- Opowiadanie: dogsdumpling - J

J

Tekst napisany w 2019 roku. Zdobył 3. miejsce w ogólnopolskim konkursie literackim “Krajobrazy słowa” 2019/2020 i ukazał się drukiem w pokonkursowej antologii.

 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

J

Pomyślała, że to koniec i tak się stało – świat przestał istnieć. Nie tylko dla J.

Zaczęło się niewinnie. Żółw świata leniwie płynął w morzu gwiazd ku sobie tylko znanemu brzegowi, gdy dziewczynę nawiedził proroczy sen. Śniła o gwiazdach ostrych jak kolce jeżowca. Następnego dnia na brudny, rdzawy piach morze wyrzuciło miliony martwych ostryg, a słony zapach ustąpił dusznemu odorowi zgnilizny.

*

J lubiła czuć sól w powietrzu – towarzyszące jej drobne ukłucia w płucach i szczypanie w uszkodzone przy krojeniu cebuli palce. Przygotowywanie posiłków należało zresztą do jej obowiązków – Starucha nie cierpiała tej czynności jak żadnej innej. Dla J gorszy był smak. Dzień w dzień stawiała na stole dużą, rzeźbioną miskę, wypełnioną po brzegi plastrami znienawidzonego warzywa, wymieszanymi z równie znienawidzonymi glonami oraz pokaźną garścią pokrzyw lub innego zielska, które udało się jej zebrać na wzgórzach. Przyprawiała wszystko sporą dawką suszonych meduz utłuczonych w moździerzu w nadziei, że uczynią potrawę nieco mniej ohydną.

W ogrodzie oprócz cebuli nic nie chciało rosnąć. Żółcące się główki wystające z suchej ziemi napawały J obrzydzeniem. Sad przestał owocować, jeszcze zanim dziewczyna zaczęła pamiętać. A potem marchew i ziemniaki zastąpiła cebula – na śniadanie, obiad i kolację. W cudzych ogrodach nie było nawet tego. „Ścierniska i ugory, to po nas zostanie” – mówiła Starucha, z zapamiętaniem dźgając widłami spękaną ziemię.

Obie tęskniły za aromatem wędzonej ryby i miękkimi, słodkawymi małżami podawanymi z górą ziemniaków. Kiedyś wymieniały warzywa na owoce morza. Teraz ani one nie miały warzyw na wymianę, ani rybacy ryb.

Niedługo po śnie J o jeżowcach, Starucha zaczęła kaszleć. Z każdym dniem napady stawały się coraz częstsze i coraz dłuższe.

– Zo-staw… mnie… – Dłonie Staruchy jak szpony zaciskały się na tym, co akurat miała pod ręką. Zgięta w pół z trudem łapała oddech. – Zo-staw… to… nic… – charczała i patrzyła na J nabiegłymi krwią oczami. – Nie po… nie po-mo-żesz, je… żo-wcu.

Na dzień przed śmiercią Staruchy J przyśniło się, jak prastary żółw zabiera jej towarzyszkę na grzbiet i odpływają w dal, w głębokie, usiane ostrymi gwiazdami niebo. Kiedy tylko otworzyła oczy, wiedziała, że Starucha odeszła.

Znalazła ją w bujanym fotelu na werandzie. Na niebie gasła Żółwia Gwiazda, ustępując miejsca szarościom świtu. J usiadła na schodkach i zapatrzyła się w horyzont. Popchnęła nieznacznie bieguny fotela, wprawiając go w ruch, i przez chwilę wyobrażała sobie, jak razem ze Staruchą patrzą na szumiące śpiewnie morze.

Potem wstała, weszła do domu i ciężkim krokiem wspięła się na piętro. Omiotła wzrokiem skromnie umeblowany pokoik Staruchy, zajrzała do szafy – na drążku wisiało kilka sztuk odzieży, w kącie leżała para zniszczonych butów i słomkowy kapelusz.

Żadna z nich nie miała wiele, a J na pewno przydałyby się rzeczy przyjaciółki. Nie potrafiła się jednak zdobyć na opróżnienie szafy. Zabrała tylko kolorową narzutę na łóżko, którą razem uszyły, i stary kilim przedstawiający konstelację Żółwia. Był wyjątkowo brzydki i zniszczony. Wyhaftowane srebrną nicią gwiazdy dawno utraciły blask. J otworzyła okno, zostawiając pokój na pastwę soli, i zamknęła drzwi na klucz. Wkrótce wszystko to pokryje biała skorupa, pomyślała bez żalu.

Zeszła po skrzypiących schodach. Fotel ze Staruchą kołysał się jękliwie, uderzany podmuchami wiatru, które niosły znad morza fetor zgnilizny. J poprawiła szal na ramionach zmarłej, po czym zdjęła z jej szyi wisior z idealnie okrągłą perłą uwięzioną w plecionce z jutowego sznurka. Podniosła ją do poziomu oczu. Była dziwnie szklista i kremowomleczna jednocześnie. J ogrzała perłę w dłoni – pachniała morzem i wolnością, ławicami srebrzystych ryb, otwartą przestrzenią i powietrzem po burzy.

