- Opowiadanie: Sabina Anto - Psuje, muje i dzikie węże

Psuje, muje i dzikie węże

Uwa­żam, że tytuł upraw­nia mnie do opo­wia­da­nia klasy B, a nawet C. I tego się będę trzy­mać.

Opowiadanie otrzymało wyróżnienie w konkursie “Tytuliki”. Tytuł pochodzi z puli konkursowej.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Psuje, muje i dzikie węże

Bu­dzik nie za­dzwo­nił, więc Elż­bie­tę obu­dzi­ło do­pie­ro na­tar­czy­we rzę­że­nie uszko­dzo­nej zmy­war­ki, która od kilku go­dzin wle­wa­ła i wy­le­wa­ła wodę. Obok le­ża­ła pusta po­dusz­ka Hen­ry­ka – od czasu kiedy zmie­nił pracę, coś się mię­dzy nimi psuło, więc spał u sie­bie. A może u sze­fo­wej, tej wy­per­fu­mo­wa­nej Anety z wy­bie­lo­ny­mi zę­ba­mi, kto go tam wie… Klnąc pod nosem, Elż­bie­ta zwlo­kła się z łóżka i po­czła­pa­ła do przed­po­ko­ju wy­łą­czyć korek – ina­czej nie dało się za­trzy­mać osza­la­łe­go cyklu zmy­wa­nia. Może w przy­szłym mie­sią­cu star­czy pie­nię­dzy na na­pra­wę, na razie trze­ba kom­bi­no­wać z bez­piecz­ni­ka­mi. W kuch­ni śmier­dzia­ło, po­nie­waż w koszu coś się ze­psu­ło. Eks­pres do kawy miał spar­cia­łą uszczel­kę, więc Elż­bie­ta na­sta­wi­ła wodę na „za­le­waj­kę”, w garn­ku. Czaj­nik elek­trycz­ny prze­stał dzia­łać w ze­szłym ty­go­dniu, kiedy przez po­mył­kę po­sta­wi­ła go na pal­ni­ku ga­zo­wym. Wy­tar­ła wodę wy­cie­ka­ją­cą z uszko­dzo­nej lo­dów­ki i otwo­rzy­ła słoik śle­dzi. Strasz­ny smród, który buch­nął jej w nos ozna­czał jedno – były ze­psu­te. Trzy­ma­jąc słoik jak naj­da­lej od sie­bie, po­bie­gła do ła­zien­ki i wy­la­ła za­war­tość do se­de­su.

Zanim po­cią­gnę­ła za spłucz­kę, jeden ze śle­dzi po­ru­szył się i prze­mó­wił ludz­kim gło­sem:

– Dzię­ku­ję, że mnie wy­pusz­czasz! W za­mian za ura­to­wa­nie życia dam ci pre­zent!

Mach­nął ogo­nem, wy­rzu­ca­jąc na pod­ło­gę trzy me­ta­lo­we krąż­ki, na któ­rych wid­nia­ły dziw­ne znaki.

– To Psuje. Speł­nią twoje ży­cze­nia ze­psu­cia cze­goś. Cze­go­kol­wiek. Wy­star­czy, że ob­ró­cisz Psuja ry­sun­kiem węża do góry, po czym po­wiesz „psuje, muje i dzi­kie węże, ze­psuj­cie…”. Je­że­li zmie­nisz zda­nie, wy­star­czy, że ob­ró­cisz Psuja z po­wro­tem, wężem do dołu. Do wi­dze­nia! – za­wo­łał we­so­ło i znik­nął nur­ku­jąc w od­pły­wie se­de­su. Na po­wierzch­ni wody uno­si­ło się już tylko kilka pla­ster­ków ce­bu­li.

Elż­bie­ta stała przez chwi­lę jak wryta, ale po­czu­ła z kuch­ni swąd pa­lo­ne­go garn­ka, więc szyb­ko po­zbie­ra­ła krąż­ki z pod­ło­gi i wy­bie­gła z ła­zien­ki.

Po­ło­ży­ła Psuje przed sobą na stole ku­chen­nym i, kiedy opa­no­wa­ła już szy­der­czy, hi­ste­rycz­ny śmiech, za­czę­ła się za­sta­na­wiać. Chru­pa­ła fusy od kawy za­la­ne zimną wodą i du­ma­ła.

Na­stęp­nie za­czę­ła eks­pe­ry­men­to­wać. Spró­bo­wa­ła ze­psuć do końca zmy­war­kę, li­cząc, że po od­wró­ce­niu Psuja z po­wro­tem, ta bę­dzie jak nowa. Nic z tego – zmy­war­ka wró­ci­ła do swo­je­go zwy­kłe­go, rzę­żą­ce­go stanu.

Nie tędy droga. Potem przy­po­mnia­ła sobie, że czy­ta­ła o ban­ko­ma­cie, który z po­wo­du awa­rii wy­da­wał po­dwo­jo­ne kwoty, nie ob­cią­ża­jąc konta.

Ubra­ła się, scho­wa­ła Psuje do to­reb­ki i wy­szła z domu.

Po­de­szła do naj­bliż­sze­go ban­ko­ma­tu i ro­zej­rza­ła na­oko­ło. Nikt za nią nie stał, tylko dzie­sięć me­trów dalej, pod murem ka­mie­ni­cy, w któ­rej za­mon­to­wa­no ban­ko­mat stał jakiś czło­wiek w węd­kar­skiej ka­mi­zel­ce i ka­pe­lu­si­ku. Na uszach miał słu­chaw­ki, nie było szans, żeby usły­szał.

Ob­róciwszy Psuja w kie­sze­ni, po­wie­dzia­ła szep­tem:

– Psuje, muje i dzi­kie węże, ze­psuj­cie ten ban­ko­mat tak, żeby robił po­dwój­ne wy­pła­ty, nie ob­cią­ża­jąc konta!

Po czym spró­bo­wa­ła zro­bić wy­pła­tę. Ban­ko­mat wy­świe­tlił in­for­ma­cję o błę­dzie i ni­cze­go nie wy­pła­cił.

Naj­wy­raź­niej nie dało się na­rzu­cić szcze­gó­łów awa­rii. Ro­zej­rza­ła się i ob­ró­ci­ła Psuja z po­wro­tem. Ban­ko­mat wró­cił do normy.

 

Po­sta­no­wi­ła pójść gdzieś na kawę i się za­sta­no­wić. Skie­ro­wa­ła się w stro­nę ka­wiar­nia­ne­go ogród­ka po dru­giej stro­nie ulicy i nagle zo­ba­czy­ła, że przy jed­nym ze sto­li­ków sie­dzi Hen­ryk z sze­fo­wą. Łapał ją za ko­la­no, a ona szcze­rzy­ła te swoje prze­klę­te, wy­bie­la­ne kły.

