- Opowiadanie: Cień Burzy - Pan Ból rusza do miasta

Pan Ból rusza do miasta

Na co komu fabuła, skoro można połamać kilka kości... i dobrze się przy tym bawić?

Miejcie jednak na uwadze, że to, iż ja się dobrze bawiłem, wcale nie znaczy, że Wy też będziecie. Wręcz przeciwnie, powiedziałbym.

 

Bardzo dzięki gravelkowi. Za wszystko. Zwłaszcza za to, że zaczekała z kolacją.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Pan Ból rusza do miasta

Snuję się opustoszałymi ulicami Miasta, za towarzystwo mając jedynie półmrok – bękarci pomiot mdławego światła wymęczonych latarni i spowitej smogiem oraz deszczem, wciąż jeszcze młodej nocy listopadowej – ciche plaskanie przemoczonych butów na spękanym chodniku oraz smród rynsztoków; natrętny, odrzucający, a jednocześnie odurzający, niczym pocałunek pijanej kochanki bezskutecznie próbującej zabić smak spermy tanim winem i drogimi papierosami.

Nie wiem dokąd idę i nie obchodzi mnie to. Mam czas i wiem, że Miasto skieruje mnie tam, gdzie powinienem się znaleźć – gdziekolwiek miałoby to być.

Bo Miasto pragnie oczyszczenia. Potrzebuje go.

Potrzebuje mnie.

A ja nadciągam nieubłaganie niczym mróz. Niczym rdza. Niczym ostatni oddech ostatniego na Ziemi człowieka.

To będzie wspaniała noc.

 

*

 

Osiedlowy parking, wschodnie obrzeża Miasta. Deszcz leje jeszcze mocniej, ulicami zaczynają spływać śmieci – najlepsza wizytówka i największe dziedzictwo naszej cywilizacji – noc ciemnieje tak bardzo, jakby już nigdy miał nie nastać świt.

Przystaję i patrzę na czarnego SUVa.

Nie ma identyfikatora.

Próbuję zrozumieć. Staram się wczuć w kierowcę i odnaleźć w sobie myśli oraz emocje, które towarzyszyły mu, kiedy – doskonale świadom, że oto dopuszcza się zbrodni pospolitego skurwysyństwa – zaparkował samochód na miejscu dla niepełnosprawnych i poszedł, najpewniej do swojego przytulnego mieszkania, rodziny i wielkiego telewizora.

Próbuję zrozumieć, ale nie potrafię. Nie chcę. Irytuje mnie to. Nie mogę pozwolić, by sam widok tego wozu zatruwał żywą krew Miasta gniewem i nienawiścią. Mnie już zatruł. W dobrej wierze otwieram drzwi – alarm zaczyna wyć jak wściekły; muzyka dla moich uszu – i szukam; może właściciel SUVa jednak ma prawo tu stać i tylko zapomniał wystawić identyfikator.

Ale nie.

Kopniakiem przestawiam więc samochód na niewielki, pełen psiego gówna trawnik rozciągający się między parkingiem a usypanym z betonu, stali i szkła obmierzłym ludziowiskiem, i choć kusi mnie, by zaczekać i przekonać się, kogo przywabi alarm, idę dalej.

Miasto czeka na mnie.

Po kilku krokach przystaję. Myślę o tym, co zrobi ten człowiek, kiedy ujrzy swój wóz i irytacja zamienia się we wściekłość. Wiem, że on też będzie wściekły; że zamiast cieszyć się największym szczęściem, jakie tylko mogło go spotkać – faktem, że uniknął prawdziwej kary – będzie złorzeczył i przeklinał cały świat, obwiniając go o to, za co sam ponosi winę. I że nigdy tego nie zrozumie.

Tak być nie może.

Zawracam.

Czekam.

Po chwili ktoś się zjawia. Kilka przypadkowych osób, jacyś przechodnie i lokalsi zirytowani nieustającym wyciem albo może po prostu żądni sensacji; lgnący do cudzego nieszczęścia jak robactwo do gnijącego truchła. Pytam. Nikt się nie przyznaje do SUVa. Nikt też nie zadzwonił na policję.

Ignoruję pragnienie, by rozgnieść wszystkie te żywiące się cierpieniem i tanimi sensacyjkami, tłuste od chorego podniecenia pluskwy – Miasto czeka na mnie.

W końcu przychodzi: elegancik zadowolony z pozbawionego jakiejkolwiek głębi życia podmiejskiej świni, tak mocno zrośnięty z garniturem, że choć widzę go po raz pierwszy (i ostatni) w życiu, ubranego w wygodne dresy, od razu wiem, że jest niekompletny.

– Jezu, kurwa! – krzyczy na widok tego, co stało się z samochodem. – Co jest?

– To twój wóz? – pytam.

– Eee… tak – odpowiada półprzytomnie, nie odrywając spojrzenia od tego, co zostało z jego samochodu. – Widział ktoś, co tu się stało? Nie rozumiem… Jak…

Przez moment odczuwam pokusę, żeby zapytać go, dlaczego zaparkował na miejscu dla inwalidów, ale nie robię tego. Odpowiedź wypisana na jego twarzy – twarzy, która z każdą kolejną sekundą ulega coraz wyraźniejszej entropii, wykrzywiona wściekłością i bólem straty, jakby postradał nie kupę blachy, a ukochaną osobę – jest rozczarowująca w swej oczywistości.

– Sam to sobie zrobiłeś.

Odwraca się do mnie gwałtownie. Wściekłość dodaje mu sił i odbiera rozum. Oślepia go.

– Coś ty powiedział!? Co to ma niby, kurwa, znaczyć!?

– Karny kutas za chujowe parkowanie.

Kładę ręce na ramionach zaskoczonego faceta i dociskam. Pada na kolana. Przy zderzeniu z asfaltem rzepki pękają jakby były ze szkła. Zaskoczenie, szok i ból są zbyt wielkie, by jego mózg należycie je zinterpretował. Ostatnie w jego życiu chwile nieprzepełnione udręką – prawdziwe błogosławieństwo, które szybko jednak przemija.

– Proszę. Teraz możesz tu parkować do woli.

Facet zaczyna krzyczeć, jakby…

No tak – jakby płonął żywcem.

Dokładnie tak samo.

 

*

 

Miasto kieruje mnie wprost do swojego zgniłego serca. Już z daleka wyczuwam gniew i nienawiść, unoszące się nad Centrum niczym opary trującego gazu.

Protesty. Manifestacja wciąż jeszcze pokojowa. Nie wiem, przeciwko czemu albo komu, i nie dbam o to.

Tysiące mieszkańców – większość już martwa, choć jeszcze tego nie wiedzą – tłoczy się na ulicach niczym strzępy mięsa, skóry, ścięgien i kości upchane w maszynce do mielenia, na włączniku której spoczął właśnie tłusty paluch rzeźnika.

Patrzę na wszystkich tych maleńkich ludzików i ich wielkie problemy, i chce mi się śmiać.

Bo to ja jestem rzeźnikiem.

I jestem głodny.

Miasto również jest głodne.

Ale mam czas. Miasto też ma czas. A droga bywa ciekawsza od celu.

 

*

 

Deszcz ustał. Tak po prostu. Zrobiło się za to zimniej. Powietrze, wciąż ciężkie od wilgoci, zdaje się zamarzać.