*

Wykopanie płytkiego grobu zajęło J dwa dni. Starucha czekała spokojnie w bujanym fotelu na werandzie, który kołysał się nieznacznie w przód i w tył. Jakby mówiła: nie spiesz się, jeżowcu, ja poczekam. Kryształki soli pokryły jej paznokcie, włosy i rzęsy.

– Wyglądasz teraz jak prawdziwa starucha – powiedziała J i pogłaskała przyjaciółkę po policzku.

Warstwa soli była już na tyle gruba i ciężka, że J nie dała rady unieść Staruchy. Przywiązała więc do biegunów fotela najmocniejszy sznur, jaki znalazła w domu, i rozpoczęły razem ostatnią wędrówkę.

Dół okazał się za szeroki i za krótki. Kiedy jednak J ułożyła w nim Staruchę w pozycji śpiącego dziecka, zrozumiała, że był dokładnie taki, jaki powinien być. Twarz przyjaciółki wyglądała na spokojną i szczęśliwą. Jak wtedy, kiedy czytała pogodę na klifach, pomyślała J. Poczuła, że wybrała dobre miejsce.

W wiosce wielu potrafiło czytać pogodę, niewielu jednak dorównywało Starusze. Za jej życia razem z J codziennie przed świtem szły do opuszczonej latarni, wspinały się po trzeszczących stopniach i wywieszały flagę – granatową jak niebo, na którym gwiazdy wskazują drogę do domu w bezchmurną noc, albo czerwoną, jak krew rybaków porwanych przez morze podczas sztormu. J lubiła obserwować Staruchę, kiedy z zamkniętymi oczami i otwartymi dłońmi słuchała świata – złote piegi ciemniały na jej policzkach, rude włosy tańczyły wokół głowy, niezależne od słonych podmuchów. Z kobiety emanował spokój. Jakby była częścią czegoś większego, należała nie tylko do siebie, myślała w tych chwilach J. A potem Starucha otwierała oczy i mówiła:

– Połów będzie obfity. Granatowa flaga, jeżowcu.

Uśmiechnięte wracały do domu; dwie szczupłe sylwetki popychane wiatrem. J pokręciła głową, odganiając wspomnienia. Tego dnia czekała ją samotna droga na klify.

Kiedy dziewczyna dotarła na miejsce, zdecydowanym ruchem pchnęła zniszczone drzwi i weszła do środka. Poznaczona plamami soli flaga zwisała smętnie z tarasu latarni. Kolor wyblakł, po krwistej czerwieni widocznej z daleka nie został ślad, materiał rozpadał się w palcach. Tak jakby to Starucha sprawiała, że opierał się morskim wiatrom. J poczuła pustkę narastającą lepką gulą w gardle. Chwyciła barierkę i zanim zdążyła się wychylić, zwymiotowała. Wytarła usta flagą, zwinęła materiał w kulę i cisnęła w morze.

J musiała przyznać sama przed sobą, że ze zdrowiem Staruchy zaczęło dziać się coś niedobrego, na długo zanim Wyspę nawiedziła fala sztormów. Pionowa zmarszczka wyraźnie rysująca się na czole, grymas bólu przebiegający przez twarz uderzoną wiatrem, nieobecny wzrok – z pozoru nieistotnych drobiazgów z czasem tylko przybywało. Nie pomagało, że ludzie z wioski odnosili się do nich z coraz większą niechęcią. Zaczęli nazywać je zwiastunkami sztormów. Starucha krzywiła się za każdym razem, słysząc to określenie.

– Nie wywieszajmy dzisiaj flagi – zaproponowała któregoś dnia J. – I tak wszyscy wiedzą.

– To nasz obowiązek, jeżowcu. Decyzja o wypłynięciu w morze nie należy do nas.

Teraz to i tak nie ma znaczenia, pomyślała J i zapatrzyła się na morze rozbryzgujące brudną pianę u podnóża klifów. Niebo pociemniało.

– Pora wracać – mruknęła.

Nad grobem kołysał się pusty fotel. J usiadła na nim cicho i objęła się ramionami. Usnęła razem z zapadającym zmierzchem. Kiedy spała, u jej stóp wykiełkowały jasnozielone pędy.

*

Roślina rosła szybko. J każdego ranka odkrywała nowe pąki, które do wieczora przeistaczały się w duże pięciopalczaste liście przypominające jej dłonie zmarłej przyjaciółki. Wkrótce zakryły całą połać świeżo usypanej ziemi. Pojawiły się kwiaty. Jakby ktoś rozsypał na zielonym dywanie garść pereł, pomyślała J, patrząc na mlecznobiałe, idealnie okrągłe pączki. Nie było pszczół. Nie było żadnych owadów. A jednak J wiedziała, że roślina zawiąże owoce.