Elż­bie­ta wy­co­fa­ła się w cień drze­wa, ob­ró­ci­ła Psuja i wy­po­wie­dzia­ła for­muł­kę. Stała i ob­ser­wo­wa­ła. Sze­fo­wa nagle zła­pa­ła się za usta, wy­ję­ła z torby lu­ster­ko, po­pa­trzy­ła w nie i ze­mdla­ła.

 

Kiedy ka­ret­ka od­je­cha­ła spod ka­wiar­ni, Elż­bie­cie zro­bi­ło się wstyd i szyb­ko ob­ró­ci­ła Psuja z po­wro­tem.

– On i tak do mnie nie wróci – po­my­śla­ła, wra­ca­jąc do domu.

 

Drzwi do jej miesz­ka­nia były otwar­te na oścież. We­szła, my­śląc w pierw­szej chwi­li, że jed­nak to Hen­ryk wró­cił i za­po­mniał za­mknąć, ale przy­po­mnia­ła sobie, że prze­cież wi­dzia­ła go pięć minut temu na dole, jak wsia­dał z sze­fo­wą do ka­ret­ki.

Kuch­nia wy­glą­da­ła na splą­dro­wa­ną. Na pod­ło­dze wśród szkła z po­tłu­czo­nych sło­ików wa­la­ło się je­dze­nie, wy­wa­lo­ne z lo­dów­ki i po­otwie­ra­nych sza­fek. Ktoś wy­cią­gnął nawet kosze ze zmy­war­ki, i wy­sy­pał z nich brud­ne ta­le­rze, cze­ka­ją­ce na mycie. W po­zo­sta­łych po­miesz­cze­niach też wszyst­kie meble były po­otwie­ra­ne, rze­czy po­roz­rzu­ca­ne, ale jej lap­top leżał nie­tknię­ty na biur­ku.

Wy­ję­ła ko­mór­kę, ale zanim zdą­ży­ła wy­brać 112, te­le­fon za­dzwo­nił.

– Halo, dzwo­nię z pro­gra­mu „Ikea Fa­mi­ly” i mam dla pani pro­mo­cję! – ode­zwał się ochry­pły głos – je­że­li zwró­ci pani pro­duk­ty rybne, za­ku­pio­ne ostat­nio w na­szym dzia­le spo­żyw­czym, w za­mian otrzy­ma od nas pani nową kuch­nię!

– Ale…– Elż­bie­ta oszo­ło­mio­na po­pa­trzy­ła na je­dze­nie na pod­ło­dze.

– Nic nie musi pani przy­wo­zić, już wy­sy­łam ekipę! – wszedł jej w słowo kon­sul­tant, po czym się roz­łą­czył.

– Dziw­ne – po­my­śla­ła i weszła do ła­zien­ki.

W wan­nie leżał trup w mun­du­rze ad­mi­ra­ła, prze­bi­ty har­pu­nem.

Zanim zdą­ży­ła krzyk­nąć, za­słon­ka prysz­ni­ca za jej ple­ca­mi za­sze­le­ści­ła i ktoś chwy­cił ją za szyję.

– Gdzie śle­dzie?! – krzyk­nął na­past­nik i za­czął ją wlec do kuch­ni.

Elż­bie­ta pró­bo­wa­ła się wy­swo­bo­dzić, ale zro­bi­ło jej się ciem­no przed ocza­mi.

Ock­nę­ła się na pod­ło­dze w kuch­ni, owi­nię­ta żyłką węd­kar­ską, która przy naj­mniej­szym ruchu bo­le­śnie wpi­ja­ła jej się w skórę. Nad nią stał typ w bez­rę­kaw­ni­ku i ka­pe­lu­si­ku, któ­re­go wcze­śniej wi­dzia­ła koło ban­ko­ma­tu.

– Gdzie ukry­łaś śle­dzie? – za­py­tał lo­do­wa­tym gło­sem, ce­lu­jąc w nią za­krwa­wio­nym har­pu­nem.

– Nie wiem o co cho­dzi, kim pan jest?

– Pol­ski Zwią­zek Węd­kar­ski – od­po­wie­dział – dawaj śle­dzie, bo cię wy­pa­tro­szę!

Zanim zdą­ży­ła co­kol­wiek po­wie­dzieć, za ple­ca­mi ban­dzio­ra po­ja­wi­ła się po­stać w żół­tym kom­bi­ne­zo­nie Ikei i przy­sta­wia­jąc mu wkrę­tar­kę do ple­ców, po­wie­dzia­ła:

– Rzuć to!

Typ w ka­mi­zel­ce, po­wo­li schy­lił się, żeby po­ło­żyć har­pun na pod­ło­dze.

– Co za szczę­ście, że pan teraz przy­je­chał z tą kuch­nią, niech mnie pan roz­wią­że! – po­pro­si­ła Elż­bie­ta mon­te­ra z Ikei.

Węd­karz nagle moc­niej chwy­cił har­pun i gwał­tow­nie się od­wró­cił, za­ma­chu­jąc się na mon­te­ra. Mon­ter od­sko­czył do tyłu i wy­mie­rzył do niego z wkrę­tar­ki. Wci­snął włącz­nik i za­miast zna­jo­me­go brzę­cze­nia wi­ru­ją­ce­go im­bu­sa, roz­legł się wy­strzał. Węd­karz osu­nął się na pod­ło­gę.

Mon­ter kuc­nął przy nim i za­czął prze­trzą­sać licz­ne kie­sze­nie jego ka­mi­zel­ki. Nie zna­lazł nic, prócz roz­mok­nię­tej pacz­ki dżdżow­nic, które z obrzy­dze­niem strzą­snął z dłoni.

– Gdzie śle­dzie?! – zwró­cił się do Elż­bie­ty.

– Nie wiem o co cho­dzi… – wy­szep­ta­ła Elż­bie­ta.

Mon­ter pod­niósł się i zro­bił krok w jej stro­nę, a pod butem chrup­nę­ło mu szkło. Po­chy­lił się i pod­niósł frag­ment sło­ika z lo­giem Ikei i na­pi­sem „Sill Dill – śledź ma­ry­no­wa­ny z ko­prem”.

– Gadaj, gdzie śle­dzie! – po­wtó­rzył, ce­lu­jąc do niej z wkrę­tar­ki.

– W kiblu – od­po­wie­dzia­ła bez­barw­nym gło­sem.

– Aha. Czyli ak­ty­wo­wa­łaś je! Gdzie psuj-bom­ba? Dawaj!

Przy­tknął jej wkrę­tar­kę do brzu­cha.

– Dawaj, bo cię zde­mon­tu­ję i sam ją znaj­dę!

Elż­bie­ta wska­za­ła wzro­kiem swoją to­reb­kę, le­żą­cą na ku­chen­nym stole.

Rzu­cił się do stołu, zła­pał to­reb­kę za dno i wy­sy­pał całą za­war­tość na blat. Elż­bie­ta sły­sza­ła jak krąż­ki ude­rza­ją o drew­no i przez chwi­lę ob­ra­ca­ją się z brzę­kiem, coraz wol­niej.

