- Opowiadanie: Radek - Para i ostatnia jaczejka

Para i ostatnia jaczejka

Interesy lepiej się prowadzi ze zwycięzcami, a Tamara nie wie kto to Lenin. Mimo tego kończy na katordze, gdzie spotyka żonę barona von Ungerna.

Zazdrość ma różne formy, niektóre przyjmują postać mechaniczną. W Paryżu baron dostaje przydomek Krwawy.

Tamara uczestniczy w Czarnej Mszy, za co dostaje zaocznie pochwałę od carycy.

 

Prequel do “Pary i potworów”, czyli dużo więcej Rosji niż steam-punka.

 

Ogromne podziękowania dla betujących!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Para i ostatnia jaczejka

W Paryżu Tamara mieszkała z mężem. Dużo malowała, tym razem zaczęła od szkicu. Była w zaawansowanej ciąży. Zastanawiała się, czy zdąży skończyć ten obraz przed rozwiązaniem. W dłoni trzymała pastel, jej mąż czytał gazetę.

– Wiedziałaś, że zabili Ferdynanda w Sarajewie? – spytał.

– Następcę tronu Austrii – dodała Tamara. – Wszyscy wiedzą…

– Połączone siły brytyjsko-francuskie zaatakowały niemiecki protektorat Togo w Afryce, nie mają szans. – Mąż odłożył gazetę. – Turcja zamknęła Dardanele. Rosja odcięta, na Morzu Północnym panuje Royal Navy, a Austo-Węgry nie wyjdą poza Adriatyk.

– „O wojnę powszechną za wolność ludów, prosimy cię panie. O broń i orły narodowe, prosimy cię, panie” – zaczęła recytować, tłumacząc na francuski.

– Co ty mówisz?

– A ustalili, czy Serbia maczała palce w zabójstwie? – Nie wyjaśniła. – W końcu chyba tam wszyscy wysłali detektywów.

– Podobno… – Mąż chciał opowiedzieć.

– Wezwij dorożkę – przerwała mu. – Teraz!

***

Pierwsza córka Tamary urodziła się w Paryżu, w szpitalu Hôtel-Dieu. Mąż nerwowo czekał na korytarzu na dobrą wiadomość. Nareszcie! Mógł zobaczyć żonę i dziecko. Wbiegł z wielkim bukietem i wiadrem. Wazony w szpitalach były za małe.

***

Trwała Wielka Wojna, Twierdza Francja ulegała przewadze niemieckiej, a na samym końcu działań jeszcze włączyły się przeciw niej Włochy. Córka Tamary została ochrzczona jako Marie-Christine i pojechali do Rosji, do Petersburga. Interesy lepiej się prowadzi ze zwycięzcami niż zwyciężonymi. A trójkąt Berlin-Petersburg-Wiedeń był osią Trójprzymierza. Podobnie jak kiedyś Londyn-Paryż-Rzym – Ententy, do czasu, kiedy Włochy przeskoczyły na stronę zwycięzców. Szala wojny przechyliła się ostatecznie na wschód.

Interesy męża szły dobrze, Tamara mogła się oddać opiece nad dzieckiem i coraz częściej wracać do malowania. Obrazy z tego okresu później uznawano za najlepsze, mówiono o nich „nieskażone” i osiągały najwyższe ceny.  

Po ogłoszeniu rozejmu, po zamachu na cara i wreszcie po koronacji imperatorowej Anastazji, wydawało się, że wszystko powinno się uspokoić. Tuż przed rozpoczęciem rozmów pokojowych w Strasburgu, odbyło się spotkanie trzech cesarzy: niemieckiego, austriackiego i carycy. Francuska prasa twierdziła, że w Skierniewicach. Mąż Tamary był na bieżąco z wydarzeniami światowymi, prenumerował w Petersburgu gazety z Paryża.

Zatrudnili piastunkę, więc coraz częściej Tamara wychodziła do znajomych. Odwiedzała starego znajomego Józefa, zwanego Koba, raczyli się gruzińskim winem. Poznali się kiedyś w Wiedniu, gdy studiowała na Akademii Sztuk Pięknych. Był dużo starszy, wiele przeżył i doświadczył. Uroczy jak kotek, choć oczy miał raczej tygrysie.

– Słyszałaś, co z Leninem? – spytał.

– A kto to? – Próbowała się domyśleć, od pewnego czasu Tamara nie śledziła wewnętrznego życia partii.

– Wowa.

– Aha – Przypomniała sobie. – Co z nim?

– Nie żyje. Mówią, że spalili go w stogu siana z Herszlem.

– Jak to?

– Uciekali z Pitra do Finlandii. Patrol huzarów ich znalazł. Mieli kryjówkę w stogu siana.

– Wowa? Ten z bródką, barczysty?

– Akurat jak uciekał, to zgolił bródkę, ale spalili ich bez sądu. Podobno mieli rozkazy…

Następnego dnia gruchnęła wieść, że Koba został aresztowany za przynależność do Socjaldemokratycznej Partii Robotników Rosji. Nikogo nie interesowało czy do frakcji bolszewików, czy nie. Pechowo Tamara również należała do jaczejki tej partii w Wiedniu. Prasa zaczęła się rozpisywać o napadzie Koby na bank w Tbilisi, z krwawymi szczegółami, a tych nie brakowało.

– Musimy wyjechać – powiedziała Tamara do męża, odkładając gazetę. – Dla mnie tu się robi za gęsto. Ja muszę znikać, póki się da. Mam wrażenie, że Korpus Żandarmów się wściekł, a jak nawet Kobę znaleźli…

– Żandarmów? – zdziwił się jej mąż. – Nie jesteś w wojsku.

– Tak się nazywa policja polityczna…

– Myślałem, że Ochrana, którą właśnie caryca rozwiązała? – zdziwił się znowu.

– Ochrana to co innego – westchnęła. – Damy radę wyjechać jeszcze dzisiaj? Mogę bez ciebie już, tylko z Marią-Christine!

– Nie! Nie chcę, żebyś z dzieckiem podróżowała sama. Pojadę z tobą, najwyżej wrócę. Sprawy się same nie dopilnują.

Trasa wiodła koleją z Petersburga do Rygi, z przesiadką w Dyneburgu, a dalej pierwszym możliwym statkiem, choćby do Szwecji. Taki był plan.

Na peronie, gdy tylko wysiedli, podeszło do nich dwóch żandarmów w szynelach i z bagnetami na karabinach. Mąż się jeszcze mocował z bagażami, wolnego tragarza nie było. Maria-Christine leżała w wózku.

– Tamara Orszańska? – zapytał żandarm.

– Spróbuj uciekać, proszę – usłyszała głos za sobą. – Od policmajstra mam dodatek i dzień wolnego za każdego bolszewika, zastrzelonego w czasie ucieczki. – Nie zaśmiał się, mówił poważnie.

– Tak – odpowiedziała, czując lufę na karku.

– O co chodzi? – zapytał mąż.

– Nie pana sprawa!

– To moja żona!

– Dostaliśmy rozkaz, żeby udawać, że pana tu nie było – powiedział starszy stopniem żandarm.

– Bo formalnie rzecz biorąc, mężów i żony też zwijamy – dodał ten, który trzymał rewolwer na karku Tamary.

Niby ubranie miał cywilne, ale tak źle dopasowane jak mundur świeżego rekruta i do tego niemodne. Nikt się tak nie nosił, nawet w tym zapadłym Dyneburgu, był z tajnej policji.

W twierdzy Tamara dostała przestronną, jednoosobową celę. Śledztwo było krótkie, nie musiała odpowiadać na żadne pytanie inaczej niż „tak”, nawet nie mogła.

– Czy byłaś członkiem SDPRR, w komórce w Wiedniu?

– Tak.

– Bolszewików?

– Tak.

– Czy pozostałaś członkiem partii, mimo jej delegalizacji?

– Tak.

Proces odbył się w trybie doraźnym – był błyskawiczny. Niewiele z niego zapamiętała. Może to, że musiała stać w pończochach i to podartych. Buty miała porządne i z Paryża, więc ukradli. Wszystko odbyło się tak szybko, że nie było okazji usiąść.

– Dziesięć lat katorgi i nakaz osiedlenia się za Bajkałem – powiedział sędzia w mundurze. – Będziesz dzieci uczyć rosyjskiego i wszystkiego, co trzeba, na chwałę imperatorowej. Masz szczęście, że jesteś nauczycielką – dodał na koniec. – Następny!

Żadnego ostatniego słowa oskarżonego, nawet się nie odezwała. Swoje całe ubranie musiała włożyć do worka, kąpiel – z dużą grupą kobiet. Dostała ciepłą bieliznę, ciemnoszarą watowaną bluzę, spodnie, buty ocieplane filcem i czapkę-papachę. Na bluzie, na plecach miała naszyte białe litery KAT od „katorga” i pod spodem „ᴛᴀᴍᴀʀᴀᴏ”, bez żadnej przerwy między literami.