J zawsze myślała, że magia otaczająca wyspę jest naturalnym stanem rzeczy, i nie sądziła, że może jej kiedykolwiek zabraknąć – oczywista i wszechobecna jak sól w wodzie, ziemi i powietrzu krążyła w żyłach mieszkańców; po ich śmierci wykwitała kryształkami soli na grobach, przesycała powietrze i wraz z nim wracała do krwiobiegu żywych.

Ze śmiercią Staruchy coś się zmieniło. Jakby rachunek przestał się zgadzać. Nocą Wyspa wydawała niezadowolone pomruki, słyszalne mimo zawodzenia wiatru, nieustannie próbującego wedrzeć się do wnętrza chaty. Rano okna pokrywała gruba warstwa bieli, której zeskrobanie zabierało J z każdym dniem coraz więcej czasu. Jak ślady po pąklach, myślała i skrobała dalej. Mimo jej wysiłków dom szybko zaczął przypominać solny zamek.

Albo kolec, stwierdziła J, patrząc na rosnącą czapę soli na dachu.

„Nic dobrego z tego nie będzie” – mówili mieszkańcy wioski, kiedy kupowała na targu wodorosty. – „To zły znak, dziewczyno. Uciekaj stamtąd, póki czas” – ostrzegali.

Nie mogę zostawić Staruchy, tłumaczyła J.

„Jej kości już dawno zamieniły się w sól. Uciekaj, póki możesz” – odpowiadali, spoglądając ukradkiem w stronę, z której przychodziła. Solną iglicę widać było z daleka.

Morze wyrzucało na brzeg coraz więcej martwych ostryg i jeżowców. Z połowów rybacy wracali ze zniszczonymi sieciami i poranionymi ostrymi muszlami rękoma. Szepty i niechętne spojrzenia zamieniły się w złorzeczenia i przekleństwa. Gdy J szła przez wioskę, dorośli odwracali się do niej plecami, jakby dziewczyna nie istniała, dzieciaki rzucały za nią kamieniami.

*

Spodziewała się, że przyjdą pod osłoną nocy. Zjawili się o świcie. Wywlekli J na podwórze i zmusili do oglądania ponurego spektaklu. Gardłowe krzyki i wrzaski mieszały się z odgłosami pękającego drewna i hukiem upadających ścian. Iglica przewróciła się i rozpękła na wiele odłamków. Czubek wrył się w grób Staruchy, miażdżąc roślinę i zawiązki owoców.

Nigdy się nie dowiem, co na tobie wyrosło, pomyślała J, odwracając wzrok.

Słone drzazgi raniły kilkoro mieszkańców wioski. Krew wsiąkająca w ziemię i w sól, nadała powietrzu metaliczny posmak.

J nie rozumiała, jak martwe przedmioty mogą wzbudzać taki gniew. Kiedy patrzyła na połamane bieguny starego fotela, dotarło do niej, że przecież mogą wzbudzać miłość. Wcześniej to oczywiste powiązanie nie przyszło jej do głowy. Skoro ona mogła ten dom kochać całym swoim jestestwem, to mieszkańcy wioski mogli przelać na niego całą swoją nienawiść i strach.

Gdy było po wszystkim, puścili J, a ona opadła na ziemię jak pusta muszla.

– Nie pokazuj się w wiosce – rzucili na odchodnym.

J patrzyła na ruiny domu i zastanawiała się, czemu ją oszczędzili. Przez wzgląd na Staruchę? Pokręciła głową. Nie, to by było za proste. Nie wiedzieli, jak na zabicie J zareaguje Wyspa. Gdyby tylko mieli pewność, że wioska nie ucierpi, nie zostawiliby jej żywej.

Starucha znalazła J lata wcześniej na plaży po sztormie, leżącą wśród martwych jeżowców u wejścia do Żółwiej Pieczary.

– Dlaczego mnie przygarnęłaś? – spytała kiedyś J.

– Tak chciała Wyspa – usłyszała.

– Przecież mogłaś mnie zostawić, morze by mnie zabrało. Nikt by się nie dowiedział – nie dawała za wygraną J.

– Nie wolno sprzeciwiać się Wyspie – odpowiedziała Starucha, uznając temat za wyczerpany.

J wróciła myślami do teraźniejszości. „Nie wolno sprzeciwiać się Wyspie”. Jedyna zasada, której nikt nie śmiał zakwestionować. Skoro Wyspa darowała J życie, nikt z mieszkańców nie miał prawa go odebrać. Nie własnoręcznie, pomyślała gorzko.

Podeszła do grobu Staruchy. Oceniła, że czubka iglicy nie da rady przesunąć i zabrała się za odgarnianie solnego pyłu i mniejszych kryształów. Myśli dziewczyny same uciekły do przeszłości.

– Dlaczego wołają na ciebie Starucha? – spytała pewnego razu.

– Bo mam dużo więcej lat, niż ci się wydaje.