Siedzę na ławce z widokiem na opustoszałą ulicę, ukryty między dwiema plamami elektrycznego światła, i obserwuję grupę dzieciaków wykorzystujących sytuację w Mieście, by zabawić się na całego. Bez zahamowań, bez praw, osądów i kary. Nieśmiertelni swoją młodością. Gotowi rzucać wyzwanie całemu światu. Szkoda tylko, że nie starcza im wyobraźni na nic więcej niż robienie wokół siebie totalnego gnoju: przewrócone kosze, rozbite okna i witryny, drzwi lśniące uryną, porysowane samochody…

Jest ich siedmioro, pięciu naćpanych chłopaczków, może pełnoletnich, może nie, i dwie dziewczyny – z pewnością nieletnie. Jedna z nich naprawdę dobrze się bawi, nawet mimo gęstej, wystygłej już lepkości między udami – aż nazbyt wyraźnie wyczuwam echo szybkiego, brudnego, niemal przypominającego gwałt pieprzenia – ale druga wygląda, jakby znalazła się w naszym już teraz wspólnym tu i teraz w wyniku jakiegoś bardzo poważnego błędu, za który trwająca właśnie noc jest ostateczną, a przy tym wygórowaną zapłatą.

Kiedy są już dostatecznie blisko – vis-a-vis mnie, tyle że po drugiej stronie ulicy – odpalam papierosa i mocno zaciągam się dymem. Blask cuchnącego benzyną płomyka przyciąga ich uwagę.

– O kurwa, patrzcie! Kolejny jebany bezdomny. Dawaj go tu!

Dwaj z nich natychmiast obierają azymut na moją ławkę, wyraźnie podekscytowani – oto trafiła im się łatwa ofiara – pozostali ochoczo ruszyli za nimi. Tylko ta jedna nieszczęśliwa dusza waha się przez chwilę, jakby rozważała, czy skorzystać z okazji i uciec, czy może – jak każe sumienie – spróbować mnie ocalić przed swoim stadem.

Patrzę tylko na nią i czekam, co wybierze. Zastanawiam się, czy będę jej w stanie wybaczyć ewentualne tchórzostwo. A także, czy ona będzie w stanie to sobie wybaczyć.

W jej oczach dostrzegam całe spektrum dramatów ludzkiego istnienia: strach przed kolejnym dniem i rozpacz z powodu tych już zmarnowanych. Nienawiść i pogardę względem samej siebie, strach i obrzydzenie względem towarzystwa i litość dla samotnego głupca, któremu nieznane koleje losu, niczym splunięcie przeznaczenia, kazały siąść na ławce w parku i zwrócić na siebie uwagę jej zdegenerowanych znajomych.

Nie wie i pewnie nigdy zrozumie, że jestem tu dla niej.

W końcu podjęła decyzję: w kilku krokach dogania resztę, ale nadal trzyma się z tyłu.

Uśmiecham się do niej, choć pewnie tego nie widzi.

– Masz fajkę, kolego? – pyta jeden z nich, niemal przekonująco grzecznie.

Bez słowa wyciągam w jego stronę mocno już ogołoconą paczkę chesterfieldów. Wyrywa mi ją z dłoni, wyuczonym ruchem wytrzepuje z niej papierosa i wkłada go sobie do ust. Podaje dalej, nie pytając mnie o pozwolenie. Fajek wystarczyło jeszcze dla trzech. Czwarty zaklął i cisnął mi pustą paczkę pod nogi.

– A teraz ogień – nakazuje ten pierwszy. Typ podwórkowego lidera. Ambitny, przekonany o własnej charyzmie i zdolnościach, ale w rzeczywistości tak samo nijaki i pozbawiony ikry jak cała reszta.

Niemal ciekawi mnie, dlaczego pozostali zdecydowali się utrzymywać go w tej budzącej współczucie iluzji własnej zajebistości.

Niemal.

Odpalam zippo i wyciągam w jego stronę. Wyrwa mi ją, pozwalam na to, ale nim zdąży zrobić cokolwiek, zamykam jego dłoń na wciąż płonącej zapalniczce i nakrywam swoją. Szarpie się, ale ja tego nie czuję. Widzę tylko jego chaotyczne ruchy i nagły strach wypisany na twarzy.

– Spójrzcie, o wy, coście w grzechu zrodzeni i w grzechu śmierć wasza. Czyż w noc tę potworną jak cierpienie dziewicy, której przemoc cnotę wydarła, a rozpacz życie, oczy wasze dostrzec potrafią jeszcze gwiazd blask beznamiętny, czy już tylko ogień płonący u kresu tej drogi, co na manowce zwiodła dusze wasze skarlałe? – pytam w języku poetów, wpatrując się w złotoniebieski płomyk.

Nie rozumieją. Wpadają w konsternację. Tracą poczucie pewności siebie. Jakże mnie to bawi.

– Mądrość na tym polega największa, młodzi moi przyjaciele, by zawsze bezbłędnie rozróżnić, co też blasku na horyzoncie istnienia przyczyną. Czy gwiazdy, ci niewzruszeni pielgrzymi przez wieczność, co drogę wskażą bezbłędnie każdemu, kto skarbu szuka nad życie cenniejszego, czy ogień, który jak ćmy głupców mami ciepła i blasku rozkoszą, by bez wahania spopielić ich w chwili najwyższej ekstazy.

Patrzą na mnie w pełnym zdumienia niezrozumieniu. Płomień sięga wysoko. Metal nagrzewa się szybko. Jeszcze nie parzy, ale już budzi niepokój. Chłopak szarpie się coraz bardziej zaciekle, lecz z tą samą co na początku nieskutecznością.

– Puszczaj mnie, pojebie! – krzyczy w końcu. Nie ma w nim już ani odrobiny szczeniackiej dumy i pewności siebie. Jest tylko strach i świadomość bólu, który jeszcze nie nastąpił. – Puszczaj, kurwa!

– Bezcelowa byłaby to dla ciebie udręka. Ćmą jesteś, a ogień twym przeznaczeniem. Nie masz przed nim ucieczki, nie masz przed nim ratunku. Będzie cię przyciągał już zawsze i już zawsze cię palił.

– Spierdalaj, koleś, albo zarobisz w zęby – krzyczy. – Zróbcie coś! Zabijcie tego kutafona!

Jeden drgnął, lecz bez przekonania. Reszta stoi w bezruchu; to tyle, jeśli chodzi o podwórkową charyzmę.

– Jesteś ćmą? – pytam tego, który się poruszył.

Nie odpowiada. Patrzy na mnie jeszcze przez chwilę, potem rzuca się do ucieczki.

Pozostali, choć nie wszyscy, biegną za nim.

Zostajemy we trójkę. Jęczący już teraz z bólu gówniak, ja i ona.

– Puść go, proszę – zdobywa się na cichy szept.

Odważna za nich wszystkich i od wszystkich lepsza.

Spełniam jej prośbę. Chłopak, zaskoczony odzyskaną wolnością, traci równowagę i upada. Dłoń ma czerwoną od poparzeń. Płacze. Zrywa się, ale nie jest to zryw wściekłości, tylko wstydu. Nie ogląda się na mnie, nie ogląda się na nią. Biegnie. Gdziekolwiek, byle dalej.