Czekał wagon czwartej klasy. Musiała się szybko nauczyć, że gdy strażnik drze się: „na o”, to ma reagować, bo w ten sposób liczyli więźniów. Było tak ciasno, że musiały spać na podłodze. Na stacjach – gimnastyka i jedzenie, też tak samo obrzydliwe, jak w twierdzy. Przez większe miasta przejeżdżali bez zatrzymywania się. Zastanawiała się, czy Koba jeszcze żyje. Co z mężem, co z dzieckiem?

Żeby coś zobaczyć, Tamara stawała na ławeczce, zakratowane okienka w wagonie były wysoko.

W cerkwiach biły dzwony, śpiewano „Sława Bohu”, wielkie zwycięstwo nad poganami. Skończyła się Imperialna Mandżurska Operacja Obronno-Zaczepna. Rosja odzyskała Port Arthur. Europejskie pułki kawalerii eszelonowały się na zachód, do domu. Widziała Kozaków astrachańskich i Tatarów krymskich. Tamarę wieźli coraz dalej na wschód. Musieli długo czekać na mijankach.

Na stacji kolejowej, obok obrazu carycy, stylizowanego na ikonę, powieszono plakat, przedstawiający, jak drobne dziewczęce palce przypinają Krzyż Świętego Jerzego do munduru człowieka podpisanego jako: „Borys Szaposznikow – nowy szef Sztabu Generalnego”.

Za Irkuckiem w wagonie były już tylko we dwie. Tamara zobaczyła, że do pociągu wsiada pluton Kozaków zabajkalskich. Dowodził nimi drobny Europejczyk. Towarzyszył mu wielki jak niedźwiedź ochroniarz.

Za Ułan-Ude już była sama w wagonie. Za każdym razem, gdy lokomotywa brała wodę i węgiel, kazali jej robić skłony, przysiady i podskakiwać. Bydło robocze nie może się zastać, taki był regulamin.

Na stacji Czita czekały wozy i konie.

– Kuć ją? – Strażnik zadał pytanie temu podobnemu do niedźwiedzia.

– Po co – zdziwił się Wasyl. – To nauczycielka – powiedział z wyraźną pogardą. – Dokąd tu ucieknie?

Tamara skądś wiedziała, że ten „niedźwiedź” ma na imię Wasyl. Podsłuchała rozmowę. Nie umiała sobie przypomnieć kiedy.

– Roman von Ungern-Sternberg – przedstawił się ten niższy i chudszy. – Baron, tak mówią, bo nim jestem.

– Tamara Orszańska…

– Wiem, jedziesz ze mną. Wasyl powozi.

Jechali kilka kilometrów przed pozostałymi wozami, ochranianymi przez resztę kawalerzystów. Przynajmniej jedzenie mieli lepsze. Z nimi było tylko czterech kozaków na koniach. Ten Roman był ledwo od niej wyższy.

„Jakbym obcasy założyła…”, pomyślała, patrząc na swoje brzydkie buty ocieplone filcem.

Przypomniało jej się zdanie z Sienkiewicza o tym, że od pewnych zajęć na popasach można skurczów dostać. Wasyl był dla niej fizycznie atrakcyjny. Złościła się na siebie, próbowała się usprawiedliwiać, że po tylu tygodniach z samymi babami…

Tamara powinna myśleć o córce i mężu, tak uważała, tęskniła naprawdę i się o nich martwiła, ale dziesięć lat katorgi…

– Przebierz się! – Wasyl rzucił jej koszulę nocną.

Baron dał chorągiewką znak do popasu. Kozacy rozjechali się po stepie, żeby sprawdzić najbliższą okolicę, zanim rozkulbaczyli konie.

– Ale jak to? – Tamara trzymała koszulę i rozglądała się bezradnie, poszukując ratunku.

– Jeśli jesteś jakaś opóźniona, chłopaki zaraz wrócą ze zwiadu i chętnie pomogą. Parę tygodni gołej baby nie widzieli – wyjaśnił Wasyl bez cienia emocji. – Pisali, żeś nauczycielka, malarka i bolszewik, tfu. – Naprawdę splunął na ziemię. – A tam wszystkie baby wspólne – dodał.

Zrozumiała. Potem Wasyl kazał się położyć w wozie. Linką przywiązał ręce i nogi do kłonic.

– Gotowa? – spytał baron, zeskakując z podjezdka.

– Jak klacz na ogiera – potwierdził Wasyl i dodał regulaminowo: – Tak jest! – co na polski da się przetłumaczyć również jako „dokładnie”.

Tamara była wściekła, bo mówił prawdę. Ta cała sytuacja doprowadziła ją do tego, że nic nie umiała z tym zrobić. Nawet chciała myśleć o jakichś przykrych rzeczach, ale cały czas wyobraźnia podsuwała jej wizję, że po baronie będzie Wasyl. Co samo w sobie było równie irytujące, co upokarzające.

Postanowiła splunąć Ungernowi w twarz, gdy tylko skończy. Tak po prostu, niech wie. Doszło jednak do czegoś, czego się nie spodziewała. Skończyła przed nim i pocałowała go w policzek.

„Mam gorszą samokontrolę niż sądziłam”, pomyślała, wściekła na siebie jeszcze bardziej niż na niego.

– A to na pewno nie prostytutka? – upewnił się baron. – Może coś pokręcili w papierach?

– Nie – powiedział Wasyl. – Gada jak uczona.

– To każ jej się ubrać.

Nie było Wasyla po baronie.

Żona

Tamara mieszkała w pokoju przy szkole. Oprócz niej był jeszcze stary Chińczyk, tytułujący się kierownikiem, choć był bardziej woźnym.

Wieczorami zostawała sama, chyba że przyjeżdżał Wasyl i zabierał ją do barona. Nie zanosiło się na to dzisiaj, słońce już zachodziło.

Postanowiła napalić w piecu. Był na zewnątrz, paliło się czymś śmierdzącym, domyślała się czym. Chińskim zwyczajem dym podgrzewał łóżko. Wystarczy do świtu. Przebrała się w wełnianą koszulę nocną, założyła kożuszek i postanowiła przy okazji nagrzać wody do kąpieli.

Usłyszała konika, to nie był nawet kozacki podjezdek, jeszcze mniejszy. Zdjęła z gwoździa strzelbę, jednostrzałową. Niby ją zostawili na rosomaki, niedźwiedzie i tygrysy, ale kula nie odróżnia. Sprawdziła czy broń była naładowana i gotowa do strzału.

Bardzo elegancko ubrana Chinka zapukała do drzwi.

– Zapraszam! – zawołała Tamara, odkładając strzelbę pod koc nad kołdrę na łóżku.

Chinka weszła. Usiadła przy stole, rozejrzała się po izbie.

– Nazywam się Elena Pawłowna von Ungern – powiedziała po rosyjsku. – Powinnyśmy porozmawiać jak kobieta z kobietą.

– Słucham – Tamara była raczej przerażona, mimo że górowała nad Chinką wzrostem i pewnie siłą.

– Jesteś?

– Tak.

Tamta dostrzegła ślady linek na nadgarstkach i kostkach nauczycielki. Wstała, zdjęła obrączkę i rzuciła na podłogę.

– A bierz go sobie!

Elena Pawlowna wybiegła, wskoczyła na konia i odjechała krótkim galopem.

– Ale ja go nie chcę – wyszeptała Tamara, choć już nie było nikogo.

Westchnęła głęboko.

Rewel

Siedzieli we trójkę w czteroosobowym przedziale pierwszej klasy: baron, Wasyl i Tamara. Czytała książkę Lwa Tołstoja „Anna Karenina”. Jej kapelusz z woalką leżał na półce. Nikt by nie zgadł, że właśnie odbywa katorgę.

– Jesteś pewna, że to chłopiec? – spytał znowu baron.

– Córkę już nosiłam. Jest inaczej. – Odruchowo dotknęła brzucha. – Nazywa się Maria-Christine i została z mężem. Nasza córka oczywiście – przypomniała.

– Jestem rozwiedziony – powiedział baron.

– A ja mężatką – pochwaliła się Tamara. – Katorga może być wyzwaniem…

– Nie wydurniaj się!

Wasyl spał, bo był po śniadaniu, i to drugim. Nie miał zwyczaju pić przed jedzeniem, ani rezygnować z alkoholu po.

***

Baron zostawił Tamarę w rodzinnym zamku w Rewlu, a sam na wezwanie imperatorowej pojechał do Petersburga. Miał do załatwienia ważną i tajną sprawę w Helsinkach. Strasznie się denerwował.

Wasyl nie odstępował Tamary na krok. W końcu odbywała katorgę jako inkubator dziedzica, tak o sobie myślała. Z pewnością to lepiej niż w kopalni ołowiu, ale gorzej niż nauczycielka. Niecałe trzy miesiące w szkole na zabajkalskiej wsi udowodniły, że niekoniecznie. Była klątwa: „obyś cudze dzieci uczył”. To za mało! Twórcy nawet sobie nie wyobrażali jak to jest uczyć chińskie dzieci rosyjskiego.

Rozmowy z matką Romana von Ungerna były trudne. Trzeba było przed nią udawać niemal żonę, a już na pewno kochanicę. Nie chciała robić starszej pani przykrości. A co miała powiedzieć? Że jest materacem i tym, wiadomo co?