– To żadna odpowiedź – zaprotestowała J.

– Innej nie dostaniesz, jeżowcu. Idź, narwij pokrzyw, i jakby ci się udało znaleźć jakieś grzyby… – powiedziała Starucha z nadzieją w głosie.

– Tak, na pewno. Ostatnio widziałam dorodną kępę muchomorów przy zagajniku – odpowiedziała J i z westchnieniem sięgnęła po koszyk.

Kosz był już pełen soli. J podniosła się powoli i cisnęła go z całej siły na rumowisko. Tak nigdy nie oczyści grobu. Zaczęła grzebać wśród połamanych desek, kamieni i wszechobecnej bieli. Ześlizgnęła się po pękniętej ramie okna i wylądowała wśród odłamków szkła.

– Niech was mureny rozszarpią! Niech was, niech was… – głos uwiązł jej w gardle; szarpnęła ręką, rozcinając sobie skórę. Kopnęła na oślep najbliższy przedmiot, uruchamiając lawinę soli i gruzu. Potem długo leżała bez ruchu i wpatrywała się w niebo. Otrzeźwiła ją dopiero pierwsza kropla deszczu.

– Dziękuję – wyszeptała, sama nie wiedząc do kogo.

Podwórze wkrótce zamieniło się w słone bagno. Pod wieczór na grobie Staruchy została już tylko solna iglica, pożłobiona strużkami wody.

Dałabym radę ją przesunąć, pomyślała J. Jednak z jakiegoś powodu nie czuła już takiej potrzeby. Woda wsiąkała w wyschniętą ziemię, przemieniając sól w kryształowy kobierzec, ozłocony rudym jak piegi Staruchy słońcem.

Ręka J mimowolnie powędrowała do perły zawieszonej na szyi. Przez chwilę wydawało się jej, że czuje dziwne trzepotanie pod sercem.

– Poczekaj tu chwilę – powiedziała w stronę grobu i zaczęła okrążać rumowisko. Wróciła z dekoracyjną kapą, na wysychającej tkaninie sól namalowała wzory, których najzręczniejsza hafciarka nie byłaby w stanie wymyślić, a co dopiero wyszyć. J złożyła materiał na czworo i wsunęła delikatnie w szeroką szczelinę u podnóża iglicy. Odeszła, nie patrząc za siebie.

*

Żółta, cuchnąca piana monotonnie uderzała o skały. Z Żółwiej Pieczary sączyła się strużka brunatnej wody. J nie pamiętała, żeby kiedykolwiek widziała w okolicy zwierzęta. Jeśli kiedyś coś zamieszkiwało jaskinię, nie pozostawiło po sobie nawet szkieletów.

– Tu zaczęła się nasza wspólna historia, Starucho – powiedziała do skrzącego się gwiazdami nieba. Usiadła na piasku, pozwalając brudnej wodzie obmywać pokaleczone ciało. Chłód przynosił ulgę.

Wróciły do niej słowa usłyszane w dzieciństwie. Zapytała, dlaczego nie dostała całego imienia. „Nie znam ciągu dalszego. Znam tylko twój początek”, odpowiedziała Starucha. „Jesteś jak jutro, jeżowcu”.

Dziewczyna uśmiechnęła się lekko. Nic wtedy nie zrozumiała.

– Dziękuję ci za wszystko – powiedziała głośno. Wysupłała perłę z plecionki, chwilę potrzymała na dłoni, po czym wsunęła do ust. Połknęła. Zagrzebała ręce w piasku aż po łokcie, sięgając myślami prastarej skorupy.

– Śpij, nie martw się światem. Stworzę go na nowo.

Poczuła, jak ziemia delikatnie drży.

– Śpij – powtórzyła. – Ona już czeka.

Żółwie powieki opadły powoli, ukrywając gasnące źrenice.

J wstała i weszła do wody. Gdy fale sięgnęły jej ramion, zaczęła płynąć.

Miała nadzieję, że prąd zaniesie ją daleko.

Koniec

Komentarze

Hej dogsdumpling !!!

 

Fajnie, że komentuję jako pierwszy. I tak nie patrzę na wcześniejsze komentarze zanim sam go napiszę ale czasem coś przez przypadek się zerknie. :)

 

Gratuluję sukcesu w konkursie. Bardzo ładna wizja. Przyjemnie jest to wszystko opisane. Końcówka też bardzo fajna. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w opowiadaniu można doszukać się jakiegoś głębszego sensu. Jakichś symboli. Udane opowiadanie!!!

 

Pozdrawiam.

Jestem niepełnosprawny...

Niezłe. Jedynie przeszkadzało mi zbyt częste użycie retrospekcji. Łatwo się wtedy pogubić.

Cześć, dawidzie :-)

 

Fajnie, że wpadłeś i że komentujesz cudze teksty :-) Cieszę się, że dobrze się czytało i pomysł się spodobał. Dzięki za odwiedziny!

 

Witaj, Piolodiuszu,

dzięki za przeczytanie i feedback :-)

Dream big.