Mon­ter po­pa­trzył na nie – czy wi­dział wi­ze­ru­nek węża, czy stro­nę z dziw­ny­mi zna­ka­mi – tego nie wie­dzia­ła. Z za­do­wo­le­niem przy­kle­pał je ręką. Wyjął te­le­fon i po­wie­dział:

– Za­ła­twio­ne. Mam to… Do­brze, cze­kam tu na was… Tak, oczy­wi­ście, już się robi.

Scho­wał smart­fo­na.

– No, to by było na tyle. Pani człon­ko­stwo w Klu­bie Ikea do­bie­gło końca – po­wie­dział, skie­ro­wu­jąc wkrę­tar­kę w stro­nę Elż­bie­ty.

– Psuje, muje i dzi­kie węże, ze­psuj­cie czło­wie­ka, który we mnie ce­lu­je! – wy­re­cy­to­wa­ła szyb­ko Elż­bie­ta.

– Cooo… – zdzi­wił się Mon­ter.

Po­cią­gnął nosem – coś za­czę­ło cuch­nąć zgni­łym mię­sem. Elż­bie­ta spo­strze­gła, że skóra na jego twa­rzy za­czy­na zie­le­nieć i się pie­nić.

Mon­ter upu­ścił wkrę­tar­kę i z prze­ra­że­niem po­pa­trzył na swoje ręce. Wy­cią­gnął je w kie­run­ku Psu­jów na bla­cie, ale było za późno – jego dło­nie tylko chlup­nę­ły o stół, Mon­ter prze­szedł w stan cie­kły i za­czął wsią­kać w opa­da­ją­ce na pod­ło­gę ubra­nie. Dżdżow­ni­ce, jak na ko­men­dę, ru­szy­ły w stro­nę tego, co z niego zo­sta­ło.

Elż­bie­ta wal­cząc z mdło­ścia­mi spró­bo­wa­ła wstać. Nic z tego – żyłka, którą była zwią­za­na bo­le­śnie wpiła jej się w skórę.

– Psuje muje i dzi­kie węże, ze­psuj­cie żyłkę, którą je­stem zwią­za­na! – krzyk­nę­ła.

Nic się nie stało. Naj­wy­raź­niej po­zo­sta­łe Psuje le­ża­ły wę­ża­mi do dołu.

Zroz­pa­czo­na ro­zej­rza­ła się na­oko­ło – kum­ple Mon­te­ra mogą się tu po­ja­wić w każ­dej chwi­li!

Sie­dzia­ła na pod­ło­dze, przy­wią­za­na ple­ca­mi do ka­lo­ry­fe­ra, jed­nak nogi miała wolne. Na wprost, po­mię­dzy tru­pem węd­ka­rza, a tym, co po­zo­sta­ło z Mon­te­ra, w ka­łu­ży zie­lon­ka­wej mazi, po­śród peł­za­ją­cych dżdżow­nic, do­strze­gła coś błysz­czą­ce­go. Był to ka­wa­łek roz­bi­te­go sło­ika z na­pi­sem „Sill Dill”. Wy­pro­sto­wa­ła nogi i ści­ska­jąc szkło po­mię­dzy ob­ca­sa­mi, zdo­ła­ła je przy­cią­gnąć do sie­bie. Dzię­ki serii dzi­wacz­nych wy­gi­ba­sów, udało jej się zła­pać ka­wa­łek szkła i prze­ciąć żyłkę.

Z klat­ki scho­do­wej do­bie­gło na­ra­sta­ją­ce tu­pa­nie i sa­pa­nie.

Wy­plą­ta­ła się z żyłki i bro­dząc w zie­lo­nej ga­la­re­cie na pod­ło­dze, do­pa­dła do stołu. Jed­nym ru­chem zgar­nę­ła Psuje i swoje rze­czy z po­wro­tem do to­reb­ki, za­rzu­ci­ła ją na ramię, po czym, wi­dząc już przez otwar­te drzwi cie­nie na klat­ce scho­do­wej, wci­snę­ła się do zmy­war­ki, przy­my­ka­jąc drzwicz­ki. Do kuch­ni ktoś wszedł, cięż­ko sa­piąc. Wstrzy­ma­ła od­dech.

– Ech… ech, prze­klę­te scho­dy! I cią­gle tylko te nerwy – rozległ się głos starszej kobiety.

– Czego żresz dżdżow­ni­ce, kre­ty­nie? I to na go­la­sa! Ubierz się, Szy­mon, bo matce nerwy po­pusz­cza­ją! – po­wie­dział starszy mężczyzna – je­steś hańbą Drza­zgo­po­lu!

– Mie­tek, a co się Szym­ko­wi w ucho stało? – spytała matka.

W tym mo­men­cie Elż­bie­ta zdała sobie spra­wę, że kiedy wrzu­ca­ła Psuje do to­reb­ki, mogły się ob­ró­cić, co­fa­jąc ży­cze­nie. Po­czu­ła, że coś mięk­kie­go po­ru­szy­ło jej się pod butem.

Elż­bie­ta bez­sze­lest­nie wy­ma­ca­ła po­de­szwę i mię­si­sty obiekt pod nią. Przy­po­mi­nał frag­ment ludz­kie­go ucha.

– Glurp! Pfu! – po­wie­dział Mon­ter.

– Ten jełop znowu za­wa­lił i jesz­cze dżdżow­ni­ca­mi pluje! Po coś go tu wy­sy­ła­ła? To my­śleć też tro­chę trze­ba, a nie tylko się słu­chać ma­mu­si! – zrzędził ojciec.

– Bo po­wi­nien na­pra­wić co za­wa­lił! Po­mysł ze sło­ikiem był dobry, tylko nie­po­trzeb­nie pod­rzu­cił te śle­dzie w Ikei jesz­cze przed ak­ty­wa­cją. Do­brze potem wy­my­ślił, żeby się tam za­trud­nić, przy­naj­mniej na­mie­rzył tę babę, co nasze śle­dzie ku­pi­ła. By­stry jest, bo ro­zu­mie te cho­ler­ne in­struk­cje! Jak­by­śmy bez niego te wszyst­kie meble sko­pio­wa­li? – odparła matka.

– In­struk­cje?! Po tym jak mu po­wie­dzia­łaś, że ma się po­zbyć świad­ków, a on ja­kichś Je­ho­wów nam w sa­lo­nie za­ka­tru­pił, to ja bym go już ni­g­dzie nie wy­sy­łał w spra­wach firmy!

– Bo Szy­muś ma umysł ści­sły! Wkrę­tar­kę tak spryt­nie prze­ro­bił i spra­wy tech­nicz­ne nam w fir­mie tak ład­nie ogar­nia!