Estonka przedstawiła się jako Zimmermädchen, bo nie wiedziała jak się mówi „pokojowa” po rosyjsku, ale umiała zapewnić, że jej zadaniem jest zaspakajanie wszystkich potrzeb pani Tamary. Z Wasylem przynajmniej się dało dogadać, jeśli czegoś potrzebowała. Wtedy też Tamara zauważyła, że on nie lubi kobiet w sensie, jak to sobie nazwała w głowie: „podstawowych funkcji”.

– Sztalugę, farby, ramy… – Zapisała mu na kartce. – Zapamiętasz?

– Chyba nie muszę – oburzył się Wasyl. – Umiem czytać.

– Przepraszam.

***

– Dobro i zło nie istnieją, tak jak życie i śmierć. Jest tylko działanie. Walka – mawiał baron. – Ważne, że wypełniłem zadanie.

Przyjechał z Helsinek w strasznym stanie psychicznym. Najpierw zamknął się w pokoju na strychu i odbywał medytacje.

Uważał się za buddystę, co nie przeszkadzało mu być dobrym prawosławnym chrześcijaninem. Tak o sobie myślał. Tamara przestała próbować to zrozumieć.

***

Bardzo się ucieszyła, kiedy następnym razem baron obiecał, że zabierze ją do Pitra. Liczyła na teatr i może kilka dobrych galerii. A tu nie, ledwo wysiedli ze statku, czekała dorożka i pojechali do Putiłowskich Zakładów.

Baron rozmawiał z dyrektorem, jej kazał pójść z Wasylem na halę fabryczną. Tam spotkała Polaka, naczelnego inżyniera, który demonstrował pierwsze praktyczne zastosowanie akumulatora pary w górniczej lokomotywie bezogniowej. Tamara miała wrażenie, że technik zajmujący się uruchamianiem urządzenia, taki niski, tak samo się interesuje Wasylem, co nią.

– Nazywam się Nikołaj Jeżow, pani pozwoli, że się przedstawię – powiedział po rosyjsku i się ukłonił.

– Tamara Orszańska – odpowiedziała i dodała na wszelki wypadek – mężatka.

– Pani pogratuluje mężowi. – Miał na myśli ciążę.

– A to nie męża – przyznała i wróciła do rozmowy po polsku z inżynierem.

Lokomotywa wyposażona w akumulator pary mogła stać tygodniami naładowana i czekać na moment, kiedy będzie potrzebna. Czyli nie będzie konieczności codziennego wyciągania tego ciężkiego sprzętu spod ziemi na górę, żeby napełniać jego zbiorniki z kotłowni. Wydawało się jednak, że nie jest możliwe naładowanie jednego akumulatora parą, wydzieloną przez drugi, ale pracowali nad technologią szybkiej wymiany.

Nowy Jork

Baron dostał polecenie od imperatorowej, żeby namówić Nikolę Teslę do pracy na rzecz Rosji. Tamara widziała dossier geniusza, przygotowane przez komórkę wywiadu Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Wynalazł silnik na prąd przemienny, radio i parową turbinę bezłopatkową. W wątpliwość stawiano fakt, że zbudował wehikuł czasu, samolot antygrawitacyjny i promienie śmierci. Mieszkał samotnie w hotelu, mówił po niemiecku i wychowywał się w wierze prawosławnej. Tamara pomyślała, że baron będzie miał bardzo łatwe zadanie.

– Zobacz Roman, Tesla studiował na politechnice w Grazu – tam, gdzie się urodziłeś.

Baron musiał wziąć ze sobą Wasyla i „specjalistę” z Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Płynęli przez Atlantyk carskim jachtem parowym o nazwie Standard.

Bardzo źle się czuł, że zostawił w domu Tamarę samą. Pamiętał jak rozmawiała po polsku w inżynierem w Zakładach Putiłowskich. Dla niego to wyglądało jak flirt. Szczerzyła się do niego jak dzierlatka. Nawet ten technik, niski jak gnom, patrzył na nią, jakby chciał ją wziąć natychmiast, jak stała.

Codziennie wysyłał pytania radiotelegrafem, co się dzieje na zamku i dostawał odpowiedzi, że nic. Matka pisała, że Tamara maluje albo spaceruje z pokojówką. Nawet rzadko się z kimś spotyka, więc dobrze, że pojawił się taki młody nauczyciel…

Baron nie mógł zasnąć, a w połowie Atlantyku znaleźli się poza zasięgiem radiotelegrafu. Nie potrafił zebrać myśli.

Dopłynęli. Na szczęście rozmowy z Teslą nie były trudne. Wynalazca mieszkał w hotelu Waldorf-Astoria, miał dług i co prawda Rosją gardził, ale zapewniał, że jest zdolny do pracy, jeśli tylko ktokolwiek zechce ją fundować. Potem już w drodze powrotnej, przyznał się, że ostatnimi czasy nawet zatrudniał się do kopania rowów, żeby mieć na jedzenie dla siebie i ziarno dla ulubionych gołębi.

Byli w połowie Atlantyku, gdy baron dostał informację z domu, czyli od matki z zamku w Rewlu, że Tamara zdrowa i nowy portret młodego nauczyciela – bardzo ładny.

– Czy można trochę szybciej? – von Ungern spytał kapitana.

– Można – potwierdził. – Z maszyn możemy wyciągnąć sto dziesięć procent przez osiem godzin, ale potem musimy obniżyć moc do osiemdziesięciu, bo przegrzejemy kotły. Gdyby zainstalować akumulator pary…

– …i przejść na turbiny – dodał Tesla po niemiecku.

– Rzeczywiście – zgodził się baron. – Pańska turbina będzie podstawą rozwoju technologii w najbliższym czasie, panie Mikołaju.

Okazało się, że wynalazca rozumie po rosyjsku. W końcu liturgia prawosławna odbywała się w staro-cerkiewno-słowiańskim, a był do tego Serbem.

***

„Jestem potomkiem krzyżowców i piratów, nie będzie jakaś spódniczka mieszała mi w głowie”, von Ungern powtarzał sobie w myślach, ale to nie pomagało zasnąć. „Kiedyś ją uduszę”.

Baron przypomniał sobie, jak lamowie mówili mu, że jest powiernikiem wiecznego płomienia. A ona? Ona jest zepsuciem.

***

„Yin i Yang, płomień i drewno, woda i ziemia”, przypomniał sobie, patrząc na Tamarę leżącą obok w łóżku, już w domu. „Żeby chociaż wyglądała śmiesznie albo brzydko, gdy śpi. Diablica musi być ładna”.

Antoś

Tamarze zaczęło się wydawać, że Romanowi Ungernowi na niej zależy, tylko nie umiała nazwać tego, w jaki sposób. Niepokoiło ją to. Na razie cieszyła się, że ma czas, mogła malować.

„Dobry inkubator się przydaje”, pomyślała, oglądając przed lustrem coraz większy brzuch. „Mam nadzieję, że nic mu się nie roi”.

No właśnie, co mogło mu się wydawać? Od Wasyla dowiedziała się, że wcześniej, jeszcze przed Wielką Wojną, Ungern spłodził dziecko jakiejś innej Polce, też w Daurii na Zabajkalu. Matka barona opowiadała, że Elena Pawłowna była mandżurską księżniczką. A Tamarze podobno dobrze z oczu patrzy.

Do Monachium, na rozmowy handlowe z Zeppelinwerke baron postanowił Tamarę wziąć ze sobą. Nie bardzo chciała, bo zbliżał się termin rozwiązania.

– A po co ja tam, Roman?

– Oczarujesz ich wszystkich.

– Z takim brzuchem? Jeszcze tam urodzę…

– To nasze dziecko będzie miało miejsce urodzenia Monachium, nie tragedia – stwierdził baron. – Ja mam Graz – przypomniał.

Będąc w dziewiątym miesiącu ciąży, po negocjacjach, dostała liścik od sprzedawcy sterowców, który podpisał się Wolf. Tamara zrobiła głupotę, że pokazała go baronowi. Od tamtej pory jego chorobliwa zazdrość, przerodziła się w paranoiczną.

Antoś przyszedł na świat w Rewlu, od razu po powrocie z Monachium. Kazali Tamarze rodzić w łaźni zamkowej, bo formalnie rzecz ujmując, jako katorżnica, powinna w szpitalu więziennym. Antonowi von Ungern-Sternberg nie wypadało przyjść na świat „pod celą”. Sprowadzili lekarza i doświadczoną położną i na szczęście nic złego się nie działo.

Sześć tygodni później Wasyl przyprowadził do pokojów Tamary Niemca, wyglądającego jak zegarmistrz. Malowała, trzymała w dłoni pędzel. Antoś spał w łóżeczku.

– Jestem w samej koszuli! – powiedziała.

– Widzę – skomentował Wasyl. – Pan musi wziąć miarę. Zawołać Kozaków?

– Nazywam się Tamara Orszańska, jestem na katordze, muszę robić, co mi każą – wyjaśniła szybko po niemiecku „zegarmistrzowi”.

– Mnie nie obchodzi, w co się moi klienci bawią – odpowiedział.

Wyszli, była roztrzęsiona. Poskarżyła się baronowi przy kolacji.

