do ognia kolejny kawałek drewna.

– Jesteś niesprawiedliwy – powiedziała dziewczyna.

– Może i tak – zgodził się.

– Na pewno. Co twoim zdaniem miała robić? Patrzeć tylko, jak jej ludzie męczą się w nędzy i w nędzy umierają? Bo taki jest naturalny porządek rzeczy? Miała nie robić nic, tylko snuć się po całej okolicy i zaszczycać wszystkich swoimi mądrościami o tym, jak to źle czynią?

– Może i tak – powtórzył ponuro i dużo ciszej.

– A, idź do diabła.

Położyła się na swoim posłaniu, owinęła płaszczem i ostentacyjnie odwróciła do niego plecami. Znowu zapadła cisza, którą wypełnił już tylko ogień, deszcz i wiatr.

–  Wiesz, czemu tu jesteśmy? – spytał po długim milczeniu. – Czemu chciałem żebyś to wszystko zobaczyła i usłyszała?

–  Jak cię znam – burknęła, nie ruszając się – płynie z tego jakaś nauka. Zgadłam?

–  Zgadłaś…

–  Dobranoc, druidzie.

–  Dobranoc. Czarodziejko.

Karaluchy przestraszone obecnością obcych nie nękały ich w ogóle. Mimo to i mimo zmęczenia, Ceandric nie mógł zasnąć. Leżał na swoim posłaniu, wsłuchany w cichnący już trzask ognia w palenisku. W głowie wciąż tłukły mu się wspomnienia, obudzone w czasie całodniowej wędrówki. Nigdy tych wspomnień nie lubił, tym bardziej, że choć minęło tyle lat, one wciąż pozostawały nieznośnie żywe.

Isbel miała rację. Prawda, nie zgadła, że przeprowadził ją przez Królestwo Wiatrów, a raczej to, co zostało z tej nieszczęsnej krainy, z deszczem sączącym się przez wiatr i wiatrem dmuchającym w twarz; że rozmawiał z nią o przeszłości wiedziony wyłącznie chęcią skonfrontowania swojej pamięci z prawdą, oczyszczenia się z dręczących go wyrzutów sumienia. Ale i tak miała rację, mała wiedźma.

Płynęła z tego wszystkiego nauka. Nauka dla niego. I bardzo mu się ona nie podobała.

Zmęczony leżeniem, wstał i ostrożnie stąpając po wypaczonej, skrzypiącej podłodze, wyjrzał na zewnątrz. Z wolna wstawał świt, bryły domów i drzew poczęły już rysować się w szarości, w dali zaś, na wciąż mocno zachmurzonym niebie, pojawiły się jasne pasma światła. Ceandric wyszedł z domu, niegdyś pewnie pięknej gospody, zbliżył się do fontanny na środku rynku.

– Burzę trzeba przeczekać – mruknął, spoglądając w kamienne, nieruchome oczy o kształcie orzechów. – Aż znowu wyjdzie słońce.

Jeszcze niedawno wiedział, że to prawda. Teraz nie był już tego pewien.

 

Koniec

Komentarze

Cześć michalovic !!!

 

Przeczytałem tekst. Scena z początkowa z psem mi się bardzo spodobała. W ogóle kilka innych scen też było ciekawych. Chociaż prawdę mówiąc nie lubię takich opowieści gdzie czas się cofa do tyłu. Warsztatowo jednak nie mogę się wypowiedzieć bo sam jestem noga :)

 

Serdecznie pozdrawiam!!!

Jestem niepełnosprawny...

Hej, dawidiq150, dzięki za komentarz :) Przyznaję, że scena z psem również należy do moich ulubionych ;)

 

Pozdrawiam :)

Trochę brakowało mi opisów, zwłaszcza na początku. Można by wpleść jakiś drobny opis psa na początku albo miejsca dialogu w drugiej części.

Po pierwszym przejściu do przeszłości czułem się zagubiony, ale potem było już lepiej i skakanie w czasie nie było już uciążliwe.

Poza tym czytało mi się dobrze. Niektóre zdania brzmiały dla mnie dziwnie, ale absolutnie nie czuję się kompetentny, by stwierdzić, iż były niepoprawne. Widać, że opowiadanie miało na siebie pomysł, który od początku realizowało.