Naprawdę szkoda, że ulicą nie jedzie żaden samochód.

– Kim… Kim ty jesteś?

– Jestem tylko bólem – wzruszam ramionami. – Chodź, odprowadzę cię do domu. Nie powinnaś tu być sama tej nocy. Nikt nie powinien.

– Dziękuję.

 

*

 

– Ukorzcie się przed majestatem Najwyższego, nim będzie za późno! – krzyczy jakiś facet wyglądający na bezdomnego, choć łatwo rozpoznać w nim kapłana; zdradza go maniera człowieka przywykłego do wygłaszania kazań w podobnie pompatycznym stylu i wyuczone gesty. – Padnijcie na kolana i błagajcie o zmiłowanie! Sąd Ojca już blisko, ale Syn jest po naszej stronie! Spójrzcie na piekło, które sami…

Wrzeszczy coraz głośniej, zapalczywie wymachując dużym, najprawdopodobniej mosiężnym krzyżem, jakby wiszący na nim Chrystus nie był symbolem nieskończonej dobroci i bezkresnej miłości, a bronią masowego rażenia, której – w myśl najlepszych kościelnych tradycji – nie zawaha się użyć przeciwko całemu światu.

Kapłan stoi na zapadniętym dachu spalonej taksówki, bardzo blisko mnie – wsiąknąłem w tłum w centrum, żeby siła jego bólu i gniewu wsiąkała we mnie – więc słyszę go wyraźnie, nawet mimo ogólnej wrzawy panującej dookoła; mimo wrzasków i śpiewu, mimo skandowanych tytanicznym chórem haseł – CHCEMY ŻYĆ! CHCEMY ŻYĆ! (a zasłużyliście?) – mimo wycia syren, pogardy płynącej z policyjnych szczekaczek i płaczu zagłodzonego niemal na śmierć gówniactwa, z którego stojący w pierwszych szeregach ludzie zrobili żywe tarcze. Bo przecież nikt nie strzeli do dziecka, kiedy patrzy cały świat (głupcy najkrótszymi do Piekła zdążają drogami).

Głos kaznodziei drażni mnie bardziej jeszcze, niż jego słowa. Niby krzyczy, zdziera gardło aż do bólu, a jednak słyszę piskliwe drżenie, które zdradza jego strach i niepewność. Brzmi, jakby lada moment zamierzał rozpłakać się nad grzechami świata – choć jedyne grzechy, nad jakimi ma prawo zapłakać, to grzechy jego Boga – ale ja wiem lepiej.

Przyglądam się klesze przez chwilę, szukając dla niego ratunku, ale go nie znajduję. Na brudnej, zmęczonej twarzy nie widzę ani natchnienia, które mogłoby uchodzić za boskie, ani zwykłej ludzkiej wiary – tej, która góry przenosi, a każdy grzech w cnotę przemienić potrafi.

Widzę jedynie człowieka słabego, który własną marność ukryć próbuje w majestacie skradzionej siły. Widzę głupca budującego wygodne życie na wygodnym kłamstwie i tchórza zasłaniającego się przed wszelką odpowiedzialnością udręczonym ponad wszelkie wyobrażenie trupem, którego sumienie ludzkość od tysiącleci obciąża własnymi zbrodniami, byle sama mogła zasnąć spokojnie i nowe śnić koszmary. Widzę miernotę, który nie ma odwagi naprawdę wierzyć, bo gdyby uwierzył, musiałby uznać własne potępienie.

– Nie po to Chrystus umarł za nas na krzyżu, żebyśmy żyli jak niewolnicy w strachu i zwątpieniu. Zostaliśmy powołani do miłości i to miłość…

– Twój Chrystus szcza na ciebie z krzyża. – Z radością psuję mu tę ostatnią chwilę. I tak nie ma do niej żadnych praw. – Szcza na was wszystkich. Zresztą sam się przekonasz, kłamco.

Facet wzdryga się i odwraca gwałtownie. W pierwszej chwili wygląda na zdziwionego i jednocześnie przestraszonego – nie zauważył, kiedy znalazłem się tuż obok – potem, momentalnie, jego twarz wykrzywia grymas wściekłości, a ja już wiem, że mam ułamki sekund, nim otworzy usta i splunie na mnie jadem swego fałszu.

Jestem jednak szybszy.

– Jam sędzia nad bogami, jam oczyszczenie jest dla świata – mówię. Daję mu szansę zrozumieć, choć nie ma to już znaczenia.

Uderzam na odlew. Prawie nie czuję, jak kości policzkowe pękają od tego uderzenia, ale wyraźnie słyszę dźwięk rwanego kręgosłupa, mięśni oraz skóry. Słyszę też świst, kiedy głowa obłudnika z siłą armatniej kuli przelatuje nad protestującymi i słyszę głuchy trzask, gdy uderza w pierwszy szereg próbujących zapanować nad tłumem policjantów, kilkanaście metrów dalej.

Są bez szans.

Łeb krzykacza rozrywa kuloodporną tarczę jednego z gliniarzy, jakby była z tektury, i trafia go prosto w pierś. Mężczyzna oraz stojący tuż za nim pechowcy rozbryzgują się na wszystkie strony niczym arbuzy nadziewane petardami, a otaczających ich kolegów z kordonu rozrzuca w tył i na boki.

Ludzkie strzępy zdają się unosić przez chwilę nad pobojowiskiem niczym wystrzelone z tuby konfetti, a nim opadną, noc staje się o wiele ciekawsza.

Miasto odsłania swoją prawdziwą twarz: ropiejące rany, ślepia pokryte bielmem, ostre, skrwawione zęby.

I zaczyna gryźć.

– Granat! – krzyczy któryś ze zdezorientowanych policjantów, stojący kilka kroków od miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowali się jego koledzy, i przypada do ziemi. Myli się oczywiście, ale nie ma to znaczenia.

Jakiś inny mundurowy panikuje – jego strach ma zapach gówna i kwaśnego, niezdrowego potu; czuję to wyraźnie mimo odległości – i otwiera ogień w stronę tłumu.

Pierwsza wystrzelona przez niego kula – która przechodzi przez głowę oddalonego o trzy, może cztery kroki dziecka (to tyle, jeśli chodzi o żywe tarcze) i pierś trzymającego go na rękach ojca – jest dla pozostałych policjantów niczym błogosławieństwo; niczym pozwolenie od samego Boga, by wypuścić na świat bestie, które, dotąd ukryte w cieniu, lecz zawsze obecne, swoimi podszeptami przywiodły ich w to miejsce i ten czas; które sprawiły, że stoją oto naprzeciw nieuzbrojonych cywili, gotowi walić do nich z ostrej amunicji.

Znaleźli się po złej stronie barykady i wiedzą o tym doskonale; są bardziej niż świadomi faktu, że gdyby tylko opuścili broń albo skierowali ją przeciwko swoim mocodawcom, świat miałby jeszcze szanse.

A mimo to stoją naprzeciwko własnych rodzin, przyjaciół i sąsiadów próbujących wybłagać albo wywalczyć z powrotem swoje i ich życia, i zamiast chronić tych ludzi za wszelką cenę, jak przysięgali im i własnemu sumieniu, budują świętokradczy mur z tarcz i karabinów.

Bezwolne marionetki bestii.