– Dzięki pasowi cnoty będziesz mogła wychodzić ze swoich pokojów sama, tylko z Wasylem. Antoś potrzebuje spaceru. Nikt cię nie skrzywdzi…

– To nie jest tak, że wszyscy chcą mnie zgwałcić! – próbowała wyjaśniać Tamara, nie umiała się nie rozzłościć.

– Tylko tak myślisz, bo połowa chce, a przed drugą to sama nogi rozłożysz. Znam cię lepiej niż ty sama – kontynuował wywód. – Te grupy się zazębiają. Są tacy, którzy chcą cię gwałcić, a ty tylko czekasz, żeby nogi przed nimi rozłożyć. A imperatorowa mi ciebie dała prawie oficjalnie, tylko dla mnie…

– Nie zdradziłabym cię – powiedziała, bo nie wiedziała, co ma zrobić.

– Wasyl! Połóż Tamarę do łóżka! – rozkazał baron.

– Normalnie przywiązać? – upewnił się.

– A co by sobie ludzie pomyśleli? – Wyraźnie zaskoczyła ich pytaniem.

Napisała skargę do carycy. Odpowiedź przyszła w ciągu tygodnia, napisana własną ręką Anastazji: „Każda by chciała odbywać katorgę pod baronem Ungernem. Tamara, nie wydziwiaj”. Na kopercie i piśmie były pieczęcie carskiej kancelarii.

Napisała drugi list, tym razem pytała o męża i córkę, o Marię-Christinę – ten już pozostał bez odpowiedzi.

 Paryż

Wymuszona traktatem pokojowym restauracja monarchii we Francji miała więcej przeciwników niż zwolenników. Zwłaszcza, że król wydawał się marionetką Kaisera i jego podstawowym zajęciem było egzekwowanie zapłaty reparacji wojennych.

W Paryżu wybuchło powstanie, zwane narodową rewolucją. Król musiał się schronić w Wersalu. Niepewny wierności swojej armii poprosił o pomoc Berlin. Kaiser uzależnił wsparcie od współdziałania Petersburga.

Do czasu spacyfikowania miasta, zostało mianowanych dwóch gubernatorów: von Staufenberg z Niemiec i von Ungern z Rosji. Przyjechali razem pociągiem „Przyjaźni”. Tak w Paryżu pojawiła się niemiecka piechota, a wokół rosyjska kawaleria. Oczywiście chodziło o „odwieczną i dozgonną” przyjaźń francusko-niemiecko-rosyjską.

Do Luwru pierwszy dotarł von Ungern. Konie lepiej radziły sobie na gruzach niż samochód. Na czele jechał baron z rotmistrzem kozaków. Za nimi Tamara, trzymając trzyletniego Antosia przed sobą w siodle, otoczona przez jazdę. Widziała twarze przechodniów pełne nienawiści i strachu, a sama wśród Zabajkalców czuła się bezpiecznie. Poprzednio tyle czasu mieszkała w Paryżu, patrzyła czy nie zobaczy kogoś znajomego.

Miała w cholewie jeździeckich butów sztylet i w lewym olstrze przy siodle rewolwer. Zupełnie jakby jej ufali, ale co mogła zrobić? Strzeli baronowi w plecy, to ją rozsieką. Ba, wyjmie rewolwer z olstra, to jej go wytrącą nahajem.

Jutro już miał przylecieć sterowiec barona z Wasylem na pokładzie. Poczekała aż wszyscy się rozlokują i usną. Antoś spał jak zabity. Baron też chrapał. Ubrała się w jego płaszcz kawaleryjski i postanowiła wyjść przez kuchnię. Już następnej nocy byłoby to niemożliwe. Chciała tylko zobaczyć swoją córkę Marię-Christine i może męża.

– Chcesz resztę kary spędzić w kajdanach? – Jeden kozak złapał ją za rękę już za drzwiami. – Wracaj i nikomu nie powiem. Robisz miłe wrażenie.

Poczekała do śniadania i odważyła się spytać barona, czy może zobaczyć córkę.

– Po południu będzie sterowiec i Wasyl. Odprowadzi cię. Podaj adres, Tamara.

Milczała. Czuła się teraz bardzo głupia.

– Adres, bo każę odliczyć parę nahajów! – baron podniósł głos. – W pysk dam!

Nigdy nie kazał jej bić, ale w Paryżu mieszkał mąż. To zmieniało podejście Romana. Powiedziała.

– Zgadza się – przyznał baron. – Znałem go już, ale chciałem sprawdzić twoją szczerość.

Wczesnym popołudniem przyleciał dyspozycyjny sterowiec barona, projekt eksperymentalny, był ciągle używany. Został kupiony w Zeppelinwerke, ale wyposażony w napęd turbinami Tesli, zasilanymi akumulatorami pary. Miał ogromną wartość sentymentalną.

Miał służyć w Paryżu jako środek łączności między von Ungernem a dowództwem konarmii. W jej skład wchodziły trzy pociągi pancerne, więc było z czego naładować.

Wasyl przywiózł oczywiście coś jeszcze. Tym razem Tamara się postanowiła zbuntować. Chciała go zmusić, żeby ją dotknął, tak na przekór baronowi i wszystkim.

– Zakładaj! – zakomenderował kolejny raz.

– Nie, sam mi załóż! Boisz się? Taki duży! – zakpiła.

W ciągu kwadransa leżała na stole, dwóch kozaków trzymało ją za nogi, dwóch za ręce, jeden za głowę i szósty zakładał pas cnoty.

– Puszczajcie! Sama…

– Ciaśniej! Bo sobie zdejmie – komenderował Wasyl. – Trzeba było o tym pomyśleć wcześniej.

– Nie koślawa – skomentował Tamarę jeden z kozaków, jak oddawał kluczyk Wasylowi.

Resztę ubrania musiała sobie założyć sama, w tym wygodne spodnie do konnej jazdy, wykonane przez krawca w Petersburgu na najnowszą angielską modłę.

Jechali we czwórkę, dwóch kozaków, Tamara i Wasyl. Mieszkała tam tyle czasu, drogę znajdowała bez trudu, choć teraz wszystko wyglądało inaczej.

Niemcy do rozbijania barykad używali haubicoarmat zwanych „Młot Kaisera”, ustawionych do strzelania na wprost. Czasami pocisk przelatywał przez kilka budynków, zanim trafił w cel. Nie każda kamienica wytrzymywała to ćwiczenie.

Uciążliwość pasa cnoty w czasie konnej jazdy była znacznie większa niż się spodziewała. Jak znaleźli się na miejscu, była taka zdrętwiała, że nie mogła zsiąść.

– Wasyl! Przytrzymaj mi kolano.

Gestem kazał kozakowi pomóc Tamarze unieść się nad siodło, po chwili dała radę zeskoczyć. Przyszło jej do głowy, że większość gestów, jakie się przyjęło świadczyć damie na koniu, pomaga wyłącznie, jeśli się ma pas cnoty. Może nie tylko ona musi to nosić?

„Nie, to paranoja”, pomyślała, idąc po schodach.

Za nią podążał Wasyl i kozacy. Mieszkanie było puste, nikogo w nim nie zastała, wyłamane drzwi, splądrowane wnętrze, zły znak.

***

Złapani powstańcy byli rozstrzeliwani na miejscu. W plutonach egzekucyjnych byli głównie Francuzi, ale to baron dostał przydomek Krwawy.

Jednego dnia, kozakom z osobistej sotni von Ungerna zginął koń bojowy. Pewnie z podjezdkiem byłoby inaczej. Złodziej, mieszczuch z Paryża, daleko nie ujechał. Uciekał mostem du Carrousel, dotarł do Ogrodu Luksemburskiego.

Na polecenie wydane gwizdem koń zrzucił jeźdźca na trawnik. Złodziej błagał, żeby go nie zabijać, ale kozacy stwierdzili, że zakopać i tak trzeba, zgodnie z regulaminem.

O tym wypadku rozpisała się prasa i odium spadło na barona. O kilku następnych, podobnych – też. Kozacy zabajkalscy, jako Azjaci, bardzo zwracali na siebie uwagę, zupełnie nie, jak „kulturalni” Niemcy czy Francuzi.

Odessa

Do tej pory Tamara myślała, że jej katorga polega tylko na byciu damą do towarzystwa dla barona. Tak jej rolę na zamku rozumiała matka Romana. Tamara cieszyła się, że może malować i wychowywać Antosia.

Zajęcia na strzelnicy, żeglowanie, jazdę konną czy zabawy z Wasylem w coś, co nazywał „podstawami szermierki” uważała za rozrywkę. Tak samo – partyjki w szachy z baronem czy w brydża, jeśli byli goście.

– Antoś jest wystarczająco duży, żeby zostać bez ciebie kilka dni.

– Możemy pojechać razem.

– Nie możesz go narażać. – Zdecydował baron. – Do wytropienia masz komórkę bolszewików w Odessie.

Tamara milczała zaskoczona, więc von Ungern wyjaśniał dalej.

– Dostaniesz fałszywe papiery, że niby katorgę skończyłaś i będziesz szukać pomocy wśród swoich. Szukamy Arszaka Aleksandrowa, znasz?

– Nie.