– Ład­nie?! Nie pa­mię­tasz, jak mu ka­za­łem zro­bić w na­szym sa­lo­nie me­blo­wym kra­inę zabaw dla dzie­ci, z kul­ka­mi jak w Ikei, a on tam wsy­pał dwie tony kulek mię­snych Hu­vu­droll?

– Bo nie mu­si­my tak wszyst­kie­go z tej Ikei ko­pio­wać!

– Mu­si­my! Jak już im wszyst­kie meble po­psu­je­my i zban­kru­tu­ją, to my­ślisz, że ich klien­ci od razu przy­bie­gną do Drza­zgo­po­lu, je­że­li nie bę­dzie­my mieli im­bu­sów, karty „Drza­zgo­pol Ro­dzi­na” i mebli z dziw­ny­mi na­zwa­mi?

– Ja ro­zu­miem, z dziw­ny­mi, ale żeby od razu z ka­szub­ski­mi…

– Co się stało? – za­py­tał bełkotliwie Mon­ter.

– To ty nam po­wiedz co tu się stało! Ogar­nij się głą­bie! Kom­bi­ne­zon se obróć przo­dem do przo­du! Gdzie ta baba? Gdzie śle­dzie? – zapytał ojciec.

– Ak­ty­wo­wa­ła je i ucie­kła z psuj-bom­ba­mi…– odpo­wie­dział Mon­ter.

– To może cho­ciaż wiesz jak je od­pa­lić, bo ten tutaj już nam nie powie – wark­nął oj­ciec – ale przy­naj­mniej prze­sta­nie nam dep­tać po pię­tach.

– Tak, znam hasło: chu­je-mu­je…

– Nie wy­ra­żaj się przy matce! Babsz­ty­la mu­sisz zna­leźć, bo do­sta­niesz szla­ban! Nie po to przez mie­siąc wsta­wa­łem o czwar­tej rano i ga­pi­łem się w spła­wik z tymi nu­dzia­rza­mi, żeby teraz to wszyst­ko po­szło na marne! A teraz trze­ba tu po­sprzą­tać!

– No, tata ma rację! – po­wie­dzia­ła matka – masz klu­czy­ki, przy­nieś z na­sze­go auta piłę i ka­ni­ster!

– I ze trzy nie­bie­skie torby z Ikei, te więk­sze. Dobre są, mocne i nie­prze­ma­kal­ne. Też takie bę­dzie­my sprze­da­wać w Drza­zgo­po­lu – po­wie­dział oj­ciec. Po chwi­li jego głos do­biegł z ła­zien­ki:

– Trzy nie wy­star­czą, przy­nieś sześć! Jesz­cze Ma­ry­nar­ki nam tu bra­ko­wa­ło! Cho­ler­ni węd­ka­rze, mówił, że sam zło­wił i że woj­sko z tym nie ma nic wspól­ne­go!

– Mie­tek, ja cię od razu ostrze­ga­łam, że coś mi tu śmier­dzi, że jak to, śle­dzie w Wiśle? To weź mnie teraz nie de­ner­wuj! – ode­zwa­ła się matka.

Po chwi­li Elż­bie­ta, ze­sztyw­nia­ła ze stra­chu, usły­sza­ła dźwięk piły tar­czo­wej. Coś chru­pa­ło i bul­go­ta­ło, sze­le­ścił bre­zent, stu­ka­ły cięż­kie kroki. Wy­da­wa­ło jej się, że mi­nę­ła cała wiecz­ność.

– Dobra, Szy­muś, podaj ka­ni­ster i za­pał­ki! – po­wie­dział w końcu oj­ciec.

Elż­bie­ta za­drża­ła.

„Co robić?” – za­sta­na­wia­ła się – „jest ich troje, ja mam w to­reb­ce trzy Psuje. Oni mają piłę i strze­la­ją­cą wkrę­tar­kę. Jak nie zdążę?”

Po­czu­ła za­pach ben­zy­ny i chwi­lę póź­niej gry­zą­cy dym. Drzwi od miesz­ka­nia trza­snę­ły. Szyb­ko pchnę­ła drzwicz­ki zmy­war­ki i, wi­dząc przed sobą ścia­nę ognia, z po­wro­tem je za­mknę­ła, naj­szczel­niej jak się dało.

Po omac­ku wy­grze­ba­ła z to­reb­ki jed­ne­go Psuja i wy­czu­ła pal­ca­mi stro­nę z wężem.

„Co robić, co robić?!!!” – my­śla­ła go­rącz­ko­wo – „czy da się ze­psuć ogień? A może ze­psu­ję bu­dy­nek? I spad­nę z dru­gie­go pię­tra… Nie, to bez sensu.”

Ob­ró­ci­ła Psuja wężem do góry i po­wie­dzia­ła:

– Psuje, muje i dzi­kie węże, ze­psuj­cie rury wo­do­cią­go­we w tym domu!

Usły­sza­ła szum i syk. Uchy­li­ła drzwicz­ki – ogień do­ga­sał, z su­fi­tu lała się woda, ale kłęby pary nie­mal ugo­to­wa­ły jej twarz i płuca. Za­trza­snę­ła się z po­wro­tem w zmy­war­ce i wzię­ła głę­bo­ki wdech po­wie­trza śmier­dzą­ce­go reszt­ka­mi je­dze­nia. Wy­ska­ku­jąc ze zmy­war­ki, na­cią­gnę­ła golf na twarz i wy­bie­gła z miesz­ka­nia.

Pod ka­mie­ni­cą już zbie­rał się tłu­mek ga­piów i prze­mo­cze­ni miesz­kań­cy, któ­rzy z te­le­fo­na­mi przy uszach dzwo­ni­li po wszel­kie moż­li­we służ­by.

Elż­bie­ta wsia­dła do auta. Ubra­nie miała mokre, we wło­sach wczo­raj­szy ma­ka­ron i inne reszt­ki je­dze­nia ze zmy­war­ki. Za nią wła­śnie par­ko­wa­ło Po­go­to­wie Wo­do­cią­go­we. W ręce nadal ści­ska­ła ostat­nio uży­te­go Psuja. Ob­ró­ci­ła dłoń tak, by krą­żek uło­żył się z po­wro­tem wężem do dołu.

Po­sta­no­wi­ła po­je­chać pro­sto na po­li­cję. Zanim prze­krę­ci­ła klu­czyk w sta­cyj­ce, zo­ba­czy­ła w lu­ster­ku, że z tyl­ne­go sie­dze­nia pod­no­si się jakaś po­stać. Po­czu­ła na karku dotyk lo­do­wa­tej im­bu­so­wej koń­ców­ki.

– Nie waż się ru­szyć, ani ode­zwać! – po­wie­dział Szy­mek. Wolną ręką się­gnął na sie­dze­nie pa­sa­że­ra po jej to­reb­kę. Wy­sy­pał za­war­tość i zgar­nął dwa Psuje.

– Dawaj trze­cią psuj-bom­bę! – roz­ka­zał, wgnia­ta­jąc jej moc­niej wkrę­tar­kę w kark.