Dzięki za komentarz Starycjuszu :)

 

W kwestii opisów – jako czytelnik sam nie przepadam za wyłożonymi prosto na tacy opisami osób, miejsc, o ile nie jest to absolutnie niezbędne. A jako pisarzowi sprawia mi też większą frajdę, dozowanie cześci informacji w różnych miejscach tekstu – dlatego choć na pierwszy rzut tego może nie widać, pies jest opisany dość dokładnie ;)

 

Pozdrawiam :) 

Opowiadanie przeczytałam z dużą przyjemnością. Było ładne i takie smutne, nostalgiczne. Podobało mi się przeplatanie przyszłości z przeszłością oraz powolne odkrywanie sytuacji. Miałeś ciekawy pomysł i cieszę się, że Yuna nie została pokazana, jako jakaś demoniczna czarownica. Przez to, że jej motywacja była zrozumiała, a chęci dobre nie można jej było do końca potępić. Jej decyzja zachęcała do refleksji. Osobiście uwielbiam złoczyńców czyniących zło z dobrych pobudek więc na plus. Na minus faktycznie wypadają za to opisy i nie chodzi mi tutaj o te dotyczące przyrody czy wyglądu bohaterów (chociaż byłoby miło wiedzieć, czy mamy do czynienia z sędziwym druidem rodem z Asteriksa, czy raczej takim w kwiecie wieku), a bardziej przedstawienia konsekwencji poczynań czarodziejki. Pokazałeś burzę, pustą wieś, ale oprócz tego bardzo dużo musimy sobie dopowiadać, przez co te konsekwencje nie uderzają w nas aż tak mocno.

Ale dosyć czepiania. Tekst był naprawdę zgrabnie napisany z ciekawym pomysłem, więc chętnie zajrzę w wolnym czasie do innych twoich opowiadań :)

 

P.S. Tutaj wkradł się jakiś chochlik:

“Od czasu do czasu odrywał jednak wzrok połamanych belek, toczył nim po okolicy – wtedy wzdychał cicho na wspomnienie tego jak Jabłonica wyglądała wcześniej. Gdy zobaczył je po raz pierwszy, ukwiecone jabłonie i grusze w pełnym słońcu przypominały mu puchate chmury. To było w południe. Teraz słońce chyliło się ku zachodowi, a po białych kwiatach nie było ani śladu.

 

 

Wzdychał tylko z cicha, gdy od czasu do czasu odrywał wzrok od połamanych belek, toczył nim po okolicy i przypominał sobie jak Jabłonica wyglądała wcześniej. Gdy zobaczył je po raz pierwszy, ukwiecone jabłonie i grusze w pełnym słońcu przypominały mu chmury. To było w południe. Teraz, gdy słońce powoli zbliżało się do zachodu, nie było po nich już żadnego śladu.”

Cześć, ośmiornico, dzięki za komentarz i cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu, nawet mimo braku opisów :) Co do chochlika to już go złapałem i wywaliłem ;)

Cześć!

 

Na becie pomarudziłam, więc teraz o tym, co mi się podobało. Na mnie niesamowite wrażenie wywarła scena z psem, fajnie pograłeś perspektywą. Dobrze też oddałeś relacje między postaciami. Ogólnie podobał mi się ten świat i fakt, że opowiadanie przeplata wydarzenia obecne i historię krainy. Wiedźma wyszła intrygująco, a i morał z tej historii jest trafny. Zgłaszam do biblioteki.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Hej, Alicello!

 

Betowanie od tego jest, żeby marudzić ;) Dziękuję i za betę i za pozytywny komentarz, i za zgłoszenie do biblioteki :)

 

Pozdrawiam!

 

Cześć, Michalivicu!

 

A więc publikujesz w piątek, w dzień mojego dyżuru, i od razu w pierwszej scenie zabijasz psa. Łatwo pomylić odwagę z lekkomyślnością…

Trzeba jednak przyznać, że ta scena wyszła całkiem fajnie, nie ogarnęła mnie nienawiść do Ciebie :P choć ostatecznie jaki był sens mordowania zwierzęcia? Czy nie mógł sobie dziko żyć? Wystarczyło odpiąć obrożę i puścić wolno.

Cała historia jest pokazana dość powoli, ale bardzo ładnie opisana. Czuć tu tworzenie świata, ale nie jest nachalne, raczej rzekłbym, że gawędziarsko. Nie dzieje się tu wiele, a same wydarzenia są raczej mało widowiskowe, a mimo to opowiadanie nie nudzi.

Technicznie całkiem spoko, choć zdarzyło się kilka literówek – łapanki nie będzie, bo większość czytałem na komórce.

Dwie linie fabularne wyszły całkiem ok. Nieco mam tylko wrażenie, że końcówka ucięła się zbyt szybko, a pomiędzy właśnie liniami fabularnymi jest zbyt duży przeskok. Nie wiem co dokładnie się stało i chyba nie do końca czuć to co się stało z krainą – to wiatr tak ją zmasakrował? Mogło mi tu coś umknąć ze względu na lekturę na komórce. Oczywiście w takim zagraniu jest pole do interpretacji, a najważniejszy morał i tak wypłynął.