– Wystarczy, że znajdziesz jakiegokolwiek bolszewika. Miejscowi żandarmi sobie poradzą, będziemy z Wasylem blisko…

„A jak odmówię?”, Tamara się zastanowiła. „To będzie nahajem?”.

Nie odmówiła. Wagon czwartej klasy, miała na sobie swój własny waciak. Pewnie kazali komuś go nosić bez przerwy przez kilka miesięcy, bo wyglądał na bardzo zużyty. Znaczy, że przygotowywali się do tej operacji przez dłuższy czas.

Wysiadła w twierdzy Sewastopol. Tam, za resztki pieniędzy miała kupić bilet na statek. Oczywiście zainteresowała się nią policja, musiała pokazać ten fałszywy papier poświadczający odbycie katorgi.

– Co robiłaś? – spytał.

– Byłam nauczycielką.

– I takie długie pióra ci zostawili? – zdziwił się, widząc warkocz wystający spod papachy.

– Dziecko urodziłam… – zabrzmiało jak usprawiedliwienie, ale policjant zrozumiał, bo się roześmiał.

– Idź! Bliat’.

W czasie rejsu z Sewastopola do Odessy było gorąco, nie pozwolono pasażerom najniższej klasy wychodzić na pokład, żeby nie razić oczu i nosów tych lepszych.

Nad portem unosił się sterowiec barona. Oczywiście nawet jej do głowy nie przyszło, żeby na niego zbyt długo patrzeć, a co dopiero się zbliżyć do wieży cumowania.

Dotarła do Odessy, zwróciła na siebie uwagę, szukała pracy, i co? I nic!

Co gorsza sama zaczęła zauważać bandę tajniaków, którzy się za nią włóczyli. Musiała być ich ponad setka, biorąc pod uwagę zmiany. Przy obsesyjnej zazdrości barona, trudno się dziwić.

– Musimy spróbować jeszcze raz – stwierdził baron. – Tylko lepiej cię przygotować…

– I puścić za mną więcej tajniaków?

– Przecież sama sobie nie poradzisz!

– Poradzę, i będę nawet nosić pas cnoty, który tak lubisz… – powiedziała i jęknęła na myśl o swojej własnej głupocie.

***

W Konstantynopolu Tamara wysiadła z Orient Expressu. Czekał na nią maybach, przerobiony na akumulator pary. Była z nią służąca i lokaj, który wyglądał jak ochroniarz, oczywiście Wasyl.

Na statku pasażerskim miała osobną kabinę. Drugą wynajęto dla służby, przynajmniej oficjalnie. Ze względu na obsesję barona, musiała mieszkać z Wasylem w jednej. Jemu się to też nie podobało.

– A co jest nie tak z kobietami, że wolisz mężczyzn? – w końcu go zapytała.

Nosiła się z tym zamiarem od dawna, od lat.

– Są fajniejsi. A ciebie kręcą kobiety?

– No tak – zgodziła się z tym rozumowaniem.

Szykowała się do luksusowej kolacji na statku. Musiała pójść sama, bo wstęp dla służby był wzbroniony. Mówili na tę okazję „Bal kapitański”. Przydzielili jej stolik z jednym samotnym panem i z małżeństwem.

– Mój mąż wreszcie pozwolił mi wyjść z domu – pochwaliła się Tamara. – Płynę do Odessy, bo chciałabym trochę życia skosztować, zanim będę tak samo stara, jak on.

– Może się przedstawimy? – zaproponował jeden z mężczyzn, ten samotny.

– Podróżuję incognito – wyjaśniła Tamara. – Możecie mówić o mnie madame X. – Zaprezentowała obrączkę, niby dyskretnie.

Oczywiście goście sprawdzili na kogo jest wynajęta jej kajuta. Nie było to trudno. Okazało się, na starego austriackiego arystokratę.

***

W Odessie, w hotelu, Tamara skierowała pierwsze kroki do concierge. Nie była pewna czy zrozumiał, bo nie mogła zapytać wprost: „poszukuję miejscowych satanistów, bo chciałabym wziąć udział w Czarnej Mszy”.

– Mam mieć jedną noc wolną – przypomniał Wasyl.

– A kluczyk?

– I tak wrócę przed północą – zaśmiał się. – Nie pij za dużo. Zostawiłem na recepcji i tylko ona może go wziąć, ale rano, jakbym nie wrócił. – Wskazał na służącą Estonkę. – To portowe miasto.

Wasyl przyniósł ze swojej eskapady ciekawe kontakty. Nazywało się to „nocne zwiedzanie katakumb” i trochę kosztowało. Tym razem concierge już rozumiał pytanie.

– Powóz zajechał po panią X. – Boy pokłonił się w pas, liczył na napiwek i nie zawiódł się.

Było ledwo po północy. Rzeczony powóz okazał się furmanką, na której już siedziało kilkoro ludzi. Zdecydowanie nie wyglądali na chłopów. Ubrani byli jak w żałobie, Tamara też.

Przed wejściem do podziemi stało już kilka furmanek, ale żadnych świateł – oprócz ogników papierosów woźniców. Lampy naftowe w korytarzu wskazywały drogę do szatni.

– Trzeba się przebrać w szaty ceremonialne – powiedział człowiek w masce. – Pani to też dotyczy, madame X. Peleryna…

– Nie będzie konieczna – przerwała mu. – Dwoje dzieci temu byłam modelką, ale nie jest jeszcze bardzo źle. Chcę służyć naszemu panu jak najlepiej. I tak nie mogę uczestniczyć w ceremonii jakbym chciała, mam na sobie wyraz patriarchalnego ucisku męża – wyznała, nie musiała pokazywać palcem.

– A to zapraszamy do pierwszego rzędu. – Szatniarz coś skreślił na kartce.

***

Zakrzywiony jak sierp nóż kapłana rozdarł gardło ofiary. Z szyi efeba popłynęła krew prosto do pucharu z obsydianu. Na naczyniu były wyryte symbole i napisy nieczytelne nawet z pierwszego rzędu. Tamara stanęła na palcach, żeby się lepiej przyjrzeć, ale sobie przypomniała, że nie po to tu jest. Odwróciła się, żeby popatrzeć po zebranych. Z pierwszego rzędu widziała wszystkie twarze, wpatrzone teraz nieruchomo w krwawą ofiarę.

Umierający chłopak nie wyglądał na dobrze odżywionego. Musiał pochodzić z jakiejś biednej rodziny.

Gwizdek, pierwszy i drugi. Policja wtargnęła do katakumb, zrobiło się zamieszanie.

***

– Którzy to? – spytał baron.

Na stole leżały świeżo wywołane zdjęcia, jeszcze mokre.

– Ten, ten, ten i ta. – Tamara pokazała.

– Jesteś pewna? To nie jest sprawa obyczajowa.

– Przecież było morderstwo! – przypomniała Tamara.

– To dalej sprawa obyczajowa i policji. Jesteś pewna? – powtórzył baron.

– Prawie. Niech ich żandarmi przycisną, sama za cały korpus robić nie dam rady – wyjaśniła. – Tylko oni chodzili tym „rewolucyjnym krokiem”.

Tamara chciała wrócić do Rewla jak najszybciej. Miała niedokończony obraz i nie podobało jej się na tak długo zostawiać Antosia samego z piastunką.

– Chcesz powiedzieć, że jakbyś popatrzyła na ulicy, to poznasz bolszewika po tym, jak chodzi? – dopytywał się z niedowierzaniem baron.

– No nie – zaśmiała się. – Oni chodzą takim krokiem tylko wśród swoich.

– O właśnie! Szatniarz zeznał, że proponował ci pelerynę. Nie musiałaś stać w pierwszym rzędzie całkiem na golasa.

– Całkiem goła nie byłam. Miałam buty i majtki, te metalowe. – Tamara wzruszyła ramionami. – A w saunie przy gościach, Roman? Sam mi kazałeś. Jakbyś się mną chwalił…

– Ale przy swoich…

– Dla mnie bolszewicy, sataniści, nihiliści i wszelkiej maści bezbożnicy to swoi!

– Wydurniasz się?

– Zgadłeś – wybuchnęła śmiechem.

Epilog

Sterowiec barona zacumował do wieży przy samym brzegu Zatoki Fińskiej. Czekał na niego pokojowiec carycy. Nie szli w kierunku Wielkiego Pałacu Peterhoffu, ale pawilonów Monplasir. Minęli Wielką Kaskadę, ale fontanny dzisiaj nie działały. W sali Piotra Wielkiego posadzka była wyłożona kwadratowymi płytami marmuru na przemian czarnego i białego. Dużą część ściany zajmowały okna. Górną płytę kominka wspierały kolumny, które wydawało się, są wykonane z jednego kawałka nefrytu.

– Baronie von Ungern! Jesteś świadectwem wartości smoczej krwi, powiernikiem wiecznego płomienia, który u kresu dziejów spopieli to, co zgniłe w nowożytnym świecie. – Tak imperatorowa Anastazja przywitała Romana na audiencji w Pałacu Zimowym.

Była ubrana w czarną suknię z długimi rękawami i perły. Nie wyglądała jak na ikonach i plakatach. Ta dostojność nie wymagała rekwizytów. Baron skłonił się.