Elż­bie­ta za­czę­ła bar­dzo po­wo­li pod­no­sić za­ci­śnię­tą dłoń, by się­gnąć nią do tyłu. Kiedy miała ją na wy­so­ko­ści głowy, nagle, gwał­tow­nym ru­chem przy­sta­wi­ła ją sobie do twa­rzy i wci­snę­ła Psuja do ust. Prze­łknę­ła.

– Nie! Wy­pluj to na­tych­miast! – wrza­snął wście­kły Szy­mek.

Po­dra­pał się po gło­wie. Wyjął te­le­fon i po­wie­dział:

– Mam dwie psuj-bom­by! Jak nie wy­star­czy? W żo­łąd­ku. Jak to cze­kać? Prze­cież masz różne na­rzę­dzia! Dobra.

– Ru­szaj! Jedź! – roz­ka­zał gro­żąc jej wkrę­tar­ką.

Elż­bie­ta po­my­śla­ła, że jest szan­sa, że Psuj w jej żo­łąd­ku uło­żył się wężem do góry.

– Psu…– pró­bo­wa­ła po­wie­dzieć, ale Szy­mon mo­men­tal­nie za­tkał jej usta.

W po­bli­żu było sporo ludzi, ale wszy­scy ga­pi­li się na za­la­ną ka­mie­ni­cę, poza tym było już ciem­no.

– Jak wci­snę klak­son, ten idio­ta gotów mnie tu za­strze­lić – po­my­śla­ła.

– Jedź!

Ru­szy­ła.

Kiedy prze­jeż­dża­li przez most nad Wisłą, po­sta­no­wi­ła spró­bo­wać pod­stę­pu. Cały czas trzy­mał ją za usta, więc po­ka­za­ła ręką na swój brzuch.

– Co? – za­py­tał i zwol­nił ucisk.

– Będę rzy­gać – oświad­czy­ła uchy­la­jąc okno.

– O nie, nie, masz w brzuchu psuj-bom­bę, nie za okno!

– Pod two­imi no­ga­mi jest wia­der­ko – skła­ma­ła.

Szy­mek po­chy­lił się tak, że nie­mal wsa­dził głowę pod sie­dze­nie, zde­kon­cen­tro­wał się.

Gwał­tow­nie przy­ha­mo­wa­ła. Wkrę­tar­ka wy­pa­dła mu z ręki, ale sa­mo­chód wpadł w po­ślizg. Szar­pa­li się, kiedy ude­rzył w ba­rier­ki mostu i runął do rzeki.

 

Elż­bie­ta ock­nę­ła się w wiel­kim akwa­rium, czy ra­czej w ter­ra­rium, bo we­wnątrz nie było wody, za to pełno jej było na ze­wnątrz – pod dolną szybą, nad górną i na­oko­ło. Wy­glą­da­ło jak za­wie­szo­ne w wo­dzie. Le­ża­ła na szkla­nej pod­ło­dze, obok stała do­nicz­ka z pa­prot­ką. Wsta­ła i ro­zej­rza­ła się. Z su­fi­tu zwi­sał gu­mo­wy wąż, tło­czą­cy po­wie­trze. Za do­nicz­ką le­ża­ły bez­prze­wo­do­we słu­chaw­ki z mi­kro­fo­nem. W wo­dzie za szybą, tuż obok, uno­si­ły się jesz­cze trzy po­dob­ne szkla­ne ku­bi­ki z ludź­mi.

W naj­bliż­szym akwa­rium zo­ba­czy­ła Szy­mo­na, w po­zo­sta­łych – dwie star­sze osoby.

Słu­chaw­ki na pod­ło­dze za­trzesz­cza­ły. Pod­nio­sła je i za­ło­ży­ła.

– Halo! Gdzie ja je­stem, co to ma być? – za­wo­ła­ła.

– Cze­ka­my na po­zo­sta­łych – od­po­wie­dział dziw­ny, bulgocą­cy głos w słu­chaw­kach.

Za­uwa­ży­ła ruch w są­sied­nich akwa­riach i po chwi­li usły­sza­ła głos w słu­chaw­kach:

– Sza­now­ni pań­stwo, po­zwo­li­li­śmy sobie zgro­ma­dzić tu was, do­kła­da­jąc naj­więk­szych sta­rań, by za­pew­nić wam od­po­wied­nie wa­run­ki i mi­kro­kli­mat na czas trwa­nia na­szej roz­mo­wy.

Elż­bie­ta za­uwa­ży­ła, że nad górną szybą jej akwa­rium, unosi się w wo­dzie stwo­rze­nie po­dob­ne do gi­gan­tycz­nej ośmior­ni­cy.

– Wy­puść­cie nas! Mie­tek, zrób coś, dosyć mam tych ner­wo­wych sy­tu­acji! – krzyk­nę­ła matka Szym­ka.

– Wy­pu­ści­my, cier­pli­wo­ści, ale naj­pierw mu­si­my usta­lić pewne spra­wy – od­po­wie­dział głos.

– Jak nasza tech­no­lo­gia do­sta­ła się w ręce tam­te­go węd­ka­rza – tego się już za­pew­ne nie do­wie­my. Ob­ser­wo­wa­li­śmy go od mo­men­tu, kiedy ją prze­chwy­cił. Łatwo go było na­mie­rzyć z wody dzię­ki spła­wi­ko­wi, ale mu­sie­li­śmy wsta­wać o 4 rano przez kilka mie­się­cy, żeby nie tra­cić go z oczu.

– Kim je­ste­ście? – za­py­ta­ła Elż­bie­ta.

– Przy­ja­zną or­ga­ni­za­cją cha­ry­ta­tyw­ną. Po­za­rzą­do­wą i mię­dzy­gwiezd­ną. Po­ma­ga­my.

– Nam? – za­py­ta­ła Elż­bie­ta.

– Och nie, po­ma­ga­my za­nie­dba­nym pla­ne­tom, za­sie­dla­jąc je naszymi rodakami i ro­biąc po­rzą­dek. Jed­nak po­ma­ga­my w gra­ni­cach prawa, prze­pi­sy mię­dzy­gwiezd­ne nie po­zwa­la­ją nam na za­sie­dla­nie pla­net z cy­wi­li­za­cja­mi, które uży­wa­ją roz­wi­nię­tych tech­no­lo­gii. Nie wolno nam ni­cze­go nisz­czyć dla dobra pla­ne­ty, nawet tak za­gro­żo­nej jak wasza. Mo­że­my wkro­czyć i za­sie­dlić pla­ne­tę do­pie­ro w przy­pad­ku znisz­czeń obej­mu­ją­cych po­wy­żej pięć­dzie­się­ciu pro­cent roz­wo­ju tech­nicz­ne­go. Nie wolno nam za bar­dzo in­ge­ro­wać, a je­dy­ne, na co ze­zwa­la nam prawo, to udo­stęp­nia­nie wam no­wych tech­no­lo­gii i wy­na­laz­ków.