Hmmm. Nie jestem targetem. Brakuje mi fabuły z prawdziwego zdarzenia i zależności przyczynowo-skutkowych. Symbolizm, mistycyzm i takie tam rzeczy, których nie rozumiem.

Ale świat wykreowałaś ciekawy.

Babska logika rządzi!

Ale świat wykreowałaś ciekawy.

Zawsze coś :D

Dzięki, Finklo, że wpadłaś :-)

Dream big.

Bo świat naprawdę fajny. Ta wyspa, która wymusza posłuszeństwo i wydaje się lubić cebulę… Dlaczego popełnia samobójstwo? Wiele ciekawych zagadnień można z tego wyciągnąć. Ty wybrałaś inne, mniej interesujące dla mnie, ale to nie znaczy, że gorsze w ogóle.

Babska logika rządzi!

Dlaczego popełnia samobójstwo?

Pytasz o wyspę czy o dziewczynę? ;-)

 

O ile tak można postrzegać wypłynięcie J w morze, o tyle zabrała ona ze sobą obietnicę życia/ nowego świata. Inna rzecz, czy się ta obietnica spełni. Ale to już zostawiłam otwarte.

Dream big.

O wyspę.

Babska logika rządzi!

Wyspa chorowała, Starucha odeszła – decyzja J o odpłynięciu z perłą pozwoliła wyspie umrzeć w spokoju, poddać się temu, co i tak nadchodziło.

Dream big.

Bardzo nastrojowo-ekologiczne. Ładnie napisane i smutne,  lecz bardzo ciepło przedstawiłaś relację pomiędzy przyjaciółkami. 

Trochę zdziwiło mnie, że nazwałaś jedną z nich Staruchą oraz pewien rodzaj dysonansu w relacji  wprowadzenie i dalszą częścią opowiadania (może to tylko moje wrażenie).

Ciekawe jak doszło do tak silnego rozdźwięku pomiędzy wioską i starszą kobietą, w końcu była bardzo potrzebna społeczności. W ogóle świat – nie powiem, że mi się podoba, jako rzeczywistość, ale zdawał się prawdziwy, żyjący.

Dziewczyna była chyba mniej związana z wyspą, pozwoliła jej zginąć, chyba nie pozostawiono jej wyboru?

 

 Drobiazg:

,Był wyjątkowy brzydki i zniszczony.

Tu chyba kiks?

 

Pzd srd i skarżypytuję.  :-)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć, Asylum :-)

 

Kiks poprawiony.

 

Trochę zdziwiło mnie, że nazwałaś jedną z nich Staruchą

Nazwałam ją Staruchą, bo była bardzo stara ;D. To nie musiało być jej pierwotne imię, ale takim poznała je J.

 

pewien rodzaj dysonansu w relacji  wprowadzenie i dalszą częścią opowiadania (może to tylko moje wrażenie).

A tu jakbyś mogła rozwinąć, bo nie za bardzo wiem, co masz na myśli.

 

Ciekawe jak doszło do tak silnego rozdźwięku pomiędzy wioską i starszą kobietą, w końcu była bardzo potrzebna społeczności.

Wiesz, wydaje mi się, że bardzo łatwo przelać swój gniew i nienawiść, kiedy rzeczy układają się źle, na kogoś, kto żyje na obrzeżu społeczności i jednocześnie przynosi złe wieści. To Starucha wywieszała czerwoną flagę. Dopóki na zmianę z niebieską, wszystko było w porządku, a kiedy zaczęły się sztormy i nie ustawały, najłatwiej było obwinić właśnie ją. (To tylko trochę na temat, ale bardzo ciekawie o samym mechanizmie kozła ofiarnego pisze Rene Girard w Sacrum i przemoc i jak takie osoby z pogranicza, ale przynależące do społeczności łatwo stają się sposobem do wyrzucenia “zła” poza społeczność i jej oczyszczenia ).

 

Dziękuję za przeczytanie i skarżypytowanie :-).

 

 

Dream big.

A tu jakbyś mogła rozwinąć, bo nie za bardzo wiem, co masz na myśli.

Przez trzy pierwsze akapity zbudowało mi się wrażenie, że jest osobą zniewoloną przez Staruchę: do życia w określonym miejscu w tym momencie, zmuszoną do obierania cebuli, określonych obowiązków, jedzenia, pracy. Klimat zmienił się z akapitem zaczynającym się od „Obie…”, wtedy się zatrzymałam, tj w czytaniu.

Kiedy teraz myślę i na szybko przejrzałam początek, usiłując jednocześnie odpomnieć sobie „winowajcę”, ponieważ teraz już wiem, chyba pierwszym impulsem było początkowe zdanie, po którym zaczął się seans filmowy, opowieść. Kiedyś było dobrze i się skończyło. Ona lubiła sól i wtedy znalazła się w miejscu zarządzanym przez Staruchę i całe to dziwne miejsce. Chyba jakoś tak poszły mi skojarzenia.