– Wasza cesarska mość jest nazbyt łaskawa. Po prostu się udało.

– Sam na to wpadłeś, czy ta twoja katorżnica?

– Ona.

– Spodziewałam się, że jak tak wydziwia i marudzi, to musi być z niej jakiś pożytek. Większy niż tylko kojenie bólu twojego serduszka po tym, jak cię ta chińska żona zostawiła. Nie chcemy, żeby się nudziła, panie baronie.

– Wasza cesarska mość się nie myli.

– Tym razem nie – zgodziła się Anastazja. – A Tamara bardzo tęskni za Marią-Christine?

– Tak.

– To dobrze. – Imperatorowa dała delikatnym skinieniem głowy znak, że audiencja skończona.

Rozkazy miała zwyczaj wysyłać na piśmie przez kancelarię.

***

– Jak wpadłaś na to, żeby bolszewików szukać na Czarnej Mszy? – spytał von Ungern, kiedy wrócił z Petersburga. – Przecież jak Boga nie ma, to i diabła…

– Nawet Koba podpisywał swoje wiersze najpierw Demonoszwili, czy tam Biesoszwili, dopiero później Soso – przypomniała Tamara.

– Ty się musiałaś w nim kochać! – Baron popatrzył podejrzliwie. – Ciągle Koba to, Koba tamto…

– Nie ja, to koleżanka.

Kilka dni minęło, zanim Tamara uświadomiła sobie, że z ofiary stała się, może jeszcze nie łowcą, ale już przynętą. Do rana nie mogła usnąć.

„Czy Marie-Christine o mnie w ogóle pamięta?”, nie przestawała myśleć. „A co z mężem?”.

W głowie Tamary powoli powstawał misterny plan odegrania się na baronie za to wszystko, co jej zrobił. Ta myśl pozwoliła jej spokojnie zasnąć.

Koniec

Komentarze

Witaj.

Raz jeszcze bardzo dziękuję za zaproszenie oraz za całość bety. :)

 

Opowieść oparta na historii alternatywnej (co jest niełatwym zadaniem), stanowiącej tło burzliwych dziejów poznanej już wcześniej (w kontynuacji pt. “Para i potwory”) nauczycielki oraz malarki, Tamary. Potworność wydarzeń, przez które musiała przejść, stawia ją w całkiem innym świetle, pokazuje siłę i determinację, wywołuje mimowolnie względem niej współczucie oraz podziw. Wie, że jest pozostawiona sama sobie, rozłączona z bliskimi, skazana być może na pewną śmierć. 

Moim zdaniem na wyjątkowe brawa zasługuje stworzona przez Ciebie charakterystyka osobowości każdej prezentowanej postaci, szczególnie głównej bohaterki.

 

Pozdrawiam. ;)

Pecunia non olet

Bardzo dziękuję za miłe słowa i za nieocenioną pomoc przy becie.

 

Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję :-)

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

To ja raz jeszcze bardzo dziękuję. :). 

Pomoc z mojej strony była marginesowa, opowiadanie w sumie już od początku prezentowało się doskonale. :) Masz świetny styl i każdy tekst to potwierdza. :)

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Całkiem udane domknięcie historii od tyłu, wyjaśnia wiele rzeczy, których dotychczas trzeba było się domyślać. Niczym bardzo nie zaskakuje w kontekście dwóch pozostałych części, pewnie dlatego doczekało się na razie niewielu komentarzy, ale naprawdę stanowi wartościowe uzupełnienie.

Trochę inaczej wyobrażałem sobie początek znajomości barona z Tamarą, ale myślę, że wyszedł całkiem dobrze. Nie mam zupełnej pewności, na ile to realistyczne, że najpierw traktował ją jako niewolnicę seksualną, a potem stopniowo rozwinęli do siebie jakieś przywiązanie i nawet głębsze uczucia; chociaż pokazujesz, że od początku odczuwała jakąś szczególną fascynację postacią Ungerna, więc może… Są sceny ciepłe i rozczulające, jak kiedy Tamara rozmawia z matką swojego pana; są też odpowiednio obrzydliwe, jak ta z szóstką Kozaków (piszesz małymi literami “kozaków”, ale chyba masz jednak na myśli Kozaków w sensie etnicznym, a nie kozaków w dawnym znaczeniu forysiów). Zegarmistrz “mnie nie obchodzi, w co się moi klienci bawią” również całkiem udany.

Przeszkadza ciągłe wplatanie postaci historycznych znanych z naszej gałęzi świata. Gdyby się jedna przypadkiem trafiła, można by w to jeszcze uwierzyć, ale kiedy bohaterowie ciągle spotykają a to Stalina, a to Jeżowa, a to kogo bądź, jako ludzi prostych i nic nieznaczących – odbiorca po prostu zaczyna wątpić w to, co czyta, traci zanurzenie w Twoim świecie. Już Ci o tym mówiono. Jak wcześniej wspomniałem, przypadł mi tu tylko do gustu inżynier Surzycki w Zakładach Putiłowskich, choć wyszło Ci to pewnie przypadkiem, bo jest w tym przepyszna ironia, że bohaterka zakuta w pas cnoty (wówczas czy wkrótce potem) spotyka właśnie męża Jadwigi z Chałubińskich, autorki Szkoły czystości życia.

Czarna msza nawet udana, choć nie jestem pewien, ile w tym realizmu historycznego: czy to możliwe, aby w późnej Rosji carskiej jacyś komuniści lub anarchiści przeprowadzali takie obrzędy z ofiarami z ludzi? Czy to nie jest raczej jakiś wymysł propagandowy? Tak czy inaczej – fabularnie się bardzo ładnie broni i naprawdę przypadła mi do gustu ta scena. Przypominam sobie ogromnie ciekawy opis czarnej mszy w Nietocie Micińskiego. Pozwolę sobie przytoczyć wstępny fragment na zachętę:

Ktoś dotknął jego ramienia.

Wieszczka Mara stała tuż obok, twarz jej była sinoblada, skinęła, żeby szedł za nią – i poszli za kilka jodeł na wzgórzu.

– Pan musi teraz okazać się tym, kim Pan jest w istocie swej: nie tylko człowiekiem poważnym i głębokim, lecz i umiejącym za miłość swą walczyć. – Gniew zaczął ogarniać Ariamana; właśnie była pora, aby jego szalony, Achillesowy gniew jeszcze w tym kierunku podjudzać!

Więc rzekł: – słucham.

– Niech Pan nie mówi tym tonem albo odejdę.

– Będę się starał zrozumieć.

– Czy pan kocha Zolimę?

– Nie dałem nikomu prawa o tym nawet domyślać się –

– Ja wiem, że to nie jest dla pana, to pana może tylko poniżyć. Zresztą, pan głęboko jest przywiązany do swej chaty i ma swoje własne przeznaczenie. Mówię dlatego, żeby pana prosić o wielką, braterską opiekę nad Zolimą.

– Cóż jej zagraża? –

Wieszczka Mara niemal się dusiła, nie mogąc mówić.

– Jest tu jedna rzecz tajna i potworna. Książę Hubert należy do stowarzyszenia Czarnych Magów, czcicieli Diabła. Mam teraz pewność, że i Zolima. Dowiedziałam się o tym w ostatniej chwili. Każdy, kto będzie miał znak Bafometa, będzie mógł wejść. –

Zdumiał się Ariaman, bo niedawno bez żadnego powodu mówił istotnie Książę o Bafomecie…

– Tu jest ten znak. Wierzę w Pańską siłę i odwagę. Czy mogę liczyć na przezorność?

– Jaką?

– No, żeby pan sam nie zginął – i –

– I?

– i żeby Pan nie dał zginąć Zolimie.

– Wolę nie brać żadnych zobowiązań, nie chcę też wchodzić tam niewzywany. Ale i tak ja niewidzialny to zebranie będę widział. Gdzie ma się odbyć zebranie – ta Msza Czarna?

– W kaplicy, która jest przy zamku Muzaferidów. Trzeba spieszyć tam. To będzie przed północą. A jest pięć mil i już zachodzi słońce. –

 

Z drobnych błędów czy wątpliwości, które rzuciły mi się w oczy:

Było przeklęcie: „obyś cudze dzieci uczył”. To za mało! Twórcy nawet sobie nie wyobrażali jak to jest uczyć chińskie dzieci rosyjskiego.

Przekleństwo chyba? Czy nawet: klątwa.

Górną płytę kominka wspierały kolumny, które wydawały się wykonane z jednego kawałka nefrytu.