Pró­bo­wa­li­śmy już z bro­nią i ener­gią ato­mo­wą, Czer­no­byl wy­glą­dał obie­cu­ją­co, ale znisz­cze­nia nie prze­kro­czy­ły nawet jed­ne­go pro­cen­ta.

Ana­li­zu­jąc do­stęp­ną na Ziemi li­te­ra­tu­rę do­sto­so­wa­li­śmy nasz nowy wy­na­la­zek do ludz­kich moż­li­wo­ści per­cep­cyj­nych i stwo­rzy­li­śmy ze­staw o ro­bo­czej na­zwie Ry­beX-3D. W toku po­szu­ki­wań od­po­wied­niej jed­nost­ki, wy­ty­po­wa­li­śmy na naj­od­po­wied­niej­sze­go użyt­kow­ni­ka, pew­ne­go po­ryw­cze­go i am­bit­ne­go ad­mi­ra­ła z uszko­dzo­ny­mi pła­ta­mi czo­ło­wy­mi. Tak, do­brze się pań­stwo do­my­śla­ją, to tam­ten je­go­mość w wan­nie. Szko­da, po­kła­da­li­śmy w nim takie na­dzie­je. W nie­ja­snych oko­licz­no­ściach, nasz wy­na­la­zek prze­chwy­cił czło­nek Pol­skie­go Związ­ku Węd­kar­skie­go z Kra­ko­wa. Na niego też li­czy­li­śmy, po­nie­waż wie­lo­go­dzin­ne wpa­try­wa­nie się w jeden punkt może pro­wa­dzić do przed­się­wzięć o dużym roz­ma­chu. On jed­nak, bez po­lo­tu, pró­bo­wał uży­wać Ry­be­Xu do pro­duk­cji kom­po­stu, a póź­niej, rów­nież w nie­zna­ny spo­sób, stra­cił nasz wy­na­la­zek. I tak oto ta wspa­nia­ła tech­no­lo­gia do­sta­ła się w pań­stwa ża­ło­sne, nie­od­po­wie­dzial­ne ręce!

I co pań­stwo zro­bi­li na rzecz oczysz­cze­nia pla­ne­ty z tech­no­lo­gii? Nic, ża­ło­sne nic! Znisz­cze­nie Ikei? Drza­zgo­pol? No bła­gam! Ow­szem, uży­wa­cie szko­dli­wych la­kie­rów i kle­jów z for­mal­de­hy­dem, ale to za mało, żeby was cof­nąć w roz­wo­ju. Awa­ria rur? To ma być roz­mach? Gdzie spek­ta­ku­lar­ne ka­ta­stro­fy, albo cho­ciaż­by awa­rie, gro­żą­ce kon­flik­tem zbroj­nym? Pań­stwo są nie­od­po­wie­dzial­ni, za­miast się po­rząd­nie wziąć do ro­bo­ty, mor­du­je­cie po­je­dyn­czych osob­ni­ków lub psu­je­cie im zęby! To ża­ło­sne.

Dla­te­go mu­si­my wy­ty­po­wać ko­lej­nych użyt­kow­ni­ków, chyba, że ktoś z pań­stwa zo­bo­wią­że się do sen­sow­ne­go uży­cia na­sze­go wy­na­laz­ku dla dobra pla­ne­ty. Bo nasi ro­da­cy już cze­ka­ją na wa­liz­kach!

– Ha­bi­tat! – Krzyk­nął Mie­tek – znisz­czy­my jesz­cze Ha­bi­tat! I Meble Kal­wa­ria!

Roz­mów­ca za­bul­go­tał zi­ry­to­wa­ny.

Elż­bie­ta pod­nio­sła rękę i po­wie­dzia­ła:

– Ja w ciągu dwóch dni przed­sta­wię biz­ne­splan na pi­śmie, tylko mnie stąd wy­puść­cie!

 

Go­dzi­nę póź­niej była już z po­wro­tem w swoim zruj­no­wa­nym miesz­ka­niu. Sia­dła na roz­mok­nię­tym krze­śle, przy na­pęcz­nia­łym biur­ku. Kom­pu­te­ra nawet nie pró­bo­wa­ła uru­cha­miać. Wy­ję­ła pa­pier i od razu za­bra­ła się do pi­sa­nia. Za­pro­po­no­wa­ła wie­lo­eta­po­wy plan, obej­mu­ją­cy na­prze­mien­ne wy­łą­cza­nie i włą­cza­nie in­ter­ne­tu, po­ja­wia­ją­ce się i zni­ka­ją­ce awa­rie w naj­więk­szych elek­trow­niach, na­wra­ca­ją­ce usterki w fa­bry­kach broni, nie­spo­dzie­wa­ne de­fek­ty woj­sko­wych sys­te­mów obro­ny oraz po­wta­rza­ją­ce się awa­rie eks­pre­sów do kawy u przy­wód­ców naj­więk­szych potęg mi­li­tar­nych.

 

Przed­ło­ży­ła swoją pro­po­zy­cję w umó­wio­ny spo­sób (w bu­tel­ce) i na­stęp­ne­go dnia otrzy­ma­ła dwa Psuje z po­wro­tem. Trze­cie­go, z wia­do­mych przy­czyn, od­zy­ska­ła w to­a­le­cie dzień wcze­śniej.

Nie było czasu do stra­ce­nia. Ob­ró­ci­ła wszyst­kie wężem do góry i po­wie­dzia­ła:

– Psuje, muje i dzi­kie węże, same się ze­psuj­cie!

Wy­glą­da­ły, jakby nic się w nich nie zmie­ni­ło, ale Elż­bie­ta wie­dzia­ła, że nawet gdy wpad­ną w nie­po­wo­ła­ne ręce, od­wró­ce­nie ich z po­wro­tem już nie za­dzia­ła. Były prze­cież ze­psu­te.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie łyknęłam jak młody pelikan – masz lekkie pióro :) Jest komedia, jest absurd i błyskotliwe zakończenie. Trudno wyobrazić sobie kreatywniejsze potraktowanie tytułu.

Trochę tylko pogubiłam się w tym, kto jest kim w scenie, gdzie wszyscy wbijają do mieszkania. Musiałam przeczytać drugi raz ten fragment. Zastanawia mnie też ta pustynia enterów na końcu tekstu :D 

...Pan muzyk? Żebym zryżał!

Ghlas cailin, dzięki za docenienie i za cenne uwagi. Z enterami zaraz się rozprawię i spróbuję doprecyzować postacie w scenie w mieszkaniu. :-)

Zakręcone na maksa.

“W wannie leżał trup w mundurze admirała, przebity harpunem.” – to chyba kwintesencja całości.