Gdyby wśród nich znalazł się choć jeden zdolny przeciwstawić się jej zakusom, poszliby za jego przykładem tak, jak poszli za przykładem tego, który pierwszy bestii uległ. Ale nikt taki się nie objawia. Wielu o tym marzy – nie wszyscy, ale wielu – jednak żaden się na to nie zdobywa, aż jest już za późno.

Łgarz traci głowę.

Padają strzały.

Wiele strzałów.

Nie oglądając się na rozkazy i zdrowy rozsądek, gliniarze zaczynają zabijać.

Jeśli przeżyją tę noc, najprawdopodobniej czeka ich sąd wojenny i publiczny lincz, ale teraz czują niewysłowioną ulgę i wdzięczność dla tego, który strzelił pierwszy. Jego strach, jego słabość, jego palec naciskający na spust – to wszystko, o co w takiej chwili mogliby prosić.

Bo to był on, a nie oni.

To za jego sprawą bestia triumfuje.

A imię bestii: człowiek.

Ostrzał trwa krótko. Milknie, nim bezgłowy trup zdąży stoczyć się z dachu taksówki. Ja jednak rozciągam tę chwilę w nieskończoność, sycąc się każdym szczegółem: tryskającą z aorty krwią, która spada na mnie niczym ciepła, letnia mżawka, dziecięcymi trupami w ramionach martwych rodziców, krzykiem, bólem, płaczem i przerażeniem. Zapachem prochu, krwi i treści rozlewających się po asfalcie wnętrzności. Narastającym przerażeniem i paniką. Świadomością, że to dopiero początek.

Trup krzykacza opada najpierw na kolana, potem zsuwa się z dachu wozu na stłoczonych dookoła, przerażonych ludzi, tak samo jak ja skąpanych w jego krwi. Nim znika, wyjmuję z jego ręki krzyż i łamię podstawę mniej więcej w połowie, by miał lepsze zbalansowanie – krzyż jest teraz równoramienny, a Jezus traci stopy; nie jest to jednak najgorsze, co go jeszcze dzisiaj czeka.

Biorę zamach i rzucam. Mocno. Bożek leci płasko, lotem koszącym, wirując tak szybko, że w świetle latarni ramiona narzędzia jego niemających końca tortur zlewają się w złoty dysk.

Ludzie nie są dla niego przeszkodą; w każdym razie nie na początku.

Są celem.

Nim krzyż znika mi z oczu, zostawia wyciętą w żywym ciele tłumu mięsną pręgę długości jakichś dwudziestu metrów. Pierwsze ofiary tracą głowy, ostatnie – nogi poniżej kolan.

– Oto jedyna droga do wolności – wskazuję krwawy szlak, nie dbając, czy ktokolwiek mnie widzi i słyszy.

I tak podążą tą drogą.

Panika narasta, ludzie próbują się rozbiec, ale tylko niszczą sami siebie. Walczą o każdy skrawek przestrzeni i nadziei. Krzyczą, szarpią, drapią. Potykają się o zadeptane ciała i ślizgają na krwi swoich bliźnich. Padają i mrą pod butami kolejnych. Ci, którzy są na tyle głupi, by uciekać w kierunku policyjnego kordonu, albo po prostu mają tego pecha, że zostają tam zepchnięci, giną od kul.

Ale kule to za mało. Nie mija więcej jak kilka uderzeń serca, nim kordon zostaje zmieciony ludzką falą, a policjanci giną albo zadeptani, albo rozerwani na strzępy.

Nie będzie sądu wojennego.

Rannych i martwych są dziesiątki, panika i zamieszki pociągną za sobą kolejne setki, a gniew, który właśnie uwolniłem – tysiące. Może miliony.

Może całe Miasto.

Bo Miasto potrzebuje oczyszczenia.

 

*

 

Odchodzę, coraz dalej i dalej. Wciąż jednak słyszę strzały, wycie syren i – czasem – krzyki. Widzę łunę pożarów na nocnym niebie, czuję każdą duszę wyrwaną z ciała i rozrywaną przez nicość; czuję ich ból i rozczarowanie tym, co niosą ze sobą ostatnie przebłyski świadomości.

Miasto płonie.

Płoną samochody, płoną budynki, płoną idee.

Płoną ludzie.

Już prawie świt.

Koniec

Komentarze

Nie lubię i nie czytam bizarro, ale tym razem zebrałam się w sobie, albowiem, Cieniu, nie mogłam nie przeczytać Twojego opowiadania.

Znalazłam tu wielką niezgodę na wybrane zdarzenia, choć przypuszczam, że mógłbyś napisać więcej, gdyby nie ograniczał Cię limit i samodyscyplina. Żałuję, że nie mogę powiedzieć, że popisałeś się niezłą fantazją, bo przedstawione sceny jawią mi się jak żywcem z życia wzięte. Pan Ból okazał się istotą szczególną, której „działalność” opisałeś niezwykle realistycznie, a przy tym barwnie i jasno, mimo iż rzecz dzieje się nocą.

Mam nadzieję, Cieniu, że niebawem pozwolisz nam przeczytać nowe opowiadania, a teraz udaję się do klikarni i do nominowalni. :)

 

Przy­sta­ję i pa­trzę na czar­ne­go SUVa.Przy­sta­ję i pa­trzę na czar­ne­go SUV-a.

Ten błąd pojawia się jeszcze dwukrotnie w dalszej części tekstu.

 

ubra­ne­go w wy­god­ne dresy… → To nie jest błąd, ale zawsze kiedy czytam, że ktoś ma na sobie dresy, imaginuję sobie osobnika ubranego w co najmniej dwa komplety dwuczęściowego stroju sportowego, dlatego wolałabym czytać: …ubra­ne­go w wy­god­ny dres

 

Bie­gnie. Gdzie­kol­wiek, byle dalej. → Bie­gnie. Dokądkolwiek, byle dalej.

 

wy­wal­czyć z po­wro­tem swoje i ich życia… → …wy­wal­czyć z po­wro­tem swoje i ich życie

Życie nie ma liczby mnogiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Do licha.

Naprawdę trudno mi z siebie wykrzesać coś sensownego. 

Niedawno trochę narzekałem na przemoc i sadyzm w opowiadaniu innego użytkownika. Chociaż podtrzymuję to co napisałem wtedy, mimo wszystko Twój “Pan Ból…” zrobił na mnie ogromne wrażenie. 

Poprowadziłeś mnie za fraki, siłą prawie, powlokłeś wręcz przez ponure, pokryte mgłą labirynty wielkomiejskich podwórek. Zbudowałeś z kości, mięsa i strzępów ciał strzeliste, gotyckie katedry bólu, a ja zastygłem zahipnotyzowany ich eklektycznym pięknem. Powtarzam, brak mi słów. Zostawiasz mnie w ambiwalencji między pięknem a ohydą; jak malarz który, na krwawiącym kawałku ludzkiej skóry przedstawia archetypiczne piękno.

Nie mam najmniejszej wątpliwości, że mam przed oczami tekst piórkowy. Przejść obojętnie – byłoby zbrodnią. Mimo że ta fabuła jest rzeczywiście pretekstowa, to oniryzm, klimat i plastyka słowa wbiły mnie w trotuar. 

Tylko – u diabła – nie widzę w tym choćby okruszyny bizarro… :( Ale to akurat żaden problem. Przynajmniej dla mnie.