 

Tak, z kozłem ofiarnym (też Girarda) – sprawa jasna, jest tysiące przykładów, kalek, ale one różnymi drogami chodzą – tutaj widzę duży skrót: starucha -wiedźma – szamanka, mieszkająca na uboczu, lecz  nie ma sensu tego rozkminiać, gdyż miałaś do dyspozycji określoną liczbę znaków i krajobrazy oraz wspaniale, że udało Ci się wymalować krajobrazy i wpleść w nie satysfakcjonującą fabułę. 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie podoba mi się wyrażenie “pozycja embrionalna”. Nie ma racji bytu w tym tekście imo. 

No i popieram Asylum – szkoda, że Starucha nazywa się Starucha. Nie pasuje mi to przezwisko rodzaju więzi, która łączyła ją z J.

Ogólnie, zwłaszcza klimatem, bardzo na plus.

Asylum,

 

masz rację, że ta relacja jest pokazana z dwóch różnych stron :-). Nie chodziło mi co prawda o pokazanie zniewolenia – chciałam zaznaczyć istnienie pewnej hierarchii. J i Starucha są przyjaciółkami, ale jednocześnie to Starucha przygarnęła i wychowała J, dzieli je nie tylko duża różnica wieku, ale też pojawiają się elementy relacji rodzic-dziecko/ mentor-uczeń.

 

tutaj widzę duży skrót: starucha -wiedźma – szamanka, mieszkająca na uboczu,

A wiesz, że akurat celowałam w figurę posłańca przynoszącego złe wieści, a nie wiedźmy, jeśli chodzi o kwestię niechęci mieszkańców wioski :P.

 

Dzięki za dodatkowe wyjaśnienia :-).

 

Witaj, leniwy :-)

 

Zmieniłam pozycję embrionalną na pozycję śpiącego dziecka. Dzięki za zwrócenie uwagi.

 

Nie pasuje mi to przezwisko rodzaju więzi, która łączyła ją z J.

Dlaczego imię Staruchy miałoby być definiowanie/ determinowane przez jej relację z J? Nazywała się Staruchą na długo zanim poznała dziewczynę.

 

Fajnie, że klimat przypadł do gustu. Dzięki za wizytę :-)

Dream big.

Dlaczego imię Staruchy miałoby być definiowanie/ determinowane przez jej relację z J? Nazywała się Staruchą na długo zanim poznała dziewczynę.

Nie piszę tego z perspektywy logiki świata przedstawionego tylko tekstu odgórnie. Jest smutne opowiadanie o śmierci, przemijaniu i odrodzeniu, prawie że żałobne, główna postać opłakuje jedyną bliską jej osobę, a imię opłakiwanej wywołuje we mnie nieprzystające do całej sytuacji emocje.

Poza tym jakim cudem Starucha nie miała normalnego imienia xD Jak była mała też wołali na nią Starucha?

imię opłakiwanej wywołuje we mnie nieprzystające do całej sytuacji emocje.

J straciła bliską osobę – i ta strata byłaby równocenna bez względu na to, czy chodziłoby o babcię Helenkę, czy o Staruchę. Strata Staruchy zgrzyta i nie buduje nastroju. A mimo to pozostaje stratą. Zdecydowałam się na Staruchę celowo, nie przeszkadza mi, że uwiera czytelnika.

 

Poza tym jakim cudem Starucha nie miała normalnego imienia xD Jak była mała też wołali na nią Starucha?

Może kiedyś miała “normalne” imię. W czasie, w którym toczy się historia, była znaną już tylko jako Starucha i J znała tylko to imię. Dlatego i czytelnik zna ją tylko jako Staruchę.

Dream big.

Cześć, Pierożku!

 

Smutne to, ale ciekawe. Ogólnie mam pozytywne wrażenia, uważam, że to bardzo udany tekst (zresztą już wcześniej doeceniony), to jednak mam kilka zastrzeżeń.

Początek nieco mnie skołował – przez moment nawet myślałem, że J i Starucha to dwa określenia jednej osoby. Potem ogarnąłem i już poszło.

Nie podobało mi się zakończenie. Ja wiem, że ono z zasady nie ma być milutkie i cieplutkie, ale jednak J miała być jutrem, przyszłością, odniosłem wręcz wrażenie, że Starucha mogła ją postrzegać jako swoją nadzieję, a tymczasem J po prostu stwierdziła, że “aa, chrzanić to, wychodzę”.

Bardzo jednak podoba mi się aspekt społeczny, jest bardzo ludzko-gorzki, niestety prawdziwy.