Nie jestem pewien, o jakim rozmiarze kolumn tutaj mowa, ale zacytuję ekspertyzę pewnego geologa dotyczącą podobnych kolumn na Wawelu:

Przede wszystkim b. wątpię, czy są gdzieś w Rosji złoża z takimi blokami nefrytu, by dało się z nich wyciąć całe kolumny paru m wysokości. A z fotki widać, że to nie są kolumny sztukowane z kawałków, tylko 1 kolumna = jedna bryła. Sama skała też mi na nefryt średnio wygląda, może jaspis krymski (?), może coś innego, trudno orzec bez badań. (…) Nefryt to nie serpentynit, marmur, jaspis – jest znacznie rzadszy i mniej bloczny. Tak naprawdę nawet (…) prestiżowe świątynie (…) np. stołeczny Sobór Isakiewski (Sobór św. Izaaka) ma słynne kolumny ołtarzowe owszem z malachitu i lazurytu, ale to tylko wykładzina – same kolumny są z jakiegoś barachła. (…) Bo o ile nefryt z jaspisem jeszcze idzie pomylić, bez oglądu i szlifów, to ów malachit to już totalna amatorka autora książki. Człowiek chyba w życiu malachitu nie widział. Dobrze, że nie napisał, że kolumny zrobiono z prasowanej sałaty, też w końcu zielona.

Jakoś bardzo nasycony cytatami mi ten komentarz wychodzi, chyba będę powoli kończył. Jakość językowa, ogółem, zdaje mi się wyższa niż w poprzednich tekstach, choć dałoby się jeszcze wiele poprawić, zwłaszcza pod kątem interpunkcji. Niewątpliwą korzyścią jest tutaj wprowadzenie czytelnika w pewne kwestie, które przy lekturze rozpoczynanej od Pary i potworów nie wydają się oczywiste, na przykład osobiste zaangażowanie carycy czy homoseksualizm Wasyla.

Głosik do Biblioteki będzie. Dziękuję za możliwość lektury!

Dziękuję za komentarz. Klątwę ← przeklęcie poprawiam.

O realizm Czarnej Mszy się nie martwię, w końcu to alt-hist. Puchar z obsydianu jest realistyczny, nóż w kształcie sierpu też. Troszeczkę wziąłem od La Veya, ale tylko na smak. Jak to wyglądało w Rosji nie wiem, ale mogło podobnie.

Nikołaj Jeżow sobie wpisał w CV, że w Zakładach Putiłowskich pracował, więc mam nawet na potwierdzienie moich stwierdzeń papier :-)

btw: uważam, że nie pracował, tak na poważnie.

spotyka właśnie męża Jadwigi z Chałubińskich, autorki Szkoły czystości życia.

Akurat jeszcze zakuta (zapięta raczej) nie była. Ale ironia – uważam niezła.

 

Nefryt :-)

Oczywiście tak wielkich brył tego kamienia nie ma, ale w Peterhoffie i w tej komnacie w Montplasir (Piotra Wielkiego) takie kolumny są. Była moda (chyba w XVIII wieku) pokrywania kolumn drobnymi nefrytami, że nawet z bliska wyglądają jak z jednego kawałka kamienia.

Pozwoliłem sobie na lekkie mącenie czytelnikowi w głowie:

Górną płytę kominka wspierały kolumny, które wydawały się wykonane z jednego kawałka nefrytu.

Wydawały się, ale nie są! Mi też się wydawały, nawet jak na nie patrzyłem z kilkunastu centymetrów :-)

 

Trochę studiowałem (i konsultowałem z samą boską Reg) ortografię słowa kozak. Wyszło, że Kozak astrachański pisze się wielką, bo to etnos, a kozak jako żołnierz określonej formacji, pisze się małą jak huzar czy kawalerzysta.

 

Bardzo Tobie dziękuję za przeczytanie i za dobre słowa.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Dziękuję za zainteresowanie komentarzem i obszerną odpowiedź. W szczególności…

Akurat jeszcze zakuta (zapięta raczej) nie była.

Dlatego napisałem wówczas czy wkrótce potem. Co do czasownika – tak naprawdę żaden w pełni nie pasuje, bo zapiąć chyba we wszystkich normalnych zastosowaniach implikuje możliwość samodzielnego rozpięcia (zapina się ubranie, pasy w samochodzie), a z kolei zakuć oznacza literalnie połączenie elementów przy użyciu obróbki metalu, z jedynym wyjątkiem frazeologizmu zakuć w kajdany (też stąd, że historycznie spinano je nitami).

Wyszło, że Kozak astrachański pisze się wielką, bo to etnos, a kozak jako żołnierz określonej formacji pisze się małą, jak huzar czy kawalerzysta.

Całkowicie się z tym zgadzam, po prostu słowo “kozak” w znaczeniu żołnierza wojsk autoramentu kozackiego jest współcześnie rzadkie i stale odnosiłem fałszywe może wrażenie, że piszesz jednak o ich przynależności etnicznej.

Wydawały się, ale nie są! Mi też się wydawały, nawet jak na nie patrzyłem z kilkunastu centymetrów.

Tutaj dziękuję za wyjaśnienie. Mam nadzieję, że przytoczona ekspertyza mimo wszystko się spodobała.

Dlatego napisałem wówczas czy wkrótce potem.

Naprawdę podziwiam skrupulatność Twojego czytania, ale cierpię na (inżynierską) manię doprecyzowywania.

Na przykład z tymi nefrytowymi kolumnami do kominka :-) Od razu zauważyłeś, że za duże jak na wykonane z jednego kawałka.

btw: oryginalnie planowałem spotkanie w Carskim Siole w Bursztynowej Komnacie, ale podejście do cumowania sterowcem tam byłoby trudniejsze.

 

Bardzo mi się podobają Twoje komentarze. Są pomocne i ciekawe.

Co do czasownika zamknąć, zakuć, zapiąć w odniesieniu do pasa cnoty to kompletnie nie wiem. “Zamknąć w” nie pasuje, bo wywołuje automatyczne skojarzenie z Żelazną Dziewicą. Dlatego pisałem “zakładać”, albo “nosić”. Ten gadżet chyba więcej w moich opowiadaniach nie wystąpi, więc temat zamknięty. Może jeszcze w “ścinkach”, bo planuję wrzucić do fragmentów jakieś scenki, które się nie zmieściły.

Jeszcze raz Ci dziękuję!

R.

PS (edit):

Jeśli istnieje potrzeba (wola ludu ;-) ) aby zamieścić linki do okultystycznych i demonicznych źródeł socjalizmu-komunizmu-bolszewizmu (powiedzmy marksizm-leninizm, żeby nie pisać epistoły), to służę.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Cześć!

 

Rzeczywiście dużo tu historii alternatywnej i sporo humoru historycznego. Lenina zabili, Paryż zburzony a Tamara wyrwała się z katorgi i rozbija się po świecie. Zastanawiam się, czy jest to samodzielne opowiadanie czy fragment, bo akcja się tu ani nie zawiązuje ani nie kończy, a pokazane wydarzenia zdają się być tylko częścią z czegoś nieco dłuższego. Widziałem odnośniki w przedmowie, ale jeszcze ich nie czytałem. Bardzo spodobały mi się motywy steampunkowe, choć akumulator pary to daleko pojechana koncepcja, zwłaszcza w maszynach latających. Ale cóż, historia alternatywna to i fizykę można trochę nagiąć (dla klimatu)

Napisane sprawnie, bez zgrzytów jak na moje oko. W pierwszym akapicie trochę uderzył natłok krótkich zdań, ale później było już lepiej. Niemniej, co jakiś czas doskwierały takie miejsca, gdzie niezbyt to pasowało. Bohaterka robi wrażenie nieco liścia na wietrze, ale w sumie jaki ma wybór. Ale zabrakło – choć symbolicznie – jakiegoś w niej buntu.

 

Z rzeczy edycyjnych tylko jedna mi się rzuciła:

Baron dostał polecenie od imperatorowej, żeby namówić Nikolę Teslę na pracę dla Rosji. → Baron dostał polecenie od imperatorowej, żeby namówić Nikolę Teslę do pracy na rzecz Rosji.

To brzmiał trochę niezręcznie, może tak lepiej.

 

Pozdrawiam i zastanowię się nad biblioteką (tekst jest przyjemny, tylko ta fragmentaryczność…)

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Dziękuję za przeczytanie i komentarz, który właściwie przedstawił wszystkie koncepcje, jakie chciałem w tekście zawrzeć:

 

  1. akumulator pary moim zdaniem nie nagina fizyki, a jedynie znaną nam (i im) technologię. Nie jest urządzeniem niemożliwym w takim sensie jak perpetuum mobile któregokolwiek rodzaju. Dla “latającego” steampunku jest (przynajmniej dla mnie) konieczne fabularnie, bo inaczej się kalkulacja masa-energia nie trzyma.
  1. to jest jawny prequel, ale starałem się, żeby stanowił osobną całość. Co oczywiście mogło się nie udać.
  1. główna bohaterka znalazła się nieco przypadkowo w “trybach historii”. Opowiadanie miało pokazać jej transformację z bezsilnej ofiary w trybik. Buntu trochę jest, ale nie tyle, żeby sobie krzywdę zrobić.

Zdanie poprawiłem, pierwszy akapit też lekki szlif dostał.

Bardzo dziękuję!

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Na pewno na uwagę zwraca klimat historii. W jakiś sposób mi bliski, bo w podobnych, tylko nieco wcześniejszych, czasach dzieje się akcja przygód Tomka Wilmowskiego, więc skojarzenia i obrazy carskiej Rosji łatwo przychodziły.

Podoba mi się także koncept fabuły, bo jest dynamicznie, czasem nawet nieco zbyt dynamicznie, ale to tylko momentami. Przejścia pomiędzy poszczególnymi miejscami bardzo na plus. Całość napisana sprawnie.