Bardzo dobry tekst.

Co prawda o wiele bardziej podobała mi się pierwsza i ostatnia część tekstu niż środkowa to nadal opowiadanie jest napisane w sposób niełatwy, a jednak broni się zdecydowanie.

Nie ma tu może jakiejś fabuły i miałem wrażenie, że chciałeś się trochę wyżyć na niektórych grupach społecznych i ukarać niektóre zachowania, ale nadal wyszło to bardzo dobrze. Jest klimat, jest ciekawy protagonista i bardzo zacny dojrzały i wprawny język.

Trochę mniej podobał mi się te monologi bohatera (np. ten o Ćmie) ale ogólnie pasował chyba do bohatera. Dobrze za to wyszło to usprawiedliwienie oddania strzału.

Ogólnie bardzo satysfakcjonująca lektura.

 

To za jego sprawą bestia triumfuje.

A imię bestii: człowiek.

Zacne

Dla mnie za bardzo bizarro. Dobrze napisane, ale czuję się jakbym dostała w spot słoneczny.

Chyba pójdę poszukać Muminków;)

Mocne. Tak, to chyba dobre słowo. Mocne, klimatyczne i hm… wyważone? Do tego ostatniego jeszcze wrócę, ale wsiąknęłam w Twoje opisy, przeniosłam się tam. Opowiadanie ocieka bezsensownością, strachem i bólem. Majstersztyk. 

Odpowiednio wyważyłeś opisy oraz cały element bizzaro, nie za dużo, nie za mało. 

Witaj.

Wstrząsające opowiadanie. Idealnie wyciąga na wierzch, na powierzchnię każde przewinienie, nie pozwala go zamieść pod przysłowiowy dywan i ukryć.

Muszę przyznać, że jestem pod wielkim wrażeniem megagigantycznie długich zdań, które tworzysz. Ja niestety nie potrafię pisać ich tak, aby były dobre i nie wymagały skracania. Tu wypisałam sobie przykład:

Snuję się opustoszałymi ulicami Miasta, za towarzystwo mając jedynie półmrok – bękarci pomiot mdławego światła wymęczonych latarni i spowitej smogiem oraz deszczem, wciąż jeszcze młodej nocy listopadowej – ciche plaskanie przemoczonych butów na spękanym chodniku oraz smród rynsztoków; natrętny, odrzucający, a jednocześnie odurzający, niczym pocałunek pijanej kochanki bezskutecznie próbującej zabić smak spermy tanim winem i drogimi papierosami.

Mam też kilka cytatów, które szczególnie utkwiły mi w pamięci:

Kilka przypadkowych osób, jacyś przechodnie i lokalsi zirytowani nieustającym wyciem albo może po prostu żądni sensacji; lgnący do cudzego nieszczęścia jak robactwo do gnijącego truchła.

droga bywa ciekawsza od celu

za jego sprawą bestia triumfuje. A imię bestii: człowiek.

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia. :)

Pecunia non olet

Cześć!

 

Fantastyczny klimat i niesamowity język to na tyle niezaprzeczalne atuty tego tekstu, że nie sposób powstrzymać się przed ściągnięciem czapki ze łba. Co ciekawe, sam niedawno stuknąłem kilka razy w klawiaturę, aby spróbować popełnić coś w zbliżonym klimacie i teraz widzę, ile mi jeszcze do tak sugestywnego obrazu brakuje. ;-) Naprawdę świetnie się czytało. Oczywiście jest to właściwie rozprawa ze wszystkim, co akurat denerwującego było pod ręką, ale zaserwowałeś to po mistrzowsku. Można poczuć ból, który zapewnia Pan Ból. Braki fabularne czy bohater znikąd schodzą na dalszy plan. ;-)

Poniżej kilka drobnych spostrzeżeń. ;-)

Nie wiem(+,) dokąd idę i nie obchodzi mnie to.

Deszcz leje jeszcze mocniej, ulicami zaczynają spływać śmieci – najlepsza wizytówka i największe dziedzictwo naszej cywilizacji – noc ciemnieje tak bardzo, jakby już nigdy miał nie nastać świt.

Ten szyk trochę wybija z rytmu, ale może tak miało być. Wydaje mi się, że naturalniej: jakby świt miał już nigdy nie nastać.

Nienawiść i pogardę względem samej siebie, strach i obrzydzenie względem towarzystwa i litość dla samotnego głupca, któremu nieznane koleje losu, niczym splunięcie przeznaczenia, kazały siąść na ławce w parku i zwrócić na siebie uwagę jej zdegenerowanych znajomych.

Tu bym ciachnął. ;-)

Bez słowa wyciągam w jego stronę mocno już ogołoconą paczkę chesterfieldów.

I tu. ;-)

Widzę tylko jego chaotyczne ruchy i nagły strach wypisany na twarzy.

Tu też. ;-)

Głos kaznodziei drażni mnie bardziej jeszcze(-,) niż jego słowa.

Widzę miernotę, która nie ma odwagi naprawdę wierzyć, bo gdyby uwierzyła, musiałaby uznać własne potępienie.

Niby krzyczy, zdziera gardło aż do bólu, a jednak słyszę piskliwe drżenie, które zdradza jego strach i niepewność.

Pozdrawiam i trzymam kciuki za powodzenie w konkursie!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Któż to wychylił się ze skorupy? ;)

 

Powiem Ci, Cieniu, że pojechałeś po skarpetkach, bardzo ciekawie wykorzystany tytuł. Przez tekst się płynie i to sama przyjemność z lektruy, choć wydarzenia w nim opisane do przyjemnych nie należą. Końcówka faktycznie iście makabryczna, ale wizja ciekawa. Część o chuliganach i dziewczynie bardzo realnie przedstawiona. Niestety. Przed oczami mam zdarzenia, które miały miejsce, a które mogły skończyć się nieciekawie…

Opowiadanie dobitnie pokazuje złe intencje i zachowania ludzi, a ich kara, no cóż, mnie nie boli. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Mocny tekst, klimat czuć tu już od pierwszych słów. Zarówno opisami, jak i dialogami świetnie budujesz ten brutalny świat. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie mogę cię pochwalić za wykreowanie tego świata. Muszę cię pochwalić za dobrą obserwację naszego, rzeczywistego, świata i przeniesienie go tutaj.

Pan Bólu jest bezlitosny, ale też sprawiedliwy. Choć nie jest to sprawiedliwość “oka za oko”, raczej “dwoje oczu za oko”. 

Jezu, kurwa! – krzyczy na widok tego, co stało się z samochodem.

Jakie piękne połączenie.

Ból wyruszył. Samotnie. Pięknie go zobrazowałeś. W zupełnie innym stylu napisałeś to opowiadanie niż te, które czytałam. Dopasowałeś do bohatera. Opowiadanie jest metaforyczne, bolesne i sytuacyjnie prawdziwe. Podoba mi się również powracający refren. I motyw sprawiedliwej duszy (tych dziesięciu sprawiedliwych), niech będzie chociaż jedna.

Często zastanawiam się, czy będzie jeszcze gorzej. Niestety, prawdopodobieństwo jest bardzo duże, choć nikomu nie życzyłabym świata, który, nie daj Boże, stanie się naszym udziałem. 