 

Pozdrawiam, polecam :)

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Witaj, Krokusie :-)

 

Z tym początkiem to pewnie przez wykorzystanie samej litery jako imienia, ale nie wiem, jak miałabym to poprawić (już i tak starałam się, żeby Starucha była wewnątrz zdania, a nie na początku, żeby było widać, że jest dużą literą). Choć teraz jak patrzę na zdanie wprowadzające Staruchę, to może jednak przez jego myślnikową konstrukcję… Ech, pomyślę, co z tym fantem zrobić ;-)

 

Odnośnie zakończenia – Wyspa umierała, J zdecydowała się wypłynąć w morze, żeby stworzyć nowy początek gdzie indziej i w tym sensie myślę, że nie zawiodła Staruchy. Czy mogła podjąć inną decyzją i np. zostać i walczyć o życie Wyspy? To już pozostawiam czytelnikowi :-)

 

Cieszę się, że aspekt społeczny przypadł do gustu! Dzięki za odwiedziny, komentarz i klik :-)

Dream big.

Jestem pod wrażeniem tego opowiadania, chociaż to nie do końca mój klimat. Sposób prowadzenia narracji można określić jako liryczny, pełen symboli i niedopowiedzeń, ale zbudowany przy zachowaniu logiki wydarzeń. Twój świat przekonuje, urzeka, przyciąga uwagę.

Z jednej strony tekst wydaje się bardzo smutny, z drugiej – przynosi nadzieję, bo tak odczytałam zakończenie losów J. Dobrze że zostawiasz czytelnikom pole do własnej interpretacji.

Kolejny plus to intrygujący tytuł, ale dla mnie największym atutem opowiadania jest sposób przedstawienia relacji między bohaterką i Staruchą. Tekst zdecydowanie biblioteczny.

P. S. Mam podobne odczucia jak Krokus odnośnie zdania wprowadzającego postać Staruchy. Edit. Nominacja z powodów opisanych powyżej i za oryginalny sposób opisania przemijania oraz relacji międzyludzkich w obliczu śmierci.

Psia kostka, nie zauważyłam, że odpowiedziałaś, DD. :-( 

Ze Staruchą się zgadzam, tzn. że mod tym imieniem była znana i “powinno” być neutralne, lecz dokłada się do niego cały bagaż, które niesie to miano. Niepotrzebnie, bez sensu, ale… Próbowałaś go przełamać i w dużej mierze Ci się udało. Może, gdyby tekst był dłuższy, ale nie mógł być. Zaczynam myśleć, że im krótszy opko, tym ważniejsze każde słowo, konstrukcja.

Odnośnie posłańca – niewątpliwie jest obecny, ale znowu – figura “wiedźmy” żyjącej na uboczu była dla mnie tak silna, że zdominowała moje myślenie. Teraz ją widzę z licznymi nawiązaniami. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Witaj, ANDO :-)

 

Cieszę się, że świat przekonuje i że otwarte zakończenie przypadło do gustu <3

Jak znajdę chwilę, to poprawię to zdanie ze Staruchą.

Dzięki za odwiedziny, rozbudowany komentarz i klik :-).

 

Hej, Asylum,

“powinno” być neutralne

Nie wiem, czy powinno, ale na pewno nie jest. Tak jak już pisałam leniwemu, liczyłam się z tym, że słowo może uwierać. Ale czasami lubię podejmować próby nawet nie odczarowania słów, co pozbawienia ich przezroczystości. Takie moje eksperymenty na poziomie meta ;-)

Dream big.

Smutne. Ciekawe. Uwagę misia przyciągnął niecodzienny tytuł. Wciągnął klimat. yes

Witaj, Koalo :-)

Dzięki za odwiedziny. Fajnie, że klimat wciągnął misia :-)

Dream big.

Mogłabym się podpisać pod komentarzem ANDO. :) Przepiękny tekst. Zaczyna się mocnym uderzeniem, a dalej jest równie intensywnie, aż do ostatnich zdań.

Bardzo plastyczna wizja z oddziałującymi na zmysły opisami i niebanalną metaforyką. Jest nastrojowo i melancholijnie, ale i mrocznie. Sugestywnie odmalowany wycinek świata, w którym wiele pozostaje w niedopowiedzeniu, a który jednak jest przedstawiony na tyle organicznie i zajmująco, że nie pozostawia z poczuciem niedosytu; ma się wrażenie, że zostało powiedziane dokładnie tyle, ile trzeba. Poruszająco opisana relacja między J i Staruchą – bardzo ludzka, ale i mająca w sobie archetypową głębię.

 

Edit:

Pozwolę sobie wynotować kilka fragmentów, które szczególnie mnie zachwyciły. :)

 

Żółw świata leniwie płynął w morzu gwiazd ku sobie tylko znanemu brzegowi, gdy dziewczynę nawiedził proroczy sen. Śniła o gwiazdach ostrych jak kolce jeżowca.

J ogrzała perłę w dłoni – pachniała morzem i wolnością, ławicami srebrzystych ryb, otwartą przestrzenią i powietrzem po burzy.