 

Jeśli chodzi o minusy – nie podoba mi się główna bohaterka. Nie czuję powagi sytuacji, kiedy zostaje wysłana na wschód. Kiedy podróżuje w ciasnym wagonie nie czuję strachu i dramatu. Nie czuję tęsknoty za córką i mężem.

Potem bohaterka żyje na Syberii i zaczyna podróżować z baronem. Tutaj też nie łapię, że przyjmuje to wszystko tak na spokojnie. Nawet jakby jej zachowanie wskazywało na syndrom sztokholmski, ale tutaj tego nie ma. Idzie i robi to, co baron każe i pomimo, że w ostatniej scenie chce zemsty, to tak tego nie czuć. Ot, musi odrobić te dziesięć lat.

 

Ogólnie to opowiadanie na plus. Idę do biblioteki.

Bardzo dziękuję za przeczytanie, komentarz i dobre słowo.

Jeśli chodzi o minusy – nie podoba mi się główna bohaterka. Nie czuję powagi sytuacji, kiedy zostaje wysłana na wschód. Kiedy podróżuje w ciasnym wagonie nie czuję strachu i dramatu. Nie czuję tęsknoty za córką i mężem.

Uczucia bohaterów z zasady wprowadzam szczątkowo. Głównie dlatego, że opierając się na relacjach ludzi, którzy byli w podobnych sytuacjach (wagon), tam nie ma miejsca dla refleksji. Istnienie się sprowadza do fizjologii: ciasno, jeść, pić, spać… i do obrazów, które widać przez okienko.

Dopiero istnienie na wyższym poziomie (nie zagrożona fizjologia) pozwala zrozumieć sytuację. Nie chciałem opisu, wolałem pokazać obrazy.

czasem nawet nieco zbyt dynamicznie, ale to tylko momentami.

A w którym miejscu, bo chciałbym poprawić na przyszłość?

 

Wielkie dzięki!

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Radku, cieszę się, że dane mi było dotrzeć do początków historii Tamary, ale też muszę wyznać, że tę część czytałam z jakby nieco mniejszym zainteresowaniem, albowiem o wielu sprawach tu opisanych napomykałeś już we wcześniej opublikowanych opowiadaniach. Tak więc ten rozdział dziejów bohaterki i towarzyszących jej postaci, choć był zacną lekturą i okazał się uzupełnieniem wiedzy o nich, nie wywarł już takiego wrażenia. Jednakowoż, podkreślam, czytało się naprawdę nieźle. ;)

Idę złożyć wizytę w klikarni, bo ufam, że poprawisz usterki.;)

 

W dłoni trzy­ma­ła pa­ste­lę, jej mąż czy­tał ga­ze­tę.Pastel jest rodzaju męskiego, więc: W dłoni trzy­ma­ła pa­ste­l/ pastele, jej mąż czy­tał ga­ze­tę.

 

– „O wojnę po­wszech­ną za wol­ność ludów, Pro­si­my Cię Panie. → Dlaczego wielka litera?

 

– Ta­ma­ra Or­szań­ska? – za­py­tal żan­darm. → Literówka.

 

Roz­mo­wy z matką Ro­ma­na von Unger­na były cięż­kie. → Roz­mo­wy z matką Ro­ma­na von Unger­na były trudne.

 

– Można – po­twier­dził. – Z ma­szyn mo­że­my wy­cią­gnąć 110% przez osiem go­dzin, ale potem mu­si­my ob­ni­żyć moc do 80%… → – Można – po­twier­dził. – Z ma­szyn mo­że­my wy­cią­gnąć sto dziesięć procent przez osiem go­dzin, ale potem mu­si­my ob­ni­żyć moc do osiemdziesięciu procent

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach. Nie używamy symboli.

 

– … i przejść na tur­bi­ny – dodał Tesla po nie­miec­ku. → Zbędna spacja po wielokropku.

 

Dia­bli­ca musi być ładna.” → Dia­bli­ca musi być ładna”.

 

Cze­kał na nią May­bach… → Cze­kał na nią may­bach

 

– To do­brze. – im­pe­ra­to­ro­wa… → – To do­brze. – Im­pe­ra­to­ro­wa

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za przeczytanie i opinię. Wahałem się czy da się z prequela zrobić coś ciekawego, ale się odważyłem wrzucić. Główną motywacją było Бог троицу любит, czyli omne trinum perfectum w nadziei, że nie zanudzę.

Poprawki naniesione.

 

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Bez obaw, Radku. Nie zanudziłeś. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst cierpi na prequelowatość – jak ktoś czytał inne części, to wie, jak się skończy ta. Tylko tło jest nowe.

Faktycznie, bohaterka wygląda na bezwolną. Każą coś, to robi, nawet wczuwa się w rolę i robi to dobrze (jak rozpoznawanie bolszewików po krokach). Trochę brakuje buntu, choćby pasywnego.

Ale czytało się nieźle.

Tak jest! – co na polski da się przetłumaczyć również jako „dokładnie”.

A po cóż tłumaczyć na polski coś, co jest po polsku napisane? Zdanie miałoby sens, gdybyś zaczął od oryginału “Tak toćno!”.

Babska logika rządzi!

Najważniejsze, że nie zanudziłem i dziękuję za przeczytanie.

A po cóż tłumaczyć na polski coś, co jest po polsku napisane? Zdanie miałoby sens, gdybyś zaczął od oryginału “Tak toćno!”.

“Так точно!” się transkrubuje z ć, a nie z cz?

Napisane jest po polsku, ale mówią po rosyjsku.

 

A cierpi na prequelowość połączoną z prequelowatością. Może kiedyś nadejdzie dzień, kiedy ulepię z tego wszystkiego wielkiego bloba. Chyba nie w tym roku.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

A nie wiem, jak się transkrybuje, z głowy pisałam, jak wymawiam. Ale chyba niektórzy wymawiają jako “cz”.

Babska logika rządzi!

OK, może zapamiętam. Acz wątpię, bo przecież nie raz tam zaglądałam, kiedy coś pisałam…

Babska logika rządzi!

Polubiłem ten tekst w trakcie bety, wielka historia miesza się tu z życiem ludzi z krwi i kości. Sporo smaczków, ciekawa postać głównej bohaterki, pozornie ułożona sytuacja kryje wielkie napięcie.

 

Z drugiej strony chętnie bym widział rozpisanie scen na dłuższe, żeby lepiej poczuć klimat i bardziej aktywną rolę Tamary.

 

Niniejszym klik.

Istotnie, klerycy mieli zwyczaj chować tabliczki czekolady między podręcznikami. Nazywali je teologią Menier.

Bardzo dziękuję za betę i klik.

Materiału do “Para i Tamara” (tytuł bardzo roboczy) zrobiło się na tyle dużo, że to przerasta objętość opowiadań, więc rozpisanie scen na dłuższe jest całkiem wykonalne.

Aktywna rola głównej bohaterki… – rozumiem, że Trocki uciekł z zesłania z beczką samogonu, ale nie każdy dałby radę. Poza tym (zaprojektowana na potrzeby opowiadań) osobowość artysty, w dodatku inteligentnego, trochę blokuje “siłę” działania, rozumianego jako podejmowanie akcji z własnej inicjatywy. Poza tym Trocki nie był w Daurii :-)

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Cześć, Radku!

 

Aż mi smutno, że to ostatnia “Para…” jaka jest dostępna na portalu. I znów dałem się porwać tej karuzeli, może trochę zbyt szybkich zdarzeń, specyficznego (dobrego!) humoru i niezmordowanej Tamarze. Tylko na Wasyla patrzyłem z lekkim smutkiem, bo… ech… polubiłem go.

W tym tekście lepiej się odnajdywałem niż w “porcie”, chyba było mniej skrótów, miałem chwile spowolnienia, żeby lekko ochłonąć, ale tradycyjnie wszedłeś na wysokie obroty :D

W całej serii świetną robotę robi historia alternatywna, pełna nawiązań do prawdziwych wydarzeń, ale jednak pisana na nowo. Ja bym chętnie przeczytał o Tamarze, albo nawet innej postaci w tym uniwersum, książkę, tylko właśnie bez rygoru “rozsądnej długości”, który chyba trochę skarcił te trzy teksty.

Jestem fanem.

Nie muszę polecać :)

 

Pozdrawiam!

 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Dziękuję Krokusie za przeczytanie i bardzo się cieszę, że się podobało.

 

Rzeczywiście “ostatnia jaczejka” ma mniej skrótów, bo powstała w wyniku przycięcia info-dumpa na początku “… i potworów”. Wyleciało jedynie spotkanie z marszałkiem Hindenburgiem w Luwrze i trochę Tesli. Czarnej mszy od początku nie chciałem za bardzo rozbudowywać, żeby się w rytach nie pogubić i instrukcji nie publikować.

 

Rzeczywiście “… i port” ucierpiał najbardziej, bo wyleciała prawie cała cegielnia i opis pracy kaiserowskiego wywiadu w kontekście Thugów.

 

W skrócie: “Dziękuję!”

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Nowa Fantastyka