 

Sprawdzę, czy muszę jeszcze skarżypytowywać i dołączę czym prędzej do nominacji, bo z pewnością już musisz mieć ich kilka. :-)

 

Nominacja za:

*metaforę,

*rzeczywistość,

*opowieść.

 

pzd srd :-)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jak dobrze po długiej nieobecności być znowu w Domu.

Może tylko na chwilę, ale jednak.

Witajcie starzy przyjaciele, witajcie i nowi.

 

W tym momencie mogę tylko krótko i ogólnikowo, może nawet zbiorczo odpisać Wam wszystkim – tradycyjnie więcej Burzy niż Cienia w moim życiu obecnie – i najserdeczniej podziękować za tak miłą niespodziewankę.

Wzięliście mnie trochę z zaskoczenia, bo szczerze, to nie spodziewałem się po tej publikacji… no cóż, bólu. Raczej nie wysublimowanego sado-maso, jeśli wiecie, co mam na myśli, ale, generalnie, choć pisałem tekst na konkurs, nie pisałem go stricte z myślą o konkursie czy też – wybaczcie egoizm – o Was. Po prostu potrzebowałem zerwać się na chwilę z łańcucha moich literackich zboczeń (nic ciekawego, zapewniam) i poszaleć trochę poza jakąkolwiek kontrolą, może faktycznie oczyścić się trochę z jadu rzeczywistości (tani patos, wiem). Zakładałem przy tym, że tekst, z racji dosadności, mojej nadpobudliwości słownej i szczątkowej fabuły nie spodoba się nikomu – no, może prawie nikomu – ale też, że podobać się wcale nie musi, bo nie po to powstał. W sensie, że nie pisałem go z myślą o laurach, zachwytach, piórkach i bibliotekach, nie zaś w sensie, że mam Was, czytelników, w najszczerszym poważaniu.

Tak więc spodziewałem się bólu. Tymczasem… zresztą sami wiecie najlepiej, co narobiliście. Biblioteka, nominacja do Piórka, wprawiający mnie w zakłopotanie, zdumiewająco zgodny entuzjazm – dziwne, ale naprawdę zapomniałem, jak bardzo to wszystko potrafi cieszyć i motywować – i proszę, czuję się jak dziecko na Boże Narodzenie. Tylko bez nucenia kolęd – przynajmniej na razie.

Bardzo Wam za to dziękuję i kończę, póki faktycznie jest jeszcze krótko.

Ale wrócę.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Co tu dużo gadać – 10/10

 

Jeżeli napiszesz kiedyś powieść, daj znać – kupuję w ciemno.

Ok, jest seria scen i jest technicznie dopracowane. Natomiast mam mocne odczucie, że to bardziej opowiadanie-teledysk, niż opowiadanie-opowiadanie i że do pełnej formy brakło tu właśnie jakiś klipów, slajdów, obrazów, czegoś. Czy bizarro i czy anarchia to bym dyskutował, natomiast bez wątpienia czarny charakter jest dziwny, nietypowy, nie do końca mieszczący się w swojej roli, bo choć mający w sobie okrucieństwo, to i mający poczucie “bycia karzącym za coś”. Z drugiej strony choć znający poczucie litości, ma w sobie i potrzebę prowokacji, wywoływania zła.

Jest klimat i… jest coś z wizji Detroit, z tego jak twórcy SF widzieli przyszłość tego miasta patrząc jeszcze z czasów, zanim to miasto upadło. Tak, wiem, nie chodzi o tę konkretnie lokację, ale takie przyszło skojarzenie.

 

"Wyrwa mi ją"

– wyrywa

 

 

to bardziej opowiadanie-teledysk, niż opowiadanie-opowiadanie i że do pełnej formy brakło tu właśnie jakiś klipów, slajdów, obrazów, czegoś.

Nie mogę się zgodzić. Obraz uważam za pełny mimo, iż taki się nie wydaje. Rzadko się zdarza, by Tytuł był częścią opowiadania, a w tym wypadku bez wątpienia tak jest i daje pewien pogląd na to, kim bohater/narrator jest. Resztę dopełniają sceny, narracja i sam czytelnik. Nie ma potrzeby tłumaczenia czegokolwiek więcej – opowiadanie balansuje bardzo dobrze na cienkiej linii pomiędzy rzeczywistością a jawą. Narracja nie służy nam tylko do śledzenia poczynań bohatera, opisy nie są po to, by obrzydzić czy szokować. Każdy akapit (moim ofkoz zdaniem) trzeba czytać, mając w pamięci tytuł. To jedno z takich opowiadań, gdzie część rzeczy TRZEBA sobie dopowiedzieć samemu, ale nie na tyle, by istniały setki interpretacji.

natomiast bez wątpienia czarny charakter jest dziwny, nietypowy, nie do końca mieszczący się w swojej roli, bo choć mający w sobie okrucieństwo, to i mający poczucie “bycia karzącym za coś”.

Nie nazwał bym go czarnym charakterem, nie nazwałbym go również protagonistą. On po prostu jest… sobą.

Początek opowiadania przywodzi na myśl prozę Kinga – wcielone Zło, które nie wiadomo, skąd się wzięło, ani czego chce, mimochodem wymierza karę pyszałkowi. Lubię, kiedy tekst jest osnuty wokół tajemnicy, ale tutaj, w kontekście wydarzeń, które następują potem, nurtuje mnie prawdziwa natura głównego bohatera oraz to, czemu z taką lubością krzywdzi ,,bestie”.  

Apokaliptyczny klimat przypadł mi do gustu. Jest niepokojąco i dziwnie, potem bardzo krwawo, wręcz groteskowo. Pewnie nie każdemu się to spodoba, ale mnie akurat siadło, zwłaszcza że tekst jest bardzo dobrze napisany.

Pozdrawiam!

 

Hmmm…

Największy plus na pewno za to, że bardzo ładnie piszesz; nie zdziwiłbym się, gdybym czytał to u Wielkich Autorów.

 

Poza tym jest trochę tak jak mówiłeś we wstępie, czyli łamanie kości i dobra zabawa; można się wyżyć na złych tego świata, którzy niewątpliwie zasłużyli na karę, a jej nie otrzymują. Więcej tu nie widzę; sceny, powtarzając za Wilkiem, trochę z teledysku; wypaczone poczucie sprawiedliwości i nie szczędzące szczegółów szczegóły. Świat nie stworzył na mnie wrażenia bardzo spaczonego (złe parkowanie, fałszywi kaznodzieje i tułający się chłopacy; tu wyjątkiem strzelająca policja) i pewnie sumienny Pan Ból spokojnie mógłby znaleźć wiele gorsze rzeczy do karania :P

No i Pan Ból w sumie ciekawy. Odczytałem go jako diabła, nwm czy słusznie :P

Metafory może są, przemyślę je sobie jeszcze i poszukam, ale tak czy inaczej do zachwytów na miarę poprzedników-czytelników raczej nie dojdzie, tak dla odmiany :) Chociaż czytało się przyjemnie i szybko, a poziom pisania wysoki.

Twój Ból wart był mego Głodu.

Napisane świetnie, fabuły, jak ostrzegano, nie zaznałem. Sceny z parkingiem i zapalniczką podobały mi się zdecydowanie bardziej niż finałowa masakra. 