Ogólnie mi się podobało – ciekawy świat, który aż prosi się o rozwinięcie, tym bardziej że podobała mi się postać druida. Trochę trąciło podobieństwami do Wiedźmina, ale to raczej na plus :)

 

Pozdrawiam i polecam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć, Krokusie :)

 

Dziękuję za komentarz i cieszę się, że się podobało :) Teraz kilka słów wyjaśnienia:

– pies już był wolny, bo przegryzł sznur, ale nie opuszczał domostwa, wciąż czekał na swoich właścicieli. Ceandric zdecydował się zabić go, żeby oszczędzić mu cierpienia – zwierzak był już stary i zniedołężniały (nie widział dobrze, ledwie się ruszał). Podobnie zresztą druid postąpił w małymi burołami, które bez matki nie miały żadnych szans na przeżycie

– wskazówki co do tego co się stało z krainą są ukryte w kilku wypowiedziach. Ceandric wspomina o tym, że konsekwencje działań Yuny, które przyszły “bardzo tłumnie”, że bieda z Vinterrike nie zniknęła, a jedynie przeniosła się gdzie indziej, i że dobrobyt w królestwie został okupiony kosztem innych, którzy w końcu przyszli odebrać to co ich. W końcu Isbel też wspomina o wojnie, która spustoszyła kraj. Pierwotnie chciałem pokazać obrazki z tego, jak sąsiednie państwa najeżdżają królestwo, które bogaci się przez nieuczciwe i niebezpieczne manipulacje czarodziejki, ale trochę mi to burzyło porządek tekstu, dlatego spróbowałem przemycić informacje o tym w innych miejscach :)

 

Podobieństwa do Wiedźmina raczej zamierzone, a z postaci druida jestem nieskromnie mówiąc dumny i w przyszłości planuję jeszcze coś tutaj o nim wrzucić ;) Dzięki za polecenie!

 

Odrobinę nierówny tekst, jest ma fajne tempo, a i historia w nim przedstawiona robi się interesująca.

Przede wszystkim problematyczna okazał się dla mnie pierwszy fragment. Nie, nie chodzi mi o śmierć psa, nie takie rzeczy się samemu pisało ;) Bardziej kilka zdań tam umieszczonych trochę zgrzytało, a i po pierwszym fragmencie nie czułem, że chwyciłem jakikolwiek haczyk, by czytać dalej: nie zainteresował mnie żaden bohater, żadne wydarzenie.

Wszystko zmienia drugi fragment. Tu pojawia się zarys fabuły oraz świata – i wyglądają one dla mnie soczyście. Dopiero teraz odpaliło się we mnie zainteresowanie.

Sama fabuła fajna, podział na dwie linie czasowe ma sens, a i historia rozgrywa się w nich w dobrym tempie. Bohaterowie są okej – nie przejąłem się ich losem za mocno, ale są w miarę wyraźnie zarysowani ze swoimi motywacjami i historiami.

Podsumowując: niezły koncert fajerwerków, choć początek muszę przyznać mnie jakoś nie zachęcił.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za komentarz, NoWhereMan, cieszę się, że mimo wszystko dobrnąłeś do końca ;)

Ładna bajka. Przekazujesz bardzo starą prawdę – można wychylić wahadło, ale ono kiedyś wróci. I im mocniej je wychylisz, tym mocniej łupnie w odwecie. Szkoda, że ludzie tak często o niej zapominają. I tak łatwo jest nie słuchać, co tam pitoli stary druid…

Babska logika rządzi!

Cześć

Zupełnie zapomniałem skomentować Twojego tekstu, przepraszam – SKS :]. 

 

Tekst był od początku bardzo solidnie napisany i przy becie zrobiliśmy właściwie tylko kosmetykę. Bardzo podobał mi się pomysł nieliniowej narracji, z retrospekcjami i opisami wydarzeń z perspektywy różnych postaci. Sami bohaterowie też się zmieniają – zwłaszcza Ceandric. Widać to jego zgorzknienie i przygnębienie, ale i rodzącą się determinację. Może nie wyszło to jeszcze idealnie, ale na pewno jesteś na właściwej drodze. 

Zgłaszam do biblioteki.

 

Pozdro

M. 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Hej, Finklo, pięknie dziękuję za komentarz, miło, że Ci się spodobało ;)

Hej, Morderco :) kosmetyka też ważna rzecz, gdyby nie Wasze uwagi ten tekst byłby naszpikowany głupotkami i babolami. Dlatego jeszcze raz dziękuję za betowanie, komentarz i polecenie :D

 

Pozdrawiam :)

Nowa Fantastyka