J zawsze myślała, że magia otaczająca wyspę jest naturalnym stanem rzeczy, i nie sądziła, że może jej kiedykolwiek zabraknąć – oczywista i wszechobecna jak sól w wodzie, ziemi i powietrzu krążyła w żyłach mieszkańców; po ich śmierci wykwitała kryształkami soli na grobach, przesycała powietrze i wraz z nim wracała do krwiobiegu żywych.

Cześć, Black_cape :-)

 

Twój komentarz to miód na moje serce :D Cieszę się bardzo, że tekst się spododał i że klimat zadziałał. Też lubię to zdanie o żółwiu świata.

 

mająca w sobie archetypową głębię.

heartheartheart

 

Dzięki za klik i odwiedziny!

 

Dream big.

Siemka,

Zachęcony tytułem sprawdziłem sobie tę historię i jestem zauroczony :) Bardzo klimatyczne opowiadanie, w moim odczuciu wręcz filmowe; czytając wyobraźnia podpowiadała obrazy jak z kadrów Lubezkiego. Pomimo braku fabularnego mięsa – wciągające. Uwierzyłem, że ten świat istniał. 

Tyle ode mnie, Pozdrawiam! 

Zawsze coś da się poprawić

Cześć,

 

Nietypowe to opowiadanie, ale ja chyba nie mój “klimat” i nie jestem tu odbiorcą. Jak dla mnie trochę za dużo ukrytej symboliki, melancholijnego tonu. Jednak gratuluję wygranego konkursu i życzę sukcesów!

 

Pozdrawiam

Siemka, Kulosławie,

Super, że historia zauroczyła i że wyszło wiarygodnie. Wielkie dzięki za wizytę i podzielenie się wrażeniami :-)

 

Cześć, JPolsky,

dzięki za wizytę i przeczytanie do końca, tym bardziej jeśli to nie twoja bajka :-).

 

Black_cape,

dziękuję za nominację heart!

Dream big.

To ja dziękuję za podzielenie się świetnym tekstem. :)

smiley

Dream big.

Ładnie i obrazowo napisane. Pasuje do konkursu “krajobrazy słowa” bo faktycznie widzi się to o czym piszesz.

Historia kameralna i raczej spokojna. Nie chwyta za gardło, ale nie taki jest jej charakter. Dobrze budujesz więź J i Staruchy, w zwykłych słowach i gestach, ma się wrażenie prawdziwości ich relacji.

Pomysł na wyspę też zacny.

Doklikuję do biblioteki.

Pozdrawiam!

Cześć, Edwardzie,

 

dzięki za wizytę, komentarz i wysłanie do biblio :-) Fajnie, że relacja wyszła prawdziwie.

Dream big.

Przywiązała więc najmocniejszy sznur, jaki znalazła w domu, do biegunów fotela

Czasem lepiej trochę uprościć szyk. 

Przywiązała więc do biegunów fotela najmocniejszy sznur, jaki znalazła w domu. 

 

Starucha znalazła J lata wcześniej na plaży po sztormie, leżącą wśród martwych jeżowców u wejścia do Żółwiej Pieczary.

Zrobił bym tu nowy rozdział, bo nie klei się z poprzednim akapitem. 

 

Ujmujący jest obraz świata, jaki nam namalowalas, a jednocześnie wiemy o nim bardzo niewiele. Czemu świat tonie w soli? Skąd się wzięła J? Jak działa ta wola wyspy i co ma zamiar uzyskać? Nie dowiadujemy się tego, stąd też mam poczucie, jakbyś stworzyła ogromny świat ze swoimi zawiłościami, a nam pokazała tylko jego odrobinę i to taką nie najistotniejszą. 

Historia jest bardzo melancholijna i nostalgiczna, kończy się w pewien sposób wzruszająco, choć poziom emocji mi towarzyszących od początku do końca się nie zmienia – mnie się taki zamierzony spokój w narracji podoba.

Napisane pięknie i w sumie to piękno stylu bardziej skłania do czytania niż fabuła, która przemyka gdzieś na granicy mojego zainteresowania. Znacznie bardziej nurtował mnie sam świat i szkoda, że nie dowiedziałem się o nim więcej. 

Witaj, Gekikaro :-)

 

Szyk poprawiony. Co do akapitu, to jest to kontynuacja rozmyślań J nad tym, dlaczego ją oszczędzili – dlatego nie wyodrębniam osobnym rozdziałem.

 

Napisane pięknie i w sumie to piękno stylu bardziej skłania do czytania niż fabuła, która przemyka gdzieś na granicy mojego zainteresowania. Znacznie bardziej nurtował mnie sam świat i szkoda, że nie dowiedziałem się o nim więcej. 

Ja akurat lubię skupiać się na relacjach, świat zazwyczaj przedstawiam bardziej mimochodem. Rozumiem, że nie każdemu odpowiadają takie proporcje. Może kiedyś porwę się na coś z inaczej rozłożonymi akcentami.

 

Cieszę się, że styl tekstu oceniasz wysoko. Dzięki za lekturę :-)

Dream big.

ANDO, dziękuję za nominację heart

Dream big.

Nowa Fantastyka