Twój ból, Cieniu, zdaje się być przeogromny. Podejrzanie dobrze się czujesz w jego skórze. Wylewasz te frustracje z siebie na wszystkie strony, na wszelkie aspekty życia wręcz, i dumam, czy to pisanie przyniosło Ci ulgę?

Nie potrafię ocenić, Cieniu, czy ten tekst to taki czysty, nieograniczony fun z łamania tabu, co sugerujesz w przedmowie, czy może jednak rodzaj autoterapii, by wyrzucić z siebie żal do świata. Bo wyrzucasz ten żal wyjątkowo pięknie, o ile te plugastwa harmonijnie w słowa ubrane można nazwać pięknem. Kunsztu literackiego odmówić Ci w żadnej mierze nie można. Pod tym względem jest to portalowa czołówka, co mnie zresztą nie dziwi, boś słowa potrafił właściwie dobierać od zawsze.

 

Pierwsze zdanie, ten przeraźliwie długaśny tasiemiec, wyjątkowo jest osobliwe. Najpierw mnie srodze zmęczyło, że dwa razy zdołałem się zgubić w labiryncie jego złożoności, lecz nic to, bo w końcówce zdążyłeś mnie jeszcze nim zaintrygować. Straszniem ciekaw dlaczegóż to wspomniana pani z nasieniem w ustach piła tanie wino, ale już papierosy paliła drogie? Skoro ją nie stać na lepsze wino, to po co wydaje kasę na drogie fajki? I vice versa. Wybroniła Ci panna to zdanie, nie powiem.

 

Dalej już przyczepić się nie było do czego. Płynąłem przez tekst wraz z Twoim bólem i topiłem frustracje wraz z nim. Dobrze to jest napisane, klimatycznie, ostro, bez przynudzania, nie oglądałeś się za siebie.

 

Teraz, już po zakończeniu lektury, zastanawiam się, o czym ten tekst właściwie traktuje? Czy to tylko jeden, spektakularnie opisany rzyg buntu, czy jednak kryje się tam pod spodem coś więcej?

I nie wiem. Mam obawy, że jednak nic. Że zaserwowałeś nam tu barokowy fresk z obrazem Sądu Ostatecznego wymalowany uryną i płynami ustrojowymi. Przy czym nawet krzywić się na to nie mogę, bo odmalowany jest pięknie, z pietyzmem, a dobrane pigmenta nie tylko barwą, ale i zapachem oddają realizm sceny.

 

Tylko jak tu go teraz ocenić?

Nie mam pojęcia. Będę myślał.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Cześć, Cieniu!

 

Muszę przyznać, że tekst jest w dwójnasób satysfakcjonujący. Po pierwsze sceny tu pokazane i kary jakie spotykają wszelakie indywidua są miodem na me odczucia, bo ileż razy skręcać może człowieka jak widzi bezmózgie zachowania ludzi.

Po drugie – wykonanie. Tekst płynie i nie można oprzeć się wrażeniu, że tak właśnie trzeba to było napisać, że tak właśnie te zdania powinny być poskładane.

Jest w tym tekście nieco odkrytego moralizatorstwa, ale przecież taki jest właśnie Pan Ból.

 

Pozdrawiam, nominuję!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć!

 

Doskonale napisane opowiadanie, czytanie takich tekstów to sama radość. Bardzo sprawnie przelewasz emocje na papier. Ledwie kilka scenek, ale każdą z nich bardzo sprawnie pokazałeś i w każdej przekazałeś jakąś treść. Dosyć mocne, nieco szalone bizarro z elementami symboliki apokaliptycznej. Świetny pomysł.

Trochę imho gorzej z bohaterem, bo ten robi wrażenie sfrustrowanego nieudacznika, któremu ktoś dał super moc, by sądził ludzi na ziemi. Poskromienie człowieka w SUVie… Choć najbardziej wybrzmiewa to w scenie z dziewczyną, gdzie bohater pławi się swej mocy, młode wilki przeistaczają się w stado przelękłych baranków a po wszystkim proponuje dziewczynie odprowadzenie do domu. Ale to bizarro, więc ma być dziwnie. I jest.

Zastanawiam się, co chciałeś pokazać w ostatniej scenie, bo jest tam nawiązanie do kleru katolickiego (jak rozumiem), zasłaniania się dziećmi i jakiejś tam formy apokalipsy.

Poniżej kilka rzeczy, które jakoś szczególnie mi się rzuciły:

– A teraz ogień – nakazuje ten pierwszy. Typ podwórkowego lidera. Ambitny, przekonany o własnej charyzmie i zdolnościach, ale w rzeczywistości tak samo nijaki i pozbawiony ikry jak cała reszta.

No chyba niezbyt, smutne to, ale każdy skuteczny lider chyba niestety tak zaczyna

– Kim… Kim ty jesteś?

– Jestem tylko bólem – wzruszam ramionami. – Chodź, odprowadzę cię do domu. Nie powinnaś tu być sama tej nocy. Nikt nie powinien.

– Dziękuję.

To imho wyszło nieco infantylnie.

Brzmi, jakby lada moment zamierzał rozpłakać się nad grzechami świata – choć jedyne grzechy, nad jakimi ma prawo zapłakać, to grzechy jego Boga – ale ja wiem lepiej.

Grzechy Boga, ciekawy temat.

Widzę jedynie człowieka słabego, który własną marność ukryć próbuje w majestacie skradzionej siły.

A znasz kogoś, kto taki nie jest/nie bywa? ;-)

Łeb krzykacza rozrywa kuloodporną tarczę jednego z gliniarzy, jakby była z tektury, i trafia go prosto w pierś. Mężczyzna oraz stojący tuż za nim pechowcy rozbryzgują się na wszystkie strony niczym arbuzy nadziewane petardami, a otaczających ich kolegów z kordonu rozrzuca w tył i na boki.

Wybuchowa głowa przeciwpiechotna ;-)

Nim krzyż znika mi z oczu, zostawia wyciętą w żywym ciele tłumu mięsną pręgę długości jakichś dwudziestu metrów. Pierwsze ofiary tracą głowy, ostatnie – nogi poniżej kolan.

Ooo, a teraz jeszcze krzyż przeciwpiechotny ;-)

 

2P dla Ciebie: Pozdrawiam i Powodzenia w konkursie. Bardzo dobry tekst (choć ja mam straszny problem z tym bohaterem; ale pamiętaj, to tylko moja skromna opinia)

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć!

 

Początek opowiadania skojarzył mi się trochę z Dniem świra, bo zgryźliwy bohater wyraża pogardę dla całego świata, potem klimat stał się już bardziej mroczny i czytałam opowiadanie w nadziei na jakiś twist albo zaskakujący wniosek, a skończyło się jatką i właściwie tyle. Trzy luźno powiązane scenki wypełnione moralizowaniem, to zdecydowanie nie jest coś, co mnie zachwyca. Sam pomysł był bardzo ciekawy, a opowiadania jest napisany bardzo sprawnie, ale pewne rzeczy, jak dla mnie, są pokazane zbyt wprost, zabrakło jakiejś nieoczywistości.