I pięknie wybrnęłaś, bo już – jak dla mnie – stworzyłaś Węzeł Gordyjski i nie oczekiwałam sensownego wyjścia z tej matni;)

Ambush, dzięki za przeczytanie i pozytywny komentarz! Faktycznie, trochę się porobiło, ale brnęłam w to dalej, zakładając, że najwyżej na koniec wyczyszczę to jakimś “fabularnym Karcherem”.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nie wiem, co takiego jest już w pierwszym zdaniu, że wessało mnie i wypluło dopiero przy napisie “KONIEC”. To opowiadanie to po prostu majstersztyk literatury rozrywkowej. 

Jak zwykle nie trawię absurdu, to tutaj był on w niewiarygodny sposób oswojony przez rzeczywistość. Sposób realizacji tytułu – przecudny.

Co nie wzbudziło u mnie zachwytu, to motywacja i tłumaczenie obcych. Za to końcówka inteligentnie przewrotna.

Bawiłem się świetnie – niech inni szukają potknięć.

Fizyk111, dzięki, taki komentarz naprawdę zachęca do dalszego pisania. To pierwsze opowiadanko, jakie wrzuciłam na portal i bałam się, że mnie tu zjedzą w komentarzach. :-)

Przysiadłem do opowiadania z miną skazańca. Tytuł nie zachęcał, początek śmierdział znielubianymi przeze mnie polskimi klimatami i szarzyzną dnia codziennego.

 

Gdy śledzie przemówiły, wyprostowałem się w krześle, a od momentu akcji z mieszkaniu Elżbiety – wędkarz, admirał w wannie, monter bebli grożący imbusem – śmiałem się jak opętany!

 

Z gównianego tytułu zrobiłaś świetne opowiadanie i zakończyłaś solidną puentą. Dla mnie 9/10.

Folan, dzięki za przeczytanie i pozytywny komentarz! Z tytułem było tak, że od razu mi się spodobał, bo miałam zaczęte opowiadanie pt. “Psuje”. Była tylko pierwsza scena i jeszcze nie wiedziałam co będzie dalej. A tu nagle pojawił się konkurs z tytułem, który zaczynał się od tego dziwnego słowa. Uznałam, że żal by było nie spróbować. Po zaklepaniu tytułu głowiłam się nad tym, co on właściwie znaczy, ale potem stwierdziłam, że skoro oryginał tego przerobionego powiedzonka oznacza “mnóstwo wszystkiego” albo “niestworzone historie”, to tego się należy trzymać, byle było gęsto.

Droga autorko, bardzo nieładnie nas tu oszukujesz! Obiecujesz opowiedanie klasy B a nawet C, a serwujesz nawet nie A, tylko AAA i to z trzema plusikami.

 

Ten tekst jest kapitalny. Narracja to miód na serce. Skrzy się w niej od dowcipu, jest szalenie inteligentna, serfuje się po tej historyjce niczym po falach błekitnego oceanu gdzieś na błogich wyspach szczęśliwych archipelagów. Wielka czytelnicza radość. Fabuła obłęd. Absurd w najlepszym wydaniu, przesiąknięty inteligentnym humorem (wiem, powtarzam się, ale to są dwa słowa najlepiej podsumowujące to opowiadanie), zero mielizn, wszystko zapięte na ostatni guziol aż do przemyślanego finału. Co jeszcze warto wspomnieć, bohaterka, wkręcona w cały ten bałagan, zarysowana kilkoma kreskami a niemal z miejsca wzbudzająca czytelniczą sympatię. No i musze jeszcze oddać szacunek, nie każda kobieta posługuje się z taką lekkością hasłami typu “Imbus”:)

 

 Słowem lektura tego tekstu była najszczerszą przyjemnością. To, zdaje się, Twój piewrszy tekst na portalu, dlatego zbyt wiele osób tu do tej pory nie zajrzało, ale strata jest wyłącznie po ich stronie. Ja klikam do biblioteki i zachęcam tych, którzy powyżej zgłaszali czytelnicze ukontentowanie o popchnięcie tekstu w tamtym kierunku. Bez dwóch zdań na to zasłguje.

 

Pozdrawiam! 

No i musze jeszcze oddać szacunek, nie każda kobieta posługuje się z taką lekkością hasłami typu “Imbus”:)

Ałć. :( Ale szpila…

A może to już moje przewrażliwienie?

...Pan muzyk? Żebym zryżał!

Ałć. :( Ale szpila…

Skądże! Nie miałem takiego zamiaru. Daleko nie każdy facet wie, co to ta najbardziej oklepana zalotka, a posługiwać się takimi terminami w tekście? Trzeba by najpierw porządny research zrobić:)

Michał Pe, dzięki za tak obszerną i pozytywną recenzję! Po jej przeczytaniu, ręce same rwą się do pisania kolejnych opowiadań.

Co do imbusa, to nie widzę związku z płcią, chyba że są jakieś wyłącznie męskie czynności z jego użyciem, o których nie wiem… ;-)

Bardziej bym się spodziewała dyskusji czy to nie ma być “ampul”, bo w niektórych rejonach Polski tak się go nazywa i użycie słowa “imbus” przy obrońcach “ampula” może doprowadzić do konfliktu zbrojnego.

Ale trudno, ja kocham regionalizmy i zamierzam je pielęgnować w swoich tekstach, choćby to się miało skończyć wojną domową. Mam już nawet tytuł tomiku: “Imbusem pisane”.

Ałć. :( Ale szpila…

A może to już moje przewrażliwienie?

Ghlas cailin, racja, malutka szpileczka, pośród wielu miłych słów. Wygląda na to, że informacja o płci wpływa na odbiór tekstów. Ale cóż poradzić, chyba nie da się założyć profilu “bezpłciowego”.

Bez informacji o płci, trudno też o poprawne gramatycznie komentarze. Chyba że Miodek dopuści gramatykę nijaką (”rozpoznawałom siebie”), jak w “Masce” Lema. Czekam na ten dzień, to by było duże ułatwienie.

Dobrze się bawiłem :) Opowiadanie od pierwszych zdań sugeruje, że szykuje się surrealistyczna jazda bez trzymanki i faktycznie – ze zdumieniem stwierdzam, że poziom absurdu wzrastał z akapitu na akapit. Widać metodę w tym szaleństwie – fabuła, choć pokręcona, jest spójna i ciekawie podana. Coś, co byłoby niedopuszczalne w opowiadaniu ,,na serio" – pełna infodumpów rozmowa postaci w mieszkaniu bohaterki – tutaj nie tylko nie razi, ale i bawi. Swoją drogą Drzazgopol mający czerpać z kaszubskiego, to piękny koncept :) Udany tekst.

Zgłaszam do biblioteki. Pozdrawiam!

Boze, to byla szalona przejazdzka ;) Poczatek przypominal mi kryminaly Chmielewskiej. Podobala mi sie ta nieprzewidywalnosc, sympatyczny element fantastyczny. Lekkie dialogi. Niby nic wielkiego, ale mila rozrywka :) Klikam biblio.