Główny bohater wydał mi się kimś, kto chce ukarać wszystkich, będąc jednocześnie gorszym od swoich ofiar. Właściwie nic o nim nie wiadomo, ale taka kreacja ma też swoje plusy, bo pozwala na różne interpretacje jego natury. Moim zdaniem to jest najmocniejszy element tego tekstu.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hej, Napisane ciekawym stylem, choć jak na mój gust zbyt wiele epatowania przemocą i flakami. Podobało mi się wejrzenie w psychikę postaci. Rozumiem, że fabuła jest tu mniej istotna niż klimat i emocje, ale zabrakło mi wskazówek co do motywacji głównego bohatera – rzeczywiście został zredukowany do pojedyńczego uczucia, bólu czy też gniewu. Niemniej tekst na pewno wryje mi się w pamięć. Pozdrawiam!

Cześć,

 

Mroczne, niepokojące i sugestywne. Fajnym i ciekawym językiem zostało to napisane, myślę że wielu cytatów nie wstydziłby się sam Konwicki. W przeciwieństwie do niektórych uważam, że opowiadanie fantastyczne wcale nie musi zawierać jakiś nieoczywistości, czy nierozwiązanych tajemnic i może być po prostu zbiorem scen. Jedynie główny bohater (narrator) budzi mój delikatny sprzeciw. Jego motywacja, postępowanie i stawianie się ponad “Wszystkich” jest trochę zbyt lekko zaserwowana. Z drugiej strony, może i geneza jego gniewu nie musi być nam znana. Opowiadanie, które każdy zinterpretuje trochę inaczej.

 

Pozdrawiam

 

<Detektywa Lowina zapiski z urlopowych sesji czytania „Tytulików”>

Cień Burzy – Pan Ból rusza do miasta

To taki drink, w którym coś podeszło, a coś nieco mniej. Zacznę od tego, że napisane jest wręcz fenomenalnie. Wykonanie stoi na najwyższym poziomie i czytanie tego tekstu było prawdziwą przyjemnością. Wypuszczasz Bóla w nieokreślone Miasto, dając mu tak kiepski humor, jakby okradł go gang wiewiórek, i misją zaprowadzenia bezlitosnej sprawiedliwości. 

Ach, to Miasto. Skąd ja je znam. Zepsute, skorumpowane, przesiąknięte zgnilizną od slumsów po wieżowce i trudno powiedzieć, gdzie bardziej śmierdzi złem.

Pan Ból budzi sympatię i nic dziwnego, bo stanowi ucieleśnienie pragnień o sprawiedliwej zemście. Źli powinni zostać ukarani, a niewinni otoczeni opieką. I taki jest Ból. Dokonuje zbrodni, ale to „dobre” zbrodnie. Tylko, czy to go usprawiedliwia?

Jedna rzecz mi przeszkadzała. Mianowicie całej historii Bóla brak głównej fabuły. Od jednego uczynku do drugiego z przerwami na rozmyślania. Wolałbym jednak określony cel pana Bóla, ale to już moje subiektywne odczucia.

Tak czy inaczej, świetne opowiadanie.

 

Niewiele jest na potralu osób, które dorównują ci umiejetnościami, Cieniu. Żadna to tajemnica. Ten tekst to dla czytelnika o wiele więcej niż niż przyjemność. To naprawdę wysoka półka, na którą sięga się, aby zaspokoić te najbardziej wygórowane czytelnicze oczekiwania. Tak wyrafinowana forma, jaką nam tu zaserwowałeś, prosi się niemniej o równie wyrafinowaną treść. A jej tutaj zabrakło, Cieniu. Niestety.

Pan Ból rusza na miasto i niezbyt się tam popisuje. Wlepia karne kutasy, bije dzieci, przypie*dala się do niegroźnego świrusa, który najzwyczajniej w świecie pie*doli. Mało atrakcyjny zeń bohater. Na pewno nie ostatni sprawiedliwy, nawrócony w Jaffie, czy choćby honorowy huligan, który z komóry skroi i w pysk da, ale swojaka nie da ruszyć. Nie ktoś, kogo los bógłby mnie obejść. To zwykłe bydle. Ślepe, tępe i napędzane wziętym z sufitu przokonaniem o własnej zajebistości. Jego poczynania są równie zbędne, co jałowe. Jaki morał płynie z lekcji o niedopasowaniu kary do winy dla bohatera pierwszej scenki? Co warta jest pomoc osobie, która pomocy potrzebuje jedynie w opytce pomagającego w scence drugiej? O sens final massacre nawet nie zapytam, bo zapachniało tu komilsami o Lobo (swoją drogą nie moge nie zapytać o swoistą niekonsekwencję, bo pierwsze scenki to podrasowane na masto grzechu scenki z osiedla, w trzeciej odleciałeś w kierunku hollywood i komuksu, no i tam zagrałeś w pewnej chwili dosyć nisko, tam gdzie pierwsza kula trafia dziecko trzymane przez ojca na rękach, aż żal że nie pokusiłeś się o kobietę w ciąży, mielibyśmy obrazek a’la izraelski snajper, wiesz, jednak kula, dwa trupy). W tym ujęciu pan Ból to zło wcielone. Ale takie prawdziwe, żaden tam przebiegły Mefisto. To tępe, głupie bydle (się powtarzam), najprawdziwszy syn miasta, a raczej jego bękart, pomiot, czy co tam jeszcze. Tylko co dla czytelnika z tego wynika. Było źle, jest źle, będzie źle. Fabularnie przegrana sprawa. Nie ma opowieści. Do końca czekałem, aż wywrócisz stolik. Nie wywróciłeś. Chciałem pijatyki przy kartach, okraszonej awanturnictwem z finałem w ramionach orientalnej kochanki, dostałem wieczorek z bingo przy w ch*j dobrej babcinej szarlotce. Czasu nie zmarnowałem, ale spory niedosyt jest.

Sory za przekleństwa, ale tekst mnie tak nastroił:)

Witaj, Cieniu!

Cieszę się, że nadal tutaj zaglądasz i dzielisz się swoją twórczością. Technicznie igła; nie ma co tu dużo mówić, wszak już obcowanie z Twoimi komentarzami to było przeżycie, a co dopiero z dziełem beletrystycznym. Na moje ta wielokrotność złożeń zdań momentami zbyt przytłaczała, ale może po prostu zdążyłem odwyknąć od tego rodzaju wywodów.

Zgodnie z zapowiedzią, fabuły tutaj brak, a flaki się leją – choć spodziewałem się, że będzie mimo wszystko bardziej grubo. Czekałem na jakiś komentarz co do motywacji działań Pana Bóla, który chodzi sobie po tym mieście i zgrywa boga (może nawet nim jest), przy tym rości sobie prawo do osądzania, kto postępuje dobrze, a kto nie. Ta jego nieomylność, nieodwołalność wyroków budzi jakiś mój wewnętrzny sprzeciw. Ucieka mi gdzieś głębia tej postaci i tego, w czym uczestniczy.

Kilka lat temu wyszła pewna gra, bardzo wówczas kontrowersyjna, pt. “Hatred”. Główny antybohater nienawidził ludzkości, a celem gry, z grubsza, było wyzabijać wszystko, co się rusza. Podobne mam odczucia po lekturze Pana Bóla, który ruszył do miasta. Pod płaszczykiem skomplikowanych zdań i imponujących metafor, zdaje się tu ukrywać wydmuszka pod postacią gore.

Choć może się mylę, może ucieka mi jakiś kontekst. Niemniej takie mnie naszły refleksje po lekturze.

 

pzdr

Nowa Fantastyka