 

– Dziękuję, że mnie wypuszczasz! W zamian za uratowanie mi życia dam ci prezent!

 

Czego żresz dżdżownice [+,} kretynie

www.facebook.com/mika.modrzynska

Cześć, Sabino.

Kapitalne opko! Definitywnie kupiłaś mnie logicznym zakończeniem, lecz również wewnętrzną logiką historii.

Co by tu jeszcze napisać, bardziej dla Ciebie niż skarżypytowania, choć uczyniłabym to bez wahania, lecz już nie trzeba, gdyż w biblio czeka na zatwierdzenie brakujący klik od adama – sprawdziłam. ;-)

Tekst jest absurdalny w sposób, bardzo lubię, a historia o psujach – niesamowita, dobrze napisana. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepiać, może lekko zmniejszyłabym przerysowanie w niektórych fragmentach.

pzd srd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, adam_c4kam_mod, dziękuję Wam za pozytywny odzew!

Oraz adamowi_c4 za zgłoszenie do biblioteki!

kam_mod, dzięki za poprawki, już naniosłam!

Cześć!

 

Całkiem zabawne opowiadanie, zwłaszcza moment, w którym zepsuty filet śledziowy okazuje się przewrotną złotą rybką. Historia jest sprawnie skonstruowana, a zakończenie wszystko dobrze wyjaśnia i ten plan inwazji jest dość oryginalny. Zastanawiam się, czy na końcu bohaterka zepsuła tylko swoje psuje czy wszystkie.

Polski Związek Wędkarski – odpowiedział – dawaj śledzie, bo cię wypatroszę!

Brakuje myślnika.

Ta wypowiedź jest świetna. xD

– Co robić? – zastanawiała się – jest ich troje, ja mam w torebce trzy Psuje. Oni mają piłę i strzelającą wkrętarkę. Jak nie zdążę?

– Co robić, co robić?!!! – myślała gorączkowo – czy da się zepsuć ogień? A może zepsuję budynek? I spadnę z drugiego piętra… Nie, to bez sensu.

To trzeba zapisać jak myśli, chyba że bohaterka mamrocze do siebie, ale wtedy dobrze byłoby to zaznaczyć.

– Kim jesteście? – zapytała Elżbieta[+.]

Państwo są nieodpowiedzialni, zamiast się porządnie wziąć do roboty, mordujecie pojedynczych osobników, lub psujecie im zęby!

Zaproponowała wieloetapowy plan, obejmujący naprzemienne wyłączanie i włączanie internetu, pojawiające się i znikające awarie w największych elektrowniach, nawracające awarie w fabrykach broni, niespodziewane defekty wojskowych systemów obrony, oraz powtarzające się awarie ekspresów do kawy u przywódców największych potęg militarnych.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć, Alicella! Dziękuję za poprawki, już naniosłam.

Zastanawiam się, czy na końcu bohaterka zepsuła tylko swoje psuje czy wszystkie.

 

Zakładałam, że Psuje były tylko trzy, więc psując tylko swoje, zepsuła wszystkie, które istniały. Ale nie sądzę by miało to fabularne znaczenie, bo nawet jeżeli nie było ich więcej, to Obcy mogą je odtworzyć i zabawa zacznie się na nowo. Mogłabym dodać do wypowiedzi Obcego coś, co by oznaczało, że to jedyne istniejące egzemplarze, a na więcej nie pozwala budżet. Albo, że to był program testowy, a skoro się nie powiódł, to mają na oku jeszcze jakąś inną planetę “do uratowania”, a Ziemię zostawią w spokoju. Jednak nie wiem czy zależy mi na aż takim zamknięciu sprawy.

 

Drugi “problem”, to fakt, że Elżbieta też nie do końca jest uratowana, bo upiorna rodzinka z Drzazgopolu może nie wiedzieć, że Psuje już nie działają i może nadal ją ścigać, dla Psujów albo, żeby zatrzeć ślady. Pewnie mogłabym jakoś dać do zrozumienia, że członkowie Drzazgopolu już zostali w tych akwariach. Ale nie wiem czy mi zależy na takim całkowitym happy endzie.

 

Ogólnie, tak jak jest teraz, można założyć, że Ziemia i Elżbieta są uratowane tylko chwilowo i “to be continued”…

 

Świetne opowiadanie, bardzo zabawne. Realnie zaśmiałem się na głos chyba z kilkanaście razy laugh. Kocham taki absurdalny humor, gdzie od samego początku, każda kolejna scena podbija stawkę absurdu i dziwności o poziom wyżej (zwłaszcza pierwsza scena w domu, uważam że tam świetnie budowałaś narastający absurd i dziwność, aż do otwarcia “żywych śledzi” a potem poszłaś jeszcze dalej. Świetne to było) . W dodatku wszystko to bardzo lekko napisane, przeczytałem w mgnieniu oka.

Świetna robota, może zakończenie troszkę mnie rozczarowało, bo nie wiedzieć czemu liczyłem że bohaterka spełni swój plan zniszczenia świata (który tak nawiasem uważam za naprawdę dobry i nikczemny, zwłaszcza element stopniowego doprowadzania najważniejszych polityków do furii poprzez psujące się ekspresy do kawy wink.) 

 

Podsumowując, bardzo mi się podobało, uśmiałem się, i jeżeli trafi się kolejny tekst w tym uniwersum to chętnie zajrzę. Powodzonka!

Gerland z Rybli, dzięki za pozytywny komentarz i piąteczkę! 

 

<Detektywa Lowina zapiski z urlopowych sesji czytania „Tytulików”>

Sabina Anto – Psuje, muje i dzikie węże

Jedyne opowiadanie, przy którym nawet taki zgorzkniały maruda jak ja prawdziwie parsknął, a mianowicie w tym fragmencie:

– Gdzie ukryłaś śledzie? – zapytał lodowatym głosem, celując w nią zakrwawionym harpunem.

– Nie wiem o co chodzi, kim pan jest?

Polski Związek Wędkarski – odpowiedział – dawaj śledzie, bo cię wypatroszę!

Coś pięknego. Całe opowiadanie pomimo wysokiego stężenia absurdem traktuje siebie niezwykle poważnie, co zwiększa (przynajmniej dla mnie) poziom humoru.

Jest tu i sensacja, dramat, sci-fi i przede wszystkim komedia. Trochę przypomniało mi „Autostopem przez galaktykę”, a to zdecydowany komplement.

Nie podobała mi się tylko scena rozmowy podczas ukrywania się bohaterki. Trochę się pogubiłem, kto co mówi i dodatkowo dialog brzmiał nieco sztucznie. Ta jedna wada nie przesłania zabawnego całokształtu.

Nie wiem, jakie masz preferencje pisarskie, ale zdecydowanie masz dryg do pisania komedii.

Bardzo udane opowiadanie.

 

Zanais, dzięki za docenienie i wyróżnienie!

Nowa Fantastyka